Monthly Archives: sierpień 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Choć topowy przewód zasilający Furutech PROJECT-V1  gościł u nas stosunkowo niedawno, to tym razem wrócił w nasze skromne progi wraz z również mającym ponad osiem lat temu swoje przysłowiowe pięć minut  na łamach SoundRebels dystrybutorem zasilania Pure Power 6 . Powodem tej pozornej, w dodatku podwójnej retrospekcji nie jest jednak chęć tzw. powtórnego odgrzania kotleta, lecz czysta ciekawość, jak okupujące top japońskiego katalogu komponenty się ze sobą zgrywają, a i odświeżenie 6-ki do wersji NCF wydaje się nie bez znaczenia. Posłuchamy, ocenimy.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Sophia Electric Prodigy

Opinia 1

Choć poniekąd z racji wieku, czy też jak niektórzy „życzliwi” zarzucają nam wrodzonego lenistwa, nie mamy nic przeciwko stabilizacji i błogiemu spokojowi, który co prawda niesie ze sobą zagrożenie pewnego rozleniwienia, czy wręcz stagnacji, ale daje mniej, bądź bardziej iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, to jednak uważnie śledzimy zarówno rodzimy, jak i światowe rynki trzymając rękę na pulsie wszelakich zmian własnościowych, personalnych i oczywiście dystrybucyjnych. Skoro bowiem świat lata temu stał się globalną wioską, to w oczywisty sposób nasiliły się wszelakiej maści zależności przyczynowo skutkowe coraz częściej przypominające zjawiska określane mianem efektu motyla, czyli pozornie błahe i zupełnie niezwiązane wydarzenie w jednym zakątku kuli ziemskiej powoduje setki, bądź wręcz tysiące kilometrów dalej trudne do przewidzenia reperkusje. Choć może to niezbyt trafne określenie, gdyż ma ono znaczenie negatywne, więc dla świętego spokoju zastąpmy je „reakcjami”, które już nie niosą ze sobą aż tak pejoratywnych skojarzeń. A co jeśli pole obserwacji zawęzimy do naszego podwórka? Czy pozornie oczywista i niebudząca większego zainteresowania fluktuacja kadr w salonach audio może cokolwiek jeśli nie burzącego, to przynajmniej naruszającego wspomniany na wstępie spokój aktywować? Okazuje się, że jak najbardziej, co w ramach niniejszej epistoły postaramy się udowodnić na przykładzie urządzenia, którego pojawienie się w naszych skromnych progach zawdzięczamy stołecznemu dystrybutorowi Hi-End Distribution. I tu właśnie kryje się ów element zaskoczenia, gdyż choć nazwa ww. podmiotu gospodarczego pozostała bez zmian, to w chwili obecnej stoi za nim nie kto inny, jak Przemysław Banaś, którego część z Państwa może kojarzyć z wielce imponującego stażu w warszawskim salonie Nautilus. Czasy jednak się zmieniają i jak widać tym razem zmiana oznaczała pójście na swoje, co też z nieukrywanym zainteresowaniem obserwowaliśmy, gdyż przynajmniej dla nas oznaczało to szansę na pozyskanie niegoszczącej do tej pory na naszych łamach oferty sprzętowej. I tak też się stało, gdyż w naszych skromnych progach zawitał wielce intrygujący, zintegrowany wzmacniacz lampowy Sophia Electric Prodigy.

Gwoli krótkiego wprowadzenia warto wspomnieć, iż Sophia Electric jest niewielką, działającą od ponad dwudziestu lat, amerykańską rodzinną manufakturą mającą swą siedzibę w … Wiedniu. Oczywiście tym amerykańskim – zlokalizowanym w Virginii. W swej ofercie ma na chwilę obecną osiem modeli wzmacniaczy (było dziesięć, ale zarówno monobloki na 845, jak i KT88 się wyprzedały) i cztery (choć tak po prawdzie trzy, gdyż Model I występuje w wersji zwykłej i SE) modele kolumn. Oprócz tego w amerykańskim sklepie znajdziemy szeroki wybór lamp i komponentów, w tym transformatorów dla wszystkich miłośników lutownicy chcących popełnić własna konstrukcję, bądź stuningować posiadaną.
Wracając do naszego bohatera Sophia Electric Prodigy, jak na zamorskiego przybysza jest zaskakująco kompaktową konstrukcją, co mam nadzieję widać nie tylko na powyższych zdjęciach, lecz również udało się nam zasygnalizować w sesji unboxingowej. Co do dokładnych gabarytów, jak i wagi niestety się nie wypowiem, gdyż zarówno producent, jak i wszelakiej maści publikacje na ten temat milczą jak zaklęte, co stawia ekipę Sophii w hierarchii lakoniczności wypowiedzi ponad wydawać by się mogło niedoścignionym pod tym względem dr.Rolandem Gauderem, który przez dłuższy czas określał swoje kolumny jako posiadające „akceptowalną impedancję i satysfakcjonującą skuteczność”. Tutaj nie ma nawet tego, choć przycisnąwszy dystrybutora udało mi się uzyskać deklarację, że z moimi Contourami Prodigy powinna sobie poradzić. Mniejsza jednak o technikalia, przynajmniej na razie. Grunt, że tytułowa integra nawet podczas samodzielnych działań natury logistycznej nie nadwyręży naszych pleców a i z portfelem obejdzie się dość humanitarnie uszczuplając jego zawartość o drobne 27 990 PLN.
Wykonany ze szczotkowanych aluminiowych grubych płyt korpus na pierwszy rzut oka wydawać się może nieco industrialny i surowy, jednak śmiem twierdzić, iż po dłuższej chwili trudno odmówić mu właśnie ze względu na ów minimalizm i oszczędność formy, wrodzonego uroku i uniwersalności. Jego front zdobi głęboko wycięty firmowy logotyp po którego lewej stronie ulokowano, również aluminiową, toczoną gałkę regulacji głośności a po prawej, jej bliźniaczkę odpowiedzialną za wybór źródła. Włącznik główny zapobiegliwie, by nie szpecić awersu, przeniesiono na lewą ściankę. Płyta górna to oczywiście królestwo lamp i prostopadłościennych kubków chroniących transformatory. Jeśli chodzi o szklarnię, to w stopniu wejściowym znajdziemy okupujące „golden circle” dwie niewielkie amerykańskie podwójne triody National 12AT7 (ECC81) a z kolei flanki należą do pracujących w stopniu wyjściowym czterech (po dwie na kanał) chińskich 6P6P/6V6 zapewniających pozornie niepokojące, szczególnie biorąc pod uwagę deklaracje dystrybutora, 14W (niektórzy wspominają wręcz o 12) przy 8Ω. Egzotyka? Niekoniecznie, bowiem szybki research przynosi bardzo ciekawe rezultaty. Okazuje się, że raptem za równowartość ok. 20-25$ bez najmniejszego trudu można nabyć klasyczne NOS-y ww., swojego czasu wielce popularnych tetrod, więc śmiało można uznać, że koszty eksploatacyjne, pomijając te związane z użyciem energii elektrycznej, są praktycznie pomijalne. Jest to nader ważki argument dla osób, które z różnych względów, w tym finansowych, rezygnują z lamp na rzecz tranzystorów.
Rzut oka na zaplecze nie przynosi żadnych niespodzianek. Ot klasyka gatunku – pięć par złoconych wejść liniowych RCA i pojedyncze terminale głośnikowe z odrębnymi odczepami dla 4 i 8 Ω kolumn, oraz zintegrowane z komora bezpiecznika trójbolcowe gniazdo IEC. Całość usadowiono na czterech toczonych aluminiowych nóżkach. Pilota brak, więc chcąc zmienić głośność, bądź źródło trzeba się będzie przespacerować. Ale to dobrze, bo w końcu ruch to zdrowie.

