Były „Kobiety mafii”, „Córki dancingu”, „Synowie Anarchii” a już w najbliższy piątek światło dzienne ujrzy najnowszy krążek Muńka Staszczyka „Syn miasta”. Zamiast jednak czekać do weekendu miałem jednak to szczęście, by w miniony wtorek, w ramach inicjatywy „Piątki z Nową Muzyką” ZPAV w nowym lokum Studia U22 przedpremierowo rzucić uchem nie tylko na samo wydawnictwo, co wziąć udział w spotkaniu z jego twórcą. Zgodnie z tradycją rola konferansjera przypadła gospodarzowi – Piotrowi Welcowi, za to już sam wywiad poprowadził Piotr Metz. Nie uprzedzając zbytnio faktów nie da się ukryć, iż kluczem wtorkowego wieczoru było to, jak Muniek po przebytym latem wylewie, jak to sam szczerze powiedział „wraca powoli do rzeczywistości” i „na nowo oswaja z ludźmi”. Tak, tak. Gwiazda Rocka, przez lata zapełniająca kluby, ściągająca tłumy na „plenerowe” koncerty kontaktu z publicznością uczy się na nowo. Wolniej, spokojniej i zwiększą rozwagą. Okazuje się bowiem, że niemalże nieśmiertelni, choć jednak niekoniecznie niezniszczalni są chyba jedynie Stonesi i Iggy Pop a cała reszta populacji powinna jednak o siebie dbać, prowadząc nieco bardziej „higieniczny” tryb życia.
Muniek do bólu szczerze i bez nawet najmniejszych oznak gwiazdorstwa opowiadał nie tylko o samym powrocie do zdrowia, lecz głównie o kulisach powstawania jego solowego, po zawieszeniu działalności T.Love, albumu „Syn miasta”. Okazało się bowiem, że od pewnego momentu jego wewnętrzna równowaga pomiędzy Muńkiem a Zygmuntem została zaburzona i sam zainteresowany uznał, że dalsze „wygodne życie” i odcinanie kuponów nie ma sensu i trzeba zrobić coś „swojego”. Jak postanowił, tak też zrobił, lecz mając przez lata opanowaną do perfekcji „metodologię procesu twórczego”, jasno zdefiniowane oczekiwania co do koniecznej liczby prób, ról poszczególnych członków zespołu musiał nieco zmienić swoje nastawienie i z „capo di tutti capi” przejść do roli partnera nie tylko wydającego polecenia, ale i też uważnie słuchającego rad innych. Przykładowo albumy T.Love poprzedzało każdorazowo kilkadziesiąt prób a tymczasem „Syn miasta” miał z założenia mieć jedynie 10 (słownie dziesięć) i jedynie po protestach Muńka udało się rozszerzyć je do jedenastu. Nie było też mowy o wypracowanej przez 35 lat wewnątrz-zespołowej „chemii”, więc i relacji trzeba było uczyć się na nowo. Do tego doszło przełamywanie stereotypów dotyczących uczestników i laureatów talent-show.
Skoro Muniek otworzył się przed nami wczoraj, to i ja postanowiłem być do bólu szczery i jeśli chodzi o sam album, to … z przykrością a zarazem wybitnie subiektywnie stwierdzam, iż na moje, zmanierowane ucho z zaproponowanych przez Muńka dziesięciu nowych utworów słuchalna wydaje się jedynie promowana przez media „Pola”. Nie chodzi nawet o kwestie estetyczno – muzyczne, lecz przede wszystkim o drastyczną różnicę w jakości realizacji. Szybki rzut oka na materiały promocyjne wydawcy i chyba domyślam się o co chodzi. Otóż „Polę” w całości wyprodukował i zmiksował Bartosz Dziedzic mający na swoim koncie produkcję krążków Brodki, Dawida Podsiadło, czy też Artura Rojka, za to pozostałych dziewięć tracków zmiksował Piotr Emade Waglewski, produkcją zajął się Jurek Zagórski a pod masteringiem podpisał się … Jacek Gawłowski. Efekt? Na skomponowanej przez Dawida Podsiadło „Poli” odpowiedzialnego za tekst Muńka nie dość, że można zrozumieć, to dźwięki dochodzące z głośników nie ranią uszu, czego niestety nie można powiedzieć o reszcie nagrań. Co prawda nieco asekuracyjnie, tuż przed odsłuchem, Piotr Welc próbował podprogowo nastawić nad wyraz licznie zgromadzonych słuchaczy na nieco „garażową estetykę” wydawnictwa, lecz takiej dawki podkreślonych sybilantów (niezbyt udany zabieg przy sepleniącym wokaliście), dwuwymiarowej sceny i generalnie niezwykle irytującej ofensywności raczej mało kto się spodziewał. Pomijając fakt, iż Muniek najogólniej rzecz biorąc wokalistą jest jakim jest (swojego czasu sam w jednym z wywiadów zdefiniował się jako „muzyczny odpad atomowy”) w 99,9% przypadków ewidentne braki techniczne i warsztatowe nadrabiając wrodzoną charyzmą, to tym razem – pozbawiony „zrozumienia/wsparcia” ze strony realizacji/postprocesu i chcąc zaakcentować „nowe otwarcie” swojej ścieżki kariery odkrył się nieco za bardzo. Nie zaklinając rzeczywistości śmiem wręcz twierdzić, iż po odsłuchu „Syna miasta” Król „King” Muniek jest w 9/10 nagi a za symboliczny „figowy listek” można uznać jedynie „Polę”, która w pełni zasłużenie zdążyła już pokryć się złotem. Nieco przewrotnie z chęcią odsłuchałbym „Syna miasta” w dość niekonwencjonalnej wersji – całość w wersji instrumentalnej + ww. „Pola” taka jaka jest w roli zamykającego całość bonusu.
Niestety ze względów organizacyjnych na samym wręczeniu złotej płyty za „Polę” już zostać nie mogłem, niemniej jednak szczerze Muńkowi i współpracującym z Nim muzykom (Jurek Zagórski, Kasai (Kasia Piszek), Patryk Stawiński, Kuba Staruszkiewicz) szczerze gratuluję.
Na karb powyższych uwag z pewnością miały również wpływ warunki, w jakich wtorkowy odsłuch się odbył. Już podczas uroczystego otwarcia nowej lokalizacji Studia U22 miałem pewne obawy co do tego, że o ile koncertowo przestronna sala Nowego Świata Muzyki przy Nowym Świecie 63 będzie zdecydowanie krokiem do przodu w porównaniu z apartamentem w Alejach Ujazdowskich, to od „audiofilskiej” strony już tak różowo może nie być. I niestety nie jest. Svedy (Blipo + Chupacabra) w takiej kubaturze po prostu męczą się i przy okazji słuchaczy. Ich zbyt szeroki rozstaw powoduje irytującą dziurę na środku sceny a próby ratowania się equalizacją dostępną w przedwzmacniaczu C-2120 Accuphase’a przypominają leczenie dżumy cholerą. System uzupełniał odtwarzacz Accuphase DP-430, na ustawionym z boku ekranie podziwiać można było zdjęcia autorstwa Jacka Poremby i Marty Wojtal, a podczas spotkania o nastrój zadbał jak zwykle Ballantine’s.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Świat pędzi na oślep, w dodatku w jednym ręku trzyma bezkofeinową latte z mlekopodobnym sojowym zabielaczem a w drugim najnowszą wersję bezramkowego smartfona z nadgryzioną „psiarą” w herbie. Niby coraz więcej rzeczy jest fit, eco i vege a jednocześnie trucie i dewastacja błękitnej planety przybiera niespotykaną do tej pory skalę. Jednym słowem, cytując klasyka „wszyscy zginiemy”. Zanim jednak ów tragiczny koniec nastąpi warto cieszyć się rzeczami małymi, takimi które zrobiono po staremu, i które sprawiają, że na twarzy „dużych chłopców” znów zagości uśmiech. Wyobraźmy sobie zatem sytuację, gdy na rynku niemalże zawładniętym przez wszechobecny downsizing, klasę D, impulsowe zasilacze, bezołowiowe luty, optymalizację kosztów własnych i inne plagi egipskie, pojawia się konstrukcja zrobiona po staremu. Widzicie to oczyma wyobraźni? Przewymiarowany konwencjonalny zasilacz, brutalnie kontrastujące z „bezpiecznymi” krągłościami agresywnie nastroszone pióra radiatorów, stopień wyjściowy na klasycznych Fet-ach i wywołująca spazmy ortodoksyjnych ekologów kultowa klasa pracy „A”. Tak piękne, że aż nierealne, bądź osiągalne jedynie w ekstremalnym, niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika High-Endzie? Okazuje się jednak, że niekoniecznie. Otóż proszę sobie wyobrazić, iż u schyłku drugiej dekady XXI w. hen, hen, w dalekiej, pełnej słońca Kalifornii powstał wzmacniacz nie dość, że powyższe kryteria spełniający, to w dodatku nad wyraz rozsądnie, jak na audiofilskie realia, wyceniony. Jeśli zastanawiają się Państwo cóż to za idący pod prąd start-up udało nam się wygrzebać w odmętach Internetu spieszę z wyjaśnieniami, że tym razem ową niespodziankę przygotował prawdziwy dinozaur i legenda Hi-Fi/High-End – czyli Pass Laboratories wprowadzając na rynek najmniejszą A-klasową integrę o wszystko mówiącym symbolu INT-25.
Pass Laboratories INT-25 jak na nasze, dotychczasowe kontakty z amerykańskimi wzmacniaczami jest zaskakująco kompaktowy. Zarówno w porównaniu z INT-60, jak i topowym INT-250 (które de facto mają praktycznie bliźniacze obudowy), o dzielonkach (XP-30 & XA 100.8) nawet nie wspominając spokojnie można go określić mianem urządzenia sypialniano – gabinetowego. Oczywiście jak na zamorskie standardy, gdyż jakby nie patrzeć to nadal blisko dwudziestopięciokilogramowy piec, który nie dość, że po mniej więcej kwadransie od uruchomienia z powodzeniem może robić za grzejnik, to jeszcze potrzebuje miejscówki co najmniej pół metra na pół metra i lepiej w żadną ciasną szafkę go nie wstawiać. Krótko mówiąc rasowa A-klasa w najlepszym wydaniu. Downsizing pociągnął za sobą pewne zmiany w firmowym designie frontu, który z jednej strony nadal pozostaje masywnym płatem szczotkowanego aluminium, lecz oprócz niewielkiego błękitnego wyświetlacza informującego o sile głosu, pięciu, umieszczonych w płytkim podfrezowaniu przyciskom odpowiedzialnym za włączenie/wyłączenie oraz wybór źródła zlokalizowanych po lewej stronie i masywnej, toczonej gałce z prawej niestety zabrakło już miejsca na charakterystyczny, podświetlony na niebiesko firmowy bulaj. Z jednej strony nieco mi szkoda utraconej „cyklopiej” aparycji, jednak z drugiej uczciwie muszę przyznać, iż Pass nabrał przez to większej uniwersalności i dzięki temu łatwiej dopasować go do stylistyki docelowego pomieszczenia.
