Monthly Archives: kwiecień 2020


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Pomimo oczywistych związanych z pandemią niedogodności konieczność siedzenia w domu może mieć swoje dobre strony. Oto jedna z nich – pachnąca syropem klonowym – kanadyjska, stereofoniczna końcówka mocy Tenor Audio 175S HP, czyli znana i lubiana 175-ka z „delikatnym” turbodoładowaniem. W rezultacie z  tytułowych 175W/kanał zrobiło się 250 i dwukrotnie zwiększono współczynnik tłumienia.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Link do zapowiedzi: Gauder Akustik Arcona 100 MK II

O ile przedświąteczne – wiosenne porządki z reguły oznaczają pucowanie okien, posadzek i rodzimych skorup, to z ciekawą kontrpropozycją wyszedł niemiecki Gauder Akustik odświeżając swoją najbardziej przystępną serię Arcona. W ramach wersji  MK II postawiono na ponadczasową czerń … przetworników i zastąpienie wysokotonowego AMT porcelanowym, oczywiście czarnym, Accutonem. Co z tego wynikło będziemy wiedzieli za czas jakiś a na razie zaczynamy wygrzewać model Arcona 100 MK II .

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Silent Angel Bonn N8

Zakładam, że dla większości z Państwa pojęcie „efekt motyla” nie jest obcy. Od razu doprecyzuję, iż nie chodzi o zachowane gdzieś w pamięci blade wspomnienia thrillera fantastycznonaukowego z 2004 roku, o tym właśnie tytule, lecz o nieco mniej przerażający dla ogółu synonim chaosu deterministycznego, czyli wrażliwej zależności od warunków początkowych. Przekładając to na nieco bardziej strawną formę w telegraficznym skrócie wyjaśnię, iż mowa o zjawiskach i procesach, gdzie nawet niewielkie nie tylko błędy, anomalie, lecz nawet zaokrąglenia i uśrednienia danych, parametrów początkowych skutkują diametralnie różnymi wynikami końcowymi. Co to wszystko ma wspólnego z tematyką audio? Okazuje się, że całkiem sporo, gdyż poddaje w zasadną wątpliwość postawę „akcesoryjnych agnostyków” uparcie twierdzących, że wszelakiej maści okablowanie, poprawiacze prądu, czy też akcesoria, absolutnie nie mają znaczenia, gdyż nie mają wpływu na to, co tak naprawdę dobiega naszych uszu z głośników. Krótko mówiąc najzwyklejsza logika nakazywałaby właśnie o jakość owych parametrów wejściowych jak najlepiej zadbać, by podczas dalszej obróbki ich nie powielać i nie amplifikować powstałych na wejściu nieścisłości. Dlatego też w ramach niniejszej recenzji pochylimy się nad zagadnieniem, które z racji powszechności streamingu wydawać by się mgło warte uwagi, a dziwnym zbiegiem okoliczności może nie tyle odsuwane jest w niebyt, co traktowane jako niekoniecznie z naszą działką związane. Mowa bowiem o naszej domowej … infrastrukturze sieci ethernetowej. Tak, tak chodzi właśnie o fizyczne medium transmisyjne – czyli zarówno okablowanie, jak i liniowe urządzenia komunikacyjne, vide routery, switche i serwery. Medium, które umożliwia przesyłanie sygnałów elektrycznych, podkreślę „sygnałów elektrycznych” a nie zer i jedynek, jak niczym mantrę powtarzają nasi oponenci.
O wpływie zbudowanego z myślą o zastosowaniach audio serwera mogliśmy ostatnio przekonać się podczas testu wielce udanego Melco N1A/2EX, któremu towarzyszyło niepozorne, lecz jak się okazało nie mniej istotne urządzenie, w znaczącym stopniu poprawiające finalną jakość dźwięku odtwarzanych plików, czyli … switch Melco S100. Jak się Państwo domyślają poczynione wtenczas obserwacje niebagatelnego wpływu tego, wydawać by się mogło pomijalnego w naszej audiofilskiej układance akcesorium sprawiło, iż mając już na koncie doświadczenia z okablowaniem ethernetowym (Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence, Fidata HFLC) postanowiliśmy możliwie szybko nadrobić zaległości związane z urządzeniami komunikacyjnymi i rozpocząć eksplorację segmentu audiofilsko zorientowanych switchy.
Tym oto sposobem w iście ekspresowym tempie na redakcyjny tapet trafiła dopiero co rozpoczynająca swój byt na polskim rynku nowość, czyli dostarczony przez wrocławskie Audio Atelier switch Silent Angel Bonn N8. Jeśli zastanawiacie się Państwo cóż potrafi takie niepozorne, mające wybitnie komputerową proweniencję, akcesorium zdziałać w systemie właśnie na pliki zorientowanym serdecznie zapraszam do dalszej lektury.

W ramach swoistej wizytówki wypadałoby w dosłownie kilku słowach nakreślić pochodzenie dzisiejszego gościa. Otóż marka Silent Angel należy do firmy Thunder Data założonej przez Erica Jian Huanga, który wcześniej był dyrektorem technicznym EMC China, a w jej portfolio znajdziemy obecnie właśnie switch Bonn N8, serwer muzyczny Rhein Z1, oraz moduł VitOS dedykowany platformie Raspberry Pi 4.
Na pierwszy rzut oka Bonn N8 wyglądem nie odbiega od podobnych mu, przynajmniej pod względem funkcjonalności, „cywilnych” gigabitowych konkurentów w stylu Netgeara 8p GS108GE, czy TP-Linka 8p TL-SG108E a więc ogólnodostępnych switchy z pułapu 150 PLN. Całe szczęście wypakowując „milczącego aniołka” z eleganckiego czarnego, kartonowego pudełka wyściełanego precyzyjnie dociętą szarą gąbką można poczuć zauważalną różnicę w solidności wykonania i jakości użytych materiałów. Metalowa obudowa jest bowiem nader sztywna a grubość użytych profili zapobiega nie tylko nieporządnym wibracjom, co mówiąc wprost uginaniu się ścianek podczas prób ich ściśnięcia. Co do samej aparycji to nikt nie próbuje tu wyważać już dawno temu otwartych drzwi, więc na froncie znajdziemy jedynie firmowy logotyp i dziesięć diod z których osiem zielonych wskazuje status połączenia konkretnego portu a dwie pozostałe informują o zasilaniu (zielona) i ewentualnych problemach – alarmowa czerwona. Korpus pozbawiono jakichkolwiek dekoracji, więc bez zbędnego marudzenia przechodzimy na zaplecze, gdzie do dyspozycji mamy osiem portów Ethernet (RJ-45) i gniazdo dedykowane zewnętrznemu zasilaczowi wtyczkowemu. Krótko mówiąc emocje jak na grzybobraniu. W komplecie jest jeszcze wspomniany wtyczkowy zasilacz i krótki przewód Ethernet, który z racji posiadania zdecydowanie wyższej klasy okablowania pozwoliłem sobie zostawić w spokoju.
Jednak o przewadze N8 decyduje nie aparycja a trzewia, do których azjatycki producent ewidentnie się przyłożył. W obwodzie zasilania mamy podwójną filtrację redukującą szum o 18 dB (dokładnie 17.78 dB), dodatkowo zaimplementowano autorską płytkę ultra precyzyjnego zegara TCXO o dokładności 0.1 ppm i kolejny podwójny układ izolujący wrażliwe podzespoły o 20.79 dB. W celu izolacji od zakłóceń EMI wnętrze obudowy wyklejono specjalną folią Silent Angel Noise Absorber (SANA). Tuż za portami Ethernet ulokowano pełniące rolę filtrów cewki indukcyjne (po cztery na gniazdo), za którymi znalazła się bateria 32 mikro transformatorów zapewniających separację galwaniczną każdego z portów, a nad pracą całości czuwa ukryty pod metalową płytką mikroprocesor.
I jeszcze jedno. Jak się dobrze poszpera w odmętach Internetu, to można natrafić na różne ciekawostki. Tak też było tym razem. Okazuje się bowiem, że tytułowego Music Angela można również nabyć w nieco odmiennej szacie wzorniczej. Otóż trzewia N8 występują na zasadzie umowy licencyjnej również pod banderą NuPrime jako Omnia SW-8 a różnice dotyczą dodania masywnej aluminiowej obudowy, dokładnie monolitycznej skorupy, i niskoszumowego zasilania. Oczywiście powyższy tuning nie jest za przysłowiowe dziękuje a cena wzrasta do 499 €.

A teraz najważniejsze, czyli wpływ tytułowego malucha na brzmienie cyfrowej odnogi mojego systemu, w którym na wejściu znajduje się dwuzakresowy modem operatora kablówki i internetu Connect Box spięty z moim prywatnym routerem TP-Link Archer C6, do którego z kolei mam podłączony zarówno NAS WD MyBook Live, jak i Lumina U1 Mini a całość okablowana została przewodami NEYTON Ethernet Cable CAT7+. Tytułowy switch wylądował zatem za Archerem i do niego zostały podłączone wszystkie pozostałe elementy mojej domowej architektury. Ponadto chcąc wyeliminować wpływ sygnatury dyżurnego okablowania, dzięki uprzejmości (alfabetycznie) Audio Center Poland, Audiomica Laboratory i Voice podczas testów korzystałem również wymiennie z okablowania Ethernet pod postacią modeli Wireworld Chroma 8 i Starlight 8, Audiomica Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence i 3 sztuki Cardas Audio Clear Network. Z tego też powodu testy zajęły mi wielce intensywne dwa tygodnie, podczas których początkowe emocje związane z nowym elementem toru zdążyły opaść.

Jednak ad rem. Po pierwsze już od startu słychać, że spektrum działania Silent Angela jest zdecydowanie szersze od tego, w jakim działał switch Melco S100. Chodzi bowiem o to, iż Melco eliminował cyfrowy szum tła, pasożytnicze artefakty powodując aksamitnie czarne i nieprzeniknione tło, poprawiając tym samym odstęp sygnału od szumu a co za tym samym rozdzielczość. Z kolei Bonn N8 idzie o krok, bądź nawet dwa dalej. Nie dość bowiem, że robi to, co swój poprzednik, to jeszcze wyraźnie przesuwa skraje słyszalnego pasma. Mówiąc wprost z N8 w torze dostajemy więcej góry i dołu. I nie, tu nie chodzi o ich ordynarne wypchnięcie, lecz o ilość dostarczanych informacji, rozdzielczość, zróżnicowanie i klarowność, oraz wolumen. Pojawienie się tytułowego malucha działa jak, posługując się motoryzacyjną analogią, profesjonalny chip tuning połączony ze zdecydowanie bardziej inwazyjną poprawą właściwości jezdnych naszego turladełka. Wracając jednak na nasze podwórko i mówiąc wprost słyszymy nie dość, że więcej, co po prostu lepiej i wcale nie oznacza to, że chiński switch coś tam od siebie dodał, interpolował, zmultiplikował i dokleił, lecz jedynie zlikwidował obecne do tej pory wąskie gardło na wejściu. Te informacje cały czas tam, czyli w materiałach źródłowych, były a to, że dopiero teraz je w pełni usłyszeliśmy to już zupełnie inna bajka.
Aby tego doświadczyć wcale nie trzeba od razu sięgać po jakieś ultra dopieszczone audiofilskie zasoby, gdyż nawet na mainstreamowym hard rocku w stylu „Black Moon Pyramid” , gdzie dziwnym zbiegiem okoliczności znajduje się wielce urodziwa ballada „Silent Angel” a Axel Rudi Pell udowadnia jak misternie potrafi szyć na swoim Fenderze Stratocasterze, usłyszymy to, co powinniśmy. Oczywiście przesiadka z gitarowych galopad na nieco bardziej wysublimowaną estetykę, jaką reprezentował m.in. niezwykle klimatyczny, pochodzący z lat 1962-63, album „Afro Bossa” Duke Ellington & His Orchestra (dostępny zarówno na TIDAL-u w wersji MQA Studio Master 24bit/192 kHz, jak i na HDtracks w klasycznych FLAC-ach 24bit/192kHz, oraz HIGHRESAUDIO® 24bit/96kHz) sprawiła, że do głosu doszedł swoisty analogowy plankton. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż początkowy efekt WOW! wywołany agresywną filtracją i zbyt zgrubnym czyszczeniem powoduje utratę właśnie takich pozornie nieistotnych niuansów, przez co znika konieczny dla pokreślenia autentyzmu nagrań flow między muzykami. N8 tego właściwego, naturalnego ruchu drobinek kurzu i aury otaczającej muzyków nie rusza. Wręcz je unaocznia tak operując światłem, że krawędzie źródeł pozornych zyskują na wręcz holograficznej namacalności. Z premedytacją nie napisałem w tym momencie o konturowości, czy ostrości, gdyż nie chodzi li tylko o zwykłe działanie filtra „Unsharp Mask” a zdecydowanie bardziej złożone, trójwymiarowe działanie kreowania namacalnych brył muzyków i ich instrumentów. Pomijając jak zwykle referencyjne dęciaki i bezdyskusyjne różnice w ich barwie (kremowo-czekoladowy klarnet Russella Procope’a) proszę tylko zwrócić uwagę na to, co wyczynia odpowiedzialny za perkusjonalia Sam Woodyard, czy swobodę graniczącą z wynikającej z niewątpliwej wirtuozerii nonszalancją, z jaką na fortepianie przygrywa sam Ellington.
Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianego na wstępie rozciągnięcia skrajów pasma. Jeśli ów fragment cały czas nie daje Państwu spokoju proponuję posłużyć się jednym z naszych dyżurnych albumów, czyli „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie mamy iście subsoniczne, przywodzące na myśl dokonania Billa Laswella, syntetyczne zejścia, jak i wwiercające się w korę mózgową, nieodparcie kojarzące się z elektrycznym okresem twórczości Milesa Davisa, partie trąbki, czy też gitarowe przestery. Ten pozorny, transowo-jazzowy galimatias jest naprawdę sporym wyzwaniem dla większości systemów, jednak wyzwaniem wrednym i na swój sposób złośliwym. Bowiem już na budżetowych systemach potrafi zachwycić i w owym zachwycie trzymać tak długo, aż nie usłyszymy tych zagmatwanych fraz na secie potrafiącym zagrać je lepiej. Nagle okazuje się, że ileś tam procent do tej pory nam umykało – bas zatrzymywał się w pół kroku a góra grana była na pół gwizdka, więc do czasu osiągnięcia zasłyszanego poziomu po ww. krążek/pliki sięgamy nader niechętnie, wiedząc, że jedynie ślizgamy się po jego powierzchni. I właśnie pojawienie się w systemie Silent Angela jest takim przeskokiem o szczebel, bądź dwa wyżej. Jest lepszym, bardziej szlachetnym i generalnie wyższej klasy obliczem naszego systemu, o którego istnieniu dopiero teraz mogliśmy się przekonać. Całkiem nieźle jak na tak niewielki wydatek.

