Puszka Pandory to mityczny artefakt będący źródłem „wielkich i nieoczekiwanych problemów”. Najwidoczniej Duńczycy uznali, że dwie takie puszki będą się wzajemnie kompensowały, co w rezultacie może okazać się źródłem niewysłowionego szczęścia i … coś w tym jest. Nie uprzedzamy jednak faktów i cierpliwie czekamy aż przedwzmacniacz liniowy Gryphon Audio Pandora na dobre zaaklimatyzuje się w naszym systemie.
cdn. …
Bardzo miło nam zakomunikować, że najwyższej klasy produkty marki „Kiseki” znajdują się w dystrybucji E.I.C. Sp. z o.o.
Firma Kiseki została założona przez pana Hermana van den Dungena na początku lat 80. Jego działanie rozpoczęło się od stworzenia nowego produktu.
Do sześciu aluminiowych korpusów wytworzonych przez Hermana w Niderlandach, trzy japońskie manufaktury, zgodnie z wytycznymi zlecającego, dołożyły silniki i różne wsporniki z igłą. Z prototypów została wybrana jedna wkładka i to ona zapoczątkowała budowanie oferty firmy. Do ustalenie pozostała jeszcze tylko nazwa. Według założyciela powinna być: krótka, łatwo wpadająca w ucho i przede wszystkim musiała coś znaczyć po japońsku. Po wielu poszukiwaniach wybrane zostało słowo „Kiseki” czyli „mały cud”.
Firma świetnie funkcjonował przez kilka lat zdobywając sobie wielu miłośników. Jednak gdy rozpoczęła się era płyty CD, firma zmuszona została do zakończenia działalność. Jednak już w XXI wieku, kiedy bardzo zdecydowanie odrodziło się zainteresowanie czarną płytą, została reaktywowana. Po 2010 roku Herman van den Dungen mógł w pełni rozwinąć ofertę pamiętanej jeszcze marki Kiseki. Ponowny start ułatwiło odkrycie niewielkiego magazynu w którym przetrwały części niewykorzystane niegdyś do budowy wkładek. Stworzyły one linię produktów z oznaczenie N.O.S „New Old Style”, ale ich ilość była mocno ograniczona i wytworzone z nich wkładki szybko znalazły nabywców.
Aktualnie w ofercie KISEKI znajdują się produkty oznaczone dla odróżnienia literami N.S. czyli „New Style”:
Kiseki Blue N.S
Kiseki PurpleHeart N.S.
Kiseki PurpleHeart N.S. SB
Kiseki BlackHeart N.S.
Planowane jest także wprowadzenie do oferty wkładki Kiseki Agate
Opinia 1
Z reguły bywa tak, iż miano legendarnych, bądź kultowych a zarazem referencyjnych otrzymują marki obecne na rynku od dekad. Co prawda historia zna przypadki prób wbicia się na audiofilski Olimp już w ramach swoistego otwarcia – debiutu, lecz bądźmy szczerzy – w 99,9% przypadków owe działania przypominają atak z kapiszonowcem na izraelski czołg Merkava IV Barak. Z kolei pozostały 0,1% to bufor zarezerwowany dla kluczowych projektantów i pomysłodawców, którzy w pewnym momencie swojej kariery postanowili zacząć pracować na swój własny rachunek, jak daleko nie szukając odpowiedzialny za sukcesy Krella Dan D’Agostino. Dziś jednak zajmiemy się nieco innym modelem biznesowym, w którym z głównego – potężnego, korporacyjnego bytu wydzielono jasno zdefiniowane i wyspecjalizowane oddziały. Mowa bowiem o powstałym w 1953 r. przedsiębiorstwie Tokyo Electro Acoustic Company, czyli kojarzonym z rynkiem konsumenckim TEAC-u. Co jednak robi TEAC na naszych, operujących głównie w „górno-półkowych” klimatach, łamach? Ma się całkiem dobrze, gdyż tak jak już zdążyłem nadmienić oprócz TEAC Consumer Electronics pod jego skrzydłami znajdują się dedykowany domenie pro-audio TASCAM i niezaprzeczalnie high-endowy … Esoteric. A ponadto warto pamiętać, iż to właśnie przez TEAC-a sygnowane były (i są) mechanizmy VRDS, po które sięgały, bądź nadal sięgają takie tuzy jak m.in. dCS, Mark Levinson, McIntosh, Soulution czy Wadia. Nie muszę chyba zatem wyjaśniać, cóż referencyjnego i legendarnego jest w ww. japońskich wyrobach, tym bardziej, iż dzisiaj, zamiast oferty OEM-owej, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – stołecznego EIC, udało nam się pozyskać na testy środkowy a zarazem reprezentujący najnowszą generację model uniwersalnego odtwarzacza SACD/CD Esoteric K-03XD.
O co chodzi z tym środkiem oferty? O fakt, iż portfolio Esoterica objęto segmentacją wynikającą nie tylko z pełnionej przez konkretne urządzenia funkcji, lecz również odzwierciedlającą ich rangę w firmowej hierarchii – szlachetność urodzenia. Do dyspozycji mamy bowiem pięć stopni zaawansowania – począwszy od 07, poprzez 05, 03, 01&02 aż po topowe Grandioso. Jest zatem w czym wybierać a nam, na dobry początek przypadł w udziale reprezentant środka. Nie da się również ukryć, iż sam K-03XD prezentuje się wręcz obłędnie i to zarówno w widocznej na powyższych zdjęciach srebrnej, jak i limitowanej do 50 egzemplarzy odsłonie Black Edition. Zacznijmy jednak od pewnej „militarnej” analogii, gdyż pomimo iście pancernej (określenie nieprzypadkowe), wykonanej z masywnych aluminiowych profili i 5mm stalowej poziomej płyty wewnętrznej obudowy przy bliższym poznaniu korpus okazuje się daleki od monolitu. Tzn. sama „rama” i spód zespolone są z iście jubilerską precyzją, lecz już płyta górna zamiast być przykręconą „na głucho” okazuje się być lekko „pływającym” bytem, co z resztą można było już zaobserwować podczas naszej sesji unboxingowej, gdzie zabezpieczony na czas transportu odtwarzacz miał w ww. dylatacje wetknięte niewielkie tekturki. Oczywiście podczas codziennej pracy należy je usunąć, lecz biorąc pod uwagę fakt, iż sam producent otwartym tekstem informuje o przełożeniu tegoż rozwiązania na „bardziej otwarty i ekspansywny dźwięk” warto w domowym zaciszu poeksperymentować i odprząc ową pokrywę od reszty korpusu z pomocą np. własnym sumptem wykonanych 1-2 mm przekładek. Od siebie podpowiem, że w tej roli świetnie powinny sprawdzić się wszelakiej maści forniry. Wracając jednak do militarnych zapożyczeń, właśnie oparty na podobnych założeniach „pływający” reaktywny pancerz zewnętrzy zaimplementowano w przywołanym na wstępie czołgu, co nad wyraz skutecznie zwiększyło jego odporność na trafienie pociskami kumulacyjnymi. O ile jednak w Merkawie skupiono się na niwelowaniu zagrożeń zewnętrznych, to w Esotericu chodziło głównie o likwidację zakłóceń wewnętrznych, jak m.in. prądy wirowe.
Zanim jednak zapuścimy żurawia do trzewi pozwolę sobie na krótką charakterystykę walorów widocznych gołym okiem, jak też i niewymagających dogłębnej wiwisekcji. Masywny, podfrezowany wzdłuż dłuższych krawędzi szczotkowany płat frontu wpasowano pomiędzy delikatnie zaokrąglone narożniki. W jego centrum pyszni się precyzyjnie wycięty firmowy logotyp pod którym w czernionym, chroniącym błękitny wyświetlacz oknie elegancko wkomponowano aluminiową szufladę napędu. Na lewej flance ulokowano otoczony błękitną aureolką włącznik główny a bliżej wyświetlacza mniejszy Mode (pełniący m.in. funkcję selektora źródeł) z diodą informującą o synchronizacji zegara. Prawa flanka, to już terytorium sześciu przycisków odpowiedzialnych za obsługę podstawowych funkcji odtwarzacza.
Ściana tylna to miły oczom obraz symetrii, gdzie w górnej sekcji po bokach rozmieszczono wyjścia analogowe w standardzie XLR i RCA, a centralnie interfejsy wejść cyfrowych (Coax, AES/EBU, Toslink i USB), wejście dla zewnętrznego zegara 10MHz, komunikacyjny port RS-232 i triggera oraz serwisowe gniazdo micro USB a centralnie, tuż pod nimi, trójbolcowe gniazdo zasilania IEC plus dodatkowy zacisk uziemienia.
Całość usadowiono na trzech niezwykle eleganckich a zarazem zaawansowanych pod względem konstrukcyjnym (chronionych patentami 4075477 i 3778108) modułowych (polecam zajrzeć do instrukcji, gdzie jest ich dokładny przekrój) nóżkach antywibracyjnych a wraz z urządzeniem dostarczany jest równie intrygujący – dwustronny pilot zdalnego sterowania.
Pomimo minimalizmu frontu K-03XD oferuje nad wyraz zaawansowane i precyzyjnie dopasowane do preferencji odbiorcy możliwości upsamplingu. Do wyboru mamy UPC> i DSD – czyli konwersję sygnałów PCM do DSD; ORG – przesył sygnałów w natywnej postaci; 2,4,8 i 16 FS – upsampling PCM do odpowiednio 88.2kHz, 176.4 kHz, 352.8 kHz i 705.6 kHz. Dodatkowo dla powyższych konwersji można wybrać jeden z trzech algorytmów redukcji błędów w modulatorze ΔΣ dla PCM (M1, M2, M3) i dla DSD (F1, F2, F3). Nie można też zapominać o fakcie pełnego wsparcia Esoterica dla formatu MQA a jeśli nie dysponujemy programowym odtwarzaczem umożliwiającym odtwarzanie gęstych plików bezpośrednio z naszego, podłączonego pod pracującego w trybie DAC-a Esoterica japoński producent zachęca do skorzystania z własnego oprogramowania – ESOTERIC HR Audio Player.
No to najwyższa pora na wirtualną trepanację i równie bezinwazyjną wiwisekcję ukrytych wewnątrz aluminiowego korpusu organów. To, co okazuje się naszym oczom jest na swój sposób oryginalne i unikalne, gdyż warto mieć na uwadze, iż Esoteric jest sobie sterem, żeglarzem okrętem, czyli przekładając to na zrozumiały dla ogółu ciąg znaków zarówno mechanizm transportu – w tym wypadku monstrualny, zwieńczony sztabą o grubości 18 mm VRDS-ATLAS 03, jak i układ przetwornika (Master Sound Discrete DAC) zostały zaprojektowane i wykonane własnym sumptem. Wnętrze odtwarzacza podzielono dwiema przykręconymi do ww. stalowej poziomej przegrody grodziami na trzy komory zajmujące mniej więcej 2/3 wysokości korpusu. W ten sposób odseparowano od siebie układy audio i transport zamontowane od góry od zasilania znajdującego się od spodu. A właśnie zasilanie, które jak na rasowy High-End przystało dalekie jest od kompromisów. Znajdziemy w nim dwa (jeden dedykowany układom analogowym, drugi cyfrowym) solidne toroidy współpracujące z 26 super-kondensatorami o łącznej pojemności … 650,000μF. Sekcję przetwornika, w której po jednym firmowym DAC-u pracuje na kanał jak już zdążyłem wspomnieć oparto na firmowych, 64-bitowych, sterowanym modulatorem ΔΣ modułach Master Sound Discrete DAC zbudowanych z 32 elementów każdy.
Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym dzisiejszego bohatera miałbym do Państwa ogromną prośbę. Otóż nie wierzcie w to, co mówią „na mieście” ludzie, nie wierzcie w obiegowe opinie i baśnie z mchu i paproci snute przez znajomych znajomych, bo będzie jak w dowcipie o Stonesach. Znacie? Jeśli nie to pozwolicie, że przybliżę temat:
„Mosze mówi do Icka:
– Nie wiem, co ludzie widzą w tych Rolling Stonesach. Melodie smutne, w dodatku strasznie fałszują, aż nie chce tego słuchać.
– Skąd wiesz? Byłeś na koncercie Stonesów?
– Nie, Chaim był i potem mi zaśpiewał.”
