Monthly Archives: grudzień 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy trzy lata temu skontaktował się z nami Hendry Ramli z pytaniem, czy przypadkiem nie mielibyśmy ochoty rzucić okiem i uchem na jego wtenczas topowe interkonekty z niekłamanym entuzjazmem wyraziliśmy zainteresowanie. W końcu Indonezję a dokładnie Bali niespecjalnie można zaliczyć do czołówki źródeł audiofilskich specjałów, więc i chęć zasmakowania zupełnie nam nieznanych egzotycznych produktów była w pełni zrozumiała. Jednak prawdę powiedziawszy nawet przez myśl nam nie przeszło, iż niemalże jednoosobowa, położona w pozornie typowo wakacyjnej destynacji, manufaktura nie tylko przetrwa w iście morderczym środowisku jakim jest rynek Hi-Fi i High-End, lecz będzie w stanie nieźle w nim namieszać. Jak się jednak okazało do osiągnięcia całkiem niezłej rozpoznawalności i uznania w uszach nabywców wcale nie była potrzebna potężna i zarazem kosztowna kampania reklamowa, lecz jedynie pojedyncze recenzje, potem przemyślany wybór lokalnych dystrybutorów i cierpliwe czekanie na efekty. Efekty, na które wcale nie trzeba było zbyt długo czekać, gdyż jak to w życiu bywa dobry produkt broni się sam a Vermöuthy dobre były niezaprzeczalnie oferując ponadprzeciętne walory soniczne, fenomenalną – wydawać by się mogło zarezerwowaną dla największych graczy, jakość wykonania i to wszystko przy bardzo rozsądnie skalkulowanych cenach. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia, oczekiwania odbiorców również i choć tak na dobrą sprawę Reference’om niczego nie brakowało i nadal nie brakuje, to od jakiegoś czasu dochodziły naszych uszu sygnały, że Hendry zamiast odcinać kupony mozolnie pracuje nad kolejnymi nowościami. I jak w każdej plotce, również i w tych było ziarnko prawdy, gdyż najpierw balijskie portfolio zostało rozszerzone o … kolumny, w tym niedawno przez nas recenzowane Studio Monitor a niedawno światło dzienne ujrzała pozycjonowana ponad wspomnianą serią Reference nowa linia Statement, z której to, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora – gliwickiego 4HiFi, udało nam się pozyskać interkonekty w wersji RCA i XLR. Jeśli zastanawiacie się Państwo, cóż tym razem przygotował zarówno dla swoich wiernych akolitów, jak i nowych chętnych poznania kablarskiej egzotyki Vermöuth Audio nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury.

Jak już przy okazji wcześniejszych recenzji Vermöuthów wspominałem chcąc zachować zarówno jak najwyższą jakość oraz, co wcale nie jest takie oczywiste, powtarzalność po dokładnym opracowaniu topologii, geometrii i rodzaju wykorzystywanych przewodników ich produkcja zlecana jest jednemu z czołowych potentatów (Wanlung Taiwan – jeden z czterech producentów przewodników OCC na świecie) ale już finalna konfekcja i testy jakości odbywają się na miejscu. Same Statementy, choć pod względem wzoru ochronnych koszulek i zastosowanych wtyków z rodowanej miedzi tellurycznej i carbonowych korpusów przywodzą na myśl znane z Reference’ów rozwiązania, to zamiast neutralnej bieli postawiono na łapiący za oko ciepły fiolet z delikatną białą nitką. Zgodnie z tradycją producent nie przesadzał ani ze średnicą, ani ze sztywnością swoich flagowców, więc ich aplikacja nie powinna nastręczać najmniejszych problemów.
Jeśli zaś chodzi o ich trzewia, to tutaj również nie ma rewolucji. O ile jednak zachowano geometrię znaną z serii Reference to już wiązki składające się z 26 przewodów o zróżnicowanych średnicach i przekrojach (w większości 0,74 mm²) zamiast jak dotychczas miedzi UPOCC wykonano z miedzi wzbogaconej domieszką złota i srebra. Nie zabrakło oczywiście wypełnionych powietrzem rurek PE i owijki z taśmy PTFE. Ekran to taśma aluminiowo-mylarowo-miedziana oraz plecionka z miedzi OCC. Całość ponownie jest owijana taśmą PTFE, płaszczem z PVC i finalnie przyodziewany jest w zewnętrzną koszulkę.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu od razu zaznaczę, że w ramach pewnego uproszczenia pozwolę sobie oba typy interkonektów traktować jako jedną i tę samą odsłonę, gdyż różnice brzmieniowe między nimi wynikają w lwiej części z różnic natury konstrukcyjnej poszczególnych urządzeń nimi spinanych a nie samych przewodów. Dodatkowo sama losowość tego, czy konkretny komponent zagra lepiej po RCA, czy XLR jest na tyle nieprzewidywalna, iż praktycznie każdorazowo bez empirycznej weryfikacji wysnuć jakichkolwiek wiążących wniosków nie sposób. Jednakże akurat w moim, a dokładnie mojego systemu, przypadku XLR-y w 99,9% grają lepiej, bądź jak kto woli ich brzmienie bardziej mi się podoba i jeśli jest ku temu okazja właśnie taką drogę sygnału wybieram. I jeszcze jedno. Otóż będąc szczęśliwym nie tylko posiadaczem, lecz i aktywnym użytkownikiem (co wcale nie jest takie oczywiste, gdyż historia zna przypadki kolekcjonerów zbierających, acz nieużywających najprzeróżniejszych ustrojstw) Vermöuth Reference XLR już w trakcie zwyczajowej procedury wygrzewającej zachodziłem w głowę, w którą stronę pójdą ewentualne zmiany a jeśli takowe będą, to czy będzie można uznać je nie tylko za progres, co jego skalę określić adekwatną do różnicy pomiędzy cenami obu propozycji.

