Monthly Archives: maj 2021


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Emotiva XSP-1 gen2 & XPA-DR2 gen3

Opinia 1

Nieco spłaszczając temat a przy tym pomijając ewentualne patologie śmiało możemy przyznać, iż współczesne realia podporządkowane są m.in. zasadzie mówiącej, że płacąc więcej automatycznie rosną nasze wymagania, więc oczekujemy czegoś lepszego i z reguły coś takiego otrzymujemy. Krótko mówiąc jakość kosztuje. Jednak od czasu do czasu pojawiają się głosy, że jeśli tylko się chce, wie jak i ma się ku temu predyspozycje, o szczęściu nawet nie wspominając, można podobny do okupionego potężnymi nakładami finansowymi efekt osiągnąć znacznie taniej. I taki też może nie tyle sygnał, co dość nieśmiała sugestia dotarła do nas jakiś czas temu, gdy jeden ze znajomych zadał pozornie irracjonalne, acz zdolne zasiać ziarno niepewności, pytanie odnośnie różnic pomiędzy stricte ultra high-endową kanadyjską końcówką mocy Tenor Audio 175S HP a operującą na drastycznie niższych pułapach cenowych a amerykańską Emotivą XPA-DR2 Gen3. Wychodząc jednak z założenia, że nie ma głupich pytań a jedynie głupie mogą być odpowiedzi i mając już na koncie odsłuchy potężnego Kanadyjczyka uznaliśmy, że chociażby dla zaspokojenia własnej ciekawości, również i na Jankesa wypadałoby rzucić uchem. Oczywiście mogliśmy z góry i autorytatywnie stwierdzić, iż podążanie tym tropem jest kompletnie bez sensu, gdyż przypominać może porównywanie rometowskiego Komara z Suzuki Hayabusa, jednakże pomimo pewnego stażu stety/niestety li tylko na podstawie zdjęć i opinii osób trzecich na temat brzmienia konkretnych urządzeń bez ich słuchania się nie wypowiadamy. Jednak przewrotny los sprawił, iż pomimo wstępnych ustaleń z dystrybutorem – stołecznym SoundClubem w tzw. międzyczasie temat nieco zdryfował na boczny tor i dopiero wizyta Jacka w częstochowskiej Delta-Audio spowodowała jego ekshumację, której to efekty postaramy się Państwu w ramach niniejszej epistoły przedstawić. Podsumowując zatem ten nieco przydługi wywód serdecznie zapraszamy do lektury kilku luźnych refleksji o zestawie pre/power Emotiva XSP-1 gen2 i XPA-DR2 Gen3.

Jak przystało na rasowe zabawki zza wielkiej wody tytułowe Emotivy nie należą do najmniejszych. Przedwzmacniacz XSP-1 gen2 spokojnie może startować w szranki z niejedną wysokiej klasy integrą a końcówka XPA-DR2 Gen3 jest po prostu duża – m.in. sporo większa od mojego dyżurnego Brystona 4B³. Dzięki temu spełniony jest pierwszy warunek, czyli nad wyraz korzystna wartość postrzegana i mówiąc wprost klient ma wrażenie, że za określoną kwotę dostaje więcej niż u konkurencji. A jak jest w rzeczywistości? Zacznijmy od przedwzmacniacza.
Wyjęty z kartonu XSP-1 gen2 prezentuje się nader intrygująco i choć może nie należy do przedstawicieli nurtu minimalizmu całe szczęście daleko mu od przysłowiowej choinki. Ot, w centrum masywnego, wykonanego z płata szczotkowanego, anodowanego na czarno i dodatkowo usztywnionego pionowymi listwami, aluminiowego frontu ulokowano czytelny czarno-niebieski wyświetlacz VFD (Vacuum Fluorescent Display), po którego prawej stronie przycupnęły solidna, otoczona również błękitną aureolą, sprzęgnięta z drabinką rezystorową gałka głośności o 0,5dB skoku i niewielki przycisk wyciszenia. Z kolei pod displayem w równym rządku ustawiono siedem przycisków wyboru źródeł a piętro niżej włącznik główny, który podobnie jak cała zdobiąca front guzikologia łapie za oko błękitną iluminacją, lecz trybie stand-by, w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, nie wygasza się, lecz informuje o stanie przedwzmacniacza ciepłą bursztynową poświatą. To jednak nie koniec, gdyż lewą flankę okupuje kolejnych osiem przycisków odpowiedzialnych za equalizację – regulację barwy, aktywację omijającego powyższe atrakcje trybu direct, aktywowanie wejście zewnętrznego procesora, pętlę magnetofonową i 10-krokowa regulacja natężenia intensywności podświetlenia. W sumie 17 przycisków plus wyjście słuchawkowe, czyli poziom całkiem rozbudowanego procesora, choć z drugiej strony jest to zawsze jakaś pociecha dla bałaganiarzy, którym wiecznie zapodziewa się pilot. A właśnie – pilot jest, w dodatku masywny, aluminiowy i całkiem intuicyjny.
Rzut oka na zakrystię i … czym prędzej zacząłem wertować cennik w celu weryfikacji może nie tyle oczekiwanej przy kasie kwoty, bo 6 000 zapamiętałem, co waluty jakiej ona dotyczy. Czemu? Cóż, widok takiego bogactwa złoconych przyłączy nie jest czymś, czego za 6 kPLN można byłoby się spodziewać nawet podczas bożonarodzeniowej promocji. Mamy bowiem do dyspozycji dwie pary zdublowanych XLR-ami wejść RCA, kolejne dwie pary wejść RCA w towarzystwie pętli magnetofonowej i dedykowane wkładkom MM/MC phono z zaciskiem uziemienia. Nie zapomniano również o wejściach z zewnętrznego procesora i to zarówno dla obu kanałów, jak i subwoofera, w dodatku w postaci RCA, jak i XLR. Ponadto sekcja wyjściowa obejmuje nie tylko standardowy komplet terminali RCA/XLR, lecz potrójne (dla trybu stereofonicznego i mono), również w obu formatach wyjścia subwooferowe. I tu kolejna niespodzianka, gdyż XSP-1 oferuje również prostą i zarazem intuicyjną uaktywnianą przełącznikami hebelkowymi „zwrotnicę” z filtrami dolno- i górno- przepustowymi pozwalającymi na regulację – za pomocą niewielkich pokręteł w zakresie 50-250 Hz z 12dB nachyleniem zboczy. Po co takie cuda? Posiadaczom pełnopasmowych podłogówek po nic, jednak miłośnicy konfiguracji 2+1(lub nawet 2) mogą nieco ulżyć grającym na froncie monitorom. Powyższą, nader rozbudowaną wyliczankę zamyka zestaw we/wyjść dla zewnętrznego czujnika IR, triggera i trójbolcowe gniazdo zasilania IEC z włącznikiem głównym i dwiema diodami informującymi o automatycznie rozpoznawanym przez urządzenie napięciu (230V/115V).
Z kwestii natury technicznej warto wspomnieć, iż zasilanie Emotivy oparto na dwóch konwencjonalnych transformatorach (mniejszym E-I i większym toroidzie) a tor sygnałowy jest w pełni symetryczny. W dodatku zadbano o porządne ekranowanie phonostage’a a selektor wejść wykorzystuje przekaźniki.

Jak już zdążyłem nadmienić we wstępniaku XPA-DR2 Gen3 to kawał pieca. Skoro jednak jego trzewia mogą pomieścić układy wyjściowe nie tylko dla dwóch, ale i nawet … jedenastu (!!!) kanałów, to w ramach unifikacji i optymalizacji kosztów własnych zrozumiałym jest wykorzystywanie jednej rozmiarówki dla wszystkich konfiguracji. Nasz dzisiejszy gość to topowy model stereofonicznego wzmacniacza mocy w katalogu Amerykanów, gdzie DR oznacza „Differential Reference”, a następująca po nim cyfra ilość kanałów. Nomenklatury opisującej generacji wyjaśniać raczej nie trzeba. Na zgodnym z designem preampu frontem znajdziemy jedynie centralnie umieszczony, oczywiście podświetlony na błękitno i przyozdobiony firmowym logotypem, włącznik główny, oraz biegnące nad nim podłużne okno z czernionego plexiglasu, za którym ukryto dwie błękitne (w trakcie procedury startowej świeca na czerwono) diody informujące o pracy obu kanałów. Gęsto ponacinana płyta górna zapewnia grawitacyjną cyrkulację powietrza chłodzącego trzewia i lepiej o nią zadbać, gdyż Emotiva nie straszy najeżonymi radiatorami bokami, które to (radiatory, nie boki) ukryto wewnątrz obudowy. Ściana tylna nie rozczarowuje. W czterech (mamy do czynienia z konstrukcją zbalansowaną, więc każdy z kanałów okupuje dwa sloty) z siedmiu slotów umieszczono pojedyncze, masywne złocone terminale głośnikowe i przedzielone hebelkowymi selektorami wejścia w standardzie RCA i XLR. Wzdłuż lewej krawędzi wygospodarowano miejsce dla we/wyjść triggera, włącznika frontowych diod i gniazda zasilającego IEC z włącznikiem głównym i przyciskiem resetującym blokadę przeciwprzepięciową bezpiecznika.
Imponująca postura nie idzie jednak w parze z wagą końcówki, która wynosząc 19,1 kg może budzić pewne zdziwienie. Za taki stan rzeczy odpowiada zastosowanie nie tylko 3kW zasilania impulsowego, jak i pełniących rolę metaforycznej turbosprężarki dla pracujących w klasie AB stopni wyjściowych układów operujących w klasie H. W rezultacie otrzymujemy układ zdolny oddać imponujące 2 x 550W przy 8Ω i 2 x 800W przy 4Ω, co mówiąc wprost powinno zapewnić nam zdolność prawidłowego wysterowania kolumn o skuteczności przysłowiowego stołu bilardowego.

