Opinia 1
Być może się mylę, ale w kwestii rozpoznawalności dzisiejszy gość ma po swojej stronie całą populację melomanów od seniora począwszy, na początkującym adepcie sztuki obcowania z muzyką skończywszy. Tak tak, ta japońska marka jest jednym z liderów w interesującym nas obszarze szeroko rozumianych dóbr konsumpcyjnych i choć takich rozpoznawalnych producentów na rynku obecnie jest cała masa, to diabeł tkwi w szczegółach, gdyż na tle wielu dzisiejszych graczy tytułowy Luxman z racji kilkudziesięcioletniej działalności jest nie tylko równorzędnym sparingpartnerem, ale również profesorem. Co to zmienia? Bardzo wiele. Otóż inżynierowie z tej stajni podczas tworzenia firmowego portfolio nie opierają się o przypadek, czy setki skazanych na porażkę doświadczeń, tylko bazują na wieloletnim doświadczeniu, co z jednej strony skraca czas dojścia do perfekcji , a z drugiej jest odpowiedzią na oczekiwania szalenie wymagającego rynku. Jak im to wychodzi? Sądząc po reakcjach odbiorców znakomicie. Jednak żeby nie rzucać pustymi frazesami, dzięki warszawskiemu dystrybutorowi – Sieci Salonów Top HiFi & Video Design, w dzisiejszym odcinku postaram się w miarę strawnie opisać ofertę brzmieniową zestawu przedwzmacniacza liniowego Luxman C-900u i stereofonicznej końcówki mocy Luxman C-900u.
Jak widać na powyższych fotografiach, obudowy opiniowanych konstrukcji wykonano z aluminium. Nic nadzwyczajnego? Od strony materiałowej być może tak, gdyż w obecnych czasach wydaje się to być pewnego rodzaju standardem. Mało tego, standardem, który zastosowany bez pewnego pomysłu na efekt finalny staje się wzorniczą nudą. Dlatego też cieszy mnie fakt, iż Japończycy do projektowania obudów ewidentnie się przyłożyli i dzięki lekkiemu zaobleniu bocznych krawędzi frontów ich postrzeganie bardzo zyskuje na atrakcyjności. To pozornie prosty zabieg, jednak w połączeniu z pewnego rodzaju sterylną szarością aluminium owe zaokrąglenia stają się przyjemnym dla oka, a nie zawahałbym się stwierdzić, że wręcz przykuwającym wzrok miłym akcentem wzorniczym. Rozpoczynając miting techniczny od przedwzmacniacza spieszę donieść, iż jego bryła osiąga typowe dla tego segmentu urządzeń rozmiary. Front oprócz przywołanych zabiegów wizualnych jest ostoją sporej ilości delikatnie zagłębionych informacyjno-manipulacyjnych akcesoriów. Przemierzając jego parcele od lewej strony mamy do dyspozycji okrągły włącznik, dużą gałkę selektora wejść, pod nią przycisk Line Straight, tuż obok dwa spłaszczone, nieduże pokrętła Bass/Treble, następnie pionowe czarne okienko wyświetlające informacje o stanie urządzenia, potem kolejne bliźniacze do ww. pokrętło oznaczone jako Balance, zaś całkowicie na prawej stronie kolejną dużą gałkę – tym razem wzmocnienia i dwa okrągłe przyciski: Output Mode, Ext Pre.
Przerzucając wzrok na tylny panel przyłączeniowy naszym oczom ukazuje się pełne profesjonalizmu podejście konstruktorów do tematu zaspokajania wszelkich potrzeb potencjalnego użytkownika. To znaczy? Cóż, mamy do dyspozycji zestaw trzech par wejść i dwóch par wyjść liniowych w standardach RCA/XLR, jeden zestaw RCA –wejście zewnętrznego przedwzmacniacza/procesora, gniazdo zasilania IEC, mały włącznik główny i dwa wyjścia sterowania LAN. Wystarczy? Zapewniam, że nawet dla notorycznego marudy tak. A, żeby takowemu dodatkowo przyciąć skrzydła, dodam jeszcze, iż w komplecie producent dostarcza do pre świetnie prezentującego się pilota zdalnego sterowania.
Temat końcówki mocy w aspekcie postrzegania, z wyjątkiem znacznie większych gabarytów, będzie identyczny, czyli obudowa wykonana z aluminium z płynnie przechodzącym w boczne ścianki frontem. Zasadnicze różnice zaś z racji niezbędności grawitacyjnego chłodzenia nagrzewającej się podczas pracy końcówki mocy pojawiają się dopiero na górnej płaszczyźnie – wyposażono ją w usytuowane na bokach serie, biegnących od przodu ku tyłowi, zabezpieczonych kratką w kształcie plastra miodu, prostokątnych otworów. Ale to nie koniec odmienności obydwu komponentów, gdyż piecyk z racji prostego zadania wzmocnienia przygotowanego przez przedwzmacniacz sygnału na awersie uzbrojono jedynie w zorientowane bliżej prawej strony, bardzo lubiane przez miłośników muzyki wskaźniki wychyłowe oddawanej mocy i umieszczone w lewym dolnym rogu kilka diod informacyjnych o aktualnym stanie końcówki mocy, włącznik, oraz dwa guziki Input/Display. Wieńcząc dzieło różnic pomiędzy opisywanymi komponentami dodam na koniec, że plecy końcówki są ostoją dla pojedynczych terminali kolumnowych, również singlowych wejść i wyjść w standardach RCA/XLR, gniazda zasilania IEC, zacisku uziemienia i wejścia sterowania LAN.
Wpinając w swój tor rzeczony zestaw pre-power przez cały czas miałem w myślach testowaną jesienią zeszłego roku integrę L-509X z jej żywiołowością tak w aspekcie ostrości rysunku źródeł pozornych, jak również bezpośredniości przekazu. Jednym słowem, była orędownikiem energicznego grania ponad wszystko. To była świetna, ale jednak pozbawiona spokoju najlepszych konstrukcji prezentacja. Oczywiście nutkę wyrafinowania dawało się w nią tchnąć odpowiednim okablowaniem, tudzież akcesorium antywibracyjnym, jednak fakt jest faktem, że bez owych zabiegów była nader analityczna. Po co o tym wspominam? To proste, bowiem dzisiejsi bohaterowie są rozwinięciem tamtego modelu, czyli rozdzieleniem sekcji przedwzmacniacza od końcówki mocy, co powinno przynieść znaczne różnice w ofercie brzmieniowej. I? A jakże, ta separacja zrobiła dobrą robotę, gdyż przekaz nabrał oczekiwanej przeze mnie od przedstawicieli segmentu High End dostojności, jednak nie tracąc nic w kwestiach rozdzielczości i kontroli dźwięku. Co zatem zaoferował mi zestaw C-900u/M-900u? Bardzo przyjemnie spędzony przy muzyce czas. To było rysowane na czarnym tle, ale bez wyskoków ostrości i do tego przyjemne ciemnawe granie. Ciemnawe nie dlatego, że muzyka sączyła się z niedoświetlonej wirtualnej sceny, tylko jej solidne uzbrojenie w masę i energię niskich rejestrów wespół z przyjemnym nasyceniem średnicy i witalnymi, jednak nie narzucającymi się wysokimi tonami, na tle 509-ki dawało poczucie przyjemnego uspokojenia przekazu. Oczywiście pełnego informacji i kontroli, ale już nie tak mocno akcentującego wyczynowość najdrobniejszych składowych. To zaś zaowocowało świetnym budowaniem pełnych oddechu, znakomicie rozbudowanych w wektorach szerokości i głębokości międzykolumnowych wydarzeń sonicznych.
Weźmy na tapet dysponującą mocnym głosem Cassandrę Wilson z materiałem zatytułowanym „Traveling Miles”. Wspomniana diva zabrzmiała wręcz wzorcowo, czyli nadal dysponowała mocnym instrumentem gardłowym, jednak w całej rozciągłości podania najdrobniejszych informacji o jej wokalu system nie epatował męczącymi sybilantami, jedynie delikatnie informując mnie o ich bycie. Kolejna sprawa. Wiadomym jest, że produkcje tej pani są mocno podkręcone realizacyjnie nie tylko w otwartości materiału, powodując tym sposobem nadmierne podawanie syków wokalu, z czym Luxman znakomicie sobie poradził, ale również w kwestii ilości basu i temperatury średnicy. Na szczęście dobrze skonstruowane komponenty, do jakich bez dwóch zdań należy zakwalifikować nasz tytułowy set, potrafią zapanować również nad takimi aspektami, co w tym przypadku zaowocowało pełną kontrolą niskich i średnich rejestrów, a to przełożyło się na świetną prezentację nie tylko wspomnianej wokalizy, ale również zjawiskowe oddanie równowagi pomiędzy ilością palca, struny i pudła rezonansowego w grze gitary, a także pracy wentyli wespół ze świetnym pokazaniem plastyki wibracji stroika saksofonu. Po takiej prezentacji nie mogłem nie sprawdzić, jak nasz świetnie dozujący nasycenie i napowietrzenie dźwięku tandem spisze się z nieco gorzej zrealizowanym krążkiem „The Doors” rockowej grupy The Doors. Efekt? Jak mogłem się spodziewać, przywołane nieco wcześniej uczucie pewnego rodzaju ciemności i nasycenia zestawu świetnie zbilansowało krzykliwość i typową dla masteringu takich produkcji anorektyczność przekazu, pozwalając tym sposobem nie tylko spędzić z tą grupą kilkadziesiąt przyjemnych minut, ale również dodatkowo bez uwierania w uszy nieco podkręcić gałkę wzmocnienia. Na koniec testu postanowiłem być bezlitosny i w napędzie CD-ka wylądowała formacja Yello ze znanym wszystkim – nawet przeciwnikom – krążkiem „Touch”. Po tej prezentacji nie miałem już żadnych wątpliwości, że dzielone wzmocnienie Luxmana nie tylko jest świetne w tym co robi, ale robi to w moim, pełnym dostojności, umiejętnie naszpikowanym nieobliczalnością w oddawaniu zapisanych na płycie informacji, stylu. Jakim? To proste. Gdy wymagał tego materiał, niskie rejestry bez oznak bułowatości bezlitośnie trzęsły moim pokojem, zaś po przeciwnej stronie barykady wysokie tony w przypadku oddania przenikliwych przesterów i pisków robiły to z całą mocą karmionego takim sygnałem gwizdka wykorzystywanych podczas testu Dynaudio Confidence 60. Niemożliwe? Powiem szczerze, że po teście integry nie spodziewałem się po topowej dzielonej amplifikacji aż tak dramatycznego przyrostu wyrafinowania a raczej dalszego trwania w iście studyjnej analityczności. Tymczasem srebrni bohaterowie niniejszej recenzji wzbili się na wyżyny oczekiwanego przeze mnie poziomu jakości prezentacji.
