Opinia 1
Start wakacji i nierozerwalnie z nimi związanego zawieszenia wszelakiej maści „masowych eventów” (koncerty pozwalam sobie pominąć), premier, czy nawet mniej, bądź bardziej cyklicznych odsłuchów / branżowych spotkań, a tym samym nastanie tzw. sezonu ogórkowego może skłaniać do usilnego szukania tematów zastępczych. Całe szczęście „może” wcale nie oznacza, że „musi”, szczególnie jeśli zapobiegliwie poczyni się stosowne zapasy. Dodatkowo samo życie co i rusz podsuwa nadspodziewanie „nośne” inspiracje, więc jeśli tylko mamy oczy i uszy dookoła głowy zawsze coś w nie wpadnie. Ot jak daleko nie szukając ostatnie „sieciowe” dyskusje dotyczące schyłku High-Endu i generalnie zaawansowanych rozwiązań audio będącego następstwem braku zainteresowania ze strony wkraczającego na rynek młodego pokolenia, któremu zazwyczaj do pełni szczęścia wystarcza smartfon i bezprzewodowe słuchawki, ostatecznie możliwe kompaktowy soundbar. Smutne? Niepokojące? Do listy dorzuciłbym jeszcze … powszechne, bowiem generalnie wszelkie rozrywki jakie znamy powoli, z transmisjami piłki kopanej włącznie, powoli, acz sukcesywnie przegrywają nie tylko ze streamingiem, co mediami społecznościowymi a przede wszystkim z … kilkunastosekundowymi migawkami na TikToku, bądź „streszczeniami” na YouTube. Po co bowiem „tracić” czas, środki, prąd i miejsce na mozolnie kompletowany audiofilski „ołtarzyk” skoro praktycznie na wyciągnięcie ręki, a de facto li tylko kliknięcie, możemy mieć ulubionych artystów podanych prosto w ucho. Jednocześnie zamiast całego albumu zadowolimy się jednym, góra dwoma „hitami” a sprytny AI podpowie kolejne smakowite kąski układające się w zgrabną playlistę. I proszę nie traktować tego jako narzekania jednego z dwóch wiecznie niezadowolonych starych malkontentów (Statlera i Waldorfa) z Muppetów, lecz jedynie pewną obserwację. Dlatego też zamiast załamywać ręce i na tym poprzestać postanowiliśmy zaproponować zainteresowanym nie tyle mniejsze zło, co wielce kuszącą alternatywę. Jaką? Już ostatnio u nas goszczącą, lecz będącą wtenczas składową większego konglomeratu spod znaku AGD a teraz pojawiającą się na solowych występach – wszystkomający kombajn Axxess Forté 1, na którego test serdecznie zapraszamy.
Jak na załączonych fotografiach widać w przypadku Forté 1 daleko posunięta integracja idzie w parze z jakże pożądaną w dzisiejszych czasach kompaktowością formy. Całe szczęście nieabsorbujące gabaryty nie oznaczają kompromisów zarówno natury designerskiej, co materiałowej, bowiem otwierający portfolio Axxessa mini-kombajn prezentuje się nad wyraz zgrabnie a zarazem intrygująco łapiąc za oko zwartą kompozytową bryłą o bocznych ścianach będących udaną wariacją nt. znaku rozpoznawczego popularnego talent-show. Z kolei front, to w lwiej części szalenie czytelny czerwony punktowy wyświetlacz matrycowy uzupełniony trzema przyciskami funkcyjnymi i gniazdem słuchawkowym optycznie odgradzającymi go od solidnego, wielofunkcyjnego pokrętła. Może nie jest to ten poziom wizualnej atrakcyjności co panoramiczne displaye znane z Rose RS150B, czy chociażby RS250, ale nawet bez wspomagania, znaczy się okularów, doskonale widać na nim wszelkie istotne informacje i to z 2,5-3m, co przy moim astygmatyzmie wcale nie jest takie oczywiste.
Ergonomię obsługi możemy również uznać za satysfakcjonującą, gdyż dostęp do menu i wszystkich funkcji mamy z poziomu panelu frontowego oraz nader poręcznego a zarazem filigranowego pilota. Jednak z przykrością muszę nadmienić, że firmowa apka dostępna jest jedynie dla szczęśliwców dysponujących smartfonami i tabletami Apple’a a gorszy sort, używający urządzeń pracujących pod kontrolą Androida musi się zadowolić ogólnodostępną mconnect Control. Niby za panaceum, przynajmniej w kwestii streamingu, możemy uznać Spotify/Tidal Connect, ale … decydując się na urządzenie za ponad 20kPLN śmiem oczekiwać nieco bardziej pro-klienckiego i poważnego traktowania ze strony wytwórcy. Nie róbmy jednak z tego jakiegoś zagadnienia, gdyż bardzo możliwe, że po prostu nie jestem w „targecie” Duńczyków, dla których fakt posiadania smartfona/tabletu przyozdobionego nadgryzionym jabłkiem jest oczywistą oczywistością.
Podobnie sprawy wyglądają od zakrystii, czyli od strony pleców Forté 1, na których znalazło się pozornie wszystko, co pozwala mu okiełznać ewentualne peryferia. Do dyspozycji otrzymujemy okupujące flanki pojedyncze terminale głośnikowe, zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające po lewej, pozwalający na przyszłe update’y firmware’u port RS-232, 12 V wyjście triggera, dwa porty USB A dla pamięci masowych, gniazdo Ethernet 100 MB, zestaw interfejsów cyfrowych obejmujących wejścia USB, BNC i optyczne, wejście liniowe i wyjście na zewnętrzną końcówkę mocy/subwoofer (oba RCA). Czyli jak na standardy sprzed kilku lat można byłoby napisać, że to absolutny full-wypas i czego tylko dusza zapragnie. Tymczasem rynek tego typu ustrojstw zmienia się szybciej niż zdanie polityków o podatkach i śmiem twierdzić, że AGD pewien drobiazg przegapiło, bowiem zamiast zdublowanych portów USB zdecydowanie sensowniejsza byłaby obecność zestawu USB / HDMI eARC, które w dzisiejszych czasach jest po prostu koniecznością. Wystarczy wspomnieć, że u dwukrotnie tańszej konkurencji (vide NAD M10v2, czy nawet olschoolowy C 3050 LE) jest to oczywista oczywistość i nikt łaski pod tym względem nie robi. I nie piszę tego z wrodzonej złośliwości, lecz jedynie zwracam uwagę na pewną funkcjonalną dysfunkcję utrudniającą integrację z odbiornikiem TV, tym bardziej, że łącznością bezprzewodową (Bluetooth) Axxess również pochwalić się nie może, więc i z bezprzewodowego sparowania nici. Oczywiście sprawę w większości przypadków rozwiązuje obecność wejścia optycznego, którym dysponuje lwia część (choć nie wszystkie) współczesnych „płaszczek”.
