Monthly Archives: lipiec 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Audio Research I/50

Opinia 1

Choć temperatury za naszymi oknami wreszcie przypomniały sobie, że mamy lato, to dziwnym zbiegiem okoliczności w naszej redakcji co i rusz goszczą dodatkowo dorzucające od siebie kilka stopni Celsjusza lampiaki. A to wpadła parka potężnych VTL-i , a to uroki roztaczał niby zintegrowany, choć dwupudełkowy Destination Audio GM70, czy swoje przysłowiowe trzy grosze wtrącił ulampiony phonostage Circle Labs V1000. Czego się jednak nie robi by zaspokoić ciekawość i na własne uszy przekonać się o walorach kolejnych efektów radosnej twórczości tak rodzimych, jak i zamorskich bazujących na jakże przedpotopowych szklanych bańkach mistrzów lutownicy. Dlatego też z nieukrywaną radością powitaliśmy w naszych skromnych progach, dostarczoną przez łódzki Audiofast, wielce urodziwą i zarazem zaskakująco kompaktową, szczególnie jak na kraj pochodzenia, amerykańską lampową integrę Audio Research I/50, na której test serdecznie zapraszamy.

Nie da się ukryć, że jubileuszowa 50-ka prezentuje się wprost obłędnie i pomimo oczywistego osadzenia w lampowych retro-realiach ma spore szanse skraść serce niejednego miłośnika współczesnego designu. A to wszystko za sprawą niezwykle udanego, lekkiego optycznie ażurowego projektu bryły głównej i szerokiego wachlarza dostępnych umaszczeń. Zamiast bowiem zwyczajowego monolitu praktycznie cały korpus wykonano z perforowanych blach, co zapewnia nie tylko swobodną cyrkulację chłodzącego trzewia powietrza, lecz również nadaje całości wspomnianej lekkości. Jakby tego było mało płyta górna pełni nie tylko rolę użytkową, lecz również dekoracyjną, gdyż dostępna jest nie tylko w zwyczajowej czerni bądź naturalnym srebrze, lecz również decydowanie bardziej atrakcyjnych ceramicznych wybarwieniach Cerakote – Red, Blue i widocznym na powyższych zdjęciach Gold. A to nie wszystko, bowiem tak lampy, o których dosłownie za chwilę, jak i dwa pokrętła (selektora wejść – lewe, regulacji głośności – prawe), przycisk włącznika głównego i wyjście słuchawkowe (6,3mm Jack) umieszczono na tafli czernionego akrylu. A wracając do ulampienia naszego gościa, to wyliczankę otwiera parka informujących o wybranym wejściu i sile wzmocnienia … LED-wych LexieTubes® uroczo nawiązująca do oldschoolowych lamp Nixie i dająca przedsmak tego, co kryje pierwsza z dwóch umieszczonych na górnej platformie nośnej 50-ki klatek. I tak jeśli Lexie uznamy za pierwszą linię, to drugą stanowi rządek trzech, już klasycznych, podwójnych triod 6922 (ECC88) Elektro-Harmonixa pracujących w stopniu wejściowym (jedna) i w roli drajwera (pozostałe dwie). Z kolei stopień wyjściowy to bateria czterech tetrod strumieniowych 6550WE Sovteka. Drugą klatkę nader szczelnie wypełniają transformatory, co warto mieć na uwadze, gdyż to właśnie one w głównej mierze odpowiadają za 18 kg wagę amerykańskiej konstrukcji. Wspomniane przed chwilą perforowane osłony oczywiście można usunąć, lecz sam proces wymaga użycia znajdującego w zestawie imbusowego wkrętaka. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że nawet „oklatkowana” 50-ka prezentuje się na tyle urodziwie, że jeśli tylko ktoś nie jest obsesyjnie uzależniony od widoku rozżarzonych baniek, to z powodzeniem może sobie jej konwersję do wersji „cabrio” darować. I właśnie z takiego założenia wyszliśmy pozostawiając tytułowy wzmacniacz w fabrycznie dostarczonej postaci.
Z kolei, jak to w klasycznych lampowcach bywa, dość skromna pod względem powierzchni ściana tylna na tle nic niemającego frontu wydaje się wręcz zatłoczona. Patrząc od lewej mamy płytkę opcjonalnego modułu phonostage’a, dwie pary wejść liniowych RCA i parę XLR-ów, gniazdo zasilające, komorę bezpiecznika i wyjścia głośnikowe z osobnymi odczepami dla 4 i 8Ω obciążenia oraz zaślepkę dla opcjonalnego modułu DAC-a. W standardowym wyposażeniu nie zabrakło również eleganckiego, aluminiowego pilota z membranowymi przyciskami oferującego dostęp do wszystkich funkcji integry, z regulacją iluminacji LexieTubes® włącznie.

Zakładam, że nie przez przypadek zanim po włączeniu powstałej z okazji 50-lecia marki integry z głośników popłyną pierwsze dźwięki trzeba odczekać równiutkie, odmierzane przez LexieTubes® 50 sekund. Niemniej jednak przyznać trzeba, iż ów czas oczekiwania ma w sobie coś z magii znanej wszystkim tym, którzy pamiętają czasy lampowych radioodbiorników z „magicznym oczkiem”, które również potrzebowały dłuższej chwili na rozruch. Swoją drogą te kilkadziesiąt sekund to idealny czas na to, by się przed odsłuchem wyciszyć, oczyścić głowę z codziennych trosk i „konsumpcję” muzyki rozpocząć bez zbędnych, rozpraszających obciążeń.
A proszę mi wierzyć na słowo, bądź co zdecydowanie bardziej wskazane przekonać się na własne uszy, że warto potraktować tytułową 50-kę z odpowiednią atencją, gdyż bardzo szybko się okazuje, że Audio Research wypuszczając ją na rynek nie tylko wykonał ukłon w kierunku młodszych i/lub niekoniecznie chcących drenować domowy budżet melomanów i audiofilów, lecz podszedł do tematu zupełnie na serio i bez prób odcinania kuponów od w pełni zasłużonej renomy. Mówiąc wprost nie ma tu mowy o liczeniu na to, że „zagra modna metka”, bo I/50 jak na swoją cenę i deklarowane przez producenta 50W gra po prostu świetnie, z łatwością radząc sobie z moimi, dość pokaźnymi trójdrożnymi AudioSolutions Figaro L2. I to nie na pseudo audiofilskim plumkaniu a „Unsung Prophets And Dead Messiahs” Orphaned Land, gdzie orientalna, niezwykle bogata ornamentyka idzie w parze z epickimi orkiestracjami, partiami chóralnymi i przede wszystkim ostrym, metalowym łojeniem z growlem włącznie. Czyli czymś, przy czym część mocnych tranzystorów z powodzeniem mogłaby dostać zadyszki. Tymczasem I/50 w ten jakże problematyczny materiał wszedł jak nóż w masło pozostawione na słońcu. Co ciekawe zamiast operować w asekuracyjnej lampowej słodyczy i miękkości postawił na rozdzielczość, otwartość i swobodę prezentacji budując niezwykle obszerną i głęboką scenę a następnie z iście aptekarskim pietyzmem rozlokowując na niej poszczególne źródła pozorne. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z udającą tranzystor lampę w stylu starszych modeli Octave? Nic z tych rzeczy. Po prostu Amerykanie unikając zbytniego przegrzania i przesłodzenia prezentacji niejako nie dali się zaszufladkować jako stereotypowo lampowe granie. Tylko tyle i aż tyle, aczkolwiek doskonale zdaję sobie sprawę, iż część nabywców wychodzi z założenia, że skoro za lampy zapłaciła, to ma je być słychać i to w z góry wiadomy syropowo lepki i słodki sposób. A tu sorry Gregory, ale słodyczy jest tyle, ile rzeczywiście znalazło się na nagraniu a o lepkość musi zadbać we własnym zakresie sam nabywca np. podgryzając podczas odsłuchu nerkowce z żurawiną. Jak łatwo się domyślić taka narracja świetnie sprawdza się przy gęstych, wieloplanowych aranżacjach dając nie tylko świetny wgląd w nagranie, lecz również czujnie trzymając rękę na pulsie i dbając tym samym o motorykę i wartkość dziejących się na scenie wydarzeń.
Góra pasma jest świeża, otwarta i zarazem na tyle wyważona, żeby nawet na ostrych riffach, czy bezpardonowym młóceniu blach nie wywołać grymasu bólu u słuchacza. To dobra wiadomość dla fanów (naj)cięższych odmian Rocka, gdyż nie od dziś wiadomo, iż dobrze nagrane albumy z tego typu ekstremalnymi doznaniami nausznymi można na palcach, jeśli nie jednej, to na pewno dwóch rąk policzyć, a decydując się na tytułowego Audio Researcha nie będzie się trzeba obawiać, iż z racji swej realizacyjnej pośledniości przyjdzie im obrastać kurzem i pajęczynami. Oczywiście im bardziej dopieszczoną i wyrafinowaną strawę 50-ce dostarczymy, tym łatwiej będzie jej nabrać wiatr w żagle i rozwinąć skrzydła prezentując pełnię bogactwa nie tylko reprodukowanego materiału, lecz i własnego potencjału. I tu od razu uwaga natury użytkowej. O ile bowiem z racji swych 50W wydawać by się mogło, iż I/50 poradzi sobie z większością dostępnych na rynku konstrukcji, to bazując na autopsji i czysto empirycznych doświadczeniach nieśmiało chciałbym zasugerować zdroworozsądkowe podejście do tematu i unikanie zestawów o skłonnościach do grania porównywalnych do stołu bilardowego. Czyli o ile jeśli tylko impedancja kolumn nie schodzi zbyt dramatycznie poniżej 4Ω, to wystarczy, żeby skuteczność bliższa była 88dB, bądź nawet je przekraczała i wszystko powinno być OK. Spełnienie powyższych kryteriów powinno zaowocować niżej schodzącym i lepiej ukrwionym basem, dzięki czemu nawet syntetyczne infradźwięki na „are you listening?” Winterburn nie dość, że się nie snują przy podłodze, to jeszcze zapuszczają się w rejony zazwyczaj zarezerwowane dla sporo mocniejszych konstrukcji.
Warto również wspomnieć, iż tytułowa integra nie odżegnuje się tak od typowo lampowej koherencji, jak i niepodrabialnej, zazwyczaj szklanym bańkom przypisywanej emocjonalności partii wokalnych, w tym ze szczególnym uwzględnieniem kobiecych. Wystarczy tylko sięgnąć po „2” jucho i Domowych Melodii, by ugościć charyzmatyczną wokalistkę z jej niesforną, uzbrojoną w naturalne (niezelektryfikowane) instrumentarium ferajną we własnych czterech kątach. I tu dochodzimy do sedna, a tak naprawdę znaku firmowego I/50, czyli uzależniającej od pierwszych taktów mikrodynamiki i zdolności oddania ekspresji wykonawczej stających przed mikrofonem wykonawców. Jeśli zatem tylko lubicie Państwo odnosić wrażenia każdorazowego wchodzenia w interakcję z ulubionymi artystami, to z pomocą amerykańskiej integry właśnie ową bliskość osiągniecie.

Jeśli tak ma wyglądać „entry level”, czyli poniekąd przedsionek portfolio Audio Researcha, to śmiem twierdzić, iż I/50 nie tylko przywraca wiarę w rasowe Hi-Fi, czy wręcz High-End, co jest nader namacalnym dowodem, na to, że szukając w pełni bezobsługowej, zdroworozsądkowo wycenionej i zarazem niezwykle atrakcyjnej tak pod względem wizualnym, jak przede wszystkim sonicznym lampowej integry wbrew pozorom nie jesteśmy zdani na pochodzące z „Państwa Środka” konstrukcje. Ba, za sprawą tytułowego wzmacniacza mamy szansę na „ulgowy” bilet wstępu na salony marki, która przynajmniej do tej pory znajdowała się poza zasięgiem statystycznego audiofila i melomana.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie ma się co oszukiwać, tylko uczciwie przyznać, że tytułowa konstrukcja przeczy stereotypom, jakoby wszystko co z Ameryki zawsze jest wielkie i ciężkie. Otóż nie tym razem. I zapewniam, to nie jest żaden wypadek przy pracy, tudzież wynik cięć budżetu podczas powoływania do życia. Otóż to zaplanowana realizacja zamierzeń mających na celu zbudowanie czegoś niedużego, ładnie się prezentującego oraz muzykalnie brzmiącego z segmentu dla statystycznego Kowalskiego. Tak tak, nawet najwięksi gracze myślą o nieco mniej zamożnej klienteli, bez której tak naprawdę nie byłoby ich na mapie. O kim mowa? Jak wskazuje tytuł spotkania, oczywiście o jankeskim specjaliście od budowania wielkich, ciężkich i naturalnie swoją ofertą soniczną brylujących w segmencie High End produktami opartymi na lampach elektronowych Audio Research. A co trafiło w nasze ręce? Otóż po opiniowanej jakiś czas temu, w stosunku do dzisiejszego bohatera ekstrawagancko wyglądającej stereofonicznej końcówki mocy AR Reference 160S, tym razem łódzki Audiofast spośród szerokiej oferty Amerykanów dostarczył z pozoru filigranowy, ale za to wielki duchem muzycznym i aparycyjnym zintegrowany wzmacniacz lampowy Audio Research I/50.

Jak obrazują zdjęcia, mamy do czynienia ze stosunkowo niedużą, za to bardzo zwartą lampową konstrukcją – to pierwsza istotna cecha wzmacniacza wspomniana we wstępniaku. Obudowa w ogólnym rozumieniu jest powieleniem pomysłów typu: skrywająca trzewia z układami elektrycznymi platforma nośna dla reszty osprzętu. Jednak co wizualnie ten pomysł wyraźnie odróżnia od typowych propozycji, to fakt przykrycia górnej połaci czymś na kształt nieco wystającym poza obrys pionowych ścianek daszkiem. I co ciekawe, ów daszek nie występuje li tylko w dostarczonym do nas kolorze złota, ale w ofercie do wyboru jest kilka barw jego wykończenia, co daje możliwość dostosowania ogólnej aparycji wzmacniacza do osobistych preferencji – tutaj mamy realizację drugiej cechy z akapitu rozbiegowego. Naturalnie owa platforma jak to zwykle bywa, jest solidnie zabudowana, a znajdziemy na niej tuż przy froncie dwa sprej średnicy pokrętła manipulacyjne (wybór wejść i poziom wzmocnienia), zaraz za nimi imitujące lampy elektronowe LED-owe wyświetlacze pokazujące czas rozgrzewania się konstrukcji do stanu pracy oraz zadany poziom głośności, za nimi skryte pod elegancką kratką lampy mocy (6550) oraz sterujące, zaś na samym tyle także posadowione pod identycznym domkiem z kratownicy transformatory z kondensatorami. Jak widać, jak na stosunkowo niewielką bryłę wyposażenie bogate co sprawia, że nabywając I/i50 dostajemy zwartą i ładną, dzięki czemu bardzo łatwo ustawialną w zazwyczaj pozbawionych nadmiaru wolnego miejsca oraz wymagających zgody naszych drugich połówek, centralnych miejscach w salonie konstrukcję. A co z trzecim punktem pierwszej części dzisiejszego opisu, czyli brzmieniem? To naturalnie będzie tematem kolejnej części skądinąd finalnie zapewniającego mi sporo przyjemnych emocjonalnych doznań testu.

