Opinia 1
Jak w znakomitej większości wygląda tytułowy BAT (Balanced Audio Technology), z pewnością każdy z Was wie. Ba, jestem więcej niż pewny, że znakomicie orientujecie się, nawet jeśli nie jak konkretny model gra, to przynajmniej spodziewacie się, co jest w stanie zaprezentować. To od zarania dziejów jest marka niepozostawiająca złudzeń, że co jak co, ale nigdy nie przyjdzie jej do głowy naciągnąć klienta na marniej jakości towar. Chodzi oczywiście o brzmienie, które na każdym pułapie cenowym nigdy nie odstaje od konkurencji. I bez znaczenia jest fakt, czy rozprawiamy o urządzeniach tranzystorowych, czy lampowych, bowiem zawsze z łatwością jeśli nie jest lepszy, to przynajmniej spokojnie się broni. A broni się lub zostawia konkurencję z tyłu tym bardziej, z im bardziej zaawansowanym tudzież rozbudowanym produktem mamy do czynienia. Do czego piję? Oczywiście do poprzedniego starcia z produktem tej manufaktury wzmacniacza zintegrowanego VK-80i, który narobiwszy nam smaku, stał się zaczynem do głębszej penetracji portfolio tej amerykańskiej marki. Co tym razem wzięliśmy na tapet? Jak można się domyślić, postanowiliśmy zadbać o jakościowy progres oferowanego dźwięku, w osiągnięciu którego według warszawskiego dystrybutora EIC powinien sprawdzić się zestaw pre-power, czyli duet przedwzmacniacza liniowego VK-80 i stereofonicznej końcówki mocy VK-90T.
Przybliżanie naszych bohaterów rozpocznę od pre linowego. Ten mimo posiadania w swoich układach elektrycznych zestawu lamp elektronowych jako obudowę wykorzystuje konstrukcję zamkniętą. Jednak nie nudny prostopadłościan, tylko zwężającą płynnym łukiem się od frontu ku tyłowi, przyjemną dla oka, zapewniającą odpowiednią ilość miejsca wewnątrz, dlatego stosunkowo wysoką bryłę. Oczywiście konstruktorzy VK-80 nie zapomnieli o skutecznej wentylacji trzewi, co dość ciekawie wzorniczo zrealizowali przy pomocy kilku układających się w przyjemne dla oka kilku serii zorientowanych po skosie podłużnych otworów na górnej płaszczyźnie obudowy i bokach. Front bez specjalnego wizerunkowego przeładowania wyposażono w mieniący się błękitem wyświetlacz, kilka guzików funkcyjnych typu: Standby, Function, Phase, Mute, Mono, 5 wejść liniowych oraz wielką gałkę wzmocnienia. Jeśli chodzi o tylny panel, ten jak przystało na solidny przedwzmacniacz, w odpowiedzi na wyposażenie awersu oferuje użytkownikowi pięć wejść liniowych (dwa XLR, 3 RCA), przelotkę dla magnetofonu, dwa wyjścia liniowe (XLR, RCA), gniazdo bezpiecznika i zasilania IEC. Miłym dodatkiem i tak naprawdę pewnego rodzaju niezbędnikiem w przypadku tego typu komponentu jest zgrabny pilot zdalnego sterowania.
Jeśli chodzi o końcówkę mocy, ta od strony wzorniczej z jednej strony jest tradycyjną, ale za to z drugiej dzięki dbałości o każdy szczegół wykończenia, świetną kontynuacją typowej platformy nośnej. Platformą dość pokaźnych rozmiarów, bowiem patrząc od frontu usadowiono na niej trzy rzędy szklanych baniek z tak uwielbianymi przez wielu „lampiarzy”, potocznie zwanymi „diabełkami” jako lampy mocy w roli głównej, tuż za nimi trzy lekko mijające się okrągłe kubki skrywające transformatory i na końcu w celach poprawy logistyki sięgający od jednej do drugiej ścianki bocznej poprzeczny pałąk. To natomiast spowodowało, że przy typowej szerokości bryła obudowy jest bardzo głęboka. Pisząc kilka słów o wyposażeniu, w temacie awersu mogę wspomnieć jedynie o wyfrezowanym logo marki i niebieskiej diodzie sygnalizującej pracę, zaś na temat rewersu o cztero-zaciskowych grupach terminali kolumnowych dla 4,6 i 8 Ohm, wejściach sygnału jedynie w specyfikacji XLR, gniazdach bezpiecznika i zasilania oraz hebelkowym włączniku głównym.
Gdy doszliśmy do akapitu o brzmieniu tytułowego zestawu, pierwsze co ciśnie mi się na usta to konsekwentne podążanie drogą integry VK80. Jednak mam na myśli jedynie ogólne wskazówki postrzegania świata muzyki, czyli gęsto, namacalnie, ale przy tym z odpowiednią dawką witalności. To oczywiście jest pokłosiem brylowania w świecie lamp elektronowych, jednak w tym przypadku na tyle w pełni kontrolowane, że w żadnym przypadku – mam na myśli poszczególne nurty muzyczne – nie mogę mówić o jakimkolwiek złapaniu amerykańskiej układanki na problemach z nadwagą lub otępieniem w górnych rejestrach. Owszem, przekaz jest osadzony w estetyce mocnego uderzenia dolnym zakresem, fajnie, bo pełno-krwiście wybrzmiewającą średnicą i raczej złotymi, niż srebrnymi wysokimi tonami, jednak całość jest zrobiona z pewnym pomysłem. Jakim? Po pierwsze – konsekwentna kontrola obfitego, ale zebranego w sobie basu. Po drugie – przy soczystym podaniu średnicy świetnie realizowana dbałość o odpowiedni pakiet zawartych w niej informacji. A po trzecie – wsparcie będącej naturalną konsekwencją pozłocenia wysokich tonów, ich większej wagi, zaskakująco czarnym wirtualnym tłem tła, a przez to podniesienie poczucia namacalności wydarzeń muzycznych. To wydaje się być połączeniem wody z ogniem, jednak bazując na tym co udało mi się podczas testu wynotować, nie mogę napisać nic innego. Mało tego. Zwróćcie uwagę na kolumny zapięte pod amerykański tandem. To topowy Gauder Akustik, który jak wiadomo, nie bierze jeńców. Jak system ma problemy na dole, kolumny dudnią, a jeśli na górze, cykają. Tymczasem dostarczone przez EIC zabawki nie dość, że radziły sobie z Niemkami bez najmniejszych problemów, to nigdy im się nie poddały. Oczywiście zawsze wszystko można zrobić lepiej, jednak opisywany sparing śmiało kreśliłbym jako wyjście z niego z tarczą. Tym bardziej, że kolumniszcza nie są łatwe do ogarnięcia, co kilku światowych mocarzy brutalnie poczuło na własnej skórze, a mimo to zabawkom BAT-a udało się im sprostać.
Odnosząc się do konkretnej muzy, powiem tak. To był bardzo fajny test, gdyż przy ewidentnym podaniu muzyki w estetyce brzmienia zamkniętych w próżni elektronów, każdy rodzaj zapisów nutowych był jakiś. Nie na jedno kopyto, tylko wybrzmiewał w swoim duchu. Mocny rock Black Sabbath z płyty „Paranoid” świetnie promował nie tylko fenomenalnie, bo soczyście brzmiące gitary, ale przy okazji tak ważną dla tego zespołu wokalizę i oczywiście mocny rytm perkusji. Owszem, być może spektakl minimalnie odpuścił w domenie brutalności wybrzmiewania, ale przypominam, że bawimy się lampami, co zawsze odciska swoje piętno i byłoby hipokryzją mieć o to pretensję. Jednak żeby nie było, wspomniani rockowi buntownicy z mojej młodości mimo lekkiego pokolorowania swoich popisów wypadli świetnie. Z niezbędną energią i wigorem, co bez problemu mnie do nich przekonało.
Podobnie było z elektroniką. Ta również oddała pole większej kulturze grania, jednak przy całym osadzeniu wydarzeń w estetyce zdroworozsądkowej gładkości system przyjemnie, bo brutalnie wywoływał częste w tego rodzaju twórczości nie tylko trzęsienia ziemi, ale podobne do wyginających ściany w filmie „Matrix” ciśnienia akustyczne. Może nie zderzałem się z latającymi w eterze żyletkami, ale jako feedback łagodniejszego podania górnych rejestrów pławiłem się w zjawiskowym pulsie muzyki.
Na koniec ewidentna woda na młyn lampowych konstrukcji. Naturalnie mam na myśli wszelki jazz, klasykę i muzykę barokową. To zawsze były ferie przyprawiających o dreszcze emocji namacalnych spotkań z artystami. I nie chodzi i tylko o piękne barwy instrumentów, ale również oddanie ducha wieloosobowych składów muzyków ze szczególnym uwzględnieniem pokazania goszczących ich, często w słuchanej przeze mnie muzyce, wielkich kubatur sakralnych. To było na tyle hipnotyzujące, że jak rzadko, tym razem tego rodzaju płyt słuchałem od deski do deski. To naturalnie przedłużało proces opiniowania, jednak nie samym ocenianiem człowiek żyje, dlatego gdy zostałem zaproszony na tak pięknie realizującą się w moim pokoju muzyczną przygodę, nie było innego wyjścia, jak grzecznie czekać, aż laser samoczynnie wróci do stanu zero.
U kogo widziałbym dostarczoną do testu sekcję wzmocnienia zza wielkiej wody VK-80 & VK-90T? To chyba jasne jak słońce. Do wszystkich, którzy nie oczekują od systemu pogoni za nachalną wyczynowością. Chyba, że owa wyczynowość ma oznaczać piękne barwy oraz namacalność prezentacji, co wprost proporcjonalnie przekłada się na bycie tam i wtedy. Czyli tłumacząc z polskiego na nasze, jeśli nie zależy Wam na zjawiskowych skrajach pasma i pogonią za szybkością narastania sygnału, tylko w grę wchodzi druga opcja, to czy muszę coś więcej pisać? Myślę, że nie, gdyż wszystko zostało napisane powyżej.
Jacek Pazio
Opinia 2
Skoro, za sprawą integr – hybrydowej VK-3000SE i już klasycznej dla tego wytwórcy, w pełni lampowej VK-80i, mamy na koncie dwa spotkania z w pełni zasługującą na miano ikonicznej amerykańską marką najwyższa pora z kompaktowej, jak na zamorską, rozmiarówki przesiąść się na zabawki dla nieco większych dziewcząt i chłopców. Krótko mówiąc porzucamy jednopudełkową amplifikację i wkraczamy w świat konstrukcji dzielonych i to nie do przedsionka, lecz od razu tuż pod sam szczyt, czyli stopień/dwa niżej aniżeli flagowe REX-y, gdzie za oko łapie i zalotnie kusi sygnowany przez … Balanced Audio Technology zestaw złożony z przedwzmacniacza liniowego VK-80 i stereofonicznej (istnieje możliwość zmiany trybu pracy w monoblok) końcówki mocy VK-90T, którego to pojawienie się w naszym OPOS-ie zawdzięczamy reprezentującemu BAT-a stołecznemu dystrybutorowi Electronic International Commerce (EIC).