Jeśli chodzi o technikalia, to w trzewiach Forté 1 „siedzi” system 3 mini generatorów sterujących zespołem 108 cewek (36 spiralnych i 72 kwadratowych) wytwarzających pole elektromagnetyczne mające za zadanie niwelowanie zakłóceń RFI. Ponadto zarówno impulsowy zasilacz, jak i pracujące w klasie D końcówki mocy to zmodyfikowane układy Pascal-a wzbogacone o autorską sekcję preampu Axxessa z kością DAC-a ESS Technology ES9033Q i moduł streamera ConversDigital.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu postanowiłem również i repertuar testowy dopasować do profilu domniemanego – „krótkodystansowego” (problemy z dłuższym skupieniem) odbiorcy, dlatego też zamiast rozwlekłych dwu i więcej płytowych koncept-albumów i tzw. „boxów” (vide 11h+ „Bruckner: Complete Symphonies Edition”) sięgnąłem po zdecydowanie mniej wymagające „miniatury”. Na playliście wylądowały zatem trwająca nieco ponad kwadrans EP-ka „Ghosts” 潘PAN, półgodzinny „SOUL” Peytona Parrisha a z klasyki o włos przekraczające godzinkę highlighty, czyli samo gęste (pełna wersja to ponad 2h) z „Verdi: Il Trovatore” w wykonaniu nieodżałowanego Luciano Pavarotti’ego. I? I podobnie jak w firmowym ekosystemie, również i u mnie Axxess nie próbując udawać czegoś większego i silniejszego, czym de facto nie jest, zaoferował wielce satysfakcjonujące muzykalność, dynamikę i coś, co stanowi jego największą zaletę – niezwykłą komunikatywność. Z jednej strony miałem bowiem do czynienia z przyjemnie masującym trzewia, lekko zaokrąglonym, lecz nieprzejawiającym tendencji czy to do utraty kontroli, czy też monotonnego dudnienia basem. Z drugiej gładką, wysyconą i soczystą średnicą a z trzeciej dźwięczną, lecz jednocześnie unikającą utwardzenia, czy wręcz ofensywności górą. W rezultacie zarówno zadziorny rock, jak i gęsta elektronika miały szansę wybrzmieć od pierwszej do ostatniej nuty bez obaw o nazbyt krytyczną i drobiazgową – surową wiwisekcję ich poszczególnych i nie zawsze na audiofilską modłę wymuskanych składowych. Żeby jednak była jasność – Forté 1 różnicowanie jakości materiału źródłowego ogarnia bardzo sprawnie i niczego nie próbuje uśredniać, jednak ponad aspekt czysto techniczny stawia domenę emocjonalno-muzyczną. Pozwala zatem cieszyć się nagraniami może i dalekimi od technicznej perfekcji za to trącającymi struny naszej indywidualnej wrażliwości, czy też wręcz przywołującymi miłe wspomnienia. Na nieco zbyt lekkich, czy nawet anemicznych wydaniach do głosu jeszcze dochodzi przyjemne zagęszczenie i dociążenie przekazu, co pozwolę sobie uznać za ewidentną zaletę opisywanej jednostki a nie zwykłe odstępstwo od ortodoksyjnej transparentności, gdyż na tym pułapie cenowym i przy takim a nie innym odbiorcy końcowym zbytnia – kliniczna wierność faktom zamiast entuzjazmu powoduje raczej niekoniecznie przekładające się na budowanie grona odbiorców problemy. Tymczasem wszystkomający Duńczyk może i nie próbuje za wszelką cenę wytykać potknięcia muzyków/realizatorów ale też nie popada w prowadzące do nudy asekuranctwo. Czyli z jednej strony podkreśla potencjał drzemiący w dobrze zrealizowanych produkcjach, co jednocześnie nie przeszkadza mu humanitarnie traktować pozycje ową doskonałością nieskażone. Warto również nadmienić, iż bez większego problemu daje się nakłonić naszego gościa do oddania zaskakująco przekonujących efektów przestrzennych i to obejmujących nie tylko trójwymiarowe rozmieszczenie muzyków na scenie, lecz również dzielenie się informacjami dotyczącymi akustyki samych nagrań. Odwołam się w tym momencie do ww. „Il Trovatore”, gdyż nawet na tym dość leciwym nagraniu nie ma problemów z usłyszeniem, że całość nagrano w pokaźnej kubaturze i dźwięk ma gdzie „się nieść”.
Nie będę ukrywał, że podczas gościnnych występów w moim systemie Axxess Forté 1 okazał się świetnym kompanem oferując nie tylko wystarczającą do prawidłowego wysterowania moich „Dynek” moc, lecz również mile łechcące me uszy walory soniczne, pozwalające czerpać radość z ekstremalnie eklektycznego repertuaru. Niestraszne mu były rockowe porykiwania, elektroniczne tąpnięcia i orkiestrowe tutti, co jest niezaprzeczalnym dowodem jego ponadprzeciętnej uniwersalności. Dlatego też jeśli szukacie Państwo urządzenia zdolnego pełnić rolę klasycznego all’in’one zdolnego poradzić sobie nawet z dużymi, pełnopasmowymi kolumnami, współpracującego z popularnymi serwisami streamingowymi i ewentualnie dającego się spiąć (optykiem) z wiszącym na ścianie TV-kiem, a przy tym z powodzeniem spełniającego audiofilskie oczekiwania, to chociażby z czystej ciekawości spróbujcie go posłuchać we własnych czterech kątach.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Myślę, że wielofunkcyjność komponentów audio bez względu na potencjalne pogorszenie brzmienia takiego produktu – upychanie wielu rozwiązań w jednej obudowie zawsze generuje jakościowe kompromisy – ostatnimi czasy cieszy się nawet nie dużym, a bardzo dużym wzięciem. Stawiamy jeden element układanki na szafce, podłączamy do niego kolumny i temat obcowania z muzyką kolokwialnie mówiąc mamy ogarnięty. Na ile wybitny jakościowo, zależy oczywiście od danej konstrukcji, ale na spokojnie można stwierdzić, iż zdecydowana większość takich rozwiązań spokojnie broni się soniczną ofertą obrazowania muzyki. Niestety przywołana przed momentem opinia nie zawsze jest tożsama z wyglądem takich wyrobów. Owszem, często są niewielkie i dlatego nawet jak są nieciekawe wizualnie, nie rażą nas w oczy i dlatego je akceptujemy. Na szczęście to nie jest standardem, bowiem coraz częściej konstruktorzy takich desktopowych mini-systemów „all in one” oprócz dobrego dźwięku starają się zaproponować fajny design. Przykłady? Choćby dzisiejszy bohater spod znaku AGD (Audio Group Denmark) w postaci streamera, DAC-a i wzmacniacza w jednym, którego występ wespół z dedykowanymi przez naszego dystrybutora kolumnami Børresen X2 mieliśmy już okazję na naszych łamach opisać. O czym dokładnie mowa? Oczywiście o pochodzącej z Danii, na naszym rynku znajdującej się pod opieką Audio Emotions wielofunkcyjnej konstrukcji Axxess Forté 1.
Rzeczony kombajn jest średniej wielkości, ciekawą wzorniczo prostopadłościenną bryłą. Co w tym przypadku jest ciekawostką, to fakt wykonania obudowy nie z popularnego aluminium, tylko w zgodzie z mottem konstruktorów tego zespołu, z lepiej radzącego sobie ze szkodliwymi wibracjami kompozytu. Front Forté 1 zdominował zorientowany z lewej strony, zajmujący 2/3 jego szerokości, piktogramowy, wielki, czytelny z daleka, ciemnokrwisty wyświetlacz. Obok niego znajdziemy dodatkowo usytuowane pionowo 3 guziki funkcyjne i gniazdo słuchawkowe, zaś całkiem z prawej strony ozdobioną skośnymi nacięciami, wielką gałkę wzmocnienia. Pewnego rodzaju kontynuacją niebanalnej prezencji Axxessa są boczne ścianki, których motywem przewodnim są głębokie wyżłobienia w kształcie litery X. Jeśli chodzi o temat zaplecza przyłączeniowego, ten zrealizowano przy pomocy znajdujących się na zewnętrznych flankach zacisków kolumnowych, wejścia i przelotki liniowej RCA, zestawu wejść cyfrowych USB, COAX, OPTICAL, dwóch wyjść cyfrowych USB, jednego LAN, gniazda serwisowego oraz zestawu gniazda zasilania z bezpiecznika i głównym włącznikiem. W komplecie znajdziemy również systemowego pilota zdalnego sterowania. Miłym akcentem w stronę uzyskania jak najlepszego dźwięku są znajdujące się w narożnikach tak podstawy, jak i górnego panelu obudowy specjalne łoża pod firmowe stopki na bazie kulek. Na takich podczas testu oczywiście stał nasz bohater. Po co zatem taki „myk” na górze? Sprawa jest prosta. Gdybyśmy chcieli rozbudować system i postawić jedno urządzenie na drugim, nie trzeba nic kombinować, gdyż urządzenie jest przygotowane na taki manewr. A jeśli tego nie wykorzystujemy, staje się fajnym akcentem wizualnym. Proste? Proste.
