Monthly Archives: listopad 2026


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: dCS Bartók APEX

Opinia 1

Jeśli chodzi o angielskiego specjalistę od źródeł i przetworników cyfrowych Data Conversion Systems Ltd, wydawało nam się, że mieliśmy u siebie już wszystko. Jednak, gdy przyjrzeliśmy się tematowi niego głębiej, okazało się, iż dziwnym trafem nie gościliśmy jeszcze konstrukcji startowej. Chodzi oczywiście o model przetwornika D/A z wbudowanym streamerem Bartok w wersji Apex. Wersji, która na swój sposób zmieniając brzmienie starszych modeli przetworników bardzo mocno przypadła klientom do gustu, co znakomicie odwzorowuje wiele opinii w internecie. Niestety my nie mieliśmy okazji zapoznać się z ww. modelem przed zmianami, dlatego dzisiaj zapraszam zainteresowanych na kilka spostrzeżeń zapisanych na tak zwanej czystej kartce. Panie i panowie oto on, dystrybuowany przez łódzki Audiofast dCS Bartok Apex DAC/Streamer w pełnej krasie.

Na tle reszty rodziny Bartok jest naturalnie aluminiową, ale już prostą, prostopadłościenną skrzynką z płaskim awersem. Starsi bracia w temacie frontu mogą pochwalić się zmyślnymi motywami fali i temu podobnymi łukowatymi zabiegami wizualnymi, ale z uwagi na zrozumiałe cięcie kosztów w najtańszej konstrukcji marki mocodawcy postawili na prostotę w każdym calu. Naturalnie nie zwolniło ich to z zastosowania na przednim panelu niezbędnych akcesoriów. W ich skład wchodzą zlokalizowany z lewej strony wyświetlacz, obok niego 6 guzików pozwalających obsłużyć wszystkie funkcje urządzenia, 2 gniazda wbudowanego wewnątrz wzmacniacza słuchawkowego oraz typową dla dCS-a oraz znajdująca się na prawej flance gałka nie tylko do regulacji głośności, ale w wielu przypadkach wspomagająca nawigację po rozbudowanym menu urządzenia. Co znajdziemy na plecach? Cóż, wszystko do czego przyzwyczaił nas dCS, czyli serię wejść cyfrowych w każdym standardzie z kilkoma wejściami i wyjściami na zewnętrzny zegar taktujący sygnał cyfrowy włącznie, wielopinowy terminal do upgrade-u elektroniki, wyjścia analogowe RCA/XLR oraz zintegrowane z bezpiecznikiem i głównym włącznikiem gniazdo zasilania IEC. Jak widać po powyższej wyliczance, z jednym drobnym szczegółem to typowy, uzbrojony po zęby przedstawiciel angielskiej szkoły produktów cyfrowych. Co mam na myśli z owym szczegółem? Otóż z racji zamierzonego dla podstawowego produktu w ofercie cięcia kosztów w zestawie nie znajdziemy pilota zdalnego sterowania. Jest do dokupienia jako dodatkowe wyposażenie. Za to typowo dla tej marki w kartonie znajdziemy pełen komplet okablowania cyfrowego i analogowego, aby bez problemu móc wpiąć się Bartokiem w każdy potencjalny set audio. To oczywiście proste kable, ale ważne, że są i nie musimy szukać na panikę, aby odpalić nową zabawkę. A jak komuś nie podpasują, zawsze we własnym zakresie może dobrać sobie coś z szerokiej oferty na rynku u innych producentów.

Jak zabrzmiał nasz bohater? Powiem tak. Na podstawie testowanego dwa razy przetwornika Vivaldi wiem, co wprowadza zastosowana w konstrukcjach tego brandu wersja Apex. To ewidentna korekta estetyki brzmienia urządzeń w stronę przyjaźniejszego dla ucha nasycenia, a tym samym wagi dźwięku. Starsze wersje były do bólu transparentne i melomani mający problem z odpowiednią konfiguracją reszty posiadanego systemu oceniali je jako zbyt szczupło grające i czasem nawet bezduszne. Oczywiście nie wszyscy, bo wielu, ze mną włącznie, chwaliło sobie akurat taką estetykę podania muzyki. Na szczęście jednak dla ogółu freaków muzycznych inżynierowie dCS-a postanowili odgórnie ukulturalnić sposób prezentacji oferowany przez swoje produkty i na światowe salony wkroczyła odmiana Apex. I dobrze, gdyż sygnowany tym znakiem Bartok od pierwszego dźwięku pokazał, że na muzykę patrzy bardziej dojrzale. Z większym przywiązaniem do wagi wydarzeń scenicznych, co z automatu przełożyło się na wzmocnienie muzykalności i namacalności prezentacji. Jednak co dla mnie było bardzo ciekawe, sam rysunek wirtualnych bytów był tak jak lubię, czyli bardzo wyraźny, co pokazywało, iż inżynierowie z jednej strony tchnęli w dźwięk nieco ludzkiej tkanki, ale z drugiej nie odeszli od przez lata wypracowanej szkoły raczej kreślenia niż malowania grubym pędzlem słuchanego materiału. Efekt wprowadzonych w Bartoku poprawek konstrukcyjnych był na tyle udany, że gdybym miał w miarę czytelnie określić jego obecną estetykę brzmienia, powiedziałbym, iż to typowy dCS, tylko z bardziej ludzkim obliczem. Obliczem pokazującym lepszy impuls uderzenia energią, ale przy zachowaniu tak ważnego dla pokazania istoty materiału muzycznego czytelnego pakietu informacji. Dla mnie osobiście najtańszy Anglik zabrzmiał intrygująco, bo ciekawie i bardzo blisko moich codziennych wyborów. A zapewniam, mając nawet czystą kartę, bazując na doświadczeniach testowych ze starszymi braćmi nie dawałem mu szansy na aż tak fajny wynik. Wynik pozwalający nie tylko z wielką przyjemnością na luzie, ale także głębokim zaangażowaniem zmysłów słuchać dosłownie i w przenośni każdego rodzaju muzyki. Wszystko zależało od wybranego materiału.
Mocny rock choćby w postaci niedawno wydanej kompilacji „Greatest Hits” zespołu Aerosmith bez problemu pokazywał wymagany od takich formacji lwi pazur. Muzyka świetnie utrzymywała timing, oczywiście nieobliczalność następujących po sobie zmian tempa oraz poziom agresji śpiewu i grania artystów. Ale szczerze muszę przyznać, że efekt nie byłby tak dobry, gdyby nie będąca wynikiem wprowadzenia wersji Apex, także mocna w swym wydźwięku aplikacja w dźwięk dawki masy, a w wyniku tergo w pełni kontrolowanej energii. To moim zdaniem było idealne trafienie w punkt potrzeb tego rodzaju muzy, co odwdzięczyło mi się uczestnictwem w pełnym ekspresji rockowym spektaklu.
A jak wypadła druga strona medalu? Tutaj posłużyłem się ostatnio często słuchanym polskim zespołem RGG i płytą „Memento”. To formacja, której muzyka bez dobrego wyostrzenia ich popisów w domenie krawędzi nie ma szans na zrozumienie przez melomana sensu zawieszenia w eterze długiego, często pojedynczego akordu lub delikatnego, ledwie słyszalnego dźwięku. A takie są u nich na tak zwanym porządku dziennym. Jednak, aby odbiór ich popisów zakończył się pełnym sukcesem, przekaz musi cechować coś jeszcze. Naturalnie mam na myśli niezbędną tkankę nośną każdego impulsu. Brak dobrego osadzenia w masie nie pozwoli systemowi poprawnie różnicować rozwibrowania powołanych do życia fal dźwiękowych, bowiem bez tego nie dość, że będzie nudny, to jeszcze prawdopodobnie anorektyczny. Oczywiście Bartok Apex na takie potrzeby był w pełni przygotowany i nie tylko dał podwaliny do posadowienia przekazu na odpowiednim fundamencie masy, ale także zapewnił muzyce niezbędną ostrość wizualizowania niby poszczególnych, ale suma summarum idealnie współbrzmiących ze sobą składowych danego zapisu nutowego. To podobnie rockowych do buntowników był co prawda w odmiennym stylu, ale równie emocjonalny pokaz wirtuozerii tym razem jazzmanów.