I tak też właśnie było z Esotericiem, którego przynajmniej do tej pory posłuchać w kontrolowanych warunkach nie było mi dane. W dodatku co i rusz docierały do mnie sygnały, że o ile pod względem mechanicznym wszystko jest u Japończyków na tip-top, to już pod względem muzykalności jest nomen-omen po japońsku, czyli jako-tako. Generalnie coś dla miłośników daleko posuniętej analityczności. Skoro jednak to samo próbowano mi wmówić o Luxmanie, co o ile w przypadku L-509X byłbym skłonny części argumentów przyznać rację, gdyż akurat przy tej integrze nie ma drogi na skróty i trzeba wokół nieco pochodzić, to już przy dzielonych 900-kach śmiało można było mówić o wierutnej bzdurze, uznałem, że wolę chwilę poczekać i sam ocenić. I dobrze się stało, gdyż już pierwsze dźwięki jakie dobiegły do mych uszu po wpięciu K-03XD w dyżurny tor nie miały absolutnie nic wspólnego z ww. opiniami. Podobnie było z Vivaldim dCS-a, więc po chwilowym dysonansie pomiędzy powtarzanymi niczym mantra wyobrażeniami „osób trzecich” a własnymi, organoleptycznie odbieranymi doznaniami zastosowałem metodę grubej kreski i skupiłem się na faktycznym – aktualnym stanie posiadania Esoterica i tym, co z owego mariażu wynikało.
Po pierwsze zamiast analityczności japoński odtwarzacz oferuje ponadprzeciętną rozdzielczość, którą w dodatku możemy sobie, w zależności od potrzeb i chwilowego widzimisię, dozować operując stopniem upsamplingu, w którym im wyżej go podciągniemy, tym więcej niuansów będziemy w stanie odkryć i się nimi delektować. Piszę to z pełną świadomością, gdyż K-03XD zamiast ordynarnie epatować nimi i wypychać przed szereg trzecio- i czwarto- planowe detale działa całkowicie na odwrót – otwiera scenę w głąb – doświetlając ja i oczyszczając z ewentualnej mory i nieostrości.
Nawet w niewielkich składach, jak daleko nie szukając ten udzielający się na „Dark Forecast” formacji Piotr Schmidt Quartet wgląd w nagranie śmiało można określić mianem fenomenalnego. Słychać bowiem absolutnie wszystko a precyzja pozycjonowania poszczególnych muzyków (z pewnymi wyjątkami, ale o tym dosłownie za chwilę) na scenie mogłaby zawstydzić niejeden laserowy dalmierz, jednak nie sposób mówić tu o typowo samplerowej hiperdetaliczności, gigantomanii, czy waleniu po oczach krawędziami. O nie, wszystko ma realne – adekwatne do rzeczywistych gabaryty i zaskakujące na domenę cyfrową iście analogową konsystencję oraz znaną ze szpul autentyczność. Chodzi bowiem o to, że wraz z „wysokiej rozdzielczości” trójwymiarowym obrazem i ogromem informacji otrzymujemy również przebogaty pakiet emocji – autentyczny i w pełni namacalny flow pomiędzy muzykami. I tutaj dochodzimy do owych wyjątków, bowiem o ile „core” formacji nagrywał ww. album wspólnie, przy czym ani razu nie przekroczył trzech podejść do każdego utworu, żeby jak prowodyr całego zamieszania twierdzi nie tracić „świeżości” improwizacji o tyle z oczywistych – covidowych, względów zaproszeni goście, czyli gitarzysta Matthew Stevens i saksofonista Walter Smith III korzystając z lokalnych studiów jedynie „dograli się” do wstępnego mixu. I to ewidentnie Esoteric pokazuje, podobnie z resztą jak fenomenalną głębie barwy i swobodę brzmienia najnowszego instrumentu lidera – robionej na zamówienie – specjalnie pod Pana Piotra, złoto-czarnej trąbki Gansch-Horn firmy Schagerl.
Jeśli wydaje się Państwu, że przesadzam i próbuję zaklinać rzeczywistość gorąco zachęcam do porównań z wcześniejszym albumem formacji – „Tribute to Tomasz Stańko”, gdzie poprzednia trąbka ma nieco twardszą górę a jednocześnie mniejszą głębię. I takie informacje dostajemy podane całkowicie naturalnie, równie naturalnie przyjmujemy jako coś zupełnie oczywistego co i rusz, przynajmniej w początkowej fazie znajomości, zachodząc w głowę o co tyle szumu. Problemy zaczynają się jednak w momencie, gdy musimy tytułowy odtwarzacz zwrócić, gdyż nagle, to co takie oczywiste takowym być przestaje. A to góra zamiast rozdzielczości sypie piachem, a to bas z wielowymiarowej, misternie utkanej i różnorodnej struktury zamyka się w sobie, okręca kocem i coś tylko niemrawo pomrukuje a może nie tyle słodka, co organicznie namacalna średnica ląduje o krok, bądź dwa dalej i w dodatku za jakąś niekoniecznie najczystszą szybą. Ot szara rzeczywistość.
Skoro jednak producent był łaskaw wyposażyć K-03XD w wejścia cyfrowe ciężkim grzechem zaniedbania byłoby pominięcie fazy testów samej autorskiej sekcji DAC-a z zewnętrznymi źródłami. I tutaj miała miejsce kolejna niespodzianka, gdyż praktycznie na palcach jednej ręki byłbym w stanie przypomnieć sobie sytuacje kiedy udawało mi się wycisnąć z Lumina U1 Mini tyle wyrafinowania i swobody. Dźwięk dostał skrzydeł, złapał wiatr w żagle i sprawił, że na długie godziny byłem skłonny wywiesić na drzwiach kartkę „Nie przeszkadzać”. Oczywiście mój zachwyt był odpowiednio stopniowany, gdyż większość dostępnego na Tidalu materiału zauważalnie pozostawała w tyle za poczciwymi srebrnymi krążkami, jednak już MQA, ze szczególnym akcentem na pozycje sygnowane przez Norweskie 2L www.2l.no potrafiły swą namacalnością i intensywnością przekazu niemalże rozbić bank. Całe szczęście pliki w mojej sieci lokalnej – zalegające w trzewiach Soundgenica HDL-RA4TB trzymały poziom i jedyne co je ograniczało, to sama realizacja. Co ciekawe materiał dostarczany poprzez USB brzmiał zauważalnie cieplej od tego, co oferował wbudowany transport. Kontury wydawały się nieco bardziej zaokrąglone a całość przybierała lekko złotej tonacji. Nie oznacza to bynajmniej, że nagle „Keeper of the Seven Keys, Pts. I & II” Helloween zbliżył się do poziomu reprezentowanego przez audiofilskie, sygnowane przez MFSL wydanie „Countdown To Extinction” Megadeth, bo w takie bajki proszę nie wierzyć, ale zostały odblokowane w nim pewne pokłady soczystości i czegoś na kształt śladowej głębi jakże odmiennej od zazwyczaj słyszanego pogłosu, jakby przed każdym mikrofonem ustawiono metalowe wiadro z wybitym dnem. Ot całkie udana prób restauracji wydawałoby się bezpowrotnie utraconego potencjału. Niby drobiazg a cieszy.
No i jak to w końcu jest z tym Esotericiem? Powiem szczerze, ze nie mi wyrokować, jednak opierając się na tym, co dane mi było usłyszeć podczas ponad dwutygodniowych testów Esoteric K-03XD z wielką niecierpliwością czekam na możliwość poznania wyższych modeli. Niezwykle udane połączenie rozdzielczości, wyrafinowania i muzykalności sprawiło, że japoński odtwarzacz pracował praktyczne non stop a w ramach małego rachunku sumienia, jaki zazwyczaj czynię przed umieszczeniem urządzenia w kartonie, czyli tuż przed działaniami natury spedycyjnej ze zdziwieniem odkryłem, iż przez ten czas ani razu nie uruchamiałem gramofonu. Przypadek? Nie sądzę …
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie wiem, jak Wy, ale realny byt na naszym rynku tytułowej marki Esoteric w moim odczuciu do niedawna był co najmniej dziwny. Niby wszyscy o niej wiedzieli. Ba znakomicie ją znali i to nie tylko z nazwy, ale również przypisanej temu brandowi specyfiki oferowanego dźwięku. Jednak zazwyczaj cała wiedza opierała się na odsłuchach u przypadkowych posiadaczy, znajomych znajomych lub w ogóle z mniej lub bardziej zabarwionych kuluarowych opowieści. To żle? Naturalnie, że nie. Powiem więcej. Od strony marketingowej to był pewnego rodzaju fenomen, gdyż niewielu z owym Japończykiem sam na sam obcowało, a wszyscy wiedzieli, że gra na dobrym poziomie. Tylko co z tego, gdy w momencie zainteresowania nabyciem dla znakomitej większości populacji wymagających melomanów nie było szans na przedzakupową próbę na własnym podwórku, gdyż ciężko było przebrnąć przez wytworzone przez lata procesy obronne? Brać w ciemno, bo komuś, kiedyś się podobało? Spokojnie, to pytanie retoryczne, gdyż tamte czasy powoli odchodzą w zapomnienie, czego dowodem jest dzisiejszy, mam nadzieję, że po rozmowie z dystrybutorem przerywający opisany stan rzeczy test. Czego? Na początek zajmującego środkową pozycję w ofercie marki odtwarzacza CD/SACD z funkcją przetwornika cyfrowo/analogowego Esoteric K-03XD, którego występy w naszych okowach zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi EIC.
Omawiany odtwarzacz jak na źródło jest urządzeniem wręcz pancernym. Z jednej strony świadczy o tym waga, a z drugiej sprawiająca wrażenie brutalnego monolitu, oczywiście aby umiejętnie zapobiegać takiemu odbiorowi poddana kilu wzorniczym zabiegom, bryła urządzenia. Przybliżając nieco wygląd wykonanej z grubych płatów aluminium skrzynki, patrząc od przodu, mamy do czynienia z fajnie, bo płynnie wyprowadzonymi od górnej i dolnej krawędzi skośnymi pod-refowaniami centralnej połaci, zwieńczonego mocnymi krągłościami na bokach awersu. Ten spełniając założenia centrum obsługi i dowodzenia konstrukcją został wyposażony w zagłębione czarne okienko z wbudowaną na górze, majestatycznie wysuwającą się tacką dla płyt CD/SACD i tuż pod nią czytelnym ze sporej odległości, mieniącym się błękitem, wielofunkcyjnym wyświetlaczem. Ale to nie koniec manualnych akcentów tej części odtwarzacza, bowiem na obydwu flankach omawianej przed momentem platformy dla szuflady i wyświetlacza znajdziemy dwie serie przycisków funkcyjnych – z lewej: główny włącznik, diodę sygnalizującą podpięcie zewnętrznego zegara i przycisk wyboru m. in źródła, a z prawej zestaw sześciu guzików dla standardowej obsługi odtwarzacza płyt. Zwieńczeniem działa zdobienia przedniego panelu jest wydrążone nad czytnikiem płyt wielkie logo marki. Przerzucając wzrok na tylny panel, nie będę odosobniony, gdy stwierdzę, iż ten w pełni zaspokaja najbardziej wyszukane gusta. Znajdziemy na nim zestaw wyjść analogowych RCA/XLR, parę wyjść cyfrowych SPDIF oraz AES/EBU, blok wejść cyfrowych typu OPTICAL, USB, SPDIF i serwisową komputerówkę RS232C, gniazdo dla zewnętrznego zegara 10MHz, terminal zasilania IEC i zacisk uziemienia. Tak wyglądający i świetnie wyposażony odtwarzacz posadowiono na świetnie separujących elektronikę i transport płyt od podłoża pływających stopach i naturalnie uzupełniając standard startowego uzbrojenia zaopatrzono w pilot zdalnego sterowania.
Jak pisałem we wstępniaku, Esoteric jest wszystkim doskonale znany. Jednak opinie o nim są bardzo spolaryzowane, gdyż mniej więcej rozłożone po połowie jako coś fantastycznego, bo neutralnego, szybkiego i pozwalającego zajrzeć w bezkresny głąb nawet najbardziej skomplikowanych przebiegów nutowych, zaś z drugiej strony nazbyt analitycznego, z tendencją do bezduszności. Znacie takie sytuacje? Jasne, że znacie, bowiem to jest chleb powszedni naszej zabawy w zaawansowane audio. Jednak co innego jest bazować na czyjejś opinii, a co innego skonfrontować stan rzeczy z rzeczywistością na swoim, naturalną koleją rzeczy znanym, oczywiście skonfigurowanym pod konkretny gust systemie. Po co to piszę? Z prostego powodu. Słysząc wymienione przed momentem oceny brałem je z na tyle wielkim marginesem błędu, że tak prawdę mówiąc, nie miałem konkretnego zdania. Dlatego też do tego testu podchodziłem z praktycznie czystą kartą. Nie stawiałem Esotericowi jakichkolwiek poprzeczek do przeskoczenia, nie dawałem mu żadnych forów, tylko bez jakichkolwiek wstępnych oczekiwań wpiąłem K-03XD w swój system. Co z tego wynikło?