Jak widać na zdjęciach, poszedłem na całość i mimo posiadania na stanie w tym samym momencie znaczenie łatwiejszych do wysterowania kolumn Børresen, zapiałem Axxessowi swoje monstrualne Niemki. Naturalnie cel był jeden, czyli sprawdzenie jak nasz bohater radzi sobie w ekstremalnych warunkach. Z małymi zestawami głośnikowymi już go opisywaliśmy, zatem aby wiedzieć o tej konstrukcji nieco więcej opcja była jedna w postaci Berlin RC-11 Black Edition. Jak myślicie, poległ? Spokojnie, nic z tych rzeczy. Owszem, energii na poziomie stosowanego przeze mnie pieca Gryphona nie dał rady z siebie wykrzesać, ale ku mojemu zaskoczeniu, dzięki wydajnemu zasilaczowi impulsowemu i równie wydajnej pracy zmodyfikowanych przez sekcję inżynierską Axxessa końcówek mocy w klasie „D” podczas całego testu bardzo dobrze sobie radził. Tąpnął niezłym basem, pomasował moje ego fajnie osadzoną w masie średnicą, a wszystko okrasił nieco złagodzonymi, acz odpowiednio dźwięcznymi wysokimi tonami. Bez szukania wyczynowości – konstruktorzy tej stajni wiedzą, iż w niedrogich urządzeniach „all in one” to bardzo ryzykowane, za to z dbałością o pokazanie najważniejszych cech danego gatunku muzycznego. W elektronice spod znaku „Touch” Yello spokojnie wytwarzał sejsmiczne pomruki w moim pokoju, by za moment przeszyć przestrzeń wyrazistymi przesterami, a w innym kawałku popisać się dobrym odtworzeniem damskiej wokalizy. W zasadzie już jeden krążek pokazał, że co jak co, ale ciekawe pokazanie świata muzyki nasz bohater ma wpisane w kod DNA. Jednakże nie byłbym sobą, gdybym nie skonfrontował go z czymś wysublimowanym. Takim materiałem okazała się być najnowsza pozycja oficyny ECM z nieodżałowanym Tomaszem Stańko wespół z wówczas jeszcze współpracującym z nim, późniejszym trio Marcina Wasilewskiego. To bardzo mistycznie zagrana płyta, co sprawia, ze sprzęt musi umieć operować nie tylko z dobrą barwą, ale również umieć oddać tembr brzmienia trąbki, dostojność fortepianu, dobrze zbilansowanie pomiędzy informacjami o strunach i pudle rezonansowym kontrabasu, a na koniec umiejętnie zawiesić dźwięczne przeszkadzajki bębniarza. I kolejny raz ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu udało się całość nieźle zawiesić w moim pokoju. Z niezbędnym oddechem, odpowiednim nasyceniem i stosowną lotnością, co pozwoliło z przyjemnością przesłuchać płytę w całości. Z oczywistych względów wielofunkcyjności, wyglądu i niewygórowanej za Axxessa Forté ceny tę pozycję słyszałem w nieco lepszym wykonaniu, jednak nie oszukujmy się, to początek oferty i jak na ten status w najmniejszym stopniu nie miałem powodów do narzekania. Tym bardziej, że sprawiłem mu ewidentną jazdę bez trzymanki w postaci wymagających kolumn, z którymi suma summarum bardzo dobrze sobie poradził. Z Børresenami X2 z poprzedniego testu wszystko byłoby bardziej wyraziste, jednak to już wszyscy wiedzą, dlatego tak ważny dla w moim mniemaniu jest dobry wynik z inną ligą zespołów głośnikowych. A to dlatego, że pokazuje ewidentną uniwersalność nie tylko w kwestii wielozadaniowości, ale również dobrego radzenia sobie z różnym obciążeniem. Przecież wiadomym jest, że każdy potencjalny nabywca ma już jakiś zestaw kolumn w posiadaniu, dlatego znając potencjał brzmieniowy i mocowy tytułowego urządzenia jedynym problemem do rozwiązania przez danego delikwenta jest kontakt ze sklepem w celach prób na żywym organizmie. A przewrotnie powiem, iż nie zdziwię się gdyby taki ruch okazał się być drogą urządzenia w jedną stronę. Tak, tak, mam na myśli pozostawienie sobie tego Duńczyka na stałe, gdyż mimo rozmiarowej niepozorności jest tego wart.
Czy punkt zapalny dzisiejszego spotkania jest warty głębszego zainteresowania? Cóż, to już moja druga przygoda z nim i drugi raz znakomicie się obronił. W pierwszym występie z uwagi na łatwiejsze kolumny nawet brylował, zaś w drugim pokazał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Do kogo kierowałbym Axxessa Forté 1? To wynika z jego wielofunkcyjności, czyli wszystkich tych, którzy chcą w dobrej jakości posłuchać muzyki i niekoniecznie zabudowywać całej szafki rozbudowanym zestawem audio. Tak tak, w dobrej jakości, gdyż bez naginania faktów oznajmiam, że uzyskana jakość dźwięku jest w pełni adekwatna, a dla wielu z Was może nawet okazać się zaskakująco wysoka w stosunku do jego ceny. A do tego jeszcze świetnie wygląda, co często jest jednym z najważniejszych punktów podczas negocjacji melomana ze swoją drugą połówką. Banał? Bynajmniej, o czym po takich pertraktacjach moich znajomych nie raz się przekonałem.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Emotions
Producent: Audio Group Denmark
Ceny
Axxess Forté 1: 22 900 PLN
Axxess Noir (stopki antywibracyjne / 4 szt): 2 490 PLN (cena bez kulek)
Dane techniczne
Wejścia cyfrowe: Toslink; BNC S/PDIF (32-192kHz /16-24 bit), MQA; USB B (PCM 32-384kHz / 16-32 bit, MQA, DSD64/DSD128)
Wyjścia: Pre out – RCA; słuchawkowe 1/4″ jack
Łączność: 1 x LAN RJ-45; 2 x USB A (Max. pojemność dysku 2 TB).
Wejścia analogowe: para RCA
Moc wyjściowa: 2 x 100 W / 8 Ω
Wymiary (S x G x W): 370 x 420 x 110 mm
Waga: 7,9 kg
Opinia 1
Idąc za ciosem i jednocześnie dowodząc słuszności tezy o coraz lepszej kondycji tak płyt, jak i odtwarzaczy CD po paskowym, acz pod względem interfejsów i funkcjonalności nad wyraz klasycznym, „Cześku”, czyli C.E.C.-u CD2N przyszła pora na kolejny odtwarzacz ww. „zmurszałego” formatu. Żeby jednak nie było zbyt monotematycznie, tym razem na tapet wzięliśmy zaskakująco kompletne i wszechstronnie uzdolnione urządzenie w pełni zasługujące na miano prawdziwego kombajnu zdolnego nie tylko odtworzyć srebrne krążki, leż również pełnić rolę DAC-a, streamera i o ile do pełni szczęścia wystarczą nam aktywne kolumny, bądź końcówka mocy ich pasywne rodzeństwo napędzająca, to również przedwzmacniacza, lub jak to z pewnością określą nomenklaturowi ortodoksi źródła o regulowanym napięciu wyjściowym. Mowa o dość regularnie pojawiającym się na naszych łamach angielskim wytwórcy – Data Conversion Systems Ltd (dCS) i jego propozycji na stricte high-endową integrację, czyli „sieciowy odtwarzacz CD z opcją upsamplingu” Rossini Apex Player. Jeśli zastanawiacie się Państwo, czy takie nagromadzenie dóbr wszelakich w jednym korpusie niczym bakalii we włoskiej babie Panettone w czasach, gdy jak mantrę część złotouchych pomazańców powtarza, że jedynie w ścisłej specjalizacji a więc rozdrabnianiu i dzieleniu niemalże na atomy składowych systemu należy upatrywać szansy osiągnięcia audiofilskiej nirwany ma sens nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was na ciąg dalszy.
Ograniczając się li tylko do portfolio dCS-a śmiało można uznać, iż tytułowy RAP (Rossini Apex Player) to nic innego jak połączenie, oczywiście pod względem funkcjonalnym, gdyż Rossini, to jednak oczko niższa półka aniżeli Vivaldi, Vivaldi APEX DAC-a, Vivaldi Upsampler Plus i „szuflady” z Vivaldiego CD/SACD Transport. Jak jednak z pewnością czujni Czytelnicy zauważyli nasz dzisiejszy gość czyta jedynie krążki zgodne z „Czerwoną Księgą”. Niemniej jednak wachlarz możliwości RAP-a najdelikatniej rzecz ujmując nie pozwala na obojętność.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od tego, co widać gołym okiem a więc aparycji, której inaczej aniżeli firmową określić nie sposób. Masywny korpus wykonano z solidnych płyt z aluminium lotniczego i dodatkowo wygłuszono od wewnątrz specjalnymi panelami/matami. Jakby tego było mało front może pochwalić się po wielokroć większą od reszty ścian grubością a to z powodu charakterystycznej łukowatej wypukłości stanowiącej bazę dla szuflady transportu (Stream Unlimited JPL-2800 SilverStrike) w swym centrum i schodkowo schodzącym falistym podfrezowaniom. Lewą flankę zajął ukryty za czernionym akrylem błękitny wyświetlacz a prawą zestaw siedmiu niewielkich przycisków funkcyjno-nawigacyjnych, oraz toczona multi-funkcyjna gałka.
Ściana tylna prezentuje się nad wyraz atrakcyjnie kusząc bogactwem przyłączy. I tak, patrząc od lewej do dyspozycji otrzymujemy wyjścia analogowe w formacie XLR i RCA, które można wykorzystywać jednocześnie, z kolei sekcja cyfrowa obejmuje zdublowane gniazda AES/EBU, które mogą być wykorzystywane standardowo, jak i jako Dual AES, koaksjala, BNC, gniazdo optyczne, gniazda USB typu A i B, duet portów Ethernet RJ-45 i tercet złącz zegarowych BNC. Listę zamykają zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC oraz firmowy Power Link wykorzystujący wielopinowe złącze RS232. Zgodnie z zarezerwowaną dla wyższej półki dCSa tradycją w komplecie znajdziemy imponujących rozmiarów (niemalże 30cm długości i 450g wagi) pilot zdalnego sterowania, z którym może konkurować jedynie Meridianowy MSR+ (link). Całe szczęście dCS-owa „belka” stabilnie leży na stole a większością (wszystkimi) nastaw i funkcji z powodzeniem zawiadywać można z poziomu dedykowanej aplikacji dCS Mosaic dostępnej zarówno na smartfony/tablety pracujące pod kontrolą iOSa, jak i Androida. To właśnie przez nią zasilimy RAP-a kontentem najpopularniejszych radiowych rozgłośni internetowych, jak i serwisów (m.in. Tidal, Tidal Connect, Spotify, Spotify Connect, Deezer, Qobuz). Oczywistą oczywistością jest również kompatybilność z Roonem i AirPlay.
