Opinia 1
O ile przy wszelakiej maści akcesoriach antywibracyjnych stosowanych pod elektroniką i kolumnami wszystkie chwyty są dozwolone a inwencja twórców wydaje się nie mieć granic, o tyle przy podstawkach pod kable wydawać by się mogło, że sytuacja jest tyleż klarowna, co prosta jak budowa cepa i jasna jak słońce. Ot kształt ww. ustrojstw może i potrafi być dowolny, podobnie jak i stosowane materiały, lecz już sama konstrukcja zazwyczaj należy do jednego z dwóch obozów – sztywnego monolitu w stylu drewnianego klocka (Cardas Multi Cable Blocks, Acoustic Revive RCI-3HK), lub mniej bądź bardziej finezyjnie obrobionego innego sztywnego materiału (Graphite Audio CIS-35), bądź wariacji nt. tzw. pająka z rozpiętą struną / gumką pełniącą rolę medium odsprzęgającego ułożony na nim przewód (in-akustik Reference Cable Base). Tymczasem Włosi z Omicrona w swych autorskich rozwiązaniach stopień skomplikowania i zaawansowania technologicznego wywindowali na iście kosmiczny, godny NASA, poziom. Począwszy od autorskiego polimeru, z którego powstają korpusy, poprzez różne formy i intensywność odsprzęgania stalowymi, lub porcelanowymi kulkami na modelowaniu … pól magnetycznych skończywszy. Przesada i przerost formy nad treścią? Niekoniecznie, bo o ile na podstawowym poziomie najprostsze rozwiązania zazwyczaj okazują się najskuteczniejsze, to jeśli chcemy wzbić się ponad przeciętność i średnią nieraz nieoczywiste komplikacje przynoszą zaskakująco pożądane rezultaty. Tym oto sposobem dochodzimy do sedna, czyli przedmiotu, w dodatku zbiorowego, niniejszej recenzji, czyli dostarczonego przez chełmżyńskie Quality Audio istnego bezliku dedykowanych głównie okablowaniu podstawek antywibracyjnych Omicron w składzie: Harmonic Stabilizer + Cable Holder Evolution, Cable Holder Special, Cable Stabilizer Faraday i Tesla.
Zanim przejdziemy do części poświęconej brzmieniu intrygujących i debiutujących nad Wisłą Włoszek uznałem za stosowne chociażby pokrótce scharakteryzować ich aparycję, oraz co nieco napomknąć co kryją wewnątrz swych bądź to szczupłych, bądź seksownie przysadzistych brył. I tak, korpusy będących zarówno solowym bytem, jak i podstawą/bazą do bardziej zaawansowanych instalacji Harmonic Stabilizerów wykonane są z polimeru Delrin® (acetal – homopolymer POMH) a rolę elementów odsprzęgających pełnią w nich trzy pozłacane metalowe kulki, które na życzenie mogą zostać zastąpione ceramicznymi odpowiednikami. Co ciekawe częstotliwość oscylacji umożliwiających ustawienie żądanej harmonizacji dźwięku można regulować obracając widoczny na płaszczyźnie górnej pozłacany pierścień. Istnieje również możliwość intensyfikacji ich wpływu poprzez ustawianie Harmonic Stabilizerów jeden na drugim, lub nawet wielopiętrowy montaż większej ich grupy. Z Delrin®-u wykonano również przystosowaną do wkręcenia w Harmonic Stabilizera kolumnę Cable Holder Evolution zdolną przyjąć, po zdjęciu dopasowanego „kapelusza”, zarówno standardowe – okrągłe przewody, jak i taśmy, w których lubuje się np. Nordost, bądź Neyton. Kluczowa jest jednak zasada, aby zielone znaczniki umieszczone zarówno na kolumnie, jak i ww. nasadce znajdowały się po tej samej stronie/nachodziły na siebie.
Tym razem już nie modułowy, a nieco bardziej monolityczny Cable Holder Special kontynuuje rodową tradycję wykorzystania Delrin®-u w roli budulca korpusów, przy czym część „nośną” od podstawy odsprzęgnięto przy użyciu trzech porcelanowych a nie stalowych kulek. Nieco bardziej pojemne aniżeli u młodszego rodzeństwa łoże pod przewód zdolne jest przyjąć kabliszcza o maksymalnej średnicy 35 mm, choć jak sami Państwo widzicie brak jest dedykowanej taśmom przelotki. Nie ma też pierścienia umożliwiającego zmianę parametrów ww. ustrojstwa.
Wzorem swoich nieco mniej imponujących posturą poprzedników korpus Cable Stabilizer Faraday wykonano z polimeru Delrin®, jednak skoro mamy do czynienia z akcesorium wyższej rangi to zamiast pojedynczego układu odsprzęgającego z trzema pozłacanymi stalowymi kulkami układ mechanicznego odsprzęgania nie tylko został zdublowany, lecz również podwojono ilość kulek na każdym poziomie, dzięki czemu znajdziemy ich po sześć na każdym „piętrze”, co w sumie daje dwanaście na każdy stabilizator. Choć w materiałach promocyjnych można natrafić na wpis, iż CSF (Cable Stabilizer Faraday) pozwala na „rozpraszanie drgań przeciwfazowych na dowolnym kablu”, to z racji swojej dość absorbującej postury najrozsądniej aplikować go przede wszystkim do kabli zasilających i „poważnych” średnicowo (nawet do Ø40 mm) głośnikowych, jak daleko nie szukając np. UltraVioletów Signal Projects. Widoczny na płycie górnej zdejmowalnej pokrywy złoty pierścień jest oczywiście obrotowy i jego nastawy pozwalają na precyzyjne dopasowanie brzmienia / wpływu akcesorium do własnych potrzeb i oczekiwań.
Oczywistym rozwinięciem Faradaya jest flagowa Tesla, której czapa oprócz firmowego Delrin®-u otrzymała chromowane dodatki i dwie regulowane spirale których obroty –ustawienie zmieniają emisję pola magnetycznego. Kolejną spiralę znajdziemy w korpusie głównym – wpisaną w łoże dedykowane układanym na nim przewodom, dzięki czemu ilość kombinacji wzrasta wprost lawinowo, więc jeśli tylko ktoś do tematu podejdzie z odpowiednią wnikliwością i otwartą głową, to zabawę na długie przedwiosenne wieczory będzie miał zapewnioną. Tesla, przynajmniej zgodnie z materiałami firmowymi, potrafi bowiem regulować strumień magnetyczny ułożonych na niej przewodów a tym samym niejako optymalizować i kalibrować prąd w owych przewodach płynący. Mówiąc wprost Tesla to „potężny wariator fal elektromagnetycznych powstających w wyniku przepływu prądu w dowolnym elektrycznym przewodzie”. Nie wierzycie? Cóż, w takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was na część dotyczącą nie tyle brzmienia włoskich akcesoriów, gdyż te ewentualne dźwięki wydają li tylko przy opukiwaniu i aplikacji, co ich wpływu na brzmienie mojego systemu.
Jeśli komuś w tym momencie się wydaje, że tego typu akcesoria mają walory jedynie estetyczne, oraz ergonomiczne – pozwalają bezinwazyjnie wjechać pod umieszczone na nich przewody mopem/odkurzaczem, to w 100% ma rację. Jedynie mu się wydaje, bowiem pomijając powyższe zalety a tym samym pochwałę wzrokową ze strony Strażniczki Domowego Ogniska, owe niefrasobliwie traktowane w roli bibelotów podstawki i stojaki okazują się pełnoprawnymi elementami toru audio. Nie da się bowiem ukryć, iż ich pojawienie się w torze jest bezdyskusyjnie słyszalne i tylko od naszych indywidualnych – osobistych preferencji zależeć będzie, czy zmiany przez nie wprowadzane wpiszą się w nasze gusta i naszą misterną układankę. Od razu również zaznaczę, iż każdy z goszczących u mnie Omicronów cechowała zaskakująco zbliżona sygnatura a jedynie od stopnia zaawansowania technologicznego danej konstrukcji zależna była jej, znaczy się sygnatury, intensywność.
Idąc zatem zgodnie ze wzrostem poziomu doznań na przysłowiową przystawkę proponuję podstawki Cable Holder Special, które z jednej strony homogenizują i uatrakcyjniają przekaz nadając mu nader udanego połączenia witalności i wyrafinowania a jednocześnie podkreślają jego aspekt dynamiczny. Góra jest zwiewna, otwarta i dźwięczna, średnica szalenie komunikatywna a najniższe składowe zaraźliwie pulsujące, co bynajmniej nie oznacza sztucznego ich podkręcenia i przesady a jedynie dążenie do liniowości i naturalności. Nawet tak wściekle szarpiące i kąsające zmysły pozycje jak tajwański black n’ death metal „Takasago Army”, czy równie egzotyczny, wyrykiwany w znacznej części po … maorysku (Reo Māori) thrashowy „Tū” – nowozelandzkiego trio Alien Weaponry zabrzmiały z potężnym wykopem i agresją a jednocześnie wyeliminowane zostały wszelakiej maści pasożytnicze artefakty odpowiedzialne za ziarnistość i szklistość dźwięku. Dzięki temu można było bez zbytniej fatygi słuchać dobiegającej z głośników kakofonii nie tylko dłużej, co przede wszystkim, ku niewątpliwej uciesze domowników i sąsiadów, … głośniej.