Czy rzeczony angielski specjalista od raczej kreślenia, aniżeli soczystego malowania świata muzyki ma szanse rozkochać w sobie pełne spektrum melomanów? Oczywiście nie. Jednak nie dlatego, że Bartok Apex ma jakieś wady. On po prostu ma wyrazistą estetykę brzmienia, a nie wszyscy są na coś takiego do końca gotowi lub zwyczajnie tego nie chcą. Ci ostatni wolą świat ciepły, słodki i moim zdaniem co najmniej nazbyt spokojny, od czego Anglicy od początku zabawy w konstruowanie elektroniki świadomie stronią. Ich oferta to pełne życia uderzenie pełnym informacji dźwiękiem i albo to lubisz, albo omijasz szerokim łukiem. Jeśli zatem taka estetyka jest Twoim konikiem, moim zdaniem Bartoka Apex z jego wielofunkcyjnością trudno będzie pobić.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

Wygląda na to, że generalnie rzecz ujmując w szeroko rozumianej tzw. „cyfrze” po chwilowym zachłyśnięciu się liczbami i poniekąd bezrefleksyjnym wyścigu czy to na rozdzielczość matryc (fotografia), czy też „gęstości” plików (audio) przyszło opamiętanie a do głosu dopuszczono zdrowy rozsądek. Nie dość bowiem, że dziwnym zbiegiem okoliczności 100 MPix-owe „puszki” (200 MPix-owe matryce w smartfonach z racji udziału w efekcie końcowym AI śmiało można uznać za byt równoległy) nie wywróciły przysłowiowego stolika a i DSD512, czy DSD1024 są nadal formatami na tyle niszowymi, iż zdolność ich odtwarzania okazuje się równie przydatna i pożądana, co 1000 konny silnik podczas jazdy w warszawskich korkach, śmiało możemy stwierdzić, cytując klasyka „Na Zachodzie bez zmian”. Do tego wystarczy dodać mało optymistyczne prognozy dotyczące cen pamięci i … nagle okazuje się, że zdecydowanie rozsądniej skupić się na poszukiwaniu jakości tam, gdzie jej przyrost rzeczywiście jest widoczny/słyszalny – jak daleko nie szukając w przepastnych zasobach Qobuz-a, z którego to oferty od niniejszej recenzji będziemy korzystali . I wszystko wskazuje na to, że podobny punkt widzenia przy przyjęła ekipa z Cambridgeshire sukcesywnie aktualizując swoje produkty do najnowszej inkarnacji APEX. Dlatego też po niemalże flagowym Vivaldim a następnie Rossinim przyszła pora na najmniejszy z „pełnowymiarowych”, nie można przecież zapominać o „desktopowej” serii Lina, brytyjskich urządzeń, czyli podstawowy i jak na portfolio tytułowej marki można zaryzykować stwierdzenie, że wręcz „budżetowy” a zarazem wszystkomający, gdyż w dostarczonej przez łódzki Audiofast najbardziej „wypasionej” odsłonie, mogący pochwalić się również wzmacniaczem słuchawkowym, sekcją streamera, upsamplera i przedwzmacniacza przetwornik cyfrowo-analogowy dCS Bartók APEX, na którego test serdecznie zapraszamy.

Skupiając się na aparycji naszego gościa i porównując go do starszego rodzeństwa z powodzeniem można wspomnianą we wstępniaku „budżetowość” udokumentować. O ile bowiem oba ww. modele cechowała pewna finezja formy, chociażby z racji designerskiej „falistości” frontów, o tyle Bartók trzyma się prostopadłościennego minimalizmu. Całe szczęście tak wyświetlacz, jak i wspieraną niewielkim pokrętłem klawiszologię ma w pełni „firmową” i tożsamą z braćmi. Mówiąc wprost lewą flankę zajmuje podświetlony firmowy logotyp oraz niewielki, kilkuwierszowy display, którego czytelność ogranicza się do bezpośredniej obsługi a już z 2-3 metrów jesteśmy jedynie w stanie stwierdzić fakt jego obecności. Centrum to już królestwo sześciu niewielkich przycisków odpowiedzialnych za włączanie/usypianie urządzenia oraz nawigację po menu i dokonywanie stosownych nastaw a prawy narożnik okupuje wspomniane pokrętło i para gniazd słuchawkowych w standardzie 4-pinowego XLR-a i dużego Jacka. Pełnię obsługi, poza wyklikiwaniem frontowej klawiatury, zapewnia opcjonalny pilot zdalnego sterowania oraz będąca jego wielce satysfakcjonującym zamiennikiem darmowa i szalenie intuicyjna aplikacja Mosaic. To właśnie z jej poziomu, bez ruszania się z kanapy jesteśmy w stanie nie tylko zarządzać rozgłośniami radiowymi i platformami streamingowymi, czy też posiadaną plikoteką, lecz również wybrać najbardziej wpasowujący się w nasze osobiste upodobania poziom upsamplingu (DXD, DSD, DSDx2, DSDx4) oraz typ filtra dla sygnałów PCM (7) i DSD (5), a nawet jeden z pięciu „mapperów”, czyli wariantów sterowania przetwarzaniem próbek sygnału przez Ring DAC ) – w trakcie testów upgrade’owaliśmy firmware do ver. 3.0. Od razu nadmienię, iż różnice pomiędzy poszczególnymi nastawami są słyszalne, choć dość dyskretne, więc tu raczej chodzi o finalny sznyt aniżeli dramatyczne przewartościowanie brzmieniowych priorytetów i firmowej sygnatury.
Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, gdzie do dyspozycji, patrząc od lewej, otrzymujemy po parze wyjść analogowych RCA i XLR, parę wejść AES/EBU, koaksjalne, BNC i optyczne, wejścia USB w wersji A i B, port Ethernet i dwa wejścia oraz jedno wyjście zegarowe w standardzie BNC. Listę zamyka integrujący urządzenie z domową inteligencją port RS232 oraz zintegrowane z komora bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC.
Pod względem anatomicznym inkarnacja APEX na tle wcześniejszych odsłon Bartóka może pochwalić się zarówno zmodyfikowaną sekcją Ring DAC™-a, jak i analogowego stopnia wyjściowego, przy czym udoskonalenia objęły również zagadnienia związane z ich zasilaniem.

