Monthly Archives: marzec 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Tak jak nigdy nie ukrywaliśmy naszej sympatii i chęci wspierania lokalnych inicjatyw, tak również nawet przez myśl nam nie przyszło kamuflowanie przed kimkolwiek smutnych realiów, w których jedynie niewielki ułamek liczących na sukces przedsięwzięć ma szanse na przetrwanie dłużej niż chwilowa euforia wynikająca z zaistnienie w szerszej aniżeli li tylko najbliższych znajomych świadomości. Dlatego też trzymając kciuki za wszelakiej maści przejawy rodzimej twórczości, staramy się być realistami, przez co każdorazowy news o utrzymywaniu się na powierzchni i sukcesywnym poszerzaniu portfolio odbieramy jako może nie tyle miłą niespodziankę, co niejako dowód właściwie dokonywanych przez konkretnego wytwórcę wyborów, jasno sprecyzowanych, realnych planów a przede wszystkim produktów, które potrafią się obronić nie tylko ceną, co przede wszystkim jakością (w tym również brzmienia). I właśnie z przedstawicielem tegoż niezwykle elitarnego, biorąc pod uwagę iście morderczą konkurencję, grona przyszło nam po raz drugi na naszych łamach się spotkać, gdyż po niezwykle miło wspominanych i z tego co nam wiadomo cieszących się niesłabnącym zainteresowaniem, łączówkach XLR Water & XLR Air na redakcyjny tapet trafił wyższy, sygnowany przez wrocławską manufakturę Next Level Tech NxLT model – Flame.

Niby nie szata zdobi człowieka i nie ocenia się książki po okładce, to już wybór wina li tylko po etykiecie nader często okazuje się trafny a i w audio przy mniej, bądź bardziej planowanych zakupach pierwsze wrażenie ma kolosalne znaczenie. Dlatego też producenci dwoją się i troją, by już na półce wyróżnić się wśród konkurencji. I coś czuję w kościach, że z podobnego założenia wyszedł Robert Słowiński – konstruktor i właściciel Next Level Tech, gdyż oprócz eleganckiego, choć zupełnie obojętnego wzorniczo, czarnego kartonowego pudełka dostarcza Flame-y w eleganckim srebrnym kuferku, który po wyłuskaniu zawartości z powodzeniem może pełnić rolę domowego zasobnika z wszelakiej maści akcesoriami, wtykami, przejściówkami, czy czego tylko dusza zapragnie. Same zaś przewody wydają się być zgrabnym połączeniem kolorystyki ich opakowania, gdyż pokryto je tekstylnym, czarnym oplotem i zakonfekcjonowano iście biżuteryjnymi (warto zwrócić na rubinowe i szmaragdowe kryształki Swarowskiego) pokrywanymi srebrem (1.5μ) i Rodem (0.4μ) wtykami Oyaide FOCUS 1. Ponadto, podobnie jak miało to miejsce w przypadki młodszego rodzeństwa, mniej więcej w połowie każdego przewodu umieszczono czarne opaski z firmowym logotypem i rządkiem trójkątnych piktogramów wskazujących kierunkowość, co przy XLR-ach wydaje się zbędne, lecz biorąc pod uwagę unifikację szaty wzorniczej i przemyślane gospodarowanie zasobami materiałowymi i finansowymi rozsądniej jest stosować uniwersalne rozwiązania. Ponadto w tym wypadku warto pamiętać, iż takie same oznaczenia trafiają również do łączówek RCA, a tam o pomyłkę zdecydowanie łatwiej.
Choć jak to ostatnimi czasy staje się tradycją rodzimy producent nie był skory do zdradzania co, gdzie i jak zastosował, to jednak udało nam się uzyskać informacje, które na upartego można uznać za wystarczające. O wtykach już napisałem, więc w kolejce czekają same żyły, które są autorską kombinacją srebrnych i miedzianych solid core’ów w podwójnym ekranie, z których jeden jest całkowicie niezależny i niweluje zakłócenia RFI. Całe szczęście zarówno wewnętrzna topologia, jak i wspomniane ekranowanie nie wpływają znacząco na sztywność tytułowych łączówek, które śmiało możemy uznać za jedne z bardziej wiotkich na rynku.
Z miłych drobiazgów warto wspomnieć, iż do finalnych odbiorców przewody dostarczane są już po wstępnym wygrzaniu, choć producent zaleca przynajmniej 2-3 doby na ułożenie łączówek w docelowym systemie, co wydaje się całkiem rozsądnym podejściem do tematu. Nie dość bowiem, że i same druty będą miały czas na akomodację, to i ich nabywcom przyda się chwila na opanowanie ekscytacji i ostudzenie głowy.

O ile Water i Air jasno dawały do zrozumienia, że kluczowymi dla nich aspektami prezentacji są rozdzielczość i dynamika, to Flame, zachowując walory swojego niżej urodzonego rodzeństwa, okrasza wspomniane cechy trudną do pominięcia dawką wyrafinowania i szlachetności. Co prawda trudno uznać, iż wcześniejsze spotkanie z wyrobami Next Level Tech dedykowane było jedynie miłośnikom Grunge’u i Stoner-rocka, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że nie każdy audiofil i meloman ma ochotę na nie zawsze pięknie odzianą i umalowaną prawdę tak o własnym systemie, jak i reprodukowanym materiale. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. Bynajmniej nie chodzi o to, że tytułowe interkonekty cokolwiek maskują, asekuracyjnie łagodzą i dosładzają, lecz bazując na zaletach poprzedniego pokolenia na drodze w pełni logicznej ewolucji nabierają większej szlachetności. Jest to o tyle istotne, że dzięki takiej polityce przesiadając się z niższych modeli na wyższe nie tylko mamy zachowaną spójność ideologiczną – w ramach jasno zdefiniowanej firmowej szkoły brzmienia, lecz również bardzo łatwy do uchwycenia progres jakościowy. Unikamy tym samym nie zawsze miłych niespodzianek wynikających z umownych skoków w bok, nie do końca łatwych do zrozumienia wolt i w efekcie niejako uczenia się swojego systemu na nowo.
Niezaprzeczalnie zyskują na takim punkcie widzenia bazujące na naturalnym instrumentarium tzw. cywilizowane gatunki muzyczne jak daleko nie szukając klasyka i jazz. Proszę tylko sięgnąć po fenomenalnie zagraną i nagraną „John Williams: The Berlin Concert” Berliner Philharmoniker pod batutą samego Johna Williamsa. Wielki aparat wykonawczy, potęga brzmienia i dynamika zdolna kruszyć mury to dość wymagający materiał, jednak z Flame’ami w torze mamy gwarancję nie tylko pełni możliwości dynamicznych naszego systemu, lecz również właściwą Berlińczykom finezję i opartą na fenomenalnym zgraniu koherencję, co wcale nie wyklucza pełnego dostępu do partii poszczególnych instrumentów. Uderzenia, wspomaganego waltorniami kotła śmiało możemy uznać za iście epickie a jednocześnie utrzymane w ryzach, dzięki czemu harfa, czy dęciaki nie muszą walczyć o uwagę słuchaczy. Scena budowana jest bardzo naturalnie – adekwatnie do liczebności składu i choć bardzo często przy tego typu wydawnictwach aż kusi, by nieco, na hollywoodzką modłę, ją rozdmuchać, to NxLT stawiają nawet nie tyle na umiar, co zgodny ze stanem faktycznym realizm tak pod względem szerokości i głębokości. Wrocławskie przewody nie wykazują również tendencji do przybliżania pierwszego planu, przez co przy symfonice z łatwością jesteśmy w stanie objąć zmysłami cały aparat wykonawczy a przy mniejszych składach w stylu „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen nie musimy nerwowo zabierać talerzyków z tortem makowym, w obawie przed ich strąceniem ze stolika kawowego przez wychodzących przed linię kolumn solistów. I choć wydawać by się mogło, że takie trzymanie słuchacza na dystans może powodować pewien niedosyt i brak namacalności, poczucia uczestnictwa, oczywiście w roli widza, w muzycznym spektaklu wystarczy odsłuch „Jump” projektu Juliety Eugenio, Matta Dwonszyka i Jonathana Barbera, by wyzbyć się wszelkich obaw. Chodzi bowiem o to, iż ów dystans w NxLT-owym wydaniu nie oznacza bynajmniej odsuwania muzyków od słuchaczy a jedynie możliwie wierne odwzorowanie w pełni naturalnej odległości pomiędzy sceną a pierwszymi rzędami, w jakich publikę usadzono. Ponadto kiedy do „ogarnięcia” mamy zaledwie trzy instrumenty wierność ich naturalnych gabarytów i barw staje się kluczowa a Flame’y z owego zadania wywiązują się celująco. Saksofon ma właściwą sobie głębię i „pikantną słodycz”, dzięki czemu potrafi czarować wysyceniem środka a jednocześnie, gdy wymagają tego okoliczności, kąsać górą. Kontrabas zachowuje zdroworozsądkową równowagę pomiędzy udziałem strun i pudła a i zestawowi perkusyjnemu wraz z przeszkadzajkami niczego nie brakowało, gdyż zarówno werbel miał właściwą sobie szybkość, kontur i masę a i blachy lśniły złotym blaskiem.