Jak zagrał tytułowy, nie oszukujmy się jednak nieduży w stosunku do oczekujących sporej mocy kolumn lampowy wzmacniacz? Skłamałbym, gdybym nie powiedział, że z zaskakującym sukcesem. Naturalnie do średnich poziomów głośności, gdyż fizyki nie oszukamy, ale oferta soniczna w zakresie swobody prowadzenia wielkich Gauderów była bardzo dobra. Pełna kolorów, dobrego nasycenia i sporej jak na możliwości testowanej konstrukcji ilości dolnych rejestrów. To zaś sprawiło, że przekaz emanował zjawiskową muzykalnością. Bez wyostrzeń, ale też bez nudnego uśredniania nadmiernym syropem, za to z fajnym osadzeniem w masie, bogatą paletą barw i rozwibrowaniem ładnie doświetlonej słodkimi górnymi rejestrami średnicy. Jednym słowem piękna, gdy w napędzie wylądował odpowiedni materiał nigdy nie kończąca się przepiękna opowieść o danych zapisach nutowych. Mowa o wszelkiego rodzaju jazzowych i barokowych produkcjach, które czerpały z dobra umiejętnie zaaplikowanych lamp elektronowych pełnymi garściami.
Pierwszymi z brzegu są choćby produkcje Gary Burtona „The New Quartet” oraz Jordi Savalla „El Cant De La Sibil-La: Mallorca / València, 1400-1560”. W pierwszym przypadku spośród znakomicie grającego i rozumiejącego się składu za sprawą możliwości amerykańskiego pieca na pierwszy plan wybijał się właśnie instrument frontmena, w postaci bajecznie zawieszonego w eterze i mieniącego się milionem barw oraz różnorodnością epatowania energią brzmienia wibrafon. Soczysty, ale nie nazbyt ciężki, dźwięczny, jednak nie jednostajnie, tylko z feerią impulsów niczym płomień palącej się świeczki, co z automatu bezwiednie przywiązywało całą uwagę słuchacza. Zaś w drugim krążku przy znakomitym udziale w celebrowaniu sakralnych pieśni tak instrumentów z epoki często towarzyszącego głównej wokalistce w postaci żony Jordi Savalla Montserrat Figueras wielogłosowego chóru, jak i wszechobecnego echa jako feedback wysokości goszczącego muzyków klasztoru, największą wygraną w moim mniemaniu była właśnie Montserrat. Jej donośny głos przeszywał duszę nie tylko barwą czy doniosłością śpiewania z pełnych płuc, ale także, a być może najbardziej będącą pochodną przyjemnego dla ucha rozwibrowania dźwięku przez szklane bańki namacalnością odbioru. To był nokaut. I żeby nie było, całkowity i do tego w obydwu przypadkach.
Jeśli chodzi zaś o materiał wymagający maksimum drapieżności, z oferty którego w mojej płytotece do opisania brzmienia systemu wybrałem muzykę grupy Black Sabbath „Vol. IV” , bywało różnie. Raz bardzo dobrze, a innym razem z naturalnych względów nie źle, jednakże nieco za bardzo zachowawczo. Dobrze podczas prezentacji ballady „Changes”, gdyż pięknie brzmiący i dobrze osadzony fortepian oraz majestatycznie, przezywające duszę partie melotronu znakomicie podbudowywały emocje, jakie u mnie zawsze wywołuje śpiewany przez Ozzy Osbourne’a tekst. Natomiast nie do końca idealnie podczas prezentacji reszty materiału. Chodzi oczywiście o typową dla lampowej konstrukcji tendencję do lekkiego uspokajania ostrości rysunku muzycznego z aplikacja dawki krągłości całemu pasmu akustycznemu, co wielu z Was może oczywiście się podobać, jednak dla ortodoksyjnych słuchaczy może być jednak niechcianym odstępstwem od prawdy. Osobiście taki sposób na muzykę przyjmowałem bez najmniejszego problemu, jednak zdając sobie sprawę, że idealne odtworzenie powinno brzmieć nieco inaczej i chcąc być fair w stosunku do potencjalnych zainteresowanych I/50-ką nie mogłem o tym wspomnieć. Jednak zaznaczam, to są konsekwencje założeń konstrukcyjnych, a nie jakiekolwiek problemy, zatem proszę potraktować to jako niezbędną informację w rzetelnym teście, a nie jako deprecjonowanie urządzenia. Ale jak wspominałem, to był inny, a nie wadliwy pomysł na jednak bardzo wyrazistą w domenie nieprzewidywalności serwowania nam pozytywnej agresji muzykę.

Jaka będzie puenta tego testu? Najprostsza jak to tylko możliwe. Otóż jak wspominałem na samym początku, założeniem podczas powoływania do życia tytułowej integry Audio Research I50 było zaproponowanie klientowi czegoś niedużego, ładnego i przyjemnie brzmiącego. I gdy zapoznaliście się z powyższym opisem, jasno z niego wynika, iż nasz bohater taki właśnie jest. A jeśli tak w szczególności przypominając przyjemność grania nie można mieć do niego pretensji o upiększanie świata spod znaku rockowego szaleństwa. Ma pokazywać ładną stronę muzyki i znakomicie się w tym sprawdza. A, że robi to bardzo dobrze czasem nawet z diabelnie trudnym materiałem – piję do ballady Black Sabbath, moim zdaniem jedynymi osobnikami mogącymi mieć jakieś drobne „ale”, będą piewcy masakrowania a nie karmienia pięknem swoich narządów słuchu w postaci unikających dróg na skróty ekstremalnie ortodoksyjnych słuchaczy tego typu twórczości. Reszta populacji kochających muzyka melomanów bez problemu znajdzie z nim nić porozumienia. A znajdzie dlatego, że to zgodnie z początkowym pomysłem konstruktorów bardzo zgrabny i muzykalny wzmacniacz za stosunkowo nieduże pieniądze.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Audio Research
Cena: 32 800 PLN; + 4 500 PLN moduł phono MM/MC High Output (42dB gain); + 5 300 PLN moduł DAC

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 50W
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 22kHz [-3db]
Wejścia: 2 pary RCA, para XLR; opcjonalne – para RCA (phono); USB, Opt., Coax, Bluetooth
Czułość wejściowa: 1,25V RMS
Impedancja wejściowa: 100kΩ (XLR); 48 kΩ (RCA)
Odczepy dla głośników: 8Ω, 4Ω
Zastosowane lampy: 2 pary 6550WE; 3 x 6922 (1 stopień wejściowy, 2 driver)
Pobór mocy: 252W max.
Wymiary (S x W x G): 42 x 18 x 34 cm
Waga: 18,1 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

With fully conscious deceit, let me state at the very beginning, that regardless of whether cables for audio applications do sound or not, and this aspect is not debatable on our pages, the key issue is whether, and under which circumstances of nature, this means progress, and when it means regression of the sound of the system wired with them. In short, what influences the positive or negative effects of our, often spontaneous, and therefore not fully thought-out, changes in the audiophile bloodstream. Generally speaking, the problem lies in the unpredictability, and at the same time, the number of variables that a candidate aspiring to stay in our intricate puzzle has to face. That is why more and more bold manufacturers of cables, dedicated for the golden eared brotherhood, encourage people to listen, test and finally buy complete sets of effects of their creativity. The reason is, contrary to appearances, (un)obvious, and by no means based on economic aspects, but on … logic. It is about eliminating other cables, unknown to a given creator of the wire(s) and thus with unknown influence on new tens/hundreds of centimeters of copper or other ores in the system, because for as far as I know, none of them has a glass ball and does not possess any secret knowledge that would allow them to read, not even from coffee grounds or tea leaves, but from that part of the body where the back loses its noble name, to assume, and, as it were in advance, assume how the wiring they propose will harmonize with the competitive brand X or Y. And so, fully satisfying the needs of a given system with wires of all colors, but all coming from one stable, they are usually able to predict this impact on the final sound with greater or, sometimes lesser, accuracy. Of course, leaving the final assessment to the tester / buyer. Moreover, it is one of the most reasonable ways to work out a reasonable starting point as effectively as possible, when completing a new system, and if audiophilia nervosa activates once more, only then try to go a step or two further, drawing on the previously gained experience, and reach for a set from another company.
Therefore, although we have already had the opportunity to meet the power cord belonging to the tested series at the turn of 2022 and 2023, and in the meantime we did carefully review and interrogate the other offerings from the Plichtów based company, by a strange coincidence we have not yet had the opportunity to host the complete set of cables from this manufacturer in the editorial systems. Fortunately, this oversight can be considered non-existent, because if you are reading these words, it is a sign that such a set has reached us. In addition, Witek Kamiński – the ‘spiritus movens’ of the Polish WK Audio manufacture, put all the chips on one card and, in accordance with the company’s hierarchy, gave us the entry level of his joyful creativity in the form of a full WK Audio TheOne set, which included three “Power” power cords, XLR interconnects and “Speakers” speaker cables.

As the above photos show, the „Ones” against the background of the nobler cables from the TheRay and TheRed series look very modest, both when it comes to not very obliging cross-sections, as well as the black color of the outer protective braids. Nevertheless, we should appreciate the compliance with the native DNA and the use of aluminum splitter sleeves in the speaker cables, which could be successfully replaced with heat-shrink „pants” due to the „budget” nature of the tested line, and no one would blame the manufacturer for that. And here you are, not only are the appropriate barrels decorated with company logos and model markings, but also the confection, in the form of Furutech’s FP-201 (R) forks, does not give a pretext for even the slightest criticism. The same is true for the XLR interconnects, where Furutech FP-701M G / FP-702F G are used, and power cords, where the FI-E38R / FI-28R plugs were applied. Just a solid standard with no frills. Of course, you can do better and… more expensive, which is proven by higher series, but let us remember that TheOne’s are just an introduction to Plichtów portfolio, so choosing this, and not another garment, can be safely considered logical and common sense at the same time. Speaking of common sense, it is impossible not to mention the characteristic leather and metal key rings decorating the power cables, while in the case of interconnects, the use of a leather „loops” allowed to combine both cables together. Simple, effective and aesthetically pleasing. In addition, they are ecological, because they do not use plastic.
According to tradition, the technical aspect of the titular bunch is the lion’s share of the sweet secret of their creator, who only declares long years of arduous testing, original braids, an obsessive fight with vibrations, handiwork and relying on high purity oxygen-free copper. However, reading not so much between the lines, but with a slightly more erroneous eye than usual, it can be noted that the loudspeaker cables use conductors with a cross-section of 2 mm², while the power wires have 10AWG (6 mm²) each. Interconnects, on the other hand, contain an original composition of conductors made of silver, silver-plated copper and high-purity copper.

Having the tested bunch at my disposal I was able to apply them to my system without major problems (the most rigid/resilient is the Power, so you have to do a bit of bending with its arrangement), providing full wiring of both Vitus (SCD-025 Mk.II + RI-101 MkII), including power supply – the amplifier directly „from the wall” and the source through the „nothing-having” Furutech e-TP60ER. As a result of the above activities, the sound of the Danish duo connected with the AudioSolutions Figaro L2 has been noticeably concretized and hardened in the range of the lowest frequencies. However, this did not take place through “standard” slimming down and dropping some of the energy present so far, but rather by putting together and making the tissue of sound firmer, and defined by precisely drawn contours. Therefore, it was safe to talk about a slight shift of emphasis from mass and volume towards elasticity, pace and timing. You could hear that the whole thing was going in the direction set by my TheRay Speakers loudspeaker cables. Just to be clear – the direction was consistent, but the nuances served by TheOne and the resolution available with their help were inferior to their higher-ranked siblings. This does not mean any clear limitation or turning off the tap with the data stream, but only confirmation of the fact that if not always, then certainly in this case it can be done even better. That is why, I did not spend my time looking for a shortcoming or annoying myself or the tested bunch, I did forego of fratricidal or intercontinental (e.g. with Furutech Nanoflux Power NCF) clashes, focusing on TheOne. And these, after a few days of warming up and settling in my system, presented a highly satisfactory level of ear sensations. It was enough to place the silver disc „Ravel: Boléro – Tchaikovsky: 1812 Overture – Liszt: Les Préludes” performed by The Philadelphia Orchestra under the baton of Riccardo Muti in the player to see, or rather hear, with one’s own ears that practically no limitations of both informational and dynamic nature apply to our heroes. Jumps of dynamics were pressing into the seat, the stage went far beyond the framework determined by the spacing of the speakers, and the treble did not think to falling into a gold-dusted roundness, but when the score required it, to „shoot the ear” with the brass or string parts with the right impetus. Much of this is due to the interconnect, which offers extraordinary openness and truly crystalline purity of the highest frequencies, which perfectly correspond with the similar characteristics of the speaker cable. And as for the impetus, which is the main aspect the loudspeaker cables and power cords care about, changing the repertoire a bit and reaching for this year’s release „Rivers of Nihil” by the progressive death metal band Rivers of Nihil with the help of the Polish cabling is very painful, because you can see for yourself how brutal the variety of metal is, that the band from Pennsylvania dabbles in. If every now and then we are tortured by sounds reminiscent of an autopsy conducted in a suspicious dissecting room with the help of guitar riffs imitating the work of a circular saw and drum blasts supported by a double kick that replace the jackhammer, it is a sign that the Plichtów cabling does not intend to soften or tone of anything, but with disarming insolence shows its place in the ranks of a much more titled competition. For example, in a direct comparison compared to TheOne Power, the American Acoustic Zen Gargantua II sounded more powerful, which should not be surprising to those who know this cable, but at the same time with slightly thicker contours and slightly slowed motoric, giving way to the Polish power cable in this respect. However, it is in vain to look for any signs of artificial sharpening in the signature of the basic WK Audio, or granulation intensifying the „dirt” of the above-mentioned compositions, because in moments of respite, when the furious growl turns into a clear vocal and from the cacophonous threshing emerges a sweet and caramel alto saxophone (Patrick Corona), almost straight from the works of King Krimson, a viola shyly reminding of its existence (Grant McFarland), or even just a pure riff, everything is served with proper culture and maintaining a full timbre-structural consistency. The only thing that should be noted is the fact that TheOne does not heat up, saturate or weigh anything down by itself, so if the electronics connected with them do not have such qualities, then you should not expect miracles with them either. Fortunately, it is also impossible to attribute any tendencies to give the reproduced material too much crunchiness or anemic etherealness, so if only you are searching for a common-sense compromise, then those are cables that will allow you to awaken a slightly sluggish system with an injection of vitality and resolution, and at the same time make boredom and apathetic reverie turn into a state of fully deserved rest.