Wysoka moc, rogata „szklarnia” i tak prezentowane podczas sesji unboxingowej gabaryty, jak i ilość oddawanego ciepła, dość wyraźnie dawały znać, że mająca u nas spędzić kilka tygodni tytułowa parka z piekła rodem raczej nie jest dedykowana mieszkańcom mikro-apartamentów. Trudno się jednak temu dziwić, skoro po pierwsze mamy do czynienia z kwintesencją amerykańskiego High-Endu, gdzie rozmiar jak najbardziej ma znaczenie, bo jak wszem i wobec wiadomo „duży może więcej”, a po drugie 75W i to z triody nie bierze się znikąd. Generalnie już na pierwszy rzut oka widać, iż ów duet reprezentuje nową, nieco odświeżoną szatę wzorniczą BAT-ów, gdzie firmowe logo z pełnej, obecnej jeszcze w VK-3000SE nazwy, zredukowano do trzyliterowego skrótu, który prawdę mówiąc niemalże od zarania dziejów funkcjonował w audiofilskim światku, więc tak po prawdzie doszło jedynie do jego swoistej formalizacji.
Szczególnie w czarnym, dostarczonym na testy, umaszczeniu przedwzmacniacz VK-80 prezentuje się nad wyraz elegancko i poważnie a jednocześnie z racji gabarytowego umiaru nie powinien sprawić najmniejszych problemów aplikacyjnych nawet w standardowej szerokości stolikach. Należy jednak pamiętać, iż mamy do czynienia z konstrukcją lampową, a więc zauważalnie się nagrzewającą, więc chociażby ze zwykłej przyzwoitości, o rozsądku nawet nie wspominając, warto byłoby zostawić jej nieco miejsca po bokach i oczywiście od góry. Zanim jednak przejdziemy do akapitu poświęconego ergonomii skupmy się na razie na aparycji 80-ki, a ta przedstawia się nader atrakcyjnie, bowiem pozorną monotonię wykonanej z grubych płatów szczotkowanego aluminium obudowy przełamano stosując gęstą sieć ukośnych nacięć zapewniających odpowiednią cyrkulację powietrza wewnątrz. Z kolei front, oprócz wspomnianego logotypu zdobi usytuowany w centrum błękitno-czarny wyświetlacz, po którego lewej stronie umieszczono przycisk Standby, oko czujnika IR i przycisk dający dostęp do menu a po prawej bliźniaczy aktywator wyciszenia i masywną gałkę regulacji głośności. Za wybór jednego z pięciu wejść, odwrócenie fazy, bądź przełączenie w tryb monofoniczny odpowiada kolejnych siedem, skromnie przycupniętych pod oknem wyświetlacza przycisków. Symbol preampu zgrabnie wkomponowano w lewą flankę frontu.
Szybka zmiana perspektywy i przed oczami mamy tylną ściankę, gdzie patrząc od lewej, do dyspozycji otrzymujemy po parze wyjść RCA i XLR, wyjście RCA na zewnętrzny rejestrator a następnie zestaw wejść pod postacią trzech par RCA z zaciskiem uziemienia (przydatnego , gdy zdecydujemy się na opcjonalny moduł phonostage’a VK-P3) i dwóch XLR. Prawą flankę we władaniu ma z kolei trójbolcowe gniazdo zasilające IEC i zakręcana komora bezpiecznika.
Końcówka VK-90T prezentuje się jeszcze spokojniej i daleka jest od jakiejkolwiek ekstrawagancji. Ot, jak to zwykle w przypadku większości lampowców bywa mamy do czynienia z dość płaską bazą z masywnym aluminiowym płatem frontu, ponacinanymi płytami boków i góry, oraz trzema kubkami chroniącymi trafa w tylnej części korpusu. Całe szczęście ów wzorniczy spokój nie dość, że daleki jest od nudy, to nader udanie kontrastuje z bogactwem pyszniącej się na wspomnianej płycie górnej szklarni. A jest na czym oko zawiesić, gdyż lampy rozmieszczono w trzech rzędach. Pierwszy zajmują cztery 6H30, drugi sześć 6SN7 a w trzecim dumnie pręży muskuły kwadra charakterystycznych 6C33C-B potocznie zwanych diabełkami. Za miły ukłon w stronę użytkowników samodzielnie podejmujących się działań logistycznych można uznać obecność łukowatego uchwytu znacznie ułatwiającego tak przenoszenie, jak i ustawianie tytułowej końcówki. Z racji pełnionej funkcji, oraz dość ograniczonej powierzchni na symetrycznie rozplanowanej ścianie tylnej znalazło się tylko to, co konieczne. Jej centrum zajmuje para wejść XLR (80-ka jest zbalansowana), po bokach umieszczono osobne – dedykowane nisko (3-4 Ω), średnio (4-6 Ω) i wysokoipmedancyjnym (6-8 Ω) obciążeniom terminale głośnikowe. I tu pozwolę sobie na niezobowiązującą dygresję. Otóż z racji dość bliskiego sąsiedztwa, zamiast jakiś masywnych zacisków zastosowano niewielkie i niezbyt poręczne nakrętki, więc jeśli nie używacie państwo okablowania zakończonego wtykami bananowymi/BFA, to przy widełkach warto wspomóc się stosownym kluczem. Listę zamykają trójbolcowe gniazdo zasilające IEC, zakręcana komora bezpiecznika i hebelkowy włącznik główny.
Od strony konstrukcyjnej oba urządzenia są w pełni zbalansowane. Preamp wykorzystuje w wysokoprądowym, niskoimpedancyjnym stopniu wzmocnienia cztery lampy SuperTube 6H30 wspomagane parą 6C19. Nie zapomniano również o trzeciej generacji BAT SuperPak. Natomiast pozbawioną globalnego sprzężenia zwrotnego 75 W końcówkę wyposażono w bez -bezpiecznikowy układ zabezpieczający inteligentny układ auto-biasu ze wskaźnikami LED, oraz nowe, srebrno-złote kondensatory olejowe.
Po jednoznacznie pozytywnych wspomnieniach, jakie pozostawiła po sobie zintegrowana 80-ka gdzieś tam podświadomie zachodziłem w głowę w którą stronę podąży dzielone rodzeństwo. Tak po prawdzie wydawać by się mogło, że opcje były dwie – dalsze brnięcie w mięsistość i iście hollywoodzki rozmach, bądź próba skupienia się na lepszym – bardziej precyzyjnym definiowaniu konturów, a niejako przy okazji stawianie nie tylko ma makro, lecz i mikro dynamikę. Jak się jednak miało okazać odpowiedź na pytanie w którą stronę poszedł tytułowy duet brzmi … Tak. Ot tak, po prostu, gdyż poszedł w obie. I to jednocześnie. Serio, serio. Nie dość bowiem, że VK-80 & VK-90T w porównaniu z VK-80i grają większą – bardziej spektakularną, potężniejszą skalą, to jednocześnie mają zdecydowanie lepszą kontrolę nad podpiętymi pod nie kolumnami, co jest o tyle warte podkreślenia, że tym razem zamiast dość „budżetowych” Dynaudio przez większość czasu amerykańska amplifikacja musiała radzić sobie z ultra high-endowymi, topowymi Gauderami.
Koncertowy album „Sheryl Crow And Friends Live From Central Park” przepuszczony przez BAT-y zabrzmiał wybornie – z jakże miłym naszym trzewiom dociążeniem i dynamiką, delikatnie złagodzoną firmowym, lampowym sznytem górą i zmysłową średnicą. Scena była nie tylko szeroka, lecz również świetnie zdefiniowana pod względem gradacji planów i nikt nikomu za przeproszeniem ani po palcach, ani na głowę nie wchodził. Po chwili zorientowałem się również, że całość brzmi po prostu nie tylko lepiej niż zazwyczaj, lecz również lepiej, o ile tylko chcielibyśmy sztywno trzymać się wierności oryginału, aniżeli … powinna. Jednak uświadomiwszy sobie powyższy fakt po prostu przeszedłem nad nim do porządku dziennego, gdyż zazwyczaj konfigurując system staram się, by „grał” tak, by sprawiać jak najwięcej przyjemności mi, bądź zgłaszającemu się do mnie nieszczęśnikowi, a niekoniecznie skupiał się na pokazywaniu, czy wręcz epatowaniu tym jak dany krążek został źle nagrany. Może to i dziwne, ale zabawa w audio jest dla mnie hobby, a więc z samego założenia ma sprawiać przyjemność, więc skoro nijakich zapędów masochistycznych nie mam, to nie wyobrażam sobie męczyć się li tylko z powodu dochowywania wierności czemukolwiek, niezależnie od tego jak złe owo coś by było. A tu przyjemność z obcowania z rockowym livem była bezapelacyjna i aż zachęcała do delikatnego szaleństwa pod względem ilości generowanych decybeli.
Skoro wszystko jest pięknie, ładnie, to czemu nie iść dalej tym tropem i nie pozwolić sobie na jakieś małe guilty-pleasure w stylu powstałego głównie dzięki zbiórce na Kickstarterze electro-popowego „Starflower” Jennifer Paige? Nie kojarzycie, nie pamiętacie Państwo panny Paige? No to dla odświeżenia pamięci proponuję sięgnąć po „Crush” – tak, to Jej przebój sprzed … blisko ćwierćwiecza. Jak się jednak okazuje ww. album, nagrany jest co najmniej dobrze, a że repertuar należy do tych z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, to tym lepiej. Co ciekawe amerykańskie lampowce nader umiejętnie ucywilizowały syntetyczne wstawki i nadały całości sens, tym bardziej, że wokal Paige stał się w tzw. międzyczasie bardziej dojrzały, niższy i po prostu ciekawszy, a „dopalony” diabełkami nader skutecznie przykuwał uwagę.
Dość jednak niezobowiązującego pitu-pitu skoro można nieco połomotać. Na playliście ląduje „No Sacrifice, No Victory” szwedzkiej formacji Hammerfall i VK-90T wreszcie może pokazać swoje prawdziwe, rogate oblicze. Perkusyjne galopady, soczyste riffy i nieco jazgoczący wokal Joacima Cansa radośnie sieją spustoszenie wśród rodowych skorup. Może w kategoriach bezwzględnych najniższy bas nadal kreślony jest nieco grubszą aniżeli na co dzień mamy kreską, ale nie ma to najmniejszego wpływu na motorykę i szaleńcze tempa właściwe dla power – metalowej estetyki. Grunt, że właśnie tempo jest jak po ośmiu espresso doppio i nikt nie próbuje niczego cywilizować, czy ugładzać a wspominana wcześniej lampowość przejawia się jedynie pod postacią większego wysycenia i saturacji, co przy tego typu repertuarze wypada uznać za efekt jak najbardziej pożądany. Jest nieco ciemniej, potężniej i na swój sposób złowieszczo, więc summa summarum lepiej. A teraz deser i to deser pod postacią rasowej domówki i prawdziwego jam-session pod hasłem „Wesołe jest życie staruszka”. Mowa oczywiście o czterodniowej sesji zarejestrowanej w zupełnie cywilnym, domowym salonie pewnego seniora, czyli krążku „92 Years Young: Jammin’ at the Gibbs’ House” , na którym (krążku, nie seniorze) udało się uzyskać efekt wręcz nieosiągalny w większości studiów nagraniowych – niesamowity flow, swobodę i tak organiczne niewymuszenie, że aż nie chce się wierzyć w metryki uczestników (pomijając kontrabasistę Mike’a Gurrolę, mogącego z powodzeniem być wnuczkiem tytułowej gwiazdy) tegoż przedsięwzięcia. Pomijając aspekt emocjonalny i skupiając się na walorach sonicznych amerykańska dzielonka z łatwością się w takich niespiesznych klimatach odnalazła. Spuściła nieco z tonu, przestała prężyć muskuły i zamiast na potęgę i ściganie z wiatrem postawiła na leniwy cruising miękkim low-riderem (niech będzie Cadillac DeVille z 1965 r.) w promieniach zachodzącego słońca. Oczywiście wibrafon lidera gra tu pierwsze skrzypce i nawet na tle fortepianu Johna Campbella jest nieco powiększony. Niemniej jednak zdrowy rozsądek i umiar zostały zachowane. Całe szczęście kontrabas Gurroli utrzymuje świetną równowagę pomiędzy udziałem strun i pudła a i perkusję, za którą zasiadł syn Gibbsa – Gerry, zgrabnie wkomponowano w tło. Nie ma zatem co dzielić włosa na czworo, tylko dać się ponieść muzyce.