Kolejnym krokiem w kierunku dalszego zaczerniania tła i przyrostu wolumenu generowanych dźwięków okazało się zastąpienie ww. podstawek zestawem Harmonic Stabilizer & Cable Holder Evolution, który pomimo niezaprzeczalnie lżejszej bryły zapewnił jeszcze intensywniejsze doznania. Wraz z ich obecnością poprawie uległa selektywność i rozdzielczość dźwięku a najniższe składowe oprócz masy zwracały uwagę świetną definicją. Pozwoliło to sięgnąć jeszcze głębiej w odmęty mrocznych odmian metalu, co skrupulatnie wykorzystałem serwując znacznie gęstszy i bardziej połamany od poprzedniego album „Tangaroa” Alien Weaponry, by koniec końców do playlisty jeszcze dorzucić blackened death-owy „Carving the Fires of Akhet” egipskiej formacji Crescent. Za ciężko i za gęsto? Nic z tych rzeczy, bowiem właśnie teraz można było delektować się pełnią bogactwa iście egipskich riffów i perkusyjnych kanonad, które zazwyczaj brzmiały jak monolityczny odgłos przechodzącej w pobliżu burzy.
Jeszcze ciekawiej się zrobiło, gdy oprócz okablowania głośnikowego opieką Omicronów objąłem również przewody zasilające aplikując pod nie Faradaye – jeden wylądował pod biegnącą bezpośrednio ze ściany do końcówki mocy Gargantuą II a drugi pod dostarczającym listwie Furutecha e-TP60ER życiodajne Volty i Ampery uzbrojonym w topowe 50-ki Furutechem FP-3TS762. Efekt? Z jednej strony zgodny z wcześniejszymi obserwacjami, lecz tym razem bardziej skupiony wokół najniższych składowych. Zamiast jednak zwiększać ich masę i wolumen sprawił, że schodziły niżej bez zwyczajowej utraty swej konturowości i definicji. Co ciekawe efekt nie miał charakteru nazwijmy to globalnego, czyli nie zaowocował permanentną obecnością iście infradźwiękowych pomruków zawsze o wszędzie, lecz objawiał się tylko tam, gdzie takowe na materiale źródłowym zostały uchwycone. Czyli o ile na „La Tarantella: Antidotum Tarantulae” L’Arpeggiaty z Christiną Pluhar pozornie nic się nie zmieniło, bo sekcja basowa jest tu dość symboliczna, delikatna i zaokrąglona, to już „Khmer” Nilsa Pettear Molværa uaktywniał sejsmografy w PAN-ie. Pozwolę sobie jednak wrócić do owej pozorności braku zmian w „La Tarantella …”, gdyż one, znaczy się zmiany, de facto się dokonały, jednak zamiast skali makro dotyczyły wydarzeń mikro – artykulacji, unaocznienia/unausznienia złożoności każdej frazy i akordu, gdzie dany dźwięk nie bierze się znikąd, lesz jest wyzwalany poprzez trącenie struny, bądź uderzenie w naciąg, czyli mamy przynajmniej trzy jego składowe, fazy. Kluczowym jest jednak fakt, że pomimo wzrostu złożoności serwowanej nam muzycznej strawy jej konsystencja zamiast mętnieć nabiera klarowności. Jest gładziej, czyściej a widać / słychać więcej i lepiej, bo wyeliminowana została semi-transparentna mora ograniczająca, upośledzająca wgląd w strukturę nagrań.
No i najwyższa pora na Teslę, której obecności nie tylko nie sposób pominąć ze względu na aparycję i złożoność samej konstrukcji, co przede wszystkim na jej wpływ na brzmienie, który skalą zmian śmiało można uznać za przewyższający to, co powyżej opisane akcesoria były w stanie osiągnąć razem – wespół/zespół. Tu już nie ma żartów, czy też usilnego doszukiwania się niuansów, lecz operowanie na poziomie zerojedynkowym – z, lub bez Tesli. Ba, okazało się, że zmiany przez nią wprowadzane są słyszalne nie tylko po aplikacji na danym okablowaniu, co nawet przy wstawieniu jej w obręb systemu – li tylko w pobliżu przewodów. Oczywistym sprawcą całego zamieszania jak łatwo się domyślić jest pole magnetyczne przez Teslę wytwarzane. Posadowienie na niej przewodów w oczywisty sposób dodatkowo intensyfikuje skalę zmian i już przy „fabrycznym” ustawieniu każdego z trzech „ślimaków” najogólniej rzecz ujmując robi dźwiękowi dobrze. Poprawia bowiem rozdzielczość i klarowność przekazu przy jednoczesnej trosce o właściwe wysycenie, saturację i realizm. A właśnie, kluczowy jest w tym wypadku ów aspekt realizmu, bo Tesla niczego nie wyolbrzymia i nie rozdmuchuje. Ona jedynie, zarówno w skali mikro, jak i makro, porządkuje – homogenizuje przekaz jednocześnie rozsuwając skraje pasma sprawiając, że wszystko wraca na swoje miejsce i brzmi jak należy. Banał? Teoretycznie tak i o ile początkowo można odnieść wrażenie, że nie ma nad czym dywagować, bo to przecież, przynajmniej od pewnego pułapu, standard i nikt łaski nam nie robi, to wystarczy wyeliminować z toru topowego Omicrona, by nader boleśnie przekonać się w jakiej ułudzie żyliśmy. Z kolei wraz z nim wraca swoboda, niewymuszoność i właśnie realizm do tej pory zarezerwowany wyłącznie dla ultra high-endowych „drutów” w stylu Stealth Audio Śakra v.16 XLR. Przesadzam? Cóż, niech ocenią to ci, którym dane było Teslę gościć we własnych systemach i to nie przez chwilę a kilka, kilkanaście dni, bo optymalne ustawienie wszystkich trzech „ślimaków” wymaga spokoju i przede wszystkim czasu, by z chłodną głową zdecydować która z nastaw najbardziej nam pasuje. Proszę mi uwierzyć, przynajmniej na razie na słowo, że różnice są i choć może nie z gatunku kolosalnych, to dalekie od li tylko kosmetycznych, gdyż dotyczą m.in. sposobu oddania głębi sceny i precyzji ogniskowania źródeł pozornych. Jeśli mógłbym coś zasugerować, to w roli materiału testowego polecam nagrania możliwie najlepiej zrealizowane i oczywiście znane niemalże na pamięć, skoro bowiem mamy cokolwiek modelować, to i punkt wyjściowy powinien być możliwie blisko stałej a nie kolejnej zmiennej. U mnie role papierków lakmusowych przypadły trio Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen („Tartini Secondo Natura”) i mrocznej „Tomba sonora” Stemmeklang z Kristin Bolstad (oba albumy sygnowane przez 2L), gdzie z pomocą pierwszego albumu dostroiłem „ostrość” z jaką kreślone były kontury a drugi posłużył do znalezienia optymalnej głębi i aury pogłosowej, co summa summarum zajęło mi niemalże … tydzień. Nerwica natręctw? Nie wykluczam takiej ewentualności, lecz skoro taka zegarmistrzowska robota nadal sprawia mi przyjemność, to nie widzę powodu, dla którego miałbym takowych działań zaniechać.
Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat miałem okazję gościć we własnych czterech kątach nad wyraz szeroki wachlarz wszelakiej maści akcesoriów audio. Jednak zawężając perspektywę li tylko do asortymentu dedykowanemu okablowaniu, to w mej pamięci szczególne miejsce zarezerwowane mają dwa „kliniczne przypadki” – zjawiskowe pod względem aparycji burgundowe drewniane „kręgle” RG1 de facto już nieistniejącego Gregiteka oraz szalenie uniwersalne i zarazem diabelsko skuteczne Booster / Booster Signal Furutecha. Jednak po niniejszym teście do powyższego grona nie tyle zmuszony jestem, co po prostu chcę dopisać całą zgraję Omicronów, z której każdy nie tyle cokolwiek wnosił do dźwięku mojego systemu, co sukcesywnie eliminował pasożytnicze artefakty prawdziwy obraz zamazujące i wypaczające. A jeśli jesteśmy już przy koncercie życzeń, to każdemu z Państwa szczerze życzę nie tylko możliwości przetestowania Tesli, co pozostawienia jej w Waszych systemach na stałe. A proszę mi wierzyć na słowo, że życzę Wam jak najlepiej.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy prześledzicie naszą zabawę z tematyką audio, z pewnością przekonacie się, że w przeciwieństwie do niektórych periodyków branżowych obok zwyczajowej elektroniki, kolumn oraz okablowania jeśli coś ciekawego z szeroko rozumianych akcesoriów wpadnie nam w ręce, nie mamy oporów, aby o danej ciekawostce wyrazić swoją opinię. Takim to sposobem w naszym portfolio znalazły się mitingi z nie tylko kompletnymi stolikami, czy samodzielnymi pojedynczymi półkami, ale również drobnymi konstrukcjami antywibracyjnymi. Tak na szybko na myśl przychodzą mi podstawki pod kable sieciowe Furutech NCF Booster, stopki pod elektronikę Graphite Audio IC-35 i ostatnio testowane, również stosowane pod elektroniką Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH. Przyznacie, że jest w czym wybierać. A, że to zaledwie skromy wycinek oferty dostępnej na naszym, cały czas szukamy nowych produktów, aby znacznie powiększyć bazę danych na naszym portalu. I udało się. Bardzo ciekawym wydaje się być fakt, iż tym razem audiofilska biżuteria spod znaku Omicron Group za sprawą stacjonującego w Chełmży dystrybutora Quality Audio dotarła do nas ze słonecznej Italii. To zaś daje nadzieję na zderzenie się z konstrukcjami nie tylko wielce atrakcyjnymi sonicznie, lecz i wizualnie. I zapewniam Was, tak jest. Co konkretnie wpadło w nasze ręce? Otóż z szerokiej palety Włochów wybraliśmy dwa rodzaje podstawek pod kable głośnikowe – składający się z dwóch części Harmonic Stabilizer + Cable Holder Evolution i nieco prostszy Cable Holder Special oraz dwie podstawki pod kable sieciowe – topowy Omicron Tesla i mniej zaawansowany Cable Stabilizer Faraday.
Mam nadzieję, że zestaw fotografii bez problemu broni moją teorię w kwestii świetnego wyglądu tytułowych produktów. Już na zdjęciach wyglądają znakomicie, ale zapewniam, w kontakcie bezpośrednim tylko dodatkowo zyskują. Jeśli chodzi o ich budowę, wszystkie korpusy w głównej mierze oparte są o fenomenalnie wykończony polimer Delrin® z wieloma złotymi akcentami. Co bardzo istotne wszystkie podstawy w zależności od modelu są dodatkowo separowane od podłoża za pomocą różnego rodzaju i ilości kulek oraz bez względu jak to nowatorsko brzmi, część posiada pokrętła zmieniające potencjał pola magnetycznego. I tak w dwuczęściowej stopie pod kabel głośnikowy lub sygnałowy (Harmonic Stabilizer + Cable Holder Evolution) mamy miękką stabilizację oraz dostępną płynną regulację strojenia w podstawie i jednokierunkowo w działaniu sfokusowany trzon nośny – odpowiednie zastosowanie ustalają zielone kropki. W tańszej podstawie pod sieciówkę (Cable Stabilizer Fraday) w dolnej części zastosowano podobny zestaw amortyzacji jak w głośnikowym oraz regulator pola w górnej pokrywce. Natomiast w najbardziej skomplikowanym konstrukcyjnie wsporniku dla kabli prądowych (Omicron Tesla) z czystym sumieniem stwierdzam, iż ocieramy się o szaleństwo ilości dostępnych regulacji. Nie dość, że podstawa w stylu dwóch poprzednich jest pływająca, to liczba możliwości kreowania i przełamywania pola magnetycznego wzrosła do trzech. Tak, to nie pomyłka, aż trzech. Jedna tuż pod sidłem dla kabla, druga nad nim w dolnej części pokrywki, a trzecia na samej górze. To z jednej strony fajnie, bo daje szerokie pole do popisu, ale z drugiej w momencie częstej audio-nerwicy może okazać się labiryntem nie do przejścia. Ja osobiście jakoś sobie poradziłem, ale nie powiem, kilka razy zdarzyło mi się nieco korygować niby dobrze dopasowany pakiet ustawień. Czy gra była watra świeczki?
Z uwagi na bardzo podobny kierunek działania wszystkich bohaterów naszego spotkania, postanowiłem opisać je ogólnie. Ale zaznaczam, ich wpływ był wprost proporcjonalny do różnorodności zastosowanych działań resetujących szkodliwe wibracje – produkty mają różnią się ilością kulek i materiałem z jakiego je wykonano oraz jak wspominałem dodatkowych tweak-ów.
Co miałem na myśli twierdząc, iż kierunek działania jest bliźniaczy? Otóż w przypadku oferty Omicrona za każdy razem z tematem brzmienia systemu audio dryfowałem w stronę lepszej separacji źródeł pozornych, dzięki temu czytelniejszego tła, a co za tym idzie nienachalnego, jednak przyjemnego w odbiorze konturowania dźwięku. Osobiście odbierałem to jako zdjęcie szkodliwej woalki, dzięki czemu muzyka nabierała oddechu i stawała się bardziej dźwięczna. I to już na bazie najprostszej podstawki pod kabel głośnikowy Cable Holder Special. Nagle jakbym lekko przetarł okulary i wyczyścił uszy. To okazało się być na tyle fajne w odbiorze, ale jednocześnie nieprzesadzone, że przepięcie na jego następcę odbyło się dopiero po kilkunastu przesłuchanych płytach. Mało tego. Przed planowaną roszadą na konstrukcje o teoretycznie lepszych parametrach miałem niezły zgryz, co da się jeszcze lepiej zrobić. Co wydarzyło się podczas użytkowania tym razem dwuczęściowego zestawu Harmonic Stabilizer + Cable Holder Evolution? Ku mojemu zdziwieniu nic nie poszło w stronę większej kanciastości, tylko pogłębiła się namacalność poszczególnych bytów na scenie. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, bowiem gdy w pierwszej podstawce bez problemu wyczuwalne zmiany kwalifikowałem na poziomie drobnej korekty, to w tym przypadku moc działania była w dobrym tego słowa znaczeniu dramatycznie ciekawsza. Wszystkiego było więcej. Więcej muzyki w muzyce, więcej swobody i więcej powietrza. A do tego w Harmonizerze, czyli podstawie można było pobawić się regulacją częstotliwości oscylacji, co pozwalało mniej lub bardziej wyostrzyć lub wygładzić działanie podstawki. W moim odczuciu delikatnie zmieniała się plastyka przekazu. Nie powiem, trochę się nagimnastykowałem, ale ostatecznie udało mi się dobrałem najbardziej optymalne ustawienie.
Gdy na tapecie wylądowały podstawy pod kable sieciowe, efekt był bardzo podobny do droższej wersji pod głośnikowe. Jednak gdy prostsza kolumna dla kabla prądowego – Cable Stabilizer Fraday zachowywała się prawie bliźniaczo do przed momentem opisywanego tandemu, ku mojemu niedowierzaniu flagowiec zwany Tesla w temacie kształtowania dźwięku na tle całej poprzedzającej go trójki wręcz brylowała. I to w zaskakująco szerokim zakresie, bowiem można było mocno zaciemnić i uspokoić przekaz lub na przeciwległym biegunie przesadnie go wyostrzyć. To oczywiście zasługa aż trzech regulacji pola magnetycznego. Na tyle silnego, że nawet niezobowiązujące postawienie tej podstawki koło kłębowiska drutów za sprzętem potrafiło wpływać na dźwięk zestawu. Naturalnie to była li tylko całkiem przypadkowa, wynikła podczas sprawdzania działania z i bez kabla, ale jakże wiele mówiąca próba co to ustrojstwo potrafi. A jak widać, potrafi wiele. To natomiast jasno sugeruje, że jeśli ktoś nie szuka kompromisów, trzeba zaopatrzyć się we flagowca. Wówczas nic nam nie będzie straszne, gdyż bez względu na zawoalowane lub wyostrzone granie naszego systemu przy pomocy Omicrona Tesla mamy zielone światło do korekty sytuacji w każdym możliwym wypadku. A jak z pewnością wiecie, w znakomitej większości konstrukcji konkurencji to nie jest takie oczywiste. Jednak w tym przypadku z mojej strony mam tylko jedną radę. Jeśli macie choćby zalążki syndromu ADHD uważajcie na siebie. Niestety mnogość ustawień jest zatrważająca i osobnik nie panujący nad swoimi emocjami może wylądować w wariatkowie. Jak jakoś dałem sobie radę, ale przyznaję, było ciężko. Wcześniej opisywane podstawki przy Tesli to pikuś.
