Monthly Archives: wrzesień 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Alta Audio Alec

Opinia 1

Nie ma co się oszukiwać. Nasz rynek audio choć bardzo chłonny ciekawych nowości, w znakomitej większości zdominowany jest przez starych wyjadaczy tego wycinka gospodarki. I nie ma znaczenia, czy przez rodzimych, czy zagranicznych producentów, gdyż najgorsza dla potencjalnego zainteresowanego zmianami w swoim systemie jest sztampowość od lat niezmiennej oferty. Oferty bez dopływu świeżej konstruktorskiej krwi z jednej strony na dłuższą metę nudnej, a z drugiej zniechęcającej nas do dążenia do poprawy jakości obcowania z ukochaną muzyką. Na szczęście co jakiś czas na rynku pojawiają się sygnalizujące powiew zmian ciekawostki. Raz lepsze, a raz średnie, ale ważne, że w temacie wkraczania nowych producenckich podmiotów na nasz rynek widać ruch. Nie jest to jeszcze tak zwana wiosna ludów, ale ważne, że coś się dzieje. A pierwszym z brzegu tego przykładem jest dzisiejszy bohater, jakim jest pochodząca zza oceanu amerykańska marka Alta Audio, która dzięki warszawskiemu dystrybutorowi Hi-End Distribution wystawiła do recenzenckiego boju zestaw kolumn podłogowych Alta Audio Alec.

Analizując aparycję amerykańskich panien gołym okiem widać, iż nie są to proste nudne skrzynki, tylko gruntownie przemyślane konstrukcje. Co mam na myśli? Otóż poczynając od górnej, lekko łukowatej górnej powierzchni obudowy, patrząc en face ich boczne ścianki płynnie rozchodzą się na boki, co z jednej strony tworzy ciekawą stylistycznie, dzięki zwiększeniu umiejscowienia punktów podparcia, dobrze osadzoną na podłożu bryłę, zaś z drugiej znakomicie sprawdza się w walce ze szkodliwymi falami stojącymi wewnątrz obudowy. A gdy do tego dodam znakomicie wyglądający lakier Piano Black, tylko potwierdzę opinię o nietuzinkowości pomysłu na ten model kolumn. Kolumn wyposażonych w dwa przetworniki z lubianą przez wielu melomanów za podanie wielu istotnych informacji wstęgą w roli wysokotonówki na froncie, port bass-reflex tuż nad podłogą na rewersie oraz zaraz nad nim podwojoną sekcję zacisków dla przewodów głośnikowych. Tak prezentujące się paczki docelowo stawiamy na wkręcanych kolcach i zabezpieczających podłogę przed uszkodzeniem stosownych podkładkach. Jeśli chodzi o garść technikaliów, w przypadku Alec-ów mamy do czynienia z konstrukcją dwudrożną o skuteczności 93 dB przy obciążeniu 4 Ohm, zapewniającą pasmo przenoszenia w zakresie 32 Hz – 47 kHz.

Co mają do zaproponowania rzeczone kolumny? Ku mojej uciesze bardzo esencjonalny, a przy tym bogaty w tak ważne dla pokazania clou muzyki informacyjne iskierki, a przez to pełen emocji dźwięk. To zaś oznacza solidny, jednak bez „gumowatości” bas, gęstą, przy okazji pełną informacji średnicę oraz odpowiednio okraszające całość przekazu, co bardzo istotne, dalekie od podążania swoimi ścieżkami wysokie tony. Dzięki temu dobrze ustawione względem słuchacza są w stanie bezwarunkowo wciągnąć nas w malowany w pokoju świat muzyki nie tylko za sprawą pokazania go od strony bliskiej naturalności plastyki i namacalności, ale również realnym rozstawieniem scenicznych bytów na szerokiej i głębokiej wirtualnej scenie. Oczywistym jest, że wspomniany pakiet esencji sprawia, iż nie są demonami szybkości w stylu kolumn tubowych, jednak dzięki unikaniu zbytniego osadzania dźwięku w masie stawiają na bardzo ciekawy barwowo-energetyczny kompromis. Na tyle umiejętnie dobrany, że ani razu nie udało mi się złapać ich na ewidentnych potknięciach, za to często w roli ratunku danej produkcji płytowej.
Weźmy na początek zmagania niegdyś rockowego frontmena znakomitej kapeli, a obecnie zapraszającego do swoich produkcji ikonicznych muzyków, solisty Ozzy’ego Osbornue’a z ostatniej płyty „Patient Number 9”. Od pierwszych dźwięków słychać na niej bolesną kompresję instrumentarium z wokalizą włącznie, co biorąc pod uwagę dorobek artysty na tle radości obcowania z najnowszą produkcją może mieć drugorzędne znaczenie, jednak wszystko wyglądałoby znacznie fajniej, gdyby mix udało się ucywilizować. Oczywiście nie czyniąc go nudnym jednostajnym ulepkiem, tylko umiejętnie podkreślając istotę każdego bytu szczyptą barwy i gładkości. I właśnie takie działania miałem na myśli pisząc o pewnego rodzaju zbawiennej ingerencji kolumn Alta Audio w finalne brzmienie zestawu podczas słuchania tego niezbyt szczęśliwie zrealizowanego materiału. Zyskiwała moc głosu i bardzo istotne dla tego rodzaju nurtu muzycznego, teraz znacznie bardziej esencjonalne gitarowe popisy. Bez tego w przekazie nie byłoby tylu emocji, a dzięki sznytowi grania amerykańskich paczek znacznie łatwiej można było całkowicie zatracić się w najnowszym, konsekwentnie mocnym rockowo projekcie Ozzy’ego.
Nieco inaczej, jednak nadal w estetyce dobrego wpływu odwdzięczała się muzyka jazzowa, klasyczna i barokowa. Oczywiście za każdym razem główną zasługą wpięcia kolumn w testowy tor było podkręcanie emocji przy użyciu zastrzyku esencji, ale w tym przypadku również wspominanych na początku opisu brzmienia jako bardzo ciekawe iskierek w górnych rejestrach. O co chodzi w temacie podnoszenia poziomu barwy i wagi dźwięku nie będę się uzewnętrzniał, jednak w temacie górnego zakresu już owszem. A to dlatego, że Alec-i nie forsowały jego nadmiernej ekspansji w całościowy odbiór muzyki, tylko w odpowiednim momencie serwowały ważną dla danej frazy bajkową iskierkę jako przysłowiową kropkę nad „i”. To natomiast powodowało ewidentny wzrost karmienia słuchacza poszukiwanym przez melomanów nienachalnym, ale nie oszukujmy się, odbieranym jako końcowe doprawienie dźwięku, akcentowaniem jego wybrzmiewania. Niby banał, jednak w pewnych gatunkach muzycznych clou utożsamiania się z zamierzeniami artystów. Przecież każde spotkanie z ukochaną muzyką powinno być swoistą przygodą, o co jak wynika z powyższych przykładów, nasze bohaterki starały się w kontakcie z dosłownie każdym jej rodzajem.
A co z elektroniką? Spokojnie. W tym przypadku też znalazłem będący proza naszego hobby, pewnego rodzaju pozytyw w postaci delikatnej zmiany okablowania. To w domenie natychmiastowości i bezwarunkowości niszczenia mojego słuchu nadal nie była zemstą Boga, jednakże muzyka zyskała na zrywności. Nadal ze szczyptą opartego o ciepło brzmienia piękna, ale wyraźne bliższa oczekiwaniom potencjalnego wielbiciela komputerowych wariacji.

Czy powyższy opis świadczy o pełnoprawnym poleceniu tytułowych kolumn każdemu melomanowi? Jak to w życiu bywa niestety nie. Jednak po zapoznaniu się z ich brzmieniem jest pewne, że owe „nie” będzie skierowane do naprawę małej grupy naszych pobratymców. Chodzi o poszukiwaczy prędkości narastania sygnału i natychmiastowości zmian tempa muzyki za cenę jej namacalności. Tego Alec-i nie zaproponują. Ale tylko dlatego, że w kodzie DNA mają wpisaną niezbędną do oddania masy dźwięku energię, fajną barwę i umiejętnie dozowane doświetlanie akcentów poszczególnych fraz. Bez tego na dłuższą metę wielu z nas z nudów nie wytrzyma. Dlatego jeśli naprawdę kochacie muzykę, powinniście spróbować jej w wersji Altec Audio Alec. Czy zostaną na stałe, pewności nie ma. Ale przygoda z nimi bez dwóch zdań zapisze się w Waszej pamięci jako jedna z wartych każdej poświęconej im minuty.

Jacek Pazio

Opinia 2

O ile w domenie cyfrowej zachodzących zmian trudno nie zauważyć, gdyż nie dość, że dzieją się one na naszych oczach, to jeszcze realnie wpływają na naszą codzienność, czy to poprzez możliwość rezygnacji z odrębnych aplikacji na rzecz natywnych rozwiązań poszczególnych serwisów stramingowych, czy też pełnej dowolności jeśli o sam sposób streamingu chodzi – łączność bezprzewodowa już od dawna przestała być najsłabszym ogniwem, na coraz bardziej zaawansowanych rozwiązaniach dostępnych już na niemalże podstawowych pułapach cenowych, jak daleko nie szukając praktycznie uniezależnienie brzmienia słuchawek true wireless od źródła, to w przypadku kolumn mamy pewną stagnację. Niby zmieniają się materiały z jakich wykonywane są membrany i same obudowy, jednak zasada działania i poniekąd będąca pochodną prostopadłościennej skrzynki obudowa pozostają niezmienne. A jakoś przecież klienta przekonać trzeba, że to właśnie my posiedliśmy wiedzę tajemną jak idealna kolumna grać powinna. Dlatego też większość producentów dwoi się i troi, by zwrócić uwagę nabywców autorskimi rozwiązaniami, które choć trudno uznać za rewolucyjne i wykraczające poza jasno ustalone ramy wydają się słuszną metodą małych kroczków na drodze do eliminacji ewentualnych ograniczeń ostatnich ogniw naszych systemów audio. W związku z powyższym z nieukrywanym zainteresowaniem przystaliśmy na propozycję stołecznego Hi-End Distribution aby pochylić się nad kolumnami pochodzącymi od nie tyle kojarzonego z mainstreamem, co wręcz zupełnie u nas nieznanego amerykańskiego wytwórcy, czyli mającej swoją siedzibę w Huntington (New York) manufaktury Alta Audio. Proszę się jednak na zapas nie martwić, gdyż pomimo rodowodu zza wielkiej wody naszym dzisiejszym bohaterkom daleko do iście gargantuicznych rozmiarów kojarzonych w wyrobami Made in USA. Ba Alta Audio Alec, bo to właśnie o nich mowa, wydają się wręcz idealnie skrojone do europejskich a więc jakby nie patrzeć również naszych metraży. Jeśli zastanawiacie się Państwo czym tytułowe podłogówki mogą skłonić do ich zakupu nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury.

Ja wiem, że mogę brzmieć jak zdarta płyta, jednak ilekroć uzgadniam kwestie dostaw „wsadu” do naszych około-recenzenckich dywagacji każdorazowo zachęcam dystrybutorów i producentów do przygotowywania w przypadku elektroniki egzemplarzy możliwie najlepiej wyposażonych a kolumn w jak najbardziej atrakcyjnym fornirowaniu. Nie dość bowiem, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, to jeszcze asekuracyjne czernie i biele niezbyt łapią za oko. Tymczasem nader często właśnie takie „monochromatyczne” sztuki do nas docierają. Tak też było i tym razem, co przyjęliśmy z lekkim smutkiem, gdyż Alty zamiast pyszniąc się szlachetnym rysunkiem palisandru, bądź spokojnym beżem buka w ww. fortepianowej czerni optycznie znikają, stając się lekko bezkształtnymi „barbapapami”. Mówi się jednak trudno, więc zamiast marudzić i kręcić nosem pozwolę sobie przejść do konkretów. I tak, jak widać zarówno w sesji unboxingowej, jak i powyższej galerii Alec-i są zaskakująco filigranowymi dwudrożnymi podłogówkami o intrygujących, zwężających się ku górze i tam delikatnie zaokrąglonych korpusach. Na ich frontach ulokowano po parze wielce intrygujących autorskich przetworników – 5¾’’ wstęgę o szerokości połowy cala i 8¾’’ nisko-średniotowiec. O samej wstędze trudno cokolwiek więcej powiedzieć aniżeli to, że posiada neodymowe magnesy i przystosowano ją do pracy z wysokimi mocami, z kolei mid-woofer posiada odlewany kosz i membranę wykonaną z kevlaru, papieru i specjalnej mieszanki włókien a w jego centrum umieszczono solidny korektor fazy. Rzut oka na ścianę tylną nie przynosi większych sensacji, ot pozornie zwykłe ujście układu bas-refleks i tuż nad nim podwójne solidne terminale głośnikowe. To wszystko jednak pozory, gdyż Michael Levy – właściciel i główny konstruktor Alta Audio zamiast wspomnianego układu BR zastosował w Alecach własną wariację nt. linii transmisyjnej zapewniającą pełną spójność czasową z drajwerem zamontowanym na froncie. A właśnie – obudowy wykonano z MDF-u z wyjątkiem właśnie frontów, które to są wielowarstwowymi płytami DampHard a całość posadowiono na masywnych kolcach. Od strony elektrycznej Alec-i nie wydają się zbyt trudnym obciążeniem, gdyż wysoka – 93 dB skuteczność przy 4Ω impedancji mogłyby wręcz sugerować ukłon w kierunku posiadaczy słabowitych lampowców. Jednak nic z tego mili Państwo, gdyż zalecana dla nich moc wzmacniacza to 50-150W i patrząc na to, jak i z czym Alty czy to na prezentacjach, czy domowych systemach są spinane zdecydowanie rozsądniej jest operować w górnych wartościach owego zakresu, bądź nawet je przekraczać fundując niepozornym kolumienkom solidną spawarkę.
I jeszcze jedno – producent zaleca przynajmniej 200h okres akomodacyjny potrzebny, aby dostarczone z fabryki kolumny osiągnęły pełnię swoich możliwości. Jaki był przebieg dostarczonych egzemplarzy niestety nie zostaliśmy poinformowani, więc przez kilka pierwszych dni po prostu pozwalaliśmy Altom niezobowiązująco sobie plumkać w tle, kiedy to zajmowaliśmy się działaniami natury logistyczno-spedycyjnej, sesjami zdjęciowymi, czy montowaliśmy kolejny stolik.

