Opinia 1
Wszyscy znający mnie bliżej audiomaniacy znakomicie znają moje podejście do lampowych rozwiązań audio. Owszem, spokojnie można stwierdzić iż lubię oferowaną przez nie prezentację. Ba, nawet potrafię się nią zachwycić. Jednak na chwilę obecną codziennym w perspektywie codziennego obcowania, przynajmniej dla mnie, prezentuje nazbyt piękną, bo w przeważającej ilości zbyt mocno polukrowaną wizję świata muzyki – naturalnie mam na myśli udane konstrukcje. Teoretycznie wszystko jest w porządku, bo esencjonalnie, namacalnie i lotnie, jednak zazwyczaj raz mniej, a innym razem bardziej brakuje im jednego. Dla ułatwienia dodam, że chodzi o pierwiastek pozwalający na komfortowe słuchanie i przysłowiowego plumkania i rockowego szaleństwa. O co chodzi? To chyba jasne, że o odpowiedniej jakości dolny zakres. I nie chodzi o jego ilość, bo przysłowiową bułę bardzo łatwo wytworzyć, tylko jakość w rozumieniu zejścia, energii, dobrze rozumianej twardości i odpowiedniej rozdzielczości. I gdy do niedawna sytuacja wydawała się bez wyjścia, coraz częściej konstruktorzy rozwiązań lampowych pokazują, że gdy dysponuje się odpowiednią wiedzą, zamknięte w szklanej bańce elektrony w wielu aspektach projekcji basu są w stanie stawić czoła dobrym tranzystorom. Niemożliwe? Bynajmniej, o czym po niedawnym teście phonostage’a Destination Audio – to był znakomity przykład, jak brzmi mój lampowy wzorzec, kolejny raz przekonałem się podczas testu dzisiejszego bohatera. O kim, a raczej o czym mowa? Cóż, marka dopiero przeciera szklaki na naszym rynku, jednak jeśli robi to w ten sposób – o tym w dalszej części tekstu, nie mam więcej pytań. Panie i panowie, oto przedstawiciel duńskiej myśli technicznej, z portfolio którego, dzięki olsztyńskiemu dystrybutorowi Prestige Audio, w nasze progi trafił pokazujący, że dla lampy nie ma rzeczy niemożliwych przedwzmacniacz liniowy Zikra Audio Preamlifier.
Jak na high end-ową konstrukcję przystało, nasz bohater składa się z dwóch osobnych bytów. Naturalnie głównym powodem jest zapewniające jak najlepsze efekty brzmieniowe oddzielenie odpowiednio rozbudowanej sekcji zasilania od sterującej sygnałem głównej części przedwzmacniacza. Ich obudowy są typowymi, wykonanymi z polerowanego aluminium płaskimi platformami, a różnią je li tylko skryte wewnątrz układy oraz usadowiony na górnej płaszczyźnie osprzęt. Wszystko jest na tyle fajnie przemyślane, że mimo spełniania różnych zadań oprócz zastosowania różnych lamp, obydwa moduły wizualnie są do siebie bardzo podobne. Chodzi o w obydwu przypadkach umieszczenie na bokach serii skrytych w czarnych puszkach dławików oraz centralnie osadzonego w zasilaczu transformatora i aplikację pomiędzy nimi stosownych dla każdego z produktów lamp elektronowych. Jeśli chodzi o wyposażenie manualne zasilacza, z racji prostego zadania nakarmienia urządzenia życiodajną energią został wyposażony jedynie w główny włącznik na prawym boku oraz gniazdo bezpiecznika, zasilania i przewód zakończony wielopinowym wtykiem do połączenia z sekcją sterującą. Natomiast preamp, na froncie oferuje nam dwie gałki sterujące – wzmocnienia i wybór wejścia liniowego, na rewersie gniazdo odbierające energię elektryczną od zasilacza, wyjścia sygnału w standardzie XLR z realizującymi ich wybór dla każdego kanału osobno przełącznikami hebelkowymi oraz na górnej płaszczyźnie tuż przy tylnej ściance zestaw wejść i wyjść z przedwzmacniaczem gramofonowym włącznie w wydaniu RCA. Tak pokrótce prezentuje się nasz punkt zainteresowania. Chyba przyznacie, że nasz bohater prezentuje się nie tylko okazale, to jeszcze pokazuje, jak przy realizacji innych zdań można ciekawie zunifikować wizualnie dwie zajmujące się całkowicie innymi zadaniami konstrukcje. Mówiąc kolokwialnie, ja to najzwyczajniej w świecie kupuję.
Gdy przeszedł czas na kilka strof o brzmieniu rzeczonego przedwzmacniacza, myślę, że bardzo istotnym dlatego testu będzie moje skromne oświadczenie. Otóż jeśli w tym momencie z jakiś powodów miałbym obcować z konstrukcjami lampowymi, w dziale wstępnego wzmacniania sygnału audio Zikra Audio Preamlifier byłby jednym z niewielu, jeżeli nie jedynym – to naturalnie zależałoby od finalnego brzmienia reszty toru – kandydatem do ożenku. Powodem jest oczywiście cały czas mocno artykułowany przeze mnie aspekt radzenia sobie tego rodzaju konstrukcji z niskimi rejestrami. Czy to oznacza, że reszta pasma akustycznego jest dla mnie mniej istotna? Naturalnie nic z tych rzeczy, jednak nawet średnio znający się na rzeczy pasjonat audio spokojnie powoła do życia coś grającego w estetyce piękna ponad wszystko. Będzie soczyście, przez to przyjemnie, lotnie i dzięki temu zjawiskowo namacalnie, jednak zabraknie pierwiastka pozwalającego włożyć do odtwarzacza, czy położyć na talerzu gramofonu czegoś z dwóch stron muzycznej barykady. Oczywiście taki „umilacz” życia pozornie zagra wszystko. Tylko czym innym jest słuchanie muzyki bo jest ładna, a czym innym jest obcowanie z pełną skalą jej nieprzewidywalności. A niestety, ta ostatnia bardzo mocno determinowana jest podejściem danego urządzenia do posadowienia dźwięku w odpowiednich proporcjach uderzenia, krawędzi i kontroli. To nie może być nudne, miękkie masowanie trzewi, bo rock i elektronika tak naprawdę tego nie cierpią, tylko w zależności od słuchanego materiału umiejętne dozowanie wspomnianej miękkości na przemian ze skomasowaną energią. Dlatego też od samego początku jak mantrę wspominam kwestię basu, bowiem taki, jakże bardzo oczekiwany przeze mnie stan pokazał mi opiniowany duński przedwzmacniacz. Osobiście wyłapuję to od pierwszych mocnych akordów. Włączam jakąkolwiek płytę, nawet z plumkającym jazzem i wiem, że to jest to, czego oczekuję od dobrego urządzenia, a tym bardziej od brylującego w segmencie ekstremalnego High Endu. Chodzi o pewnego rodzaju dobrze rozumianą twardość dźwięku, połączoną z dobrze zdefiniowaną w domenie krawędzi i szybkości narastania sygnału esencjonalną energią, bez czego cytując klasyka: „Jest miło, bo jest miło”, co przecież na dłuższą metę staje się nudą do kwadratu. Zikra na szczęście opanowała to zagadnienie w perfekcyjny sposób, co sprawiło, że tak naprawdę proces testowy nie skupiał się na poszukiwaniu zalet, bo te od jakże dźwięcznej i swobodnie prezentowanej góry pasma, przez plastyczną, esencjonalną oraz pełną najdrobniejszych informacji średnicę, po nisko schodzący, w pełni kontrolowany, energetyczny o mocny bas były poza zasięgiem wielu konstrukcji konkurencji, tylko na opanowywaniu zdumienia, jak znakomicie konkurowała z tranzystorem. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli, mam na myśli radzenie sobie z pokazaniem drastycznie odmiennych w odbiorze stanów mojego umysłu podczas słuchania różnorodnego materiału. Tego romantycznego i tego agresywnego w sposób adekwatny dla każdego z nich, co jest już wyższą szkoła jazdy.
Pierwszym bardzo dobrym przykładem dla udowodnienia powyższej tezy jest najnowsza płyta AC/DC „Power Up”. Muzyka niełatwa do odtworzenia, gdyż zrealizowana bez szału, jednak nawet taka, gdy dobrze ją się zaprezentuje, potrafi rozkochać również sceptyków. Jednak aby to się stało, nie wystarczy ją ocieplić i nasycić, aby nie była krzykliwa, bowiem dostaniemy coś na kształt reklamy piwa Żywiec z określeniem „prawie”, co zawsze czyni wielką różnicę. Niestety chcąc odpowiednio sprostać wymaganiom wspomnianej grupy, należy delikatnie podkręcić poziom plastyki, przyprawić całość szczyptą esencjonalności oraz energetycznym, zwartym i nisko schodzącym, jakby punktowym basem. Inaczej zamiast radosnego popisu muzycznych buntowników dostaniemy ciepłe kluski à la „Hard rock”. I nie mam na myśli jedynie podkręcania ekspresji stopy perkusji, żeby dosadniej kopała, tylko również wagę gitar. Owszem, mają być soczyste, ale riffy muszą mieć odpowiednią wagę i twardość, aby bezkompromisowo przemówić do słuchacza. I w takim stylu tę od młodzieńczych lat hołubioną przez mnie formację pokazał przedwzmacniacz Zikra. Była agresja i odpowiedni plus, tylko ta pierwsza jako wynik umiejętnie ukształtowanej wyrazistości, a ten drugi dzięki dobrze osadzonej w masie, w pełni kontrolowanej energii jako feedback utrzymania szybkości narastania i wygaszania dźwięku.
