Monthly Archives: sierpień 2023


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Harmonix RF-808Z Million

Opinia 1

O tym, że Japonia uchodzi za mekkę audiofilów i słynie z wręcz obsesyjnej dbałości o najdrobniejsze detale nikogo obeznanego z tematem uświadamiać nie trzeba. Podobnie jak w sprawie niesamowitych kontrastów, gdzie z jednej strony mamy wszechobecny pęd i chorobliwy pracoholizm (過労死 Karōshi) a z drugiej pełen mistycyzmu rytuał parzenia i picia herbaty (茶の湯 Chanoyu). Jednocześnie wkraczając w strefę High-Endu możemy być niemalże w 100% pewni, że czego, jak czego, ale poczucia obcowania z luksusem i dyskretnego łechtania naszego ego nie zabraknie już od startu, czyli otrzymania opakowania z oczekiwaną, zamówioną zawartością. Dochodzimy w tym momencie do kluczowej przy zdobywaniu nabywców kwestii, czyli pierwszego wrażenia, które jak wiadomo można zrobić tylko raz. Proszę tylko zerknąć w nasze archiwalia i przypomnieć sobie nie tylko z jakim pietyzmem, a przede wszystkim w co opakowane były referencyjne słuchawki Final Sonorus X, czy też przewód 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO. Przecież to marketingowe mistrzostwo świata, dzięki któremu potencjalny nabywca już na etapie wypakowywania (unboxingu) jest ugotowany i to na miękko. Ba, nawet dość przystępne cenowo i dostarczane w skromnym kartonowym pudełku słuchawki Denon AH-D9200 potrafiły zagrać na emocjach pozornie prostym, acz jakże miłym akcentem w postaci niepozornej banderolki z podziękowaniem za dokonanie zakupu. I właśnie w takiej, pełnej harmonii i ponadczasowego piękna, estetyce przyjdzie nam się dzisiaj obracać, gdyż za sprawą wrocławskiego Audio Atelier trafiły do naszej redakcji iście zjawiskowej urody stopki/podstawki antywibracyjne Harmonix RF-808Z Million.

No to zacznijmy od początku, czyli od niejako ustawiającego optykę postrzegania japońskich „bibelotów” i zmiękczającego opór przed kolejnymi wydatkami unboxingu a więc pierwszego kontaktu organoleptycznego. Kontaktu sprawiającego, że początkowa nonszalancja wynikająca z otrzymania zaskakująco ciężkiego, lecz wręcz ascetycznego białego kartonowego pudełka z niewielkim złotym logotypem i równie mało absorbującą naklejką informującą tak w formie pisemnej, jak i zdjęciowej o zawartości tegoż, wraz z dostawaniem się do wnętrza przeradza się coraz większą ekscytację i podziw. Albowiem po pozbyciu się pierwszej warstwy okazuje się, iż wewnątrz znajduje się chronione cienką pianką właściwe opakowanie – skrzyneczka. I to nie byle jaka, gdyż wykonana z niezwykle lekkiego i miłego w dotyku, jedwabistego drewna, które przywodzi na myśl popularną w modelarstwie balsę. Coś jednak czuję w kościach, iż dawcą budulca nie jest balsa, a zdecydowanie ciekawszy i bardziej pasujący „ideologicznie” i kulturowo gatunek. Mam bowiem na myśli drewno Kiri (Paulowni Cesarskiej) z którego wykonuje się w Japonii pudełka i skrzyneczki w jakich sprzedawana jest najwyższej klasy ręcznie malowana ceramika i … kimona. Argumentem przemawiającym za Kiri jest również fakt, iż „Cesarskie drzewo” nie tylko było i jest uważane za roślinę „szczęścia” zdolną wytwarzać zdrową i pozytywną energie, lecz jest to jedna z najszybciej rosnących na świecie roślin (ponad 2,5m/sezon) a przy okazji co maj cieszy oczy oszałamiającym bogactwem fioletowych kwiatów zebranych w duże, 30cm wiechy, gęsto oblepiających całą koronę.
Idźmy jednak dalej. Wnętrze wyścieła cieniutki pergamin na którym umieszczono gąbkowe wypełnienie chroniące w dedykowanych komorach drogocenną zawartość, czyli pakowane w osobne foliowe woreczki i owinięte kolejną warstwą pergaminu same nóżki. A te … Już pierwszy rzut oka na RF-808Z Million jasno daje do zrozumienia, że żarty się skończyły i zanim przystąpimy do bardziej intensywnych czynności natury organoleptycznej zasadnym będzie solidne wyszorowanie dłoni i/lub uzbrojenie się bawełniane rękawiczki. Nie da się bowiem ukryć, że tytułowe Harmonixy wyglądają, jak nomen omen „Million” Dolców. Ich masywne (waga każdego z nich dochodzi do blisko 570g), wykonane z anodowanego na srebrzysty tytan brązu korpusy o średnicy 50 i wysokości 33 mm zdobi nie tylko firmowa ornamentyka z logotypem producenta i oznaczeniem modelu, lecz i drewniane dodatki, jak daleko nie szukając pokryte lakierem fortepianowym górne platformy nośne o szalenie atrakcyjnym usłojeniu i surowe krążki zatopione w umożliwiających delikatną regulację wysokości (ok 5 mm) pierścieniach podstaw.
Jeśli zaś chodzi o zazwyczaj podawane przy tego typu akcesoriach maksymalne obciążenie, to Kiuchi-San również i w tym punkcie wykazuje się daleko posuniętą lakonicznością deklarując ich „ładowność” na „kilkaset kilogramów”, więc de facto ww. piękne japońskie bibeloty spokojnie można aplikować pod dowolne monstra, z Apexem Gryphona włącznie.

Przechodząc do opisu wrażeń nausznych z aplikacji RF-808Z Million tak pod zazwyczaj spoczywającym na Finite Elemente Cerabase compact źródłem (Ayon CD-35 Preamp + Signature), jak i wzmocnieniem (Vitus Audio RI-101 MkII) uczciwie powiem a raczej napiszę, że początkowo wystarczyły mi doznania natury estetycznej, gdyż już sam widok Harmonixów poprawiał mi humor i wprowadzał w dobry nastrój. Czyżby to wpływ owej pozytywnej energii jaką stopkom mogła w czasie leżakowania przekazać skrzyneczka z Kiri, one z kolei rozpropagowały ją wokół siebie a ja nieopatrznie znalazłem się w polu ich rażenia? Nie wykluczyłem i nadal nie wykluczam takiej możliwości, więc dla świętego spokoju, dałem sobie i układowi immunologicznemu czas na wykształcenie odpowiedniej ilości przeciwciał zdolnych wrodzonym sceptycyzmem tonizować ewentualną gorączkowość i euforię. Tym samym do krytycznych odsłuchów zasiadłem po kilku dniach ze spokojną głową, traktując przedmiotowe akcesoria jako miłe oku, acz już „opatrzone” bibeloty.
Nie da się jednak ukryć, iż tak jak 808-ki wpływają na estetykę posadowionej na nich elektroniki, tak oczywisty jest ich wpływ na brzmienie. Harmonixy „grają”, choć bliższym prawdzie byłoby użycie określenia „akcentują”, gęstość, wysycenie i energetyczność przekazu. Początkowo może się wręcz wydawać, iż ich skupienie na bohaterach nagrań dochodzi do poziomu obsesyjnego stalkingu i zawężania pola/kąta widzenia. Uczestnicy sesji materializują się tuż przed nami, podchodzą nieco bliżej aniżeli mam to na co dzień a za nimi roztacza się nieprzenikniona czerń bezkresnej otchłani. Podobnie jest z ich bryłami, których ukrwienie i soczystość mogą sprawiać wrażenie lekko przesadzonych. Są zbyt namacalne, obecne i … atrakcyjne, przez co na tyle absorbują uwagę słuchaczy, że otaczająca je zazwyczaj równoprawna aura pogłosowa, bądź też informacje o akustyce pomieszczeń, w jakich odbywała się sesja schodzi na zdecydowanie dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że owych informacji nie ma, bowiem one cały czas są zawarte zarówno w materiale źródłowym, co z resztą nie dziwi, lecz i przekazie oferowanym przez nasz system, lecz na skutek wspomnianej zmiany optyki i rozłożenia akcentów odbiorcy akomodacja do nowej narracji zajmuje trochę czasu. Ponadto o ile, przynajmniej początkowo, na „Tomba Sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad wrażenie „studyjności” zbliżone było do sesji „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna dokonanej w jednym z najcichszych, jeśli nie najcichszym belgijskim Galaxy, to przesiadka na niezwykle przestrzenne, lecz nie z racji akustyki studia a rozplanowania na scenie poszczególnych źródeł pozornych „Poems From a Rooftop” Dictaphone nijakich uszczerbków na wolumenie dostarczanych naszym uszom informacji nie wykazywało. Ba, wręcz przeciwnie, bowiem owe skupienie i kondensacja głównych bohaterów spektaklu zapewniały nie tylko lepszy wgląd w nagranie, lecz i podnosiły intensywność poczucia ich obecności w naszym lokum.
Podobne obserwacje poczyniłem przy „Ray of Light” Madonny, choć tu do głosu doszło lekkie, acz zauważalne bądź to mocniejsze dociśnięcie, bądź też użycie miększego ołówka kreślącego kontury poszczególnych operujących w niższej średnicy i basie dźwięków. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Do impresjonistycznych, rozlanych mazajów było jeszcze daleko, jednak stanowiące punkt odniesienia Cerabase compact przynajmniej pod względem precyzji i „ostrości kreski” w moim systemie sprawdzały się bliżej moich osobistych preferencji. A skoro mowa o miękkości, czy też zaokrągleniu krawędzi, to niejako na deser zostawiłem gatunki ciężkie, brudne i chropawe, w dodatku dalece nieprzystające do idei nadrzędnej harmonii i szeroko rozumianej muzykalności wyznawanej przez twórcę i głównego konstruktora Combak Corporation. Krótko mówiąc pozwoliłem sobie trochę pojazgotać thrashem za pomocą „Countdown To Extinction” Megadeth, a następnie podkręcić na maxa tempo na orientalnym black / death metalu prosto z … Jerozolimy, czyli „Enki” Melechesh i … I jak łatwo było się domyślić owa niekoniecznie będąca w kręgu zainteresowań tak twórcy, jak i lwiej części odbiorców tytułowych akcesoriów muzyka zabrzmiała może i dla postronnego odbiorcy lepiej i przyjemniej aniżeli w rzeczywistości powinna, a tym samym stanowiła niekoniecznie akceptowalną dla ortodoksyjnych akolitów iście kakofonicznego łomotu propozycję. Pojawiło się powiem pewne ucywilizowanie, czy wręcz elegancja przekazu i choć ładunek energetyczny w niczym nie ucierpiał, to jednak zamiast bestialskiego i bezlitosnego smagania słuchaczy po uszach biczem zaplecionym z jeszcze płonącej surówki otrzymywaliśmy nadal przerażający, lecz już ujęty w epickie ramy spektakl serwowany na ekranie IMAX-a. Było atrakcyjniej, gęściej i mniej krzykliwie a więc niby lepiej. Problem w tym, że miłośnicy ww. gatunków zamiast piękna poszukują w nich zgoła innych doznań i emocji. Jak jednak zaznaczyłem, to nie wina Harmonixów, tak jak nie sposób winić Lexusa LS 500h FL, że nie zmieści się w nim pianino i/lub … betoniarka, bądź nie spełni naszych off-roadowych oczekiwań na poligonie Cienin.