Gdybym w kilku słowach miał określić zastane brzmienie, powiedziałbym, że owszem, to jest urządzenie oferujące bardzo dużo informacji o muzyce, przez to świetnie oddające realia nagrywanych płyt – studio lub z rozmachem prezentowane koncerty, jednak dalekie od oschłości, czy bezduszności. Nie wiem, co było powodem nadawania mu łatki anorektyka – stawiałbym na błędne konfiguracje, gdyż w domenie wagi dźwięku wszystko było na bardzo dobrym poziomie. Było mocno w dole, odpowiednio wyważone w środku i świetnie na górze. A, że nie lukrował dźwięku przypisywaną lampowym inkarnacjom odtwarzaczy esencją, to już inna sprawa. Za to w moim odczuciu świetnie trzymał w ryzach nawet najbardziej rozhulały podczas muzyki elektronicznej bas, nie odchudzał, tylko bez popadania w nadmierną eufoniczność, podawał w estetyce dobrego nasycenia damską i męską wokalistykę i jako bonus wyśmienicie zawieszał w przestrzeni nie tylko wszelkiego rodzaju atrybuty bębniarza, ale również niekończące się wybrzmienia chadzających w górnych rejestrach instrumentów smyczkowych. To było na tyle spójne, że nawet jeśli ktoś lubi świat ociekający nadmierną magią, oczywiście otrzymując w pakiecie zbytnią opieszałość w oddaniu ataku dźwięku, a ma pojęcie o dobrej prezentacji przekazu, nie powinien kruszyć kopii o według niego pewnego rodzaju braki, tylko posypując głowę popiołem stwierdzić, iż może to nie jego bajka, ale całość jest wysokiej próby.
Jak przystało na urządzenie z segmentu High End, gdy wymagał tego materiał Esoteric grał mocno, szybko, zwarcie, z odpowiednim ciężarem, dobrą namacalnością, ale bez zbytniego słodzenia – przynajmniej w jako zintegrowany odtwarzacz płyt CD/SACD. Co oznacza ostatnia fraza? Tutaj mam asa w rękawie. Otóż dla wielu poszukiwaczy Św. Grala w muzyce ociekającej barwą ponad wszystko ciekawą informacją będzie zapewne, iż nasz bohater nie tylko dobrze reaguje na okablowanie, ale równie fenomenalnie na sygnał dostarczony do wewnętrznego DAC-a. I gdy pierwsza opcja jest czymś z pogranicza naturalności, to już druga, czyli brak dominaty przyjmującego sygnał z zewnątrz przetwornika nad zewnętrznym transportem jest rzadko spotykaną, a przez to podnoszącą walory testowanego produktu sytuacją. Skąd to wiem? Naturalnie poczyniłem próbę ze swoim CEC-em i okazało się, że muzyka przyjemnie podryfowała w stronę z premedytacją oczekiwanego przeze mnie, jednak zdroworozsądkowo zbilansowanego nasycenia, a nie twardo trwała w zaplanowanych przez japońskich inżynierów ryzach poprawności politycznej w stosunku do brzmienia CD-ka jako integry. Ale spokojnie, to była jedynie niezobowiązująca próba, gdyż na potrzeby pokazania palcem, o co pomysłodawcom tego modelu chodziło, test odbył się w konfiguracji standardowej. Jak wypadł?
Bardzo dobrze, w udowodnieniu czego może posłużyć wykorzystana do tego celu bardzo wymagająca, bo wykonywana przez Philippe Jaroussky’ego muzyka Handel-a z albumu „The Handel Album” spod znaku oficyny Erato. Otóż mimo podejrzewania przez niektórych nadmiernej oszczędności odtwarzacza w domenie nasycenia średnicy, Philippe ani razu – a zaznaczam, iż śpiewa w estetyce wysokiego głosu damskiego, co kilkukrotnie wprowadziło moich gości w błąd – nie zakrzyczał, ani nie przeszył moich uszu niekontrolowaną piskliwością. To oczywiście była nieco chłodniejsza od mojego codziennego zestawu prezentacja, jednak nadal bardzo dobra w odniesieniu do wagi głosu, a przy okazji wyśmienita w kreowaniu swobodnego wybrzmiewania prezentowanego materiału muzycznego. Mało tego. Również towarzyszący śpiewakowi instrumentaliści wieloosobowych składów symfonicznych byli dużymi beneficjantami sznytu grania Esoterica. Mam na myśli moment, gdy muzyka miała za zadanie oddać zamierzony przez kompozytora mocny kontrapunkt. Ten dzięki szybkości narastania mocnego i pełnego energii spiętrzenia sonicznego całej orkiestry dawał mi w pozytywnym tego słowa znaczeniu, piorunującego, bo natychmiastowego kopa, co w tego rodzaju muzyce jest sednem pokazania jej monumentalności. Ten krążek zapamiętam jako świetne oddanie zmian tempa, mocnych uderzeń i pięknie wybrzmiewającego na tle orkiestry, delikatnego, czasem wręcz mistycznego kontratenora.
W podobnym tonie brzmiała muzyka jazzowa. Na tapet tej odsłony testu tym razem trafił krążek Leszek Możdżer & Friends „Jazz at Berlin Philharmonic III” . Już sam tytuł płyty sugeruje, że jazz jazzem, współpraca muzyków współpracą muzyką, ale również bardzo ważnym elementem oddania prawdy o tym wydarzeniu live było odwzorowanie wielkiej sali z kilkoma maluczkimi muzykami w jej centrum. Oczywiście chyba nie muszę udowadniać, iż wszystko było w jak najlepszym porządku. Świetne oddanie skali dźwięku w wielkim pomieszczeniu, wyczuwalne od pierwszych minut znakomite porozumienie muzyków miedzy sobą i co ciekawe brak wskazań zbytniej lekkości brzmienia fortepianu, skrzypiec, wiolonczeli i towarzyszącego mu kwartetu smyczkowego „Atom String Quartet”. Naciągam fakty? Nic z tych rzeczy. Po prostu Japończyk zwracał uwagę na inne akcenty soniczne, jednak w wartościach bezwzględnych nie burzył nie tylko zamierzeń artystów, ale również obioru ciężaru prezentowanego dźwięku.
Na koniec coś z pogranicza bólu. Jednak bólu jako pożądana przyjemność, bo serwowana przez lubiany nawet przez romantyków – w tym także przeze mnie, zespół AC/DC i jego nowy projekt „Power Up”. To jest dość przeciętnie zrealizowana płyta, a mimo to nic nie smagało moich uszu nadmierną ilością skompresowanych informacji. Tak, cyfrowe ściśnięcie dźwięku było znakomicie wyczuwalne, jednak podobnie jak w przypadku mojego źródła. Naturalnie dostałem mniejszą dawkę koloru, ale mimo tego było wręcz identycznie jeśli chodzi o odbiór całości jako pełen energii, zrealizowany przez nie oszukujmy się, rockowych staruszków, zapisany przed laty w kodzie DNA, odwieczny stan buntu. Czy wolałbym bardziej dosadnie w kwestii ciepła i krągłości? Gdybym miał na siłę narzekać, to pewnie tak. Mimo to zapewniam, ta odsłona była równie dobra. Inna, ale nadal dobra. I co istotne, czy to kablami, czy na czas słuchania tego rodzaju muzy podpinając zewnętrzny transport, łatwa do przemalowania na swoją modłę.
Nie wiem, ilu przeciwników sznytu grania starszych wersji źródeł Esoterica udało mi się tym testem przekonać. Jeśli jeszcze się wahacie, przypominam, iż dla pokazania prawdziwego, moim zdaniem bardzo przyjaznego praktycznie każdemu melomanowi sznytu grania, z premedytacją nie pomagałem odtwarzaczowi K-03XD pozbyć się firmowych piórek. To było zamierzone, bowiem w moim odczuciu świetnie się broniło. Oczywiście oferując pewnego rodzaju wstrzemięźliwość w kreowaniu nadmiernie soczystego świata muzyki, ale w żadnym wypadku nie sprawiając wrażenia nazbyt oszczędnego w emocje. Powiem więcej. Znam wielu takich, którzy za odejście od tej estetyki przekazu nie wpuściłoby naszego bohatera do domu. Do kogo kierowałbym opiniowany model K-03XD? Z wyjątkiem piewców zbytniej ilości cukru w cukrze praktycznie do każdego. Powód? Jak wspominałem. Oprócz zdrowego podejścia do tematu równowagi tonalnej już w wersji startowej, produkt z kraju kwitnącej wiśni bez większych oporów kabelkologią i jej podobnymi zabiegami daje się sprowadzić na oczekiwaną przez nas – oczywiście jeśli takowej hołdujecie – ciepłą stronę mocy, co bez dwóch zdań w pewien sposób czyni go w miarę uniwersalną, przez to wartą uwagi konstrukcją.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: PMC MB2 XBD SE
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: EIC
Cena: 75 000 PLN
Dane techniczne
Obsługiwane nośniki: SACD, CD (CD-R/CD-RW)
Pasmo przenoszenia: 5Hz – 70kHz
Odstęp S/N: 113dB
Zniekształcenia: 0.0007%
Wyjścia analogowe: para XLR/ESL-A, para RCA
Impedancja wyjściowa: 114Ω (XLR), 34Ω (RCA)
Maksymalny poziom wyjściowy (1kHz, 10kΩ): 5.0Vrms(XLR), 2.5Vrms (RCA)
Wyjścia cyfrowe: AES/EBU (110Ω), Coax (75Ω)
Wejścia cyfrowe: Coax, Optical, USB
Obsługa formatów cyfrowych:
Coax, Optical: PCM 192kHz/24bit, DSD 2.8MHz (DoP)
USB: MQA i PCM 384kHz/32bit, DSD 22.5MHz
Wejście zegara: BNC (50Ω/10MHz/0.5 – 1.0Vrms)
Pobór mocy: 25W
Wymiary (S x W x G): 445 × 162 × 438mm
Waga: 28kg
Opinia 1
Tym razem przyjdzie nam zmierzyć się ze zjawiskiem o którym większość debiutujących, bądź dzień w dzień walczących o chociażby chwilę uwagi producentów może co najwyżej pomarzyć. O rozpoznawalności. Rozpoznawalności na tyle oczywistej i powszechnej, że niemalże zakrawającej na swoistą klątwę. Jeśli zastanawiacie się Państwo, co w takim stanie rzeczy może być złego w rozpoznawalności nieśmiało podpowiem, że … skojarzenia, a te jak wiadomo to nic innego, jak najczystszej wody … przekleństwo. Przesadzam? Bynajmniej. Skoro bowiem konkretną markę kojarzą, abstrahuję w tym momencie od faktu lubienia, bądź nie, dosłownie wszyscy akolici dobrego dźwięku, to oczywistym jest, że patrzą na jej dokonania przez pryzmat najbardziej charakterystycznych a zarazem przesłaniających resztę produktów. Nie wierzycie? No to proszę bardzo, oto kilka przykładów: Accuphase – szampańskie złoto na frontach i obowiązkowe VU-metery/bargrafy, Krell – mocne tranzystory, YG Acoustic – aluminium, Sonus faber – kolumny. Podobnie jest z naszym dzisiejszym bohaterem, bowiem kogo by audiofilsko zorientowanego nie spytać o Avantgarde Acoustic to w 99,99% odpowiedź będzie brzmiała … tuby, znaczy się kolumny tubowe. Tymczasem ekipa z Lautertal – Reichenbach ma w swoim portfolio również … elektronikę. I to elektronikę równie bezkompromisową jak ww. generatory decybeli, gdyż właśnie im poniekąd dedykowaną. Przekonać się o tym fakcie mogliśmy już nieco ponad pięć lat temu, gdy wraz ze zjawiskowymi Trio dystrybutor marki – Nautius, raczył był dostarczyć nam również wielce intrygującą, firmową amplifikację w postaci wzmacniacza zintegrowanego Integrated XA. Jednak o ile wtenczas skupialiśmy się na systemie jako takim, to już wtedy, gdzieś tam podświadomie, zastanawialiśmy się nad kwestią separacji i weryfikacji cóż też są w stanie pokazać zarówno same kolumny, jak i zaaplikowana w obcym systemie integra. Skoro zatem w tzw. międzyczasie udało nam się rozprawić z Trio i to w ściśle limitowanej odsłonie Luxury Edition 26 najwyższa pora wziąć na redakcyjny tapet integrę. I tak też się stało, zatem nie przedłużając niepotrzebnie wstępniaka serdecznie zapraszamy Państwa na spotkanie z Avantgarde Acoustic XA Integrated.