Najwyższa pora na chwilę prawdy, czyli konfrontację zapewnień i obietnic z szarą rzeczywistością. Krótko mówiąc bierzemy się za słuchanie. Zanim jednak przejdę do meritum mam dwie uwagi natury organizacyjnej. Otóż zgodnie nie tylko ze zdrowym rozsądkiem i doświadczeniem, lecz również zaleceniami samego producenta warto zafundować Prodigy przed każdym krytycznym odsłuchem ok. 20 min. na stabilizację termiczną i elektryczną a podczas dłuższych nasiadówek co ok. 5h dać wzmacniaczowi przez przynajmniej dwa kwadranse odzipnąć. Oczywiście drugie zalecenie wydaje się dla większości „normalnych” nabywców praktycznie pomijalne, gdyż rzadko kiedy mogą sobie na komfort tak długiej uczty muzycznej pozwolić, jednak już nie tylko w recenzenckich realiach, lecz i przy popularnym ostatnimi czasy modelu pracy zdalnej jest to drobiazg o którym warto pamiętać. Oczywiście o ile tylko mamy w zwyczaju dbać o posiadane urządzenia i chcielibyśmy zapewnić im (lampom przede wszystkim) możliwie długi żywot.
Jednak ad rem. W ramach niezobowiązującej rozgrzewki pozwoliłem sobie sięgnąć po repertuar lekki, łatwy i przyjemny, jednak niebędący w żaden sposób upośledzony pod względem artystycznym, czyli mistrzowsko nagrany, zagrany i zaśpiewany album „Porgy and Bess” Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga i … I wpadłem jak przysłowiowa śliwka w kompot. Nie dość bowiem, że wszelakiej maści sprawy natury technicznej zeszły na dalszy plan, to wróciły wielce miłe wspomnienia babcinego Telefunkena (Concertino?) z magicznym „oczkiem” i kościanymi przyciskami. Oczywiście to daleko posunięta hiperbola i uproszczenie, jednak wyzwolona pewnym wydawać by się mogło niepodrabialnym niuansem. Chodzi bowiem o koherencję przekazu i jej iście organiczną „analogowość”, oraz towarzyszącą im niewymuszoność. W czasach, gdy wygrywa najsilniejszy, gdy wyścig szczurów zaczyna się niemalże od żłobka a ludzkość gna w bezrefleksyjnym pędzie nie wiadomo za czym po włączeniu Prodigy wszystko zwalnia i normalnieje. Znów można w spokoju rozsiąść się wygodnie w fotelu z filiżanką espresso w dłoni i lampką równie niezobowiązującej, równie wybornej hiszpańskiej brandy Marques Del Real Tesoro Solera Gran Reserva na podorędziu i dać się ponieść ulubionym dźwiękom.
Co ciekawe ów efekt nie jest w żadnym wypadku pochodną typowo stereotypowego, lampowego przesycenia i zaokrąglenia skrajów, lecz wręcz zjawiskowej homogeniczności i kultury przekazu jakże różnej od większości współczesnych konstrukcji. Pół żartem, pół serio można byłoby stwierdzić, iż Prodigy, przy lwiej części współczesnych, nastawionych na analityczność i wyczynowość lampowców jest tym, czym „Kabaret starszych panów” i „Dudek” przy współczesnych kabaretach. To dramatycznie inny poziom estetyki i wyrafinowania. Wszelakiej maści orkiestracje (vide otwierająca „Overture”) prezentowane są z zaskakującą swobodą i rozmachem. Oczywiście akcent postawiony jest na całości przekazu a detale i niuanse zwracają uwagę dopiero wtedy, gdy sami skierujemy na nie spojrzenie, ale tak przecież jest w rzeczywistości – słuchając big bandu, bądź orkiestry w pierwszej kolejności odbieramy aparat wykonawczy jako jeden, żywy organizm a dopiero później wyłuskujemy niego poszczególne sekcje i w dalszej kolejności solistów. I tak też gra Sophia – od ogółu do szczegółu, nigdy na odwrót. W dodatku pomimo wspomnianej kultury i wyrafinowania ani zbytnio nie wygładza, ani nie dosładza prezentowanych dźwięków, więc i Louis chrypi jak należy a i jego trąbka potrafi odpowiednio intensywnie wwiercić się w ucho. W końcu to blaszak (trąbka, nie Louis), więc nie ma co się dziwić.
Dość jednak taryfy ulgowej. Jak testy, to testy a nie okres ochronny, więc najwyższa pora na coś niekoniecznie słabowitym lampom dedykowanego, czyli dajmy na to „Lotus” Soen, czyli na wskroś współczesne prog-rockowo-metalowe wydawnictwo, gdzie podwójnej stopie i potężnym gitarowym riffom towarzyszy czysty i niezwykle komunikatywny wokal Joela Ekelöfa. Niby można jeszcze ciężej i brutalniej, jednak nie o to w tej zabawie chodzi, gdyż kluczowym dla mnie było to, czy amerykański wzmacniacz podoła poprowadzić ową podwójną narrację – z jednej oddać agresję warstwy instrumentalnej a z drugiej nie „przewalić” wokalu zbytnio go przybliżając i dosaturowując, jak to lampy mają w zwyczaju. I śmiem twierdzić, że na jakieś 95% owa sztuka Sophii się udała. Czemu nie w 100%? Cóż, praw fizyki oszukać się nie da i o ile z powszechnie rozumianą dynamiką tak w skali mikro, jak i makro Prodigy radzi sobie ponadprzeciętnie dobrze, to już z konturem i timingiem najniższych składowych (podwójna stopa) musi uznać wyższość wysokomocowych tranzystorowych konkurentów, jak daleko nie szukając np. mój dyżurny Bryston 4B³. Nie oznacza to jednak monotonnego dudnienia, lecz jedynie kreślenie konturów grubszą , bardziej „mięsistą” kreską, co z pewnością część odbiorców może uznać za zaletę, gdyż w efekcie otrzymujemy więcej krwistego „body” a jak powszechnie wiadomo znacząca większość radosnych porykiwań długowłosych szarpidrutów nagrywana jest w sposób daleki od audiofilskich wytycznych i możliwości dopieszczonych systemów.
A jak z elektroniką? Powiem szczerze, że poza ortodoksami oczekującymi od wzmacniacza bezlitosnego poniewierania słuchaczem po kwadracie nawet „The Fat of the Land” The Prodigy z zaskakującą werwą tłukło syntetycznym basem po trzewiach i kłuło w uszy cyfrowymi wizgami jednocześnie z wrodzonym wdziękiem cywilizując cały przekaz i nadając mu analogowej głębi. Szczególnie zauważalne było to w warstwie wokalnej, gdzie Sophii udało się wprowadzić nieco trójwymiarowości i głębi, co akurat na tym albumie uznaję jako jednoznaczną zaletę.

Reasumując powyższy słowotok chciałbym jedynie podkreślić, że Sophia Electric Prodigy nie tylko łapie za oko swoją elegancką i minimalistyczną surowością, lecz przede wszystkim od pierwszych taktów uzależnia swoim dźwiękiem. Jest niczym twardy „popepszacz percepcji”, który już po pierwszej dawce sprawia, że nie możemy przestać o nim myśleć i przy każdej nadarzającej okazji staramy się po niego sięgnąć. W przypadku Sophii jej aplikacja w system sprawia, że wszystko wraca do normy, przestaje niepotrzebnie prężyć muskuły i stawiać na efekciarstwo. To po prostu powrót do czasów, gdy ludzie zajmujący się muzyką (twórcy, muzycy, wokaliści) może nie wyglądali tak atrakcyjnie jak obecnie, lecz mieli coś, czego nie da się stworzyć w pro-toolsie, vocalizerze, Photo Shopie, czy stole operacyjnym – talent. I takie właśnie perełki na Sophii Electric Prodigy brzmią najlepiej.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Gdy rzucimy okiem na naszą obecną stronę startową, okaże się, że ostatnimi czasy zajmowaliśmy się wszystkim. Kablami, streamerami, kolumnami, wzmacniaczami w różnych klasach pracy, słuchawkami, a nawet stolikami, co dobitnie pokazuje, iż staramy się pokazywać szeroką paletę pozwalających nam spędzać przy muzyce będący w permanentnym niedoborze wolny czas audio-zabawek. I gdy wydawałoby się że wszystko jest ok., po dokładniejszej analizie powyższej wyliczanki okazuje się, że nie ma jednej bardzo istotnej rzeczy. Rzeczy, bez której wielu z Was nie widzi najmniejszych szans na nie tylko intymne, ale również prawdziwe obcowanie z ukochanymi artystami. Oczywiście chodzi o produkt oparty o lampy elektronowe. Czy to oznacza powolne oddawanie pola nowym technologiom? Nic z tych rzeczy. Wszelkiego rodzaju konstrukcje lampowe mają się znakomicie, czego przełamującym opisaną posuchę na naszym portalu przykładem jest dzisiejszy bohater. Co prawda stroniący od wyścigu zbrojeń typu monstrualne gabaryty i nieprzebrana ilość oddawanej mocy, ale za to dzięki owej rozmiarowej skromności i symbolice w domenie proponowanego nam poziomu Watt-ów, jakże mainstreamowy dla tego typu konstrukcji. O czym mowa? Myślę, że nie będziecie zawiedzeni, gdyż tym razem na nasz tapet trafił pochodzący zza wielkiej wody amerykański zintegrowany wzmacniacz lampowy Sophia Electric Prodigy, o którego wizytę w naszych okowach zadbał warszawski dystrybutor Hi-End Distribution.

Chcąc przybliżyć Wam budowę naszego bohatera, po raz kolejny muszę przywołać określenie mainstreamowy. Powodem powielania tego zwrotu jest podobnie do znaczącej większości tego typu konstrukcji uformowanie posadowionej na czterech stopach obudowy trzewi wzmacniacza jako swoistej platformy nośnej dla lampowych akcesoriów. Akcesoriów w postaci umieszczonego na górnej powierzchni w dwóch rzędach od strony frontu, zestawu lamp elektronowych i tuż za nimi trzech prostopadłościennych kubków z lekko łukowatymi bokami skrywających transformatory, na stosunkowo niskim awersie dwóch gałek sterujących pracą piecyka – lewa wzmocnienie, prawa wybór wejść, na lewej bocznej ściance głównego włącznika, zaś na plecach pięciu wejść liniowych w specyfikacji RCA, tuż obok serii terminali kolumnowych dla obciążeń 4/8 Ohm oraz całkiem z prawej strony gniazda zasilania IEC. Przyznacie, że powyższa, znakomicie znana od lat wyliczanka świadczy o jednym. Oczywiście porzuceniu pomysłu nadmiernego silenia się konstruktorów na ocierający się o zbędny blichtr obudowania układów elektrycznych bizantyjską ornamentyką, co sugeruje skierowanie wszelkich działań na front wydobycia z zastosowanej topologii maksimum jakości oferowanego dźwięku. Co prawda rozprawiamy o ofercie wzmacniania sygnału na poziomie skromnych 12W, jednak wiadomym jest, że przy dobrej konfiguracji sprzętowej lepsze umiejętnie radzące sobie z odpowiednimi kolumnami 12-cie, niż teoretycznie z każdymi marne 120W.

Przyznam, iż na tle ilości słuchanego sprzętu z fajnym lampowym wzmacniaczem nie miałem do czynienia dość dawno. Naturalnie to nie zależy ode mnie, jednak takie sytuacje dobitnie pokazują, o co we wzmocnieniu sygnału audio na bazie dobrze zaaplikowanych szklanych baniek chodzi. Nie o ściganie się na oddawaną moc, czy idealną kontrolę dźwięku, tylko zbudowanie projekcji ocierającej się o 100 procentową namacalność. Niestety tego tranzystor nie jest w stanie dogonić. Przeciwnicy takiej elektroniki forsują tezę o wpływie na taki odbiór w teorii szkodliwych zniekształceń wprowadzanych przez lampy, jednak gdy podobnie do mnie zderzą się z czymś fajnie skonstruowanym, okazuje się, że łatwość dotarcia do naszej muzycznej wrażliwości takich rozwiązań spycha całą teorię w niebyt. I bez znaczenia jest fakt jeśli nie braku, to przynajmniej kontroli sejsmicznych pomruków, czy wyśrubowanego timingu wydarzeń scenicznych, ważne, że muzyka ma to coś. Co? Oczywiście namacalność, eteryczność, plastykę i umiejętność kreowania trójwymiarowych brył. To niby potrafi każdy wzmacniacz – nawet tranzystorowy, jednak gdy w torze jest podobna do testowanej dzisiaj Sophii lampa, wszystkie wspomniane aspekty nabierają innego wymiaru. Naciągam fakty? Spójrzcie na stopkę pod niniejszym tekstem, a przekonacie się o moich prawdziwych intencjach w dzisiejszym opisie. Napompowałem się tonami tranzystorowej elektroniki, a gdy na testu trafia ciekawie skonstruowana lampowa integra, nie waham się napisać o niej podobnej do powyższej rozprawki. To chyba o czymś świadczy. Czym zatem zauroczyła mnie jankeski pomysł na dźwięk z lampą w trzewiach?