Jak wspominałem, do powyższego testu podchodziłem z pewną rezerwą. Tymczasem Luxman z wypracowaną przez lata doświadczeń łatwością pokazał, iż zajmowanie danej półki cenowej, a przez to jakościowej, wiąże się z konkretnym oczekiwaniem docelowego – czytaj zaawansowanego w odbiorze muzyki – użytkownika. Wzmacniacz zintegrowany dedykowany jest do innej grupy słuchaczy, która jestem w stanie nawet stwierdzić, po zapoznaniu się z zestawem dzielonym początkowo mogłaby kręcić nosem na brak ostrych krawędzi i sonicznych wyskoków” 900-ek. Nasz dzisiejszy punkt zapalny to inna liga nie tylko urządzeń, ale również odbiorców szukających w dźwięku wyrafinowania, a nie pokazywania dobrze wypadających jedynie w pewnych okolicznościach, a przez to zbędnych w obcowaniu z muzyką przez duże „M” artefaktów. Kogo widzę w grupie potencjalnych zainteresowanych? Szczerze? Być może Was zaskoczę, ale nawet wielbicieli nadprogramowych fajerwerków, gdyż jestem przekonany, że już po kilku dniach obcowania z wyśmienicie podanym materiałem zrozumieją, w czym rzecz i jeśli środki płatnicze nie będą dla nich problemem, tytułowy zestaw pre-power Luxman C-900u/M-900u nawet po niezobowiązującym odsłuchu nie wróci już do dystrybutora.
Jacek Pazio
Opinia 2
Dzisiejszy test jest kolejnym dowodem na to, że warto być cierpliwym i ze stoickim spokojem czekać na rozwój wypadków. Po co się bowiem szarpać i denerwować, skoro to, co ma się zdarzyć, wcześniej, czy później nastąpi i to niezależnie od naszych mniej, bądź bardziej usilnych starań. Weźmy na ten przykład Luxmana, który cały czas gdzieś tam krążył po własnej orbicie pojawiając się to tu, to tam, jednak bez jasno zdefiniowanego statusu dystrybutorskiego. Dopiero oficjalne zajęcie się marką przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design sprawiło, że zamiast pojedynczych egzemplarzy, na sklepowych półkach zagościła praktycznie pełna oferta japońskiego wytwórcy, czego pokłosiem była zarówno nasza recenzja wielce intrygującej a zarazem wymagającej (od reszty toru) integry L-509X, jak i cieszący się szalonym powodzeniem cykl prezentacji prowadzonych przez Marcina Majewskiego – kierownika kieleckiego salonu dystrybutora, podczas ostatniej edycji Audio Video Show. I właśnie, wśród pyszniących się srebrem frontów delicji naszą uwagę zwróciła dzielnie radząca sobie z majestatycznymi Magico S5 MkII stereofoniczna końcówka mocy M-900u. Nie muszę chyba dodawać, iż od razu wyraziliśmy gotowość jej przygarnięcia, chociażby prosto z wystawy. Jak jednak nadmieniłem na wstępie słowem – kluczem była w tym wypadku cierpliwość i po nieco ponad półrocznym oczekiwaniu możemy wreszcie się z Państwem podzielić wrażeniami z odsłuchów topowego duetu z Jokohamy- Luxmanów C-900u i M-900u.
Już przy 509-ce perfekcja wykonania budziła nasz niekłamany podziw, jednak dopiero przy tytułowym secie widać do czego zdolni są Japończycy. I nie, wcale nie oznacza to, że nabywcę już od progu oszałamia iście bizantyjskie bogactwo ornamentyki i zawiłość formy. Jest wręcz odwrotnie – bowiem elementów dekoracyjnych nie ma tu wcale a zamiast nich króluje prostota i ponadczasowy minimalizm ograniczający wszelakiej maści regulatory i przełączniki do niezbędnego, oczywiście w obrębie kanonu marki, minimum.
Dlatego też na masywnym, aluminiowym, satynowym – piaskowanym froncie C-900u oprócz włącznika z dedykowaną błękitną mini diodą i obrotowego selektora źródeł, pod którym przycupnął niewielki przycisk pominięcia sekcji equalizacji „line straight”, odnajdziemy regulatory niskich i wysokich tonów, czy też zlokalizowane po przeciwległej stronie pionowego okna wyświetlacza (gorąco polecamy wielce przydatną, dostępną z poziomu pilota opcję zoom) pokrętło balansu, przyciski wyboru wyjść i aktywujący możliwość pracy z zewnętrznym przedwzmacniaczem/procesorem, oraz oczywiście gałkę regulacji głośności.
Ściana tylna prezentuje się równie elegancko. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem trzy pary wejść RCA i XLR, oraz dwie pary wyjść w podobnej, zdublowanej konfiguracji uzupełnione o parę wejść RCA na zewnętrzne pre. Całość uzupełniają terminale zdalnego sterowania, gniazdo zasilające i niepozorny włącznik główny.
Sercem C-900u jest ultra precyzyjna 88 stopniowa regulacja głośności LECUA (Luxman Electronically Controlled Ultimate Attenuator) 1000. W dodatku, z racji pełnego zbalansowania konstrukcji w tytułowym pre wykorzystano równolegle cztery takie układy. Natomiast nad sprzężeniem zwrotnym czuwa ODNF (Only Distortion Negative Feedbac) w wersji 4.0 zapewniający ekstremalnie niski poziom zniekształceń, przy niezwykle wyśrubowanym (123dB RCA, 126dB XLR) odstępie sygnału od szumu. Miłym widokiem jest sekcja zasilania, w której solidne trafo CI współpracujące z czterema kondensatorami o pojemności 3300 µF.
Stereofoniczny wzmacniacz mocy M-900u prezentuje się jeszcze dostojniej. Jego monumentalny front zdobią dwa okna z podświetlonymi na biało wskaźnikami wychyłowymi, które choć asymetrycznie umieszczone nie zaburzają w żaden sposób równowagi projektu. Z kolei lewy dolny narożnik okupuje włącznik z dwiema diodami informującymi o aktywności/uśpieniu, dwie kolejne diody przypisano do wejściom, które wybieramy stosownym niewielkim przyciskiem a temat guzikologi zamyka kolejny odpowiedzialny za iluminację VU-meterów. Płyta górna to elegancko ponacinany projekt znany już z 509-ki. Ściana tylna jest tyko potwierdzeniem firmowego minimalizmu. W jej centrum znajdziemy jedynie arę terminali RCA i XLR przedzielonych zaciskiem uziemienia a poniżej nich gniazdo zasilania. Okupujące obie flanki masywne terminale głośnikowe są pojedyncze. Z ponadnormatywnych dodatków wypada wspomnieć o magistrali sterowania, przełączniku trybu pracy wzmacniacza i fazy na XLR-ach.
Zaglądając do trzewi widać, że żarty się skończyły i próżno szukać tam audiofilskiego powietrza. Zamiast tego mamy 1 250VA trafo El nieopodal którego ulokowano baterię czterech kondensatorów o pojemności 20 000μF każdy. Tranzystorowy stopień wyjściowy jest zdolny oddać 2 x 150W przy 8Ω i 2 x 300 W przy 4Ω obciążeniu a po przełączeniu w tryb mono 600W przy 8Ω, z których pierwsze 12 W jest w klasie A. Cała elektronika zamocowana jest na wewnętrznej ramie umieszczonej wewnątrz masywnej obudowy, która z kolei spoczywa na czterech żeliwnych nóżkach.
O ile wspominaną 509-kę z powodzeniem można było porównać do niezwykle precyzyjnej aparatury studyjno – laboratoryjnej, dzięki której usłyszymy rodzaj wełny z jakiej wykonano szal wokalistki udzielającej się w chórkach, o tyle tytułowy duet ową wyśrubowaną analityczność przyobleka w adekwatne do swojej postury i flagowości wyrafinowanie oraz dostojeństwo. Oferowany przez topowe Luxmany dźwięk jest urzekający, uzależniający – organiczny i homogeniczny. Jest ponadto w sposób oczywisty osadzony w doskonale nam znanej estetyce byłego redakcyjnego wzmacniacza Reimyo KAP – 777 i referencyjnego przedwzmacniacza Robert Koda Takumi K-15. Mamy zatem obezwładniającą i przykuwającą na długie godziny do fotela muzykalność przy jednoczesnym braku utraty jakichkolwiek detali, czy niuansów i to nawet podczas wieczorno-nocnych odsłuchów, przy dość ograniczonych poziomach głośności. I nie mówię w tym momencie o jakiś skompresowanych, pociągniętych loudnessem muzakach, lecz nagraniach z czasów, gdzie żeby zaistnieć trzeba było umieć grać i śpiewać. Dlatego też z niekłamaną przyjemnością raczyłem się swingującym albumem „Afro Bossa” Duke’a Ellingtona, czy nie mniej uroczym „Ella And Louis” Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga, które japońska amplifikacja zagrała iście po mistrzowsku – bez zbędnej nerwowości i równie niepotrzebnej, akurat przy takim repertuarze, spektakularności. Luxmany skupiły się głownie na ukazaniu flow, odwzorowaniu klimatu tamtej epoki i swoistemu, wynikającemu z bezdyskusyjnej wirtuozerii niewymuszeniu. Znacie Państwo to wrażenie, gdy obserwujecie jakiegoś mistrza w konkretnej dziedzinie, który najbardziej karkołomne ewolucje wykonuje, przynajmniej pozornie, bez większego wysiłku, więc i Wam samym wydaje się, że to przecież nie może być coś trudnego. No to co? Mikrofon, albo trąbka w dłoń, ewentualnie miejsce przy fortepianie czeka i voilà. I…? Okazuje się, że owa łatwość jest właśnie li tylko pozorem, gdyż wynika z wielu lat ciężkiej pracy i wrodzonego talentu.
Wracając do meritum oferowany przez Luxmany dźwięk był niezwykle mocno osadzony w barwie, konsystencji a przy tym kontury poszczególnych instrumentów i źródeł pozornych wcale nie cierpiały na zbytnią zgrubność, czy rozedrganie. Były w pełni wyraźne i klarowne, po prostu, w sposób całkowicie oczywisty były – bez potrzeby podkreślania na każdym kroku swojej obecności. Dokładnie tak samo jak w życiu – patrzymy na coś i to coś widzimy, stwierdzając, iż ono po prostu jest i nie wpatrujemy się w każdą krawędź, płaszczyznę, czy załamanie. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by w dowolnej chwili skupić na owym czymś swoją uwagę i właśnie owe niuanse kontemplować. Z brzmieniem 900-ek jest dokładnie tak samo. W pierwszej kolejności asymilujemy ich przekaz jako nierozerwalną i oczywistą całość, a gdy tylko najdzie nas ochota bez najmniejszego trudu jesteśmy w stanie przejść z trybu syntezy do analizy i śledzić poczynania poszczególnych muzyków, propagację dźwięku pod sklepieniami sakralnych budowli i inne tego typu smaczki.
Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że 900-ki sprawdzą się tylko w takich wysublimowanych, niespiesznych klimatach, gdyż wystarczyła przesiadka na „Arcane Astral Aeons” Sirenii i „Ballistic, Sadistic” Annihilatora, by na własnych trzewiach przekonać się, iż deklarowany przez producenta współczynnik tłumienia wynoszący całkiem rozsądne 710 nie jest czczą przechwałką, lecz jedynie wskazówką iż nad czym, jak nad czym, ale nad kolumnami w stylu Dynaudio Confidence 60 M-900u jest w stanie z łatwością zapanować. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z wieloplanowymi prog-metalowymi epickimi pasażami, czy też piekielnie szybkimi i zajadle kąsającymi riffami próżno szukać utraty kontroli, bądź nawet najmniejszych oznak kompresji. Co ciekawe nawet przy niemalże koncertowych poziomach głośności równowaga tonalna cały czas pozostaje na niezmiennym poziomie – z lekko faworyzowaną średnicą i jej połączeniem z wyższym basem. Nie oznacza to bynajmniej wycofania wysokich tonów, bądź zmiękczenia dołu, lecz raczej czytelną deklarację własnej sygnatury. W końcu na tym poziomie można pozwolić sobie na grę w otwarte karty, tym bardziej, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na zakup tzw. „dzielonki” za ponad 100 kPLN w ciemno, bądź li tylko na podstawie opinii osób trzecich, w tym naszych.