No to ad rem. Dla osób uczulonych na rozwlekłe formy literackie odpowiedź na pytanie, czy Statementy od Reference’ów są lepsze brzmi … Tak. Czy warto nieco mocniej nadwyrężyć domowy budżet i szarpnąć się na flagowce? Tak. Usatysfakcjonowani? Jeśli tak, to dziękuję za uwagę i co bardziej odważnych zachęcam do dokonania stosownych zakupów bądź to w ciemno, bądź li tylko na podstawie zdjęć i dziękuję za uwagę.
Pozostałych przy komputerowych ekranach zainteresowanych pozwolę sobie nieco dłużej pomęczyć, bowiem proszę mi wierzyć, przynajmniej na razie, na słowo jest nad czym się pochylić i o czym pisać. O ile bowiem Statementy swojego pochodzenia się nie wyprą, gdyż nadal mamy do czynienia z ponadprzeciętną muzykalnością i gładkością, to zarówno aspekt rozdzielczości, jak i dynamiki w topowych Vermöuth’ach uległ znacznej i bezdyskusyjnej poprawie. Z premedytacją piszę poprawie a nie zmianie, gdyż jak wiadomo oba pojęcia nie są sobie tożsame. Tzn. każda poprawa jest zmianą, lecz nie każda zmiana za poprawę może uchodzić. A tu progres jest oczywisty i bezdyskusyjny, jesteśmy zatem świadkami ewolucji a nie rewolucji w ramach proponowanej przez indonezyjską manufakturę szkoły dźwięku. To konsekwentne podążanie w raz obranym kierunku a nie spontaniczna i zazwyczaj niezrozumiała, nie tylko pod względem logiki, ale i odbioru przez dotychczasowych konsumentów, zmiana kursu. Co po pierwsze cieszy a po drugie potwierdza trafność wcześniej podjętych decyzji. Dlatego też niezwykle kontemplacyjny i zarazem minimalistyczny „Fiocco: Lamentationes Hebdomadæ Sanctæ” Ensemble Bonne Corde i Diany Vinagre nic a nic nie stracił ze swojej natywnej eteryczności nad wyraz precyzyjnie ogniskując skromne, bo obejmujące dwie wiolonczele, kontrabas i organy, instrumentarium towarzyszące wokalistom w przepięknych wnętrzach XVIII w. Igreja do Menino Deus w Lisbonie. Oddech, przestrzeń i długi, w pełni naturalny pogłos sakralnych wnętrz, to wszystko było na swoim miejscu, lecz nie w roli głównych graczy i pierwszoplanowych elementów prezentacji, lecz prawidłowo – jako swoisty mikrokosmos, w którym toczy się muzyczna akcja. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż część z odbiorców wpinając wysokiej klasy komponenty w swój system oczekuje od nich, że za przeproszeniem ściągną im majtki przez głowę. Tymczasem w High-Endzie chodzi zupełnie o coś innego – o naturalność i możliwe zbliżenie się do tego, co słychać na żywo a tam, może poza cyrkiem, raczej nikt takowych atrakcji raczej nie oferuje, więc i trudno oczekiwać od Vermöuth’ów iście kuglarskich sztuczek tam, gdzie raczej liczy, bądź liczyć się powinna naturalność i prawda. Za to składowymi, które nie tyle zostały podkreślone, co stały się bardziej namacalne i oczywiste są artykulacja i ekspresja wykonawców, jednak nie na zasadzie przerysowania a jedynie zmiany miejsca obserwacji z dalszych do pierwszych rzędów kościelnych ław. Nadal jednak zachowany jest właściwy dystans, więc nie ma mowy o sztucznym wypchnięciu pierwszego planu, bo to nie on się do nas zbliża a jedynie my zajmujemy lepsze miejscówki.
Z kolei będący jedną z najciekawszych wizytówek melancholijno-depresyjnych odmian ciężkiego grania album „City Burials” Katatonii pokazał Vermöuth’y od nieco bardziej zadziornej strony udowadniając tym samym, że wcześniej komplementowana przeze mnie jedwabista gładkość nie jest li tylko ich natywną sygnaturą odciskaną na każdym reprodukowanym materiale a jedynie oznacza zdolność do oddania takowych walorów zapisanych w materiale źródłowym. Trudno się temu dziwić, gdyż czym innym jest sopran Any Vieiry Leite, czy Any Quintans, choć powinienem raczej skupić się na barytonie Hugo Oliveira a czym innym ciepły, czy wręcz kojąco aksamitny, lecz na wskroś rockowy wokal Jonasa Renkse. Niby dalej, zgodnie z tym, do czego zdążyły przyzwyczaić mnie Reference’y, mamy do czynienia z lekkim przyciemnieniem przekazu, przez co nawet najostrzejsze riffy zyskują nieco na masie i wypełnieniu, jednak nie ma mowy o jakimkolwiek spowolnieniu akcji, czy też pogrubieniu konturów. Warto bowiem wspomnieć, iż rozdzielczość Statementów jest wprost wyborna a to, że za przeproszeniem nie krzyczą, to jedynie dowód na to, że ilość, wolumen przekazywanych przez nie informacji bynajmniej nie jest sztucznie multiplikowany, bądź też podkreślane są w nim sybilanty i wszelakiej maści artefakty nie tylko sztucznie przykuwające uwagę, co po prostu na dłuższą metę męczące. Tytułowe przewody są bowiem jak już zdążyłem wspomnieć szalenie rozdzielcze a nie li tylko detaliczne.

W ramach możliwie skondensowanego podsumowania pozwolę sobie jedynie powtórzyć to, co starałem się wyłuszczyć w nieco bardziej rozbudowanej stylistycznie formie. Otóż Vermöuth Audio Statement nie próbują w żaden sposób odkryć na nowo Ameryki i wyważyć już otwartych przez przynależne do serii Reference rodzeństwo drzwi. Zamiast tego idą o krok, bądź nawet dwa dalej pod względem dynamiki, rozdzielczości i wyrafinowania, co tylko potwierdza spójność oferty balijskiej manufaktury. Krótko mówiąc, jeśli więc przypadło Państwu do gustu to, co usłyszeliście przy udziale niżej urodzonych Vermöuth’ów, to po wpięciu Statementów powinno spodobać się Wam jeszcze bardziej. A że za owo „bardziej” trzeba będzie nieco więcej zapłacić przy kasie, to już zupełnie inna kwestia. Pragnąłbym jednak zauważyć, iż mając takową możliwość warto „szarpnąć się” na ww. flagowce, bo tak na dobrą sprawę w swojej cenie w pełni zasługują do zaliczenia ich do światowej czołówki.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jeśli nawet zdawkowo śledzicie nasze perypetie, z pewnością znacie markę Vermöuth nie od dziś. To balijski producent niegdyś jedynie okablowania, a obecnie również kolumn, które swój dziewiczy występ na polskim rynku zaliczył na naszych łamach. Nie powiem, pierwszy testowany u nas kabel wypadł bardzo dobrze, jednak znając lokalną – nadwiślańską specyfikę obawialiśmy się o dalsze losy egzotycznego wytwórcy. Na szczęście owoc jego pracy okazał się na tyle ciekawy, że obecnie pojawiła się u nas pełna oferta. A jeśli tak, to aby podtrzymać dobrą passę nie dziwnym jest fakt dbałości gliwickiego 4HiFi o sukcesywne zapoznawanie potencjalnych zainteresowanych z jej nowościami. Naturalnie w formach podobnych do dzisiejszego testów, którego bohaterem będzie najnowszy sygnałowy flagowiec Vermöuth Audio Statement XLR.