Podobnie jak kolumn Avantgarde, tak i niemieckiej integry, o ile tylko dostąpimy zaszczytu jej poznania, nie sposób pomylić z niczym innym. Jest po prostu na swój sposób wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju stanowiąc unikalne połączenie brutalizmu aluminiowego, czernionego odlewu z wyrafinowaniem i rustykalną naturalnością, bądź designerskim szaleństwem – wszystko zależy od wersji kolorystycznej na jaką się zdecydujemy. Mamy bowiem masywny, nieco mroczny, użebrowany potężnymi radiatorami korpus o wpasowanym pomiędzy adekwatne do gabarytu całości uchwyty płat frontu, który w dostarczonym na testy egzemplarzu pokryto olejowanym tygrysim palisandrem (Tiger Rosewood). Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie by sięgnąć po nieco bardziej lifestyle’owe malowania w stylu Sapphire Burma Blue, Shiny Citrine Orange, czy Ruby Brilliant Red, choć generalnie nie ma pośpiechu, gdyż gdy tylko najdzie nas ochota na zmianę zawsze możemy zamówić nowy panel u producenta i własnym sumptem w zaciszu domowego ogniska go wymienić. Tuż poniżej znajdziemy szczotkowany płat aluminium a na nim równiutki rządek sześciu podświetlanych przełączników hebelkowych odpowiedzialnych za uruchamianie wzmacniacza i wybór poszczególnych źródeł uzupełniony oczkiem czujnika IR. Na panelu frontowym centralne miejsce zajmuje chromowany logotyp i trudne do przeoczenia monstrualne, radełkowane, pokrętło regulacji głośności otoczone aureolką diod informujących o dokonanych nastawach.
O żebrach radiatorów zastępujących ściany boczne, płytę górną i spód już wspominałem, więc spokojnie możemy przejść na zakrystię a tam … znajdziemy to, co tygryski lubią najbardziej. Znaczy się okupujące flanki pojedyncze terminale głośnikowe WBT, dwie pary wejść w formacie XLR, trzy pary RCA, regulatory natężenia iluminacji i zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. Ponadto skoro na froncie producent był łaskaw umieścić stosowne uchwyty, to i nie dziwi fakt, że ich nieco mniej reprezentacyjne odpowiedniki wylądowały również na zapleczu. W końcu przenoszenie ponad 40 kg. wzmacniacza w pojedynkę to nic przyjemnego a i zabezpieczenie przed wyłamaniem wtyków przy zbyt pochopnej próbie dosunięcia wzmacniacza do ściany potrafi pozwolić oszczędzić parę złotych.
Od strony konstrukcyjnej warto wspomnieć iż korpus XA przypomina w pewnym sensie matrioszkę, gdyż wewnątrz aluminiowego, zintegrowanego z radiatorami odlewu zewnętrznego o masie 18.5 kg znajduje się kolejny, również aluminiowy, odlew lecz już nieco lżejszy, bo osiągający „zaledwie” 9.8 kg. Jest on nośnikiem m.in. solidnego, zapewniającego odpowiednie zasilanie wszystkich układów toroidalnego trafa i współpracującej z nim kondensatorów Black Gate. No i na koniec kluczowa dla posiadaczy niemieckich kolumn funkcjonalność, czyli możliwość przełączenia wzmacniacza w tryb prazy w klasie A, w której to jest w stanie oddać, w zupełności wystarczające do rozruszania tub o ponad 100 dB skuteczności, całe 1.1W przy 16 Ω na kanał. Mało? Cóż, zanim ktoś zacznie kręcić nosem lepiej niech sam spróbuje takiego mariażu np. z ww. Trio. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie odsłuchów w standardowym trybie AB pracy stopnia wyjściowego, dzięki któremu na zaciski głośnikowe kierowana jest już zdecydowanie bardziej użyteczna przy konwencjonalnych zespołach głośnikowych 120 W przy 4 Ω i 53 W przy 18 Ω na kanał.
W standardowym wyposażeniu nie zbrakło również pilota zdalnego sterowania, który zamiast jakiejś „zoptymalizowanej pod względem ekonomicznym” OEM-owej plastikowej wytłoczki przybrał formę masywnego aluminiowego pręta pozwalającego zarówno na regulację głośności, jak i wybór źródła a przy okazji stanowiący świetny argument w dyskusji pomiędzy zagorzałymi kibicami zwaśnionych drużyn piłki kopanej.
Jeśli zastanawiacie się Państwo, czy takie nieortodoksyjne i rozbijające firmowe ekosystemy konfiguracje mają jakikolwiek sens, to przewrotnie powiem tak – spróbujcie a na własne uszy się przekonacie, że jak najbardziej. Będzie inaczej, aniżeli założył to sam producent, jednak owo inaczej wcale nie oznacza gorzej, bądź lepiej, tylko właśnie … inaczej. Oczywiście w niniejszym przypadku oscylujący w okolicach 1W, dedykowany wysokoskutecznym zestawom tubowym, tryb A-klasowy przy moich Dynaudio Contour 30 był jedną z tych funkcjonalności, o których istnieniu wiemy, lecz niespecjalnie po nią sięgamy z racji iście śladowej użyteczności. Niby przy późnowieczornych, prowadzonych na zbliżonych do szeptu poziomach głośności i odsłuchach kameralnych plumkań owa moc okazałaby się wystarczająca, jednak osobiście lubię słuchać tak, by słyszeć możliwie wszystko a nie cokolwiek a i repertuar w jakim gustuję szalenie daleki jest od takich eterycznych uniesień. Całe szczęście musu nie było, więc bez większych wyrzutów sumienia pełnymi garściami korzystałem z AB-klasowych 120 W, które to z kolei okazały się w zupełności satysfakcjonujące.
Od pierwszych taktów „The Visitor Remastered” Areny słychać było, że XA ma własny pomysł na brzmienie, więc nie ma problemu z decyzją, czy powinniśmy brać go pod uwagę podczas poszukiwań idealnego wzmocnienia do naszego systemu, czy też eksplorujemy odmęty High-Endu dalej. Avantgarde sprawia bowiem, że reprodukowany przez niego materiał bezsprzecznie zyskuje na atrakcyjności, bardziej aniżeli zazwyczaj angażuje i sprawia, że po prostu chce się słuchać częściej, dłużej i więcej. Idealny przykład uzależnienia, nieprawdaż? Cóż, jeśli chodzi o mnie, to ja nie mam nic przeciwko. Nieco oniryczne, misternie tkane prog-rockowe, oparte głównie na łkających gitarowych riffach zostały nieco przybliżone i powiększone. Podobnie partie wokalne, co w rezultacie sprawiło, że uwaga odbiorców skupia się na pierwszym planie a rozmieszczone dalej instrumentarium pełni rolę dbającego o efekty przestrzenne i głębię sceny tła. Czy mamy zatem do czynienia ze swoistym uproszczeniem przekazu? Nic z tych rzeczy, gdyż tu raczej chodzi o nieco inną perspektywę z jakiej patrzymy na ulubione albumy i lekkie przesunięcie akcentów. Dlatego też już na wstępie wspominałem o łatwości oceny tytułowej integry, której pojawienie się w torze będzie zmianą oczywistą i jednoznacznie wpisującą się, bądź nie, w nasze gusta. Przykładowo zastąpienie przez nią mojego dyżurnego Brystona 4B³ początkowo nosiło znamiona małej rewolucji, jednak im dłużej z niemiecki podejściem do dźwięku obcowałem, tym częściej przestawiałem się z trybu porównawczo – analitycznego w nieco bardziej hedonistyczny relaksacyjno – absorpcyjny. Kanadyjska końcówka waląc prawdę prosto między oczy nawet nie próbuje upiększać i ukrywać ewentualnych potknięć realizcyjno – wykonawczych. Robi to, do czego została stworzona – wzmacnia i już. Z kolei Avantgarde oprócz asertywnego podejścia do tematu pamięta jeszcze o nieco łagodzącej przekaz empatii, w związku z powyższym nawet szaleńcze galopady zawarte na „Inhuman Rampage” DragonForce zamiast bezlitośnie ciąć powietrze piekielnie szybkimi riffami i szarpać tkanki miękkie seriami perkusyjnych uderzeń wypluwanych z prędkością karabinu maszynowego budują nieco bardziej dostojny spektakl, gdzie oprócz technicznych ekwilibrystyk i ukazujących wirtuozerskie opanowanie instrumentów liczy się również barwa, wysycenie i emocje. Nadinterpretacja i „robienie” dźwięku po swojemu? Raczej to, o czym wspominałem chwilę temu – spojrzenie na to co znamy z nieco innej perspektywy, z innego punktu widzenia.
Jednak Avantgarde pełnię swoich możliwości pokazuje wszędzie tam, gdzie do mikrofonu zostaje dopuszczona płeć piękna, szczególnie w swej delikatniejszej, bardziej zwiewnej postaci. Weźmy na ten przykład „Sunset In The Blue” Melody Gardot, czy „Live At Berwaldhallen” Ane Brun / Swedish Radio Symphony Orchestra, gdzie zarzucana przez co poniektórych „życzliwych” odbiorców anorektyczność i brak siły emisji ustępują miejsca zmysłowości i nienachalności. Głosy wokalistek stają się bardziej słodkie, zyskują iście lampową soczystość i podane bliżej skupiają na sobie naszą uwagę. W dodatku atłasowo czarne tło sprawia, iż nic nas nie rozprasza. Jesteśmy tylko my i artystki, więc automatycznie bezzasadne stają się odwieczne dylematy czy to my jesteśmy tam, czy one są tu, gdyż kluczowe jest nie to gdzie cały spektakl się rozgrywa a to, z kim w nim uczestniczymy.
Jeśli zatem szukają Państwo sposobu na to, by z każdym odtwarzanym albumem coraz lepiej zacieśniać relacje z ulubionymi artystami, to zakup Avantgarde Acoustic XA Integrated wydaje się najprostszą i zarazem jedną z najbardziej skutecznych metod na realizację powyższych zamierzeń. Proszę tylko dobrze się zastanowić o co Państwo prosicie, bo każdy kij (z wyjątkiem procy) ma dwa końce i o ile romantyczne tête-à-tête z filigranową Youn Sun Nah wydaje się spełnieniem marzeń większości męskiej populacji odbiorców, to już taka sama bliskość i zażyłość z Marilyn Mansonem nie wszystkim może przypaść do gustu.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Pewnie zgodzicie się ze mną, iż pośród wielu opinii na temat jakiegokolwiek producenta audio stosunkowo popularną, nieco deprecjonującą wiele tego typu podmiotów gospodarczych, jest teza o niemożliwości posiadania pełni kompetencji w każdej z domen. Chodzi mi o sytuację, w której ktoś osiągający spektakularne sukcesy w jednym dziale sprawiania melomanom przyjemności, nie ma z automatu monopolu na takowe osiągnięcia w innym rejonie naszego hobby, czyli tłumacząc łopatologicznie, producent nawet wybitnych kolumn zazwyczaj ma spore problemy w skonstruowaniu dobrej elektroniki i na odwrót. Skąd taka opinia? Oczywiście zaczerpnięta z codziennego życia i co istotne, wielokrotnie nie tylko przeze mnie, ale również przez wielu z Was osobiście zweryfikowana. Jednak wiadomym jest, iż jak to w życiu bywa, również na naszym polu zainteresowań bardzo często zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę, czego idealnym przykładem może być bohater dzisiejszego spotkania. Ów producent, czyli stacjonujący za naszą zachodnią granicą niemiecki Avantgarde Acoustic oferuje nie tylko świetnie odbierane przez rynek kolumny głośnikowe, ale również znakomicie współpracujące z nimi wzmacniacze. Jednak dopasowanie elektroniki pod swoje produkty to dopiero połowiczne potwierdzenie posiadanych kompetencji, bowiem pełnią takiego stanu rzeczy powinien być fakt co najmniej ciekawego sprawdzenia się jego sekcji wzmocnienia w zderzeniu z ofertą konkurencji. Co mam na myśli? Już zdradzam. Otóż w tym odcinku testowym wbrew wszelkim oczekiwaniom nie przyjrzymy się rozpoznawalnym przez każdego melomana tubowym kolumnom głośnikowym spod znaku AA wraz z dedykowanym im wzmacniaczem. Tym razem zrobimy coś szalonego, czyli zderzymy będący głównym punktem spotkania wzmacniacz zintegrowany Avantgarde Acoustics XA Integrated z założenia znacznie trudniejszymi do wysterowania paczkami konwencjonalnymi. Przyznacie, że temat ciekawy. Zatem zapraszam na kilka akapitów o wynikach jego walki ze sporymi przeciwnościami losu, czyli francuskimi kolumnami Triangle Esprit Australe EZ oraz duńskimi Dynaudio Consequence, której możliwość zorganizowania zawdzięczamy warszawsko-krakowskiemu dystrybutorowi Nautilus.