O kreowanej scenie z premedytacją do tej pory nie wspominałem, gdyż była ona w sposób oczywisty zależna od reprodukowanego materiału, więc przy kameralnych, studyjnych nagraniach potrafiła z powodzeniem zmieścić się w naszym blisko 40-metrowym OPOS-ie, za to wielka symfonika i koncertowe spektakle dla dziesiątek tysięcy rozentuzjazmowanych fanów z łatwością wykraczały nie tylko poza rozstaw kolumn, co i oktagonalny obrys ścian.
Podczas testów nie omieszkaliśmy również sprawdzić jak tytułowe Luxmany wypadają podczas solowych występów i o ile sygnaturze końcówki najbliżej do wypadkowego brzmienia japońskiego duetu, o tyle przedwzmacniacz nieco nas zaskoczył. Jednak po kolei – M-900u to bezdyskusyjny władca muzykalności i wynikającej ze świadomości własnej zajebistości dobrodusznej kontroli. On nic nie musi a jedynie może, a że może naprawdę dużo, to i tak właśnie gra – bezstresowo, bez limitów i zastanowienia z wrodzona wirtuozerią trafiając w każdą nutę i klimat nagrania. Krótko mówiąc nie sposób go nie kochać.
Z kolei C-900u, jak na high-endowe centrum sterowania przystało, jest przykładem transparentności i neutralności. Skoro ma jedynie kontrolować poziom głośności z wybranego przez użytkownika źródła to właśnie to robi. W dodatku robi to wybornie i o ile w większości przypadków spotykamy się z koniecznością kompromisu, czyli coś za coś, o tyle przy C-900u trudno mi się do czegokolwiek przyczepić, gdyż do M-900u pasuje jak ulał a i z innymi końcówkami z pewnością nie ograniczy ich możliwości. Nie limituje dynamiki, nie ogranicza rozdzielczości i co najważniejsze nie majstruje przy proporcjach dźwięku. Warto jednak mieć na uwadze iż nie jest to urządzenie mogące cokolwiek w naszym torze zamaskować, bądź wręcz naprawić. No chyba, że zastępuje jakiegoś przysłowiowego „muła bagiennego”, bądź anorektycznego suchotnika, to wtedy rzeczywiście tak – osiągnięta na drodze „transplantacji” poprawa i naprawa będzie ewidentna. Jeśli jednak do tej pory graliście Państwo z systemu opartego na wzajemnej kompensacji wad poszczególnych składowych i poprzez dołożenie przedwzmacniacza dalej chcecie podążać w tym kierunku, to pomyliście adres, bo 900-ka tego nie zrobi.
No to najwyższa pora na małe résumé. Z Audio Klanem, czyli z Siecią Salonów Top HiFi & Video Design współpracujemy od ponad sześciu lat i śmiem twierdzić, iż dzisiejszy, tytułowy duet śmiało mogę, całkowicie subiektywnie, uznać za nie tylko najlepsze, lecz również najbardziej uniwersalne wzmocnienie, jakie od ww. dystrybutora dane nam było testować. W dodatku, patrząc na stricte high-endowe realia relacja jakość/cena w przypadku obu Luxmanów utrzymuje się na iście dumpingowym poziomie i o ile tylko rozglądacie się Państwo za czymś z podobnego, bądź nawet wyższego, pułapu cenowego sugeruję czym prędzej umówić się na odsłuch C-900u & M-900u, bo bardzo możliwe, iż będzie to zarazem pierwszy, jak i ostatni z serii. Szalenie trudno bowiem obok tego dźwięku przejść obojętnie a jeszcze trudniej z niego dobrowolnie zrezygnować. Dlatego Państwu przekazuję moją osobistą rekomendację a sam wpisuję końcówkę M-900u na listę życzeń do Świętego Mikołaja.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E800
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Dynaudio Contour 60
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Ceny
Luxman C-900u: 58 999 PLN
Luxman M-900u: 58 999 PLN
Dane techniczne
Luxman C-900u
Czułość wejściowa: 255mV RCA, 255mV XLR
Impedancja wejściowa:43kΩ RCA, 86kΩ XLR
Impedancja wyjściowa:1V/90Ω, max. 11V RCA; 1V/180Ω, max. 22.5V XLR
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz (+0, -0.1dB)
5Hz – 120kHz (+0, -3.0dB)
Zniekształcenia THD: 0.009% (20Hz – 20kHz) RCA
0.005% (20Hz to 20kHz) XLR
Stosunek sygnał/szum: 123dB RCA, 126dB XLR
Regulacja głośności: LECUA1000
Regulacja tonów:
BASS: ±8dB @ 100Hz
TREBLE: ±8dB @ 10kHz
Pobór mocy: 42W; 2.2W (standby)
Wymiary (S x W x G): 440 x 130 x 430 mm
Waga: 19.7kg
Luxman M-900u
Moc wyjściowa: 2 x 150W/8Ω; 2 x 300 W/4Ω, 600W/8Ω (Mono)
Max. chwilowa moc wyjściowa:2 x 1,200W/1Ω; 2,400W/2Ω (Mono)
Czułość wejściowa: 1.24V/150W (8Ω) GAIN 29.0dB
Impedancja wejściowa: 51 kΩ RCA; 34 kΩ XLR
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz (+0, –0.1dB)
1Hz – 130kHz (+0, –3.0 dB)
Zniekształcenia THD: < 0.008% (1kHz/8Ω)
< 0.1% (20Hz – 20kHz/8Ω)
Stosunek sygnał/szum: 117dB
Transformator: 1,250VA typu EI
Współczynnik tłumienia: 710
Pobór mocy: 540W (max), 280W (bez sygnału), 1.0W (standby)
Wymiary (S x W x G): 440 x 224 x 485 mm
Waga: 48.0 kg
Ponieważ od testu wielce udanego zestawu Soulution 525 & 511 cały czas zastanawialiśmy się, czy udało nam się wycisnąć wszystko co najlepsze ze szwajcarskich specjałów, to zamiast dalej żyć w niepewności postanowiliśmy zrobić małą powtórkę z rozrywki. Jednak zamiast konwencjonalnego seta pre/power dzięki uprzejmości SoundClubu udało nam się pozyskać dwie końcówki Soulution 511, które tym razem będą pracowały w roli monobloków.
cdn. …
Mała, niszowa wręcz, japońska manufaktura, minimalistyczny design i analog w najczystszej postaci. Brzmi intrygująco? Dla nas również, dlatego też od razu zabieramy się za wygrzewanie phonostage’a Aurorasound Vida-prima.
cdn. …
Opinia 1
O wzajemnych, panujących w branży relacjach można byłoby spokojnie napisać książkę i to niejedną, przy czym bynajmniej nie byłaby to sielankowa, wakacyjna beletrystyka, lecz raczej mrożący krew w żyłach thriller. Niby co i rusz zawierane są jakieś sojusze i mniej, bądź bardziej trwałe pakty o nieagresji, lecz takie praktyki dotyczą głównie podmiotów operujących w różnych segmentach szeroko rozumianego Hi-Fi i High-End. Producenci okablowania próbują dogadać się ze wszystkimi, elektroniki z wytwórcami kolumn i okablowania a kolumnowcy z elektronikami i kablarzami. Za to elektronicy z elektronikami, kolumnowcy z kolumnowcami a kablarze z kablarzami, cóż … Może kiedyś. Nie inaczej jest wśród wytwórców wszelakiej maści akcesoriów antywibracyjnych, gdzie o wzajemnym szacunku z pewnością gdzieś, kiedyś słyszano, jednak i tak i tak każdy idzie w zaparte twierdząc, że tylko on ma monopol na jedyne skuteczne panaceum na trapiące audiofilską brać bolączki a cała reszta to najdelikatniej mówiąc szarlatani. Wyjątek od powyższej reguły stanowi niemiecka manufaktura Finite Elemente, której nazwa w 99,9% powoduje wśród konkurencji lekką konsternację a następnie z trudem przechodzące przez gardło stwierdzenia noszące znamiona komplementów i wyrazów uznania. Skoro nawet w tak zantagonizowanym środowisku Finite Elemente ma, posługując się młodzieżowym żargonem, „szacun na dzielni” oczywistym było, że gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja – vide dystrybutor marki, którym jest poznański Koris, wyraził gotowość dostawy niemalże pełnej Cera Family, czyli rodzinki Cera, czym prędzej pozyskaliśmy na testy wielce imponujący zestaw, w skład którego weszły podstawki Cerabase compact, Cerabase slimline, Cerapuc i Ceraball. Nie przedłużając zatem niepotrzebnie wstępniaka serdecznie zapraszam na spotkanie ze stalowymi akcesoriami powstającymi nieopodal źródeł rzeki Pader – w miejscowości Paderborn.
Opis walorów tak wizualnych, jak i po części technicznych pozwolę sobie zacząć od elementów wspólnych, których de facto, jak to w większości rodzin bywa, jest całkiem sporo. Wszystkie ww. stopki/nóżki/podstawki, czyli jak zwał tak zwał, dostarczane są w dość mało absorbujących biało czerwonych kartonowych pudełkach z wizerunkiem znajdujących się wewnątrz akcesoriów. Ot proste i logiczne rozwiązanie ułatwiające nie tylko spedycję, magazynowanie, ale i samą sprzedaż poprzez utrzymanie porządku, w końcu przysłowie „Ordnung muß sein” nie wzięło się znikąd. Zamiast jednak spodziewanego jakiegoś bliżej nieokreślonego piankopodobnego wypełnienia owe kartoniki stanowią jedynie zewnętrzna obwolutę wielce eleganckich drewnianych skrzyneczek, które to dopiero wypełniono sztywną, szarą pianką z precyzyjnie wyciętymi komorami na podstawki i rozszerzające ich funkcjonalność akcesoria jak śruby M6 i M8 umożliwiające zastąpienie firmowych nóżek i kolców akcesoriami Finite Elemente trzeciej generacji. Ich korpusy wykonano z perfekcyjnie obrobionych toczonych stalowych elementów a w roli medium odsprzęgającego posłużono się, jak z resztą sama nazwa wskazuje, ceramicznymi kulkami – pojedynczymi w Cerapucach i Ceraballach i trzema w Cerabase compact oraz slimline. W roli stabilizatorów pionowych wykorzystywane są gumowe ringi. I to było na tyle. Zero voodoo, gwiezdnego pyłu, zmielonego prącia jednorożca i wyrwanych z NASA kosmicznych technologii. Dziwne? Niekoniecznie, bo tu liczą się precyzja i jakość wykonania oparte na solidnej inżynierskiej wiedzy a nie wróżenie z fusów i pompowanie kasy w wybujały marketing. Wystarczy bowiem spojrzeć na dane dotyczące udźwigu tytułowych akcesoriów, gdzie 300, czy 500 kg osiągi są na porządku dziennym.