Jak mam nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika stopki Harmonix RF-808Z Million grają w sposób zaskakująco zbieżny z ich niezwykle atrakcyjną aparycją i iście jubilerskim wykonaniem. Oferują bowiem bogactwo i soczystość barw, niezwykłą spójność prowadzonych linii melodycznych i coś, za co większość audiofilów i melomanów dałoby się pokroić, czyli zdolność materializacji artystów w naszych pokojach odsłuchowych. A że niekoniecznie im po drodze z gatunkami, gdzie powyższe aspekty ustępują miejsca wściekłym atakom i dewastującym zmysły dawkom decybeli, to raczej nikogo nie powinno dziwić. Niemniej jednak jeśli tylko będziecie mieli Państwo okazję zaaplikować je we własnych systemach, to gorąco do tego Was zachęcam, gdyż nie wykluczam sytuacji, gdy nagle, wiedzeni spontanicznym impulsem sięgniecie po nie podczas sesji odsłuchowej któregoś z krążków Slayera, by odkryć nieznany dotychczas urok wokalu Toma Aray’i, czy też finezję riffów Kerry’ego Kinga.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Dla każdego, skrupulatnie podchodzącego do zagadnienia jakości dźwięku słuchanej muzyki melomana odpowiednie izolowanie systemu audio od często niestabilnego podłoża jest standardowym procesem finalnego strojenia. To swoiste abecadło, niestety jak to w życiu bywa, nie ma jednego uniwersalnego panaceum na ogarnięcie przywołanego tematu. Z tego też powodu ową walkę prowadzimy na wiele różnych sposobów. Dedykowanymi szafkami pod cały set, platformami pod konkretne produkty, lub wszelkiej maści stopami. I gdy wydawałoby się, że decydując się na jedno z rozwiązań mamy już z górki, wbrew pozorom sprawa nie wygląda tak prosto. Powód? Oczywiście mnogość rozwiązań do zastosowania i jakości wykończenia wybranego świętego Grala. Cóż począć? Spokojnie, w pomocy wytypowania wstępnej listy do wypróbowania jesteśmy my, a konkretnie nasze oceny dostarczonych na testy akcesoriów. Co tym razem wzięliśmy na tapet? Otóż dzięki zaangażowaniu wrocławskiego dystrybutora Audio Atelier do naszej redakcji dotarły japońskie, fenomenalnie wykonane i zapakowane, wykorzystujące budowę kanapkową – o tym w dalszej części testu, będące najnowszym dzieckiem znanego chyba wszystkim Kazuo Kiuchi ewidentne dzieła sztuki użytkowej – stopki antywibracyjne pod sprzęt audio Harmonix RF-808Z Milion.

Gołym okiem widać, iż w przypadku rzeczonych stopek z kraju kwitnącej wiśni mamy do czynienia z konstrukcjami cylindrycznymi. Jednak ten z pozoru banalny kształt jest li tylko opakowaniem ciekawego pomysłu na wygaszanie wibracji podłoża. Mianowicie chodzi o to, że w tych wykonanych z anodowanego na srebrny połysk brązu walcach konstruktor zastosował pewnego rodzaju wsad kanapkowy. Jaki dokładnie? Cóż, odpowiedź na to pytanie w stu procentach zna chyba tylko pomysłodawca projektu, jednak jedno jest pewne, tak dolna, jak i górna połać stykając się z podłożem i urządzeniem wykonane są z egzotycznego drewna. Tak tak, nie tylko górna, w celu uzyskania znakomitej wizualizacji mocno owalnie uwypuklona, do tego wykończona w politurze, ale również spodnia, już matowa dzięki delikatnemu wystawaniu ponad krawędź metalowego pierścienia ma kontakt ze stolikiem. Jak i czy oddziałują na siebie bezpośrednio, to tajemnica, ważne, że mamy co najmniej dwa, a jeśli pomiędzy nimi jest jeszcze jakaś przekładka, trzy różne plastry, które bazując na innej częstotliwości rezonansowej każdego z nich realizują założenia uzyskania odpowiedniego efektu sonicznego. A to dopiero połowa zabawy, bowiem niebagatelną rolę dla melomanów kochających „cukierkowo” wykończone gadżety pełni wysublimowany pomysł na z pozoru nudną, jednak dzięki kilku wizualnym zabiegom bardzo wysublimowaną w odbiorze werbalnym konstrukcję. Dostajemy błyszczącą srebrną baryłkę z emblematem nazwy marki i modelu, którą od dołu i od góry ubrano w pięknie usłojone, i jak wspominałem, w przypadku górnej płaszczyzny absorbującej wibracje od urządzenia politurowane drewno. Mało tego. Każda z baryłek na czas logistyki do klienta najpierw owijana jest w pergaminowy papierek, potem otulana foliowym woreczkiem, na koniec odseparowana odpowiednio dociętą pianką w kartonowym pudełku. A i to nie koniec japońskiej dbałości o każdy detal, gdyż owe kartonowe pudełko kolejny raz owijane jest delikatnym pergaminem, by finalnie wylądować w z pozoru przypominającym balsę, bo lekkim i delikatnym, wykonanym z konarów rosnącego w Japonii krzewu, kolejnym pudełku. Przyznacie, że to istne szaleństwo. Jednak nie oszukujmy się, potomkowie samurajów tak mają i albo robią coś dokładnie i z pieczołowitością, albo wcale. Dla mnie osobiście to znak, że producent minie szanuje.

Jak wynika z sesji fotograficznej, tytułowe baryłki Harmonix-a zadysponowałem pod transport CD. Oczywiście tak jak sugeruje producent, czyli bezpośrednio pod obudowę urządzenia. CEC z uwagi napęd paskowy jest na takie aplikacje bardzo czuły, dlatego to moje zwyczajowe miejsce weryfikacji, co testowane konstrukcje oferują. Co się wydarzyło w wyniku aplikacji japońskich 808-ek? Pierwsze widać gołym okiem. Dotychczas sam w sobie świetnie prezentujący się czytnik płyt CD teraz nabrał dodatkowej dostojności. A w kwestii fonii?
Powiem szczerze, że bardzo dużo. A w szczególności w zakresie średnich tonów. Te bez owijania w bawełnę wręcz wybuchły. Naturalnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Stały się wręcz oczkiem w głowie przekazu. Czy to oznacza, że reszta pasma została potraktowana po macoszemu? Nic z tych rzeczy. Nadal w dole czuć było dobrą energię, a w górnych rejestrach oddech, jednak ich zadaniem była pomoc średnicy w pokazaniu piękna zawartych w niej informacji. Bas skupiając się bardziej na wyższym podzakresie oraz teraz złotawe, jednak nadal dźwięczne wysokie tony znakomicie podkręcały poczucie delikatnego podniesienia tonalności brzmienia systemu, dzięki czemu muzyka stała się żywsza i o dziwo oferująca więcej esencji, czyli ilości muzyki w muzyce. To zaś dzięki przyjemnemu w odbiorze przysunięciu sceny w kierunku słuchacza wprost przekładało się na zwiększenie namacalności wydarzeń kreowanych w wirtualnym świecie. Na tyle realistycznie, że czasem dosłownie i w przenośni miałem w pokoju słuchanego w danym momencie artystę lub pełen skład muzyków. Każda, dosłownie każda muzyka oparta o celebrowanie wokalizą, wszelkiego rodzaju nienachalną instrumentalistyką, a nawet z rozmachem pokazane zapisy formacji klasycznych, z pietyzmem pokazywała wszelkie, nawet najdrobniejsze niuanse pojedynczego dźwięku. Ale zaznaczam, nie w mogący nas zmęczyć, tylko podprogowo wciągający w wir wydarzeń, podnoszący emocje obcowaniem z czymś dosłownie na wyciągniecie ręki sposób. To było na tyle zjawiskowe, że poza konkursem testowym nie omieszkałem przesłuchać pełnego dwupłytowego wydania opery z L.Pavarottim w jednej z głównych ról „La Traviata”. Powód? Traviata jest jedną z bardziej muzykalnych oper. Oczywiście mam na myśli niedużą ilość wybijających z zadumy recytatyw. Dzięki temu mamy do czynienia z jedną niekończącą się, śpiewaną przy akompaniamencie znakomitej orkiestracji opowieścią. Dlatego przekonawszy się, co potrafią dostarczone do zaopiniowania niepozorne baryłki, ta pozycja płytowa byłą pierwszą, której chciałem zaznać w proponowanej przez senseia Kiuchi specyfikacji sonicznej. I wiecie co? W 200 procentach było warto. Czy taki obrót sprawy oznacza, że to lek na wszystko? Powiem tak. W znakomitej większości tak. Zaś jedynymi, mogącymi zostać odebranymi dwojako nurtami muzycznymi są szatańskie popisy thrash metalowe i naszpikowana sztucznymi przeszkadzajkami elektronika. Naturalnie nie chodzi o to, że będzie porażka, tylko taki rodzaj wyżywania się na instrumentach nie da szans na pokazanie pełni możliwości naszych bohaterek. One powalają wejrzeć w głąb każdej frazy, tymczasem w skompresowanym rocku i bezdusznej elektronice w średnicy niewiele się dzieje, co z automatu sprawi, że ich potencjał zostanie zmarnowany. Ale bez paniki. Jeśli taki repertuar jest Waszą sporadyczną odskocznią, problem wydaje się nie istnieć. Po prostu przez te kilka chwil będą ładnymi podstawkami pod elektronikę, by po zmianie muzyki na bardziej ludzką ponownie pozwolić wyciskać z niej ostatnie soki intymności.