O ile podczas historycznego, bratobójczego pojedynku pomiędzy naszym redakcyjnym Vivaldim ver. 2 a wersją APEX większa „gęstość” i nasycenie brzmienia nowszej generacji mogły być dziełem przypadku, to już powtórka z rozrywki w przypadku Rossiniego ową przypadkowość niemalże całkowicie wykluczała. I podobnie było z Bartók-iem, który od pierwszych taktów nawet tak pierwotnie surowych, jak „Cowboys from Hell” Pantery, unausznił, że nawet thrash może zabrzmieć … atrakcyjnie. Jeśli bowiem piskom i wrzaskom Phila Anselmo nie sposób odmówić mocy i ekspresji a partiom gitarowym Dimebaga Darrella ognistości przy jednoczesnym braku ofensywności i granulacji, to już jest dobrze, bo wcześniejsze odsłony dCS-ów na podobnym materiale serwowały słuchaczom krwawą łaźnię niejako wykluczając ciężkie brzmienia z posiadanej pliko/płyto-teki. A tu zamiast podkreślenia jazgotliwości i mizerii realizacji angielski kombajn nie dość, że dodał przekazowi energii,wykopu i ciężaru, to jeszcze pokazał, że i w kwestii najniższych składowych da się to i owo poprawić sprawiając, że jasnym było, czemu powyższe, jakże przedpotopowe wydawnictwo nie miało żadnych kompleksów przed pierwszymi czterema albumami Metallici, czy podobnym zestawem sygnowanym przez Megadeth. Aby jednak uwolnić pełnię drzemiącego w tytułowym przetworniku potencjału warto było sięgnąć po z nieco większą troską i finezją zrealizowany materiał, jak chociażby „Dry Martini Jazz” The West Side Jazz, który choć nad wyraz asekuracyjny tak pod względem repertuarowym, jak i wykonawczym sprawia, że główne cechy dCSa stają się aż nadto oczywiste. I tak, holografia i trójwymiarowość sceny są permanentne i bezdyskusyjne. Gradacja planów i perfekcyjna precyzja ogniskowania źródeł pozornych sprawiają, że przestajemy zwracać na nie uwagę i skupiamy się wyłącznie na muzyce, która choć bliska i namacalna nie nosi znamion krępującej nachalności a jedynie podkreśla intymność panującej atmosfery. Do tego dochodzą wierność odwzorowania barw i faktur oraz gabarytów użytego instrumentarium, co na audiofilskich samplerach wcale nie jest takie oczywiste i powszechne. A tu czuć niewymuszoność i flow obecny pomiędzy muzykami, przez co i sama muzyka pozbawiona jest podskórnej nerwowości, czy też wyczynowości. I jest to aspekt o tyle godny podkreślenia, gdyż w „erze przed-APEX-owej” takie cechy dawało się wycisnąć z dCS-ów jedynie za pomocą porządnych, zewnętrznych zegarów i odpowiednio wyrafinowanego okablowania a tu owa swoboda, wyrafinowanie i soczystość dostępne były od pierwszego strzału i bez żadnego kombinowania z uszlachetniającymi brytyjskie źródło peryferiami. Miło, nieprawdaż? A żeby było jeszcze ciekawiej, to podobne ochy i achy pojawiły się w moich notatkach nawet przy zdecydowanie bardziej mainstreamowym „wsadzie”, bowiem będący połączeniem folku i mrocznej, ambientowej elektroniki „Tungl” Eivør oszałamiał bogactwem dźwięków i złożonością kompozycji a Bartók, bądź co bądź będący swoistym hołdem dla jednego z największych współczesnych kompozytorów również w elementach folkowych się lubującego, poczynał sobie tu nad wyraz swobodnie. Co istotne akcent postawiony został na koherencję i wszechobecną spójność a nie kontrasty. Przypadek? Nie sądzę.

Z jednej strony doskonale zdając sobie sprawę z wynikającej z jakże przyziemnych, znaczy się finansowych, względów elitarności a z drugiej mając pełną świadomość rządzących High Endem reguł, pomimo najszczerszych chęci nie mogę pozostać obojętny na wdzięki i walory tak funkcjonalne, jak i brzmieniowe tytułowego kombajnu. Nie da się bowiem ukryć, iż dCS Bartók APEX pomimo dość niskiej rangi w firmowym portfolio jest źródłem wybornym i będącym mokrym snem większości audiofilów i melomanów. Dlatego też, jeśli macie Państwo chrapkę na „ulgowy” (cudzysłów bynajmniej nie pojawił się tu przypadkowo) bilet do elitarnego grona posiadaczy dCS-ów, to śmiem twierdzić, iż właśnie Bartók APEX da Wam taką szansę. I choć z pewnością rozsądek może podsuwać Wam „alternatywną” Linę, to spieszę donieść, że nasz dzisiejszy gość to jednak zauważalnie wyższa liga. A czy jest to liga mistrzów oceńcie sami, mając przy tym świadomość, że można jeszcze lepiej, co pokazuje z pełną perfidią jego, znaczy się Bartóka, starsze rodzeństwo.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: Audiofast
Producent: dCS
Cena: 97 400 PLN DAC/Streamer; 110 200 PLN Headphone DAC/Streamer; + 3080 PLN pilot

Dane techniczne
Przetwornik: dCS Ring DAC™
Konwersja: PCM do DXD, DSD lub DSDx2
Wejścia cyfrowe:
• Ethernet RJ45 (24-bit / 44.1 – 384 kHz PCM, DSD/64 & DSD128 @ DFF/DSF)
• USB 2.0 typ B (24-bit / 44.1 – 384 kHz PCM, DSD/64 & DSD128 @ DoP)
• USB On-The-Go typ A (24-bit / 44.1 – 384 kHz PCM, DSD/64 & DSD128 @ DFF/DSF)
• 2 x AES/EBU (24-bit / 44.1 – 192 kHz PCM, DSD/64 & DSD/128 @ DoP)
• Dual AES (24-bit / 88.2 – 384 kHz PCM, DSD/64 & DSD/128 @ DoP)
• Coax 24-bit / 44.1 –192 kHz PCM & DSD/64 @ DoP)
• BNC (24-bit / 44.1 – 192 kHz PCM & DSD/64 @ DoP)
• SPDIF Toslink (24-bit / 44.1 – 96 kHz PCM)
Wyjścia analogowe: Para XLR; para RCA
Napięcie wyjściowe: 0.2, 0.6, 2 lub 6V (ustawiane w menu)
Impedancja wyjściowa: 3Ω XLR; 52 Ω RCA
Wyjścia słuchawkowe: 4 pinowe XLR; 6,3 mm Jack
Min. impedancja słuchawek: 33 Ω
Moc wyjściowa na wyjściach słuchawkowych: 1,4 W rms przy 33 Ω; 0,15W rms przy 300 Ω.
We/wy zegara: 2 x wejścia BNC, 1 x wyjście BNC
Szum resztkowy: > –113dB0, 20Hz – 20kHz
Przesłuch L-R: > -115dB0, 20Hz – 20kHz
Filtry:
– Tryb PCM: do 6 filtrów daje kompromisy między odrzuceniem obrazu Nyquist a odpowiedzią fazową.
– Tryb DSD: 4 filtry stopniowo zmniejszają poziom szumów poza pasmem audio.
Sterowanie: Aplikacja dCS Mosaic; RS232 (sterowany przez urządzenia firm trzecich); Pilot (opcjonalnie)
Pobór mocy: 30 W typowo / 50 W maksymalnie
Kolor: czarny lub srebrny
Wymiary (S x G x W): 444 x 430 x 115 mm
Waga: 16,7kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł w przygotowaniu / work in progress

Jeszcze do niedawna audiofilskie switche były totalną egzotyką a tymczasem wszystko wskazuje na to, że domowe sieci jakie znamy lada moment czeka kolejna (r)ewolucja. Niby jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale Lumïn N1 jasno zdaje do zrozumienia, że czasy popularnej „skrętki” powoli się kończą.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł w przygotowaniu / work in progress

Kiedy potrzebne jest po prostu kompletne plikowe źródło na scenę wkracza on – Lumïn T3X.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak zapewne znakomicie się orientujecie, tegoroczna wystawa będącego naszym oczkiem w głowie działu audio z punktu widzenia odwiedzających niestety, zaś licznie przybyłych na nią, z naturalnych względów mocno zmęczonych wystawców nareszcie jest już za nami. Co jednakże dla wszystkich wspomnianych wydaje się być bardzo istotne, według organizatora po zawirowaniach innej europejskiej imprezy – mowa o przenosinach wiosennego High Endu z Monachium do Wiednia – ostatnia warszawska zapowiadana była jako druga największa na świecie. Czy tak było faktycznie, po pełnych rozliczeniach pokażą podane na koniec przez niego liczby. Jednak nie ma się co oszukiwać, jeśli na PGE Narodowym zaczyna brakować miejsca dla sporej ilości potencjalnych zainteresowanych, coś w tych zapowiedziach jest. I powiem szczerze, że po osobistym odwiedzeniu tegorocznego AVS 2026 jestem przekonany, że jest w tym wiele prawdy. Prawdy, której wynikiem jest spisanie w luźnych spojrzeniach relacji z kilkudziesięciu zaliczonych przeze mnie prezentacji. Czasem przypadkowych, innym razem będących wynikiem pewnego sentymentu do danego podmiotu, ale zawsze pozostawiających ciekawe spostrzeżenia. Zanim jednak przejdę do konkretów, z góry zaznaczam, iż będą to bardzo subiektywne, czasem będące wynikiem niespecjalnie ciekawego materiału. dlatego mało pochwalne, a czasem bardzo entuzjastyczne, jednak zawsze z pokorą wyrażone oceny. Dlatego też, jeśli ktoś poczuje się dotknięty, z góry proszę o wyrozumiałość, bowiem wystawa to istny tor przeszkód i nie zawsze udaje się go pokonać bez drobnych, nierzadko chwilowych potknięć. I jeszcze jedno. Z uwagi na chęć unikania zbędnej wyliczanki sprzętowej, którą zapewne znajdziecie w przepastnej ilości relacji z necie, w swoich opisach będę posługiwał się tylko głównymi markami widniejącymi na zdjęciach. Dla zrozumienia przez inteligentnych czytelników o czym piszę to wystarczy i tego w tym roku się trzymałem. Jeśli zatem jesteście gotowi, zapraszam do zapoznania się z kilkoma poniższymi akapitami.