Skoro sztandarowym hasłem Emotivy jest dostarczanie swoim odbiorcom „niesamowitego dźwięku i obrazu w cenach niezagrażających ich kredytom hipotecznym”, to już po oględzinach obu tytułowych urządzeń zacząłem dochodzić do wniosku, że przynajmniej pod względem solidności ich budowy coś jest na rzeczy. Pytanie ,czy nader pozytywne doznania wizualne pokryją się z nausznymi. Skoro jednak li tylko na podstawie zdjęć i obmacywania takowych wniosków sformułować nie byłem w stanie, to czym prędzej wpiąłem je w swój system i wziąłem się za odsłuchy. W dodatku owe odsłuchy rozpocząłem nietypowo, gdyż korzystając na co dzień z konfiguracji pozbawionej odrębnego przedwzmacniacza, co umożliwia mi dysponujący regulowanym stopniem wyjściowym Ayon CD-35 (Preamp + Signature) po prostu zastąpiłem swojego Brystona 4B³ ww. końcówką. I? I pierwsze słowo jakie cisnęło mi się na usta niestety nie nadaje się do publikacji. Chodzi bowiem o to, że XPA-DR2 Gen3 zagrała dźwiękiem nie tylko znacznie potężniejszym od kanadyjskiego punktu odniesienia, co bardziej bezpośrednim. Czyli na pierwszy rzut oka, znaczy się ucha, po prostu bardziej atrakcyjnie. Oczywiście gdy pierwszy szok, bo inaczej wrażenia jakie na mnie wywarła Emotiva, opisać nie sposób, minął jasnym stało się, że efekt ten Amerykanie uzyskali poprzez przybliżenie pierwszego planu i wielce sugestywne zaakcentowanie dołu pasma, przy jednoczesnej dbałości o odpowiednie napowietrzenie całości reprodukowanego pasma. Jednak liczy się efekt finalny, a ten był irracjonalnie, jak na reprezentowaną przez ww. końcówkę półkę cenową, wyborny. „The Sickness (20th Anniversary Edition)” Disturbed już od pierwszych taktów wgniatał w fotel bezpardonowo dając do zrozumienia, że żarty się skończyły i jeśli tylko nie planujemy wizyty u specjalisty od medycyny estetycznej i zastępu wyspecjalizowanych w ortopedii chirurgów lepiej zapiąć pasy podczas przejażdżką muzycznym rollercoasterem. Oprócz iście atomowego basu, który nie tylko słychać, co również fizycznie czuć, Emotiva zwracała na siebie uwagę świetną, gęstą i tętniącą życiem średnicą, w której, tak jak w dole pasma, nic się nie zlewało i nie przyjmowało impresjonistycznych, niezidentyfikowanych kształtów. Co ciekawe powyższe uwagi nie dotyczą jedynie pierwszego, jak już nadmieniłem nieco wypchniętego w kierunku słuchacza planu, lecz i dalszych rzędów. „Live in Hamburg 1981” Benny’ego Goodmana pokazał jednak, że amerykański piec równie dobrze jak w przysłowiowej metalowej kakofonii radzi sobie w zdecydowanie bardziej cywilizowanych gatunkach muzycznych. Nieco dosaturowując barwy naturalnego instrumentarium sprawiał, że całość mile łechtała stricte hedonistyczne struny mojej wrażliwości. Czy była to prezentacja w 100% zgodna z rzeczywistością i bezwzględnie prawdziwa? Nie. Czy mi się podobała? Jak cholera, gdyż sprawiała, że kończyny same podrygiwały, uśmiech nie schodził mi z twarzy a na playliście co i rusz lądowały kolejne albumy. Jedynie górę pasma określiłbym mianem jedynie „dobrej”. Niby trąbce Chucka Mangione na „Children Of Sanchez” i smykom na „Biber: The Mystery Sonatas” Christiny Day Martinson/Martina Pearlmana/Boston Baroque niczego nie brakowało, jednak patrząc na nie w kategoriach bezwzględnych jakby pojawiło się w nich nieco więcej wyrafinowania, czy chociażby romantycznej słodyczy, to mówiąc najoględniej nie miałbym nic przeciw.
Ale zaraz, zaraz. Przecież w zestawie dostaliśmy jeszcze topowy preamp XSP-1 gen2. Szybka re-aranżacja redakcyjnego ołtarzyka i … po raz wtóry na czubku języka znalazła się mało elegancka partykuła wzmacniająca. Zachowując bowiem dynamiczno – motoryczne walory końcówki dodała właśnie szczyptę wypełnienia i romantycznego czaru górze pasma. Z jednej strony zrobiło się nieco ciemniej, jednak na pewno nie poprzez wycofanie skraju pasma a raczej na drodze jego przyprószenia złotym pyłem. Otrzymujemy zatem świetne połączenie elegancji z bezpardonową dynamiką na wzór poddanej przez AMG ekstremalnemu tuningowi potężnej limuzyny Mercedesa. Co ciekawe bliższe brzmieniu „gołej” końcówki są walory soniczne sekcji przedwzmacniacza gramofonowego, więc wskazanym wydaje się przemyślany dobór odpowiednio eufonicznej wkładki gramofonowej. W ramach testów polecę odsłuch naszego dyżurnego „Vägen” Tingvall Trio – będzie dobrze, to mamy spokój, a jeśli całość wypadnie zbyt analitycznie – wiadomo w którą stronę trzeba pójść.
Pojawienie się w torze przedwzmacniacza pociąga za sobą również inne zmiany. Dotyczą one zarówno większego wysycenia przy niskich poziomach głośności, jak i delikatnego ograniczenia ilości powietrza na scenie już w pełnym spektrum reprodukowanego pasma. O ile jednak nie będziecie Państwo mieli okazji porównać go z wyższej klasy konkurencją proszę się powyższą uwagą specjalnie nie sugerować. Warto mieć bowiem na uwadze, że na tym pułapie Emotiva i tak i tak jawi się niczym przysłowiowy Święty Graal audiofilów oferując nie tylko ponadprzeciętną funkcjonalność, lecz również nadspodziewanie wyrafinowane brzmienie. Ponadto śmiem twierdzić, iż ze zbyt suchymi, czy też analitycznymi końcówkami jej aplikacja może okazać się wielce ciekawym posunięciem.

W ramach hybrydy dygresji i nieformalnego podsumowania, wracając do postawionego we wstępniaku pytania o ewentualne różnice i podobieństwa pomiędzy tytułową końcówką Emotivy a wspomnianym kanadyjskim Tenorem 175S HP przewrotnie powiem, że na upartego taki sparring wcale nie jest aż tak bezsensowny, jak mogłoby się początkowo wydawać. Po pierwsze oba „piece” w trakcie pracy łypią na nas swoimi podświetlonymi na fioletowo-niebiesko cyklopimi ślepiami, po drugie hołdują bezpardonowej dynamice, choć każda na swój sposób i adekwatny do wyasygnowanych na nie środków wyrafinowaniu. A po trzecie obie w dość oczywisty sposób dają do zrozumienia, że integry może i są „fajne”, jednak prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero z tzw. „dzielonkami”, gdzie mając odpowiednio wydajną końcówkę mocy możemy według własnego widzimisię modelować finalne brzmienie naszego systemu poprzez odpowiedni wybór czy to okablowania, czy przedwzmacniacza. Jeśli zaś chodzi o walory soniczne, to jedynie zasugeruję, iż jeśli interesujecie się Państwo Emotivą, to pod żadnym pozorem nie słuchajcie, nawet niezobowiązująco i „przy okazji” Tenora. W drugą stronę taki sparring już nijakich przeciwwskazań nie ma.

Reasumując topowy zestaw pre/power Emotivy w skład którego wszedł przedwzmacniacz XSP-1 gen2 i stereofoniczna końcówka mocy XPA-DR2 Gen3 udowodnił, że nawet w bardzo rozsądnym budżecie można osiągnąć fenomenalne rezultaty. Poniżej 15 kPLN otrzymujemy bowiem szalenie angażujące i dynamiczne brzmienie zdolne porwać w wir zabawy nawet największego ponuraka. W dodatku, o ile tylko zapewnimy tytułowej dzielonce odpowiednio wysokiej, znaczy się wyższej aniżeli sugerowałaby cena samej elektroniki, klasy okablowanie (w tym zasilające) efekt finalny może przekroczyć, i to znacznie, Państwa najśmielsze oczekiwania. Od siebie tylko dodam, że pełnię możliwości Emotivy pokazują spięte XLR-ami, choć i po RCA nie jest źle. Może nieco mniej zadziornie i bezkompromisowo, ale kwestię finalnego dopieszczenia systemu, w którym przyjdzie im grać pozostawiam jego posiadaczom.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Gdybym przez procesem testowym miał streścić swoją wiedzę na temat dzisiejszego producenta, szczerze powiedziawszy, mimo dobrego rozeznania rynku audio, opowieść byłaby zaskakująco krótka, bowiem opierałaby się na dwóch informacjach. Pierwszą byłby rodowód marki – w tym przypadku zaoceaniczna kolebka dbałości o świetny sound produkowanej elektroniki, czyli dla wielu ikoniczne USA. Zaś drugą znajomość ogólnie pojętego pozycjonowania jej oferty, jakim jest zawieszające wysoko poprzeczkę jakości oferowanego dźwięku solidne Hi-Fi. Niestety nic poza tym nie miałbym do powiedzenia. To dla mnie trochę krępujące, gdyż jako prężnie działający portal nie mamy najmniejszego problemu z dostępem do tego podmiotu gospodarczego. Jednak na swoją obronę jestem skłonny wygłosić tezę, iż wina za taki stan rzeczy leży po obydwu, czyli tak naszej, jak i dystrybucyjnej stronie. Na szczęście po kilku latach w myśl przysłowia „Co się odwlecze, to nie uciecze” wszelkie rzucane naszemu spotkaniu w komfortowych, bo znanych mi warunkach, kłody pod nogi z pomocą nieobliczalnego losu udało się jakoś usunąć. Jaki jest tego efekt? O tym trąbi już tytuł testu, czyli kilka osobistych spostrzeżeń na temat zestawu pre-power ostatnimi czasy robiącej furorę na naszym rynku amerykańskiej marki Emotiva XSP-1 & XPA-DR2, których dystrybucją zajmuje się warszawski SoundClub.

Jak można się spodziewać, w opisywanym dzisiaj segmencie w głównej mierze chodzi o ofertę jak najlepszego dźwięku przy optymalnej kalkulacji żądanej za dany komponent ceny. To natomiast sprawia, że producenci nie generują zbędnych kosztów wymyślnymi, często bardzo polaryzującymi odbiór wizualny, designerskimi akcentami obudów urządzeń, tylko proponując ich zdroworozsądkowy wygląd całe siły kierują w stronę ich nie tylko brzmienia, ale również wyposażenia. Taki też cl przyświecał Amerykanom. W obydwu przypadkach zaproponowali prostopadłościenne, w celach wentylacji grawitacyjnej uzbrojone w kilka bloków otworów na górnej płaszczyźnie obudowy, czarne, z frontem z grubego, wykończonego w technice szczotkowanego aluminium skrzynki. Oczywiście obydwie nieco różnią się rozmiarem – przedwzmacniacz jest nieco niższy od końcówki mocy, a także ofertą wyposażania tak awersu, jak i rewersu. Jeśli chodzi o przedwzmacniacz XSP-1, w imię spełniania najskrytszych potrzeb potencjalnego melomana jest swoistym centrum dowodzenia docelowego zestawu. Na jego froncie patrząc od lewej strony, znajdziemy zorientowaną w pionie serię podświetlanych na niebiesko przycisków konfiguracyjno-funkcyjnych, pod nimi gniazdo słuchawkowe, w centrum czytelny nawet z dużej odległości błękitny wyświetlacz, poniżej serię guzików wyboru wejść, u podstawy włącznik inicjujący pracę, a na prawej stronie sporej wielkości pokrętło wzmocnienia wraz z guzikiem wyciszenia MUTE. Opisując temat pleców, te dla obsługi dostępnych z panelu frontowego funkcji podzielono na w znakomitej większości oferujące dwa standardy wejść RCA/XLR bloki typu: PROC LOOP, PHONO, INPUT, OUTPUT, HOME THEATER zestaw we/wyjść dla triggera i czujnika IR, oraz głównym włącznikiem. Całość oferty uzupełnia standardowo dostarczany z urządzeniem pilot zdalnego sterowania. Sprawa stereofonicznej końcówki mocy z uwagi na znacznie mniejszą ilość zadań do spełnienia, ma się nieco inaczej. Na wkomponowanym na przednim panelu akrylowym pasku znajdziemy jedynie dwie diody sygnalizujące pracę każdej połówki wzmacniacza i w dolnej parceli włącznik pracy. Zaś sprawę pleców rozwiązuje umiejscowiona z lewej strony sekcja do upgrade’u urządzenia wraz z akcesoriami zasilania typu gniazdo IEC i włącznik główny, wejścia liniowe RCA/XLR z hebelkami ich wyboru oraz pojedyncze zaciski kolumnowe.

Jak wspominałem, Emotiva nie szuka siłowego zaliczania jej do ostatnio dość nadwyrężonego przez pretendentów segmentu High End, tylko skupia się na rasowym Hi-Fi. Co to oznacza? Otóż z jednej strony unika zbędnych wizualnych fajerwerków, by z drugiej skierować w ten sposób wygenerowane oszczędności na pole walki o jak najlepszy wynik soniczny. Z jakim skutkiem? Wizualny aspekt rozwiewają załączone do testu zdjęcia, natomiast po informacje na temat dźwięku zapraszam do poniższego akapitu.
Jedno jest pewne, Amerykanie postawili na ogólną wyrazistość przekazu. Jednak ku mojemu zaskoczeniu owe działanie jest niezwykle spójne, gdyż żadne pasmo nie chadza swoimi drogami, tylko w pewnej estetyce grania każde z nich pracuje w służbie idealnego współbrzmienia z sąsiednim. Dzięki temu począwszy od dolnego zakresu mamy do dyspozycji mocny, co ważne zwarty i pełen energii bas, nieco wyżej daleki od przegrzania, ale również nie anorektyczny środek, zaś całość uzupełniają dźwięczne wysokie tony. Zderzając się z taką prezentacją od pierwszych chwil jasne jest, iż mamy do czynienia z brzmieniem skupiającym się na pełnej wigoru, jednak pozbawionej nadinterpretacji, zdrowej neutralności. Bez wycieczek w nadpobudliwość, ale z ofertą dobrego ataku, nieposkromionej energii i dobrze rozświetlonej góry pasma. To oczywiście dla wielu może okazać się nazbyt swobodnym przekazem, ale zapewniam, w wartościach bezwzględnych bardzo poszukiwanym, które notabene umiejętną kabelkologią można co nieco nagiąć do swoich wzorców. Z oczywistych względów tego nie zrobiłem, gdyż chciałem pokazać prawdziwe ja zestawu. Tak podany zestaw sauté znakomicie unaocznił mi, z czym tytułowemu systemowi najbardziej po drodze z muzyką.