W temacie budowy rzeczonego kabla wiemy, iż splot żył, zastosowane ekranowanie oraz izolacja są bardzo bliskie wersji Reference. Jednak jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach, dlatego wspominając choćby najważniejsze jestem zobligowany przywołać nieco inny rodzaj przewodnika. Otóż w tym przypadku również mamy do czynienia z miedzią OCC, jednak tym razem ze szlachetnymi dodatkami w postaci złotego i srebrnego kruszcu. Jeśli chodzi o skomplikowanie budowy każdej z żył, pojedyncza składa się 26 cieniutkich drucików o różnym przekroju. Tak zbudowane przewodniki zabezpieczono taśmą PTFE, zaekranowano miedzianą plecionką OCC, odizolowano z użyciem rurki powietrznej, ubrano w jasnofioletową, z krzyżującym się motywem białego cienkiego paska, elastyczną plecionkę, zaterminowano firmowymi wtykami na bazie rodowanej tellurycznej miedzi jako budulec styków oraz włókna węglowego jako korpus, zaś na koniec pojedynczo spakowano w eleganckie lniane worki i włożono do okraszonego certyfikatem oryginalności kartonowego pudełka.

Czy biorąc pod uwagę przecież niezbyt dramatyczne zmiany w budowie następcy serii Reference, temat wyrafinowania brzmienia systemu ewaluował w pozytywną stronę? Szczerze? Nie spodziewałem się, że będzie to aż taki skok. Może nie z naszych Rys na azjatycką Czomolungmę, ale sznyt brzmienia jest ewidentnie słyszalny i dla mnie z pewnością bardziej dojrzały. A chodzi głównie o fajne zebranie się dźwięku w sobie. Jednak nie odchudzeniem przekazu, czy jego rozjaśnianiem w zwyczajowym pakiecie jak u większości konkurencji, tylko przy nadal przyjemnie ciemnawym, pełnym energii i gęstym graniu wyraźnie wyostrza się krawędź dźwięku. To zaś sprawia, że dostajemy lepszy wgląd w nagranie, czytelniejszą wirtualną scenę i lepszy atak. A jeśli tak, chyba wiadomym jest, iż głównym feedbackiem takiego posunięcia jest uzyskanie lepszego drive’u słuchanej muzyki. I co bardzo ważne, każdej, bez wyjątku.
Weźmy choćby najnowszy krążek grupy Megadeth „The Sick, The Dying…, and The Dead” . Ten materiał zaskarbił sobie moje uznanie za sprawa perkusisty. To co wyprawia, to czyste szaleństwo. A teraz tym lepiej wypadające, bo znakomicie poprawił się atak każdego uderzenia pełnej serii wzbudzeń membrany bębna oraz słyszalność początku i końca inicjacji tego wydarzenia. Jednak bardzo ważnym w tym działaniu jest brak poczucia przykrywania przez perkusistę reszty muzyków, bowiem również oni na lepszym ogniskowaniu i czytelniejszym oddaniu ich bytów bardzo zyskali. Suma summarum z porządnej jazdy bez trzymanki zrobił się znakomicie odbierany karkołomny, ale w pełni kontrolowany atak przecież z znanych ze scenicznego wariactwa rockmenów.
W podobnym tonie, czyli czerpiąc zyski z wpięcia Statementa w tor wypadł do niedawna zagubiony, ale ostatnio odnaleziony i wydany na płycie koncert na trzy gitary „Saturday Night In San Francisco” takich muzyków jak Al Di Meola, John McLaughlin, Paco De Lucia. Nie chodzi o rozmach prezentacji, choć ten również zyskał, ale o rysunek i akcentowanie gry gitar. Nie straciły na masie, czyli nadal świetnie dozowały ilość pudła w dźwięku w stosunku do struny, za to poprawił się akcent pracy palców na strunach. Czy to takie ważne? Cóż, współpraca palca, struny i pudła jest solą dobrego brzmienia tego typu instrumentów, dlatego tak ważne jest, aby każda z tych składowych była na jak najwyższym poziomie. I gdy w serii Reference atak i jego rysunek był najsłabszym ogniwem prezentacji, tak Statement wynosi ten aspekt o oczko wyżej. Dostałem nie tylko dosadne, ale również raz ostre, a innym razem miękkie, jednak bardzo wyraźnie pokazane szarpnięcie, przez co muzyka jakby lekko ożyła, a dzięki temu zrobiła się bardziej angażująca. A przypominam, rozprawiamy o kilkudziesięciominutowym słuchaniu trzech „wioseł”, co nawet przy odrobinie poczucia monotonności skazuje ten krążek na słuchanie jedynie kawałkami, a nie od deski do deski, jak miało to miejsce podczas opisywanego testu.
Na koniec dowód na nieszkodzenie topowego Vermöutha. W tej roli wystąpi znakomicie zrealizowana Patricia Barber z projektem „Cafe Blue”. Wydawałoby się, iż dodatkowe utwardzenie ataku i zwiększenie energii i tak już mocno podkręconego realizacyjnie dźwięku skończy się sromotną porażką. Tymczasem nic takiego się nie stało. Nadal artystka czarowała wokalizą, a poszczególne instrumentalne popisy świeciły maestrią cyzelowania każdej nuty, co jasno dało do zrozumienia, że nasz bohater nie forsuje siłowo swoich zalet, tylko wdraża je w życie w odpowiednim momencie, bez przejaskrawiania już dobrych wydań muzycznych.