Tak jak większość z nas z wiekiem mądrzeje i nabiera zdroworozsądkowego dystansu do otaczającego nas świata, tak Flame – nowszy i zarazem wyższy model wrocławskiej manufaktury Next Level Tech kusi świetną rozdzielczością i wyrafinowaniem nie zapominając przy tym o dynamice i żywiołowości młodszego rodzeństwa. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za interkonektami zdolnymi w pełni oddać potencjał Waszej high-endowej elektroniki a jednocześnie operującymi na w pełni akceptowalnym pułapie cenowym, to właśnie Flame powinien stanowić punkt wyjścia, a coś czuję w kościach, że dla części z miłośników audiofilskich delicji również koniec poszukiwań, gdyż konia z rzędem temu, kto w podobnej, nieprzekraczającej 10 kPLN cenie będzie w stanie zaoferować tyle, co potrafią wrocławskie łączówki.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1; Tellurium Q Blue
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie wiem, jak Wy, ale ja uważam, iż dla polskich pasjonatów audio nastały fajne czasy. I nie mam w tym momencie na myśli rządowych działań socjalnych w stylu przeznaczanych na zabawę z elektroniką generującą dźwięk zasiłków 500+, czy kilku kolejnych tarczy antykryzysowych, tylko mocno stąpających po audiofilskiej ziemi rodzimych producentów. Jak pokazują wszelkiego rodzaju periodyki branżowe, jest ich na tyle dużo, że nawet najbardziej wymagający meloman jest w stanie coś ciekawego dla siebie wybrać. Niestety jak wiadomo, każdy kij ma dwa końce i podczas podejmowania decyzji trzeba być czujnym, żeby nie dać omamić się jakiemuś samozwańczemu szarlatanowi. Dlatego też, wiadomym jest, iż pierwszym krokiem do uniknięcia wtopy jest skorzystanie z naszych podpowiedzi. Oczywiście w żadnym wypadku niewiążących, jednak na tle wieloletniego obycia z naszym punktem widzenia tego świata w miarę reprezentatywnych. I mam nadzieję, że taką reprezentacyjną propozycją będzie również dzisiejszy bohater. Co istotne, parafrazując klasyka nie „bohater jednej akcji”, tylko producent mający na naszych łamach swoją, może niezbyt długą, ale jednak historię testową – kable sygnałowe XLR WATER i AIR. Mowa oczywiście o stacjonującym we Wrocławiu producencie Next Level Tech, który tym razem własnym sumptem dostarczył do redakcji swój najnowszy przewód sygnałowy NxLT Flame XLR.

Jeśli chodzi o technikalia, te z naturalnych powodów ochrony biznesowych „niejawnych” informacji nie będą czymś na kształt twórczości Elizy Orzeszkowej. To w dzisiejszych czasach nachalnego podrabiania wszystkiego co się da, naturalny i dla mnie zrozumiały odruch naturalny. Niemniej jednak co nieco udało nam się dowiedzieć. Jeśli chodzi o zastosowany przewodnik, mamy do czynienia autorską kombinacją splotu srebrnego Solid Core’a z miedzią OFC. W kwestii ekranowania producent oparł się o podwojenie tego procesu, z czego jeden jest izolacją sygnału od zakłóceń RFI. Zastosowane wtyki pochodzą od japońskiego producenta Oyaide, a ich terminacja odbywa się przy pomocy spawania i wieńczona jest nakładaniem powłoki srebra i złota. Bardzo dobrą informacją jest również fakt gwarantującego najwyższą jakość produktu ręcznego wykonywania każdej sztuki kabla.
I gdy dotarliśmy do końca listy uzyskanych informacji, pozostało mi jeszcze spełnienie prośby konstruktora. Mianowicie chodzi o fakt akomodacji naszego bohatera w nowym środowisku. Co prawda sam kabel zostaje wstępnie wygrzany przy pomocy specjalnego urządzenia, jednak z niewiadomych przyczyn pełnię swoich możliwości pokazuje dopiero po 2-3 dobach od wpięcia w nowy system. Co jest tego przyczyną, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że po kilku spalonych podejściach u potencjalnych klientów, zastosowanie zaproponowanego procesu układania się przewodu podczas drugiej próby kończyło się pełnym sukcesem. Chodzi oczywiście o potwierdzoną świetnymi wynikami sonicznymi decyzję zakupową.

Gdybym miał odnieść opiniowany dzisiaj kabel do poprzedników, z pełną świadomością tego czynu oświadczam, iż jest znacznie dojrzalszy. Co to oznacza? Nie pręży muskułów w żadnym aspekcie, tylko na pierwszy rzut ucha będąc jakby nieśmiałym stawia na znakomitą rozdzielczość. Jednak nie mylnie odbierane rozjaśnienie, tylko zastrzyk zwiększających namacalność muzyki informacji. I co jest najistotniejsze, nie w górnym rejestrze – ten przez moment wydaje się być nawet wycofanym, tylko w średnim i najniższym zakresie, wyraźnie zwiększając wielobarwność tych częstotliwości. To zaś sprawia, że z automatu poprawia się namacalność i znacznie wierniejsza w estetyce 3D projekcja pochłanianej muzyki.
Wyśmienitym przykładem znakomitej pracy testowanej sygnałówki była często goszcząca w ostwarzaczu płyta Adama Bałdycha „Sacrum Profanum”. Chodzi oczywiście o dwie sprawy. W pierwszej kolejności wielki bęben, zaś w drugiej skrzypcową wirtuozerię frontmena. W temacie kotła na szczególną uwagę zasługiwała znakomicie prezentowana praca membrany – chodzi nie tylko o jej wielkość i zejście, ale również długie, naszpikowane modulacją wybrzmiewanie. Natomiast przywołując skrzypce miałem na myśli ich dźwięczność, która mimo wspomnianego cofnięcia się najwyraźniejszych iskierek nic a nic nie traciła z bogatego pakietu informacji wywoływanych darciem końskim włosiem po jelitowych strunach. Informacji, które w tym przypadku zbędną świetlistość zamieniły w energię prezentacji.
Innym, fajnie wypadającym krążkiem po ożenku mojej konfiguracji z kablem NxLT był duet Anity Lipnickiej i Johna Portera „Nieprzyzwoite Piosenki”. Spokojnie, nie chodzi o głos artystki, który mimo wydobywania się z dziewczęcych płuc nie niósł ze sobą potencjału intymności na poziomie Cassandry Wilson – oczywiście nic pani Anicie nie ujmując, tylko o interesująco prezentowane gitarowe pasaże Johna Portera. Może nie były to wirtuozerskie popisy w stylu solowej płyty Pata Metheny’ego na gitarach akustycznych, ale nie mogę nie wspomnieć o świetnym odebraniu odpowiednio osadzonych w masie i ciekawie akcentowanych w kwestii krawędzi, wtórujących śpiewowi Anity, „około-wiosłowych” zabawach Johna. Wszystko pokazane było z drive-m, niezbędną esencją i fajnie zbilansowaną lotnością. Nic, tylko wcisnąć przycisk Play i zatopić się w muzyce.
Na koniec mocne uderzenie formacji Johna Zorna „Masada Live In Sevilla 2000”. Do odpowiedniego oddania zamierzeń artystów tej formacji potrzeba nie lada umiejętności systemu audio. I nie chodzi o możliwość wykreowania jedynie dużej ściany dźwięku, tylko również idącą z nią w parze, pozwalającą zawiesić czytelnie w eterze każdy instrument rozdzielczość prezentacji. Wystarczy zaburzyć choć jeden z przywołanych aspektów i mamy spektakularną, bliżej nieokreśloną kakofonię. A zapewniam, mimo pozornego szaleństwa, ten materiał muzyczny niesie ze sobą konkretny przekaz emocjonalny. Być może nie dla każdego, jednak dla wielu podobnych do mnie osobników homo sapiens z kontrolowanym syndromem ADHD jest to co jakiś czas niezbędna woda na pozwalający przetrwać na tym ziemskim padole, młyn.