Mam nadzieję, że z powyższej opowieści jasno wynika, co potrafią przybysze z Japonii. To propozycja zatopienia się w pięknie kochanej przez nas muzyki. Pięknie jej wybrzmiewania oraz realnej projekcji, co pozwala nie tylko bez ograniczeń się w niej zatracić, ale trwać w takim stanie przez długie godziny. I co w tym wszystkim jest najfajniejsze, bez poczucia szkodliwego, bo nudnego przesłodzenia realiów słuchanego repertuaru. Tak, lekko podkręconego podniesieniem progu esencjonalności i delikatnym doświetleniem średnicy, ale jakże skutecznego w pobudzaniu zawartych w naszych duszach pokładów romantyzmu. A chyba o taki stan podczas spędzania wolnego czasu nam chodzi.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001

Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Combak Corporation
Cena: 9 990 PLN / kpl.4 szt.

Dane techniczne
Wymiary (Średnica x wysokość): 50 x 33mm

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Kiedy jesienią … 2014 r. braliśmy na redakcyjny tapet pierwszą wersję Ariesa nawet przez myśl nam nie przeszło, że w ciągu kolejnych lat Auralic nie tylko nie spocznie na laurach, co z zaskakującą konsekwencją co i rusz będzie puszczał w świat kolejne inkarnacje swojego podstawowego transportu. Skoro jednak to czyni, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko trzymać rękę na pulsie i gdy takowe urządzenie znajdzie się w naszym zasięgu czym prędzej pozyskiwać je na testy. Tym oto sposobem, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora, właśnie zaczynamy wygrzewać jeszcze pachnący fabryką najnowszy wypust – Auralic Aries G2.2.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Tegoroczne lato nie rozpieszcza ani temperaturami, ani słońcem, więc jakoś trzeba sobie radzić, a skoro kominki uznawane są za mało ekologiczne z pomocą przychodzi Allnic Audio T-2000 25th Anniversary, który nie tylko roztacza bursztynową poświatę i przyjemnie grzeje, to jeszcze gra równie dobrze jak wygląda.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy trzy tygodnie temu relacjonowałem polską premierę majestatycznych Alare Labs Remiga 2 Be z oczywistych względów to właśnie im poświęciłem całą atencję, więc na bardziej kompletny rekonesans goszczącego nas sopockiego salonu Premium Sound fizycznie nie starczyło tak czasu, jak i miejsca. Jednak zgodnie z zasadami, że co się odwlecze, to nie uciecze i jeśli coś się robi, to robi się to porządnie, uznaliśmy za stosowne wrócić nad niezbyt rozpieszczające w te wakacje letników morze i dokończyć możliwie skrupulatną inspekcję mieszczącego się przy Alei Niepodległości 645 B przybytku audiofilskich rozkoszy. Skoro zatem czytają Państwo te słowa, to znak, że jak postanowiliśmy, tak też i zrobiliśmy, więc niepotrzebnie nie przedłużając wstępniaka serdecznie zapraszamy na poniższą relację z naszej kolejnej podróży.

Od razy jednak zaznaczę, iż zamiast zafundować urzędującej tamże ekipie coś na kształt remanentu i spisu z natury, obmacując każdy ustawiony na podłodze, bądź umieszczony na zawieszonych na ścianach półkach bibelot uznaliśmy, że jeden obraz wart jest więcej aniżeli tysiąc słów, więc zainteresowani i tak prędzej, czy później wyłuskają interesujące ich kształty i marki, więc miejsce na kartach pamięci i przeznaczoną na wizytę połówkę weekendu lepiej poświęcić na zapoznanie z autorskimi propozycjami kompletnych systemów. Nie sztuką jest bowiem mieć czy to w portfolio, czy właśnie na półkach bezlik urządzeń i akcesoriów, lecz umiejętność komponowania z owych ingrediencji dań zdolnych dopieścić nawet najbardziej delikatne i zarazem wybredne audiofilskie podniebienia.
I tak, niejako w nawiązaniu do ww. premiery nie odmówiłem sobie (dla Jacka był to pierwszy kontakt) przyjemności powtórnego pochylenia się nad utrzymanymi z racji zastosowanego aluminium i modyfikowanego czarnego forniru w nieco industrialnej stylistyce Włoszkami, które po raz kolejny nader skutecznie skradły moją uwagę i co tu dużo ukrywać serce. Jednak nie była to klasyczna powtórka z rozrywki i pełne odwzorowanie poprzedniej konfiguracji ze srebrnym duetem Strumento N°1 & N°4 Audii Flight w roli amplifikacji, lecz jak zakładam, że wprawne oko z pewnością zauważy, iż tym razem sopocka ekipa sięgnęła po imponujący, ultra high-endowy i nadal reprezentujący śródziemnomorską myśl techniczną grecki zestaw Pilium. Kruczoczarny przedwzmacniacz Ares i bliźniaczo umaszczona stereofoniczna końcówka mocy Zeus zajęły miejsce swoich włoskich poprzedników już w zeszłym tygodniu, więc kiedy dotarliśmy na miejsce miały już odpowiedni przebieg i … temperaturę. Drobna rekonfiguracja dotknęła również źródło, gdzie Rocknę Wavedream R2R DAC Signature sygnałem raczył znany zarówno z naszej radosnej beletrystyki, jak i obu redakcyjnych systemów Lumin U2 mini. I uczciwie muszę przyznać, że w porównaniu z poprzednią odsłoną zauważalny był wyraźny progres tak pod względem kontroli najniższych składowych jak i holografii oraz swobody dźwięku. Nie ma się jednak co dziwić, gdyż pomijając różnice natury finansowej Strumento N°4 dysponuje mocą 200W/ 8Ω a Zeus dwukrotnie większą, więc po prostu to słychać. Dzięki czemu można było słuchać praktycznie wszystkiego i na dowolnych poziomach głośności, więc bez żadnych obaw o efekt finalny żonglowaliśmy repertuarem tak różnym jak „Cairo Jazz Station” kwartetu Abdallah Abozekry, Ismail Altunbas, João Barradas, Loris Leo Lari , czy „Thirteenth Step” A Perfect Circle. Bardziej wnikliwe i kwieciste wywody dotyczące brzmienia tym razem również sobie daruję bowiem, jak już wielokrotnie wspominałem, salonowe odsłuchy traktujemy w kategoriach wybitnie „przystawkowych” a więc rozbudzających apetyt przed finalnymi i już krytycznymi sesjami we własnych czterech, a w przypadku OPOS-a ośmiu kątach. Wbrew pozorom wcale nie jest to takie oczywiste, szczególnie biorąc pod uwagę poczynania co poniektórych, parających się podobną do naszej aktywności osobników o wydawać by się mogło dalece bardziej ugruntowanej, aniżeli nasza renomie, którym kompletna nieznajomość nie tylko obiektu recenzji, jak i towarzyszącego im systemu, o samym pomieszczeniu nawet nie wspominając, zupełnie nie przeszkadza w płodzeniu sążnistych wywodów popartych dość iluzorycznymi pomiarami. Z drugiej strony, jeśli komuś do szczęścia wystarczy dość spontaniczny pomiar i finalnie kilka wykresów zamiast podania informacji o systemie w jakim odbywał się odsłuch, a tym samym bazowanie na stanowiącym umowny constans punkcie odniesienia, to już jego prywatna sprawa. Choć w tym momencie przydałaby się odrobina zdrowego rozsądku i … szacunku dla Czytelników. Jednak ad rem, czyli jeśli czekacie Państwo na więcej konkretów, to prosiłbym o uzbrojenie się w jeszcze odrobinę cierpliwości, gdyż cały czas usilnie pracujemy nad tym, by ww. Alare Labs Remiga 2 Be finalnie wylądowały u nas i zaprezentowały swe niewątpliwe wdzięki w towarzystwie zaskakująco dobrze korelującego z nimi wzorniczo Apexem.

Po sąsiedzku przygotowano nieco mniej absorbujący tak finansowo, jak i że się tak wyrażę przestrzennie set, w którym integrze Audia Flight FLS9 towarzyszył firmowy phonostage oraz znany z poprzedniej mojej wizyty, uzbrojony we wkładkę Hana Umami Red rodzimy gramofon BennyAudio Immersion II i … z racji przepięknego malowania Maroon Red trudne do przeoczenia AudioSolutions Figaro M2 w rozmiarze M ze skromnie przycupniętymi w drugim planie, już niemymi, jeszcze mniejszymi S2-kami i nie mniej intrygującym umaszczeniu Fern Green. Jak z pewnością, na podstawie powyższych zdjęć, się Państwo domyślacie dość dramatyczna redukcja postury kolumn pociągnęła za sobą w pełni zrozumiałe przeskalowanie intensywności nausznych doznań. Od razu jednak uprzedzę, iż o ile flagowy system to klasyczny a więc bezkompromisowy i co tu dużo ukrywać zakorzeniony w strefie jackpotowo – kumulacyjnych marzeń, ultra high-end, to ten, nie dość, że osiągalny niemalże za wyciągnięcie ręki, to jeszcze był wręcz idealnie dopasowany do popularnych w chwili obecnej metraży, jakimi dysponuje większość z nas. Dźwięk był oczywiście lżejszy i o mniejszej skali, oraz cechowała go nieco mniej wgniatająca w fotel i niepozwalająca spokojnie w nim wysiedzieć energetyczność, lecz już po chwili poświęconej na akomodację jasnym stało się, że wszystko jest na swoim miejscu a jedynie konieczność przesiadki z Alare nieco zaburzyła optykę początkowych obserwacji. Było to zatem kolejne potwierdzenie naszych wcześniejszych doświadczeń zebranych w trakcie przygód z kolumnami AudioSolutions oferujących nie tylko muzykalność, lecz i rozdzielczość. Wystarczyło tylko dać sobie dłuższą chwilę na ochłonięcie, dopasowanie poprzeczki wymagań do własnych możliwości i posiadanego lokum, by odkryć, iż napędzanym włoską integrą trójdrożnym podłogówkom niczego nie brakuje a atrakcyjny design idzie w parze z wpadającym w ucho wysokiej próby brzmieniem. Jedyne, co niestety jest bolączką większości salonów i de facto nieco ograniczało ww. urocze kolumienki, to brak miejsca a dokładnie bliskość odsłuchowej kanapy, jednak wspominam o tym jedynie z kronikarskiego obowiązku przypominając, że podczas naszej wizyty ekipa Premium Sound postanowiła zaprezentować nie jeden a trzy, w dodatku równolegle funkcjonujące systemy a metraż jakim dysponują nie jest z gumy. Co wydaje się chyba oczywiste, więc nie ma co marudzić, lecz docenić zaradność gospodarzy.