1. RCM
W tym roku swoje podboje imprezy rozpocząłem od pokazu katowickiego RCM-u. Pokazu flagowych kolumn niedawno wziętej w dystrybucję marki YG Acoustics wspomaganych elektroniką Vitus Audio oraz źródłami analogowymi spod znaku TechDAS oraz SME, które spinało flagowe okablowanie marki Furutech. Jak widać na zdjęciach, nie zabrakło także ikon źródeł szpulowych w postaci magnetofonów Studer i Sony. Co w tym wszystkim – oprócz muzyki oczywiście – było jednak najciekawsze, to rozbudowanie do granic szaleństwa zespołów głośnikowych. Każda sztuka to czteromodułowe monstrum, w którym najniższe pasmo (poniżej 30 Hz) było odtwarzane przez dolne, aktywne sekcje sub-basowe. Cel? Naturalnie uzyskanie jak największej swobody projekcji muzyki w pełnym spektrum częstotliwości. Kto obcuje na co dzień z wielkimi kolumnami, dobrze wie, co mam na myśli, a chodzi o uniknięcie wysilenia prezentacji, czego w kolumnach dla Hobbitów próżno szukać. Ale wspomniane rozbudowanie kolumn nie kończyło się na ilości modułów, bowiem pełni szaleństwa dopełniały zewnętrzne zwrotnice wielkości 20l beczek po oleju silnikowym, co z automatu wespół z wielodrożnością srebrnych wież multiplikowało gęstą sieć połączeń. Jeśli chodzi o elektronikę Vitus Audio, aby zapewnić stosowną dawkę niezbędnej do napędzenia kolumn energii, sekcję wzmocnienia oparto o największe w ofercie stereofoniczne końcówki mocy. Widać gołym okiem, cały zespół wystawijący się w tym pomieszczeniu nawet na przysłowiowe kargulowe „dwa palce” nie poszedł na skróty, tylko wystawił posiadane najpotężniejsze działa. W efekcie przekaz cechowała pełna swoboda projekcji tak od górnych, bogatych w informacje rejestrów, przez dobrze nasycony środek, po schodzące do Hadesu niskie rejestry. Czy słyszałem jakieś słabe strony? Powiem szczerze, że nie nazwałbym tego słabą stroną akurat tego pokazu, ale na bazie swoich codziennych doświadczeń z wielkimi zespołami głośnikowymi przyczepiłbym się najniższego zakresu. Owszem był i to mocarny oraz kiedy wymagał tego materiał przyprawiający o arytmię serca. Niestety z wielokrotnej autopsji wiem, iż aktywność czy to całych kolumn, czy pojedynczego zakresu ma swoje konsekwencje w postaci lekkiego uśrednienia tak wzmacnianego zakresu. Ja wiem, że dla wielu to są herezje, jednak zapewniam, tylko dlatego, że nie zderzyli się z dobrze wysterowanymi wielkimi kolumnami pasywnymi. Ale jak napisałem, nie odbieram tej kwestii jako potencjalnego problemu systemu, tylko konsekwencję pewnych wyborów podczas projektowania kolumn, weryfikacji czego notabene znakomita większość z Was nie miała szans zakosztować. Reasumując powiem tak, bez względu na moje nieco siłowe utyskiwanie RCM zafundował nam zjawiskowe, bo mocne w każdym aspekcie wydarzenie.

2. NAUTILUS
Jak to u tego dystrybutora jest standardem, chcąc pokazać swoje kompetencje w składaniu fajnie brzmiących systemów tym razem postawił na ożenek kultowej marki Kondo z gramofonem Sikora Turntables i bajkowo prezentującymi się kolumnami AudioNostrum. Nie powiem, było widowiskowo i bardzo muzykalnie. Słuchany materiał czarował barwą i łagodnością na tyle skutecznie, że wychodzący z pokoju goście po myślowej konfrontacji z tym, co posiadają w domu, przez pierwszych kilka sekund mieli problem z dojściem do siebie. I gdy spojrzę na ten pokaz przez pryzmat moich oczekiwań, faktycznie coś w tym było. Jednak jak dla mnie nieco za cukierkowo. To niby estetyka Kondo, ale w zeszłym roku z Estelonami dla mnie ta japońska ikona wypadła nieco lepiej. Dlaczego? Tym razem od pierwszego kontaktu zabrakło mi pazura w górnych rejestrach. Po prostu było zbyt łagodnie. Ja wiem, że lampa to magia plastyki, ale myślę, że nie aż takiej. Czy to wszystko? Kurde nie, gdyż zaskoczyło mnie jeszcze coś. Chodzi o lekkie wycofanie niskiego basu. Niby był, jednak w stosunku do wyższego brakowało mu energii. Efekt był taki, że gdy kontrabas przechodził ze środkowej struny na najniższą, energia zamiast się zwiększać, jakby się cofała. Nie wiem, czy wszyscy to słyszeli, bo jak wspominałem w poprzednim akapicie, aby takie „kwiatki” wyłapać, trzeba obcować z pełnopasmową prezentacją na co dzień. Tutaj muzyka czarowała, ale dla mnie na skrajach pasma była zbyt mało ekspresyjna. Jednak zaznaczam, opinia jest czysto subiektywna, dlatego traktujcie ją jako inne spojrzenie na dany występ, a nie krytykę jako taką, bo jak wiadomo, co osobnik kochający muzykę, to inne, naturalnie bazujące na doświadczeniach oczekiwania. Ogólnie było fajnie tak od strony przyjemnie spędzonego czasu przy muzyce, jak i samego sposobu przybliżania jej przez gospodarza.

3. Audio Klan
Co było punktem głównym u tego warszawskiego specjalisty od naszego hobby? A jakże, będące wizytówką tego podmiotu Bowersy spięte z elektroniką Luxmana. Z sukcesem? Powiem tak. Niektórzy określają to połączenie jako pewnego rodzaju „dyskotekowe”, bo nader ekspresyjne w prezentacji. Ale na szczęście tylko niektórzy, gdyż znam kilka osób udanie wykorzystujących tego typu set. Naturalnie diabeł tkwi w szczegółach. A gdy zna się te szczegóły, po ostatnim teście najwyższych Anglików w swoim pokoju jestem zdania, że w dobrej konfiguracji w temacie zachowania ochoty do pokazywania wielu szczegółów z powodzeniem zmusiłbym je do zapewnienia mi także stosownej dawki nasycenia i bardziej naturalnej barwy. Owszem, to nadal byłoby żywe granie, ale już z powodzeniem mieszczące się w widełkach moich potrzeb brzmieniowych. Dlatego też, gdy ktoś ostentacyjnie twierdzi, że to nieprzyjazne konstrukcje, wiem, że albo gustuje w muzyce wiecznie, czyli na dłuższą metę nudnej mlekiem i miodem płynącej, albo mówiąc brutalnie nie ma pojęcia o clou naszej zabawy. Tyle w temacie.