W ramach krótkiego podsumowania … nie da się ukryć, iż powyższy dzielony zestaw Balanced Audio Technology VK-80 & VK-90T jest znacznie droższy od wcześniej goszczącej u nas zintegrowanej 80-ki. Jeśli jednak spojrzymy na całość nie tylko poprzez aspekt finansowy, a z nieco szerszej perspektywy, to nasza tytułowa parka nie dość, ze oferuje brzmienie, które młodsze rodzeństwo jedynie sygnalizowało i aspirowało do osiągnięcia takiego pułapu, to w dodatku stanowi świetną bazę do dalszego rozwoju. Wystarczy bowiem w przypływie szaleństwa, bądź ataku audiophilii nervosy, dokupić drugą końcówkę VK-90T, przestawić obie w tryb mono i cieszyć się 150W na kanał. Kusząca perspektywa, nieprawdaż?
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: EIC
Producent: Balanced Audio Technology
Ceny
Balanced Audio Technology VK-80: 53 999 PLN
Balanced Audio Technology VK-90T: 79 999 PLN
Dane techniczne
Balanced Audio Technology VK-80
Zasilanie: Trzecia generacja SuperPak: 4×50μF
Ścieżka sygnału: Konstrukcja unistage z tylko jednym blokiem wzmocnienia, bez kondensatorów w ścieżce sygnału.
Wyjście: Transformatory wyjściowe drugiej generacji z okablowaniem Cardas OFC
Global Feedback: Brak
Wejścia: 2 x XLR + 3 x RCA
Wyjścia: 1 x XLR + 1 x RCA, tape out RCA
Maksymalne wzmocnienie: 18dB
Rozdzielczość regulacji głośności: 0.5dB
Liczba kroków regulacji głośności: 140
Pasmo przenoszenia: 2Hz – 200kHz
Impedancja wejściowa (min): 100kΩ
Impedancja wyjściowa: 300Ω
Odstęp sygnał/szum: -96dB
Zniekształcenia przy napięciu wyjściowym 2V: 0.005%
Maksymalny sygnał wyjściowy: 30V
Polaryzacja bezwzględna: przełączalna
Zużycie prądu: 150VA
Zastosowane lampy: 4 x 6H30, 2 x 6C19
Wymiary (S x W x G): 48,3 x 14,6 x 39,4 cm (19″ x 5.75″ x 15.5″)
Waga: 18,1 kg (40lb)
Balanced Audio Technology VK-90T
Konstrukcja: Symetryczny, zmostkowany single-ended
Sprzężenie zwrotne: Brak
Moc wyjściowa (< 3% THD): 2 x 75W, 150W Mono (8Ω/4Ω)
Pasmo przenoszenia: 7Hz – 200kHz
Impedancja wejściowa (każda faza): Stereo 200 kΩ / Mono 100 kΩ
Czułość wejściowa: 1V
Magazynowanie energii: 600 dżuli
Wzmocnienie: 26 dB
Zużycie mocy: 500VA (w spoczynku) 1000VA (pełna moc)
Zastosowane lampy: 4 x 6C33C-B, 6 x 6SN7, 4 x 6H30
Wymiary (S x W x G): 43,2 x 20,3 x 61 cm (17″ x 8″ x 24″)
Waga: 40 kg (88 lb)
Po zarówno ekstatycznych, jak i pełnych świętego oburzenia reakcjach, jakie wzbudził stworzony wyłącznie z myślą o audiofilach switch Innuos PhoenixNet z niecierpliwością czekaliśmy na odpowiedź konkurencji i … się doczekaliśmy, gdyż właśnie zawitała do nas równie high-endowa konstrukcja – Synergistic Research Ethernet Switch UEF.
cdn. …
Opinion 1
From history lessons, or even from personal experience, most Polish people know the saying “3 x Yes”. Or at least it should ring a bell. And while the peoples referendum from June 1946 where everybody „voted as they wanted, but elected who needed to be elected” can, and should, be regarded as grim reference to times past, the realm of the tested device is much more modern. Knowing life, there will be immediately a gathering of ‘audiophile flatearthers’, with their guru in the spear, for whom the USB transmission consists only from zeros and ones, so its efficiency can only be regarded in binary terms, so either it works or does not. For the more enlightened amongst us, I do not need to explain, how complex this is in reality. It is sufficient to remember, that from our, audiophile, point of view, the fact that something works is not the goal in itself, but only the starting point for future bettering of the process. This is the reason that today we will look at a device, that somehow connects that saying I mentioned in the beginning with the soul of audiophile, the Greek USB conditioner, USB Ideon Audio 3R Master Time Black Star, which does “3 x R” instead of “3 x Yes”.
According to the company nomenclature, and the introduction above, the goal of the Ideon Audio 3R Master Time Black Start is the ‘3R’, standing for Re Drive – Re Clock – Re Generate, or translating into plain English, to regenerate and re-clock the signal, improving the dynamic aspects of the digital transmission. All those actions might be seen as elimination of jitter, something, which existence is fortunately no more negated by anybody sane. The device itself should be plugged between the digital sound source – a dedicated transport or a computer – and an external DAC. But before we concentrate on how the final sound of our system is influenced by plugging in the Ideon, I would like to look at the exterior followed by a peek inside. Due to the company unification the chassis of the unit is a copy of what we saw during the review of the Ayazi mk2, but with some small changes resulting from a different functionality. So the aluminum fascia does not carry any switches, which are present on the DAC. 3R MTBS (Master Time Black Star) has only 3 small LEDs – an amber one for power and two green ones (Host and Lock) informing about the operational status of the conditioner. The top cover and the sides were covered by a black, structural varnish, and there is nothing interesting about them, except the visible screw heads. The back panel is something different though, although still not overcrowded. We see there, from the left, an USB-A output, a switch cutting off the 5V power supply, an USB-B input (printer type), a dip power switch and a three pin IEC power socket. Similar to the DAC, if you want to exchange the fuse, you will need to unscrew the top cover. And returning to the 5V USB power supply – the Greek recommend to switch it off, but if your DAC requires it nevertheless, then the Ideon provides “clean” 600mA of it, separated from any noise the computer might have outputted.
Inside the chassis we find about ¾ of the space available filled with a PCB with a small 15VA PSU from Telema, a dozen of 330uF capacitors and the control and regeneration center composed of ultra-low noise oscillators, femto clocks and a programmable controller Microchip USB2532. This chip is mounted on a separate PCB, plugged into a special socket on the motherboard, what allows for future upgrades, confirmed by the manufacturer.
Compared to the younger sibling – in terms of size, but also application (I do not like devices, which are lighter than the cables being plugged into them), the basic regenerator 3R USB Renaissance mk2 Blackstar edition, we deal here with much more mature proposition. So we are no longer treated with the “magical” state of levitation, but got away with the irritating, and not very welcome in this case, wall-wart type power supply. So the changes are all for the better. But let us move on. The solo performance of the Ayazi mk2 DAC left nothing but good memories, but enriching it with the today’s hero caused the sound of this set to evolve by a level or two. All aspects were improved, and at that not as a compromised, and with that I mean something in exchange for something else, but globally and unequivocally so, and the only backlash (leaving aside the financials) I could mention here, was the need to have a very high class USB cable. Or let me phrase it a bit differently. Instead of two different, it is much better, at least in my opinion, to invest in two exactly same USB cables, and if this is not possible, at least give the better one behind the 3R MTBS. In terms of details and differences to the “naked” Ayazi, as well as the Renaissance mk2, the tested device offers very visible improvement of palpability, dynamics, saturation and resolution. And in exactly that order as I listed them. It suffices to take the cabaret-vaudeville album „Bitter-Sweet” by Bryan Ferry to experience the noble singer to materialize in our listening room, or to taste a climate resembling the twenty years between the world wars, brilliantly depicted in the series “Babylon Berlin”, where even Bryan Ferry appears himself. When needed, the brass section is suggestively covered with a tad of patina and matted, just to catch our ears with juiciness and depth of timbre in the next moment. Similar observations are true for the ability of the Greek device to reproduce the naturality of the human voice, with all its assets and shortcomings. You can hear, that Ferry’s vocal is very exploited, grey and far from its youthful power, but due to this suggestively reproduced truth about it, becomes much more authentic than when too smoothened and saturated. A separate compliment is due for the ability of the 3R MTBS to create space and placing the individual musicians in it. It could seem, that the increased palpability would mean focusing of, if not all, then most lights on the first plane and the soloists presenting their assets there. Yet, in this case, we deal with true democracy and equity here, where the first, second and third plane events are treated exactly in the same way. And additionally, due to filtering away the parasitic artifacts, and thus improving resolution, nuances, previously hidden somewhere in the unlit corners of the stage, had a chance to see the daylight, or even shine and enchant us with their presence.
Much more expressive and more captivating enchantment is spread on “Redemption” Rage of Light, by the Bydgoszcz born, but living in Amsterdam, Martyna Hałas. Of course I know, that this very successful marriage of groove and melodic death metal, would not be easy for everyone to swallow, but I recommend this disc to everyone, at least for cognitive and testing purposes. It is about what happens there on the lower part of the sound spectrum. If your system is able to reproduce this trans-metal apocalypse, of course. What is important, this not a classic, synthetic “mash”, but very complicated structures, which can keep their differentiation only, when having appropriate control and resolution. And now we come to the main aspect – the 3R MTBS not only allows them to reach the lowest levels of hellish depths, but also keeps them under full control, adding as a bonus, additional amount of adrenaline and drive. It is worth mentioning, that the metaphorical “nitro” activates only, when the needle of the gauge is close to the end of the scale. This results in us not having the impression, that the sound is chasing anything the whole time, but just the certainty, that when needed, when we do reach the extreme, with the Ideon in the sound path we will have a reserve of power and dynamics. This might be something small, but if you are of the loud listening kind, then this “booster” will be a true goldmine.
I will not hide, that you can live without the Ideon Audio 3R Master Time Black Star and you can listen to the Ayazi mk2 DAC, or any other for that matter, and be completely satisfied with that. But it is worth knowing, that this state will only last as long as we don not include the Greek contraption in our system. Because when we remove it, we will not have such a satisfied look on our face. Somewhat jokingly, we could compare the 3R MTBS to an analogue step-up, like the Thrax Trojan, as the amount of changes introduced, and at that only positive ones, is truly undisputed. This is why I suggest to use the Ideon conditioner not only when you want to make some final touches to your audio system, but also when you are looking for a new DAC, as it may turn out, that you are not really aware of the full potential of your device, despite owning it for years, and the 3R MTBS just unleashes it upon you.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones / Synergistic Research MiG SX
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC; Innuos PhoenixNet
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Table: Rogoz Audio 4SM
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
When you look at our home page, you will easily notice, that we have crossed our swords with the Greek company Ideon Audio quite recently. I am talking, of course, about the digital-to-analog converter Ayazi mk2 DAC, which turned out to be a true sonic powerhouse in his league, despite the modest looks. And looking at the positive aspects of us perceiving its sound, it might seem, that we should make a longer pause from dealing with this brand, if we do not want to be associated with some subliminal positive actions towards the distributor Audio Atelier, but already the photo session for the DAC revealed, that we have completely different action in mind. What am I talking about? Of course the USB Ideon Audio 3R Master Time Black Star, a USB signal regenerator, designed to accompany the DAC. What would be the reason for that? Well, this is very obvious. Current times are truly devoted to streaming, so a music lover will, at least, attempt to extract from this medium everything possible. This is the reason, that the Greek engineers, who know the current trends, worked on the project 3R Master, which included in the sound path together with the Ayazi changed so much in the final sound of the system, that there was no option, than to devote a separate test to it. So if you are interested, what was the direction the sound, which was already brilliant, moved to, please read on.