Wbrew swojej nazwie Cerabase compact bynajmniej nie są kompaktowym, lecz najbardziej okazałym przykładem niemieckiej obróbki skrawaniem wśród stalowej, dostarczonej przez Koris, gromadki. Masywna, zwężająca się ku górze (z Ø 50 mm do Ø 35 mm) podstawa posiada trzy nieckowate podfrezowania stanowiące łoża dla trzech ceramicznych kulek. W jej centrum znajduje się trzpień, na którym zamocowano gumowy ring stabilizujący całą konstrukcję w płaszczyźnie poziomej. Na ów trzpień nakłada się walec, którego górna część jest sfrezowana i nagwintowana. Na czas transportu ww. walec jest stabilizowany nagwintowaną ośką, którą podczas codziennego użytkowania należy usunąć poprzez wykręcenie. Dopiero na tenże walec nasadza się masywną „nakrętkę” o średnicy podstawy walca. Zakres regulacji wysokości wynosi 43 – 52 mm, co daje naprawdę spore możliwości wypoziomowania ustawionego na Cerabase compact urządzenia.
Budowa Cerabase slimline jest pewną wariacją, dwumodułowym uproszczeniem tego, co reprezentuje wersja “compact”. Dolna podstawa z trzema łożami na ceramiczne kulki jest mniej masywna a wychodzący z niej trzpień został przewiercony w celu przeprowadzenia przezeń śruby mocującej nóżkę do urządzenia. Gumowy ring umieszczono w pierścieniu górnym.
Cerapuc reprezentuje obóz jednokulkowy, w którym łoże dla kulki wyfrezowano w talerzyku z gumowym ringiem na obwodzie, na który to nakładany jest masywny pierścień z dedykowanym na stosowny walec z „wybraniem” na górnej powierzchni.
Najmniejsze w stawce Ceraballe kontynuują jednokulkową manierę Cerapuców, lecz w tym przypadku mamy do czynienia z dalszym uproszczeniem konstrukcji, czyli z wersją dwuelementową. Na podstawę o krótkim, uzbrojonym w ring trzpieniu, na zwieńczeniu którego przygotowano łożę pod kulkę nasuwa się pociskopodobny kaptur ze ściętym, niczym w przypadku amunicji dum dum, wierzchołkiem.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu, a raczej – doprecyzowując, kwestię wpływu dzisiejszej gromadki na brzmienie ustawianych na nich urządzeń, pozwolę sobie, na podstawie poczynionych obserwacji, o czym dosłownie za chwilę, dokonać pewnej agregacji. Agregacji wynikającej ze wspólnych cech konstrukcyjnych, co też przełożyło się na zbliżone walory soniczne. Chodzi oczywiście o podział na konstrukcje wielo- i jednokulkowe.
Do pierwszej grupy zaliczamy Cerabase compact i slimline, które to, z wynikającej właśnie z owej multiplikacji elementów odsprzęgających, racji śmiało można porównać do naszych rodzimych Franc Audio Accessories – Ceramic Disc Classic. I właśnie w tym porównaniu jest zaskakująco dużo cech wspólnych. Niemieckie akcesoria, podobnie jak nasze krajowe, stawiają na możliwie jak największą może nie tyle neutralność, co naturalność przekazu. W wielce udany sposób homogenizują reprodukowane przez ustawione na nich urządzenia dźwięki sprawiając, że do muzyki wkracza spokój. Jednak ów spokój nie dotyczy tzw. zmulenia i uspokojenia przekazu, za czym prawdę powiedziawszy, poniekąd przez dość ciężki repertuar, w którym gustuję, niespecjalnie przepadam, lecz objawia się eliminacją irytującego rozedrgania i podskórnej nerwowości. Szukając możliwie czytelnej analogii owe anomalia śmiało można uznać za odpowiednik pracy na monitorze CRT (ktoś jeszcze pamięta takie relikty przeszłości?) ze zbyt niską częstotliwością odświeżania. Z Finite Elemente owe migotanie znika jak ręką odjął, a jego miejsce zajmują stabilność i swoisty, wielce pożądany rodzaj apodyktyczności – pewności, co do trafności każdego dźwięku, każdej nuty. Ponadto aplikacja Cerabase’ów zauważalnie wpływała również na rozdzielczość i wolumen generowanego spektaklu muzycznego. I nie, nie chodzi w tym momencie o antyseptyczną analityczność połączoną ze sztucznym „napompowaniem” źródeł pozornych, czy też zabawę porównywalną do wirtualnych efektów przestrzennych oferowanych przez producentów soundbarów. Akurat ów progres przejawia się urealnieniem powyższych aspektów – klarowności, poprzez eliminację umownej „mory” powodującej gubienie niuansów i detali tak na pierwszym, jak i dalszych planach, natomiast przy wolumenie sprawę załatwia poprawa czytelności i zróżnicowania reprodukowanego pasma – słyszymy zatem więcej i lepiej. Nawet na tak karkołomnym materiale jak łączącym elementy crust punku oraz death i black metalu, jak „Fear Those Who Fear Him” Vallenfyre – formacji, którą swojego czasu tworzyli Greg Mackintosh i Waltteri Väyrynen z Paradise Lost wraz z Hamishem Glencrossem z My Dying Bride nic się nie zlewa i dotyczy to zarówno growlowych partii Mackintosha, którym z wrodzoną wściekłością wtóruje sobie na rozgrzanym do czerwoności wiośle, jak i ekstatycznych blastach Väyrynena wspieranych przez z równą zaciekłością szarpiącego struny Glencrossa. Hałas i kakofoniczne dźwięki przypominające odgłosy dochodzące ze złomowiska? Bardzo możliwe, przynajmniej dla przypadkowych słuchaczy, jednak proszę mi uwierzyć, nawet na słowo, iż jest to również świetny sprawdzian na „przepustowość” posiadanego systemu – jeśli nie jesteście w stanie rozróżnić poszczególnych dźwięków i partii instrumentów, to … macie problem.
Całe szczęście Cerabase’y nie majstrują przy charakterze tonalnym. Nie podbijają skrajów, czy też przełomu średnicy i basu sztucznie podkręcając motorykę. Jeśli już, to delikatnie akcentują średnicę, lecz nie poprzez jej wypchnięcie, lecz li tylko śladowe dosaturowanie, które z kolei równoważone jest wspominaną rozdzielczością, co przekłada się na lepszą dykcję i komunikatywność wokalistów. Coś jakby przesiedli się z nieco mniej wyrafinowanych konstrukcji na cudeńka jakie tworzy Martin Kantola z Nordic Audio Labs. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by ów progres weryfikować na wspominanych dosłownie przed chwilą radosnych porykiwaniach Mackintosha, jednak jednostkom o bardziej wrażliwej psychice sugeruję raczej sięgnąć po twórczość Diany Krall, czy Youn Sun Nah, które powinny sprawdzić się równie dobrze i to bez wywoływania stanów lękowych. Jeśli zaś chodzi o aplikację, to podczas ponad dwumiesięcznego okresu użytkowania Cerabase slimline najczęściej gościły pod Luminem U1 Mini , natomiast Cerabase compact objęły permanentny dyżur pod moim Ayonem CD-35 spod którego raczej nieprędko zostaną wyciągnięte.
W przypadku Cerapuców i Ceraballi analogii też z powodzeniem można szukać na naszym rodzimym podwórku. W końcu Albedo Cermo i Audio Stability The ONE również korzystają z pojedynczych ceramicznych kulek. W dodatku wszystkie ww. konstrukcje cechuje pewna, dość łatwa do wychwycenia „uprzyjemniająca odbiór” sygnatura. Chodzi bowiem o wyraźne skupienie swojej, a co za tym idzie również odbiorcy, uwagi na szeroko rozumianej eufonii i wysyceniu wydarzeń rozgrywających się na średnicy, przy jednoczesnym uplastycznieniu przekazu. Ich obecność okazała się wielce pożądana np. pod hybrydową integrą Balanced Audio Technology VK-3000SE nadając jej brzmieniu bliższej wyposażonym w lampy wzmacniaczom estetykę. Pół żartem pół serio można uznać, że oba niemieckie „jednokulkowce” w dość oczywisty sposób podążają ku swoistemu dystyngowaniu zagęszczając atmosferę, stawiając na zmysłowość i klimatyczność a dopiero w dalszej kolejności na atak i kontur. Dzięki temu wierni akolici Queen Latifah, Nat King Cole’a, czy Franka Sinatry powinni bacznie się im przyjrzeć, gdyż namacalność wokali ulubionych artystów z Cerapucami i Ceraballami nabiera zaskakującej intensywności. Nawet zwykle szeleszcząca na „Quelqu’un m’a dit” Carla Bruni zyskała nieco przyjemnego ciałka a jej wokal stał się bardziej „miodowy”. Podobnie było z już i tak ciemną „You Want It Darker” Leonarda Cohena, gdzie tembr głosu nieodżałowanego barda jeszcze intensywniej trącał struny naszej wrażliwości. Oczywistym skutkiem ubocznym było lekkie osłabienie motoryki i pogrubienie konturów, jednak jeśli komuś ww. B.A.T, bądź mój dyżurny Bryston 4B³ wydają się zbyt analityczne, to szczególnie z Cerapucami oba wzmocnienia powinny zdecydowanie bardziej przypaść owemu komuś do gustu. Co istotne oba „jednokulkowce” wcale nie wykazywały ciągot do przybliżania faworyzowanego podzakresu, więc nie ma obaw przed zbytnią nachalnością pierwszoplanowych wydarzeń. Jest za to … nad wyraz elegancko.
Jak sami Państwo widzicie, nawet w obrębie jednej rodziny z powodzeniem można znaleźć „okazy” reprezentujące zarówno bardziej transprentno-dynamiczne, jak i muzykalno-kojące podejście do kwestii reprodukcji dźwięku. Dlatego też warto na testy zaopatrzyć się w możliwie najliczniejszą gromadkę przedstawicieli Cera family i na drodze niespiesznych eksperymentów empirycznie weryfikować gdzie i które najlepiej się sprawdzą. Zaręczam, iż nie będzie to czas stracony a po takiej żonglerce nie dość, że jeszcze lepiej poznacie swój system, to jeszcze zdobędziecie wiedzę, co do ewentualnych zmian, które chcielibyście przeprowadzić w mniej, bądź odległej przyszłości. Niebagatelne znaczenie ma też fakt, iż wydatek na tytułowe akcesoria nie jest zbyt bolesny dla domowego budżetu a zabawa jest naprawdę przednia.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC: Chord DAVE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E-800, Balanced Audio Technology VK-3000SE
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Étude, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– Słuchawki: ULTRASONE Edition 15 Veritas, OBRAVO HAMT-3 MKII
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence, Cardas Audio Clear Network
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
Opinia 2
Być może się zdziwicie, ale bez względu na fakt znikomej szansy na poznanie się w świecie realnym sporo o Was wiem. Co takiego? Po pierwsze – zdajecie sobie sprawę, że akcesoria antywibracyjne dla systemu audio są tak ważne, jak co najmniej najmniejszy palec dłoni u człowieka – choć wielu widzi w tym twierdzeniu nazbyt skromną ocenę. Po drugie – orientujecie się, iż na wynik soniczny urządzenia wykorzystującego tego typu ustrojstwa wpływa złożoność materiałowa i konstrukcyjna danej podstawki, czy platformy antywibracyjnej. I po trzecie – jeśli z jakiś powodów nie możecie pozwolić sobie na coś firmowego, jesteście świadomi sporych możliwości wykonania podobnych produktów tak zwanym własnym sumptem. Jaki cel ma owa wyliczanka? Otóż ww. przed momentem wiedza bez względu na poziom wtajemniczenia w kwestii wprowadzania w życie, pozwoli Wam zrozumieć clou dzisiejszego spotkania. Czyli? Spokojnie, nie będziemy rozprawiać o technologiach rodem z NASA, tylko o ofercie antywibracyjnej jednego z najbardziej rozpoznawalnych w świecie audio niemieckiego producenta Finite Elemente, który dzięki poznańskiemu dystrybutorowi Koris zaproponował naszej redakcji do przetestowania zestaw czterech produktów: Cerabase Compact, Cerabase Slimline, Cerapuc i Ceraball. Gdzie jest haczyk? Otóż ciekawostką tego porównania jest wykorzystanie wręcz bliźniaczych półproduktów do stworzenia jedynie lekko zmienionych konstrukcyjnie stopek, w konsekwencji jednak oferujących zaskakująco odmienny wpływ na stabilizowany przez nie komponent audio. Interesujące? Jeśli tak, zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Akapit poświęcony sprawom technicznym nie będzie zbyt rozbudowany. Powód? Jak wspomniałem, nie ma sensu rozwadniać tekstu, bowiem będące naszym obiektem zainteresowań akcesoria są bardzo podobne w kwestii półproduktów – nierdzewna stal korpusu i ceramiczne kulki jako elementy odsprzęgające, a różni je jedynie nieco inny kształt, wysokość, ilość wspomnianych kulek i ich ułożenie względem każdej z płaszczyzn styku. Oczywiście z teoretycznego punktu widzenia dogłębniejsze dane są bardzo istotne – jakiej stali użyto, z czego wykonano kulki i jak osiągają rozmiar, jednak po pierwsze – dla potencjalnego użytkownika jest to całkowicie zbędne, a po drugie – takie know how marki jest pilnie strzeżone i jeśli już coś na swojej stronie internetowej zdradzi, będą to jedynie ogólnikowe dane. Dlatego też bez zbędnych ceregieli, dodając jedynie informację o możliwości implementacji każdego rodzaju stopek – połączenie gwintowe – w miejsce firmowych każdego urządzenia, w formie kilku akapitów, na ile to możliwe, bez wdawania się w poetycką ekwilibrystykę spróbuję wyartykułować wynotowane podczas aplikacji niemieckiego portfolio pod wzmacniaczem zintegrowanym Accuphase E-800, wnioski na temat zmian dźwięku tak zestawionego systemu. Nie będą to epopeje podparte konkretnymi przykładami płytowymi, gdyż tekst osiągnąłby nieakceptowalne przez znakomitą większość z Was rozmiary, tylko rysujące zaistniałą sytuację testową konkrety.