Wydawać by się mogło, że z większością zjawisk fizycznych dotyczących tematyki audio jako tako się uporaliśmy. Zadbaliśmy o odpowiednio czysty prąd, odprzęgnęliśmy naszą drogocenną elektronikę od pasożytniczych wibracji, czyli nic, tylko siedzieć i delektować się najwyższej klasy dźwiękiem. Okazuje się jednak, że jest w tym sporo racji, gdyż tylko nam się tak wydawało a tak naprawdę zostawiliśmy odłogiem kwestię jakości źródła docierającego do naszego streamera popularną skrętką sygnału cyfrowego. I jeszcze raz podkreślę, że nie są to przysłowiowe zera i jedynki, lecz takie same ładunki elektryczne, jak w innych połączeniach przewodowych, czy to w interkonektach, czy kablach głośnikowych, więc na miły Bóg, czemu mielibyśmy akurat ten obszar uznawać za wyłączony z reguł do tej pory się sprawdzających. Dlatego też jeśli chcecie Państwo przekonać się na własne uszy co tak naprawdę wasze systemy w kwestii grania z plików mają do powiedzenia ze zwykłej, ludzkiej ciekawości sięgnijcie po Silent Angel Bonn N8 a zrozumiecie, że jest to bilet w jedną stronę a powrót do stanu sprzed N8-ki nie ma racji bytu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC: Chord DAVE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Étude, Chord Electronics Ultima 5, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Cardas Clear Reflection
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Stopy antywibracyjne: Finite Elemente Cerabase compact, Cerapuc, Ceraball
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence, Cardas Audio Clear Network
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Dystrybucja: Audio Atelier
Cena: 1 749 PLN

Dane techniczne:
– Złącza: 8 szt. RJ-45 10/100/1000 Mbps
– Diody LED:
Zasilanie (Zielona)
Alarm (Czerwona)
8 x Status portów (podłączenie / aktywność)
– Dokładność zegara głównego: 0.1 ppm @ 25 °C
– Absorber EMI : Silent Angel Noise Absorber (SANA)
– Izolacja szumu:
Główny obwód zasilania: 17.78 dB @ 100MHz x 2,
Obwód zegara: 20.79 dB @ 100MHz x2
– Zasilacz: 5 VDC @ 1A klasy medycznej
– Maksymalny pobór mocy: 5W
– Wymiary (S x G x W): 154.5 x 85 x 26 mm
– Waga: 1.2 kg (brutto)

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Chord Electronics Dave & Étude

Opinia 1

Od razu na wstępie wyjaśnię, że to nie tak miało być, gdyż o ile pochodzenie a nawet marka bohaterów niniejszej epistoły się zgadza, to samo urządzenie a właściwie urządzenia już niekoniecznie. Niestety komplikacje związane z pandemią koronawirusa (COVID-19) znalazły odzwierciedlenie również w naszych planach recenzenckich, co w tym wypadku oznaczało kilkutygodniowe opóźnienie dostawy wzmacniacza mocy Chord Electronics Ultima 5 . Okazało się jednak, że nie ma tego złego, co by … itd., gdyż jak podlinkowana przed chwilą zajawka dobitnie świadczy koniec końców ów wzmacniacz do nas dotarł a w tzw. międzyczasie dystrybutor marki – cieszyński Voice, nader zgrabnie zagospodarował powstałą lukę, czym prędzej dostarczając nam dopiero co prezentowany na praskim AUDIO VIDEO SHOW wielce urodziwy zestaw DAC/power czyli reprezentujące linię Choral przetwornik cyfrowo-analogowy Dave i równie kompaktową stereofoniczną końcówkę mocy Étude, wraz z dedykowanymi im ekskluzywnymi standami Choral Ensemble Floor Stand Silv. Całkiem akceptowalny zestaw „na przeczekanie”, nieprawdaż? Jeśli zastanawiacie się Państwo jak tytułowe maluchy sprawdziły się w boju nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury.

Nie wiem czy to starość, czy zwykłe lenistwo, ale coraz częściej doceniam producenckie zapędy do możliwie daleko posuniętej integracji i związanej z nią minimalizacji, czyli mówiąc wprost redukcji gabarytów i co najważniejsze wagi. Dzięki tym trendom duet Chorda można przenieść za jednym razem i to w niezbyt mocnej torbie, gdyż w sumie ważą nieco poniżej 9 kg. Jeśli jednak w tym momencie spodziewacie się Państwo jakiś, za przeproszeniem wydmuszek, to pomyliliście adresy, gdyż już przy wypakowywaniu widać a przede wszystkim organoleptycznie czuć, że to nie jest tzw. masówka. Oj nie. Masywne, z perfekcyjną precyzją wykończone korpusy ze szczotkowanego aluminium utrzymano w eleganckiej czerni, choć nic nie stoi na przeszkodzie, by zamówić wersję w naturalnym srebrze. Co ciekawe owe obudowy nie są zwykłymi giętymi blachami, bądź skręcanymi aluminiowymi profilami, lecz wyżłobionymi blokami stanowiącymi dół i ściany, uzupełnionymi dokręcanymi od góry pokrywami. Natomiast firmowe stojaki kuszą chromowanymi nogami i czernią ramek w jakie wpasowujemy poszczególne komponenty.
Aparycja Dave’a nie pozostawia nikogo obojętnym. Jest tak futurystyczna, że albo się ją pokocha, albo znienawidzi od pierwszego wejrzenia i nic na to nie poradzimy. Całe szczęście ów zaoblony na bocznych ściankach projekt, przyozdobiony monstrualną, przywodzącą na myśl koperty zegarków dla nurków, tarczą przełom górnej ściany i frontu, oraz chromowane „guzy” manipulatorów, na tyle przypadł mi do gustu, że bez chwili wahania zostawiłbym go w swoim systemie i z radością na niego od czasu do czasu spoglądał. Z elementów dekoracyjnych warto wspomnieć o eleganckim szyldzie wkomponowanym w dedykowane wgłębienie na lewo od intrygującego bulaja i nie mniej designerskim „krzyżaku” z centralną – większą gałką pełniącą nie tylko rolę regulatora głośności, lecz również poprzez naciśnięcie zatwierdzającą wybór odpowiedniej nastawy, oraz cztery mniejsze przyciski ułatwiające nawigację po menu.
Na froncie znajdziemy jedynie ulokowane po prawej stronie 3,5 mm gniazdo słuchawkowe obsługujące obciążenia do 800 Ω a odpowiedzialny za jego pracę układ oferuje trzy różne filtry „Crossfeed” pozwalające modelować generowaną przez słuchawki przestrzeń. Sam wyświetlacz, pomimo okalającego go pierścienia jest już prostokątny a z poziomu menu mamy możliwość wybrania jednej z czterech proponowanych przez producenta kompozycji – od monochromatycznej po zdecydowanie weselszą, gdzie kolory podświetlenia zmieniają się wraz z częstotliwością próbkowania obsługiwanych sygnałów, których dokładne parametry prezentowane są w lewym górnym polu. Oprócz tego zyskujemy dostęp do informacji dotyczących wybranego wejścia, siły głośności, aktywnego filtra cyfrowego, czy też samej kompozycji wyświetlacza.
Pomimo niezbyt imponującej przestrzeni ściana tylna Dave’a jest w stanie wprawić w konsternację niejednego pełnowymiarowego konkurenta, gdyż oferuje nie tylko parę analogowych wyjść w wersji RCA i XLR, lecz przede wszystkim oszałamiający swym bogactwem wachlarz interfejsów cyfrowych obejmujący wejście USB, cztery BNC, AES/EBU i dwa Toslink. Jakby tego było mało Anglikom udało się jeszcze wygospodarować miejsce na … cztery terminale DX BNC (dual BNC dedykowane połączeniom z innymi, jeszcze czekającymi na premierę, urządzeniami Chorda) i pełnowymiarowe, zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilania IEC.
W porównaniu ze swoim cyklopim rodzeństwem stereofoniczna końcówka mocy Étude wydaje się istną oazą spokoju i minimalizmu. Ot pozbawiony jakichkolwiek ekstrawagancji, zaczerpnięty z ww. DAC-a korpus zdobi jedynie drobna perforacja zapewniająca chłodzenie trzewi i tym razem centralnie umieszczony chromowany szyld z firmowym logotypem. Ściana tylna prezentuje się równie minimalistycznie – po parze wejść RCA/XLR i pojedyncze, solidne terminale głośnikowe wyczerpują temat przyłączy a całości dopełnia włącznik główny z gniazdem zasilającym IEC.

Niech jednak nie zwiodą Was nikczemne postury dzisiejszych bohaterów, gdyż to nie jest li tylko lifestyle’owa propozycja dla miłośników desktopowych rozwiązań, co przynajmniej w przypadku Dave’a spokojnie możemy mówić o pełnokrwistym High-Endzie i to we flagowej a przy tym najbardziej zaawansowanej technologicznie odsłonie brytyjskiego producenta. Wystarczy bowiem zerknąć do cennika, by ze zdziwieniem odkryć, iż za to aluminiowe cudeńko Chord Electronics życzy sobie bagatela 47 kPLN. Skoro jednak, przynajmniej zgodnie z materiałami promocyjnymi, mamy do czynienia z „najbardziej zaawansowanym przetwornikiem DAC/przedwzmacniaczem na świecie”, to najwidoczniej taniej byłoby poniżej jego szlacheckiego urodzenia, tym bardziej, że pozornie zwyczajna nazwa DAVE to, i tu znów posłużę się stosownym cytatem, „skrót od „Digital to Analogue Veritas in Extremis” oznaczający skrajne oddanie sygnału cyfrowego poprzez sygnał analogowy”. Krótko mówiąc mamy do czynienia z cyfrowym odpowiednikiem jubilerskiego majstersztyku w stylu jaj Fabergé. Wystarczy bowiem tylko wspomnieć, iż sercem Dave’a nie jest któraś z ogólnodostępnych na rynku kości a autorski układ logiczny Spartan 6 FPGA, którego oprogramowanie zawiera ponad milion linii kodu. Podobnym pietyzmem wykazano się w kwestii mocy obliczeniowej, która w tym przypadku jest tysiąc razy większa niż w masowo produkowanych układach. Ponadto autorskie filtry cyfrowe FIR WTA (Watts Transient Aligned) obsługują 164 000 rejestrów (taps) i pracują z częstotliwości 256fs, a to wszystko dzięki układowi o 166 rdzeniach DSP. Nie dziwi zatem bezproblemowa obsługa sygnałów PCM 44,1 – 768 kHz (2 x DXD) i DSD (do Quad DSD) oczywiście z osobnymi, dedykowanymi filtrami.

Pomimo zdecydowanie bardziej przystępnej ceny Étude jest równie zaawansowaną, w pełni zbalansowaną konstrukcją. Jak to od lat w Chordzie bywa jego zasilanie oparto o trzy, z niezwykłą starannością zaekranowane, moduły impulsowe – jeden dla szyn pomocniczych i dwa obsługujące szyny wysokoprądowe. Równie ciekawie przedstawia się pracujący w klasie AB stopień wyjściowy, w którym co prawda „siedzi” wzmacniacz impulsowy, jednak korzystający z dwóch banków po cztery MOSFETY zdolnych oddać w trybie stereo 150 W przy 4 Ω a po zmostkowaniu nawet 300W. U podstaw tego niezwykłego projektu leżą prace m.in. Dr Malcolma J Hawksforda z Essex University i Boba Cordella z Bell Labs, które do wiadomych potrzeb zaadaptował John Franks z ekipą. Oczywiście tak wysoka moc przy tak kieszonkowych wymiarach wymaga wydajnego chłodzenia, czego sama, nawet pełniąca rolę radiatora obudowa nie ma szansy zapewnić. Dlatego też korpus oprócz gęstej perforacji wspomaga zamontowany wewnątrz ultra cichy wentylator.