Kiedy jednak okres ochronny minął bardzo szybko okazało się, że pomimo dość nikczemnej postury Aleci grają z typowo amerykańskim rozmachem i swobodą w ślepym teście spokojnie mogąc uchodzić za zdecydowanie większe konstrukcje. Zamiast jednak sztucznego rozdmuchiwania tak sceny, jak i źródeł pozornych nasze bohaterki stawiają na swobodę i naturalność bazującą na zachowaniu zarówno właściwych proporcji, jak i skali adekwatnej do reprodukowanego składu. Nie problem bowiem sprawić, by jazzowe trio na „Gling-Gló” Björk z Tríó Guðmundar Ingólfssonar onieśmielało swym majestatem niczym Mount Rushmore National Memorial, co czasem próbują osiągnąć prezenterzy podczas audiofilskich prezentacji, jednak cały myk polega na tym, aby każdy z instrumentów miał właściwe sobie miejsce i gabaryt, czyli na scenie królował fortepian, kontrabas nie skrobał po suficie a zestaw perkusyjny nie przypominał iście kosmicznej instalacji Tama Black & Silver Monster Mike’a Portnoy’a. Tu chodzi bowiem o flow i stawianie na jakość a nie ilość generowanych dźwięków, przede wszystkim akompaniament a nie wybijanie się przed samą wokalistkę. Oczywiście, gdy tego wymaga chwila można pozwolić sobie na niezobowiązujące solo, ale bez przesady – w końcu każdy zna swoje miejsce. A amerykańskie kolumny ów porządek tylko podkreślały z niezwykłym taktem i wysublimowaniem oddając każdy niuans i każdą frazę. Co istotne pomimo wspomnianej swobody i dynamiki to nie bas skupiał na sobie uwagę a przeciwległy skraj pasma, gdyż takiego połączenia rozdzielczości z czystością i gładkością dawno nie dane mi było słyszeć. Zaimplementowane w Alec-ach wstęgi po prostu były klasą samą dla siebie i dostarczając pełne spektrum informacji o nawet najlżejszym muśnięciu blach, bądź karkołomnych wokalizach Björk ani razu nie popadały w zbytnią twardość, czy ofensywność. W swej perfekcji przypominały nieco najwyższych lotów słuchawki planarne, które pokazując dosłownie wszystko, co zostało zapisane w materiale źródłowym jednocześnie pozostają po nieco ciemniejszej stronie mocy i mówiąc wprost po prostu nie krzyczą i nie ranią. Podobnie średnica – jakby podzakres za nią odpowiedzialny był niefiltrowany, nie przechodził przez zwrotnicę, lecz bezpośrednio z terminali głośnikowych biegł do przetworników a z nich już prosta droga do uszu słuchacza. Coś podobnego można usłyszeć również z najlepszych odgród, a czego po niewielkich, konwencjonalnych podłogówkach raczej się nie spodziewałem.
Z kolei, kiedy ów wspomniany przed dosłownie chwilą Mike z ferajną, znaczy się z Dream Theater, kiedy jeszcze się z nimi prowadzał, rozpoczyna swą opowieść na „Black Clouds & Silver Linings” przysłowiowa ściana dźwięku ma się pojawiać przed słuchaczem niczym Wielki Mur Chiński przed barbarzyńcami i Mongołami ostrzącymi sobie zęby na chińskie bogactwa. I pojawia się, jednak nie jako nudny, wylany z betonu monolit (vide zapora Hoovera) a mistrzowsko zaprojektowane dzieło architektoniczne w stylu „koronkowej” Alhambry ze wszystkimi właściwymi mu niuansami. Solówki Johna Petrucciego wydają się utkane z ciekłego metalu, iście epicki wokal Jamesa LaBrie wreszcie nie brzmi jakby większość dzieciństwa spędził jeżdżąc po schodach na niewygodnym rowerku w przyciasnych stringach a klawisze Jordana Rudessa co i rusz przypominają klasykę gatunku w stylu Deep Purtple i im podobnych gigantów. Jest progresywnie, wirtuozersko i piekielnie technicznie, jednak płynnie i muzykalnie, choć mam świadomość, że dla niektórych to krążek wtórny, ocierający się o autoplagiat i składający się z popisów w stylu kto zagra szybciej, gęściej i mocniej. Niemniej jednak właśnie na takim prog-metalowym poligonie wykładają się największe legendy czy to kolumnowe, czy wzmacniaczowe a tymczasem napędzane Gryphonem Mephisto Aleci ani przez moment nie traciły animuszu grając tak jakby od tego miały zależeć losy współczesnego świata. Oczywiście praw fizyki nie da się oszukać, więc do dyskretnie stojących po bokach Gauderów „nieco” Altom brakowało, lecz jak na dwudrożne maluchy to co pokazały i tak zasługuje na gromkie brawa.

No i namieszały Alta Audio Alec w moim prywatnym rankingu, bo po pierwsze one nie wyglądają na takie, które potrafią zatrząść pokojem podczas reprodukcji Dreamów. A to robią. Po drugie ich wstęgom zdecydowanie bliżej klasą brzmienia do topowych planarów a tym samym zostawiają za sobą większość konwencjonalnych czy to miękkich, czy twardych kopułek, a po trzecie budzą moje w pełni uzasadnione obawy co do tego, co jest w stanie pokazać ich starsze rodzeństwo. Warto bowiem pamiętać, iż Alec to praktycznie najmniejsze podłogówki w portfolio Alta Audio a powyżej mamy nie tylko nieco większe, już trójdrożne, Adam-y, lecz już mogące konkurować z Wilsonami Titanium Hestie i monstrualne Reference Tower.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID TECH HYBRID
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Hi-End Distribution
Producent: Alta Audio
Ceny: 58 695 PLN (Piano Black); 62 895 PLN (Rosewood HG, Beech HG)

Dane techniczne
Czułość: 93 dB/2,83 V @
Pasmo przenoszenia: 32Hz do 47kHz
Impedancja: 4Ω
Sugerowana moc wzmacniacza: 50 – 150 W
Wymiary (W x S x G): 1 028,7 x 381 x 361,95 mm
Waga: 34 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Wprowadzone po raz pierwszy na rynek w 2016 roku, słuchawki Utopia firmy Focal stały się niemal ikoną wśród najlepszych słuchawek na świecie. Pracując nieustannie nad ulepszaniem produktu, francuska marka z wyjątkowym savoir-faire w dziedzinie akustyki, nadała swojemu kultowemu już produktowi nowy design, dodając jednocześnie ulepszenia akustyczne (nowa membrana, grill w kształcie litery „M” wewnątrz nauszników…). Wszystkie ekskluzywne, wysokiej klasy technologie, które sprawiają, że słuchawki Utopia odniosły tak wielki sukces, są nadal obecne w tej nowej edycji, kontynuując dostarczanie sensacyjnych doświadczeń słuchowych do Twojego domu z jeszcze większym wyrafinowaniem i elegancją.

NOWY WYGLĄD, ZMIENIONA KONSTRUKCJA
Design nowej Utopii to połączenie komfortu i estetyki. Czerpiąc z estetyki najnowszych słuchawek hi-fi Focal z otwartych (Clear Mg) i zamkniętych (Stellia i Celestee), kratka o strukturze plastra miodu zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz nauszników nadaje unikalny i niebanalny wygląd.
Oprócz swoich czarnych chromowanych pierścieni – teraz przymocowanych od wewnątrz celem uzyskania doskonałego wyglądu – słuchawki te wprowadzają nowe elementy designerskie, które będą również stosowane w przyszłych produktach Utopia firmy Focal. Wśród nich, „Yin & Yang” umieszczony na zewnętrznej obudowie symbolizuje idealną równowagę pomiędzy designem i technologią, uosabianą przez te wysokiej klasy, francuskie słuchawki, jak również czarno-czerwoną podwójną kratkę na elemencie głośnika.

NAJLEPSZE TECHNOLOGIE FOCAL
Kontynuując dążenie do doskonałości w swoich kreacjach i rozpoczynając nowy rozdział w historii tych ikonicznych słuchawek, inżynierowie Focal zdecydowali się na nową membranę wykonaną z miedzi – aby poprawić niezawodność – i aluminium, aby była bardziej lekka. Ten stop zapewnia odmłodzoną sygnaturę dźwiękową, która nadaje jeszcze większą neutralność, z mocnym basem i bardziej łagodnymi tonami wysokimi. Co więcej, maskownice wewnątrz nauszników mają teraz kształt litery M, podążając za krzywiznami głośników, aby zapewnić lepszą liniowość i jeszcze większą precyzję.
Oprócz tych innowacji, nowe słuchawki Utopia nadal zawierają wszystko to, co sprawiło, że pierwsze edycje odniosły taki sukces, jak pełnozakresowe przetworniki głośnikowe z czystego berylu, kopułki w kształcie litery 'M’ i bycie w pełni otwartym dla uderzająco realnego odsłuchu pełnego neutralności, dynamiki i przejrzystości. Ekskluzywne dla Focal, opatentowane przetworniki głośnikowe pracują z zerową aktywną lub pasywną korekcją, od 5 Hz do ponad 50 kHz. Słuchawki wydają się całkowicie znikać, pozostawiając reprodukcję sygnału audio, która jest niezrównana w swojej czystości.

MATERIAŁY PREMIUM DEDYKOWANE DLA DŹWIĘKU I KOMFORTU
Utopia jest wykonana z najwyższej jakości, wyrafinowanych materiałów. Kute jarzmo, wykonane z karbonu pochodzącego z recyclingu, stanowi elegancki akcent, jednocześnie sprawiając, że słuchawki są lżejsze i bardziej równomiernie rozkładają swoją wagę. Pałąk z prawdziwej skóry i perforowane nauszniki z pianki z pamięcią kształtu – również oprawione w skórę – zapewniają niezrównany komfort i miękkość. I wreszcie, wyjątkowe słuchawki zasługują na akcesoria z najwyższej półki: Utopia jest dostarczana w opakowaniu ze sztucznej skóry z czarnym materiałowym termoformowanym futerałem i dwoma kablami wysokiej wierności (3m i 1,5m) do korzystania ze słuchawek w domu ze wzmacniaczem lub w podróży ze złączami Lemo® i adapterem Jack.

Produkt dostępny od września 2022, cena detaliczna brutto: 23 999 PLN

Dane techniczne
Typ: nauszne, otwarte
Impedancja: 80 Ohmów
Czułość: 104 dB SPL / 1 mW @ 1 kHz
THD: <0,2% @ 1 kHz / 100 dB SPL
Pasmo przenoszenia: 5Hz – 50 kHz
Zastosowane przetworniki: 19/16″ (40mm) czysty beryl, kształt membrany 'M’
Waga: 490g
Przewody w zestawie:
• 1 kabel 1,5 m z 1 x 1/8″ (3,5 mm) asymetryczne złącze TRS Jack i 2 x Lemo®
• 1 kabel 3 m z 1 x symetryczny 4 punktowy XLR i 2 złącza Lemo®
• 1 x adapter Jack 1/8″ (3,5 mm) – 1/4″ (6,35 mm)

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po pełnowymiarowych streamerach RS150 i RS150B oraz futurystycznej integrze RA180 przyszła pora na nieco bardziej kompaktową propozycję HiFi Rose – streamer RS250.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Matrix Audio X-Sabre 3

Opinia 1

Czasy gdy raz zdobyta rynkowa pozycja pozwalała na niespieszne okopanie się a następnie beztroskie odcinanie kuponów minęły bezpowrotnie. Ba, nawet mając ugruntowaną renomę, bogate portfolio i liczne grono wydawać by się mogło wiernych akolitów okazuje się, że iście mordercza konkurencja nie tylko nie śpi i nadrabia zaległości, lecz jej szeregi co i rusz zasilają nowe zastępy spragnionych krwi „młodych wilczków”. Dochodzi wręcz do dość intrygujących sytuacji, gdy starzy wyjadacze mniej bądź bardziej oficjalnie dążą do jako takiej stabilizacji i zachowania status quo, natomiast wkraczający na rynek nowi gracze bez większych sentymentów niejako na dzień dobry atakują poziom zazwyczaj zarezerwowany dla plemiennej starszyzny i bezpardonowo rozpychają się łokciami. Szczególnie wyraźnie widać to np. w segmencie wszelakiej maści streamerów, gdzie tak prawdę powiedziawszy nie wiadomo skąd i kiedy spodziewać się ataku jakiegoś przyczajonego tygrysa, bądź ukrytego smoka. Weźmy na ten przykład pod lupę chińską markę Matrix Audio, która pomimo ponad dwudziestoletniego stażu jakoś niespecjalnie mogła kojarzyć się szerszemu gronu odbiorców jako równorzędny sparingpartner dla operujących w domenie cyfrowej urządzeń Auralica, Linna, Lumina, czy Naima. A tymczasem … okazuje się, że ekipa Matrix Electronic Technology Co., LTD postanowiła nieco podnieść ciśnienie konkurencji i wprowadziła na rynek wielce intrygujący streaming-DAC X-Sabre 3. W rezultacie powyższych działań zaczęły do nas napływać na tyle pozytywne reakcje odbiorców, iż nie mogliśmy pozostać na nie obojętni a tym samym, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – stołecznego MiP postanowiliśmy własnousznie przekonać się co w trawie piszczy i wziąć tytułowego delikwenta na redakcyjny tapet.

Jak już prezentowaliśmy podczas unboxingu Matrix Audio X-Sabre 3 dociera do końcowego odbiorcy w dyskretnej, czarnej,, kartonowej walizeczce i pomimo niepozornej postury już przy pierwszym kontakcie wzbudza zaufanie. Monolityczny, anodowany na czarno (dostępna jest również srebrna wersja) aluminiowy korpus, lekko wypukły, przywodzący na myśl design NuPrime’a front z centralnie umieszczonym okrągłym wyświetlaczem OLED wysokiej rozdzielczości, do którego pozwolę sobie za chwilę wrócić, dotykowymi piktogramami – z lewej włącznika, przyciemniania/rozjaśniania iluminacji, selektora źródła, wyciszenia a z prawej wyboru filtra (dedykowane dla PCM i DSD), SYNC mode (wybór trybu pracy przetwornika – synchroniczny/asynchroniczny) i menu. Po obu stronach „magicznego oczka” ulokowano jeszcze po „strzałce” pełniącej rolę regulacji głośności, oraz pozwalającej na nawigację po menu etc., a sam wyświetlacz sugeruję traktować z lekkim przymrużeniem oka, gdyż o ile poziom głośności da się z niego bez większych problemów mniej więcej ocenić, to już z racji średnicy mniejszej aniżeli tarcze większości dostępnych na rynku smartfonów pozostałe informacje, o prezentowanych okładkach odtwarzanych albumów nawet nie wspominając, są z odległości większej aniżeli metr zupełnie nieczytelne. Płytę górną zdobi elegancka tafla czernionego szkła z firmowym logotypem. Z kolei ściana tylna, choć ograniczona zaledwie do 31 cm szerokości samego urządzenia oferuje wszystko, co tak naprawdę większości odbiorców do szczęścia może być potrzebne. Do wyboru mamy wyjścia w standardzie RCA i XLR, przy czym w menu ustawiamy, czy chcemy, żeby były regulowane, czy stałopoziomowe, sekcję wejść cyfrowych z obsługującymi natywnie DSD 22,4 MHz i PCM do 768kHz portami I²S LVDS (HDMI) i USB (dodatkowo wspierający 24Bit/384kHz MQA/ MQA Studio), oraz już operujące w standardowych rozdzielczościach wejścia optyczne i koakasjalne. Nie mogło też zabraknąć łącza Ethernet, przelotki triggera i trójbolcowego gniazda zasilającego IEC. Oczywiście możliwa jest też komunikacja bezprzewodowa – stosowną antenę ukryto pod szklaną płyta górną.
Od strony funkcjonalnej mamy zatem do czynienia z wielce uniwersalnym Streaming DAC-iem mogącym z powodzeniem pracować bezpośrednio z końcówką mocy, co też w ramach testów uczyniłem. I jeszcze jeden drobiazg. Otóż choć sam producent nie raczył był zaoferować do X-Sabre 3 dedykowanej aplikacji umożliwiającej jego sterowanie a z pewnością nie wszyscy jego nabywcy zdecydują się na dodatkowe koszty związane z zakupem Roona spieszę donieść, iż Matrix-a z powodzeniem da się nakarmić strumieniem muzycznym bezpośrednio z natywnych aplikacji serwisów streamingowych. Wspiera on bowiem zarówno Tidal i Spotify w wersjach Connect, jak i Apple’owskie Air-Play. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by spróbować również alternatywnej dla Roona i przy okazji zauważalnie tańszej Audirvāny Studio, z którą to nasz uroczy gość bez najmniejszego problemu świetnie się dogaduje. Na wyposażeniu znajduje się również poręczny pilot.
Jak już zdążyłem wspomnieć korpus Matrixa wykonano z jednego bloku aluminium, dzięki czemu już na starcie ma zapewnioną odpowiednią sztywność a dodatkowo można było wewnątrz wykonać stosowne, odrębne komory dla sekcji zasilającej, gdzie miłym zaskoczeniem jest widok klasycznego 33VA toroidu Noratela współpracującego z ulokowaną nieopodal – tuż za ścianą, sekcji interfejsów cyfrowych, baterią szesnastu 1 000 µF kondensatorów Nichicona i odseparowanej nie tylko mechanicznie, lecz również i galwanicznie sekcji z wyjściami analogowymi i układem przetwornika – w tym wypadku Sabre ES9038PRO wraz z precyzyjnym zegarem Crystek CCHD-950. Dostarczane do Matrixa sygnały cyfrowe trafiają najpierw na stół duetu XMOS + FPGA, w których to dokonywana jest również transkrypcja MQA. Stopień wyjściowy jest zaskakująco dopracowany, bowiem nie tylko oparto go na niskoszumnych wzmacniaczach operacyjnych lecz sekcja dedykowana XLR-om jest zbalansowana a RCA dysponuje własnymi układami.