Innym, dosłownie i w przenośni z przeciwnego bieguna kandydatem na obronę tezy znakomitego występu tytułowej konstrukcji jest nierzadko eksploatowany przeze mnie krążek Leszka Możdzęra „Kaczmarek”. Niby jeden, ale jakże wymagający, a w przypadku umiejętności wirtuoza miażdżący sporo ocenianych zestawów instrument. Kiedy ma czarować, mieni się milionem wywołanych muskaniem klawiszy, trwających w nieskończoność, niczym mgła unoszących się bezwiednie pomiędzy kolumnami sonicznych alikwot. W przypadku chęci wywołania jakiej nieokiełznanej kawalkady emocji zaś, nie wiadomo jakim cudem, natychmiast wywołuje istne trzęsienia ziemi. I gdy wydawałoby się, że to banalne zadanie, gdy raz zderzymy się z tym materiałem w pełnym spektrum zawartych w nim, na przemian targających sobą emocji od rozterki, przez żal, po wściekłość, okazuje się, że czasem lotność, czarowanie migotaniem pojedynczych nut i pozornie solidny, ale nazbyt krągły i zachowawczy w kwestii zejścia bas, podane z typową estetyką zawsze pięknej brzmieniowo lampy to za mało, aby nie powiedzieć ułomnie. Bredzę? Bynajmniej, gdyż jeśli nawet górny i środkowy zakres w wydaniu jakiejkolwiek konstrukcji lampowej mają dużą szansę pokazać się z dobrej strony, to bez pomagającego również poczynaniom rockmenów odpowiedniego pokazania dolnego zakresu będzie to tylko namiastka, co potrafi zdziałać raz filigranowy w brzmieniu, a innym razem burzący mury twardymi i natychmiastowymi akordami, piekielnie dostojny fortepian. Dobrze oddany w materii niskich rejestrów potrafi zagonić w kozi róg nawet perkusję. I zapewniam, nie chodzi mi o sam poziom wygenerowanych Hertz-ów, tylko naturalnie ilość i jakość zawartych w materiale informacji. To jest ewidentny kiler, z którym już drugi raz w ostatnim czasie na takim poziomie jakości bez problemu poradziła sobie u mnie konstrukcja ze szklanymi bańkami. Jak to możliwe, że to takie rzadkie uczucie? Patrząc na ogrom oferty tego typu urządzeń na rynku, nie mam pojęcia. Jednak jeśli to już kolejny taki przypadek, jaki z tak zwanym opadem szczęki zaliczyłem w okowach swojego muzycznego sanktuarium, to tylko się cieszyć, że wreszcie konstruktorzy zaczynają rozumieć, iż lampa elektronowa to tylko technologia pozwalająca dotrzeć do prawdy w muzyce, a nie coś co ma stygmatyzować brzmienie wykorzystującego ją urządzenia.
Jaka będzie puenta powyższego słowotoku? Cóż, bardzo wymowna. Otóż dostarczony przez olsztyńskiego dystrybutora duński przedwzmacniacz liniowy Zikra Audio dzięki estetyce prezentacji jest na tyle uniwersalny, że nie widzę najmniejszego problemu zaskarbienia przezeń serc dosłownie każdego melomana. Z jednej strony oferuje zalety dobrze zaaplikowanej lampy, czyli pięknie wibruje i przez to zjawiskowo rozświetla przestrzeń szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny, natomiast z drugiej bardzo mocno pilnuje się w oddaniu zwartego, pełnego zadzioru i schodzącego do piekieł basu. Dzięki temu z łatwością pokazuje nie tylko pełen romantyzmu, ale również ekspresji pakiet emocji każdego rodzaju muzyki, co finalnie ma bardzo duże szanse przekonać do siebie melomanów z obydwu stron barykady – tak piewcę lamp elektronowych, jak i rasowego wielbiciela krzemu. Z doświadczenia wiem, że to nie takie łatwe, gdyż zazwyczaj u tych drugich sprawa rozbija się o tak często wspominany w moim opisie dolny zakres. A, że w tym paśmie w moim odczuciu Duńczycy wręcz brylują, w kwestii typowania docelowego klienta jestem dziwnie spokojny.
Jacek Pazio
Opinia 2
Oprócz wszem i wobec znanych największych graczy rynek audio składa się z bezliku mini i mikro manufaktur, których lwia część do niedawna miała szanse zaistnieć jedynie wśród lokalnych społeczności. Oczywiście zazwyczaj poprzez pocztę pantoflową i / lub podróże/przeprowadzki, czy wręcz łut szczęścia jakiś ich promil przebijał się do świadomości szerszego grona odbiorców jednak nadal zasięgi takich działań pozostawiały wiele do życzenia. Nastała jednak era Internetu, świat skurczył się do postaci najbliższego paczkomatu, więc to, czy dane urządzenie produkowane jest tuż za miedzą, czy też na kojarzącej się głównie z wakacyjnymi destynacjami Bali staje się jeśli nie zupełnie nieistotnym, to przynajmniej mało krytycznym kryterium podczas procesu decyzyjno – zakupowego. I właśnie z takim, może niekoniecznie egzotycznym, acz niewątpliwie egzystującym w osobowym rozmiarze mikro i iście undegroundowej rozpoznawalności bytem przyszło nam się, dzięki uprzejmości olsztyńskiego Prestige Audio, zmierzyć. Mowa bowiem o duńskiej, mającej swą siedzibę w położonym nad Roskilde Fjord miasteczku Jyllinge manufakturze Zikra Audio, z której to portfolio wyłuskaliśmy lampowy przedwzmacniacz liniowy 2 Chasis Preamplifer LCR Riaa Nano X Core Silver Wired, którego nazwę na potrzeby niniejszej epistoły pozwolimy sobie skrócić do samego Preamplifier-a.
Stojący za Zikra Audio Michael Zingenberg jest orędownikiem możliwie daleko posuniętego minimalizmu, więc zarówno design, jak i budowa jego produktów dalekie są od bizantyjskiego przepychu i przeładowania wszelakiej maści komplikacjami. Stawia jednak na gwarantującą długowieczność solidność a tym samym korpusy są z polerowanego aluminium. Skoro pojawiła się liczba mnoga, to jasnym jest, iż mamy do czynienia z konstrukcją dzielona, lecz nie polegającą na odseparowaniu od siebie kanałów, lecz jedynie sekcji zasilania od sygnałowej. Całe szczęście obie sekcje zunifikowano tak pod względem designu, jak i gabarytów, więc ustawione obok siebie tworzą harmonijną całość. Mamy zatem do czynienia z polerowanymi bazami z biegnącymi wzdłuż krawędzi bocznych i tylnej rzędami prostopadłościennych matowych silosów kryjących w swych wnętrzach transformatory i dławiki a pomiędzy nimi stosowny zestaw lamp. Z oczywistych, wynikających z pełnionej funkcji, względów płytę czołową zasilacza pozbawiono jakichkolwiek manipulatorów przenosząc na prawy bok włącznik główny a na zaplecze gniazdo zasilające i komorę bezpiecznika, oraz przewód zasilający dla modułu sygnałowego. A w części sygnałowej front zdobią dwie solidne gałki odpowiedzialne za wybór źródła i regulację głośności pomiędzy którymi umieszczono formowy logotyp.
W module zasilacza znajdziemy transformator zasilający dwie lampy prostownicze 5R4WGA (GZ34 lub 657G) następnie cztery podwójne dławiki dla wysokiego napięcia i dwa dławiki dla napięć żarowych. Uziemienie „pływa” i poprzez dławiki trzyma się jedynie punktu neutralnego transformatora. Zarówno transformatory jak i dławiki są zamawiane zgodnie ze specyfikacją Zikry w belgijskim Monolith Magnetics. Tak uzdatnione napięcie 200V trafia do modułu sygnałowego 1,5m przewodem uzbrojonym w wielopinowe militarne złącze. W samym przedwzmacniaczu znajdują się dodatkowe boczniki RC obniżające napięcie zasilania. do ok. 170V. Sekcja sygnałowa to już królestwo czterech pojedynczych triod EC88010, permalloyowych transformatorów i okablowania z czystego srebra w bawełnianym oplocie sygnowanego przez amerykańskiego Jupitera. Za regulację głośności odpowiada high-endowy potencjometr Alps RK50 a w ścieżce sygnałowej nie ma żadnego kondensatora.