Najważniejszą cechą prezentacji testowej integry była zjawiskowa lekkość dźwięku. Nie lekkość w sensie braku dociążenia, tylko swobody zawieszenia muzyki w eterze. Mieniącej się milionem barw, oferującej zarezerwowaną dla zamkniętych w szklanych bańkach wolnych elektronów plastykę przekazu i co najistotniejsze, nacechowanej niespotykaną w tranzystorach eterycznością. To jest jak narkotyk, dopiero po zakosztowaniu którego okazuje, jaka muzyka jest naprawdę. Nie pokazana w zalatujący cyfrową terminologią punkt, tylko płynna, czasem przyjemnie rozmyta, innym razem niedopowiedziana, jednak za każdym razem udowadniająca, że na koniec dnia chodzi o wydobycie z niej ducha, a nie odbębnienie zapisanych na pięciolinii nut. I taką drogę obrał nasz bohater. Z jednej strony nie żałował ilości niskich rejestrów, ale z drugiej nie zabiegał o rysowanie ich skalpelem. W przypadku średnicy budował napięcie ilością fenomenalnie uplastycznionych, pełnych krągłości i ekspresji informacji. Zaś w górnych rejestrach czarował intymnością dosłownie każdej zawieszonej dłużej w przestrzeni nuty. Bez wyścigu zbrojeń w kierunku cyzelowania pojedynczych pików, tylko w służbie pokazania ilości muzyki w muzyce, czym o dziwo całkowicie mnie kupił. Był daleki od osiągów stacjonującego u mnie na co dzień prawie ćwierć-tonowego duńskiego pieca, a mimo to zaskarbienie moich uczuć zajęło mu dosłownie kilka niezbędnych do pokazania swoich zalet, taktów pierwszej słychanej płyty.
Pierwszym z brzegu przykładem może być płyta Cassandry Wilson „Another Country”, w której wspomniana artystka nie tylko pokazywała przypisaną karnacji barwę i energię głosu, a przy okazji jego tajemniczość i rozwibrowanie. Tego tranzystor nie jest w stanie aż tak kolokwialnie mówiąc rozciągnąć, dlatego gdy trafia do mnie na testy lampa, ta płyta często ląduje na recenzenckiej liście. A wokal to dopiero przygrywka, gdyż w podobny sposób wypada sekcja rytmiczna. Owszem, z pewną nonszalancją odpuszczająca ostrość rysunku źródeł pozornych, jednakże bez popadania w monotonność prezentacji dolnego zakresu typu męczące buczenie, czy dudnienie, a jedynie oddanie go z większym pakietem krągłości i mniejszym naciskiem na atak. Niedopuszczalne, bo zalatuje uśrednianiem dźwięku? Bynajmniej, gdyż to, co wspomniałem jest li tylko zamierzonym uzupełnieniem działania wzmacniacza w środku i górze pasma, co w efekcie daje poczucie pokazania nam namacalności, a nie poprawnej „techniczności” odtworzenia słuchanej muzy.
Nie muszę chyba udowadniać, iż podobnie do powyższego przykładu wypadały inne lubiane przez mnie nurty muzyczne od jazzu – z lekkim marginesem nawet free, po również odbieraną z pewną poprawką klasykę. O co chodzi? Otóż w konfrontacji z przyjemnością słuchania o drobnostkę. Po prostu w szaleństwie free-jazzowym i pełnowymiarowej klasyce komuś może zabraknąć natychmiastowości ataku dźwięku i kontrolowanego jego tąpnięcia podczas tutti pełnego składu orkiestry. Jednak zapewniam, ten drobny aspekt z łatwością niwelują wypisane na początku tego akapitu zalety Sophii, dlatego jeśli jesteście romantykami, ów temat jeśli nawet pojawi się w Waszych myślach, raczej nie będzie czymś na skalę być albo nie być dla takiej prezentacji, tylko zostanie odebrany jako inne spojrzenie na ten sam materiał.
Oczywiście wiadomym jest, że każdy kij ma dwa końce i jest twórczość, która nie idzie do końca w parze ze sposobem na muzykę Amerykanina. Zaliczyłbym do niej wszelkiego rodzaju elektronikę i ciężki rock. Owszem, również pokażą się z fajnej, bo pełnej koloru i eteryczności strony – szczególnie kapele typu AC/DC lub Metallica, jednak ortodoksyjnym wielbicielom z pewnością zabraknie kopnięcia i brutalnego drive’u, co nie będzie problemem jako takim, tylko efektem postawienia konstruktorów na inne aspekty. Ja mimo utożsamiania się z ortodoksyjnym podejściem – zważywszy na zarezerwowane dla lampowej estetyki aspekty podejście do wizualizacji muzyki – spokojnie to kupuję, jednak wszystkim wyznawcom jedynie jednego słusznego odbioru zalecam zapoznanie się z powyższym tematem. Tylko zaznaczam, szukanie podobnych problemów bez brania pod uwagę przeznaczenia tego typu konstrukcji do konkretnej muzyki będzie oznaczać brak elementarnej wiedzy potencjalnego nabywcy, a nie konstruktorów Sophii Electric Prodigy. Dobry dobór współpracujących ze sobą komponentów często z odniesieniem do słuchanego na co dzień materiału to elementarz melomana. A, że o brak takiej wiedzy Was nie posądzam, jestem spokojny co do pozytywnego subiektywnego odbioru tytułowej konstrukcji.

Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić prawdzie „ja” naszego bohatera. Niepozorny rozmiarowo, do tego skromny w oddawaniu mocy, a mimo to z wielkim duchem do pokazywania prawdziwego oblicza muzyki. Ze zrozumiałych względów nie każdej w jej pełnej ekspresji, jednak konia z rzędem temu, kto odda buntowniczego rocka, czy elektronicznych tworów z ich pełnym spektrum nieprzewidywalności z lampy w estetyce mocnego tranzystora. Cytując klasyka, to jest możliwe chyba tylko w Erze, bowiem poległ na tym nawet majestatyczny japoński Air Tight ATM 3211. Dlatego uważam, że to, co zaprezentował nasz bohater jest dobrą prognozą na zakochanie się w nim wielu nawet przypadkowych słuchaczy. Jednak jest jedno „ale”. Trzeba dać u szansę, czyli skontaktować się z dystrybutorem, co czego w pełni świadom swoich słów zachęcam.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Alta Audio Alec
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Hi-End Distribution
Producent: Sophia Electric
Cena: 27 990 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 14W/8Ω
Zastosowane lampy: 2 x 12AT7 (ECC81); 4 x 6V6

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Niby półmetek wakacji powinien wskazywać na pełnię tzw. sezonu ogórkowego i powszechne lenistwo a tymczasem częstotliwość dostaw „zabawek” do recenzowania nie tylko nie maleje, co wręcz wzrasta. Tym razem kurier pojawił się u nas z jeszcze pachnącymi fabryką najnowszymi interkonektami Furutech LineFlux NCF RCA & XLR.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

For as far as I can remember, despite authentic respect for the so called mainstream and honest desire to buy something from a first choice brand, I usually end up putting something more niche, or at least less obvious, in my purchase basket. To give you a bit broader perspective, let me mention watches, where, while I like for example Seiko and owning a few of their timepieces during last few dozen years, since a longer while I am concentrated on so called “micro-brands”, which only use said mechanisms. A similar thing happened to photography – starting from the analog era, through DSLR and finishing with mirrorless, after owning a few Canons and Nikons I finally found my peace and satisfaction with a Fuji in my hands. And there is also whisky, where instead of following classics Islay like the Ardbeg, Laphroaig or Bunnahabhain my eyes automatically jump to some independent bottled offered by Duncan Taylor (the Battlehill series) or more hellish inventions like Yeun Elez Jobic Armorika. However the biggest invention in finding some stranger things I did have, and people say I am still having, with regard to audiophile cabling. Of course I am not only reliant on listening alone, but I am using common sense, as I have cables from Acrolink or Furutech readily available as reference points, but my world is revolving around the lesser known brands. Let me quickly mention my shorter or longer romance with the loudspeaker cables Gabriel Gold Revelation mk I, Slinkylinks S1 and Signal Projects Hydra, interconnects Antipodes Audio Katipo and LessLoss Anchorwave or lately the discovery of the Bali brand Vermouth Audio. After reading all this you should not be surprised, that one or our “souvenirs” from Munich was the contact with a South Korean audiophile cable manufacturer, completely unknown on our market. I am talking about Hemingway Audio, which cannot really be called a manufacture, as it has a very solid technological back room. It employs sixty people, officially created in 2008, as a part of a company founded in 1993 by Mr. Doyoung Chung and operating in the telecommunication sector, Sigma Electronics Co., Ltd. (currently Indratec Corporation). You can clearly see, that this is rather not a garage company, but is much closer to the business model employed by, for example, Fidata or Silent Angel, where the knowledge gained within a corporation and big, based on strictly engineering knowledge R&D departments turned out to be very helpful in our, seemingly hobbyist and sidelined area, to please the exaggerated expectations of golden eared audiophiles. So if you are wondering, what came together from the combination of advanced technology and passion to achieve audiophile perfection in, according to company materials “the best audio cables made to date”, there is nothing else to do, than to invite you to an encounter with the highest series in the company portfolio, introduced in 2019 Z-core. And we will have a look at the power cord β(Beta) and interconnects and loudspeaker cables Σ(Sigma).

In the beginning of the description of the tested cables, I need to give you a small explanation. Now while the “commercial” supplies, that contain cables for purchasing, have the cables placed in very nicely looking proprietary boxes, covered with eco-leather and lined with velvet, giving a substantial feeling of luxury, the units we received were supplied only in textile bags and bubble wrap (please refer to the unboxing part). This was due to our desire to receive the cables for testing as soon as possible. It is true, that you have only once chance on a first impression, but in this case the main priority was to get something completely unknown in our region, and at that, something we could assess as worth listening to, while in Munich, as it was used to cable a Thrax system, which we, at least partially, hosted in our listening room and thus knew.
As this is a debut, it is worth mentioning, that the Korean catalog, besides the mentioned Z-core series, carries two more – one, which is almost on part in terms of pricing – the Creation S and the basic Indigo. In the first series we have also the subgroups Signature, Ultimate and Advance, and I and II in the latter, so using our needs, hearing, common sense or contents of our wallet, we can surely find something for us.
The eco-leather boxes aside, in contrast to many American, and some of the European cables, which aspire to the High-End, the Korean cables are manufactured just perfectly. Even doing the photo session I did not need to search for any specific item, to underline their design values. And in addition, also in contrast to the usual gargantuan sizes, the Hemingway cables do not intimidate with their diameter and give you no issues when installing. Just quite thin and yet elastic cables, placed inside a black, nylon sheath, which do not have any ambition to move the electronics, they are connected to, around. And this is a really nice touch. Another thing catching the eye, and at the same something that is often perceived as something not for the top products, is the, quite bold, but at the same time acting as a kind of anti-depressant, choice of colors. The Z-core β(Beta) has the plugs (which are great) and the proprietary module covered in blue-metallic varnish, for the Z-core Σ(Sigma) the manufacturer went all out and the mentioned plugs and modules are … candy pink.