Zamiast klasycznych ścianek bocznych mamy niezwykle agresywnie nastroszone czarne radiatory, które z oczywistych względów (czysta klasa A) są w pełni uzasadnionym elementem konstrukcyjnym a nie li tylko czysto designerskim zabiegiem. Niedowiarkom polecam kilkugodzinny odsłuch a następnie położenie na nich dłoni – tyle w temacie. Z kolei ściana tylna zaskakuje minimalizmem. Oprócz szalenie przydatnych podczas przenoszenia uchwytów mamy zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC, pojedyncze, zakręcane terminale głośnikowe, które wbrew pozorom niestety nie akceptują większości dostępnych na rynku widełek i trzy pary wejść liniowych w standardzie RCA. W związku z powyższym, choć pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się skorzystać z dyżurnego redakcyjnego okablowania, niespecjalnie miałem powód do zmartwień, gdyż dystrybutor – Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, zapobiegliwie wraz z tytułową integrą dostarczyła, poniekąd do kolejnej recenzji, set głośnikowych AudioQuestów Robin Hood ZERO uzbrojonych w „dogadującą” się z Passem konfekcję.
Ograniczenie mocy wyjściowej do wydawać by się mogło mało poważnych 25W pozwoliło nie tylko zredukować gabaryty dzisiejszego gościa, co przede wszystkim uprościć sam układ wzmocnienia a tym samym poprawić jego szybkość i stabilność. Stosowanie niższych napięć i praca przy wyższych prądach podkładu zaowocowało „głębszym wejściem” w klasę A, a implementacja najnowszych wzmacniaczy Fet wyeliminowała konieczność stosowania wielu banków mniejszych tranzystorów. W INT-25 znajdziemy bowiem po pojedynczej parze 700W/40A Fet-ów o niezwykle niskich zniekształceniach i wysokim współczynnikiem tłumienia na kanał. Stopień wejściowy oparto na dwóch parach komplementarnych Fet-ów (NOS) pracujących w trybie prądowego sprzężenia zwrotnego (CFA). Natomiast sekcja przedwzmacniacza jest uproszczoną wersją rozwiązań znanych ze starszego rodzeństwa, czyli modeli INT-60 i INT-250.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu oczywistym jest, że świadomie bądź nie, czyli podświadomie – w tyle głowy, mając u siebie 25-kę porównywałem ją do wspomnianych INT-60 i INT-250. Jednak zupełnie nieoczywistym stały się wnioski do jakich doszedłem już po kilku przesłuchanych utworach fenomenalnego „Corpse Flower” Mike’a Pattona i Jean-Claude’a Vanniera. Miałem bowiem nieodparte wrażenie, że pomijając oczywiste różnice mocowe i gabarytowe, 25-ce zdecydowanie bliżej do topowej 250-ki, aniżeli 60-ki. Próżno bowiem doszukać się w jej brzmieniu wyczynowości, czy typowo sportowego „utwardzenia zawieszenia”. Są za to czysto atawistyczna niewymuszoność i iście organiczna naturalność sprawiające, iż aspekty natury technicznej przechodzą na dalszy plan, tracą na istotności, a naszym głównym zmartwieniem staje się nie po jaką płytę sięgnąć, lecz kiedy znaleźć czas na przesłuchanie … wszystkich. Nie oznacza to bynajmniej uśredniania i grania na jedno kopyto, gdyż analogią do sygnatury Passa wydaje się być umiejętność komponowania bukietu przypraw, aniżeli zabijanie smaku potrawy potężną dawką curry, bądź habanero. Wszelakiej maści niuanse budowania sceny, czy zmiany intonacji głosu Pattona są oczywiste i niewymagające dodatkowego podkreślenia, gdyż amerykańska integra operuje na intensywności doznań zbliżonych do tych znanych z kameralnych, intymnych koncertów, gdzie nie dość, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, to jeszcze jesteśmy w stanie ogarnąć zmysłami całość spektaklu a nie tylko jego drobny fragment, wyrywek.
Pech chciał, że dopiero pod koniec testów wpadł mi w ręce referencyjny album zrealizowany przez ekipę 2L – „Tomba Sonora” w wykonaniu Stemmeklang i Kristin Bolstad. Materiał nagrano w mauzoleum na terenie Muzeum Emanuela Vigelanda w Oslo, czyli de facto mrocznym … grobowcu. Nie muszę chyba dodawać, iż podniosła atmosfera, jak i niezwykle długi pogłos, o walorach wokalnych uczestników tego projektu nawet nie wspominając, sprawiły, że włosy na karku dęba stają . Wszechobecną ciemność, niską (w końcu to katakumby) temperaturę i wysoką wilgotność niemalże czuć – można dotknąć drżącą dłonią. Tak samo z resztą, jak zimne kamienne ściany, od których dźwięki odbijają się niemalże w nieskończoność, jednak ginąc po dłuższej chwili w mrokach sklepienia. Co ciekawe wyraźnie mocno-ciepła integra bez najmniejszego trudu była w stanie owe iście funeralne okoliczności przyrody oddać z pełnym, obecnym tamże ładunkiem emocjonalnym podkreślając przy tym atmosferę swoistego mrocznego, lecz jakże kuszącego oniryzmu. Ze względu na panujące tam warunki akustyczne źródła pozorne może nie są zbyt precyzyjnie kreślone, ale Pass oferuje nam autentyczną prawdę nagrania, nie próbując na własną rękę ich doprecyzowywać odfiltrowując z sygnału źródłowego „cmentarne rozedrganie”. Chwała mu za to, bo nic tak nie dyskwalifikuje w moich oczach urządzenia, jak dążenie za wszelką cenę do jedynej słusznej, oczywiście wg. niego, wizji reprodukowanego świata i robienie właśnie z Emanuel Vigeland Museum, bądź Opactwa Noirlac (gdzie zarejestrowano m.in. „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda) uznawane za jedno z „najcichszych” studiów Europy, belgijskigo Galaxy, gdzie powstał materiał „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna.
Aby dać się uwieść czarowi INT-25 wcale jednak nie trzeba sięgać po audiofilskie perełki, gdyż nawet na w pełni komercyjnym „Louder Than Words” Lionela Richie bogactwo góry pasma i iście lampowa soczystość średnicy szły w parze z mięsistym a przy tym świetnie kontrolowanym basem. Co ciekawe najniższym częstotliwościom trudno było przypisać klasyczna konturowość, lecz ich zróżnicowania nie dość, że było wyborne, to i schodziły naprawdę nisko nie wykazując przy tym najmniejszych tendencji do zlewania się, czy dudnienia.
Pass Laboratories INT-25 z jednej strony wyłamuje się ze stereotypu potężnego amerykańskiego pieca, jednak nawet krótki z nim kontakt uświadamia, że czasem wcale nie liczy się ilość a jakość generowanych Watów, a akurat w tym przypadku jest ona najwyższej próby. W dodatku deklarowane przez producenta 25W przy 4 Ω okazują się w zupełności wystarczające do wysoce satysfakcjonującego wysterowania nawet niezbyt łatwych kolumn i to przy repertuarze dalekim od audiofilskich plumkań. Jednym słowem 25-ka to integra warta grzechu.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³; Accuphase P-4500
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; AudioQuest Robin Hood ZERO
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Opinia 2
Nie wiem, jak w Waszych ośrodkach zarządzania ciałem, ale w moim procesorze przyswajania informacji pochodząca zza wielkiej wody Stany Zjednoczone i marka Pass Laboratories zakodowana jest jak z reguły jako wielkie, a przez to ciężkie konstrukcje. Powód? Po pierwsze – ów brand pochodzi z kraju, gdzie wszystko musi być największe na świecie, a po drugie z takimi sporymi gabarytowo przez te kilka lat oceniania urządzeń audio zazwyczaj mieliśmy do czynienia. Tymczasem okazuje się, iż będący bohaterem niniejszej opowieści producent nie zapomniał o zwykłym Kowalskim i na ile było to możliwe, zminiaturyzował swój produkt, aby w ten sposób zawitać pod zdecydowanie większą liczbę strzech. To naturalnie pociągnęło za sobą znaczne obniżenie oddawanej mocy, jednakże natychmiast uspokajam potencjalnych zainteresowanych, gdyż wyartykułowana w nazwie modelu liczba 25 jest oddawana w czystej klasie A, a to już ma swoje solidne przełożenie na jakość oferowanego dźwięku. Zatem gdy karty zostały odkryte, nie pozostało mi nic innego, jak po informacji o dostarczeniu urządzenia do testu przez warszawskiego dystrybutora Sieć Salonów Top Hi-Fi & Video Design, zaprosić Was na kilka wniosków z kilkunastodniowego odsłuchu.
Mimo, że omawiania konstrukcja marki Pass Labs w domenie gabarytów osiąga standardowe dla tego segmentu rozmiary, spełniając zapotrzebowanie na oddanie 25 W w królewskiej klasie A jest bardzo ciężka. To w A-klasowych konstrukcjach jest standardem, od którego Amerykanie nawet przez moment nie próbowali odejść, dlatego też już na wstępie uczulam wszystkich, aby w procesie logistyki urządzenia solidnie się do niej przyłożyć. Ale waga wzmacniacza nie jest jedyną przeciwnością losu dla użytkownika, bowiem w samodzielnym transporcie mocno dają w kość wyśmienicie wyglądające na bokach obudowy, będące wariacją na temat gałązki drzewa iglastego, ostro wykończone, a przez to wżynające się w ciało, bardzo ostre radiatory. Gdy płynnym tekstem od logistyki doszliśmy do tematu obudowy 25-ki, spieszę donieść, iż wspomniane, oddające sporą ilość ciepła z wnętrza korpusu czarne jeże nie są jedynym sposobem chłodzenia trzewi, gdyż w tym zadaniu wspierają je zlokalizowane na zewnętrznych flankach górnej płaszczyzny dwa bloki zorientowanych horyzontalnie podłużnych otworów.
Front łamiąc nieco będący znakiem szczególnym elektronicznej rodziny Passa wizualny spokój jest mocno ozdobiony. Pierwszym co rzuca się w oczy, to dwa pionowe frezy na bokach, w których producent zagłębił cztery śruby przytwierdzające awers do reszty komponentu. Zaś kolejnymi ozdobnikami patrząc od lewej strony są: małe okienko dla wyświetlacza poziomu wzmocnienia, pod nim w podłużnej niecce pięć przycisków funkcyjnych i odbiornik fal pilota zdalnego sterowania, a całkiem na prawo duża gałka Volume. Przechodząc z pakietem informacji na tylny panel przyłączeniowy mam przyjemność oznajmić, iż amerykańska brać inżynierska bez szukania poklasku zbędną ilością nikomu niepotrzebnych w życiu codziennym terminali, zaproponowała użytkownikowi jedynie pojedynczy zestaw zacisków kolumnowych, trzy wejścia w standardzie RCA i zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Wieńcząc opis budowy nie mogę zapomnieć owiadomości, iż w komplecie z omawianą integrą dostajemy zgrabnego pilota zdalnego sterowania.