Jak wskazują fotografie, obudowa XA jest swoistym, z racji oddawania sprej ilości ciepła podczas pracy, mocno użebrowanym na praktycznie całej powierzchni – boki, góra i dół, przez to bardzo ciężkim, aluminiowym monolitem. W celach nadania mu pewnego rodzaju surowości połączonej z drapieżnością, do jego frontu designerzy dokręcili ułatwiające proces logistyki, połączone ze sobą swoistymi płozami, dwie brutalne w wyglądzie, pionowo zorientowane rączki w kształcie perforowanych wałków. Sam front dla ułatwienia wpisania się w praktycznie każde środowisko lokalowe jest panelem wymiennym. Ze sporej oferty wzorniczej tego akcesorium dystrybutor do testów dostarczył nam go w wykończeniu świetnie prezentującego się, wykończonego w jedwabistym połysku egzotycznego drewna. Ta połać awersu w kontrze do okalających ją uchwytów jako uspokojenie jego wyglądu została uzbrojona jedynie w dwa akcenty. Pierwszym jest zlokalizowana na prawej stronie, podobnie surowo wyglądająca jak wspomniane bufory, otulona podświetlanym w różnych kolorach – w zależności od trybu pracy: klasa A lub AB – akrylowym pierścieniem gałka wzmocnienia. Zaś drugim jest centralnie umieszczone logo marki. Jednak to nie koniec wyliczanki znajdujących się na froncie bytów, gdyż w aluminiowym pasie poniżej drewnianej wstawki znajdziemy jeszcze sześć hebelkowych przełączników sterujących pracą wzmacniacza i okrągły czujnik IR. Jeśli chodzi tylną ściankę, ta proponuje użytkownikowi jeden komplet zacisków kolumnowych, pięć wejść liniowych – 3 RCA i 2 XLR, jedną przelotkę XLR, zacisk masy, zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC oraz dwie ułatwiające przenoszenie tej sporo ważącej konstrukcji pionowe rączki. Miłym dodatkiem od producenta jest dostarczany w komplecie, równie designersko wyglądający jak sam wzmacniacz pilot zdalnego sterowania.
Nie wiem, czy wszyscy zdają sobie sprawę, dlatego na wstępie wspomnę, iż tytułowy piec oprócz docelowego zadania współpracy z kolumnami wysokoskutecznymi, w kwestii wzmacniania sygnału audio jest bardzo uniwersalny, gdyż oferuje dwie opcje pracy. Wspomniana jako pierwsza opiewa na 1.1W mocy przy 16 Ohm podczas współpracy z portfolio marki AA lub podobnie łatwymi do napędzenia konstrukcjami innych brandów. Natomiast druga przy wydajności 120W dla 4 Ohm pozwala naszemu niemieckiemu bohaterowi na swobodne brylowanie z praktycznie całą ofertą kolumn konkurencji. Jak obrazuje seria zdjęć, nasz punkt zapalny potraktowałem dwoma parami kolumn w postaci duńskich, niezbyt skutecznych smoków Dynaudio Consequence Ultimate Edition i bardziej przyjaznych podczas pracy, pochodzących spod rąk francuskich inżynierów Triangle’ami Esprit Australe EZ. Wynik? Przyznam szczerze, że nawet z potocznie zwanymi Dynkami wzmacniacz radził sobie nad wyraz dobrze. Może nie trzymał ich w ryzach jak stacjonujący w moich progach na stałe Gryphon Mephisto, tudzież dedykowane tym kolumnom firmowe monobloki Dynaudio Arbiter po 1000W na kanał, ale w żadnym wypadku nie mogę powiedzieć o tym sparingu jako o porażce, czy wyjściu z niego na tarczy. Owszem, można lepiej, ale nie oszukujmy się, to jest integra z konkretnym zdaniem z pewnego rodzaju rozszerzeniem kompetencji, a nie elektrownia do zasilania przysłowiowych telegraficznych słupów, dlatego też spędzony przy takiej konfiguracji czas testu był bardzo fajnym doświadczeniem.
Po podpięciu nie tylko smukłych, ale znacznie bardziej przyjaznych obciążeniowo Francuzek, świat natychmiast nabrał rumieńców. Muzyka trysnęła fajną, bo nieprzesadzoną w ilości pigmentu barwą, którą świetnie wspierały dobrze osadzone w wadze niskie rejestry i pełne informacji, jednak cały czas pracujące w służbie wspierania spójności przekazu, a nie chadzające swoimi drogami wysokie tony. Ktoś powie, że tak potrafi wiele konstrukcji. Owszem, to jest najprawdziwsza prawda. Jednak gdy w dotychczasowej zabawie w opiniowanie kilka operujących w tej estetyce grania konstrukcji udało mi się złapać na przekroczeniu dobrego smaku poziomu nasycenia i ogólnej wagi przekazu muzycznego, to opiniowany Niemiec w myśl powiedzenia „Ordnung muss sein” nie odstąpił od obranego na desce kreślarskiej sznytu grania nawet na krok. To zaś, jak można się spodziewać, miało swoje świetne przełożenie na większość słuchanej muzyki. Jednak nie tylko od strony jej nieco cieplejszej równowagi tonalnej, ale również w odniesieniu fajnego, bo z rozmachem budowanego w wartościach szerokości i głębokości, a przy tym namacalnego spektaklu muzycznego. Aby to udowodnić, posłużę się trzema płytami, z czego dwie są wydaniami koncertowymi.
Pierwszą będzie spotkanie z Carlą Bruni na płycie „A l’Olympia”. To nie jest jakaś specjalnie rewelacyjny muzycznie i realizacyjny krążek, jednak w wydaniu Avantgarde’a w tle bez najmniejszych problemów potrafił przyciągnąć moją uwagę od pierwszego do ostatniego kawałka. I nie chodzi tylko o ogólne nasycenie barwą tej prezentacji, tylko na tyle umiejętne pokolorowanie głosu wokalistki, aby przy akompaniamencie gitary i fortepianu wzbudzić w niej coś na kształt ważnej dla tego typu spotkań z publicznością na koncertowej scenie, nienachalnej intymności. Przyznam szczerze, że znając ze spotkań u znajomych różnorodny materiał tej divy, stosunkowo niedawno nabywając ten krążek jedynie z uwagi na zapis koncertu, nie spodziewałem się aż tak poruszającego moje romantyczne ego, odbioru. To było pewnego rodzaju zjawisko, w wykreowaniu którego dzisiejszy bohater miał wiele do powiedzenia.
Kolejny, z pozoru bardzo wymagający zaangażowania słuchacza, materiał również wypadł w podobnym duchu. Co prawda w tym przypadku nie było wokalisty, jednak gwiazdorska obsada formacji jazzowej z Keithem Jarrettem w roli głównej na koncercie zatytułowanym „Iniside Out” po raz kolejny na ponad godzinę oderwała mojego ducha od problemów realnego świata. Naturalnie w osiągnięciu takiego stanu świadomości swój mocny udział miał oferujący dobre zbilansowany na osi gładkości i barwy niemiecki wzmacniacz. Gdy była taka potrzeba, umiejętnie wzmacniał majestatyczność i mimo soczystości prezentacji naturalną swobodę wybrzmiewania grającego pierwsze skrzypce fortepianu. Innym razem bez najmniejszych ograniczeń pozwalał wisieć w przestrzeni wszelkiego rodzaju blachom i przeszkadzajkom perkusisty. By jako podstemplowanie świetnej współpracy całej trójki artystów – oprócz Jerretta w koncercie brali udział również Gary Peacock i Jack DeJohnette – świetnie oddać konsensus pomiędzy struną i pudłem rezonansowym kontrabasu nawet podczas jego najzuchwalszych wariacji. W tym wycinku podejścia testowego ewidentnie czuć było świetne porozumienie nie tylko samych muzyków pomiędzy sobą, ale również ze wzmacniającym ich pracę Avantgarde Acoustic XA Integreted.
Na koniec kilka zdań o mocnym rocku spod znaku najnowszej płyty AC/DC „Power Up”. W wyniku nakarmienia systemu taką muzą wyraźnie słychać było niesione przez AA dobro w postaci wzmacniana energii średnicy i ukulturalniania wysokich rejestrów. I gdy wydawałoby się, że to powinno jej szkodzić, w zderzeniu ze słabą, bo mocno skompresowaną realizacją ów sznyt grania barwą mocno ratował odbiór tej muzy. Było mocno, może nieco wolniej, ale za to zaskakująco przyjemnie, co sprawiało, że Wasza ocena testowanego wzmacniacza będzie zależała od osobistych oczekiwań typu: prawda o płycie lub przyjemność jej pochłaniania. Ja osobiście wybieram opcję numer dwa. Jednak nie będę kruszył kopii, gdy ktoś zdecyduje się na pełną wyzwań walkę z realizacyjnym chaosem.
Oczywistym jest, że takie, mam na myśli muzykalne postawienie sprawy przez niemiecki piecyk miało również swoje reperkusje w muzyce elektronicznej. Jednak z uwagi na podobne wyniki do nurtów rockowych, ceduję ocenę jej odbioru na Wasze, bardzo mocno okraszone subiektywizmem barki. Ze swojej strony powiem jedynie, że ta muza w żadnym wypadku nie umierała, a jedynie kroczyła drogą przyjaźniejszą dla ucha. Potrafiła kopnąć mnie z zaskakującą energią, wywołać planowane trzęsienia ziemi, jednak zawsze wyczuwalnie mniej agresywnie radziła sobie w prezentacji krawędzi zamierzenie nieprzyjemnych dźwięków. Naturalnie robiła to bez szkodliwego zabijania dźwięku, ale wyczuwalnie mniej dosadnie.
Czy powyższe występy można uznać za sukces potwierdzający wspomnianą we wstępniaku regułę? Dla mnie bez najmniejszych problemów tak. Powód? Nie wiem jak Wy, ale osobiście biorąc pod uwagę dobre osiągi obydwu jego inkarnacji – tę sprzed 5 lat podczas opiniowania flagowych kolumn AA Trio na bazie wzmocnienia 1.1W i dzisiejszą, jestem pewien, że to jest bardzo dobra konstrukcja. Czy dla każdego? Zaskakując wielu potencjalnych oponentów powiem, iż jak niewiele wzmacniaczy na rynku, ale prawie tak. I nie jest to siłowe słodzenie temu producentowi, tylko zimna kalkulacja dobrego grania w dwóch odsłonach. Co zatem oznacza słowo „prawie”? To określenie jest marginesem określającym potrzeby potencjalnych nabywców, gdyż w momencie poszukiwań elektroniki ratującej system przed syndromami zażycia pavulonu, tytułowy Avantgarde Acoustic XA Integated nie zniży się dla nas do serwowania reszcie systemu pakietu latających w eterze żyletek, tylko konsekwentnie będzie podążał drogą zbalansowanego nasycenia przekazu. I to jest jedyne przeciwwskazanie dla potencjalnych zainteresowanych. Reszta ze spokojem ducha może podjąć zapewniam, że ciekawą próbę na własnym organizmie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Triangle Esprit Australe EZ
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Nautilus
Cena: 14 490 €
Dane techniczne
Moc wyjściowa:
w klasie A: 2 x 1.1 W / 16 Ω
w klasie A/B: 2 x 120 W / 4 Ω; 2 x 53 W / 18 Ω
Wejścia liniowe: 3 pary RCA, 2 pary XLR
Wyjścia liniowe: para XLR Pre-Out
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Maksymalny pobór mocy: 350 VA
Wymiary (S x W x G): 484.5 x 190 x 486 mm
Waga: 42.5 kg
Audeze kontynuuje dziedzictwo swoich utytułowanych słuchawek iSINE za pośrednictwem nowego modelu Euclid, zamkniętych słuchawek dousznych wyposażonych w planarne przetworniki magnetyczne.
Audeze LLC, znany i ceniony producent słuchawek klasy premium wykorzystujących jedne z najbardziej zaawansowanych na świecie rozwiązań technicznych, zapowiedział debiut swoich nowych słuchawek dousznych z planarnymi przetwornikami magnetycznymi.
Euclid są pierwszymi zamkniętymi słuchawkami dousznymi w historii firmy. Z ceną 5999 zł i specjalnie opracowanymi 18-milimetrowymi planarnymi przetwornikami magnetycznymi Audeze, złączami MMCX oraz ergonomicznie zaprojektowaną i precyzyjnie wyfrezowaną obudową, model Euclid przeznaczony jest dla najbardziej wymagających audiofilów, którzy szukają mobilnego rozwiązania klasy premium i nie chcą rezygnować z komfortu, wyjątkowej stylistyki i trwałości.
Funkcje
• 18-milimetrowe planarne przetworniki magnetyczne Audeze
• Najwyższy zakres dynamiki wśród słuchawek dousznych w tej klasie
• Uniwersalne złącza MMCX do podłączenia przewodów
• Lekka, precyzyjnie wyfrezowana aluminiowa obudowa z ergonomicznym kształtem
• Różnorodne akcesoria, w tym wkładki douszne SpinFit® i Comply™
| Rodzaj | Douszne, zamknięte |
| Przetwornik | Planarny magnetyczny |
| Struktura magnetyczna | Układ magnetyczny Fluxor™ |
| Rodzaj magnesu | Neodymowy N50 |
| Zarządzanie fazą | Fazor™ |
| Rodzaj membrany | Ultracienka Uniforce™ |
| Wielkość przetwornika | 18 mm |
| Maksymalny poziom ciśnienia dźwięku | >120 dB |
| Pasmo przenoszenia | 10 Hz-50 kHz |
| Zniekształcenia (THD) | <0,1% przy 100 dB SPL |
| Czułość | 105 dB/1 mW (przy DRP) |
| Impedancja | 12 Ω |
| Maksymalna obsługiwana moc | 500 mW |
| Połączenie przewodowe | Plecionka MMCX |
| Waga | 15 g/para bez przewodu |
Słuchawki Audeze Euclid będą dostępne wyłącznie w sieci ogólnopolskich salonów Top Hi-Fi & Video Design. Rynkowy debiut nowego modelu przewidywany jest w pierwszym kwartale br.