Próbując zebrać powyższe wnioski w jedną strawną całość potencjalnym zainteresowanym mogę powiedzieć jedno. Jeśli szukacie drobnych korekt w stronę otwarcia i zebrania się w sobie dźwięku posiadanego zestawu, wystarczy Wam jedna z pierwszych trzech konstrukcji. Spokojnie wystarczą nawet najprostsze podstawy pod okablowanie do kolumn. Jeśli jednak obawiacie się, że z brzmieniem systemu nieco zbłądziliście, bardziej skomplikowane Omicrony naturalnie dadzą więcej możliwości kreowania świata muzyki. Natomiast gdy jesteście prawdziwymi fighterami audio, idźcie na całość i bierzcie Teslę. Z jednej strony zabawy co niemiara, a z drugiej nie ma takiego konfiguracyjnego błędu, którego nie dałoby się skorygować. I nie mówię to z przekąsem, tylko od serca.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Omicron
Ceny:
Harmonic Stabilizer + Cable Holder Evolution: 1 950 PLN
Cable Holder Special: 1 550 PLN
Cable Stabilizer Faraday: 2 600 PLN
Tesla: 11 100 PLN
Dane techniczne
Harmonic Stabilizer
Średnica: 100 mm
Wysokość: 60mm
Cable Holder Evolution
Średnica: 60 mm
Wysokość: 150 mm
Cable Holder Special
Średnica: 100 mm
Wysokość: 180 mm
Waga: 1,1 kg
Cable Stabilizer Faraday
Średnica: 160 mm
Wysokość: 150 mm
Tesla
Średnica: 160 mm
Wysokość: 170 mm
Uwielbiamy takie momenty, gdy ląduje w naszej redakcji urządzenie zupełnie nieznanej nam marki i w dodatku z wykorzystującej własne rozwiązania na stricte high-endowym pułapie. Tym razem mowa o niderlandzkim przetworniku cyfrowo – analogowym … Sonnet Audio Pasithea R2R DAC, który nie dość, że załapał się na zajawkową sesję fotograficzną, to w dodatku został od razu poddany upgrade’owi o opcjonalną płytkę zapewniającą pełne wsparcie MQA.
cdn. …
Nie wiem, ilu z Was cierpi na tę samą przypadłość co ja, ale osobiście nie znoszę okresu jesienno-zimowego. Powód jest banalny, gdyż oznacza wiele następujących po sobie szarych dni, co u mnie natychmiast wywołuje nielubiany stan przed-depresyjny. A, że jestem raczej szaloną jednostką, gdy tylko nadarzy się okazja, przeciwdziałając potencjalnym problemom i tak sponiewieranej życiem duszy, z przyjemnością wywracam do góry nogami swój codzienny, na dłuższą metę nudny, bo otoczony ogólną szarością byt. Co to za okazje? Naturalnie najczęściej związane z będącą moim drugim „ja” tematyką audio. Jeżdżę „leczniczo” jak szalony po Polsce i nawiedzam mające coś ciekawego do zaoferowania salony audio, by potem w luźnym słowotoku przekazać zebrane podczas takiej eskapady spostrzeżenia. Tematyka jest różna, od umówionego swobodnego spotkania, przez niezapowiedziane naloty, po zaliczenie konkretnie sfokusowanego wykładu. Jak można się domyślić, każdy miting na swój sposób jest ciekawy, dlatego gdy od ponad tygodnia sopocki Premium Sound trąbił w internetach, że organizuje ciekawe spotkanie, poznawszy tematykę i listę gości, nie było innej możliwości, jak zarezerwować sobie ostatnią sobotę (4.03.2023) na zaliczenie tego wydarzenia. Co było clou spotkania? To zdradza tytuł – „Muzyka z winyla – materiałowe i konstrukcyjne aspekty dobrego brzmienia. Terytorium dźwięku. Powidoki muzyki”, czyli będąca moim konikiem, przedstawiana przez konstruktora gramofonów Tomasza Franielczyka tematyka około-gramofonowa i ku mojej dodatkowej uciesze luźne uświadomienie nam – audiofilom przez znakomitego muzyka i kompozytora Marcina Olesia, że wpisane w naszą zabawę w audio dążenie do absolutu czasem sprowadza nas na manowce.
Po wstępnych ustaleniach prelegentów spotkanie otworzył Marcin Oleś. Muzyk z jazzowego polskiego świecznika, którego wydawałoby się, nie trzeba nikomu przedstawiać. Jednak w tym przypadku w odniesieniu do moich okraszonych emocjonalnym szaleństwem charakteru standardowych zachowań fraza „wydawałoby się” z jego osobą wiąże pewnego rodzaju anegdotę. Otóż owszem, obecnie mamy ze sobą niezobowiązujące kontakty, jednak jak to zwykle u mnie bywa, mimo częstego słuchania tworzonej przez niego muzyki podczas pierwszych dwóch zderzeń face to face najzwyczajniej w świecie Marcina nie rozpoznałem. Tak mam i nic na to nie poradzę, że nie zapamiętuję twarzy od pierwszego wejrzenia. Na szczęście Marcin nie obrósł w artystyczne piórka i swobodnym podejściem do życia obracając całą sytuację w śmiech prawdopodobnie przypieczętował naszą naturalnie luźną, ale jednak okraszoną pewnego rodzaju odpryskami empatii, mam nadzieję, że długą i owocną w wymianę doświadczeń znajomość. Tak, tak wymianę doświadczeń, na którą po zaliczonej prelekcji po cichu liczę. Skąd tak deklaracja? To wynika z jego poniższej odezwy do kochającego muzykę narodu.
Pogadanka zatytułowana „Terytorium dźwięku. Powidoki muzyki” trwała dobre 1.5 godziny, a minęła niczym z bicza trzasnął. Nie będę jej dokładnie relacjonował, bowiem wiązała ze sobą kilka istotnych wątków będących zarzewiem obecnie naturalnej dla nas potrzeby obcowania ze znaną, regularnie słuchaną muzyką. Począwszy od czasów pierwszych wielokrotnie powtarzanych koncertów muzyki klasycznej nie przez samych kompozytorów, tylko tak zwanych artystów wykonawców, przez pierwszą rejestrację muzyki na trwałym nośniku, potem zmianę nie tylko samych nośników, ale również sposobu ich dystrybucji, przywołując historyczne fakty zbliżał nas do finału swojej opowieści, czyli uświadomienia, w jakim punkcie się znajdujemy. Po prostu w obecnych czasach w znakomitej większości muzykę niestety odtwarzamy i najważniejszą kwestią jest, aby w domowym zaciszu być jak najbliżej jej wzorca, czyli granej na żywo. Naturalnie wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż nie ma szans na oddanie jej przez zestaw audio w stosunku 1:1, jednak Marcin dość nietypowo dla branży będąc audiofilem sugerował, aby na ile to możliwe, zwracać na to bardzo dużą uwagę. Nie raz zderzył się z konfiguracyjnym szaleństwem, którego na scenie pośród muzyków nigdy nie doznał. To były na tyle pokraczne zestawienia elektroniki, że czasem trudno było odróżnić trąbkę od saksofonu o innych realiach tego typu prezentacji nie wspominając. Jak takiej sytuacji zapobiegać? Otóż nazwał to muzyczną dietą, czyli co jakiś czas złapać kontakt z tą graną na koncertach i do tego najlepiej akustyczną. Bez tego nigdy nie nastroimy sobie słuchu, co z automatu poprowadzi nas na manowce. I co ciekawe, taki reset zaleca również wielbicielom rockowego buntu. Jaki jest sens? Przecież dobrze jest wiedzieć, czy dany gitarzysta gra na Fenderze, Gibsonie i ewentualnie jakiego wzmacniacza do nich używa. Niestety bez doświadczeń koncertowych nie ma na to szans. I gdy pod koniec wydawało mi się, że teoretycznie podążając tą drogą wręcz pijemy sobie z przysłowiowych dzióbków, całość spotkania spuentował jakże istotną w mojej sytuacji kwestią. Bez względu na fakt jej wydźwięku dla szeroko rozumianego high end-owego społeczeństwa brzmiała mniej więcej tak: „Dla mnie określenie Hi-Fi oznacza drogę do prawdy o muzyce, zaś High-End ku zatraceniu duszy w wyimaginowanym szaleństwie.” Mocne? Dla mnie jak diabli. A ja nieopatrznie przed całą imprezą niezobowiązująco zaprosiłem go do siebie. Pięknie. Już go nie lubię. Jednak gwoli wyjaśnienia tylko dlatego, że przerzuciwszy u siebie kilka ton drogiego sprzętu wiem, jak dużo jest w tym racji.