Nie zdziwię się, gdy wielu z Was odbierze ten test jako pewnego rodzaju podprogowe promowanie rodzimej myśli technicznej, bowiem tak mniej więcej w istocie jest. Jednak na swoje usprawiedliwienie dodam, iż dzieje się tak tylko dlatego, że to naprawdę jest bardzo dobry, spokojnie mogący stawać w szranki z zachodnią konkurencją produkt. Czy sprawdzi się u każdego, zależeć będzie od wielu czynników, z których najważniejszymi są Wasza wiedza o dobrej prezentacji muzyki i co najmniej przyzwoita rozdzielczość potencjalnego systemu. Niestety w momencie poszukiwania efektownego „łał” lub czyniąc przez lata wiele prostych błędów, skleciliście zbyt otyłą układankę, wpięciem tytułowego kabla być może zawiedziecie się z kretesem. Jednak zapewniam Was, wina z pewnością nie będzie leżeć po jego stronie. Jest zbyt równy i rozdzielczy.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Producent: Next Level Tech
Ceny
Next Level Tech NxLT Flame XLR: 9 348 PLN /1,5 m + 760 PLN / 0,25m
Next Level Tech NxLT Flame RCA: 8 348 PLN / 1,5 m +550 PLN / 0,25m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po platformach 3545S & 4548SF przyszła pora na nie tyle podstawki, co podstawy – potężne stopy Wellfloat Delta & Delta Extreme.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dawno, dawno temu tytułowe, japońskie platformy antywibracyjne pojawiały się również pod banderą C.E.C.-a, jednak dziś dotarła do nas urocza parka  (3545 & 4548SF) przyozdobiona wyłącznie firmowym logotypem WELLFLOAT .

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zaczyna się robić dość ciasno na Olimpie audiofilskich switchy. Niby domorośli spece IT uważają, że do pełni szczęścia wystarczy budżetowy TP-LINK-a TL-SG105 (do którego pozwolę sobie jeszcze później nawiązać), jednak Ci co spróbowali w swoich systemach górnopółkowych rozwiązań rozdzielających sieć Ethernet pomiędzy ich streamery, smart-TV i NAS-y dziwnym zbiegiem okoliczności jakoś niezbyt chętnie wracają do cywilnych rozwiązań. I powiem szczerze, że zupełnie mnie to nie dziwi, gdyż kilkunastodniowe sesje z Innuos PhoenixNet , Melco S100, SOtM sNH-10G, czy Telegärtnerem M12 SWITCH GOLD nader wyraźnie pokazały jakiż potencjał drzemie w tych teoretycznie zupełnie obojętnych brzmieniowo akcesoriach. Ba, okazało się, że właśnie po powyższych testach powrót do zwykłego switcha śmiało można porównać do regresu z plików wysokiej rozdzielczości do epoki patefonu na korbkę, więc chciał, nie chciał absolutnym minimum staje się Silent Angel Bonn N8, bądź jego nieco bardziej estetyczny „klon” – NuPrime Omnia SW-8. Tak jak jednak nadmieniłem ww. ósemki powinny stanowić zaledwie prolog a nie finał poszukiwań, dlatego też z radością przystaliśmy na propozycję łódzkiego Audiofastu abyśmy przez kilka tygodni pomaltretowali najnowszy produkt amerykańskiego specjalisty od wszelakiej maści okablowania i akcesoriów poprawiających dźwięk zaawansowanych systemów audio, czyli sygnowany przez Synergistic Research ekskluzywny Ethernet Switch UEF.

Jeśli kierowalibyśmy się jedynie zasadą mówiącą, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i tak po prawdzie to właśnie ono jest najważniejsze, to na dobrą sprawę, po otwarciu pudełka (unboxing) z tytułowym switchem z powodzeniem moglibyśmy mu postawić pięć gwiazdek i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku odesłać do dystrybutora bez słuchania. W porównaniu bowiem do zwykłych, niższych lotów konkurentów jego zaoblony na rogach korpus wykonano z pojedynczego bloku aluminium a w roli płyty górnej wykorzystano nadający całości industrialnej elegancji płat carbonu. Z tegoż samego materiału wykonano również antywibracyjne, przykręcane nóżki. Ścianę przednią zdobi jedynie dyskretny napis informujący o producencie i … to by było na tyle. Zero diod komunikujących status podłączeń, czy nawet stan pracy samego switcha. Wystarczy jednak przesiadka na zakrystię i już takowe informacje uzyskamy, gdyż nie dość, że w profilu zintegrowanego z komorą bezpiecznika gniazda zasilającego IEC wkomponowano podświetlany włącznik główny, to tuż obok – nad gniazdem uziemienia (możliwość podpięcia pod stację SR Ground Block), umieszczono moduł tuningowy Silver UEF dający o sobie znać poprzez błękitną diodę wkomponowaną w zdobiący jego górny „dekielek” firmowy logotyp. Warto przy tym wspomnieć iż natężenie jej iluminacji jest w zupełności wystarczające, by ustawiony w pobliżu ściany włączony switch pełnił rolę nocnej lampki ułatwiającej przemieszczenie się po pomieszczeniu po zapadnięciu zmroku. Miłą niespodzianka okazuje się dołączony do switcha przewód zasilający, gdyż zamiast spodziewanego, zwykłego „komputerowego” OEM-a otrzymujemy półtorametrowy Foundation 12AWG AC, czyli przewód za ok. 3 kPLN.
Jeśli zaś chodzi o przyłącza, to tutaj mamy już klasykę gatunku, czyli pięć klasycznych gniazd (10/100/1000 Mbit/s) z umieszczonymi w lewych górnych rogach diodami informującymi o statusie połączenia. Od razu ułatwię życie wszelakiej maści łowcom burz i domorosłym fanom teorii spiskowych wskazując na ścieżkę, jaką powinny podążać ich wnikliwe działania śledcze. Otóż na kilku internetowych forach można natrafić na porównania dowodzące zastanawiające podobieństwo zastosowanych przez Synergistic Research w Switch UEF gniazd Ethernet do operującego w na nieco niższym pułapie cenowym (okolice 70 PLN) „cywilnego” i powszechnie dostępnego TP-LINK-a TL-SG105.
Co do trzewi, to niestety zarówno sam producent był niezwykle lakoniczny, jak i dystrybutor nie wykazywał zbytniego zainteresowania potraktowaniem bohatera niniejszego testu wkrętakiem, a i w sieci żadnych „rozbieranych” zdjęć znaleźć nie sposób, więc chciał, nie chciał musimy bazować na tym, co zamieszczono w materiałach informacyjnych. A tam dziwnym zbiegiem okoliczności poza wzmianką o zastosowaniu firmowych komórek EM Cell i wspomnianego już modułu UEF nic czy to o sekcji zasilania, czy też samej płycie głównej niestety nie znajdziemy.

