Monthly Archives: listopad 2024


  1. Soundrebels.com
  2. >

Wykonawca:  Maria Banasiewicz – Bryła - klawesyn
Tytuł:  „Jean Baptiste Loeillet - Six Suits for the Harpsicord”
Gatunek:  Klasyka
Dystrybucja:  Prelude Classics

Może zacznę mało poważnie a dla zainteresowanych, obeznanych z tematem wręcz obrazoburczo, lecz śmiem twierdzić, iż bohater dzisiejszego spotkania, czyli klawesyn do fortepianu ma się mniej więcej tak, jak mandolina do gitary, czyli nikogo nie deprecjonując może nie tyle jak ubogi, co charakteryzujący się trudnym do zniesienia, szczególnie na dłuższą metę, charakterem daleki krewny. I choć mamy świadomość jego istnienia a z racji iż rodziny się nie wybiera o owym istnieniu pamiętamy, to już ewentualne kontakty ograniczamy do niezbędnego minimum. Z podobnego założenia wychodzi też większość realizatorów, niby umieszczając ów instrument na scenie, lecz finalnie mix konstruując tak, że ląduje on (klawesyn, nie mix) w drugim, bądź trzecim rzędzie pełniąc rolę służebną i uzupełniającą. Proszę tylko rzucić uchem na ograne do bólu i znane przez wszystkich „The Four Seasons / Le Quatro Stagioni”, czyli „Cztery pory roku” Vivaldiego w wykonaniu Yehudi Menuhina i Cameraty Lysy (niestety na Tidalu nie ma nagrywanego w Abbey Road Studios wydania EMI z 1991 r., którym dysponuję), gdzie wbrew pozorom klawesyn jest i gra (za sprawą Jeffrey’a Gilliama), choć najdelikatniej rzecz ujmując nad wyraz nieśmiało. Znacznie lepiej sprawy wyglądają u Carmignoli, który był na tyle miły, że Andrea Macron nie musiał przebijać się przez partie smyczków, by zaznaczyć swoją obecność. Z drugiej strony akurat taki obrót spraw nikogo dziwić nie powinien, gdyż to właśnie Macron jest założycielem i dyrygentem Venice Baroque Orchestra Carmignoli towarzyszącej. No dobrze, ale o co tak właściwie z tym klawesynem chodzi? A o to, iż za sprawą spirytus movens całego zamieszania, czyli pana Michała bryły i jego oficyny wydawniczej Prelude Classics przyszło nam zmierzyć się z nie lada wyzwaniem, czyli dwupłytowym wydawnictwem „Jean Baptiste Loeillet – Six Suits for the Harpsicord”, które jak sam tytuł wskazuje obejmuje twórczość na ów klawesyn przeznaczoną. Jest to zatem zdecydowanie wyższy stopień wtajemniczenia w temacie eksploracji muzyki dawnej od chociażby „Misterioso / J.S. Bach – Sonatas for violin and harpsichord, BWV 1017-1019”, o którym niezobowiązujące 3×3 jakiś czas temu popełniliśmy. W tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko nadmienić, iż za klawesynem zasiadła znana z przed chwilą wspomnianego albumu Maria Banasiewicz – Bryła i zaprosić Państwa na ciąg dalszy.

Z racji braku kompetencji kwestie natury muzykologicznej pozwolę sobie dyplomatycznie pominąć, zainteresowanych kierując do obszernego opracowania autorstwa Lilianny Stawarz zamieszczonego w eleganckiej książeczce dołączonej do tytułowego, dwupłytowego wydawnictwa. Wspomnę za to o tym, iż nagrań dokonano w jednej z sal usytuowanych na piętrze wilii przy ul. Henryka Wieniawskiego 3 w Poznaniu będącej tymczasową (w trakcie remontu) siedzibą Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego. Klawesyn blisko „omikrofonowano” parą Microtech-ów Gefell M221 a „aurę” i dźwięki odbite zbierał duet Microtech Gefell M320. Wszystkie mikrofony korzystały z przedwzmacniaczy wbudowanych w przetwornik cyfrowo-analogowy Merging Technologies Hapi Mk II, materiał został zarejestrowany w formacie DXD 352,8 kHz/32-bit, poddany masteringowi w stacji DAW, by finalnie osiągnąć tak stereofoniczną, jak i wielokanałową postać DSD i trafić na dwa krążki SACD. A właśnie. Jeśli nie dysponujecie Państwo odtwarzaczem srebrnych krążków w ww. formacie, co niespecjalnie z racji ich obecnej niszowości powinno kogokolwiek dziwić, to nic straconego, gdyż materiał dostępny jest również na 24-karatowych złotych CDR-ach w sklepie wydawnictwa, jak i w formie „gęstych” plików na NativeDSD.