Niejako na deser zostawiłem ulokowaną piętro niżej trzecią propozycję czyli Lumina P1 w roli źródła, lampową, dysponującą mocą 22W na kanał A – klasową integrę Line Magnetic LM-845 IA całkiem dziarsko radząca sobie z jedynymi z pośród sobotniego spotkania podstawkowcami – Spendor Classic ½. Ekipa Premium Sound nieco żartobliwie określiła powyższy set mianem, nieco emeryckiego, co poniekąd już po chwili odsłuchu okazało się nad wyraz trafne, gdyż … Nie, nie chodzi bynajmniej o to, że w połowie drugiego utworu zapada się wzorem rezydentów domu spokojnej starości w poobiednią drzemkę, lecz o niezwykłą przyjemność i organiczność oferowanego dźwięku, przez co zamiast nerwowo skakać z utworu na utwór i wertować nieprzebrane zasoby TIDAL-a raz włączony album wybrzmiewa od pierwszej do ostatniej nuty a my delektujemy się każdą z nich, znaczy się nut, nie czując najmniejszej potrzeby zaburzania tego procesu.

Żywię nadzieje, iż z powyższej mini-relacji jasno wynika, że ekipa Premium Sound, niczym kucharze w dobrej restauracji, z dostępnych na podorędziu, a dokładnie ustawionych na półkach i pod ścianami, o stosownym składziku i ściągnięciu konkretnego urządzenia „on demand” nawet nie wspominając, ingrediencji potrafi wyczarować feerię smaków i kolorów dopasowanych do najprzeróżniejszych podniebień i gustów odwiedzających ich gości w zaskakująco szerokim spektrum cen i rozmiarów. Wystarczy bowiem w możliwie zrozumiały sposób zdefiniować co nam w duszy gra, czego poszukujemy i dokąd dążymy, wygodnie rozsiąść się na kanapie z filiżanką aromatycznego espresso i dać im chwilę na stworzenie autorskiej kompozycji. Jeśli więc korci Was kolejny tuning, bądź wręcz rewolucja posiadanego systemu, to w wolnej chwili polecam najpierw niezobowiązująco zajrzeć na Aleję Niepodległości 645 B a jak tylko wsiąkniecie w obecny tamże klimat, to coś czuję w kościach, że bez umówionego odsłuchu i dłuższej znajomości raczej się nie obędzie. Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę w sopockim salonie Premium Sound uprzejmie prosimy o nieoddalanie się od „radioodbiorników”, gdyż zgodnie z naszymi wcześniejszymi deklaracjami, to jeszcze nie koniec naszych wakacyjnych, audiofilskich wojaży. Do zobaczenia i usłyszenia.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Mam nadzieję, że po zapoznaniu się z dzisiejszą wrzutką nawet najwięksi malkontenci przekonają się, iż dawanych oficjalnie słów raczej nie rzucamy na wiatr, tylko na ile to możliwe, konsekwentnie realizujemy. Chodzi oczywiście o wakacyjny rajd po będących inicjatorami naszych intymnych uniesień przy muzyce salonach audio. I co według mnie jest bardzo istotne, stacjonujących nie w jakiejś najbliższej naszemu miejscu zamieszkania okolicy, tylko rozlokowanych dosłownie po przekątnej naszego kraju. Jedziemy nie patrząc na ilość kilometrów do przebycia, co po dwóch relacjach z Górnego Śląska udowadnia dzisiejsza epistoła. Tym razem z wypadu do Trójmiasta, a dokładnie Sopotu. A jeśli Sopot, to nie może być nikt inny, jak znany chyba wszystkim z góralami włącznie, oferujący przebogatą paltę produktów z dosłownie każdej półki cenowej od tak zwanej budżetowego Hi-Fi, po przedstawicieli ekstremalnego High Endu i bez względu na cel wizyty zawsze oferujący miła atmosferę przy muzyce … Premium Sound.

Co prawda moją sesję zdjęciową zawarłem w jednym przysłowiowym worze, jednak przyjrzawszy się nieco dokładniej, z łatwością zorientujecie się, iż ów salon zaoferował nam 3 ciekawe zestawione systemy. Ciekawie dlatego, że różniła je nie tylko wykorzystana elektronika, ale również źródło, brylowanie w całkowicie innej lidze cenowej oraz chyba najistotniejsza dla większości z nas estetyka grania. To moim zdaniem bardzo istotne, gdyż po pierwsze – pozwala nieorientowanemu w temacie adeptowi zrozumieć, co cechuje daną szkołę brzmienia – przykładowo widoczne na zdjęciach kolumny Spendor, AudioSolutions, czy Alare Labs to z uwagi na konstrukcję całkowicie inne podejście do projekcji wolumenu brzmienia systemu, po drugie – jak wygląda poziom jakości dźwięku w zależności od poziomu cenowego wykorzystywanych komponentów, a po trzecie – czym różni się obcowanie z sygnałem cyfrowym i analogowym – oczywiście piję do źródeł streamujących muzykę vs wydrapujący z czarnego placka, znakomicie prezentujący się wizualnie, kolejny raz spotkany w akcji w sopockim salonie gramofon BennyAudio. Przyznacie, jak na tak – nie oszukujmy się – nieduży gabarytowo przybytek sporo tego. Jednak proszę o spokój. Właściciel wie co robi, a słowo klucz to doświadczenie w konfiguracji pokazującej najważniejsze atuty danego konglomeratu. Gdy dobierając coś, szukamy rozmachu potrafiącego wypełnić spore pomieszczenie, boss wykorzystuje główną część salonu – na zdjęciach system z dużymi włoskimi kolumnami Alare Labs i mocarną elektroniką Pilium rodem z Grecji na głównej ścianie vis a vis wejścia. W przypadku próby zderzenia się z odsłuchem bliskiego pola w otwartym pokoju – masakrycznie psujące akustykę otwarte kuchnie w nowym budownictwie, spełniająca założenia układanka ląduje w kąciku zaraz przy drzwiach – wspomniany polski drapak BennyAudio z niedużymi litewskimi paczkami AudioSolutions i elektroniką Audia Flight. Natomiast w momencie posiadania maleńkiego i niezbyt wysokiego pokoiku zasiadamy w fajnie przygotowanej piwniczce – główne skrzypce grały tam zespoły głośnikowe Spendor ze wzmocnieniem Line Mangnetic i Luminem w roli źródła. Do wyboru, do koloru, a wszystko od przysłowiowej ręki – wystarczy zdjąć z półki. Naturalnie po wcześniejszym zgłoszeniu zapotrzebowania na set dopasowany do konkretnych wymagań nie tylko lokalowych, ale również sprzętowych. Jednym słowem na bogato.
Jak w takim razie w wartościach bezwzględnych oceniłbym przygotowane systemy podczas odwiedzin? Niestety wyjazdowe odsłuchy nie uprawniają do ferowania mniej lub bardziej krytycznych opinii, jednak bez najmniejszego problemu mogę powiedzieć, iż abstrahując od określeń samego dźwięku mianem fenomenalnego, bardzo dobrego, czy tylko obiecującego, na pewno każda z konfiguracji spełniała przywołaną przeze mnie definicję pokazu. System najbardziej wyrafinowany mogąc pochwalić się znakomitą kontrolą i rozmachem trząsł pomieszczeniem niczym nomen omen włoska Etna przyległymi jej ziemiami. Mniejszy, oparty o czarną płytę zapraszał na spotkanie z przyjemną dla ucha gładkością i eterycznym zwieszeniem wydarzeń scenicznych. Zaś okowy sopockiego muzycznego Hadesu pokazywały, za co kocha się hołubiące środek pasma Spendory. To były na tyle odległe od siebie światy muzycznej estetyki, że nie wyobrażam sobie, aby ktoś nie znalazł czegoś dla siebie. Tym bardziej, że to były tylko wstępnie przygotowane przez salon propozycje, które w razie chęci lekkiej modyfikacji na swoją modłę, dzięki bogatej ofercie sprzętowej można było prze-konfigurować. My naturalnie pozostaliśmy przy tym co nas przywitało, a i tak bez najmniejszego problemu od strony sonicznej zostaliśmy świetnie ugoszczeni.