Opinia 1
Zakładam, że nazwa Huikang Electronic Co., LTD. niewielu z Państwa obiła się o uszy i prawdę powiedziawszy zupełnie mnie to nie dziwi. Sytuacja powinna nieco się zmienić, gdy podpowiem, iż powstające w jej zakładach urządzenia sygnowane są marką Keces a ta już z rozpoznawalnością nie ma większych problemów. Mowa oczywiście o świadomych i trzymających rękę na pulsie odbiorcach, gdyż nie ma co się łudzić – dla przeciętnego, nieskażonego audiophilią nervosą konsumenta, nawet przysłowiowy top-ten high-endowych producentów będzie zbiorem zupełnie przypadkowych wyrazów, bądź może zostać uznany za listę z personaliami zarządu jakiejś egzotycznej korporacji. Skoro jednak zajrzeliście Państwo na naszą stronę, to raczej nie w poszukiwaniu asortymentu zalegającego na hipermarketowych półkach, zatem macie zdecydowanie wyższe wymagania tak w kwestiach brzmieniowych, jak i jakościowych. W związku z powyższym śmiało możemy domniemywać, iż poszukując odpowiedniego uzdatniacza energii elektrycznej zamiast „zwykłej” listwy antyprzepięciowej swoje kroki kierujecie ku specjalistycznym i dedykowanym systemom audio rozwiązaniom ,a właśnie na takim polu urzędująca w Nowym Tajpej ekipa zdobywa coraz większe poważanie. Dlatego też po nader ciekawym zbalansowanym kondycjonerze BP-2400, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, postanowiliśmy wziąć na redakcyjny tapet seniora rodu i na chwilę obecną topowy model z portfolio Kecesa o symbolu BP-5000.
Z racji w pełni zrozumiałej unifikacji śmiało możemy stwierdzić, iż nasz dzisiejszy bohater w 5/6 swej aparycji (tylko przypomnę iż mamy do czynienia z prostopadłościenną bryłą) jest wiernym odwzorowaniem tego, co mieliśmy już okazję poznać podczas spotkania z jego młodszym rodzeństwem, czyli modelem BP-2400. Nie mając jednak pewności co do faktu zakonotowania w Państwa zakamarkach zwojów mózgowych, bądź chociażby pobieżnej lektury naszej wcześniejszej radosnej twórczości pozwolę sobie w telegraficznym skrócie dokonać możliwie skondensowanej charakterystyki.
Korpus wykonano z grubych, 4 mm płatów szczotkowanego, kruczoczarnego aluminium, przy czym biorąc pod uwagę 35 kg ciężar kondycjonera uczciwie trzeba przyznać, iż spasowano je z iście zegarmistrzowską precyzją, gdyż obudowa jest niezwykle sztywna i nawet podczas przenoszenia urządzenia nie wydaje żadnych niepokojących dźwięków. Nie dziwi zatem również fakt pełnej izolacji od zakłóceń EMI/RFI. Na froncie, podobnie jak u poprzednika, w lewym dolnym narożniku znajdziemy włącznik główny w towarzystwie dwóch niewielkich diod informujących o stanie pracy i ewentualnym przeciążeniu, centralnie umieszczony, wycięty firmowy logotyp i informację o przeznaczeniu tajwańskiego ustrojstwa. Z wiadomych względów okupujący prawy narożnik symbol modelu ma już inną, wynoszącą 5000 wartość będącą jednocześnie informacją odnośnie maksymalnego, sumarycznego obciążenia, jakim możemy potraktować Kecesa. Jednak najciekawszy, przynajmniej dla nas obszar, to ściana tylna, którą w odróżnieniu od BP-2400 podzielono na trzy dedykowane konkretnym urządzeniom sekcje – dwie dwugniazdowe 600VA dla reprezentantów domen cyfrowej i analogowej, oraz czterogniazdową 3800 VA, przewidzianą do zasilania zdecydowanie bardziej prądożernych odbiorników.
Zapuszczając żurawia do trzewi zaliczymy klasyczną powtórkę z rozrywki, gdyż zasada działania naszego dzisiejszego bohatera jest identyczna, jak w niższym modelu a różnica dotyczy, przynajmniej teoretycznie li tylko rozmiaru – mocy zajmującego lwią część wnętrza toroidalnego trafa. Ponieważ mamy jednak do czynienia z topowym modelem da się zauważyć i miłe oku dopieszczające zbiegi. Przykładowo ów toroid zamknięto w stosownej puszce, co dodatkowo ogranicza jego pole promieniowania elektromagnetycznego. Jednak kluczowa dla Kecesa, jest jego zbalansowana konstrukcja, co oznacza, iż do każdego gniazda zamiast zwyczajowych 230V podanego w postaci „zera” i „fazy” dostarczone jest napięcie dwufazowe 2 x 115V a dzięki autorskiej konstrukcji kondycjoner absorbuje przepięcia o wartościach większych niż 2 V powyżej szczytowego napięcia linii, bez wpływu na uziemienie. Nie zabrakło też wbudowanego ogranicznika prądu rozruchowego, więc nie ma obaw o domowe bezpieczniki.
Dzięki uprzejmości Audiofastu również i ten model mogliśmy testować przy użyciu przewodu zasilającego Shunyata Research Alpha v2 NR, co pozwoliło ograniczyć ilość zmiennych do niezbędnego minimum.
Jak mam nadzieję doskonale Państwo pamiętacie już na samym początku gościnnych występów BP-2400 moja dyżurna końcówka mocy Bryston 4B³ nad wyraz jednoznacznie i dosadnie dała do zrozumienia, że porozumienia pomiędzy nią a ww. kondycjonerem raczej nie powinienem się spodziewać i koniec końców wróciła do swojego własnego „gniazdka”, to mając na uwadze ponad dwukrotny wzrost mocy w przypadku BP-5000 zasadnym wydało mi się podjęcie kolejnej próby ożenku „kanadyjskiego buntownika”. W końcu co miałem do stracenia? Jeśli okazałoby się, że jest gorzej niż bez filtracji, to Bryston wylądowałby na „starej” linii a wpływ Kecesa określałbym na podstawie jego interakcji z resztą rezydujących u mnie urządzeń. No to wszystko wpięte, na playliście ląduje stanowiąca próbę ognia „13” – ka Black Sabbath a już po kilku taktach „Końca początku” („End Of The Beginning”), nie mylić z początkiem końca, wiem, że tym razem mam do czynienia z zupełnie inną półką i zupełnym brakiem jakichkolwiek kompromisów. Riffy są piekielnie gęste, ciężkie i cudownie brutalne. Zero spowolnienia i złagodzenia, jedynie zauważalny przyrost mocy, masy i motoryki. Zaraz, zaraz. Przecież do tej pory żaden, podkreślam żaden kondycjoner tego nie robił. Najbliższy owego stanu był „rozgałęziacz” Furutecha Pure Power 6, ale on przecież w sobie praktycznie … nic nie miał. Tymczasem Keces ewidentnie nie tyle powiększa źródła pozorne i „pompuje” scenę, jak daleko nie szukając stereotypowe, pochodzące zza wielkiej wody elektronika i kable, lecz działa niczym „autotransfuzja” krwi zwiększając wydolność systemu. Jest ciężej, mocniej, brutalniej i po prostu lepiej. Ponadto wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż ów efekt Wow! nie ma okresu przydatności do spożycia, nie starzeje się, nie nudzi i nie powszednieje. Piszę to z pełną premedytacją, gdyż po kilkutygodniowym użytkowaniu, gdy z racji zdalnego trybu pracy słuchałem muzyki praktycznie dzień w dzień po 12 – 14 godzin, każdorazowe wyłączenie systemu było w pewnym sensie małą traumą pozostawiającą po sobie pustkę i ciągły niedosyt.
Co istotne poprawa atrakcyjności przekazu dotyczyła nie tylko wymuskanych, dedykowanych złotouchym pozycji, lecz również, a może przede wszystkim tych wydawnictw, po których lwia część wybrednych melomanów niczego sensownego raczej by się nie spodziewała. Tymczasem „The Devil You Know” projektu Heaven & Hell , czy jakże szalenie odległy od realizacji Taceta, bądź nawet Deutsche Grammophon „Symphonic Terror” Accept zabrzmiały na tyle organicznie i uzależniająco, że każdy z nich był grany dwukrotnie. Wysycenie – dosaturowanie średnicy, oczyszczenie z granulacji i nerwowego rozedrgania najwyższych składowych plus nawet nie tyle zaakcentowanie, co wyswobodzenie basu połączone z poprawą jego różnorodności nie tylko zwiększyły przyjemność odsłuchu, lecz przede wszystkim pozwoliły bez większych obaw sięgnąć po pozycje, które ze względu na swoją wysoce niesatysfakcjonującą realizację obrastały kurzem w zakamarkach domowej płytoteki.