A jak „Jean Baptiste Loeillet – Six Suits for the Harpsicord” wypada pod względem brzmieniowym? Śmiem twierdzić, ze wybornie i zaskakująco zarazem. Zaskakująco, gdyż znając brzmienie klawesynu z innych realizacji można byłoby je porównać do rozkoszy kojarzonych z leczeniem kanałowym, bądź pracy ze szlifierką oscylacyjną bez słuchawek ochronnych a tymczasem tutaj mówiąc kolokwialnie „nic nie boli i nie uwiera”. Brzmienie instrumentu jest bowiem niezwykle organicznie, gdyż może nie sam jego strój, co rejestracja i obróbka sprawiły, iż brzmi nieco niżej i gęściej niż zazwyczaj a dodatkowe mikrofony zapewniły mu przyjemny pogłos i swobodę, przez co nie jest to „głuche” nagranie ze zbyt szybko wygaszanymi dźwiękami. Mamy zatem właściwą dozę blasku i natywnej dla mechaniki instrumentu dźwięczności a jednocześnie oszczędzono nam irytującej i męczącej na dłuższą metę metalicznej brzękliwości. Zachowano bowiem wręcz idealną równowagę pomiędzy koherencją przekazu, jego muzykalnością (kolejne, dość wyświechtane pojęcie, lecz akurat w tym wypadku nader trafne, choć w korelacji z samym klawesynem dalekie od oczywistości) a deklarowaną przez wydawcę i producenta audiofilskością. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż zazwyczaj owa „audiofilskość” przejawia się w formie iście irracjonalnej hiper rozdzielczości, gigantomanii i wyciągania na światło dzienne wszelakiej maści artefaktów, które choć zazwyczaj obecne w nagraniu na uwagę niekoniecznie zasługują. A u pana Michała wszystko jest na miejscu – klawesyn ma właściwe, zgodne z rzeczywistością gabaryty, więc „zmieścił” się w moim 24-metrowym salonie nie zmuszając mnie do zajęcia miejsca w korytarzu. Mało „audiofilski” jest też udział samej Marii Banasiewicz – Bryły, której obecność choć oczywista jest praktycznie całkowicie niesłyszalna, co na tle jazzowych pomrukiwań Keitha Jarrett (vide „The Köln Concert”), czy nawet wyraźnie walczącego z materią i wiolonczelą na „J.S.Bach 6 Suit na wiolonczelę solo BWV 1007 -1012” Andrzeja Bauera jest wyraźnym ukłonem w kierunku adoracji muzyki jako takiej a nie towarzyszącej jej celebracji i samego wykonawcy. A co do wspomnianej równowagi tonalnej nagrania, to coś czuję w kościach, że tak właśnie klawesyn powinien być rejestrowany, żeby swym brzmieniem sprawiać przyjemność a nie irytować i fatygować słuchaczy. Wygląda na to, że z podobnego założenia wyszedł nie tylko pan Michał, lecz również Jan De Vlieger, który w 2018r. wydając w oficynie Phadera „Six Suites for Harpsichord” zasiadł za odznaczającym się niską i głęboką barwą instrumentem zbudowanym przez Andrew Woodesona. Dla porównania warto jednak sięgnąć po pochodzącą również z 2018 r. i co ważne dostępną na Tidalu wersję „Loeillet: Six Suites Of Lessons For Harpsichord Or Spinet” (Urania Records), na której Luigi Chiarizia gra wyraźnie lżejszym a zarazem „perlistym” dźwiękiem z nieco bogatszą ornamentyką. Która z wersji jest lepsza nie mi osądzać, lecz gorąco zachęcam do samodzielnych porównań i poszukiwań, gdyż jak powyższy materiał dobitnie pokazuje wśród dostępnych czy to w sieci, czy w postaci fizycznych krążków