When we are talking about a dedicated device from one product line, then you should not be surprised, that a similar chassis to the DAC was utilized. This is a medium sized, rectangular shape made from aluminum, finished in black, with a slightly thicker, brushed fascia. This front, due to the quite static nature of the actions performed by the unit, carries only the company logo, milled unit name and three LEDs indicating the status of the device: Power, Lock and Host. Looking at the back panel we are also not dazzled with over the top glitter, we have there only an USB input and output, an IEC power socket and two dip switches – one for switching the 5V USB power on and off, and the main power switch. And this is all what you can find on the tested unit with regard to application. Too little? Absolutely not, as the device was designed around the principle of minimizing all elements, that could negatively influence the sound, and often are just superfluous. And in my opinion, the confirmation, that this approach works, you can find in the paragraphs below. Are you interested? If yes, then I would like you to be invited to read about the main dish called “Face to face with the modest Greek”.
When someone claims, and especially when that someone is the manufacturer, that his device not only undisputable, but also brilliantly improves something, I am sceptical about that from the start. Yes, based on many years of experience, I allow such things to happen, but most of the time, those turn out not be a gigantic step forward, but merely a cosmetic correction of the results. Fortunately, tests like the one today, are here to verify such situations. And that not to negate what the manufacturers claim, but to verify the level of change, possibly neutrally. However you look at that, blatant cheating of the clients is quite rare nowadays, so after positive perception of one product of a brand we often take another from the same brand without any prejudice. In this case it would be the USB signal regenerator. And the result of this approach? Well, in this case very positive. And not on the verge of human perception, but with a very solid influence on palpability and presence of the sound.
After plugging in the 3R Master in the signal path, the music somehow got alive. Yes, yes, alive, because compared to this version, the previous one looked like the DAC was on muscle relaxant. Instantly everything go livelier. From a stronger and better controlled bass, through a juicy, and at the same time more resolving midrange, to the vital treble all notes were absolutely joyful. And it did not matter, if I played the, mentioned during the test of the Ideon Ayazi, Japanese edition of the “Marriage of Figaro” under Teodor Currentzis, or the hard rock sounds of Antimatter “Black Market Enlightment”, the sound was nicely upped. In a very thoughtful way, as it was not pumped up, but everything I perceived as nice, but yet still slightly averaged, due to the thicker drawing of the scenic events, plasticity, here, besides working towards a darker background, everything else was converted in pure energy. Interestingly, the whole came together, but did not move its aesthetics towards any kind of obtrusive overinterpretation. The events playing out in my room were consistently with a good package of body and transparency, were at one hand, already at low volume levels, offering more information, on the other, you could turn up the volume much more than before, without deterioration of the sound. I caught myself doing that quite a few times, so I absolutely needed to mention this. I know, that for most of you, due to where you are living, and with that I mean your neighbours, this first aspect is probably much more important, but for me, with the whole aspect of having more information when playing at levels only slightly higher than the ambient noise, control and not distorting the sound when going at high levels and with a truly demanding genre regarding this, like rock. This is when you truly can see, if the system is good. Most of audio toys can sound well quietly, but when the volume is brought up, then doing the same without any artifacts painful for our ears is much more difficult. Summarizing the description above, one thing is certain. The regenerator absolutely clearly improved the sound in both aspects, as when it corrected the edges of the sounds, their previous slight blur was converted in pure energy, and this again, translated into a good insight into the recording and elimination of any understatements in terms the beginning and ending of the individual sounds. As a response to those actions, opera became more refined, and due to that more palpable, while any musical rebellion much more fiery. And all backed with a well-defined balance of weight, attack of the signal and breath in the presentation. For me this is an evident confirmation, that the manufacturer did not try to deceive us with his brochures, but was absolutely sure, of what he was doing. It was not about any change of key, thinning or colouring of the sound, but showing it in a clean and clear way, for as far as budget allows. For me this was a very nice way to confirm the results suggested by the distributor.
Concluding the test, I hope, that from my review you can see clearly, that in this case, we deal with something not only very interesting, but even indispensable in any sound path made to play files. Those were absolutely no hearing delusions, but a very clear progress of sound quality proposed by the Greek. And, what is most important, the improvement was audible in each and every aspect. This is why, when you are listening to music by streaming the zeros and ones through the USB port, you should at least invite the Ideon Audio 3R Master Time Black Star home for testing, however with the caveat, that this might become a much longer stay. Even more, if you like music, and you would like to live it in the highest quality possible, I do not imagine, you would not try it out. But if you pass on it, you will lose a lot, for sure.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Loudspeakers: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II, Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
– Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: Clearaudio Concept
Cartridge: Essence MC
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: Sensor 2 mk II
Polish distributor: Audio Atelier
Manufacturer: Ideon Audio
Prices: 3500 € Silver, 3600€ Black
Specifications
Dimensions (W X H X D): 290 x 170 x 80 mm
Opinia 1
Po zaskakująco długich przymiarkach wynikających nie tyle ze złej woli którejkolwiek ze stron, co prozaicznej niemożności utrafienia w moment kiedy dopiero co pokazana światu sztuka jeszcze nie znalazła nowego domu, bądź nie miała zostać nieco zmodyfikowana, w końcu udało nam się załapać na testy wyrobu rodzimej marki, która z tego co pamiętam zadebiutowała w … 2016 r. Tak, tak mili Państwo. Sześć lat oglądania na wystawach, sklepowych półkach (egzemplarzy czekających na odbiór) i pytań ze strony tak znajomych, jak i czytelników o to, czy już słuchaliśmy, bo chodzą słuchy, że owo „coś” ma potencjał. Co innego jednak słyszeć o czymś z drugiej, bądź nawet trzeciej ręki a czym innym jest doświadczyć wpływu konkretnego urządzenia na posiadany system we własnych czterech, bądź jak to ma miejsce w przypadku naszego OPOS-a, ośmiu kątach. Dlatego też, gdy tylko Arnold Piątek – właściciel i główny konstruktor marki Acoustic Dream dał nam znać, ze właśnie kończy finalną wersję swojego topowego kondycjonera od razu zgłosiliśmy pełną gotowość i zapobiegliwie zarezerwowaliśmy wolne moce przerobowe, by odpowiednio ugościć … błękitną limitację AL-5 Blue Edition. Skoro zatem czytają Państwo niniejszy wstępniak, to jest to niezbity dowód na to, że owe gościnne występy powoli dobiegają końca, a my możemy podzielić się z Wami poczynionymi obserwacjami.
Jak już zdążyliśmy zaprezentować w sesji unboxingowej 5-ka dostarczana jest w dedykowanym kufrze, więc przynajmniej teoretycznie niestraszne jej trudy podróży i wręcz niemożliwe do logicznego wytłumaczenia destruktywne działania firm spedycyjnych. Ponadto, przynajmniej w naszym przypadku, drogocenny ładunek dotarł na mini palecie, co dodatkowo zminimalizowało prawdopodobieństwo rzucania przesyłką. Z kolei sam kondycjoner prezentuje się wprost obłędnie. Pomijając wspomniane nietuzinkowe umaszczenie navy-blue AL-5 wydaje się spełnieniem audiofilskich marzeń tak pod względem solidności, jak i dostępnych przyłączy. Mamy bowiem nader potężną, lecz zarazem niezaprzeczalnie zgrabną, nomen omen spory progres w porównaniu z Ag-1, bryłę wyciętą na obrabiarkach CNC z aluminiowego (domieszkowanego) bloku usadowioną na równie solidnych, wychodzących poza obrys korpusu i dzięki temu stanowiących nośnik informacji o modelu i wersji nogach zapobiegliwie podklejonych filcem. W dodatku ich masywność nie jest przypadkowa, gdyż ma zadanie wyeliminować, przesunąć poza komorę główną, ewentualne wibracje. Do dyspozycji otrzymujemy aż osiem gniazd wyjściowych schuko, z których sześć to fenomenalne rodowane NCF-y, a dwa pozostałe już konwencjonalne złocone Furutechy. Gniazdo wejściowe zamontowano na plecach kondycjonera na dedykowanym, zintegrowanym z włącznikiem głównym panelu. Z kolei na froncie umieszczono niewielki, podświetlany (jest dedykowany przycisk ową iluminację aktywujący) panel informujący o aktualnym napięciu wejściowym.
I tu pozwolę sobie na dwie drobne dygresje. Pierwsza dotyczy jaskrawości wyświetlacza, czyli o ile tylko nie chcemy zaimponować gościom efektami świetlnymi z „ultrafioletowym” oświetleniem parkietu włącznie, to spokojnie możemy sobie ów bajer darować, a druga nie tyle samego montażu, bo ten jest perfekcyjny, co orientacji gniazd wyjściowych. Otóż wspomniana orientacja może nieco utrudnić życie użytkownikom przewodów z wtykami kątowymi, o nieszczęśnikach wykorzystujących wszelakiej maści zasilacze wtyczkowe nawet nie wspominając. Co ciekawe Acoustic Dream nie jest tu wyjątkiem, gdyż podobnie zamontowane gniazda spotkałem u dwóch rodzimych konkurentów – w Amare Musica Silver Passive Power Station i Franc Audio Accessories Power ON-E passive distributor. Za to w Power Base HighEnd i KBL Sound Reference Power Distributor gniazda są zamontowane tak, by nic ze sobą nie kolidowało. Mniejsza jednak o detale, gdyż na dobrą sprawę żaden szanujący się audiofil zwykłą „komputerową” sieciówką i siejącym gdzie tylko się da impulsowym zasilaczem się nie zhańbi a jeśli już, to na pewno do tego się nie przyzna.
Jak już zdążyłem nadmienić AL-5 nie jest li tylko rozgałęziaczem, czyli nazwijmy to lapidarnie „listwą”, lecz kondycjonerem, więc i w swoich trzewiach ma nieco więcej elementów aniżeli parę rozprowadzających do poszczególnych gniazd kabelków. Odpowiedzialne za uzdatnianie życiodajnej energii układy ulokowano na dwóch ułożonych jedna nad drugą płytkach drukowanych z miedzianymi ścieżkami pokrytymi 24k złotem. Parter zajmuje imponujący blok dziesięciu kondensatorów Mundorfa o łącznej pojemności 82 400μF tworzących układ pojemnościowy (82400μF/IR/100Hz – 6,0A ) filtrujący składową stałą oraz stabilizujący napięcie, a górne piętro przypadło w udziale sekcji eliminującej pasożytnicze harmoniczne i zakłócenia w zakresie 10kHz do 1 GHz/Rdc5,7 mΩ/18dB. Zastosowano również technologię stealth, czyli przekładając to na język zrozumiały dla ogółu, wysokoczęstotliwościowy absorber ferromagnetyczny w postaci wielowarstwowej maty pokrytej farbami i rozproszonym ferrytem, którą wyłożono wnętrze kondycjonera.