Chyba nikt z Was nie będzie zdziwiony, gdy oznajmię, iż w mym podejściu testowym amerykańska elektronika najbardziej hołubiła twórczość zespołu Metallica dla przykładu z płyty „Reload”. Natychmiastowość oddania brutalnych założeń artystów zniszczenia słuchu ich fana była w pozytywnym tego słowa znaczeniu, na świetnym poziomie. Brutalny atak dosłownie każdego instrumentu z wokalem włącznie, mocne uderzenie i bez kompromisowość swobody prezentacji dobitnie pokazywały, że wspomniani panowie podczas obsługi swoich instrumentów odznaczali się wyraźnymi symptomami kontrolowanego ADHD. Oczywiście to jest pewnego rodzaju standard dla tego typu muzy, ale sami wiecie, że aby to wiernie oddać, trzeba dysponować odpowiednimi środkami wyrazu, czym Emotiva aż kipiała. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli. Opisaną reakcję zaliczam do zbioru pozytywnych, gdyż mimo oddania bezpośredniości muzyki nie zanotowałem szkodliwej nadinterpretacji, w stylu bliżej nieokreślonego krzyku. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Jednak w tym całym przedsięwzięciu muzycznym jedno było jasne. Mocne bębny, energetyczne gitary i wyrazisty wokal nie pozostawiały najmniejszego marginesu na ewentualne dywagacje czy to na pewno moja lub nie moja bajka. To było kochaj albo rzuć, co na bazie wychowania się w młodości na materiale AC/DC pozwoliło mi docenić możliwości nie tylko znakomitej metalowej grupy, ale także prezentującego ją w moim pokoju zestawu pre-power.
Z innym, ale w wielu aspektach również zaskakująco pozytywnym skutkiem wypadał materiał stricte jazzowy spod znaku Marcina Wasilewskiego Trio z Joe Lovano z saksofonem w roli gościa na krążku „Arctic Riff”. Idealnie wycięte z tła, do tego nieźle zawieszone w szerz i głąb wirtualnej sceny źródła pozorne znakomicie wizualizowały się w moim pomieszczeniu. Mocny w dole i dźwięczy w górze fortepian, zwarty i przy tym z pełną paletą informacji o strunie kontrabas plus świetnie uzupełniająca wydarzenie nie tylko przeszkadzajkami, ale także mocnym uderzeniem stopy perkusja, zjawiskowo tworzyły emocjonalny podkład pod występy wspomnianego saksofonisty. To w założeniu jest muzyka oparta o ciszę i taka była. Pozornie nudna, bo powolnie snująca się pomiędzy kolumnami, ale za to pełna podkręcających atmosferę instrumentalnych popisów. Nic, tylko słuchać. Czy to oznacza, że otarłem się o absolut? Powiem tak. Na poziomie cenowym słuchanej elektroniki jestem gotów oznajmić, że tak. Niestety w odniesieniu do słyszanych w swojej karierze innych prezentacji brakowało mi szczypty dociążenia środka pasma i pewnego rodzaju gładkości. To nie oznacza, ze było źle. Ba dla wielu pewnie będzie wręcz przeciwnie. Jednak gdyby dźwięk w pracy saksofonu oferował nieco większy udział drewnianego, lekko nosowo brzmiącego stroika, byłoby bliżej obiektywnej prawdy. Ale spokojnie. Z jednej strony dzięki temu miałem szansę się do czegoś przyczepić, a z drugiej jak wspominałem wcześniej, to można trochę podrasować resztą systemu, co dla wielu z Was prawdopodobnie może okazać się postawieniem przysłowiowej kropki nad „i”.
Na koniec wspomnę o ostatnio często słuchanej przeze mnie Melody Gardot w koncertowej kompilacji tournée po Europie „Live in Europe”. Powodem jest przybliżenie umiejętności zestawu w oddaniu atmosfery wielkich kubatur. Jak można się było spodziewać, dzięki witalności i swobodzie prezentacji było świetnie. Rozmach sceny, dobre ogniskowanie na niej poszczególnych bytów były na tyle zjawiskowe, że gdy minimalnie przymknąłem oko na nazbyt lekką wagę i soczystość – oczywiście w mojej ocenie – głosu wokalistki wraz z towarzyszącym jej instrumentarium. bez najmniejszego problemu pławiłem się w tym skąd inąd bardzo emocjonalnym oddaniu kilku zarejestrowanych koncertów. A trzeba zaznaczyć, że całość zrealizowano na trzech płytach w dwóch wydaniach w postaci jednego dwupłytowego i jednopłytowego bonusu jako osobny handlowy byt. Nie było zmiłuj, zaliczyłem komplet.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu powyższych obserwacji wszystko jest jasne. Amerykanie postawili na zdroworozsądkową bezkompromisowość w oddaniu swobody i energii grania swoich zabawek. To oczywiście potencjalnemu zainteresowanemu każe zadać sobie pytanie, w jakiej estetyce ostatecznego dźwięku lubi się pławić. Jednak zanim wpadniecie w panikę, pragnę Was uspokoić, bowiem aby znaleźć nić porozumienia z Jankesami, wystarczy nie celować zaciekle w prezentację ociekającą nadmierną soczystością. Każdą inną, nawet lekko skierowaną w stronę większej wagi dźwięku przy pomocy konfiguracji reszty systemu w pewnym stopniu jesteście stanie osiągnąć. Jeśli tak się stanie, w oparciu o moje kilka tygodni z zestawem Emotiva XSP-1 & XPA-DR2 przypuszczam, iż słowo nuda podczas obcowania ze swoim zestawem audio może nie nigdy, ale przez długi czas Was nie dotknie. To jest zbyt radośnie grający set.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bonn N8
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: SoundClub
Ceny
Emotiva XSP-1 gen2: 6 000 PLN
Emotiva XPA-DR2 Gen3: 8 250 PLN

Dane techniczne
Emotiva XSP-1 gen2
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20000 Hz(0/-0,2 dB)
Zniekształcenia (THD): 0,004 % line, < 0,008 % MC, < 0,001 % MM
Wzmocnienie: 12 dB line, 60 dB MC, 40 dB MM
Sygnał/szum: 117 dB (XLR/RCA), 79 dB MC, >96 dB MM
Wejścia: 2 x XLR, 4 x RCA, phono (MM/MC) 1 x RCA, 1 x Processor (RCA), Home Theatre(3 x XLR, 3 x RCA)
Wyjścia: XLR, RCA, Processor (RCA), subwoofer (3 x XLR, 3 x RCA), słuchawkowe (jack)
Wymiary [S x G x W]: 43 x 36 x 14,5 cm

Emotiva XPA-DR2 Gen3
Moc wyjściowa: 2 x 550W/8Ω, 2 x 800W/4Ω przy <0.1% THD
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz +/- 0.1dB (20 Hz – 50 kHz +0/-2dB)
Zniekształcenia THD + N: <0,008% dla 100W RMS; 1 kHz; 8 Ω
Odstęp sygnał/szum: >120dB [moc wyjściowa wg FTC, wejście niezbalansowane, wg krzywej A], > 96dB [1W, wejście niezbalansowane, wg krzywej A]
Minimalna rekomendowana impedancja kolumn: 4 Ω
Współczynnik tłumienia: >500 dla 8 Ω
Wzmocnienie: 29dB
Wejścia: 2 x RCA, 2 x XLR (przełączane – po jednym na kanał)
Impedancja wejściowa: 33 kΩ [XLR], 23,5 kΩ [RCA]
Wymiary [S x G x W]: 43,2 x 48,3 x 20,3 cm
Waga: 19,1 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Czasy gdy kraj pochodzenia stygmatyzował i powodował automatyczne obniżenie rangi produktu śmiało można uznać za słusznie minione. W ramach potwierdzenia powyższej tezy właśnie zawitał u nas wielce intrygujący, pełnokrwisty chiński wzmacniacz zintegrowany Kinki Studio EX-M1+.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Oto kolejny dowód na globalne ocieplenie, czyli przewód zasilający  Shunyata Research Omega QR, który pięknie wyrósł pod amerykańskim słońcem ;-) A tak już na serio niezwykle miło nam powitać w naszych skromnych progach top zamorskiego portfolio.

cdn.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Niemalże rok po testach podstawowego modelu Vida prima dotarła do nas bardziej zaawansowana wersja japońskiego przedwzmacniacza gramofonowego Aurorasound Vida.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Od czasu do czasu nachodzi mnie dość niejednoznaczna pod względem odbioru refleksja, że raptem jakieś ćwierć wieku temu życie audiofilsko zorientowanych osobników homo sapiens wydawało się znacznie łatwiejsze. Od razu jednak zaznaczę – bynajmniej nie idealizuję okresu panowania ustroju słusznie minionego, który z premedytacją pominąłem, lecz sięgam pamięcią do czasów nowożytnych, gdzie nad Wisłą pierwsze i nieco chybotliwe kroki stawiał model gospodarki wolnorynkowej a nie centralnie sterowanej. Czyli towary na półkach już były w nader szerokim wyborze, dawne ikony rodzimego Hi-Fi i „High-Endu”, czyli Diory, Radmory i Altusy przeszły na w pełni zasłużoną emeryturę a decyzje zakupowe ograniczały jedynie zasobność portfela i fantazja nabywcy. Czyli pozornie tak jak obecnie, z tą tylko różnicą, że dziwnym zbiegiem okoliczności o stopniu zaawansowania świadczył fakt stosowania we własnym systemie bądź to gołych, bądź niejednokrotnie takich samych, lecz dopieszczonych złoconymi banankami przewodów. Oczywiście mowa o klasycznej miedzi beztlenowej, której czystością mało kto się wtenczas przejmował. A teraz? Sprzedawane na metry (ze szpuli) w wielkopowierzchniowych hipermarketach RTV „beztlenowce” znajdują się w kręgu zainteresowania osób zupełnie audio niezainteresowanych a jedynie szukających jakiegokolwiek sposobu na połączenie posiadanych kolumn ze wzmocnieniem, lub też przedstawicieli tzw. frakcji antykablarskiej. Reszta złotouchej populacji swą uwagę skierowała ku zdecydowanie bardziej wyrafinowanym konstrukcjom, gdzie oprócz mono/długo-krystalicznej i czystej jak łza (7 i 8N) miedzi pojawia się srebro, złoto i inne szlachetne materiały. Cały czas w tle przebija się również aspekt finansowy, gdzie równowartość, jeśli nie tropikalnych wakacji dla całej rodziny w formule all inclusive, co wypasionego turladła wiodących marek powoli przestaje kogokolwiek dziwić. Zasadnym wydaje się zatem pytanie, gdzie jest granica tego szaleństwa i czy pomimo aktualnych trendów da się połączyć zdroworozsądkowe podejście do dysponowania własnym budżetem z wyrafinowanym brzmieniem i cieszącą oko estetyką. Okazuje się, że jak najbardziej i wcale nie jesteśmy zdani na „kopie bezpieczeństwa” i przykłady zaskakująco podobnych do oryginałów „inspiracji” dostępnych na jednej z popularnych azjatyckich platform sprzedażowych. Wystarczy bowiem zerknąć do nader rozsądnie wycenionego portfolio włoskiej manufaktury Ricable, by na własne oczy i uszy się przekonać, że w zasięgu większości zainteresowanych znajdują się produkty wykonane nad dobrze, estetyczne, rozsądnie wycenione a przede wszystkim świetnie „grające”. W roli materiału dowodowego posłużę się przykładem serii Dedalus, z której mieliśmy okazję przetestować niemalże kompletny – analogowy set. Skoro zatem okupujące drugi stopień włoskiego podium modele okazały się mówiąc wprost tak zaskakująco dobre czym prędzej zgłosiliśmy się do rodzimego dystrybutora – Instal Audio po przedstawiciela topowej serii Invictus – przewody głośnikowe Speaker Reference.