Cerabase Compact
Muszę przyznać, iż ten model stopek zrobił na mnie największe wrażenie. Nie, że zostawił stawkę w blokach startowych, tylko świetnie wpisał się w może nie bezwzględne potrzeby systemu testowego, ale sprawił, iż przekaz w kilku aspektach podniósł poprzeczkę jakości generowanego dźwięku o co najmniej oczko wyżej. Co takiego się wydarzyło? Otóż po aplikacji rzeczonych podstawek moja układanka nie obniżając poziomu tak ważnego dla mnie nasycenia, plastyki i pulsacyjności średnicy zebrała dźwięk w sobie w domenie krawędzi i ataku, dodając przekazowi tym sposobem szczypty oddechu. Efekt? Muzyka nadal oferując świat w estetyce gładkości i pełni palety barw, robiła to wyraźniej, a przez to w bardziej namacalny sposób – tło stało się ciemniejsze pozwalając łatwiej wychwycić kontury źródeł pozornych. Jednym słowem generowany przez zespoły głośnikowe spektakl bardzo zyskał w kwestii projekcji dźwięku w wymiarze 3D. Niby niewiele, ale jeśli uważamy, że nasz zestaw jest skończony, a mimo to chcielibyśmy podkręcić jego osiągi w wyrazistości malowania obrazów nutowych bez strat w aspekcie wagi, Cerabase Compact zrobią to w wręcz idealny sposób. Oczywiście takie delikatne dotknięcie nie jest jedynym możliwym wpływem naszych bohaterek na system audio, bowiem gdy u mnie w prawie w punkt zestrojonym zestawie jedynie go dopieściły, to w innym takie działanie może być lekiem na od lat zwalczane zło, jakim jest spowodowana błędami konfiguracyjnymi, tłumaczona lubianym nasyceniem, w wartościach bezwzględnych zbytnia otyłość przekazu.
Cerabase Slimline
Jak widać gołym okiem, ten model jest znacznie bardziej kompaktowy. Oczywiście nieco inaczej rozwiązano sprawy techniczne wygaszania drgań, dlatego też wypadkowa jego zastosowania w tor audio odbiła się na nim nieco innym wynikiem sonicznym. Czyli? Jak wspominałem w poprzednim akapicie, konfiguracja testowa była wyważonym kompromisem pomiędzy wagą i swobodą wybrzmiewania tworów muzycznych i wydawałoby się, że każde dodatkowe dotknięcie jej w aspekcie wypełnienia powinno skończyć się kompletną klapą. Tymczasem podstawienie Slimline’ów pod wzmacniacz, owszem nadało przekazowi dodatkowej dostojności – zwiększenie ilości niskich i średnich rejestrów – i lekko przygasiło światło na scenie, ale nie odbiło się to negatywnie na całości prezentacji, tylko delikatnie zmniejszając ostrość jej rysowania pogłębiło intymność słuchanej muzyki. Nadal było bardzo czytelnie na środku pasma i bez tak zwanej buły na basie, jednak z wyczuwalnym przesunięciem ciężaru grania w stronę muzykalności.
Cerapuc
Ta konstrukcja swoją ofertą soniczną mocno ocierała się o zjawiska wspomniane podczas opisu Cerabase Slimline. Jednak przywołując przywołany w akapicie aspekt różnorodności wpływu na system audio danego produktu w zależności od aplikacji przecież użytych do produkcji tych samych półproduktów, bez problemu wychwyciłem co prawda nie tak spektakularne jak w przypadku opisywanych jako pierwsze Cerabase Compact, ale równie ciekawe dla wielu potencjalnych nabywców różnice. Czym błysnęły podstawki Cerapuc? Otóż w stosunku do sytuacji przed ich aplikacją w tor, również sprawiały poczucie większego nasycenia i gładkości, a przez to mniejszej nachalności niektórych rodzajów słuchanej muzyki, jednak wartością dodaną była jej projekcja z wrażeniem znacznie większej głębi. Być może ktoś z was zapyta: „Po co konstruować tak podobnie działające konstrukcje?”. Ja zaś w ripoście natychmiast odpowiem, bardzo dobrze że takie powstają, gdyż poza konkretnymi potrzebami naszych zestawów, widomym jest, że co system, to nieco inny wynik zabawy w wygaszanie drgań, dlatego tak skonstruowana oferta jest pewnego rodzaju zapewnieniem nam pełnej palety potencjalnie pozytywnych wyników. Jeśli to negujecie, oznaczać będzie jedynie, iż macie słabe doświadczenia w tej materii, albo jesteście złośliwi dla zasady.
Ceraball
W tym przypadku efekt był nieco inny. Nie wiem, czy zauważyliście, ale za każdym razem wykorzystanie oferty Finite Elemente skutkowało tak zwanym gmeraniem w zakresie najniższych rejestrów. To naturalnie była bezproblemowo akceptowalna zmiana, ale była. Tymczasem podstawienie modelu Ceraball podczas mojego podejścia testowego nie dotknęło zakresu basu. Ale nie to jest najciekawsze. Otóż zaskakującym dla mnie było fajne napowietrzenie wirtualnej sceny przez otwarcie się wyższego środka. Nie konturowało dźwięków, nie nasycało, tylko dawało przekazowi zastrzyk witalności. Jak to możliwe? Inżynierowie tworzący tego typu zabawki dla dużych chłopców twierdzą, że to jest konkretne zastosowanie zasad fizyki. Ja oczywiście nie tylko, że nie mam zamiaru z nimi polemizować, ale również szczerze gratuluje im tak różnorodnych wyników przy bazowaniu na bardzo podobnym materiale jako półprodukty.
Tak wiem, trochę krótkawe te opisy. Jednak zapewniam, zawarłem w nich clou występów każdego z produktów, Nie wiem, ilu z Was popuka się po tym artykule po cichu w głowę, jednak zapewniam, w trakcie przeprowadzania testów byłem poczytalny i sam nieco zdziwiony tak różnymi wynikami, przecież stworzonych do jednego celu – walka ze szkodliwymi drganiami podłoża pod komponentami audio – akcesoriów antywibracyjnych. To oczywiście nie były różnice na poziomie zmiany elektroniki na wyższy pułap cenowy. Jednak zapewniam, efekt był bardzo wyraźny, a praktycznie izolowałem tylko wzmacniacz od unoszącego go stolika. Czy opisane efekty są gwarantowane w każdej konfiguracji? Niestety prawdopodobnie będą tylko bliskie moim obserwacjom. Powód? Raz – mam mocno stawiający na barwę zestaw, a dwa – cała zabawa odbyła się przy użyciu wzmacniacza zintegrowanego. A przecież to są akcesoria przeznaczone również dla źródeł i przedwzmacniaczy, co może wprowadzić tyle zmiennych, że nawet ja mógłbym owych wyników pod innym komponentem nie powtórzyć. To po co ta cała testowa maskarada? Ano po to, żeby uświadomić Wam, iż oferta niemieckiego producenta jest na tyle interesująca, że z pozoru drobnymi różnicami w działaniu poszczególnych produktów praktycznie jest w stanie spełnić oczekiwania każdej konfiguracji. Po co przemierzać setki stron internetowych, gdy pod ręką, czyli za naszą zachodnią granicą mamy do dyspozycji praktycznie pełną paletę potencjalnych oczekiwań? Ja nie widzę sensu. Dlatego zanim sięgniecie po produkty innych marek, dogłębnie sprawdźcie, co oferuje Finite Elemente, gdyż po analizie wypisanych w poprzednich akapitach wniosków, można domniemać, iż są przygotowani na najbardziej wymagającego klienta.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E800
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Dynaudio Contour 60
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Koris
Ceny
Cerabase compact: 2 700 PLN / 4 szt.; 2 050 PLN / 3 szt.
Cerabase slimline: 2 200 PLN / 4 szt.; 1 650 PLN / 3 szt.
Cerapuc: 2 000 PLN / 4 szt.; 1 500 PLN / 3 szt.
Ceraball: 1 060 PLN / 4 szt.; 800 PLN / 3 szt.
Dane techniczne
Cerabase compact
Materiał: Stal nierdzewna, 3 ceramiczne kulki high-tech
Wysokość (regulowana): 43 – 52 mm
Średnica: Ø 35 mm (górna sekcja), Ø 50 mm (dolna sekcja)
Udźwig: 500 kg (zestaw 4 szt.), 375 kg (zestaw 3 szt.)
Dostępne komplety: zestaw 4 lub 3 szt.
Akcesoria: dostarczane wraz ze śrubami M6 i M8
Cerabase slimline
Materiał: Stal nierdzewna, 3 ceramiczne kulki high-tech
Wysokość: 20 mm
Średnica: Ø 45 mm
Udźwig: 500 kg (zestaw 4 szt.), 375 kg (zestaw 3 szt.)
Dostępne komplety: zestaw 4 lub 3 szt.
Akcesoria: dostarczane wraz ze śrubami M6 i M8
Cerapuc
Materiał: Stal nierdzewna, ceramiczna kulka high-tech
Wysokość: 18 lub 35 mm
Średnica: Ø 35 mm (górna sekcja), Ø 55 mm (dolna sekcja)
Udźwig: 300 kg (zestaw 4 szt.), 225 kg (zestaw 3 szt.)
Dostępne komplety: zestaw 4 lub 3 szt.