Przechodząc do części odsłuchowej, a więc mając już za sobą kontakt organoleptyczny z tytułowymi maluchami, z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że pozory mogą mylić, jednak z drugiej ich (Chordów, nie pozorów) niezaprzeczalna kompaktowość jednoznacznie wskazywała na co najwyżej desktopowe przeznaczenie. Trudno jednak wyobrazić sobie dysonans pomiędzy tym, co widzimy – dotykamy, czyli zjawiskami czysto namacalnymi a dźwiękiem, dokładnie skalą, wolumenem i potęgą przez nie oferowanymi. Nie dość, że było to brzmienie bezsprzecznie zarezerwowane dla pełnowymiarowych, górnopółkowych komponentów, to w dodatku część z nich mogłaby mieć problemy z dorównaniu Chordom tak pod względem rozdzielczości, jak i dynamiki. W dodatku słychać było zaskakujący, w stosunku do swojego starszego rodzeństwa, jak daleko nie szukając CPA 3000 + SPM 1200 MkII, progres dotyczący organiczności i wysycenia przekazu. To oczywiste odejście od wcześniejszej analityczności, jednak nie w kategoriach rewolucji a ewolucji, gdy nie tracąc nic z rozdzielczości całość sprawia bardziej plastyczne, analogowe (?) wrażenie. W głównej mierze była to zasługa fenomenalnego Dave’a (swoją drogą całkiem niezły pomysł na tytuł jakiegoś filmu o super bohaterze), co nie omieszkałem zweryfikować zastępując Étude dyżurnym Brystonem, czekającym na swoją kolej, również powstałym pod czujnym okiem Johna Franksa Ultima 5, czy wreszcie A-klasowym rodzimym Abyssoundem ASX-2000. Za każdym razem otrzymywałem niezwykle uzależniającą mieszankę odmienianej w tej recenzji przez wszystkie przypadki rozdzielczości, lecz rozdzielczości niebędącej pochodną odchudzenia i suchej analityczności, lecz wynikającej z wprost niesamowitego ładunku informacji, jakie ten niepozorny DAC jest w stanie z przysłowiowych zer i jedynek wyekstrahować. Może zabrzmi to jak kiepski żart, albo proszenie się o kłopoty, ale w brzmieniu Dave’a było niepokojąco dużo cech, które każdorazowo urzekają mnie podczas odsłuchów gramofonów TechDas, gdzie brak jakichkolwiek zniekształceń pozwala dostąpić zaszczytu dotarcia do sedna muzyki. W dodatku wcale nie musiały to być jakieś wypieszczone i wymuskane, wydane na złocie krążki, gdyż po pierwsze Dave po USB z plików, szczególnie tych natywnie gęstych, potrafił pokazać znacznie więcej, aniżeli z nośników fizycznych, co jego priorytetem był właśnie autentyzm i realizm a nie skupianie się na technicznej stronie realizacji. Dlatego też począwszy od nagranego na totalnym luzie, przez B.B. Kinga, który w wieku 77 lat już od dawna nic nikomu niczego udowadniać nie musiał, albumu „Reflections” poprzez równie leniwie wyśpiewywane przez Dianę Krall frazy na „The Look Of Love” a skończywszy na radosnych porykiwaniach Ozzy’ego na „13” każdorazowo łapałem się na tym, że z wydawać by się mogło twardego postanowienia prowadzenia podczas odsłuchów skrupulatnych notatek wyszły przysłowiowe nici, bo zamiast szukać dziury w całym wolałem po prostu posłuchać ulubionej muzyki.
Niemniej jednak nawet w komplecie oba Chordy zasługują na szczere słowa uznania. Rozdzielczość przetwornika i niezwykła akuratność końcówki sprawiają, że nawet z niezbyt łatwymi do wysterowania kolumnami otrzymamy przekaz pełen energii i kontroli a przy tym na tyle muzykalny, że o ile tylko nie przekombinujemy ze zbyt analitycznym i osuszającym okablowaniem, to naprawdę trudno będzie drzemiący w nich potencjał zaprzepaścić. Étude bowiem potrafi z zadziwiającą skutecznością pilnować timingu nawet najbardziej karkołomnych kompozycji, dzięki czemu ze stoickim spokojem, niczym niepozorny lodołamacz pokonywał piętrzące się przed nim wyzwania, radząc sobie zarówno z patetycznym „Psychotic Symphony” Sons of Apollo, jak i zdecydowanie bardziej kameralnym, co wcale nie oznacza, że mniej krytycznym materiałem z filmu „Whiplash”. Gwoli wyjaśnienia dla niewtajemniczonych tylko dodam, iż w pierwszej formacji za zestawem perkusyjnym siedzi sam Mike Portnoy, czyli człowiek, którego prog-metalowe poczynania niejeden aspirujący do miana High-Endu system potrafiły sprowadzić do parteru. A z Chordami ta ekstremalna, ale pod ciągłą kontrolą jazda z pedałem gazu wciśniętym w podłogę sprawiała nie tylko autentyczną frajdę, co nieustannie motywowała po sięganie po kolejne, jeszcze bardziej zagmatwane i wieloplanowe nagrania. W dodatku bez trudu jesteśmy w stanie nie tylko usłyszeć, ale i poczuć podwójną stopę Mike’a, czy ze zdziwieniem odkryć, że blachy, w które z takim zaangażowaniem „wali” mają wielce przyjemną, ciepłą barwę i równie zaskakująco długie wybrzmienia. Najlepsze jednak w tej nawałnicy dźwięków jest to, że owe smaczki nie wyrywają się przed szereg, lecz stanowią nierozerwalne składowe szalenie homogenicznej i koherentnej całości, w której każdy niuans jest obecny i widoczny a jednocześnie idealnie wkomponowany.

W ramach finalizacji wrażeń nausznych pozwolę sobie skreślić jeszcze kilka zdań o wbudowanym wzmacniaczu słuchawkowym. Otóż już od pierwszych taktów na usta cisnęło mi się stwierdzenie, że konstruktorzy jednak znaleźli sposób na przemycenie brzmienia „starych” Chordów, bowiem to właśnie na nausznikach słychać było akcent postawiony na analityczności i bezwzględnej neutralności. Pół żartem pół serio można było wręcz uznać, że o ile na wyjściach analogowych Anglicy pozwolili słuchaczom czerpać radość praktycznie ze wszystkich nagrań, to już na słuchawkach kończy się błogie lenistwo a zaczyna ciężka praca recenzenta i to nie sprzętowego a muzycznego. Słychać bowiem każdy detal, niuans i potknięcie popełnione tak przez muzyków, jak i zespół odpowiedzialny za samo nagranie, czy mastering. W związku z powyższym odsłuch twórczości Diany Krall, czy Cassandry Wilson nadal sprawiał mi wielką przyjemność a nagrania sygnowane przez 2L, Fim, Mobile Fidelity etc. ustawiały poprzeczkę na pułapie nieosiągalnym dla komercyjnych wydawnictw, to po większość cięższych brzmień sięgałem raczej z sentymentu, aniżeli chęci przekonania się kto i gdzie się potknął, bądź ewidentnie dał ciała. Czy to źle? Wbrew pozorom śmiem twierdzić, że nie, gdyż dzięki temu nad wyraz łatwo można obserwować postępy, bądź ich brak, w sztuce realizatorskiej, oraz artyzmie poszczególnych wykonawców. Ponadto nic nie szkodzi na przeszkodzie dobrać do Dave’a jakieś gęsto, wręcz kremowo grające słuchawki.

W ramach małego résumé przydałoby się ustalić, czy tytułowy duet po pierwsze spełnił pokładane w nim nadzieje, po drugie, czy wart jest nie tylko sporych nakładów finansowych, lecz również nasze uwagi i po trzecie kto powinien w pierwszej kolejności się nim zainteresować. No to jedziemy po kolei.
Dave wraz z Étude nie dość, że wyglądają, szczególnie posadowione na Choral Ensemble Floor Stand Silv, obłędnie, to grają lepiej niż wyglądają, co samo w sobie powinno stanowić odpowiedź na punkt pierwszy. Odnośnie drugiej kwestii zwykło się uważać, że dżentelmeni o finansach nie rozmawiają, jednak akurat w tym przypadku kwestia nie dotyczy dylematu tanio/drogo a jedynie zdolności przełamania własnych wyobrażeń budowanych na podstawie tego co widzimy. Chodzi bowiem o to, że o ile w desktopowych kategoriach tytułowy duet Chord Electronics stanowi swoiste ekstremum i przejaw ekstrawagancji, to z większej perspektywy, gdy pomimo początkowych oporów, zaliczymy go do grona pełnowymiarowych systemów sprawy przedstawiać się będą w zdecydowanie bardziej może nie tyle korzystnym, co potwierdzającym zasadność zakupu świetle. Bowiem Dave z Étude oferują brzmienie właśnie na takim – pełnowymiarowym poziomie i to w dodatku w swej iście high-endowej odmianie. No i na koniec została nam grupa docelowych odbiorców, czyli uwielbiany przez działy marketingu „target”, który akurat w tym wypadku niejako definiuje funkcjonalność Dave’a zdolnego obsłużyć jedynie cyfrowe sygnały.
Jeśli zatem, przynajmniej na razie nie ciągnie Państw do analogu a z plików korzystacie równie często, co z cyfrowych nośników fizycznych i ponadto dysponujecie wysokiej klasy transportem, to prawdę powiedziawszy nie ma co się zastanawiać, tylko umawiać na odsłuch.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini, Melco N1A/2EX
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Ultima 5, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Cardas Clear Reflection
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Melco C1AE10
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Śledząc ostatnie poczynania Chord Electronics nie da się nie zauważyć, iż od jakiegoś czasu naturalnie nie zarzucając ważnego dla siebie segmentu High End, swoje kroki skierował w kierunku tak zwanego lifestyle’u. Co to oznacza? Określenie jest dość pojemnie, jednak w skrócie można rzec, iż rozprawiamy o palecie urządzeń przenośnych i desktopowych o jednoznacznie designerskich konotacjach. Czyli? Reprezentanci pierwszego obozu są stosunkowo niewielcy, dzięki czemu z łatwością mogą schować się w kieszeniach, umożliwiając tym sposobem słuchanie muzyki w ruchu. Zaś druga grupa mimo, że jest nieco większa gabarytowo, nadal nie osiąga rozmiarów typowych komponentów audio, co oczywiście nie determinuje, ale sugeruje automatyczne przeznaczenie do aplikacji na niewielkich połaciach komputerowych biurek i temu podobnych przybytków, pozwalając w ten sposób zadbać o spokój ducha choćby przykładowego, wiecznie przepracowanego mówiąc kolokwialnie „korpoludka”. Ok. Ale co wspólnego mają ze sobą kierowane przecież do całkowicie innego odbiorcy owe lifestyle’owe produkty poddanych Królowej Anglii? Jak to co – design. Hołdując nowoczesności jest bardzo wyrazisty, dzięki czemu z łatwością łapie potencjalnego zainteresowanego za oko. Tylko tyle? Naturalnie nie, gdyż obecni melomani w kwestii oczekiwań są bardzo wymagający i oprócz wspomnianej wizerunkowej ponadprzeciętności szukają idącego jej w sukurs dobrego brzmienia. Jak to wygląda w praktyce? I to jest najważniejsza fraza tego testowego odcinka, bowiem dzięki cieszyńskiemu dystrybutorowi Voice w tym spotkaniu przyjrzymy się idealnym przedstawicielom konstrukcji desktopowych, w postaci zbierającego świetne opinie w światowej prasie zestawu przetwornika cyfrowo-analogowego i stereofonicznej końcówki mocy Chord Dave + Étude.

Jak unaocznia seria powyższych fotografii, angielscy inżynierowie w kwestii obudów obydwu produktów kierowali się tym samym pomysłem na bryłę. Naturalnie z racji diametralnie innych zadań każda z nich jest inaczej uzbrojona, jednak nie sposób nie zauważyć, iż w omawianych przypadkach mamy do czynienia ze stosunkowo płaskimi, z lotu ptaka przypominającymi prostokąty z zaoblonymi bocznymi ściankami, wykonanymi z grubych szczotkowanych i anodowanych na czarno aluminiowych, kompaktowych skorup. Rozpoczynając miting techniczny od serca zestawu, jakim niewątpliwie jest wielozadaniowy DAC, głównym detalem różniącym go od końcówki mocy jest zaaplikowany skośnie, bo na przecięciu frontu i górnej płaszczyzny obudowy, zagłębiony w niecce, ozdobiony kilkoma kontrastującymi z czernią obudowy srebrnymi śrubami, okrągły wyświetlacz informujący nie tylko o poziomie wzmocnienia, czy wykorzystywanego wejścia, ale również jaką gęstość pliku dostarczamy w danym momencie, jaki jest jego format i kilku innych istotnych dla użytkownika danych, a wszystko czytelnie i wielokolorowo z możliwością wyboru kompozycji. Ale to nie koniec wizualnych fajerwerków. Mianowicie górną i dolną część obudowy skręcono identycznie odcinającymi się od czarnej całości, usytuowanymi na zewnętrznych flankach srebrnymi śrubami. Z lewej strony wspomnianej busoli na górnej płaszczyźnie obudowy w dość solidnym zagłębieniu osadzono mieniące się połyskującym srebrem logo marki. Tuż nad nim w postaci imitacji fali nachodzącej nad wyświetlacz znajdziemy serię maleńkich otworów z diodami wskazującymi świetnie odbierany wzrokowo poziom wzmocnienia sygnału (oczywiście jako designerskie powielenie cyfrowych danych na wyświetlaczu). Zaś na prawej flance również w specjalnych nieckach angielscy wizażyści wkomponowali przypominający krzyż zestaw czterech mniejszych, oczywiście srebrnych guzików funkcyjnych i centralnie pośród nich usytuowaną nieco większą gałkę wzmocnienia. Myślicie, że to przyprawiający o ból głowy miszmasz? Zapewniam, że nie. Powiem więcej, to dzięki nowoczesnemu zderzeniu szczotkowanej czerni z połyskującym chromem dodatków wygląda fenomenalnie.
Przechodząc do opisu oferty przyłączeniowej Dave’a, podobnie do informacji o walorach estetycznych i manualnych mam same dobre wieści. Otóż konstruktorzy Chorda idąc tropem spełnienia oczekiwań nawet najbardziej wymagającego melomana, w swej zapobiegliwości zastosowania wszelkiego rodzaju wejść i wyjść wykorzystali praktyczne jego całą tylną ściankę. To zaś poskutkowało aplikacją wielu wejść cyfrowych w standardach BNC, OPTICAL, AES/EBU, USB, kilku wyjść cyfrowych BNC, po jednym analogowym RCA i XLR, a także niezbędnego do pracy urządzenia zintegrowanego z włącznikiem głównym gniazda zasilania IEC. Wieńcząc opis przetwornika spieszę donieść, iż na froncie znajdziemy jeszcze bardzo często oczekiwane przez użytkowników tego typu produktów gniazdo słuchawkowe i dostarczanego w zestawie startowym pilota zdalnego sterowania. Tak prezentującego się DAC-a posadowiono na ośmiu idealnie licujących z gniazdami w dedykowanych podstawkach dla Dave’a i Étude – o tym za moment – gumowych stopkach.