Skoro nie wiadomo co siedzi w środku, a pewne poszlaki wskazywać mogą na mniej, bądź bardziej posuniętą transplantologię zwaną w pewnych kręgach rebrandingiem niejako a priori moglibyśmy oczekiwać iż Synergistic Research Ethernet Switch UEF będzie miał nie lada problem, by nie tylko pokonać w bezpośrednim sparringu, co wręcz zbliżyć się do poziomu mojego dyżurnego, zasilanego Foresterem F1 switcha Silent Angel Bonn N8. Pech w tym, że nawet na stanowiącym standardowe wyposażenie przewodzie zasilającym Foundation 12AWG AC Amerykanin zaoferował zauważalnie lepszą rozdzielczość, przestrzenność i może nie tyle sterylność, która niesie ze sobą sporo pejoratywnych skojarzeń, co cichość, czyli brak szumów, czarne tło i tym podobne określenia definiujące brak pasożytniczych artefaktów. Warto jednak od razu nadmienić, iż oba urządzenia reprezentowały bardzo podobne podejście do tematu kreacji dźwięku jako takiego. O ile bowiem Melco S100 i SOtM sNH-10G akcentowały plastyczny aspekt prezentacji nieco ją dosaturowując i dociążając, a z kolei Innuos PhoenixNet okraszał to dodatkową dawką energii, rozdzielczości i swobody, to Synergistic Research i Silent Angel wydają się orędownikami skądinąd słusznej idei Primum non nocere. Wygląda bowiem na to, że pozbywając się wad rozwiązań umownie określanych mianem „cywilnych”, dla których samo działanie jest w sukcesem i niejako kończy dyskusję, jednocześnie nie próbują wyważać już otwartych drzwi i wynajdywać koła na nowo, czy pokazywać rzeczywistości w zdecydowanie piękniejszych, aniżeli jest ona barwach. Przykładowo świetnie, jak na mainstream, zrealizowany króciutki „Give Me The Future” Bastille z Synergisticiem w torze zachwyca kontrolą i definicją najniższych składowych, których chłopaki nie szczędzą i przy gorszej rozdzielczości/kontroli systemu może to powodować niezbyt przyjemne dudnienie i zlewanie się basu w bezkształtną pulpę. A tu wszystko jest niezwykle zróżnicowane i czytelne. Podobnie odważna i zarazem komunikatywna, świetnie zszyta ze średnicą góra. Niby też śmiało możemy powiedzieć, że jest jej sporo, jednak nie przekroczono cienkiej czerwonej linii, za którą zaczyna się ofensywność, więc nawet sybilanty i elektroniczne piki i cyknięcia nie powodują grymasu dezaprobaty. Jest krystalicznie czysto lecz z pewnością nie chłodno – temperatura zachowuje raczej idealną równowagę. O ile jednak na ww. krążku Bastille trudno doszukać się naturalnych brzmień, to wystarczy sięgnąć po „Seidhjallar” Rúnahild i otwierający go utwór „Fullmånesang” gdzie odgłos niewielkich fal, a może wioseł niemalże bezgłośnie zanurzających się w tafli jeziora, charakteryzuje taki realizm, że trudno pozbyć się wrażenia jakbyśmy siedzieli w środku nocy na pomoście nad jeziorem ukrytym w głębi norweskiego lasu. I właśnie na tym albumie doskonale słychać może nie tyle ciszę, co absolutną czerń, mrok pomiędzy poszczególnymi dźwiękami. Może dla części z Państwa wydawać się to dziwne, że niejako wspominam o słyszeniu kolorów, jednak proszę mi wierzyć na słowo, a najlepiej przekonać się na własne uszy, że to skutki zażywania LSD, bądź innych substancji psychoaktywnych, a aplikacja SRES-a (Synergistic Research Ethernet Switch) właśnie takie zdolności percepcyjne u odbiorców rozwijająca.
Żeby jednak nie było zbyt różowo nie sposób nie wspomnieć też o drugiej stronie medalu, czyli bardzo wyraźnym różnicowaniu materiału źródłowego, czego konsekwencji łatwo się domyślić. O ile bowiem dla plików odtwarzanych z lokalnych zasobów sieciowych, np. NAS-a (moim przypadku rola ta przypadła I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB) było to przysłowiową wodą na młyn, to już z TIDAL-em było po japońsku, czyli jako-tako. Po prostu stream z chmury brzmiał zauważalnie mniej namacalnie i trudno było znaleźć nagrania o takiej samej intensywności definicji co z lokalnego dysku. Mamy zatem i punkt wspólny z Telegärtnerem M12 SWITCH GOLD, który również dość wyraźnie dawał do zrozumienia, że niezależnie od powszechności platform streamingowych chcąc budować poważny system dedykowany odtwarzaniu plików muzycznych przynajmniej na razie bez lokalnego dysku raczej się nie obejdziemy.
Niejako na deser zostawiłem jeszcze jedną odsłonę bohatera niniejszej epistoły, czyli jego występy wespół zespół z zastępującym standardowo dołączany przewód zasilający nieco wyższej usytuowanym w firmowym cenniku modelem Atmosphere SX AC Excite, czyli kablem za niemalże 8kPLN. I? I może to niektórych zdziwi, lecz śmiem twierdzić, że progres był w pełni adekwatny do koniecznych nakładów finansowych. Brzmienie switcha ewoluowało bowiem na zdecydowanie wyższy poziom definicji, rozdzielczości i potęgi, lecz nie w postaci jej sztucznego rozdmuchania, a czegoś, co wydaje się cechą natywną wysokich modeli Synergisticów. Czyli uwolnienia potencjału dynamicznego drzemiącego w materiale źródłowym. Niby na papierze może nie wyglądać zbyt imponująco, jednak podczas codziennych odsłuchów powrót do poprzedniej konfiguracji u większości osłuchanych odbiorców raczej nie będzie budził zbyt wielkiego entuzjazmu. Jednak z czystej ciekawości i poniekąd przekory postanowiłem sprawdzić sensowność aplikacji Atmosphere w zadku Forestera F1 i … bez większego zdziwienia odkryłem, iż zmiany jakie wprowadził ten przewód w przypadku switcha Synergistica zaliczyły przysłowiowa powtórkę z rozrywki z Silent Angelem, co jasno wskazywało, że nawet urządzenia o tak małym poborze mocy warto potraktować odpowiednio poważnie i zafundować im możliwie wysokich lotów okablowanie zasilające. Niestety nie dysponując dwoma ww. przewodami nie miałem możliwości równoległego porównania obu switchy, choć możliwie sprawne przepinanie wykazywało na ich zbliżone walory soniczne. Warto jednak podkreślić, iż o ile Silen Angel wymagał peryferyjnego zasilacza, dodatkowych przewodów DC, dwóch zestawów stopek antywibracyjnych S28, o kilogramowym dociążniku nie wspominając, to Synergistic to wszystko miał w pakiecie od razu po wyciągnięciu z pudełka i to w formie nie tylko zintegrowanej, co zdecydowanie atrakcyjniej „opakowanej”.

Nie da się ukryć, że Synergistic Research Ethernet Switch UEF nie jest urządzeniem tanim. Jednak biorąc pod uwagę jego trudną do jakiejkolwiek krytyki aparycję i perfekcję wykonania, oraz dołączany, wysokiej klasy przewód zasilający relacja jakość/cena wydaje się na wysoce akceptowalnym poziomie. Oczywiście nie sposób w podsumowaniu pominąć znaczącej poprawy w stosunku do zwykłych cywilnych odpowiedników, a jeśli chodzi o jego szanse z audiofilską, high-endową konkurencją, to śmiało można stwierdzić, że z pewnością część nabywców mogących pozwolić sobie na taki wydatek zdecyduje się właśnie na produkt Synergistica nie tylko ze względu na rozpoznawalność marki, a co za tym idzie spore szanse ewentualnej odsprzedaży na rynku wtórnym, lecz również uniwersalność brzmienia, dzięki któremu Ethernet Switch UEF z łatwością wpisze się w praktycznie każdy system.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1; Tellurium Q Blue
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Choćby pobieżnie prześledzenie rynku audio dosadnie pokazuje, iż w podziale tego tortu mamy dwa rodzaje biznesowego podejścia do tematu. Pierwszym jest mniejsza lub większa specjalizacja w niezbyt szerokim zakresie produktowym. Zaś drugim maksymalizacja pojemności swojego portfolio. Czy to oznacza, że producenci idący szeroką ławą przykładają mniejszą uwagę nie tylko do jakości wykonania, lecz również do sonicznych walorów swoich wyrobów? Być może się zdziwicie, ale mimo większego zakresu pracy nic z tych rzeczy. Gdzie zatem tkwi haczyk? Otóż słowo klucz to liczebność działu projektowego, a co za tym idzie jego wspomagana zaangażowaniem środków finansowych, pozwalająca utrzymać najwyższe standardy technologiczna wszechstronność. I właśnie z takim, zajmującym się nie tylko wszelkiej maści okablowaniem systemów audio, ale również sekcją jego zasilania, a także tematyką antywibracyjną oraz akustyką pomieszczeń, podmiotem po raz kolejny na naszych łamach będziemy mieli okazję dzisiaj się spotkać. Chodzi oczywiście o amerykańską manufakturę Synergistic Research, która za sprawą łódzkiego Audiofastu tym razem wystawiła do sparingu nie tylko bardzo modny pośród miłośników muzyki, ale również wręcz niezbędny do uzyskania jak najlepszej jakości dźwięku Ethernet Switch UEF.