Wieńcząc tę bardzo krzywdzącą, bo skrótową rozprawkę na temat wizyty w sopockim salonie Premium Sound, oczywiście bazując na zastanych konfiguracjach mogę powiedzieć jedno – panowie wiedzą o co w tej zabawie chodzi. Nie mieli żadnych wytycznych, a mimo to spełnili nasze wszelkie oczekiwania. Jakie? Najważniejszym było pozytywne zaskoczenie jako feedback pokazania umiejętności zestawiania kilku nie tylko całkowicie inaczej brzmiących, ale przy okazji dobrze pokazujących dobry poziom jakości fonii systemów. To co byłoby, gdybyśmy określili interesujące nas ramy? Cóż, odpowiedź nasuwa się sama. A jeśli Wy (mieszkańcy Sopotu i okolic) rozumiecie, co mam na myśli, powiem Wam, że dla wielu naszych pobratymców z odległych krańców Polski jesteście szczęściarzami, gdyż w przeciwieństwie do nich w jednym miejscu macie pod ręką nie tylko szeroki wybór elektroniki, ale również obsługę salonu zdolną wycisnąć z niej przysłowiowe siódme poty. A to niestety nie jest takie oczywiste i powszechne.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Graphite Audio CLASSIC 40

Opinion 1

As it is commonly known, anti-vibration accessories can be divided into two groups. The first group, let us call it “monolithic”, is best defined by it’s name, and I think we do not need to extend it, while the second group, “wobbly”, is based on more or less complicated decoupling of individual elements using strings, balls, or whatever the manufacturer thought of. Of course, there are some intermediate and undefined states in-between, which take elements from bot camps and mix them together following their own recipe. Each one of us, knowing what he or she is looking for in the sound, does make an initial selection, at least in the beginning, and choses the gadgets from a certain area of interest. Interestingly, if my memory serves, most anti-vibration add-ons we tested to date represented the second group, or was a kind of hybrid, for example when the platform was monolithic, but the feet were floating and quite complicated. Our today’s guest cannot be regarded as being so undecided, the anti-vibration platform Graphite Audio Classic 40, although using two kinds of materials for its construction, is completely rigid and not adjustable. So if you are looking for a rigid base for any of your components, I have no other choice, than to invite you to read on.

Moving to the description of the looks of the titular “plank”, I could try to make my best effort in exuberantly describing the different growth rings, space technologies and visions the manufacturer had during meditations in moonlight. But the Graphite Audio Classic 40 is as you can see for yourself, and you can decide if this form suits your esthetic expectations. Because besides the external design, which is fully customizable, the device is utterly simple – a plywood platform placed on three, rigidly screwed on, graphite feet, able to carry a 180kg load. The only designer element you can find, is the company logo in the right upper corner of the front.
In terms of construction, the apparent simplicity of the Classic is … apparent, because the plywood they used is not your typical run the mill one, that you could find in any DIY store around the corner, but a specially selected one, made of thin (0.5mm) leaves. Depending on the order, it can be covered with natural veneer with a matte or gloss varnish, or painted to any color from the RAL palette. As you can see on our photos, the tested unit was equipped with three proprietary, graphite, feet with cut off summits, placed in a triangle with two of them in the front and one in the back. However during conversations with the manufacturer it was mentioned, that this setup (2+1) can be changed into 1+2 if the buyer desires. I will just add, that I prefer the second option, as I sporadically operate the front panels of the devices I own, while I tend to exchange cables very often, so I need more stability in the back.

Now we have described the looks as well as the construction of the tested platform, we can move to the part about, well maybe not the sound, as probably no one sane will play on the GaC40 (Graphite Audio Classic 40), but its influence on components placed on top of it. And without to much ado, we must confess, that this influence is present, as applying the platform under the amplifier as well as the sound source, resulted in imprinting such a clear and undisputable signature on the final sound, that nobody with working senses, especially ears, would negate it. But to be fair to you, our readers, I must explain, that this platform does not influence the whole sound, it does not work globally, but concentrates on the turn of the lower midrange and bass. But instead of shifting the tonal balance, the GaC40 concentrated on the intensification of the mentioned subranges, saturating the midrange, and maybe not boosting, but making the bass more energetic. Here it is not about a rude boombox or a loudness effect, but adding a few joules, upping the PRaT (Pace, Rhythm and Timing) by a few notches. This resulted in the reproduced music gaining in palpability and your legs moved to the rhythm of the played repertoire on their own.
For example, “Echoes” by A Life Divided showed, that electronics spiced with aggressive guitar riffs can sound lyrical and dense, so it does not have to repel with roughness and edginess, while the etheric “Enfant do vent” by Cecile Corbel is far from anemic puffing, without any bass. Seemingly the contours are drawn with a thicker line, and the whole sound evolves in the direction of elegance and nobleness, but let us be frank – when a group, a quite significant one, of manufacturers and listeners alike, confuses being detailed with being resolved, a platform like this one, influences the sound in a positive way, bringing it back to the right tracks. And it is not about curing the plague with cholera, or mudding the sound, but about an evident normalization of some anomalies, some steps that went too far, when someone got lost along the way to the truth in sound and realized, that those steps were in the wrong direction too late.
With the GaC40 most music, even one not listened to very often, due to its shortcomings, like the first issues of U2, gains on attractiveness, or just acceptation, and this makes it clear, why those Polish platforms were so popular during the last Munich High End, where the glass and metal environment made some of the presented gear sound offensive and anemic. And those symptoms are cured by the GaC40 from the start, others are treated later. Here, like in the case of Carla Bruni (“Quelqu’un m’a dit”) it smoothens sibilants, there, like with “Death Magnetic” by Metallica, it will civilize compression and clamor, and in the end it will make us stop having the dilemma if we want to play a certain disc, if we will be able to endure its sound, and make almost everything playable to the point of becoming a pleasure when listening.

So is this “the cure to all evil and the hope for the coming year?” – to quote the Polish singer Krystyna Pronko? Well, yes, as long as your system is not prone to too much lethargy and not lacking vital strengths, because the Graphite Audio Classic 40 will not create those by itself. I would even say, that if your system has issues with too much, or lack of control of lower registers, the Polish platform will underline them, so the tested accessory is not really a deal for you. It is also worth noting, that you will not correct any deviations from horizontal leveling, so if you want to put a turntable on top, you will need to make sure, that the support the GaC40 will be placed on, is properly leveled.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

Our today’s hero is well known on the audio market, and not only the Polish one, for a few years already. You probably know, that it is a vibration combat specialist, who, after many favorable tests (like the IC-35 cones), and after fairing well on the Polish market – even Marcin bought a set of supports for his power amplifier – is very successful on the Munich High End. There the company is visible and recognized since about two years, and it wants to keep its momentum. And to do that, they need to expand their portfolio. And it does not matter, if this is in the High End levels or for the average Smith or Kowalski, what counts, is to offer the client some new, some different technical solutions, that would allow this client to come a step closer to the qualitative absolute in his or hers audio setup. And this is what we are dealing with here, a novel product. To be precise, the seemingly simple, but bringing with it audible changes in the sound, anti-vibration platform Graphite Audio Classic 40, destined to support your electronic components.

Writing a few sentences about the construction of the tested accessory, based on information provided by the manufacturer, we know that it is based on the idea to utilize plywood as the main supportive element, which was veneered with exotic wood veneer and varnished with high gloss lacquer for visual reasons. This composition, designed to de-couple the device placed on it from the base shelf or rack, has a graphite element with the company log placed in the right hand corner of the front and is placed on three, unregulated, feet. As you can imagine, the whole looks very sleek and nice, and it is packed in a solid cardboard box coated inside with profiled foam for transport.

So what aspect was the main fighting goal for the tested audio component support? Compared to the IC-35 cones it went more in the direction of quieting down the sound. The music gained body and smoothness, and due to this, the system handled all kinds of imperfect recordings much better. Of course, this resulted in them being minimally calmer, but it was interesting enough to being perceived by me as just a different perspective on the same material. What were the changes? First of all, the sound was more rounded, and thus offered a higher level of saturation, which is often expected. Secondly, due to this approach all kinds of “sound generators” gained energy, and by that I mean the instruments and vocals. And thirdly, a feedback of the two items mentioned above, was better concentration of the system on bringing the virtual stage closer to the listener, something that is very often desired by the music lovers, as it increases the impression of the musicians being in their listening rooms. As you can see from the description, the characteristics of the tested platform tell us that it is a product, where the effect of minimalizing the influence of the ground on the components results in very well handled calming of the sound. The sound is not killed, like it often happens with simple rubber supports, like mats designed to be placed below your washing machine – yes, yes, I heard about using such ill-fated ideas, trying to reinvent reality – but just having a touch higher weight, and thus more saturation in the middle of the sound spectrum, with a slight rounding of the extremes of the spectrum. But what is very important, it is done in such a interesting way, that with only a slight tempering of the aggression in the music, we do not lose the vigor included in it. It still has a nice timing and appropriately strong kick, but without the unwanted distortion. And with that, I hope nobody will be surprised with interesting appearance of bands performing under the mad flag, like Rammstein with “Reise, Reise”, where besides the clear musical performance with strong hits and sharp cuts of the ether between the speakers, we also have the very expressive vocals, which is really creating the tone of the whole performance. This is true reckless driving, which was a little tamed down due to the action of the Graphite Audio Classic 40 platform, but on the other hand you could listen to that not only with greater pleasure, but also with higher volume levels, something that many fans of this German band are happy to do. But what with the other face of the medal? Like during inhaling the melancholic jazz in the likes of Bobo Stenson Trio “Cantando”? Of course the influence on sound is similar – toning down of the whole presentation, but in this case also the music does not die off, only with a slight diminishing of the sharpness of reproduction of the contours of the world, more emphasis is placed on its essentiality and the closer projection of the virtual sources moving in the direction of higher palpability, while still being very well placed on the sound stage. If this last aspect is really desired by everyone is a completely different question. In this case, this kind of influence results in elimination of distortion, introduced by unstable base, which seemingly add air to music, but in fact obliterate the picture of the whole.