Rozpoczynając temat przybliżenia jakości oferowanego przez nie boję się tego powiedzieć malucha ze stajni Passa, muszę przyznać, że zabawa z początkiem oferty po bojach z jej szczytem wbrew pozorom nie była dla mnie jakimś większym problemem. Powód? Dzisiejszy przedstawiciel zza wielkiej wody podobnie do starszych braci grał równie fantastycznie. Oczywiście po przepuszczeniu jego możliwości przez filtr oddawanej mocy i niwelującej ten problem dość wysokiej skuteczności moich kolumn, ale mniemam, iż takie działanie nie jest dla Was żadną nowością. Co zatem oznacza zwrot „fantastycznie”? Jeśli nie jesteście wyznawcami szybkości i ataku ponad wszystko, same dobre wieści. Tytułowy piecyk grał zaskakująco świeżo w górnych rejestrach, co przy solidnej ofercie masy na środku i w dole pasma akustycznego powodowało sporą uniwersalność w temacie słuchanej muzyki. Jak to możliwe? Słowo klucz, to przywołane, łatwe w wysterowaniu kolumny T&F ISIS, które pozwalały mu na pełną kontrolę ich poczynań sonicznych. Gdy zaistniała taka potrzeba, nawet podczas słuchania krążków z free-jazzem w stylu Petera Brotzmanna, czy nieco lżejszego Kena Vandermarka wielkości miski do kąpieli niemowląt głośniki basowe trzepały ciśnieniem w moim pokoju bez najmniejszej zadyszki. Co prawda w poprzednich testach starszych braci 25-ki było to jeszcze bardziej zjawiskowe, ale jak wspomniałem, wszystko należy ocenić przez pryzmat chęci i możliwości, z czym pretendent do pozytywnej oceny radził sobie znakomicie. Zaskoczeni? Przyznam, że mimo w tym duchu rodzących się wstępnych oczekiwań ja również. Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż biorąc pod uwagę wyartykułowane przed momentem panowanie na kolumnami dodamy do tego związaną z klasą A ofertę dobrego nasycenia przekazu i wspomnianego na wstępie jego napowietrzenia, okaże się, że również reszta muzyki z elektroniką włącznie nie była specjalnym problemem. Jednakże gdybym miał wskazać, gdzie Pass radził sobie najlepiej, bez wahania wskazałbym wszelkiego rodzaju twórczość nastrojową i duchową. Wokalizy z towarzyszącym im balladowym instrumentarium aż kipiały od zapisanych przez artystów na srebrnych krążkach emocji. Podobnie przedstawiał się temat muzyki dawnej i jazzowej, gdzie każde wywołane przez generator dźwięku, nawet najdrobniejsze drganie powietrza urastało do rangi jakiejkolwiek szansy zaistnienia pozycji płytowej w mojej duszy melomana. A zaznaczam, aspekt czarowania mnie lekkością, barwą i zjawiskowością zawieszenia źródła pozornego w przestrzeni międzykolumnowej jest dla mnie najważniejszym aspektem oceniania wszelkiego rodzaju sprzętu audio. Dlatego też byłem bardzo kontent, że główny bohater testu nie zaprzepaścił niesionych swoimi danymi technicznymi walorów dźwiękowych. Była magia, a to dla zdecydowanej większości osobników kochających muzę jest sprawą nadrzędną. Ok. Co wypadało najlepiej już wiecie. A co z trudniejszymi kawałkami? Przywołując informację o panowaniu nad kolumnami uspokajam potencjalnych zainteresowanych. Choć z wiadomych przyczyn zdaję sobie sprawę, że elektronika powinna być bardziej kanciasta – czytaj: przenikliwa i bezpardonowo rażąca nasze narządy słuchu, to naprawdę owoc testowego ożenku wypadał bardzo dobrze. Płynniej, z lekkim unikaniem zaskakujących, bo natychmiastowych kontrastów dźwiękowych, ale nadal w duchu generowanych przez sztuczną inteligencję zamierzeń artystów. Raczycie kręcić nosem? Jeśli tak, natychmiast zadam pytanie: „Kto mający choćby minimalne pojęcie o audio, słuchając muzy nastawionej na permanentny atak, szaleństwo przesterów i pisków przy wsparciu utożsamianych z trzęsieniami ziemi pomruków kupuje wzmacniacz w klasie A?” Nie wiecie? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, nie mam nic budującego do powiedzenia poza stwierdzeniem, że tytułowy wzmacniacz zintegrowany nie jest dla niego. Czyli dla kogo? Powiem bez ogródek. Dla każdego szukającego piękna, a nie łomotu, w słuchanej muzyce.
Analizując powyższy akapit jedno jest pewne. Mamy do czynienia ze wzmacniaczem w głównej mierze pokazującym emocje w muzyce. Naturalnie to pojęcie w dużym stopniu zależy od danego osobnika. Jednak spokojnie jestem w stanie wygłosić opinię, że jeśli nie jesteście ortodoksyjnymi wielbicielami ciężkich, nastawionych na maltretowanie swoich ciał maniakami, nawet w momencie posiadania sporej kolekcji tego typu srebrnych krążków spokojnie powinniście posłuchać u siebie dostarczonego na testy „maleństwa” z oferty Pass Labs. To z pewnością będzie droga usłana najgłębszymi emocjami. A czy przemówi do was pozostając w systemie, zależeć będzie od zakodowanej w Waszych ciągach DNA wrażliwości. Mnie osobiście Pass INT-25 bez problemu do siebie przekonał.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo, TAD D1000 MK2-S
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 30 999 PLN
Dane techniczne
Klasa pracy: A
Wejścia: 3 pary RCA
Wzmocnienie: 26 dB
Moc wyjściowa: 25 W rms / 8 Ω; 50 W rms / 4 Ω
Zniekształcenia: 0.1% @ 25 W, 8 Ω, 1 KHz
Pasmo przenoszenia: DC – -2 dB @ 100 kHz
Szum: < 150 μV
Współczynnik tłumienia: 500
Slew rate: 100 V/μS
Impedancja wejściowa: 48 kΩ
Wymiary (S x G x W):43,2 x 45,5 x 15,2 cm (17″ x 17.9″ x 6″)
Waga: 23,6 kg (51 lbs)
Opinia 1
Skoro mowa jest srebrem a milczenie złotem, to cóż wypadałoby przyporządkować miedzi? W ramach pewnej samowoli i jednoczesnego narzucenia Państwu własnego zdania, na potrzeby niniejszego testu pozwolę sobie przewrotnie założyć, iż ów rudy metal będzie wyrażał … muzykę. W dodatku operując powyższymi kryteriami a dokładnie 2/3 z nich śmiało możemy uznać, iż całkiem nieźle definiują one wyroby prowadzonych przez Ulrika G. Madsena duńskich marek – reprezentującą srebro Argento Audio i miedź Organic Audio. I to właśnie ten drugi komercyjny byt stał się powodem dzisiejszego spotkania, gdyż po kilku, dokładnie 4 i pół, latach od testu zasilającego modelu Reference Power, który pozostawił po sobie wielce miłe wspomnienia, przyszła kolej na jego sygnałowe rodzeństwo, czyli dostarczony przez katowicki RCM interkonekt Organic Audio Reference XLR.
Już podczas recenzowania dopiero co wspomnianego przewodu zasilającego nadmieniłem, iż seria Reference Organica stanowi oczywiste rozwinięcie podstawowej linii Orginal, z którą to de facto jestem silnie związany emocjonalnie od … nie pamiętam kiedy, używając z powodzeniem tak sieciówki, jak i właśnie zbalansowanych interkonektów. Ponadto w tzw. międzyczasie udało mi się również zaliczyć kilkuletni incydent z przewodami głośnikowymi, więc spokojnie możemy uznać, iż posiadam „organiczną skazę”. Nie da się jednak ukryć, iż wchodząc oczko wyżej zmieniają się nie tylko … ceny i oczywiście brzmienie, lecz przede wszystkim wkład materiałowy. O ile jednak w obu przypadkach poddane podwójnej obróbce kriogenicznej eliptyczne przewodniki ułożone są na kształt skręconej wstęgi, to Reference’y mogą pochwalić się 100% większym przekrojem od swojego niżej urodzonego rodzeństwa. Oczywiście w roli dielektryka skorzystano ze sprawdzonej receptury „spienionej” mieszanki żywicy i włókniny a konfekcji dokonano własnej produkcji wtykami z pinami wykonanymi z takiej samej miedzi jak przewodniki, eliminując jednocześnie połączenia lutowane i korpusami z miedziowanego aluminium. Peszel ochronny jest kruczoczarny, w dotyku jedwabiście gładki i całe szczęście nie ma tendencji do „łapania” kurzu. Same przewody, pomimo zwiększenia przekroju przewodników nie straciły zbyt wiele ze swojej wiotkości w stosunku do Orginali. Różnice widać również w opakowaniu, które dla wersji Reference przypomina sztywne tekturowe etui na pokaźny beret a „stare” Originale pakowane były w zdecydowanie mniej szykowne prostopadłościenne pudełka z falistej tektury.
Czego by jednak nie mówić i nie wiem jak nie zaklinać rzeczywistości, większość świadomych odbiorców nie jest jednak aż tak naiwna, aby dopłacać li tylko do metki potwierdzającej wyższy status konkretnego urządzenia, bądź akcesorium bez nader namacalnego dowodu w postaci wyraźnego progresu natury brzmieniowej. Oczywiście historia zna przypadki ślepego podążania za chwilowymi modami, bądź wręcz sezonowych zmian praktycznie całych systemów, gdyż ich posiadaczom wydaje się, że pojawienie się na rynku nowej odsłony poszczególnych komponentów oznacza automatyczne przejście w stan nieużywalności tego, co jeszcze dzień wcześniej całkiem nieźle się sprawowało dostarczając masę frajdy odbiorcom. O ile jednak na tego typu ekstremalne przypadki Audiophilii Nervosy lekarstwa jeszcze nie wynaleziono, to osobiście uwielbiam, mając gruntownie opanowany „stary” / niższy model, zderzyć go w bezpośrednim starciu z „nową”/wyższą wersją. I traf chciał, że właśnie tym razem do takiego bratobójczego pojedynku doszło.