Jeśli chodzi o końcówkę mocy, zapewniam, iż ta mimo znacznie mniejszej ilości zadań prezentuje się równie zjawiskowo. To oczywiście bliźniacza z przetwornikiem D/A bryła z akcentami srebrnych śrub na tle czerni obudowy na zewnętrznych parcelach i tym razem zagłębionym w środkowej części tuż przy froncie górnej części obudowy, logo marki, jednak jak wspomniałem z kilkoma spełniającymi konkretne zadnia zmianami. Jedną z głównych jest konieczność odprowadzenia ciepła z wewnętrznych układów podczas pracy wzmacniacza – spokojnie, urządzenie unika nadmiernego rozgrzewania – i nawiercenie 2/3 części prawej flanki frontu i zewnętrznych rubieży dachu znakomicie wpisującymi się w estetykę zjawiskowości wizualnej, licującymi z krawędziami wspomnianych płaszczyzn blokami otworów wentylacyjnych. Zaś drugą jest temat pleców, który rozwiązują pojedyncze terminale kolumnowe, po jednym wejściu liniowym RCA i XLR, przełączniki fazy i gniazdo zasilania z włącznikiem głównym. Wieńcząc dzieło opisu wzmacniacza, po spędzonych z nim kilkunastu dniach, omijając dogłębną analizę budowy, nie mogę nie pochwalić konstruktorów za bardzo umiejętne zaprzęgniecie zasilaczy impulsowych i impulsowego stopnia wyjściowego do pracy w klasie AB. Jak wiem, że każdy producent chwali się wybitną aplikacją tego typu układów, jednak w przeciwieństwie do tego wzmacniacza Chorda wynik soniczny ma się nijak do rzeczywistości. Tymczasem tutaj zaliczyłem bardzo pozytywne, nie mogące przejść bez echa zaskoczenie.

Ale to nie koniec oferty Chorda dla tego typu segmentu audio, gdyż analiza zdjęć oprócz głównych bohaterów pokazuje również, iż Brytyjczycy zaproponowali użytkownikowi dedykowane, pozwalające na wykorzystanie jak najmniejszej powierzchni docelowego blatu, segmentowe, oczywiście stawiane jedna na drugiej, idealnie pasujące do elektroniki wyglądem i materiałami z jakich są wykonane, solidne podstawki. Myślicie, że to przerost formy nad treścią? Bynajmniej, gdyż oprócz tego, że świetnie wyglądają, są ciężkie, a przez to stabilne, idealnie komponują się z opisywanymi produktami, to jeszcze w porównaniu do potencjalnej aplikacji na przenoszącym wibracje podłoża komputerowym stoliku, znakomicie wpływają na końcowy efekt soniczny tak usadowionego zestawu, co zapewniam, nie omieszkałem sprawdzić nausznie.

Czym obdarował mnie ten z pozoru przeznaczony dla niezbyt ortodoksyjnie nastawionego do obcowania z muzyką melomana, wyspiarski zestaw? Pewnie się zdziwicie, gdyż podobny stan zaliczyłem również ja, ale wpięcie tytułowej konfiguracji Dave + Étude poskutkowało prezentacją bardzo energicznego, w dobrym tego słowa znaczeniu, świata fonii. Dźwięk był wyczuwalnie twardszy od A-klasowego Mephisto, jednak nadal masywny, dobrze dociążony, przyjemnie ciemnawy i co ważne pełen informacji. Co ciekawe, w przeciwieństwie do większości tego typu prezentacji, owa twardość niosła ze sobą wiele dobrego, bowiem nie powodowała szkodliwego odchudzenia, tylko dawała uczucie zwiększonego, bez przekraczania granicy nadpobudliwości, napowietrzenia przekazu i znacznie dokładniejszego rysowania źródeł pozornych na świetnie rozbudowanej i do tego czytelnej wirtualnej scenie. Tak tak, na tym pułapie cenowym da się zaoferować klientowi ciekawie podaną muzykę. Jak podaną? Proszę bardzo. Zanim jednak przejdę do konkretów, dodam jedynie, iż wszystko-obsługujący w domenie cyfrowej Dave oferuje użytkownikowi również regulację głośności, co w oparciu o pozytywne doświadczenia z posiadanym dCS-em z pominięciem przedwzmacniacza Koda K15 wykorzystywałem podczas całego testu. Ok. Wszystkie karty użytkowo-aplikacyjne są na stole, zatem przejdźmy do clou w postaci kilku reprezentatywnych kompilacji płytowych. Na początek na kilkudziesięciominutowy miting z muzyką w roli głównej zaprosiłem Wojtka Mazolewskiego w najnowszym Quintecie zatytułowanym „When Angels Fall”. Cel? Oczywiście weryfikacja możliwości zestawu na tle mocnego kontrabasu frontmana, świetnego fortepianu, radosnej perkusji i dęciaków – trąbki z saksofonem. Efekt? Cóż. Przy w pełni kontrolowanej dawkce energii zabawa z wielkimi skrzypcami – to ostatnio mój konik – pod każdym względem z szybkością szarpnięć strun i krawędzią tak wygenerowanej nuty włącznie, okazała się wirtuozerskim zjawiskiem. Do tego nie mogę pominąć świetnie nie tylko mocno postawionego w dolnym pasmie, ale ciekawie wybrzmiewającego w wyższych rejestrach fortepianu, korespondujących ze sobą, odpowiednio obdarzonych firmowym nalotem instrumentów wykorzystujących płuca blaszaka i drzewca i mocno, ale z pełnym panowaniem nad najniższymi tętnieniami, grającej perkusji. To nie jest łatwa płyta, a mimo to zaliczyłem ją dwa razy z rzędu od dechy do dechy, a to zdarza się podczas testów bardzo rzadko. Próbując określić mój stan podczas tej sesji, mogę powiedzieć tylko jedno – oj działo się.
Po takim obrocie sprawy w starciu z akustyczną muzą nie pozostało mi nic innego, jak sięgniecie po coś bardziej wymagającego i na płytowy tapet trafił krążek spod znaku Naim Label formacji Sons Of Kemet zatytułowany „BURN”. To jest energetyczny elektro-jazz i nawet najmniejsza utrata rytmu, czy szybkości narastania sygnału sprawia, że zamiast zjawiskowego, bo naładowanego emocjami ostrej jazdy bez trzymanki spektaklu muzycznego, mamy do czynienia z bliżej nieokreśloną dźwiękową papką. I co najgorsze, nie da się tego zrzucić na słabą realizację, gdyż wytwórnia Naim znana jest z przykładania się do tematu masteringu i jeśli pomiędzy muzykami w naszym międzykolumnowym eterze coś nie iskrzy, przyczyna może być tylko jedna – poważne problemy testowanej elektroniki z utrzymaniem PRAT-u. Na szczęście atak i kontrolowana energia to jedne z mocniejszych stron tytułowych Brytyjczyków, dlatego też po kilku latach przerwy od recenzji tej płyty, po raz kolejny z niekłamaną przyjemnością sobie ją przypomniałem.
Na koniec zmieniłem front i z będącego ewidentną wodą na młyn konstrukcji Chorda mocnego uderzenia, przerzuciłem się na muzykę klasyczną. Powód? Banalny. Wiedząc, z jaką łatwością czarni wysłannicy landu znad Tamizy radzą sobie z trzęsieniami ziemi, postanowiłem przekonać się, czym jest to okupione w twórczości dla wyższych sfer. Takim to sposobem w napędzie CD wylądowała pozycja nr. 4 „IL DISTRATTO” serii zatytułowanej Haydn 2032 również dbającej o każdy soniczny szczegół oficyny Alpha. I? Szczerze powiedziawszy wszystko z małym „ale” było w jak najlepszym porządku. Gdy wymagał tego materiał, bez najmniejszych problemów z głośników dobiegała nawałnica pełnego składu orkiestry. Innym razem na przemian spokojne, pełne melancholii, a przez to dość wolne pasaże, niczym grom z jasnego przeplatało natychmiastowe tutti. Czyli tak jak Bóg przykazał. Jednak po wgłębieniu się w brzmienie przecież w znakomitej większości instrumentów z epoki lub ich kopii, okazywało się, iż brakowało im nieco plastyki, a przez to magii i nadającego wyjątkowości sonicznego rozedrgania. Nie wiem, jak to określić, ale pokusiłbym się, że na tle posiadanego wzmocnienia w klasie A, w przypadku testowanego zestawu muzyka była zbyt mocno pilnowana od strony technicznego podania, przy okazji nieco tracąc pierwiastek intymności. Oczywiście należy wziąć pod uwagę dość przypadkowy zestaw testowy, co pozwala domniemywać, iż z trudniejszymi kolumnami i okablowaniem byłoby inaczej – czytaj lepiej, jednak będąc fair w stosunku do potencjalnego zainteresowanego nie mogłem nie podnieść tego aspektu na wokandę. Ale żeby uspokoić wszystkie gorące głowy zaznaczam, to było zaplanowane polowanie na czarownice miłośnika takich klimatów, a nie wyłapanie ewidentnej bolączki zestawu, gdyż patrząc całościowo jej nie było.

Chyba nie zdziwicie się, gdy resume tego spotkania rozpocznę od kolejnej pochwały dla przecież przeznaczonego dla nieco innej aniżeli szukający dziury w całym audiofil, klienteli. Owszem, jak wspominałem, oprócz wyglądu i rozmiarów nurt desktopowy również ma dbać o jakość dźwięku, ale zazwyczaj ta jest jedynie dobra, gdy tymczasem parka Chordów – Dave i Étude – pokazała, iż w tej dziedzinie ma pełne prawo mierzyć się z najlepszymi. Czy to jest oferta dla każdego? Jak wynika z powyższego testu, jedynymi osobnikami, którzy mogliby rzucać kłody pod nogi brytyjskich przedstawicieli świata audio, to zadeklarowani ponad wszystko lampiarze. Niestety nawet namiastki estetyki szklanych baniek w ofercie brzmieniowej naszych bohaterów nie znajdą. Jeśli jednak jesteście otwarci na pełen rozmachu, swobody i energii odbiór ukochanej muzyki, nie to, że nie powinniście zapomnieć, tylko nie macie prawa zapomnieć, wpisać testowanego zestawu na listę odsłuchową. To naprawdę jest mocny zawodnik.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Voice
Ceny
Chord Dave: 46 990 PLN
Chord Étude: 20 990 PLN
Choral Ensemble Floor Stand Silv: 7 590 PLN / szt.

Dane techniczne
Chord Dave
Obsługiwane sygnały cyfrowe: 44.1 – 768 kHz (16 – 32bit), DSD64 – DSD512, natywnie + DoP (w zależności od wejścia)
Wejścia cyfrowe:
4 x 75Ω S/PDIF BNC Coax – 44.1 – 384 kHz
1 x AES XLR – 44.1 – 96 kHz
2 x TOSLINK – 44.1 – 96 kHz
1 x USB Type B – 44.1 – 768kHz (16 – 32bit) – PCM i DSD
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR, gniazdo słuchawkowe
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz +/- 0.1dB
Zniekształcenia THD+N: 127.5dB (AWT)
Separacja kanałów: >125dB @ 1kHz
Dynamika: 127.5dB (AWT)
Wyjście słuchawkowe: 1% THD 6.8 V RMS z 300Ω (154mW), 1% THD 6.8V RMS z 33Ω (1.4W)
Impedancja wejściowa: 0.0055 Ω
Zasilanie: 90 V AC – 250 V AV, 50Hz – 60Hz
Wymiary (W x S x G): 7,8 x 33,5 x 15,2 cm
Waga: 5 kg

Chord Étude
Moc: 150 W RMS/kanał przy 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 5 – 100 000 Hz +/- 0,5 dB
Wzmocnienie: 30 dB
Separacja kanałów: > 95 dB
Impedancja wejściowa: 100 k Ω
Pojemność wejściowa: <30pf
Impedancja wyjściowa: 0,02 Ω
Indukcyjność wyjściowa: 2.6μH
Wymiary (W x S x G): 6,7 x 33,5 x 17,5 cm
Waga: 3,45 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Yamaha umacniając swoją pozycję w świecie high-end, wkrótce wprowadzi do sprzedaży cztery całkowicie nowe konstrukcje – trzy wzmacniacze zintegrowane: A-S1200, A-S2200 i A-S3200, a także podstawkowe kolumny głośnikowe NS-3000 wraz z zaprojektowanymi dla tego modelu opcjonalnymi podstawkami SPS-3000. Każdy z nowych modeli urzeczywistnia niesamowitą dbałość o szczegóły, przejawiającą się w doskonałej jakości wykończenia i dostrojenia urządzeń pod kątem uzyskania czystego i naturalnego brzmienia.