Nie twierdzę, że „Jean Baptiste Loeillet – Six Suits for the Harpsicord” w wykonaniu Marii Banasiewicz – Bryły jest przypadnie do gustu wszystkim odbiorcom. Ba, pewnie część miłośników niezobowiązującej klasyki (wspomniane „4 pory roku”) pierwszy odsłuch będzie musiała podzielić na tury oswajając się z jeśli nie z samym repertuarem, co z charakterystycznym instrumentarium. Sugeruję jednak podjąć takie ubogacające wyzwanie, gdyż w tych nieco pretensjonalnych i pozornie sztywnych jak wykrochmalony gorset zapisach nutowych kryje się zaskakujące bogactwo melodii i jakże sporadycznego w dzisiejszych czasach kompozytorskiego, przywodzącego na myśl jubilerskie cacka w stylu jaj Fabergé geniuszu.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Aż wstyd przyznać, lecz w wyniku przeprowadzonego na potrzeby dzisiejszego remanentu wyszło na jaw, iż na przestrzeni ostatnich jedenastu lat naszej radosnej twórczości mieliśmy do czynienia jedynie raz z przeznaczonym do transmisji cyfrowej okablowaniem bądź co bądź regularnie u nas goszczącego Furutecha. I to w dodatku pod postacią budżetowej „skrętki” Lan-8 NCF. Niby sytuację ratują przeznaczone do aplikacji w portach LAN i USB Clear Line’y, jednak fakt zaniedbania domeny cyfrowej z użyciem wytworów ww. marki jest aż nadto oczywisty. Dlatego też chcąc niejako zrekompensować wszystkim zainteresowanym wiadome luki w naszym publicystycznym dorobku na tapet wzięliśmy od razu jeszcze pachnący fabryką flagowiec. W dodatku zamiast czekać na wydawać by się mogło rozdające w streamingu karty łączówki LAN i USB, które zakładam, że koniec końców w japońskim portfolio się pojawią, pozwoliliśmy sobie na kilkutygodniowy romans z „tradycyjnym” – reprezentującym standard AES/EBU przewodem Project V1-D-XLR.

Zgodnie z tradycją i w opozycji do producentów budujących swój wizerunek na nimbie tajemniczości i ściśle strzeżonych, obwarowanych klauzulami ograniczonego dostępu sekretów Furutech gra ze swoimi wiernymi akolitami w otwarte karty. Mówiąc wprost po prostu zamieszcza szczegółowe przekroje i opisy swoich wyrobów jasno dając do zrozumienia, że nie ma absolutnie nic do ukrycia a jeśli ktoś tylko ma ochotę i czas, bardzo dużo czasu, to na kuchennym stole, bądź w zaciszu przydomowego garażu spokojnie może podjąć się iście benedyktyńskiego wyzwania za jakie śmiem uznać wykonanie „kopii bezpieczeństwa” dowolnego reprezentanta japońskiej myśli technicznej. Tak też jest i tym razem.