Po niespiesznej akomodacji i gruntownym wygrzaniu z przykrością musiałem stwierdzić, że w przypadku tytułowych, duńskich łączówek sygnatura Reference nie bierze się li tylko z chęci zysku i drenażu klienckich kieszeni, co z bezdyskusyjnego i słyszalnego od pierwszych taktów progresu natury sonicznej. Nie chodzi jednak o to, że Reference’y zrywają z młodszym rodzeństwem i niejako na nowo definiują własne brzmienie, lecz ich pojawienie się w moim systemie spokojnie można określić mianem w pełni logicznej i oczywistej ewolucji brzmienia, do którego zdążyłem się przez ostatnie lata przyzwyczaić. Mamy zatem to samo, z czego z resztą słyną podstawowe Organici, czyli ponadprzeciętną muzykalność i wysycenie barw, przy jednoczesnym wywindowaniu owych zalet na nieosiągalny do tej pory pułap. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. To nie chodzi o to, by ową niezwykle eufoniczną manierę kolokwialnie mówiąc „przewalić” fundując odbiorcy gęsty i niemalże duszący klimat rodem z sauny w której ktoś przesadził z olejkami eterycznymi, lecz pozostawanie w znanej, przypisywanej marce estetyce odpowiednio, czyli ze smakiem i umiarem, intensyfikować wyrafinowanie oraz klasę poszczególnych składowych. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, iż tytułowe duńskie łączówki roztaczają aurę krainy łagodności i ciężkie, słodkie aromaty kwitnących bzów. Weźmy na ten przykład niezbyt romantyczny repertuar w stylu „One Second” Paradise Lost, gdzie elektroniczne pasaże przeplatają się z ciężkimi i miażdżącymi trzewia partiami gitar i basu. Przy deficycie barwy i soczystości ów album brzmi płasko i jazgotliwie, a przy zbytnim dociążeniu robi się przysłowiowa buła. Tymczasem Organici były w stanie z tej industrialno-gotyckiej metalowej magmy wyczarować nie dość, że trójwymiarową scenę, to w dodatku precyzyjnie zdefiniowane źródła pozorne. I tu właśnie ujawnia się potencjał Reference’ów, gdyż w porównaniu do swojego młodszego rodzeństwa oferują zdecydowanie lepszą rozdzielczość i o niebo bogatszy pakiet informacji natury przestrzennej. Można też odnieść całkiem uzasadnione wrażenie grania większym i niżej schodzącym wolumenem.
Przesiadka na zdecydowanie bardziej klasyczny, choć nie mniej depresyjny a przy tym szalenie eklektyczny „Time & Eternity” Patricii Kopatchinskajej i Cameraty Bern otwiera przed słuchaczami kolejne pokłady emocji. Naturalne instrumentarium, połamane linie melodyczne i wokalizy zaczerpnięte zarówno z Yom Kippur („Kol Nidre”), jak i polskiej kultury ludowej („Dwa serduszka”) sprawiają, że konieczna staje się nie tylko uniwersalność, co przede wszystkim umiejętność wyczucia chwili, klimatu i nastroju, gdyż inaczej wypada przecież interpretować iście zornowskie połamańce (z ciekawostek, to właśnie od melodeklamacji samego John Zorna rozpoczyna się album) a inaczej niemalże barokowe, czy wręcz bachowskie chorały. I z takim oto wyzwaniem Organici radzą sobie wprost rewelacyjnie nie pozostawiając najmniejszego niedosytu, co biorąc pod uwagę ich nad wyraz przystępną cenę zasługuje na w pełni zasłużone brawa. Smyczki mają właściwą sobie chropawość a jednocześnie nie popadają w szklistość, czy też granulację a cały aparat wykonawczy otacza iście atłasowa nieprzenikniona czerń tła potęgująca wrażenie uczestnictwa w niezwykłym misterium.
Interkonekty Organic Audio Reference XLR to przewody, które niejako z założenia i genetycznego uwarunkowania nic nikomu nie chcą udowadniać. Nie mają parcia na szkło, nie starają się zaznaczyć, czy wręcz zamanifestować, swojej obecności na każdym kroku, lecz w sposób całkowicie naturalny i nomen omen organiczny nadają reprodukowanej muzyce wyrafinowania i soczystości.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³; Accuphase P-4500
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Opinia 2
Będąca punktem zapalnym dzisiejszego testu duńska marka Organic Audio w moim odczuciu jest pewnego rodzaju fenomenem segmentu High End rynku audio. Jaki jest powód takiej teorii? Spójrzcie tylko na nią z pewnej perspektywy. Teoretycznie niespecjalnie narzuca się potencjalnym klientom, jedynie sporadyczne pojawiając się na łamach branżowych periodyków, a mimo takiego postawienia sprawy, czyli braku lawinowej ilości reklam, lub szeregu następujących po sobie testów, jest znakomicie rozpoznawalna, co przekłada się na liczne występy w konfiguracjach dobrze znających ten wycinek rynku użytkowników. Skąd takie wnioski? Po pierwsze – wystarczy spojrzeć na nasze portfolio, w którym po przeszło sześciu latach możemy pochwalić się tylko jedną recenzją – kabla zasilającego. A po drugie – znam co najmniej trzy osoby, które mimo nad wyraz okazjonalnego brylowania marki we wszelkiego rodzajach testach z powodzeniem wykorzystują jakiś produkt z portfolio tego brandu. Po co cały ten wywód? Otóż dzisiaj po raz kolejny, niestety dopiero drugi, mam przyjemność zaprosić Was na kilka akapitów z obserwacjami dotyczącymi dostarczonego przez katowickiego dystrybutora RCM flagowego modelu kabla sygnałowego Organic Audio XLR Reference.
Produkty spod znaku Organic Audio są siostrzanym bytem produkcyjnym high-endowej marki Argento Audio, z tą tylko różnicą, że gdy Argento w swych trzewiach stosuje srebro, tak Organic posiłkuje się li tylko wysokiej czystości miedzią. Idąc za dostępnymi informacjami w przypadku modelu dostarczonego do testu XLR Reference mamy do czynienia z miedzią po dwukrotnej kriogenizacji. Tak przygotowane termicznie druty otulono stosownymi izolatorami i ubrano w opalizującą czarną plecionkę. Jeśli chodzi o temat wtyków, te są pomysłami firmowymi. Główny korpus to tuleje z miedziowanego aluminium, zaś stabilizowane wspomnianymi ciemnozłotymi kształtkami podzespoły nośne dla srebrzonych pinów damskich i męskich wykonano z do złudzenia przypominającego drewno sztucznego konglomeratu. Tak wykonane okablowanie spakowano w nadające posmaku ekskluzywności, wyściełane gąbką okrągłe kartonowe pudełko. Jak widać, nie mamy do czynienia ze zbędnym poszukiwaniem designerskiego poklasku, a to daje podstawy do przypuszczeń, iż główna walka producenta została skierowała na front brzmienia produktu.
Jak można było się spodziewać, sygnatura Organica podczas kilkudniowego testu nie odbiegała od ogólnego trendu okablowania opartego o miedź. Gęsto, soczyście, energetycznie i gładko. Jednak w imię powiedzenia „diabeł tkwi w szczegółach” takie stwierdzenie w najmniejszym stopniu nikomu nic nie mówi, dlatego też w kilku zdaniach postaram się wyłożyć na ich temat znacznie bardziej pokazującą pakiet zalet kawę na ławę. Jakie to punkty dodatnie? Otóż przy świetnym nasyceniu środka pasma model Reference nawet na moment nie pozwalał mu się szkodliwie rozciągnąć. Było soczyście, o dziwo z lekkim otwarciem wyższego podzakresu średnicy, a przy tym zwarcie. Górne rejestry mimo unikania szkodliwego na dłuższą metę nadpobudliwego cykania, emanowały nieprzebranym pakietem informacji. Zaś dolny zakres częstotliwościowy idąc w sukurs centrum pasma akustycznego nie tylko nie skąpił masy, ale tak samo był pod pełną kontrolą poczynań w domenie szybkości i energii, czyli tłumacząc z polskiego na nasze, nie pozwalał snuć się niskim pomrukom po podłodze niczym wulkaniczna lawa. Co istotne, gęsty przekaz w przeciwieństwie do wielu wpadek konkurencji nie odbijał się negatywnie na prezentacji dobrze rozbudowanej wirtualnej sceny muzycznej. Jakie owoce soniczne zaoferowała moja układanka wzbogacona w sygnałówkę z Danii w starciu z muzyką? W moim odczuciu same pozytywne, gdyż przy przywołanym nasyceniu mogłem cieszyć się świetnym napowietrzeniem przekazu. I bez znaczenia był fakt słuchania poczynań lubianej przeze mnie Diany Krall w produkcji „Love Scenes” z jej czarującym wokalem i świetnie współbrzmiącym instrumentarium., czy lekko free-jazzowych składów z Paulem Bleyem, Garym Peacockiem i Pailem Montianem w rolach głównych, bowiem za każdym wespół z dobrą wagą, a przez to gdy trzeba potęgą instrumentów typu fortepian, kontrabas, lub perkusja, szedł świetny timing i dobry wgląd w najbardziej wyszukane pasaże nutowe słuchanej muzyki. To za każdym razem było wymuszone przez dobry efekt dźwiękowy po wpięciu Duńczyków w mój tor audio słuchanie krążków od początku do końca, a nie mające pokazać pretendentowi do laurów jego miejsce w szyku wybiórcze strzelanie pojedynczymi utworami. Przyczyna? Banalna. Po prostu kabel ze swoimi walorami typu wspierana kontrolą dobra masa grania nie tylko idealnie wpisywał się w mój gust muzyczny, ale również nie dał zaskoczyć się kilkukrotnymi karkołomnymi próbami z twórczością elektroniczną. Wówczas nadal było zwarcie, atak i energia, z tą tylko różnicą, że nie za wszelka cenę. Priorytetem była przyjemność z obcowania z muzą, a nie wyczynowość w jej podawaniu, na co liczy wielu miłośników zespołu Massive Attack i jemu podobnych. Ale zaznaczam, nigdy nie zanotowałem problemu z utratą kontroli nad dolnymi rejestrami i przegrzaniem średnicy, co stawia omawiane kable w szeregu uniwersalnych ze wskazaniem na muzykalność.