Żartobliwie nazywane zabawami z prądem testy wszelakiej maści listew, filtrów i kondycjonerów ów prąd poprawiających to nie tyle śliski, co dość niewdzięczny, przynajmniej dla recenzenta, kawałek chleba. O ile bowiem z resztą składowych toru audio nie ma większych problemów, gdyż przy odrobinie dobrej woli da się z grubsza określić ich brzmieniowy charakter i przewidzieć jak zachowają się w takiej a nie innej konfiguracji, o tyle z akcesoriami prąd uzdatniającymi takiej opinii za bardzo wydać nie sposób. Powód? Dość prozaiczny – każde z urządzeń na takowe akcesorium reaguje nie tylko indywidualnie, co mówiąc wprost nieprzewidywalne. Tzn. w znacznej mierze nieprzewidywalnie, gdyż oczywistą oczywistością jest fakt nad wyraz sporadycznego wpinania w owe ustrojstwa wysokomocowych amplifikacji, a co do reszty, to wynik finalny spokojnie możemy sobie wywróżyć z fusów, bądź kart tarota. Krótko mówiąc bez sprawdzenia u siebie się nie obędzie, a gdy już wydawać nam się będzie, że skoro już coś nas interesującego przytachaliśmy do domu, to teraz będzie już z górki okazuje się, że zabawa w odsłuchy porównawcze wiąże się z mozolnym, wielokrotnym przepinaniem całego systemu. Ot taka audiofilska odmiana crossfitu. Nie wierzycie Państwo? Cóż, możliwe, że akurat u Was dostęp do ściennych gniazd zasilających i/lub dyżurnych „rozgałęziaczy” nie wymaga zwinności kozicy górskiej i kończyn górnych jak nie przymierzając u wyrośniętego orangutana, ale większość zainteresowanych raczej unika eksponowania na pierwszym planie plątaniny kabli i zasilaczy.
Nie ma jednak co marudzić, tylko wziąć się za słuchanie. Szybka przepinka z mojej dyżurnej listwy Furutech e-TP60 ER i … I chyba tylko jednostka całkowicie pozbawiona, bądź obarczona potężnym upośledzeniem, słuchu nie odnotowałaby różnicy. Nie da się bowiem ukryć, iż obecność kondycjonera Acoustic Dream w systemie jest zauważalna nie tylko naocznie, co nausznie. AL-5 na swój sposób, lecz tylko chwilowo i pozornie, zagęszcza i przyciemnia przekaz. Owa tymczasowość zaobserwowanych zmian ustępuje jednak bardzo szybko refleksji, iż owe obniżenie jaskrawości bynajmniej nie idzie z utratą rozdzielczości, lecz wręcz odwrotnie – z jej wzrostem. Zmienia się jednak rozkład akcentów i zamiast prób przybliżania, wypychania przed linię głośników wszelkiej maści detali i niuansów są one pozostawiane na swoim, cofniętym w stosunku do pierwszoplanowych wydarzeń, miejscu a jedynie od czujności słuchacza zależeć będzie, czy zwróci na nie uwagę, czy też bezrefleksyjnie zignoruje ich obecność.
Weźmy na ten przykład dopiero co wydany album „Waking World” Youn Sun Nah. Ten jedenasty studyjny krążek, to pierwsza w pełni autorska pozycja w portfolio filigranowej Koreanki, która debiutowała dosłownie przed chwilą, czyli … dwadzieścia jeden lat temu. Ona już niczego nikomu nie musi udowadniać, więc nigdzie się nie spieszy i powoli snuje swoją opowieść. Blisko podany wokal jest tam, gdzie być powinien. AL-5 nie próbuje skracać dystansu między artystką a słuchaczem, niejako zostawia jej pozycję w spokoju skupiając się na barwie, definicji oraz podkreślającym klimat i atrakcyjność oświetleniu. Miękkie, ciepłe światło skierowane na scenę z jednej strony nie pozwala na wyostrzanie krawędzi, jednak z drugiej nie buduje głębokich cieni, gdzie mogłyby chować się, a tym samym umykać naszej uwadze detale. Oczywiście temperaturę barwową i precyzję kreślącej kontury kreski możemy we własnym zakresie nieco dopasować do własnych preferencji wybierając bądź złocone, bądź rodowane gniazdo zasilające. Ponadto na otwierającym ww. wydawnictwo „Bird On The Ground” udało się kondycjonerowi Acoustic Dream uniknąć tego, z czym z reguły tego typu akcesoria mają pewien problem. Mowa oczywiście o limitacji powietrza i mniejszym, bądź większym ograniczeniu przestrzeni. Nie ma bowiem co się oszukiwać – nader często przy zaawansowanej filtracji wraz z wszelakiej maści pasożytniczymi artefaktami, szumami i generalnie śmieciami „ginie” również część niuansów i audiofilskiego planktonu. A 5-ka owe budujące klimat i kreujące muzyczny mikrokosmos pozostawia. Jednak zamiast prezentować je jako coś na równi z głównymi bohaterami realizującymi się na scenie/studiu wartego uwagi pozwala im na niemalże niezauważalną, acz oczywistą egzystencję. Nie wiem czy Państwo rozumieją mój nieco zagmatwany wywód. Generalnie, gdy owe drobinki, wirujące w powietrzu pyłki, etc., są nikt tak naprawdę nie zwraca na nie uwagi, gdyż doskonale zna je z codziennego życia. Wystarczy jednak, że znikną a od razu robi się zbyt sterylnie, nienaturalnie. Dlatego też o ile nie zauważamy ich egzystencji, gdy są, to ich brak okazuje się nad wyraz bolesny i znacznie obniżający realizm i naturalność przekazu.
Z kolei „nieco” cięższe klimaty, jak daleko nie szukając „Moment” Dark Tranquillity pokazują nieco potężniejsze oblicze tytułowego uzdatniacza. Szwedzki, niepozbawiony sporej dawki melodyjności przez rodzimy kondycjoner death-metal został przyjemnie dociążony zyskując przez to na spektakularności. Brutalne a zarazem mistrzowskie riffy Christophera Amotta i Jonasa Reinholdza były jeszcze bardziej porażające, dla niewprawnego ucha wręcz przerażające, podobnie jak wokal Mikaela Stanne’a, choć akurat w jego przypadku, poniekąd z racji operowania growlem, obecność 5-ki przejawiała się poprawą czytelności warstwy tekstowej i poprzez lepszą definicję wokalisty bardziej sugestywne może nie tyle wyodrębnienie z apokaliptycznego, instrumentalnego podkładu, co zaakcentowanie jego obecności. Dzięki temu Stanne nie chowa się za ww. szarpidrutami, nie daje przykryć się blastami Andersa Jivarpa, zgrabnie budując swoją pozycję na bazie syntetycznego podkładu Martina Brandstroma. Patrząc na efekt finalny możemy uznać, że przekaz został nieco ucywilizowany, jednak z racji zarówno wyeliminowania zaburzających czytelność interferencji, szumów i granulacji jego klarowność a tym samym rozdzielczość zauważalnie wzrosły, a wspomniane dociążenie i przyciemnienie pozwoliły ograniczyć nieprzyjemną i na dłuższą metę męczącą ofensywność góry pasma bez utraty zawartych tam informacji.
Czy możemy zatem uznać, iż Acoustic Dream AL-5 sprawdzi się zawsze i wszędzie? Poniekąd tak, tym bardziej, że mając możliwość wyboru pomiędzy obecnymi na jego pokładzie złoconymi i rodowanymi gniazdami Furutecha sami mamy wpływ na finalne brzmienie wpiętych w nie urządzeń. Ponadto o ile tylko system docelowy nie będzie cierpiał na zbytnią ospałość i zaburzenia równowagi tonalnej (nadwagę), to pojawienie się tytułowego kondycjonera nie tylko powinno nadać całości lepszej koherencji i wyrafinowania, co wpłynąć na nasz spokój ducha jego posiadacza. Czemu? Cóż, skoro zapewnimy naszemu systemowi swoisty dobrostan energetyczny i ochronę, przed czyhającymi w sieci zagrożeniami, to i my sami będziemy mniej zaabsorbowani wątpliwościami i obawami, czy to, co trafia z przysłowiowego gniazdka nie zaszkodzi aby naszym ulubionym „zabawkom”.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
A nie mówiłem? Oczywiście tym nieco dziwnie wyglądającym, bo zadanym na samym początku pytaniem kieruję Wasze myśli w stronę niedawnego testu kondycjonera angielskiej marki IsoTek. Mianowicie chodzi o wstępniak, w którym dość łopatologicznie wykładałem, z jakich powodów prawie każdy czy to meloman, czy ortodoksyjny audiofil staną, lub już stoją przed problemem zapewnienia swoim zabawkom komfortowego dostępu do życiodajnej energii. Jak wspominałem, z uwagi na obecnie modną tendencję rozbudowywania systemów problem staje się prawie nieuchronny. Na szczęście dzięki bogatej ofercie nie tylko zagranicznych, ale również rodzimych producentów jest w miarę łatwy do ogarnięcia. Wystarczy prosta decyzja, czy podczas radzenia sobie z zaistniałą sytuacją stawiamy na dla przykładu ostatnio opiniowany kondycjoner IsoTek V-5 Titan, lub coś w stylu naszpikowanego technologią oczyszczającą dostarczany z sieci strumień elektronów dzisiejszego bohatera. Zaskoczeni? Mniemam, że nie. Dlatego z pewnością zainteresuje Was nasza opinia o kolejnej tego typu konstrukcji. Jednak nie z wielkiego świata, tylko wspomnianego rodzimego wytwórcy. Kogo konkretnie? Otóż miło mi jest poinformować, iż tym razem dzięki staraniom logistycznym stacjonującego w Ustce producenta do naszej redakcji trafił zaskakująco bogato wyposażony kondycjoner sieciowy Acoustic Dream AL-5.
Jak znakomicie prezentują to fotografie, obudowę tytułowego terminala prądowego wykonano z grubych płatów aluminium. Dostajemy coś na kształt prostopadłościennego monolitu, który w celach lekkiego wizerunkowego odchudzenia posadowiono na czterech podklejonych filcem, wykonanych z równie solidnych jak reszta obudowy, zorientowanych wertykalnie, wykończonych podobnie do całej konstrukcji w pięknym błękicie, ozdobionych wyfrezowanymi emblematami z nazwą modelu i edycji danego produktu płatów glinu. Przyznacie, że całość daje do zrozumienia, iż mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Tym bardziej, że może pochwalić się wagą na poziomie 20 kg. Szaleństwo? Bynajmniej, bowiem zainteresowani tematem wiedzą, iż eliminacja wibracji ma bardzo duże znaczenie już na poziomie karmienia systemu audio energią elektryczną, z czego znakomicie zdając sobie sprawę zastosował pomysłodawca projektu zatytułowanego Acoustic Dream. A to nie koniec walki o jak najlepsze zasilanie naszych zabawek. Otóż rozwijając trop wcześniej wspominanego zaawansowania technicznego AL-5 spieszę donieść, iż w służbie oczyszczania brylujących w naszych gniazdkach śmieci pracują nie tylko aplikowane na złoconych płytkach PCB specjalistyczne filtry L-1/L-2, ale również zastosowano cewki z wykonanych na bazie nanotechnologii rdzeniami oraz mostki kablowe na bazie miedzi typu Alpha 12. Tyle w skrócie w kwestii technologii. Przechodząc do tematu wyposażenia, najważniejszą informacja wydaje się być oferta 8 gniazd od japońskiego specjalisty Furutech, z których 6 jest rodowanych, a 2 złocone. Równie istotną od strony podłączeniowej do sieci zorientowane na tylnym panelu zespolone z włącznikiem głównym gniazdo IEC. Zaś raczej jako fajny dodatek dla użytkownika zdobiący front, uruchamiany przyciskiem na bocznej ściance, pokazujący poziom dostarczanej z sieci energii, mieniący się jasno niebieskim tłem wyświetlacz. Tak prezentujący się produkt w dbałości o pełne zabezpieczenie podczas logistyki do klienta jest pakowany w solidny aluminiowy kufer.