As you can see on the example above, after a few sets from the stable of ZenSati (like the Angel, #X, Razzmatazz), Van den Hul , or a bit more exotic – Balinese Vlad, the time has come for WK Audio The One, which, by eliminating the weakest (foreign) link from the sound path, take full responsibility for the final sound of the system they wired. And they are doing this job really exemplarily. Therefore, if you do not feel like composing your own „wire ikebana”, try out the Plichtów specialties, and as soon as the above-mentioned flavor notes of TheOne turn out to be worthy of your taste, I strongly encourage you to climb the next levels of the company’s portfolio.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + ZenSati Angel jumpers
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

As you have surely noticed, testing cables is usually limited to one or two pieces or types (digital, analog) of a given series. This, of course, is completely understandable, because it is dictated by the desire of manufacturers to show the world the new products in their portfolio as soon as possible. Unfortunately, due to the multitude of types, from power, through analogue, loudspeaker, to digital wiring, such a process takes time and the most optimal option is to consistently present them in the order in which they were created. Fortunately, it also happens more and more often that constructors, after a series of single performances, offer us a sparring match with a complete package of cables from one product line. Does this approach to the subject make sense? Of course, because probably more than one of you has found out that the performance of a single cable is one thing, and colloquially speaking, of „the whole gang” is something completely different. And what is most interesting, the second option does not always bear the hallmarks of a positive one, because it can stretch the sound of the system too much in its own way, completely different from the expectations of a potential buyer. Therefore, being well aware of this fact, as in the case of today’s test, we are always happy to take such sets for evaluation. And it will be a set of power, signal and column cables from the Plichtów manufacturer WK Audio from the TheOne series, namely the Power, XLR and Speaker.

What do we know about the construction of our heroes? Unfortunately, the information is usually perfunctory. We know that the conductor in the power cords and speaker cables is high-quality, cryogenic copper, and in the interconnects silver, silver-plated copper and copper. Its weave, in addition to being a proprietary solution of multi-wire bundles, is in each case handmade out of care for the final products, and, what is very important, to achieve repeatable highest quality. Although this approach to the subject matter prolongs the production process, it gives measurable effects in the form of repeatability of production, and thus maintaining the highest sonic parameters. Of course, in the construction of this series of cables we can also find appropriate shielding, insulation and anti-vibration system, but these things are the company secret. One thing we know for sure, is the fact that in each case the company uses unquestionable, in terms of quality, although not from the top line, but still meeting the sound requirements for this series of cables, plugs from the Japanese Furutech. Finally, a nice nod to the customer is the packaging of each product in aesthetic, plywood, padded with profiled sponge, boxes.

How did the title „ones” fare in the set? On the one hand – as expected, and surprising – in a positive sense – on the other. In the first case, plugging in the set resulted in an accent of clear contouring of the virtual sources, which, as feedback, caused the sound to be brought together. This, in turn, due to its good weight, presented a strong impulse of energetic passages of the music listened to. However, very interesting in all this, was the fact that despite clearly marking the edges, the sound did not cross the thin line of exaggeration in this aspect. I like a sharp line visualizing stage events, and if it is not just a painful pursuit of increasing the speed of the signal, but rather serves to clearly show full information about a given music session, for me it is a very desirable feature. And this is how I received the products from Plichtów. In the good sense of the word, aggressive in the domain of directness of presenting even the smallest signals, but also offering the right mass, and thus the energy of the lower and middle registers. But what about the upper range? Fortunately, yes, fortunately, because the designers often temper it slightly when serving music in this way, it is open. Vibrating and shimmering with a million shades, but all the time aimed only at emphasizing the effects of lower frequencies, and not harmfully going their own way. This, of course, after a personal meeting, may be perceived by many music lovers as an overly expressive performance, but in the context of the whole presentation of the music it is completely understandable, and for me, at the moment of skillful eluding of the sound from tiresome exaggeration, it is not only acceptable, but even desirable. I simply buy it, because there is both drive and mass, and everything is served with the right joy. Of course, the higher models of this manufacturer do it with more culture, but this entails additional costs, and I assure you, the sound offered of the cheapest product line tested today is only slightly less mature compared to them, and absolutely not bad. However, this „less mature” is so nicely balanced, that the lively sound of the set was showing the music with the complete package of its multicolor, both in relation to the essentiality and the offered package of information. Without excursions towards too much muddiness or harshness, but in the service of providing the listener with music in the aesthetics of vitality. That is why all kinds of music were sounding really good. Jazz performed by the Polish band RGG on the album „Szymanowski”, focused on emotions related to enjoying silence interrupted by single notes of various instruments, and rock music from the last production of Metallica „72 Seasons” , serving the listeners a wall of artistic rebellion from kicking the base drum, through the displays of juicy guitars, ending with the screaming of the frontman. Both genres showed their best features without any problem, which made each album fly from beginning to end, and was not just a successful or unsuccessful attempt to look for the good sides of the presentation. If I were to describe both albums in a nutshell, in the case of jazz it was an excellent drawing of events, and in rock it was the aggression of presentation, so exactly what both of them are really about. For me, taking into account the starting position of the tested WK Audio TheOne, this is a very good result, which many of you may like.
Where would I place our test set? Without any problems wherever a potential buyer cares about drive and emotions related to the vitality of the music. The described set is in the good sense of the word the devil incarnate, who when necessary kicks a fully controlled wall of sound, and at other times serves an excellent black background for the quietest, but for a given musical interpretation, the most important note. Of course, everything in the aesthetics of complete freedom. And what about the eulogists of color and essence above all? It might be different here. But I would not be surprised when a representative of this type of presentation, after understanding what he or she is really losing – I am alluding to the joy of the music shown by WK Audio cables here – does not change his or hers mind from the very beginning, at least he or she will notice that music has more than one name. How effectively – time will show. As for me, I can easily understand the „name” in the version presented by the design from Plichtów, because I configured my system in a similar aesthetics of sound.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Manufacturer / Polish distributor: WK Audio
Prices (Europe & USA only)
WK Audio TheOne XLR: 1 800 € / 2 x 1,5m; + 360 € / 0,5m
WK Audio TheOne Speakers: 2 250 € / 2 x 2,5m; 850 € / 0,5m
WK Audio TheOne Power mkII: 2 000 € /1,5m; +400 € /0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B, więc skoro przygodę z flagowymi Marantzami rozpoczęliśmy od potężnego streamera Link 10n, to tym razem naszą atencją obdarzyliśmy wzmacniacz zintegrowany Model 10.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Ponad 8 lat temu gościliśmy w naszych skromnych progach piątą generację amerykańskiej XL-ki i bardzo miło ją wspominamy. Skoro jednak w tzw. międzyczasie Transparent odświeżył swoje portfolio warto rzucić tak okiem, jak i uchem na 6-ą odsłonę XL Power Cord.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Furutech Origin Power NCF-E(R)

Opinia 1

Choć zgodnie z ludzką naturą, czyli niezwykle szybką nie tylko akomodacją, lecz i błyskawicznym uzależnieniem od komfortu oraz pławienia się w luksusie, co poniekąd potwierdza słowa Terencjusza („homo sum, humani nihil a me alienum puto”) nie mamy absolutnie żadnych obiekcji przed zajmowaniem się wyłącznie High-Endem, to chociażby z racji podstawowej ludzkiej przyzwoitości regularnie zerkamy i bierzemy na redakcyjny tapet zdecydowanie bliższe szarej rzeczywistości i skierowane do szerszej populacji homo sapiens przejawy nomen omen ludzkiej aktywności. Dlatego też po stworzonych z myślą o potężnych końcówkach mocy flagowych Project-ach V-1 C19 przyszła pora na bardziej przystępną, choć równie „wysokoprzepustową” propozycję japońskiego specjalisty, czyli debiutujący podczas minionego monachijskiego High Endu i już niejako na starcie definiowany jako nad wyraz korzystnie skalkulowany pod względem relacji jakości do ceny Furutech Origin Power NCF-E(R).

Zgodnie z pozycjonowaniem naszego gościa w firmowym cenniku na pierwszy rzut oka wszystko jest na swoim miejscu. Zamiast zarezerwowanej dla flagowców bambusowej szkatułki mamy klasyczne, srebrzyste kartonowe pudełko, sam przewód ma wysoce akceptowalny przekrój, skromną, czarną koszulkę ochronną spod której przeziera błękit spodniej otuliny, oraz dość budżetowe wtyki, czyli popularne, rodowane FI-E-38R NCF/ FI-28R NCF. W tym momencie warto zwrócić uwagę na wysoką sztywność oraz sprężystość Origin-a, co trzeba uwzględnić przy wygospodarowywaniu miejsca na jego aplikację. Ergonomię poprawiają nieco redukujące przekrój końcowych kilkunastu centymetrów aluminiowe tuleje pełniące również rolę informacyjno – dekoracyjną.
Za to pod względem anatomii widać, że jeśli nie cała ekipa Furutecha, to przynajmniej jej dział R&D tak w czasie projektowania, jak i zatwierdzania tytułowego przewodu mogących optować za optymalizacją kosztów własnych księgowych nader skutecznie odizolował, ograniczając ich moc decyzyjną. Okazuje się bowiem, że pomimo niezwykle przystępnej ceny każdy z trzech przewodników Origin Power NCF-E(R) składa się z siedmiu 35-żyłowych wiązek z poddawanej kriogenicznym i demagnetyzacyjnym procesom miedzi α (Alpha) μ- OFC o przekroju 6,22 mm² (≈9AWG)! Z nie mniejszą atencją potraktowano kwestie izolacyjne stawiając na kombinację otulin z PVC i ekranów. I tak, każdy z przewodników biegnie w polietylenowej rurce o średnicy ok. 5,5mm. Całość przed wibracjami zabezpiecza 13,5mm warstwa zawierającego NCF i antystatyczne cząsteczki węgla czarnego PVC na której zapleciono ekran z 9 x 24 żył o ∅ 0,12 mm z miedzi α (Alpha)μ-OFC. Następnie znajdziemy kolejną czarną otulinę PVC z cząsteczkami węgla, zewnętrzną powłokę z elastycznego perłowo-niebieskiego PVC o średnicy 18mm i zewnętrzny czarny oplot z przędzy nylonowej o średnicy 19 mm.