Myliłby się jednak ten, który po powyższych ochach i achach uznałby Kecesa za dedykowanego wyłącznie ciężkim brzmieniom. Wystarczyło bowiem zmienić repertuar na zdecydowanie bardziej zwiewny i oniryczny, jak daleko nie szukając prog-rockowy „Here Comes the Sun” Klone, by odkryć bogactwo wybrzmień i niuansów wszędzie tam, gdzie do tej pory wydawało nam się obecne są li tylko bliżej nieokreślone, czysto impresjonistyczne muzyczne plamy. Krótko mówiąc również i rozdzielczość osiągnęła zdecydowanie wyższy poziom wyrafinowania. Cały obecny w domowej sieci mówiąc potocznie „syf” został bowiem zatrzymany przez Kecesa a czysty niczym górski kryształ prąd nie niósł ze sobą już żadnych ponadprogramowych artefaktów mogących zamazać i ujednolicić drugo- i trzecioplanowe partie instrumentalno-wokalne. A co w sytuacji, gdy dźwięków do reprodukcji jest jeszcze mniej? Dajmy na to tyle, co w solowym „FLUR” Martina Kohlstedta. Prezentacja staje się bardziej namacalna a zredukowane do minimum instrumentarium jest jedynym obiektem na jakim możemy skupić uwagę w otaczającej nas czerni muzycznego mikrokosmosu. Proszę się jednak nie niepokoić. To nie jest klaustrofobiczne uczucie, lecz raczej można odnieść wrażenia zbliżone do przebywania na oddalonym od aglomeracji pustkowiu, gdzie jesteśmy tylko my, gwiazdy i … wszystkie te dźwięki, których w wielkomiejskim gwarze usłyszeć nie sposób. Z owego tła możemy bowiem z łatwością wyłuskać ambientowe szumy i inne wkomponowane przez artystę dźwięki. A właśnie – odgłosy leniwie przechodzącej za oknem burzy („AJA”) okazały się na tyle sugestywne, że co i rusz zerkałem za okno, czy przypadkiem wyładowania atmosferyczne z warstwy muzycznej nie znalazły swego odwzorowania w naturze. To się dopiero nazywa realistyczny dźwięk.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc i moja przygoda z Kecesem BP-5000 dobiegła końca. Patrząc z perspektywy czasu śmiem twierdzić, iż nie sposób nie uznać go za urządzenie nie dość, że referencyjne, to na swój sposób jeśli nie obowiązkowe, to kluczowe w dążeniu do osiągnięcia audiofilskiego spełnienia. W tym momencie jedyne co mogę od siebie, oprócz powyższych superlatyw dodać, to to, że prędzej, czy później ściągnę do siebie BP-5000 z powrotem. Tym razem już na stałe.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
To, że kwestia zasilania systemów audio jest jednym z bardziej kluczowych tematów naszego hobby – oczywiście chodzi o jakość dostarczanego prądu, a nie jego nieodzowny byt, wie chyba każdy, nawet początkujący miłośnik dobrej jakości muzyki. Prawdopodobnie niewiele minę się z prawdą, gdy stwierdzę, iż często walczymy jak lwy, aby wykrzesać z naszych układanek siódme poty. Jedni przy pomocy mniej lub bardziej rozbudowanych listew zasilających, inni wykorzystując niwelujące zakłócenia sieci różnego rodzaju filtry, a jeszcze inni stosując kondycjonery sieciowe. Z racji mnogości konstrukcji nie będę rozpisywał się na temat dwóch pierwszych opcji, tylko powoli kierując nasze myśli ku clou spotkania, symbolicznie wspomnę o kondycjonerach. Te z uwagi na topologię rozwiązań w trzewiach dzielą się kolokwialnie mówiąc, na wykorzystujące specjalistyczne układy elektryczne „poprawiacze” lub tak jak dzisiaj opiniowany przypadek generatory czyściutkiego sinusa życiodajnej energii. Tak tak, będący bohaterem tego spotkania kondycjoner Keces Audio BP-5000 nie poprawia zaśmieconego przykładowymi pralkami, lodówkami i innymi generatorami tętnienia sieci elektrycznej, prądu w gniazdku, tylko posiłkując się pobranymi z niego elektronami, wytwarza go całkowicie od nowa. Mało tego, robi to w sposób zbalansowany, czyli na obydwu pinach mamy po 125V, co z automatu zwalnia nas ze sprawdzenia pozycji gorącego styku na wejściu do każdego z komponentów audio. Coś sobie przypominacie? A jakże, stosunkowo niedawno mieliśmy na tak zwanym warsztacie jego młodszego brata BP-2400, który nieźle namieszał nam w głowach. Jak zatem na jego tle prezentuje się dzisiejszy flagowiec? Po będącą wynikiem starań łódzkiego Audiofastu odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Zajmująca szczyt oferty Kecesa wersja BP-500 wizualnie nie odbiega do młodszego brata. To konsekwentnie jest solidnych rozmiarów, z uwagi na wielki transformator (5 kW) formujący nowy prąd, bardzo ciężka (blisko 40 kg), czarna, wykonana ze szczotkowanego aluminium, zaoblona od przodu skrzynka. Jej awers bez specjalnych fajerwerków oferuje użytkownikowi jedynie włącznik główny, dwie diody sygnalizujące stan pracy, wyfrezowane logo marki i dwa nadruki z nazwą i modelem urządzenia. Przemierzając obudowę ku tyłowi na jej górnej powierzchni tuż przy froncie znajdziemy ponownie potwierdzenie nazwy marki w formie wykonanych techniką frezowania, drukowanych liter. Natomiast jeśli chodzi o najważniejszą połać naszego bohatera, jaką są niewątpliwie jego plecy, te zostały obdarowane ośmioma różnie obciążalnymi gniazdami. Znajdziemy na nich dedykację dla czterech wzmacniaczy, dwóch urządzeń analogowych i dwóch cyfrowych. Co istotne, temat obciążalności podzielono na 3 związane z dedykowanym zasilaniem obwody i tak mamy do dyspozycji po dwa sumarycznie obciążalne gniazda do 600W i cztery mogące w sumie obsłużyć zapotrzebowanie na poziomie 3800W. Jak je wykorzystacie, to zależeć będzie od naszych potrzeb. Ważne są jednak dwie kwestie. Po pierwsze – z małymi wyjątkami praktycznie każde z gniazd jest w stanie obsłużyć większość – owe wyjątki to podobne do mojego Gryphona Mephisto prądożerne smoki – używanej przez nas elektroniki, A po drugie – dwa gniazda są dedykowane dla komponentów zasilanych popularnymi impulsówkami, co pozwoli odseparować te ostatnimi czasy popularne, jednak nieco zaśmiecające sieć zasilacze od reszty czerpiących energię z Kecesa zabawek. Wieńcząc dzieło opisu 5000-ki należy dodać, iż oprócz gniazd oddających świeżutki pakiet elektronów na rewersie znajdziemy jeszcze niezbędny do ich pobrania z domowej instalacji terminal IEC i przycisk resetujący urządzenie w przypadku stwierdzenia przez nie jakiś konfiguracyjnych nieprawidłowości.
Myślę, iż naturalną koleją rzeczy jest bezpośrednie odniesienie się w dzisiejszym teście modelu BP-5000 do niżej stojącego w hierarchii cennika, testowanego kilka miesięcy temu młodszego brata BP-2400. Dlatego też biorąc pod uwagę poprzednie występy, mogę powiedzieć tylko jedno. Na tle tamtych około-muzycznych wydarzeń nasz dzisiejszy bohater mocno od niego odskoczył. Dla mnie nie są to drobne, często ocierające się o poziom percepcji zmiany, tylko mocno posunięte i co istotne bardzo pozytywnie wpływające na brzmienie zasilanego systemu, milowe kroki soniczne. W tym wydaniu przy nadal nasyconym, a przez to świetnie namacalnym przekazie muzyka dostaje przysłowiowego „kopa”. Jednak nie staje się nadpobudliwa, tylko świetnie zbiera się w domenie konturowości najniższych rejestrów, pozytywnie dla ucha otwiera się w środku pasma i fantastycznie realizuje zamierzenia artystów w kwestii swobody wypełniania pomieszczenia bardzo rozdzielczymi, ale dalekimi od natarczywości najwyższymi rejestrami. Gdybym miał określić usłyszane plusy jednym zdaniem, powiedziałbym, iż dźwięk w każdym wycinku pasma przenoszenia bardzo się uporządkował. To nie oznacza jego nadmiernego wykonturowania, tylko oferowana dodatkowa, nie oszukujmy się, prawie podwojona obciążalność prądowa 5000-ki pozwoliła elektronice uniknąć tak zwanej przyduchy, dzięki czemu znacznie swobodniej mogła rysować w przestrzeni miedzy-kolumnowej nawet najbardziej karkołomne pasaże nutowe. To był fantastyczny zastrzyk witalności, z dobrodziejstwa którego pełnymi garściami czerpała praktycznie każda muzyka. Dodatkową ciekawostką był fajny efekt przestrzenny, jakim było delikatne przybliżenie się do słuchacza pierwszego planu wirtualnej sceny. Jednak nie skutkowało to skracaniem jej w wektorze głębokości, tylko za sprawą mniejszego zaszumienia dźwięku tak zwaną woalką, od nawet najbardziej szaleńczych wydarzeń dzieliła mnie znacznie bardziej krystaliczna, bardzo naturalnie skracająca dystans do muzyków, przejrzystość powietrza. Nie było znaczenia, w jakim rodzaju twórczości miałem chęć się zatracić, gdyż od najnowszej symfonicznej kompilacji grupy Metallica „S&M2” po wymagającą, bo okraszoną możliwymi do wygenerowania jedynie przez instrumenty bazujące na modulacjach komputerowych, dźwiękami typu lejąca się lawa na przemian z przeraźliwymi przesterami zespołu The Acid na krążku „Liminal”, za każdym razem system dawał wyraźne znaki, że tym razem jedzie bez tak zwanej trzymanki. Trzymanki, którą zazwyczaj powoduje w teorii duży, jednak w zderzeniu z realnym graniem nieco ograniczony pakiet energii oferowanej przez taki, czy inny kondycjoner. Keces BP-5000 zdawał się tego problemu nie zauważać. Nie rzucał systemowi najmniejszych kłód pod nogi nie tylko zapraszając mnie na rzadko tak realny koncert na stadionie – Metallica, ale również podczas odbioru zafundowanego mi przez panów z The Acid kakofonicznego kataklizmu, co zapewniam Was, nie jest takie oczywiste nawet pośród bardzo znanych konstrukcji. Jednak to nie wszystko, gdyż swoboda w oddaniu niczym niezakłóconego, oczywiście dużego zapasu prądu do zestawu audio ma swoje przełożenia również na muzykę z pozoru lekką, łatwą i przyjemną. Jak to możliwe? Otóż brak ograniczeń w dostępie do życiodajnych dla elektroniki elektronów słychać również podczas oddawania prawdy o wielkich kubaturach kościelnych jako arena dla muzyki barokowej. Mało tego. Taki sam feedback dostajemy podczas obcowania z małymi składami jazzowymi. W jaki sposób? Ja natychmiast słyszę swobodę prezentacji takich sesji. Oddech, niekończące się, wydawałoby się, że nikomu niepotrzebne, bo żyjące swoim tokiem wybrzmienia nie są głównymi aktorami, tylko bardzo wyraźnym, ale jednak tłem. I tak powinno być. Tymczasem przekaz lekko zduszony brakiem dostępu do zapasu energii, za sprawą braku lotności dźwięku zmienia je w coś na kształt równoważnego z główną treścią nagrania, często nawet przerysowanego, bo siłowo nadmuchanego bytu na wirtualnej scenie, objawiając się jako brak kontrastów pomiędzy poszczególnymi składowymi. Ciężko jest mi to opisać, jednak inaczej nie jestem tego w stanie Wam wyłożyć. Jeśli nie rozumiecie mojego wywodu, a chcielibyście to w jakiś sposób zweryfikować, musielibyście pożyczyć dwóch braci ze stajni Keces-a. Jednak bez względu na wszystko, w przypadku Waszych poszukiwań tego typu akcesoriów audio, zaręczam solennie, iż szkoda czasu, bowiem flagowiec jak na zajmowaną pozycję w cenniku przystało w materii przygotowywania nowego prądu rozdaje przysłowiowe karty.
Przyznam szczerze, że jak nigdy, ciężko jest mi napisać puentę tego testu. Powodem jest zaskakująco pozytywny wynik soniczny opiniowanego kondycjonera, co przy potencjalnej utracie kontroli nad brylującymi jeszcze w okresie procesu testowego, myślami mogłoby zakończyć się zbyt pochwalnym słowotokiem. Słowotokiem, na który Keces Audio BP-5000 całkowicie zasługuje, jednak jeśli jest napisany z przed momentem przywołanym ostrzeżeniem, wówczas według mnie nie będzie obciążony bagażem nadinterpretacji, bo tego zwyczajnie nie potrzebuje. Komu poleciłbym naszego bohatera? Powiem krótko i treściwie. Wszystkim. Koniec, kropka.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Ceny
Keces Audio BP-5000: 15 540 PLN
Shunyata Research Alpha v2 NR: 10 000 PLN
Dane techniczne
Moc: 5000 VA
Gniazda wyjściowe: 8 szt. Schuko
Gniazdo wejściowe: IEC 320/C20 (20 A)
Sekcje zasilania: 3 obwody – 3800 (4 x amplifier) + 600 (2 x analog) + 600 (2 x digital) VA
Obudowa: 4 mm aluminium
Wymiary (S x G x W): 430 x 340 x 133 mm
Waga: 35 kg
Opinion 1
Until now, all kinds of accessories from the Furutech Booster series relied on non-invasive touch, but this time the Japanese went a step further and decided to plug-in something into an empty socket around our stereo system. Interestingly they decided to pass on the sound path and concentrate on optimizing power and, similar to the Nordost QK1 and QV2 we tested six years ago, their newest accessory in the form of a carbon bullet, being in fact a tube from carbon fiber placed on a plug, should be placed in an empty socket in the power strip/wall supplying our system. So, according to the manufacturer, the only thing it takes to enjoy clear improvement of everything reaching our ears is to have an empty socket where we can plug the accessory in. However despite our best efforts and years of trying Jacek and I have not reached the level of knowledge, that would allow us to draw any conclusions based on pictures provided with the standard press release, so to be able to tell anything sensible about the “power optimizer”, a novelty in Furutech’s catalog, the NCF Clear Line, we needed to have a close look at it. So a listening session, but not using YouTube or Teams, so popular lately, but in the old fashioned way conducted by us in our reference systems, using the units supplied by the Polish distributor – the Katowice based RCM.
From the technical point of view you can see a close resemblance to the passive Nordost QK1 using the LRC technology (Load Resonating Coil). As in the NCF Clear Line we can find two air coils made from enameled Alpha-OCC copper, where the amount of windings was selected based on a lengthy and detailed listening process and comparisons. At least that is stated in the user manual.
Furutech already made us acquainted with the fact, that all metal parts are subdued to a two stage Alpha process, where first there is a cryogenic treatment in temperatures in the range of -250 to -196 °C and then demagnetized. On the other hand, the carcass, which officially is an obvious mixture of nylon and carbon fibers, with a wealth of ceramic nano-particles and carbon dust being the NCF (Nano Crystal Formula) which has anti-vibration and anti-distortion abilities, has a much more complicated, four-layered composition. On the outside it has a specially hardened, transparent coating with a layer of NCF below with a special texture of carbon fibers. Subsequently we reach another layer of NCF and carbon, and finally, sealing off the air pockets, we have an isolation made from Nylon resin and NCF. The pins of the plug are obviously rhodium plated, and the whole is bolted together using special T10 stainless steel screws tightened with appropriate, precisely adjusted, force. Also the cover with the nicely looking company logo is made from NCF resin to allow for maximum damping, but it also has an influence on tonal balance and frequency response. And this all due to the elimination of detrimental electrostatic charges by generating negative ions and converting all the mechanical resonances in far infrared radiation.