Po krótkiej przerwie do głosu doszedł konstruktor prezentowanych na serii zdjęć gramofonów Benny Audio i dedykowanych im ramion pan Tomasz Franielczyk. Co z tego wynikło? Nie powiem, nawet dla mnie, od lat bawiącego się w słuchanie muzyki z płyty winylowej, jak to raczył nazwać, całkiem fajne seminarium o wiele zdradzającym tytule „Muzyka z winyla – materiałowe i konstrukcyjne aspekty dobrego brzmienia”. Pan Tomasz nie gwiazdorzył, tylko bardzo strawnie, punkt po punkcie opowiadał o swoich zmaganiach podczas projektowania, a potem weryfikacji uzyskanych na bazie prototypów pomiarów tak werków, jak i samych ramion – utrzymanie odpowiedniej prędkości obrotowej i minimalizacja jej falowania w napędach oraz walka ze szkodliwymi rezonansami w ramionach. Prosto i bardzo strawnie nawet dla laików omawiał każdy aspekt nie tylko od strony technicznej – chodzi o wyniki badań, ale również użytkowej – co na co się przekłada, dzięki czemu nawet nie zauważyliśmy, gdy minęło kolejne 1.5 godziny wykładu. Co z niego najbardziej zapadło mi w pamięć? Być może się zdziwicie. ale niemaskowanie i finalne oznajmienie pozostawienia tematu w takiej postaci – oczywiście z potencjalnymi, w pewien sposób pomijalnymi konsekwencjami – w odniesieniu do skonstruowanego przez siebie ramienia. Niestety z autopsji wiem, że to rzadkość, gdyż jeszcze nigdy odwiedzający mnie producent jakiegokolwiek komponentu audio z kablami włącznie, podczas rozmowy nie był tak szczery. Najczęściej to mistrzowie świata, dlatego minimalizuję tego typu spotkania, gdyż ja jedno, a oni drugie – czyli moje obserwacje kontra ich nieomylność nigdy nie kończą się konsensusem. Czy to ma aż takie znaczenie? Jestem zdania, że jeśli ktoś decyduje się na customowy, oparty o dobrą relację z producentem produkt, nawet bardzo. Dlatego myślę, że tym spotkaniem pan Tomasz dużo zyskał nawet u tych nieco bardziej niż w podstawowej formie, znających się na rzeczy melomanów. Dla mnie spędzony z tym gramofonem w tle czas był miłym odstępstwem od niestety nieciekawej reguły.
Powoli zbliżając się ku końcowi kilka słów o samym systemie. Jak widać na zdjęciach, oferta goszczącego nas salonu Premium Sound jest bogata. Jednak z tego co udało mi się dowiedzieć, dobór komponentów nie był przypadkowy. Przecież nie chodziło o zwykłe wystawowe prężenie muskułów, tylko w końcowej fazie spotkania ugoszczenie muzyczną ucztą swoich osłuchanych klientów, a to zobowiązuje. Dlatego po kilku roszadach oprócz będącego jednym z bohaterów testowego egzemplarza gramofonu Benny Audio Turnatables Impresion II, w skład pokazowego konglomeratu weszła wkładka Hana Umami Red, phonostage RolofAudio Stelvio, przedwzmacniacz liniowy Extraudio XP5, końcówka mocy Audia Flight Strumento, kolumny Peak Audio Sonora oraz okablowanie Tellurium Q, Vermouth Audio, Signal Projects i Hijiri.
Puentując opis sobotniego wypadu po pierwsze – chciałbym podziękować za fajną atmosferę nie tylko organizatorom, ale również istotnym dla spotkania prelegentom i licznie przybyłym gościom, zaś po drugie – pogratulować licznie reprezentowanym tego dnia bywalcom salonu Premium Sound. Nie marnujcie potencjału, tylko korzystajcie z jego oferty ile się da.
Jacek Pazio
Opinia 1
Pewnie nie będę oryginalny, gdy ze stuprocentowym przekonaniem stwierdzę, iż na szeroko rozumianym rynku audio są marki, które bez względu na chwilowe wzloty i upadki podczas swojego bytu na tym ziemskim padole już po wypowiedzeniu ich nazwy wzbudzają w nas wypracowany przez lata szacunek. Jak wspomniałem, nie ma znaczenia jak dany brand jest postrzegamy w danym momencie, ważne, że w pierwszej kolejności kojarzy się z czymś nietuzinkowym. Niestety to w obecnych, nastawionych na pogoń za pieniądzem za wszelką cenę czasach jest już coraz rzadszym zjawiskiem, ale nie oszukujmy się, nadal jest kilka podmiotów idealnie pasujących do mojej tezy. Kogo tak pokrętnie chciałem Wam przedstawić? Oczywiście bohatera dzisiejszego spotkania. którego znakomicie znacie, bowiem tym razem będę miał przyjemność przelać na klawiaturę kilka opinii o trzeciej odsłonie dystrybuowanych przez warszawski Horn, kultowych monitorów włoskiego specjalisty Sonus faber o handlowym oznaczeniu Electa Amator III. Zainteresowani? Przyznam, że osobiście mimo ich kilkuletniego już stażu na rynku – miałem okazję być na ich oficjalnym debiucie, po zdawkowym poznaniu ich możliwości w salonie byłem bardzo ciekawy, jak wypadną w znanych mi warunkach sprzętowych i lokalowych. Trochę na to czekałem, ale jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze i są – efekt 30 lat działania marki na rynku, czyli Sonus faber Electa Amator III w pełnej krasie.
Jak przystało na produkt spod znaku Sonus faber, nasze bohaterki choć gabarytowo są stosunkowo niewielkie, od pierwszego kontaktu wzrokowego nie pozostawiają złudzeń, iż to majstersztyk w najczystszej postaci. Naprawdę niewielu producentów potrafi w ten sposób połączyć pewnego rodzaju wodę z ogniem. Oczywiście mam na myśli użyte do wykonania kolumn, nadające im niedoścignionej aparycji półprodukty typu: biały marmur, drewno orzecha i czarna, strukturalna skóra w przypadku obudowy dzierżącej przetworniki oraz wsparty na złotych kolcach również biały marmur i czernione aluminium nóg w kwestii dedykowanych podstawek. To z pozoru wydaje się być karkołomnym i raczej pozbawionym sensu konstrukcyjnym miszmaszem, jednak jak to u Włochów prawie zawsze bywa, ostatecznie wyszło im tak zwane wizualne cacuszko. Z pozoru typowa obudowa jest połączeniem znakomicie prezentującego się drewna orzecha przyjemnie dla oka zaokrąglonych ścianek bocznych i jej górnej połaci, nakładanej ręcznie czarnej skóry na odpowiednio wyprofilowanym, będącym płaszczyzną nośną dla głośników awersie i wyposażonym w port bass-reflex wraz z podwójnym zestawem terminali rewersie oraz odseparowanego wstawką z mosiądzu marmuru Carrara w roli stabilizującej konstrukcję podstawy. Oczywistym jest, że kolumny monitorowe potrzebują odpowiednich podstawek, dlatego designerzy Sonus faber chcąc zaoferować spójny z kolumnami projekt, w jego wykonaniu poszli drogą samych skrzynek. Takim to sposobem standy wykonano z dwóch owalnych, anodowanych na czarno, zasypywanych materiałem tłumiącym profilów aluminiowych, które bliźniaczo do kolumn, czyli poprzez mosiężny motyw posadowiono na uzbrojonym w złote kolce białym marmurze Carrara. Jeśli chodzi o zestaw przetworników, do obsługi układu dwudrożnego zaprzęgnięto 28 mm kopułkę i 6,5 calowy niskotonowiec.
Rozpoczynając przygodę z rocznicowymi Electami z wielką przyjemnością jestem zobligowany przyznać, iż biorąc pod uwagę fakt dedykowania do znacznie mniejszych pomieszczeń niż odbył się test, to naprawdę świetny produkt. Powód? Otóż nie tylko bez najmniejszych problemów wypełniały kubaturę mojego wielkiego salonu, ale przy okazji nieźle zaznaczały linię zawartego w materiale muzycznym basu. W wartościach bezwzględnych naturalnie było go nieco za mało, jednak gdy zderzymy zastany, dla mnie już fajny wynik z trudnymi warunkami lokalowymi, jestem wręcz przekonany, że w dedykowanym, nieco poniżej 20-25 m² lokalu temat podstawy basowej jeśli nie osiągnie ideału, to nabierze akceptowalnych rumieńców. Co bardzo istotne, rumieńców spod znaku nowej odsłony Sonusa. Czyli nadal z brzmieniową nutą z dawnych lat kolorystycznej namiętności, jednak okraszoną najnowszymi trendami tego typu konstrukcji. Naturalnie piję do ewolucji ich brzmienia. Ja wiem, że wierni fani tego modelu sprzed lat mogą ponarzekać na znacznie mniejszy poziom esencjonalności prezentowanego dźwięku, jednak nie oszukujmy się, czasy lejącego się z głośników lukru odeszły w niepamięć. Owszem, to może się podobać, jednak obecnie istotnym elementem w oddaniu ducha muzyki jest nie tylko często przesadna projekcja zawartego w niej liryzmu, ale również pokazanie go z naturalną swobodą i oddechem. Niestety tego nie da się odwzorować w momencie zbytniego przywiązania do nasycenia i krągłości. A jeśli tak, chyba nie dziwne jest, że konstruktorzy najnowszej odsłony Amatorów chcąc nawiązać do poprzedniczek, ale nie kopiując ich dawnych nawyków, tchnęli w jubilatki szczyptę pozwalającej muzyce odetchnąć witalności. Dla mnie to dobry ruch. Co prawda lubię otaczać się dźwiękiem prezentowanym w estetyce nasycenia, ale ważnym aspektem jest również pozwalająca jej swobodnie wybrzmieć zdroworozsądkowa lekkość. W innym wypadku zamiast ważnego dla prawdy o zapisanym w materiale pakietu informacji przekaz będzie nosił cechy napychania odbiorcy monotonną papką. Jak wspominałem, być może dla kogoś przyjemną, jednak w odniesieniu do dążenia do doskonałości projekcji mało zróżnicowaną pod względem odcieni pojedynczego dźwięku beznamiętną strawą. Na szczęście nasze piękne bohaterki nader udanie to zbilansowały.