Akcesoria: dostarczane wraz ze śrubami M6 i M8
Ceraball
Materiał: Stal nierdzewna, ceramiczna kulka high-tech
Wysokość: 30 mm
Średnica: Ø 35 mm (górna sekcja), Ø 55 mm (dolna sekcja)
Udźwig: 300 kg (zestaw 4 szt.), 225 kg (zestaw 3 szt.)
Dostępne komplety: zestaw 4 lub 3 szt.
Akcesoria: dostarczane wraz ze śrubami M6 i M8
Opinia 1
Kiedy tylko krakowsko – stołeczny Nautilus ogłosił przybycie szumnie zapowiadanego japońskiego flagowca, czyli topowej integry Accuphase E-800, czym prędzej zgłosiliśmy gotowość do jej przyjęcia i to nawet prosto z Cargo. Niestety okazało się, że lista chętnych jest już całkiem długa, więc biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności przyrody tak pi razy drzwi możemy się jej spodziewać w okolicach … czerwca i to raczej jego drugiej polowy. Całe szczęście, zgodnie z cytatem „Licz na najlepsze, ale bądź przygotowany na najgorsze” z XVI w. sztuki „Gorboduc” (swoją drogą, to pierwszy przypadek użycia w dramacie nierymowanego pentametru jambicznego), której współautorem był Thomas Norton, uzbroiliśmy się w cierpliwość, jednak jak zamieszczony na naszej stronie unboxing wskazuje los okazał się dla nas łaskawy i z uroków „złotego olbrzyma” mamy okazję korzystać już od połowy kwietnia. Ot taki wielce przyjemny przypadek, gdy rzeczywistość wyprzedza nasze, nawet najśmielsze plany. W dodatku ów flagowiec miał u nas czas nie tylko się wygrać, lecz również przejść swoisty upgrade, gdyż niemalże na samym finiszu testów prosto z salonu na Kolejowej dotarła do nas dedykowana mu (i nie tylko, gdyż lista kompatybilnych modeli na stronie producenta zwiera 23 pozycje) płytka przetwornika cyfrowo-analogowego DAC-50. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo cóż takiego wyjątkowego przygotowała ekipa z Yokohamy nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić Was do dalszej lektury.
Powiem szczerze, że gdy pierwszy raz zobaczyłem promocyjne zdjęcia 800-ki najdelikatniej mówiąc nie byłem specjalnie zachwycony. Jej bryła wydawała się zbyt ciężka, zwalista i co może brzmieć cokolwiek dziwnie, zaskakująco podobna do aparycji topowych wielokanałowych, końcówek kina domowego, co akurat moim, czysto subiektywnym zdaniem, niezbyt licowało z gabinetowo-rustykalną tradycją Accuphase’a. Całe szczęście „na żywo” E-800 prezentuje się o niebo lepiej. Okazuje się bowiem, że jest ona na wysokość zaledwie milimetr wyższa od A-75 i włąśnie się u nas rozgrzewających monosów A-250, więc spokojnie możemy uznać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jej szampańsko-złoty masywny front zdobi adekwatne do jej gabarytów panoramiczne okno, w którym, zgodnie z tradycją, zamiast wychyłowych VU-meterów umieszczono poziome 30-punktowe bargrafy LED. Tuż pod nimi przycupnął rządek dziewięciu mini diod informujących o używanym wejściu opcjonalnych kart DAC-a i phonostage’a, uaktywnionej equalizacji, odwróceniu fazy, trybie mono, czy też firmowym konturze i wyciszeniu. Powyższa litania ma swoje odwzorowanie w ukrytych za majestatycznie opadającą klapką manipulatorach. W dedykowanym im wykuszu znajdziemy bowiem selektor wyjść głośnikowych, regulację niskich i wysokich tonów, siedem przycisków obsługujących ww. funkcje plus wyłącznik górnego displaya. Kolejne trzy pokrętła odpowiadają za balans, wybór wejść i obsługę pętli magnetofonowej. Oczywiście nie sposób pominąć strzegących flanek wyświetlacza potężnych gałek, z których lewa pełni rolę selektora wejść, pod którą umieszczono włącznik główny, a prawa regulatora głośności, z przyciskiem wyciszenia i gniazdem słuchawkowym karnie ustawionymi piętro niżej.
Płyta górna jest gęsto perforowana, co nie powinno dziwić, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż mamy do czynienia z konstrukcją pracującą w klasie A i w dodatku z radiatorami ukrytymi wewnątrz korpusu. Po cichu przyznam się, że początkowo, szczególnie przy przenoszeniu, trochę brakowało mi ich żeber na bokach, jednak taki a nie inny układ został wymuszony przez możliwość implementacji opcjonalnych kart rozszerzeń, które wymagają dedykowanej, zlokalizowanej wzdłuż prawego (patrząc od frontu) boku, komory.
Plecy tytułowego Accuphase’a to istna rozkosz i dzień dziecka dla wszystkich audiofilów i melomanów zmagających się z niepokojąco rozrastającą się kolekcją wszelakich źródeł w ich systemach. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem pięć wejść liniowych w standardzie RCA, dwie pary XLR-ów, pętlę magnetofonową i we/wyjścia z pre i na końcówkę zarówno w wersji RCA, jak i XLR. Jakby tego było mało nie można przecież zapominać o dwóch slotach na opcjonalne karty rozszerzeń, czyli DAC-40, DAC-50, przedwzmacniacza gramofonowego AD-50, lub kolejnych wejść RCA LINE-10. Całość uzupełniają masywne, podwójne zakręcane terminale głośnikowe i gniazdo zasilające IEC.
Na wyposażeniu znajduje się również elegancki aluminiowy i oczywiście utrzymany w jedynie słusznej szampańsko złotej tonacji pilot zdalnego sterowania. O dołączanym przewodzie zasilającym wypada tylko powiedzieć, że jest, choć nie widzę większego sensu wyciągania go z kartonu, skoro od lat wiadomo, że Accuphase’y na co jak na co, ale na zasilnie są nad wyraz czułe i nie lubią jak im się byle co w zadek wpina.
Zaglądając do trzewi naszego dzisiejszego, w pełni symetrycznego, gościa trudno powstrzymać mimowolny uśmiech. Potężny toroid jest szczelnie zamknięty w dedykowanym „garnku” i dodatkowo zalany materiałem tłumiącym drgania. Tuż obok niego wygospodarowano miejsce na dwie musztardówki, czyli imponujące firmowe kondensatory o pojemności 60 000 µF każdy. Sekcja przedwzmacniacza to tak naprawdę autorski, bezrezystancyjny układ regulacji głośności AAVA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier) o rewelacyjnym odstępie sygnału od szumu, wynoszącym 104 dB i mechanice zaczerpniętej z doskonałego przedwzmacniacza C-2850. A właśnie, skoro jesteśmy przy inspiracjach i transplantacjach, to oddający 50W w klasie A stopień wyjściowy wykazuje zaskakujące podobieństwo do tego zaimplementowanego w końcówce A-48. Pracują w nim tranzystory MOS-FET w sześciokrotnej, równoległej konfiguracji push-pull, czyli przekładając z polskiego na nasze sześć par komplementarnych tranzystorów ON 1H48AA+1H48AK o wydajności prądowej na poziomie 33 A. No i kolejny mocny akcent, czyli współczynnik tłumienia, który wreszcie osiągnął magiczny poziom 1000, co jest wartością aż o 200 większą niż w E-650, dodatkowo popartą ekstremalnie niską impedancją wyjściową wynoszącą 0.008 Ω.
No i na deser małe co nieco o opcjonalnej karcie DAC-50, której sercem są dwie kości Asahi Kasei Microdevices AK4490EQ w podwójnej konfiguracji równoległej na kanał. W roli odbiornika S/PDIF wykorzystano 24 bitowy układ AKM AK4117VW, natomiast nad wejściem USB czuwa kontroler DSD/PCM Bravo SA9227 a całość pracuje w ramach technologii MDS (Multiple Delta Sigma). Aby uzyskać ekstremalnie niskie zniekształcenia i szumy, Accuphase opracował nową technologię o nazwie ANCC (Accuphase Noise and distortion Canceling Circuit). Jest ona przeznaczona dla filtracji stopnia wzmocnienia, która kompensuje zniekształcenia tam powstające. Obwód działa jako filtr dolnoprzepustowy 4 rzędu redukując szum przetwornika. Jeśli zaś chodzi o montaż DAC-50, to prawdę powiedziawszy spokojnie tę kwestię można byłoby pominąć. Wystarczy bowiem odkręcić dwa mocujące zaślepkę trzpienie i w powstały slot wsunąć ww. moduł a następnie dokręcić go znajdującymi się na wyposażeniu nakrętkami. Cała operacja nie powinna zająć dłużej niż chwilkę i to bez konieczności używania jakichkolwiek narzędzi, za to z kontemplacją nad jakością gęsto obsypanego elementami zielonego laminatu. Krótko mówiąc prościej się nie da.
A jak japoński krążownik wypada pod względem brzmieniowym? Metaforycznie pozwolę sobie porównać naszego dzisiejszego gościa do utworu „The „Longest Winter” z albumu „Medusa” Paradise Lost, na którym najpierw słyszymy złowróżbne krakanie a następnie wali się na nas istna lawina brutalnych dźwięków. Nieśmiało tylko dodam, iż to jeden ze spokojniejszych i bardziej lirycznych utworów na ww. krążku będący wzorowym wręcz przykładem równowagi i mistrzowskiego zespolenia melancholijnego zawodzenia Holmesa z powrotem do death doom metalowych korzeni suto okraszonych funeralną otoczką. Jest epicko, patetycznie i niezaprzeczalnie apokaliptycznie, co dla zwykłych, nieobytych z podobną estetyką słuchaczy może być ciężkim szokiem prowadzącym do niepokojących zachowań o naturze katatonicznej. Podobny szok mogą przeżyć akolici marki liczący na słodkie, lepkie i nieco spowolnione brzmienie rodem starych, kultowych A-200, bowiem E-800 to pełnokrwisty przedstawiciel nowej generacji szampańsko-złotych samurajów z równą atencją traktujący zarówno walory natury estetycznej, czyli gładkość, muzykalność i wysycenie, jak i te odpowiedzialne za motorykę i rozdzielczość prezentowanego materiału. Dlatego głos ponurego padlinożercy dochodzi nas z oddali, zawieszony gdzieś hen nad naszymi głowami a ww. nawałnica dźwięków przetacza się przez pokój niczym piekielny bolid prowadzony przez samego Lucyfera. Próżno szukać tu gabinetowej niespieszności dostojnego prezesa w koszuli ze złotymi spinkami, z cygarem w zębach i szklaneczką niemoralnie wręcz wycenionej Karuizawy 1979 Vintage leżakującej ponad 33 lata w beczce po sherry. Jeśli już, to owe cygaro przygryza żylasty Clint Eastwood, któremu empatia i litość kończą się co roku mniej więcej koło południa drugiego stycznia. Mamy zatem bezpardonowy atak, z twardym pierwszym uderzeniem, świetnym timingiem i tętniącą życiem tkanką wypełnienia z buzującą w żyłach adrenaliną. Krótko mówiąc cud, miód i orzeszki, a że nieco „aromatyzowane” siarką i smołą, to już zupełnie inna bajka. Grunt, że z 800-ką w torze najbrutalniejsze odmiany metalu stają się nie tyle niestraszne, co wręcz wielce pożądane. Mamy bowiem wyśmienitą rozdzielczość, więc nawet z ww. ściany dźwięków bez najmniejszego trudu jesteśmy w stanie wyłowić poszczególne, nawet obłąkańczo zagmatwane, partie instrumentalne i z zaskakującą trafnością rozplanować muzyków na wirtualnej, trójwymiarowej scenie, co biorąc pod uwagę klimaty w jakich się poruszamy wcale nie jest takie oczywiste. Aby jednak osiągnąć powyższy stopień selektywności i wyrafinowania warto pamiętać o tym, że Accuphase, jak z resztą i jego starsze rodzeństwo, wręcz chronicznie nie znosi wyłączania, więc o ile tylko istnieją ku temu warunki warto trzymać go „pod prądem”. W dodatku wyjęty prosto z kartonu atakuje słuchacza potężnym i mało kontrolowanym basiszczem, które swoje miejsce znajduje dopiero po mniej więcej trzech dniach grania. Dlatego też przed krytycznymi odsłuchami, o ile tylko nie mamy non stop włączonej 800-ki dać jej godzinę-dwie spokojnie pograć, by złapała właściwą temperaturę i weszła na pełne obroty.