4. Hi-Fi Club
Powyżsi panowie klocki Karana w swojej ofercie mieli od dawna, ale ze znanych sobie tylko powodów pokazali je polskiej publiczności stosunkowo niedawno. A to przecież bardzo muzykalne, a przez to poszukiwanie przez wielu melomanów konstrukcje. Na szczęście dla nas ich oficjalny byt nadszedł, dlatego po osobistym spotkaniu z jedną z konstrukcji spod tego znaku z wielką przyjemnością odwiedziłem to pomieszczenie w celu potwierdzenia wcześniej wyrobionego sobie zdania. Tym bardziej, że w zestawie znalazły się także bardzo wysoko oceniane na świece kolumny Rockport Technoliogies, gramofon VPI oraz najnowsze w ofercie źródło cyfrowe Playback. W wyniku takiego połączenia muzyka należała raczej do przyjemnych, żeby nie powiedzieć kontemplacyjnych. Żadnych wyścigów w kwestiach ostentacyjnego prezentowania skrajów pasma, tylko zamierzenie pełna służba w sprawianiu melomanom maksimum przyjemności z obcowania z ulubionym materiałem. Być może dla kogoś było zbyt kulturalnie, ale ja osobiście takie podejście do sprawy bez problemu kolokwialnie mówiąc kupuję.

5. Hi-Fi Club
Myślicie, że kolejne pojawienie się tego dystrybutora z rzędu w mojej relacji jest chamskim drukowaniem meczu? Bynajmniej, gdyż to zasługa fajnie skonfigurowanego zestawu. Co ciekawe także z użyciem kolumn Rockport, ale tym razem napędzanych mocno dającym znać o sobie w tym roku znakomitymi nowościami na naszym rynku brandem Elektrokompaniet. Miałem u siebie na testach owe nowalijki i wiedząc na co je stać, podobnie do Karana. postanowiłem skonfrontować ich występ z zapisanymi w głowie wynikami. Co mogę powiedzieć o tym pokazie? W mojej ocenie był nieco żywszy od konfiguracji z Karanem. Lepsza definicja krawędzi dźwięku, a dzięki temu ostrość malowania wydarzeń scenicznych prowokowały czytelniej odczuwalny timing prezentacji. Do tego wyraźnie zauważałem zmniejszenie w pokazie tak zwanej mgiełki, często będącej wynikiem uplastycznienia dźwięku. Tutaj tego nie było, co spowodowało, że muzyka brzmiała nadal ciepło i esencjonalnie – to domena Elektrocompaniet-a, ale bardziej bezpośrednio i namacalnie.

6. Dream Audio
Te porcelanowe kolumny w zestawie z Ypsilonem widzę już trzeci raz. Pierwszą przygodę zaliczyłem w zeszłym roku na AVS 2025, drugą tej wiosny tym razem w Wiedniu, zaś teraz miałem przyjemność spotkać je trzeci raz. I powiem Wam, bez względu na warunki lokalowe, w jakich ów zestaw pracował, nie miały większego wpływu na mój subiektywny odbiór możliwości tytułowej konfiguracji. Owszem, marną akustykę i dramatyczną odpowiedź pomieszczenia w kwestii basu w tym roku w Wiedniu słychać było znakomicie, jednak mimo wszystko swoboda i generowanie szybkiego oraz w dobrym znaczeniu słowa detalicznego przekazu przez ten set były zjawiskowe. Nie powiem, być może takie podejście do tematu prezentacji nie dla wszystkich było idealnym rozwiązaniem, bowiem to granie pełne ekspresji w każdym calu, jednak w wartościach bezwzględnych tak w tym roku, jak i podczas innych spotkań z mojej strony nie było podstaw do jakichkolwiek utyskiwań. Być może dlatego, że lubię spektakl muzyczny prezentowany na bazie wielkich kolumn i do tego bardzo żywy, ale jak pisałem we wstępniaku, to bardzo subiektywna relacja i z moich ocen nie mam zamiaru nikomu się tłumaczyć. Ale żeby było jasne, nie mam mandatu na wszechwiedzę i bez najmniejszego problemu dopuszczam inną ocenę tego występu.

7. Göbel, Soulution, Vadax, Brinkmann
To oczywiście prezentacja warszawskiego SoundClubu. Typowo dla kolumn Göbel pełna życia, drive’u i energii, co podczas – jak w tym przypadku – obcowania z dużymi modelami tego producenta kolumn zawsze mnie intryguje. Co prawda górny zakres z uwagi na całkowicie inne brzmienie wstęgi vs mój diament nie do końca był z mojej bajki, ale nie ma się co oszukiwać, to w nieco w innej estetyce, ale w mojej subiektywnej ocenie także świetne brzmienie. Jednak gdybym miał zderzyć ten pokaz z występem dwa lata temu w fabryce Göbel-a z flagowymi konstrukcjami, topowe zespoły głośnikowe napędzane elektroniką Vitus Audio oferowały nieco więcej tkanki w środku pasma i cieplejszą barwę. Ale spokojnie, nie oznacza to braku ujmujących moją duszę emocji w tegorocznym warszawskim pokazie, jednak duńskie konstrukcje VA z Göbel-ami przynajmniej dla mnie dogadują się lepiej, gdyż oferują solidniejszy poziom nasycenia, a przez to energii dającej bliższy prawdy o danym materiale poziom namacalności. Jednakże bez względu na wszystko ten pokaz z wielką przyjemnością zaliczam do bardzo, bardzo udanych.

8. ZenSati, Acapella Audio Arts
W tym pomieszczeniu, a tak naprawdę wielkiej sali konferencyjnej zaadaptowanej do potrzeb prezentacji systemu zastałem sporą zbieraninę sprzętu. Od będącej spod różnych rąk elektroniki, przez pochodzące z Danii okablowanie ZenSati, po niemieckie wzmocnienie i kolumny Acapella Audio Arts, czyli czym chata bogata. Dlatego też celem zachowania „poprawności politycznej” akapit nazwałem markami eksponującymi swoje logo na banerach widniejących za systemem. A trzeba przyznać, że ze wszech miar bardzo ciekawym, bo nie dość, że dużym gabarytowo, co według mnie jest podstawowym elementem dotarcia do sedna muzyki, to na dokładkę mimo generowania jej przez kolumny tubowe, pozbawionym efektu nachalności prezentacji. Owszem, szybkość i transparentność wizualizowania słuchanego materiału była typowa dla tego typu zespołów głośnikowych, jednak będąca pokłosiem zastosowania potomków tak zwanych peronowych megafonów swoboda podania muzyki pozwalając słuchać jej na znacznie cichszych poziomach głośności praktycznie eliminowała odczucie wysilenia projekcji. Czy postawiłbym sobie taki set na stałe? Już w relacji z Wiednia wspominałem, że duże, dlatego grające na luzie kolumny tubowe owszem, widziałbym na co dzień, jednak tylko jako drugi system, gdyż czasem lubię zanurzyć się w czymś mniej żywiołowym. Ale żeby nie było, wystawcom należy się szacun za ten pokaz.

9. Audiofast
Jak obrazują fotografie, łódzki Audiofast tym razem postawił na flagowe źródło angielskiego dCS-a Varese, wzmocnienie amerykańskiego specjalisty D’Agostino oraz także zza wielkiej wody kolumny Wilson Audio. Zapewne pamiętacie, iż w temacie cenowego i rozmiarowego szaleństwa nierzadko bywało u niego znacznie bardziej bezkompromisowo. Jednak gdybym na tle tamtych pokazów miał ocenić to ostatnie podejście do wystawy, powiedziałbym, że chyba było bliższe moim oczekiwaniom. A pierwszym z brzegu powodem było unikanie przez system forsowania nosowości grania, co zawsze wywoływało u mnie efekt pojawiania się przysłowiowej mgiełki i jakby suchości środkowego pasma. Teraz tego nie było, a przynajmniej do mnie nie docierało, dlatego gdy wpadałem do tego pomieszczenia kilka razy, za każdym razem byłem ukontentowany. Czy to zasługa flagowego, podobno transparentnego do bólu cyfrowego źródła, czy zjawiskowo brzmiącego wzmocnienia, nie mam pojęcia. Ważne, że efekt końcowy był dobry.