Śmiem twierdzić, iż patrząc tak na aparycję, jak i trzewia naszego dzisiejszego gościa nie trzeba mieć ponadnaturalnych zdolności dedukcyjnych, by dojść do wniosku, iż Furutech stworzył kolejną odmianę, po FP-3TS762, przysłowiowego woła roboczego. Tak, tak mili Państwo, Origin Power NCF-E(R) nie ma za zadanie kusić fikuśnym umaszczeniem, czy biżuteryjną konfekcją jak daleko nie szukając szlachetniej urodzona „landryna”, czyli DPS-4.1 (pierwszą – różową a nie jak obecnie fioletową wersję bardzo mile wspominamy), czy stanowić wyznacznik prestiżu w stylu ww. V-1-ki. O nie, jego rola jest zdecydowanie bardziej prozaiczna, lecz wbrew pozorom nie mniej ważka i istotna. Myliliby się jednak ci, którzy sądziliby, że chodzi o otwarcie oczu i uszu niedowiarkom w znaczenie przewodów zasilających wątpiącym, bądź wręcz je całkowicie negującym, bowiem ekipa z Tokio już lata temu (warto przypomnieć, iż staż Furutecha powoli dobiega 40-ki – na rynku jest obecny od 1988 r.) przestała tracić czas i energię na ujmując sprawę metaforycznie zabawę w pszczoły, udowadniające muchom, że miód jest lepszy niż g***o. Tu raczej chodzi o zaoferowanie świadomym odbiorcom odpowiedniego akcesorium pozwalającego z posiadanych przez nich urządzeń wycisnąć możliwie największy potencjał przy optymalnych, zdroworozsądkowych kosztach. I po w pięciu Origin-a w swój system jedyne co pozostaje mi uczynić, to przyznać Japończykom słuszność, zarazem potwierdzając zgodność uzyskanego efektu z ww. deklarowanymi założeniami. Samosprawdzająca się przepowiednia i materializacja myślenia życzeniowego? Bynajmniej, po prostu chłodna i rzeczowa obserwacja zmian wprowadzonych przez tytułowy przewód.
Jednak od początku, czyli od zaanonsowanego sesją unboxingową rozpoczęcia jego wygrzewania (dotarł do nas fabrycznie nowy egzemplarz) po finalne, krytyczne odsłuchy jasnym było, że to szalenie rzetelny przewód. Niemniej jednak przewód, choć nie mając ambicji wywoływania efektu Wow! takową reakcję zdolny jest wywołać. Chodzi bowiem o to, iż jego pojawienie się w systemie i wpięcie bądź pomiędzy ścianą a listwą, bądź ww. ściennym gniazdkiem a nawet wielce żarłocznym odbiornikiem, u mnie rola największego głodomora przypadła 300W integrze Vitus Audio RI-101 MkII, każdorazowo owocuje zauważalnym przyrostem witalności i motoryki przekazu wraz z może nie tyle dodatkowym zastrzykiem dżuli i adrenaliny, co uwolnieniem drzemiącej, czyli de facto cały czas obecnej, acz będącej w fazie swoistej anabiozy, mocy – potencjału energetycznego zasilanych urządzeń. Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć cały czas skupiam się niejako na wolumenie, bezwzględnych wartościach i skali generowanego dźwięku jako takich, dziwnym zbiegiem okoliczności dyplomatycznie pomijając aspekt finezji, bądź pozwalającej podzielić przysłowiowy włos na czworo rozdzielczości. Nie jest to bynajmniej przypadek bądź podobno wrodzona, perfidia, lecz pochodna przypisanej tytułowemu przewodowi roli. Wspomniane przed chwilą aspekty są bowiem domeną jego szlachetniej urodzonego bądź uzbrojonego w wyższej klasy konfekcję rodzeństwa, więc wzajemna – w obrębie marki, kanibalizacja nie jest w tym momencie nikomu potrzebna. Chociaż … doświadczenia z przetestowanymi i przez lata z powodzeniem używanymi na budżetowym FP-3TS762 50-kami jasno wskazują, iż warto poczynić pewne inwestycje, by z niepozornego przewodu wycisnąć wszystko co najlepsze. Wracając jednak do meritum uczciwie trzeba przyznać, iż im gorszy los Origin-owi zgotujemy i im bardziej skalę trudności wywindujemy, tym lepiej. Wielka symfonika w wykonaniu The Philadelphia Orchestra pod Stokowskim („Stokowski: Gran Galà, vol. I” i „Stokowski: Gran Galà, vol. II”)? Proszę bardzo. Opętańcze ryki i deathcore’owa kakofonia serwowana przez pochodzącą z Knoxville w Tennessee formację Whitechapel („Hymns in Dissonance”), a może elektroniczne gwizdy, modulacje i infradźwiękowe loopy rodem z samego dna piekieł uchwycone na „Heat Death of the Universe” Murkury? Ależ oczywiście. Tutaj nie ma rzeczy niemożliwych – wgniatające w fotel Tutti ma w pełni adekwatny odpowiedzialnemu za nie aparatowi wykonawczemu wolumen i energię a zarazem nie jest monolityczną falą dźwiękową, lecz złożoną z precyzyjnie zlokalizowanych źródeł pozornych konstrukcją. Podobnie jest z ww. brutalnymi odmianami metalu, gdzie podwójna stopa nie dudni monotonnie, lecz dokonuje dzieła zniszczenia bestialskimi multi-kopnięciami z wyraźnie zaznaczonym momentem uderzenia w naciąg. Swoimi prawami rządzi się za to elektronika, gdyż niezwykle trudno wyrokować co poeta miał na myśli bazując li tylko na wygenerowanych cyfrowo samplach, niemniej jednak śmiało możemy uznać, iż dzięki tytułowemu Furutechowi nijakich limitacji nie doświadczymy. Co ciekawe nawet w porównaniu z bazującą na jeszcze grubszych (8AWG – 8,4 mm²) przewodnikach moją dyżurną Gargantuą II japoński przewód nie dość, że w niczym pod względem wolumenu i zejścia nie ustępuje „amerykańskiemu pytonowi”, to jeszcze oferuje zauważalnie lepsze różnicowanie i motorykę. Jest bardziej zwinny – ma mniejszą bezwładność, co przy gęstych aranżacjach owocuje lepszą czytelnością i kontrolą najniższych składowych o samym wglądzie w strukturę nagrania nawet nie wspominając.

Jak mam cichą nadzieję z powyższych refleksji i obserwacji wynika Furutech Origin Power NCF-E(R) może i nie jest topowym osiągnięciem japońskich metalurgów i nie ma ambicji konkurowania nawet ze swoim, szlachetniej urodzonymi współtowarzyszami z tokijskiej stajni, jednak ma w sobie coś, co sprawia, że nie sposób pomijać go w rozważaniach dotyczących świadomego okablowania posiadanego systemu. Oczywiście chodzi o ponadprzeciętną wydajność prądową świetnie sprawdzającą się tam, gdzie jakakolwiek limitacja podcina skrzydła dynamice i motoryce prezentacji. Jeśli zatem dysponujecie Państwo potężnymi końcówkami, rozbudowanymi systemami i generalnie łasą na energię elektryczną układanką, gustujecie w wielkiej symfonice, ciężkim rocku i nie mniej wymagającej elektronice, a jednocześnie niespecjalnie czujecie potrzebę bolesnego drenażu domowego budżetu, to prawdę powiedziawszy nie macie zbyt dużego pola manewru. A mówiąc wprost tytułowy przewód jest jednym z niewielu godnych polecenia rozwiązań.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jeśli w miarę regularnie odwiedzacie nasz portal, z pewnością wiecie, że obecnie tytułowy Furutech konsekwentnie rozwija soją flagową linię V1. Jubileuszową linię początkowo z założenia mającą być ograniczoną li tylko do kabla zasilającego, jednak na tyle dobrze przyjętą przez rynek, że mocodawcy marki postanowili powołać do życia pełen zestaw. Jak pokazują nasze batalie testowe w tym temacie są już na przysłowiowym finiszu, co przy posiadaniu sporej palety tego typu dobrze sprzedających się produktów sugerowałoby zapowiedź trendu spowalniającego wszelkie ruchy w temacie projektowania czegoś nowego. Jednak nie u Japończyków takie numery, czego dowodem jest dostarczony na dzisiejszą sesję testową, najniższy model terminowany fabrycznie – większość niedrogiego okablowania oferowana jest na metry, dostarczony przez katowicki RCM przewód zasilający Furutech Origin Power NCF-E(R). Jak widać ekipa z kraju kwitnącej wiśni wie, że nie samymi topowymi konstrukcjami meloman żyje, a my sprawdzimy, jaką ma dla nich ofertę z puli dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego.

Nasz bohater to typowy Furutech. To zaś oznacza, że jest w pełni opisany i pokazany w poprzecznym przekroju z najdrobniejszymi niuansami na firmowej stronie. To zaś udowadnia, że marka znając swój potencjał jakościowy nie tylko nie boi się pokazać potencjalnemu nabywcy zastosowanych pomysłów technicznych, lecz nie ma obaw także przed kopiowaniem przez etatowych podrabiaczy z kraju środka wszystkiego co się da, ale również poszukiwaczy teorii spiskowych twierdzących, że wszystko robione jest przez jednego producenta i tylko strojnie terminowane, aby chwycić klienta za oko. Dlatego kierując zainteresowanych dogłębnym poznaniem budowy modelu Origin Power na stronę producenta wspomnę jedynie o jego najważniejszych cechach. Pierwszą jest oczywiście użycie w roli przewodników wysokiej czystości miedzi Alpha-OFC. Co istotne, każdy przebieg pojedynczego sygnału składa się z 7 żył splecionych z cieniutkich drucików o średnicy 0.18 mm co finalnie daje przekrój całości przewodnika na poziomie niemalże 9AWG. To oznacza, że każda z żył to około 6mm² czystej miedzi, co u konkurencji jeśli w ogóle się zdarza, to jest wielką rzadkością. Tak wykonane przebiegi sygnału oczywiście zaizolowano serią kilku warstw materiału na bazie PVC oraz gdzieś po środku następujących po sobie warstw izolacji zaekranowano wykonaną z tej samej jakości miedzi siatką. Na koniec, aby kabel prezentował się estetycznie, całość ubrano w elastyczną, po części opalizującą czernią, a po części ciemnym błękitem, nylonową plecionkę. Jeśli chodzi o terminację rzeczonej sieciówki, idąc tropem przygotowania oferty dla szerokiej rzeszy użytkowników wykorzystano stosunkowo niedrogie, jednak wykonane w najnowszej technologii NCF wtyki FI-28 NCF (R) oraz FI-E38 NCF(R). Jak wspominałem, tę czynność wykonuje producent, dlatego na koniec w drogę do klienta testowany kabel pakowany jest w estetyczne, srebrne, wyściełane profilowaną gąbką kartonowe pudełko.

Jak można było się spodziewać, przywołana w poprzednim akapicie średnica czynna przewodników u naszego bohatera dawała jasny sygnał, że konstruktorzy postawili na minimalizację ograniczeń ilości przepływających przezeń życiodajnych dla elektroniki elektronów. To zaś sprawiło, że po wpięciu Origin Power w tor w dobrym tego słowa znaczeniu muzyka wręcz eksplodowała. Zyskała ogólna dynamika w rozumieniu szybkości i otwartości prezentacji. Co ciekawe, wszystko odbywało się pod znakomitą kontrolą, a fajną cechą szczególną podania słuchanego materiału było przyjemne w odbiorze lekkie doświetlenie wyższej średnicy. Nie w sposób krzykliwy, czy boleśnie rozjaśniający dany materiał, tylko wzmagający efekt radości projekcji wydarzeń na wirtualnej scenie. Nagle pojawił się większy, ale w żądnym wypadku nachalny, za to powodujący u mnie efekt „dygającej nóżki” drive, co bezwiednie zmuszało do wkładania do odtwarzacza CD większej ilości nastawionych na emanację tego typu artefaktami płyt. To oczywiście nie oznacza, że ucierpiały na tym gatunki melancholijne choćby Leszka Możdżera w dream teamie z Larsem Danielsonem i Zoharem Fresco na płycie „The Time”. Te również wypadały bardzo dobrze, gdyż w testowej konfiguracji dostawały zastrzyk lekkiego zwiększenia pakietu informacji, a tym samym wglądu w nagranie, co w przypadku operowania ciszą z bardzo delikatnymi dźwiękami w eterze jest nie do przecenienia. Jak zapewne wiecie, taki rodzaj jazzu jest mi bardzo bliski i wiem, kiedy jego wizualizacja jest zbyt oszczędna a kiedy nazbyt ekspresyjna w domenie transparentności podania. I w oparciu o wieloletnie doświadczenia byłem rad, że mimo podkręcenia emocji w wyższej średnicy ta pełna zadumy muzyka nadal stawiała na romantyzm w odniesieniu do napawania się grą pełnego składu, a nie nadinterpretację w eksponowaniu gry pojedynczych muzyków. Chociaż, gdy mieli swoje przysłowiowe pięć minut w solowych popisach, system ochoczo to pokazywał, lecz gdy do głosu dochodziła cała zbieranina artystów, umiał spuścić z tonu i serwował spójny występ opisywanej trójki. Wracając jednak do produkcji cięższego kalibru, jak choćby muzyka spod znaku odbytego w minioną sobotę, prawdopodobnie najważniejszego rockowego koncertu tego roku legendarnego zespołu Black Sabbath z wieloma gośćmi, dla mnie tego typu muza była największym beneficjentem zastosowania testowanego Furutecha sieciowego. W pierwszej kolejności dostałem szybkość i drapieżność, co było ewidentną wodą na młyn popisów Ozzy Osbourne’a, ale co bardzo istotne, przekaz również oferował niezbędną dla uzyskania kopnięcia dźwiękiem – o to w tej muzyce chodzi – dawkę masy. Efekt takiego potraktowania słuchanego materiału był naprawdę wciągający, gdyż system bez najmniejszego problemu realizował zamierzenia tej jednak wymagającej stosownego pakietu energii twórczości. Co więcej, dodatkowo niejako w pakiecie wpływu kabla bardzo dobrze w odbiorze do głosu dochodziły także takie aspekty, jak wirtuozeria pracy instrumentów oraz wokaliza. Jednym słowem, za sprawą japońskiego produktu przy mocnym uderzeniu dzięki otwarciu centrum pasma nieco bardziej zbliżyłem się do emocjonalnej nieprzewidywalności opowieści muzycznych Black Sabbath. Tak tak emocjonalnej, gdyż mimo hołubienia jazzowi, rock i jego wszelkie odmiany obecnie są moim drugim muzycznym konikiem, co opisany dziś test nie tylko znakomicie potwierdził, ale pokazał, że w duchu nie jestem jeszcze zbyt stary, aby cieszyć się tą fantastycznie zaaplikowaną dawką decybeli.

Komu sugerowałbym próby na żywym organizmie z tytułowym Furutech-em Origin Power NCF(R)? Moim zdaniem problem ze zrozumieniem lub ewentualnym niewykorzystaniem potencjału rzeczonej sieciówki mogą mieć jedynie właściciele systemów nazbyt jasnych, swą prezentacją wpadających w efekt pękania szkliwa na zębach. Wiem, że osobnicy tego tupu projekcji są wśród nas, dlatego sygnalizuję, iż może być różnie. Jednak z drugiej strony oferowana przez kabel masa dźwięku może sprawić, że te cherlawe układanki po wypięciu jakiegoś „krzykacza” mogą doznać ciekawej odmiany. Esencjonalności w stylu estetyki radia BBC nie uzyskamy, ale nawet szczypta body może być tym, czego od dawna Wam brakowało. Reszta populacji melomanów w moim odczuciu do ewentualnych prób nie ma jakichkolwiek przeciwwskazań.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 5 690 PLN / 1,8m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Może nie jest to największy i najcięższy wzmacniacz zintegrowany jaki świat widział, ale … w pełni zasługuje na miano super-integry. Panie i Panowie, oto McIntosh MA 12000.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Po wcześniejszym zapoznaniu się z możliwościami trzech podstawowych modeli bezpieczników z oferty Quantum Science Audio oraz przeprowadzeniu, niejako na własne potrzeby, eksploracji wyższych (z Silverem włącznie) półek jej portfolio wydawało nam się, że jeśli będziemy wracać do tematu, to raczej na redakcyjny tapet weźmiemy coś z okolic topu. Tymczasem jak to w życiu bywa przewrotny los pisze swoje scenariusze i dziwnym zbiegiem okoliczności a de facto dzięki uprzejmości chełmżyńskiego Quality Audio trafiła do nas parka … QSA Blue. Czyżby niemalże po roku od poprzedniej publikacji temat wymagał przypomnienia? Przewrotnie stwierdzę, że i tak i nie, gdyż choć umaszczenie bezpieczników się zgadza, to w tzw. międzyczasie rodzimy dystrybutor łaskaw był ściągnąć oprócz wcześniej przez nas przesłuchiwanych szklanych również i ceramiczne wersje najpopularniejszych modeli. A skoro parka szklanych Blue w zadku mojego odtwarzacza (Vitus Audio SCD-025 Mk.II) od dłuższego czasu tkwi, to zrozumiałym jest, że gdzie, jak nie u siebie mógłbym nausznie przekonać się o różnicach pomiędzy obiema ww. wersjami. Dlatego też, jeśli zachodzicie Państwo w głowę, w którą stronę – szkła, bądź porcelany pójść nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.