Skoro zarówno nieco przydługi wywód wstępny, jak i kwestię unboxingu mamy już za sobą wreszcie możemy skupić się na bohaterach niniejszej recenzji. Sam sposób pakowania, oraz wzornictwo kartonów transportowych w porównaniu z niższą serią nie uległo praktycznie żadnym zmianom. Ba, okazało się wręcz, że oprócz w pełni zrozumiałej unifikacji Włosi stosują również „kodowanie kolorystyczne”, gdyż wszystko wskazuje na to, iż barwa żółta przypisana została przewodom głośnikowym, więc podobnie do Dedalus Speaker i na kartonowej wsuwce umieszczonej na czarnym pudełku Invictus Speaker Reference znajdziemy kanarkowe akcenty. Z kolei same charakteryzujące się zauważalną wagą przewody utrzymano w eleganckiej niebiesko-fioletowej tonacji przełamanej dystyngowaną czernią carbonowej plecionki i chromowanymi kołnierzami masywnych splitterów posiadających nie tylko firmowe logotypy, lecz również informujące o zalecanej kierunkowości piktogramy. Nie mniej biżuteryjnie prezentują się rozporowe, złocone wtyki bananowe przypominające mi nieco rozwiązania stosowane w modelu Quasarus przez rodzimą i z tego co mi wiadomo już nieistniejącą manufakturę Audionova.
Dokonując czysto wirtualnej wiwisekcji pod chabrową zewnętrzną polietylenowo – nylonową plecionką znajdziemy kilka autorskich rozwiązań w stylu podwójnego ekranowania – zewnętrznego z cynowanej miedzianej plecionki 7N i wewnętrznego z aluminiowo/mylarowo/magnezowej folii, w roli dielektryka wykorzystano podwójny technopolimer R-TEC (Ricable Technology Construction) a przewodnikiem jest oczywiście miedź MARC (Multicore Annealed Ricable Conductor) o czystości 7N. Zamiast jednak przysłowiowych dwóch drutów producent zdecydował się na zdecydowanie bardziej skomplikowaną topologię o heksafonicznej geometrii, gdzie z zastosował 1038 potrójnie skręconych w 6 żył przewodów uzupełnionych o 9-żyłowy izolowany przewód Solid Core. Jakby tego było mało zadbano o możliwie skuteczną redukcję szumów RNR (Ricable Noise Reduction) sięgając po germanowe półprzewodniki i otulenie całości bawełnianym oplotem.

Najwyższa pora na doznania natury nausznej, czyli z walorów czysto wzrokowych przechodzimy do strefy dźwięków, w których reprodukcji Invictusy miały swój niewątpliwy udział.
Na pierwszy ogień poszła nastrojowa a zarazem zaraźliwie bujająca „I Want You” Vanessy Fernandez. Wysoki głos wokalistki został przez włoskie przewody nieco dociążony i dopalony emocjonalnie, przez co jej postać automatycznie stała się bliższa i bardziej namacalna. Również małe co nieco skapnęło dla sekcji rytmicznej, więc trudność utrzymania kończyn w spoczynku ewoluowała do poziomu czystej niemożności. Przysłowiowy efekt Wow? Niewątpliwie, jednak bez zbytniej przesady i przekroczenia granicy dobrego smaku. Może i kontury, krawędzi kreślone były nieco grubszą aniżeli w przypadku Reference’ów Vermöutha kreską, ale różnice śmiało można było określić mianem innej estetyki a nie w kategoriach gorzej/lepiej. Ponadto o ile podczas testów Dedalusów zwracałem uwagę na fakt akcentowania, faworyzowania przełomu średnicy i góry, to już Invictus Reference będąc bardziej liniowym i „sprawiedliwym” przewodem całe pasmo traktuje na równi podkreślając totalność jego eufonii. Mówiąc wprost niezależnie od tego czy skupimy się na basie, średnicy, czy górnych zakresach każdorazowo powinniśmy dojść do wniosku, że jest ładniej, bardziej atrakcyjnie aniżeli zazwyczaj. Z premedytacją nie użyłem określenia „lepiej”, gdyż doskonale zdaję sobie sprawę, iż dla części odbiorców przyjemność odsłuchu wcale nie jest priorytetem i zdecydowanie bardziej wolą cierpieć nauszne katusze dążąc do możliwie najsurowszej, purystycznej prawdy, obnażając po drodze wszelakiej maści niedociągnięcia i mankamenty tak realizacyjne, jak i wykonawcę. A głośnikowy Invictus nie ukrywa, że akurat pod tym względem ma nieco inne spojrzenie na sposób i estetykę prezentacji stawiając na czysto hedonistyczną przyjemność jaką kontakt z muzyką, przynajmniej według niego, być powinien.
Dlatego też niemalże automatycznie sięgnąłem po „Pavane for a Dead Princess” Steve’a Kuhna ,w ramach niezobowiązującej dygresji zupełnie nie rozumiem, czemu Tidal zmienił dotychczasową – nader miłą w odbiorze, okładkę na nowszą wersję z 2015 r., który wydawał mi się wręcz idealnie wpisującą się w powyższą, sygnowaną przez Ricable narrację pozycją. I nie zawiodłem się. Pierwszoplanowość fortepianu była niezaprzeczalna, ale zamiast tanich sztuczek z powiększaniem, pompowaniem jego bryły zaakcentowana została jego dźwięczność i blask nader sugestywnie kontrastująca z lekką misiowatością kontrabasu i skrzącym się złotem blach. Proszę się jednak nie obawiać – o „misiowatości” przerośniętego rodzeństwa skrzypiec wspomniałem niejako z obowiązku, bo tak struny, jak i pudło mają właściwy udział procentowy w finalnej kreacji ww. instrumentu a jedynie sama kreska je definiująca powstała z pociągnięć miększym ołówkiem. Kontrabas nadal jest zatem kontrabasem a nie bezkształtną, impresjonistyczną plamą. Ot, jedynie przybyło mu tu i ówdzie nieco tłuszczyku.
Niejako na deser zostawiłem surowy, pierwotnie dziki i niepokojąco chropawy album „Skapanir” ukrywającego się za szyldem Danheim duńskiego producenta i muzyka Mike’a Schæfera Olsena. Wydawać by się mogło, że twarde, gardłowe frazy brzmiące jakby sam szatan gwoździe gryzł i tłuczonym szkłem gardło przepłukiwał, otulone nie mniej „szamańskim” instrumentarium mogą zabrzmieć we włoskiej interpretacji nieco zbyt słodko i mówiąc lapidarnie „ładnie”. Okazało się jednak, że nawet „dosładzanie” serwowane przez Invictusy Reference ma swoje granice i to, co pierwotnie dzikie takim pozostało. Mroczny i skąpany we mgle skandynawski klimat został nie tyle rozświetlony, co wręcz zintensyfikowany. To już nie była li tylko obserwacja z bezpiecznego siedziska na kanapie. Przybliżenie pierwszego planu spowodowało niejako wchłonięcie słuchacza, umieszczenie go w centrum wydarzeń – kręgu pląsających demonów, antycznych bogów i samych wikingów. Ulewne strugi deszczu, złowrogie krakanie, to wszystko stawało się w pełni fizycznym elementem naszego otoczenia a nie dwuwymiarowym obrazkiem na ekranie telewizora. Niesamowite wrażenie robiła również de facto sztucznie wykreowana przestrzeń z iście bezkresną głębią i holograficzną trójwymiarowością. Prawdę mówiąc nieco obawiałem się zbytniej obfitości basu, który na tym albumie ma niemalże transowo-ambientową formę, więc wcale nie tak trudno z nim przesadzić a tym samym spowodować zawłaszczenie przez niego części pozostałych podzakresów reprodukowanego pasma. Jednakże nawet przy mało cywilizowanych poziomach głośności basu było dużo, jednak jego definicja była, a przynajmniej taką mi się wydawała zgodna z samym zamysłem autora. Potrafił być zatem, w zależności od potrzeb bądź to wszechpotężny i wręcz lepki niczym gęsta mgła w mroźny jesienny poranek na mokradłach, by po chwili przejść do postaci szorstkich i krótkich dźwięków ludowych perkusjonaliów.

Jeśli miałbym spróbować rekomendować Ricable Invictus Speaker Reference jakiejś określonej grupie odbiorców, to z pewnością w pierwszej kolejności wspomniałbym o posiadaczach nazbyt analitycznych, czy wręcz antyseptycznych systemów, którzy w euforycznym dążeniu do prawdy poszli o krok, bądź dwa za daleko. Kolejnymi beneficjentami włoskiej myśli technicznej z powodzeniem mogą być miłośnicy może nie tyle bezpłciowej neutralności, co naturalności, gdyż bez wątpienia przyjemność odsłuchu ulubionych nagrań w ich przypadku zauważalnie wzrośnie. A co do użytkowników gęstych i ciemnych jak espresso doppio konfiguracji, to … końcowa ocenę pozostawiam już im samym, gdyż każdy ma własny próg przekraczając który ilość cukru w cukrze może okazać się na dłuższą metę nieco zbyt ciężkostrawna. W każdym bądź razie u mnie nijakich anomalii nie odnotowałem a Ricable Invictus Speaker Reference pozostawiły po sobie bardzo miłe wspomnienia.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Z tytułową włoską marką Ricable dość niedawno mieliśmy okazję już się zapoznać. Niby od jakiegoś czasu była dystrybuowana na naszym rynku, jednak jakimś dziwnym trafem brnęła przez życie bez jakichkolwiek opiniotwórczych sesji prasowych. Na szczęście nie tylko dla niej, ale również prawdopodobnie potencjalnych klientów mimo dostępu do szerokiej palety produktów do opisania nie odcinamy przysłowiowych kuponów dzwoniąc jedynie do zaprzyjaźnionych dystrybutorów, tylko wertując bezkresny Internet po krótkim mailingu postaraliśmy się o jej występy na naszym portalu. Wówczas wyrok padł na komplet okablowania sieciowego, sygnałowego i kolumnowego z serii Dedalus. Nie będę przytaczał wyniku tego starcia, gdyż o jego efektach w ramach przypomnienia lub pierwszego kontaktu możecie poczytać o tym na naszych łamach, tylko wspomnę, iż była to pozytywna przygoda z okablowaniem dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego. Kable niedrogie, wykonane na najwyższym poziomie i co istotne ze świetnym wynikiem brzmieniowym w rankingu cena/jakość. I właśnie ten ostatni parametr skłonił nas do przyjrzenia się, co będący bohaterem dzisiejszej rozprawki wytwórca jest w stanie zaprezentować na nieco wyższym, ale na tle światowej konkurencji nadal na przyjaznym dla portfela, pułapie cenowym. Tym razem więc swój wzrok skierowaliśmy dość punktowo, czyli na sektor okablowania głośnikowego, Takim to sposobem na redakcyjnym tapecie wylądował kabel kolumnowy z linii Invictus, o dostarczenie którego standardowo zadbał koniński dystrybutor Instal Audio.

Przywołując kilka najważniejszych informacji na temat głośnikówki Invictus, naturalnie idąc za informacjami producenta, mamy do czynienia z przewodnikiem na bazie miedzi 7N wykonanym w firmowej technologii Ricable MARC (Multicore Annealed Ricable Conductor). Jeśli chodzi o budowę kabla, ta opiera się o 1038 (0.08 mm każdy) potrójnie skręconych w 6 żył cienkich drucików oraz 9-żyłowego, izolowanego przewodu solid Core, co skutkuje przekrojem 7.6 mm2 czystego przewodnika. W służbie izolacji dielektrycznej wykorzystano podwójny technopolimer. Ekranowaniem wewnętrznym zajmuje się mariaż Aluminium, Mylaru i Magnezu. Zewnętrzny ekran zapewnia cynowany oplot miedziany. Na koniec całość otulono koszulką z mieniącego się błękitem z nutka bieli nylonu. Jeśli chodzi o zaterminowanie dostarczonego do testu kabla, został uzbrojony w rozpierane gwintowaną częścią obudowy, pozłacane bananowe wtyki z czystej miedzi OFC, osadzone w magnetycznym korpusie z wykończeniem węglowym. Tak prezentujące się druty w drogę do klienta spakowano z eleganckie kartonowe pudełka.