Już pierwsza w ofercie integra, A-S1200, wprowadza rozwiązania dotychczas spotykane w znacznie droższych, flagowych urządzeniach hi-fi, m.in. wysokiej jakości kondensatory polipropylenowe, których pomagają uzyskać ekspresyjny dźwięk, transformator toroidalny dostarczający ogromną energię, niezbędną do stworzenia dynamicznego i muzykalnego przekazu, a także konstrukcję o niskiej impedancji i nowość – Mechanical Ground Concept – zwiększający do maksimum sztywność, aby zapewnić rytmiczny bas.

Toroidalne źródło mocy
Transformator toroidalny o mocy 625 W pozwala uzyskać maksymalną moc wyjściową 2 × 160 W (4 Ω, 1 kHz, 0,7% THD). Moc znamionowa urządzenia wynosi 2 × 90 W (20 Hz – 20 kHz, 0,07% THD) przy obciążeniu 8 Ω i rośnie do wartości 2 × 150 W przy 4 Ω. W połączeniu z szeregiem funkcji i komponentów klasy high-end, transformator toroidalny ułatwia przekazanie muzycznych emocji do słuchacza.

Jak za dawnych lat – wychyłowe wskaźniki
Dynamikę i rytm muzyki nie tylko można poczuć, lecz także zobaczyć. Centralną część przedniej ścianki zajmują wskaźniki poziomu. Stanowiące ukłon w stronę złotej ery hi-fi, równocześnie potwierdzają znaczenie klasycznych urządzeń hi-fi dla dzisiejszych wymagających miłośników muzyki. Delikatne podświetlenie LED, nasyca domowe wnętrze ciepłymi emocjami, jeszcze bardziej zwiększając radość ze słuchania swoich ulubionych nagrań.

Koncepcja niskiej impedancji i Mechanical Ground Concept
U podstaw wysokiej jakości brzmienia, leży stworzona przez projektantów Yamahy koncepcja niskiej impedancji, pozwalająca uzyskać otwartą, naturalną scenę dźwiękową, dzięki czemu słuchacz może usłyszeć dokładnie to, co chciał przekazać artysta. Dalsze korzyści brzmieniowe przynosi Mechanical Ground Concept. Pod tą nazwą kryje się mocowanie m.in. ciężkich, posrebrzanych nóżek z mosiądzu oraz dużych radiatorów, transformatora mocy i kondensatorów blokowych bezpośrednio do głównej ramy. Rozwiązanie to pozwala maksymalnie ograniczyć wibracje generowane podczas pracy wzmacniacza, co przekłada się na wyższą jakość dźwięku. Dopasowanie brzmienia do własnych preferencji umożliwia regulacja basu i sopranów.

A-S2200 – dla wymagających melomanów
Wzmacniacz zintegrowany A-S2200 jest jeszcze bardziej zaawansowaną i funkcjonalną konstrukcją w porównaniu z mniejszym bratem. Urządzenie wykorzystuje w pełni zbalansowany układ od wejścia do wyjścia i podobnie jak A-S1200 wyposażone jest we wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy obsługujący wkładki MM i MC, ale do wyboru korekcji służy przełącznik hebelkowy umieszczony na przedniej ściance wzmacniacza (w A-S1200 przełącznik znajduje się na tylnej ściance). Ponadto wzmacniacz udostępnia wejście zbalansowane i wyposażony jest w dodatkową regulacją poziomu głośności (Trim) dla wyjścia słuchawkowego, pozwalającą uniknąć nagłych zmian głośności podłączonych słuchawek. Tak jak we wszystkich trzech nowych wzmacniaczach luksusowe terminale głośnikowe wykrojone są z czystego mosiądzu i umożliwiają łatwe ich dokręcenie ręką, zapewniając bardzo bezpieczne połączenie.

A-S3200 – perfekcja w każdym calu
Zwieńczeniem trzech nowych wzmacniaczy zintegrowanych jest model A-S3200. To konstrukcja, którą od podstaw projektowano z myślą o wykorzystaniu komponentów klasy high-end, aby zapewnić czysty dźwięk i niezrównaną ekspresję muzyczną. W pełni zbalansowany układ pozwalający uzyskać jak najwyższy stosunek sygnału do szumu i jeszcze lepszą separację kanałów, mosiężne śruby przy czterech dużych kondensatorach blokowych (22 000 µF) i wysokiej jakości kondensatory foliowe PPS gwarantujące niezrównaną muzykalność, to tylko kilka przykładów potwierdzających zgodność tej konstrukcji z pierwotnymi założeniami projektantów. Jak przystało na flagową konstrukcję serii, A-S3200 ma większą moc w porównaniu z dwoma pozostałymi wzmacniaczami – maksymalna moc wynosi 2 × 170 W (4 Ω, 1 kHz, 0,7% THD), znamionowa moc wyjściowa wynosi 2 × 100 W (20 Hz – 20 kHz, 0,07% THD, 8 Ω), rosnąc do 2 × 150 W przy 4 Ω) – i wyposażony jest w dwa wejścia zbalansowane.

ZYLON u podstaw pięknego brzmienia
Perfekcyjnym dopełnieniem trzech nowych wzmacniaczy zintegrowanych są debiutujące wraz z nimi podstawkowe kolumny głośnikowe NS-3000. Elementem wyróżniającym ten model są membrany ZYLON™, zastosowane zarówno w 30-milimetrowej kopułce wysokotonowej, jak i 160-milimetrowym przetworniku nisko-średniotonowym. Głośniki z membranami ZYLON cechuje szybkość dźwięku porównywalna z berylem, ale wciąż zachowujących charakterystyczną miękkość membran tekstylnych.

Topowe komponenty i rozwiązania
Aby zagwarantować najwyższą możliwą jakość dźwięku, za przetwornikiem wysokotonowym projektanci umieścili komorę R.S. (Resonance Suppression), której zadaniem jest tłumienie niepożądanego rezonansu rurowego, niekorzystnie wpływającego na precyzję dźwięku. Ponadto w układzie zwrotnicy wykorzystano topowe komponenty, w tym kondensator audio MCap SUPREME EVO opracowany przez niemiecką firmę Mundorf.
Tylko czysty dźwięk
Szczególnie istotne z dźwiękowego punktu widzenia jest stworzenie niezwykle sztywnej obudowy, co pomaga zapewnić integralność dźwięku. Analiza FEM i laserowe pomiary pozwoliły określić optymalne wzmocnienie elementów krzyżowych, eliminując „dzwonienie obudowy” generowane przez opóźnioną wibrację z wszystkich sześciu powierzchni. Specjalnie dla NS-3000 konstruktorzy opracowali nowy akustyczny absorber, który minimalizuje wpływ wewnętrznych fal stojących przy równoczesnym ograniczeniu konieczności stosowania materiału tłumiącego.

Idealne dopasowanie – podstawki SPS-3000
Yamaha zadbała również o to, aby użytkownicy NS-3000 mogli cieszyć się równie wysokiej jakości podstawkami. SPS-3000 to podstawki zaprojektowane konkretnie dla NS-3000. Dzięki nim można mieć pewność, że kolumny głośnikowe ustawione są na optymalnej wysokości, a same podstawki nie generują niepożądanych efektów odbicia dźwięku. Podstawkę tworzy metalowa górna płyta o grubości 6 mm, pełniąca rolę wspornika drewniana kolumna oraz gruba podstawa drewniana (35 mm) z metalową płytą (5 mm) i wymiennymi kolcami.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Producent kompaktowej high-endowej elektroniki o przystępnych cenach – Heed Audio – proponuje coś zupełnie niespodziewanego i wręcz rewolucyjnego w swojej karierze. Najnowszy wzmacniacz zintegrowany Lagrange, którego nazwa jest hołdem dla francuskiego matematyka i astronoma pochodzenia włoskiego, jest w odróżnieniu od wszystkich dotychczasowych urządzeń Heeda o „połówkowych” lub „ćwiartkowych” gabarytach, pierwszym w historii węgierskiej manufaktury wzmacniaczem zintegrowanym o pełnowymiarowej szerokości 43 cm, za którą idzie niebagatelne 15 kg wagi. Jest on również najbardziej zaawansowanym designersko produktem węgierskiej manufaktury, przebijającym nie tylko urokliwego, budżetowego Elixira ale także modele z topowej serii Thesis. Czarna płyta frontowa jest okalana bardzo gustowną ramą z matowego srebrnego aluminium, a symetrycznie rozmieszczone pokrętła z czołowymi wyfrezowaniami oraz dwuelementowy wylot powietrza na górnym panelu dopełniają industrialnej, lecz niesamowicie ekskluzywnej i spójnej stylistyki.
Lagrange to wzmacniacz zbudowany na tranzystorach bipolarnych. Wykorzystuje on firmową technologię Transcap, czyli sprzężenie RC z pojemnością wyjściową odpowiedzialną za magazynowanie i oddawanie całej energii sygnału muzycznego. Sterowanie odbywa się z tranzystorów w darlingtonowskim układzie push-pull. Konfiguracja tego typu wymaga radykalnego przeprojektowania pozostałych sekcji wzmacniacza, a także znacznie staranniejszego doboru komponentów. W porównaniu do wzmacniaczy z tradycyjnym sprzężeniem bezpośrednim, układ Transcap charakteryzuje się pełniejszym i naturalniejszym brzmieniem, w którym kluczowe znaczenie ma równowaga pomiędzy rytmem, atmosferą i przejrzystością nagrania. Cechy te gwarantują uniwersalność wzmacniacza i komfort odbioru każdego rodzaju muzyki. Z mocą 60 W przy 8 i 100 W na kanał przy 4 omach Lagrange wysteruje większość głośników dostępnych na rynku, nawet tych o efektywności poniżej przeciętnej.
Lagrange jest wyposażony w cztery wejścia liniowe, jedno gramofonowe, a także wyjście pre-out i line-out oraz wysokopoziomowe HP. Na tylnym panelu znajdziemy wysokiej klasy złocone terminale głośnikowe z przeźroczystymi osłonkami, a z przodu wyjście słuchawkowe na duży jack ze wzmacniacza w czystej klasie A. Urządzenie ma także wbudowany odbiornik Bluetooth.

Heed Lagrange kosztuje w Polsce 16900 PLN.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po raz kolejny zmiana dystrybutora sprawiła, że to, co do tej pory dziwnym zbiegiem okoliczności nie miało do nas po drodze, tym razem trafia w iście ekspresowym tempie i w szerokim wyborze. Znaczy się zmiany finite elemente wyszły na dobre, a nam do recenzji poznański Koris dostarczył do testów wesołą antywibracyjną gromadkę Cera family, czyli Cerabase compact, Cerapuc i Ceraball.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Chord Company wprowadza na rynek wysoce zaawansowany płynny polimerowy płyn zaprojektowany po to, aby stworzyć większą powierzchnię styku we wszelkiego rodzaju połączeniach, poprawiając w ten sposób transfer sygnału.

6 kwietnia 2020, Wiltshire, Anglia: Po czterech latach prac i 500 prototypów później firma Chord zaoferowała długo oczekiwany płyn ChordOhmic Transmission Fluid, zaawansowane rozwiązanie w zakresie ciekłych polimerów, zaprojektowane specjalnie w celu poprawy styku w połączeniach, poprawiające jakość dźwięku.
Opracowany przez jednego z najbardziej cenionych chemików przemysłowych i japońską firmę Andante Largo, nowy płyn ChordOhmic oparty jest na polimerach, wypełniających ubytki i mikropory na powierzchniach wtyków i gniazd, tworząc większą powierzchnię styku, a tym samym poprawiając jakość połączenia: im niższa rezystancja przejścia, tym wyższy prąd (sygnał).
Po żmudnym okresie badawczym udowodniono, że uzyskany w wyniku tych prac preparat zapewnia długoterminową stabilność połączeń o bardzo niskim napięciu, zachowując spójność we wszystkich typach gniazd i wtyków, a także przy różnych napięciach i w szerokim zakresie częstotliwości.
ChordOhmic Transmission Fluid firmy Chord różni się od innych produktów tego typu tym, że jego formuła zaczyna działać już przy bardzo niskich progach napięcia, a przy starannym stosowaniu ma bardzo długą żywotność; oryginalne kable przygotowane przez Chorda do testów, zbudowane i poddane obróbce ponad cztery lata temu, wciąż mają znacznie lepszy dźwięk niż identyczne (ale niepoddane obróbce) kable wykonane w tym samym czasie.
ChordOhmic Transmission Fluid można nakładać na wszystkie metalowe styki, począwszy od kabli głośnikowych i interkonektów, po kable zasilające i LAN. Ponieważ jest nietoksyczny, a nie na bazie oleju, nie jest szkodliwy dla środowiska.