Próbując zamknąć powyższy test jakimś sensownym podsumowaniem, bez jakiegokolwiek naginania rzeczywistości poleciłbym ten kabel dosłownie każdemu potencjalnemu zainteresowanemu. Po pierwsze dlatego, że przy propozycji solidnej wagi dźwięku dba o jego kontrolę i czytelny rysunek. Po drugie – spokojnie radzi sobie nawet w już na starcie dobrze osadzonych w barwie systemach jak mój. A po trzecie – w tym co robi, nie przekracza linii dobrego smaku. Czy każdemu przypadnie do gustu, to już inna bajka. Jednak z pewnością nigdy nie zabije ducha w muzyce czyniąc ją nudną. A chyba o zabicie nudy przy pomocy muzyki nam chodzi.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
Końcówka mocy: Gryphon Audio Apex Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: 4HiFi
Producent: Vermöuth Audio
Ceny
Vermöuth Audio Statement RCA: 11 900 PLN
Vermöuth Audio Statement XLR: 21 900 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Na rodzimym rynku pojawił się nowy dystrybutor – chełmżyńskie Quality Audio a wraz z nim nad Wisłę zawitały zjawiskowe, duńskie kolumny … Peak Consult z których katalogu trafiły do nas urocze podłogówki El Diablo.

cdn …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

W ramach wstępu przewrotnie zacznę od zwrotu, który z pewnością większość z nas słyszała jeśli nie tysiące, to przynajmniej setki razy – „A nie mówiłem?”. Ów zwrot w tym wypadku dotyczy oczywistej ponadczasowości rozwiązań prostych, minimalistycznych i zarazem niewymuszenie eleganckich niczym ikoniczna „mała czarna” Coco Chanel. Wspominam o niej nie bez przyczyny, gdyż to właśnie owa część garderoby była pierwszym skojarzeniem, jakie nasunęło mi się na myśl w momencie otrzymania do zaopiniowania Ceramic Disc Classic, od których recenzji minęło ponad osiem lat. Okazuje się jednak, że choć czas płynie nieubłaganie to owa kruczoczarna skromność nadal z mody wyjść nie ma zamiaru, czego przykładem są najnowsze, co bynajmniej nie oznacza, że będące jakimś novum, gdyż mające już około dwuletni staż w katalogu producenta, podstawki/nóżki antywibracyjne Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH.

Jak sami Państwo widzicie FAACD TH (pozwolę sobie na skrócenie pełnej nazwy Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH) docierają do Klienta w niewielkim kartonowym pudełku ze sztywną piankową wklejką, w której wycięto idealnie dopasowane do tytułowych nóżek komory. W zestawie nie zabrakło również stosownego, potwierdzającego autentyczność produktu certyfikatu. Jak się jednak domyślacie najistotniejszy jest chroniony przez ową skorupę wkład, a ten prezentuje się nad wyraz atrakcyjnie i solidnie zarazem. Zero rozdygotanych, rozchybotanych elementów których złożenie za przeproszeniem do kupy i umieszczenie pod docelowym urządzeniem wymaga umiejętności godnych mistrza budowania domków z kart i przynajmniej jednej, jeśli nie dwóch dodatkowych par rąk. Tutaj wszystko jest zamknięte w iście pancernym anodowanym na satynowe srebro, bądź czerń aluminiowym cylindrze o średnicy 49 i wysokości 32 mm, co de facto przypomina uproszczoną – pozbawioną dolnego cokołu wersję Ceramic Disc Classic. Dodatkowo zastosowanie głębiej osadzonego, pokrytego na powierzchni roboczej miękkim polimerem i centralnie umieszczonym polem pod kolec, lub trzpień zespalający akcesorium z urządzeniem, talerzyka nadaje całości większej zwartości. Wewnętrzna budowa w porównaniu ze starszym rodzeństwem również uległa pewnemu uproszczeniu, co akurat w tym wypadku oznacza redukcję elementów odsprzęgających, czyli „firmowych” porcelanowych kulek z pięciu do trzech. Jak się z pewnością Państwo domyślacie prostszy układ odsprzęgający pociągnął za sobą pewne obniżenie nośności rodzimych stopek. Proszę się jednak nie obawiać – zestaw czterech FAACD TH z powodzeniem podoła 120kg, więc bez większych przeciwwskazań będziemy na nich mogli posadowić nawet całkiem sporą (np. Gryphona Mephisto) końcówkę mocy, bądź kolumny.

Jeśli chodzi o brzmienie, a raczej wpływ na nie, to FAACD TH z racji pewnej może nie tyle niekonsekwencji, co raczej nader umiejętnego unikania prostego zaszufladkowania okazały się nad wyraz ciekawym obiektem obserwacji. O ile bowiem z Auralicami Aries G1.1 i Altair G1.1, oraz końcówką mocy Bryston 4B³ ich aplikacja wprowadzała zaskakująco wiele cech z puli oferowanej przez ich starsze rodzeństwo (vide CDC), to już pod Luminem U2 Mini i Ayonem CD-35 potrafiły pokazać się z dość nieoczekiwanej strony. O co w tym słownym galimatiasie chodzi? Ano o to, że zamiast usilnie starać się odciskać na brzmieniu systemu/urządzenia własne piętno FAACD TH skupiają się na akcentowaniu natywnych cech ustawionych na nich komponentów jednocześnie niwelując pasożytnicze interferencje z podłożem mogące degradować ich walory soniczne. Dlatego też zarówno z Auralicami, jak i z Brystonem jasnym okazywało się, że w zarzucanej im zbytniej analityczności nie ma zbyt wiele prawdy, gdyż tak naprawdę mowa jest o rozdzielczości i transparentności umożliwiających usłyszenie ewentualnych problemów obecnych w innych miejscach toru, bądź samym materiale źródłowym. Niemniej jednak podstawki Franc Audio skupiały i konkretyzowały dźwięk sprawiając, że całość zyskiwała na koherencji i intensywności a obniżenie szumów tła dodatkowo nadawało całości większej gładkości. Przykładowo na „A Profusion of Thought” Antimatter wokal Micka Mossa został sugestywnie dopalony emocjonalnie z jednoczesnym zaokrągleniem mogących ranić co wrażliwsze uszy sybilantów. Tymczasem na stuningowanych zestawem FAACD TH Luminie i Ayonie, którym krągłości i wysycenia nie brakuje ten sam materiał zgodnie z logiką i powyższymi obserwacjami powinien jedynie iść dalej raz obraną drogą i dodatkowo uplastyczniać i podgrzewać przekaz. A tymczasem … nic takiego nie miało miejsca. Tzn. zaczernienie tła było zauważalne, lecz prawdę powiedziawszy przy tego typu akcesoriach to poniekąd standard, jednakże ani nie odnotowałem majstrowania przy równowadze tonalnej, ani nie pojawiła się wspomniana intensyfikacja saturacji. Ba, zamiast tego bryły źródeł pozornych stały się bardziej zwarte, lepiej zdefiniowane i zarazem zróżnicowane. Podkreśleniu uległ aspekt dynamiczny i motoryka. Co ciekawe podobny efekt dają u mnie Finite Elemente Cerabase compact pod Ayonem i jednoelementowe Graphite Audio IC-35 pod Brystonem, co wyraźnie wskazuje, że nie zawsze budowa determinuje brzmienie, lecz sam zamysł i wiedza konstruktora, więc dążąc do określonego celu wcale nie trzeba kurczowo trzymać się jednych – konkretnych rozwiązań. W dodatku aby doświadczyć zbawiennego wpływu tytułowych akcesoriów wcale nie musiałem ograniczać się do repertuaru stricte rockowego, w którym jak wszem i wobec wiadomo dynamiki nigdy za dużo, lecz i na terapeutyczno – medytacyjnym, około jazzowym albumie „Songwrights Apothecary Lab” Esperanzy Spalding wszelkie zmiany szły ku dobremu. I tu kolejne zaskoczenie, bowiem delikatne frazy wcale nie zostały sztucznie podkręcone i wzmocnione a ich intensyfikacja wynikała jedynie z mocniejszej kreski kreślących ich kontury i lepszego zróżnicowania wypełniającej je tkanki, przy czym pierwszy plan został delikatnie odsunięty a sama scena zyskała na głębi i oddechu. Z jednej strony mieliśmy zatem wszechobecny spokój, lecz z drugiej zawiłe linie melodyczne i ogrom audiofilskiego planktonu zupełnie nie pozwalał na traktowanie płynących z głośników dźwięków jako niezobowiązującego tła. Wymagane od słuchacza skupienie zamiast jednak wywoływać znużenie wprowadzało go w swoisty relaksacyjny i regenerujący skołatane nerwy trans szczelnie otaczając kokonem pozornie niespójnych fraz i melodii.