Project V1-D został zbudowany w oparciu o hybrydowy przewodnik wewnętrzny OCC pokryty srebrem α(Alpha) oraz zewnętrzny przewodnik DUCC α(Alpha), wykonany z tej samej specjalistycznej miedzi, co przewody Project V1-L i Project V1. Przewodniki te poddawane są unikalnemu procesowi kriogenizacji i demagnetyzacji. Wzorem swojego starszego rodzeństwa Furutech nie zapomniał o odpowiedzialnej za eliminację wszelkich szumów i zakłóceń technologii NCF (Nano Crystal2 Formula). Project V1-D posiada wielowarstwową budowę składającą się z wysokiej jakości izolacji i warstwy tłumiącej drgania, co zostało podpatrzone w przewodach prowadzonych w ramionach gramofonowych. Taka konstrukcja zapobiega zewnętrznym zakłóceniom, zapewniając najwyższą jakość transmisji dźwięku i minimalizując degradację sygnału. Zastosowano tu dwuwarstwowy peszel, potrójne ekranowanie i antywibracyjne wypełnienie a dodatkowo użyto specjalnie zaprojektowany pierścień tłumiący poprawiający stabilność przewodu. A właśnie, zarówno same pierścienie, jak i specjalne złącza serii Project V1-D (RCA/XLR) wykorzystują specjalny antystatyczny i antyrezonansowy materiał NCF Furutecha w połączeniu z wysokiej jakości nylonową izolacją. Przewodniki wtyków wykonane są z niemagnetycznej, pokrytej rodem czystej miedzi α(Alpha), umieszczonej w korpusach izolowanych materiałem NCF. Z kolei ich obudowy wykonano z 4-warstwowego hybrydowego włókna węglowego NCF, wykończonego specjalną utwardzoną przezroczystą powłoką tłumiącą. Warto jednak nadmienić, iż wszystko to, co przed chwilą Państwo przeczytali jest wersją mocno … uproszczoną. Jak zatem wygląda opcja dla zaawansowanych? A tak. Idąc od zewnątrz napotykamy gotową do organoleptycznej weryfikacji i widoczną gołym okiem plecionkę z 0,02 mm warstwy wysokiej jakości miękkiego polipropylenu tłumiącego i 0,2 mm twardego włókna o splocie krzyżowym spod której zalotnie przeziera ekran z folii miedzianej α (Alpha) szczelnie otulającej warstwę elastycznych rurek z PVC do zastosowań audio wzbogaconego nano-ceramicznymi cząsteczkami związku węgla. Następnie zaliczamy małą powtórkę z rozrywki, czyli bliźniaczą do zewnętrznej plecionkę polipropylenową trzymającą w ryzach otulinę z przeznaczonego do zastosowań audio elastycznego PVC wzbogaconego nano-ceramicznymi cząsteczkami związku węgla, którą od podwójnego ekranu (plecionka miedziana α (Alpha) + folia miedziana α (Alpha)) oddziela papierowa taśma. Taką samą powłokę zastosowano w celu ujarzmienia poliestrowej przędzy, w której to biegną dwa przewodniki w polipropylenowej izolacji. Mało szczegółów? No to jedziemy dalej, bowiem każda z koncentrycznych żył składa się z poprowadzonych w centrum 26 prawoskrętnie ułożonych przewodników ze srebrzonej miedzi α (Alpha) OCC, wokół nich znalazły się 23 lewoskrętnie skręcone żyły α (Alpha) DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) a warstwę zewnętrzną stanowi 31 prawoskrętnie poprowadzonych przewodników α (Alpha) DUCC. No to jak, macie Państwo ochotę na kablarskie DIY, czy po lekturze powyższej receptury przeszła Wam na tego typu rękodzieło ochota?