Wręcz idealnym przykładem na obronę tego stwierdzenia była płyta braci Oleś z wibrafonistą Christopher-em Dellem „Górecki Ahead”. Świetnie pokazany akcent sposobu grania Marcina na kontrabasie oraz artykulacja rytmu i zawieszenie przeszkadzajek przez jego brata na zestawie perkusyjnym dały fenomenalny podkład do brylowania naszpikowanemu milionem nienachalnych informacji wibrafonowi Christophera. To dla wielu z pozoru jest prosty do pokazania pełni możliwości instrument, gdyż cechuje go zwykłe uderzenie w płytkę. Niestety to bywa złudne, gdyż często w wyniku działania uderzenia pałeczką słyszymy dość mocno skondensowany, czasem nawet przyjemnie soczysty, ale jednak zbyt mocno skupiony dźwięk. Tymczasem nie jest to monolityczny, dłuższy lub krótszy impuls, tylko pakiet wydarzeń w skład którego wchodzą twardawy atak, stopniowe nasycanie i na końcu mieniące się milionem informacji modulowane wygasanie. I prawdopodobnie to w zamyśle mieli konstruktorzy najnowszych Elect III. Kolokwialnie mówiąc nie zawiesić w eterze wibrafon jako tłusty, pozbawiony nieoczekiwanych meandrów, przez to nieciekawy życia byt, tylko pokazać go poprzez pryzmat pełnej życia energii, po nieuchronny, ale za to jakże pełen odcieni koniec. Bez zdroworozsądkowego rozdrobnienia tego aspektu nie ma szans na ciekawą prezentację podobnych instrumentów. A przecież dla wspomnianego rodzeństwa wibrafon na tej płycie to wisienka na torcie, dlatego tak jak zrobiły to małe Sonusy, dobrze jest spróbować odtworzyć go w pełnej krasie.
Innym przykładem na znakomitą pracę włoskiej myśli technicznej okazała się być wokalistyka w wykonaniu bałkańskiej artystki Amiry Medunjanin. Jednak jak wiadomo, nie z samej wokalizy tego typu muzyka się składa i wbrew pozorom to wydawnictwo przywołałem z myślą o wspierającym frontmenkę zespole. Co mam na myśli? Chyba nikogo nie trzeba przekonywać o pewnej wyrazistości użytych podczas sesji nagraniowej instrumentów, które bez dobrego pokazania ich specyfiki brzmienia oraz sposobu wytwarzania dźwięku nie mają szans na porwanie duszy słuchacza. I żeby nie było, nie chodzi o akompaniament do znanej powszechnie Zorby, tylko ogólne spojrzenie na z pozoru prosty w obsłudze, jednak w rękach wirtuoza wyrazisty dęciak qudt, czy podobny do cytry strunowiec kanun. Jak można się spodziewać, zbyt mocne osadzenie ich w nasyceniu nie pozwoliłoby im odpowiednio lekko, ale przy tym z rozmachem wybrzmieć. Tymczasem Włoszki nie miały z tym najmniejszego problemu. Dzięki odejściu od dawnych nawyków było swobodnie, ale przy okazji wyraziście i dzięki temu dźwięcznie, co jest solą tego typu muzyki.
A co z twórczością z przeciwległego bieguna spod znaku rocka lub elektroniki? Powiem tak. Owszem, da się jej słuchać. Jednak nie oszukujmy się, dla tytułowych konstrukcji to walka o przetrwanie. Teoretycznie zagrają wszystko, co im się zapoda, tylko jaki jest sens szukania brutalności często źle zrealizowanej muzyki w monitorach stawiających na wyrafinowanie? To nawet nie jest szaleństwo, tylko w moim odczuciu bezsens. Po pierwsze – są zbyt małe, aby oddać odpowiednią ścianę marnego jakościowo dźwięku, a po drugie – za sprawą oferowanej jakości dźwięku wszelkie zniekształcenia wręcz wyeksponują. To gdzie tu logika? A gdy jej nie widzę, nie będę tego tematu dalej roztrząsał.
Po tak konkretnym w wszelkie za i przeciw teście na myśl samoczynnie nasuwa jedno zasadnicze pytanie – „Czy są to kolumny dla każdego?”. I wiecie co? Z odpowiedzią na nie nie będę miał najmniejszego problemu. To wynika z powyższego słowotoku, który jasno pokazuje, że aby skorzystać z ich najlepszych cech, należy umieścić je w odpowiednim rozmiarowo pomieszczeniu i raczej unikać muzyki stawiającej na doznania oparte o ekstrema. I nie chodzi o obronę miernego produktu, tylko pokazanie, że pewne konstrukcje mają swoje preferencje. Naturalnie włoskie panny spokojnie można karmić ciężkim rockiem, tylko swoje prawdziwe „ja” pokażą dopiero w muzyce epatującej emocjami opartymi o esencję, kolorystykę i kontrasty następujących po sobie wydarzeń. Niestety monotonna papka zmarnuje ich potencjał. A zapewniam, jest bardzo duży.
Jacek Pazio
Opinia 2
O ile młodszemu pokoleniu pewnie nie robi to żadnej różnicy, bo tematyką audio interesują się tu i teraz, raczej śledząc kolejne nowości aniżeli oglądając się wstecz, to bardziej doświadczeni audiofile z pewnością pamiętają czasy, gdy Sonus faber był niejako synonimem wytwórcy ekskluzywnych monitorów a Franco Serblin z zamawianych w Seasie, Audio-Technology i Dynaudio, a później również Scan-Speaku przetworników wyczarowywał kolejne cudeńka. Któż nie marzył o orzechowych Minimach, Electach, czy Elactach Amator, o Extremach nawet nie wspominając? Kluczowy okazuje się jednak czas przeszły – był, do … 1998r., kiedy to światło dzienne ujrzały zjawiskowe podłogówki Amati Homage. A potem już poszło z górki, bo na królewskim tronie pyszniły się Stradivari Homage, The Sonus faber, Aidy, Lilium i nowsze inkarnacje poprzedników – New Aida. Oczywiście w tzw. międzyczasie nie zabrakło klasycznych podstawkowców w stylu Guarneri Memento, Guarneri Evolution, Ex3ma, czy nieco skromniejszych, choć nadal butikowo-rustykalnych Electa Amator III i Minima Amator II, jednak mleko się rozlało a tym samym zmieniło się postrzeganie marki, która o zgrozo próbowała swych sił w niemalże budżetówce. Ba, nawet my sami staliśmy się ofiarami ww. zmiany optyki, gdyż na przestrzeni minionej dekady mieliśmy okazję pochylić cię jedynie nad, a jakże, podłogowymi Olympica Nova V. Jednak, co się odwlecze, to nie odwlecze i choć od polskiej premiery (w której, jak widać, mieliśmy okazję uczestniczyć) minęły … cztery lata, koniec końców udało nam się wyszarpnąć z objęć Horn Distribution będące nad wyraz udanym odwołaniem do jakże chlubnej przeszłości na wskroś włoskie monitorki Sonus faber Electa Amator III.
Tym razem sesja zdjęciowa przebiegła nieco inaczej, gdyż zamiast podziału na unboxing i właściwe odsłuchy postanowiłem od razu wszystko uwiecznić za jednym podejściem, bowiem wyłaniający się z kartonów, krok po kroku, widok okazał się na tyle intrygujący, że nie było szans na to, by po wypakowaniu zostawić wszystko w spokoju i cierpliwie czekać aż kolumny raczą się w naszym systemie zaaklimatyzować. Oczywiście spontaniczne wpięcie Sonusów początkowo miało posłużyć li tylko jako materiał zdjęciowy, lecz skoro dotarły do nas wygrzane egzemplarze wiadomym było, że chociażby pobieżny rzut uchem z pewnością nikomu nie zaszkodzi. I rzeczywiście – okazało się, że walory soniczne nie tylko dorównują, co wręcz wykraczają ponad te natury estetycznej. Jednak, żeby zachować chociaż pozory stosowanych przez nas procedur wróćmy na dosłownie chwilę do aparycji dzisiejszych bohaterek, bo możliwie dyplomatycznie rzecz ujmując jest na czym oko zawiesić.