Choć dostarczony na testy egzemplarz miał na swoim koncie całkiem słuszny przebieg zanim przystąpiłem do krytycznych odsłuchów dałem mu kilka dni na akomodację. Co prawda rzucając od czasu do czasu uchem, ale głównie starając się traktować go jako generator niezobowiązującego tła muzycznego. Ot mało angażujący repertuar, niezbyt absorbujące poziomy głośności, czyli takie „hotelowe plumkanko” i skupienie się raczej na ergonomii zamiast walorach sonicznych. Jednak kiedy okres ochronny miął wystarczyły pierwsze takty „Riders on the Storm” The Doors, by pobłażliwy uśmieszek momentalnie zszedł mi z twarzy a jego miejsce zajęło autentyczne zaciekawienie zabarwione lekką nutką … konsternacji. No bo jak to? Przesiadłem się w końcu z dzielonego, w dodatku lampowego źródła na niepozornego, do szpiku kości krzemowego i zintegrowanego „naleśnika” a oferowanego przez niego dźwięku nie sposób było oceniać jako lepszy/gorszy a jedynie … inny. Zaskoczeni? Jeśli tak, to co ja mam powiedzieć? Przechodząc jednak do konkretów uczciwie trzeba przyznać, że choć lampowego wysycenia i niezwykle trudnej do podrobienia koherencji 35-ki w Matrixie raczej nie uświadczymy, to już pod względem efektów przestrzennych, precyzji ogniskowania źródeł pozornych, rozdzielczości i gładkość dźwięku nasz dzisiejszy gość nie ma się czego wstydzić. Odgłos nachodzącej burzy został umieszczony hen, w głębi sceny a z kolei sam opad atmosferyczny był niemalże na wyciągnięcie ręki. I jeszcze ten melancholijny wokal Morrisona. Ciary gwarantowane. Warto jednak zwrócić uwagę również na inne, niekoniecznie oczywiste detale, jak barwę i konsystencję klawiszy Manzarka, które akurat na „L.A.Woman” mają właściwą sobie masę, czy zaskakująco mało anachroniczne, jak na 1971 r., brzmienie perkusji Johna Densmore’a – ze szczególnym uwzględnieniem blach. Co w nich takiego niezwykłego? Cóż, na pozór nic, jednak to właśnie na Matrixie słychać, że zamiast jednostajnie cykać mają one i body i blask a sama długość ich wygasania zależy od sytuacji. Ich partie niosą ze sobą odpowiedni pakiet informacji i choć kąsają nasze zmysły na równi z nieco przybrudzoną gitarą Robby’ego Kriegera, to ani razu nie przekraczają cienkiej czerwonej linii zbytniej ofensywności. Jednak dla pewności sięgnąłem jeszcze po „The Sick, The Dying… And The Dead!” Megadeth, gdzie tempa są zauważalnie szybsze, złożoność kompozycji bardziej kłopotliwa i generalnie wszystko dzieje się z nieco większą werwą. I? I również w thrashowych klimatach Matrix czuł się jak ryba w wodzie. Skrzypiąco-chrypiący Mustaine, gitarowe galopady i wgniatające w fotel perkusyjne „gradobicia” miały odpowiednią energię i cechowały się oczekiwaną agresją a co bardzo ważne zgrabnie oscylowały wokół idealnej wręcz równowagi tonalnej. Czyli z jednej strony nie sposób zarzucić im było zbytniej jazgotliwości i osuszenia a z drugiej chiński przetwornik nie próbował asekuracyjnie obniżać tonacji i dodawać całości ponadnormatywnej masy. Przypominał wręcz swym działaniem moją dyżurna końcówkę Brystona 4B³, która też nie jest skora do grania czegoś, czego de facto w materiale źródłowym nie ma. Dlatego też jeśli ktoś spodziewał się iście infradźwiękowych tąpnięć tam, gdzie odzywała się „zwykła” perkusyjna stopa, to bardzo mi przykro, ale X-Sabre 3 tego nie zagwarantuje. Zamiast tego pokaże odpowiednią mięsistość wspomnianej stopy, piekielnie szybkie przebiegi po reszcie „garów” i niemiłosiernie smagane blachy, o głębokiej, złotej barwie i słodkawym finiszu.
A właśnie, skoro o słodyczy mowa, to nie sposób nie wspomnieć o tym, co Matrix wyczynia z wokalami w repertuarze, gdzie liczy się nawet najdelikatniejsza artykulacja a gra ciszą jest równie ważna jak orkiestrowe tutti. Sopran Fatmy Said na „Kaleidoscope” nie tylko poraża czystością i siłą emisji, lecz również zachwyca gładkością i zmysłowością. Nie ma w nim ani śladu drażniącej nasze zmysły szklistości, czy granulacji. Podobnie zdecydowanie bardziej chropawa Barb Jungr na „Walking in the Sun”, gdzie jej natywna matowość i szorstkość nie odbierały przyjemności odbioru a jedynie podkreślały autentyzm spektaklu i oryginalność samej artystki. W dodatku bez zbędnego wypychania jej przed szereg, czy wręcz pakowania słuchaczom na kolana. Przy okazji uwagę zwraca iście holograficzna trójwymiarowość sceny, naturalność pstrykania palcami na „Trouble in Mind” i kontrabas, który pełny i potężny cały czas trzymany jest w ryzach, więc zachowuje wzorową równowagę pomiędzy strunami a pudłem i nie dudni, jak to czasem ma w zwyczaju.

W ramach podsumowania napiszę tylko tyle, że Matrix Audio X-Sabre 3 szalenie miło mnie zaskoczył. Po pierwsze nad wyraz wyrafinowanym i dojrzałym brzmieniem bez tendencji grania pod publiczkę i usilnych prób zwrócenia na siebie uwagi, co bezdyskusyjnie dobrze rokuje na przyszłość. Po drugie jakością wykonania za którą konkurencja winszuje sobie po wielokroć więcej. Po trzecie całkowicie bezproblemową funkcjonalnością a poprzez scedowanie obsługi serwisów streamingowych na ich własne aplikacje brakiem konieczności instalowania kolejnej apki. I po czwarte zdolnością zastąpienia praktycznie trzech urządzeń – streamera, DAC-a i przedwzmacniacza, gdyż przynajmniej po XLR-ach wpięty bezpośrednio w końcówkę gra tak, że ze świecą szukać preampu w podobnej cenie, który nie zepsuje tego, co Matrix z siebie wypuszcza. Krótko mówiąc jest to urządzenie dla … wszystkich, którzy kierują się nie tylko rozsądkiem, lecz przede wszystkim własnym słuchem a do pełni szczęścia nie potrzebują ani potężnych katafalków, ani znanych „metek”. Chociaż z drugiej strony lada moment może się okazać, że Matrix Audio będzie wymieniany jednym tchem wraz z puki co nieco lepiej rozpoznawalną konkurencją.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem wręcz pewien, że jeśli bywacie na różnego rodzaju forach internetowych o tematyce audio, dość często spotykacie się z dość mocno zdewaluowanymi – nieaktualnymi teoriami spiskowymi. Naturalnie jak to zazwyczaj bywa, utożsamianie się z nimi zależy od punktu siedzenia, jednak nie da się zaprzeczyć, że na tle całości zagadnienia najwięcej negatywnych głosów nadal jest przeciw elektronice pochodzącej z państwa środka i bez względu jak to zabrzmi, wykorzystaniu w przetwornikach cyfrowo/analogowych kości SABRE. Powodów takiego postrzegania tych zagadnień jest wiele, jednak jak przed momentem pisałem, to w obecnych czasach mimo wyczuwalnych zmian, nadal jest trudna do oderwania łatka. Na szczęście wszystkiemu da się zaradzić, czego zadającym kłam obydwu tezom efektem jest co prawda skromny gabarytowo, ale za to wielki duchem DAC z funkcją streamera i przedwzmacniacza Matrix Audio X-Sabre 3, którego wizytę w naszych okowach zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi MiP.

Jak wspominałem, nasz bohater nie jest jakimś logistycznym dramatem. To niska, niezbyt szeroka i równie oszczędna w kwestii głębokości, designersko wykończona skrzynka na elektroniczne trzewia. Niewysoki front nie dość, że przyjemnym skosem odsuwa się od zasadniczej części obudowy, to dodatkowo został obdarowany schowanymi w poziomym, obłym na bokach, czernionym akrylu, pozwalającymi poruszać się po Menu sensorowymi manipulatorami i centralnie umieszczonym okrągłym wyświetlaczem. Co wbrew pozorom jest bardzo istotne, to jako konsekwencja realizacji założeń w temacie ciekawego wyglądu urządzenia, jego górna połać została pokryta czernionym, ku uciesze potencjalnych użytkowników nierysującym się podczas wycierania kurzu szkłem. Jeśli chodzi o tylny panel, ten spełniając obecne standardy proponuje nam zestaw wyjść liniowych RCA/XLR, komplet cyfrowych typu SPDiF, USB, HDMI (IIS) oraz Optical, terminal LAN, dwa gniazda Trigger IN/ON oraz gniazdo zasilania IEC. Naturalnie w celu pokazania szacunku do klienta producent dodał do kompletu pilota zdalnego sterowania. Jeśli chodzi o informacje dotyczące obsługiwanych formatów, nasz punkt zainteresowań pracuje dosłownie ze wszystkimi protokołami przesyłu danych, dlatego minimalizując ilość zbędnego tekstu po dokładne dane na ten temat z premedytacją zapraszam do zwyczajowej tabelko pod testem.

Jak wypadł Matrix Audio w starciu z przywołanymi we wstępniaku, często niesprawiedliwymi i o zgrozo niezbyt przychylnymi opiniami tego typu konstrukcji? Ku mojej uciesze zamienił oskarżenia w perzynę. Może nie był to poziom jakości mojego, nastawionego na esencję muzyki kompletnego źródła, jednak X-Sabre 3 zabrzmiał naprawdę dobrze i to nie tylko w domenie energii, ale ku mojemu zaskoczeniu wbrew przyklejanej użytej w tym DAC-a kości jako bezduszna, również fajnej barwy. Mało tego. Poziom wspomnianych aspektów regulowało się przy pomocy kilku dostępnych filtrów, co nie tylko pozwalało na dobranie wyniku sonicznego pod swoje preferencje, ale czasem ratowało słabo zrealizowane produkcje płytowe. Osobiście po kilku przełączeniach pozostałem przy filtrze nr.6. Jednak to wynikało z moich preferencji, a nie problemu z mniej zaangażowanymi barwowo opcjami, bowiem od startu na każdym z nich słychać było, że zaaplikowany w tym DAC-u przetwornik Sabre pokazuje palcem, iż sednem sprawy nie jest kość jako taka, a związane z nią peryferia.
Na początek w celu poznania się na urządzeniu użyłem samego przetwornika, co oznaczało karmienie go sygnałem z mojego CEC-a. To wbrew pozorom był istotny sparing, gdyż naturalnym kolejnym krokiem miało być przełączenie się na streamowanie muzyki przez wewnętrzny player. Jaki był efekt tych dwóch występów? Z moim Japończykiem oczywiście było lepiej. Dobre oddanie wagi dźwięku, jego konturu i co istotne swobody w nienachalnej projekcji powodowały, że każdej muzyki bez jakichkolwiek zmian w ustawieniach słuchałem ze wspomnianym filtrem 6. Czy to często słabo zrealizowany rock, będąca wulkanem energii i wyrazistości elektronika tudzież tak intymna dla mnie podczas obcowania z nią muzyka barokowa, wszystkie gatunki bez problemu pokazywały swoje dobre i złe strony. Mówiąc dobre, mam na myśli ich znaki szczególne w stylu energii rockowych gitar przykładowej grupy Metallica lub często wykrzyczanej wokalizy przez frontmena z AC/DC, sejsmicznych pomruków podczas słuchania produkcji formacji The Acid, czy choćby pokaz rzemiosła przy użyciu ostatnio nieczęsto używanej viola da gamby z portfolio Jordi Savalla. Natomiast złe w głównej mierze odnosiły się do nieporadności realizatorów. To jest prawdziwa zmora naszego podejścia do słuchania muzyki, ale nie ma co się oszukiwać, jeśli coś się kocha, przyjmuje się z całym dobrodziejstwem inwentarza i jeśli zdarzają się wpisane w dzieło wpadki, a mimo to kochamy ten materiał, dobrze jest wiedzieć, że są, co fajnie pokazywał nasz punkt zapalny spotkania. Oczywiście przy odrobinie chęci poprawienia procesu postprodukcyjnego mogłem co nieco podkręcić filtrami, ale zazwyczaj tego nie robię i w takim duchu postanowiłem przeprowadzić resztę suma summarum fajnie wypadający testu przetwornika.
Po przesiadce na wewnętrzny streamer również się nie zawiodłem. Oczywiście, każdy aspekt prezentacji uległ lekkiej transformacji, jednak nie odbiło się to czkawką typu natarczywość grania, bolesna utrata energii, czy nie daj Boże anoreksja. W mojej opinii wynikiem okazało się być jedynie lekkie podniesienie – nadal bez oznak krzyku – tonacji w górę, a to bezpośrednio przełożyło się na minimalne zmniejszenie esencji kreowanych źródeł pozornych na konsekwentnie dobrze rozbudowanej wirtualnej scenie. Stało się coś na kształt jakby wybrania pierwszego filtra, czyli bez zmiany ogólnej estetyki tylko przekaz zmienił status nasycenia. Ktoś raczy kręcić nosem? Spokojnie. Aby być obiektywnym trzeba wziąć pod uwagę wielokrotność ceny, a przez to jakości mojego jedynie transportu płyt CD w stosunku do pełnoprawnego źródła, jakim był Matrix X-Sabre 3. Zapewniam, że nikt takiego porównania urządzeń z różnych światów nie przeprowadzi, zatem jestem więcej niż przekonany, iż wspomnianej transformacji raczej nie zauważy. A jeśli nawet – mam na myśli już posiadane, gęsto grającego dawcę cyfrowego sygnału, temat łatwo da się rozwiązać albo oferowanymi w pakiecie filtrami, albo okablowaniem. Dla chcącego nic trudnego. Ważne, że tytułowy przedstawiciel zamiany zer i jedynek w muzykę będąc ciekawym urządzeniem już w opcji startowej, dawał szerokie spektrum działań dopinających ostateczny wynik dźwiękowy.