The common denominator for the construction of the Z-core is based on a Hemingway patent, the FMCF (Frequency Modulation Cavity Fundamentals) technology, which is based on converting RFI and EMI interference into a magnetic field and harvesting its energy. In addition, due to perforated insulators, the company achieved significant reduction of resistance, and using a proprietary method of “multi-way transmission” (5-way in case of the Z-core), reduction of the influence of the transmitted frequencies on the level of distortion. According to the manufacturer, most part of the “magic”, or rather the physical phenomena, happens inside the modules, visible on the pictures, resembling a bit trumpet valves, with the company logo and the name of the series written on them. Hemingway is a company that likes to have full control about every stage of the production, so the plugs they are using are made to the meticulous specifications by a subcontractor. The manufacturer is placing the information about the recommended direction in which the cable is going to be used. The exception is the loudspeaker cable, which has those directions printed on the heat shrink sleeves. And although the probability of connecting a power cable or an XLR the wrong way is not very high, yet with RCA and loudspeaker cables it is much higher, so those directions become much more relevant, and it is advisable to take them into account when connecting. Also the copper contacts of the plugs are chrome, platinum and gold plated. Although the manufacturer is very hush hush about the details of production, we were able to get some information out of him. It turned out to be just some generic information about what we can find inside the cables, but this is at least something we can use. Now despite the not so big diameter of the cables and the already mentioned elasticity, we deal here with a multi-strand construction, and not a solid core. The strands are using a few dozen of copper conductors with five different cross-sections, which are the twisted in opposite direction, and where the amount of twists depends on the cable model. The company materials mention also alloys of silver and gold, six-layered shielding and using Teflon, rubber, urethane and nylon as insulators.

Beginning with the listening session I decided to take things slowly, and instead of changing the whole set of cables to the tested ones, to include the tested cables in my system one by one. The first cable I decided to use, of course after it has been burned-in, was the power cord β (Beta). The first notes of “Srdce z kamene” by Deloraine and … and we can talk about a classic jaw drop, if not about a positive shock. Fiery Czech folk, being kind of a combination of music served by Scandinavians from Wardruna and Mongols from The Hu, sounded brilliant, especially in terms of realism and authenticity. Even compared to my Furutech Nanoflux Power NCF you could notice better control, with deeper reach of the lowest elements, a better worked out space and increased precision of drawing of the virtual sources. This was a very interesting experience, as the Japanese cable was a class on its own in terms of stage depth, at least in my system. But it was not all beautiful, as in terms of juiciness and body of the midrange, the NCF turned out to be more organic and euphonic, so even on this level we have one thing exchanged for another. But when we talk about the definition of the sounds, the micro and macro dynamics, or more broadly, resolution and motoric, then the Beta does not need to be ashamed of anything, even compared to legends like the Siltech Triple Crown. It can even fit our taste better, because it sounds more vivid, more direct and is closer to live sound. It was as if it eliminated the step of “normalization” of the musical material before LP/CD pressing or publication in streaming services, giving us access to the “master” files. But I need to mention, that this is not artificial boost of dynamics and contours, or “extraction” of details – similar to a technique in photography, called HDR, but the removal of a semi-transparent, thin veil between the musicians and the listeners. So we do not have the acoustic Czech pagan-folk divert in the direction of much more brute achievements of the Polish Radogost (“Przeklęty”) or Percival Schuttenbach (“Reakcja Pogańska”), but rather the intensification of the esthetics of the old rites, and a climate, for which my personal master is the “Runaljod – Ragnarok” by Wardruna, which I could not miss to listen to. And this was when the might and full control over the lowest registers came to full fruition, when the Hemingway led them with an iron fist. Seemingly the Synergistic Research Galileo SX AC was even more spectacular in that aspect, and reached the absolute in its unrestricted scale, but the South Korean cable came very close. Two more aspects connected the Galileo and the Beta – blackness of the background and cleanness of the air filling the stage. All kinds of noise and parasitic artefacts remained outside of the system, which was finally able to reproduce that, what was recorded in the source material, without any superfluous luggage.

When time came for the RCA and XLR interconnects, from a product line placed in the price list one shelf higher, the Σ(Sigma), I had a thought in the back of my head, if I would not fall a victim of a classic oversaturation, and the signature of the Beta, which is fitting my taste so well, will not start to bother me with its intensity. Fortunately it turned out, that the cables put emphasis on refinement of the reproduced sound, and did not multiply the intensity of their influence. Due to that approach the vocals gained on palpability and attractiveness. Even on recordings, that did not aspire to be audiophile, like “Poetica” by Stranger Vision, where you can hear Zachary Stevens (I warmly recommend “Edge of Thorns” by Savatage recorded with his participation) and “My Darkness, Darkness” Beseech, rich in beautiful duet vocals from Angelina Sahlgren Soder / Klas Bohlin, where the “master tape” effect only got deeper. Interestingly, instead of bringing the first plane closer, what is a very popular effect, the changes pertained to something different. I am talking about the power of emission and cleanness of the human vocal. The singers stayed in their places, but their communicativeness got improved, as if they somehow increased their own vocal abilities, but also as if the studio provided them with much better microphones, in the likes of the gems made by Martin Kantola from Nordic Audio Labs. Native sparkling, juiciness and richness of articulation became a fact. But you only needed to reach out for some better recorder propositions like “Antonio Vivaldi” by Cecilia Bartoli with the Breton group Ensemble Matheus conducted by the violinist Jean-Christophe Spinosi to experience with your own ears, what those Korean cables are capable of doing, and most of all, what you system is able to achieve, and what you did not think was possible. Additionally, probably due to her age, instead of attacking the listeners with neck-breaking coloraturas, Bartoli concentrated on different aspects of artistic expression, exposing the beauty of lyric arias, where appropriately long breath and weighted phrases are more important than chasing sounds. This is no forced singing, but just typical Italian – natural and unforced, something that the late Pavarotti brought to perfection, and what was absolutely obvious with the Hemingway. The Sigma are not going in the direction of extreme performance, but following the example of the Synergistic, they free the native potential hidden in the reproduced music and in the systems playing it back. This means, that instead of enlarging and blowing things up, they just get rid of the bottlenecks and weakest links.

I left the loudspeaker Σ(Sigma) for desert, in a way of speaking, which turned out to be the most resolving part of the puzzle, when compared to their siblings. The amount and speed of the information provided by them can intimidate at first. Even more, when I moved over from my usual Signal Projects Hydra or the euphonic Vermöuth Reference, I initially caught myself trying to assess, if I like that wealth of experience, or if it will not become tiring on the long run. But this kind of dilemma happened only initially, as after playing a few pieces, it was absolutely clear, that I receive full information, and not only a smaller or bigger part of it. It was interesting, that this was especially clear on recordings, which seemingly did not carry too much content. Let us take “Cantate Domino – La Capella Sistina e la musica dei Papi” by Sistine Chapel Choir and Massimo Palombelli as an example, where suddenly the quite homogeneous and cohesive presented, monolithic choral parties were redefined – with a precise indication of each of the singers. True, the Synergistic Research Galileo SX SC went even further in terms of volume, sheer size of the sound stage and saturation, the Hemingway were on a stratospheric level there already. Absolute blackness of the background and smoothness combined with resolution make us perceive the true structure of each of the instruments. An important thing is, that this cleanness resulting from removal of all kinds of parasitic artefacts does not mean the sound became too antiseptic and artificial, it also did not lose any of the “audiophile plankton” which makes the recordings sound more live and authentic, rather than dull and sterile, as if it would be recorded in an anechoic chamber and all non-musical items were removed during post-production. So you do not experience any items created by the cabling, or any proprietary interpretation of the sound, but only a lossless transfer of information. The difference may not seem large, but it lies much closer to the definition of Hi-Fi and High-End themselves. The question is, if you want to uncover this truth, and really strive to do it, or rather prefer a different, alternative narrative.

It cannot be denied, that despite their quite sweet colors, and not overwhelming sizes, the Hemingway can easily be included in a very elite circle of extreme High-End. And while this is absolutely joyful in terms of sound, it also translates into what you need to pay at the register, as the manufacturer asks amounts adequate to the sonic aspects of the cables. However when looking at the prices of the Korean cables from the Z-core series through the prism of competition attacking the audiophile Olympus, you must agree, that they still have a very good price to performance ratio. And while having said that, it still is beyond our abilities, this is a completely different story. We just need to be happy, that we could spend the last month with them, and I wish, that you would have a similar experience, because I think, that once there is more hype about the Hemingway brand, and for sure this will happen sooner or later, the current pricing will become an unreal memory, that will call for the reflection, that cheap is no more an option.
And finally I would like to tackle the statement from the company materials, I mentioned in the introduction, that those are “the best audio cables made to date”. And? I have my doubts with regard to this being so categorical, as the sample was fairly small. Being direct – if you did not have a listen to everything, then you cannot talk with any certainty, but based on what we were able to hear in our systems for the last decade or so, I dare to claim, that the power cable Z-core as well as the signal and loudspeaker are, if not the best per se, then at least as good as the one or two cables that are my private, absolute top. The question, if it can be done better, of course remains open, based on my experience. But I just glance over it, especially taking into account, that the Korean manufacturer has the Ω (Omega) series in his catalog, also belonging to the Z-core line, and the used symbol might suggest something like that, as according to Wikipedia it often depicts the zenith of evolution, the natural ending of history, life or progress, the definitive end of any occurrence. But how is this in reality? Well I hope to be able to verify that with my own ears sometime in the future.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

I do not want to brag, but introducing you a bit to our “behind the curtains” actions regarding the items we are testing today, I am happy to announce, that having this high-end brand, and surely a novelty for everyone, appear in our listening room and on our pages, was a result of what happened in Munich, during the May show. It was not easy, but our arguments, that we have a lot of experience with the top offerings of world-class audio manufacturers did the trick, and we managed to bring things to a happy ending. And not a shabby one, as we received not one, modest component, that could only be a teaser of other things to come, but a full set of cables. And this was a good move on the manufacturer’s behalf, as this allowed us not only get a hint of what they are doing, but rather get an in-depth understanding of what kind of sound is presented by the company Hemingway from South Korea. Due to the fact, that the company does not have a local distributor, the mentioned set, in the form of a loudspeaker cable and RCA/XLR interconnects from the Z-core Sigma series, and the power cable from the one notch lower series Z-core Beta, did not come in fancy boxes, but in a transport enclosure.