Czego można spodziewać się po tak uzbrojonym po zęby, walczącym ze znajdującym się w sieci elektrycznej złem w najczystszej postaci, czyli wszelkiego rodzaju tętnieniem różnego rodzaju elektrycznych śmieci, kondycjonerze? Oczywiście niczego innego niż pożądanego spokoju prezentacyjnego zasilanej nim układanki audio. Jednak nie zgaszenia światła na scenie, tylko okiełznania wszelkiego rodzaju niechcianych artefaktów – mam na myśli zniekształcenia – w służbie zbliżenia projekcji muzyki w sposób zbliżony do naturalności, co jest ewidentnym feedback-iem aplikacji AL-5 w tor audio. Przekaz zyskuje na gładkości, w naturalny sposób jest spokojniejszy, a dzięki temu malowany na czarniejszym tle. Jednak to nie wszystkie zalety 5-ki. Otóż oprócz wspomnianych tonizacyjnych zabiegów nadbałtycki uzdatniacz w znany sobie sposób fajnie ożywia środek pasma. Ale proszę o spokój. Robi to bardzo bezpiecznie, gdyż minimalnie faworyzując ten zakres częstotliwości nie zapomina o dobrym podaniu reszty, czyli mocnego basu i dobrze doprawionych informacjami wysokich rejestrów. Efekt jest taki, że z jednej strony muzyka minimalnie zbliża się do słuchacza, dzięki temu stając się bardziej namacalną, a z drugiej wirtualna scena nadal jest szeroka i głęboka. Owszem, takie podejście do tematu może sprawić wrażenie odejścia systemu od wcześniejszej wyczynowości na skrajach pasma w stylu kwadratowego basu i przecinających przestrzeń niczym samurajski miecz wysokich tonów, jednak założę się, że w wielu przypadkach będzie do pozytywny wynik dostarczenia do urządzeń eliminującej dotychczasowy zastrzyk niechcianych śmieci, czystej energii, a nie jakiekolwiek wprowadzanie ograniczeń w projekcji dźwięku. Niestety bardzo często owe zniekształcenia odbierane są jako rozdzielczość, co jest ewidentnym błędem, a co doskonale udowadnia nasz bohater. Być może przez piewców gloryfikowania owych zniekształceń w przekazie jako źródło ekspresji, na początku nasz punkt zainteresowań zostanie odebrany jako serwujący zastrzyk plastyki intruz, jednak jestem dziwnie przekonany, że po kilku dniach akomodacji, a tak naprawdę po zrozumieniu o co chodzi w oddaniu prawdy o muzyce, okaże się pewnego rodzaju lekiem na dotychczasowe złe decyzje konfiguracyjne. Oczywiście złe w rozumieniu zaniedbań nie na poziomie doboru elektroniki, tylko dostarczeniu do niej czystej energii elektrycznej. Energii skutkującej w tym przypadku znaczną poprawą pulsu muzyki. Pulsu dosłownie jeden do jednego pozytywnie odbijającego się w każdym rodzaju muzyki. Naturalną koleją rzeczy zwiększającego spójność jej podania, czyli dbającego aby każdy podzakres szedł w parze z sąsiadującym. Co to oznacza? W tłumaczeniu na nasze mam na myśli unikanie chadzania skrajów pasma swoimi drogami w stylu fundowania słuchaczowi nadwyrężonego, w estetyce rozlania się po podłodze basu lub oderwanych od rzeczywistości, czasem nawet bolesnych wysokich rejestrów. Po nakarmieniu posiadanego zestawu prądem via Acoustic Dream AL-5 z małym wyjątkiem, nic takiego nie będzie miało miejsca. Czy to muzyka rockowa, czy elektroniczna, polski dystrybutor prądowy bez przekraczania dobrego smaku, zawsze wzmocni nasycenie przekazu, na czym zyska bezpośredniość jego oddziaływania na słuchacza. Fakt zawsze da się odczuć jego minimalnie mniejszą drapieżność, jednak jak wspominałem, to prawdopodobnie będzie skutek zmniejszenia poziomu zniekształceń, a nie utraty rozdzielczości. Podobnie sprawy potoczą się z resztą zapisów nutowych spod znaku wszelkiego rodzaju jazzu, klasyki i muzyki barokowej. Również nabiorą fajnego body, w zamian odwdzięczając się większym poczuciem namacalności i malowaniem świata muzyki na ciemniejszym tle. Owszem, w tym przypadku również możemy poczuć inny poziom doświetlenia i ostrości rysunku tego typu wydarzeń scenicznych, jednak będzie to jedynie inne, bo oczyszczone z niechcianych artefaktów spojrzenie na nie, a nie szkodliwe skutki uboczne. Zawsze oczyszczenie dźwięku w pierwszej kolejności kojarzy się z jego mniejszą bezpośredniością – to jest elementarz zabawy w audio, jednak znawcy tematu, do których bez jakiegokolwiek problemu zaliczam Was, będą umieli to zrozumieć, dzięki czemu zaakceptować, by na koniec pławiąc się w czystym przekazie, z przyjemnością się tym delektować.
Czy AD AL-5 zaleciłbym każdemu? Do weryfikacji bez najmniejszego problemu tak. Tym bardziej w przypadku zamieszkiwania w budowlach wielorodzinnych, gdzie jesteśmy skazani na makabrycznie zaśmieconą energię elektryczną. Inną sprawą jest synergia z zastaną konfiguracją. Niestety dopuszczam sytuację, w której dany pacjent ma tak w złym tej frazy znaczeniu „okraszoną miodem i mlekiem układankę audio”, że będące naturalnym złem zniekształcenia okażą się ostatnim zastrzykiem życia dla niej. Mam nadzieję jednak, iż to są bardzo rzadkie ekstrema, dlatego jeśli ktoś znajdzie się na rozstaju około-prądowych dróg, powinien skontaktować się pomysłodawcą projektu zatytułowanego AL-5 w sprawie wypożyczenia do odsłuchu. Zapewniam, będzie ciekawie, a być może nawet owocnie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Producent: Acoustic Dream
Cena: 17 900 PLN
Dane techniczne
Prąd max: 15A/70oC
Ut /50Hz/5mA/2sec.: 1500 VAC
UR/50Hz/: 250VAC
Ochrona przepięciowa: max. 7,5kA
Przewodniki: Cu, Au, Rh, Ag
Wymiary (D x S x W): 430 x 180 x 145 mm
Waga:20 kg
Zamiast kombinować i skakać z kwiatka na kwiatek i łączyć ogień z wodą czasem warto zdecydować się na firmowy zestaw jednego producenta. Z takiego też założenia wyszedł Nautilus dostarczając nam na testy austriacki duet Ayon Audio, w skład którego weszły odtwarzacz CD Ayon CD-35 II (preamp+signature) i wzmacniacz zintegrowany Triton Evo .
cdn. …
Opinia 1
O ile blisko dekadę temu produkty debiutującej u nas marki Alluxity niejako z automatu zakwalifikowaliśmy do grona górnopółkowego lifestyle’u, a dzielony zestaw Pre-amp One & Power-amp One jako oczywisty ukłon w kierunku audiofilsko zorientowanych miłośników form niebanalnych a jednocześnie dalekich od krzykliwości, to już kolejne spotkanie, tym razem z utrzymaną w charakterystycznym, minimalistycznym stylu integrą Int One jedynie utwierdziło nas w przekonaniu, że nie jest to bynajmniej nastawiony na szybką i łatwą kasę krótkoterminowy eksperyment, tylko potraktowany całkowicie serio byt. Nie dość bowiem, że stojący za ww. przedsięwzięciem Alexander Vitus Mogensen zanim poszedł na swoje pierwsze kroki stawiał pod czujnym ojcowskim okiem … Hansa-Ole Vitusa. Tak, tak, „Tego Vitusa”, to decydując się na podążanie własną drogą, zamiast zgodnie nawet nie tyle z modą, co rachunkiem ekonomicznym, zamawiać wszystko u zewnętrznych dostawców zainwestował w zaawansowany technologicznie a zatem i kosztowny park maszynowy. Krótko mówiąc wyszedł z całkiem słusznego założenie, że jeśli coś ma być zrobione porządnie, to najlepiej zrobić to samemu. Dlatego też z zainteresowaniem przyjęliśmy informacje o delikatnym odświeżeniu duńskiego katalogu, w którym znaną i lubianą ww. integrę zastąpiła nowsza inkarnacja – Int One mkII, której pojawienie w naszej redakcji zawdzięczamy ekipie katowickiemu RCM-u.
Jak sami Państwo widzicie w tzw. międzyczasie, poza zachowaniem firmowego designu, który stał się znakiem rozpoznawczym Alluxity, Alex zerwał z monochromatycznym wzornikiem kolorów i postanowił nieco zaszaleć, dzięki czemu przez ostatnich kilka tygodni mogliśmy cieszyć oczy widokiem naszego gościa w wielce intrygującym umaszczeniu Titanium Orange, które swój debiut miało, o ile tylko pamięć mnie nie zawodzi, podczas monachijskiego High Endu w … 2017 r. a powtórkę zaliczyło dwa lata później (link). Oczywiście poza łapiącym za gałkę lakierem wzmacniacz może pochwalić się iście monolitycznym korpusem wykonanym z jednego bloku aluminium, który pomimo upływu czasu prezentuje się wprost obłędnie potwierdzając słuszność obecności na froncie jedynie 5” dotykowego wyświetlacza o rozdzielczości 800 x 480 pikseli. Zero pokręteł, zero przycisków, więc albo palcujemy matrycę displaya, albo sięgamy po znajdującego się na wyposażeniu „leniucha”. A właśnie, zgodnie z tradycją w roli sterownika zdecydowano się po raz kolejny na charakterystyczny pilot Apple i choć zarówno do jego działania, jak i ergonomii trudno mieć jakieś zastrzeżenia, to o ile przy czarnej wersji jeszcze się bronił, to przy „rudej” jednostce centralnej wygląda jak z zupełnie innej bajki, co biorąc pod uwagę, iż poruszamy się po pograniczu lifestyle’u i górnopółkowego Hi-Fi, taki niuans dla wrażliwego na harmonię wzorniczą odbiorcy końcowego może mieć znaczenie.
Płytę górną, oprócz oczywistych, biegnących wzdłuż bocznych krawędzi oczek radiatorów zdobi pokaźnych rozmiarów precyzyjnie wycięty firmowy logotyp. Jednak prawdziwe, w pozytywnym znaczeniu, szaleństwo czeka na nas na ścianie tylnej. Niby jej widok na tle poprzedniej inkarnacji nie powinien dziwić, ale choć mamy do czynienia z klasyczną powtórką z rozrywki każdorazowo cieszy i zachwyca. Jej skraje zajmują pojedyncze terminale głośnikowe Furutecha ze „sprzęgłem” i zabezpieczającymi przez zwarciem kołnierzami, które co prawda w teorii akceptują zarówno wtyki bananowe i BFA na równi z widłami, to praktyka pokazuje, że jeśli posiadają Państwo okablowanie zakonfekcjonowane nieco większymi aniżeli azjatycka rozmiarówka widłami, to możecie obejść się smakiem, gdyż w Alluxity ich nie wciśniecie. Oś symetrii wyznaczają usytuowane centralnie zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC i tuż nad nim port Ethernet z pomocą którego będzie można w przyszłości aktualizować oprogramowanie integry. Sekcje przyłączy obejmują trzy pary wejść RCA i dwie XLR, które uzupełnia para wyjść RCA na zewnętrzną końcówkę mocy. Jak widać Alex nie kombinował i całą powyższą biżuterię zamówił w Furutechu.