Jak to jednak bywa walory wizualne, choć niezaprzeczalnie istotne, nie mogą przesłaniać kwestii brzmieniowych a pełnię szczęścia można osiągnąć w momencie, gdy dołączy do nich wzorowa ergonomia. I nieco uprzedzając fakty śmiem twierdzić, że Michael Zingenberg ów ambitny cel osiągnął. Oczywiście ocenę projektu plastycznego każdy powinien dokonać we własnym zakresie, niemniej jednak trudno się tu do czegokolwiek przyczepić. Podobnie z ergonomią, która stawia na logikę i intuicyjność a jedyne, czego przynajmniej z mojego punktu widzenia brakuje, to opisów terminali we/wyjściowych. Za to brzmienie … niejako z automatu przywołuje wspomnienia równie undergroundowej konstrukcji Audio Tekne TFA 9501, lecz w porównaniu z japońskim konkurentem pod względem realizmu i iście holograficznej rozdzielczości idzie o krok, bądź nawet dwa dalej. Ponadto pod żadnym pozorem na tym pułapie jakościowym nie należy się w jego brzmieniu doszukiwać stereotypowych cech poczciwej lampy, czy co gorsza iść w zaparte, że jako ortodoksyjny tranzystorowiec na pewno to, co Zikra reprezentuje najdelikatniej rzecz ujmując nie jest z naszej bajki. Czemu? Bo po prostu zrobimy sobie krzywdę wykluczając możliwość zetknięcia jeśli nie z absolutem, co z konstrukcją ze wszech miar wybitną. Żeby jednak była jasność. Duński preamp gra szalenie transparentnie i rozdzielczo i to na tyle, że bliżej mu do rześkości wiosennego alpejskiego poranka aniżeli rozleniwiającej naturalności toskańskiego popołudnia. Jest za to niesamowicie witalny, energetyczny i swobodny w oddawaniu nawet największych i gwałtownych skoków dynamiki. Zamiast jednak przybliżać pierwszy plan, podkręcać tempo, czy rozdmuchiwać źródła pozorne tytułowy przedwzmacniacz z jednej strony kurczowo trzyma się faktów, lecz z drugiej jest im w takim stopniu wierny, że niebezpiecznie zbliżamy się do poziomu, gdzie granica pomiędzy uczestnictwem w jakimś wydarzeniu muzycznym na żywo a reprodukcją przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. I wcale do takiej intensywności nie potrzebujemy wymuskanych ultra-audiofilskich, tłoczonych na złocie albumów, gdyż nawet szalenie daleki od takowych ambicji „Fear Inoculum” TOOL-a pokazał klasę duńskiej konstrukcji uwalniając zarówno zazwyczaj ukrytą na dalszych planach misterną pajęczynę szmerów szeptów i pogłosów, jak i niemalże infradźwiękowe tąpnięcia basu. Efekt był wręcz porażający – z jednej strony dość zagmatwane linie melodyczne i dość mroczne klimaty a z drugiej oszałamiający pakiet informacji, których istnienia do tej pory istnienia jedynie mogliśmy domniemywać. A tu dostaliśmy je nie dość, że z zaskakującą intensywnością i namacalnością, to jeszcze podane niemalże że na srebrnej tacy. W dodatku bez sztucznego podbicia kontrastu i równie bolesnego przejaskrawienia. Podobnie na thrashowym i szaleńczo galopującym „Palace For The Insane” angielskiej formacji Shrapnel bez trudu dało się wyekstrahować poszczególne parte instrumentalne i jeśli tylko kogoś naszła ochota niezobowiązująco za nimi podążać. Jednak kluczowe było to, że nawet podczas najbardziej karkołomnych, iście kakofonicznych spiętrzeń dźwięków na scenie panował wzorcowy ład a każdy dobiegający naszych uszu dźwięk miał swoje precyzyjnie określone miejsce w trójwymiarowej przestrzeni, swój czas i co najważniejsze rolę, jaką pełnił w nadrzędnej całości. W związku z powyższym wspomniana wcześniej rozdzielczość nie polegała na wyselekcjonowaniu poszczególnych składowych i przedstawieniu ich słuchaczowi „luzem”. Lecz przedstawieniu w pełni spójnej i koherentnej całości, lecz w takiej formie, by każdy, nawet najmniejszy trybik wchodzący w jej skład był widoczny na równi z nią, ową całością. Kluczowym jednak był fakt wprost onieśmielającego zróżnicowania i precyzji najniższych składowych, którym nie sposób było przypisać nawet odrobiny lampowego zmiękczenia, czy chociaż delikatnego pogrubienia krawędzi definiujących źródła pozorne. Nie było również mowy o jakimkolwiek osuszeniu, czy też osuszeniu, więc jeśli ktoś obawiał się, ze Zikra odżegnując się od swej niezaprzeczalnej lampowości próbuje uciekać w stereotypową „tranzystorową” ostrość, to może spokojnie owych lęków się wyzbyć.
Podobnie sprawy mają się ze średnicą i najwyższymi składowymi, gdzie króluje krystaliczna czystość i witalność dzięki czemu nawet na „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” wokal Roberty Mameli płynnie przechodzi z głębokiej barwy i urzekającego wysycenia do rejestrów przy których pękają kieliszki do wina. I wcale nie chodzi tu o jakąś ponadnormatywną ofensywność a jedynie zdolność oddania pełnej siły emisji a nie asekuracyjnego wycofania sprawiającego, że cały czas jest „ładnie i miło”, acz niekoniecznie prawdziwie. A jak już zdążyłem wspomnieć Zikra prawdy się trzyma i prawdę przekazuje, więc jeśli tylko uda się Państwu tak skonfigurować system, by i pozostałe jego składowe takie cechy wykazywały, to śmiem twierdzić, że już po kilku odsłuchach ulubionych krążków powinniście być z udzielającymi się na nich muzykami jeśli nie na „ty”, to w nader przyjacielskich relacjach.
Może i marka Zikra Audio niewielu z Państwa cokolwiek do tej pory mówiła a nazwa 2 Chasis Preamplifer LCR Riaa Nano X Core Silver Wired wydaje się nazbyt długa, lecz wystarczy zaledwie kilka kwadransów z tytułowym, duńskim przedwzmacniaczem w systemie a jasnym stanie się, że szalenie trudno będzie znaleźć Wam godnego mu sparingpartnera. Nie dość bowiem, że poraża realizmem, to przy okazji jest niezwykle cichym urządzeniem i to nie tylko wśród lampowego towarzystwa, lecz w ujęciu globalnym, więc i miłośnicy wysokoskutecznych kolumn powinni zwrócić na niego uwagę.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Prestige Audio
Producent: Zikra Audio
Cena: 40 000 €
Dane techniczne
– Lampy: 4 x EC8010; zasilacz – 2 x GZ34 lub 2 x 657G (prostownicze)
– Wejścia: 1 para RIAA (MM), 2 pary RCA (liniowe)
– Wyjścia: Para RCA, para XLR
– Pasmo przenoszenia: 12-115 kHz
– Wymiary (szer. x gł. x wys.): 440 x 330 x 210 mm
– Waga: 25 kg + 28 kg (zasilacz)
Opinia 1
Niby wszyscy doskonale wiedzą, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz a ciekawość to pierwszy stopień do piekła, lecz z drugiej strony grzech zaniechania również do piekielnych czeluści prowadzi, więc jak już się smażyć, to przynajmniej za coś a nie za lenistwo. Dlatego też, gdy tylko doszły nas słuchy, że na stołecznej mapie audiofilskich „źródełek” kiełkuje kolejny projekt uznaliśmy za stosowne przeprowadzić kontrolowany nalot i sprawdzić może nie tyle co w trawie piszczy, co jak schnie farba na dopiero co pomalowanych drzwiach i futrynach. Oczywiście powyższą deklarację dotyczącą naszej wizyty na Długiej 16, gdzie właśnie towaruje się i urządza warszawska filia High End Alliance proszę potraktować z lekkim przymrużeniem oka, choć de facto stolarka drzwiowa podczas naszej bytności jeszcze była lepka i wydzielała charakterystyczny aromat farby olejnej. Niemniej jednak obsada salonu była na stanowisku, odbierała w godzinach urzędowania telefony i pomimo przejściowych problemów z mediami społecznościowymi obsługiwała firmowe profile. A my w tzw. międzyczasie niezobowiązująco rozejrzeliśmy się po powoli nabierających kształtów pomieszczeniach ekspozycyjno-odsłuchowych.
Przechodząc do meritum warto wspomnieć, iż High End Alliance Warszawa dysponuje główną salą odsłuchową dedykowaną sporym podłogówkom i systemom wagi ciężkiej, co nawet udało nam się uchwycić w kilku zamieszczonych powyżej kadrach. Ba, udało nam się również rzucić uchem na całkiem znajomy set w skład którego weszły m.in. dopiero co u nas goszczące Alare Labs Remiga 2 Be (z racji trwającego remontu lokum jeszcze na kółkach), cierpliwie czekający na swoje przysłowiowe pięć minut German Physiks Emperor i okablowanie ZenSati.
W zdecydowanie mniejszym pokoju ustawiono regały z elektroniką, wygospodarowano miejscówki na kolumny i „słuchawkowy kącik”.
Za to w ostatnim, zaadaptowanym akustycznie ustrojami Vicoustica, pomieszczeniu przewidziano stanowisko monitorowo – (mini)podłogówkowe, czyli dla kolumn podstawkowych i podłogowych o niezbyt imponujących gabarytach.
O dźwięku z premedytacją tym razem pisać nie będę, gdyż jeszcze nie czas i nie miejsce, bo prace wykończeniowe trwają, całość nabiera coraz bardziej zdefiniowanej formy, lecz nawet na tym etapie skojarzenia z przynajmniej dla mnie kultowej, starej siedziby U22 / Black Record Store nasuwają się same. Grunt, że miejscówka jawi się niezwykle klimatycznie, a że lokalizacja też robi swoje, to gdy tylko oficjalnie otworzy swe podwoje z pewnością nie omieszkamy ponownie jej odwiedzić. A na razie wszystkich zainteresowanych tematem odsyłamy na stronę/profil dystrybutora i kontakt telefoniczny, bo to co jest / sukcesywnie pojawia się na półkach z powodzeniem można sprawdzić we własnych czterech kątach.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Nareszcie jest. Co? Gdzie? Od kiedy? Spokojnie, już zdradzam. My o opisywanym dzisiaj bycie wiedzieliśmy z przecieków. Bycie, który na chwilę obecną jeszcze się finalnie organizuje. Jednak jeśli ktoś z Was jest na etapie poszukiwania Świętego Graala w naszej zabawie, w każdej chwili może umówić telefonicznie indywidualną wizytę. Panowie są na tyle elastyczni, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych i zawsze znajdą czas dla zainteresowanego dobrym audio klienta. O kim tak w ogóle mówimy? O stołecznej filii krakowskiego dystrybutora Audio Anatomy, w postaci świetnie zlokalizowanego, do tego ciekawie zorganizowanego prezentacyjnie i jak na początek bogato wyposażonego salonu High End Alliance.
Jak widać na serii fotografii, mamy do dyspozycji dwa różne rozmiarowo pomieszczenia odsłuchowe. Co ciekawe, większe specjalnie zostało zostawione w spokoju, czyli bez jakiejkolwiek adaptacji akustycznej, gdyż założeniem salonu jest prezentacja sprzętu w warunkach typowego Kowalskiego – czytaj zazwyczaj w niezbyt zagraconych czterech ścianach. I nie chodzi o udowadnianie posiadania tajemnej wiedzę, jak bez około-akustycznych działań w stu procentach okiełznać fizykę elektroniką, tylko zaprezentowanie klientowi jak dany sprzęt zagra w podobnych do domowych warunkach lokalowych. A po wczorajszej wizycie i krótkim podsłuchu niedawno testowanych przez nas wielkich włoskich kolumn Alare przekonałem się, że obsługa wie, jak nawet w takich warunkach zrobić fajny dźwięk.