Z tego co mi wiadomo Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH miały być dowodem na to że na rozsądnym pułapie cenowym da się zrobić całkiem satysfakcjonujące brzmieniowo podstawki/nóżki antywibracyjne i … I prawie to się Pawłowi Francowi Skulimowskiemu udało. Prawie, bo cenę rzeczywiście skalkulował, jak na audiofilskie realia, nad wyraz sensowną – nieco ponad 200€ za trzypak i nieco poniżej 300€ za czteropak, jednak śmiem twierdzić, iż skali poprawy jaką wnoszą niejako otwierające jego portfolio akcesoria najwidoczniej nie doszacował. W trakcie testów wyszło bowiem, że FAACD TH nie mając żadnych kompleksów czy to względem starszego rodzeństwa, czy dowolnej konkurencji robią po prostu swoje – poprawiają brzmienie stawianej na nich elektroniki. Dla niezorientowanych i nieco roztargnionych podkreślę słowo klucz – „poprawiają”, co oznacza, że mamy do czynienia jedynie z progresem a nie li tylko zmianą, która owej poprawy wcale oznaczać przecież nie musi. W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego, jak jedynie zaprzestać dalszego cukrowania i pozostawić tytułowe stopki tam, gdzie ich miejsce i gdzie sprawdziły się najlepiej – pod Luminem U2 Mini, dopisując je tym samym do stałych składowych mojego dyżurnego toru audio.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Accuphase P-7500
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

To, że kwestia odpowiedniej stabilizacji systemu audio ma dla nas wręcz zasadnicze znaczenie, w ostatnim czasie przekonałem się jak prawdopodobnie niewielu z Was. Naturalnie jak się domyślacie, piję do ostatnich poszukiwań docelowego stolika pod swoje zabawki. Poszukiwań, które wbrew pozorom nie były przysłowiową bułką z masłem. Jednak bez znaczenia, czy tak jak w przywołanej przygodzie szukałem wielopółkowej konstrukcji, czy dzisiejszym spotkaniu, zderzymy się z prostymi stopami antywibracyjnymi dla pojedynczego komponentu audio, za każdym razem efekt jest różny dla danego sposobu walki ze szkodliwymi wibracjami. Co mam na myśli? Jest tego multum. Począwszy od monolitycznych, przez bardziej rozbudowane – czytaj kanapkowe – platformy, po pojedyncze, w podobnym stylu do wspomnianych półek nośnych rozróżniane stopki, temat jest wręcz niekończącą się historią. I co bardzo ważne, za każdym razem inną. Dlatego też chcąc nieco ułatwić Wam wstępną selekcję tego typu akcesoriów, co jakiś czas podejmujemy próby opisania, co oferuje konkretne rozwiązanie danego producenta. Takim to sposobem w dzisiejszym podejściu testowym spojrzymy na wynik soniczny zastosowania stóp antywibracyjnych Ceramic Disc TH polskiej manufaktury Franc Audio Accessories, których dystrybucją na rodzimym rynku zajmuje się warszawski SoundClub.

Tytułowe stopki to jak zwykle u Franc Audio Accessories okrągłe, niezbyt wysokie, za to dość skomplikowane konstrukcyjnie walce. Chodzi oczywiście o wygaszanie drgań poprzez trzy osadzone w stosownych łożach ceramiczne kulki. Tuleja nośna Disc-ów TH wykonana jest z anodowanego aluminium, zaś okrągła poduszka styku z urządzeniem ze znanej pomysłodawcy odmiany polimeru. Co ciekawe, a dla wielu bardzo istotne, rzeczone anty-wibratory poprzez gwintowane przejściówki możemy zamontować w miejsce oryginalnych stóp docelowego komponentu. Nie ma przymusu, jednak nie oszukujmy się, każda, nawet najdrobniejsza zmiana sposobu eliminacji szkodliwych wibracji daje nieco inne efekty, dlatego w przypadku zakupu naszych bohaterek nie zarzucałbym tego pomysłu, tylko choćby dla swojej ciekawości i wewnętrznego spokoju spróbowałbym również i tę możliwość. Wieńcząc dzieło zgrubnego przybliżenia rodzimej myśli technicznej dodam jeszcze, iż ich nośność w przypadku 4 sztuk to aż 120 kilogramów, zaś w drodze do klienta produkt pakowany jest w nadające mu wizualnego szyku eleganckie pudełko opatrzone certyfikatem oryginalności.