Czy dostarczony do zaopiniowania DAC z funkcją streamera się obronił? Bez naciągania faktów mimo pochodzenia z państwa w środkowej Azji i posiłkowania się w obróbce sygnału jedną z inkarnacji kontrowersyjnej kości przetwornika stwierdzam, że jak najbardziej tak. To bez dwóch zdań jest ciekawa oferta dla praktycznie każdego odbiorcy. Nie tylko z uwagi na fajne granie, ale w równoznacznym stopniu tak popularną obecnie wielozadaniowość i dodatkowo w pakiecie ciekawy design. A jeśli tak, to czegóż za te pieniądze chcieć więcej?

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: Solid Tech Hybrid
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: MiP / MatrixAudio.pl
Producent: Matrix Audio
Cena: 15 990 PLN

Dane techniczne
Procesor: NXP i.MX 6Quad 4x Cortex-A9 @1,2 GHz
Przetwornik D/A: ES9038PRO
Zegar: Crystek CCHD-950

Wejście cyfrowe
Koncentryczne i optyczne: PCM max .24Bit/192kHz; DSD (DoP) 2,8 MHz
I²S LVDS: PCM max 32Bit/768kHz; DSD (DoP) max. 11,2 MHz; DSD (natywnie) 22,4 MHz
USB Audio: PCM max 24Bit/768kHz; MQA max. 24Bit/384kHz MQA lub MQA Studio stream; DSD (DoP) 11,2 MHz; DSD (natywnie) 22,4 MHz
Wyjścia liniowe:
XLR
SNR: >-134dB
THD+N: <0,0010% @ 1k, <0,00025% @ 20Hz-20kHz
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz ±0.05-3dB @ 86kHz
Przesłuch międzykanałowy: >-151dB
Napięcie wyjściowe: 4.8V RMS @ 0dB
RCA
SNR: >-128dB
THD+N: <0,00015% @ 1k, <0,00025% @ 20Hz-20kHz
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz ±0.05-3dB @ 86kHz
Przesłuch międzykanałowy: >-138dB
Napięcie wyjściowe: 2.4V RMS @ 0dB

Łączność:
LAN: 10/100/1000Mb/s
WLAN: 2,4 GHz/5 GHz

MA Player Lite
Roon Ready:
PCM max, 24Bit/768kHz;
MQA max, 24Bit/384kHz MQA lub MQA Studio stream
DSD 2,8 MHz, 5,6 MHz, 11,2 MHz, 22,4 MHz
AirPlay 2: Specyfikacje audio zależą od usługodawcy
DLNA/UPnP: Specyfikacje audio zależą od usługodawcy
Tidal Connect: Specyfikacje audio zależą od usługodawcy
Spotify Connect: Specyfikacje audio zależą od usługodawcy
Pobór mocy: <4W (Standby); <33W (Max.)
Wymiary (S x G x W): 310 x 218 x 43 mm
Waga: 3,4 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Astell&Kern SP3000 A&Ultima to nowy flagowiec, na którego fani marki południowokoreańskiego producenta musieli czekać 2 lata. Wyposażony w przeprojektowany interfejs użytkownika, A&ultima SP3000 jest pierwszym na świecie przenośnym odtwarzaczem z obudową ze stali nierdzewnej 904L i najnowszymi, wysokowydajnymi obwodami audio.

Jak można się spodziewać po marce z wieloma nagrodami zarówno za design, jak i wydajność, SP3000 to wyjątkowe połączenie formy i funkcji, które na nowo definiuje to, co jest możliwe w przenośnym odtwarzaczu. Wykonany z tej samej wysokiej jakości stali nierdzewnej, uwielbianej przez luksusowych zegarmistrzów, jest obiektem piękna, które ma trwać.

A&ultima SP3000 wykorzystuje najnowsze technologie audio, aby zapewnić wysublimowaną wydajność muzyczną. To pierwszy na świecie cyfrowy odtwarzacz audio z niezależnym podwójnym obwodem audio – to całkowite oddzielenie zbalansowanego i niezbalansowanego wyjścia pozwala na najczystszą możliwą reprodukcję dźwięku. SP3000 jest również pierwszym, który używa nowego flagowego układu DAC AK4499EX firmy AKM (Asahi Kasei Microdevices Corporation), zastosowanego w innowacyjnej strukturze HEXA – Audio Circuitry, która oddziela przetwarzanie sygnału cyfrowego i analogowego.
Inne zalety to potężny procesor Qualcomm Snapdragon 6125 Octa-Core i obsługa bezprzewodowego przesyłania strumieniowego w wysokiej rozdzielczości aptX-HD i LDAC.

SP3000 może odtwarzać prawie wszystko, z obsługą wszystkich kluczowych formatów (w tym MQA, natywny DSD 512) oraz usługą przesyłania strumieniowego z serwisów online. Odtwarzacz jest również kompatybilny i przystosowany do współpracy z ROON.
Technologia ReplayGain zapewnia słuchanie na wybranym przez Ciebie poziomie głośności, bez irytujących skoków lub spadków głośności podczas poruszania się po utworach.

Radość z używania i słuchania
SP3000 sprawia przyjemność w użytkowaniu, a sterowanie pokrętłem w stylu zegarka łączy się z nowym wyświetlaczem o pełnej rozdzielczości 5,46 cala i interfejsem ekranowym nowej generacji – dzięki czemu łatwiej niż kiedykolwiek można znaleźć i cieszyć się ulubioną muzyką włączając w to usługi przesyłania strumieniowego.
Astell&Kern jest mistrzem w wybieraniu najlepszych komponentów audio i sprawianiu, by działały w urządzeniu przenośnym. Usłyszysz szczegóły i emocje w muzyce, o której istnieniu nie wiedziałeś – a ta niesamowita wydajność jest dostępna wszędzie, gdzie podróżujesz, a nie ogranicza się do Twojego salonu (chociaż SP3000 stanowi także znakomite centrum przesyłania strumieniowego dla głównego systemu hi-fi)

Luksusowa stal nierdzewna do zegarków
SP3000 jest dostępny w różnych wykończeniach kolorystycznych: czarnym i srebrnym, a jego korpus wykonany jest ze stali nierdzewnej 904L. Po raz pierwszy ten wysokiej jakości, fachowo wykonany metal został użyty w przenośnym odtwarzaczu. Niezwykle trwała i odporna na korozję, błyszcząca stal nierdzewna 904L jest metalem wybieranym przez luksusowe szwajcarskie marki zegarków.
Unikalna technologia zapewniająca bardziej autentyczny dźwięk
Unikalna technologia TERATON ALPHA firmy Astell&Kern została jeszcze bardziej udoskonalona dla SP3000. Zaprojektowana, aby odtwarzać dźwięk jak najbardziej zbliżony do oryginalne-go dźwięku. Łączy w sobie skuteczne usuwanie szumów, wydajne zarządzanie energią i niezachwiane wzmocnienie oraz w pełni przekonwertowany interfejs wyjściowy audio. Struktura HEXA DAC i niezależny podwójny obwód audio, zaimplementowane po raz pierwszy w SP3000, są połączone z rozwiązaniem dźwiękowym TERATON ALPHA, aby stworzyć niesamowicie autentyczny dźwięk.

Skórzane etui rzemieślnicze
SP3000 jest dostarczany z wysokiej jakości skórzanym etui, które chroni i podkreśla piękno korpusu ze stali nierdzewnej 904L. Etui jest produkowane przez firmę ALRAN, która od 1903 r. zajmuje się rzemiosłem skórzanym w Tarn we Francji i zaopatruje wiele wiodących i luksusowych marek.
Pokrowiec SP3000 został opracowany przy użyciu unikalnej technologii Hand-Boarding ALRAN, która przetwarza skórę poprzez pocieranie jej w różnych kierunkach za pomocą drewnianych desek, dzięki czemu można wyczuć teksturę powierzchni.

Astell&Kern A&ultima SP3000 trafi na rynek Polski w październiku 2022, cena sugerowana wynosi 20 500 PLN brutto. Sprzęt będzie można już w najbliższym czasie przetestować i zamówić w sieci sklepów HiFiPRO oraz MP3Store, a także w wybranych specjalistycznych sklepach audio.

Specyfikacja Techniczna
Model: SP3000
Kolor Obudowy: Czarny, Srebrny
Materiał Obudowy : Stal 904L
Wyświetlacz: 5.46in HD 1080 x 1920 dotykowy
Formaty Audio: WAV, FLAC, WMA, MP3, OGG, APE, AAC, ALAC, AIFF, DFF, DSF, MQA
Sample Rate: PCM : 8kHz ~ 768kHz (8/16/24/32bits per Sample)
DSD Native: DSD64(1bit 2.8MHz), Stereo / DSD128(1bit 5.6MHz), Stereo
DSD256(1bit 11.2MHz), Stereo / DSD512(1bit 22.4MHz), Stereo
Moc Wyjściowa: Niezbalansowane 3.3Vrms │ Zbalansowane 6.3Vrms (Condition No Load)
CPU: Octa-core
DAC: AK4191EQ x2 + AK4499EX x4 (Dual DAC x2)
Decoding: Wspiera odtwarzanie do 32bit/768kHz Bit-to-Bit
Wjścia: USB Type-C input (dla ładowania I połączenia PC&MAC)
Wyjcia: Niezbalansowane (3.5mm), Optyczne (3.5mm)
Zbalansowane (2.5mm, only 4-pole supported | 4.4m, only 5-pole support-ed)
Wi-Fi: 802.11 a/b/g/n/ac (2.4/5GHz)
Bluetooth: V5.0 (A2DP, AVRCP, Qualcomm® aptX™-HD, LDAC)
Wymiary: 82.4mm[W] x 139.4mm[H] x 18.3mm)[D]
Waga: 493g
Inne: Aktualizacja firmware (OTA)
Tempertura Pracy: 0℃ ~ + 40℃ (32℉~ 104℉)

Specyfikacje Audio:
Częstotliwości: ±0.017dB (Condition : 20Hz~20kHz) Unbalanced │ ±0.021dB (Condition : 20Hz~20kHz) Balanced
±0.022dB (Condition : 20Hz~70kHz) Unbalanced │ ±0.031dB (Condition : 20Hz~70kHz) Balanced
S/N: 126dB @ 1kHz, Unbalanced │ 130dB @ 1kHz, Balanced
Crosstalk: -136dB @ 1kHz, Unbalanced │ -145dB @ 1kHz, Balanced
THD+N: 0.0006% @ 1kHz, Unbalanced │ 0.0004% @ 1kHz, Balanced
IMD SMPTE: 0.0007% 800Hz 10kHz (4:1) Unbalanced │Balanced
Impedancja Wyjściowa: Niezbalansowane 3.5mm (0.7ohm) │ Zbalansowane Out 2.5mm (1.7ohm), 4.4mm (1.6ohm)
Clock Source
Clock Jitter: 25pS (Typ)
Reference Clock Jitter: 200 Femto Seconds
Pamięć
Wbudowana: 256GB [NAND]
Zewnętrzna: microSD x1 (Max. 1TB)
Bateria:
Pojemność: 5,050mAh 3.8V Li-Polymer
Czas ład.: ok. 35h (ładowanie QC3.0)
Czas pracy: Ok. 10h (Standard: FLAC, 16bit, 44.1kHz, Vol.80, LCD Off, Low Gain)

Dystrybutor: MIP
Strona produktowa: www.astellnkern.com

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Choć nic nie wskazywało, żeby zimny i deszczowy poniedziałek zwiastujący rychły koniec lata miał skończyć się jakimś optymistycznym akcentem ekipa Planety Dźwięku postanowiła zrobić nam  mega niespodziankę i dostarczyła imponujące, limitowane …  Klipsch Klipschorn AK6 75th Anniversary.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: ELAC Concentro S 503

Opinia 1

Nie da się ukryć, że tak jak w codziennym życiu jesteśmy skazani na pewnego rodzaju lepsze lub gorsze wybory, to niestety z podobnymi dylematami często mierzymy się w naszym związanym z audio hobby. Powodów jest wiele i nie będę się w wdawał w zbędne rozprawianie o nich, tylko zdecydowanym krokiem przejdę do wyniku owych decyzji. Chodzi mianowicie o czasem wymuszone statusem życiowym – konkretnie lokalowym, a czasem w pełni świadomie podjęte – mimo dysponowania wielkim salonem – zafundowanie sobie pozwalających obcować z muzyką kolumn podstawkowych. Można by powiedzieć, to wolny kraj i każdy robi co chce, jednak gdy się temu przyjrzeć dokładniej, temat wygląda nieco dziwnie. Otóż gdy do pierwszej grupy nic nie mam, bo łatwo jest ją zrozumieć, to nie oszukujmy się, w przypadku drugiej musi być jakiś – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – haczyk. Przecież taka decyzja już w teorii skazuje nas na pewnego rodzaju ograniczenia w projekcji pełnego spektrum pasma akustycznego z jego energią i zejściem w dolnych rejestrach w rolach głównych, to jaki jest sens pchania się w z góry wiadome problemy, gdy dysponujemy czy to niezbędną kubaturą, czy zasobami pieniężnymi na kolumny pełnopasmowe? Już zdradzam. Ba, nawet poprę to fajnym przykładem. Co ciekawe, przykładem, który do niedawna wydawał mi się być skazanym na bolesną porażkę, gdy tymczasem w niełatwym teście znakomicie pokazał, co skłania melomanów do postawienia sobie monitorów bez oglądania się na wyżej wymienione, dla wielu jednak problematyczne aspekty. O kim mowa? Pewnie Was zaskoczę, ale jeszcze kilka lat temu o kojarzonym jedynie z dobrym Hi-Fi, tymczasem obecnie mocno pukającym do przedsionka High Endu producencie z Niemiec – popularnym Elac-u, który dzięki Sieci Salonów Hi-Fi & Video Design za sprawą monitorów Elac Concentro S 503 dobitnie pokazał, na czym polega obcowanie z dobrymi kolumnami podstawkowymi.