Drugi, znacznie mniejszy, swoimi gabarytami przypominający wagon pokój to inna estetyka. Małe lokum zazwyczaj oznacza same problemy. Po pierwsze – jest zbyt dużo odbić. Po drugie – czasem nie ma miejsca na zbudowanie realnej wirtualnej sceny. A po trzecie – najczęstszym problemem jest bas. Jednak nie z High End Alliance takie numery. Kilka paneli na bokach w miejscach pierwszych odbić, odpowiednio dobrane i co bardzo istotne, ustawione kolumny plus z naszego punktu widzenia niedroga elektronika i wszelkie tematy z przed momentem wygłoszonej listy jakby nie istniały. Usiadłem i byłem pełen podziwu. Muzyka oferowała fajny rozmach, esencjonalność i gdy trzeba potrafiła dobrze tupnąć. A przecież w odniesieniu do mojego lokum siedziałem w przysłowiowej budce dla chomika, a mimo to – jak na warunki lokalowe – zostałem uraczony znakomitą prezentacją. Cuda? Bynajmniej. po prostu wiedza co czy połączyć, aby dało pożądany efekt.
Wieńcząc opis tego wypadu mam jeszcze jedną ciekawą informację. Otóż w tym przedsięwzięciu audio zatowarowanie opiera się o szeroką paletę urządzeń – nawet spoza swojej dystrybucji, co naturalną koleją rzeczy daje większe pole do uzyskania sprzętowej synergii. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że czasem nie da się uzyskać maksimum na bazie swoich zabawek. Dlatego panowie z High End Alliance już teraz mając od ręki na półce kilka ciekawych brandów, w miarę działania salonu będą zwiększać jego portfolio. Jak się to finalnie rozwinie, postaramy się co jakiś czas Wam przybliżać. Na chwilę obecną meldujemy jedynie, że mimo obecnego okresu rozruchowego (mającemu się ku końcowi) salon już stoi dla Was otworem.
Jacek Pazio
Po zupełnie przypadkowej absencji podczas zbiorowego testu okablowania z serii Vision z w pełni zrozumiałą wizytą padł do nas ostatni z rodu – Dyrholm Audio Vision USB.
cdn. …
Choć ostatnimi czasy Sonus faber nader odważnie poczyna sobie na polu podłogówek, to śmiem twierdzić, że dla starszej frakcji audiofilów pierwsze skojarzenie po przywołaniu do tablicy włoskiej marki dotyczyć będzie raczej monitorów, z których ta manufaktura słynęła i którymi podbiła rynek oraz serca niezliczonej rzeszy wiernych akolitów. Dlatego też z autentycznym entuzjazmem śledziłem informacje dotyczące próbujących przebić się do szerszej świadomości nabywców najnowszych i zarazem bezprzewodowych podstawkowców z włoskiej stajni, czyli modelu Duetto, który wydawał się łączyć wieloletnią tradycję z najnowocześniejszymi i niejako obowiązkowymi obecnie technologiami. Co prawda śledzenie to odbywało się na tzw. „partyzanta”, gdyż choć nasze dzisiejsze bohaterki swoją, objętą ścisłym embargiem, premierę miały razem z flagowymi Stradivari G2 w trakcie ostatniego High Endu, jednak trzymałem rękę na pulsie co i rusz zaglądając tu i ówdzie. Całe szczęście stołeczny Horn również wykazał się godną pochwały czujnością oraz uprzejmością i gdy tylko stosowną parkę ze słonecznej Italii otrzymał nie omieszkał jej do mnie przekierować. Tym oto sposobem przez ostatnie kilkanaście dni miałem okazję zapoznać się z możliwościami tytułowych maluchów z czego relację poniżej zamieszczam.
Duetto docierają do odbiorcy końcowego we wspólnym kartonie, więc pomimo dość poręcznych gabarytów jest co nosić, gdyż proszę pamiętać iż mamy do czynienia nie tylko z klasyką włoskiej stolarki, lecz również z konstrukcjami aktywnymi, więc oprócz „wsadu drewnianego” i przetworników każda z kolumn kryje w sobie stosowny zestaw wzmacniający, a to jak wiadomo swoje waży. Warto jednak nieco się napocić, bo widok, jaki ukaże się naszym oczom po wyłuskaniu Sonusów z ochronnych pianek i zabezpieczających tekstylnych woreczków z nawiązką wynagrodzi nadwyrężone plecy. A właśnie, skoro przy unboxingu jesteśmy, to warto mieć na uwadze, iż choć wraz z kolumnami otrzymujemy dedykowanego im pilota zdalnego sterowania, to o stosowne standy trzeba zadbać we własnym zakresie, bądź poprosić o dołączenie firmowych, opcjonalnych (płatnych dodatkowe 3 499 PLN) i przynajmniej moim skromnym zdaniem jest to najrozsądniejsze rozwiązanie, gdyż dzięki temu możemy zespolić kolumny z podstawkami stosownymi śrubami, gdyż tak Duetto, jak i standy mają zgodny rozstaw otworów montażowych.
Wróćmy jednak do samych kolumn, gdyż zbiegający się ku szczątkowemu tyłowi liropodobny korpus pokrywa przepiękny orzechowy fornir (dostępna jest też nieco mniej urodziwa popielata opcja Graphite) a górną powierzchnię, gdzie umieszczono dotykowy panel SENSO™, podobnie jak najbliższe otoczenie przetworników (osadzonej w niewielkim falowodzie 1.1” jedwabnej kopułki i wykonanego z pulpy papierowej 5.25” nisko-średniotonowca), nie mniej elegancka czarna skóra. W zestawie znajdziemy ażurowe, tekstylne i montowane magnetycznie maskownice, które, o ile tylko nie posiadamy na stanie małoletniej progenitury, lub zwierzaków o destrukcyjnych ciągotach najlepiej umieścić z powrotem w kartonie i zapomnieć. Urody bowiem Duetto nie dodają a i walorów sonicznych nie poprawiają.
Pomimo braku konwencjonalnych „pleców” Włochom udało się nader zgrabnie wkomponować w każdą z kolumn pionowe ujście kanału bas-refleks osadzone w masywnym aluminiowym profilu pełniącym dodatkowo rolę radiatora ukrytych w trzewiach wzmacniaczy – pracującej w klasie AB 100W, dedykowanej tweeterowi jednostki i 250W, tym razem D-klasowej, sekcji basowej. Wszystkie interfejsy ukryto w podstawach kolumn. Kolumna „master” może pochwalić się wyjściem na subwoofer, wejściem liniowym, które można przełączyć w tryb phono MM z dedykowanym zaciskiem uziemienia, portami Ethernet, USB, HDMI ARC/EARC, wejściem optycznym i przyciskami resetu, parowania i zmiany obsługiwanego kanału (lewy/prawy) oraz gniazdem zasilania (klasyczna „ósemka”). Z kolei interfejs satelity został ograniczony do przycisków parowania oraz resetu, gniazda zasilającego i USB.
Skoro mamy do czynienia z niejako bardzie wyrafinowanym rozwinięciem idei all’in’one znanej z lifestyle’owej Omni warto poświęcić chwile na poprawny set-up całości. Pełnej konfiguracji najłatwiej dokonać z poziomu dedykowanej aplikacji dostępnej bądź to poprzez wczytanie kodu QR na smartfon//tablet, bądź wprowadzeniu adresu 192.168.255.249 odpada więc problem kompatybilności, więc zarówno posiadacze urządzeń spod znaku nadgryzionej psiary, jak i zielonego robocika nie powinni czuć się pominięci, bądź uprzywilejowani. Klika podstawowych zakładek, wybór „profilu brzmieniowego” adekwatnego do ustawienia kolumn w pomieszczeniu i już. Kwestię dogadania się z domowymi źródłami dźwięku też możemy uznać za przemyślaną i dopracowaną, gdyż Sonus faber nie próbuje wyważać już otwartych drzwi i wymyślać koła na nowo, więc po prostu jest w pełni zgodny z AirPlay / Home app, Chromecast /Google Home a podczas wzajemnej komunikacji włoskie maluchy wykorzystują pozwalającą uniknąć opóźnień i zakłóceń technologię UWB (Ultra Wide Band).
I jeszcze mała podpowiedź jak interpretować sygnały jakie przekazują użytkownikom tytułowe kolumny. I tak, o tym, które wejście / jaki rodzaj transmisji bezprzewodowej zostało wybrane Sonusy łaskawie poinformują nas zmieniając kolor iluminacji „Control Bar-a”. I tak niebieski przypisano Bluetooth, pomarańczowy HDMI, magenta optycznemu, różowy liniowemu/phono, biały to AirPlay, żółty Chromecast, zielony – Spotify Connect, fioletowy – Roon, jasnoniebieski – Tidal. I to by było na tyle.
A jak będące zwieńczeniem czterdziestoletniej historii Sonus fabera Duetto (swoją drogą dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł dopisania owej 40-ki do nazwy, bo mielibyśmy dubla z Triangle’ami Magellan) grają? Śmiem twierdzić, że … zaskakująco, gdyż po tak uroczo filigranowych monitorkach, przynajmniej zgodnie z logiką i prawami fizyki, trudno spodziewać się jakiś spektakularnych doznań. Tymczasem Sonusy nic a nic sobie z owych prawideł nie robiąc nie dość, że z powodzeniem nagłaśniały mój 24 metrowy pokój, to jeszcze zapuszczały się w rejony zazwyczaj zarezerwowane dla pełnopasowych podłogówek. Dały zatem już na wejściu do zrozumienia, że warto najpierw posłuchać ich „solo”, znaczy w duecie, a dopiero potem rozglądać się za ewentualnym wsparciem ze strony subwoofera i to co najmniej takiego z wyższych rejonów klasy średniej. Jest bowiem dynamicznie, soczyście i co tu dużo mówić atrakcyjnie, więc zamiast mozolnego dzielenia włosa na czworo zdecydowanie częściej po prostu słuchałem ulubionej muzyki li tylko z czysto hedonistycznych względów. Ot takie symboliczne „Włoskie wakacje”, gdzie nic nie trzeba a wszystko można. I tak też po części wyglądały moje odsłuchy, lampka Primitivo deska serów, wędlin, kiść winogron i pełen relaks. Jednak zamiast przebojów rodem z ledwie co zakończonego, odbywającego się corocznie od 1951 r. Festival della Canzone Italiana (Festiwal Piosenki Włoskiej w San Remo) pozwoliłem sobie na nieco bardziej korespondujący z moimi gustami repertuar i na pierwszy ogień poszedł mroczno-melancholijny „Aether” ukrywającego się pod nazwą The Moon and the Nightspirit projektu Ágnes Tóth i Mihály Szabó. Baśniowe klimaty, intrygujące brzmienie dulcimera nisko schodzący mięsisty bas i nie trzeba niczego więcej. Warto w tym momencie podkreślić zdolność Duetto nie tylko do całkowitego znikania, co również kreowania imponującej tak głębią, jak i panującym na niej porządkiem przestrzeni. Nie sztuką jest bowiem zrobić efekt „wow!” i rozdmuchać wszystko do irracjonalnych rozmiarów, za to kiedy przyjdzie do zapanowania nad poszczególnymi planami i zawierzeniu w trójwymiarowych realiach poszczególnych dźwięków zaczynają się schody i to niekoniecznie te Hiszpańskie (Scalinata di Trinità dei Monti) o 138 stopniach. Tymczasem Sonusom opanowanie tego rozgardiaszu przychodzi całkowicie naturalnie i bez jakichkolwiek oznak wysiłku. Ma być eterycznie ale z przyjemnie masującym trzewia basem i jest. W dodatku, gdy tylko nie przesadzimy z jego ilością (a proszę mi wierzyć na słowo, że da się to zrobić np. z pomocą funkcji Loudness Maximizer) praktycznie w całym zakresie najniższe składowe może i będą kreślone nieco grubszą kreską, lecz z pewnością nie będzie można odmówić im zróżnicowania i zaraźliwej motoryki.