Jak wynika z powyższego tekstu, cały proces oceny przebiegał w idealnie wpisujących się w moje preferencje niuansach brzmieniowych. Jednak natychmiast uspokajam stawiających na szybkość melomanów, że również oni z powodzeniem znajdą w kablu Organic Audio Reference XLR wiele ciekawych dla siebie cech typu zwarcie dźwięku i szczypta doświetlenia wyższej średnicy. To są główne cechy tytułowego okablowania, co ze spokojem pozwala sądzić, iż nawet w momencie braku ostatecznego konsensusu z potencjalną układanką czas poświęcony na osobiste zapoznanie się z nim nie będzie straconym, tylko raczej ocierającym się o jego zwycięstwo, jednak przegranym przez wskazanie sędziowskie po walce jak równy z równym sparingiem.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo, TAD D1000 MK2-S
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan
Dystrybucja: RCM
Cena: 5 060 PLN / 1m stereo, 640 PLN dodatkowe 0,5m stereo
Opinion 1
When someone succeeds in something once, we can talk about coincidence, when it is two times, then luck must have had some influence, and when success is on for the third time, then there is something going on, there is no doubt about it. Trying not to come ahead of myself, it is worth keeping in mind, that this text is our in fact third encounter not only with the top Reference line of the Bali manufacturer Vermöuth Audio, but with the brand in general. It just happened, that mid-January we were unexpectedly contacted by Hendry Ramli, the man who is the brand he represents, introduced his company and proposed us to have a listen to his cables, what we gladly accepted. Organic contact, mainly by listening, but also by touching, with the Reference RCA and XLRs quickly made us realize, that we deal here with a very interesting, one could say clinical, or Einsteinian, case. So what am I talking about? Well, about the known statement, that “when everybody knows, something is impossible, someone comes who has no idea about that, and makes it happen”. I think we do not need to explain what High-End is, many times not only technologies from outer space, or at least overhyped marketing, but also very high prices, because quality must, and I underline that, must come at a premium. In short it cannot be done cheap, or at least cheaper than “very expensive”. It just cannot. But then arrives Hendry Ramli, with his cables almost completely white, and shows to the crowd, that it can be done cheaper. But like I mentioned before, you can hit the bulls-eye by chance, what is confirmed by the unlimited list of so called “one-shots”. This is the reason we approached the power cord with a grain of salt, but it turned out to be a killer again. So when the chance came to have a look and a listen of the newest product made by Hendry, the newly introduced in his portfolio, reference loudspeaker cables, we immediately reached out to him and now we can share with you our own, completely subjective, impressions of the Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable.
The loudspeaker Vermöuth are offered in standard, cardboard boxes, with a certificate of authenticity hand signed by their creator. To avoid any scratches, the cables are packaged in a dedicated, soft sack. Obviously the cables look similar to the interconnects and power cord. So the opalescent white is broken by a single black thread, and the contrasting elements are the silver-black plugs and splitters, as well as the positive signal lead extruding from the splitter – which is red.
The internals of the Reference are not too much of a mystery, as it is hard to expect it to differ much from its brethren, coming from the same product line. So the conductor bundles, made from OCC copper wires of different circumference and with a combined cross-section of 8.7mm2 are covered by a multilayered insulation made from three layers of PTFE tape, which are separating four layers made from spiral, copper braid, which is woven alternately to the direction of the braid. Only this completed “audiophile burrito” is covered with a PVC sheath, and, no, no, this is not the end yet. Within each cable, besides two signal wires, there are also five PVC tubes, and only this package is placed in an external sheath made from fabric. Finally this is the covered with the white PVC braided sheath, characteristic for the brand. Now as the plugs are of special interest for Mr. Ramli, also in this case, instead of some standard, widely available plugs, we find here true jewelry; cold forged, rhodium plated spades from telluric copper, placed in carbon carcasses. Similar attention was given to the splitters, from which the conductors protrude already without the additional protection. Those wires are fairly flexible, what makes attaching them to the terminals in loudspeakers and in the amplifier a breeze. And talking about ergonomics, a small, yet very nice detail is worth noticing – namely the splitters are clearly marked with the appropriate side (left/right), what can be very helpful when connecting the cables to the amplifier.
Now after this short characterization of the looks and internal setup, time has come to assess the sound of the Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable. However taking into account, that we received a completely new cable from the manufacturer, first two weeks were spent on slow, but thorough burn-in of the cables. The Indonesian loudspeaker cables, being non-stop “under power”, responded with a noticeable evolution of the sound, from a slightly harsh and hardened near the extremes to very resolved and smooth. But in case of the Vermöuth smooth does not mean softened, or rounded, as the sibilants and digital “crackles”, placed in the recording on purpose, on Madonna’s “Ray of Light” could be heard without any masking. Incredible impression was made by the size and swing of the presented stage, which not only reached far beyond the placement of the loudspeakers, but it also reached very far back, underlining the three dimensionality of the spectacle. Of course we are still within the three dimensions created on the sound engineers table and glued together on the computer, but when somebody thought, you cannot get any sounds except those happening in front of us from a conventional stereo setup, then I would warmly recommend to listen to this disc. It is important, that this breath and holography were not the result of any kind of thinning, or moving the tonal balance upwards, but by adding broader perspective, but not the kind with which the listener is observing the spectacle happening on the stage, but a more precise and stable gradation of the individual planes. To back my statement up, I would recommend to closely watch the lower end of the spectrum, which maybe is not stunning with the might of the lowest registers, or better said – it is not artificially boosted, but the amount of information it is able to convey is clearly in the world class, comparable with cables like the Furutech DSS-4.1 or the top Nanoflux, to which the Vermöuth nods not only with its sound, but also the class and aesthetics of manufacturing.
A bit less synthetic, but at the same time much more eclectic “Corpse Flower” by Mike Patton & Jean-Claude Vannier only confirmed the observations I gathered during the test of the power cord and the interconnects regarding the ideal balance between timbre and resolution. The modulation of the voice of Patton smoothly flew from almost Cohen-like warmth to Waits hoarseness did not leave any understatement, similar to the instruments, changing like in a kaleidoscope. I could not catch the tested speaker cables on any trace of averaging or equalizing anything, even once.
The spaciousness of the Vermöuth fares well also in indie-rock climates, like “A Black Mile to the Surface” by Manchester Orchestra, as well as the very difficult to put in any genre “Love & Hate” by Michael Kiwanuka. I could even say, that the tested cable is equally difficult to categorize, as on one hand it can be regarded as a true chameleon, ideally adapting to the sound changing from one disc to another, while on the other, it is a master of transparency, which does not interfere with the reproduced music at all, even in the tiniest detail.
A very obvious question appears now, especially at this level of truthfulness, does this neutrality and transparency not make our library of discs and files, often collected for a long time and with a lot of effort, unsuitable for listening. To be able to assess that I reached out for the live, and not very technically refined, recording, which is otherwise musically masterful “Live With The Plovdiv Psychotic Symphony” by Sons of Apollo and … it played. I mean, to be completely honest, from the first to the last note you can hear, that maybe this is not a rubbish recording, but it leaves a lot to be desired, and it is one of the cases, where I prefer to support the sound with pictures (and it does not matter if this is a DVD or BD) to just listening, but still, the contact with this album did not hurt. The Bali cables play open cards with us, showing clearly, that despite their undeniable abilities in creating a three-dimensional stage, they are not able to brew anything audiophile from those zeros and ones, but when it comes to music, then things are different. We not only get the full set of “Psychotic Symphony”, but also can enjoy virtuoso played covers of hits like “Kashmir”, “Comfortably Numb” or “The Show Must Go On”. This is the typical paradox of your first self-baked cake – it looks as if an 18 wheel truck has run over it, while the taste … is like heaven on earth.
Like we already mentioned during previous reviews, Hendry Ramli honestly admits, that he is not doing everything himself, although in fact he is the Vermöuth Audio brand. But he exactly knows what to outsource to whom, for the final effect to meet his own expectations and fulfill the clearly stated prerequisites. He does not re-brand any foreign ideas, but he concentrates on proprietary details like the plugs, he is making completely himself, quality control, and – this is probably the most important aspect – design work. He does not invest in unproductive activities and does not need to employ any marketing specialists, PR guys or other kind of bureaucrats. Why am I mentioning all this? I do it to make you realize, that you can, at least now, at this moment, purchase a product, which is not only complete, commercialized, in the positive aspect of this word, absolutely brilliant and inevitably high-end, for a fraction of the price it should cost, when looking at the market reality. So if you are searching for a set of cables from the upper shelf, and you have some common sense, to follow your ears, and not the labels, I suggest you to accept the minimal risk of contacting the manufacturer of the tested cables and order a set. How the lower models of Vermöuth Audio stand their own I do not know yet, but the top models from the Reference series are absolutely worth my sincere and full recommendation, which I am enforcing just now.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Network player: Lumin U1 Mini
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Speaker cables: Signal Projects Hydra
– Power cablese: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Table: Rogoz Audio 4SM3
Opinion 2
Initiating our today’s meeting I have to confess something. When we decided to review audio cables from a very exotic, at least for us, country, a vacation destination rather than a business one, for the first time, I thought, that it will be more of a one time thing, than something ongoing. Why? It did happen before, that a manufacturer wanting to enter a new market for him asked for a contact, promised a fruitful cooperation and after one test, went dead silent. Yet in case of the tested brand we have a consistent effort to remain within the consciousness of the Polish, and through them European music lovers. So after tests of XLR/RCA interconnects and the power cable, which were perceived very positively in absolute terms, and were a killer in the price/performance ratio, we now have a chance to meet the top loudspeaker cables from the Indonesian micro-brand Vermöuth Audio, the Loudspeaker Reference Cable. Are you interested? If yes, then finishing this introduction, I will only mention, that while the manufacturer is engaged in distribution talks in our country, he provided the tested product himself again.
In terms of the internal build of the tested loudspeaker cables, those follow the previously presented setup of the interconnects having a similar, copper conductor inside. The main differences are in the way the copper wires are interwoven inside, using Teflon tubes, what makes it much thicker than the signal cables. The second difference is in the amount of shielding layers, protecting the cable from degrading interference. Talking about the looks – from the outside we see a very nice, snowy white, with single black thread, opalescent braid covering the main part of the cable. On the extremes the plus and minus wires are separated on the run of a few dozen centimeters. This split is not achieved using simple thermal tape splitter, but using carbon fiber barrels, with the company logo on it, which adds extra exclusivity to the already very exquisite cables. The separated signal conductors are terminated with spades, also covered with carbon fiber elements, albeit smaller than the previously described splitters. Finally the whole cable is placed in a bag and accompanied by a certificate of authenticity placed in a nicely looking cardboard box.