Podstawy przesyłania sygnału

W nowoczesnym systemie hi-fi poziomy sygnału mogą się od siebie niesamowicie różnić: od mikrowoltów z wkładki gramofonowej MC (maksymalnie około 150 μV) do 230 V w kablach zasilających AC. Sygnały w każdym przypadku w swojej podróży przechodzą przez złącza, które są źródłem znacznych strat w sygnale.
Wysokiej klasy wtyki zawsze były integralną częścią projektów Chord Company. Z biegiem lat firma po wprowadzała niestandardowe rozwiązania, które z czasem były coraz lepsze. Niektóre z tych nowości były wyraźnie widoczne, podczas gdy inne ukryte były wewnątrz wtyków lub dotyczyły sposobów pokrywania złotem lub srebrem – były to zmiany niewidoczne, ale łatwo słyszalne.
Przy podłączaniu kabli do sprzętu można się spotkać z wieloma problemami. Na przykład: wtyczki i gniazda różnych producentów mogą różnić się rozmiarami; nierzadko zdarza się, że niektóre kombinacje gniazd i wtyków są zbyt ciasne, a inne zbyt luźne.
Podstawą dobrego połączenia elektrycznego jest dobre połączenie mechaniczne: większa powierzchnia styku obniża rezystancję styku, tworząc lepsze połączenie i umożliwiając przepływ większego prądu (sygnału). Wyjaśnia to poniższa ilustracja.


Dowolne złącze, bez względu na to, jak gładkie i wypolerowane wydaje się na pierwszy rzut oka, na poziomie mikroskopowym wygląda zupełnie inaczej. Obraz u góry pokazuje punkty styku z luźnym połączeniem. W przypadku tych luźnych styków rzeczywisty obszar styku jest niewielki.
Druga ilustracja pokazuje wzrost powierzchni styku, gdy połączenie znajduje się pod większym ciśnieniem. Schemat pokazuje jednak również, że nawet przy ściślejszym połączeniu między dwiema powierzchniami wciąż są odstępy. Te przestrzenie wyraźnie nie tworzą połączenia.


Wiedząc o tym firma Chord Company od lat szukała sposobów zmniejszenia rezystancji połączeń. Po ponad czterech latach testów inżynierowie firmy Chord przekonali się, że mogą w końcu zaoferować rozwiązanie problemu w postaci płynu ChordOhmic. Wypełniając luki, polimer tworzy jeszcze lepszą powierzchnię kontaktu, a tym samym lepszy dźwięk. Powtórzmy: im niższy opór, tym wyższy prąd (sygnał).

Dystrybucja w Polsce – Audio Center Poland

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Classé Delta PRE & Delta MONO

Opinia 1

Jeszcze kilka lat temu mogło się wydawać, że Classé dołączy do klubu marek, które były. Po prostu były, bo już ich nie ma. Zawirowania natury finansowej, właścicielskiej i taka a nie inna koniunktura potrafiły niejedną, wydawać by się mogło mającą ugruntowaną pozycję na rynku, legendę sprowadzić z audiofilskiego Olimpu nie tylko na ziemię, ale i sześć stóp poniżej gruntu. Pozornie trafienie w 2001 roku pod skrzydła Bowers & Wilkins dawało Kanadyjczykom względny komfort psychiczny, lecz życie pokazało, że i takie zaplecze nie zawsze jest w stanie utrzymać danego gracza na powierzchni. Całe szczęście w 2018 markę nabył Sound United i nie tylko patrząc, lecz i przy okazji ucząc się na błędach swoich poprzedników postanowił tchnąć w projektowane w Montréalu urządzenia nowe życie i nową jakość. Dlatego też czym prędzej przeniósł produkcję z CHRLD do japońskich zakładów Shirakawa Audio Works (gdzie powstają topowe modele Marantza i Denona), zaostrzył kontrolę jakości i sukcesywnie zaczął przywracać należne marce miejsce. O skali tych działań mieliśmy okazję przekonać się blisko rok temu, kiedy podczas majowego High Endu w Monachium Classé z dumą zaprezentowało topową serię Delta, w skład której wszedł niezwykle zaawansowany przedwzmacniacz o jakże enigmatycznej nazwie Pre, oraz stereofoniczne i monofoniczne końcówki mocy, czyli Delta Stereo i Delta Mono.
Jednak targowa premiera to jedno a możliwość zapewnienia ciągłości dostaw do ogólnoświatowej sieci dystrybucyjnej to zupełnie inna bajka, więc na faktyczne pojawienie się ww. nowości w magazynie rodzimego przedstawiciela marki – stołecznego Horna, przyszło nam dłuższą chwilę poczekać. Cierpliwość jednak się opłaciła, gdyż jako pierwszym w Polsce przypadł nam zaszczyt oficjalnego unboxingu wielce imponującego zestawu Classé Audio Delta Pre + Delta Mono, który to gościł w naszym OPOS-ie przez ostatnie tygodnie, a co z owej wizyty wpadło nam w ucho sumiennie relacjonujemy poniżej.

Jak widać na powyższych fotografiach nowy właściciel Classé przy projektowaniu najnowszej odsłony serii Delta postawił na naturalną ewolucję i delikatny lifting a nie zrywającą z bądź co bądź historycznym wizerunkiem marki rewolucję. W dodatku projektantom udało się nieco zdeindustrializować dotychczasowe, nieco zbyt masywne fronty końcówek mocy. Może zabrzmi to cokolwiek dziwnie, lecz o ile w przedwzmacniaczach Classé (np. Delta CP-700) poprzedni design sprawdzał się po prostu wzorowo, a duże i przy tym szalenie czytelne wyświetlacze okazały się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, co w najnowszej inkarnacji (vide Delta Pre) pozostawiono praktycznie bez zmian, to wzmacniacze mocy (daleko nie szukając monobloki CA-M600) potrafiły przytłoczyć swą monolitycznością. Tymczasem w Deltach Mono przednie ścianki nieco przearanżowano dodając nie tylko „żaluzje” stanowiące wlot powietrza układu chłodzenia, co przede wszystkim uwielbiane przez sporą populację nabywców czarno-białe wskaźniki wychyłowe.
Przechodząc od ogółów do szczegółów i skupiając się na Delta Pre – jego masywnym aluminiowym, utrzymanym w tonacji satynowego tytanu, froncie (choć tak naprawdę jest to li tylko przednia część masywnego korpusu stanowiącego z bokami monolityczny profil) znajdziemy, patrząc od lewej przycisk Standby/On z centralnie umieszczoną diodą, dotykowy ekran wkomponowany w elegancki płat, tym razem szczotkowanego, anodowanego na czarno aluminium, niewielki szyld mieszczący przycisk uaktywniający dostęp do menu, czujnik IR, dedykowany urządzeniom Apple oraz umożliwiający update firmware’u port USB, 6,3 mm gniazdo słuchawkowe i gałkę głośności. Skoro dosłownie przed chwilą pojawiła się nazwa firmy z nadgryzionym jabłkiem pozwolę sobie na małą dygresję i wspomnę, iż to właśnie Classé przypada zaszczyt bycia pierwszym producentem wykorzystującym sterowanie poprzez ekran dotykowy. Apple iPod-a Touch prowadziło dopiero ok. 7 miesięcy po Kanadyjczykach.
Płyta górna wzdłuż bocznych krawędzi jest gęsto ponacina, lecz pozbawiono ją jakichkolwiek ozdób. Zdecydowanie więcej dzieje się za to na ścianie tylnej. Praktycznie dopiero tutaj widać jak zaawansowanym urządzeniem jest Pre i co ma do zaoferowania.
Przystępując do żmudnej wyliczanki warto na początku zwrócić uwagę na pozornie nieco zaskakującą lokalizację zintegrowanego z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem panelu gniazda zasilającego. Otóż lewy górny narożnik i pozioma orientacja sprawiają, że co prawda łatwiej nam będzie sięgnąć do włącznika, za to przewód zasilający (zakładam, że docelowo nie będzie to li tylko komputerówka) znajdzie się nad rządkiem wyjść analogowych (zdublowane RCA/XLR i na subwoofer – również w obu formatach), do których od czasu do czasu przydałoby się mieć jakiś możliwe łatwy dostęp. Najwidoczniej jednak takie a nie inne rozplanowanie zostało narzucone przez ułożenie układów wewnętrznych i tyle. Następnie mamy nad wyraz rozbudowaną sekcję cyfrową obejmującą wejścia USB, Ethernet, AES/EBU, trzy koaksjalne i trzy optyczne. Uzupełniają ją gniazda komunikacyjne – RS232 dedykowane systemom domowej inteligencji, systemowej magistrali CN-BUS, czujników IR i triggera. Tuż pod nimi pysznią się wejścia analogowe – dwie pary XLR-ów i trzy pary RCA – pod postacią masywnych rodowanych Furutechów, z których skrają parkę zadedykowano miłośnikom analogu, aplikując zaawansowany przedwzmacniacz MM/MC i zacisk uziemienia. O możliwościach sekcji cyfrowej z racji ich ogromu rozwodzić się nie będę, wszystkich zainteresowanych odsyłając tym samym do szalenie przydatnej, raptem 50-stronicowej instrukcji obsługi i tylko wspomnę, że po USB Classé przyswaja dane do 384kHz i DSD256 a po pozostałych max. 192kHz / DSD64. Z atrakcji dostępnych z poziomu Menu wypadałoby również wspomnieć o zaskakująco zaawansowanej equalizacji i to zaawansowanej na tyle, że sam producent nad wyraz jasno i dobitnie daje do zrozumienia, żeby się do niej zabierać po pierwsze wyłącznie po dokonanych pomiarach, a po drugie z pomocą wykwalifikowanej kadry.
Jednak prawdziwe szaleństwo i istna rozpusta odbywa się tak naprawdę dopiero w trzewiach. W pełni zbalansowaną konstrukcję potraktowano w tym momencie wybitnie bezkompromisowo, przez co już w regulacji głośności znajdziemy po jednym stereofonicznym układzie MUSE72320 … na kanał, co automatycznie zapewnia wyższą separację i wyższy odstęp sygnał/szum. Podobnie jest w sekcji przetwornika, gdzie mamy po jednej kości Asahi Kasei Microdevices AK4497 na kanał. Nad konwencjonalnymi wejściami cyfrowymi czuwa za to kontroler Cirrus Logic CS8416.
W komplecie znajduje się oczywiście stosowny pilot, choć biorąc pod uwagę usieciowienie przedwzmacniacza z powodzeniem można całkowicie z niego zrezygnować sterując całością za pomoc smartfonu/tabletu z zainstalowaną firmową aplikacją dostępną zarówno na Androida, jak i iOSa.

W przypadku końcówek Delta Mono jest już znacznie prościej. Na froncie znajdziemy jedynie włącznik Standby/On, zajmujące całą wysokość i mniej więcej ¼ szerokości żaluzje układu chłodzenia ICTunnel™ i prostokątne okno wychyłowego wskaźnika mocy. Płytę górną również wzorem przedwzmacniacza solidnie ponacinano. Ściana tylna, jak na końcówkę mocy prezentuje nad wyraz intrygująco. O ile bowiem dostępne zarówno pod postacią gniazd RCA, jak i XLR wejścia liniowe i jedne z najlepszych dostępnych na rynku podwójne terminale głośnikowe Furutecha ze sprzęgłem nie wywołują zdziwienia (a jedynie zadowolenie), to już widok zlokalizowanych wzdłuż lewej krawędzi wejść komputerowych może wprawić w lekkie zdumienie. Okazuje się, iż są to interfejsy magistrali CAN-Bus, domowej inteligencji (AMX®, Crestron™, Control 4) czujników IR, triggerów i port USB do update’u firmware’u. Trudno również pominąć imponującą kratkę układu chłodzenia ICTunnel™.
A jak wygląda sprawa osiągów? Nie mniej imponująco od ich aparycji. 300 W przy 8 Ω, z czego pierwszych 35W oddawanych jest w czystej klasie A i 1000 W przy 2 Ω jasno dają do zrozumienia, że żarty się skończyły. W trzewiach króluje potężny kilkunastokilogramowy toroidalny transformator i bateria 22 (słownie dwudziestu dwóch) kondensatorów Mundorfa o bardzo niskiej impedancji wewnętrznej i łącznej pojemności przekraczającej 202 000 µF. Jednostkom cierpiącym na nerwicę natręctw mogę, dzięki pomocy samego Rainera Fincka, zdradzić że na ów wielce imponujący wolumen składa się m.in. 16 szt. kondensatorów o pojemności 10 000 µF i cztery po 6 800 µF każdy, uzupełnionych 16 szt. bocznikującymi największe pojemności nieco mniej wyrafinowanymi maluchami 1 000 µF. W rezultacie, zgodnie z zapewnieniami kadry inżynierskiej uzyskano dźwięk o prędkości Usaina Bolta i sile zawodnika Sumo. Jednym słowem zapowiada się ciekawie. Jak sami Państwo widzicie pomimo imponującej mocy i konwencjonalnej budowy (brak impulsowych zasilaczy i klasy D) próżno szukać na zewnątrz spodziewanych radiatorów. Co ciekawe wewnątrz też ich nie znajdziemy, gdyż ich rolę pełni ICTunnel™, do którego obudowy przytwierdzono masywną płytę z pracującymi na wyjściu MOSFET-ami a boczne ścianki chłodzą z kolei niespecjalnie lubiące wysokie temperatury kondensatory.
Wzmacniacz zbudowano w konfiguracji zmostkowanej (bridge-tied load, w skrócie BTL) i podobnie jak Pre jest konstrukcją w pełni zbalansowaną, dlatego też producent gorąco rekomenduje swojej elektroniki XLR-mi, na co obaj z Jackiem z radością przystaliśmy.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu miałem pewną zagwozdkę, gdyż z jednej strony po cichu liczyłem na adekwatną do zmian designu ewolucję „dużych” Classé poprzedniej generacji, a z drugiej po trochu obawiałem się skrętu w kierunku nieco zbyt antyseptycznej analityczności, jaką swojego czasu (blisko pięć lat temu) uraczył nas D-klasowy zestaw Sigma SSP + AMP2. Całe szczęście już od pierwszych taktów budzących się do życia fabrycznie nowych Delt jasnym było, że producent ani myślał iść w kierunku kompromisów i tzw. eco audio, czyli mówiąc wprost pojechał po przysłowiowej bandzie, oferując brzmienie swoich flagowców w starym, dobrym „amerykańskim stylu”. Mamy zatem do czynienia z potężnym, jednak przy tym zdecydowanie lepiej kontrolowanym niż w poprzednich generacjach basem, przyjemnie wysyconą średnicą i odważnymi, a zarazem urzekająco słodkimi wysokimi tonami. Jeśli dodamy do tego obszerną, kreowaną z iście hollywoodzkim rozmachem scenę jasnym stanie się, że miłośnicy wielkiej symfoniki i ciężkich odmian Rocka powinni czym prędzej rzucić na tytułowy zestaw uchem. Można oczywiście oba powyższe nurty zespolić i w ramach wielce smakowitego 2w1 sięgnąć po takie pozycje jak „Beloved Antichrist”  Therion, „Distance Over Time” Dream Theater, czy nawet nasz dyżurny „S&M” Metallicy, by przy iście koncertowych poziomach głośności cieszyć się nie tylko pełną kontrolą reprodukowanego pasma, co przede wszystkim wgniatającą w fotel dynamiką. W porównaniu do wcześniejszych dokonań Classé daje się zauważyć zdecydowanie lepsza motoryka Delt i wyraźnie poprawiona czytelność przekazu, co w sposób oczywisty wskazuje na wielce satysfakcjonującą rozdzielczość. Wgląd w nagranie jest świetny – szalejące szarpidruty wyraźnie odcinały się od wspierających ich poczynania symfoników.
Jednak kanadyjski zestaw sprawdzał się nie tylko w tak spektakularnych klimatach, gdyż bez najmniejszego trudu był w stanie oddać skupienie i podniosłość „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” w wykonaniu Mercedes Sosy, jak niezobowiązującą, kawiarniano-barową atmosferę jubileuszowego wydania „Jazz at the Pawnshop” (Arne Domnérus, Lars Erstrand, Egil Johansen, Bengt Hallberg, Georg Riedel). Szczególnie w tym drugim przypadku timing i skupiona na skali mikro żywiołowość dzielonej amplifikacji sprawiły, że nie sposób było spokojnie usiedzieć w fotelu. W dodatku nie było mowy o jakiejkolwiek nerwowości, czy też próbach podkręcania tempa, czy też powiększania źródeł pozornych. O nie, tutaj była raczej kwintesencja grania na totalnym luzie i wyłącznie dla przyjemności, istny piątkowy chillout.