10. Benny Audio
Co prawda w tej hotelowej, lekko przysposobionej do wystawy sprzętu audio kawiarni sprzętu było co niemiara, jednak odwiedziłem to miejsce tylko z jednego, zaznaczam, że bardzo konkretnego powodu. I niech oburzą się na mnie włoscy gospodarze w postaci producenta kolumn Albedo i inni, skądinąd dobrze znani konstruktorzy zabawek dla melomanów, ale gdyby nie rodzimy przedstawiciel działu analogowego, widząc ciężkie warunki lokalowe i nie chcąc im zaszkodzić, raczej ten pokaz bym pominął. I nie byłoby w tym żadnej złośliwości, bo bazując na wieloletnich doświadczeniach z wypraw do Monachium wiem, co potrafią, a co w takich warunkach nie miało szans na powtórzenie znanego mi wyniku sonicznego. Jednak jak zaznaczyłem, nie mogłem odpuścić przyjacielskiej rozmowy z konstruktorem gramofonów Benny Audio o ostatnio przyznanej mu przez amerykański Stereophile nagrody za model Odyssey. Model dobrze mi znany, bo już dwa razy przeze mnie goszczony, dlatego tak bardzo zależało mi na poznaniu opinii Amerykanów w bezpośredniej rozmowie z konstruktorem. Co powiedział? Cóż, Jankesi potwierdzili moje spostrzeżenia co do brzmienia gramofonu w estetyce dobrego rysunku pełnej energii prezentowanej muzyki. Lubię wyrazistość skrajów pasma przy zachowaniu odpowiedniej wagi dźwięku, co to jest zapisane w kodzie DNA tej konstrukcji i jak widać moje opinie są zbieżne z kolegami zza wielkiej wody. Ja wiem, że wielu z Was optuje raczej za poszukiwaniem maksymalnego umilania życia muzyką na bazie czarnej płyty, jednak zapewniam, spora banda podobnych do mnie freaków ma inne zdanie. I to zdanie w tym modelu podziela także pomysłodawca gramofonu Tomasz Franielczyk. Ale bez paniki, to tylko jedna z kilku opcji jego marki. Benny Audio w swojej ofercie ma kilka modeli analogowych werków oraz ramion i każdy z nich opierając się na innych założeniach technicznych oferuje odmienne spojrzenie na tak ważne dla mnie aspekty prezentacji, od dobrze rozumianej agresji, po świat mlekiem i miodem płynący. Czyli jak na porządny konstrukcyjny podmiot przystało, każdy znajdzie to, co mu w duszy gra. A jak zagrał widniejący na zdjęciach zestaw? Wspominałem o warunkach lokalowych, że były dramatyczne i jak się obawiałem, często był problem walki ze szkodliwymi odbiciami od szklanych ścian i także szklanego sufitu. Ale co ciekawe, spokojna muzyka grana z niezbyt dużym wolumenem decybeli bez problemu potrafiła przykuć moją uwagę. Jednak to nadal nie było to, do czego przyzwyczaili mnie wystawcy podczas imprez w Monachium. Na szczęście wiem, co było tego przyczyną, dlatego ten występ puszczam mimo ucha.

11. Vitus Audio, YG Acoustics
Nie raz i nie dwa słyszałem połączenie powyższych kolumn z różną elektroniką. To są konstrukcje operujące wyraźną kreską rysującą źródła pozorne i do tego bardzo szybkie, co samo w sobie jest świetnym posunięciem producenta, jednak jak wiadomo, finalne brzmienie każdych zespołów głośnikowych zawsze zależy od reszty toru audio. I gdy z różnorodnymi systemami YG nierzadko potrafiły wypaść świetnie, to mogący pochwalić się magicznym nasyceniem i kontrolowaną energią duński Vitus zawsze pozwalał wznieść im się na wyżyny swoich możliwości. I bez znaczenia był poziom głośności podczas odsłuchu, gdyż esencjonalność zwartego i soczystego impulsu umiejętnie zapobiegała nadmiernej ekspresji przekazu, dbając w zamian o utrzymanie przezeń odpowiedniego timingu. Tak też było i tym razem. Co prawda kolumny były nieduże i z tego powodu łatwe do wysterowania, jednak znając problemy z projekcją basu w tym pokoju z poprzednich wystaw byłem zaskoczony brakiem jakichkolwiek oznak powoływania do niechcianego życia tego typu nisko schodzących artefaktów w tym roku. Dzięki temu dosłownie każda muzyka – nawet ta mocniejsza – zjawiskowo czarowała.

12. Trenner & Friedl, Lumin
W tym przypadku prym wiodły dwie nowości. Mam na myśli odtwarzacz sieciowy Lumin X2 i najnowsze kolumny RAv3 posiadanej niegdyś przeze mnie austriackiej marki Trenner & Friedl. Ich pracę wspierał wzmacniacz Westminsterlab Omne wespół z okablowaniem Harmonix-a. Efekt? Bez wyczynowości, jednak dzięki zastosowaniu w kolumnach przetwornika koncentrycznego z wielką spójnością prezentowania wirtualnej sceny. To co prawda ostatnimi czasy dość rzadko wykorzystywane, ale nie ma się co oszukiwać, przez wielu uznawane za fenomenalne głośniki. Głośniki, których osiągnięć w prezentowaniu namacalności kreowania świata muzyki mają problem osiągnąć nawet najbardziej znakomite rozwiązania wielo-głośnikowe. Skąd to wiem? Naturalnie z autopsji, czyli wielu doświadczeń w okowach swojego pokoju. Reasumując opis pobytu w tym muzycznym przybytku nie będę owijał w bawełnę, tylko stwierdzę, iż ten set kolejny raz potwierdził opisaną przed momentem prawdę o brzmieniu dobrze zaaplikowanych i wysterowanych koncentrykach.

13. Kaizen Art Audio
Jeszcze do ostatniej wystawy o tytułowej marce kolumnowej nie miałem bladego pojęcia. I muszę się niestety przyznać, iż nie dlatego, że oferowała słabej jakości konstrukcje. Otóż chodzi raczej o pewnego rodzaju filigranowość proponowanych produktów – naturalnie w odniesieniu do moich codziennych potrzeb, co jest całkowicie poza moimi zainteresowaniami. Dlatego mimo już siedmioletniego stażu marki na rynku pchany innymi oczekiwaniami omijałem ów brand na wcześniejszych wystawach. Oczywiście aż do ostatniej, podczas której o tytułowym podmiocie opowiedział mi co nieco znany polski kontrabasista Marcin Oleś. Tak tak, ten sam, który niegdyś nie chciał mi podpisać wydanych przez siebie płyt winylowych. Zostawmy jednak jego anty-autografową fobię i wróćmy do jego zaangażowania w krótkie przedstawienie mi owej marki z Jeleniej Góry. Otóż na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się banalnie prosta i rozbija się o udział jego muzycznego słuchu w finalnym strojeniu prezentowanych w tym pokoju kolumn, jednak w przypadku poniesienia biznesowego fiaska mogąca nieco ciążyć na jego reputacji jako człowieka obdarzonego dobrym smakiem muzycznym. Jak jednak po kilku utworach się okazało, oferowany spektakl muzyczny miał w sobie coś ciekawego. Co prawda kolumny były nieduże i poza przetwornikiem Reimyo elektronika pobieżnie mi znana, jednak to co oferował zestaw, dawało sporo satysfakcji ze słuchania wielu gatunków muzycznych. Nie słuchałem tylko mocnego uderzenia i o tym nie powiem nic. Za to jazz, wokalistyka i klasyka dzięki dobremu wysterowaniu małych kolumn w trudnym akustycznie pomieszczeniu – zwyczajowe problemy z basem – brzmiały przyjemnie i bardzo realistycznie. I pomyśleć, że gdybym nie odbił się od Marcina na korytarzu, kolejny raz ominęłaby mnie taka fajna prezentacja.