Applying the Indonesian white snakes in my system, I was kind of hoping, that they will be at least as good as other products from this series. Of course, they are one series, what should be an indicator, that the sound should be treated the same way, but I had many encounters before, where the quantifier “somewhat similar” was an exaggeration, as reality showed the sound being completely different. Fortunately the constructor did not allow himself to make a disrespectful move and included everything we mentioned during previous encounters with his products also in the tested wiring. So what is it? Plugging the Vermöuth Audio Loudspeaker Reference Cable into my system resulted in the sound being well established in mass and timbre, while still reproducing adequate vitality. This was not done in a way, that would allow the treble to tell their own tale, but in a multicolored fashion, where they were used to reproduce the vivid notes of the multilayered music having all the body it needed. This is really a strong asset of the Bali brand. It escapes the temptation of exposing the extremes of the sound spectrum, while skillfully reproducing the emotions of the signal played between the loudspeakers in our listening rooms. So how does this stand against the neutrality of the sound? In fact very interesting. The sound is vivid, but not bulky, massive, yet agile and quick, not irritating to our ears and still with a nice spark. Translating from mine language to something generally understandable, the music can, depending on the repertoire, at one time emphasize on emotion, warmth and intimacy, just to explode with madness by rock or electronics a few seconds later. But I must give you a warning, even in the most lively pieces the tested cable is far from placing the signal rise speed as its main goal. So if you are looking for a means to wake up, your not so well configured, too slow, systems, then Vermöuth is not the best choice. At the same time I am calming down potentially terrified music lovers, I am talking here about borderline cases of slow, as juicy systems, playing with appropriate swing, will have enough space to find common ground with the tested cables. Do I have any proof for my claims? You do not need to search far, just please look at my daily system. It is made around the statement, that it should be pleasing more for the music lover than a performance system for a never satisfied audiophile. Listening to it will make you acknowledge, that the added grain of mass and density does not kill vitality, but makes our lives nicer by showing, how saturated the music we listen to can be. At least this is how it happened for me. It was denser in the midrange, slightly bigger on the lowest end, but in no way muddy. Any proof? At the end of the test, when I was not sure, if I was not a victim of harmful, for you the readers and potential buyers, infatuation, causing me to write only unsubstantiated positive items about the wires, I started to change the cabling back and forth with their competition. And the result? The sound of the Tellurium Q was placed a tad higher throughout the whole spectrum, but the tested cable, with its darker and denser sound, did not change my positive view of the whole test. And the differences in pricing are quite substantial. This just back up my statement, that the sound of the Reference series of the Vermöuth Audio brand is very good in absolute terms, and the price/performance ratio is just stellar.
I am not sure, that describing the influence of the tested cable on the audio system, I did not put too many positives, but reading the whole before publication, I did not change even one sentence. Those are all fully verifiable impressions, what could not result in anything else, than a very positive result of the test. Are those cables for the everyman? You would need to refer back to what I wrote. If your system is not overly slow, then the tested set of loudspeaker cables from Vermöuth Audio will provide you many nice moments with your beloved music. And it does not matter if you are listening to free jazz or mainstream jazz, because the Indonesian offering will hold its own in quick and more toned down music.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD transport” CEC TL 0 3.0
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Reference clock: Mutec REF 10
– Reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo, TAD D1000 MK2-S
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
– IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Step-up: Thrax Trajan
Manufacturer: Vermöuth Audio
Price: 2 485 $/ 2 x 1,8 m, + 300$ additional 2 x 30 cm; Jumper Banana to Spade Pair 580 $
Opinia 1
O pojawieniu się na rynku V-ki (czyli 5-ki, nie V-ki) Ayona informowaliśmy już w majowej relacji z wizyty Gerhard Hirta w warszawskim salonie Nautilusa. W dodatku owe newsy poparliśmy nie tylko zdjęciami, lecz i nausznymi, pierwszymi wrażeniami najnowszej austriackiej integry. Jak to jednak podczas wyjazdowo-eventowych odsłuchów bywa mają one charakter głównie towarzyski a to, co wpada w ucho jest tylko dodatkiem, tłem do mniej, bądź bardziej formalnych rozmów. Dlatego też spokojnie czekaliśmy na okazję by ową pachnącą fabryką nowość, już na spokojnie i przede wszystkim w kontrolowanych warunkach przesłuchać u siebie. A gdy się takowa pojawiła czym prędzej z niej skorzystaliśmy, by w możliwie obiektywny sposób zweryfikować deklaracje samego konstruktora, że V-ka to tak naprawdę zupełnie nowe rozdanie, nowa platforma i nowe możliwości, które do tej pory, znaczy się za panowania ostatniej inkarnacji Spirita 3 (testowaliśmy bodajże przedostatnią – z parą a nie kwadrą 6SJ7) po prostu były nieosiągalne. Co prawda w tzw. międzyczasie miłośnicy najbardziej muzykalnych z pośród rodziny KT „pisanek”, czyli 150-ek mogli ratować się stereofoniczną końcówką mocy Spirit PA, ale jak sam Gerhard wtenczas głosił, więcej z owej platformy wycisnąć się nie da. Minęły trzy lata i okazało się, że to, co kiedyś wydawało się dojściem do przysłowiowej ściany w obecnych realiach jest wielce obiecującym … punktem wyjścia. Jeśli zatem ciekawi są Państwo cóż też zmieniło się w najnowszej odsłonie Spirita nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do dalszej lektury.
Patrząc i porównując zdjęcia poprzednich i obecnej wersji Spirita nie da się nie odnieść wrażenia, że rzeczywiście coś musiało się zadziać w Ayonie, znaczy zmieniło się podejście do kluczowych kwestii konstrukcyjnych, gdyż już na pierwszy rzut oka widać, iż V-ka w stosunku do swojego starszego rodzeństwa została w pewien sposób „odchudzona”. Czyżby zamiast dalszej, wydawać by się mogło całkowicie naturalnej rozbudowy jej konstruktorzy doszli do wniosku, że prawda tkwi w minimalizmie i poniekąd przyznali rację Albertowi Einsteinowi twierdzącemu, że „Wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze”? Tego niestety nie wiem, jednak zanim zweryfikujemy brzmieniowe efekty powyższych działań przyjrzyjmy się dzisiejszemu bohaterowi od strony czysto wizualnej.
Jak wygląda Spirit V praktycznie nie muszę opisywać. Wystarczy, że wspomnę, że jak typowy Ayon i wszystko, przynajmniej dla zainteresowanych, powinno być jasne. Ot solidna konstrukcja ze szczotkowanych aluminiowych, anodowanych na czarno masywnych płyt i zaokrąglonych profili zaprzęgniętych do roli narożników z charakterystycznymi chromowanymi rondlami chroniącymi transformatory z tyłu korpusu i pyszniącą się szklarnią lamp na pierwszym planie. W centrum frontu wycięto firmowe, podświetlone na czerwono, logo, które po włączeniu przez kilkanaście, potrzebnych na pomiary i kalibrację lamp przez ayonowski auto-fixed-bias (AFB), sekund pulsuje, by podczas pracy utrzymywać iluminację na stałym poziomie. Z jego lewej strony umieszczono radełkowaną gałkę regulacji głośności a po prawej selektor wejść pełniący również rolę wybieraka trybu pracy (D- bezpośrednie wejście na końcówkę mocy, T- tryb triodowy).
Na górnym „blacie” oczy cieszy dość mocno zmodyfikowany w stosunku do poprzednich odsłon układ lamp. W sekcji wzmacniacza znajdziemy parę 12AX7 Electro-Harmonixa, w stopniu sterującym podwójne oktalowe triody 6SN7 (w egzemplarzu testowym były to radzieckie 6H8C) a w końcówce mocy KT150 Tung-Sola. Przy okazji z niecierpliwością czekam na moment, gdy któryś z niezależnych producentów wzmacniaczy zdecyduje się na konkurencyjne i nie da się ukryć, również sporo droższe (ok. 300€ szt.), wersje oferowane przez KR Audio.
Ściana tylna to już klasyka gatunku w austriackim wydaniu. Patrząc od lewej tuż nad gniazdem zasilającym IEC umieszczono hebelkowy przełącznik uziemienia obudowy, zacisk uziemienia, przycisk wyboru trybu pracy (triodowy/pentodowy) i kolejny hebelek – tym razem pozwalający dopasować punkt pracy wzmacniacza do impedancji współpracujących z nim kolumn (1- dla obciążeń powyżej a 2-ka dla spadających poniżej 3 Ω). Gniazda głośnikowe, dedykowane dla obciążeń 4 i 8 Ω to znane i lubiane WBT-y NextGen. Wejść liniowych mamy cztery pary – trzy RC i jedne XLR-y Neutrika, które uzupełniają wejście na końcówkę mocy i wyjście z przedwzmacniacza.
Pomimo zachowania iście bliźniaczego podobieństwa w stosunku do III-ki w V-ce mamy o 50% mocniejszą sekcję zasilającą opartą na dwóch transformatorach toroidalnych, zmodyfikowany został układ regulacji głośności oraz od strony elektrycznej prowadzenie masy i auto-biasu. W dodatku elektroniczną regulację głośności zastąpił klasyczny, zmotoryzowany potencjometr a wszechobecne do tej pory przekaźniki na wejściach wyparł wydawać by się mogło archaiczny przełącznik.
Doskonale zdaję sobie jednak sprawę, iż zarówno geneza powstania, jak i wygląd Ayona dla wytrawnych melomanów i audiofilów, o wiernych akolitach marki nawet nie wspominając mają znaczenie co najwyżej drugorzędne. W końcu jeśli pamięć mnie nie myli to przez bez mała piętnaście lat, czyli od momentu gdy światło dzienne ujrzała pierwsza wersja Spirita Gerhard Hirt zdążył nas przyzwyczaić do tego, że każda kolejna inkarnacja najpopularniejszej integry w jego portfolio była po prostu lepsza i to nie tylko konstrukcyjnie, co przede wszystkim brzmieniowo. Oczywiście nie ma co zaklinać rzeczywistości i udawać, iż owa ewolucja dotyczyła, czy wręcz była pochodną li tylko zmian samej budowy, użytych komponentów itp., gdyż jak to przy lampowcach bywa co nieco do powiedzenia mają też lampy a akurat w tym przypadku Austriacy mówiąc kolokwialnie „przerobili” chyba wszystkie pojawiające się na rynku odmiany tetrod z rodziny KT. Jednak od momentu przesiadki na pisankopodobne KT150 „baza” od lat pozostaje bez mian i kolejne etapy rozwoju ograniczają się de facto właśnie do ich aplikacji i samej topologii układu w jakim przychodzi im pracować. Wracając jednak do meritum i dosłownie przed chwilą wspomnianego „przyzwyczajenia” do każdorazowej poprawy patrząc na V-kę i porównując ją z poprzednią odsłoną Spirita miałem, jeszcze przed odsłuchem, pewne obawy, bowiem przynajmniej do tej pory kolejne wersje charakteryzowały się widoczną rozbudową poszczególnych sekcji, przyrostem wolumenu wykorzystywanych lamp itp., czyli wszystkiego, co wpływa na tzw. wartość postrzeganą. Tymczasem idée fixe V-ki jest swoisty powrót do podstaw, co może rodzić całkiem uzasadnione obawy przed powrotem do „brzmienia Ayona” sprzed owych piętnastu lat, które zarówno wtenczas, jak i dziś najdelikatniej rzecz ujmując dalekie było od stereotypowej lampowości. Pół żartem pół serio można wręcz stwierdzić, że ponad dekadę temu Ayon z Octave bezpardonowo udowadniali niedowiarkom, że lampa potrafi być bardziej analityczna i detaliczna od niejednego tranzystora.