Talking about the way the tested cables are put together, is a bit tricky, as there is not much to go off from, in terms of technical data. The only thing we were able to get, was the information, that the cables use bundles of conductors made of multiple dozen of copper wires, with five different cross-sections, wound together. After initial placement, those are twisted in opposite directions. The amount of twist is dependent on the model and purpose of a given cable. Teflon, rubber and urethane were used for insulation. Each cable has also special cylinders with button-like structures on top, which are, according to the manufacturer, used to eliminate RMI and RFI interference, as they are converted into energy using company patents. Interestingly, this energy is not removed as waste of the signal cleaning process, but injected into the signal, boosting its vitality. The cables are covered with a black braid, and to allow easier identification, they have differently colored plugs, of course with appropriate print on them. The final cable is packed in brown pouches, with velvet lining, and then in boxes, covered with eco-leather. And this concludes what we know about the Hemingway cables. You must admit, this is not a lot. But in my opinion this is better than nothing, as the most important thing is, how this translates into influence on the reproduced music.

Frankly speaking, while plugging this set of cables into my system, I did not know what to expect. I did have a listen during the presentation in Munich, but the random environment of the show did not allow to formulate even a very rough opinion. This is why I was very happy, that despite the very modest dimensions, especially compared to contemporary competition, they showed themselves from the best possible way. They emanated with fully controlled energy, drive and, most importantly, absolute freedom in reproducing the musical world. Already the initial swap of the loudspeaker cable showed, that the information provided by the manufacturer about the fight for the clarity of the signal with some added energy, was not wishful thinking, but something we can clearly hear. And when, based on my previous experience, I expected, that adding further cables would turn this in, at least, a slight overdose, things got into a different direction, very interesting and allowing to get engulfed in music very easily. Each added cable toned down the sound, but in a good meaning of this description. It means that it did not tame any expressiveness, but the cables did not accumulate the “wow” effect, they just increased the body of the sound. The whole time music pulsated with life and vigor, but never got to any exaggeration. This is important, as the tested set turned out to be a bit lighter, than the combination of cables from different brands I use on a daily basis. And it is known, that it is very easy to get from lightness to over interpretation of scenic events. Fortunately, the procedure of subsequent plugging of the cables showed clearly, that while Hemingway put some lightness in the DNA of their cables, they absolutely know, how to prevent them showing any signs of ADHD.
A very good example for that was electronic music from Yello – “Touch”. The material is not easy to manage, as almost every note on the disc is very expressive. Many systems can easily be fooled, and instead of a spectacle full of computer generated acrobatics enriched with modified vocals, we get a conglomerate of more or less undefined, and sometimes even painful, due to distortion, and garish sonic peaks. And in fact this is very nice music, very lively, but within the borders of well understood expression. With kick, energy and brilliant vitality – strong and deep reaching bass, juicy midrange and phenomenal, very transparent, treble. All this was shown by the Korean manufacturer clearly. Things got edgy, but not too much, and for this, the cables should receive a well-deserved applause.
But stronger genres are just a warm-up, as with the same, appropriately upped expression, jazz was played. However this time, the trademark was skillful showing of the edges of the sounds. Skillful, because this was clear and sharp, but never too frugal. The double bass, despite the strings being depicted more precise than with my set of cables, was still able to show their correlation with its body. The kick drum was perceived as being a little shorter, yet it was still reproduced with appropriate energy and the piano had the required mass and majesty, but a bit higher sonority. Those differences were seemingly small, but they resulted in a different perception. Still full of emotion, but now emphasizing more on shine than melancholy. In theory I crashed into a completely different world, but in practice, it did not differ from my expectations. Am I starting to talk rubbish? Not at all. I just want to tell you, that a “different” approach, when accompanied by things important for a given genre, does not always mean “bad”. And here I had a very good example of that. I prefer a denser sound, but the Korean cables were able to seduce me without any problems. They did not ruthlessly cut through the air between the loudspeakers, they did not dazzle with overly expressive artefacts, but preferring splendid transparency, skillfully underlined the shape of each of the virtual sources. To be able to do that, they never forgot about giving them appropriate mass and energy as well placing them properly on a virtual stage, a stage, that almost has no boundaries. The listener is not fed with a mist, that is only faking the plasticity of the sound, but shows clearly, with appropriate gradient of sharpness, the true sonic nature of each disc. Seemingly, like every other manufacturer, they want to bring a sonic primer to life, but when you have a closer look, not many of them is doing this on such a high level.

Does the laurel above mean, that the tested cables are unconditionally for the whole population of high quality music reproduction lovers? Although I would like to give a positive answer to this question, based on my experience I know, there is no chance for that. The first reason for that is, that many potential cable buyers are looking for something that would repair their badly configured systems. The second reason is the harmful chase for a seemingly very attractive, but in reality very distorting, musical sirup. Another can be brought down to people, who are searching for the “razor blades” flying through the listening room. And the Korean cables will not go for that. Yes, when the recording calls for that, you will get the sirup flowing from the speakers, or the enamel splitting on your teeth, but not when you like it, but when it is called upon by the artist recorded on the disc. There is no other option. There is only one thing you need to keep in mind. The system cannot touch extremes in its presentation. And I mean both ends of the spectrum – anorexia and obesity. If those are not present in your system, then the only option you have is to contact the manufacturer directly. Or maybe the distributor, if there will be one. But I must warn you, getting acquainted with what Hemingway offers may be very painful for your wallet, as after a listening session, the musical world can be completely different than before.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio APEX Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker Cables: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: Clearaudio Concept
Cartridge: Essence MC
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: Sensor 2 mk II

Manufacturer: Hemingway Audio
Prices
Hemingway Z-core β(Beta) Power: 4 800$
Hemingway Z-core Σ(Sigma) XLR: 14 000$
Hemingway Z-core Σ(Sigma) RCA: 14 000$
Hemingway Z-core Σ(Sigma) Speaker: 28 000$

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Skoro zgodnie z miejskimi legendami czerwone auta z reguły są najszybsze, to na tle swego błękitnie umaszczonego rodzeństwa (The Air) nasz dzisiejszy gość – WK Audio The Red, powinien pokazać się ze zdecydowanie bardziej dynamicznej strony. Jak będzie w praktyce pokaże czas a na razie damy mu rozprostować kości … znaczy się druty i rozgościć w naszym systemie.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Fyne Audio wprowadza do swojej oferty dwie nowe linie kolumn głośnikowych: Vintage i Vintage Classic. Obie stworzone przez Dr. Paula Millsa uznanego na całym świecie inżyniera konstruktora który następnie doktoryzował się z dziedziny audio, nawiązują wyglądem do ikonicznych urządzeń królujących w latach 70-tych, ale równocześnie zawierają najnowsze technologie dostępne w świecie wytwarzania i przetwarzania dźwięku.

Seria Fyne Vintage wykorzystuje najnowocześniejsze technologie opracowane po raz pierwszy przez dr Paula Millsa na potrzeby wielokrotnie nagradzanej serii Fyne Audio F1 i przekształca je w dwie ponadczasowe i charakterystyczne serie: Vintage i Vintage Classic.

W serii Fyne Audio Vintage odnajdujemy trzy modele podłogowe: Ten, Twelve i Fifteen. Zastosowano w nich dwudrożny przetworniki współosiowe IsoFlare wykorzystujące karbowane zawieszenie FyneFlute o średnicy odpowiednio 10,12 i 15 cali. Wewnątrz membran pracuje 3 calowa tytanowa kopułka, napędzana magnesem neodymowym, odcięta przy zaledwie 750Hz i przetwarzająca sygnał do 26kHz. Kolumny wykorzystują dookólny dyfuzor BassTrax Tractrix zapewniający swobodne odtwarzanie najniższych częstotliwości. Mają bardzo wysoką czułość co predestynuje je do współpracy ze wzmacniaczami lampowymi choć nie tylko. We wszystkich modelach serii istnieje możliwość dostrojenia brzmienia do pomieszczenia. Analogowe pokrętło umieszczone na panelu przednim daje możliwość regulacji zwrotnicy w zakresie emisji energii bardzo wysokich tonów oraz poziomu ekspozycji dźwięków w średnim-górnym zakresie. Zwrotnice zbudowane są z elementów najwyższej klasy łączonych posrebrzanymi przewodami z miedzi beztlenowej na antyrezonansowych podłożach i poddawane są głębokiemu zamrażaniu i powolnemu odmrażaniu co łagodzi mikronapięcia w elementach, przewodach i lutach, a tym samym maksymalizuje transfer sygnału i zapewnia większą przejrzystość dźwięku.

W serii Fyne Audio Vintage Classic znajdują się trzy modele podłogowe i jeden podstawkowy: Classic VIII, Classic X, Classic XII oraz Classic VIII BS. Obudowy kolumn z serii Vintage Classic mają, w odróżnieniu od przekroju trapezowego serii Vintage, przekrój bardziej tradycyjny – prostokątny. Zastosowano w nich dwudrożny przetworniki współosiowe IsoFlare wykorzystujące karbowane zawieszenie FyneFlute o średnicy odpowiednio 8,10,12 i ponownie 8 cali. Wewnątrz membran 10 i 12 calowych pracuje 3 calowa tytanowa kopułka, odcięta przy zaledwie 750Hz i przetwarzająca sygnał do 26kHz, natomiast w modelach wykorzystujących przetwornik 8 calowy – kopułka 1 calowa grająca aż do 34kHz. Kolumny wykorzystują dookólny dyfuzor BassTrax Tractrix, sprytnie schowany pod szarą tkaniną, zapewniający swobodne odtwarzanie najniższych częstotliwości. Podobnie jak kolumny serii Vintage modele Vintage Classic mają bardzo wysoką czułość, przez co świetnie współpracują ze wzmacniaczami lampowymi. We wszystkich modelach serii istnieje możliwość dostrojenia brzmienia do pomieszczenia. Pokrętła umieszczone na froncie dają możliwość regulacji zwrotnicy w zakresie emisji energii bardzo wysokich tonów oraz poziomu ekspozycji dźwięków w średnim-górnym zakresie (2,5kHz – 5 kHz). Gniazda przyłączeniowe są podwójne. Zwrotnice wykonane są z elementów najwyższej klasy, połączenia wykonano posrebrzanymi przewodami z miedzi beztlenowej.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Thrax Sirens

Opinia 1

Gdy prześledzimy dość bogatą ofertę dobrze znanego z naszych testowych starć, bułgarskiego Thrax-a, okaże się, że w swoim dorobku ma już dwa modele kolumn. Jeden średniej wielkości monitor Lyra i aktywny moduł basowy Basus jako opcja uzyskania pełnopasmowych kolumn ze wspomnianą Lyrą w sekcji wysoko-śreniotonowej. Naturalnie mieliśmy u siebie obydwie konstrukcje i jedno co mogę o tych spotkaniach powiedzieć, to że na żadnej z nich się nie zawiodłem, gdyż w zależności od ocenianej opcji grały z odpowiednia do rozmiaru swobodą, rozdzielczością i energią. I gdy wydawałoby się, że ich pomysłodawca i właściciel marki w jednym Rumen Artarski spokojnie mógłby odcinać przysłowiowe kupony, ten w swym dążeniu do zaspokojenia pragnień znaczącej grupy miłośników muzyki powołał do życia celujące w skromniejsze rozmiarowo pomieszczenia niż poprzednie konstrukcje, nieduże dwudrożne monitory. Zaskoczeni? Bo ja od ostatniej wystawy w Monachium bardzo. Jednak bardzo w znaczeniu pozytywnym, gdyż uchylając trąbka tajemnicy już we wstępniaku muszę przyznać, że był to fajny ruch. Dlaczego? O nie, akapit rozbiegowy nie jest miejscem do wykładania wszystkich kart na stół, dlatego po wyjaśnienie tego zagadnienia zapraszam do lektury testu na temat dystrybuowanych przez katowicki RCM bułgarskich kolumn podstawkowych Thrax Sirens.