Próbując opisać dzisiejsze okablowanie kolumnowe, nie sposób choćby symbolicznie nie odnieść się do modelu z poprzedniego testu. Przyczyna jest prozaiczna, gdyż nie tylko usadowi dalszy przebieg testu w znanych Wam od jakiegoś czasu realiach brzmieniowych, ale również pokaże, w którą stronę wraz ze wzrostem ceny firmowe brzmienie ewaluuje. A przyznam, że w bardzo interesującym, gdyż bazując na wcześniejszym, już pokaźnym nasyceniu przekazu, idzie o krok dalej. Przesada? Zanim wydacie wyrok, wietrzące porażkę gorące głowy proszę o spokój. Otóż sukces tego posunięcia jest możliwy dzięki zachowaniu dobrej dźwięczności i raczej nadawaniu dodatkowej szczypty energii, a nie szkodliwej masy rozgrywającym się w naszych pokojach wydarzeniom muzycznym. Tłumacząc z polskiego na nasze, owszem muzyka jest bardziej soczysta, dzięki czemu odznacza się mocniejszym pulsem, ale przy tym nic nie terminuje jej w kwestii ilości otaczającego muzyków powietrza i lotności górnych rejestrów. To bardzo ryzykowane posunięcie, ale muszę przyznać, że mimo zderzenia tego pomysłu z już dość gęstym zestawem audio nie odbiło się to najmniejszą czkawką. Naturalnie muzyka jakby minimalnie zwolniła, ale za to oferowała coś, za co czasem osobiście z przyjemnością oddaję pogoń za ideałem w wartościach bezwzględnych, czyli niedoścignioną melodyjność. A co w tym wszystkim było najzabawniejsze, to fakt bardzo ciekawych finalnych wniosków nawet w muzyce ocierającej się o konszachty z szatanem, mimo dość przypadkowego występu w konfiguracji testowej.
Na początek części obrazującej zaistniała sytuację, tak zwana woda na młyn Invictusa w postaci kompilacji Christiny Pluchar „Teatro d’Amore”. Bezkompromisowe oddanie wysokich lotów męskiej i nie tylko, wokalistyki z udziałem różnorodnego instrumentarium bez najmniejszych problemów przeniosło moją duszę w czasy Claudio Monteverdiego. Przyjemna w odbiorze szlachetność wydobywających się z gardeł artystów fraz, ich rozplanowanie między kolumnami w szerz i w głąb, mimo nieco większego niż mam na co dzień sznytu nasycenia sprawiała, że natychmiast zapominałem o Bożym świecie. Powiem więcej. Owe pozorne odstępstwo od wzorca powodowało, że z przyjemnością przesłuchałem cały krążek, gdyż nie dość że niezbyt inwazyjnie zmieniło punkt ciężkości przekazu, to właśnie takim podgrzaniem środka pasma podkręcało wywoływane tak podaną muzyką emocje. Zazwyczaj z uwagi na wieloletnią znajomość tego materiału wybieram z niego dwa lub trzy kawałki, jednak tym razem nie byłem w stanie tego zrobić, tylko w błogim letargu doczekałem do samoczynnego powrotu soczewki lasera do stanu spoczynku. Powodem tego stanu rzeczy była umiejętność zestawu nadrobienia solidnego nasycenia odpowiednim pakietem świeżości jego propagacji. Niby gęsto, ale za to dźwięcznie, z czego tego typu nurty muzyczne zazwyczaj czerpią pełnymi garściami.
W podobnym tonie, choć z założenia powinien był nastąpić lekki zgrzyt, przebiegła sesja z jazz-em. Na tapecie wylądował „Amaryllis”, czyli świetna pianistka Marilyn Crispell z równie rewelacyjnym Garym Peacockiem na kontrabasie i znakomitym Paulem Motianem na perkusji. Owszem było krągło, ale w fortepianie znakomicie przekładało się to na jego nadal daleką od ospałości dostojność w dolnych rejestrach, a w perkusji na dobitności oddania pracy stopy na wielkim kotle. To było ciekawe doświadczenie, gdyż całość wybrzmiała bez w teorii mających spore szanse wystąpić, większych problemów, którym naturalnie zapobiegała wspomniana na początku swoboda i dźwięczność prezentacji. Jednak gdybym na siłę miał szukać przysłowiowej dziury w całym, powiedziałbym, iż jedynym spornym niuansem była skupiona bardziej na pudle rezonansowym z lekkim odejściem od pakietu danych o strunach, prezentacja atrybutu Peacocka w postaci bardzo wymagającego znakomitej rozdzielczości w centrum pasma – tutaj mieliśmy lekkie zagęszczenie – kontrabasu. Ale żebyśmy się zrozumieli. Ten temat jest pokłosiem zwyczajnego czepialstwa mającego pokazać wręcz palcem, jaki wynik soniczny na tle używanych podczas sesji odsłuchowych pomiędzy testami (Tellurium Q Silver Diamond) serwowały mi kable z Italii.
Na koniec parę słów o mocniejszym graniu spod znaku Metallica „Ride The Lighting”. W tym przypadku jedynym wyczuwalnym od samego początku na lekki minus tematem w stosunku do wzorca była szybkość narastania sygnału. Nie masa, nie swoboda – te były rade, a atak. Jednak nie zostałem zaskoczony lejąca się magmą, tylko jako skutek postawienia konstruktorów na emocje w środku pasma, atak nie był natychmiastowy. Być może, nie wróć, źle napisałem. Z pewnością w dedykowanych do opiniowanych kablom konfiguracjach taki stan nie będzie miał racji bytu, jednak abyście zrozumieli niesioną przez naszych bohaterów atmosferę, jestem zobligowany o tym wspomnieć. Szkoda? Bynajmniej, gdyż jeśli ktoś umie przejść nad tym do porządku dziennego, reszta składowych tej twórczości od zazwyczaj wykrzykiwanej, a nie śpiewanej wokalistyki, przez nasycenie instrumentów, po ich zarezerwowaną dla ostrej jazdy energię były tym, co tygrysy lubią najbardziej. Po prostu dostałem ścianę dalekiego od bólu, za to oferującego fajny odbiór nawet przy wysokich poziomach głośności, dźwięku. A chyba o możliwość odkręcenia gałki wzmocnienia bliskiego maksimum naszej wytrzymałości w tych parcelach muzycznych chodzi.

Puentując powyższy słowotok nie ucieknę od jednego. Otóż nie mogę nie zaznaczyć, iż będące clou programu okablowanie kolumnowe stoi po nie tylko soczystej, ale również ciepłej stronie mocy. To na szczęście jak wynika z tekstu, w sobie tylko znany sposób producent znakomicie napowietrza, jednak wstępnie robiąc sobie listę odsłuchową przez zmianami w systemie, owe wagowo-barwowe zapędy należy wziąć pod uwagę. Na szczęście to nie oznacza startowego skazywania opisywanych drutów na występy jedynie w systemach oschłych i krzykliwych, gdyż nawet w moim, już samym w sobie mocno podkręconym barwowo i tętniącym solidną dawką energii przez cały okres testu zaznałem wiele z pozoru niemożliwych do zaistnienia przyjemności. Tak więc jedynym przeciwwskazaniem są zestawy mocno przegrzane lub zwaliste. Reszta jak najbardziej jest w spektrum grupy docelowej biało-błękitnych włoskich ogierów.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bon n N8
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Instal Audio
Ceny: 5 469 PLN / 2 m (para); 6 139 PLN / 3 m (para); 6 769 PLN / 4 m (para); 7 399 PLN / 5 m (para)

Dane techniczne
Pojemność: 35 pF/m
Rezystancja: 2.3 Ω/km
Obsługiwane waty RMS: Maks 800 W RMS
Średnica zewnętrzna: Ø 22 mm
Przekrój przewodnika: 7.60 mm²
Konstrukcja przewodników: 1038 potrójnie skręconych drutów w 6 żył + 9-żyłowy izolowany przewód Solid Core
Średnica żył: 0.08 mm
Materiał przewodnika: Miedź 7N 99.99999% MARC (Multicore Annealed Ricable Conductor)
Geometria: Heksafoniczna
Izolacja dielektryczna: Podwójny technopolimer R-TEC (Ricable Technology Construction)
Ekranowanie wewnętrzne: Aluminium / Mylar / Magnez
Ekranowanie zewnętrzne: Oplot miedziany 7N MARC dodatkowo cynowany
Oplot zewnętrzny: Osłona o wysokiej zwartości polietylenu / nylonu
Materiał wtyków: Czysta miedź OFC RCCP (Ricable Copper Connector Project),pozłacane 24-karatowym złotem

  1. Soundrebels.com
  2. >

Brytyjski specjalista w dziedzinie hi-fi, Naim Audio, wprowadził na rynek Uniti Atom Headphone Edition – zoptymalizowaną pod kątem słuchawek wersję wielokrotnie nagradzanego systemu strumieniowania muzyki Uniti Atom. Został on zaprojektowany tak, aby stanowił najlepsze źródło do słuchania muzyki w słuchawkach. W przeciwieństwie do tradycyjnych wzmacniaczy słuchawkowych i przetworników cyfrowo-analogowych, które wymagają oddzielnego komputera lub urządzenia do strumieniowania, Uniti Atom Headphone Edition jest w pełni ukształtowanym systemem strumieniowania muzyki: wystarczy dodać słuchawki.

Uniti Atom Headphone Edition został w pełni przeprojektowany, aby zaoferować optymalną jakość odsłuchu. Wykorzystując technologię trickle-down ze swojego flagowego wzmacniacza Statement, Naim opracował nowy dyskretny wzmacniacz słuchawkowy, zdolny do zasilania nawet najbardziej zaawansowanych słuchawek – takich jak Focal Utopia – i to z łatwością.
Unikalna platforma strumieniowania muzyki Naim serwuje niesamowitą jakość dźwięku, pozwalając na ucieczkę do własnej kolekcji muzyki cyfrowej, serwisów takich jak Qobuz, TIDAL i Spotify, oraz świata radia internetowego – w tym wyselekcjonowanej kolekcji stacji HD – a także podcastów. Obsługa AirPlay 2, wbudowany Chromecast i status Roon Ready dodają jeszcze więcej opcji strumieniowania, podczas gdy wejścia analogowe i cyfrowe oznaczają, że możesz podłączyć wiele innych źródeł, w tym gramofony, a wejście USB obsługuje odtwarzanie z pamięci USB. Korzystaj z szerokiej gamy formatów plików muzycznych, w rozdzielczości do 32bit/384kHz.

Ponadto, Uniti Atom Headphone Edition wyposażono w transformator o całkowicie nowej konstrukcji, tak by mógł zapewnić – zgodnie z najlepszą tradycją Naima – npewnego zasilania obwodów wzmacniacza słuchawkowego. Nowy projekt układu tranzystorów dyskretnych umożliwia Uniti Atom Headphone Edition uzyskanie zbalansowanych wyjść słuchawkowych, zarówno na 4-pinowym złączu XLR jak i Pentaconn, maksymalizując możliwości brzmieniowe high-endowych słuchawek wyposażonych w te złącza. Dostępne jest również standardowe wyjście 6,3 mm.
„Zaprojektowaliśmy tę specjalną edycję potężnego Uniti Atom, aby była najwyższej klasy systemem streamingu muzyki do słuchania solo – wystarczy dodać słuchawki, aby uciec do własnego świata wysokiej jakości dźwięku” – powiedział Paul Neville, dyrektor ds. badań i rozwoju w firmie Naim.
Uniti Atom Headphone Edition może również pełnić rolę przedwzmacniacza strumieniowego, zasilającego aktywne głośniki w systemie instant, lub wzmacniacza mocy napędzającego głośniki pasywne.