So far for the theory, but how does this translate into practice? First of all, the influence of the Furutech NCF Clear Line plugged into the power supply is clearly audible, so any initial concerns about it working (or not) are out of the way. The problem is, that at least in our case, the fact alone of “having an influence” is not the goal in its own, but only a starting point for defining, if this “influence” is a positive or negative one. If it is positive, then we move forward with the review, if not … the tested device returns to the distributor/manufacturer and we do not lose any time on reviewing something, what does not interest us. But as you are reading this text, this must mean, that the Furutech did do something good. And that is the case, the NCF Clear Line does something what could seem contradictive and first glance and first listen. I am talking about darkening of the sound and increasing its resolution at the same time. An apparent example of audiophile paraconsistent logic. Apparent? Yes, as this darkening is only a virtual one, and it just means that the high frequency noises and parasitic artefacts, which direct the listeners attention to the treble, and on the other covering the instruments operating there with a kind of rash mold, were eliminated. The Furutech removes such anomalies, so we do not need to engage our senses to filter them out, or to focus our attention on them, what makes us naturally perceive a broader, more stable picture. The contours of the individual instruments and musicians/vocalists stop putting pins in our eyes and gain a shape much closer to reality. Instead of attacking us with their edginess, we get all the information needed about their shape and size, their “physicality”, while not operating in the realm of hiper-realism, what becomes tiring on the long run. But please do not fear, the sound does not become too sweet, Barb Jungr will not sound like Diana Krall and Youn Sun Nah will not mimic Queen Latifah. None of such things, the mentioned ladies remain themselves in 100%, and their characteristic vocals will not be softened or glazed over, finally we will be able to hear them just like they should be in reality, and not through a certain kind of moire, which distorts their picture.
But I will not use female vocals as an example, instead I will reach out for the prog-rock climates from South Wales in the form of a pugnacious album “Inescapable” by Goldsticks. Do you know it? If not – then I warmly recommend it, but I must warn you, Darran Charles, who is using the microphone, disseminates a lot of sibilants, and the mastering does not try to hide it. The result of this is, that vocal becomes more stingy than the, quite rough and dark, guitar riffs. This should give you an idea of how this sounds. You do not find it appealing? Well, I like this kind of light offensiveness to wake up, but using the titular Furutech made the final result much more civilized, but not by placing a fire blanket on everything, but by going from the basics – like a better microphone for the singer and more thorough mastering at the end. This left the emotional load of the recording not only untouched, but even underlined, while the only element that could cause fatigue gained on quality and nobleness.
And what happened with recordings, where there is nothing to better? For example “Tomba Sonora” by Stemmklang/Kristin Bolstad? It turned out, that the confidence, that everything is OK with the recording is just an impression, as with the Furutech the blackness of the background is even more velvety, the vocalists even more palpable and the only thing, that could possibly not be liked at first glance, is the seemingly shortened decay time of the individual sounds. But when we listen more carefully to what is reaching our ears from the speakers, then it should be fairly easy to learn, that what we perceived as the remainders of the sounds swirling below the ceiling were only the parasitic artefacts, clouding the half-shadows of the stone catacombs. In short – we have the original signal without any of the unneeded luggage coming from power lines being full of dirt from switching power supplies and other devices, that should not even come close to our Hi-Fi and Hi-End systems.
But please do not be deceived and do not believe in the fairy tales, that when you buy the Furutech NCF Clear Line it will somehow magically revolutionize the sound of your system and bring it above many times more expensive competition. The tested accessory does improve the sound and makes it more noble, but you are probably aware of the fact, that to unleash any hidden potential, it must be there already. You cannot get water out of a stone. This is the reason that you should not treat the NCF Clear Line as a life buoy and you should not try to treat the plague with cholera, but reach for it at the end of your system setup. This is a kind of audiophile detailing, which makes something that already made you smile, present itself even better.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Integrated amplifier: Boulder 866 Integrated, Yamaha A-S3200
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Power conditioner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Ethernet cables: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence
– Table: Rogoz Audio 4SM
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
While observing the audio market, you can say, that we lived to see times, where each and every audiophile or music lover, who wants to reach the best sound possible, is aware, that the tiniest elements have an influence on that. And I do not only think about items that can produce any sound, like the source, amplification or loudspeakers, but also all kinds of accessories from ranging from power through connecting cables to accessories. But what is the reason to list all kinds of tweaks in this text? A very valid one – we will be looking at a device belonging to a category of power cleaners, something many companies have in their catalogs. We have reviewed products from companies like Harmonix or Nordost, and many more, but as you know, that while in theory all those products have the same purpose, our systems can react completely differently on them. This is one of the reasons, that when something unknown arrives from this pool, we are happy to have a look at it. That was the foundation of today’s test, where we will have a closer look at a device plugged into one of the empty sockets in a power strip supplying the current to our system, with the goal of optimizing this power supply. Again this device was created by the hands of Japanese engineers, but this time coming from the well-known company Furutech. It is named NCF Clear Line and was supplied to our listening room by the Polish distributor, the Katowice based RCM.
I will not spend too much time on the construction of the tested unit, as the manufacturer does explain all aspects of the build and that not only the inside, what most competitors deem to be a secret, but also the, quite complicated, carcass. I will just mention, that the key word for this project is damping. All the actions to maximally complicate the construction of the enclosure, its individual components, the amount and the order of the subsequent layers, the materials used from glass fiber through nylon to carbon fiber composites, also all other half-products used have only one goal – to convert all parasitic vibration into heat, for as far as it is possible, what should result in elimination of all kinds of noise and distortion associated with the power line. But this is not all. Inside the tested cylinder equipped with two pins and Schuko type grounding, there is an active section, which does not use capacitors of any kind, or any kind of active circuitry for that matter, but uses only two passive coils, which are cover with a special kind of resin, that should dampen the magnetic resonance. Of course all the mentioned elements of the carcass and the coils themselves were subdued to the well known Alpha process. You can look up all the details on the manufacturer’s web page. I must confess that I am also looking there, everything sounds complicated, but when you look at the published cross-sections it is much easier to understand. If you accept the theories posted there or not, is a completely different story. For me, regardless of all potential pros and cons, the most important thing is the influence of this device being confirmed by testing. If you agree with me on the latter, and would like to know more about that, then please read on about the effects of applying the Furutech NCF Clear Line in my audio system.
I checked the Furutech in two systems. In mine, powered with good current, taken close almost directly from the high voltage transformer, and a second one, in a club for audiophiles, I tend to visit quite often, which is located in an old, post-communist office building. But why am I dividing this test so much? Because the application of the Clear Line gave two different results, in some aspects. Some, as the main goal of using such power utensils, a certain pacification of the sound and adding some smoothness to it, appeared in both systems. Interestingly, in our Soundrebels Official Listening Room, where I have good power coming from a dedicated power line with a separate fuse, nothing else happened, in the club, there was another aspect, that surprised all people present there that night. There was a very clear light shining on the midrange and, to surprise the most all people in the room, the virtual sound stage was significantly deepened. Of course this had its consequences depending on the material listened to. All musical events, besides the slightly different freedom of decay in the midrange, were built on a deepened stage, as we would sit a few rows back. In general the perception of that was very nice, as the music became more volatile. But as you probably anticipate, there is always something in exchange for something else. In this case this was the fact, that the space for the musicians was always deep, and it was perceived differently by different listeners. As initially the stage was already well composed, this was in no way annoying, but each and every disc, even recorded in the studio, invited us for a concert. Naturally, after our hearing adapted to this new way, this became a non-issue, but it remains a fact, that the music gained a general swing every time.
But why am I glorifying this? It is about the fact, that maybe some of you, with your stereo systems, need to have some more distance to the musical event to be able to fully reproduce the reality of the musical world, and this modest Japanese contraption can help with that. Of course there is immediately the question if this will happen every time? Unfortunately already in the beginning of this section I mentioned something, that does not guarantee achieving the same results in every system, as there were not present in mine, and every stereo system is different. Why? Maybe different sound levels produced by the systems, or the quality of the power at input and in the wall – the conductors in the wall at the club are probably about 60 years old. I am not sure of that, but I am sure of the influence of the tested unit on the two systems.
After reading this text you might be sure of one thing, the tested Furutech NCF Clear Line will introduce a tad of calmness into your system. This will naturally influence the amount and quality of the treble, there will be seemingly less of them, but they will be more noble, and due to that, they will not offend you with noise or interference of the power line, perceived as unpleasant distortion. You will get this even if you have good quality power for your stereo – I am thinking about my setup. But taking as an example what the application of the Japanese device brought in the club system, things might go in a different direction. I think about a case, when you live in an apartment, or even a house, but connected to the end of the powerline, a noisy one at best. What will happen? There is only one way to be sure. You have to try it out for yourself. It will for sure do no harm, but it may also turn out to be a finishing touch to your system.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD transport” CEC TL 0 3.0, Melco N1Z/2EX-H60
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Reference clock: Mutec REF 10
– Reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Loudspeakers: Dynaudio Consequence
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
– IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi; Vermouth Audio Reference Power Cord
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: RCM THERIAA
Polish distributor: RCM
Manufacturer: Furutech
Price: 1 095 PLN
Specifications
Outward size: L 88.4 X W39.5 mm approx.
Net Weight: 69 g approx.
Suggested burn in time 24 hrs.
Nowy Cardeas zawiera liczne innowacje i unowocześnienia, które nigdy wcześniej nie ujrzały światła dziennego. Zestaw nowatorskich przetworników dosłownie uwalnia muzykę i to właśnie nazywamy Audio Physic PowerTrain™.
Aby przy nieskrępowanej swobodzie brzmienia, wszystkie, najsubtelniejsze nawet szczegóły były słyszalne, musieliśmy zagłębić się w możliwościach naszych technologii. Przez lata je ulepszaliśmy i rozwijaliśmy, aż w końcu byliśmy zadowoleni z uzyskanego wyniku. Jak zawsze w przypadku Audio Physic, nie szukaliśmy cech użytkowych i parametrów technicznych, a raczej ostatecznego brzmienia. A jeśli dźwięk nie był wystarczająco dobry, czuliśmy, że trzeba znaleźć jeszcze lepsze rozwiązanie. Tak powstała najnowsze wersja kolumny głośnikowej Cardeas.
Rozwiązania techniczne:
Obudowa multi-sandwichowa i o strukturze plastra miodu
Cardeas to głośnik czterodrożny wykorzystujący naszą nową konstrukcję przegrody typu multi-sandwich. Obudowa, z asymetrycznie umieszczonymi przetwornikami, pokryta jest kompozytem szklano elastomerowym, co nadaje jej niezwykłej sztywności i solidnego tłumienia. Warstwa wewnętrzna i wzmocnienia wykonane są z zaawansowanych technologicznie paneli typu plaster miodu. Dźwięk pochodzący od tylnej strony membran, jest więc praktycznie całkowicie wygaszony.
Głośnik wysokotonowy HHCT III+
Cardeas posiada wydzieloną komorę dla głośnika wysokotonowego, która zapewnia zwrotnicy i nowemu przetwornikowi HHCT III+, niemal doskonałe oddzielenie od obudowy.
Głośnik średniotonowy HHCM SL oraz głośniki niskośredniotonowe / niskotonowe z Double Surround
Nowy przetwornik średniotonowy Audio Physic HHCM SL pracuje bez centrującego membranę dolnego zawieszenia. Również przetworniki niskotonowe i niskośredniotonowe Audio Physic Double Surround pracują bez konwencjonalnego dolnego zawieszenia. Dzięki temu, że opór występujący podczas pracy membran niemal nie istnieje, przetworniki te uzyskują niespotykaną dotąd dynamikę i rozdzielczość.
Poprawiliśmy styki głośnika wysokotonowego i średniotonowego i wyposażyliśmy je w złącza WBT Plasma Protect. Nawet nasza technologia VCT (Vibration Control Terminal ) została zmieniona: teraz zawiera ulepszone zaciski WBT nextgen™, a także nowo opracowane kondensatory, które dla uzyskania niższej impedancji, wyposażone są w bieguny ze spienionej miedzi.
Z przetwornikami pozbawionymi dolnego zawieszenia, nowy Audio Physic PowerTrain ™ generuje energię kinetyczną tak efektywnie jak nigdy wcześniej, tworząc muzykę w sposób niezwykle dynamiczny. Musisz to usłyszeć.
Parametry techniczne:
Wysokość: 128 cm / 50.4″
Szerokość: 25 cm / 9.5″
Głębokość: 43 cm / 16.9″
Waga: 63 kg
Rekomendowana moc wzmacniacza: 40 – 350 W
Impedancja: 4 Ohm
Pasmo przenoszenia: 25 Hz – 40kHz
Czułość: 89 dB
Wysokotonowy: HHCT III+ 39mm / 1.5″
Średniotonowy: HHCM SL 150 mm / 5.9″
Niskośredniotonowy: 2 x 180 mm / 7″ Double Surround
Niskotonowy: 2 x 280 mm / 11″ Double Surround Woofer
Akcesoria: VCF V Magnetic plus Speaker Set; maskownica szklana i materiałowa (czarna)
Najnowsze komentarze