Based on the description above, would I recommend the tested platform to everybody, without any exceptions? Unfortunately not. And not because it makes the sound too smooth, but because in very sweetened systems, its action can be perceived as crossing over the line of perceived smoothness. But if your system is not one of those – pushed too much in the direction of roundness – you should try this platform in it, even if for whatever reason you will not keep it. I assure you that it will be a different, much more pleasing look at the same music productions, something that finally might become the Holy Grail you were looking for from the very beginning.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: Clearaudio Concept
Cartridge: Essence MC
Phonostage: Sensor 2 mk II
Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001

Manufacturer: Graphite Audio
Price: 8 999PLN (1 999€) RAL; 11 899 PLN (2 629 €) Natural wood veneers

Specifications
Standard dimensions (incl. feet): 475 x 445 x 40 mm (+/- 3 mm)
Feet: 3 – not regulated
Weight: 5.5 kg
Max load: 180 kg
Finishes: RAL palette: Matte, High Gloss; Natural wood veneers: Matte with wood structure, High Gloss

  1. Soundrebels.com
  2. >

Chciał nie chciał, to już półmetek. Naturalnie mam na myśli nieubłaganie mijające wakacje, które razem z Marcinem na ile to jest możliwe postanowiliśmy Wam umilić. Oczywiście chodzi o obiecaną serię relacji z wizyt w zaprzyjaźnionych salonach audio. Temat jest bardzo wdzięczny, gdyż z jednej strony my takie spotkania lubimy, a z drugiej Wy nie ruszając tyłka z fotela, poznajecie z bliska podmioty mające zapewnić dostęp do jak najszerszej oferty interesującej elektroniki. Raz droższej, innym razem tańszej, ale zawsze pozwalającej na konfigurację fajnego zestawienia. Takim to sposobem po już opublikowanych ostatnio wypadach do gliwickiego 4HiFi oraz warszawskiego Audiomagic-a, tym razem padło na katowicki RCM. I gdy wydawać by się mogło, że wytypowany wypad jest prostą jak przysłowiowy „drut” formalnością – salon znany i lubiany, to z mojego punktu widzenia w pozytywnym rozumieniu był to „koszmar”. O co chodzi? Już zdradzam. Otóż psychologiczne podłoże mojej wizyty w tym przybytku znakomicie określa znane wszystkim przysłowie „Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosię”, czyli tłumacząc z polskiego na nasze, targany procesem decyzyjnym wielbiciel wszelkiej maści analogowych nośników – to ja, obiecując sobie w duchu utrzymanie chłodnego spojrzenia na ten temat, wybrał się do najbardziej wyrafinowanej tego typu jaskini w naszym światku – katowicki RCM. Jaskini, która bez specjalnego problemu jest w stanie obrócić w perzynę nawet najtwardsze postanowienie. Jakim sposobem? Dla wielu z Was może to być zaskoczeniem, ale ostatnimi czasy oprócz łechtania naszych winylowych próżności gramofonami panowie z Górnego Śląska mają w ofercie wracające do łask magnetofony szpulowe. Jednak jak to ma w zwyczaju właściciel salonu, nie chodzi o proste w konstrukcji konsumenckie przeciętniaki, tylko niezniszczalne, przed wyjazdem do klienta wyremontowane i wyregulowane maszyny studyjne. Jakie konkretnie? Spokojnie, po ogarnięciu skołatanych zmysłów wszytko udało mi się uwiecznić na serii fotografii. Czym skołatanych? Tutaj dochodzimy do clou mojego osobistego odbioru tej nawiązującej do przywołanego przysłowia wyprawy. Otóż gdy w drodze do Katowic w pewien sposób zdążyłem się na wszystko psychicznie przygotować, po wejściu do głównego pokoju odsłuchowego pojawił się on. Dostojny, wielobryłowy, uzbrojony w niedawno wprowadzone do oferty flagowe ramię, pachnącą światową nowinką wkładkę Thales-a X-quisite Voro oraz współpracujący z flagowym przedwzmacniaczem RCM Big Phono, od jakiegoś czasu jako alternatywa dla japońskiego Tech Das-a Air Force 5, chodzący mi po głowie słoweński gramofon Kuzma Stabi XL DC. Szczerze? Pomijając fakt, że to był cios poniżej pasa, na starcie zaliczyłem rasowy knock out. Ale spokojnie. Na szczęście i z takimi sytuacjami dość szybko umiem sobie radzić, dlatego zainteresowanych informacjami na temat tytułowego salonu zapraszam na kilka skreślonych już na chłodno poniższych strof.

Dobra, koniec dziecinnych emocji. Przejdźmy do meritum relacji. Co oferuje tytułowa mekka audio? Jak unaoczniają fotografie, na wejściu wita nas wielki open space z ciekawie wyeksponowaną ofertą. Co bardzo ważne, ofertą na prośbę klienta w każdej chwili gotową do podłączenia w pomieszczeniu odsłuchowym. Elektronika i kolumny czytelnie pogrupowane w zależności od producenta, więc przed jakimkolwiek podjęciem decyzji z uwagi na ekspozycyjny luz konkretny produkt możemy dokładnie obejrzeć ze wszystkich stron bez wyjmowania go ze zwyczajowych w wielu salonach ciasnych półek. Przesada? Moim zdaniem niekoniecznie, gdyż sam nie raz podczas wizyty zanim o coś poprosiłem, sprawdzałem, czy spełnia moje oczekiwania choćby w kwestii przyłączeniowej typu rozkład wejść i wyjść oraz ich ilość. Po co studiować instrukcję, jak mamy wszystko podane na przysłowiowym talerzu. Gdy temat nietuzinkowej i pomysłowo wyeksponowanej oferty mamy już za sobą, przemierzając krótki korytarz wkraczamy do czegoś na kształt głównego, przygotowanego po Bożemu od strony akustyki pomieszczenia odsłuchowego. Co mam na myśli? Otóż pomijając ważną dla pokazania maksimum jakości oferowanego brzmienia przez system adaptację (przecież to jest dla nas elementarz), od momentu podjęcia decyzji przez RCM zajmowania się zaspokajaniem naszych potrzeb w kwestii magnetofonów szpulowych, ów room stał się przybytkiem dwufunkcyjnym. Owszem, w głównej mierze służy do prezentacji zaproponowanych przez klienta zestawów audio, jednak na bocznych ścianach jako ekspozycja stoi seria różnych szpulaków. Na co dzień podczas wizyt klientów nie przeszkadzających, za to będąc cały czas w gotowości do podłączenia w zamian któregoś źródła stacjonującego na stolikach, pełniących bardzo istotną rolę. Po pierwsze – pokazujących jak cyfrowy świat zniszczył jakość oferowanej obecnie muzyki. Natomiast drugą – w momencie zainteresowania klienta tego typu źródłem po minimalnej do granic możliwości zmiany konfiguracji (wystarczy podpiąć kable sygnałowe) stających się potencjalnym pretendentem do zakupu. Przyznam, że to bardzo dobre zagranie, gdyż nawet jeśli z jakiś powodów to nie nasza bajka, choćby zapoznawcze posłuchanie oryginalnych taśm z epoki lub ich kopii z taśm matek vs tego samego materiału z CD lub winyla daje znakomity podgląd w jaką soniczną „d” zagoniło nas ślepe – czytaj: pozbawione utrzymania odpowiedniej jakości realizacji – podążanie za rozwojem technologii realizującej muzykę dla mas. Gdy zderzymy się z tym oko w oko, wówczas przekonujemy się o skali dramatu. Dramatu, którego niestety sam po raz kolejny zasmakowałem, gdyż boss salonu znakomicie znając krążące w naszym światku moje oczekiwanie na szpulaka, goszcząc mnie kolejny raz, jak to ma w zwyczaju, nie omieszkał tego wykorzystać i po sesji odsłuchowej będącego w moich planach zakupowych gramofonu Kuzma Stabi XL DC wpiął w system również bardzo mocno kuszący mnie magnetofon Studer A80. Przywołany drapak dwoił się i troił, aby ostatecznie mnie do siebie przekonać, co nie powiem, wypadło zjawiskowo. Energia, plastyka, kiedy trzeba atak, zaś innym razem nostalgia, czyli to co analogowe tygrysy lubię najbardziej. Co na to Studer? Szczerze? To była miazga. Kilka po kolei puszczanych taśm z widniejącą na zdjęciu ścieżką dźwiękową kultowej serii „Gwiezdne Wojny” nie pozostawiały złudzeń, takiej dynamiki nie da się uzyskać z obecnych nośników – nawet z gramofonu. Nie ma bata. A wiem to z autopsji, gdyż mimo, iż na swoje cyfrowe źródło wydałem prawie 20-krotnie więcej, niż musiałbym wydać na magnetofon, w najbardziej optymistycznych opiniach obiektywnie nie jestem w stanie sam przed sobą przyznać cyfrze palmy pierwszeństwa. Po co zatem ją mam? To banał. Tak jak w przypadku gramofonu z uwagi na dostępną od ręki ofertę muzyczną, czego nie da się powiedzieć o taśmach. Owszem, są dostępne, tylko drogie. A jeśli nawet pokusimy się o kopie bliskie oryginałowi, skazujemy się na poszukiwania dobrych dawców. Warto? Pewnie się zdziwicie, ale biorąc pod uwagę cały bagaż opinii za i przeciw, jak najbardziej. Jednak nie jako codzienne źródło do spędzania wolnego czasu, tylko jako wisienka na torcie weekendowych sesji przy dobrej whisky. Ja kolokwialnie mówiąc, jestem ugotowany.

Jak można wnioskować po powyższym słowotoku, kolejny raz po wizycie w katowickim RCM-ie dojechawszy do domu, musiałem napić się herbatki z Melisą. A miało być tak pięknie, bo pod całkowitą emocjonalną kontrolą. Głównym powodem oczywiście jest osobiste hołubienie nośnikom analogowym, które akurat są oczkiem w głowie właściciela wizytowanego salonu. Naturalnie coś z cyfry również u niego się znajdzie, jednak tylko tyle i tak wyrafinowanej sonicznie, żeby z lekkim bólem być do niej przekonanym i w pewien sposób sprostać każdym potrzebom potencjalnego klienta. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, zazwyczaj wymagającego, naturalnie również wiedzącego co to jest dobry dźwięk, co wynika z analizy oferowanej przez katowicki salon palety producentów. Czy to oznacza, że początkujący adept sztuki brylowania w zaawansowanym audio nie ma po co tam się pojawiać? Ależ nic z tych rzeczy. Nawet powinien. Choćby po to, aby nie tylko złapać doświadczenie w obcowaniu z dźwiękiem na najwyższym poziomie, ale przy okazji przekonać się, tudzież spróbować zrozumieć, dlaczego tak wielu miłośników muzyki jak choćby ja nadal przedkłada analog nad cyfrę. I zapewniam, nie chodzi o udowadnianie wyższości jednych świąt nad drugimi, tylko zaznanie odmienności podania jej przez obydwa formaty w najlepszej dostępnej jakości. Odmienności, która mimo, że sama w sobie daje nam większy wybór z czym na co dzień chcemy żyć, tak często bardzo nas polaryzuje. A niesłusznie. O czym mam nadzieję, w momencie odwiedzenia kolejnego przybliżanego w ramach zabijania nudy w sezonie ogórkowym, tym razem salonu audio w Katowicach przekonacie się sami. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: dCS Vivaldi Clock