Uniti Atom Headphone Edition jest już dostępny w sprzedaży, a jego sugerowana cena detaliczna wynosi 12 999 PLN, co odpowiada cenie SRP standardowego Uniti Atom. Dołącza on do następujących członków gamy Uniti Naima:
– Uniti Atom – kompaktowy odtwarzacz strumieniowy muzyki: 12 999 PLN
– Uniti Star – odtwarzacz CD i odtwarzacz strumieniowy: 19 999 PLN
– Uniti Nova – potężny odtwarzacz strumieniowy muzyki: 22 999 PLN
– Uniti Core – potężny hub muzyczny z funkcją zgrywania płyt CD z bit-perfect: 9 999 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Pewne rzeczy ani myślą się zmieniać i … bardzo dobrze, dzięki czemu rozpakowując najnowszy przedwzmacniacz Accuphase C-2450 już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z audiofilską klasyką High-Endu.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Audio Reveal Second Signature

Opinia 1

Wydawać by się mogło, że jak na typa, któremu pierwszy lampowiec kilkukrotnie osnuł się chmurą gryzącego dymu a kolejne podejście do rozżarzonych baniek skończyło się wymianą skrzynki z bezpiecznikami powinienem mieć po kokardę tego typu atrakcji. Najwidoczniej jednak ciągle mi mało, gdyż co jakiś czas daję się uwieść magii bursztynowej poświaty. Nauczony jednak doświadczeniem tego typu spotkania traktuję już wyłącznie na zasadach przelotnego romansu, tym bardziej, że przy intensywności eksploatacji z jaką nieodłącznie wiąże się moje bajkopisarskie hobby długoterminowe użytkowanie „lampiszonów” powodowałoby również nawarstwianie się kolejnych lęków i fobii wynikających z ograniczonej żywotności lamp a tym samym oczywistych zmian w brzmieniu. Dokładając do tego mnogość zamienników, polowanie na zakamuflowane w przepastnych magazynach NOS-y i eksperymenty z optymalnym sonicznie, niekoniecznie rekomendowanym ze względów technicznych przez producenta punktem pracy na razie dla spokoju ducha i zdrowia psychicznego, przynajmniej jeśli chodzi o amplifikację, pozostaję wyznawcą rozwiązań z obozu solid-state. Skoro jednak pozwoliłem sobie na powyższy, mały rachunek sumienia to znak, że coś owe wynurzenia musiało wyzwolić. I tak też właśnie się stało, gdyż po raz wtóry mieliśmy ostatnimi czasy okazję pochylić się nad radosną twórczością Michała Posiewki, który raczył był wzbogacić portfolio swojego autorskiego projektu Audio Reveal o kolejny wzmacniacz zintegrowany, czyli będący przedmiotem niniejszej epistoły model Second Signature.

Ponieważ do tej pory mieliśmy okazję poznęcać się nad wykorzystującą w stopniu wyjściowym pojedyncze Genalexy Gold Lion KT88 integrą First a bazujący na jednych z moich ulubionych ze względu na nad wyraz udane połączenie mocy i muzykalności K150, Second dziwnym zbiegiem okoliczności (tak po prawdzie z nautilusowej dystrybucji przyjechały do nas mogące pochwalić się … tuzinem 150-ek) monobloki Ayon Audio Epsilon Evo Mono jakoś do nas nie trafił, to widząc nowe, uzbrojone w gorącą (dosłownie i w przenośni) nowość – tetrody strumieniowe KT170, dziecko Michała czym prędzej je przygarnęliśmy. Przygarnęliśmy, postawiliśmy pomiędzy naszymi dyżurnymi urządzeniami i poczuliśmy delikatne déjà vu. Chodzi bowiem o to, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Michał mając jasno sprecyzowaną wizję własnych wyrobów, już od samego początku przyzwyczaja swoich nabywców do daleko posuniętej unifikacji, czyli śmiało można uznać, iż jeśli kogoś „kupił” design Firsta, to i z Secondem, niezależnie od wersji, będzie mu po drodze. Mamy zatem szalenie elegancki drewniany front z trzema toczonymi metalowymi gałkami, z których największa – centralna odpowiada za regulację głośności, lewa pełni rolę włącznika głównego a prawa selektora źródeł. Oprócz nich nader zgrabnie wkomponowano niewielką diodę informującą o statusie pracy urządzenia i czujnik IR.
Płyta górna to królestwo osadzonych na dwóch platformach ze szczotkowanego aluminium lamp, czyli zestawów w skład których (na kanał) wchodzą dwa maluchy – 12AX7 (ECC83) Genalexa i 12BH7 a tuż za nimi pyszni się charakterystyczna „zniczopodobna” 170-ka Tung-Sola. Każdą, zdolną oddać całkiem rozsądne 21W wyspę wyposażono w dedykowaną blaszaną osłonę, którą wystarczy na nią nasunąć, jednak z racji dość wątpliwych walorów estetycznych zarówno podczas codziennych odsłuchów, jak i sesji zdjęciowej pozwoliłem sobie ich aplikację darować. Pomiędzy owymi ostojami lamp umieszczono niewielkie pokrętło dzięki któremu możemy regulować głębokość sprzężenia zwrotnego a tuż nad nim elegancką tabliczkę znamionową.
Jak to zwykle w lampowcach bywa wzdłuż tylnej krawędzi w prostopadłościennych katafalkach zamknięto transformatory – dwa zasilające od wewnątrz i dwa zewnętrzne – sygnałowe z blach amorficznych wykonywane na zamówienie przez rodzimego specjalistę – pana Leszka Ogonowskiego (w standardowej wersji Second stosowane są trafa importowane z Kanady). Ściana tylna to również klasyka gatunku – okupujące obie flanki terminale głośnikowe z oddzielnymi przyłączami dla kolumn 8 Ω i 4 Ω, oraz cztery pary symetrycznie ulokowanych, w końcu mamy do czynienia z konstrukcja dual mono, wejść RCA. W centrum umieszczono gniazdo zasilające IEC. W zestawie fabrycznym oprócz przewodu zasilającego, którego lepiej z przepastnego kartonu nawet nie wyciągać i białych rękawiczek, którymi z kolei warto się zainteresować, znajduje się również poręczny pilot zdalnego sterowania, z pomocą którego zyskamy możliwość regulacji natężenia dźwięku bez konieczności podnoszenia się z kanapy.

Skoro już wyposażony w uznawane za mało muzykalne KT88 First zachwycił nas właśnie … muzykalnością, lecz nie muzykalnością polegającą na oblepieniu wszystkich dźwięków grubą warstwa lukru, tylko jej wersją świetnie zespoloną z rozdzielczością, to wychodząc z założenia, że Second Signature bazujący na następcach uznawanych za najbardziej „śpiewne” z rodziny KT pisanek (150-ek), czyli KT170 powinien iść jeszcze dalej obraną przez swoich protoplastów drogą. Tak podpowiadała nam zarówno logika, jak i intuicja, więc zasiadając do odsłuchu niejako podświadomie spodziewaliśmy się dość oczywistego sposobu prezentacji. Tymczasem poza w pełni zrozumiałym wzrostem mocy, a tym samym zdecydowanie lepszą kontrolą moich Dynaudio Contour 30, pojawiły się pewne zupełnie niespodziewane atrakcje. O ile bowiem drajw i niepozwalający spokojnie usiedzieć w fotelu tzw. FTF (Foot Tapping Factor) od razu mnie zniewoliły i do końca obecności w moim systemie ARSS (Audio Reveal Second Signature) nawet na moment nie pozwoliły nawet na chwilę oddechu, to już spodziewanej dalszej intensyfikacji czaru 150-ek nie odnotowałem. Czy to źle? Przewrotnie odpowiem, że to zależy. Jeśli jesteśmy niewolnikami własnych oczekiwań, to z pewnością możemy poczuć się zawiedzeni, jeśli natomiast do tematu podchodzimy z „otwartą głową”, to nie widzę najmniejszego powodu do kręcenia nosem. Mówiąc wprost zarówno pod względem rozdzielczości, jak i precyzji zaaplikowane w Audio Revealu 170-ki szły znacznie dalej od swoich poprzedniczek zamiast bezpiecznej „muzykalności” stawiając akcent na transparentności i holograficznej wręcz przestrzenności. Nawet na kipiącym hard-rockową zadziornością suto podlanej heavy-metalową potęgą krążku „When Legends Rise” Godsmack owa rozdzielczość wcale nie szła w kierunku bezdusznej analityczności, którą swojego czasu zarzucano m.in. amplifikacji Octave, lecz stawiała na iście studyjną bezpośredniość i namacalność. Wokal Sully’ego Erny był mocny, świetnie zaakcentowany i pomimo iście apokaliptycznej ściany dźwięku złożonej z misternie tkanych gitarowych riffów i potężnej perkusji nad wyraz namacalny. Jednak jego „materializacja” w przestrzeni międzygłośnikowej nie oznaczała wygładzenia, czy też dosłodzenia jego głosu, który cały czas utrzymał natywną szorstkość.
Chcąc nieco dać odetchnąć kończynom nieopatrznie dodałem do playlisty „Blue Bossa” Massimo Farao’ Afro Cuban Piano Quartet i znowu rzuciłem się w wir pulsującej muzyki. Okazało się bowiem, iż ARSS z taką może nie tyle precyzją, bo akurat to określenie lepiej sprawdza się przy opisie konstrukcji a nie sztuce jaką niewątpliwie jest muzyka, gdzie zdecydowanie lepiej pasuje pietyzm, oddał nie tylko obecny między muzykami flow, co przede wszystkim ich lokalizację na scenie, oraz wirtuozerię. Tutaj jednak pozwolę sobie na małą dygresję. O ile bowiem wirtuozeria w rodzimym – europejskim wydaniu kojarzy się nam z poziomem osiągniętym ciężką, mozolną pracą a tym samym koniecznym niemalże nabożnym skupieniem podczas odgrywania poszczególnych partii, o tyle ww. ekipa pomimo iście mistrzowskiego poziomu wykonawczego ewidentnie świetnie się bawi, robi to na totalnym luzie i w dodatku czerpie z tego wyraźną przyjemność. Coś podobnego można zaobserwować na „Afro Bossa” Duke’a Ellingtona, z tą tylko różnicą, iż u Duke’a całość ujęta jest w zdecydowanie sztywniejsze ramy wieczorowej elegancji i „dancningowego” savoir-vivre’u a Massimo Farao’ idzie na przysłowiowy żywioł i spontaniczną zabawę w ewidentnie nieformalnej formule. I takie niuanse Second Signature pokazuje może nie tyle palcem, bo to niezbyt ładnie, co znacząco sugeruje uniesieniem brwi, bądź na tyle wymownym spojrzeniem, że nie ma wątpliwości co do zamysłu samych wykonawców. Proszę tylko zwrócić uwagę co wyczynia na congach Ernesttico, jak misternie oplata partie kontrabasu Nicoli Barbona i jak świetnie dogaduje się z fortepianem lidera (Massimo Farao’). Z premedytacją nie wspominałem do tej pory o zasiadającym za perkusją Roberto Bobo Facchinetti, gdyż jego rola w większości kompozycji jest nie tyle symboliczna, czy drugoplanowa, co jawi się jako przysłowiowa kropka nad „i”. Niby cały czas go słychać, jednakże raczej operuje delikatnie muskając blachy aniżeli zapamiętale „waląc” w werbel.
Jednak gatunkiem, który najbardziej urzekł mnie w wykonaniu ARSS okazała się … klasyka i to w jej operowym wydaniu, bowiem to, co rodzimy SE-t wycisnął z „Vivaldi: Teuzzone” (Jordi Savall / Le Concert des Nations / Furio Zanasi / Makoto Sakurada / Roberta Mameli) wprawiło mnie w autentyczne zdumienie. Niby niewielki skład i zaledwie kilku solistów nie powinny stanowić problemu, jednakże jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach i akurat w tym wypadku jest to zdolność odwzorowania właściwego dystansu dzielącego wokalistów zarówno od orkiestry, słuchacza, jak i od siebie nawzajem. W dodatku oprócz lokalizacji w płaszczyźnie poziomej dochodzi kwestia kreowania źródeł pozornych w orientacji pionowej, z czym Audio Reveal poradził sobie wyśmienicie nie tracąc nic a nic z właściwej sobie rozdzielczości nawet podczas cichych wieczorno-nocnych seansów.