Nie da się okryć, że nasze bohaterki to przedstawicielki konstrukcji monitorowych. To średniej wielkości, dzięki jakości wykończenia oraz zastosowanemu przez konstruktorów pomysłowi na walkę ze szkodliwymi falami stojącymi w obudowie, ciekawie wyglądające skrzynki. Co to oznacza? Po pierwsze – obudowy są wariacją prostopadłościanu z szerokim, bo dzierżącym głośniki frontem i za sprawą zbiegania się ku tyłowi ku sobie bocznych ścianek, znacznie węższymi od niego plecami. Zaś po drugie – w odbiorze wizerunkowym bardzo istotną rolę odgrywa lakier na bazie fortepianowej, czyli esencjonalnej głębi połyskującej czerni. A to nie koniec pozytywnych informacji, bowiem wbrew pozorom zgrubnie patrząc, zastosowane dwa przetworniki, tak naprawdę są trzema generatorami sygnału. Otóż oprócz zorientowanego na dolne basowca, w górnej części awersu mamy wariację przetwornika koaksjalnego, czyli w tym przypadku wstęgę otuloną membraną średniotonowca, co sprawia, że mamy do czynienia z nieczęsto spotykanymi w tej klasie monitorami trójdrożnymi. Wieńcząc opis budowy naszych bohaterek dla wieli z nas bardzo istotnym tematem jest zastosowanie wkomponowanego w tylną ściankę, pozwalającego na w miarę swobodną jak na tek niewielkie konstrukcje projekcję niskich rejestrów, portu bass-reflex oraz umożliwiającego połączenie w układzie bi-wiringu/ampingu zestawu podwójnych terminali kolumnowych. Jeśli chodzi o stricte użytkowe parametry elektryczne, temat opiewa na obciążenie na poziomie 87dB przy 4 Ohm-ach.

Gdy pisząc ten tekst sięgnąłem do poczynionych podczas odsłuchu notatek, pierwszym co wówczas zauważyłem, była zaskakująca jak na monitory równowaga prezentacji. Jednak nie w estetyce na dłuższą metę nudnej, pod-pompowanej wszechobecnym basem papki, tylko ku mojemu zaskoczeniu pełnej wielobarwności i radości kreowanej w moim pokoju muzyki. Co to oznacza? Dla mnie najważniejszymi, bo bardzo ciekawymi aspektami były: soczysty, bez popadania w zwalistość bas, pełna informacji, a przy tym dobrze osadzona w barwie średnica i w pierwszej chwili wypadająca dość żywo, na szczęście jedynie umiejętnie podkreślająca zawarte w niej najdrobniejsze niuanse góra pasma. Każdy zakres miał coś ciekawego do powiedzenia, a mimo to uważał, aby nadmiernie nie wyjść przed szereg. To zaś sprawiało, że przez cały czas swą kreatywnością muzyka niby od niechcenia, ale jednak podprogowo mnie do siebie przyciągała. Na tyle zjawiskowo, że ciężko było traktować ją jak zwyczajowe tło do beztroskiego spędzania czasu. Raz czarowała esencją prezentacji, innym razem świetnym rozplanowaniem wirtualnej sceny, a jeszcze innym wirtuozerskim pokazaniem pracy artystów. I gdy pierwsze dwa aspekty potrafi pokazać większość dobrze zaprojektowanych monitorów, to już z ostatnim punktem nie jest tak różowo. Oczywiście w moim odczuciu owa umiejętność to pokłosie opisanej, co istotne, utrzymanej w pełnej spójności żywiołowości każdego z podzakresów. Jak pisałem, każdy miał coś do powiedzenia, jednak zawsze znakomicie współpracował z sąsiednim, dzięki czemu słuchana muza kipiała radością. Naturalnie z adekwatną do możliwości energią, ale wziąwszy pod uwagę sił na zamiary, bez najmniejszych problemów kolumny radziły sobie nawet z ciężkim rockiem.
Przykładowy team AC/DC z płyty „Back In Black” nie dość, że nie szczędził mi fajnych, bo esencjonalnych pasaży będących ich znakiem rozpoznawczym gitar, to dodatkowo nie żałował esencji wrzaskliwej wokalizie i dość dosadnie w dobrym tego słowa znaczeniu kopał pracą bębniarza. Bez tych niby drobnych, jednak oddających cel spotkania się tej czwórki niuansów byłby to jeden nieciekawy muzyczny bełkot. Na szczęście dostarczone do testu Niemki nie dość, ze na tym nie poległy, to bardzo mnie zaciekawiły. A trzeba zaznaczyć, że przywołana kapela to mój młodzieńczy chrzest bojowy z tego typu muzą i bardzo boli mnie, gdy ze skonfigurowanego testowo zestawu wieje nudą. Czy to oznacza, że przy S 503 tracą sens kolumny podłogowe? Niestety nie. Ale nie oszukujmy się, jeśli z kompaktowych zestawów głośnikowych oczekujemy ściany dźwięku, nie jesteśmy nawet na poziomie elementarza audio. Jednak mniemam, iż studiując nasze perypetie testowe nawet początkujący adepci tej zabawy z grubsza wiedzą, o co w niej chodzi.
Nieco inaczej, czy wręcz lepiej Elac-i wypadły z muzyką nastawioną na kojenie duszy – twórczość barokowa i nerwicy – wszelkie odmiany jazz-u. To była wręcz woda na ich młyn, gdyż przy całym wyartykułowanym w poprzednim akapicie potencjale dźwiękowym do głosu dochodziły aspekty budowania nie tylko rozległej sceny, ale również czytelności jej wypełnienia i znakomitego wyłuskiwania najdrobniejszych niuansów z każdego pozornego źródła w sensie nie tylko energii wybrzmiewania, ale również zmiennej esencjonalności projekcji. W tej roli znakomicie sprawdzała się muzyka spod znaku Jordi Savalla „Monteverdi: L’Orfeo”, a także przykładowy RGG „Szymanowski”. W każdym z przypadków bez pokazania dosłownie każdego nawet najdrobniejszego szczególiku, często pojedynczego dźwięku muzyka pewnie zabrzmiałaby tylko fajnie. Jednak gdy kolumny zadbały o pokazanie pełni spektrum użytych w kompilacjach instrumentów, nie pozostawało mi nic innego do roboty, jak każdą włożona do CD-ka płytę, mimo wieloletniej znajomości materiału zaliczyć od deski do deski. Niestety nieczęsto to się zdarza, dlatego tym bardziej brawa dla niemieckich konstruktorów, że potrafili uwieść mnie swoimi maluchami.

Czy opisane kolumny podstawkowe są dobrą propozycją dla każdego melomana? Mam nadzieję, iż nie zdziwicie się, gdy z całą świadomością powiem – tak. A powiem dlatego, że to przecież propozycja, a nie przymus. Mało tego. Tym bardziej powinni posłuchać ich ci nastawieni na konstrukcje podłogowe. Po co? Choćby dla przekonania się, jak wygląda dobrze nie tylko rozciągnięta i zabudowana muzykami wirtualna scena, ale również jej poparta swobodą prezentacji najdrobniejszych artefaktów radość projekcji. Jeśli zrozumiecie, jak robią to fajne monitory, zapewniam, poprzeczka dla podłogówek w zbliżonym pułapie cenowym poszybuje na często jakościowo nieosiągalną wysokość. Jak widać, paradoksalnie moja zachęta jest pewnego rodzaju ostrzeżeniem. Jednak mam nadzieję, że zrozumieliście, iż tak sformułowane ostrzeżenie dla tytułowych monitorów Elac Concentro S 503 jest podstępnym potwierdzeniem ich świetności. Jaki cel ma taki wybieg? To jasne jak słońce. Wprost pochwały już pisałem i formułując puentę tego starcia najzwyczajniej w świecie nie chciałem się powtarzać.

Jacek Pazio

Opinia 2

Powoli dobijając do dekady naszej radosnej twórczości pod szyldem SoundRebels sukcesywnie, czyli z każdą kolejną recenzją zazwyczaj podświadomie utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że przynajmniej jeśli chodzi o wszem i wobec znane marki, czyli wiekowych stażem wytwórców o w pełni zasłużonym, iście ikonicznym statusie większość mamy generalnie „z głowy”. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, iż pewną część czy to z racji niemożności dogadania się z dystrybutorem, czy to po prostu braku dostępności w naszym zakątku globu i problemów natury logistycznej chciał nie chciał musimy sobie, przynajmniej na razie odpuścić, jednak na tle skali już opisanych ustrojstw ów odsetek powoli, bo powoli, ale jednak systematycznie malał. Czyli wszystko w jak najlepszym porządku, prawda? Otóż nie do końca, gdyż w momencie, gdy otrzymaliśmy zapytanie z Sieci Salonów Top HiFi & Video Design odnośnie gotowości wzięcia na tapet filigranowych podstawkowców ELAC Concentro S 503 nagle uświadomiliśmy sobie, że dziwnym zbiegiem okoliczności do tej pory żadnych ELAC-ów u siebie nie gościliśmy. Nie kryjąc w pełni zrozumiałego zakłopotania czym prędzej potwierdziliśmy pełną mobilizację i z nieukrywanym entuzjazmem pochyliliśmy się nad tytułowymi maluchami.

Pobieżny rzut oka na nasze dzisiejsze kruczoczarne, pokryte lakierem fortepianowym bohaterki mógłby wskazywać, iż mamy do czynienia z klasycznymi, dwudrożnymi monitorami uzbrojonymi w firmowy, będący rozwinięciem AMT, głośnik wysokotonowy JET 5 i nie mniej intrygujący 180 mm średnio – niskotonowy AS-XR o kanapkowej membranie strukturą przypominającej powierzchnię kryształu. I wszystko by się zgadzało, gdyby była to jedynie … półprawda, która co prawda jest lepsza od kłamstwa, jednak zostawia pewien niedosyt. Okazuje się bowiem, iż Niemcy dość perfidnie ukryli jeszcze jeden, średniotonowy drajwer i to bynajmniej nie wewnątrz delikatnie zwężającej się ku tyłowi obudowy, bądź na plecach, do których dosłownie za chwilę przejdziemy, lecz … wokół ww. wstęgowca. Tak, tak mili Państwo. Ten wyglądający jak tubka wykładnicza lejek jest niczym innym jak 130 mm połączeniem stożka celulozowego z aluminiową membraną, w którym cewka drgająca jest również bezpośrednio zespolona z membraną a całości przypisano symbol AS-XR AL. Cały układ charakteryzuje się dość akceptowalną 87 dB skutecznością i 4Ω impedancją, co poniekąd wpisuje się w rodową tradycję, gdyż odkąd sięgam pamięcią wysokie modele ELAC-ów, a bądź co bądź Concentro to top topów w niemieckim portfolio były i jak widać na załączonym obrazku nadal są łase na Waty i Ampery. A właśnie, pozwolę sobie w tym momencie na małą dygresję i nieśmiało tylko wspomnę, iż z niewiadomych powodów próżno szukać S 503 na dedykowanej ww. linii stronie producenta. Czyżby tytułowe podstawkowce były jakimś wstydliwym sekretem? Prawdę powiedziawszy nie sądzę, jednak dziwi fakt, że webmaster niespecjalnie dba o aktualność wizytówki marki. Tylna ścianka prezentuje się równie elegancko. W górnej części ulokowano wylot kanału bass refleks a poniżej podwójne, iście biżuteryjne terminale głośnikowe z solidnymi zworami.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu nieco zepsuję niespodziankę i już na wstępie zasygnalizuję, że 503-ki grają urzekająco pełnopasmowym, dynamicznym i zarazem wyrafinowanym dźwiękiem. W dodatku pomimo swej trójdrożności nawet na moment nie tracą koherencji, więc wszystkie podzakresy są ze sobą idealnie zespolone i ze świecą szukać punktów ich zszycia. Nie można też odmówić im rozmachu, co niejako z automatu predestynuje je do wielce sensownych zamienników niewielkich podłogówek. Na dowód tego posłużę się dość wymagającym a przy tym niezbyt często pojawiającym się na recenzenckich playlistach przykładem. Mowa o radosnej twórczości metalcore’owej australijskiej formacji Parkway Drive, która na jeszcze pachnącym tłocznią krążku „Darker Still” jeńców brać nie zamierza serwując słuchaczom istną kanonadę perkusyjnych uderzeń, którym w sukurs przychodzą ogniste riffy i wyrykiwane przez Winstona McCalla teksty. Krótko mówiąc dość problematyczna strawa, której większość wystawców na wszelakiej maści prezentacjach stara się unikać jak ognia. Tymczasem ELAC-i bez najmniejszej tremy i zadyszki z zaskakującą werwą i spontanicznością oddawały nawet najbardziej karkołomne spiętrzenia dźwięku i najgęstsze aranżacje. W dodatku bas przez cały czas cechował się wzorowym timingiem i kontrolą, której bardzo proszę nie mylić z osuszeniem, gdyż niczego takiego nie odnotowałem, średnica miała właściwą sobie soczystość a góra pasma była klasą sama dla siebie. I w tym momencie nie chodzi o zwykłe „cukrowanie” w ramach tzw. laurki, lecz łatwy do weryfikacji fakt, gdyż JET 5 oferuje ponadnormatywną rozdzielczość lecz bez nawet najmniejszych oznak wyostrzenia, czy ofensywności. Wysokie tony są dzięki temu czyste jak górski kryształ, chyba, że inaczej wymyślił sobie artysta, bo i z oddaniem natywnej ziarnistości materiału źródłowego małe Concentro nie mają najmniejszych problemów. Doskonale to słychać porównując bardziej liryczne fragmenty, z czystym wokalem z utworami, gdy wokalizy ocierają się niemalże o brutalny growl.
A właśnie, skoro o chropowatościach i szorstkościach mowa, to nie mogłem odmówić sobie przyjemności przesłuchania „Ella And Louis” Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga, gdzie nie tylko głos, ale i trąbka Satchmo dalekie są od jedwabistej gładkości. Jednak taki jest ich urok i jakiekolwiek spolerowanie śmiało moglibyśmy uznać za świętokradztwo, choć z drugiej strony zbytnia analityczność i podkreślanie sybilantów nieco psują nastrój. Tymczasem ELAC-i pozostając wiernymi oryginałowi oddawały pełna gamę gulgotów i chrypień, lecz bez wspomnianych przejaskrawień. O tak podstawowych drobiazgach jak permanentne znikanie ze sceny nawet nie warto wspominać, choć samej scenie kilka słów się należy. Bowiem 503-ki kreowały ją w sposób niezwykle wyważony i nienachalny. Nie przybliżały pierwszego planu, lecz umiejscawiały go mniej więcej na linii głośników, by pozostałe plany sukcesywnie budować w jej głębi. Zyskujemy dzięki temu przyjemny oddech i przestrzeń pozwalającym nie tylko artystom na swobodne ruchy, lecz również słuchaczom objąć zmysłami cały spektakl. O ile jednak przy niewielkich składach jak powyższy nie jest to jakieś karkołomne wyzwanie, to już przy wielkiej symfonice jak „Valentin Silvestrov: Requiem für Larissa” w wykonaniu Bavarian Radio Chorus i Munich Radio Orchestra pod batutą Andresa Mustonena owa kwestia nabiera kluczowego znaczenia, gdyż rozmycie, bądź ściśnięcie dalszych planów znacznie ogranicza wolumen reprodukowanych informacji. A tutaj takowej limitacji nie sposób uświadczyć. Jest za to właściwy rozbudowanemu aparatowi wykonawczemu rozmach, swoboda i dynamika.