Od strony technicznej jedynie przypomnę, że ekipa dCS-a zamiast zdawać się na zewnętrzne, ogólnodostępne kości globalnych hegemonów w stylu AKM, czy ESS od lat rozwija własną platformę Ring DAC™ – tym razem w jej najnowszej inkarnacji APEX. Pokrótce jej działanie polega na tym, że upsamplowany 24-bitowy sygnał PCM o częstotliwości próbkowania 706,8 lub 768 kHz (zależnie od sygnału źródłowego) trafia do 5-bitowego modulatora delta-sigma, który zwiększa jego częstotliwość próbkowania do 5,644 lub 6,14 MHz. Następnie z pasma akustycznego odfiltrowywany jest cały szum kwantyzacji. Ring DAC™ wykorzystuje rezystory poprzedzone zamkami (latches), które przekształcają sygnał prądowy w napięciowy. Tak powstałe 48 źródła prądowe mają jednakową wagę (wartości) co sprzyja uśrednieniu w czasie błędów konwersji pojedynczych bitów. Jednak w przeciwieństwie do klasycznych przetworników R2R, Ring DAC™ używa różnych źródeł prądowych dla tych samych bitów w poszczególnych cyklach (próbkach) konwersji. Zatem ten sam bit danych może dawać nieco inną odpowiedź, w zależności od momentu konwersji (próbki). Całym procesem „mapowania” zawiaduje programowalny układ scalony FPGA Xilinx Spartan, który indywidualne błędy konwersji uśrednia w czasie wykorzystując zaawansowane algorytmy mappera. W aktualnej wersji APEX Ring DAC-a dostępne są wybierane w menu trzy nastawy mappera – fabryczny MAP1 (ustawiony na przetwarzanie z dowolną szybkością pomiędzy 5,644 MHz (44,1 kHz x 128) a 6,144 MHz (48 kHz x 128), w zależności od podstawowej częstotliwości próbkowania sygnał wejściowy); klasyczny – znany z poprzednich wersji dCSów MAP2 (prędkość przetwarzania wynosi od 2,822 MHz (44,1 kHz x 64) i 3,072 MHz (48 kHz x 64)) i MAP3 (prędkość przetwarzania na jednym poziomie pomiędzy 5,644 MHz (44,1 kHz x 128) a 6,144 MHz (48 kHz x 128)). Do tego dochodzi nad wyraz rozbudowana i również dostępna z poziomu menu/aplikacji filtracja – 6 filtrów dla PCM i 4 dla DSD.
No dobrze, skoro cyferki i elektroniczne zawiłości niewiele o walorach sonicznych są w stanie powiedzieć proponuję technikalia jednak zostawić inżynierom a bezlik nastaw jednostkom cierpiącym na nerwicę natręctw. My za to skupmy się na tym, co najważniejsze, czyli właśnie brzmieniu naszego gościa. W tym momencie z jednej strony korci mnie, by potraktować go globalnie i spojrzeć na niego całościowo, lecz z drugiej czuję w kościach, ze takie uproszczenie będzie dla niego nieco krzywdzące. Chodzi bowiem o to, że RAP jest przede wszystkim odtwarzaczem CD i właśnie ze srebrnych krążków jest w stanie wycisnąć więcej „gęstego”, niż Pudzian ze ściskanej pomarańczy. Dostajemy bowiem niesamowitą energię i rozdzielczość, które początkowo potrafią wręcz onieśmielić swą intensywnością i namacalnością. Znika niewidzialna woalka oddzielająca nas od operujących na scenie muzyków a my sami trafiamy w samo oko cyklonu. „Not the End of the Road” Kissin’ Dynamite zabrzmiało z jeszcze większą werwą i soczystością aniżeli z mojego dyżurnego Vitka, co wydawało mi się do tej pory dość trudne do osiągnięcia. Cały myk polegał bowiem na tym, że dCS nieco lepiej zarządza energią od mojego Duńczyka, przez co nawet najniższe składowe nie są delikatnie, ale jednak zauważalnie nie tyle poluzowane, co nieco cofnięte / tonizowane. Angielski kombajn „łupie” zatem aż miło od najwyższych po najniższe częstotliwości, więc jeśli tylko czegoś Państwo nie usłyszycie, to nie będzie to z jego winy a reszty Waszego toru. Nie jest to jednak loudnessowa maniera podbijania skrajów, lecz tak jak wspomniałem zachowanie pełnego ładunku energetycznego i właściwe nim zarządzanie. O ile jednak przy hard-rocku jest to dość prozaiczna czynność odpowiedzialna przede wszystkim za drajw i bezpośredniość przekazu, to już przy nieco łagodniejszych klimatach zaczynają się schody, gdyż zbyt niefrasobliwe wyrywanie do przodu i niekontrolowane zastrzyki adrenaliny najdelikatniej rzecz ujmując zabijają nastrój i zmysłową klimatyczność. A tymczasem dCS i w takim anturażu potrafił się odnaleźć. Dzięki czemu nawet dość miałkie i oparte głównie na pardon my french „miauczącym” wokalu Lisy Ekdahl „Grand Songs” nie dość, że okazały się idealnym tłem niedzielnego leniuchowania, to dalekie były od jednostajnej i monotonnej nudy powodującej klejenie się powiek. Zaakcentowana bowiem została mikrodynamika, podskórny rytm i świetna, iście holograficznej trójwymiarowości sceny. Proszę tylko zwrócić uwagę na otwartość i definicję fortepianu, który z raz potrafił budować romantyczne tło, by po chwili pokazać pazur świadomie utwardzoną i lśniąca górą.
Przesiadka na pliki, przy jednoczesnym bazowaniu na tym samym repertuarze co prawda pokazała, że sekcja streamera, choć raczej (o czym dosłownie za chwilę) sam stream z chmury (Tidal) nie ma za bardzo startu do nośników fizycznych, to jednak zachowuje zarówno firmową rozdzielczość jak i witalność dCS-a. Może nie ma takiej głębi i swobody co płyty CD, ale jeśli nie dokonujemy bezpośrednich porównań 1:1, to naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić. Ba, nawet sparring z zewnętrznym transportem plików Lumin U2 Mini z zewnętrznym, liniowym zasilaniem Farad Super3 pokazał, że dCS absolutnie niczego nie musi się wstydzić, choć akurat ergonomię obsługi azjatyckiego malucha, zapewne z racji wieloletniego przyzwyczajenia oceniam nieco wyżej. Pewnym panaceum jest oczywiście bezpośrednie podpięcie nośnika pamięci i jeśli tylko posiadamy „koszernie” zripowane / zakupione pliki to progres w porównaniu do popularnych serwisów będzie aż nadto zauważalny. Niemniej jednak śmiało można uznać, że tak sekcja streamera, jak i wejścia cyfrowe w RAP-ie nie znalazły się z musu, czy też przez przypadek, lecz stanowią pełnoprawne i wysoce satysfakcjonujące opcje użytkowe. Ba, patrząc z perspektywy blisko dwutygodniowych testów śmiem twierdzić, że nawet traktując naszego gościa jako pełnowymiarowy streamer da się racjonalnie wytłumaczyć sens uszczuplenia domowego budżetu o dość zauważalne 165,5 kPLN. Jak się bowiem okazuje Rossini sprawia, że niezależnie od źródła i postaci cyfra brzmi wprost obłędnie i uzależniająco a jeśli już skażona jest technicznym/post-produkcyjnym upośledzeniem, to angielski kombajn choć o owej dolegliwości nie omieszka nas poinformować, to zrobi to z wrodzonym taktem i empatią niespecjalnie czując potrzebę piętnowania ewentualnych niedociągnięć. Stoi to niejako w sprzeczności z obiegową i przynajmniej do niedawna powszechną opinią o zbytniej analityczności i bezduszności dCS-ów, a RAP jest tego nader namacalnym dowodem. Aby jednak do owych wniosków dojść trzeba go na spokojnie posłuchać a nie bezrefleksyjnie powtarzać zasłyszane i niepotwierdzone opinie.