14. Kasoto, Destination Audio
Do tego, z założenia analogowego sanktuarium ostatnimi laty wchodzę zawsze. I co najciekawsze, mimo całkowicie odmiennego postrzegania projekcji muzyki robię to z wielką przyjemnością. A powodem tego w pierwszej kolejności jest chęć spojrzenia i w konsekwencji zrozumienia odmiennych stanowisk różnych konstruktorów, zaś drugim zazwyczaj osiągnięte stosunkowo ciekawe brzmienie prezentowanych konfiguracji. Co ważne, konfiguracji, w których zawsze pierwsze skrzypce grają różnorodne wersje kolumn spod znaku Kasoto, do których co roku dobierana jest odmienna elektronika. Tym razem w roli dawcy sygnału wystąpił znakomicie mi znany i do tego jak na urządzenia lampowe bardzo mocno podchodzący pod gust konglomerat Destination Audio. I fajnie, gdyż bazując na testach oferty DA u siebie w domu mogłem dogłębniej zweryfikować uzyskany wynik soniczny tego pokazu. Jak go odebrałem? Zanim zdradzę, najpierw wspomnę, iż kolejny rok z rzędu panowie od kolumn zrezygnowali z tub jako wzmacniacze propagacji fal sekcji średniotonowej, na rzecz wyposażonej w średniak i wstęgę „deski”. Niestety nie byliby sobą, gdyby kolejny raz czegoś nie zmienili. O czym mowa? Otóż pozostawili nazwane przeze mnie w zeszłym roku skrzynki po jabłkach z wielkimi głośnikami w środku w roli dwóch modułów basu na stronę, na których w tym roku zamiast poziomej, użyli pionowo zorientowanej deski obsługującej środek z górą. Jak to ostatnie wpłynęło na brzmienie kolumn z racji krótkiego odsłuchu zeszłorocznej wersji na wystawie, nie mam bladego pojęcia. Wiem jednak, że tak jak w zeszłym roku, tak i w tym rezygnacja z tuby dla mnie osobiście mniej podkolorowywała przekaz. Po prostu muzyka brzmiała prawdziwiej. Zapewne teraz było także pokłosiem wykorzystania znakomitych lampowych konstrukcji Destination Audio, ale muszę przyznać, iż drugi rok z rzędu z tym, co usłyszałem u tego wystawcy – kolumny plus tor audio – fajnie trafiało w mój gust. A w tym wydaniu na tyle dosadnie, że spokojnie mógłbym z takim zestawem żyć na co dzień. Przed pojawieniem się Kasoto w najbardziej optymistycznych snach nie sądziłem, że to napiszę, ale zapewniam, z wygłoszeniem tej opinii nie mam najmniejszego problemu.

15. Hifi Ja I Ty, Sulek
Proszę Was, tylko bezpodstawnie nie krzyczcie nie krytykujcie. To naprawdę są fajni, choć mający swoje mocno ugruntowane, często odmienne od naszego zdanie, ale bez dwóch zdań rozkochani w zabawie w zaawansowane audio ludzie. Dlaczego w pierwszym zdaniu ich bronię? Cóż, spójrzcie na zdjęcia. Przecież swoją prezentacją w oczach wielu z Was z automatu proszą się zasłużoną krytykę. O zgrozo włącznie z gramofonem postawili wszystko na podłodze – choć na swoim profilu przed warszawską imprezą testowali całą konfigurację na dedykowanych stolikach, porozbierali częściowo wykorzystywane urządzenia, a wszytko zwieńczyli kolumnami wykonanymi w estetyce dawnych zajęć ZPT. Mało tego, nawet kable sygnałowe step-upa gramofonowego przełożyli na trafami jakiegoś lampowego urządzenia, muzykę z cyfry puszczali na stareńkim CD z nagrywanych CD-rów, a nie oryginalnych płyt i twierdzili, że jest ok. Gdzie tu logika? Otóż muszę Wam powiedzieć, że według nich i jak się okazało w mojej opinii w wielu kwestiach jest. Pierwszym z brzegu jej symptomem był step-up, który położony w innym miejscu pokoju wprowadzał głośne buczenie systemu analogowego, bo zbierał coś z konstrukcji budynku. Drugim żałosne CD-ry, które jak się okazało, były zgrywką z oryginalnych taśm magnetofonowych, czyli z nutą analogowego posmaku w brzmieniu. Owszem, reszta argumentów takiej konfiguracji systemu niestety do mnie nie przemawiała, ale słysząc fajne brzmienie nie negowałem tego ze złośliwego założenia, tylko biorąc na klatę pozostałe pomysły umiałem docenić finalne brzmienie zestawu. Zestawu opartego o świetny gramofon Reed ze sterowanym laserem firmowym ramieniem, urządzenia testowanej przeze mnie polskiej marki Vinius, kilka komponentów marki EAR, okablowanie oraz kolumny spod ręki Sulek Audio. Jak można się spodziewać, rozmachu rodem z pokazu wcześniej opisywanej prezentacji RCM-u nie było, ale jak zapewniali wystawcy, założeniem było zaoferowanie przyjemnego, potrafiącego zaczarować słuchacza brzmienia, co moim zdaniem fajnie udało się zrealizować. Ale kolejny raz z mojej strony jedna uwaga, aby zrozumieć ich intencje, po wejściu do tego pokoju musicie wyzbyć się wypracowanych przez lata w swoich umysłach o idealnej prezentacji wizualno-konfiguracyjnych uprzedzeń. Inaczej zaraz po wejściu odwrócicie się na jednej nodze, co suma summarum pozbawi Was możliwości poznania ich motta w tej zabawie.

16. Zikra Audio, Soft Collective
Niestety z braku osobistych doświadczeń widniejących na zdjęciach kolumn za bardzo nie znam, ale poczynania sprzętowe producenta lampowej elektroniki z Danii poznałem od tak zwanej podszewki. Naturalnie to efekt przetestowania dosłownie wszystkiego, co ma w swojej ofercie. Ofercie, która zaraz po polskiej marce Destination Audio mimo raczej mojego unikania rozkochiwania się w topologii lampowej bardzo mocno przemawia do mnie swoimi produktami. Powód takiego stanu rzeczy jest dość banalny, bowiem chodzi o projekcję dolnego zakresu pasma. Jednak zapewniam, takiego prowadzenia basu próżno szukać u znakomitej większości konstrukcji nawet najlepszych światowych lampowych tuzów. Co dokładnie mam na myśli? To nie miejsce na takie rozważania, a jeśli chcecie zrozumieć temat, możecie dowiedzieć się ze stosownych relacji testowych. Jaki zatem cel ma ta relacja? Otóż bardzo ważny, a chodzi o udowodnienie wagi konfrontacji danego zestawu ze swoimi oczekiwaniami w zależności od słuchanego materiału. Tej zbieraniny słuchałem już drugi raz. Była w zeszłym roku i co ważne, bardzo reklamowana nie tylko przez opiekuna marek, ale także przez organizatora. A, że lubię produkty Zikry odwiedziłem ją po raz kolejny. I gdy w zeszłym roku niczego ciekawego nie doznałem – mimo wyposażenia kolumn w wielkie przetworniki basowe muzyka brzmiała jakby rachitycznie, tak ostatnio zrozumiałem, co projektant miał na myśli. Był jednak w tym drobny haczyk. Słowem kluczem do zrozumienia pomysłu okazał się być odpowiedni materiał. Spokojnie, nie chodzi o żadne samplery, tylko muzykę na bazie naturalnych instrumentów i przynajmniej dobrze zrealizowaną masteringowo. Niestety zawsze – nawet ostatnio – po wejściu do pomieszczenia leciał jakiś pop lub nie za bardzo potrafiący pokazać walory systemu rock, co skutecznie dławiło drzemiącą w zestawie umiejętność wykreowania barwnego i w pełni wciągającego mnie w wir wydarzeń opowieść muzyczną. I tak byłoby również podczas tej wizyty, gdyby panowie nie poprosili mnie o materiał, jaki chciałbym usłyszeć. Długo się nie zastanawiałem i wybrałem popisy na kontrabasie Wojtka Mazolewskiego z płyty „Solo”. Dzięki temu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiła się barwa, energia i soczyste oraz długie wybrzmienia, czego dotychczas nie udawało mi się usłyszeć. I tak naprawdę ten akapit ma zwrócić uwagę na aspekt puszczanej muzyki, bo dopiero mająca szansę na wydobycie z systemu maksimum możliwości pozwala ocenić jego walory. Walory, które od zawsze w secie Zikra audio wespół z kolumnami Soft Collective drzemały, tylko przez zły dobór muzyki były uduszone. Panowie fajnie, że mnie zaczepiliście, bo kolejny raz nie wiedziałbym, co o Waszym zestawie myśleć.