Co do trzewi, to najdelikatniej rzecz ujmując oprócz tego, iż lwią część ulokowanych w dedykowanych, wyżłobionych w ww. aluminiowym bloku komorach bliźniaczych płytek zajmują układy SMD i po zestawie czterech 10 000 μF kondensatorów. Centralna „komnata” przypadła z kolei solidnemu toroidowi. Oddający pierwsze kilka z 200 deklarowanych w specyfikacji Watów w klasie A stopień wyjściowy oparto na tranzystorach Sankena, które powstające podczas pracy ciepło przekazują do obudowy urządzenia stanowiącej ich radiator. W porównaniu do pierwszej wersji mkII doczekała się całkowicie przeprojektowanej, już w pełni zbalansowanej sekcji przedwzmacniacza oferującej zdecydowanie szersze spektrum regulacji głośności obejmującej teraz zakres od -79dB do +13dB, co na tle poprzedniego (od -69dB do +6dB) zapewnia zdecydowanie większe pole manewru i łatwość spasowania nawet z egzotycznymi kolumnami.
Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym odświeżonej wersji duńskiej integry warto zwrócić uwagę na dwie, nader istotne kwestie. Po pierwsze zaobserwowane w stosunku do poprzednika zmiany mają charakter czysto ewolucyjny – skupiony w głównej mierze na rozdzielczości, a po drugie idealnie wpisują się w politykę firmy dążącej do tego, by jej wyroby najogólniej rzecz mówiąc sprawiały przyjemność odbiorcom. Wspominam o nich na samym wstępie, żeby mieli Państwo jasność co do reprezentowanej przez Alluxity Int One mkII szkoły brzmienia, gdzie główne role grają gładkość i soczystość przekazu. Włączamy wzmacniacz, dajemy mu chwilkę na stabilizacje termiczną i gdy tylko jego obudowa osiągnie przyjemną w dotyku temperaturę lepiej nie mieć w najbliższym czasie nic pilnego do zrobienia. Wystarczą bowiem pierwsze takty któregoś z ulubionych albumów a bardzo szybko można się przekonać, jak kluczową rolę odgrywa w audiofilskiej samotni wygodny fotel, no bo ile można kręcić się i wiercić szukając optymalnej pozycji do spędzenia kilku godzin delektując się pieszczącymi nasze uszy dźwiękami.
Elektroniczny album „Convergence” Malii i Borisa Blanka nawet nie tyle otulał, co wręcz wciskał w ów fotel, gdyż zarejestrowany na nim (albumie, nie fotelu) bas charakteryzowała imponująca skala i zejście. Alluxity z niezwykłym realizmem oddał również jego „niedefiniowalność”. O ile bowiem przy naturalnym, akustycznym instrumentarium definiowanie konturów wydaje się oczywistą oczywistością, o tyle przy syntetycznych, onirycznych plamach dźwiękowych zdani jesteśmy wyłącznie na łaskę i/lub inwencję twórcy i ekipy realizacyjnej. A tutaj scena jest niezwykle szeroka, zawieszona w czerni niemalże bezkresnego kosmosu a nam pozostaje jedynie wskazywać kierunek skąd dobiegają nas poszczególne dźwięki, bądź po prostu skupić się na pierwszoplanowym silnym i zarazem zmysłowym wokalu Malii, która z kolei zdefiniowana jest wybornie. Średnica jest gęsta, kremowa i karmelowo słodka, jednak owa „deserowość” bynajmniej nie oznacza zaniechania rozdzielczości, za co wypada szczerze podziękować nie tylko Blankowi odpowiedzialnemu za muzykę, aranżacje i produkcję, lecz również tytułowej amplifikacji, która w dążeniu do czysto hedonistycznego charakteru nie poszła na skróty popadając w zbytnią, mdłą cukierkowość. Góra jest dźwięczna, przyprószona lekko złotem i idealnie zespolona z resztą pasma.
Skoro wspomniałem o naturalnym instrumentarium, to nie było wyjścia i również po nie pozwoliłem sobie sięgnąć. Zarejestrowany w niewielkim XIX w. szwedzkim kościele Ingelstorps Kyrka album „Nature Boy” Nilsa Landgrena, to nader intrygująca mieszanka skandynawskich melodii ludowych i jazzowych standardów zaaranżowanych na … puzon solo. Żywa akustyka sakralnej budowli pozwala spojrzeć na ww. dęciaka z zupełnie innej aniżeli zazwyczaj perspektywy, bowiem zamiast hermetycznie „zdjętego” dźwięku bezpośredniego mamy istną feerię pogłosów, odbić i wędrujących pod sklepieniem wybrzmień, a tym samym doświadczamy w pełni kompletnego pod względem wykorzystanego spektrum środków artystycznego wyrazu spektaklu. Alluxity postawił w tym momencie akcent na „body” puzonu, głębię jego barwy i romantyczność. Nie atakował zbytnio podkreślonymi krawędziami, czy samą pracą, mechaniką instrumentu, choć bez najmniejszych problemów można usłyszeć moment nabierania powietrza przez Landgrena, jak i dobiegające z tła skrzypnięcia kościelnych ław. Nie są to jednak elementy siłowo wypychane na pierwszy plan a jedynie oczywiste składowe misternie utkanego obrazu całości.
Całe szczęście wspomniane zaokrąglenie konturów nie oznacza bynajmniej otulenia wszystkiego miękką pianką, bądź mięsistym pluszem, gdyż daleki od łagodności album „Duhkha” rodzimej formacji Votum zabrzmiał z właściwą sobie energią i zadziornością. Prog-metalowe, mroczne zawijasy podlano tu posiekaną w drobne konfetti iście garażową, brudną elektroniką w rezultacie czego jest to krążek, na którym niejedna legenda potrafi się wyłożyć, jak długa. Tymczasem Alluxity z wrodzonym wdziękiem zamiast ścigać się z moim Brystonem w domenie kontroli, precyzji i timingu postawił na uplastycznienie przekazu i tchnięcie weń nieco więcej namacalności i soczystości. Całość uległa lekkiemu uspokojeniu, ale proszę się nie martwić, wystarczy tylko nieco pogłośnić a ładunek energetyczny zapisany na materiale źródłowym bezpardonowo potrafi wyrwać niczego nie spodziewającego się delikwenta z butów. Tak jak jednak wspomniałem do osiągnięcia owego stanu potrzebne będą odpowiednie dawki decybeli, gdyż pomimo niezwykle precyzyjnej regulacji głośności (skok o 1dB), szczególnie przydatnej w dole skali Int One mkII lubi grać na nieco wyższym poziomie, gdyż przy cichym odsłuchu staje się nieco zbyt romantyczny, co o ile przy Dianie Krall, czy Carli Bruni ewidentnie działa na ich korzyść, to przy ciężkim rocku, przynajmniej na moje ucho, zbyt mocno ingeruje w strukturę nagrań.
Pół żartem, pół serio można uznać, iż Alluxity Int One mkII jest na tyle atrakcyjny pod względem designu, że nawet nie musi grać, żeby znaleźli się na niego nabywcy. Całe szczęście elegancki Duńczyk nie tylko wygląda, lecz również oferuje dźwięk nie tylko lepszy od protoplasty, lecz na tyle wysokiej klasy, że z powodzeniem może zwrócić uwagę nawet najbardziej wybrednych melomanów. Z premedytacją wskazałem właśnie melomanów, gdyż to właśnie dla nich muzyka i przyjemność wynikająca z kontaktów, obcowania z nią są celem samym w sobie. Z kolei ortodoksyjni, poszukujący większej transparentności i mainstreamowego High-Endu audiofile też nie odejdą z pustymi rękoma. Wystarczy, że zainteresują się nieco droższą ofertą Vitusa seniora, czyli Vitus Audio RI-101 MkII.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak zapewne stali czytelnicy się orientują, z duńską marką Alluxity kilka lat temu mieliśmy okazję zmierzyć swoje szpady. To podobnie do dzisiejszego spotkania były starcia z sekcjami wzmocnienia. Jako pierwsza jaskółka wystąpił dzielony set PRE-AMP ONE & POWER-AMP ONE, zaś po nich integra INT ONE. Próbując w skrócie opisać ich walory brzmieniowe powiedziałbym, iż co prawda z przynależną dla każdej z kategorii cenowej końcową jakością przekazu, ale obydwie konstrukcje szły drogą fajnej, bo opartej o dobrą wagę dźwięku, projekcji świata muzyki. Bez wyścigów na osiągi w tabelkach, tylko w służbie oddania ducha muzyki podczas obcowania z nią w domowym zaciszu. Niestety jak to zwykle bywa, na przywołanych produktach upływający czas na tyle brutalnie odcisnął swoje piętno, że pomysłodawca rzeczonego brandu – Alexander Vitus Mogensen nieco zmuszony postępem technologicznym postanowił dokonać liftingu wspomnianych konstrukcji. Liftingu, który z jednej strony powinien przynieść znaczny progres jakości wzmacnianego dźwięku, a z drugiej nie zatracić świetnie wdrożonej w życie w protoplastach muzykalności konstrukcji. Zapewne jesteście ciekawi, o czym będzie dzisiaj mowa? Oczywiście o będącym głównym punktem naszego spotkania, czyli odmłodzonym technicznie wzmacniaczu zintegrowanym Alluxity Int One mk II, którego opieką dystrybucyjną na naszym rynku od lat konsekwentnie zajmuje się katowicki RCM.
Jak można się spodziewać, kolejna inkarnacja każdego urządzenia zawsze oparta jest o identyczną obudowę poprzednika. Inaczej nie ma sensu sygnować ją oznaczeniem „mk 2”. Dlatego też niedziwne jest, że zmodyfikowane trzewia wzmacniacza producent ubrał w bliźniaczą, w celach podkręcenia walorów wizualnych tym razem wykończoną w ceglastym złocie, pancerną, bo wydrążoną z puca, będącą stosunkowo płaskim, ale przy tym o standardowej szerokości i głębokości prostopadłościanem, aluminiową obudowę. Jej front podobnie do wersji sprzed lat jest ostoją jedynie zorientowanego w centrum, nie tylko fajnego w odbiorze, bo kolorowego, ale również idącego z duchem czasu dotykowego wyświetlacza. Funkcję zazwyczaj będących bokami obudowy, często przykręcanych do niej, chłodzących konstrukcję radiatorów w przypadku tej wersji Int One pełnią będące integralną częścią obudowy, wydrążone wertykalnie owalne otwory. Plecy nie przejmując się solidnym zagęszczeniem dostępnej połaci, oferują nabywcy 3 wejścia liniowe RCA, jedną przelotkę RCA, dwa wejścia liniowe XLR, pojedyncze terminale kolumnowe, konfiguracyjne gniazdo LAN i zasilania IEC. Tak prezentujący się monolit posadowiono na dobrze separujących go od podłoża, pływających stopach, zaś w celach wygodnej obsługi wyposażono w pilota zdalnego sterowania od Apple’a. Tyle w kwestiach widocznych gołym okiem, które chyba przyznacie, niczym nie różnią się od poprzednika. Ale to tylko pozory, bowiem jak wiadomo, prawdziwym powodem powołania do życia następcy jest przeprojektowanie układów wewnętrznych. Te zaś idąc za informacjami ze źródła, opiewają na zmianę konstrukcji na w pełni zbalansowaną, poprawienie sekcji przedwzmacniacza i zwiększenie zakresu regulacji głośności. Naturalnie to są bardzo ogólne informacje. Jednak nie oszukujmy się, nikt przy zdrowych zmysłach w dzisiejszych, nastawionych na nachalne kopiowanie czasach nie zdradza stu procent swoich pomysłów szerokiej publiczności. Dlatego w zrozumieniu tematu ochrony wrażliwych danych musimy pokornie przyjąć do wiadomości przekazaną nam przez producenta wiedzę, a jedyne co nam pozostaje, to w poniższym teście spróbować skonfrontować tą rynkową nowość z doznaniami sprzed lat.