W ramach podsumowania pozwolę sobie przewrotnie stwierdzić, że śmiało możemy założyć, że dCS Rossini Apex Player może nie jest najlepszym dostępnym na rynku High End źródłem, gdyż przecież ponad nim znajduje się jeszcze Vivaldi a tuż za rogiem czai się operujący w cenowej stratosferze Vadax, lecz owego absolutu jest niebezpiecznie bliski. Jest przy tym nie tylko ze wszech miar kompletnym źródłem cyfrowym radzącym sobie tak ze srebrnymi krążkami, jak i plikami formatów wszelakich, co z powodzeniem może pełnić rolę cyfrowego centrum zarządzania naszym rozbudowanym systemem jednocześnie eliminując potrzebę posiadania dodatkowego przedwzmacniacza. Czy można życzyć sobie czegokolwiek więcej? Malkontenci pewnie stwierdzą, ze jak najbardziej, jednak osobiście nie miałbym nic przeciw, żeby RAP zagościł u mnie na stałe dzięki czemu mógłbym nieco ograniczyć ilość komponentów w coraz bardziej rozrastającym się systemie. A jak będzie u Państwa? Cóż, nie śmiałbym wysnuwać jakiś zbytnio autorytatywnych sądów, ale kontakt z tytułowym dCS-em może okazać się dla Was końcem poszukiwań i zarazem nastaniem ery względnego spokoju, gdy ewentualne dylematy dotyczyć będą wyłącznie tego, czy dany repertuar „poleci” z „chmury”, prywatnych zasobów sieciowych, czy też nośnika fizycznego. Oczywiście część z Was dokona jeszcze dedykowanych poszczególnym albumom nastaw filtrów i mapowań, jednak większość po wybraniu optymalnej uniwersalności zapomni o temacie. Czego z resztą szczerze Wam życzę.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Być może dla wielu z Was zabrzmi to dziwnie – naturalnie znając jakościowy status tego podmiotu, ale z przykrością muszę stwierdzić, iż tytułowy dCS nie jest marką tak zwanego pierwszego wyboru. Jednak natychmiast wyjaśniając przyczynę tego przewrotnego stwierdzenia dodam, że powodem takiego stanu rzeczy jest prozaiczny problem związany z ceną za tak zaawansowane technicznie i brzmieniowo produkty. Nie jest tanio, ale nikt przecież nie powiedział, że życie audiomaniaka będzie usłane różami. Jednak bez względu na to, czy kogoś stać, czy nie, jestem wręcz pewny, że wielu z Was ciekawi, jak sonicznie wypada stosunkowo niedawno odnowiona wersja drugiego od góry źródła angielskiej marki. O czym mowa? Panie i panowie, po ostatnich ustaleniach z łódzkim Audiofastem w nasze skromne progi trafił odtwarzacz CD oraz streamer w jednym, czyli pochodzący z Wysp Brytyjskich dCS Rossini Apex CD Player/Streamer. Kogoś interesuje, jak poradził sobie z gąszczem różnorodnego materiału? Jeśli tak, to zapraszam na kilka refleksji z procesu testowego.
Jak pokazują fotografie tytułowy player, to zbudowana jak czołg z aluminiowych płatów, jednak od strony wizualnej prezentująca wyszukane piękno, ozdobiona trójwymiarowo wizualizowanym frontem z motywem wariacji rozwibrowanej fali, sporej wielkości, jak na źródło cyfrowe ciężka jak diabli, prostopadłościenna skrzynka. Wspomniany awers oprócz technik designerskich w odpowiedzi na wykonywane zadania został wyposażony w zorientowany na lewej stronie dość czytelny wyświetlacz, w centrum tackę z szufladą dla płyt kompaktowych, z prawej strony dwa rzędy guzików funkcyjnych i całkiem z prawo średniej wielkości gałkę regulacji wzmocnienia sygnału wyjściowego. Jeśli chodzi o zaplecze przyłączeniowe, w przypadku Apex-a Rossiniego możemy powiedzieć jedno: czym chata bogata. Licytując się dobrami od lewej strony na plecach widzimy wyjścia analogowe XLR i RCA, bogaty zestaw wejść cyfrowych w liczbie dwóch SPDIF, pary AES/EBU, OPTICAL, 2 x USB, 2 x LAN i trzy zegarowe. Całość wieńczy zintegrowane z bezpiecznikiem i głównym włącznikiem gniazdo zasilania IEC. Temat wyposażenia startowego opiewa na komplet okablowania od sieciowego, przez analogowe, po cyfrowe oraz systemowego, pozwalającego wywołać wszelkie dostępne funkcje pilota zdalnego sterowania. Kreśląc kilka zdań o najistotniejszych technikaliach, w przypadku naszego bohatera mamy do czynienia z programowalnym, udoskonalonym w 2022 roku przetwornikiem typu APEX Rind Dac. Na pokładzie znajdziemy jeszcze dwa znane z przetwornika Vivaldi DAC 2.0 filtry MAP1 i MAP3, możliwość wielostopniowego oversamplingu DXD z opcją upsamplingu do DSD pozwalającą na wybór jednego z filtrów DSP i DSD. Natomiast dla wielu minimalistów sprzętowych chyba najważniejszą jest wiedza, że nasz bohater oprócz czterech stałych stopni poziomu wzmocnienia wyjścia analogowego na poziomach 0.2, 0.6, 2 i 6 V za pomocą gałki na froncie lub guzika na pilocie daje możliwość płynnej regulacji wolumenu sygnału analogowego w całym zakresie głośności.
Dotarłszy do części opisującej brzmienie naszego bohatera z przyjemnością oznajmiam, iż Rossini Apex to pełnokrwisty dCS. Odważny w pokazaniu krawędzi dźwięku, bezkompromisowy w dziedzinie oddania szybkości narastania sygnału, dzięki czterem różnym poziomom wzmocnienia sygnału wyjściowego wielofunkcyjny w temacie pracy z szerokim zakresem urządzeń innych producentów, za sprawą wielu filtrów pozwalający dostroić finalne brzmienie do swoich preferencji i chyba najważniejsze, że jako feedback ostatniego udoskonalenia Ring DAC-a pełen oferującej znakomity pakiet informacji, za sprawą dobrej wagi jak nigdy wcześniej energetycznej średnicy. Przyznacie, że jego postać prezentuje się bogato. Jednak gdy cała początkowa wyliczanka prawdopodobnie wszystkim od lat jest znana – to brzmieniowa esencja poczynań tego producenta. Dlatego to mój przetwornikowy numer jeden, a dla mnie i najprawdopodobniej dla Was najważniejszą informacją jest część o obecnie dobrze osadzonej w masie, bogatej w mikrodetale średnicy. To dla wielu wielbicieli nawet nie bardzo esencjonalnego, ale już nieco podkręconego w tej kwestii środka pasma była piętą achillesową tych konstrukcji. Wszystko niby było ok., jednak często w bardziej intymnych prezentacjach brakowało wypełnienia w najważniejszym dla naszego ucha zakresie częstotliwości. Ja poradziłem sobie z tym stosując transport innego producenta i precyzując taktowanie sygnału pomiędzy nimi, a tym samym minimalizując tak zwany jitter poprzez zewnętrzne zegary. Niestety wielu naszych pobratymców z powodu braku wymaganej esencjonalności średnicy w pakiecie startowym już podczas typowania potencjalnych konstrukcji do odsłuchu bojąc się nadmiernych problemów konfiguracyjnych zarzucało próby testowe z omawianym playerem. Na szczęście wspomniana sytuacja po działaniach konstruktorów wokół zagadnienia przetwornika D/A z automatu odeszła w niebyt. Owszem, nadal mamy do czynienia z rasowym dCS-em – odsyłam do wyartykułowanej wcześniej wyliczanki, co dla piewców rozpływania się w oparach muzycznego syropu może nadal być czynnikiem in minus, jednak już w swej prezentacji dalekim od znanego nam „suchotnika”. To ostatnie określenie jest oczywiście mocno przerysowane, ale użyłem go, bowiem nie raz pośród znajomych usłyszałem o tej marce taką właśnie opinię. Na szczęście to przeszłość, co na przykładzie kilku płyt postaram się udowodnić.
Jak zaznaczyłem, mamy do czynienia z odtwarzaczem dalekim od mydlenia oczu, dlatego chcąc sprawdzić jego możliwości na pierwszy ogień na tapet trafił wyrazisty Rammstein z krążkiem „Zeit” https://tidal.com/browse/album/226311161 . Pełen energii, mocnego prowadzenia mięsistego basu, ale również głębokiej w esencji wokalizy. Jak sobie poradził? Cóż, kolokwialnie mówiąc nie brał jeńców, tylko z wrodzoną sobie wyrazistością pokazał nie tylko pełne energii, znakomicie taktowane poszczególnymi uderzeniami perkusji widowisko instrumentalne, ale również w punkt doprawił je znakomicie wysyconym, przez to pełnym ekspresji, bo śpiewanym z pełnych płuc charyzmatycznym wokalem. Taki odbiór wywoływał u mnie dosłownie każdy następujący utwór. Jednak gdybym miał określić ten najbardziej poruszający, prawdopodobnie z uwagi na przekaz okazał się tytułowy kawałek „Zeit”. Wyszedł z tego pewnego rodzaju protest-song, z tą tylko różnicą, że nie w opozycji do zwyczajowego ustroju społecznego, a nieubłaganie mijającego naszego jestestwa na tym ziemskim padole. Naprawdę to było mocne. Może nieco mniej intymne niż z gramofonu – powód chyba jasny, analogowe podanie muzyki w tym aspekcie dla mnie jest nie do pobicia, ale dzięki pełnej kontroli całego, obecnie bardzo spójnie zaprezentowanego pasma z dobrym wypełnieniem i barwą, całość wypadła bardzo przekonująco.