17. Ideon Audio, Artisan Acoustic Euphonia, Circle Labs
Nie oszukujmy się, już od strony wizualnej to świetnie prezentujący się mariaż kilku zacnych marek. Dwóch z Grecji – mowa o wielopudełkowym, flagowym źródle Ideon-a, tubowych kolumnach Aristan Acoustic Euphonia oraz świetnie mi znanej i tak samo radzącej sobie na świecie polskiej Circle Labs w roli sekcji wzmocnienia. W efekcie połączenia muzykalności cyfrowej wierchuszki wspomaganej także pełną soczystości elektroniką z Polski, wyposażone w wielkie tuby kolumny zabrzmiały nader intymnie. Owszem, nie malowały, tylko raczej rysowały muzykę, ale robiły to w tak fajny sposób, że jak rzadko kiedy bez problemu nie tylko przy niej odpoczywałem, ale z takim samym stopniem zaangażowania zmysłów ją kontemplowałem. To kolejny set z takimi zespołami głośnikowymi, gdzie w najmniejszym stopniu nie odczuwałem typowego dla ich projekcji napadania melomana informacyjnym, często zbędnym, bo wynaturzonym szaleństwem. Tutaj był spokój nieco podkręcony w domenie ostrości rysunku, co notabene bardzo lubię. A najlepsze w tym pokazie było to, że po wystawie będące jego głównym punktem źródło plikowe trafi w moje progi w celu bliższego zapoznania się z jego możliwościami. Już tańsze konstrukcje brzmiały fajnie, dlatego na wizytę top-u u mnie tym bardziej ostrzę sobie zęby.

18. Audiophase, Ideon Audio, Circle Labs
Na pierwszy rzut oka większość zbieraniny pochodzi spod tego samego znaku towarowego. Jednak tylko z pozoru, bo gdy faktycznie źródło i wzmocnienie – choć inne modele – były bohaterami poprzedniego wpisu, tym razem dla mnie najważniejszym punktem programu były kolumny Stealth 2 polskiego producenta Audiophase. I tak naprawdę nie tylko dlatego, że w myśl powiedzenia, jak polskie to muszą być dobre, tylko z racji wykorzystywania głośnika diamentowego do odtwarzania najwyższych rejestrów. Od kilku lat mam takowy w swoich Gauder-ach i tak naprawdę w sensie próby konfrontacji w myślach podobnych aplikacji jestem na tym punkcie zmanierowany. I nie ma znaczenia, czy to inny producent, gdyż jakikolwiek dobrze zaaplikowany diament na górze daje podobną estetykę prezentacji tego zakresu. Odpowiednio twardą, ale też ciężką i na swój sposób dźwięczną oraz czystą. Nie pytajcie dzisiaj o konkrety, bo nie ma na to czasu, ale gdy dłuższy czas po-obcujecie z czymś wyjątkowym, od pierwszego dźwięku wiecie, czy próba naśladowania tego przez konkurencję to Wasza bajka. Dla mnie zaoferowane przez tytułowe kolumny wysokie tony były bliskie tym w moim domu. Kładąc nacisk na nieco inne drobne aspekty, ale waga, twardość i dźwięczność były świetne. A żeby było ciekawiej zestaw w tak trudnym, bo przygotowanym na bazie ścianek z kartonu i materiału pomieszczeniu w podobnym tonie dawał sobie radę także z projekcją zazwyczaj wszędzie dudniącego, a w tym przypadku szybkiego i esencjonalnego basu. Oczywiście oprócz samych kolumn duży udział w tak dobrym pokazaniu ich możliwości miało polskie wzmocnienia w postaci topowych monobloków CL M500, ale to chyba wiedzą wszyscy. Brawo panowie.

19. LINEAR AUDIO RESEARCH
Z produktami pana Eugeniusza Czyżewskiego spotykałem się już kilkukrotnie. Niestety od tamtego czasu w Wiśle upłynęło już tyle wody, że zdążył popełnić kilka nowości. Jednak najciekawszą informacją tej wystawy oprócz zaproponowania nowych wzmacniaczy jest fakt wyjścia pana Eugeniusza poza swoją strefę komfortu. Mam na myśli rozszerzenie portfolio poza dotychczasowe konstruowanie lampowej sekcji wzmocnienia. Nie uwierzycie, podjął się zaprojektowania zespołów głośnikowych. Dla mnie, znającego go tylko ze strony zabawy ze szklanymi bańkami to iście samobójcza próba. Ale z drugiej strony z uwagi na prezentowaną przezeń wiedzę nie skreślałem potencjalnych pomysłów z listy ewentualnych testów, tylko z wielką ciekawością postanowiłem wstępnie zapoznać się z jego wizją w tym dziale audio. I dobrze, bo zastany dźwięk całkowicie mnie znokautował. Dźwięk bazujący na dwóch nowościach. Wzmacniaczu opartym na skrytych w obudowie i do tego poziomo usadowionych lampach 211 – tak tak, przy znajomości tematu przez pana Eugeniusza da się to zrobić bez przegrzewania się konstrukcji oraz stosunkowo niedrogich kolumnach KATE. Kolumnach, w których bas strojony jest mariażem linii transmisyjnej i bass-refkeksu, a góra mimo wykorzystania miękkiego głośnika wysokotonowego brzmi bardzo blisko estetyki diamentu. Powiem tak, przed wystawą nawet nigdy nie pomyślałbym, że w tym przybytku zastanę coś aż tak znakomitego. Dobrą prezentację a i owszem, ale nie znakomitą i to w tak trudnym akustycznie pokoiku dla Hobbitów. Holografia wizualizowania dźwięku w 3 wymiarach, nasycenie, kontrola i energia basu, a przede wszystkim góra z wieloma symptomami brzmienia diamentowego przetwornika wręcz zniewalały prawdą o słuchanym materiale. Efekt z tej niedrogiej konfiguracji był dla mnie na tyle powalający, że bez najmniejszego krygowania się bezapelacyjnie stwierdzam, iż biorąc od uwagę dosłownie całą imprezę efekt soniczny spod ręki pana Czyżewskiego był dla mnie dźwiękiem wystawy AVS 2026. Tak tak, nie pomyliłem się, ani nie postradałem zmysłów, to jak pisałem, w dobrym znaczeniu słowa był brzmieniowy nokaut.

I tym optymistycznym, bo polskim akcentem kończę tę na tle poprzednich bardzo skrótową relację z corocznej wystawy AVS (2026) w Warszawie. Jak informował organizator wystawy kolejny raz większej od poprzedniej, co z jednej strony napawało optymizmem, a z drugiej serwowało coraz więcej problemów z dogłębnym ogarnięciem choćby najciekawszych jej pokazów. Jak widać na moim przykładzie, chcąc zabrać głos nieco dłuższymi wypowiedziami, aniżeli pojedyncze zdanie pod zdjęciami, nie było szans na wnikliwe obejrzenie i posłuchanie wszystkiego. Z tego też powodu celowo wybrałem tylko takie prezentacje, które rokowały fajny tekstowy feedback. Zdaję sobie sprawę, że na bank wszystkich nie zadowoliłem i zapewne niektóre zestawy odebrałem w całkowicie inny od wielu z Was sposób. Mam jednak nadzieję, że nawet jeśli wnioski nie były po Waszej myśli, poświęcony na zgłębianie mojej pisaniny czas nie będzie czasem straconym. A jeśli nawet, już dzisiaj zapowiadam, że nie poddam się i na sto procent podobny słowotok w 2027 roku popełnię ponownie. Zatem do zobaczenia za rok.

Jacek Pazio