W połowie – ściany boczne i górną, Elect wykonano z klepek orzechowych, z kolei ich front i plecy zdobi czarna, tłoczona skóra opinająca profil z MDF-u. Jakby tego było mało podstawa to równie udanie podkreślający luksusowość monitorków pięknie wyszlifowany marmur Carrara oddzielony od skórzano-drewnianego korpusu dyskretną mosiężną przekładką. Warto również od razu zaznaczyć, iż podstawę od spodu uzbrojono w nagwintowane otwory pozwalające na stabilne zespolenie z dedykowanymi, nie mniej wyrafinowanymi wzorniczo – aluminiowo/marmurowymi standami. Jednym słowem … ekstaza. Jeśli komuś wydaje się, że taki
Na froncie pyszni się chroniony charakterystyczną trójramienną „gwiazdką” 28mm jedwabny wysokotonowiec H28 XTR-04 DAD™ poniżej którego usadowił się 18 cm celulozowy mid-woofer MW18XTR-04. Z kolei na zapleczu znajdziemy ozdobną mosiężną tabliczkę znamionową z wkomponowanymi podwójnymi, równie biżuteryjnymi terminalami głośnikowymi a w górnej części pokaźnej średnicy ujście układu bas-refleks.
„Stare, dobre” Sonusy grały dostojnie, gęsto i wyrafinowanie, przez co zyskały w pewnych kręgach łatkę, bądź co bądź nie do końca bezzasadnej gabinetowości. Jednak takie zaszufladkowanie nie było bynajmniej ich wadą a zaletą, bo ktoś, kto się na nie decydował doskonale wiedział, bądź wiedzieć powinien, na co się pisze, więc jeśli coś mu finalnie nie pasowało, to już był jego / jego systemu problem a nie wina samych kolumn. Później miały miejsce różne i nie zawsze logiczne zawirowania, ze wspomnianym, niezbyt udanym, stanowiącym ewidentną rysę na włoskim wizerunku romansie z budżetówką i prawdę powiedziawszy trudno było wyrokować, w którą stronę pójdzie kolejny model. Dlatego też zabierając się za krytyczne odsłuchy Elect dałem im oprócz kilkudniowej rozgrzewki przysłowiową carte blanche, gdyż wcześniejsze z nimi spotkania, pomijając kilkugodzinną nasiadówkę po wypakowaniu, miały charakter na tyle przypadkowy, iż wyciąganie na ich podstawie jakichkolwiek merytorycznych wniosków byłoby równie zasadne, jak nie tylko ocena otaczającej nas rzeczywistości , lecz i przepowiadanie przyszłości bazując li tylko na obietnicach wyborczych i narracji serwowanej przez państwowe media.
Pierwsze takty prog-rockowo-folkowego „Graveyard Star” Mostly Autumn i jeśli miałbym jakiekolwiek wątpliwości, to w tym momencie zostałyby one rozwiane. Electy zagrały bowiem wybornie, po swojemu i niczego nie udając. Jasnym stało się jednak, że nie są do wszystkiego, co poniekąd … dobrze o nich świadczyło. Zdziwieni? A czemuż to? Przecież wiadomo wszem i wobec, że jeśli coś jest do wszystkiego, to albo jest do d&%y, albo jest to szwajcarski scyzoryk, a jak sami z pewnością Państwo zauważyliście filigranowe Sonusy kilkunastoostrzowego multi-toola nijak nie przypominają a i do wsadu dedykowanego tej części naszego ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę nie sposób je porównać. O co więc chodzi? O nomen omen słuszne założenie producenta, że jednostka wykazująca nimi zainteresowanie w przestrzeni pomiędzy lewym a prawym uchem jakieś szare komórki nie tylko posiada, co potrafi z nich zrobić właściwy użytek a rezultat owego procesu tentegowania w głowie zdolna jest przełożyć na sensowność własnych działań. Po pierwsze zatem nie będzie oczekiwała od tytułowych kolumn niemożliwego a po drugie, świadoma ich oczywistych cech charakterologiczno-konstrukcyjnych zapewni im odpowiednio kaloryczną i dopasowaną do ich DNA strawę. Po co o tym wspominam? A po to, żeby nikt nie próbował mieć do nich pretensji, że nie nagłośnią 100, czy 150 metrowego salonu, tak sugestywnie jak daleko nie szukając odświeżone Aidy, bądź nie będą w stanie oddać pełni agresji „Repentless” Slayera. Bo nie będą, gdyż nie do tego zostały stworzone. Podobnie jak nikt przy zdrowych zamysłach nie będzie próbował Maserati GranTurismo przewozić półtonowego koncertowego Bosendorfera 280VC, bądź choćby 85” QLED-a. Za to na wspomnianym rockowo-folkowym repertuarze Electy miały okazję w pełni rozwinąć skrzydła, odpowiednio podkreślić przestrzenność i rozmach albumu a jednocześnie nie rozdmuchiwać go do iście gargantuicznych rozmiarów i nie próbować grać jak potężne podłogówki. Zyskują na tym one, zyskuje muzyka i zyskujemy my – słuchacze, gdyż dół pasma, choć pełny i zaraźliwie pulsujący, ani nie dominuje, ani nie nosi oznak wysilenia, przez co odpada problem ewentualnej nerwowości i chorobliwego udowadniania na każdym kroku, że da radę. Bo tu nie o dawanie rady chodzi a o wrodzony artyzm i naturalność. A Sonusy właśnie naturalność i rozbrajającą szczerość celebrują i pielęgnują, oferując dźwięk kompletny i skończony. W dodatku bez jakiegokolwiek, nawet najmniejszego „ale”.
Co ciekawe zarówno górne rejestry, jak i dół ani myślą ustępować pola średnicy, która choć niezwykle organiczna i komunikatywna nader udanie unika zbytniego przegrzania i w pierwszej chwili przyjemnego, lecz na dłuższą metę nieco uśredniającego przekaz wypchnięcia. Mamy zatem z jednej strony krągłość i gładkość wybornego Primitivo a z drugiej rześkość Vinho verde i brak grania pod publiczkę, czy też siłowego wyciągania za uszy słabych realizacji, bo jednak z racji niewątpliwej liniowości Sonusy wyraźnie różnicują reprodukowany materiał a tym samym informują o fakcie, gdy ktoś w studiu przyszedł do pracy a nie pracować. Wracając jednak do ograniczeń najnowszej, trzeciej już, inkarnacji Electy Amator, to proszę, o ile tylko nie gustujecie Państwo w ekstremach w stylu wspomnianego Slayera, niezbyt brać sobie owe ostrzeżenie do serca, bowiem nawet na niezwykle eklektycznej a zarazem zawierającej kilka cięższych kawałków ścieżce dźwiękowej do „Stranger Things, Season 4” tytułowe monitorki ani myślały wywieszać białej flagi i po prostu grały na 100%, o ile nie więcej, swoich możliwości. Warto bowiem mieć na uwadze, że chcąc poznać pełnię drzemiącego w nich potencjału podpięliśmy je na stałe pod redakcyjnego APEX-a. Ba, nawet dyskotekowy „Tarzan Boy” Baltimora przestał straszyć plastikową aranżacją, gdyż akcent został przesunięty na pulsujący rytm a syntezatorowy podkład nabrał znamion oldschoolowej analogowości. Z kolei „Master of Puppets” Metallici cięło powietrze ognistymi riffami aż miło. Oczywiście stopa Larsa Ulricha nie schodziła tak nisko i nie dysponowała taką energią jak ma to w zwyczaju na potężnych Gauderach, lecz brak sztucznego pompowania i podbicia wyższego basu mającego udawać coś, czego niewielki dwudrożny monitor fizycznie nie jest w stanie zagrać działało wyłącznie na ich korzyść. Warto jednak podkreślić, że nawet w blisko 40-metrowym OPOS-ie basu bynajmniej nie brakowało, bo takowy był a z racji swojej sprężystości i zróżnicowania nie sposób było doświadczyć jakiegoś nieusatysfakcjonowania. Ot klasyczne stawianie jakości ponad ilość i wyraz szacunku w stosunku do odbiorcy. Co innego góra, która, jak już zdążyłem nadmienić cechowała się nie tylko odwagą, co niezwykłą rozdzielczością i ani myślała iść w kierunku romantycznego zawoalowania czy bezpiecznych krągłości. Wystarczyło bowiem sięgnąć po fenomenalny album „Alegría” nieodżałowanego Wayne’a Shortera, by doświadczyć nie tylko ekspresji dęciaków, jak i skrzących się blach, których w trakcie jazzowych improwizacji Brian Blade bynajmniej nie oszczędzał. Wszystko jednak podane zostało z niezwykłym wyrafinowaniem i smakiem, więc każdy dźwięk miał swój ściśle określony czas i miejsce, idealnie wkomponowując się w koherentną tak pod względem tonalnym, jak i logicznym całość.