Jak sugerują zdjęcia, podczas testu nasze bohaterki zastosowałem pod transportem CD bez wykorzystania możliwości przykręcenia ich poprzez adaptery gwintowe. To zaś oznacza, że to tylko jedna z potencjalnych opcji użycia. Jednak co najciekawsze, opcji, która na tle bardziej skomplikowanych produktów okazała się pozytywnie zaskakująca. Chodzi o fakt wprowadzania jedynie delikatnych zmian w brzmieniu danego urządzenia. Zazwyczaj podstawki, czy stopy owszem wygaszają wibracje, jednak często przy okazji pozbawiają przekaz witalności. Niby zyskujemy tak poszukiwany spokój projekcji muzyki, tylko co z tego, gdy wraz z nim wszystko siada. To oczywiście wielu, a w szczególności posiadacze krzykliwych systemów nazwą zwiększeniem poziomu muzykalności, tylko co powie posiadacz układanki mogącej pochwalić się dobrze osadzoną w esencji barwą i odpowiednią energią, które nagle utyją? Nie zdziwię, się gdy pomyśli, że tak ma być, gdy tymczasem tak naprawdę może okazać się, że zastosowanie danego absorbera drgań przekroczyło cienką linię dobrego smaku. Owszem, powinniśmy walczyć o odpowiedną stabilizację naszych zabawek, jednak nie za cenę zgaszenia lub zbytniego pogrubienia przekazu, czego w sobie tylko znany sposób uniknęły krążki spod znaku Franc Audio Accessories. Niby to dopiero początek oferty, jednak w moim przypadku znakomicie pokazujący swoje zalety. Na tyle nieinwazyjnie, że jako feedback ich zastosowania poczułem jedynie lekkie ukulturalnienie, a nie zabicie przekazu. Gdybym miał pokrótce określić usłyszane zmiany, po pierwsze – powiedziałbym, iż muzyka mogła pochwalić się większą plastyką, jednak bez szkód w błysku górnych rejestrów, po drugie – delikatnie zwiększyła się jej esencja w środku pasma, a mimo to otrzymywałem pełen pakiet zawartych w nim informacji, zaś po trzecie – mimo, że lekko przybrał na masie dolny zakres, skutkowało to jedynie minimalnie mniejszą ostrością jego rysunku, a nie przemianą w jedną nieczytelną papkę. Jak to możliwe? Już wspominałem. Opisywany produkt to co robi, robi w bardzo subtelny sposób. Naturalnie dla jednych być może zbyt subtelny, ale przecież nie od dzisiaj wiadomo, że co system i co chyba istotniejsze słuchacz, to inne potrzeby. Dlatego tak ważna jest mnogość oferty sfokusowanej na konkretne działanie. Raz mocne i nie pozostawiające złudzeń, a przez to często ratujące życie błądzącego w przypadkowych konfiguracjach melomana, a raz symboliczne, jedynie lekko korygujące zastaną sytuację wytrawnego poszukiwacza referencyjnej jakości brzmienia swojego systemu. I właśnie tą drugą opcję oferuje tytułowy zestaw.

Komu poleciłbym opisany przed momentem zestaw stopek? Teoretycznie z tekstu wynika, że jedynie chcącym minimalnie skorygować posiadany sznyt grania. Tymczasem z pełną świadomością tego czynu nie widzę przeciwwskazań dla nikogo. Powód? Przecież nigdy nie wiadomo, w jakim momencie dostrajania systemu jesteśmy. A to powoduje, że lepiej robić małe, ale kontrolowane kroczki, niż z marszu atakując maksymalne rozwiązania techniczne, w moim odczuciu skakać na przysłowiową główkę z pomostu zlokalizowanego w brodziku dla dzieci.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Apex Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: SoundClub
Producent: Franc Audio Accessories
Cena: 215 € / 3 szt.; 285€ / 4 szt.

Dane techniczne
Wymiary (średnica x wysokość): 49 x 32 mm
Max. obciążenie: 120 kg / 4 szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nie od dzisiaj wiadomo, że jak w każdej dziedzinie życia, również w naszym hobby w zależności od gustu lub osłuchania danego osobnika, do zadowolenia z uzyskanego dźwięku można dojść na wiele sposobów. Jakich? Tak bez namysłu przytoczę dwa najbardziej obrazujące inność drogi do pokonania. Jeden opiera się na zestawie audio z obecnie najmodniejszymi, stosunkowo wąskimi, kolumnami z baterią małych przetworników, co z automatu skazuje nas na poszukiwania często nawet nie wzmacniaczy mocy, tylko swoistych spawarek – chodzi oczywiście o problemy z wysterowaniem tego typu kolumn. Zaś drugi podąża drogą wielkich obudów z równie dużymi membranami głośników basowych oraz często aplikowanych w tubach średniotonowców i gwizdków, dzięki czemu jak na dzisiejsze standardy uzyskujemy ich ponadprzeciętną skuteczność pracy pozwalającą na wykorzystanie piecyków małej mocy. I nie ma znaczenia, czy lampowych, czy tranzystorowych, ważne, żeby wykorzystując swobodę grania wielkich membran i niespecjalne napinanie mięśni słabowitych wzmacniaczy pozbyć się uczucia siłowej prezentacji muzyki. Owszem, to w podobnym stopniu – choć nigdy nie jeden do jeden – da się osiągnąć również w pierwszym przypadku, jednak to już jest wyższa szkoła jazdy, a co za tym idzie, często okupiona dramatycznie większymi kosztami. W jakim celu o tym wspominam? Otóż w dzisiejszym spotkaniu przyjrzymy się zestawowi, a tak naprawdę kolumnom z drugiej puli – wzmacniacz z tej sesji miał już swoje pięć minut. Chodzi oczywiście o kultowe amerykańskie Klipsche, które w pierwszym zamyśle miały być jedynie partnerkami do testu kultowego wzmacniacza Western Electric 91E, jednak po zapoznaniu się z ich możliwościami nie było innego wyjścia, jak zarezerwować im zasłużony oddzielny test. Co konkretnie trafiło na tapet? To zdradza fotografia otwierająca, czyli dostarczone grzecznościowo przez zawsze pomocny w takich przypadkach nie tylko nam, ale również potencjalnym klientom warszawski salon audio Planeta Dźwięku, jubileuszowe kolumny Klipsch Audio Klipschorn AK6 75th Anniversary.