Nie inaczej sprawy przedstawiają się na elektronice – „Sounds Of The Universe” Depeche Mode zabrzmiało … analogowo. Nie wiem czy to za sprawą obsesyjnych zakupów starych analogowych syntezatorów i automatów perkusyjnych z lat siedemdziesiątych / osiemdziesiątych przez Martina Gore’a i użycia ich podczas sesji, czy panującej podczas nagrań „chemii” między muzykami, ale efekt był piorunujący. Gęsty, pulsujący dźwięk nie był płaski i techniczny, lecz miał swoją trójwymiarową bryłę i wyraźną fakturę wypełniającej kontury konsystencji. Ponadto dało się zdefiniować samą przestrzeń w jakiej owe dźwięki były zawieszone, co śmiało można uznać za spory wyczyn. Nawet otwierający album narastający oscylatorowy szumów był namacalny i obecny. Dodając do tego mocny, wypchnięty, a momentami wręcz ofensywny, wokal Dave’a Gahana dostajemy materiał, który nie pozwala przejść obojętnie, przykuwając nas do fotela na calutki krążek. Accuphase z tej pozornej elektronicznej papki tworzy przepiękne przestrzenne instalacje i krajobrazy, w których słuchacz znajduje się w centrum wydarzeń a każdy synth-popowy niuans jest na przysłowiowe wyciągnięcie ręki.
Skoro przynajmniej do tej pory skupialiśmy się na dynamice, ataku i niuansach odpowiedzialnych za motorykę to najwyższy czas sięgnąć po coś nieco bardziej eterycznego i wysublimowanego. Weźmy na ten przykład pozornie monotonny, gdyż składający się z li tylko solowych partii kontrabasu, bądź gitary basowej album „Bass Room” Nenada Vasilica, oraz nasz dyżurny, referencyjny „Moonlight Serenade” Raya Browna i Laurindo Almeidy, gdzie każde szarpnięcie struny, praca ręki na gryfie, czy pociągnięcie smyczkiem porusza najgłębsze pokłady naszej muzycznej wrażliwości. Wraz z pracą strun wyśmienicie prezentowane jest samo pudło instrumentu i co najważniejsze drgania generujące dźwięk czuć również w pokoju odsłuchowym, gdyż japońska integra pomimo swojej pozornej żywiołowości i spontaniczności cały czas kontroluje każdy, nawet najmniejszy element misternie kreowanej przez siebie układanki. W końcu nie po to posiada niemalże śladowe, pomijalne wręcz zniekształcenia, potężny rezerwuar mocy i odpowiedzialny za kontrolę nad głośnikami wynoszący okrągły 1000 współczynnik tłumienia, żeby nie robić z nich użytku.
I już dosłownie na koniec dwie kwestie, czyli wbudowany wzmacniacz słuchawkowy i opcjonalna karta przetwornika DAC-50. Jeśli chodzi o pierwszą, to Japończycy do tematu podeszli po swojemu, czyli wpięcie słuchawek nie powoduje odcięcia sygnału dostarczanego do głośników, co przynajmniej w fazie wygrzewania pozwala upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i w tym samym czasie doprowadzić oba wyjścia do pełni możliwości. Drugą niespodzianką jest sama jakość, klasa dźwięku wydobywająca się z owej niepozornej i najczęściej traktowanej po macoszemu przez producentów „dziurki”. Żeby nie być gołosłownym kontrolne odsłuchy prowadziłem przy użyciu zarówno dość (tutaj powinien być wyraźny akcent) przystępnych cenowo OBRAVO HAMT-3 MKII, jak i stricte high-endowych ULTRASONE Edition 15 Veritas, co w obu przypadkach zaowocowało świetnym połączeniem ich natywnej analityczności z dynamiką i soczystością japońskiej amplifikacji.
Za to z kartą DAC-a nijakich niespodzianek nie było, co poniekąd spokojnie możemy uznać za … sporą niespodziankę. Chodzi bowiem o to, iż DAC-50 idealnie wpasował się w charakter swojego „nosiciela” oferując dynamikę, rozdzielczość i drajw. Dlatego też całą powyższą epistołę spokojnie możecie Państwo traktować jako dotyczącą tak wejść analogowych, jak i cyfrowych. Oczywiście dla uwolnienia drzemiącego w DAC-u potencjału przyda się stosowne źródło sygnału dysponujące wyjściem USB, i o ile komputery pracujące pod kontrolą którejś z trzech ostatnich odsłon popularnych „okienek” muszą posiłkować się stosownymi sterownikami (zapisanymi na dołączonej płycie, bądź dostępnymi na stronie producenta), to już dedykowane zastosowaniom audio transporty dogadają się z DAC-iem bez zbędnych komplikacji. W tym momencie śmiało można powiedzieć, że Accuphase pod względem sensowności inwestycji w firmowe moduły rozszerzeń śmiało może konkurować z Gryphonem Diablo 300, przy czym koszty upgrade’u w przypadku naszego dzisiejszego gościa będą niewspółmiernie niższe aniżeli duńskiego konkurenta.
I to by było na tyle Mili Państwo. Nie da się bowiem ukryć, że E-800 otwiera nowy rozdział w historii Accuphase’a. Jest bowiem największą i bezdyskusyjnie najlepszą integrą jaka kiedykolwiek (asekuracyjnie dodam oficjalnie) opuściła fabrykę w Yokohamie. Jej brzmieniu zdecydowanie bliżej do A-klasowych końcówek niżeli do zintegrowanego rodzeństwa i choć przy E-650 mogło się wydawać, że jest to wszystko, co z konwencjonalnej zintegrowanej architektury da się wycisnąć, to 800-ka nie dość, że podniosła poprzeczkę, to na chwilę obecną gra w zdecydowanie wyższej lidze. Dlatego też, jeśli zastanawialiście się nad zakupem którejś ze stereofonicznych końcówek przyozdobionych wiadomym logotypem, to w pierwszej kolejności sugeruję odsłuchy rozpocząć właśnie od tytułowej integry. Może się bowiem okazać iż ten uroczy szampańsko-złoty olbrzym zagości u Was zdecydowanie dłużej aniżeli na początku sądziliście.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC: Chord DAVE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E-800
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Étude, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– Słuchawki: ULTRASONE Edition 15 Veritas, OBRAVO HAMT-3 MKII
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Stopy antywibracyjne: Finite Elemente Cerabase compact, Cerapuc, Ceraball
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence, Cardas Audio Clear Network
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
Opinia 2
Chyba zgodzicie się ze mną, że podczas dzisiejszego recenzenckiego boju będziemy mieli przyjemność obcować z niekwestionowaną ikoną japońskiej sztuki budowania urządzeń audio. Ktoś kręci nosem? Jeśli tak, to albo z wrodzonej złośliwości, albo miał pecha i nie zderzył się z poprawnie zestawionym systemem na bazie komponentów tego producenta. Nie wierzycie? Cóż, to wolny kraj, jednak ze swojej strony zapewniam, już dobra, nawet nie wybitna konfiguracja nie pozostawia złudzeń, iż będący naszym bohaterem japoński Accuphase jest w stanie wznieść nasz zestaw na szczyty jakości generowanego dźwięku. Skąd to wiem? Z recenzenckiej autopsji, czyli starć na własnym podwórku, co daje mi mocne podstawy do formowania takich opinii. Jaki cel ma to w moim odczuciu, zasłużone gloryfikowanie inżynierów z kraju kwitnącej wiśni? Otóż po wielu latach spektakularnych sukcesów praktycznie każdego nowo wprowadzanego na rynek produktu – źródła, wzmacniacze, przetworniki D/A, phonostage, przedwzmacniacze liniowe i końcówki mocy, potomkowie samurajów postanowili skonstruować super-integrę. Miała cerpać ze zdobytej przez lata wiedzy, która na ile to możliwe, powinna zbliżyć nas do osiągnięcia w domu jakość muzyki na żywo. Czy to się udało i o jaki model chodzi? Po odpowiedź na pierwszą część pytania zapraszam do lektury dalszej części tekstu, zaś jeśli chodzi o jego drugi człon, z przyjemnością informuję, iż dzięki warszawsko-krakowskiemu dystrybutorowi Nautilus do naszej redakcji zawitał owoc wielu lat doświadczeń marki Accuphase, czyli okrzyknięty przez światowe periodyki mianem wybitnego, w wersji testowej wyposażony w opcję przetwornika cyfrowo-analogowego, pracujący w przez wielu melomanów uważanej za królewską, klasie A, wzmacniacz zintegrowany E-800.
Temat opisu budowy najmłodszego dziecka Accuphase’a nawet w przypadku super-integry nie będzie obfitował w jakieś dotychczas niespotykane akcenty wizualno-manualne. Po prostu wzmacniacz E-800 na tle swoich stojących niżej w hierarchii braci przy zbliżonych aspektach szerokości i głębokości jest znacznie wyższy i co jest zrozumiałe cięższy. Nic więcej. Jeśli chodzi o kolorystykę, ta nadal jest świetnym połączeniem szampańskiego frontu z satynowym brązem, w dbałości o wentylację układów elektrycznych uzbrojonej w kilka bloków poprzecznych otworów, górnej części obudowy i również brązem, tylko tym razem wykończonych w połysku jej bocznych ścianek. Kreśląc kilka bliższych informacji na temat samego frontu, ten identycznie jak reszta rodziny oprócz tego, że w dolnej części został lekko przełamany, to jest ostoją dla skrytych w centralnie umieszczonym czarnym okienku, nie tylko świetnie prezentujących się horyzontalnych wskaźników diodowych i mieniącego się mydełkową zielenią logo marki, ale również wielu diod i piktogramów świadczących o aktualnym stanie urządzenia. Ale to nie koniec manualnych fajerwerków awersu, bowiem po obydwu stronach wspomnianego okna znajdziemy dwie wielkie gałki – lewa selektor wejść, prawa wzmocnienia, tuż pod nim osłaniającą serię pokręteł i włączników, uchylaną usytuowanym na prawej flance przyciskiem klapkę, a także wkomponowany w dolnej części lewej strony prostokątny włącznik i zorientowane na prawym boku przycisk Attenuator wraz z gniazdem słuchawkowym.