Reasumując, jeśli oczekujecie Państwo przysłowiowej magii lampy z całym jej „dobrodziejstwem inwentarza” jest cień szansy, że Audio Reveal Second Signature może, przynajmniej na początku, wydać się Wam zbyt rozdzielczy i nieco zachowawczy pod względem serwowanej eufonii. Jeśli jednak dacie mu przynajmniej zalecane przez producenta 100h rozgrzewki i po prostu zaczniecie go słuchać, niejako pomijając pryzmat „lampowych stereotypów” śmiem twierdzić, iż decyzja o jego zwrocie może okazać się jedną z trudniejszych.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Sądząc po docierających do mnie sygnałach od bliższych i dalszych znajomych wszystko wskazuje na to, że wzmocnienie lampowe bez najmniejszych problemów dotrzymuje kroku jego tranzystorowej alternatywie. Niby wszem i wobec znane są związane z ww. technologią przypadłości poczynając na dość ograniczonej mocy a na określonej żywotności skończywszy, jednak niejako w ramach rekompensaty ich wielbiciele zazwyczaj pławią się w zarezerwowanej dla zamkniętych w szklanych bańkach wolnych elektronów, pewnego rodzaju magii brzmienia karmionego tego typu sygnałem zestawu. Czy zawsze? Oczywiście, że nie, bowiem nawet nie tyle sama aplikacja, co użyte w układach elektrycznych lampy – choćby triody 300B, wszelkie odmiany lamp mocy i sterujących – serwują diametralnie inny finalny sznyt wykorzystującego je komponentu. A wspominam o tym nie bez kozery, gdyż nasze dzisiejsze pięć minut przy dobrej lampce nie wina lecz z przemieszczającymi się w próżni ładunkami elektrycznymi będzie epistołą na temat najnowszej tego typu konstrukcji, czyli ostatnimi czasy bardzo intrygującej ogół lampiarzy KT170 ze stajni TUNG-SOL. Kto wziął ten dopiero przecierający szlaki na rynku produkt na swój producencki tapet? Pewnie się zdziwicie, ale z przyjemnością oznajmiam, iż znana z występów na naszym portalu z konstrukcji First rodzima manufaktura Audio Reveal w postaci oferującego 21W mocy dla 4 i 8 Ohm w klasie „A”, opartego o układ Dual Mono Single-ended, zintegrowanego wzmacniacza Second Signature, którego występ u nas zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi Nautilus.

Projekt plastyczny Second-a nie forsuje nowego typu designu, tylko świetnie wpisując się w tego typu dotychczasowe oczekiwania potencjalnych klientów jako przysłowiową budkę dla elektroniki wykorzystuje popularną platformę. Jednak słowo „popularną” odnosi się jedynie ogólnego pomysłu, gdyż jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach, które w tym przypadku robią świetną robotę. Pierwszym akcentem świetnej pracy nad obiorem wizualnym projektu jest wykonany z egzotycznego drewna front z centralnie umieszczoną większą srebrną gałką potencjometru wzmocnienia, dwoma mniejszymi na zewnętrznych rubieżach – lewa włącznik główny, prawa selektor wejść oraz nieco bliżej, symetrycznie rozlokowanymi diodą informującą o stanie urządzenia i odbiornikiem fal pilota zdalnego sterowania. Kolejnym jest umiejscowienie każdej z sekcji lamp sterujących i mocy (oczywiście mam na myśli będące zaczynem do powstania tego modelu, intrygujące miłośników lamp KT170) na odcinającym się od czerni górnej połaci obudowy, szczotkowanym aluminium oraz pomiędzy nimi mieniącej się złotem tabliczki informacyjnej na temat specyfiki aplikacji lamp elektronowych z nazwami marki i modelu, a także nieco bliżej frontu pokrętło pozwalającego zmienić poziom sprzężenia zwrotnego układu wzmocnienia. Zaś zwieńczeniem wyglądu tej swoistej platformy są skryte za wspomnianą baterią lamp w prostopadłościennych kubkach cztery amorficzne transformatory. Tak wygląda rozwiane słuszności określenia słowa „popularna platforma jako bryła urządzenia”. Przyznacie, ze projekt jest bardzo spójny i dzięki kilku estetycznym zabiegom ciekawy. Mając za sobą ogólną prezentację, pozostaje mi jedynie dodać garść informacji o awersie rzeczonego wzmacniacza. Ten w imię zasady o budowie Dual Mono daje nam do dyspozycji zorientowane względem centralnie umieszczonego gniazda zasilania IEC, lustrzane odbicie czterech wejść w standardzie RCA i optymalizowanych pod kątem obciążenia dla 4 i 8 Ohm pojedynczych zacisków głośnikowych. Całość oferty dopełnia pozwalający jedynie zmienić poziom wzmocnienia pilot zdalnego sterowania.

Przeglądając serię zdjęć dołączonych do testu, nie trudno zauważyć, że do pokazania prawdziwego ja naszego bohatera zaprzągłem do pracy sugerowane dla podobnych konstrukcji lampowych, łatwe do wysterowania kolumny. Owszem, zdaję sobie sprawę z faktu spokojnego sparingu 21W z lampy ze sporą częścią światowej oferty zespołów głośnikowych, jednak proces weryfikacji z którymi modelami konkretnie wolałem zostawić Wam, a podczas swojego podejścia od startu postanowiłem umożliwić im pełne rozpostarcie skrzydeł, dlatego wybór padł na testowane w tym samym czasie Tannoy’e Kensington GR. W efekcie okazało się, iż będąca zarzewiem powstania opiniowanego wzmacniacza lampa KT170 plus prawdopodobnie użyte w nim amorficzne transformatory oprócz nutki magii były w stanie pokazać świat w oczekiwany, dobrze osadzony w estetyce czytelnej kreski, odpowiedniej szybkości narastania sygnału i lotności dźwięku sposób. Ale spokojnie, nie odebrałem tego jako brutalne podążanie za estetyką tranzystora, tylko jak wspomniałem, oferowanie świetnego wglądu w nagranie z przez cały czas mającymi swój udział akcentami dobrze zaaplikowanej lampy. Oczywiście dobry wgląd nie oznacza jedynie ostrości rysunku, ale również świetne rozplanowanie szerokiej i głębokiej, a przy tym fajnie zawieszonej w trójwymiarze wirtualnej sceny. Co prawda bez wycieczek finalnego dźwięku w stronę eufonicznej triody 300B, ale zapewniam Was, również bez najmniejszych oznak szorstkości, tylko z dobrym akcentem ataku i pakietem energii.
Świetnym przykładem na poparcie mojej tezy był krążek Keitha Jarretta w kultowym trio jazzowym „Setting Standards – The New York Sessions”. Co jednak ciekawe, powodem pozytywnego odbioru tego materiału nie była jedynie znakomicie wyczuwalna pomiędzy muzykami nić porozumienia, ale również zaskakująco wyraźne jak na lampową amplifikację, ale nie przerysowane ogniskowanie ich bytów. Bytów, które w momencie konkretnych oczekiwań artystów raz okazywały się być pełnymi gracji, dostojności i melodyjności – fortepian Jarretta, innym razem mocnymi pasażami brutalnych szarpnięć wyraźnie osadzonych w pudle rezonansowym, a przez to pełnych energii strun kontrabasu – zabawka Peacocka i na koniec zaznaczoną wyraźnym atakiem i do tego pełną energii bębnów na tle nieczęsto spotykanych w tego typu konstrukcjach rozświetlonych perkusjonaliów, pracą DeJohnette’a. To jednak nie wszystko, gdyż całość przekazu dodatkowo zawieszona była w dobrym tego słowa znaczeniu, zjawiskowo przeźroczystym eterze. Bez zaciemniania świata czasem szkodliwą mgłą źle zaaplikowanej lampy, w tłumaczeniu konstruktorów nazywaną nutką plastyki w dźwięku. Po prostu tym razem mimo obcowania z lampiakiem brałem udział w z jednej strony stosunkowo dobitnie, ale za to z drugiej namacalnie zwizualizowanym wydarzeniu. Coś na kształt połączenia wody z ogniem.
Podobny efekt uzyskiwałem w zderzeniu zestawu z muzyką opartą o emocje wywoływane popisami wokalistów i wokalistek – kolejność przypadkowa i z racji walki kobiet o równouprawnienie specjalnie nieredagowana. Bez względu na repertuar, czy to barokowy w wykonaniu Johna Pottera z jego interpretacjami twórczości Claudio Monteverdiego „Care-charming sleep” w obiektach sakralnych, czy wykonów studyjnych Cassandry Wilson „Blue Light ’Til Dawn”, za każdym razem polski wzmacniacz potrafił połączyć dobry rysunek sztucznie kreowanej studyjnej sesji nagraniowej oraz ciężkich do okiełznania pod względem szkodliwego echa wielkich obiektów kościelnych z zarezerwowanymi dla danego typu muzyki pokładami emocji. To takie ważne? Dla mnie tak, bowiem inaczej nie tylko wchodzę mentalnie, ale również zwracam uwagę na inne aspekty w nagraniu zrealizowanym prawie live – mam na myśli projekty poza-studyjne, a inaczej ten temat wygląda w momencie wiedzy o konotacjach ciasnych pokoików z szybą przed nosem, za którą siedzi realizator. To są dwa różne światy i gdy system pokazuje je na tak zwane jedno kopyto, jest zwyczajnie nudny. W przypadku tytułowego piecyka obydwie inkarnacje produkcyjne podane były wyraźnie inaczej z czego byłem bardzo rad. Myślę, iż był to efekt nie tylko unikającej zbędnego zaklinania świata na modłę jedynie słusznej, często niedopowiadającej wszystkiego do końca magii, aplikacji lampy KT170, ale również użytych w układach elektrycznych transformatorów. Na ile procentowo, nie wiem. Ważne, że efekt był ciekawy.
Na koniec pewnie Was zaskoczę, ale powyższy odbiór muzyki jeśli już, to w sposób symbolicznie mniej zjawiskowy wypadał również w przypadku ostrego grania – mam na myśli odniesienie do posiadanego Gryphona Mephisto. Zespoły typu Metallica „S&M”, AC/DC „Power up”, czy choćby brutalnej elektroniki spod znaku Acid „Liminal” przy udziale tandemu zintegrowanego wzmacniacza Audio Reveal Second Signature z dobrze dobranymi kolumnami Tannoy’a bez problemu nie tylko targały moim biednym ciałem, ale oczywiście również ledwo trzymającym się cegła na cegle pomieszczeniem. Był atak, energia i bezpardonowość wysokich tonów. Może nie w tak brutalnym stylu jak robią to mocne tranzystory, ale jak na lampę bez najmniejszych oporów chylę czoła.

Mam nadzieję, że zrozumieliśmy się dobrze. Tytułowy Second Signature od pierwszego kontaktu nie jest w stanie wyprzeć się lampowego rodowodu. Jednak robi to na tyle uniwersalnie, że niestraszne mu różne nurty muzyczne. Dla jednych to będzie zaleta, a dla innych być może nie wada, ale przynajmniej mała rysa na wizerunku opartej o zamknięte w próżni elektrony, często przesączonej nadinterpretacją emocji amplifikacji. Jeśli miałbym być szczerym, bez względu na wszelkie za i przeciw dla mnie sprawa jest jasna. Chcąc bez problemu obcować z różną muzyką, Audio Reveal jest tym, co jeśli nie będziecie zatwardziałymi ortodoksami w oddaniu przez system lampowego do szpiku kości, sznytu muzyki, bez problemu może Wam to umożliwić. Oczywiście podczas potencjalnej konfiguracji nie należy zapominać o jego możliwościach mocowych. Jeśli jednak wiecie, o co w zabawie z tego typu wzmacniaczami chodzi. myślę, że opisany powyżej przedstawiciel polskiej myśli technicznej jest w stanie zmusić do rzucenia białego ręcznika niejednego przedstawiciela zachodniej konkurencji ze znacznie wyższych pułapów cenowych.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bonn N8
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Tannoy Kensington
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Audio Reveal
Cena: 37 700 PLN + 800 PLN panel frontowy High Gloss Black

Dane techniczne
Typ: Zintegrowany wzmacniacz lampowy Single-ended Class-A Dual Mono
Lampy sterujące: 2 x 12AX7 (ECC83) Genalex, 2 x 12BH7
Lampy mocy: 2 x KT170
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 25kHz ±0.7dB @ 1W
Moc: 21W RMS (8 Ω, 4 Ω @ 1kHz)
Wejścia: 4 x RCA
Impedancja wejściowa: 50kΩ
Pobór mocy nominalny: 240W
Wymiary (S x G x W): 476 x 410 x 220 mm
Waga: 30.2 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

W pełni wyposażone wysokiej klasy źródło cyfrowo-analogowe posiadające wbudowany przedwzmacniacz, w tym gramofonowy.