Krótko mówiąc nie wiedząc za bardzo czego się spodziewać po okresie intensywnej akomodacji wzmacniacza w moim systemie sięgnąłem po art-rockowy „Sorceress” Opeth z fenomenalnym orientalnym, spokojnie mogącym konkurować z „Kashmirem” Page’a i Planta, utworem „The Seventh Sojorun”, czy prog-rockowo-jazzowym „Strange Brew”, w którym część słuchaczy dopatruje się wręcz narkotycznych wizji z czasów The Beatles. Generalnie repertuar niezbyt agresywny, lecz wystarczająco wielowarstwowy i zagmatwany pod względem melodyki, by móc nieco namieszać w końcowej ocenie. Tymczasem Spirit V przeszedł przez niego jak potężny lodołamacz z napędem atomowym przez późnojesienne kry na Zalewie Zegrzyńskim. Z perfekcyjną precyzją był w stanie wyłowić nawet najdrobniejsze niuanse, nie tracąc nic a nic z mocno funeralnego klimatu, masy i głębi nagrania. Co ciekawe wzorcowa rozdzielczość, stanowiąca jeden z jego najmocniejszych punktów, okraszona została uzależniającą dynamiką tak w skali mikro (eteryczne gitary akustyczne), jak i makro – gdy ekipa Opeth przypominała sobie swoje pełne growlu i blastów czasy. Od razu w tym momencie wyraźnie zaznaczę, iż zarówno powyższe, jak i dalsze refleksje dotyczą odsłuchów w trybie pentodowym, gdyż pozornie bardziej „audiofilski” i wyrafinowany triodowy, przy moich Contourach 30 Dynaudio najzwyczajniej w świecie nie miał racji bytu, gdyż przynajmniej na pułapie moich oczekiwań zbyt wyraźnie ustępował pentodzie pod względem kontroli reprodukowanego pasma i zdolności oddania odpowiedniego ładunku emocjonalnego. Wszystko robiło się zbyt zwiewne i eteryczne, choć jeszcze raz podkreślę, iż to moje prywatne odczucia i zdaję sobie sprawę, że dla części odbiorców właśnie taki sposób prezentacji bardziej przypadnie im do gustu. Szukając muzycznych analogii porównałbym tryb pentodowy do duetu Petera Gabriela na „Don’t Give Up” z Kate Bush a triodowy do wersji z Ane Brun. Dlatego nawet na pozornie delikatnym „Lowlight” Lor mając wybór każdorazowo wybierałem 65 zamiast 40W. Warto tylko dodać, iż niezależnie od trybu pracy, równowaga tonalna utrzymana była w okolicach przysłowiowego zera nie popadając ani w zbytnia eufonię, ani prosektoryjna analityczność a różnice w sposobie prezentacji, oprócz wspomnianej dynamiki, dotyczyły dokładności kreślenia konturów i samej ich grubości. Korzystając z „artystycznych” analogii pentodzie można byłoby przypisać „ostry” ołówek H3 a triodzie B2.
Sięgając jednak pamięcią i przypominając sobie jak grał recenzowany przez nas ostatni Spirit III uczciwie muszę przyznać, że tytułowa inkarnacja wypada nad wyraz pozytywnie. Poprawa dotyczy bowiem nie tylko motoryki (w trybie pentodowym), co szeroko-rozumianej rozdzielczości, dzięki czemu wielka symfonika („Verdi” Ildar Abdrazakov, Chœur Métropolitain, Orchestre Métropolitain de Montréal, Yannick Nézet-Séguin) wciąga bardziej niż chodzenie po bagnach. Nie dość, że mamy pełen wgląd w wieloplanowość i rozbudowane instrumentarium, to austriacka integra z niezwykłą precyzją oddaje zarówno pozycjonowanie poszczególnych źródeł pozornych, jak i dystans je dzielący, przez co kreowana scena osiąga iście holograficzną namacalność.
Zgodnie z deklaracją producenta Ayon Spirit V okazał się konstrukcją bezsprzecznie doskonalszą od swoich protoplastów. Uproszczenie układu zaowocowało większą swobodą i wyrafinowaniem dźwięku a nowa „platforma” wprowadziła austriacką integrę na kolejny, oczywiście wyższy poziom. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, czy warto interesować się Spiritem V, to z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że zdecydowanie tak i to niezależnie od tego, czy szukacie konstrukcji lampowej, czy też tranzystorowej, gdyż jego walory soniczne należy rozpatrywać w kategoriach bezwzględnych. Dlatego też o ile tylko względy czysto funkcjonalne (małe dzieci, wolno fruwające ptactwo, etc.) nie odcisną zbyt mocnego piętna na Waszej finalnej decyzji, to po wypożyczeniu od dystrybutora raczej niechętnie będziecie wypinali go w celu zwrotu.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Opinia 2
Naturalną koleją rzeczy jest fakt, że część urządzeń audio w miarę wydłużania się ich egzystencji na rynku a tym samym poznawania ich realnych, wychwyconych tak przez użytkowników, jak i samych konstruktorów, ograniczeń ma swoje nowe odsłony. I nie ma znaczenia, czy rozprawiamy o elektronice, czy kolumnach głośnikowych, bowiem upływ czasu zawsze pozwala znaleźć słabe strony w nawet bardzo często świętującym pasmo sukcesów komponencie, co w trosce o końcowego klienta zazwyczaj w pewnym momencie kończy się wprowadzeniem nowej inkarnacji sygnowanej jako MK II lub podobnym oznaczeniem. Tak też jest w przypadku dzisiejszego wzmacniacza zintegrowanego, który dzięki zaangażowaniu właściciela marki i konstruktora w jednym Gerharda Hirta doczekał się już piątej odsłony. Przesada? Bynajmniej, gdyż jak wynika z mojego sporego doświadczenia w testowaniu jego konstrukcji, wszelkie poprawki zawsze były krokiem naprzód w stosunku do poprzedników. Czy tym razem jest podobnie? Jeśli jesteście ciekawi wyniku moich kilkutygodniowych obserwacji, zapraszam do lektury tekstu o najnowszym modelu znanego i od lat świetnie radzącego sobie na rynku wzmacniacza zintegrowanego Ayon Spiirit w odsłonie numer „V”, którego wizytę w moich skromnych progach zawdzięczam krakowsko-warszawskiemu Nautilusowi.
Jak wygląda Ayon Spirit V? Cóż, kolejne opisywanie bez kozery można powiedzieć, że kultowego i do tego bazującego na bliźniaczym dla całej gamy oferty Ayona projekcie wzmacniacza jest karkołomnym, bo konsekwentnym powtarzaniem tych samych, przez lata stawiających go w szeregu najbardziej rozpoznawalnych i wyśmienitych designersko urządzeń, fraz słownych. Jednak bez względu na to, w tym odcinku ponownie nie omieszkam powtórzyć, iż główną bryłą jest płaska platforma o mocno zaoblonych krawędziami, wykończona w czerni ze szczotkowanego aluminium. W jej przedniej części usadowiono zestaw lamp elektronowych ze znakomitymi bańkami mocy KT150 na czele, a tuż za nimi swoje miejsce znalazły ukryte w błyszczących srebrem kubkach transformatory. Front Spirita jak zwykle zdobią rozrzucone na boki dwie gałki: wzmocnienia z lewej i wyboru wejść liniowych z prawej strony. Zaś plecy realizując potrzeby wymagającego użytkownika patrząc od lewej oferują: gniazdo zasilania, zacisk uziemienia, przełącznik fazy, przełącznik pracy trioda/pentoda, odczepy dla kolumn 4 i 8 Ohm, wejście na końcówkę mocy, przelotkę dla przedwzmacniacza, trzy wejścia liniowe RCA i jedno XLR. Miłym akcentem jest dostarczenie przez producenta w komplecie startowym zgrabnego, ale w pełni obsługującego wszelkie funkcje pilota zdalnego sterowania. Całość konstrukcji posadowiono na czterech solidnych stopach, a włącznik główny wzmacniacza umieszczono od spodu, tuż pod znajdującym się na froncie ciemnokrwistym logo marki.
Powiem tak. Nie będę owijał w bawełnę, tylko w pełni świadomy tej opinii stwierdzam jednoznacznie, iż Ayon Spirit V jest znacznie lepszą konstrukcją od poprzednika. Powód? Oferuje lepszą rozdzielczość, co czyni go bardziej wyrafinowanym sonicznie nie tylko w sferze ilości informacji, ale również jakości ich podania. Przykład? Spójrzcie na niedawny test angielskich kolumn Spendor A7, w którym odgrywał rolę głównej amplifikacji. To za jego sprawą mogłem docenić sposób budowania przez nie nie tylko szerokiej, ale również zjawiskowo głębokiej sceny muzycznej z idealnie zorientowanymi na niej nawet wieloosobowymi składami muzyków z ich często wirtuozerskimi, czyli w domyśle naszpikowanymi wieloma zmiennymi w jednostce czasu i ilości energii popisami muzycznymi. Bez odpowiedniego pakietu czytelnie podanych informacji nie byłoby możliwe uzyskanie efektu przeniesienia się na często słuchane przeze mnie koncerty, co Ayon znakomicie wprowadzał w życie. I tutaj potwierdzająca solidność omawianej konstrukcji pozytywna niespodzianka, bowiem taki stan był wodą na młyn każdej edycji koncertów Johna Zorna spod znaku „Masada” i naszpikowanych emocjami karkołomnych free-jazzowych popisów Kena Vandermarka również w przypadku współpracy z moimi, znacznie większymi gabarytowo, a przez to trudniejszymi do wysterowania kolumnami, co ewidentnie świadczy na jego korzyść w domenie uniwersalności. Gdy wymagał tego materiał muzyczny, był atak, by za moment zaskoczyć mnie długotrwałymi wybrzmieniami pozwalających na chwilowe wytchnienie muzyków przed kolejnym nutowym szaleństwem, powolnych ballad.