No to niejako na deser mała ciekawostka. Otóż zwykło się uważać, że poprzez swoją obecność w torze większość przedwzmacniaczy psuje, bądź … poprawia dźwięk. Nielogiczne? Wręcz przeciwnie, po prostu wszystko zależy od tego, czy o opinię spytamy przeciwników, czy też zwolenników owych konstrukcji. Pierwsi będą szli w zaparte, twierdząc iż każdy pre „zachowuje dla siebie” sporo rozdzielczości i dynamiki, czyli mówiąc wprost muli. Natomiast drudzy upierać się będą, że przedwzmacniacz daje bardziej naturalne wypełnienie, tzw. „body” a przede wszystkim oferuje nieporównanie lepszą funkcjonalność aniżeli zdanie się na pojedyncze źródło z regulowanym stopniem wyjściowym, który może po prostu nie podołać prawidłowo wysterować końcówki mocy.
A jak jest w przypadku Delty Pre? Przewrotnie powiem, że dość zaskakująco, gdyż w tym zestawieniu to właśnie przedwzmacniacz jest w głównej mierze odpowiedzialny za dawkę analityczności w finalnym przekazie. Tylko uwaga – chodzi o analityczność a nie rozdzielczość, bo jeśli chodzi o nią, to końcówkom nie sposób czegokolwiek zarzucić. To raczej kwestia tego, iż obecność Pre sprawia, iż równowaga tonalna zestawu jest delikatnie przesuwna ku górze, krawędzie źródeł pozornych wydają się ostrzejsze a przez to na scenie robi się porządniej i czyściej.
Rezygnacja z firmowego Pre na rzecz naszego, „nieco droższego” redakcyjnego dCSa pokazała nieco bardziej romantyczne oblicze kanadyjskich końcówek. Bez zmian ich równowagi tonalnej do głosu doszło nieco słonecznego, ciepłego blasku wysokich tonów a i średnica nabrała żywszych kolorów. Proszę tylko mnie źle nie zrozumieć – Delta Pre kosztuje 50 kPLN a Vivaldi z przyległościami znacznie przekracza 150 kPLN, więc sami Państwo rozumiecie, że to nieco inna bajka i bynajmniej nie chodzi o deprecjonowanie firmowego przedwzmacniacza a raczej weryfikację, w dodatku zakończoną sukcesem, potencjału samych końcówek, które z powodzeniem wyzwaniu nie tylko podołały, co ewidentnie rozwinęły skrzydła.

Reasumując powyższą, sążnistą epistołę śmiem twierdzić, że zmiana właściciela okazała się dla Kanadyjczyków z Classé Audio zdecydowanie udanym posunięciem. Nie tylko odrodzili się niczym Feniks z popiołów, co od razu wystartowali z wielce ambitną propozycją dla wszystkich audiofilów i melomanów ukierunkowanych nie tylko na szeroko pojętą muzykalność, co nieskrępowaną dynamikę a przede wszystkim solidny inżynierski know-how. Tutaj nie ma ściemy, pudrowanej pseudo ekologicznym bełkotem optymalizacji kosztów własnych, tylko kawał rasowego i soczystego dźwięku wywołującego uśmiech równie wielki i szczery, co widok a przede wszystkim smak steka Wagyu T-bone. Chodzi bowiem o to, iż Delta Pre wraz końcówkami Delta Mono pomimo swojej iście atomowej dynamiki nie próbują niepotrzebnie epatować ordynarną i pozbawioną kontroli mocą, lecz są w stanie opleść ją wokół szkieletu wyrafinowania powalając delektować się praktycznie każdym rodzajem muzyki. Oczywiście potrzebują do tego odpowiednich warunków i okoliczności, czyli swoistego dobrostanu, który zapewnią im m.in. okablowanie sygnałowe XLR, jak i zasilające, gdyż na zwykłych „komputerowych” sieciówkach szczerze wątpię byście usłyszeli Państwo chociaż połowę drzemiącego w nich potencjału.
I już dosłownie na koniec drobna sugestia właśnie odnośnie przewodów zasilających. Otóż o ile końcówkom „wystarczą” rozdzielcze i dynamiczne „druty” w stylu Furutechów NanoFlux NCF, o tyle przy PRE warto sprawdzić w którą stronę jest nam po drodze, gdyż jest to urządzenie na tyle transparentne, że pół żartem pół serio nawet kolor peszelka może okazać się kluczowy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Nie wiem, ilu z Was orientuje się w tematyce zawirowań na światowej mapie audio, dlatego też delikatnie napomknę, iż goszcząca dzisiaj u nas marka stosunkowo niedawno otarła się o całkowitą eksterminację. Tak tak, mimo niegdyś znakomitej passy pośród miłośników dobrej jakości dźwięku w ostatnim czasie, na szczęście tylko na chwilę, jednak zaliczyła realny przysłowiowy knockdown – ogłoszenie zaprzestania produkcji. Na szczęście dość szybko znaleźli się ludzie, którzy nie pozwolili na zaprzepaszczenie wieloletnich doświadczeń kanadyjskich inżynierów i na zeszłorocznej wystawie w Monachium – patrz relacja Marcina z zamkniętej prezentacji – będący obiektem naszych zainteresowań Classé, niczym powstający z popiołów Feniks, zaprezentował będące nowym pomysłem na biznes trzy konstrukcje. Co to za produkty? Już zdradzam. Jak sygnalizują fotografie, za sprawą stacjonującego w Warszawie dystrybutora Horn, po prawie rocznym oczekiwaniu od wstępnych ustaleń dotarł do nas dzielony zestaw wzmocnienia w postaci przedwzmacniacza liniowego Classé Delta Pre i monofonicznych końcówek mocy Classé Delta Mono. Zaintrygowani, co nowego w temacie brzmienia produktów spod znaku klonowego liścia tchnęło przywołane trzęsienie ziemi? Jeśli tak, nie pozostaje nic innego, jak zapoznać się z kilkoma poniższymi strofami.

Dostarczone do zaopiniowania konstrukcje w temacie designu dla wizualnej spójności zestawu zostały przyjemnie zunifikowane. To zaś oznacza, że tak przedwzmacniacz, jak i końcówki mocy wykorzystują identyczne wyglądające obudowy, w kwestii różnicy pozostawiając jedynie rozmiar i aplikację niezbędnych do funkcjonowania każdego z produktów, nieco innych przyłączeniowo – kontrolno – manipulacyjnych dodatków. Korpusy Kanadyjczyków po trosze wzorem starszych topowych konstrukcji mają wykonane z grubego płata aluminium, mocno zaoblony na przednich krawędziach, jednocześnie płynnie przechodzący w ścianki boczne front. Omawiając bliżej przedwzmacniacz liniowy spieszę donieść, iż ten jest znacznie niższy od końcówek mocy. Jeśli chodzi o zabezpieczenie możliwości sterowania dostarczanymi sygnałami audio, na jego awersie znajdziemy usadowiony na wstawce ze szczotkowanego aluminium, lekko przesunięty na lewą flankę, duży, a przez to czytelny i dodatkowo dotykowy wyświetlacz. Tuż obok, całkowicie z lewej strony, swoje lokum znalazł wzbogacony o diodę sygnalizującą stan urządzenia okrągły włącznik. Z prawej strony wspomnianego okienka informacyjnego w poprzecznym pasku również ze szczotkowanego aluminium, dumnie oznajmiają swój byt: wielofunkcyjny przycisk potwierdzania czynności, okienko odbiornika fal z pilota zdalnego sterowania, terminal USB i gniazdo słuchawkowe. Zaś zwieńczeniem prawej strony awersu jest duża gałka wzmocnienia. Jeśli chodzi o plecy Delty Pre, te nie pozostawiają najmniejszych złudzeń co do wielofunkcyjności komponentu, bowiem obsłużą każdy dostarczony do niego sygnał analogowy i cyfrowy. To naturalnie oznacza, że oprócz spełniania zwykłych zadań przedwzmacniacza liniowego za pomocą powielonych gniazd XLR i RCA, w pakiecie firmowym mamy do dyspozycji zaaplikowany wewnątrz przetwornik cyfrowo-analogowy obsługujący protokoły: Optical, AES/EBU, SPDIF, LAN i USB, a także dzięki modułowi phonostage’a i zaciskowi masy otrzymujemy możliwość obsługi bardzo popularnych obecnie gramofonów. Uzupełniając informację nie można zapomnieć o dodatkowej serii wejść LAN pozwalających spiąć wszystkie komponenty Classé (wraz z końcówkami mocy) w jedną firmową, łatwo sterowalną całość. Wieńcząc opis liniówki miłą informacją wydaje się być dostarczanie komplecie startowym przez producenta pilota zdalnego sterowania.
Kreśląc kilka zdań o końcówkach Delta Mono ważnym tematem natury użytkowej jest ich spora wysokość, co sprawia, że raczej na zwyczajowej półce wielozadaniowego stolika ich nie postawimy i należałoby zadbać o stawiane na podłodze stosowne platformy. Front oferuje trzy akcenty. Pierwszym jest bliźniaczo do przedwzmacniacza ulokowany z lewej strony okrągły włącznik. Tuż obok niego swoje miejsce znalazł tym razem nie wyświetlacz, tylko użebrowany poziomymi poprzeczkami, niezbędny do wymuszonego wentylowania trzewi każdego wzmacniacza stosownym wiatrakiem, moduł zasysania chłodnego powietrza. Natomiast prawe skrzydło okupuje bardzo lubiany przez melomanów, na szczęście unikający nadmiernej wyrazistości, bo wykorzystujący akcenty szarości, czerni i bieli wskaźnik wychyłowy oddawanej mocy. Spinając dzieło opisu piecyków w jedną całość dodam jeszcze, iż tylna ścianka oferuje nam podwojone zaciski kolumnowe, gniazdo zasilania, po jednym wejściu RCA/XLR, osłonięty srebrną kratownicą wspomniany, zapewniam, że bardzo cichy nawet z bliskiej odległości, wentylator i dedykowane do firmowego spięcia w całość z innymi komponentami ze stajni Classé złącza LAN.