Krótko mówiąc Sonus faber Electa Amator III są idealną propozycją dla wyrafinowanych melomanów i koneserów dźwięków wszelakich poszukujących kolumn zdolnych pieścić ich wyostrzone zmysły przez długie lata bez popadania z jednej strony w przesadę a z drugiej w nudę. Jak sami Państwo widzicie wyglądają iście zjawiskowo i równie zjawiskowo grają stając się nie tylko ozdobą każdego salonu, co wystarczającym powodem do tego, by ilekroć znajdziemy się w ich zasięgu sięgnąć po ulubiony repertuar i po prostu się nim delektować z intensywnością, na jaką w pełni zasługuje.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Horn Distribution
Producent: Sonus faber
Cena: 41 998 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: 2-drożna, podstawkowa, wentylowana
Zastosowane przetworniki
– Wysokotonowy: H28 XTR-04 DAD™, Ø 28 mm
– Średnio-niskotonowy: MW18XTR-04, Ø 180 mm
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 2 500 Hz
Pasmo przenoszenia: 40 – 35 000 Hz
Skuteczność: 88 dB SPL (2,83V/1 m)
Impedancja nominalna: 4Ω
Wymiary (W x S x G)
– Kolumna: 375 x 235 x 360 mm
– Stand: 720 x 300 x 350 mm
Waga
– Kolumna: 14,6 kg
– Stand: 11,2 kg
O tym, jak kluczowe znaczenie ma czystość dostarczanego naszym, odpowiedzialnym za doznania nauszne, systemom nikogo nie trzeba przekonywać. Dlatego też co jakiś czas pochylamy się nad wszelakiej maści uzdatniaczami, rozdzielaczami i kondycjonerami dbającymi o to, by nic ze „śmieci” w gniazdku obecnych nie skalało naszych „audiofilskich ołtarzyków”. Panie i Panowie, oto Shunyata Research Everest 8000.
cdn. …
Jak doskonale znam życie audiofila, jestem wręcz pewny, że w swej zabawie nie raz i nie dwa odwiedzaliście czy to znajomych, czy z jakiś powodów pierwszy raz spotkanych dystrybutorów w ich salonach prezentacyjnych zwanych showroomami. To naturalną koleją rzeczy zazwyczaj jest intrygująca, bo okraszona seansem muzycznym, zwiększająca doświadczenie w naszych zmaganiach przygoda. Sklepy dwoją się i troją, by nawet po odsłuchu ustalonych konfiguracji w razie braku końcowej satysfakcji spełnić nasze dodatkowe zachcianki. I gdy wydawałoby się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, tak naprawdę prawdziwe „ja” danego podmiotu audio poznaje się w innym momencie. Chodzi o przypadkowe, a nie planowane wdepnięcie do salonu, które bardzo często pokazuje, czy zabawa w audio to tylko sposób na życie, czy jakże ważna w kwestii pomocy nam pasja. Bywa, że pospolity handlarz na co dzień nie ma przygotowanego nic ciekawego, gdyż nie żyje muzyką. Natomiast pasjonat choćby z niedrogich komponentów, często niezobowiązująco, nawet jako skromny set dyżurny, ale zawsze stara się zestawić coś nietuzinkowego. Dlaczego to takie istotne? To banał. Otóż pasjonat z łatwością zrozumie nasze potrzeby, co w przypadku braku pomysłu z naszej strony ułatwi mu doradzenie czegoś zbieżnego z naszymi oczekiwaniami, a handlarz za wszelką cenę będzie chciał nam sprzedać cokolwiek z naciskiem na produkt o największym przebiciu. Kogo osobiście wybieracie? Ja naturalnie tego pierwszego. Na szczęście takich u nas nie brakuje, czego dowodem jest moja niezobowiązująca relacja z zeszłotygodniowej, czysto przypadkowej wizyty w znanej Wam wszystkim mekce audio. O kim mowa? To poniekąd zdradza fotografia otwierająca, dlatego raczej nikogo nie zdziwi fakt skreślenia kilku strof o znającym się na rzeczy krakowskim Nautilusie.
Nie tylko ja, ale po zapoznaniu się z sesją zdjęciową chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jak na możliwości Nautilusa stacjonujący w profesjonalnie zaadaptowanym pokoju na piętrze system nie był w dobrym tego słowa znaczeniu szaleństwem. Jednak fraza „szaleństwo” dotyczy li tylko ceny poszczególnych jego składowych. Powód? Otóż zaraz po wygodnym usadowieniu się na kanapie kolejny raz przekonałem się, iż jak zwykle w tym salonie, każdy, nawet najbardziej niepozorny system skonfigurowany jest z duszą. Bez napinania na wyczynowość grania, tylko w służbie przyjemnie spędzonego czasu. Ale zaznaczam, brak „wyczynowości” prezentacji nie był powodem braku znajomości tematu – jeśli ktoś sobie taki set zamówi, nie ma z tym najmniejszego problemu, tylko skonfigurowaniem dyżurnego systemu do odpoczynku. Analizując możliwości dystrybutora to może wydawać się dziwne, jednak czym innym jest spełnianie życzeń potencjalnych zainteresowanych, a czym innym osobiste preferencje podczas niezobowiązującego poszukiwania piękna w muzyce podczas pacy w salonie audio. I właśnie taki z pozoru niezobowiązujący zestaw miałem przyjemność tego popołudnia zaliczyć.
Wystarczyły średniej wielkości włoskie kolumny Chario Sovran, posiłkujące się lampami wzmocnienie Jubilee 300B od niemieckiego specjalisty Octave, odtwarzacz plikowy austriackiego Ayona S10 oraz okablowanie Siltecha, aby odwiedzając salon całkowicie znienacka zostać przeniesiony w krainę przyjemnie podanej, bo nasyconej, pełnej energii, za sprawą szklanych baniek eterycznie podanej muzyki. I bez znaczenia jakiego repertuaru słuchałem, bowiem zestaw ze wszystkim radził sobie znakomicie. I szczerze powiedziawszy, gdy tak ugoszczony rozsiadłem się na kanapie, ciężko było ruszyć tyłek, aby jednak skorzystać z okazji i w celach ukojenia Waszego audiofilskiego ducha zrobić sesję fotograficzną. Tym bardziej, że oprócz wspomnianych komponentów zaprzęgniętych do sesji odsłuchowej z lewej strony stał majestatyczny, podczas nieobecności dostojnego Artusa FMD będący obecną wizytówką salonu, od wspomnianego minimalnie mniej zaawansowany, jednak bez dwóch zdań nadal znakomity w swej jakości gramofon. Jaki? Oczywiście rozprawiamy o wyposażonym w firmowe ramię TRA 9 Ruthenium oraz wkładkę Phasemation PP-500 gramofonie Transrotor Orion Reference FMD z dedykowanym firmowym stolikiem. To jest nie tylko wizualne, ale również technologiczne mistrzostwo świata, które już po kontakcie wzrokowym, a co dopiero sonicznym sprawia, że świat analogu dla beneficjenta takiego zderzenia już nigdy nie będzie taki sam. Słuchałem go kilka miesięcy wcześniej, dlatego zapewniam, że wiem co mówię. Co prawda podczas tej krótkiej wizyty nie wpinaliśmy go do systemu, jednak gdyby była taka potrzeba, ten majestatyczny drapak przygotowany był do współpracy z phonostagem tej samej marki co wkładka Phasemation EA-1200. Jednym słowem analogowy system marzeń.
Kończąc tę krótką zajawkę jestem Wam winny wyjaśnienie powodu opisania powyższego wypadu. Chodzi oczywiście o wspomniane we wstępniaku pokazanie, jak brutalnie mówiąc oddzielić ziarno od plew. Jeśli tak jak w przypadku tytułowego krakowskiego Nautilusa podczas wizyty z zaskoczenia nie zawiedziecie się na zastanej konfiguracji, będzie to oznaczać, że mamy do czynienia z pasjonatami. Tylko tacy w przypadku braku dogłębnej wiedzy są w stanie nam pomóc, zaś reszta będzie chciała tylko na nas zarobić. Na szczęście jak wynika z powyższego opisu, w Krakowie co najmniej jeden znający się na rzeczy podmiot funkcjonuje, co stacjonujący w okolicach dawnej stolicy Polski melomani powinni bez ograniczeń wykorzystywać.
Jacek Pazio
Najnowsze komentarze