A to tylko jedna strona medalu, bowiem omawiany wzmacniacz ma możliwość zmiany pracy na tryb triodowy, co natychmiast skutkowało nieco inną temperaturą, a przez to bardziej eufoniczną strukturą dobiegających do mnie dźwięków. Komu to potrzebne w momencie fantastycznego prowadzenia muzyki w pentodzie? Otóż też tak w duchu myślałem. Jednak na sprowokowaną na potrzeby testu okazję nie musiałem długo czekać. Wystarczyło wziąć na tapet piękną Koreankę Youn Sun Nah, która bez szczypty soczystości i ciepła ze strony wzmocnienia nie pokazałaby swojego najważniejszego atutu, jakim jest czarowanie pięknym, bo gładkim, melodyjnym, ale również gdy trzeba doniosłym głosem. Kto zna jej repertuar, wie, że bezduszne odtworzenie jej muzycznych opowieści będzie jedynie odcinaniem kuponów, gdy tymczasem przy dobrym poziomie soczystości, ale z niezbędnym pakietem oddechu wspomniana diva nie pozwoli nam oderwać od siebie uszu aż do końca słuchanej w danym momencie płyty. Jednak co ciekawe w pewnym momencie spróbowałem zamienić dwa światy muzyczne z obydwoma trybami pracy austriackiego piecyka i o dziwo okazało się, że nie zanotowałem efektu kojarzonego z jakąkolwiek porażką. Owszem, w muzie stawiającej na szybkość i nagłe zmiany energii wszystko odbywało się dostojniej, aniżeli w idealnym odtworzeniu, ale za to instrumentarium typu saksofony, fortepiany, czy kontrabasy wybrzmiewały znacznie głębszym, naturalnie bardziej skupionym dźwiękiem, co przy nastawieniu na odpoczynek podczas obcowania ze światem fonii znakomicie wpisywało się w potrzeby ducha. Jeśli zaś chodzi o wokalizę odtwarzaną w domenie szybszego narastania sygnału, dedykowaną trybowi pentodowemu, okazywało się, iż również nie skutkowało to specjalną szkodliwością, a jedynie przeniesieniem punktu ciężkości całości prezentacji o oczko wyżej, z czego wspomniana śpiewaczka swoim pełnym nasycenia głosem zdawała sobie nic nie robić, tylko konsekwentnie czarowała do momentu powrotu soczewki lasera do pozycji spoczynku. Naciągam fakty? Bynajmniej, gdyż w zależności od stanu psychicznego danego dnia kilkukrotnie słuchałem różnych typów muzyki w obydwu trybach pracy i ani razu nie przełączałem ich z powodu problemów z przyswajaniem muzyki, tylko w momencie chęci strzału w ucho przy wykorzystaniu pełni zamierzeń konkretnych muzyków.
Nie wiem, czy przytoczonymi przykładami muzycznymi wystarczająco zachęciłem wszystkich potencjalnych zainteresowanych do zmierzenia się z nową inkarnacją znanego od lat Ayona Spirit w specyfikacji „V”. Jednak bez względu na to wierzę, że kolejna próba poprawy brzmienia poprzednika daje jasne przesłanie co do zasadności sprawdzenia we własnym systemie nowego spojrzenia na ten model. W mojej ocenie jest znacznie lepszy od poprzednika, dlatego też w momencie dojrzenia Waszej decyzji do zmian w systemie, nawet w przypadku optowania za tranzystorem, powinniście spróbować swych sił na polu wzmocnienia opartego o lampy elektronowe. Tytułowy piec ma dwa oblicza sposobu grania, co zwiększa szanse na ewentualne wpisanie się w oczekiwania Waszych układanek.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo, TAD D1000 MK2-S
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan
Dystrybucja: Nautilus
Cena: 24 900 PLN
Dane techniczne
• Rodzaj pracy końcówki: trioda lub pentoda
• Lampy: 4 × KT150
• Impedancja obciążenia: 4-8 Ω
• Pasmo przenoszenia (+/- 3 dB): 10 Hz-60 kHz
• Moc wyjściowa (tryb pentody): 2 × 65 W
• Moc wyjściowa (tryb triody): 2 × 40 W
• Impedancja wejściowa (1 kHz): 100 kΩ
• Czułość wejściowa (pełna moc): 500 mV
• NFB: 0 dB
• Regulacja siły głosu: potencjometr
• Pilot zdalnego sterowania: Tak
• Wejścia : 3 × Line In, 1 × XLR In, 1 × Direct In
• Wyjścia: 1 × Pre-out
• Wymiary (SxGxW): 480 × 370 × 250 mm
• Waga: 33 kg
Opinia 1
Choć jubileuszowy remaster „Abbey Road” 50th anniversary The Beatles światło dzienne ujrzał 27 września, to oficjalne trójkowe spotkanie celebrujące to niezwykle elektryzujące dla wszystkich miłośników Czwórki z Liverpoolu spotkanie odbyło się dopiero wczoraj.
Dzięki zaangażowaniu i czynnego udziału pana Piotra Metza zebrani w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej słuchacze mieli okazję wysłuchać 17 utworów zmiksowanych przez Gilesa Martina oraz inżyniera dźwięku Sama Okella z jedynego słusznego nośnika, czyli klasycznej – czarnej płyty winylowej. Oczywiście prezentowany materiał był stereofoniczny a wspominam o tym nie bez powodu, gdyż „Abbey Road” był pierwszym wydawnictwem The Beatles wydanym wyłącznie w stereo, a sam reedycja dostępna jest również w high res stereo, 5.1 surround oraz Dolby Atmos.
Zanim przejdę do detali natury muzycznej pozwolę sobie, w ramach niewinnej dygresji, na kilka słów o samej okładce z najsłynniejszym przejściem dla pieszych, czyli popularną zebrą. Otóż zarówno finalny – zdobiący oficjalną okładkę mającego swoja premierę 26 września 1969 kadr, jak i pozostałe ujęcia powstały dokładnie 8 sierpnia (czyli pod koniec trwającej od 22 lutego do 18 sierpnia sesji nagraniowej), podczas „spaceru” The Beatles z EMI Recording Studios w Londynie. Chwilowe zamknięcie ruchu przez obecnego tamże policjanta, ustawienie drabiny i już mamy swoisty backstage, na którym jak w ukropie uwijał się zaangażowany w wiadomym celu fotograf Iain Macmillan. A właśnie, nawet widoczny na drugim planie zaparkowany „garbus” doczekał się swoistej „złotej jesieni” życia, gdyż trafił do Automuseum Volkswagen w Wolfsburgu.
Kolejną ciekawostką o której warto wspomnieć jest zamykający drugą stronę utwór „Her Majesty”, który początkowo stanowił element szesnastominutowej wiązanki (utwory 3 do 7 określane zbiorczo jako „The Abbey Road Medley”) rozpoczynającej się „You Never Give Me Your Money” i kończącej „The End”, jednak McCartney polecił ją inżynierowi studia – Geoffowi Emerickowi usunąć, jednakże mając na uwadze zakaz wyrzucania czegokolwiek, co The Beatles popełnili, Geoff umieścił ów „odpad” na samym końcu albumu po 20 sekundowej ciszy.
Jak to zwykle w przypadku wznowień tak ikonicznych wydawnictw bywa wszyscy fani zespołu, kolekcjonerzy i melomani oprócz standardowej, zawierającej 17 utworów wersji, otrzymali nad wyraz szeroki wachlarz opcji rozszerzonych o w większości przypadków niepublikowane do tej pory 23 nagrania z sesji i demówki.:
1) „Abbey Road” Super Deluxe Edition (4 płyty):
CD1: „Abbey Road” – stereo album mix
CD2: wersje demo i nagrania z sesji
CD3: wersje demo i nagrania z sesji
Płyta 4 (Blu-ray): mix albumu Dolby Atmos / cały album w wersji 5.1 surround / hi-res stereo mix całego albumu
2) „Abbey Road” Anniversary Deluxe Edition 2CD z nowym miksem stereo, rozszerzona o wersjami demo i nagrania ze studia „Abbey Road”
3) „Abbey Road” Anniversary Edition 1 CD w digipaku z nowym miksem stereo
4) „Abbey Road” Anniversary Super Deluxe Edition (3LP box):
LP1: nowy mix stereo
LP2: wersje demo i nagrania z sesji
LP3: wersje demo i nagrania z sesji
5) „Abbey Road” Anniversary Edition 180g LP w opakowaniu wzorowanym na oryginalnym wydaniu
6) „Abbey Road” Anniversary Edition 180g LP Picture Disc) w opakowaniu wzorowanym na oryginalnym wydaniu
7) „Abbey Road” digital / streaming dostępne w największych serwisach cyfrowych (np. Tidal)
Nie mniej istotną składową wtorkowego spotkania był również skonfigurowany przez ekipę krakowsko-stołecznego Nautilusa system w skład którego weszły gramofon Transrotor Crescendo Nero z ramieniem uzbrojonym we wkładkę Merlo Reference, phonostage Octave Phono Module, wzmacniacz mocy Accuphase P-7300 i kolumny Avantgarde Acoustic Duo XD.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Nie wiadomo kiedy minęło okrągłe 50 lat od ukazania się najbardziej rozpoznawalnego m.in. za sprawą okładki, albumu wszech czasów grupy The Beatles „Abbey Road” . Chyba nie ma miłośnika muzyki – nawet stroniącego od nurtów rockowych, który nie kojarzyłby czterech idoli lat 70-tych przechodzących przez ulicę po kultowych już pasach przejścia dla pieszych. A jeśli mowa o jubileuszu i w dodatku nagłaśnianym przez znaną z krzewienia kultury muzycznej w narodzie radiową Trójkę, to ów fakt nie może się to odbyć nigdzie indziej, jak w warszawskim Muzycznym Studiu Trójki im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7.
Jak było? Zanim odpowiem na to pytanie, muszę wspomnieć, iż owo wydarzenie w moim odczuciu miało trzy główne punkty. Pierwszym, naturalną siłą rzeczy był wspomniany już 50-letni, teraz po raz kolejny poprawiony, według oświadczeń producenta znakomicie wyczyszczony ze szkodliwych artefaktów tamtych lat, typu szum aparatury realizacyjnej, album „Abbey Road”. Drugim jak zwykle znakomity, bo oprócz przybliżania znanych wszystkim prasowych informacji, również dzielący się swoimi, zaczerpniętymi z życia anegdotami na Beatlesowy temat pan Piotr Metz. Zaś trzecim, bez którego nie byłoby szans na wyśmienite odtworzenie wspominanego albumu punktem, okazał się być dostarczony przez krakowsko-warszawskiego dystrybutora sprzętu audio Nautilus wyśmienity zestaw generujący dźwięk. Jaki? Idąc za fotografiami główną rolę odgrywały nie tylko znakomicie prezentujące się wizualnie, ale również sonicznie w tak trudnych warunkach – wielka sala koncertowa pełna słuchaczy Trójki – kolumny tubowe Avangarde Acoustic. Oczywistym jest, że zespoły głośnikowe same nie zagrają, dlatego też swoje zadanie miały szansę realizować przy pomocy równie fantastycznej elektroniki – gramofonu marki Transrotor, phonostage Octave, na japońskiej stereofonicznej końcówce mocy Accuphase skończywszy. I gdy wspomniane trzy składowe zbierzemy w jedną całość, jedyną oceną przybliżanego spotkania może być oświadczenie, iż tego wieczora mieliśmy okazję uczestniczyć w wydarzeniu zjawiskowym nie tylko z racji wspólnego słuchania twórczości kultowego zespołu, ale również dzięki oprawie całości przez znakomitego prowadzącego i naturalnie możliwości obcowania na żywo ze zjawiskowym zestawem okraszającym muzyczną przygodę sprzed pięćdziesięciu lat. Czegóż chcieć więcej? W pierwszej myśli przychodzi do głowy odpowiedź typu: „Chyba nie da się tego przebić”. Jednak po krótkim namyśle bez najmniejszych oporów jestem zdania, że miłą niespodzianką byłaby zdecydowanie większa ilość takich fantastycznych spotkań przy muzyce. Na co w duchu naturalnie liczę.
Jacek Pazio
Najnowsze komentarze