Na jeszcze mniej sielankowym a wręcz śmiało romansującym z kakofonią „Bloodmoon: I” Converge & Chelsea Wolfe włoskie maluchy nadal trzymały całość w żelaznym uścisku z jednej strony wgniatając słuchacza w fotel potężnymi uderzeniami i istną ścianą dźwięków wszelakich a z drugiej pieściły zmysły iście anielskim wokalem Chelsea. Z niekłamaną satysfakcją odnotowałem wtenczas również fakt perfekcyjnego opanowania trudnej sztuki łączenia słodyczy z ostrością, której to Sonusom mogą pozazdrościć niejednokrotnie wyżej wycenieni konkurenci. Podobnie jak swobody prezentacji opartej na piekielnie szybkich skokach dynamiki. Właśnie dopiero na takim, dość morderczym repertuarze słychać jak dużo daje dedykowana, wbudowana amplifikacja i choć śmiem twierdzić, iż podobny efekt dałoby się uzyskać z monitorami pasywnymi i zewnętrznym wzmacniaczem, to po pierwsze trzeba byłoby się nieźle nagłowić po co sięgnąć, a po drugie na 100% koszt takiej zabawy znacząco przekroczyłby cenę, jaka widnieje na metce Duetto. Dlatego nie ma co kombinować, tylko zaufać ekipie z Vicenzy, bo widać i słychać, że wie co robi.
A właśnie, co do robienia, to choć w materiałach firmowych można natrafić na zdjęcia naszych milusińskich kuszących swymi niewątpliwymi wdziękami na eleganckich komodach, to po blisko dwóch tygodniach w ich towarzystwie szczerze odradzam tego typu profanację. Po prostu unikniecie Państwo zrobienia tak sobie, jak i im „kuku”, bo to konstrukcje wybitnie dedykowane solidnym standom i zupełnie niepotrzebujące dodatkowego pudła rezonansowego do podbicia najniższych składowych. Aby jednak nie być gołosłownym zrobiłem to za Was i ustawiłem je na ponad 120kg komodzie z litego Palisandru i niestety poza czysto estetycznymi walorami, uczciwie trzeba przyznać, że prezentowały się zjawiskowo, to ich dźwięk na tyle boleśnie obniżył loty, że czym prędzej wróciły na podstawki.
I już zupełnie na koniec jeszcze tylko drobna wzmianka o wejściu HDMI (ARC), dzięki któremu Sonusy stają nie nieodzownym systemem nagłośnienia podczas projekcji filmowych i chyba jest to jedyny przypadek, gdy miłośnicy iście hollywoodzkich efektów specjalnych mogą zacząć rozglądać się za dodatkowym reproduktorem infradźwiękowych tąpnięć. Tak jak jednak wcześniej wspomniałem bez głębszego sięgnięcia do kieszeni się nie obędzie, więc ewentualne przymiarki sugeruję rozpocząć od poziomu firmowego Gravisa III, żeby nie tylko grał, ale i wyglądał zgodnie z firmowym dress codem.
Oj udały się Włochom tytułowe maluchy. Sonus faber Duetto nie tylko prezentują się świetnie pod kątem wizualnym, lecz z powodzeniem mogą rywalizować ze stacjonarnymi systemami Hi-Fi przynajmniej do pułapu 50 kPLN, co jak na ich posturę i cenę jest zaskakującym rezultatem. Dlatego też jeśli nie macie Państwo głowy i/lub czasu na mozolne kompletowanie wymarzonego systemu audio a jednocześnie chcecie mieć wszystko pod ręką w możliwie atrakcyjnej formie, to właśnie Duetto wydają się być spełnieniem Waszych oczekiwań.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Horn
Producent: Sonus faber
Cena: 18 999 PLN + 3 499 PLN dedykowane standy
Dane techniczne
Konstrukcja: 2-drożna, aktywna, bezprzewodowa, wentylowana
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 1.1” jedwabna kopułka w falowodzie
– nisko-średniotonowy: 5.25” celulozowy z neodymowym magnesem
Zastosowane wzmacniacze
– sekcja wysokotonowa: 100W klasy AB
– sekcja nisko-średniotonowa: 250W D-klasowy
DAC: SABRE, AKM
Obsługiwane formaty: WAV, FLAC, AIFF, ALAC max 32bit/192kHz; MP3, AAC, OGG, WMA max. 48kHz/16bit
Częstotliwość podziału: 1 900 Hz
Pasmo przenoszenia: 37 – 30 000 Hz
Max SPL: 105 dB SPL @ 1 m
Wejścia: RCA Line/Phono; Toslink; HDMI ARC/EARC
Wyjścia: SUB Output
Łączność: Ethernet (10/100 Mbps); Wi-Fi b/g/n/ac (2.4GHz and 5.2GHz); Bluetooth (SBC, AAC, aptX, Aptx HD)
Pobór mocy: 18W (standard); 4W (standby); 0,5W (głębokie uśpienie)
Wymiary (W x S x G): 342 x 210 x 272 m; 1082 x 298 x 371 mm (na standach)
Waga: 6,8 kg / master; 6,45 kg / satelita; 7,8 kg / szt. (standy)
Opinia 1
Dziwnym zbiegiem okoliczności, choć to właśnie High-End powinien rozpalać audiofilskie żądze, zazwyczaj zarzewiem wszelkich konfliktów i świętych krucjat stają się … kable. I zupełnie nieistotną staje się ich przynależność do określonego pułapu cenowego, gdyż zawsze znajdzie się ktoś, komu przeszkadzać będzie li tylko wzmianka o nich, bądź nawet sugestia, że jeśli coś w danym systemie jego posiadacza „uwiera” to pewnych w jego brzmieniu zmian może dokonać właśnie poprzez zastąpienie jednego przewodu innym. Generalnie kable nic od siebie nie wnoszą i najlepiej nie zaprzątać sobie nimi głowy, czyli albo należy traktować je czysto przedmiotowo, albo jako zło konieczne. Jak się z pewnością Państwo domyślacie pozwalamy sobie mieć w tej kwestii zdanie odmienne, choć dalecy jesteśmy od przypisywania im cech wręcz nadprzyrodzonych. Ot mamy jedynie świadomość, że same przewody, podobnie jak każdy element toru audio same z siebie nie tyko dodawać, lecz również i zachowywać nic z transmitowanych sygnałów nie powinny. O ile jednak pierwsze założenie jako tako da się w miarę prosto spełnić, to z drugim, biorąc pod uwagę fakt, iż mamy do czynienia z elementem niejako z natury stratnym, już takie prostym nie jest. Dlatego też czysto obiektywnie wypadałoby za najlepsze uznać te przypadki, które de facto „psują” najmniej. I wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że podobny pogląd na kwestię okablowania audio reprezentuje niejaki Caelin Gabriel z Shunyata Research, który od ponad ćwierćwiecza uparcie drąży temat przepływu prądu i jako swoiste opus magnum swoich możliwości jakiś czas temu zaprezentował flagowe przewody głośnikowe Omega SP, które na tyle przykuły naszą uwagę podczas minionego Audio Video Show, że dzięki uprzejmości dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, finalnie trafiły w nasze skromne progi. A skoro trafiły i czytacie Państwo te słowa, to znak, że na tyle przypadły nam do gustu, by podzielić się z Wami naszymi refleksjami, do lektury których serdecznie zapraszamy.
Powiem szczerze, że nie do końca rozumiem zamiłowania czy to samego producenta, czy też reprezentujących go dystrybutorów do asekuracyjnych szarości, tym bardziej, że przecież oprócz widocznego na zdjęciach szaro-platynowego wykończenia jest jeszcze dostępna dalece bardziej elegancka i przynajmniej moim zdaniem lepiej korespondująca z flagowością Omeg czarno-złota opcja. Proszę tylko zerknąć na zdecydowanie niżej urodzone Sigmy, którym w dystyngowanej czerni zdecydowanie do twarzy. Nie ma jednak co marudzić, tylko uczciwie przyznać, iż nawet w mysiej szarości Omegi prezentują się imponująco. Nie dość bowiem, że budzą respekt swą zbliżoną do, pardon moi za to jakże przyziemne porównanie, standardowego przewodu odkurzacza średnicą, to dodatkowo łapią za oko aż czterema (na stronę) intrygującymi carbonowymi cylindrami. A gdy uzbroimy je w firmowe pierścienie Möbius, to nie dość, że raczej ich obecności ukryć się nie da, to warto będzie wygospodarować nieco więcej miejsca za systemem, gdyż choć same przewody pomimo przyjemnej wiotkości są dość wdzięczne do układania, to każdy z pierścieni potrzebuje mniej więcej 10cm na podłodze.