W ramach podsumowania nie wypada mi napisać nic innego, jak tylko to, że udały się ELAC-owi Concentro S 503. Nie dość bowiem, że z powodzeniem nagłośnią nawet 20-25 metrowy salon, u nas grały w 38 m², to w dodatku nie boją się praktycznie żadnego repertuaru. Warto też nadmienić, iż z racji oferowanych walorów brzmieniowych śmiało mogą aspirować do miana pełnokrwistego High Endu. Aby jednak w pełni uwolnić drzemiący w nich potencjał warto po pierwsze zapewnić im odpowiednio wysokiej klasy i zarazem wydajną amplifikację a po drugie zainwestować w solidne standy. Z pomocą przychodzi oczywiście sam producent sugerując firmowe LS 100 o masie 9,5 kg i wymiarach 68,5 x 29,5 x 40 cm, jednak wybór tego typu akcesoriów na rynku jest na tyle szeroki, że spokojnie można sięgnąć po model spoza portfolio ELAC-a. Od siebie jeszcze tylko dodam, że próby aplikacji 503-ek na wszelakiej maści półkach i stolikach najdelikatniej rzecz ujmując na tyle degradują ich brzmienie, że jeśli tylko nie macie Państwo możliwości innego ustawienia spokojnie możecie wybrać któreś z niżej urodzonych podstawkowców (Vela VBS403, Solano BS283) zaoszczędzone środki przeznaczając na inne uciechy.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: Finite Elemente Pagode Master Reference Mk II
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Producent: ELAC
Cena: 33 998 PLN (para)

Dane techniczne
– Konstrukcja: 3-drożna; bas refleks
– Zastosowane przetworniki:
– basowy o średnicy 180 mm, AS-XR
– średniotonowy: 1 x 50 | 130 mm, AS-XR AL
– wysokotonowy: JET 5c
– Częstotliwości podziału zwrotnicy: 400 i 2600 Hz
– Moc znamionowa/muzyczna: 120/200 W
– Zalecana moc wzmacniacza: 60 – 500 W
– Czułość: 87 dB/2,83 V/m
– Impedancja nominalna: 4 Ω
– Wymiary (S x W x G): 225 x 400 x 372 mm
– Masa kolumny: 13,4 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak wieść gminna niesie, od kilkunastu tygodni zmagam się z dobraniem do swoich potrzeb odpowiedniego stolika pod elektronikę. Temat wyniknął dość przypadkowo po podjęciu decyzji zmiany ustawienia posiadanego systemu audio, więc skoro nadarzyła się okazja sprawdzenia kilku różnych opcji, nie omieszkałem dokonać stosownych ekwilibrystyk i po każdym starciu podzielić się z Wami zebranymi wnioskami. Takim to sposobem po ciekawej pochodzącej ze słonecznej Hiszpanii Artesanii, równie interesującym w kwestii walki ze szkodliwymi wibracjami, przybyłym zza naszej zachodniej granicy niemieckim Finite Elemente, przyszedł czas na coś od naszych południowych sąsiadów czyli słowacki NEO High End. Sąsiadów, których znakomicie znacie z takich produktów, jak niegdyś testowane przez nas kolumny Alpha, modułowy stolik Quattron, czy ostatnio pochodzące z flagowej linii platformy dedykowane końcówkom mocy Quattron Reference Power Amp Stand. Co tym razem wziąłem na tapet? Pozornie będzie to pewnego rodzaju powtórka z rozrywki, bowiem przyjrzymy się stolikowi właśnie z serii Quattron Reference. Jednak nie oszukujmy się, inne założenia co do planowanego obciążenia, przez to inne specyfikacje wykorzystanych do wykonania konstrukcji półproduktów sprawiają – mam na myśli grubość półek nośnych zmieniających układ rezonansowy zestawu. A jeśli tak, to jest prawie pewne, że nawet w momencie pewnych podobieństw sonicznych do platformy, końcowy wynik ewaluuje w nieco innym, przez to być może oczekiwanym czy to dla mnie, czy dla kogoś z Was kierunku. Interesujące? Jeśli tak, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić wszystkich na kilka akapitów o wyniku ustawienia mojej elektronicznej zbieraniny na flagowym stoliku Quattron Reference słowackiej marki Neo High End, którego dystrybucją zajmuje się katowicki RCM.

Jak zdradzają fotografie, mamy do czynienia z konstrukcją modułową. To zaś oznacza, że każda półka jest osobnym, stawianym jeden na drugim bytem. Co ciekawe, bytem, który w założeniach walki ze szkodliwymi wibracjami nie opiera się na wielokrotnie powielanym, często zbędnie dublującym się, a przez wprowadzającym kontrowersyjne spowolnienie dźwięku odseparowywaniu elektroniki od podłoża na bazie kulek, stożków, czy gumowych podkładek. Niestety fotografie tego nie oddają, ale NEO Quattron Reference w kwestii stabilizacji zestawu audio bez wdawania się w wyszukane patenty, stawia na wbrew pozorom bardzo owocną w pozytywne wyniki soniczne masę. Grube, lite blaty z okleinowanego egzotycznym fornirem MDF-u przykręcone do stalowych poprzeczek, na sztywno połączonych z toczonymi ze stali nierdzewnej nogami powodują, że już startowa, czyli pierwsza od podłogi z najkrótszymi nogami platforma jest nie lada wyzwaniem logistycznym. A jeśli tak, to wyobraźcie sobie, co dzieje się, gdy do tego dodamy kolejne ze znacznie wyższymi, bo ustalającymi odpowiednią wysokość prześwitu pomiędzy półkami, stalowymi wałkami. Nie musicie zgadywać. Przy wykorzystanych przeze mnie już trzech poziomach spokojnie przebijamy wartość 50 kg. Co daje takie podejście do tematu? Być może zabrzmi to brutalnie, ale według teorii konstruktorów im mniej miękkiego odseparowywania zestawu audio od podłogi, tym mniej tak zwanego „mulenia” dźwięku. Czyli tłumacząc z polskiego na nasze, unikamy jego rozlazłości i pewnego rodzaju utemperowania w oddawaniu energii. Brednie? Bynajmniej, bowiem zapewniam Was, to znakomicie słychać od pierwszych dźwięków, co w miarę strawnie postaram się opisać poniżej.

Co wydarzyło się po aplikacji tytułowego stolika audio pod mój zestaw? Nie będę owijał w bawełnę, tylko określę to jako w pozytywnym tego sformułowania znaczeniu erupcję wulkanu. Chodzi mianowicie o wręcz eksplozję środka pasma. Nie uśredniającym przekaz przesadnym, często wręcz zwalistym nasyceniem, czy pozornie odbieranym jako zastrzyk informacji odchudzeniem, a dotychczas nigdy nie słyszaną po zastosowaniu jakiegokolwiek akcesorium antywibracyjnego energią. Jednak nie w sensie siłowego pompowania tego wycinka pasma, tylko zaserwowania mu dodatkowej dawki esencji. Jakiej? Aby ową esencję bliżej określić, muszę posłużyć się przykładem z motoryzacji. Mam na myśli pewnie dla wielu daleki od świadomości, fakt przygotowania przykładowego lakieru w odcieniu bieli. Zapewniam niedowiarków, iż to nie jest li tylko czysta – w sensie składowych gotowego lakieru – biel. Ta ostateczna ma w sobie kilka innych, drastycznie bardziej wyrazistych od niej kolorów z czarnym włącznie. Owszem, to są dodatki na poziomie dziesiątek procenta, jednak nie da się ukryć, że są. Po co? By nadać jej odpowiedniego odcienia. Co to ma wspólnego z naszym punktem zainteresowania? Bardzo wiele, gdyż mój system w trakcie testu zachował się, jakby ta przygotowana do pomalowania samochodu, ostateczna biel była pozbawiona dodatków. To zaś oznacza, że mimo z pozoru nudnej nuty barwowej swoją esencją była w stanie zjawiskowo przykuć nawet najbardziej zmanierowanego obserwatora. I taki też skutek uzyskałem po postawieniu swojej elektroniki na szafce NEO HIGH END. Środek pasma nie tylko wybuchł dotychczas lekko stonowaną feerią barw, ale również niespotykanym dotąd poziomem kolorującego go pigmentu. A żeby było ciekawiej, bardzo mocno zyskał na tym również górny zakres, podobnie do centrum zakresu tętniąc rzadko spotykaną, co było zaskakujące, mimo odczuwalnie zwiększonego ogólnego udziału w przekazie, daleką od natarczywości, a raczej odbieranym jako zastrzyk radości witalnością i poziomem informacji. Jak to możliwe? W skrócie powiedziałbym, że całość nabrała przyjemnej, ku mojemu zaskoczeniu transparentnej krągłości. Nie w sensie kontrowersyjnego pogrubiania źródeł pozornych, tylko nadal prezentując je przy wykorzystaniu ostrych krawędzi umiejętnie zwiększała zawarty w nich osławiony poziom cukru w cukrze. Przyznam szczerze, że po zapoznaniu się z platformą pod końcówki mocy z tej serii aż takich ciekawych zjawisk w wykonaniu stolika pod elektronikę się nie spodziewałem. Naturalnie dopuszczałem lekkie odejście od tamtej projekcji, jednak stawiałem na minimalne, a nie ewidentnie przeskalowujące odbiór tego modelu zmiany. To oczywiście jest wynikiem wspomnianych wcześniej, nieco innych technologicznych proporcji zastosowanych półproduktów, dlatego tak prawdę mówiąc sam dziwię się mojemu zdziwieniu.
Czy to oznacza pełnię sukcesu w każdym aspekcie brzmienia zestawu? Oczywiście to zależeć już będzie od konkretnej konfiguracji sprzętowej, gdyż naturalną koleją rzeczy, gdy środek zyskuje na zastrzyku nawet najbardziej oczekiwanym przez nas body, ma to swoje reperkusje w niskich rejestrach. Na szczęście w tym przypadku było to zdroworozsądkowe podkręcenie jego wybrzmiewania. Zdroworozsądkowe w sensie umiejętnego zebrania się w sobie, mimo ewidentnie wyczuwalnej jego obszerności. Muzyka jedynie mocniej tętniła życiem, jednak konsekwentnie brylując ciekawie podanym pakietem informacji, nigdy nie popadała w nudną monotonię lub co gorsza zdradzając objawy braku kontroli w tym rejestrze. Jak to możliwe? Myślę, że to ewidentny feedback założeń konstrukcyjnych pomysłodawców testowanego stolika audio, czyli unikanie nadmiernej ilości działań odsprzęgających. A jeśli tak, to bez dwóch zdań oznacza, że słowacki producent dobrze wie, na czym polega poruszanie się w segmencie ekstremalnego High End-u.

Myślę, że powyższy opis dość jasno pokazuje, czego można spodziewać się po zastosowaniu słowackiego stolika NEO. To zaskakująco rozważnie zaaplikowany zastrzyk intensywności koloru w centrum pasma akustycznego. Oczywiście dlatego rozważnie, gdyż nie pogrubia dźwięku, tylko zwiększa jego pigmentację, co z jednej strony znakomicie wspiera transparentność w żaden sposób niezbliżających się do poziomu nadinterpretacji wysokich tonów, zaś z drugiej przy wyczuwalnym wpływie na bas, nadal utrzymuje go w ryzach dobrego konturu. Czy jest to oferta dla każdej układanki audio? W moim odczuciu przynajmniej do wypróbowania jak najbardziej tak. A na swoją obronę wspomnę tylko, że wszystko co napisałem powyżej, oparte jest o już dobrze osadzony w energii, esencji i rozdzielczości system, który ku mojemu zaskoczeniu nagle wystrzelił dodatkowym pakietem nigdy wcześniej nie słyszanych artefaktów. Czy to każdemu zestawowi wyjdzie na dobre, to już jest bardzo indywidualna sprawa. Jednak jedno jest pewne, zabawki zza naszej południowej granicy nie „mulą” dźwięku, tylko nadają mu inny wymiar dobrze rozumianej esencjonalności. A to już wyższa szkoła jazdy.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: RCM
Producent: NEO
Ceny
ADIORACK QUATTRON REFERENCE MATTE, STAINLESS STEEL
Segment 120mm – półka dolna: 1833 €
Segment 130mm: 1792 €
Segment 180mm: 1863 €
Segment 230mm: 2008 €
Segment 280mm: 2075 €
Segment 330mm: 2224 €
Segment 380mm: 2289 €

Dane techniczne
Wymiary (S x G x W): 720 x 600 x 40 mm (każda półka)
Powierzchnia nośna ( S x G): 600 x 550 mm
Grubość półki: 40 mm MDF
Średnica nóg: 50mm toczona stal nierdzewna
Dopuszczalne obciążenie każdej półki: 100 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Zwyczajowo byłby to standardowy unboxing, czyli niezobowiązująca zajawka z wyłuskiwania z opakowania i aplikacji upolowanego komponentu w jednym z naszych systemów. Jednak życie ma to do siebie, że niesie ze sobą sporą dozę nieprzewidywalności. Zamiast jednak wykonywać jakieś nerwowe ruchy od monachijskiego High Endu z iście stoickim spokojem obserwowaliśmy rozwój wypadków w temacie zaprezentowanego tamże, wielce imponującego flagowca Myteka, czyli Empire Streamer DAC-a. Niby zarówno z samym konstruktorem, jak i polską ekipą byliśmy po słowie, ale jak to historia uczy plany planami a realia realiami. Skoro jednak doszły nas słuchy, że będące na naszym celowniku urządzenie w końcu dotarło nad Wisłę, czym prędzej postanowiliśmy chociażby niezobowiązująco rzucić na nie uchem i okiem w nieco bardziej kontrolowanych aniżeli wystawowych warunkach. I tak też się stało, czego dowodem jest niniejsza nieco wykraczająca poza wspomniane unboxingowe ramy wzmianka, którą pozwoliliśmy sobie zakwalifikować jako … stacjonarny reportaż.