Utwierdzając reputację firmy, jako producenta najwyższej klasy komponentów źródłowych, AURALiC wprowadza nowy model ALTAIR G2.1. Jest to kompleksowo wyposażone urządzenie zaprojektowane, jako źródło cyfrowo-analogowe oferujące jednocześnie znakomite, dynamiczne i nasycone brzmienie, specjalnie dla entuzjastów audio z najwyższej półki.

Nazwa ALTAIR zawsze była synonimem dla urządzeń posiadających niezwykle szeroki zakres funkcjonalności. ALTAIR w wersji G2.1 jest jednak przełomem, bo to także rozpoczęcie zupełnie nowego rozdziału dla uznanej marki AURALiC. Po raz pierwszy koncepcja urządzeń ALTAIR, czyli połączenie zaawansowanych funkcji różnych urządzeń w jednej obudowie – została wyniesiona na zupełnie nowy poziom. Czyli poziom znany z najlepszych urządzeń z serii G2.1, oferujących światowej klasy osiągi i mogących stanąć w szranki z każdym sprzętem, niezależnie od ceny.

ALTAIR G2.1 podobnie, jak jego odpowiednik z oznaczeniem G1, udostępnia każdą funkcję znaną ze źródeł firmy AURALiC w jednej, precyzyjnie wykonanej i doskonale odizolowanej od wpływu zewnętrznych zakłóceń obudowie. Inaczej rzecz ujmując – jest to niezwykle funkcjonalne urządzenie, które jednocześnie w pełni spełnia wszystkie założenia linii G2.1.

Najwyższej klasy w pełni funkcjonalny przedwzmacniacz
Jako produkt serii G2.1, ALTAIR G2.1 został zaprojektowany z uwzględnieniem takich jego funkcji i właściwości, które sprawiają, że zalicza się do najwyższej generacji urządzeń. Dotyczy to także zaawansowanej funkcjonalności przedwzmacniacza, która w tym przypadku jest wyniesiona na zupełnie nowy poziom. A to chociażby dlatego, że w ALTAIR G2.1 mamy w pełni analogową regulację głośności opartą o wysokiej klasy drabinkę rezystorową podobną do tej, jaką zastosowano w przetworniku VEGA G2.1. Ta doskonała regulacja głośności jest w tym przypadku uzupełniona przez autorskie, pracujące w klasie A moduły wyjściowe Orfeo. Zapewniają one nie tylko najniższy poziom szumów i pomijalne zniekształcenia, ale przede wszystkim znakomite, nasycone a jednocześnie rozdzielcze i transparentne brzmienie.

Całkowicie odizolowany tor analogowy i wejście gramofonowe
ALTAIR G2.1 posiada także dwa osobne wejścia analogowe, z których sygnał całkowicie omija część cyfrową i jest przetwarzany tylko w domenie analogowej. Pierwsze z tych wejść to wejście liniowe wraz z funkcjonalnością trybu „bypass” do zastosowań w kinie domowym. Drugie zaś to wejście bezpośrednio do specjalnie zaprojektowanego przedwzmacniacza gramofonowego obsługującego wkładki typu MM (Moving Magnet). Innymi słowy, ALTAIR G2.1 może być centrum hi-endowego systemu audio łącząc w sobie zarówno doskonałe źródło cyfrowe, streaming audio na najwyższym poziomie, jak i oferując możliwość bezpośredniego podłączenia wysokiej klasy gramofonu.

Moc obliczeniowa na zupełnie nowym poziomie i podwójne zegary Femto Clock
W przypadku, kiedy przed najnowszym urządzeniem z serii ALTAIR zostały postawione wysokie wymagania z zakresie nie tylko funkcjonalności, ale także i płynności działania – wybór w zakresie modułu obliczeniowego był prosty. W ALTAIR G2.1 zastosowaliśmy najmocniejszą wersję naszej platformy Tesla, która posiada więcej, niż wystarczający zapas mocy, aby stawić czoła wyzwaniu, jakim jest nie tylko przetwarzanie sygnału w najwyższej rozdzielczości, ale także i obsługa całego wachlarza funkcji znanych z urządzeń marki AURALiC. Co więcej, zastosowaliśmy tutaj podwójne oscylatory zegara typu „Femto Clock” dla zapewnienia najniższego poziomu jittera, co bezpośrednio przekłada się na takie aspekty brzmienia, jak transparentność i przestrzenność.

Przemyślane i łatwe sterowanie
ALTAIR G2.1 może być sterowany z aplikacji Lightning DS. (na urządzeniach iOS), a przy tym jest w pełni kompatybilny ze standardami OpenHome oraz Roon-Ready. Dzięki temu może być sterowany z różnych aplikacji obsługujących standard OpenHome, a ponadto dosłownie
w chwilę możemy go skonfigurować, aby działał, jako roon endpoint. Jednocześnie ALTAIR G2.1 może też w pełni obsługiwać wszystkie serwisy streamingowe takie, jak Qobuz, Tidal, czy Spotify Connect. A już niebawem dodaną zostaną do tej listy następne pozycje.

Osiągi zarezerowane dla serii G2.1
ALTAIR G2.1 to także najwyższej klasy precyzyjnie wykonana obudowa znana z serii G2.1. Jest ona oparta na koncepcji Unity Chassis II, czyli połączeniu dwóch obudów w jednej. Zewnętrza obudowa z solidnych aluminiowych elementów mieści w sobie drugą obudowę, która wykonana jest w całości z miedzi. Ta miedziana wewnętrzna obudowa skutecznie chroni zaawansowaną elektronikę przed zakłóceniami z zewnątrz. Dodatkowo masywna aluminiowa podstawa połączona jest z autorskim systemem izolacji od drgań podłoża zawartym w nóżkach. Wszystko to dla zapewnienia pełni doznań przy obcowaniu z ulubioną muzyką.

AURALiC ALTAIR G2.1 będzie dostępny pod koniec czerwca 2021 w cenie 23000 PLN.

  1. Soundrebels.com
  2. >

English Electric (marka należąca do firmy Chord Company) wprowadza na rynek switch sieciowy o nazwie 16Switch, oparty na wielokrotnie nagradzanym mniejszym modelu, 8Switch, który był debiutem brytyjskiej marki wprowadzonym na rynek w maju 2020 roku.

16Switch to 16-portowy gigabitowy switch sieciowy (GbE) zoptymalizowany pod kątem streamingu muzyki i filmów. 16Switch wykorzystuje sprawdzone rozwiązania z mniejszego modelu, 8Switch, będąc idealnym produktem przeznaczonym do większych sieci za sprawą dwóch rzędów po osiem wysokiej jakości gigabitowych gniazd ethernetowych, które mogą spełniać funkcję dwóch osobnych switchów, z których każdy dysponuje ośmioma gniazdami, bądź funkcjonować jako jeden, duży 16-portowy switch.

16Switch został zaprojektowany tak, by zapewnić dobrą izolację od zakłóceń sieciowych i elektrycznych. Wykorzystano w nim dwa, wysoce-precyzyjne zegary TCXO (Temperature Compensation Crystal Oscillators) działające z precyzją rzędu 0.1ppm (czyli wyraźnie wyższą niż w przypadku zwykłych zegarów, ale także standardowych modeli TCXO), co umożliwia temu urządzeniu generowanie wysoce precyzyjnego sygnału sieciowego, a to przekłada się na wyższą stabilność sieciowej transmisji sygnału.

Źródło zegara jest izolowane dla każdej strefy sieci, co umożliwia modułom TCXO usuwanie zakłóceń związanych z zasilaniem switcha. Zasilanie jest dostarczane przez dwa izolowane zasilacze zasilające każdy z ośmioportowych modułów switcha; czyste zasilanie zapewnia lepszą jakość sygnału sieciowego, którą na jeszcze wyższy poziom podnosi taktowanie z pomocą wysoce-precyzyjnych zegarów TCXO .

Połączenie sprawdzonych rozwiązań i dbałość o szczegóły w 16Switchu skutkują stabilniejszymi i precyzyjniejszymi sygnałami sieciowymi i ich lepszym taktowaniem przez obwody zegara, zapewniając znacznie lepszą transmisję danych z mierzalnie mniejszymi błędami jittera.

Obudowa
16Switch korzysta z zalet wysokiej klasy aluminiowej obudowy, która zapewnia doskonałe zabezpieczenie przed zakłóceniami akustycznymi i elektrycznymi. Urządzenie można ustawić na dowolnej, stabilnej powierzchni używając (opcjonalnych) anty-wibracyjnych nóżek, by jeszcze lepiej odseparować urządzenie od niepożądanych wibracji mechanicznych.
W zestawie z 16Switchem dołączono również uchwyty do montażu w 19-calowym racku (o wysokości 1U) oraz odpowiednie śruby, a samo urządzenie można montować z frontem, lub tylną ścianką skierowanymi do przodu. W dnie urządzenia zastosowano materiał pochłaniający zakłócenia EMI (elektro-magnetyczne), by odizolować od nich wrażliwe układy cyfrowe.
Dyskretne wskaźniki LEDowe na panelu przednim pokazują informacje o zasilaniu, alarmach, stanie i szybkości łącza dla wszystkich 16 portów. Porty 100/1000 Base-T Gigabit Ethernet mogą współpracować z wszelkimi domowymi urządzeniami sieciowymi.

Doug Maxwell, dyrektor sprzedaży English Electrics powiedział: “Wydaje nam się, iż z pomocą 16Switcha możemy zaskoczyć nawet największych cyfrowych sceptyków. Już w czasie pierwszych odsłuchów większy switch zrobił na nas tak wielkie wrażenie, że po prostu musieliśmy dodać go do oferty obok świetnego 8Switcha.”

Jakość muzyki przesyłanej strumieniowo to nie tylko kwestia pomiarów i liczb, a znalezienie rozwiązania poprawiającego wrażenia odsłuchowe nie jest łatwe. Uważamy, że lepsza jakość sygnału sieciowego zapewnia znaczące korzyści w odtwarzaniu muzyki i wideo, niezależnie od tego, czy są one przesyłane strumieniowo, czy odtwarzane z dysków NAS. Aż 16 portów 100/1000 Base-T Gigabit Ethernet umożliwia podłączenie do naszego switcha nawet najbardziej wymagającego systemu ”.
Każdy 16Switch jest dostarczany wraz z kablem Chord Company C-Stream o długości 0,75 m o wartości 219 zł.

Zasilanie
Ponieważ switche sieciowe wymagają szybkich zasilaczy, stosowanie liniowych, ze względu na ich ograniczona szybkość, nie jest rekomendowane. Dlatego poprawę zasilania osiągnęliśmy poprzez zastosowanie wyjątkowo wysokiej jakości zasilaczy ściennych. Zaawansowany zasilacz klasy A/V zapewnia optymalną jakość sygnału sieciowego. Wsparty technologią zegara o wysokiej dokładności, został zaprojektowany w celu redukcji zakłóceń elektrycznych ze źródeł prądu przemiennego i zapobiegania wpływom problemów z jakością prądu na jakość sygnału sieciowego. 16Switch wyróżnia się również wysoką wydajnością energetyczną, poborem mocy w stanie bez obciążenia <0,075 W oraz ochroną przed zwarciami, przeciążeniami i przepięciami.

Cena: 5490 zl brutto