Jak widać na powyższych zdjęciach pod względem aparycji zmieniło się niewiele. Ba, na pierwszy rzut oka owych różnic nie widać wcale. Wystarczy jednak wytężyć wzrok, bądź uzbroić oko w jakieś, nawet niewielkie wspomaganie, by zauważyć, iż o ile w szklanych wersjach mniej więcej 0,5mm przestrzeń pomiędzy błękitną „banderolą” z oznaczeniem kierunkowości a metalowymi nakładkami jest przezroczysta (najłatwiej zweryfikować to patrząc pod światło), o tyle w ceramikach owa przestrzeń jest porcelanowo – biała. Oczywiście stosowną sygnaturę można znaleźć na umieszczonej na plecach pudełka, w którym bezpiecznik dociera do odbiorcy, naklejce, gdzie znajdują się również wskazówki co do typu, rozmiaru i wartości danego egzemplarza. Jeśli zaś chodzi o technikalia, to wszystkich zainteresowanych bardziej szczegółowymi dywagacjami o owych zagadnieniach zapraszam do naszych wcześniejszych wynurzeń a pozostałej części odbiorców, którym do pełni szczęścia wystarczy jedynie jakieś nośne i pobudzająca wyobraźnię hasło wspomnę jedynie, iż tytułowy producent swoją radosną twórczość opiera na „kwantowej zmianie struktury molekularnej metali zmniejszającej cyfrową sygnaturę i szumy w dźwięku”.

Pomijając tak niepozorność postury naszych dzisiejszych bohaterów, jak i domniemaną zawiłość procesu ich kwantyzacji, kluczowym i jak łatwo można się domyślić wymagającym empirycznej weryfikacji aspektem jest fakt, bądź też jego brak, wpływu na dopieszczone nimi urządzenie. Łatwo powiedzieć i pokazać, co z resztą unaocznia powyższa relacja z  jesiennej aplikacji „szklanych Smerfów”, trudniej zrobić, gdyż wymiana bezpieczników to czynność znacząco bardziej absorbująca aniżeli prozaiczne roszady kablowe, przynajmniej w przypadku mojego „Vitka”, wymagająca nie dość, że wyłuskania dwóch sztuk z dedykowanej im szufladki, to również wcześniejszego ustawienia odtwarzacza tyłem do przodu, by w ogóle dostęp do owej komory uzyskać, a następnie, chcąc uniknąć każdorazowej gimnastyki, przez ponad tydzień odsłuchowych zmagań z takim, dość nietypowym, ustawieniem funkcjonować. Czego jednak nie robi się dla zaspokojenia własnej ciekawości.
Zanim jednak do krytycznych i co tu dużo mówić bratobójczych odsłuchów doszło dałem ceramikom kilka dni na „ułożenie” w nowym lokum i … Doskonale znając  uprzestrzenniająco – wyswabadzającą naturę „szklanego Smerfa” przesiadka na jego porcelanowe rodzeństwo okazała się zaskakująco wyraźna. Otóż zachowując podobną barwę i dźwięczność ceramiki może nawet nie tyle dociążyły, co dopaliły energetycznie przekaz akcentując i nieco wypychając przełom niższej średnicy i basu. W związku z powyższym równowaga tonalna została dyskretnie przesunięta w dół a jednocześnie operujące w ww. podzakresie instrumentarium niejako z automatu skuteczniej łapało za ucho skupiając na sobie uwagę słuchaczy. Śmiem twierdzić, iż w nazbyt analitycznych, czy też cierpiących na niedostatki wypełnienia niższych 2/3 reprodukowanego pasma, ów zabieg ma spore szanse przywrócić przyjemność odsłuchu. Ba, wręcz uleczyć taką konfigurację z wydawać by się mogło natywnej anemii. Nie mniej usatysfakcjonowani powinni być posiadacze niewielkich monitorów, gdzie jak wiadomo w większości przypadków dół jest co najwyżej sygnalizowany, więc za jego rozciągnięcie i wolumen w znacznej części odpowiada nasze, dopowiadane przez umysł wyobrażenie. A tu dodatkowy zastrzyk energii, czy wręcz sprężyste kopnięcie pozwala na znaczące ograniczenie „elementu baśniowego”, czyli owych dopowiedzeń na rzecz fizycznie odczuwalnych częstotliwości. Wystarczy bowiem sięgnąć po „From Zero” Linkin Park i zupełnie zapomnieć o jego cyfrowej i zazwyczaj irytującej chrupkości, czy też boleśnie słyszalnej kompresji. Partie perkusji, ze szczególnym uwzględnieniem stopy, wreszcie mają odpowiednią moc a każde „kopnięcie” Colina Brittaina jesteśmy w stanie poczuć na własnych trzewiach. Z kolei na lepiej zrealizowanym „At Peace” Propagandhi bez trudu można zauważyć, że i na górze dzieje się całkiem sporo a każdy z dźwięków ma właściwą sobie aurę, więc nie ma mowy o limitacji wolumenu egzystujących tamże informacji a jedynie przesunięciu akcentu na skali częstotliwości.
I tu pozwolę sobie na stricte subiektywną refleksję. Otóż przykładowo tak na „starych” (bez i), jak i, a może przede wszystkim, nowych – z „i” , inkarnacjach Dynaudio Contour 30 mając do wyboru obie wersje QSA Blue bez chwili wahania celowałbym w ceramiki, to od ponad półrocza ciesząc oczy i uszy zdecydowanie potężniejszymi, trójdrożnymi AudioSolutions Figaro L2 również bez większych wątpliwości utwierdzam się w przekonaniu o słuszności wcześniejszych zakupów wersji szklanych. I bynajmniej nie oznacza to, że ceramiki są gorsze od szklanych, lecz jedynie potwierdza fakt konieczności dopasowania konkretnej wersji pod indywidualne oczekiwania i sam system słuchacza. Swoje trzy grosze wnosi oczywiście również preferowany repertuar, gdyż np. ciężkiej, operującej głównie w niskich rejestrach elektronice (vide. „are you listening?” Winterburn) obecność „porcelanek” nadaje bliższej klubowym doznaniom intensywności.

Choć zabierając się za test tytułowych maluchów miałem jakieś podświadome wątpliwości, czy cała ta zabawa w szkło i ceramikę nie będzie nosiła znamion typowego dylematu „osiołkowi w żłobie dano”, to jak dowiodła praktyka sprawa okazała się zaskakująco prosta i jednoznaczna. Wystarczy bowiem wskazać dystrybutorowi interesujący nas model, wziąć obie jego (modelu, nie dystrybutora) odsłony na testy a następnie zdecydować się na tę, która lepiej wkomponuje się w nasz system i będzie bliższa naszym oczekiwaniom, co do efektów, jakie z jej pomocą będziemy chcieli uzyskać. Czyli reasumując, bezpiecznik QSA Blue Ceramic sprawdzi się wszędzie tam, gdzie jego szklany odpowiednik nie będzie w stanie spełnić pokładanych w nim nadziei pod kątem energetyczności i intensywności przełomu niższej średnicy i basu, czy też jedynie basu, którym to obecność ceramika ewidentnie służy. Jeśli jednak nie czujemy w tym podzakresie niedosytu, to „szklany Smerf” zapewni lepszą liniowość i otwartość, swobodę prezentacji. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko zachęcić Państwa do samodzielnych eksperymentów, tym bardziej, że cały czas poruszmy się na zaskakująco przystępnych pułapach cenowych a progres w stosunku do „cywilnego” rurkowca jest ewidentny, choć wspominam o tym jedynie z kronikarskiego obowiązku, gdyż nie taki był cel powyższego, bratobójczego pojedynku.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Choć bezpieczniki to dla wielu z nas bardzo istotny element finalnego strojenia systemu audio, opisy ich działania nie są zbyt częstym tematem recenzji. Powodów oczywiście jest wiele, a pierwszym z brzegu jest na chwilę obecną podobnie do niegdysiejszego pukania się w głowę co poniektórych podczas rozmów o niezmiernie istotnym dla zestawu działaniu okablowania, lekki opór audiofilskiej materii przed kolejną w ich mniemaniu „wydumką” chcących nas niecnie wykorzystać producentów audiofilskich gadżetów. Nie powiem, kiedyś także podchodząc do tej kwestii miałem lekkie opory natury moralnej, jednak „nauszne” przekonanie się na własnej skórze w swojej zbieraninie dało ewidentne potwierdzenie, iż te małe rurki mają niebagatelne znaczenie. Na tyle, że obecnie w swojej elektronice nie mam żadnego zwykłego – czytaj przemysłowego – bezpiecznika, tylko w zależności od potrzeby danej konstrukcji odpowiednio formującego jej finalne brzmienie. Tak, tak, formującego brzmienie, co w dzisiejszej epistole postaram się opisać na bazie konstrukcji z tej samej linii produktowej mającego już swoje bezpiecznikowe pięć minut na naszym portalu, powołanego do życia w Stanach Zjednoczonych, a dystrybuowanego przez chełmżyńskie Quality Audio producenta Quantum Science Audio, z którego szerokiego portfolio na nasz tapet dotarły bezpieczniki QSA Blue w odmianie z korpusem szklanym i ceramicznym.

Jak sama nazwa marki sugeruje, podstawowym działaniem tego podmiotu w zakresie powoływania do życia wszystkich oferowanych konstrukcji jest technologia ich kwantyzacji. To coś na kształt uderzania danej konstrukcji wiązkami energii, co powoduje dodatkową aktywację zastosowanych w bezpiecznikach metali finalnie przekładające się na swobodniejszy przepływ elektronów. Naturalnie ilość procesów kwantyzacji wpływa wprost proporcjonalnie do ich finalnego brzmienia i tym sposobem jakości pozycjonującej daną konstrukcję na drabince cennika, ale jak podczas badań się okazało, oprócz działań kwantowych ważne są również zastosowane półprodukty. Co mam na myśli? Otóż do tej pory nasze odsłuchy dotyczyły bezpieczników skonstruowanych na bazie szklanej rurki. Grały, jak grały, co opisaliśmy w stosownym teście porównawczym kilku różnych linii produktowych. Tymczasem audiofilska brać w toku prób we własnych systemach stwierdziła, że owszem oferta jest fajna, ale chcieliby na bazie tego samego poziomu cenowego uzyskać nieco inny brzmieniowy wynik. Naturalnie tytułowy producent poszedł za ciosem i powołał do życia równoległe byty dla dotychczasowej oferty, jednak tym razem jako korpus posłużyła nie szklana rurka, a ceramiczny cylinder. Nie, nie macie omamów, dziś sprawdzimy, jak brzmi wersja szklana i ceramiczna tego samego modelu bezpiecznika.

Co się wydarzyło po zmianie bezpiecznika z korpusem ze szkła na od strony bezpieczeństwa dla elektroniki teoretycznie taki sam, a jedynie z inną obudową wykorzystującą ceramikę? Ku mojemu zaskoczeniu znaczącej przemianie uległa masa i przez to energia podania muzyki. To było coś na kształt zastrzyku większego body, co z automatu przekładało się na wzmocnienie odczuwalnej energii. Naturalnie z drugiej strony barykady wpłynęło to na szybkość narastania sygnału, jednak nie w jakiś szczególnie degradujący przekaz sposób, tylko na poziomie mniejszego zaangażowania systemu w pogoń za wycznowością podania jej w tym aspekcie. A nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że w moim mniemaniu dla wielu z Was druga, będąca zarzewiem tego spotkania, czyli kamionkowa opcja byłaby tą lepszą pod każdym względem. Powodem jest delikatne, ale jednak jakby ukulturalnienie słuchanej muzyki, która nadal oferowała pełną ekspresji zadziorność, ale przy okazji ją upłynniała. To dzianie było na tyle fajne, że w gatunkach stawiających na muzykalność idealnie wpisywało się w oczekiwania słuchacza nie powodując efektu zadyszki w domenie swobody prezentacji, zaś w ostrzejszej twórczości przy jedynie symbolicznym potraktowaniu wyrazistości ataku oraz ostrości kreski rysującej dane wydarzenie, serwowała odbiorcy przyjemny w odbiorze pakiet doznań natury często w niewielkiej ilości, ale jednak oczekiwanej muzykalności. Efekt działania ceramicznej wersji bezpiecznika był na tyle przyjazny, że bez problemu pokuszę się o stwierdzenie, iż wielu przypadkach idąc za przysłowiem i „wilk był syty i owca cała”. Pełna zgoda, że dla purystów szklana rurka dawała większą dramaturgię podczas odtwarzania choćby koncertującego w piątek na PGE Narodowym zespołu AC/DC „Power Up”, gdyż ma być ostro i jeśli zostało słabo zrealizowane nieco boleśnie, bo nie chcą uśrednień, ale już podczas odsłuchu przykładowej Cassandry Wilson z krążka „Loverly” w przypadku projekcji zjawiskowego wokalu i ciekawie wtórującego mu instrumentarium z wieloma balladami na liście utworów podobny wybór nie byłby taki oczywisty, a wręcz powiedziałbym karkołomny. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, obydwie bezpiecznikowe opcje w przypadku spowodowanego siłami wyższymi braku wyboru na tle zwykłych, czyli przemysłowych konstrukcji wypadały znakomicie. I ta bardziej otwarta i ta lekko koloryzująca, gdyż w stosunku do kaleczących przekaz seryjnych drucików w podłużnych cylindrach szły w kierunku nasycania i kontrolowanego ujędrniania słuchanej muzyki. Jedyną różnicą zaś pomiędzy nimi był poziom wagi dźwięku, który w opisany powyżej sposób zmieniał jej projekcję i finalny odbiór przez słuchacza. Za każdym razem bardzo dobry, jednakże z nastawieniem na wzmocnienie nieco innych akcentów, czego naturalnie oczekiwali zaprawieni w bojach uzyskania jak najlepszego dla siebie dźwięku zainteresowani melomani.