Nasz punkt zainteresowania jest niedużą, wykonaną z aluminium, osłoniętą od góry karbonową pokrywą, przyjemnie zaobloną na rogach prostopadłościenną skrzynką. Po co w momencie możliwości schowania tego typu urządzenia za szafką, aż tyle zabiegów wizualnych? To proste. Z uwagi na planowane unikanie szkodliwych interferencji sąsiadujących ze sobą, bo zbyt ciasno upchanych urządzeń, wielu użytkowników wręcz eksponuje takie zabawki, dlatego dobrze jest zaproponować klientowi coś wyszukanego. Wykorzysta potencjał wizualny, dobrze. Nie wykorzysta, jego decyzja. Ważne, że widać solidne podejście producenta do sprawy już na poziomie aparycji, co pozwala domniemać, iż podobne podejście czeka nas w kwestii działania danego komponentu. Kontynuując opis switcha w kwestii awersu mogę wspomnieć jedynie o zorientowanym w lewym dolnym rogu logo marki, natomiast rewersu o zintegrowanym z włącznikiem gnieździe zasilania IEC, pięciu terminalach Ethernet, zastosowanym podobnie jak w okablowaniu module UEF oraz gnieździe firmowej stacji uziemienia SR Ground Block. I gdy wydawałoby się, że temat przybliżania naszego czyściciela sygnału Ethernet-owego mamy już za sobą, okazuje się, iż producent w trosce o dobrą pracę urządzenia wraz z produktem dostarcza solidny kabel sieciowy Foundation 12AWG AC 1.5 m. Przyznacie, że na tle dołączania przez konkurencję najtańszego „badziewia” to miła wiadomość.

Co wydarzyło się po aplikacji naszego bohatera? W pewnym sensie standard. Co oznacza fraza „w pewnym sensie”? Nic nadzwyczajnego. Po prostu każdy switch działa na tyle dobrze, na ile został dopracowany technicznie – mowa o budowie wewnętrznej i opatrzony peryferiami – piję do dostarczonego w komplecie kabla zasilającego. W tym przypadku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki muzyka nabrała innego oblicza. Nie dość, że przekaz wyraźnie oczyścił się ze zniekształceń, a przez to wyłonił się jakby z mgły, to przy okazji całość nabrała większego wigoru i energii. W dobrym tego słowa znaczeniu wyostrzył się kontur i drive słuchanej muzyki. Nagle z jednej strony wszystkiego było więcej, a z drugiej dało się tego słuchać znacznie głośniej bez najmniejszych szkód typu ściana bliżej nieokreślonego hałasu. To wydaje się być czystym szamanizmem, ale to się dzieje.
Fenomenalnym przykładem jest płyta „The Razors Edge” dość hałaśliwego zespołu AC/DC. To nie jest jakoś specjalnie dobrze zremasterowany krążek, a gdy źródło dodatkowo je kolokwialnie mówiąc zmasakruje, finalnie otrzymamy jeden wielki sceniczny chaos. A zapewniam niedowiarków, muzycy tej formacji mają konkretny, co prawda buntowniczy, ale mimo wszystko czytelny przekaz. Owszem, to ma być potężne uderzenie, jednak na ile się da, wyraźnie zaprezentowanymi popisami gitarowych solówek, wytyczanym mocną perkusją dobitnym rytmem i charakterystyczną wokalizą. I w takim duchu podczas testu tę płytę odebrałem. Było znacznie lepiej w domenie wyrazistości każdego źródła dźwięku nie tylko z racji lepszej ostrości wydarzeń na scenie, ale również ewidentnie słyszanego zastrzyku energii. Nagle ta ciężka do odtworzenia muza okazała się być przyjemniejsza w odbiorze i co pozytywnie zaskakujące, oczekiwanie dobrze rozplanowana na wirtualnej scenie. Okazała się na tyle strawniejsza, że nie zdziwiłbym się, gdyby stroniący od tego typu szaleństwa melomani choćby w celach poznawczych przesłuchali tę rockową opowieść od deski do deski.
Kolejne potwierdzenie słuszności użycia tytułowego Ethernet Switch UEF to kapiący intymnością krążek Carli Bruni „A l’Olympia”. W tym przypadku nie chodzi o wywołanie sonicznego trzęsienia ziemi, tylko zanurzenie się w duchowym konsumowaniu majestatycznie wyśpiewywanych słów, czasem poszczególnych fraz, ich inicjacji, bezkresnego trwania i nostalgicznego wygaszania. Naturalnie o aspektach typu napawanie się barwą głosu artystki, czy sposobem frazowania tekstu nie wspominam, gdyż ta płyta zazwyczaj z tego powodu ląduje na naszych półkach, a o oczywistościach nie ma co nadmiernie rozprawiać. Jednak jeśli geneza posiadana tego materiału jest taka jak wspomniałem, zapewniam, w przypadku braku posiłkowania się ustrojstwami podobnymi do naszego bohatera, po ich użyciu nie poznacie tej płyty. To będzie inny świat.
Na koniec ważna, dla mnie naturalna, dla innych być może zaskakująca ciekawostka. Otóż na finał testu w celach poznawczych naszego bohatera zasiliłem znacznie lepszym kablem sieciowym tego samego producenta – Atmosphere Excite SX. W efekcie tego ruchu wszystko opisane w powyższym akapicie zostało ewidentnie podkręcone jakościowo. To zaś pokazuje, że nasz tytułowy switch w standardowym wyposażeniu jest dopiero początkiem tego, co na bazie jego wizyty w torze da się osiągnąć. Czy warto, to dla każdego będzie już inny temat. Jednak znając życie nie zdziwię się, gdy spora grupa z Was naturalną koleją rzeczy pójdzie tą prowadzącą nas do bardziej namacalnego obcowania z muzyką, będącą solą życia prawdziwego melomana drogą.

Czy tytułowy rozdzielacz sygnału Ethernet ma jakiekolwiek aplikacyjne przeciwwskazania? Z jednym wyjątkiem żadnych. Co to za wyjątek? Banalny. Chodzi o zatwardziałość co poniektórych w swoim przekonaniu, że wszystko gra tak samo i podobne akcesoria są li tylko naciąganiem ich na pieniądze. Problem polega na tym, że jeśli nawet coś uda się im usłyszeć, będą robić wszystko, aby zdeprecjonować zastany wynik. To zaś spowoduje ich psychiczną katorgę, do czego w przypadku gdy muzyka łagodzi obyczaje z czystej empatii do nich nie namawiam. Wszyscy inni kochający muzykę zaś urządzenie Synergistic Research Ethernet Switch UEF co powinni spróbować. Jednak przy okazji być również przygotowanymi na potencjalne koszty związane z niemożnością dalszego słuchania ukochanej muzyki bez tego „dynksa”.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Synergistic Research
Ceny
Ethernet Switch UEF (zestaw z Foundation 12AWG AC 1,5m): 13 720 PLN
Dopłata do Atmosphere SX AC Excite 1,5m: 7 910 PLN

Dane techniczne
Wymiary (W x S x G) 7 x 25 x 15
Waga: 3 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

O ile testy słuchawek są niewątpliwym odpoczynkiem dla naszych nadwyrężanych taszczeniem High-Endowych ciężarów pleców, to tym razem okazało się, że i przy słuchawkach lekko nie będzie. Okazało się bowiem, iż rodzime Rafko do najnowszej odsłony referencyjnych HiFiMAN HE-R10P postanowiło spontanicznie dorzucić małe co nieco, czyli (nie tylko) słuchawkową, znaną z występów modelu Susvara amplifikację – EF-1000.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Cyrus CDt-XR & i7-XR