Pomijając kwestie aparycji Omegi autorskimi rozwiązaniami konstrukcyjnymi są naszpikowane bardziej niż babciny keks bakaliami. Znajdziemy w nich odpowiedzialną za eliminację rezonansów w paśmie akustycznym technologię Omega HARP™, zmniejszające zniekształcenia polaryzacyjne cylindry TAP (Transverse Axial Polarizer) – po cztery na przewód i redukującą do niemierzalnych wartości zniekształcenia sygnału wywołane dielektrykiem ΞTRON®. Ponadto przewody poddawane są ośmiodniowemu procesowi KPIP™[Kinetic Phase Inversion Process] sprawiającemu, że po dostarczeniu przewodów do odbiorcy końcowego by zaprezentować pełnię swoich możliwość potrzebują jedynie 48-72 godzin na wygrzanie. Omegi zbudowano w oparciu o przewodniki VTX-Ag o przekroju 4 AWG składające się z wewnętrznego, centralnego srebrnego przewodnika oraz zewnętrznego, koncentrycznego miedzianego przewodnika pierścieniowego. W roli dielektryka użyto izolacji fluorowęglowej. Z podobną atencją potraktowano wtyki, których korpusy wykonano z włókna węglowego a konektory z wysokiej czystości miedzi pokrywanej … platyną. Jakby tego było mało wraz z Omegami otrzymujemy osiem pierścieni Möbius z elastycznym, polimerowym zawieszeniem w postaci pięciu wstążek utrzymujących przewód w ich centrum, więc niejako już na starcie odpada nam problem poszukiwania podstawek pod amerykańskie przewody. Mała rzecz a cieszy.
Z kolei do małych z pewnością nie można zaliczyć dźwięku serwowanego przez Omegi, którego skalę i wolumen poniekąd można uznać za w pełni adekwatne ich pozycji w firmowej hierarchii i zarazem wspomnianej przed chwilą wybitnie high-endowej i co tu dużo mówić typowo amerykańskiej, bynajmniej niepodlegającej jak w przypadku niedawno u bas goszczących Stealth Audio Dream Petite V16-T downsizingowi, rozmiarówki. Całe szczęście pomimo całej swojej majestatyczności, dojrzałości i wyrafinowania w przypadku Omeg nie ma mowy ani o zbytniej gigantomanii, ani nudnym spowolnieniu, dzięki czemu dalece nieoczywiste jazzowe interpretacje hitów m.in. Céline Dion na „Because You Loved Me” Ranee Lee nie popadły w zbytnią patetyczność i nie lepiły się od ściekającego po nich karmelu. I to pomimo dość ciemnej i stawiającej raczej na akcentowanie cieni aniżeli blasku realizacji. Omegom udało się jednak zapewnić fenomenalny wgląd w big-bandowy akompaniament, oddać zarówno swobodę artykulacji (Ron DiLauro na trąbce i Muhammad Abdul Al Khabyyr na puzonie wiedzą jak i kiedy dmuchnąć od serca), jak i flow obecne między muzykami, oraz co najważniejsze charakterystyczny tembr głosu Ranee Lee. Realizm ponad asekuracyjną eufonię? Zdecydowanie tak. A to przecież dopiero początek. Na szerokiej i świetnie poukładanej scenie choć każdy z muzyków miał swoje precyzyjnie zdefiniowane miejsce trudno było mówić o jakimś sztucznym usztywnieniu czy też podbiciu kontrastu. Po prostu amerykańskie flagowce stawiają na wzorcową transparentność, więc nie muszą rekompensować jej braku sztucznym podkręcaniem pozostałych parametrów, więc to od odbiorcy i jego nastroju zależeć będzie czy dając się ponieść ulubionym dźwiękom kontemplować będzie je w ujęciu globalnym, jako koherentną całość, czy też złapany za ucho jakąś konkretną frazą podąży za nią śledząc poczynana któregoś z muzyków. Kluczowe jest jednak to, że Omegi nie działają na zasadzie skalpela ekstrahującego poszczególne składowe, lecz bliżej im do krystalicznie czystego „okna na świat” przez które, w zależności od tego gdzie staniemy patrzymy z różnej perspektywy i pod różnym kątem. Dlatego też dość chłodno zrealizowany „Vägen” Tingvall Trio miał okazję zabrzmieć ze świetnie korespondującą z okładką właściwą sobie rześkością udowadniając tym samym, że tak naprawdę amerykańskie przewody praktycznie nie mają własnego charakteru. Skoro bowiem u Ranee Lee było ciemno i gęsto a Tingvall Trio śmiało kroczyło w kierunku niemalże wczesnowiosennego chłodu i otwartości, to trudno uznać, że Omegi każdorazowo „czytały nuty” i z automatu dostosowywały się do reprodukowanego repertuaru. Zamiast tego wolały po prostu zniknąć (sonicznie) z toru i udawać, że ich nie ma, czyli niejako na odwrót aniżeli u Andersena („Nowe szaty cesarza”) – gdzie wdzianka de facto nie było a wszem i wobec wmawiano, że jest. Krótko mówiąc topowe Shunyaty w przeciwieństwie do części konkurencji nie „robią” dźwięku a tym samym niezbyt nadają się do tego, by cokolwiek w systemie, w którym przyjdzie im egzystować, bo przecież nie grać, skoro zdążyłem już uznać, iż w torze ich nie słychać, co tylko potwierdza ich „niegranie”, nie poprawiać, nie maskować, ale i … nie psuć. Zaraz, zaraz. To są kable, które na tym pułapie jeszcze potrafią systemowi a finalnie jego posiadaczowi zrobić przysłowiowe „kuku” oprócz w pełni zrozumiałego drenażu konta? A są, gdyż reprezentują wyznawców i takowym są dedykowane, leczenia dżumy cholerą i o ile tylko wiemy co z czym spiąć, by uzyskać określony efekt, czyli np. nazbyt analityczny i raniący uszy system zespalamy ciemnymi i niezbyt rozdzielczymi przewodami, dzięki czemu w rezultacie całość wypada już akceptowalnie. Omegi do takich zabaw się jednak zupełnie nie nadają – prześlą co mają do przesłania, pokażą co mają do pokazania tak jeśli chodzi o system, jak i transmitowaną muzykę i jeśli tylko to, co dobiegnie naszych uszu nie będzie takie jakie być powinno, to martw się dalej audiofilu sam i zachodź w głowę gdzie popełniłeś błąd. Proszę tylko nie uznać, iż w swym osądzie są bezwzględne i wspomniane anomalie z lubością piętnują, gdyż skoro ich „nie słychać” to robić tego nie mogą. Co innego jednak znikać z toru a co innego maskować to i owo. Jeśli zatem uznamy, że chcemy dotrzeć do prawdy o własnej płytotece i posiadanym zestawie audio, to sięgnięcie po tytułowe głośnikowce będzie krokiem we właściwym kierunku.
W ramach podsumowania pozwolę sobie przewrotnie stwierdzić, iż Shunyata Research Omega SP to przewody wprost wymarzone dla wszystkich … melomanów i zarazem przekleństwo audiofilów. Czemu? W pierwszej kwestii sprawa jest jasna – skoro Omegi nie dają szans na posłuchanie samych siebie, to niejako z automatu skupiamy pełną uwagę na transmitowanej przez nie muzyce. A druga – audiofilska kwestia jest chyba jasna. Jeśli jakiś element „znika” z toru oferując pełną transparentność przekazu, to jedyne co nam – audiofilom pozostaje to stwierdzić jego fizyczną, weryfikowalną naocznie i organoleptycznie, znaczy się na tzw. macanta, obecność i jeśli już musimy zacząć się pastwić, to tylko na tym co przed i za nim. Reasumując – mając cały tor okablowany Omegami ku własnej rozpaczy można przyznać rację kabloscepytkom, że o zgrozo „kable nie grają”. Problem w tym, iż prawda ta jest osiągalna jedynie na tak bolesnych poziomach cenowych. Nikt nam jednak nie obiecywał, że będzie łatwo. A tak już na sam koniec pół serio, pół żartem zostawię Państwa z pewnym dylematem. Otóż skoro kablosceptycy a priori wiedzą, że kable „nie grają” (znaczy się, że ich nie słychać) a Omegi, co właśnie w ramach dzisiejszej epistoły starałem się udowodnić, właśnie owe kryterium spełniają, to jak na miły Bóg owemu, bądź co bądź całkiem licznemu gronu, udało się zdobyć flagowe modele z portfolio Shunyaty?
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Amerykańska marka Shunyata Research niewątpliwie jest jednym z niekwestionowanych światowych liderów produkujących okablowanie audio. Wiem coś o tym, bo po niedawnych konfiguracyjnych korektach obecnie posiadam kable sieciowe z serii Sigma V2 NR, a także zegarowe z opisywanej dziś topowej serii Omega Digital. Jak wszem i wobec wiadomo w trosce o zadowolenie jak największej liczby potencjalnych melomanów jej oferta jest bardzo rozbudowana i nie wspominam o tym jedynie z racji zróżnicowania cenowego w danej kategorii, ale również ilości tych ostatnich od wykorzystywanych przeze mnie cyfrowej i sieciowej, przez stacje zasilające, akcesoria audio, po zagadnienia dotyczące przesyłu sygnału analogowego oraz połączenie elektroniki z kolumnami. Jak widać na załączonym obrazku, Jankesi dbają o nas w pełnym spectrum zapotrzebowania zabawy w audio, co po trosze łatwo zweryfikować używając naszej wyszukiwarki. A gdy po nią sięgniecie, okaże się, że mimo kilku ciekawych testowych przygód z tym brandem – choćby zestaw stacjonującego w moim systemie seta sieciowego i cyfrowego, topowego banku prądowego Everest 8000 i również flagowej sieciówki Omega QR, dotychczas nie mieliśmy u siebie niczego z sekcji okablowania kolumnowego. Dlatego też po ostatnich konsultacjach z łódzkim dystrybutorem Audiofast dotyczących kontynuacji zgłębiania oferty naszego bohatera, tym razem padło na finalizujący dokonania marki, z powodu zaawansowania technicznego mogący pochwalić się pokaźnymi rozmiarami oraz dedykowanymi akcesoriami kabel kolumnowy Shunyata Research Omega SP.