Jak spuentuję powyższy opis? Otóż w tym przypadku nie ma nad czym deliberować ani określać docelowej grupy odbiorców, bo sprawa jest jasna jak słońce. Już wersja szklana daje pozytywny feedback w postaci dawki dobrze wyważonej magii i płynności słuchanego materiału. A jeśli z jakiś powodów dla kogoś to zbyt mało, po próbie ze szkłem sięga po ceramikę. Co finalnie zostanie, zależeć będzie od oczekiwań nabywcy. Jedno jednak jest pewne, do przemysłowej wersji bezpiecznika po zderzeniu z ofertą QSA definitywnie nie będzie powrotu. Dlatego też lojalnie ostrzegam, jeśli nie jesteście przygotowani na emocjonalny szok będący wynikiem przekonania się, że te maleństwa mają aż tak wielkie znaczenie, siedźcie cicho i nie kontaktujcie się z dystrybutorem, bo kolokwialnie mówiąc zrobicie sobie wielkie kuku, z którym później będziecie musieli żyć. A po co Wam to? Tym bardziej, że powrót do „fabrycznego” punktu wyjścia boli.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy
– gramofon: Clearaudio Concept
– wkładka: Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon: Studer A80

Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Lieder International Company
Cena (rozmiar 5 x 20mm / 6 x 30mm / 10 x 38mm): 400 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Destination Audio GM70

Opinion 1

As you are all well aware, Poland with its audio designs has been competing with the world mainstream for years. Of course, it may not be a number in the thousands, but let us not fool ourselves, taking into account the full spectrum of our hobby, from electronics, through loudspeakers, all kinds of accessories, to cabling, we have a really large group of representatives recognizable in the wide world. And the first one in a row, incidentally very successful for years across the great pond, is Destination Audio, a manufacture located near Warsaw. A company from whose portfolio we had the opportunity to get to know the WE417A phono preamplifier and, relatively recently, the Nika speakers. You can check how the mentioned products performed sonically using the portal search engine. However, in order to encourage you to familiarize yourself with its next design, I will only mention that this is a brand that has always been involved in bringing ideas to life, which draw from the glory days of the electron tube and highly effective loudspeakers. Although there are no exact data anywhere, I am firmly convinced that this type of gear is the clou of the configuration of at least 30 percent – if not more – of the entire population of audio maniacs. You must admit, this is a large group. And if this is the case, then in my opinion, it is worth reading, how the above-mentioned high-efficiency speakers (Nika), as opposed to the performance with a very powerful class A solid-state amplifier, will present themselves with tube amplification proposed by Destination Audio, the GM70, constructed by the brand’s owner. Theoretically, this is their world, so they should come out not as very good, but absolutely excellent. So if you are interested in what the, theoretically perfectly created tandem, has shown, I invite you to read the following few paragraphs.

As befits a product that is a representative of the High-End segment, our hero consists of two large and heavy modules. Of course, one is the power supply, and the other is the heart of the amplifier with the circuits controlling the signal processing. As for the enclosures, in both cases a support platform was used, which works perfectly in such solutions, with electronics hidden inside and transformers, capacitors and electron tubes exposed on the upper surface. However, this is not only a procedure aimed at catching the eye of a potential buyer, but due to the expansion of the device, a design requirement. Do you not believe it? Then please take a look at the series of photos, which will show the maximum built-up of both amplifier stages. This, in turn, together with the size of the devices, resulted in the need for the designer of this amplifier to use a cool design trick, to not make it look like a big, boring block of metal. This trick is to make the chassis from two thinner, black-finished slices, cover such a container with a platform shimmering with the color of copper, and place amber shining tubes on top of it, together with black cuboidal and cylindrical cups hiding the rest of the components necessary for the amplifier to work. Believe me, regardless of the size, and let us face it, an old idea behind the device’s enclosures, our hero looks really great. Writing a few sentences about functionality – it is known that each integrated part is equipped with accessories appropriate for a given module. And so, the power supply on the front is equipped only with a toggle switch, and on the rear panel with an IEC power socket and a multi-pin terminal that allows the properly prepared electrical energy to flow to the heart of the amplifier. As for the most important element of the GM70, on the fascia we find two control knobs finished in the color of the upper surface – the left one is responsible for the gain level, and the right one is responsible for the selection of the line input, and on the reverse there is an socket for receiving electricity, identical to the one on the PSU, 3 RCA line inputs, one XLR input, XLR line output and loudspeaker terminals dedicated to two loads. Unfortunately, and for many extreme audio freaks in this segment and devices that focus on the maximum sound quality, it is natural, the tested amplifier does not offer a remote control. Do you think this is a serious problem? Well, I know from experience – for several years I have been using the Robert Koda line preamplifier, which had a similar approach to the way of operating it, that you can easily live with it. After a few days, I learned the standard volume and the problem suddenly ceased to exist. And if it brought quality benefits to the sound offered, then the subject of any problem was a non-issue. Finally, for many, the most important information is, that the offered power of the amplifier is around 20W, which, in the case of the Nika speakers used for this test, was fully sufficient to comfortably drive them fully.

So, what happened after feeding the relatively easy to drive speakers with a not very powerful, but theoretically dedicated tube amplifier we are testing? Naturally, something what I expected from the very beginning, based on many years of experience with this type of construction. Well, the high power and transistor control of Nika speaker sets does not always allow them to rise to the heights of their capabilities. Yes, there is full control, strong impact and speed of signal rise, which gives a full insight into the recording from the side of pacing, but we usually lose some of the element of musicality. Everything seems to be ok, but … What is it about? Well, during the test of the speakers with my solid-state, otherwise very powerful class A power amplifier, it seemed that they showed their maximum. The free handling allowed for excellent differentiation of the energy of individual sound sources, and a nice dose of breath suggested that there was nothing more to search for. However, that was only until the moment when the Destination Audio GM70 appeared in the system, theoretically weaker in every respect – in terms of power and, very liked by music lovers and pleasant, but still distorting, electron tubes. It immediately turned out that the speakers simply got too much of everything. It is just that with all the nice aura of sound with a solid-state amplifier, the sound was somewhat squeezed. The point is, that the aforementioned multi-coloration of energy through excessive control was somewhat averaged and did not offer alternating hard and soft shades contained in the music. And when the unpredictable nature of the electron tube in serving natural vibration to the sound was included, the music became clearly more vibrant. It was not so much all in, as in the test of the Gryphon speakers, but with natural stumbles, such as: pleasant blurring of the sharpness of the lower registers, and other times unexpected illumination of the midrange. And while many of you may find it ridiculous, I can easily declare that only today’s test configuration showed how the Nika speakers should sound. Of course, it is mainly about setting up your system properly. However, this is only a generalization, because, as always, the devil is in the details. And these, in the case of the GM in question, are the result of an appropriate expansion of the power supply section, which allows for maintaining strong and juicy lower registers, as well as the topology of the electrical circuitry and the use of the best components, including NOS tubes that take care of the rest of the sound spectrum. And I assure you, these findings are not made-up conclusions, but real on-ear evidence gained during the test of the phonostage, and now confirmed by the integrated amplifier. I have already written this once in the case of this manufacturer, but now I will repeat it again. Tube devices that operate so well with the low range, and control essentiality of the whole sound, are really scarce in the entire global market. And it is not about simply “kicking” the listener with these aspects, because there are many powerful tube amplifiers that try to outdo solid solid-state units even in this aspect, but about achieving a consensus between the amount of essence and the appropriate dosing of it, sometimes in the aesthetics of hardness, and sometimes softness, with bass descent that is difficult to achieve by this type of construction. This was so excellent in our hero’s version, that it was only with it in the sound path, that I found out what the loudspeakers, that are part of the setup, really can do.
Using the same repertoire as in the test of the speakers themselves, literally everything came out in a completely different light. The leading, smooth, juicy, shimmering bass guitar and vocals and all kinds of other instruments. Everything seemed to sound in a similar aesthetic, but now with a greater dose of emotions, caused by such a proper application of vacuum tubes, as well as providing only the necessary, and not an overage of power by the amplifier. It is known that too much is not healthy, and these two tests carried out in a short time with the same speaker set showed it clearly. And while in the first installment I did not even think about the desire to set up such a setup to fit the desire for change, during this session the amount of completely unavailable emotions completely changed my vision. Of course, with all qualitative concessions to the current configuration. However, concessions that give so much joy from listening to music, that they are very easily acceptable.
And while it would seem that the positive change expressed in this way would not work in the case of harder genres of music, to my surprise the album „Highway To Hell” by AC/DC also benefited a lot from such a move. The situation was similar. A dose of controlled multi-colored energy allowed the music to flow more, and not to be soullessly played, which in this case did not reduce its expression in the slightest, but injected it with an additional note of musicality. How it happened, I have no idea, but it definitely happened, and it was a very positive experience.

Crowning the review of the Destination Audio GM70 integrated amplifier, and in fact also the two-part test of the Nika speakers, I hope that two things clearly emerge from it. The first is the sound of the integrated amplifier, full of that magic which is reserved only for the best designs, with a strong share of controlled mass and density of music delivery. As I mentioned, the designs of this manufacturer escape the typical results of the competition, in a way known only to them. The point is, that apart from the typical aspects of, colloquially speaking, humanizing music by tube devices, their main advantage is the phenomenal operation of the lower range. I assure you, it is not that easy, and until the moment I clashed with Destination Audio products, I thought it was almost impossible. The second issue of this test is a kind of versatility of the speakers. Already in the test with my solid-state amp they were in the aesthetics of light vintage, but they sounded very engaging. However, what they showed after connecting a dedicated, i.e. providing the necessary, and not too oversized dose of energy, amplifier based on electron tubes, completely changed their image. And these were not small nuances, but a different world, in a positive sense. However, so that we understand each other correctly, this world is realized on the basis of the same vision of the manufacturing of all the products from the brand, from beginning to end, which is to ensure full synergy not only between the devices, but also between the listener and the music, and in my opinion this has been a great success.

Jacek Pazio

Opinion 2

Continuing the exploration of the joyful manifestations of Polish technical thought after the Nika horn speakers and the Circle Labs V1000 phono preamplifier from Krakow, the time has come for … not for the cables, although they are still patiently waiting for their five minutes, but for the tube integrated spreading around a discreet amber glow. However, in this case, integrity is by no means about its physicality, because we are dealing with two, and at those quite large chasses, but anatomy and the principle of operation. Who, or rather what, are we talking about? About the Destination Audio GM70 integrated amplifier, to which we cordially invite you to test with us.
At the very beginning I would like to explain that the “disintegration” of the tested integrated amplifier mentioned in the editorial, is only due to the fact that the power supply section was separated from the main – signal processing structure. So, in fact, we are dealing with the aftermath of the elimination of the source of possible interference from the immediate vicinity of the flow paths of useful audio signals, sensitive to this type of anomalies, known for example from the phonostage that has recently visited us, as well as from the Van den Hul The Emerald preamplifier. However, while the above-mentioned Dutchman, due to its rather dubious aesthetic qualities and size, had a power unit that was somehow predestined to be hidden somewhere behind the first line of equipment (I do not recommend covering it with a napkin and putting a flower on top of it though), in the GM70 such an option is rather out of the question. As you can perfectly see, both the signal module and the power supply module not only look very dignified and elegant at the same time, but due to the presence of tubes, capacitor banks, and impressive catafalques hiding transformers and chokes on their top plates, it is better to have them at hand, if only to remove dust accumulating in various nooks and crannies. And there is a lot to take care of, because the 70 proudly presents as many as eight tubes on its top, including those located right at the rear edge, adequate to the nomenclature used by the manufacturer, giving 20W per channel of the GM70. The signal unit boast two knobs on the front panel – the left one responsible for controlling volume and the right one being the input selector, while the power supply only has a toggle power switch.
There is definitely more going on the back, because there we have four pairs of line inputs (3 RCA and single XLRs) as well as XLR outputs, as well as single terminals for 4 and 8 Ω loads complemented by a multi-pin power terminal. The power supply, on the other hand, has a mains power socket and a proprietary power bus output, between which a fuse compartment is placed. The whole is kept in elegant colors, distinguished black and eye-friendly copper brown, so despite its quite large size, it is difficult to accuse the manufacturer of any tendencies to unnecessary gigantomania, and at the same time you should praise him for very skillful references to such icons as Kondo.

However, as it happens in audio, man does not live by design alone, but by what our ears can be fed by these pretty, and sometimes „differently pretty” devices. Fortunately, in the case of the Destination Audio GM70, the class of sound goes hand in hand with the elegance of the design, so generally speaking, we should not feel disappointed when plugging our guest into the sound path. In fact, if we only provide it with the right company in the form of loudspeakers with which it will establish a thread of understanding, and will not have to wrestle with them or tame them at every step, the chances of success will increase dramatically. I must admit that we had it easier in this respect, because after the last tests we had Nika stationed with us, which, as you can guess, was much more to the liking of the 70 than our on-duty Gauders, and it was with them that I conducted the lion’s share of the listening sessions. It is worth mentioning at this point that despite the high efficiency – reaching 99 dB – there was absolute silence in the speakers, which only speaks well of both the construction and design of our guest.
Effect? Excellent, because we obtained a sound with an extremely smooth texture, creamy consistency and at the same time highly satisfying resolution, breath – openness and, importantly, also pulsating pace. Of course, in absolute terms, our today’s guest operated on a slightly different side of intensity and dynamics than the 400W strong VTL Monos that we recently hosted, but I mention this only out of a purely chronicling duty, because first of all, when reaching for a 20W tube amplifier, no one in their right mind does it in order to reproduce the squashing power of Metallica’s „Metallica Through The Never”, or the exploration of synthetic infrasound contained on Murkura’s „Planetary Medicine”, because this is completely a wrong approach. Although you do not have to avoid more civilized types of Rock, because both the Stones and even the progressive, Polish Riverside came out very convincingly. It is simply about the awareness that the first fiddle here is played by sophistication and freedom, the naturalness of articulation, which, together with the truly organic timbre and saturation, make time not only pass more slowly, but also dramatically lose its meaning. And in fact, it should be said that it is this naturalness that becomes crucial in the presentation served by the 70. With the passage of time spent in its company, we become more and more dependent on aesthetics slightly different from the current contemporary patterns of esthetics, where the narrative is based on communicativeness rather than detail. As a result, although we hear everything that is necessary and what is included in the source material, the emphasis is placed on the method – the form of articulation, reproduction, and not only the analytical presentation of volumes and parameters determining the sounds reaching our ears. On „Verdi: Il Trovatore” with the late Luciano Pavarotti we have a full picture of the scene – with the movement of individual singers, the multi-layered events taking place on the stage, and thus the extremely obvious and dynamic changes in the distance between the viewer/listener and the characters themselves. It is a lively, dynamic and therefore fully natural, realistic performance, and in addition brimming with emotions. And all this richness of sensations is not only conveyed by the Destination Audio integrated, but also very skillfully intensified, discreetly directing the beam of light at the key characters at a given moment, suggestively cutting them out of the background, while maintaining their connections and relationships with it.
Interestingly, even on „Drum Therapy” from Tor, full of electronic samples and oriental inserts, the amplifier was able to create a kind of oneiric micro-world and lock the listeners in it for nearly three quarters of an hour. Combining impressionistic patches of sound, with rough distortions and countless various percussion instruments, it followed the unhurried pace of the composition, creating not so much an engaging background, but this micro-world, a space filled with sounds and music that surrounds us. It also very successfully differentiated the definitions of natural and „digital” instruments, which made the former more tangible and obvious, and the latter operating on the principle of dynamically generated holograms.