Opinia 1

Zapewne część z mniej bądź bardziej regularnie zaglądających na nasze łamy czytelników kojarzy pojawiające się co jakiś czas cykl dość luźno związanych ze sobą recenzji poświęconych tzw. systemom marzeń, czyli takich, które można niemalże oprawić w ramki pokazywać niezorientowanym jako swoisty wzorzec. Nie ukrywam, że z reguły owe zestawy kosztują iście bajońskie sumy, więc zazwyczaj obcowanie z nimi przypomina dwutygodniowy urlop w luksusowym kurorcie z opcją All Inclusive, po którym chciał, nie chciał trzeba wrócić do szarej rzeczywistości. Mówiąc wprost to takie połączenie chwilowej materializacji mało realnych marzeń ze swoistym masochizmem wynikającym właśnie z owej chwilowości posiadania urządzeń z brzmnieniowo-cenowej stratosfery. A pamiętacie Państwo swoje sprzętowe marzenia sprzed dajmy na to dwóch, czy trzech dekad? U mnie wtedy na tapecie był niepozorny gabarytowo zestaw elektroniki Cyrusa ze zjawiskowymi podstawkowcami Mission 750 LE w palisandrowej okleinie. Niby tamte marzenia wydawały się może nie tyle nierealne, co w pełni zaspakajające coraz jaśniej sprecyzowane oczekiwania, lecz przynajmniej w moim przypadku, porównując właśnie ówczesne „obiekty kultu”, czyli przysłowiowego gonionego króliczka z chwilą obecną z coraz większą nostalgią dochodzę do wniosku, iż po pierwsze to, co wtedy wydawało się właśnie owym spełnieniem marzeń zapewniającym zaleczenie audiophilii nervosy dzisiaj jest niemalże na wyciągnięcie ręki i sensowym punktem wyjścia. Po drugie zaś, ceny współczesnego High-Endu spełnieniem owych marzeń niejako z założenia być mającego już dawno minęły granice zdrowego rozsądku, więc dla własnego zdrowia psychicznego i z czystej ciekawości warto czasem skonfrontować owe zamierzchłe pragnienia ze współczesnymi realiami. O ile jednak w aktualnej ofercie Mission próżno szukać odpowiedników jubileuszowych 750-ek, to już portfolio Cyrusa wydaje się nad wyraz dobrze zaimpregnowane na zmieniające się mody i kaprysy rynku, gdyż lwia część angielskiej oferty nadal pozostaje wierna dawnym wzorcom i ani myśli zrezygnować ze wzornictwa i gabarytów pieszczotliwie porównywanych do pudełek po damskim/dziecięcym obuwiu. Dlatego też gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja z autentycznym entuzjazmem przystałem na złożoną przez reprezentującego na naszym rynku wyspiarzy dystrybutora Electronic International Commerce (EIC) dotyczącą rzucenia tak okiem, jak i uchem na niepozorny, acz nieoczywisty (o czym dosłownie za chwilę) zestaw Cyrus CDt-XR & i7-XR.

O ile na pierwszy, pobieżny i niezobowiązujący rzut oka mogłoby się wydawać, iż dostarczony na testy set obejmuje klasyczny odtwarzacz CD wraz ze wzmacniaczem zintegrowanym, to już po chwili okazuje się, iż tak sądząc rację będziemy mieć jedynie połowicznie, gdyż o ile i7-XR rzeczywiście jest integrą, to już CDt-XR nie jest odtwarzaczem a jedynie … transportem. Dziwne? Niekoniecznie, bowiem zwróćcie Państwo uwagę, iż tak na dobrą sprawę obecność przetwornika cyfrowo-analogowego na pokładzie usytuowanych na rozsądnych pułapach cenowych wzmacniaczy zintegrowanych jest czymś na tyle oczywistym, że jego brak w większości przypadków uznawany jest niemalże za ułomność, bądź trudną do wytłumaczenia fanaberię (skąpstwo?) producenta. Po co więc dublować funkcjonalności i mnożyć koszty, skoro i tak lwia część nabywców swoje systemy kompletować będzie ograniczając się li tylko do oferty Cyrusa. Przesadzam? Bynajmniej. Po prostu z doświadczenia wiem, iż Anglicy należą do dość elitarnego grona producentów, obok Naima, Audio Note’a, Regi, etc., którzy skupiają wokół siebie wianuszek na tyle wiernych akolitów, że decydując się początkowo nawet na jedno urządzenie z wiadomego katalogu, pozostałe również będą dobierali z niego. A skoro i tak będą egzystowali w obrębie firmowego ekosystemu, to lepiej skupić się na jego dopieszczaniu i optymalizacji zamiast inwestycji w elementy, które i tak finalnie będą jedynie podnosiły koszty i zajmowały miejsce, a tego w korpusach Cyrusów nigdy nie było zbyt wiele.
Warto bowiem zwrócić uwagę na fakt, iż tak po prawdzie dwa postawione obok siebie 21,5 cm Cyrusy zajmą na półce mniej więcej taką powierzchnię jak jedno, konwencjonalne urządzenie konkurencji. Utrzymane w nowej szacie kolorystycznej („Phantom Black”) odlewane aluminiowe korpusy z wytłoczonym firmowym logotypem i niewielkimi radiatorami w tylnej części zapewniają fenomenalną sztywność niewielkim urządzeniom o charakterystycznych, mogących przywodzić na myśl delikatny przodozgryz frontach, gdzie na żuchwach umieszczono po siedem wielce urodziwych podświetlonych dotykowych przycisków funkcyjno/nawigacyjnych. W przypadku transportu nad owym rządkiem umieszczono przypominający szeroki uśmiech otwór transportu szczelinowego i niewielki, niezbyt czytelny wyświetlacz LCD o regulowanej iluminacji oraz kontraście. Z kolei w integrze nieco większemu, dwuwierszowemu displayowi towarzyszy z prawej strony gałka regulacji wzmocnienia. Pochodną unifikacji są też bliźniacze włączniki główne i czujniki IR okupujące lewe flanki. Przesiadka na zaplecze wyraźnie podkreśla specjalizację tytułowych komponentów, gdyż CDt-XR może pochwalić się jedynie wyjściami optycznym i koaksjalnym, którym towarzyszy przelotka firmowej magistrali komunikacyjnej MC BUS, wielopinowe gniazdo dedykowane zewnętrznemu zasilaczowi PSU-XR oraz dwa porty mini-USB przeznaczone do zmiany oprogramowania napędu oraz logiki sterującej. Listę zamyka dwubolcowe gniazdo zasilające IEC. Natomiast plecy i7-XR to istny lunapark. Na bądź co bądź nader ograniczonej przestrzeni projektantom udało się wcisnąć w zaskakująco logicznym porządku ulokowane na obu flankach akceptujące wyłącznie wtyki BFA podwójne terminale głośnikowe, przelotkę firmowej magistrali MC BUS, stało i zmiennonapięciowe wyjścia, sekcję przedwzmacniacza MM z zaciskiem uziemienia, cztery pary wejść analogowych (wyłącznie RCA), wyjście słuchawkowe i sekcję cyfrową z dwoma wejściami optycznymi, dwoma koaksjalnymi i portem USB. Nie zabrakło również gniazda mini-USB do ewentualnego upgrade’u i dwubolcowego zasilającego IEC. 7-ka może pochwalić się niezbyt imponującą, przynajmniej na papierze, mocą 52W przy 6 Ω obciążeniu na kanał i własnego pomysłu płytką przetwornika QXR DAC zapewniającego obsługę 24/192kHz dla wejść SPDIF i 32bit/384kHz oraz DSD 256 dla USB. W sekcji zasilania wykorzystano klasyczny transformator toroidalny i parę pokaźnych kondensatorów. Pionowo umieszczony toroid zagościł również w transporcie, którego sercem jest firmowe „Servo-Evolution” zapewniające zgodnie z danymi producenta o 20% lepszą od poprzednich rozwiązań korekcję błędów i przede wszystkich charakteryzujące się zdecydowanie niższym poziomem szumów.