Wspomniane monitory, jak to u Thrax-a bywa, w kwestii wykonania obudowy bazują na znakomicie radzącym sobie ze szkodliwymi wibracjami, naturalnie jak zwykle świetnie wykończonym aluminium. Jednak tym razem Rumen poszedł o krok dalej i w celu przełamania odbioru konstrukcji jako nudnego monolitu centralną część obudowy (odcinając tym sposobem połać awersu i rewersu) otulił przyjemną dla oka, wykonaną ze skóry opaską. Fotografie tego nie oddają, jednak zapewniam, iż w kontakcie osobistym temat wizualnie jest bardzo ciekawy. Jeśli chodzi o wyposażenie przedniej ścianki, znajdziemy na niej wykorzystujący dość nietypowy, bo na poły jakby pognieciony i skręcony wokół swojej osi resor, lekko głośnik basowy i tuż nad nim zagłębiony w zorientowanym poziomo eliptycznym falowodzie wysokotonowy. Gdy dotarliśmy do przykręcanego do głównego członu obudowy tylnego panelu przyłączeniowego, gołym okiem widać, iż oferuje klientowi umieszczony na górze niedużej średnicy port bass-refleks, w centrum wytrawione logo, nazwę marki oraz dane techniczne monitorów, zaś na samym dole pojedyncze terminale głośnikowe. Tak prezentujące się kolumienki na czas logistyki pakowane są w wyposażone w stosowne styropianowe kształtki drewniane skrzynki.

Zebrawszy potestowe spostrzeżenia w jedną zgrabną całość, jedno mogę powiedzieć na pewno. Mimo swoich niewielkich rozmiarów to naprawdę są bardzo ciekawe kolumienki. Powodów jest wiele. Po pierwsze – jak przystało na monitory z dziecinną łatwością znikają z pomieszczenia. Po drugie – przy okazji fizycznej alienacji brył z wirtualnej sceny budują ją z wielką swobodą i rozmachem. Po trzecie – grają estetyką dobrze dobranego konsensusu pomiędzy barwą, wagą i drive-m. A po czwarte – mimo eksponowania sporej ilości dolnego zakresu nie odczuwałem przy tym zjawiska udawania przez nie większych kolumn, niż są w rzeczywistości, czyli tłumacząc z polskiego na nasze nie pompowały go w pozbawionej kontroli ilości. Co oznacza ten czteropunktowy opis? To chyba jasne. W momencie obcowania z najnowszym produktem ze stajni Thrax-a przy wzięciu poprawki na ich gabaryty zderzamy się z czymś w miarę uniwersalnym. Postradałem zmysły? Bynajmniej. Przecież pisałem o zostawieniu marginesu na ich rozmiar. I jeśli podejdziemy do tematu w ten sposób, kolumny potrafią odnaleźć się w praktycznie każdym materiale muzycznym.
Pierwszym z brzegu przykładem jest najnowszy krążek grupy Rammsteina „Zeit”. Może najniższych pasaży w pełnej krasie nie otrzymamy, jednak będą one co najmniej dobrze zaakcentowane, a to okazuje się idealnym podłożem do oddania feerii szaleńczych popisów artysty nie tylko od strony instrumentalnej aranżacji, ale również pokazania charyzmy jego wokalistyki. To co prawda jest twórczość typu: „kochaj, albo rzuć”, ale jeśli tylko jesteście otwarci na poznawanie nowego materiału muzycznego, może okazać się, że właśnie dzięki wirtuozerskiej prezentacji bułgarskich „Syren” w jakiś sposób muzyk do was dotrze. Niemożliwe? Zapewniam, że słowem kluczem jest odpowiednio dobrze techniczne jej zaprezentowanie. Oczywiście mam na myśli nie tylko kulturę grania, ale również jakość projekcji dźwięku, które to cechy nasze bohaterki mają zapisane w kodzie DNA.
Nie inaczej było w nurtach nostalgicznych od grającego ciszą jazzu niestety nieżyjącego już mistrza trąbki Tomasza Stańki „Lontano”, po muzykę dawną choćby Johna Pottera „Care-charming sleep”. Srebrno-brązowe bałkańskie panny mogąc pochwalić się solidną porcją na szczęście nieprzesadzonego w domenie ilości dolnego zakresu nie tylko dobrze, bo raz nostalgicznie, a raz żywiołowo oddawały pracę blaszaka pana Tomasza, ale również nie szczędziły dosadnych informacji o pracy fortepianu z dostojnością włącznie. Natomiast w muzyce dedykowanej duchowemu ukajaniu naszego żywota i do tego realizowanej w kubaturach kościelnych bazując na umiejętności oddawania realiów tego typu zapisów nutowych znakomicie oddawały wszelkie realia tego pieczołowicie masteringowo opracowanego wydarzenia. I nie chodzi li tylko o znakomitą wokalizę, ale również znakomite przeniesienie do mojego pokoju odpowiedzi budowli na owe działania. Nic, tylko zatopić się w materiale do ostatniego bitu, co notabene z premedytacją uczyniłem.

Jak wynika z powyższego testu, w przypadku tytułowych kolumn podstawkowych mamy do czynienia z fajnym radzeniem sobie, wydawałoby się z nawet najbardziej odległym im od strony zapotrzebowania na agresję repertuarem muzycznym. Oczywiście ściany dźwięku na poziomie moich niemieckich dwumetrowców nie uzyskamy. Jednak nie oszukujmy się, opisywany zestaw zespołów głośnikowych przeznaczony jest dla wiedzącego czego chce od życia i do tego lekko ograniczonego lokalowo melomana, a nie przypadkowego muzycznego buntownika. Jeśli zatem utożsamiacie się z grupą ludzi szukających jakości słuchanej muzyki, a nie śmiercionośnej broni sonicznej, jestem dziwnie przekonany, że bułgarskie kolumny Thrax Sirens mają duże szanse rozkochać Was na długie lata.

Jacek Pazio

Opinia 2

Zakładam, że większość Czytelników ma dość jasno sprecyzowane skojarzenia dotyczące … Syren/y/ki (niepotrzebne skreślić). Począwszy od tych ostrzegawczych, „naszej” – warszawskiej, poprzez jej kopenhaską siostrę, produkowany w latach 1957–1972 przez stołeczne FSO ówczesny „cud techniki”, zakończony fiaskiem w 2016 r. projekt AMZ-Kutno Sp. z o.o. oraz Polfarmex S.A. litościwie pominę, na bajce Disneya i mitologicznych nimfach skończywszy zbiór owych wyobrażeń wydaje się kompletny i na swój sposób zamknięty. Okazuje się jednak, że właśnie … wydaje, gdyż powyższy słownik wypadałoby rozszerzyć o kolejny, ściśle związany z tematyką naszej radosnej beletrystyki i zarazem stanowiący kolejną pomonachijską wspominkę artefakt. Mowa bowiem o bułgarskich kolumnach Sirens, których właśnie w systemie Thraxa na ostatnim High Endzie można było posłuchać. O ile jednak, przynajmniej do tej pory, Rumen Artarski zdążył przyzwyczaić nas do dość pokaźnych zespołów głośnikowych (daleko nie szukając bazujący na modelu Lyra duet Lyra & Basus), to w tym roku postawił na stylistykę slim-fit nie tylko serwując ww. Lyrom smukłe, pasywne moduły basowe Hades (widoczne w naszej relacji), lecz i rozszerzył portfolio o będące bohaterem zbiorowym niniejszej epistoły filigranowe monitorki Sirens.

Z premedytacją w ostatnim zdaniu użyłem zdrobnienia, gdyż o ile Lyry, zarówno z racji swej postury, jak i pełnopasmowości bezdyskusyjnie zasługiwały i nadal zasługują na miano monitorów, to zredukowane do rozmiarów 21x34x34 cm (S x G x W) Sireny śmiało możemy uznać za uroczy przejaw miniaturyzacji. Krótko mówiąc dzięki zaokrąglonym krawędziom, satynowo wykończonym aluminiowym ścianom przednim i tylnym, oraz otuleniu pozostałych płaszczyzn, również aluminiowych korpusów elegancką skórą śmiało możemy mówić o iście „gabinetowej” elegancji. W dodatku bułgarskie maluchy oparto na 6,5” Duńskich mid-wooferach Purifi Audio i customowych niemieckich (BMS) pierścieniowych kompresyjnych tweeterach ukrytych wewnątrz eliptycznych tubek. Nieco bardziej technicznie prezentują się plecy, gdzie marginesy krawędzi gęsto usiano łbami torxów, w górnej części umieszczono delikatnie wyprofilowane ujście kanału bas-refleks a w dolnej pojedyncze, acz świetne, tajwańskie terminale głośnikowe Aeco.