Jeśli chodzi o pakiet danych na temat pleców, te nie pozostawiają złudzeń, że mamy coś nietuzinkowego. Bez drobiazgowego wyliczania wspomnę jedynie, iż znajdziemy na nich kilka wejść liniowych w standardzie RCA/ XLR, pętlę magnetofonową i We/wyjścia z pre i na końcówkę również jako RCA/XLR, podwójne zaciski kolumnowe, gniazdo zasilania i dwa sloty na dodatkowe płytki DAC-a lub Phonostage’a. Jak wspominałem we wstępniaku, w wersji testowej wzmacniacz został dostarczony z kartą przetwornika cyfrowo/analogowego. Wieńcząc działo opisu budowy, nie mogę nie wspomnieć o dodawanym w standardzie, świetnie prezentującym się, bo idącym wizualnie z duchem wzmacniacza pilocie zdalnego sterowania.
Próbując w miarę zwięźle opisać ofertę brzmieniową najnowszej integry Accuphase E-800, zrobiłbym to w taki sposób. Wiecie, że od kilku lat Japończycy delikatnie zmieniają styl grania z mocnej barwy i wysycenia na korzyść lekkiego przesunięcia punktu ciężkości. w stronę neutralności. Śledząc choćby nasz portal mniemam, iż wiecie. A zauważyliście lekkie utyskiwanie miłośników dawnego sznytu brzmienia elektroniki Accu na będącą konsekwencją takiego postawienia sprawy, zbytnią lekkość dźwięku, a przez to według nich pewnego rodzaju nadpobudliwość – choć dla mnie jest to szukanie dziury w całym – nowych produktów tego wytwórcy? Zakładam, że mam do czynienia z obytymi melomanami i również raczej wiecie. To teraz w przypadku naszego bohatera spróbujcie połączyć obydwie szkoły generowania dźwięku. Co z tego wynika? Ano samo najlepsze, gdyż najnowszy piecyk jest mocny w dole, dobrze doprawiony na środku i witalny na górze, czyli mogąc pochwalić się dawną magią barwy teraz zebrał przekaz w sobie i nadał mu witalności. To natomiast poskutkowało rysowaniem muzycznego obrazu wyraźniejszą kreską i przekuciem dawnego, lekkiego poluzowania dźwięku w tętniącą życiem energię. Reasumując, w momencie aplikacji 800-ki w tor, dany system dostaje pozytywnej adrenaliny i muzyka jak nigdy dotąd w wydaniu konstrukcji tej stajni nie pozwala nam nawet na moment popaść w znużenie, tylko serwuje wulkan kipiącej artefaktami, energetycznej magii. Czyli przekładając na nasze, nóżka sama rwie się do przytupu. I. nie ma znaczenia, czy w CD-ku ląduje spokojna, czy szaleńcza muza, ponieważ pełen nowych pomysłów na ten sam materiał muzyczny spektakl cały czas nas zaskakuje. A przecież o to w słuchaniu muzyki z przyjemnością chodzi.
Jak to się przekłada na różnego rodzaju repertuar? Już obrazuję. Na początek weźmy płytę Coldplay „X&Y”. Dawniej przekaz cierpiał na zbyt obfity bas i nadmiary w kolorze, przez co był mocno uśredniony. Tymczasem nowe dziecko Accu ów poluzowany niski rejestr wraz z gorącą średnicą złapało w fajne ryzy i nagle okazało się, że gitarowe riffy nie tylko były mocniejsze, ale trafiały w punkt rozdzielczości oferując mi informacje o strunach i palcu, perkusja dawała mocną i zwartą podbudowę dla popisów całego składu rockmenów, a frontman zaczął znacznie wyraźniej śpiewać. Cuda? Nie, to wdrożenie wieloletniej wiedzy inżynierskiej Japończyków w życie. W podobnym tonie oczywiście wypadała każda oparta o mocne uderzenie muzyka z elektroniką włącznie. Był drive, mocne pomruki, ostre przestery, ale zawsze z w dobrym tego słowa znaczeniu wykopem. To znaczy, że w jazzie i muzyce dawnej coś szwankowało? Nic z tych rzeczy. Jazz również aż kipiał od emocji. Przecież to bardzo często muzyka ciszy z pojedynczymi bytami w eterze i jeśli owe zjawiska otrzymują fantastyczną projekcję w domenie energii, masy i co ważne krawędzi, najnormalniej w świecie nie da się posłuchać wyrywkowo jednego lub dwóch kawałków, tylko człowiek jest zmuszony w przyjemny sposób dobrnąć do końca płyty. Na przykład taki nieistniejący już zespół EST w materiale „Leucocyte”. To jedna z ostatnich, bardzo psychodeliczna i do tego świetnie zrealizowana produkcja. Zawsze brzmi świetnie, tymczasem przesłuchanie jej przy użyciu japońskiego wzmocnienia pokazało, że można ją zinterpretować może nie lepiej w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale co najmniej ciekawie inaczej na nadal wyśmienitym poziomie jakości dźwięku. Słowo klucz to dobra kreska, energia i swoboda wybrzmiewania każdej nuty, co dodatkowo wzmogło wydźwięk mocnej zmiany w twórczości tego tria.
Na koniec kilka słów na temat gatunków z melancholią i romantyzmem w tle. W tego typu twórczości bardzo ważnym dla sprzętu jest umiejętne trafienie w punkt konsensusu pomiędzy bezpośredniością wybrzmiewania i jego delikatnością. To z jednej strony ma być czytelna, ale również niosąca cechy intymności prezentacja. I gdy z tą czytelnością Accuphase E-800 nie miał najmniejszego problemu, to czasem, powtarzam czasem, w startowej konfiguracji przekaz był zbyt dokładny. Mam nadzieję, że wiecie, co chcę przekazać. Taką sytuację dla przykładu zauważyłem podczas mitingu w kubaturze kościelnej Johnem Potterem w produkcji „The Dowland project”. Niby wszystko było na miejscu, ale nieco zbyt mocno akcentowane, a tego typu zapisy nutowe mają nosić znamiona ulotności. To oczywiście nie był problem jako taki, tylko pewnego rodzaju wypadkowa cech opisywanej konstrukcji. Naturalnie nie byłbym sobą, gdybym na potrzeby testu nie spróbował lekko onieśmielić zbyt dobitnie prezentowany świat. I wiecie co? Wystarczyła zmiana okablowania, by temat natychmiast spadł z wokandy. Ale zaznaczam, to nie była wada lub jakikolwiek problem, tylko cecha, którą ja z racji mocnego przywiązania do muzyki barokowej zauważyłem, a potencjalny buntownik z racji braku nie tylko stosownego materiału, ale również nikłego doświadczenia, nawet nie będzie miał okazji jej wychwycić. Tak więc zalecam ów aspekt zweryfikować samemu, a nie na ślepo ufać moim, być może słuchowym omamom.
Zbliżając się do końca tej epopei nie mogę nie skreślić kilku zdań na temat opcjonalnego w tej integrze, przetwornika cyfrowo/analogowego. Ów DAC jest łatwo implementowalną płytką nawet dla laika, a wznosi urządzenie na znacznie wyższy poziom wielofunkcyjności, przy znakomitym wyniku aspektu cena/jakość. Jak wypada brzmieniowo? Nie odchodzi od szkoły grania integry nawet na milimetr, co jasno daje do zrozumienia, że japońscy inżynierowie również w przetwarzaniu sygnału cyfrowego nie próbowali szukać nowego sznytu grania, tylko konsekwentnie kroczyli obraną wcześniej (przy projektowaniu 800-ki) brzmieniową drogą. I za to, bez względu na jakiekolwiek utyskiwania piewców starej szkoły Accuphase należą się im zasłużone brawa. Tym bardziej, że naprawdę trzeba być strasznym malkontentem, aby w tak prezentowanej, pełnej wigoru i pełnej oddechu prezentacji doszukiwać się złych cech. Jak takich nie wiedzę. Mało tego. Gdyby panowie z kraju kwitnącej wiśni nie spróbowali zrobić kroku w stronę nowoczesnej – czytaj witalnej – wizualizacji świata muzyki, wówczas z pewnością miałbym szerokie pole do artykułowania problematycznych niuansów.
Jak wynika z powyższego starcia na szczycie w dziale wzmacniaczy zintegrowanych, opiniowany piec w stu procentach spełnia założenia wieńczącej lata pracy zespołu inżynierów super-integry. To maszyna do sprawiania nam przyjemności bez względu na repertuar. Tak tak, materiał jest nieistotny, bowiem tylko od wyrafinowania słuchacza zależeć będzie, jak odbierze gatunki oparte o subiektywne emocje sakralne. Ważne, że tytułowa E-800-ka odtworzy muzykę na zarezerwowanym jedynie dla najlepszych poziomie sonicznym. A jak to zinterpretujemy, to już jest inna para kaloszy, która często zależeć będzie od naszego samopoczucia, subiektywnego oczekiwania lub czasem szukania dziury w całym, jak przykładowy dzisiejszy test. W wartościach bezwzględnych najnowsze dzieło Accuphase gra bardzo równo. Umiejętnie łączy energię niskich i średnich tonów na tle świetnie doświetlonej góry, U kogo widzę potencjał do pozostania jej na stałe, nawet po niezobowiązującym teście? Szczerze powiedziawszy nie widzę najmniejszych przeciwwskazań dla żadnej grupy docelowej, gdyż nawet ortodoksyjni wielbiciele dawnych wcieleń tej marki po kilku dniach z pewnością zrozumieją, że odbiór sonicznych wydarzeń cały czas ewaluuje, a poczciwy Accu w swoim stylu jedynie umiejętnie dotrzymuje mu kroku.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Dynaudio Contour 60
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Nautilus
Ceny
Accuphase E-800: 66 900 PLN
Accuphase DAC-50: 4 990 PLN
Dane techniczne
Accuphase E-800
• Moc wyjściowa (RMS):2 × 300 W/1 Ω, 2 × 200 W/2 Ω,2 × 100 W/4 Ω, 2 × 50 W/8 Ω
• Pasmo przenoszenia:
Wejście liniowe: 20-20 000 Hz (+0/–0,5 dB),
Power IN: 20-20 000 Hz (+0/–0,2 dB) dla pełnej mocy,
Power IN: 3-150 000 Hz (+0/–3.0 dB) dla mocy 1 W
• Stosunek sygnał / szum (ważony A):
high level 104 dB,
balanced 104 dB,
main in 119 dB
• Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD):0.03% (20 – 20 000 Hz) /4-16 Ω
• Zniekształcenia intermodulacyjne: 0,01%
• Współczynnik tłumienia (Damping factor): 1000 (8 Ω/50 Hz)
• Tłumienie: -20 dB
• Regulacja barwy dźwięku:
BASS: 300 Hz/± 10 dB (50 Hz),
TREBLE: 3 kHz/± 10 dB (20 kHz)
• Regulacja sygnału wyjściowego: +6 dB (100 Hz)
• Wyjście słuchawkowe: 8 Ω lub więcej
• Napięcie wyjściowe: 0.796 V/50 Ω
• Zasilanie: AC 120 V, 220 V, 230 V, 50/60 Hz
• Pobór mocy: 180 W (standby), 390 W (IEC 60065)
• Wymiary (S × W × G): 465 × 239 × 502 mm
• Waga: 36.0 kg
Accuphase DAC-50
Wejścia:
Koaksjalne: IEC 60958, 0.5 Vp-p 75Ω, 32kHz-192kHz/24bit,
Optyczne: IEC 60958, -27~-15 dBm, 32kHz-96kHz/24bit,
USB: 2.0 Full Speed (12 Mbps)
DSD: 2.8224MHz,5.6448MHz,11.2896MHz(1bit)
PCM: 32kHz~384kHz,32bit
Najnowsze komentarze