Gdy spojrzymy na nasze bohaterki, wydaje się być jasne, iż od zarania swojego powstania kierowane były dla użytkowników szanujących swobodę poruszania się po rodzinnym salonie, czyli najchętniej widzących kolumny w jego niezobowiązujących narożnikach. Co prawda to z punktu widzenia potencjalnych problemów z najniższymi rejestrami w takim ustawieniu wielu melomanom wydaje się być nie do pogodzenia z poprawnym odbiorem muzyki, jednak biorąc pod uwagę zawartą w nazwie nietuzinkową rocznicowość tego modelu -75 lat, śmiało można powiedzieć, że konstruktorzy wyszli z tego obronną ręką. W jaki sposób? Stosując odpowiednie techniczne triki zaprzątające prawa fizyki do swoich potrzeb na bazie odpowiednio uformowanej pewnego rodzaju linii transmisyjnej odpowiedzialnej za najniższy rejestr. To niestety sprawia, że chciał nie chciał, ale rzeczone Klipschorny aby pokazać swoje prawdziwe ja w dolnym zakresie wręcz muszą stać w narożnikach pokoju. Jeśli ogarniemy ten temat, dalej jest z górki, bowiem tak sekcja średniotonowa, jak mi wysokotonowa są już na to odporne, gdyż osadzone zostały w wyliczonych dla odpowiedniej propagacji fal prostokątnych tubach. Jak to wygląda ogólnie? Dość prosto. Mamy do czynienia prostopadłościenną bryłą o podstawie trójkąta, której dzierżąca głośnik basowy część frontu jest osłonięta panelem z MDF-u pokrytym wybranym przez klienta fornirem, zaś nad nią znajdują się ukryte pod maskownicą tuba średniaka i wysoktonówki. Co ciekawe, tylna część kolumny dla częstotliwości średnich i wysokich tonów jest praktycznie otwarta – widać nawet umieszczone w tubach głośniki. Jeśli chodzi o niskie tony, wylot powietrza z tej sekcji pod postacią pionowych szczelin przegrodowego strojenia tego zakresu, znajduje się pod maskownicami zlokalizowanymi na wąskich bocznych ściankach. Tam również zaaplikowano zestaw terminali przyłączeniowych z odczepami na wysoki i niski sygnał strojenia zwrotnicy. Tak prezentujące się konstrukcje po ubraniu w nadające im szyku maskownice zdobi umieszczona na froncie liczba obchodzonego jubileuszu z centralnie wkomponowanym w niej okruchem diamentu. Banał? Czy ja wiem. Nie zdziwiłbym się, gdyby w wielu negocjacjach z drugimi połówkami o postawienie tytułowych kolumn w salonie, to właśnie ów fakt mógłby mieć decydujące znaczenie. Znam to z autopsji. Kobieta na słowo diament reaguje wręcz bezwiednie i czasem nie ma znaczenia miejsce docelowe tego kruszcu, ważne, że jest.

Jak to gra? Zanim do tego przejdziemy, słowo wyjaśnienia sytuacji testowej. Niestety mój pokój od strony ustawienia systemu nie posiada typowych narożników. – mam półokrąg. Dlatego chcąc choć po trosze spełnić założenia stworzenia kolumnom potrzebnego do wytworzenia niezbędnej ilości basu, choćby iluzorycznego podbijającego go narożnika, wcisnąłem Klipsche pomiędzy ścianę i stacjonujące u mnie na co dzień wielkie Gaudery. Nie było to stuprocentowe spełnienia założeń pełnej integracji zespołów głośnikowych z pomieszczeniem, ale bazując na wcześniejszych odsłuchach kolumn bez takiego wsparcia wiedziałem, że bardzo miarodajne posunięcie. A miarodajne dlatego, że po wstawieniu ich w typowe kąty, już przy fajnym brzmieniu dźwięk ewaluowałby tylko w lepszą stronę. Innym, pozytywnie weryfikującym wyniki soniczne posunięciem była próba napędzenia tytułowych Amerykanek mocnym tranzystorem. Wynik? Owszem, chodziły jak na przysłowiowej smyczy, tylko co z tego, gdy nie było tego czegoś, za co ludzie je kochają. Co konkretnie?

Powiem tak. Z typowych dla naszych czasów kolumn głośnikowych – wąskie słupki z membrankami o średnicy szklanki do drinków – tego nie da się uzyskać. To emanacja swobody prezentacji w dosłownie każdym aspekcie dźwięku. Zjawiskowa szerokość sceny, bardzo dobra jej głębokość, ale chyba najważniejsza jest natychmiastowość oddania każdego pojawiającego się w eterze artefaktu. To spektakl w najczystszej postaci. Oddech i rozmach muzyki w dobrym tego słowa znaczeniu na tyle zapiera dech w piersiach, że trzeba być naprawdę wielkim malkontentem, aby nie docenić takiego podejścia do kreowania świata muzyki. Skąd to wiem? Szczerze? Do tego typu sposobu prezentacji podchodzę bardzo ostrożnie, jednak bez naciągania faktów stwierdzam, po niegdysiejszym spotkaniu z jubileuszowymi kolumnami Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26, obecnie oceniane 75-ki Klipsch-a są kolejnymi jakie widziałbym u siebie w momencie posiadania drugiego, odpowiednio dużego pomieszczenia odsłuchowego. Sam nie wierzę, że to piszę, ale jestem otwarty na inne spojrzenie na nasze hobby, dlatego bez problemu potrafię docenić dobre granie. Diametralnie inne niż mam na co dzień, ale w swojej estetyce wyśmienite. A trzeba zaznaczyć, iż z przyczyn technicznych nie stworzyłem im 100% zalecanych założeń aplikacyjnych, a i tak się ugotowałem. I to z małą uwagą dosłownie każdą muzyką od przysłowiowego plumkania, przez mocne uderzenie, po wydarzenia koncertowe. O co chodzi z tą uwagą? Niestety obcowanie z takimi kolumnami serwuje nam jedno. Jak coś jest źle zrealizowane, tak zostanie podane. I to bez podkolorowania, tylko z pełnym spektrum popełnionych przez masteringowca błędów. Dlatego też będąc szczerym nie można zarzucić im braku kompetencji do odtwarzania rockowych artystycznych wybryków, tylko jeśli takie kochamy, powinniśmy delektować się nimi z całym dobrodziejstwem inwentarza, co o dziwo wiele razy podczas testu bez problemu zrobiłem.
Rozpocząłem od mongolskiej formacji The Hu z materiałem „Gereg”. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że ta wywołująca mroczne uczucia muzyka aż kipiała energią i szybkością smagania moich uszu znakomitym zaprzęgnięciem rocka do wyrażenia zdania przez muzyków na temat mongolskich bezkresów. Agresja, zaskoczenie i poczucie niepewności były na najwyższym znanym mi dotychczas poziomie. A przecież dźwięk generowały konstrukcje na bazie prostych przetworników, dwóch tubek z tworzywa sztucznego i skrytego w „paździerzowej” skrzyni basowca. Gdzie jest haczyk? To widać po zapoznaniu się z serią fotografii. Chodzi oczywiście o zaprzęgniecie do budowy tego modelu kolumn 75 lat doświadczeń. Lat mozolnych prób, symulacji i na koniec zadowolenia potencjalnych klientów z każdego kolejnego wcielenia tych konstrukcji.
Kolejnym krążkiem było wymagająca pokazania dobrej barwy i swobody budowania realiów opera „La Traviatta” z Luciano Pavarottim w jednej z ról. O rozmach operowej sceny się nie obawiałem. Za to byłem pełen obaw o czytelne pokazanie tembru głosu przecież rozpoznawalnego od pojedynczej nuty głosu wspomnianego tenora. I? Nie wiem, jak AK-6-ki to zrobiły, ale po azjatyckim szaleństwie nie miały najmniejszego problemu z pokazaniem operowej wokalnej wirtuozerii. I to ze znakomitym zaznaczeniem akcentowania fraz, ich barwy, tonacji oraz modulowania poszczególnych, często przedłużanych w tego typu widowiskach zgłosek. I to bez najmniejszych oznak krzyku nawet podczas głośnego słuchania. Nic, tylko dać się ponieść muzyce, co z premedytacją do końca drugiego krążka zrobiłem.
Na koniec pozornie nudny dla wielu duet na bazie fortepianu obsługiwanego przez Freda Herscha i inkarnacji trąbki w postaci flugehorna dzierżonego przez Enrico Ravę „The Song Is You”. Dlaczego napisałem frazę „nudny”? Otóż to jest bardzo kontemplacyjna muzyka, która przy braku nawet witalności zwyczajnie potrafi zmęczyć. Na szczęście amerykańskie paczki wpisanym w kod DNA rozmachem projekcji sprawiły, że nie tylko pięknie zawieszona pomiędzy kolumnami trąbka, ale również dźwięczny i dostojny fortepian wręcz mnie czarowały. Na tyle skutecznie, że podczas pobytu kolumn u mnie przez dwa tygodnie zaliczyłem tę pozycję płytową chyba trzy razy. Szaleństwo? Być może. Jednak jeśli spowodowane dobiegającą do moich uszu muzyką, tylko się cieszyć.