Innym ciekawie odebranym krążkiem była kompilacja muzyki sakralnej według Jana Garbarka z formacją The Hillard Ensemble „Officium”. A ciekawie dlatego, że wbrew pozorom to dość trudna do dobrej interpretacji brzmieniowej płyta. Wymagający od elektroniki pokazanie drewna w stroiku saksofon i cztery oddające ducha śpiewanych tekstów męskie wokale. A i to nie wszystko, gdyż dodatkowym, jakże istotnym medium tego wydawnictwa jest kubatura goszczącego muzyków klasztoru, co sprawia, że źródło musiało nie tylko dobrze pokazać się od strony odpowiedniej wagi dźwięku, ale również rozdzielczości i rozmachu prezentacji całego spektaklu muzycznego. Na szczęście dwa ostatnie aspekty Rossini miał wpisane w kod DNA, dlatego jedyną niewiadomą wydawała się być kwestia pokazania niuansów średnicy, w której tak naprawdę najwięcej się działo. I wiecie co? Działo się. Tak wspomniany dęciak, jak i wokaliści nie tylko zabrzmieli iście imponująco, ale również wspomagające je w nadaniu duchowej ekspresji echo znakomicie wynosiło ich popisy pod wysokie sklepienie. Na tyle namacalnie, że odnosiłem wrażenie osobistej wizytacji tej sesji nagraniowej. A przecież to tylko cyfrowa próba odtworzenia tamtego czasu, co pokazuje, jak krok po kroku angielscy inżynierowie zbliżają nas do prawdy zapisanej na bazie zer i jedynek.
Puentując powyższy opis procesu testowego pierwsze co ciśnie mi się na usta, to wyraźne zaznaczenie, iż dotychczasowy, oszczędny w energię średnicy dCS odszedł na emeryturę. Obecnie jego miejsce zajęła seria Apex, której przedstawiciel w postaci modelu Rossini dobitnie pokazał, że jeśli chodzi o ten zakres, możemy nim nawet przestawiać ściany. Naturalnie tylko wówczas, gdy będzie tego wymagał materiał. A że opisane przeze mnie dwa raczej wykorzystywały środek pasma do odpowiedniego doprawienia przekazu, przy wsparciu dotychczasowych zalet konstrukcji tego brandu w postaci zwarcia i dobrego timingu prezentacji okazało się, że Rossini Player bez problemu potrafi odnaleźć się w skrajnych od siebie nurtach muzycznych. Czy to oznacza jego bezwarunkową uniwersalność nawet bez oglądania się na oczekiwania potencjalnego nabywcy? Otóż z małym wyjątkiem jest na to szansa. Jaki to wyjątek? Już o tym wspominałem. Niestety dCS nie pójdzie drogą nazbyt zaokrąglonego, na dłuższą metę nudnego podania muzyki. Pokaże ją zawsze od strony niesionej przez nią ekspresji. Owszem, czasem w estetyce większej esencjonalności, ale nigdy przekraczając granic dobrego smaku. Dlatego piewcy magii środka pasma ponad wszystko kosztem kontroli i rozdzielczości z naszym bohaterem mogą nie mieć po drodze. Czy to problem? Spokojnie, to po prostu życie z jego różnorodnością oczekiwań każdego z nas. Nic nowego.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: dCS
Cena: 165 500 PLN
Dane techniczne
Typ urządzenia: Sieciowy odtwarzacz CD z opcją upsamplingu
Rodzaj przetwornika: dCS Ring DAC™
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR
Napięcia wyjściowe: 2V lub 6V rms ustawiane w menu
Wejścia cyfrowe: RJ45 (24 bit / 384kHz, DSD128); USB 2.0 typu B (24 bit / PCM 384kHz, DSD128 w formacie DoP); USB typu A (24 bit / 384kHz, DSD64); 2x AES/EBU (24 bit / 192kHz; DSD/64 w formacie DoP; jako podwójna para AES 24 boit / 384kHz, DSD 128); Koaksjalne, BNC (24 bit / 192kHz; DSD/64 w formacie DoP); Toslink (24 bit / 96kHz)
Mechanizm: Stream Unlimited JPL-2800 SilverStrike, z aluminiową tacą napędu
We/wy zegara: 2 wejścia BNC; wyjście Word Clock BNC
Szum resztkowy 16bit > -96dB0; 241 bit > -113dB0
Przesłuch międzykanałowy: > -115dB0
Filtry
– Tryb PCM: do 6 filtrów zapewniających różne odcięcia pomiędzy tłumieniem obrazu Nyquista a przenoszeniem fazy.
– Tryb DSD: 4 filtry progresywnie redukujące poziom szumu poza pasmem audio.
Pobór mocy: 26 W; 35 W maximum
Wymiary (S x G x W): 444 x 435 x 151 m
Waga: 17,4 kg
Po „analogowych” wersjach NCF Clear Line RCA i XLR ekipa Furutecha raczyła była zająć się domeną cyfrową a tym samym pochwalić się kolejnymi oczyszczaczami pod postacią NCF Clear Line USB & Lan.
cdn. …
Opinia 1
Wygląda na to, że najwyższa pora przestać owijać w bawełnę, zaklinać rzeczywistość i bezrefleksyjnie przystawać na banialuki wygłaszane przez nawiedzonych trendsetterów o zmierzchu, żeby nie powiedzieć śmierci srebrnych krążków, czyli poczciwej płyty CD. Skoro nabywcy nadal uparcie po nie sięgają a na rynek co i rusz trafiają kolejne odtwarzacze, to jasny znak, że wszystko wraca do normy i wbrew wcześniejszym prognozom, podobnie jak w przypadku winyli, dla każdego z formatów starczy miejsca przy przysłowiowym stole. I nie, nie oznacza to, że na czarnych i srebrnych płytach świat się kończy, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje dominacji plików, ale podejście do nich to nieco inna bajka aniżeli kontakt z nośnikiem fizycznym. I właśnie w ramach dzisiejszego spotkania spróbujemy dzięki sprawcy całego zamieszania połączyć analogową celebrację z cyfrowym źródłem dźwięku. Jak? Po japońsku, czyli kręcąc płytą CD za pomocą napędu paskowego i przy okazji stabilizując dociskiem, którego mógłby pozazdrościć niejeden gramofon. O kim a raczej o czym mowa? O najnowszym zintegrowanym odtwarzaczu CD C.E.C. CD2N, na test którego serdecznie zapraszamy.
Zgodnie z magazynową wyszukiwarką od naszej ostatniej recenzji dzielonych „zerówek” C.E.C.-a upłynęło ponad … siedem a od zintegrowanej, lecz radzącej sobie również z nośnikami SACD 5-ki dziewięć lat, więc śmiem twierdzić, że nadrobienie zaległości i własnouszna weryfikacja co w trawie piszczy i co w tzw. międzyczasie japońskim paskolubom udało się wysmażyć już dawno temu stała się palącą koniecznością. Dlatego też, gdy tylko doszły nas słuchy o spodziewanej dostawie pachnących fabryką nowości z Kraju Kwitnącej Wiśni czym prędzej zgłosiliśmy się do katowickiego RCM-u informując o pełnej gotowości i wolnych mocach przerobowych. Nie spodziewaliśmy się jednak, iż w nasze ręce trafi urządzenie, którego faktem istnienia sam producent niespecjalnie się chwali. Nie sposób bowiem odnaleźć je zarówno na japońskiej jak i anglojęzycznej stronie z wydawać by się mogło pełną ofertą C.E.C. Ba, tak po prawdzie namierzyć mi się je udało dopiero w sekcji z prasowymi newsami, we wstawce datowanej na 11 kwietnia 2024 zawierającej li tylko cztery fotografie z dopiskiem, iż jest to model przeznaczony wyłącznie na eksport. Jakby tego było mało sam dystrybutor dał nam do zrozumienia, że otrzymaliśmy egzemplarz „niemalże produkcyjny”, gdyż Japończycy cały czas biją się z myślami, czy finalną wersję pozostawić w takiej – widocznej na powyższych zdjęciach postaci, czy jednak wpisać się w obowiązujące zasady gry i rozszerzyć funkcjonalność 2-ki o cyfrowe interfejsy wejściowe pozwalające na współpracę z zewnętrznymi transportami plików, czy też odbiornikami TV, czego jesteśmy żarliwymi orędownikami, tym bardziej, że nieco uprzedzając fakty i uchylając rąbka tajemnicy, na ścianie tylnej gniazdo USB i optyczne spokojnie powinny się zmieścić a dołączany, systemowy pilot już stosowne przyciski posiada.