As you can easily guess, both due to the size, the use of tubes, the power offered, or in a way the price, the Destination Audio GM70 can hardly be considered a proposition for everyone and for every system. However, if you have enough space and speakers that are favorable for tube and not too strained amplification, and at the same time you are closer to a music lover than an audiophile model of absorption of the repertoire you listen to, then in your case, listening to the GM70 is most recommended.

Marcin Olszewski

System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Distributor/Manufacturer: Destination Audio
Price: 50 000 €

Specifications
Power output: 2 x 20W / 4Ω, 2 x 14W / 8Ω
Frequency response: 10Hz~85kHz(-1.5dB)
THD: 1% (1 kHz)
S/N Ratio: 87 dB
Input Impedance: 100 kΩ
Output Impedance: 4Ω and 8Ω
Power Requirements: USA 115V (60Hz) / EU 235V (50Hz)
Tubes: 2 x ECC40, 2 x 5687, 2 x 6W6, 2 x GM70
Power consumption: 350W
Dimensions (W x H x D): 312 x 255 x 466 mm
Weight: 75 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Z wrodzoną dyskrecją i niemalże bezszelestnie na polskim rynku pojawił się nowy  i jak plotki mówią porażająco zabójczy gracz. A skoro w każdej plotce jest jakieś ziarnko prawdy, to chcąc owe kuluarowe doniesienia zweryfikować w trybie pilnym zadbaliśmy o to, by reprezentant owego nowego nad Wisłą bytu się u nas pojawił. Tym oto sposobem niezmiernie miło nam powitać japoński streamer Sforzato DSP-09EX.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: AudioSolutions Virtuoso B

Opinia 1

W ramach wstępu do dzisiejszego spotkania pozwolę sobie na pozornie odbiegającą od tematyki naszego portalu refleksję właśnie nad pozorami. Niby o fakcie, iż owe pozory mylą wiemy od maleńkości, jednak w czasach coraz doskonalszego (bardziej perfidnego) AI, zalewających Internet deepfake’ów, czy nawet automatycznych – fabrycznie włączonych w smartfonach filtrów upiększających coraz częściej łapiemy się na tym, że nomen omen pozornie oczywisty cytat z XVIII w. „Nowych Aten” autorstwa Benedykta Chmielowskiego jakoby „Koń, jaki jest, każdy widzi” nader boleśnie zaczyna rozjeżdżać się względem otaczającej nas rzeczywistości. Mówiąc wprost nie dość, że przyszło nam żyć w czasach, kiedy przewijające się w „X-Files” (wyjaśnienie dla małoletnich czytelników – był to poniekąd kultowy serial SF emitowany w latach 1993 – 2002) hasło „Trust no one” (Nie ufaj nikomu) stało się podstawą egzystencji, to jest jeszcze gorzej, bowiem nie dość, że nie możemy wierzyć innym, to tak na dobrą sprawą brak zaufania powinniśmy mieć również sami do … siebie. Przesadzam? Bynajmniej, bowiem jak już zdążyłem wspomnieć wiara w to co widzimy, może okazać się dla nas, jeśli nie zgubna, to zazwyczaj boleśnie rozczarowująca. Całe szczęście historia zna również przypadki, gdy ww. mylące pozory stają się powodem miłej niespodzianki, czyli do gry włącza się motyw „jajka niespodzianki”, „brzydkiego kaczątka”, bądź włoskiej / hiszpańskiej kuchni, gdzie potrawy swym wyglądem znacząco odbiegają od lansowanych przez francuskich mistrzów patelni wzorców, za to smakują … obłędnie zazwyczaj deklasując molekularne dziwolągi i inne skomplikowane „talerzowe instalacje”.
Do czego piję? A do klasycznych, podstawkowych monitorów. W końcu jakie są, każdy widzi. Ot w przeważającej większości po dwa drajwery na skrzynkę i temat zamknięty. Jeśli producent chce zaszaleć, to albo dorzuca dodatkowy przetwornik ewoluując do postaci dwu i pół, bądź trójdrożnej, bądź klasyczny bas-refleks zastępuje membraną bierną / stawia na konstrukcję zamkniętą. Generalnie, jeśli coś kombinuje, to w 99% przypadków widać to gołym okiem. Pozostały procent zagospodarowują krnąbrnie umykające prostemu zaszufladkowaniu przypadki kliniczne w stylu pięcioprzetwornikowych Neatów Ultimatum MFS (obecnie XLS), gdzie pomimo deklarowanej dwudrożności mamy … trzy tweetery i dwa (jeden ukryty wewnątrz obudowy) nisko-średniotonowce pracujące w układzie izobarycznym, goszczących u nas niemalże trzy lata temu trójdrożnych ELAC-ów Concentro S 503 z imitującym tubkę wykładniczą, okalającym wysokotonowy JET 5, średniotonowym 130 mm AS-XR AL, bazujące na podobnym rozwiązaniu TAD-ów CR1 TX-EB i … naszych dzisiejszych gościń. Jak się bowiem okazuje dostarczone przez sopoc … znaczy się gdańskie (chłopaki są w trakcie przeprowadzki) AudioSolutions Virtuoso B nie do końca są tym, na co wyglądają. Jeśli zastanawiacie się Państwo jakiż to mroczny sekret w sobie kryją, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.

Stricte high-endowe i w dodatku tak urodziwe monitory goszczą u nas na tyle okazjonalnie, że śmiało możemy uznać dzisiejszą publikację za całkiem zrozumiały pretekst do świętowania. Tym bardziej, że zamiast standardowego malowania odwiedzająca nas parka otrzymała zjawiskowe umaszczenie Martino Copper, w którym prezentuje się wprost oszałamiająco. Jeśli dodamy do tego charakterystyczny, zwężający się ku tyłowi kształt obudów, idealnie dopasowane wzorniczo i fabrycznie zespolone z kolumnami standy, plus niezwykłą dbałość o bezpieczny transport w postaci widocznych w unboxingowej zajawce pancernych skrzyń, to tak o pierwsze, które jak wiadomo można zrobić tylko raz, jak i kolejne wrażenia szczęśliwych nabywców możemy być spokojni. A to przecież dopiero niewinne preludium do dalszej zabawy i bynajmniej nie szczyt możliwości twórczych Gediminasa Gaidelisa – założyciela, właściciela i głównego projektanta marki, który dla najbardziej wymagających odbiorców ma do zaoferowania topową serię Vantage.
Wróćmy jednak do meritum, czyli do „naszych” (I wish) Virtuoso B i skupmy się na detalach, bo nieco uchylając rąbka tajemnicy jest na czym. Jak na powyższych zdjęciach widać, lekko wypukłe fronty zdobi para zamawianych w SB Acoustics drajwerów – 16,5 cm średniotonowiec z papierową membraną Hard Pulp, oraz umieszczona tuż pod nim 30mm jedwabna kopułka wysokotonowa. Oba przetworniki okalają niewielkie tubki wykładnicze. Zgodnie z firmową tradycją boczne ścianki korpusów są mniej więcej w połowie swej długości „nadłamane” przez co przednia ich część nieco zwiększa szerokość kolumn a z kolei tylna zbiega się ku wąskim plecom nadając całości nieco trumiennego przekroju. Z kolei na ścianie tylnej znajdziemy pokaźnej średnicy ujście kanału bas-refleks oraz podwójne, umieszczone w płytkim podfrezowaniu na aluminiowym szyldzie terminale przyłączeniowe. Korpusy są połączone z firmowymi standami, lecz nie „na głucho”, gdyż pomiędzy podstawą kolumn a platformą nośną pozostawiono kilkucentymetrową dylatację zdradzającą obecność nie tylko stabilizujących całość nóżek i zespalającego trzpienia, lecz również wcale nie taką małą … niespodziankę. Okazuje się bowiem, że Virtuoso B nie są dwu a trzyprzetwornikowymi i zarazem trójdrożnymi konstrukcjami a to za sprawą zamontowanego w ich podstawie 19 cm basowca z membraną Hard Pulp. Skoro nieco głębiej zapuściliśmy żurawia, to pozwolę sobie kontynuować wątek anatomiczny a tym samym wspomnieć, iż skrzynie tytułowych monitorów to autorskie rozwiązanie box-in-a-box, czyli de facto dwie obudowy – jedna (lekka i sztywna) w drugiej (ciężkiej – pełniącej rolę tłumika masowego) zespolone cienką 0.1-0.15mm warstwą elastycznego kleju poliuretanowego. Jakby tego było mało nie zabrakło rozbudowanej struktury szkieletowych usztywnień i nierównomiernej grubości ścian na przekroju obudowy, co niezwykle skutecznie eliminuje powstawanie ewentualnych rezonansów a wraz z ww. kształtem korpusów walczy również z falami stojącymi.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z operującym w paśmie 30-30000 Hz układem trójdrożnym o częstotliwościach podziału ustalonych na 500 Hz i 7000 Hz, co jasno daje do zrozumienia, iż ww. średniotonowiec nie ma szans na nudę, gdyż pracuje w zaskakująco szerokim paśmie. Deklarowana przez producenta skuteczność wynosi 91,5 dB co przy 4 Ω znamionowej impedancji nie powinno stanowić większego problemu dla adekwatnych klasą kolumn wzmacniaczy.
Wracając jeszcze na chwilę do standów wypada mi tylko pochwalić idealną spójność kolorystyczną z dzierżonymi na barkach monitorami i uzyskaną dzięki szerokim, finezyjnie wyprofilowanym platformom dolnym stabilność. W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję natury funkcjonalnej, bowiem choć pojedyncza kolumna waży 23 kg a wraz ze standem zwiększa swą masę do 37 kg, więc nawet podpięcie ciężkiego i sztywnego okablowania nie powinno zrobić na niej większego wrażenia, to śmiem twierdzić, iż skoro fabrycznie Virtuoso docierają do odbiorcy końcowego zespolone ze standami, to można byłoby pomyśleć o opcji przeniesienia terminali przyłączeniowych właśnie na podstawy standów eliminując tym sposobem zwisające za kolumnami „warkocze”.

Nie będę ukrywał, iż biorąc się za odsłuchy cały czas zachodziłem w głowę jak należące do wyższej serii Virtuoso B zagrają na tle moich (a co, w końcu na 50-kę można sobie sprawić małe co nieco), oczko niżej urodzonych, acz zauważalnie potężniejszych, podłogowych Figaro L2. Oczywiście porównywalnego wolumenu i potęgi dźwięku się nie spodziewałem, bo przynajmniej pod tym względem praw fizyki oszukać się nie da, ale inne aspekty pozostawały jedną wielką niewiadomą. I powiem szczerze, że się nie rozczarowałem, bowiem już od pierwszych, stanowiących nader nieoczywiste połączenie progresywnego metalcore z … J-pop-em taktów „PALEHELL” Paledusk litewskie maluchy nie dość, że w trybie natychmiastowym uległy całkowitej dematerializacji na kreowanej przez siebie niezwykle obszernej i świetnie „poukładanej” scenie, to jeszcze zaoferowały dynamikę i skalę dźwięku godną niejednej podłogówki. Piszę to nie bez satysfakcji, gdyż serwowany przez kwartet z Fukuoki repertuar najdelikatniej rzecz ujmując nie tylko nie należy do najłatwiejszych, co i z samą delikatnością niewiele ma wspólnego. Składa się bowiem z grupowych ryków, piekielnie szybkich riffów i suto okraszonych elektroniką iście epickich partii perkusji. Nie brzmi to jak dedykowany monitorom materiał testowy, ba śmiem twierdzić, że i większość wystawców oraz producentów nawet potężnych podłogówek wolałaby tego typu ekstremów unikać. A tymczasem szalenie rozdzielcza góra Virtuoso z niezwykłą ekspresją oddawała wwiercające się w synapsy wizgi i świsty, cudownie komunikatywna średnica nie pozostawiała wątpliwości co do wypluwanych z szybkością karabinu maszynowego fraz a bas jedynie wieńczył dzieło zniszczenia bezlitośnie kopiąc nas po trzewiach. I tu od razu uwaga natury technicznej. Otóż najniższe składowe „miedziaków” są wyjątkowe a zarazem, przynajmniej dla przypadkowych słuchaczy, dość nieoczywiste, bowiem nie dość, że nie próbują cały czas przypominać o swojej obecności, lecz odzywają się dokładnie wtedy kiedy trzeba i z idealnie dobraną mocą, to jeszcze oferują taką rozdzielczość i motorykę, że nie zdziwiłbym się gdyby część posiadaczy niejednokrotnie droższych podłogówek i niezbyt obszernych salonów po ich (AudioSolutions a nie pomieszczeń) odsłuchu zaczęła rozważać na nie przesiadkę. Tutaj różnicowanie elektronicznych modulacji, bądź perkusyjnych blastów i szarpnięć basowych strun jest na iście studyjnym poziomie z tą tylko różnicą, że dalej obcujemy z koherentną muzyką a nie odseparowanymi od siebie pojedynczymi dźwiękami. I choć początkowo może się wydawać, że Litwinki stawiają na jakość aniżeli ilość, to wystarczy, że na materiale źródłowym znajdzie się odpowiednio nisko osadzoną częstotliwość, a takowych nie brakuje czy to na klubowym „are you listening?” Winterburn, czy też „wietrzącym” wystawowe sale (serdecznie pozdrawiam ekipę Martena) podczas ostatniego monachijskiego High Endu „Hymns in Dissonance” Whitechapel, a na własnych trzewiach się przekonamy, że tak energii, jak i wolumenu im nie brakuje.
Zdając sobie jednak sprawę, iż jedynie oscylujący wokół zera odsetek potencjalnych nabywców ww. monitorów gustuje w podobnych ekstremach karnie wróciłem do nico bardziej cywilizowanych klimatów rodem z prog-metalowych rubieży w stylu „Blood” OSI. Tak, tak, obecna tam jakże różnie prezentująca się – od niemalże garażowego thrashu po słodkie i gładkie frazy, gitara Jima Matheosa plus trudne do nierozpoznania klawisze Kevina Moore’a i jego, zazwyczaj przetworzony wokal (są też udzielający się paszczowo znamienici goście – Mikael Akerfeldt i Tim Bowness) są świetnym sprawdzianem zdolności tak systemu jak i samych kolumn pod względem umiejętności błyskawicznej zmiany strukturalno-barwowej reprodukowanych dźwięków. Dodajmy sprawdzianem zdanym przez Virtuoso celująco, bowiem w tzw. okamgnieniu były w stanie przejść z szorstkich chropowatości w gładką alabastrowość i z powrotem, prezentując idealną koherencję reprodukowanego pasma a tym samym potwierdzając w pełni świadomą aplikację poszczególnych przetworników. Idąc tym tropem i zarazem zamykając temat rozpiętości dynamiki i adekwatności barw do serwowanego instrumentarium nie mogłem odmówić sobie przyjemności sięgnięcia po wielką symfonikę w iście mistrzowskim wykonaniu The Philadelphia Orchestra, czyli najnowsze remastery „Stokowski: Gran Galà, vol. I” i „Stokowski: Gran Galà, vol. II” . I co? I wszystko w jak najlepszym porządku począwszy właśnie od wzorowego porządku na zajmowanej przez Filadelfijczyków scenie poprzez z iście laserową precyzją definiowane źródła pozorne na wspomnianej koherencji całości spektaklu skończywszy. O przyprawiających o palpitacje serca tutti nawet nie wspominam, bowiem skoro z radosną twórczością Whitechapel AudioSolutions sobie poradziły, to i klasyczny, nawet tak liczny, aparat wykonawczy nie mógł zmusić ich do choćby lekkiej kompresji. A właśnie, kolejną niezwykle miłą mym uszom cechą tytułowych monitorów jest zdolność grania zarówno na wieczorno-nocnych, oscylujących wokół szeptu poziomach głośności, jak i iście stadionowych dawkach decybeli. Czyli jeśli tylko nasza amplifikacja również takowymi cechami może się pochwalić, to śmiało możemy mówić o pełnej uniwersalności.