Opinia 1

Być może dla wielu z Was dzisiejsza rozprawa na temat zasadności rozdrabniania – że tak powiem – „cyfrowego włosa” na czworo nie ma najmniejszego sensu, jednak fakt jest faktem, chcąc uzyskać możliwie niezniekształcony dźwięk oparty o ciąg zer i jedynek z jakiegokolwiek tego typu źródła, musimy maksymalnie zsynchronizować zegary taktujące tak nadajnika, jak i odbiornika. Co ciekawe, nawet znajdujące się tak blisko siebie w choćby trzewiach odtwarzaczy CD. Bredzę? Bynajmniej, bowiem nie raz się o tym przekonałem u znajomych – dodatkowo używam tego typu zabawek na co dzień. Oczywiście tylko w przypadku posiadania przez dane urządzenia odpowiednich wejść i wyjść. Jakich? Naturalnie clock-owych, które ostatnimi czasy w zaawansowanych konstrukcjach stają się standardem. Na szczęście dla mnie występującym w posiadanym transporcie CEC TLO 3.0 i współpracującym z nim przetwornikiem D/A dCS Vivaldi DAC 2. A jeśli tak, owa wiedza i chęć dotarcia do sedna tematu nie pozwoliły tego pozostawić bez sprawdzenia. Dlatego też zainteresowanym tematem z przyjemnością oznajmiam, iż dzięki zaangażowaniu łódzkiego dystrybutora Audiofast i oczywiście zaspokojenia ciekawości udało nam się pozyskać na testy dedykowany mojemu przetwornikowi zegar firmowy zewnętrzny dCS Vivaldi Clock. Jak wypadł? Czy w ogóle jest sens jego zastosowania? Cóż, po kilka istotnych informacji w tej materii zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Jeśli chodzi o aparycję i obsługiwane funkcje rzeczonego clock-a, w kwestii obudowy mamy do czynienia ze znakomicie odbieraną wizualnie unifikacją, czyli wykorzystaniem identycznej obudowy jak DAC, z tą tylko różnicą, że na awersie i rewersie mamy nieco inne wyposażenie. Front oprócz tego, że został pozbawiony zorientowanej na prawej flance gałki, może pochwalić się z lewej strony bliźniaczym do przetwornika wyświetlaczem – znajdziemy na nim informacje o częstotliwości próbkowania obrabianego sygnału w dwóch osobnych grupach dla częstotliwości 44,1 i 48 kHz z ich wielokrotnościami oraz zamiast pięciu, czterema guzikami funkcyjnymi. Tylny panel zaś to ostoja dla wejścia na zegar wzorcowy, dwóch sekcji po 4 gniazda dla każdej z obrabianej częstotliwości, złącza testowego i zintegrowanego z włącznikiem oraz bezpiecznikiem gniazda zasilania IEC. Jeśli chodzi o technikalia, te opiewają na synchronizację częstotliwości dla dwóch automatycznie wybieranych przez przetwornik obwodów, w zależności od próbkowania w danym momencie słuchanego materiału. Zapewniam, automatyzacja tego procesu, to bardzo przydana funkcja, gdyż każdorazowa ręczna zmiana z 44,1 na 48 kHz wiązałaby się z ruszeniem tyłka z fotela, a nie po to ludziska idą w pliki, żeby uprawiać szkodliwą dla procesu utrwalania sadełka w boczkach melomana gimnastykę przy muzyce, tylko z całego ciała angażując jedynie palec wskazujący, pławić się w błogiej bezczynności. Tak prezentującą się i jakże funkcjonalną konstrukcję finalnie posadowiono na czterech miękko wyściełanych stopach i wyposażono w podstawowy zestaw okablowania.

Co wydarzyło się po wpięciu opiniowanego clock-a w tor? Zapewniam, od początku do końca wypisałem w notatkach same pozytywy. Pozytywy, które opiewają na znakomite w odbiorze złapanie oddechu, a przez to spokoju przez muzykę. Jednak nie było to zwykłym, uśredniającym przekaz obcięciem wysokich tonów, tylko na ile to możliwe, eliminacją szkodliwych zniekształceń zwanych jitterem, co finalnie przełożyło się na poprawę czerni tła, dzięki czemu w pozornie ciemniej kreowanym świecie muzyki nastąpiło zwiększenie ilości podawanych informacji oraz wzrost energii każdej z jej składowych. Naturalnie z automatu zyskał na tym środek pasma. Z jednej strony bardziej ochoczo epatował przed momentem wspomnianym, dotychczas jakby rozmytym pulsem i esencją, a z drugiej mimo ewidentnego wzrostu ilości średnicy w średnicy, działo się w niej znacznie więcej. Każdy najdrobniejszy niuans pracy wokalisty, czy jakiegokolwiek, powtarzam jakiegokolwiek instrumentu – nawet syntezatorów – miał swój pełnoprawny udział w każdym wydarzeniu scenicznym. Ale, żeby nie było. Nie stawał się oderwanym od realiów danej produkcji bytem typu „efekt łał”, tylko bardziej lub mniej – to zależało od zamierzeń artystów, a czasem od masteringowców – istotnym dla niej jej artefaktem. Efekt był taki, że bez poczucia nachalności, jak nigdy wcześniej wszystko dostawałem jak na dłoni. Pełne wigoru, pozbawione męczącego nalotu zniekształceń pozornie zwanych „planktonem”, dzięki czemu ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu w pewnym aspektach pozwalającego mi na znacznie więcej niż dotychczas. Co mam na myśli? Oczywiście chodzi poziom głośności. Jednak tym razem nie jako podniesienie progu wytrzymywanego bólu przez moje organy słuchu, tylko znakomicie odbierany wzrost energii, wyczyszczonego z cyfrowych śmieci, dzięki temu nadal pozwalającego bez problemu dyskutować z przybyłym na spotkanie kolegą dźwięku. Ten proces w odróżnieniu od sytuacji przed zastosowaniem zewnętrznego zegara nie powodował liniowego wzrostu sumy muzyki i znajdującego się w niej jako feedback działania jittera szumu, co już przy średnich poziomach głośności stawało się ciężkiego do wytrzymania, tylko działał na zasadzie zwiększania energii źródeł pozornych kreowanych na wirtualnej scenie. Jednak na tyle nieinwazyjnie, że nie powiększały się przy tym ich gabaryty. Efekt był czymś na zasadzie dobrze rozumianego pęcznienia i zwiększania dźwięczności każdego z nich. Ciężko jest mi to opisać, ale tak mniej więcej to odbierałem. Powiem więcej. Nie tylko ja, gdyż po prezentacji również znajomi tak to określali. A to tylko jedna strona medalu. Naturalnie piję przeciwległego bieguna makro-dynamiki, bowiem taki sam pakiet plusów zastosowanie zegara niosło w domenie mikro. O co chodzi? Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że mniej zniekształceń, większa energia oraz będący wypadkową minimalizacji szumów tła wzrost ilości informacji pozwalały na podobne pozytywne w odbiorze do głośnego, znacznie cichsze słuchanie muzyki. Nie każdy lubi trząść murami nawet w super jakości. Często mamy chęć na muskanie naszych zmysłów delikatnymi niuansami. Jednak co innego, gdy bez odpowiednich zabiegów sprzętowych dostajemy przekaz pełen niechcianych śmieci, a co innego, gdy stajemy twarzą w twarz z samą esencją danej produkcji. Mam na myśli esencję artystyczną, pozbawioną powodowanych złym taktowaniem sygnału cyfrowego naleciałości. Dla przypadkowego, niewiedzącego jak brzmi czysto odtworzona muzyka słuchacza czasem dziwną, bo zbyt spokojną w projekcji, jednak po zrozumieniu istoty tego działania i przekonaniu się, że mimo pozornego uspokojenia nadal pełną zawartych w muzyce informacji, wręcz oczekiwaną. Z pozoru spokojną, finalnie po bezproblemowym zderzeniu się z rzadko spotykaną ekspresją tak podanej sesji odsłuchowej, jakże głęboko nas poruszającą. Cuda? Nic z tych rzeczy. Dbałość o szczegóły konfiguracyjne. I co ciekawe, na poziomie źródła, czego lekceważąc temat póżniej już niczym nie da się uratować.

Zbierając powyższy opis w jakiś sensowny wniosek nie będę nikomu na siłę udowadniał, że – cytując klasyka – „czarne jest czarne, a białe jest białe”, tylko powiem tak. I zaznaczam, odezwę kieruję tylko do posiadaczy urządzeń z wejściami na zegar zewnętrzny, gdyż reszta populacji melomanów z prozaicznego powodu ich braku skazana jest na wszechobecny, zazwyczaj na podniesionym poziomie jitter. Owszem, można naginać jakość grania naszego zestawu żonglerką kablową. Ba, jak nie uda się tak, to pojechać po bandzie i wymienić coś z elektroniki. Tylko po co, gdy do dyspozycji macie możliwość wyeliminowania tak ważnego w tego rodzaju źródłach błędu taktowania sygnału cyfrowego pomiędzy nadajnikiem, a odbiornikiem. Zapewniam, jeśli tego nie wykorzystacie, w temacie wiedzy o pełnych możliwościach sonicznych Waszego systemu będziecie błądzić jak dziecko we mgle. Naturalnie da się i tak. To wolny kraj i każdy wydaje pieniądze jak chce. Tylko jaki jest tego sens? Moim zdanie nie ma żadnego. Za to widzę go gdzie indziej. Gdzie? Choćby w próbie podobnej do powyższej rozprawki. Zapewniam, nic nie stracicie, a może okazać się, że przekonacie się, jak dużo istotnych niuansów o zapisach nutowych gubiliście dotychczas w pozornie dobrze odbieranym odtwarzanym materiale.