Czy tytułowy zestaw kolumn jest dla każdego? I tak i nie. Jednak nie tylko w przypadku niezrozumiałego sfokusowania słuchacza na słuchanie muzyki z ograniczoną spontanicznością – czytaj powielenie małych głośniczków udających swobodę wielkich membran. Co do reszty populacji melomanów zaś nie mam żądnych złudzeń, że są w stanie się w nich zakochać. Warunek? Dobranie odpowiednio wyrafinowanego wzmacniacza, w roli którego akurat podczas mojej zabawy wystąpił najnowszy produkt kultowej marki Western Electric 91E z lampami mocy 300B na pokładzie. Ale spokojnie, przywołany wzmacniacz jest li tylko dobrze wypadającą propozycją, których na naszym rynku do wyboru do koloru jest wiele.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: Solid Tech Hybrid
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Cena: 139 998 PLN
Dystrybucja: Konsbud HI-FI Sp. z o.o.
Producent: Klipsch

Dane techniczne
Konstrukcja: Trójdrożna, obudowa MDF oraz sklejka brzozowa
Zastosowane przetworniki:
– niskotonowy: K-33-E 15” (38,1 cm) głośnik niskotonowy z włókna kompozytowego
– średniotonowy: K-55-X 2” (5,08 cm) przetwornik kompresyjny z membraną fenolową
– wysokotonowy: K-771 – 1” (2,54 cm) przetwornik kompresyjny z membraną Polyimide umieszczony w tubie 90 x 40
Impedancja: 8 Ω
Moc krótkotrwała/długotrwała: 400/100W
Pasmo przenoszenia: 33Hz – 20kHz (+/- 4 dB)
Skuteczność: 105dB @ 2.83V / 1m
Kolor: Orzech amerykański
Wymiary: 134,62 x 79,38 x 71,75 cm
Waga:100 kg /szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

I kolejna „pocztówka” z przeszłości, czyli „zasłyszany” na Audio Video Show przedwzmacniacz Gryphon Audio Commander zawitał w naszych skromnych progach.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Rotel zaprezentował odtwarzacz sieciowy z wbudowanym wzmacniaczem – model S14. To pierwsze tego typu urządzenie w ofercie japońskiego producenta. S14 świetnie wpisuje się w założenia marki Rotel, zapewniając niezwykłą elastyczność, funkcjonalność i komfort odtwarzania muzyki online w wysokiej jakości – bez kompromisów.

Odtwarzacz sieciowy S14 został opracowany w oparciu o ponad 60-letnie doświadczenie marki Rotel w projektowaniu sprzętu audio. W efekcie nowy model gwarantuje wysoką jakość odtwarzanej muzyki, co jest zasługą m.in. zaawansowanego układu bazującego na 32-bitowym przetworniku C/A ESS Technology oraz ponadwymiarowym transformatorze toroidalnym. Tym samym użytkownik może liczyć na precyzyjne, kontrolowane przetwarzanie dźwięku.

Z pomocą streamera S14 można przesyłać ulubione nagrania bezpośrednio z serwisów streamingowych – np. Spotify – i korzystać z funkcji AirPlay 2 oraz Google Cast. Urządzenie cechuje się też certyfikatem Roon Ready.

Projektanci zadbali także o liczne opcje połączeniowe, które pozwalają na współpracę S14 z różnorodnymi źródłami dźwięku. Streamer ma m.in. wejścia audio cyfrowe optyczne i koaksjalne, złącza PC-USB i analogowe audio (2 x RCA). Na wyposażeniu znajdziemy także wyjście słuchawkowe. Ponadto obsługuje łączność bezprzewodową Bluetooth, w tym kodek aptX HD. Całości dopełnia wyjście na zewnętrzny subwoofer aktywny.

Rotel S14 to urządzenie typu all-in-one, które pozwala strumieniować muzykę bezpośrednio z popularnych serwisów muzycznych. Odtwarza dźwięk z niebywałą precyzją, jednocześnie dostarczając 150 W mocy w klasie AB (4 Ω). Oznacza to, że wystarczy podłączyć do tego modelu kolumny głośnikowe, aby móc cieszyć się wciągającym brzmieniem.

Wygodny w obsłudze zintegrowany odtwarzacz sieciowy Rotel S14 zapewnia zarówno przewodowe, jak i bezprzewodowe połączenie sieciowe, co przekłada się na najwyższą elastyczność instalacji. Urządzenie ma wbudowany dwuzakresowy moduł Wi-Fi pracujący w pasmach 2,4 i 5 GHz. Znajdujący się na panelu frontowym wyświetlacz umożliwia prezentację okładki albumu (w kolorze) oraz informacji o odtwarzanym utworze. W zestawie znajduje się również solidnie wykonany pilot zdalnego sterowania z aluminiową obudową, gwarantujący łatwą obsługę.

Sugerowana cena detaliczna odtwarzacza sieciowego z wbudowanym wzmacniaczem S14 to 12 799 zł. Urządzenie będzie dostępne w dwóch wersjach kolorystycznych już na początku grudnia 2022 r.