Nawet pobieżne oględziny głośnikowej Omegi jasno pokazują, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. I nie chodzi tylko średnicę, która jest pochodną wdrożenia wielu opatentowanych lub będących w procesie uzyskiwania patentu rozwiązań technicznych, ale również zastosowanie czterech – dwie na zewnętrznych rubieżach i dwie usytuowane na mniej więcej 1/3 długości kabla od strony kolumn, biegnące równolegle – karbonowych tulei, ale również pięć separujących od podłoża, dodatkowo za pomocą polimerowych pasków działających antyrezonansowo na przebieg prowadzonego sygnału, zmyślnych krążków systemu Mobius.
Kreśląc kilka zdań o budowie na bazie odezwy od producenta, podstawową informacją jest firmowa konstrukcja przebiegu sygnału VTX-Ag. Ta opiera się na zastosowaniu centralnie umieszczonego przewodnika z czystego srebra oraz zewnętrznego koncentrycznego przewodnika pierścieniowego z czystej miedzi. Takie rozwiązanie wespół z wykorzystaniem szlachetnej izolacji fluorowęglowej, minimalizującej absorbcję dielektryczną i ponowne promieniowanie, słyszalnie przekłada się na czystość i rozdzielczość dźwięku.
Kolejnym zastosowanym firmowym pomysłem w tytułowym kablu jest technologia Omega HARP. Likwiduje rezonanse w funkcji przenoszenia prądu o częstotliwości audio, które zamazują odpowiedź transjentową i rozdzielczość niskich poziomów sygnału. To jest na tyle istotne zagadnienie, że gdy to rozwiązanie w innych kablach stosowano jako układ jednoelementowy, tak w przypadku naszego bohatera chcąc uzyskać maksymalnie niski poziom szumu bazowego zastosowano układ czterodrożny, dzięki czemu otrzymamy zjawiskowe kontrasty dynamiczne, rozbudowano go do poziomu czteroelementowego.
Idąc dalej tropem zastosowanych działań docieramy do zgłoszonej do biura patentowego technologii TAP (Transverse Axial Polarizer), która w analogiczny do typowych okularów przeciwsłonecznych naturalnie nie zmniejsza szkodliwych odblasków, tylko znacząco ogranicza polaryzację sygnału, zapewniając mu czystą i nieskrępowaną ścieżkę przepływu.
Następnym, już opatentowanym działaniem inżynierów Shunyaty jest wspierająca działanie dwóch pierwszych technologia Omega ΞTRON. W tym przypadku chodzi o minimalizację zniekształceń sygnału dzięki zastosowanego odpowiedniego dielektryka, co skutkuje znakomitą poprawą odpowiedzi prostokątnej sygnału.
Wieńczącą proces produkcyjny tytułowego kabla technologią jest poddanie go obróbce nazwanej KPIP (Kinetic Phase Inversion Proces), czyli pokrótce wygrzewanie, utrzymanie kierunkowości wykorzystanych przewodów i finalne poddanie ich kriogenizacji. W efekcie zastosowania tych procesów zostaje wyeliminowany efekt zmian brzmienia kabla w funkcji czasu, czyli od samego początku dostajemy naturalną prezentację słuchanej muzyki bez poczucia modulowania jej jakości z upływem pierwszych godzin po wpięciu w system.
Tak prezentujące się amerykańskie Anakondy podczas użytkowania umieszczamy w nałożonym nań w równych odstępach, wspominanym wcześniej systemie krążków Mobius Cable Suspension. Nie dość, że całość projektu zatytułowanego Shunyata Research Omega SP fajnie się prezentuje, to dodatkowo działamy w zakresie poprawy ostrości, wyrazistości i głębi informacji przestrzennej dobiegającej do nas muzyki.
Przechodząc do opisu brzmienia tytułowych kabli kolumnowych z przyjemnością muszę potwierdzić, iż co jak co, ale w kwestii czystości dźwięku sekcja inżynierska tego brandu miała absolutną rację. Przekaz jaki kreują Shunyaty jest nie tylko niezwykle czysty, ale wręcz idealnie klarowny, co w moim mniemaniu jest szalenie istotnym stanem w obcowaniu z muzyką. Wszystko podane na tacy z najdokładniejszym wglądem w każdy jej niuans, co tak naprawdę jest istotą prawdziwego High Endu, a co często u konkurencji bywa dalekie od tego, jak widzą to Amerykanie. Jednak w tym wszystkim jest jeszcze jeden ważny aspekt. Mianowicie chodzi o projekcję wydarzeń scenicznych w estetyce zjawiskowej plastyki – piję do owej klarowności, a nie banalnie szorstkiej czystości. A zjawiskowej, bowiem z jednej strony dostajemy przyjemny posmak gładkości, a z drugiej nie tracimy niczego z zakresu pakietu informacji. Ale żeby było jasne, nie chodzi li tylko o niuanse związane z rozdzielczością, ale również z odpowiednim dozowaniem energii każdego źródła pozornego. To wbrew pozorom bardzo istotne, gdyż bez chwilowych, będących wynikiem użycia danego instrumentu i ekspresji jego wybrzmiewania energetycznych pików muzyka brzmiałaby płasko, a przez to nudno. Tymczasem jeśli mamy zachowany konsensus pomiędzy łagodnością, agresją i energią, nie ma takiego muzycznego nurtu, który w swojej estetyce nie wspiąłby się na wyżyny pokładanych w nim możliwości. O co dokładnie mi chodzi? Oczywiście o odpowiednie naświetlanie zamierzeń muzyków w zależności od uprawianego stylu, z niezbędnym pakietem zawartych w danym materiale emocji – od zadumy i nostalgii w muzyce sakralnej, czy kontemplacyjnym jazzie, po szaleństwo oraz dobrze rozumiany bunt w kawałkach rockowych. Nie od dzisiaj wiadomo, że jakiekolwiek ogólne umilanie przekazu, co zazwyczaj nieco błędnie nazywamy jego uplastycznieniem, zawsze powoduje szkody w pokazaniu prawdziwego oblicza danej muzyki. Jednak w przypadku Shunyaty temat wprowadzania do projekcji estetyki plastyki podania całości wygląda zgoła inaczej, aniżeli ogólnie przyjęte działania. Chodzi oczywiście o to, że nie brylują na polu zwyczajowego zaokrąglania krawędzi dźwięku i przez to ich zmiękczenia – te są nadal wyraźne, dzięki czemu nie tracą zadziorności, tylko jako feedback minimalizacji występowania szkodliwych artefaktów podczas przesyłu sygnału audio – przypominam o zastosowanych w budowie kabli technologiach jego filtracji – dostajemy pozbawione zniekształceń, czarne, jednak nieograniczające niezbędnego poziomu wyrazistości podania najdelikatniejszej nuty tło. A jeśli tak, mamy to, czego oczekujemy po produktach ze strefy ekstremalnego High Endu, czyli każda płyta gra w swojej estetyce, a to oznacza, że inaczej, bowiem nie tylko w naturze, ale również w sferze audio nie ma dwóch takich samych zdarzeń sesyjnych.
Przykładowy Slayer z płytą „Repentless” w konsekwencji jedynie oczyszczania muzyki ze zniekształceń, a nie powodującego utratę agresji ataku zmiękczania i nasycania jej, w sobie tylko znanym stylu potrafił mnie w dobrym tego słowa znaczeniu i kopnąć mocnym uderzeniem całej formacji i otulić gitarowymi popisami i zganić wokalizą frontmena. A wszystko bez cienia ograniczeń w domenie wyrazistości podania, często będącego nawet zamierzenie bolesnym. Tak tak, bolesnym, gdyż muzyka metalowa i rockowa, to czysta adrenalina i zawsze musimy spodziewać się niekonwencyjnego, zależnego tylko i wyłącznie od słuchanego materiału.
Nie inaczej w domenie znakomitego odbioru, za to całkowicie odmiennie co do sposobu wprowadzenia moich zmysłów w stan nieważkości wypadł najnowszy materiał duetu Leszka Możdżera i Adama Bałdycha „Passacaglia”. To jest pewnego rodzaju improwizowany jazz, gdzie skrzypce A. Bałdycha w znakomitej większości są synonimem gitary. Jednak owa produkcja jest na tyle zjawiskowa – mamy do czynienia z rozmową dwóch instrumentów często całkowicie inaczej wykorzystywanych, niż zapisano w podręcznikach do nauki grania na nich – bo raz melancholijna, innym razem skoczna, żeby nie powiedzieć radosna, że już w połowie pierwszego kawałka swoimi znakomicie podkreślonymi przez skonfigurowany testowo zestaw walorami wirtuozerskimi, mimochodem odrywałem się od codziennej rzeczywistości. To jest przypadłość naszego hobby, że gdy coś wypadnie w opisywanej dzisiaj estetyce z jednej strony płynności, z drugiej dźwięczności, a z trzeciej lotności każdego dźwięku, płyta w ciągu kilku dni tak jak w dzisiejszym przypadku ląduje w odtwarzaczu kilkukrotnie. I co najciekawsze, nawet po tak długiej serii nie mam jej dość. Jak to możliwe? Słowo klucz, to wspominane wcześniej unikanie uśredniania prezentacji. Owszem, w tym przypadku z nutą przyjemnej dla ucha płynności, bo plastycznej, ale cały czas nacechowanej walorami pokazującymi jej piękno. Zapewniam, to nie jest przysłowiową bułką z masłem, aby po kilkunastu odsłuchach parafrazując klasyka, nadal mieć ochotę na kolejną powtórkę z rozrywki, ale jak widać, kable Shunyaty pokazały, że taki stan ducha da się jednak osiągnąć.