Przechodząc do części poświęcanej brzmieniu tytułowego duetu śmiało możemy stwierdzić, iż łączy ono w sobie wszystko to, co z klasycznym brytyjskim brzmieniem może się znawcom gatunku kojarzyć i swobodę, oraz dynamikę mające spore szanse złapać za ucho nowych fanów marki. Co ciekawe efekt finalny jest pochodną pewnej zwiewności i delikatnego zdystansowania dążącego do jak największej liniowości, transparentności transportu uplastycznionej, przybliżonej, dociążonej i doładowanej energetycznie przez integrę. Wydawać by się mogło, że to klasyczny przykład leczenia dżumy cholerą, jednak proszę mi wierzyć, że tak nie jest. Jedynie na potrzeby niniejszej recenzji starałam się wycisnąć maksymalnie skondensowaną esencję cech każdego z urządzeń, zwrócić uwagę i zaakcentować ich kluczowe cechy i mając je z głowy, już na spokojnie zająć się bardziej kwiecistymi opisami. Chodzi bowiem o to, że z brzmieniem Brytyjczyków jest podobnie jak z ich osiągami, które na papierze raczej nie wzbudzą entuzjazmu, szczególnie w dobie D-klasowych gotowców, które upakowane w zdecydowanie mniejszych korpusach potrafią kusić kilkusetwatowymi wynikami. Tymczasem wystarczy wygodnie rozsiąść się w fotelu, sięgnąć po podświetlanego systemowego leniucha i zacząć słuchać ulubionych albumów, by przekonać się, że w tym pozornym zdystansowaniu jest zaskakująco dużo prawdy i zaangażowania. Problem jednak w tym, by dać sobie czas na akomodację i zrozumienie pomysłu na dźwięk, bowiem Cyrusy na tle podobnie wycenionej, współczesnej konkurencji wydają się odpowiednikiem domowej doprawionej solą i naturalnymi przyprawami potrawy po przesiadce ze stołówkowej, suto podsypanej glutaminianem sodu i innymi intensyfikatorami smaku i zapachu diety. Jest dynamicznie, lecz bez podbicia wyższego basu. Jest komunikatywnie, lecz nienachalnie a średnica, choć świetnie „ukrwiona” daleka jest od przesaturowania i sztucznego wypychania przed szereg. Wspomniany bas początkowo może wydawać się nieco zbyt lekki, jednak wystarczy sięgnąć po nader często goszczące na naszych playlistach „Black Market Enlightenment” Antimatter , by zrozumieć, że to, co jest na płycie Cyrusy zagrają, jednak bez dokładania od siebie dodatkowych, nieobecnych na materiale źródłowym pomruków i dudnień. Dzięki temu akcent z masy przesuwa się w kierunku timingu i zróżnicowania, więc zamiast niekontrolowanej ilości dostajemy wielce akuratną jakość. Oczywiście koszmarnej realizacji „Pump” Aerosmith nic nie jest w stanie pomóc, więc i tym razem przesunięta w górę równowaga tonalna i kompresja dawały o sobie znać. Niemniej jednak nawet na tym klasycznym „jazgotniku” do głosu dochodziła chęć odpowiednio atrakcyjnego zaprezentowania średnicy i oddania energii góry bez nadmiernego epatowania jej metalicznością. Po prostu wyraźnemu spłaszczeniu uległa scena, a hard-rockowe instrumentarium przykryła matowa mgiełka.
Zdecydowanie lepiej wypadła dobrze zrealizowana elektronika, gdyż zarówno Malia z Borisem Blankiem na „Convergence”, jak i Brendan Perry na „Ark” pokazali, że wspomniane 56W integry spokojnie możemy liczyć niemalże „lampową” miarą, więc nawet z niezbyt łatwymi do wysterowania kolumnami w stylu moich dyżurnych Contourów bez większych obaw można osiągnąć iście koncertowe poziomy głośności ze świetnie zdefiniowanym fundamentem basowym i iście zjawiskową przestrzenią . Może całość nie miała takiej potęgi i ataku a źródła pozorne nie zostały tak precyzyjnie zdefiniowane, jak z 300W Brystona, jednak wystarczy spojrzeć na różnicę w cenie pomiędzy angielskimi krasnoludkami a kanadyjską końcówką, by przestać zadręczać się ewentualnymi dylematami, czy to, co dobiega naszych uszu ma szanse cieszyć dłużej niż do momentu spadku euforii związanej z nowym nabytkiem.
Rozgrywające się na pierwszym planie wydarzenia przez transport budowane są wyraźnie za linią kolumn a i wzmacniacz nie jest skory do ich przybliżania, więc nawet w mniejszych pomieszczeniach użytkownicy nie powinni mieć problemów z pakowaniem się wokalistów i solistów na kolana. Taki sposób prezentacji sprawdza się również przy klasyce i wielkich składach orkiestrowych, gdyż dodatkowy dystans ułatwia spojrzenie na cały aparat wykonawczy. Unikamy tym samym wrażenia siedzenia w pierwszym rzędzie wielkoekranowego multiplexu gdzie śledzenie rozgrywającej się akcji wymaga od nas nawyków bywalca kortów tenisowych.

Wszystko zatem wskazuje, że lata płyną, rynek Hi-Fi bezdyskusyjnie się zmienia a Cyrus twardo stąpając po ziemi uparcie oferuje swoją elektronikę w delikatnie uatrakcyjnionej szacie wzorniczej i zaskakująco korzystnej relacji jakość/cena. Jeśli powyższe resume budzi Państwa wątpliwości gorąco zachęcam do odsłuchu tytułowego duetu, czyli CDt-XR i i7-XR, by na własne oczy i uszy się przekonać, że w tych niepozornych maluchach zaklęto naprawdę sporo dobrego dźwięku.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1; Tellurium Q Blue
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie ma co się oszukiwać. Tytułowa marka Cyrus jeszcze ok 10 lat temu była na ustach praktycznie każdego, nawet średnio zorientowanego miłośnika muzyki. W owym czasie był to pochodzący z wysp brytyjskich, ramię w ramię kroczący z marką Naim, oferujący poszukiwane przez wielu, bo osadzone w fantastycznej barwie brzmienie producent audio. Niestety nieubłaganie przemijający czas sprawił, że wyspiarze może nie zostali zepchnięci na boczny tor – spokojnie, mają za sobą solidne zapracowaną dobrą reputację, ale z pewnością nie są już na tak zwanym świeczniku. To źle? Nic z tych rzeczy. Przynajmniej dla szczęśliwych posiadaczy produktów tej stajni, gdyż marka wprowadzając coś dobrego do portfolio, nie chcąc podążać za obecnym bezmyślnym nurtem szybkich roszad w ofercie za cenę rozpoznawalności, nie musi nazbyt często go zmieniać. Tłumacząc na nasze, jeśli coś jest dobre, nie ma sensu nic przy nim grzebać. Oczywiście Cyrus również nie stoi w technologicznym miejscu. Wie, że oczekiwania nawet najbardziej zatwardziałych fanów ewaluują, dlatego idzie z tak zwanym, zdroworozsądkowych nurtem. Nurtem, którego idealnym przykładem jest zaproponowany dzisiaj zestaw elektroniki. Co udało na się pozyskać na testy? Otóż dzięki logistycznemu wysiłkowi warszawskiego dystrybutora EIC w nasze progi trafił ciekawy tandem w postaci transportu płyt kompaktowych Cyrus CDt-XR oraz wyposażonego w przetwornik cyfrowo/analogowy wzmacniacza zintegrowanego i7-XR. Przyznacie, że na tle obecnych trendów zestaw dość nietypowy. Jednak myślę, iż właśnie owa nietypowość dla większości z Was będzie zarzewiem ciekawości, jak wypadł w testowym starciu, na skrót z którego zapraszam do kilku poniższych akapitów.

Rozprawiać o naszym bohaterze, to jakby rozprawiać o czymś nieprzemijalnym. I zapewniam Was, że nie mam na myśli jedynie ponadczasowego, znakomicie opierającego się upływającemu czasu designu. Oczywiście na wyjaśnienie drugiej części powyższego stwierdzenia będzie okazja w kolejnym akapicie, dlatego teraz skupmy się na technikaliach. Cyrus jak to Cyrus w kwestii rozmiarów od zawsze plasuje się gabarytach tak zwanej wierzy midi, czyli jest stosunkowo kompaktowy. W tym przypadku mamy do czynienia z niezbyt szerokimi, o średniej wysokości i również średniej głębokości, identycznymi bez względu na pełnione zadania aluminiowymi obudowami. Jeśli chodzi o akcenty wizualne, te opierają się o wykończenie skrzynek w kolorze wariacji na temat grafitu, wyfrezowane logo marki na ich górnej połaci oraz zorientowane w tylnej części, przenikające z bocznych parceli na dach radiatory. Kształt rozpoznawalnego od pierwszego rzutu okiem frontu w dolnej części został wyprofilowany w coś na kształt skośnego panelu sterującego urządzeniem, na którym w zależności od konkretnego produktu znajdują się stosowne przyciski. Ale to nie wszystkie cechy wspólne awersu, gdyż w centrum jego pionowej powierzchni inżynierowie zaaplikowali niewielkie wyświetlacze wraz z usytuowanymi po ich lewej stronie włącznikami inicjującymi pracę urządzeń. Na tym kończą się podobieństwa, gdyż transport w odróżnieniu od wzmacniacza pod wspomnianym okienkiem informacyjnym może pochwalić się szczeliną do aplikacji płyt CD, zaś integra z jego prawej strony gałką wzmocnienia. Przechodząc z opisem na tylny panel w kwestii źródła mamy do czynienia jedynie z gniazdem zasilania, dwoma wyjściami cyfrowymi SPDiF oraz Optical, wejściem i wyjściem magistrali komunikacyjnej MC BUS oraz dwoma portami mini USB do upgrade’u urządzenia. Zaś temat wyposażenia awersu wzmacniacza rozwiązują: gniazdo sieciowe, podwojone terminale kolumnowe, wyjście na słuchawki, wejście dla sygnału z gramofonu MM wraz z zaciskiem masy, pięć wejść cyfrowych (2x Optical, 2x COAX, 1xUSB), cztery wejścia liniowe, kilka innych typu MC BUS, PRE OUT, FIXED oraz podobnie do transportu komputerowe gniazdo serwisowe. Wieńcząc opis budowy pakietem technikaliów warto jest wspomnieć, iż zaimplementowany we wzmacniaczu DAC przez złącze USB obsługuje formaty DSD do 256 a PCM do 32bit/384kHz, zaś sam wzmacniacz jest w stanie zaoferować moc na poziomie 52W/6 Ohm.