Zgodnie z zapewnieniami producenta redukcja gabarytów, w porównaniu do starszego rodzeństwa, została okupiona w Sirenach jedynie 3dB spadkiem skuteczności – do 87db, co przy 4Ω impedancji nie powinno stanowić większego problemu nawet dla niezbyt muskularnych lampowców. Wspominam jednak o tym jedynie mimochodem, gdyż jak na powyższych zdjęciach doskonale widać dziwnym zbiegiem okoliczności takowym nie dysponowaliśmy a w roli dyżurnej amplifikacji wykorzystaliśmy redakcyjnego Apexa. I jak deklaracje wytwórcy wypadły w starciu z szarą i brutalną rzeczywistością? Powiem szczerze, że zaskakująco blisko prawdy. Może bez takiego dysonansu pomiędzy wolumenem dźwięku i zejściem basu a posturą kolumn, jak w przypadku np. maluchów Boenicke, jednak śmiało możemy mówić o dużym dźwięku z małych kolumn. To jednak nie wszystko, gdyż zamiast mogącego się pojawić w takich sytuacjach pewnego wysilenia i jeśli nie ewidentnego parcia na szkło / grania pod publiczkę, to przynajmniej pewnej wyczynowości, nadrzędny okazał się iście stoicki spokój i nazwijmy to umownie niezobowiązująca swoboda. Thraxy postawiły bowiem na koherentność i zaskakujące połączenie rozdzielczości z muzykalnością. O ile ze zdefiniowaniem pierwszej cechy nikt raczej nie powinien mieć problemów, to już zespolenie dwóch pozostałych pojęć wymaga pewnego doprecyzowania, gdyż z reguły mamy do czynienia z sytuacją albo/albo a nie to i to. A w Sirensach, zgodnie z logiką parakonsystentną udało się ów pozornie sprzeczny dualizm osiągnąć. Mamy bowiem, nawet w gęsto zaaranżowanym i dynamicznym materiale, jak daleko nie szukając „S&M2”  Metallici, nie tylko pełen wgląd w nagranie, czyli głębię i szerokość samej sceny, o otaczającej nas publiczności nawet nie wspominając, lecz również w pełni naturalną lokalizację wszystkich uczestników spektaklu z gradacją planów włącznie. Dziwne? Na pewno nie powszechne. W dodatku, co warte podkreślenia, kluczowa jest w tym momencie wspomniana naturalność, gdyż zamiast przypominającej tryb demonstracyjny współczesnych odbiorników TV 4 i 8K hiperdetaliczności mamy świetnie zdefiniowane bryły i współrzędne poszczególnych muzyków, lecz, co nie dla wszystkich oczywiste, bez takich „audiofilskich smaczków” jak splot wełny z jakiej skrojono marynarkę waltornisty, bądź ilość warstw lakieru do paznokci jakie położyła sobie przed koncertem skrzypaczka. Jeśli kogoś w tym momencie rozczarowałem, to bardzo mi przykro, ale wszystkich miłośników dzielenia włosa na czworo i rozbijania każdego dźwięku na atomy zmuszony jestem zachęcić do dalszych poszukiwań, gdyż tutaj takich walorów nie znajdą.
Skoro jesteśmy przy dość ciężkim i wysokokalorycznym repertuarze nie sposób nie wspomnieć, iż tytułowe Thraxy świetnie sprawdzając się jako generatory niezobowiązującego pod względem dawek serwowanych decybeli tła muzycznego równie odważnie zapuszczają się w rejony iście koncertowych poziomów głośności, co biorąc pod uwagę ich posturę i zbliżoną do 40m² powierzchnię naszego OPOS-a jasno daje do zrozumienia, że w 20-25 metrowych pokojach z powodzeniem mogą urywać słuchaczom tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Oczywiście musi być spełniony warunek odpowiednio wydajnego wzmocnienia, ale to na tyle oczywiste kryterium, że jeśli nie wszyscy, to przynajmniej większość zainteresowanych będzie miała je na uwadze. O ile jednak bazujące w znaczącej części na naturalnym instrumentarium wydawnictwo Mety niezaprzeczalnie ma w sobie pewną nutkę wysublimowania i elegancji, to już „The Call Of The Wolves” Dark Embrace jest klasyczną surową i brutalną galopadą jeźdźców apokalipsy pozostawiających po sobie jedynie spaloną, wyjałowioną ziemię i dymiące zgliszcza. Tutaj już nikt jeńców brać nie zamierza a poziom agresji tak partii wokalnych, jak i warstwy instrumentalnej potrafi wywołać stany lękowe nawet u najtwardszych zawodników na dzielni. Tymczasem Syrenki jak gdyby nigdy nic już od pierwszych taktów „Memories”  zaczęły wtłaczać w nasze płonące uszy iście kakofoniczną mieszankę gitarowych riffów, ekstatycznych blastów (fenomenalny, znany z m.in. z Dimmu Borgir, King Diamond, Mercyful Fate, Therion multiinstrumentalista Snowy Shaw) i groźnych porykiwań jedynie chwilami tonowanych przez klawisze i nieśmiałe orkiestracje ze swobodą i stoickim spokojem jakby to był jakiś niezobowiązujący muzak leniwie plumkający w hotelowym lobby. Proszę tylko źle mnie nie zrozumieć. Tu nie chodzi o to, że reprodukowany materiał został pozbawiony dynamiki i energii, lecz wręcz przeciwnie. Ładunek energetyczny był wręcz porażający i wgniatający w fotel, jednak owa ściana dźwięku po pierwsze pozbawiona była kompresji a po drugie nie wywoływała nawet najmniejszych oznak zadyszki samych kolumn. Bas charakteryzował się świetnym timingiem i zróżnicowaniem a góra pomimo ogromu serwowanych informacji nawet nie zbliżyła się do granicy ofensywności. Najważniejsze jednak, że oba skraje niezwykle logicznie i płynnie – bezszwowo łączyła średnica. Oczywiście przesiadka na „dyskretnie” stojące po bokach 11-ki Gaudera nader boleśnie pokazała, że jak to w życiu bywa „duży może więcej”, jednak jak to mawiał klasyk „Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb”, więc trudno mieć w tym momencie do Thraxów jakiekolwiek pretensje.
Z drugiego krańca muzycznych doznań minimalistyczny a zarazem niepokojący „The Alias Sessions” ukrywającego się pod pseudonimem Murcof niejakiego Fernando Corony nader dobitnie pokazuje, że i w tzw. grze ciszą Sirensy czują się jak ryba w wodzie. Powolne, niespieszne wybrzmienia, oniryczne szumy i trzaski przywodzące na myśl dokonujące swego żywota podstacje elektryczne określane przez znawców mianem minimal techno, niespodziewanie odzywające się z zupełnie niezwiązanych z kolumnami zakątków pokoju budują niezwykle wciągający, dystopijny spektakl. Co ciekawe, pomimo tego, że większość zapisanych w materiale źródłowym dźwięków jest może nie tyle niezdefiniowana, co pozbawiona ściśle określonych i prowadzonych choćby grubą i miękką kreską konturów nie mamy poczucia zagubienia i lewitacji w gęstej i lepkiej czerni. Ot prezentacja ewoluuje z klasycznej precyzji do nieco impresjonistycznego porządku rzeczy, gdzie poszczególne źródła pozorne egzystując ze sobą niejako na siebie zachodzą i przenikają. A i jeszcze jedno, o czego z pewnością zdążyli się Państwo domyślić a ja przez wrodzone roztargnienie byłbym pominął, czyli właściwa niewielkim konstrukcjom podstawkowym i w 100% obecna w tym wypadku zdolność natychmiastowego znikania i dematerializacji, co skutkuje tylko tym, że zostajemy sam na sam z muzyką.

W ramach finalnego podsumowania napiszę tylko tyle, że jeśli dysponują Państwo maksymalnie dwudziestokilkumetrowym pokojem i czy to z racji własnych preferencji, czy też „innych czynników zewnętrznych” Wasze zainteresowania krążą wokół niewielkich monitorów, choć serce i rozum podpowiadają, że przynajmniej pod względem skali i dynamiki rozsądniej byłoby wybrać jakieś podłogówki, posłuchajcie najpierw Thraxów Sirens. Ot tak, nawet z czystej ciekawości. Ustawcie je jakieś 100 -150 cm od tylnej ściany na solidnych standach, podłączcie pod solidny tranzystor, bądź mocną lampę i sami oceńcie, czy przypadkiem w tych niewielkich, niemalże gabinetowych monitorkach nie odnajdziecie wszystkiego, czego od dźwięku oczekujecie.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: RCM
Producent: Thrax
Cena: 10 950 €

Dane techniczne
Impedancja: 4Ω
Skuteczność: 87db/1m/2.83V
Pasmo przenoszenia: 36 – 20 000Hz
Moc max: 250W
Wymiary (S x G x W): 210 x 340 x 340 mm
Waga: 20kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Włoska, ręczna robota, własne – autorskie rozwiązania i intrygujący wygląd, to tylko część walorów, jakie oferują niewielkie podłogówki Ubsound Multico ML68.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Skoro „mała czarna” ani myśli wyjść z mody, to i wśród kolumn warto sięgać po podobnie minimalistyczne a zarazem intrygujące formy. Dlatego też z niekłamanym zainteresowaniem przygarnęliśmy pod swój dach przeurocze i zarazem kruczoczarne kolumny podstawkowe ELAC Concentro S 503.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Artesania Audio Exoteryc

Wszyscy śledzący nasze recenzenckie perypetie znakomicie orientują się, iż z akcesoriami stabilizującymi komponenty audio spotykamy się stosunkowo często. Bez specjalnego zamyślenia jestem w stanie przywołać choćby ostatnio publikowany test słowackich platform NEO Quatron Reference, nieco wcześniej amerykańskich stóp Synergistic Research Mig, czy polskich spod znaku Graphite Audio. Wiemy, że to bardzo istotny element konfiguracji systemów generujących dźwięk, dlatego gdy spotkanie z czymś takim zasugeruje czy to rodzimy producent, czy któryś z dystrybutorów zagranicznych myśli technicznych, nigdy nie odmawiamy. Powód? Banalny, bowiem opisanie naszych spotkań z tego typu zabawkami potencjalnemu zainteresowanemu daje pewien pogląd na ewentualnie wyniki prób u siebie, co w wielu przypadkach pozwala znacznie skrócić dobór odpowiedniego produktu. My się przy tym bawimy, Wam łatwiej jest dokonać wyboru i wszyscy są zadowoleni. Dlatego też miło jest mi zdradzić, iż w dzisiejszym podejściu po raz kolejny przyjrzymy się produktowi stabilizującemu zestaw audio, z tymi tylko dwoma różnicami, że zostało w pewien sposób wymuszone zmianą ustawienia mojej elektroniki – z uwagi na rozmiar ostatnio nabytej końcówki mocy – niebagatelny kloc musi stanąć na podłodze pomiędzy dwoma pionowymi wieżami i będzie to epistoła na temat pełnowymiarowego stolika audio. Zaskoczeni? Pytam, gdyż ludzie, ba nawet najbardziej zaawansowani melomani, takie rzeczy kupują oczami z końcowym dostrajaniem zdając się na wspominaną na początku „drobnicę”. Jeśli tak, to zapewniam, stolik to pełnoprawny atrybut akcesoryjny, co w planowanych czterech tego typu epizodach postaram się udowodnić. Takim to, zapewniam, iż dość przypadkowym sposobem na pierwszy ogień pójdzie pochodząca ze słonecznej Hiszpanii marka Artesania Audio z trójpółkowym modelem Exoteryc 3, dystrybucją której na naszym rynku zajmuje się łódzki Audiofast.