Gdzie widziałbym tytułowe okablowanie kolumnowe? W mojej ocenie to proste. Jedynym problemem dla nich może być zestaw z klasycznymi objawami dużej, zaznaczam dużej nadwagi, bowiem nawet z delikatnym przekroczeniem limitu body z racji dobrego operowania energią oraz unikania zbędnego dociążania przekazu spokojnie sobie poradzą. Jeśli zatem Waszym zbieraninom nie dolega wspomniany stan otyłości, po wpięciu Omegi SP spodziewajcie się szerokiej palety prezentacji nastawionych na dobre pokazanie wszystkich cech słuchanej w danym momencie twórczości. Owszem, idąc za moimi wnioskami, ze szczyptą plastyki, jednak bez utraty odpowiedniego poziomu drapieżności, zróżnicowania energii poszczególnych scenicznych bytów i swobody wypełniania przez nie szerokiej, głębokiej i odpowiednio wysokiej wirtualnej sceny. Czyli reasumując, dostaniecie świat pełen radości bez spowodowanego zniekształceniami efektu szorstkości i to przy dosłownie każdym poziomie głośności. Po to właśnie w moim mniemaniu z wielkim sukcesem Amerykanie włożyli w ten produkt całą zdobytą przez lata wiedzę.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Shunyata Research
Cena: 126 050 PLN / 2 x 2,5m; 9 580 PLN / +0,5m
Frequent visitors of our portal, even if they do not associate the brand tested today from their brilliant exposition during the Warsaw Audio Video Show, probably did get a little acquainted with it reading the reportage from my visit at their location near Warsaw. Of course I am talking about a manufacturer of tube electronics and high efficiency loudspeakers, Destination Audio. And it is a multinational brand at that, as its main market is in the United States, their second home. Fortunately the people there are open for new contacts, so knowing my priorities, they offered to have a closer look at one of the projects from their analog department. This is the reason we got in our listening room a very unique, separated construction, positioned in the extreme High-End market by its pricing, the phonostage WE417A. And you probably do know, that I am arming myself with all kinds of vinyl related items, so the pre-test expectations reached a zenith. So how did it end? Did it fail? Did it fare well? Or was it “safe” and boring in the long run? Please hold your waters for now. The introductory paragraph is not the place to put everything to the table, so please be invited to read my thoughts from dozen or so days of meeting with the WE417A put below.
Like I already mentioned, the center point of our meeting consists of two separate modules, one containing the power supply section, the other with the main amplification and correction circuitry for the signal coming from the cartridge. Obviously, like it should be in all devices from this brand, both elements of the phonostage use electron tubes. To expose everything nicely, the chasses use a 10mm aluminum frame, that becomes the carrier platform for the tubes, capacitors and transformers. But this is for sure not all in terms of external design, as they also used 4mm thick, polished copper sheets for the top and bottom covers, giving the whole a golden shine, while the rectangular and round cups and remaining parts of the main cabinets were powder coated black, what creates and interesting contrast. This seems simple, but when you look at it, it is really great. In terms of connections and manipulators, the power supply, due to it having only the function of providing power to the main unit, has only a toggle switch on the front, together with a golden writing informing of its name and function, while on the back there is a permanently mounted cable with a multipin plug and an IEC socket with a fuse. The phonostage itself, has similar golden writing on the fascia, wile the back carries inputs for MC and MM cartridges, a grounding terminal and the multipin socket to connect the cable from the PSU. From the technical point of view, the manufacturer informs, that the construction is based on triodes and works in pure class A without a negative feedback loop. It also carries a made to spec amorphous intra-stage transformer. The LCR correction is on the level of +/-0.15dB. The step-up transformers are handmade to Destination Audio requirements. The separate power supply uses the 5U4G rectifier tube. So you can see, no expenses were spared. But was it worth it?
Responding to the question posed in the previous paragraph, after the dozen evenings spent with the Destination Audio phonostage, I can tell you one thing – it was one of the rare occasions that a tube device surprised me. But please do not be upset, this surprise was very positive. Usually well applied tubes enchant with an organic, fairytale colored musical world and unobtrusive sweetness, unachievable for the solid state units. And when it would seem we have everything we need to be happy, it turns out, that in terms of reproducing the full spectrum of emotions in music, the devil is in the details. And I am not talking about splitting the mentioned aspects into bits and pieces, or arguing if the electrons moving inside the glass dome are doing it better or worse, but about shortcomings in showing other aspects of the musical spectacle. In first place it is about creating a solid bass base. And I am not talking about the undefined, sometimes too tarry, monotone murmurs, but about the energy of those lower octaves, at times quick, at times slower, becoming a whole, or more separated if required, but always fully controlled. This is the Achilles heel of all tubes – even when they try to emulate solid state, which can impair the reception of big symphonic orchestras, not even mentioning rock or electronic music. Yes, for many people this is still a very nice sound, but when put against reality, it seems to change the musical assumptions too much. And let me be clear, I like to listen to a nice tube amplifier, but I always needed to take this aspect – this one being the most important, but I assure you, there are more – into account and “compensate” for it. If I approached this aspect in such a way, everything was OK. But only for a limited time. And what do I mean by that? As you can probably guess, the encounter that changed things, was meeting the hero of our test. This construction is a device that breaks the stereotype, that if bass from this kind of devices is nice this is already a win, because this is bass from a tube, but on the other hand showing, that yes, you will not achieve a masterful bass like from a brutal, good solid state amp, but I have still to see someone to propose it on the level presented by Destination Audio. Frankly speaking I knew about this ability of the devices made by this manufacturer for a while, since I first met them. But the perception of its sound during all kinds of shows or presentations might not represent what you can hear in your own listening room with your own system, so I attributed it often to good environmental conditions. But finally time came to assess a device that can cross that very high threshold in my own listening room. And in a few words, how did this device fare?
Probably nobody will be surprised that for me the most important thing was the presentation of the whole virtual stage, where the most important aspects were the energy, swing and freedom, something that was the reason that prompted me to buy big loudspeakers. All the rest of the “fireworks”, which are usually most important for you, did also count for me, but let us not kid ourselves, how much would need to go wrong, to have a tube become bad in terms of plasticity, palpability and warmth? It does sometimes happen, but fortunately not on the level of extreme High End, so I was not worried about those any of those aspects taken from the audio ABC, and what was actually fully confirmed while listening. But returning to the thing, that was for me the epitome of the good sound of the 417, I must confess, that it was able to manage every aspect of the sound with absolute calmness, and most spectacular was the lowest part of the frequency band. It had a very condensed energy, which was fully controlled in every moment, and which resulted in even the most demanding tutti of the big orchestra to move my walls. And it was not with a long, rubbery rumble, but with an immediate, quick kick. This is very important, because on one hand it gave the feeling of keeping adequate speed of attack of the sound, but on the other, in the longer vibrating phrases, you could discern individual impulses from any murmur, a result of very good control of the sound by the whole system. I know, that most music will enchant us even without that, but when we encounter something like this, we will know how much we lose. This might be a nuance, but on a certain quality level it is a standard, and we feel a deficiency when it is not there. Fortunately this is not something that happened with the DA, what I confirmed many times, not only with symphonics, organ works but also with electronics in the form of for example Yello. But why is it so important? Without placing the sounds against controlled mass and attack, there is no appropriate visualization of the stage, this is why in the context of having a tube device handling this so good, I am repeating this like a mantra, and I am turning your attention to this aspect. This is really a high level of abilities, and if you can get a certificate confirming this, everything else will be fine, as timbre, essence, volatility and enchanting with proper 3D visualization of the stage is something that DA products have in their DNA. Does the whole testing process described above allow me to talk about meeting the ideal? Of course not, because due to the understandable technical limitations a tube has no chance in reproducing the lower notes and the speed of their visualization, when compared to an equally technologically and qualitatively advanced solid state amplifier. But I will defend the tested device and doing that in this case, the final verdict will be an effect of conscious choice of how you like to be enchanted with the sound, and even when you want to put it in absolute terms, I am willing to claim, based on my ten years of experience with reviewing audio gear, that the tested unit reached the pinnacle of quality in using electron tubes. I did not think that I will say it, but I am fully conscious of what I am going to say. The Destination Audio WE417A, when the material demands it, can kick, otherwise it can enchant, and all that on a level of refinement that, to date, was reserved for solid state devices. All that with a slightly different definition of edges, plasticity and homogeneity – we are dealing with tubes here – but in this case with a detailed reproduction of the unpredictability of every genre of music. For me this is absolutely perfect.
Summarizing my writing, I would like to tell you a little anecdote, as a kind of bracket, putting all the above together and allow you to understand, why, instead of praising the tested device left and right about the overall presentation of music I listened to, I concentrated on the lowest registers. Well, about 20 years ago my colleague bought a cult Subaru Impreza with a boxer engine and told me this: “You know Jacek, nowadays any reasonable car can reach 200km/h, this is why the game starts at that level, if and when you can do something sensible past that speed.” Telling, don’t you think? Absolutely, at least for me. And this is why, based on that very accurate description of extreme situations that sat in my head for years, I tried to tell you, what truly our hero can do. And the best thing of all is, that I did not think it could do that much. This is why you should not be surprised that I will recommend this phonostage for everybody, even to the orthodox solid state lovers. Maybe they will not bind the musical life to it, but if they will be at least somewhat impartial, they will learn, that also a tube amplifier of the signal coming from the cartridge, can cause chills. Yes, it will have a bit different esthetics, but not quality, and this means a lot, when you compare two so different technologies.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Essence MC
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Distributor/Manufacturer: Destination Audio
Price: 30 000$
Specifications
Inputs: Pair RCA (MC), Pair RCA (MM)
Outputs: Pair RCA
Frequency response (RIAA): 20 Hz ~ 20 kHz (± 0,15 dB)
Gain: +52dB (MM); +77dB (MC)
Input impedance: MC < 200Ω; MM – 47KΩ lor on demand 85KΩ
THD: < 0,3%
Tube Complement
– Signal Tubes: 2 x WE417A – first gain step (5842 equivalent);4x 5687 – 2-nd & 3-rd gain step
– Power Supply : 5U4G Rectifier
Dimensions
– Preamplifier: 390 x 160 x 300 mm
– Power Supply: 390 x 200 x 300 mm
Weight:
– Preamplifier: 16 kg
– Power Supply: 24 kg
Najnowsze komentarze