Nieuchronnie zbliżając się do finału, nie pozostaje mi nic innego jak tylko stwierdzić, iż AudioSolutions Virtuoso B są klasą same dla siebie i jeśli tylko rozglądacie się Państwo za niewielkimi kolumnami do mniej więcej dwudziestometrowego pokoju a jednocześnie pułap ww. TAD-ów jest nieco zbyt abstrakcyjny, to odsłuch Virtuoso B wydaje się czystą formalnością. W dodatku, wraz z nimi, niejako w gratisie, otrzymacie Państwo jeszcze coś jeszcze. Otóż doskonale zdaję sobie sprawę, że trudno będzie Wam oderwać od nich wzrok, bo co tu dużo mówić, są piękne, jednak, jeśli tylko w trakcie sesji zamkniecie oczy, to w większości przypadków będziecie mogli odnieść wrażenie, że ktoś automagicznie zastąpił je całkiem sporymi podłogówkami.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Na przestrzeni wielu lat testowania kolumn podstawkowych wiem jedno, jedne udają znacznie większe aniżeli faktycznie są, zaś inne uwzględniając swoje techniczne ograniczenia bez pogoni za wyczynowością ponad wszytko, stawiają na pokazanie maksimum realizmu odtwarzanej muzyki. I gdy wydawałoby się, że dzięki wielkiej skali dźwięku nie lada frajdę sprawią nam przedstawicielki pierwszej grupy, tak naprawdę to właśnie druga powinna budzić takie emocje. Powodem jest sztuczne podkolorowanie i podbicie basu przez te grające wyczynowo, co może wydawać się zjawiskowe, jednak to ewidentne co najmniej uśrednienie, jak nie degradacja jakości przekazu. Mała kolumna, to czasem symboliczny, pojawiający się tylko w momencie występowania impuls lub mocniejszy bas, za to sposób prezentacji całości wydarzenia muzycznego jest wręcz nieosiągalny dla konstrukcji podłogowych. Niestety, jeśli maluch bombarduje nas nieadekwatnym do rozmiaru obudowy dolnym zakresem, jest to ewidentne oszustwo i zazwyczaj za sprawą monotonii tego pasma jakościowa nuda. Jeśli się zrozumie tę wydawałoby się naturalną, niestety dla wielu nieakceptowalną zasadę, dopiero wówczas jest szansa na dogłębne pojęcie o co chodzi w tego typu zespołach głośnikowych. A gdy do tego się dojrzeje emocjonalnie, także zakochanie się w nich nawet w monecie dysponowania pomieszczeniem spokojnie mieszczącym wielkie podłogówki. Jaki cel na powyższy wywód? Naturalnie wprowadzenia w dzisiejszą sesję testową. Sesję, której tematem będzie zestaw kolumn monitorowych z dedykowanymi podstawkami w postaci dostarczonych przez trójmiejski Premium Sound, pochodzących z Litwy AudioSolutions Virutoso B. Chcecie wiedzieć, jak wypadły? Jeśli tak, zapraszam na kilka strof o ich występach podczas kilkunastu dni testowej zabawy.

Co wiemy na temat Virtuoso B? To oczywiście kontynuacja marki w budowaniu kolumn polegająca na mającym na celu minimalizację szkodliwych drgań zastosowaniu podwójnej obudowy. Chodzi o elastyczne połączenie jej głównego, znajdującego się wewnątrz modułu z zewnętrzną nakładką, której scalenie widać na bocznych ściankach skrzynek. Takie postawienie sprawy daje dwa ważne aspekty, a są nimi wspominana sztywność minimalizująca wibracje konstrukcji i z automatu zwiększająca odporność na szkodliwe artefakty jej waga. Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, mamy do czynienia z rozwiązaniem połączenia szerokiego frontu i węższych pleców najpierw lekko rozchodzącymi się, a potem w miejscu łączenia zewnętrznej nakładki schodzącymi się ku tyłowi bocznymi ściankami. Efekt jest przyjemny dla oka i zapewnia odpowiedni litraż skrzynki dla uzyskania odpowiedniej jakości zakresu pracy najniższych rejestrów. Co jest bardzo ciekawe, a na pierwszy rzut oka niewidoczne, to zastosowanie 3 przetworników. Dwa – wysokotonowy i średniotonowy – w dających efekt fajnego doświetlenia dźwięku lekkich falowodach ulokowano na awersie, zaś basowy w odseparowanej od podstawy standu stosownymi stopkami dolnej części kolumny. Na oko wydaje się, że to konstrukcja dwudrożna, a tymczasem są trzy drogi. Kreśląc kilka informacji na temat tylnego, wykończonego eleganckim karbonem panelu istotnymi wydają się być dwie kwestie, czyli zorientowany w centrum tej połaci sporej wielkości port bass-reflex oraz pod nim w lekkim zagłębieniu. zestaw podwójnych terminali przyłączeniowych WBT. W kwestii parametrów pracy producent zapewnia, że skuteczność kolumn jest na poziomie 91.5 db, a ich impedancja wynosi 4 Ohm-y. Tak prezentujące się podłogowe panny z Litwy są na stałe sprzęgnięte z firmowymi podstawkami i stabilnie pakowane w specjalne skrzynie ze sklejki.

Jak zagrały rzeczone kolumny? Naturalnie odniosę się do wywodu ze wstępniaka, gdyż dla mnie dobre granie tego typu konstrukcji to wersja numer dwa, czyli bez sztucznego podbijania zakresu basu. I muszę powiedzieć, że Virtuoso B ze swoim brzmieniem idealnie wpisały się w estetykę poprawnego podejścia do tematu spójnego zaprezentowania całego pasma z nastawieniem na maksymalizację jakości kreowanych na wirtualnej scenie wydarzeń. Scenie szerokiej, głębokiej i niczym niezaburzonej – piję do nieosiągalnego dla nawet najlepszych, ale jednak kolumn podłogowych – podczas wizualizowania nawet najdrobniejszych niuansów danego nagrania. Kolumny całkowicie znikały, a ja mogłem poczuć smak bycia na danej sesji nagraniowej nawet nie za szybą reżyserki, tylko na sali koncertowej. I nie miało znaczenia, czy oczy miałem zamknięte, czy otwarte, bowiem małe skrzynki z dobrze zestrojoną, czyli równo prezentującą pełne pasmo zwrotnicą samoistnie dematerializują się w pomieszczeniu. Jest tylko jeden haczyk, nie mogą udawać większych niż są mocarnym basem, gdyż podbicie tego zakresu pewnego rodzaju dudnieniem w dwóch punktach pomieszczenia powoduje ich mimowolną lokalizację. Nasze bohaterki na szczęście są wynikiem wieloletnich prac konstrukcyjnych, dlatego projekcja muzyki z ich pomocą była zjawiskowa. Owszem, nierzadko czułem, że na tle moich czarnych wież basu mogłoby być nieco więcej, ale gdy w grę wchodziło pogorszenie jakości grania, dobrze podany impuls plus spójne z resztą pasma, nieco lżejsze, ale nadal pomruki w odbiorze prawdziwości podania muzyki całkowicie mi wystarczały. A powodem była jakość tego nieco mniejszego, ale jednak istotnego do zapewnienia podstawy danemu utworowi zakresu częstotliwości. Choć ogólnie uważa się, że więcej znaczy lepiej, akurat w przypadku obcowania z muzyką na najwyższym poziome grania nie zawsze się to sprawdza. A już na pewno, gdy w grę wchodzi sprzęt z segmentu High End. Tak tak, AudioSolutions Virtuoso B w moim odczuciu chodzą w tej lidze, co udowadniały bardzo dobrymi wynikami sonicznymi we wszelkiego rodzaju twórczości. Naturalnie z poprawką na swoje gabaryty i przez to konstrukcyjne ograniczenia, ale za to nie tylko nic nigdy mi nie doskwierało, tylko fajnym wybrnięciem z trudnej sytuacji pozytywnie zaskakiwało.
Pierwszą trudną sytuacją była choćby płyta Yello „Touch”. To w znakomitej większości mocne zejścia dolnego pasma z solidnym jego modulowaniem. I muszę powiedzieć, że gdy wkładając tę płytę do odtwarzacza byłem pełen obaw, co z tego wyjdzie, już pierwszy kawałek pokazał, że duże kolumny z basem potrafią zrobić większy efekt pozytywnego „łał”, ale te maluchy i tak sobie z tym poradziły. Poradziły, bo dobrze akcentowały inicjacje danego pomruku, a potem nieco oddając pola najniższym rejestrom, wchodziły umiejętnie na wyższe, aby bez efektu tak zwanej buły pokazywać targające basem impulsy. To oczywiście początkującym melomanom może nie do końca się podobać, jednak już wyedukowany wie, że bas to nie jest lejąca się po podłodze magma, tylko zbiór szerokiego spektrum informacji, co Virtuoso znakomicie pokazały.
Inną, już nie pozytywną, ale wręcz świetną sytuacją płytową była muzyka Cassandry Wilson „Blue Light ‘Til Down”. To oczywiście muzyka dla osobników kochających zatracać się w damskiej wokalizie. Do tego fenomenalnie zaaranżowana i zrealizowana, co tylko teoretycznie było wodą na młyn testowanych dziś kolumn. Dlaczego teoretycznie? Powodem jest oczywiście realizacja, która mocno hołubi solidnemu pokazaniu dolnego rejestru. Ten zaś jeśli jest sztucznie podbity, natychmiast wypadnie słabo. Na szczęście nasze bohaterki to poważna konstrukcja i nie tylko nic takiego nie miało miejsca, to jeszcze dzięki umiejętności alienacji się monitorów z pokoju byłem z piosenkarką wręcz sam na sam. Z najdrobniejszymi smaczkami wokalnymi, co będąc audiofilem było dla mnie nie lada kąskiem brzmieniowym tego krążka.

Czy tytułowe kolumny podstawkowe są na tyle uniwersalne, że rozkochają w sobie każdego melomana? Niestety ich rozmiar jest bardzo determinującym potencjalnego zainteresowanego. I nie ma znaczenia, czy grają znakomicie, czy nie, po prostu dla wielu z Was będą zbyt małe, bo lubicie sobie kolokwialnie mówiąc przyłożyć. Jeśli jednak dysponujecie niezbyt dużym pomieszczeniem i wiecie co oznacza perfekcyjne granie tak małych konstrukcji, już pierwsze dźwięki pokażą, że to jest znakomity produkt i za takie pieniądze ciężko będzie konkurencji dotrzymać im kroku. Nie mówię, że się nie da, ale tym stwierdzeniem chcę zaznaczyć ich jakość. Jeśli zatem kolumny podstawkowe są w Waszym kręgu zainteresowania, AudioSolutions Virtuoso B bezapelacyjnie powinny znaleźć się na liście odsłuchowej. Wizualnie prezentują się bardzo ładnie, jak rzadko podstawkowce są konstrukcją 3-drożną i co najważniejsze oferują dojrzały dźwięk. Co oznacza „dojrzały” oczywiście wyłożyłem w powyższym opisie sesji testowej.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Premium Sound
Producent: AudioSolutions
Cena: od 74 990 PLN; 82 489 PLN testowana wersja (Martino Copper)

Dane techniczne
– Skuteczność: 91,5 dB @ 2,83 V 1 m
– Moc znamionowa: 130 W rms
– Moc maksymalna: 260 W;
– Impedancja: nominalna 4 Ω
– Częstotliwość podziału: 500 Hz; 7000 Hz
– Pasmo przenoszenia (w pomieszczeniu): 30-30000 Hz
– Przetworniki:
– głośnik wysokotonowy: 3 cm jedwabna kopułka,
– średniotonowy: 16,5 cm papierowy Hard Pulp,
– niskotonowy: 19 cm Hard Pulp
– Wymiary (W x S x G): 450 x 297 x 478 mm
– Wymiary ze standem (W x S x G): 1225 x 391 x 547 mm
– Waga bez standu: 23 kg/szt
– Waga ze standem: 37 kg/szt
– Waga transportowe wraz ze skrzynią: 60 kg/szt