Gdy spojrzymy na rzeczony stolik, nawet przy pobieżnym kontakcie wzrokowym zrozumiemy, iż mamy do czynienia pozbawionym jakichkolwiek upiększaczy działaniem przeciwko szkodliwym dla systemów muzycznych nieubłaganym prawom fizyki. Oczywiście mam na myśli walkę z niechcianymi rezonansami, jednak w tym przypadku w ciekawy sposób pozbawioną maskowania wdrożonych w życie działań technicznych. Błąd? W moim odczuciu bynajmniej, bowiem gdy na pierwszy rzut oka owszem, design jest wyrazisty, to już po kilku dniach odbiór wizualny nabiera rumieńców. Gdzie zatem jest haczyk? Gdy przyjrzycie się dokładniej, natychmiast odkryjecie, że w znakomitym wykończeniu każdego z kilkudziesięciu półproduktów wzbogaconym dostępnością w produktu trzech kolorach – na życzenie (za dopłatą) srebrnym lub czarnym i standardowym grafitowym. Próbując przybliżyć budowę Exoteryc-a najistotniejszą informacją jest dwutorowość działań. Pierwszym jest oparcie wszelkich poczynań na połączonych poprzecznym stelażem czterech masywnych rurach. Zaś drugim zawieszenie konstrukcji nośnej dla elektroniki na odseparowanym od wspomnianych rur baryłkami z tworzywa sztucznego rur wewnętrznym koszu. To bardzo istotne, gdyż daje pewność dobrej stabilizacji układu na dedykowanym podłożu, by w drugiej kolejności odpowiednim uzbrojeniem umiejętnie izolowanego stelaża skupić się na clou programu, czyli ostatecznej walce z wibracjami. Co mam na myśli? Otóż dzięki odpowiednim kształtkom nośnym z okrągłymi poduszkami aplikowanymi bezpośrednio pod sprzęt możemy ostatecznie dostrajać szafkę do potrzeb naszego zestawu. Oczywiście piję do widniejącego na fotografiach z unboxingu zestawu tuningowego opartego o stelaże z włókna węglowego zamiast stali i uzbrojone w drewniane stopy zamiast poduszki z miękkiego tworzywa. W pierwszej chwili myślałem, że to jest przerost formy nad treścią, jednak po próbie na czas testu zostawiłem mariaż stalowych poprzeczek nośnych z czopami z drewna, co dało efekt przyjemnego nasycenia dźwięku z jednoczesnym ostrzejszym rysunkiem źródeł pozornych. Zapewniam, to naprawdę słychać. I co najciekawsze, nie na poziomie percepcji.
Skoro temat szczególików z grubsza mamy za sobą, dalszymi ważnymi działaniami producenta na rzecz naszego zadowolenia są również dostarczane w standardzie półsferyczne stopy pod kolumny nośne z wsadami do wyboru z gumy i sztucznego tworzywa oraz dziecinnie łatwa możliwość regulacji prześwitu pomiędzy półkami. Wieńcząc akapit o budowie stolika dodam jeszcze, iż na czas logistyki przy pomocy czterech wkręcanych w odpowiednim miejscu śrub jest stabilizowany do monolitu – proces rozpakowania jest banalny i dodatkowo pokazany na filmiku zamieszczonym na stronie dystrybutora i pakowany na pół-paletę ubraną w kartonowy garnitur.

Czym odwdzięczył mi się tak usadowiony zestaw? Przyznam szczerze, że wyniku trochę się obawiałem. Powodem tego stanu ducha była oczywiście wielokrotność odseparowywania współpracujących ze sobą podzespołów. Nie raz byłem świadkiem przesady w tego typu działaniach kończących się spowolnieniem dźwięku i utratą konturu przekazu, dlatego byłem rad, że nic takiego nie miało miejsca. Powiem więcej. Prezentowane na wirtualnej scenie wydarzenia muzyczne nie tylko nie odeszły od lubianego przeze mnie nasycenia przekazu, ale przy tym nie straciły na agresji i chyba najważniejsze, nadal cechowały je mocne, w pełni kontrolowane i wielobarwne zejścia do czeluści Hadesu. To bardzo ważne, gdyż częstym efektem ubocznym zmian układu stabilizującego zestaw audio – przypominam o spowodowanej roszadami w moim torze przesiadce na innego producenta stoików – jest na pierwszy rzut ucha przyjemne podkolorowanie lub czasem zebranie się w sobie dźwięku, gdy tymczasem w końcowym rozliczeniu takie przeniesienie środka ciężkości dźwięku może okazać się kulą u nogi. Owszem, bywa, że tego oczekujemy, jednak moim celem było utrzymanie wypracowanego przez lata efektu muzyki kapiącej esencją, cechującej się odpowiednią szybkością narastania sygnału i swobodnie schodzącą do piekieł. I właśnie taki efekt Hiszpanom udało się uzyskać. Konsensus pomiędzy atakiem, energią i czarem słuchanych płyt jasno dawały do zrozumienia, że choć momentami we wcześniejszej konfiguracji pewne aspekty mój system prezentował inaczej, to główny nurt projekcji był bliźniaczy. Na tyle podobny, że z lenistwa mogłem pozostać w takiej konfiguracji do końca testu. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował wycisnąć z tego antywibracyjnego ustroju czegoś więcej. Tym bardziej, że dostałem niedawno wdrożony do oferty pakiet tuningowy. Jak wspominałem, zmiany opiewały na zastąpienie stalowych stelaży nośnych dla stopek włóknem węglowym i w samych miseczkach pod elektronikę – u mnie pod półki, gdyż źródło i zewnętrzne zegary wymagały platform – miękkiej pianki drewnianymi krążkami. Po zastosowaniu kompletu stało się jasne, że inżynierowie poczynili krok ku upiększaniu świata muzyki. Stała się bardziej soczysta, płynniejsza i esencjonalna, co z automatu działało jak woda na młyn muzyce dla duszy typu twórczość Claudio Monteverdiego, czy wszelkiego rodzaju damska lub męska wokalistyka. Nic tylko pławić się w cechującej takie sposób projekcji erotyce. Niestety efektem ubocznym – spokojnie z łatwością łatwym do neutralizacji – było minimalne spowolnienie dźwięku. Nie dramatyczne zbliżenie się do prędkości przemieszczania się żółwia, jednak w rockowych nurtach słychać było zbyt dużą zawartość cukru w cukrze. Ale spokojnie. Temat zmiany opisanego zajścia był dziecinnie łatwy do prze-aranżowania, gdyż kolejnym działaniem testowym było zastosowanie miseczek z drewienkiem na stelażach ze stali. To już opisywałem. Muzyka nieco bardziej czarowała – coś na kształt tego co miałem wcześniej, jednak znacznie lepiej oddawała prawdę o czytelności źródeł pozornych. Niby drobiazg, jednak jeśli zderzamy się z efektem większej czytelności, a tym samym rozdzielczości bez jakiegokolwiek efektu przerysowania, bez dwóch zdań można powiedzieć, że jest lepsze. Nie dlatego, że jest jaśniejsze, czy szczuplejsze, a bardziej rozdzielcze. Rozdzielczości w dobrze zestrojonym systemie nigdy za wiele, dlatego gdy udało mi się osiągnąć tak świetny wynik, więcej roszad nie robiłem. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej muszę szczerze przyznać, ze byłem trochę ograniczony. Czym? Już wspominałem. Oczywiście przymusem zastosowania platform, które z automatu wyeliminowały zastosowanie stolika w wersji bezpośredniego, według producenta dedykowanego stawiania komponentów audio na półkolistych poduszkach. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż dzięki temu zainteresowani zmianami mebelka dla swojej układanki wiedząc jak dobrze i łatwo w temacie ostatecznego strojenia sprawuje się przy połowicznym wykorzystaniu możliwości, z pewnością sprawdzą go od przysłowiowej podszewki.

Próbując spuentować powyższy opis możliwości formowania dźwięku na hiszpańskim stoliku nie mogę wygłosić innej opinii, niż bardzo pozytywnej. Po pierwsze – już w standardzie umie zachować najważniejsze cechy dobrej prezentacji w stylu odpowiednia waga, szybkość i rozmach wydarzeń scenicznych. Po drugie – ma bardzo dużo opcji oddziaływania na elektronikę – trzy rodzaje firmowych półek, dodatkowe stelaże lub wykorzystanie w wersji stawiania zabawek sauté. Po trzecie – pozwala regulować rozstaw półek pomiędzy sobą. A po czwarte – wbrew pierwszemu skojarzeniu po serii fotograficznej, po kontakcie wzrokowym na żywo, właśnie dzięki wyeksponowaniu jego skomplikowania technicznego wizerunkowo staje się czymś naprawdę nie tylko ładnym, ale również ciekawym. Czy to jest produkt dla każdego? Cóż, jeśli pokazująca wiele wcieleń dźwięku, opisana aplikacyjna tyrada do Was nie przemawia, kupcie sobie szafkę z paździerza w Ikei. Jednak ostrzegam, nie dość, ze odetniecie się od możliwości dostrojenia mebla do swoich potrzeb, to dodatkowo muzyka najzwyczajniej w świecie umrze.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Artesania Audio
Ceny
EXOTERYC 3 level rack: 28 650
EXOTERYC AIRE platform: 19 420 zł
EXOTERYC additional frame (no damper): 3 840 zł
Linear arm Cabrbon fiber (2 szt.): 6 750 zł
Beech wood Isolation disks (4 szt.): 1 300 zł
Beech wood Isolation disks (8 szt.): 2 480 zł
Beech wood Isolation disks (12 szt.): 3 310 zł

Dane techniczne
Waga stolika: 50 kg
Maximum wspierane przez strukturę podwieszaną: 150 kg
Wspierana waga dodatkowa: 300 kg
Specjalna platforma gramofonowa:45 kg
Maksymalna waga gramofonu: 150 kg
Wymiary stolika
– Wysokość całkowita: 73 cm
– Dystans wewnętrzny pomiędzy kolumnami: 55 cm
– Dystans zewnętrzny pomiędzy kolumnami: 67 cm
– Głębokość całkowita: 52 cm
-Wysokość przestrzeni dostępnej dla urządzeń: 46 cm
Dostępne kolory dla każdego poziomu: Srebrny/dopłata, Grafitowy, Czarny/dopłata