Wracając do meritum i skupiając się na aparycji naszego gościa jasnym jest fakt obcowania z klasycznym top-loaderem, w którym komora napędu dostępna jest na płycie górnej i chroni ją przesuwna, szklana pokrywa. Krążki CD umieszczamy na osi silnika i stabilizujemy masywnym – 380 g mosiężnym dociskiem o imponującej 12 cm średnicy.
Wykonany z płata szczotkowanego aluminium front zdobi centralnie umieszczony błękitny wyświetlacz oraz rządek sześciu, umieszczonych pod nim, przycisków nawigacyjnych uzupełniony o okupujący lewy narożnik włącznik główny. Plecy również śmiało możemy uznać za oazę spokoju, patrząc od lewej mamy po parze wyjść analogowych w formacie RCA i XLR, gniazdo zegarowe BNC, sekcję wyjść cyfrowych obejmującą AES/EBU, koaksjalne i optyczne, oraz gniazdo zasilające IEC. O pilocie już wspominałem, lecz mieliśmy to szczęście, iż oprócz standardowego, plastikowego (RU-219) w pudełku znaleźliśmy również zauważalnie lepiej pasujący do jednostki głównej aluminiową alternatywę – RU-220. Urządzenie dostępne jest w dwóch wersjach kolorystycznych – srebrnej i czarnej, więc z dopasowaniem do reszty posiadanego systemu nie powinno być problemu.
Od strony technicznej o 2-ce wiadomo niewiele. Ot, to co widać gołym okiem, czyli że mamy do czynienia z top-loaderem o napędzie paskowym i to, czym raczył był pochwalić się sam producent, czyli wykorzystaniem w roli przetwornika układu Sabre ESS ES9028PRO oraz dwustopniowego upsamplingu – do 88,2 lub176,4 kHz. Ponadto zgodnie z tradycją 2-ka może pochwalić się obecnością pary cyfrowych filtrów – „FLAT” – o super liniowej charakterystyce częstotliwościowej do 20 kHz, oraz „PULSE” – zoptymalizowanego pod kątem dzwonienia i impulsów z łagodniejszym tłumieniem poniżej 20 kHz.
Zabierając się za odsłuchy zachodziłem w głowę jak po tak długiej przerwie, Jacka „Zerówki” nie liczę, bo to zupełnie inna liga a zarazem sam transport, odnajdę brzmienie „Czesia”. Kierując się wcześniejszymi doświadczeniami logika podpowiadałaby upatrywania protoplasty w poczciwej 3-ce, jednak ponad dekada w cyfrze to przepaść i to pomimo pozostania w kręgu Sabre (w CD3N siedział ESS ES9008), jednak życie nauczyło mnie, by niczego, absolutnie niczego nie zakładać z góry, bo zderzenie oczekiwań z szarą rzeczywistością potrafi być nad wyraz bolesne. Dlatego też wyszedłem z założenia, że trzeba dać naszemu gościowi przysłowiową carte blanche i zobaczyć / usłyszeć co wyjdzie w praniu. A wyszło całkiem sporo … dobrego. Przede wszystkim nawet na dość dalekim od audiofilskiego wymuskania wiekowy, stanowiący miłą mym uszu mieszankę symfoniczno-neoklasycznego progmetalu z thrashem „The Divine Wings of Tragedy” Symphony X wszystko było na swoim miejscu począwszy od obłąkańczych temp, poprzez połamane linie melodyczne i iście apokaliptyczne riffy walczące o palmę pierwszeństwa z misternie tkanymi partiami klawiszy, jak i perkusyjnymi galopadami. I właśnie owe galopady chciałem w pierwszej kolejności zweryfikować, gdyż o ile o barwę i koherencję w przypadku „Czesia” byłem spokojny, to właśnie oddanie pędzącej z prędkością światła motoryki nie zawsze było priorytetem japońskich odtwarzaczy. Tymczasem CD2N zaskakująco dziarsko stukał, łupał i łomotał zachowując nie tylko właściwy ciężar, ale i kontur oraz zróżnicowanie najniższych składowych. Nie gubił się i nie szedł na skróty w kulminacyjnych momentach, tylko z może nie zegarmistrzowską, lecz wysoce satysfakcjonującą precyzją i skrupulatnością informował o rozgrywających się na scenie wydarzeniach. Oczywiście bezpośrednie porównanie z moją dyżurną 25-ką Vitusa wskazywało na pewne osłabienie energii i rozdzielczości skrajów reprodukowanego pasma, jednak biorąc pod uwagę różnicę cen obu odtwarzaczy nie widzę najmniejszego powodu do robienia z tego jakiegoś kluczowego zagadnienia. Jak łatwo się domyślić i zgodnie z tym, co wcześniej sygnalizowałem urzekająco wypadają na CD2N wszelkie partie wokalne i to zarówno jeśli chodzi o anielskie pienia w stylu iście queenowskich chórków rozpoczynających tytułowy, ponad 20-minutowy „The Divine Wings Of Tragedy”, jak i groźne solowe porykiwania Russella Allena, który co i rusz udowadnia, że płuca ma niczym miech kowalski, co biorąc pod uwagę jego inspiracje legendarnym Ronnie Jamesem Dio dają fenomenalny efekt finalny.
Z podobną atencją japoński dyskofon pochyla się nad barwą, konsystencją i bryłami naturalnego instrumentarium. Zarówno na „The John Adams Album” w wykonaniu Orchestre Symphonique De Montreal pod batuta Kenta Nagano, jak i „The Gathering” Geri Allen soczystość i konsystencja aparatu wykonawczego w pełni zasługiwały na miano iście analogowych. Blachy lśniły złotym blaskiem, drewno czarowało głębią i dojrzałością barw i, co wcale nie jest takie oczywiste, zamiast asekuracyjnej gładkości japoński odtwarzacz nie bał się oddawać natywnej szorstkości smyczków, czy też, gdy wymagał tego materiał delikatnego utwardzenia dęciaków potrafiących ukłuć w ucho.
A jaki wpływ na brzmienie mają firmowe dodatki czyli upsampling i dwa profile filtracji? Cóż, zacznę od końca. Otóż Pulse w porównaniu z Flat daje, jak z resztą sama nazwa sugeruje więcej energii i blasku. Co prawda nawet z ni, C.E.C. nadal nie osiąga takiej holografii i precyzji w oddawaniu dalszych planów i ilości powietrza, co 25-ka Vitusa, jednak wyraźnie się do niej zbliża. Niemniej jednak jasnym jest, że C.E.C. stawia na koherencję całości i atrakcyjność pierwszych planów oraz barwę budując na nich swoją narrację.
Podobnie jest z upsamplingiem, gdzie „podbicie” do 88,2kHz oznacza krok a do 176,4 kHz dwa w kierunku poprawy rozdzielczości i otwarcia dźwięku, więc w zależności od krążka akurat kręcącego się w odtwarzaczu swobodnie możemy wpływać na jego finalny odbiór delikatnie zmieniając akcenty na poszczególnych jego składowych dostosowując jego brzmienie tak do samej realizacji, jak i naszych oczekiwań.
C.E.C. CD2N nie wyważa dawno otwartych drzwi i nie odkrywa na nowo Ameryki, bo nie to jest jego rolą. Skupia się za to na tym, by możliwie wiernie i zarazem przyjemnie dla odbiorcy zaprezentować reprodukowaną z płyt CD muzykę udowadniając jednocześnie, że ten mający 45 lat na karku format nadal potrafi zachwycać. Dlatego też, jeśli rozglądacie się Państwo za klasycznym odtwarzaczem CD o ponadprzeciętnej muzykalności i kulturze pracy dającym przy okazji namiastkę winylowej celebry, to CD2N wydaje się oczywistym wyborem.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Tytułowy C.E.C. mimo posiadania w swoim portfolio sporej listy różnego rodzaju elektroniki, na naszym rynku tak naprawdę rozpoznawany jest dzięki źródłom cyfrowym. I co ciekawe nie chodzi mi o wydawałoby się obecnie coraz bardziej popularne odtwarzacze strumieniujące, tylko poczciwe czytniki płyt CD. Jaki jest tego powód, nie mam zamiaru roztrząsać. Za to z przyjemnością spróbuję przybliżyć Wam najmłodsze dziecko tego brandu. Na tyle pachnące konstrukcyjną nowością, że z tego co udało mi się dowiedzieć, dostarczona do testu wersja jest pewnego rodzaju modelem prototypowym. W teorii skończonym, jednak bez oficjalnej decyzji finalnego zamknięcia projektu. Czy zatem warto się nad nim pochylać? Dla mnie jak najbardziej. Choćby z powodu posiadania flagowej konstrukcji tego podmiotu w postaci transportu TL0 3.0. Co zatem na prośbę Japończyków wzięliśmy na recenzencki tapet? Idąc za tytułem, dzięki katowickiemu dystrybutorowi RCM poniższa epistoła będzie próbą opisania sposobu na muzykę spod znaku modelu CD2N.