Jak mam cichą nadzieję na powyższych zdjęciach widać Mytek Empire Streamer DAC w srebrnej satynie prezentuje się wręcz wybornie a podobno i w czerni potrafi złapać za oko. Przy okazji warto wspomnieć, że umaszczenie zamówionego egzemplarza znajduje odwzorowanie w kolorze iście pancernej aluminiowej i wyściełanej precyzyjnie wyprofilowaną gąbką walizy w jakiej dostarczany jest on do szczęśliwego nabywcy. Za to w ferworze walki nie dopytałem, czy unifikacja kolorystyczna obejmuje również iPada, który dołączany jest do Empire w ramach standardowego wyposażenia. A właśnie, skoro jesteśmy przy wyposażeniu, to biorąc pod uwagę, iż tytułowe ustrojstwo pełni, znaczy się ma pełnić, rolę nie tylko DAC-a i przedwzmacniacza, lecz również streamera na pokładzie znajdziemy preinstalowanego Roona z „wieczną” licencją. Miły drobiazg, choć chodzą słuchy, że producent pracuje nad własną aplikacją umożliwiającą obsługę urządzenia bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów. W tym momencie pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż wizytujący nas egzemplarz był niejako jednostką protypowo-demonstracyjną, więc po pierwsze czekał na certyfikację Roona i po drugie działał jedynie w trybie streamera z regulowanym stopniem wyjściowym a tym samym nie dane nam było zweryfikować na ile to, co z siebie wysyła jest jego natywną sygnatura brzmieniową a na ile pokłosiem wykorzystywania Roona w roli odtwarzacza/platformy streamingującej. Krótko mówiąc na finalną wersję przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać, choć pomysł na prezentację takiej demówki przez producenta/dystrybutora i zbieranie uwag prosto z najprzeróżniejszych zaprzyjaźnionych konfiguracji uważam za nader udany i niezmiernie mi miło, że mogłem pojawić się w roli beta-testera. Od siebie tylko dodam, że o ile do samej aparycji naszego bohatera nie mam najmniejszych uwag, to pewien drobiazg uznałem za wart poprawy. Mowa o gumowych nóżkach w jakie wyposażono Empire, które może w serii Liberty nie budziły większych zastrzeżeń, to już przy wycenionym na ok. 100 kPLN flagowcu wywołują lekką konsternację. Jakby tego było mało ich wysokość jest niezbyt ergonomiczna, gdyż nie pozwala na wsunięcie palców przy podnoszeniu z płaskich powierzchni a przy stawianiu zapewnia z kolei niezbyt przyjemne ich (palców, nie powierzchni) przygniatanie. Jak jednak mniemam, finalnie Empire wyposażony zostanie w coś zdecydowanie bardziej adekwatnego do reprezentowanej przez siebie klasy.

Jeśli zaś chodzi o brzmienie, to … jest potencjał. Znaczy się słychać klasę, tym bardziej, że samą charakterystykę soniczną możemy w zaskakująco szerokim stopniu modyfikować poprzez wybór stopnia wyjściowego (transformatory niklowe, bądź bufor cyfrowy) i charakterystykę DAC-a (od precyzyjnej po bardzo ocieploną). Krótko mówiąc jednostki obarczone nerwica natręctw będą miały zajęcie na długie zimowe wieczory a nieco mniej znerwicowani a zarazem posiadający bardziej skonkretyzowane gusta po prostu wybiorą najbliższe ich gustom i posiadanym systemom nastawy. Niemniej jednak już teraz słychać, że flagowiec Myteka to zupełnie inna liga niż ich wcześniejsze wypusty i oferowana iście studyjna liniowość bynajmniej nie oznacza beznamiętnej analityczności, gdyż pierwiastek muzykalności może być tym razem odmieniany przez wszystkie przypadki. Zakładam zatem, że wystarczy jeszcze chwila, bądź dwie, czyli przekładając to na rynkowe realia trzeba będzie pewnie poczekać do tym razem październikowego Audio Video Show, kiedy to w tzw. międzyczasie zostaną wypuszczone kolejne update’y firmware’u i koniec końców będzie można wziąć Empire na redakcyjny tapet już na serio. A na razie pozwolę sobie dzisiejsze spotkanie uznać za wielce obiecujące i rozbudzające nadzieje co do możliwości finalnej wersji.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Co prawda zwykło się mówić, że lepsze jest wrogiem dobrego, lecz z drugiej strony, gdyby właśnie nie poprawianie raz wprowadzonych rozwiązań, to tak na dobrą sprawę moglibyśmy zapomnieć o czymś takim jak postęp. Oczywiście nie mówię tu o „dobrej zmianie” i nowym, znaczy się polskim ładzie, gdyż to raczej smutne oksymorony aniżeli sensowne przykłady, lecz o realnym – oznaczającym progres rozwoju. Dlatego też nikogo nie dziwi fakt czy to sukcesywnego wprowadzania kolejnych pokoleń konkretnych konstrukcji, jak daleko nie szukając mogliśmy prześledzić na przykładzie ostatnio recenzowanego Denona PMA-1700NE, czy też jedynie „podrasowywania” wersji bazowych, jak swojego czasu raczył był robić to Marantz rękoma swojego nadwornego i nieodżałowanego „czarodzieja” Kena Ishiwaty. Warto jednak pamiętać o pewnym drobiazgu, czyli o tym, żeby już produkt bazowy mówiąc dyplomatycznie „miał potencjał i dobrze rokował”, bowiem z czego jak z czego, ale z … wiadomo czego bata się nie ukręci. Do tej jednak pory nie spotkaliśmy się z przypadkiem, by wprowadzone na rynek urządzenie do dalszych poprawek i udoskonaleń było już na etapie swojego projektu dostosowywane. I nie chodzi tu o nader powszechną akceptację najprzeróżniejszych kart rozszerzeń, do czego już lata temu zdążyły przyzwyczaić nas m.in. Accuphase i Gryphon, czy też cykliczne update’y firmware’u, lecz klasyczne rozwiązania natury konstrukcyjno-logicznej jasno dające znać, że to, co ujrzało światło dzienne nie jest finałem a zaledwie pewnym etapem w drodze do celu. Właśnie taką politykę i pomysł na własny biznes obrał George Polychronidis, który powołując do życia inspirowaną hitem Henry’ego Manciniego i Johnny’ego Mercera markę Moonriver wywołał niemałe zamieszanie w audiofilskim światku wprowadzając do sprzedaży wzmacniacz zintegrowany Model 404. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby właśnie nie fakt, iż wystarczył rzut oka na jego (znaczy się wzmacniacza a nie George’a) trzewia, by odkryć dedykowane przyszłym upgrade’om pola. I tak też się stało, gdyż zaledwie po kilku latach światło dzienne ujrzała wyższa, wzbogacona o dopisek Reference wersja. Gdzie dokonano zmian i czym się one objawiają postanowiliśmy zbadać organoleptycznie a dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu mieliśmy to szczęście, że obie wersje 404-ki trafiły do nas w tym samym czasie, więc zamiast posiłkować się bądź co bądź ułomną pamięcią mogliśmy dokonać bezpośredniego, bratobójczego sparringu, na relację z którego serdecznie zapraszamy.

Pod względem designu Moonriver w nader jasny sposób nawiązuje do wzorców z lat 70-ych minionego tysiąclecia i choć nie wchodzi w nią aż tak głęboko jak Thöress Puristic Audio Apparatus, lecz spokojnie może iść ramię w ramię z Aurorasound, Luxmanem, Lebenem, iFi, bądź Leakiem. Próżno zatem szukać tu wielkoekranowych wyświetlaczy wysokiej rozdzielczości, ekranów dotykowych, streamingu, czy łączności bezprzewodowej. Mamy za to wszystko to, z czym Hi-Fi powinno się kojarzyć. Wróćmy jednak na chwilę do aparycji, gdyż już na tym etapie widać kosmetyczne, bo kosmetyczne, lecz niezaprzeczalne różnice pomiędzy obiema pochodzącymi z Malmö propozycjami. Otóż aluminiowa płyta frontowa w podstawowej wersji jest li tylko lakierowana a w droższej dodatkowo jeszcze szczotkowana, co nie tylko poprawia jej wygląd, lecz przede wszystkim znacznie skuteczniej zapobiega palcowaniu. Za to reszta jest już z grubsza zbieżna. Sam front jest delikatnie cofnięty względem obramowania, które od góry i dołu wykonano ze stalowych blaszanych profili a boki przyozdobiono drewnianymi listewkami. Co prawda takimi w opcji minimum – mniej więcej 2-2,5cm, a nie jak to drzewiej bywało – na całą powierzchnię ścian bocznych, ale jak się patrzy en face to efekt trzeba uznać za wielce satysfakcjonujący. Toczone, aluminiowe i oczywiście czernione pokrętła w formie wydrążonych walców są cztery i umieszczono je po dwa po obu stronach centralnie osadzonej bursztynowej diody informującej o stanie pracy urządzenia. I tu mamy kolejny niuans odróżniający obie wersje, czyli kolor czcionki wszystkich napisów i piktogramów – w Reference jest to ciepłe złoto a w niżej urodzonym biel. Po lewej mamy selektor źródeł, trójpozycyjny przełącznik iluminacji wspomnianego bursztynowego oczka, włącznik główny i monitor pętli magnetofonowej a po prawej regulację balansu, przełącznik mono/stereo, czujnik IR i pokrętło głośności. Resztę korpusu wykonano z blach stalowych (podobno w Reference są lepiej spasowane i dodatkowo wytłumione).
Różnice dotyczą również pilotów, który w podstawowej wersji tytułowej integry jest hotelowym „gotowcem” dedykowanym odbiornikom TV, w którym producentowi nie chciało się nawet zastąpić opisu „CH” na adekwatny dla zmiany wejść o przycisku „Power” nawet nie wspominając, gdyż nie dość, że 404-ka trybu stand-by nie posiada, to wciśnięcie czerwonego guzika na leniuchu powoduje aktywację pętli magnetofonowej. Ponadto w sieci można natrafić na opisy wskazujące, że ww. pilot dość spontanicznie wchodzi w interakcje z posiadanymi przez użytkowników telewizorami i dekoderami (co biorąc jego proweniencję nikogo nie powinno dziwić), choć u siebie, z racji nieposiadania takowych ustrojstw (znaczy się odbiorników TV) na wyposażeniu, podobnych problemów nie odnotowałem. Całe szczęście wersja Reference pilota ma już o właściwej aparycji i funkcjonalności.
Na plecach wszystko jest w jak najlepszym porządku – zaślepione miejsce na ewentualny moduł USB, zacisk uziemienia dla równie opcjonalnej sekcji phonostage’a, cztery wejścia liniowe RCA, pętla magnetofonowa i zdublowane wyjścia z sekcji przedwzmacniacza (wszystkie złocone), uzupełniają pojedyncze terminale głośnikowe, które w standardowej wersji są ok, ale raczej żadna z szanowanych marek się nimi nie pochwali, za to w Reference są to już markowe WBT NextGen. Listę zamyka okupujące prawą flankę trójbolcowe gniazdo IEC.
I jeszcze informacja natury porządkowej. Otóż choć oba dostarczone przez łódzkiego dystrybutora egzemplarze są przysłowiowymi „golasami” nic nie stoi na przeszkodzie, by finalnie doposażyć je w opcjonalne moduły przedwzmacniacza gramofonowego (MM za 1 920 PLN lub MM/MCza 2 590 PLN), bądź przetwornika cyfrowo – analogowego za 3 360 PLN, co patrząc na ceny wydaje się wielce rozsądną i kuszącą opcją.
Wnętrze wzmacniaczy szczelnie wypełnia zielony laminat z solidnym, acz niestety nieekranowanym, 250VA toroidem, układem w topologii quasi dual-mono i stopniem wyjściowym zbudowanym w oparciu o pracujące w klasie AB znane m.in. z Gainclone’ów oddające po 50W scalaki LM3886TF – po jednym na kanał. W związku z powyższym, skoro wzmacniacz niezbyt się grzeje można było zrezygnować nie tylko z otworów wentylacyjnych, lecz również klasycznego, zazwyczaj pokaźnego radiatora zastępując go niewielką blaszaną kształtką. Głowna różnica pomiędzy naszymi bohaterami dotyczy przede wszystkim wykorzystanych pojemności filtrujących o ile bowiem Model 404 może pochwalić się 57 000 µF, to już 404 Reference kusi aż 107 000 µF, z czego 21 000 µF obsługuje wyłącznie sekcję przedwzmacniacza. Miłym ukłonem w kierunku osób zajmujących się ewentualnymi naprawami jest zastosowanie montażu przewlekanego a nie maszynowego SMD, dzięki czemu żywotność samego urządzenia powinna znacznie przekraczać obecne standardy a i wspomniany serwis nie powinien nastręczać większych problemów.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu pozwolę sobie na małą retrospekcję i powrót do stołecznego Audio Video Show z 2019 r., kiedy to właśnie Moonriver Model 404 stał się małą sensacją z racji fenomenalnego, i to nie tylko jak na wystawowe realia, zgrania z bądź co bądź dość wymagającymi Wilsonami Yvette. Powiem szczerze, że od tamtej pory co i rusz chodziło mi po głowie, by z czystej ciekawości 404-kę do siebie ściągnąć i na własne uszy przekonać się, czy stadionowa prezentacja była li tylko zbiegiem okoliczności a szwedzka integra swój medialny sukces zawdzięcza znacznie wyższych lotów towarzystwu (w roli źródła pojawił się Aurender A30) a w domowych, kontrolowanych warunkach wyłoży się internetowa przeglądarka na „ślepym” linku sypiąc nomen omen błędem 404, czy jednak ze starcia wyjdzie z tarczą. Skoro jednak w tzw. międzyczasie portfolio Moonrivera wzbogaciło się o udoskonaloną inkarnację Reference a dodatkowo sam dystrybutor uznał, że warto spróbować upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, to nie pozostało nam nic innego jak tylko zakasać rękawy i wziąć na redakcyjny tapet zamiast jednego dwa wzmacniacze.
Mając jednak na uwadze tak kwestię logiki, jak i chęć bycia w stosunku do Szwedów fair odsłuchy rozpocząłem od podstawowego modelu, który … daleki był od sprawienia mi ewentualnego, czającego się gdzieś z tyłu głowy, zawodu. To nadal było nieco oldschoolowe, jednak zarazem niezwykle urokliwe granie z dość umowną definicją źródeł pozornych i współcześnie rozumianej rozdzielczości, które w pełni rekompensowały swoboda i koherentność przekazu. Zamiast bowiem obsesyjnie stać z miarką i wpasowywać muzyków w ciasne, skrojone z iście zegarmistrzowską precyzją ramy i z równą nerwicą natręctw pilnować timingu najniższych składowych 404-ka skupia się na całości, czyli wartości nadrzędnej – muzyce. Dzięki temu nawet na opartym w głównej mierze na elektronicznych samplach „No Regrets” ENVY CAINE’a z łatwością można było wyczuć iście analogowy flow i rozleniwiający chillout. Bas był gęsty, beaty tłuste a góra, choć komunikatywna i rozdzielcza, to również przyjemnie krągła i złota. Z kolei wokale, szczególnie prowadzący zostały podane dość blisko i namacalnie, więc opisującym szarą rzeczywistość melodeklamacjom nie sposób było zarzucić braku autentyzmu i emocji.
Jeszcze ciekawiej wypadły wszelakiej maści okołojazzowe projekty, gdzie oniryczność i brak sztywnych ram przeplatały się z tzw. grą ciszą. Przykładowo „Past Forward” Grażyny Auguścik na Moonriverze zabrzmiał wręcz magicznie i szlachetnie, wyrafinowanie. Tutaj nie było miejsca na chłodną analizę a jedynie niespieszne delektowanie się każdą melodią i wokalizą. W dodatku ta nader eklektyczna mieszanka jazzu, latynoskich i żydowskich rytmów z naszą rodzimą, ludową twórczością na zbyt analitycznych systemach może wydawać się mało spójna i logiczna a z 404-ką wszystko się ze sobą zazębia, jedno wynika z drugiego i nic nie zgrzyta. Nawet akordeon jest bardziej śpiewny i liryczny niż zazwyczaj, co przyjąłem z niekłamaną ulgą.
Z kolei o ile w stonowanych, wyciszonych i lirycznych fragmentach, których na „Doctor Strange in the Multiverse of Madness” Danny’ego Elfmana wcale nie ma tak mało 404-ka świetnie oddawała wolumen aparatu wykonawczego, to już niestety przy orkiestrowym tutti całość wypadała dość „pluszowo” i nieco sennie, szczególnie jeśli nieopatrznie próbowaliśmy ratować dynamikę zwiększając głośność. Cóż 50W to nie 300, więc i różnice w stosunku do mojej dyżurnej końcówki Brystona były aż nadto widoczne, znaczy się słyszalne. W tym momencie uznałem, że warto dać szansę wyższemu modelowi i nie zmieniając playlisty w roli amplifikacji wykorzystałem 404 Reference. I to było to. Oczywiście do 4B³ nadal „nieco” brakowało, ale zniknęła znaczna część gąbczastości w dole pasma a i sama scena zyskała nie tylko na definicji, co przede wszystkim głębokości i wysokości. Pojawiło się bowiem na niej więcej powietrza i choć poprzednio dziwnym zbiegiem okoliczności zupełnie mi go nie brakowało, to zmiana wzmocnienia znacząco podniosła sufit. Jasnym stało się, że dodatkowy rezerwuar pojemności, jaki zafundował wyższej 404-ce producent zaowocował nie tylko bardziej dynamicznym brzmieniem, lecz co akurat w tym przypadku kluczowe, zdecydowanie większą uniwersalnością tak pod względem reprodukowanego materiału, jak i współpracy z niezbyt łatwymi do wysterowania kolumnami. Zanim jednak sięgniecie Państwo po brutalny i bezpardonowy „Totem” Soulfly, który nawet na Reference nie uniknie pewnego firmowego ucywilizowania, to sugeruję na początek sprawdzić coś mniej morderczego tak dla odbiorców, jak i systemu mającego ową wściekłą kakofonię odtwarzać. Ot chociażby rodzimą perełkę – „Blues Forever” Leszka Windera. Może to i dość anachroniczne wydawnictwo, jednak właśnie na takim, nieco surowym materiale Reference jest w stanie dokonać istnych czarów odpowiednio dopalając emocjonalnie i dosaturowując przekaz. Co ciekawe przyrost eufonii nie oznacza dalszego zmiękczenia definicji brył, lecz wręcz przeciwnie. Pojawia się bowiem lepsza rozdzielczość i precyzja ogniskowania, więc nie dość, że robi się atrakcyjniej, to jeszcze wyraźniej. Dzięki temu rock ma właściwy sobie pazur i choć może bas nie zapuszcza się w najgłębsze zakamarki Hadesu trudno mówić o zaburzeniu równowagi tonalnej. Ba, śmiem twierdzić, iż osoby dysponujące kolumnami aż nazbyt szczodrze serwującymi najniższe składowe 404 Reference mogą powitać jako swoiste wybawienie i panaceum na trapiące ich bolączki. Nie oznacza to jednak niezdolności grania niskiego basu, gdyż na „18” Jeffa Becka i Johnny’ego Deppa wszystko jest na swoim miejscu i jeśli miałbym dopatrywać się jakiś ingerencji szwedzkiego wzmocnienia w przekaz, to prędzej zwróciłbym uwagę na ucywilizowanie góry aniżeli uszczknięcie kilku Hz z przeciwległego skraju pasma.