Jacek Pazio

Opinia 2

W ramach eksploracji oferty angielskiego dCS-a po dwóch odsłonach przetwornika Vivaldi (wersji 2 i Apex) oraz wszechstronnie uzdolnionego i zaskakująco wyposażonego (moduł streamera palce, również te u stóp, lizać) Upsamplera Plus przyszła pora na kolejne urządzenie z ich portfolio. Skoro bowiem poprzednio weryfikowaliśmy co i w jakim stopniu zmienia zastąpienie naszych maluchów Muteca dedykowanym i wychodzącym spod tych samych rąk co dyżurny redakcyjny przetwornik upsamplerem, to logicznym było, że i samym zegarem w bliższej przyszłości się zajmiemy. Co też niniejszym czynimy serdecznie zapraszając Państwa na spotkanie z dCS Vivaldi Clock, który jak z pewnością wierni czytelnicy się domyślają dotarł do nas dzięki uprzejmości dystrybutora marki – łódzkiemu Audiofastowi.

Skupiając się na aparycji naszego bohatera z jednej strony mamy do czynienia z ewidentną zgodnością designu z jego rodzeństwem a z drugiej delikatnymi akcentami wzorniczymi podkreślającymi jego unikalność. Z elementów wspólnych z pewnością warto wspomnieć iście pancerne aluminiowe chassis z masywnym, misternie frezowanym frontem i okupującym jego lewą flankę ukrytym za czernionym akrylem niewielkim wyświetlaczem w towarzystwie którego za oko łapie zestaw kilku niewielkich przycisków. I w tym momencie dochodzimy do różnic, gdyż po pierwsze kształt linii łagodnych podfrezowań jest inny niż w przetworniku i upsamplerze, to w DAC2 i Apexie do dyspozycji mieliśmy pięć przycisków i wielofunkcyjną gałkę a w Upsamplerze podobny zestaw, lecz już bez pokrętła, to w Clocku ograniczono się do czterech przycisków. Z ich pomocą włączymy/uśpimy urządzenie, zyskamy dostęp do menu i wybierzemy częstotliwość próbkowania dla obu grup wyjść. Z kolei ściana tylna, z racji pełnionej przez zegar funkcji, patrząc od lewej oferuje wejście dla zegara referencyjnego i osiem wyjść zegarowych w dwóch grupach, dla których można ustawić odrębną częstotliwość próbkowania w zakresie 44,1-192 kHz. Listę zamyka port komunikacyjny RS232 i zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC. Zegar wyposażono w cztery antywibracyjne nóżki umożliwiające precyzyjną regulację i poziomowanie w zakresie 3mm.
A właśnie, co do precyzji, to dCS w tytułowym zegarze zastosował podwójne oscylatory kwarcowe (jeden dedykowany krotnościom 44.1 i drugi 48kHz) wyposażone w sterowaną mikrokontrolerem korekcję temperatury.

Najogólniej rzecz ujmując wpięcie dCS Vivaldi Clock w tor, w którym jak widać na powyższych zdjęciach od dłuższego czasu zdążył zadomowić się już DAC2 o krok, bądź nawet dwa oddaliło jego, znaczy się toru, brzmienie od nie wiedzieć czemu przypinanej dCS-om łatki sterylnej analityczności i żeby nie powiedzieć bezduszności iście laboratoryjnej antyseptyczności. Nie dość bowiem, że poprawie uległa namacalność i energia reprodukowanego materiału, to jeszcze, choć akurat w transporcie CEC-a jest to praktycznie niesłyszalne, zniwelowana została objawiająca się zbytnią ostrością konturów „cyfrowość”. I tu od razu uspokoję wszystkich miłośników teorii spiskowych, że … nie, nie oznacza to iż Clock zamulił, bądź stępił kontury źródeł pozornych, bo powyższe zmiany idą w zupełnie inną stronę i czym innym się objawiają. Jeśli bowiem zamiast oscylującej na granicy percepcji lekkiej nerwowości i rozedrgania, czy też matującej blask dęciaków patyny otrzymujemy zarazem bardziej rozdzielczy i wysycony przekaz, co niejako z automatu sprawia, że możemy słuchać i nieco głośniej i dłużej bez uczucia fatygi. I nie mówię tu o całkiem lekkostrawnych pozycjach w stylu niemalże „restauracyjnego” (znaczy się mogącego stanowić tło konsumpcji) albumu „Long Waves” dream teamu Franco Ambrosetti Quintet, lecz takie perełki jak „Beat Reader” The Vandermark 5, gdzie intensywność, czy wręcz iście religijna żarliwość zagmatwanych improwizacji dość bezpardonowo wkraczających na tereny zarezerwowane psychodelii i co bardziej hałaśliwym odmianom Rocka potrafi zdrowo przewłóczyć słuchaczy. Tymczasem duet dCS-a zamiast zalewać całość gęstym syropem klonowym, bądź ugładzać i uspokajać całość na kształt „windzianych” utworów Kennyego G postawił na wierność naturalnemu brzmieniu wykorzystanego instrumentarium, przez co zyskaliśmy możliwość obcowania z ich natywnym, umownie „nienaruszonym i nieprzetworzonym” dźwiękiem. Czemu to takie istotne i czemu akurat na tę kwestię zwróciłem uwagę? Cóż, jest to bowiem składowa, której miłośnikom wszelakiej maści koncertów i jamów, czyli „wykonów” (cóż za koszmarne słowo) zbytnio przybliżać nie trzeba. O ile bowiem obcując z dowolnym instrumentem na żywo z niezwykłą intensywnością doświadczamy jego ekspresji, bezpośredniości i przede wszystkim generowanego przez niego w sposób oczywisty i bezdyskusyjny, podległego artykulacji ciśnienia akustycznego, o tyle metaforycznie przechodząc na drugą stronę szyby, czyli zasiadając przed posiadanym systemem i zabierając się za odsłuch kiedyś tam zarejestrowanego materiału, bądź nawet prowadzonej w czasie rzeczywistym transmisji wcześniej, bądź później uświadamiamy sobie, że gdzieś po drodze, może nie tyle całkowicie zostały utracone, co boleśnie zredukowane, obciosane powyższe atrybuty o autentyczności i realizmie świadczące. A tytułowy zegar, choć nie wyczarowuje czegoś z niczego i sam z siebie żadnych niezapisanych na materiale źródłowym dźwięków nie dodaje, to jednak pozwala ów wspomniany proces informacyjno-energetycznej korozji nie tylko ukrócić, co zauważalnie cofnąć.
Nie oznacza to jednak, że kiepskie i byle jak, ułomnie zrealizowane nagrania w cudowny sposób nagle ewoluują do poziomu realizacji serwowanych przez ekipy ACT, 2L, czy Mapleshade Records, bądź zmiany wprowadzane przez zegar mają intensywność bliską możliwościom phonostage’a FM Acoustics 223, jednak uczciwie trzeba przyznać, że na dalszy plan schodzą ich wydawać by się mogło nierozerwalne i na stałe zaszyte mankamenty a języczek uwagi przesuwa się na to, co najważniejsze – warstwę emocjonalną, melodykę i motorykę. Dzięki czemu nawet wykastrowany z basu „…And Justice for All” Metallici nie wywołuje migreny po pierwszych dwóch utworach i przy odrobinie dobrej woli daje się dotrwać do jego końca. Bądźmy jednak szczerzy – akurat w przypadku tego krążka poza delikatną korektą równowagi tonalnej i ucieczki od płaskiej jak deska, dwuwymiarowej sceny na drodze prób odseparowania poszczególnych instrumentów niewiele można zrobić. Wystarczy jednak sięgnąć po zdecydowanie mniej, bądź wręcz wcale spaprane przykłady, jak daleko nie szukając … „And Justice for None” Five Finger Death Punch, gdzie z kolei gary i stopa są potraktowane z właściwą atencją, czy wręcz z premedytacją uwypuklone, a z partii basu w mixie nikomu przez myśl nie przyszło zdjąć chociażby 1dB. I tu o dziwo Vivaldi Clock zamiast zajmować się resuscytacją i „podpompowywać” przekaz mógł przejść do zdecydowanie mniej przyziemnych czynności podnosząc walory soniczne nagrania np. poprzez podkreślenie m.in. saturacji i siły emisji wokalu Ivana Moody’ego, czy też precyzję ogniskowania źródeł pozornych na zaskakująco obszernej, jak na taki repertuar, scenie muzycznej.

Jeśli po lekturze powyższych, wybitnie subiektywnych wynurzeń i refleksji nadal zastanawiacie się Państwo, czy warto uszczuplić domowy budżet o niebagatelną kwotę blisko 120 kPLN na akcesorium bez którego Wasz system do tej pory doskonale dawał sobie radę, przewrotnie podpowiem, że to zależy. O ile tylko jesteście szczęśliwi z aktualnego stanu posiadania i nic a nic waszej nirwany nie zakłóca, to spokojnie możecie sobie dCS Vivaldi Clock odpuścić i nie zaprzątać sobie głowy faktem jego istnienia. Jeśli jednak gdzieś tam w podświadomości kołaczą Wam się przypuszczenia, że jeszcze nie wycisnęliście wszystkiego co gęste i smakowite z cyfrowej sekcji Waszego audiofilskiego ołtarzyka, to chociażby próbne wpięcie tytułowego ustrojstwa powinno dać Wam odpowiedź na nurtujące pytania i rozwiać ewentualne wątpliwości. Tylko tyle i aż tyle, czyli niepotrzebnie nie przedłużając wywodu – piłka jest po Waszej stronie i od Was zależeć będzie, czy podejmiecie rzucona przez dCS-a rękawicę.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001

Dystrybucja: Audiofast
Producent: dCS
Cena: 116 700 PLN

Dane techniczne
Częstotliwości zegara: 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4 lub 192kHz.
Dokładność zegara:
– Lepiej niż +/-1ppm w chwili wysyłki z fabryki
– Typowo +/-0.1ppm w chwili otrzymania i po ustabilizowaniu.
Wyjścia Word Clock: Dwie grupy 4 niezależnie buforowanych wyjść na złączach 75Ω BNC.
Każda grupa może być ustawiona na inną częstotliwość zegara.
Wejście referencyjne: Zewnętrzne wejście referencyjne na złączu 1x 75Ω BNC. Akceptuje sygnał Word Clock lub sprzężone z siecią AC sygnały przy 1MHz, 5MHz & 10MHz. Zakres połączenia wynosi +/-300ppm.
Pobór mocy: 10 W; 123 W maximum.
Wymiary (S x G x W): 444mm x 435mm x 126mm
Waga: 13,6 kg
Kolor: Srebrny / Czarny