Rozpoczynając opis brzmienia brytyjskiego konglomeratu, nie mogę nie zaznaczyć faktu bardzo trudnego zadania dla wzmacniacza. Nie chodzi nawet o jakość grania w wartościach bezwzględnych – no może pośrednio, tylko o walkę maleńkiego piecyka z monstrualnymi kolumnami Rolanda Gaudera. Różnica gabarytowa jest tak dramatyczna, że w pierwszej chwili przez myśl przeszła mi obawa, czy w ogóle Cyrusowi uda się wydobyć z nich jakiś w miarę strawny dźwięk. Powodem takiego stanu rzeczy oczywiście był deklarowane przez producenta oddawanie mocy na poziomie 52W na kanał, co prawdopodobnie – myślę, iż nie jestem bardzo daleki od prawdy – teoretycznie jest potencjalnym minimum do solidnego nakarmienia prądem zwrotnic, a co dopiero dodatkowo poruszyć baterią membran. Na szczęście zdobyte przez markę wieloletnie doświadczenie ku mojemu oczywiście pozytywnemu, niemniej jednak wielkiemu zdziwieniu, pozwoliło wzmacniaczowi radzić sobie z niemieckimi pannami na niezłym poziomie. Może nie było to trzymanie ich na wodzy od sejsmicznych pomruków basu po słyszalne jedynie przez nietoperze infradźwięki, ale powiem tak, czapki z głów. Co to oznacza?
Przekaz z tytułowego konglomeratu cechowała fajna żywiołowość grania. Mianowicie może bez szaleństw, ale dobrze radził sobie z mocnym basem, aby nie popaść w szkodliwą nadwagę – dla tego brandu ważnym elementem przekazu jest drive – nie szukał poklasku w siłowym nasycaniu średnicy, zaś całość okraszała swobodna projekcja wysokich tonów. To było na tyle wymowne, że mimo utrzymania centrum pasma w dobrej wadze, jestem w stanie określić tę prezentację jako raczej krążącą wokół neutralności, aniżeli nasycenia. Ale zaznaczam, nawet przez myśl nie przechodziła mi ocena w stylu anoreksji, tylko swobodne, w miarę neutralne, na poziomie dwudziestu kilku tysięcy granie. I słowem kluczem w tej ocenie jest przywołana cyfra. Niestety aby tak ciekawie oddać ducha muzyki, trzeba mieć za sobą lata pracy, co Cyrus nie tylko ma, ale jak widać na załączonym obrazku, dosadnie udowodnił.
Fajnym przykładem była płyta rodzimego zespołu Riverside „Wasteland”. Kiedy wymagał tego materiał, raz czuć było potęgę grania całej formacji, innym razem przecież jak wspominałem niepodkręcane barwowo przez średnicę, a mimo to bardzo wymowne w prezentacji gitarowe riffy, a jeszcze innym z rozmachem przeszywająca wirtualna scenę wokaliza. Nie wiem, jak Anglicy to zrobili, ale opisywane maluchy na tyle potrafiły stworzyć ścianę rockowego, a to oznacza, że pełnego ekspresji, a mimo to nie krzykliwego uderzenia, że bez naciągania faktów w oparciu o potencjalne siły wzmacniacza określiłbym to jako spokojne wyjście z tarczą. Mało? Posłuchajcie pierwszego i bodajże piątego kawałka, a zrozumiecie że momentami w wielkim kopem zespół jedzie po bandzie i jeśli nie zrobi się z tego jedna niestrawna papka, sparing można uznać za wygrany.
Kolejny krążek to znana chyba przez wszystkich Patricia Barber z materiałem „Cafe Blue”. Ktoś powie, że jest dobrze nagrana, to system miał z górki. Nic z tych rzeczy, bowiem owszem, to jest dobra realizacja, jednak nasączona pułapką w postaci mocnej prezentacji górnego zakresu, co często sprawia, że wspomniana artystka sieje sybilantami jak nie przymierzając w sowach Rusek z katiuszy. Na szczęście dostarczony do testu set był tak dobrany, że przy wyartykułowanej swobodzie górnego zakresu, w pewien sposób nosił znamiona plastyki. Naturalnie nie było szans na pozbycie się syczących artefaktów, jednak z pewnością nie grały pierwszych skrzypiec. A jeśli tak, to na bazie opisu muzyki rockowej o resztę aspektów przekazu w postaci projekcji basu i wagi dźwięku, nie tylko że się nie martwiłem, to dostałem ciekawe potwierdzenie.
Na koniec wymagająca muzyka sakralna nagrywana w wielkich kubaturach. W tym przypadku również wszystko szło zgodnie z planem. Bez wycieczek w upiększanie świata muzyki, ale za to dobra próba pokazania realiów nagrywania materiału. Wszystko nosiło na tyle dobre proporcje, że nie tylko Jan Garbarek na swoim saksofonie, ale również cztery męskie głosy zapewniły mi zaskakująco – z uwagi na pewnego rodzaju nonszalancję grania Cyrusa bałem się wtopy – zrównoważony sonicznie koncert.

Jak w wartościach bezwzględnych określiłbym naszych bohaterów? Dla mnie byli bardzo przekonujący, bo grali z pewnego rodzaju flow. Flow z jednej strony ciekawie pokazujące mocne uderzenia, ale z drugiej umiejące pochylić się nad materiałem mistycznym. Czy da się lepiej? Naturalnie, tylko proszę zauważyć, na jakim poziomie cenowym za w pełni obsługujący wszelkie formaty cyfrowe – nie tylko pliki wysokiej rozdzielczości, ale również poczciwe płyty CD, jesteśmy. Rozmawiamy o secie za trochę ponad 20 tys. złotych, który pokazał się z bardzo uniwersalnej strony. Bez specjalnego chadzania za nasyceniem, czy nadinterpretacją otwartości przekazu, tylko z troską o przyzwoite utrzymanie zdrowego rozsądku w każdym wycinku pasma. I właśnie na bazie takiego umiarkowanego podejścia do tematu sądzę, że jeśli nie szukamy wyczynowości w malowaniu słuchanej muzyki – przypominam, iż na tym poziomie cenowym często kończy się to bardzo źle, tandem Cyrusa CDt-XT & i7-XR jestem w stanie zaproponować dosłownie wszystkim. Przesadzam? Nic z tych rzeczy.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: EIC
Producent: Cyrus
Ceny
Cyrus CDt-XR: 14 999 PLN
Cyrus i7-XR: 14 999 PLN

Dane techniczne
Cyrus CDt-XR
Wymiary (W x S x G): 73 x 215 x 360 mm
Waga: 3,7 kg

Cyrus i7-XR
Moc wyjściowa: 2 x 52W / 6 Ω
Wejścia: 4 pary RCA, Phono MM, 2 x Optical, 2 x coaxial, USB
Wyjścia: Preamp, słuchawkowe (2 x 138mW @ 16 Ω)
Obsługa sygnałów cyfrowych
– SPDIF:24/192kHz
– USB: PCM 32bit/384kHz, DSD 256
Wymiary (W x S x G): 73 x 215 x 360 mm
Waga: 4,9 kg