Próbując sklecić jakieś w miarę konstruktywne wnioski chciałbym jedynie przypomnieć, iż nasze opinie są wybitnie subiektywne a tym samym dalecy jesteśmy od ich dystrybucji jako mniej bądź bardziej wiążących dogmatów. Jeśli zaś chodzi o samo podsumowanie, to nie da się ukryć, że choć Moonriver Model 404 pomimo upływu lat nadal marce wstydu nie przynosi, będąc przy tym nader przystępną integra o szalenie uzależniających walorach sonicznych, to jego młodsze z zarazem szlachetniej urodzone rodzeństwo – 404 Reference jest od niego pod każdym względem lepszy. Mówiąc wprost nie tylko lepiej prezentuje się wizualnie, co lepiej gra, co niejako powinno kończyć dyskusję. Z drugiej jednak strony wystarczy nie być miłośnikiem wielkiej symfoniki i ciężkiego łojenia, w dodatku dysponować łatwymi do wysterowania kolumnami i wtedy wypadałoby poważnie się zastanowić, czy przypadkiem bardziej rozsądnym rozwiązaniem nie będzie wybór niższego modelu, lecz wyposażonego w moduł DAC-a, bądź phono. Ot odwieczny dylemat w stylu „osiołkowi w żłobie dano”. Generalnie najlepszą opcją jest ta zaproponowana przez Audiofast – wypożyczenia obu wersji i samodzielnego podjęcia decyzji. Oczywiście miłośnicy spontanicznych i nieprzemyślanych do końca zakupów mogą równie dobrze rzucić monetą, co akurat w przypadku Moonriverów wcale nie niesie ze sobą takiego ryzyka „wtopy” jak mogłoby się pozornie wydawać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jeśli nie próbowaliście osobiście prześledzić portfolio tytułowej marki, niedoinformowanym zdradzę, iż w stosunkowo skromnej ofercie posiada tylko dwa modele wzmacniaczy zintegrowanych. Zaskoczeni? Jeśli tak, zapewniam, iż nie jest to spowodowany brakiem pomysłów na nowe konstrukcje biznesowy błąd. Nic z tych rzeczy. To planowe epatowanie pełnego szacunku podejściem do klienta powołując do życia jedynie dopracowane, ewidentnie lepszej jakości byty. Mottem działań bossów szwedzkiego Moonrivera jest unikanie zwyczajowego przepakowywania elektroniki w nowe obudowy z drobnymi udoskonaleniami pod płaszczykiem wdrażania obecnie modnych, bo medialnie nośnych kamieni milowych. Czyli tłumacząc z polskiego na nasze, jeśli już wykonuje się jakieś roszady w ofercie, muszą być w pełni uzasadnione potrzebą podniesienia kompetencji następcy. Tak przynajmniej twierdzą i sądząc po niedużej „ławce rezerwowych” tego się trzymają. Mało tego. Są na tyle pewni swego, że za pośrednictwem łódzkiego Audiofasta zaproponowali nam bratobójczy sparing pomiędzy oferowanymi integrami. A, że osobiście lubimy konfrontować pobożne życzenia producentów z realnymi występami wyników ich pracy, z przyjemnością podjęliśmy rękawicę, w wyniku czego tym razem przyjrzymy się różnicom wzmacniaczy Moonriver Audio 404 i jego stojącej oczko wyżej w hierarchii wersji 404 Reference.

Jak można się spodziewać, nasi bohaterowie z uwagi na braterskie konotacje w kwestii ubrania trzewi z drobnymi zmianami wykończenia są bliźniakami. To z pozoru proste skrzynki, jednak dzięki detalom typu lekkie zagłębienie frontu, wykończenie niektórych elementów w drewnie, malowanie skrzynek czarną satyną oraz ciekawe wzorniczo gałki manipulacyjne bez najmniejszych problemów są w stanie rozkochać w sobie nawet największego designerskiego malkontenta. Ich awersy są ostoją dla czterech symetrycznie rozlokowanych pokręteł – patrząc od lewej mamy: selektor wejść, co prawda jeśli już top rzadko używaną funkcję Tape Monitor, ustawienie balansu pomiędzy kanałami i całkiem na prawej stronie wzmocnienie sygnału, pomiędzy nimi dwóch hebelków – jeden obsługujący poziom podświetlenia funkcji wzmacniacza, a drugi wybór pracy, w centrum frontu diody sygnalizującej stan urządzenia oraz pomiędzy dwoma z prawej strony umieszczonymi pokrętłami guzika pobudzającego wzmacniacz do pracy. Jeśli chodzi o rewers, ten może pochwalić się zestawem wejść i wyjść liniowych z przelotką do nagrywania w standardzie RCA, pojedynczymi zaciskami kolumnowymi i gniazdem zasilania IEC. Naturalną koleją rzeczy w komplecie startowym znajdziemy jeszcze pilota zdalnego sterowania. Tyle w temacie ogólnej budowy. Jakie zatem są różnice? Trzy widoczne i jedna ukryta, czyli w wersji Reference mamy inne wykończenie frontów, inne modele terminali przyłączeniowych tak w kwestii sygnału, jak i wyjścia na kolumny oraz inny kolor czcionki opisującej poszczególne manipulatory, zaś ukryta – oczywistością jest, że będąca zaczynem do pojawienia się następcy 404-ki – jest działaniem na poziomie zmian w układach elektrycznych. Czy wartym zachodu, o tym postaram się opowiedzieć w kilku poniższych akapitach.

Gdybym miał po krótce opisać brzmienie obydwu wzmacniaczy, bez problemu powiedziałbym, że mamy do czynienia z bardzo uniwersalnym graniem. Jest przyjemnie ciemnawe, przez to dobrze osadzone w barwie, do tego plastyczne, a mimo to tętniące witalnością. Co prawda górny zakres emanuje odcieniem złota, a nie często oczekiwanego srebra, jednak bez najmniejszych problemów pokazuje pełen pakiet zawartych w tym paśmie informacji. Informacji, których dobry poziom jakości fajnie wspierają czytelna średnica i mocny, acz daleki od nadinterpretacji, czyli zbytniego napompowania bas. A to dopiero połowa pozytywnych ciekawostek, gdyż nasi bohaterowie jako prezentacyjny bonus dobrze rozlokowują źródła pozorne i dbają po projekcję odpowiedniej wielkości wirtualnej sceny. Może nie w sensie ekstremum na poziomie topowych konstrukcji konkurencji, jednak patrząc na efekt od strony ceny produktów jest bardzo dobrze. A jeśli tak, to konia z rzędem temu, kto wypowiadając swoje opinie o sekcji wzmocnienia spod znaku Moonriver choćby zająknie się w deklaracji pozytywów na temat jego przyjaznego dla melomana graniu. Owszem, zawsze znajdzie się ktoś stawiający na nieco większą ekspresję przekazu i poszuka elektroniki z innej stajni, jednak raczej będzie to decyzja realizująca wyimaginowane potrzeby, niż problem szwedzkiej myśli technicznej w oddaniu ducha muzyki. Tego z pewnością nawet w największym amoku złośliwości nie da się jej odmówić. To po co zatem wdrażać nowy model, gdy obydwa grają podobnie? Już zdradzam, bowiem to jest clou tej rozprawki. Temat z pozoru banalny, gdyż opiera się o jak to zwykle bywa, dla wielu bardzo istotne szczegóły.
Chodzi o poprawę wszystkich wspomnianych aspektów wersji Reference w stosunku do zwykłej 404-ki. To natomiast sprawia, że podczas wykorzystania wyższego modelu zyskuje dosłownie każdy rodzaj muzyki z elektroniką i rockiem włącznie. Mimo konsekwentnego stawiania na barwę i nasycenia dźwięku. Jak to możliwe? Otóż słowem kluczem jest lepsza rozdzielczość następcy, która bez kosztów w bardzo ważnych aspektach prezentacji typu odchudzenie, czy analityczność, pozwala wybrzmieć większej ilości istotnych dla muzyki artefaktów. Ba. Poprawie ulega przy tym czytelność niskich tonów i już wcześniej fajnie pokazanej średnicy, a górny zakres słyszalnie eksponując nawet najdrobniejsze dźwięki nigdy nie popada w nachalność i jest wolny od męczących sybilantów. Dlatego też bez znaczenia było, czy słuchałem ulubionych płyt AC/DC, czy ostatnio dziwnym trafem niezbyt szczęśliwe realizowanego Ramsteina, wspomniana lepsza rozdzielczość dźwięku nie powodowała uczucia szkodliwego podkręcania słabych stron materiału, tylko na swój sposób w pozytywnym tego słowa znaczeniu dzieląc włos na czworo pokazywała wcześniej ukryte gdzieś w tle niuanse. Ale żeby nie było, dla jednego to tylko niuanse, a dla drugiego clou zabawy w dążenie do maksymalizacji jakości słuchanej muzyki, na co z pewnością liczyli Szwedzi i co na bazie moich testowych obserwacji znakomicie wdrożyli w życie. Dzięki temu poprawiał się drive i energia zakorzenionego w tym rodzaju twórczości szaleństwa, na co po cichu liczyłem, a po usłyszeniu czego gratuluję konstruktorom wyjścia z realizacji przedprodukcyjnych założeń z tak zwaną tarczą. Tarczą, która w momencie tak dobrego wyniku z nie do końca dobrze wydaną na płytach muzyką była wręcz wodą na młyn dobrych wydań typu jazz, czy muzyka dawna. Te gatunki aż kipiały od ważnych dla ich bytu niuansów brzmieniowych. Realizacje kościelne znacznie lepiej pokazywały realia przecież niełatwych do oddania pełnych wszechobecnego echa nagrań na żywo, zaś jazzowe, a w szczególności koncertowe w małych klubach, skromne rozmiary goszczących ich często naprędce wykonywanych na potrzeby występu podestów, wyraźnie pokazując bliskość stropu od głów artystów. Jak wspominałem, to dla wielu mogą być niuanse, jednak w wartościach bezwzględnych są solą dobrej projekcji muzyki, bez której ja osobiście nie wyobrażam sobie pełnego wejścia w kreowany w moim pokoju świat muzyki.

Mam nadzieję, że zainteresowani zakupem jednej z wersji wzmacniacza Moonriver 404 lub 404 Reference dobrze mnie zrozumieli. W odmienności tych konstrukcji nie chodzi o całkowicie inne podejście do pokazania ukochanej muzyki, a o poprawienie jej jakości odtworzenia. Jakości opartej na lepszej rozdzielczości, co nie zmienia ogólnego, bardzo lubianego przez melomańską brać esencjonalnego grania, tylko wyciska z niego tak zwane ostatnie informacyjne „soki”. Co bardzo istotne, bez szkodliwych efektów ubocznych typu nachalność lub efekciarstwo dobiegających do naszych uszu informacji. A jeśli tak, to jedynymi, którzy mogą czuć niedosyt w obcowaniu z jednym naszych bohaterów są piewcy przekazu sfokusowanego na atak i transparentność ponad wszystko. Powód? Niestety szwedzcy inżynierowie postawili na muzykalność, co sprawia, że przy użyciu ich wzmacniaczy na sprawianie sobie bólu uszu nie ma najmniejszych szans.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Moonriver
Ceny
Moonriver Model 404: 15 840 PLN
Moonriver Model 404 Reference: 21 550 PLN

Dane techniczne
Wejścia: 5 (liniowe, opcjonalne wejście gramofonowe, „tape loop”, opcjonalne wejście przetwornika USB 24/384kHz
Wyjścia: 2 wyjścia liniowe „preamp-out”;1 wyjście „record-out”
Mocy wyjściowa: 50W/8Ω, 80W/4Ω
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 50kHz
Zniekształcenia THD: 0.05%
Odstęp sygnał/szum: 85dB
Pobór mocy: 22W (w trybie bezczynności)
Wymiary (S x G x W): 43 x 39 x 13,5 cm
Waga: 12 kg (Moonriver Model 404); 13 kg (Model 404 Reference)