Przechodząc do tematu brzmienia kanadyjskiego zestawu bardzo istotną jest informacja, iż od początku do końca obróbki sygnału przez owe komponenty mamy do czynienia z w pełni zbalansowanym torem audio. Nie próbą naciągania faktów często stosowaną dla spokoju ducha żądnego nawet takiego quasi rozwiązania ortodoksa, symetryzacją i desymetryzacją sygnału, tylko zrobionym po bożemu zbalansowanym przebiegiem. To naturalnie ze startu wręcz nakazywało nam pełne wykorzystanie drzemiącego w takim rozwiązaniu potencjału, co naturalnie z wielką przyjemnością przy pomocy okablowania XLR marki TQ Silver Diamond wdrożyliśmy w życie. Jaki był tego efekt? Zapewniam, że bardzo owocny w przyjemne doznania. Pierwszym co rzuciło mi się w uszy, to przyjemna ciemnawa estetyka dźwięku. Naturalnie nie oznacza to zmniejszenia pakietu informacji – te były pełnoprawnym bytem każdej prezentacji, tylko podążanie drogą większej aniżeli większość konkurencji, co ciekawe nadal wyposażonej w niezbędny dla wiernego przekazania nam świata muzyki pakiet danych, intymności przekazu. Żadnych wyskoków w stylu sztucznego doświetlania dźwięku w środku i górze pasma, a jedynie przyjemne w odbiorze przygaszenie światła na scenie. Jednak zapewniam, nie odbywało się kosztem jej rozmachu w wektorach szerokości i głębokości, gdyż te ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu były znakomite. Po prostu oferowany przez testową konfigurację przekaz cechował oczekiwany przeze mnie na tym poziomie cenowym z jednej strony stoicki spokój, a z drugiej pełnia niezbędnej do pokazania najdrobniejszych niuansów brzmieniowych, ekspresji. Co to oznaczało w konkretnych przykładach płytowych? Swój przegląd serii odsłuchów rozpocznę od pełnego melancholii materiału Charlesa Lloyda w kwartecie zatytułowanym „Mirror”. Efekt? Otrzymałem znakomite oddanie nie tylko pełnego dostojności i świetnie wybrzmiewającego w eterze mimo ciemnawego grania systemu, fortepianu, ale również szeroką paletę wybrzmień drewnianego stroika saksofonu. Do tego spokojnie mogę wspomnieć jeszcze o ciekawie, bo w lekkiej przewadze, ale bez przekraczania cienkiej granicy dobrej jakości, pokazującym pudło rezonansowe, aniżeli struny, kontrabasie. A gdy spinając wszystko w jedną całość dodam od początku wyczuwalne pomiędzy artystami flow, okaże się, iż wspomniany wirtuoz ulubionego przeze mnie dęciaka wespół ze swoim teamem zaprosił mnie na taką, jaką lubię kupując płyty spod znaku ECM, pełną intymności, około godzinną muzyczną opowieść. Nic, tylko w dobie szalejącego wirusa zatopić się w przyjemnej dla ducha kontemplacji, co naturalnie nie raz uczyniłem. Kolejnym bohaterem, a tak prawe mówiąc bohaterką tego sparingu na szczycie była urocza Diana Krall w koncertowej kompilacji „Live In Paris”. Jaki był cel tego muzycznego przedsięwzięcia? Otóż nie chodziło mi o prawie pewny, nie oszukujmy się, znakomity wynik pokazania głosu artystki i solowych występów towarzyszącego jej zespołu, tylko o sposób oddania realiów tego wydarzenia, a konkretnie mówiąc o poziom wykreowania uczucia osobistego udziału w nim na żywo. I powiem Wam, było efektownie. Z energią i odpowiednim rozmachem w kwestii dobiegających do mnie wszechobecnych oklasków publiczności po każdym utworze, co utwierdziło mnie, iż nowe rozdanie kanadyjskiego producenta wie, o co w prawdziwym przybliżaniu nas do na żywo nagrywanej muzyki chodzi.
Po tak dobrych prezentacjach z raczej emocjonalną muzą nie mogłem nie podjąć próby, brutalnie mówiąc sponiewierania tych miłych dla oka i ucha Kanadyjczyków tak zwanym łojeniem i w napędzie odtwarzacza CD wylądował projekt pod nazwą Dream Theater „The Astonishing”. I? Uuuu, było ostro, ale pod pełną kontrolą. Mocne uderzenia nie dość że oferowały zjawiskową energię, to nie traciły przy tym tak zwanego PRAT-u, co bez dwóch zdań w ciekawym pokazaniu o co muzykom pełnym wewnętrznego buntu chodzi, jest nieodzowne. Czy to mocne i do tego wyraziste w dziedzinie zaznaczania poszczególnych ataków stron, gitarowe riffy, czy ekspresyjna, a przez to mocna w wydźwięku wokaliza, każdy element składał tę nacechowaną nienawiścią do otaczającego nas świata układankę w jedną, świetnie brzmiącą całość. Powiem więcej. Doszło do tego, że zamiast zwyczajowo po jednym lub dwóch kawałkach ściszyć poziom decybeli w pokoju, nie wiedzieć czemu, raczej przysłowiowy ruch gałki wzmocnienia odbywał się w przeciwną stronę, czyli przekładając z polskiego na nasze, nie wiem skąd, ale znajdowałem dziką przyjemność w coraz to głośniejszym pastwieniu się nad swoim słuchem. Na szczęście wiem, kiedy mój organizm mówi pas i jakimś trafem udało mi się ocalić resztki tego zmysłu. Tak tak, nawet ja, zadeklarowany wielbiciel twórczości barokowej w przypadku ciekawej prezentacji rockowej potrafię odkryć w sobie diabła. Co więcej, nie tylko rockowej, gdyż kilka razy podobny stan ducha zaliczyłem podczas zabawy z materiałem elektronicznym. Ktoś zapyta: przecież system grał ciemnawo, to jakim prawem sprawdził się w propagacji wysokotonowych przesterów? Otóż słowem kluczem była rola przedwzmacniacza w tym zestawie. Owszem, przekaz był dostojny, ale jak wspominałem nacechowany odpowiednimi dawkami informacji, o które dbało właśnie pre. I gdy materiał wręcz wymagał unikania przyjemnego dla ucha kompromisu pomiędzy łagodnością, a informacyjnością na rzecz ranienia słuchu, muzyka oczywiście na życzenie słuchacza po odkręceniu gałki wzmocnienia, stawała się agresywna. To co, same końcówki grały jak muły? Nic z tych rzeczy. O dziwo są niewiele mniej wyraziste na krawędziach, ale nadal pełne wigoru, co potencjalnemu nabywcy, tak jak przykładowo mi podczas testu, daje możliwość wyboru słuchania z firmowym przedwzmacniaczem, lub dysponującym regulowanym wyjściem przetwornika dCS, który podczas testów również miał swoje przysłowiowe pięć minut.

Wieńcząc to spotkanie powiem szczere, że był to bardzo ciekawy test. Dlaczego? To proste. Przecież świetny w domenie muzykalności, bo pełen dostojności w jazzie i damskiej wokalizie początek w oparciu o podobne wyniki konkurencji nie rokował tak dobrego występu w agresywnych nurtach. Ale jak widać po analizie powyższego opisu, stało się inaczej i system równie znakomicie spisał się w rocku i elektronice. Czy to jest zestaw dla każdego? Prawie tak. Dlaczego prawie? Otóż jedynym osobnikiem mogącym mieć drobne problemy konfiguracyjne będzie właściciel zbyt otyłej układanki. Jednak i to nie będzie regułą, gdyż w momencie rozdzielczo grającego źródła i te, naprawdę lekkie obwarowania mogą się nie sprawdzić – patrz mój już na starcie gęsto skonfigurowany zestaw. Jedno jest pewne, nawet skutkująca brakiem decyzji o ostatecznym ożenku z Kanadyjczykami próba na własnym podwórku – o co w wielu potencjalnych, nacechowanych wiedzą czego szuka się w muzyce, przypadkach jestem dziwnie spokojny – będzie świetnie spędzonym czasem z ich najnowszą myślą techniczną. A to jest chyba jeden z nadrzędnych celów naszej zabawy w zaawansowane audio.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Ceny:
Delta Pre: 49 999,00 PLN
Delta Mono: 54 999,00 PLN

Parametry techniczne

Delta Pre
Wymiary (S x G x W): 44.4 cm x 44.9 cm x 12.1 cm
Waga: 18.7 kg (brutto), 13.5 kg (netto)

Ogólne
Zakres wzmocnienia:-93 dB to +14 dB
Zrównoważenie kanałów:+/- 0.03 dB
Impedancja wejściowa (@ 1 kHz): 50 kΩ
Impedancja wyjściowa: 200 Ω (XLR) / 50 Ω (RCA)
Maksymalne napięcie wyjściowe: 18 Vrms (XLR) / 9 Vrms (RCA)

Tryb BYPASS
(Analog inputs, Tone / EQ / Subwoofers disabled)
(selektor wejść, regulacja tonów/EQ/ wyjście na subwoofer nieaktywne)
Pasmo przenoszenia(-3 dB, impedancja źródła50 Ω):1 Hz – 2 MHz
Zniekształcenia harmoniczne(zakres pomiaru: 90 kHz)
<0.0004 % @ 1 kHz
<0.0005 % @10 kHz
<0.0006 % @20 kHz
Zniekształcenia intermodulacyjne(zakres pomiaru: 90 kHz)<0.001 %
Maksymalne napięcie wejściowe (@0 dB wzmocnienia): 9 Vrms (+21.3 dBu) XLR / 4.5 Vrms (+15.3 dBu) RCA
Odstęp sygnał-szum (średnio-ważony)(22 kHz BW, ref 9 Vrms)130 dB (133 dBA)
przesłuch między kanałami (jeden kanał niewykorzystywany):-143 dB (100 Hz), -140 dB (1 kHz), -124 dB (10 kHz)

Sekcja PHONO
(0 dB gain, Bypass Mode, wejście XLR2, wyjście Main XLR)
Niezgodność z krzywą RIAA (20 Hz-20 kHz)< 0.2 dB
Wybór obciążenia dla wkładek typu MM (47k II): 50pF, 100pF, 150pF, 200pF, 250pF, 300pF, 350pF, 400pF, 450pF
Wybór obciążenia dla niskopoziomowych wkładek MC – : .5Ω, 10Ω, 33Ω, 50Ω, 82Ω, 100Ω, 330Ω, 1kΩ

Obciążenie dla wysokopoziomowych wkładek : 47kΩ

Wysokopoziomowe wkładki MM, MC
Wzmocnienie (1kHz, 20Ω impedancja źródła): 41.5dB
Odstęp sygnał-szum (22kHz BW, ref 5mVrms in): 86dB (93dB A-wtd)
Max sygnał wejściowy (ref 5mVrms): 11dB (20Hz), 23dB (1kHz), 34dB (10kHz)

Niskopoziomowe wkładki MC
Wzmocnienie (1kHz, 20Ω impedancja źródła, 1kΩ obciążenie): 60dB
Odstęp sygnał-szum (20Hz-20kHz):68dB (74dB A-wtd)
Max sygnał wejściowy (ref 0.5mVrms, 1kΩ): 12dB (20Hz), 31dB (1kHz), 52dB (10kHz)

Wyjście słuchawkowe
Moc wyjściowa (0dB gain, 32Ω): 540mW/kanał
Impedancja wyjściowa: 6.8Ω

Obsługiwane formaty i częstotliwości plików
USB-F:44.1k, 48k, 88.2k, 96k (iOS– w zależności od wersji systemu)
USB-B: 32k, 44.1k, 48k, 88.2k, 96k, 176.4k, 192k, 352.8k, 384kDSD64, DSD128, DSD256 (natywne – wymaga dedykowanych sterowników Thesycon/Classe dla Windows) DSD64, (DoP)
Ethernet: WAV, AIFF, ALAC, FLAC, WMA, AAC, MP3, OGG_VORBIS (max 192k/24b) DSD64, (DoP)
SPDIF (opt, coax, AES / EBU): PCM 32k, 44.1k, 48k, 88.2k, 96k, 176.4k, 192k / DSD64

Wejścia/wyjścia
Wejścia analogowe
XLR: 2 pary (XLR2 może być ustawione jako zbalansowane wejście phono)
RCA: 2 pary, Phono RCA 1 para
Wejścia cyfrowe:
HDMI: 4* (HDMI 2.0b w/HDCP 2.2)
USB-F: 1
USB-B: 1
SPDIF Coaxial: 3
SPDIF Optical: 3
SPDIF AES / EBU: 1
Ethernet: 1

Wyjścia
HDMI: 1* (HDMI 2.0b w/HDCP 2.2)
XLR: 5 (konfigurowane: 2 pary+1sub, 1 para+1sub)
RCA: 5 (konfigurowalne: 2pary+1sub, 1 para+1sub)

Interfejsy domowej automatyki
DC Triggers In / Out: 2 sets
CAN Bus: 1 zestaw in / out
RS-232 ( RJ-45): 1

DELTA Mono ™ WZMACNIACZ MOCY
Wymiary (S x G x W): 44.4 x 49.2 x 22.2 cm
Waga: 50.6 kg (brutto), 44.3 kg (netto)
Pasmo przenoszenia(-3 dB, 50 Ω): 1Hz – 650 kHz
Moc wyjściowa (@ 1 kHz, 0.1% THD+N):
35 W @ 8 Ω w czystej klasie A
300 W @ 8 Ω
600 W @ 4 Ω
1000 W @ 2 Ω
Zniekształcenia harmoniczne (zakres pomiaru: 500 kHz, 25 Vrms @ 4 Ω/ 8 Ω)
<0.0016 % at 1 kHz
<0.0018 % at 10 kHz
<0.0028 % at 20 kHz
Zniekształcenia harmoniczne (zakres pomiaru: 90 kHz, 25 Vrms in 4 Ω / 8 Ω)
<0.0005 % at 1 kHz
<0.0006 % at 10 kHz
<0.0015 % at 20 kHz
Napięcie wyjściowe: 148 Vp-p @ 8 Ω; 156 Vp-p (bez obciążenia)
Impedancja wejściowa (@ 1 kHz): 82 kΩ
Wzmocnienie: 29 dB
Zniekształcenia intermodulacyjne (SMPTE 4:1) (8 Ω / 4 Ω: 0.001 %
Zniekształcenia intermodulacyjne (CCIF) (8Ω / 4Ω): <0.002 %
Odstęp sygnał/szum: 117 dB (119.5 dBA)
Współczynnik narastania: 72 V / μs
Impedancja wyjściowa: 0.01 Ω (100 Hz), 0.011 Ω (1 kHz), 0.015 Ω (10 kHz)
Współczynnik tłumienia(@1 kHz, 8Ω): 700