Nasz bohater w temacie obudowania najnowszego wcielenia układów elektrycznych wykorzystuje typową dla tego producenta obudowę bazującą na bryle położonego na płasko prostopadłościanu. Naturalnie również typowo dla niego w przypadku źródła CD mamy do czynienia z top-loaderem, czyli płytą ładowaną od góry. To oczywiście wymusza zastosowanie przesuwnej klapy na górnej powierzchni obudowy, co znakomicie unaocznia będący barwową kontrą dla srebrnego wykończenia urządzenia, zwieńczony okrągłą gałką umożliwiającą jego obsługę, akrylowy kwadrat. Pod nim naturalnie znajduje się sterowany paskiem gumowym – tak tak, to u C.E.C.-a jest chlebem powszednim – napęd płyt kompaktowych, którego stabilność obrotową zaspokaja nakładany finalnie na płytę ciężki, ważący 380 gram docisk. Jeśli chodzi o front CD2N, podobnie do reszty rodzeństwa może pochwalić się skrytym za czarnym akrylem, mieniącym się błękitem wyświetlaczem, zorientowanymi pod nim sześcioma okrągłymi guzikami funkcyjnymi oraz znajdującym się na lewej flance także okrągłym, jednak o nieco większej średnicy włącznikiem. Kwestię wyposażenia tylnego panelu nasz bohater rozwiązuje zestawem wyjść analogowych RCA/XLR, cyfrowych AES/EBU, COAX, TOSLINK, ostatnio często wykorzystywanym przez wielu z nas wejściem na zegar taktujący częstotliwość próbkowania odczytu danych i niezbędnym do pobrania życiodajnej energii z sieci gniazdem zasilania IEC. W komplecie mamy oczywiście wspomniany docisk płyty CD, a także niezbędny do obsługi urządzenia z fotela odsłuchowego pilot zdalnego sterowania. Co w temacie obsługi formatu CD potrafi nasz bohater? Ma dwa rodzaje filtrów oraz możliwość upsamplowania sygnału, co zapewniam, nie jest działaniem słyszalnym na poziomie percepcji, ale w znaczącym stopniu zmieniającym finalne brzmienie odtwarzacza.
Jakim brzmieniem epatuje nasz bohater? Po pierwsze oferuje dobrą wagę dźwięku, czyli solidną podstawę basową i mocny środek pasma. Po drugie jest bardzo dźwięczny w górnych rejestrach. Po trzecie buduje odpowiednio zdefiniowaną w domenie odległości od słuchacza oraz szeroką i głęboką wirtualną scenę. I po czwarte dla niektórych z nas być może być bardzo istotne, obraz muzyczny rysowany jest wyraźną w kwestii twardości krawędzią. Nie ostrości, tylko twardości, bo to spora, nieco inaczej interpretująca wspomnianą wagę i nasycenie dźwięku różnica. Ten ostatni punkt dlatego jest ważny, gdyż potraktowanie odtwarzacza zbyt wyrazistym okablowaniem może spowodować pozbawioną długich wybrzmień, nastawioną na atak bezpośredniość grania odtwarzacza. Na pierwszy rzut ucha nawet fajną, jednak w przesadnym wydaniu na dłuższą metę sztuczną. Tutaj mamy w standardzie wyraźną konturowość dźwięku i musimy mieć ten fakt na uwadze, aby go nie zmarnować, tylko wykorzystać dla utrzymania timingu prezentacji. Ja naturalnie wziąłem to pod uwagę i gdy już przy początkowym okablowaniu dość równym w sygnaturze grania sygnałowym Hijiri Kiwami muzyka brzmiała fajnie, poszedłem krok dalej i zapiąłem do tej roli nieco gęstszego Furutecha, co przy braku utraty szybkości narastania sygnału tchnęło w przekaz odpowiednią dawkę wypełnienia. Jaki był efekt?
Zaskakująco pozytywny, czego ewidentnym potwierdzeniem był koncertowy krążek spod znaku Johna Zorna w wykonaniu formacji Masada „Live In Sevilla 2000”. To choć momentami szaleńczy, w wartościach bezwzględnych dość lekkostrawny free-jazz. Jednak na tyle reprezentatywny w pokazaniu ciekawego sposobu na muzykę według specyfikacji najnowszego działa C.E.C.-a, że nie mogłem sobie spróbować, jak zabrzmi w wykonaniu Japończyka. I się nie zawiodłem. Co prawda przekaz był mniej soczysty i dźwięczny niż mój 10 razy droższy wzorzec C.E.C. TL0 3.0 & dCS Vivaldi Dac 2.0, jednak nadal był dobrze osadzony w masie, dzięki czemu w krytycznych momentach uderzenia całego składu muzyków nie brakowało mu energii. A trzeba zaznaczyć, że oprócz mocnego udziału perkusji, sporą jej dawkę fundują wszechobecne, bardzo często spierające się ze sobą w szaleńczym tempie dęciaki typu saksofon i trąbka. I właśnie dzięki wspomnianemu – jak to określiłem – twardawemu graniu całość zabrzmiała oczekiwanie bezpośrednio i z oczekiwanym wykopem. A co najciekawsze, mimo mniej plastycznego sposobu prezentacji niż mam na co dzień, w najmniejszym stopniu nie odebrałem tego jako problemu, a jedynie jako inaczej akcentującego płynność dźwięku spojrzenia na ten sam materiał. Materiał z uwagi na występ nie tylko na żywo, ale bardzo czułymi na najdrobniejsze niuanse typu barwa, czy ich dźwięczność bardzo wymagający, a mimo to w starciu z nim nasz bohater wyszedł z tarczą. Z innym feedbackiem od strony niuansów sonicznych dla każdego z nich, jednakże cały czas pozwalającym zaliczyć im udany występ. Raz prezentując szaleństwo w odniesieniu do szybkości grania formacji, by w kolejnym kawału z uwagi na występ przed publicznością i potrzebę nabrania sił przed następnym muzycznym wybuchem popisywać się pokazaniem wirtuozerii przekomarzających się ze sobą instrumentów dętych. To wbrew pozorom bardzo istotne, gdyż kilka razy spotkałem się z sytuacją, w której przetwornik D/A podczas pełnych agresji starć tych odmiennie grających dęciaków nie radził sobie z poprawnym pokazaniem ich estetyki brzmienia. Po prostu momentami nakładając się w graniu na siebie gubiły właściwy tembr dźwięku. Na szczęście tytułowy odtwarzacz CD takiej wpadki nie zaliczył, co pokazuje, że gdy go się dobrze skonfiguruje, potrafi poradzić sobie z najtrudniejszym materiałem.
Jak wynika z powyższego opisu, kluczem dobrego występu C.E.C. CD2N jest umiejętna konfiguracja. I nie chodzi mi w tym momencie nawet nie o towarzyszącą elektronikę, tylko najzwyczajniej w świecie posiadane przez każdego z Was różnorakie okablowanie, które ustawi finalny dźwięk. A jeśli wiecie, na czym polega ta zabawa, teoretycznie bohater dzisiejszego spotkania ma duże szanse oczarować każdego z Was. Czy tak się stanie, zadecydują niuanse. Z dużą dozą prawdopodobieństwa wielu pokocha go od pierwszego podłączenia. Jeśli jednak nie, wiecie co robić.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: C.E.C.
Cena: < 10 000 € (orientacyjna)
Dane techniczne
Napęd: Paskowy
Docisk CD: 120mm / 380 g (mosiężny)
Przetwornik: ESS ES9028PRO
Dostępne filtry: Flat, Pulse
Upsampling: 24bit/88,2 -176,4 kHz)
Wejście na zegar zewnętrzny: BNC 44.1 kHz
Wyjścia cyfrowe: AES/EBU, koaksjalne, Optyczne (176,4 kHz)
Wyjścia analogowe: para RCA (2Vrms), para XLR (4Vrms)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz
Odstęp sygnał/szum: 105 dB
Przesłuch międzykanałowy: 105 dB
Zniekształcenia THD: 0,0017%
Wymiary (S x G x W): 435 x 335 x 109 mm
Waga: 11,7 kg
Pilot: RU-219, RU-220 (opcja)
Najnowsze komentarze