Co zaproponowała mi odmłodzona wersja Int One? Przyznam, że bardzo ciekawie doznania. A ciekawie z bardzo prostego powodu. Mianowicie nowy „Allu” nie zatracił ducha projekcji muzyki w estetyce dobrego nasycenia i dociążenia, a przy tym jako feedback wdrożenia nowej myśli technicznej pokazał się z lepszej strony w domenie rozdzielczości i nienachalnego zaznaczenia bytu bardzo ważnych dla swobody prezentacji górnych rejestrów. Oczywiście lepsza rozdzielczość w tym przypadku nie ogranicza się jedynie do środka pasma, ale również niskich tonów. Te ostatnie podobnie do średnicy tak jak dawniej konsekwentnie emanując solidną masą i energią, teraz dość wyraźnie pokazują, jak dużo informacji jest w tym dla wielu mającym tylko wywoływać trzęsienia ziemi, zakresie częstotliwości. Oczywiście to nie jest tak zwane „złapanie Boga za nogi” przez ten wycinek pasma, ale na tle poprzednika słychać wyraźny progres. I tak naprawdę dobrze, gdyż zbytnie podkręcenie tego aspektu mogłoby odbić się na spójności przekazu, która mimo wyartykułowanych zmian nadal jest na bardzo dobrym poziomie. Co na to muzyka?
Aby coś konkretnego przekazać nie mogę oprzeć się o nic innego, niż materiał słuchany podczas pierwszego podejścia testowego z Int One w roli głównej. To nakazuje rozsądek. Rozsądek, który na początek nie może przemilczeć obecnie znacznie lepszego pokazania rozwibrowania trzęsącego podłogą basu w wykonaniu zespołu Yellow na płycie „Touch”. Nadal mocnego, ale jakby mniej rozlanego, a przy tym owe rozmycie zamieniającego w dodatkową szczyptę energii. Naturalnie nie rozprawiamy tutaj o jakimś przewartościowaniu tematu do poziomu niedoścignionego wzorca, jednak od pierwszych nut czuć, że to inne, jakby dosadniejsze i bardziej kontrolowane spojrzenie na niby prosty, teraz bardziej rozwibrowany pomruk. To oczywiście z automatu przełożyło się na lepszą witalność prezentacji, na szczęście nadal utrzymując dość wyrazistą projekcję wysokich tonów na tej płycie w estetyce mocnego, ale niemęczącego rozmachu.
Kolejny na liście jest John Potter ze swoją interpretacją twórczości Claudio Monteverdiego „Care-charming sleep”. W tym przypadku temat poprawy odbioru opiewał na czytelniejsze – mniejsze rozmycie krawędzi, a przez to lepsze pozycjonowanie artystów. Bliższą naturalnym realiom pracę idealnie zaprzęgniętego do podkręcenia emocji słuchania muzyki w obiektach sakralnych, wszechobecnego echa. Dobre oddanie głębokości goszczącej muzyków posadzki. I ogólną swobodę wypełniania przestrzeni. Oczywiście to nadal było kreowanie świata w estetyce plastyki i dobrze zbilansowanej wagi, ale z racji zmian konstrukcyjnych znacznie dojrzalsze niż przed laty. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli. Owa dojrzałość nie świadczy o odcinaniu się od dawnego wzorca, tylko jego uszlachetnianiu polegającym na pokazaniu większego pakietu tak ważnych dla muzyki niuansów. Bez nich jest zwyczajnie nudno. Jednak ich nadinterpretacja również nie jest mile widziana. Dlatego też Alexowi należą się brawa za unikniecie wpadnięcia w pułapkę przerysowania tak ważnego dla nas świata muzyki.
Na koniec jazz spod znaku Bobo Stensona, czyli gdy wymaga tego materiał fajny drive, a gdy panowie chcą zagrać ciszą, prawie niekończące się, zawieszone pomiędzy kolumnami pojedyncze dotknięcia instrumentów. Oczywiście ważnymi aspektami są również energia i zwartość uderzenia z jaką operuje stopa perkusji, bilans struny i pudła rezonansowego kontrabasu oraz dostojność fortepianu. Jak to wypadło całościowo? Na bazie powyższych opisów dosłownie wszystko zyskiwało. Na tyle dużo, że w tym jednym przypadku śmiało mogę powiedzie, iż było to największe pozytywne zaskoczenie. Uwielbiam ten rodzaju muzyki i mniej więcej o to, co zaproponowała integra mk II, w niej chodzi. Naturalnie da się lepiej. Tylko jakim kosztem. A trzeba pamiętać, że kompilacja testowa jest pewnego rodzaju przypadkowym polem walki. To co się wydarzy, gdy od początku do końca zadbamy o najdrobniejszy jej element? Ja wiem i mam nadzieję, że Wy również.
Próbując spuentować powyższy monolog nie mogę zrobić nic innego, jak zachęcić Was do osobistego zapoznania się z naszym bohaterem. Jednak będąc do bólu szczerym muszę ostrzec przed nim jedną grupę. Mianowicie chodzi mi wielbicieli latających w eterze żyletek. Nawet w najbardziej ekstremalnej konfiguracji Alluxity nie da zaprząc się do kaleczenia muzyki jedynie atakiem, szybkością narastania sygnału i jej otwartością ponad wszystko. To nie jest wpisane w jego kod DNA. Owszem, przywołane niuanse pozwoli lekko podkręcić, na szczęście nigdy za cenę szkodliwego odejścia od parafrazując klasyka, niezbędnej ilości muzyki w muzyce. To nie jego natura. Dlatego jeśli stronicie od przerysowań, bez względu na poziom muzykalności posiadanej układanki nasz bohater ma wielkie szanse wpisać się w dosłownie każdy potencjalny set. Jest tylko jeden warunek. Musicie wziąć go na tapet.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: RCM
Producent: Alluxity
Cena: 9 950 €
Dane techniczne
Moc Wyjściowa 2 x 200 W/8Ω
Wejścia: 2 pary XLR, 3 pary RCA
Wyjścia: para RCA
Wymiary (S x W x G): 43,5 x 10,5 x 31,5 cm
Waga: 17,5 kg
NAD Electronics poszerzyło swoje portfolio o stereofoniczny wzmacniacz mocy M23, który opiera się na zaawansowanej technice amplifikacji Purifi Eigentakt – po raz pierwszy wprowadzonej w cenionym wzmacniaczu M33 z serii Masters. Najnowszy model M23 pozwala odkryć w odtwarzanym sygnale najdrobniejsze detale, stanowiąc nowy punkt odniesienia w dziedzinie projektowania wzmacniaczy mocy.
W M23 zastosowane zostały moduły wzmocnienia Eigentakt klasy D, produkowane przez NAD na mocy licencji duńskiej firmy Purifi Audio. Rozwiązanie to eliminuje szumy oraz zniekształcenia harmoniczne i intermodulacyjne. Niezmienna, niezależnie od obciążenia, charakterystyka częstotliwościowa amplifikacji Eigentakt sprawia, że wzmacniacz M23 może współpracować nawet z najbardziej wymagającymi kolumnami głośnikowymi.
„Jest to niesamowicie potężny i transparentny wzmacniacz, definiujący nowy poziom wyrafinowania i dynamiki na każdym poziomie głośności i wyznaczający nowy punkt odniesienia w swojej kategorii produktowej” – stwierdził Cas Oostvogel, product manager w firmie NAD.
Moduły wzmocnienia Eigentakt
Projektanci wyposażyli stereofoniczny wzmacniacz mocy M23 w technikę amplifikacji Eigentakt, stosowaną przez NAD na licencji Purifi. Metoda ta odpowiada za eliminację zniekształceń, dzięki czemu możliwe jest uzyskanie szerokiego, a równocześnie wyrównanego pasma przenoszenia, niezależnie od obciążenia.
Model M23 zapewnia minimum 200 W na kanał z niebywałymi rezerwami mocy przy niższych impedancjach. Urządzenie może przekroczyć 260 W mocy dynamicznej na kanał (przy 8 omach) i ponad 520 W przy 4 omach. Tym samym M23 jest w stanie zasilić dowolne kolumny, gwarantując poziom ciśnienia akustycznego niemal taki, jak w trakcie koncertów „na żywo” – a wszystko to z oszałamiającą efektywnością i niskim zużyciem energii.
Najnowszy M23 stanowi świetne uzupełnienie dowolnego dzielonego systemu audio. W trybie mostka jest znakomitym dodatkiem np. dla wzmacniacza sieciowego M33, pozwalając na stworzenie systemu stereo o mocy 2 x 700 W. Sięgnięcie po technikę amplifikacji Purifi Eigentakt sprawia, że całą tę moc można uzyskać niższym kosztem niż w przypadku konwencjonalnych rozwiązań, zwiększając wydajność zestawu audio.
Wzmacniacz idealny
Za perfekcyjny wzmacniacz można uznać taki, który może pochwalić się wysokim współczynnikiem tłumienia, niemal niemierzalnymi zniekształceniami oraz stabilną współpracą z dowolnym kolumnami. Bez trudu znajdziemy takie modele, które spełniają jeden czy dwa spośród wymienionych czynników. Nowy stereofoniczny wzmacniacz mocy NAD M23 łączy jednak wszystkie wspominane elementy.
NAD M23 został wyposażony w sprawdzone zasilacze impulsowe i stopnie wyjściowe klasy D, które są liniowe w szerokim zakresie pasma przenoszenia, gwarantując stałą wydajność dla dowolnych głośników, niezależnie od odciążenia. Zwarte, detaliczne brzmienie, fantastyczna kontrola i klarowność przekładają się na to, że M23 jest końcówką mocy, która przełamuje wszelkie bariery na drodze do audiofilskiego brzmienia.
Kolejną mocną stroną stereofonicznego wzmacniacza mocy M23 jest jego uniwersalność. Urządzenie wyposażono m.in. w wejścia RCA i XLR, tryb mostka, trójpozycyjny przełącznik kontroli wzmocnienia i 12-woltowe wejście wyzwalacza. Listę tę uzupełnia automatyczna detekcja wejść – M23 przełącza się w tryb pracy z trybu gotowości, jeżeli wykryje określony poziom sygnału przełożony do gniazd wejściowych.
Elegancka, a zarazem solidna i praktyczna obudowa M23 została wykonana w całości ze stopu metali. Sztywne panele i magnetyczne nóżki stereofonicznej końcówki mocy zapewniają solidną podstawę dla złożonej konstrukcji wewnętrznej oraz wielowarstwowych płytek drukowanych.
Inżynierowie NAD dopełnili wszelkich starań, aby M23 reprezentował świeże spojrzenie na klasyczny wzmacniacz stereofoniczny. Efektem jest bezkompromisowa kombinacja licznych nowoczesnych rozwiązań technicznych i niesamowitej wydajności.
Cena i dostępność
Poglądowa cena detaliczna modelu M23 wynosi 16 499 zł, a samego urządzenia można spodziewać się w sprzedaży u autoryzowanych dealerów jeszcze w lutym br.
Najnowsze komentarze