Iście bliźniacze podobieństwo V1-D-XLR do swojego analogowego rodzeństwa (V1 XLR) tak pod względem aparycji, jak i przede wszystkim budowy ma swoje oczywiste – brzmieniowe następstwa. Jakie? Przecież napisałem, że oczywiste. Jest bowiem wielce namacalnym przykładem na zupełnie przeciwne do stereotypowych i oczekiwanych przez dopiero wkraczających w świat High-Endu nuworyszy podejście do reprodukowanych dźwięków, czyli de facto transmitowanych sygnałów. Próżno szukać w jego sygnaturze efekciarskiego rozdmuchania, atakowania słuchacza bezlikiem nie wiadomo skąd wyekstrahowanych i prezentowanych w zaskakującej pod względem istotności hierarchii informacji, czy nawet pewnej bezwzględności obnażającej błędne decyzje podjęte podczas mozolnego konfigurowania naszego systemu marzeń. Ba, na upartego, posługując się zwrotami – kluczami zdecydowanie bliżej mu do niemalże całkowitego braku takowej. Sygnatury znaczy się. Jak to możliwe? Sekret owej transparentności, czy jak to kablosceptycy uparcie twierdzą „niesłyszalności” wszelkich kabli a japońskiej łączówki w szczególności leży bowiem w jej naturalności i zbieżności z naszym – słuchaczy DNA. Co w tym niezwykłego? Ano to, że to, co dobiega naszych uszu brzmi dla nas właśnie naturalnie, czyli w pełni zgodnie ze znanymi „z natury” wzorcami przez co zamiast angażować zmysły do analiz i prób podpięcia uzyskanych rezultatów pod egzystujące w naszym banku dźwięków odpowiedniki możemy przejść na wyższe stadium wtajemniczenia i pozwolić muzyce koić nasze skołatane nerwy delektując się pięknem i złożonością reprodukowanych kompozycji. Ot chociażby na naszym dyżurnym „Black Market Enlightenment” Antimatter (szczególnej uwadze polecamy „Wish I Was Here”) wokal Micka Mossa ma niezwykle głęboki tembr, obezwładniającą siłę emisji i zarazem epatuje spokojem wynikającym z braku konieczności udowadniania komukolwiek jakiejkolwiek wyczynowości. Tutaj nie ma krztyny wysilenia, czy też walki o jakiś nieosiągalny dla konkurencji rejestr. Jest snuta opowieść osadzona w stricte rockowej estetyce a reszta niejako dzieje się sama, bez chłodnych kalkulacji, czy też gry pod publiczkę. Podobnie na egzystującym w diametralnie innej estetyce „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” Roberty Mameli, gdzie akcent został postawiony na zabawę formą i zapewnienie synergii pomiędzy jazzem a klasyką aniżeli usilnym dzieleniu włosa na czworo i rozbijaniu każdego dźwięku na przysłowiowe atomy. Ekspresyjne partie włoskiej sopranistki lśnią niczym górskie kryształy mieniąc się bezlikiem refleksów a jednocześnie niespecjalnie mając ambicję weryfikacji granic naszej wytrzymałości na najwyższe rejestry przy których pękają rodowe kryształy. Nie oznacza to bynajmniej jakiejkolwiek ułomności, czy też wręcz upośledzenia V1-D-XLR pod względem rozdzielczości, lecz jedynie w pełni świadome i zgodne z naturą zachowanie tak hierarchii, jak i zdolności rozróżnienia ww. rozdzielczości od taniej i zdecydowanie łatwiejszej do uzyskania pospolitej detaliczności. Furutech gra bowiem z jednej strony zaskakująco gęsto i mięsiście, co może sprawiać pozory pewnego przyciemnienia a jednocześnie daje fenomenalny wgląd w strukturę, tkankę nagrań rozwiewając wszelkie wątpliwości, co do tego, czy cokolwiek dla siebie zachowuje. Jest elementem spajającym składowe systemu tak pod względem elektrycznym, jak i przede wszystkim brzmieniowym i zamiast krótkotrwałego efektu „Wow!” stawia na zdecydowanie dłuższą, opartą na równowadze i harmonii kooperację.

Przez fakt, iż jak na high-endowe realia Furutech Project V1-D-XLR, jest zaskakująco przystępnie wyceniony część poszukiwaczy ekstremalnych i bezkompromisowych doznań może najzwyczajniej w świecie go przeoczyć. Jeśli jednak dla kogoś liczy się przede wszystkim dźwięk a nie pozycja w czasem dość irracjonalnych rankingach, czy też bywanie na ustach zainteresowanych li tylko z racji przyprawiającej o migotanie przedsionków ceny, to szczerze polecę samodzielną weryfikację jego możliwości we własnym systemie, gdyż może się okazać, iż jego walory soniczne oczarują Państwa na tyle, by całkowicie wyzbyć się ochoty jego zwrotu. Czy jest zatem przewodem dla wszystkich? Śmiem twierdzić, że absolutnie nie, gdyż jeśli tylko poszukuje się chwilowego oszołomienia i równie krótkotrwałego zastrzyku adrenaliny, to japońska łączówka może srodze rozczarować. Nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie osobiście, brzmi to jak szczera rekomendacja dla wszystkich melomanów, dla których właśnie muzyka jest najważniejsza. A w życiu, w tym audiofilskim hobby, dążą do zdecydowanie dłuższych, aniżeli przelotne relacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Prawdopodobnie niewielu z Was wie, że gdy marka Furutech powoływała do życia projekt okablowania V-1, w puli miał być jeden model. Chodziło o potwierdzenie technologicznych możliwości, co miał pokazać kabel sieciowy w limitowanej ilości bodajże 30 sztuk. Niestety, a tak naprawdę dla nas „stety”, zainteresowanie rynku tą konstrukcją przerosło najbardziej optymistyczne przewidywania i chcąc nie chcąc Japończycy postanowili stworzyć kompletną linię. Co prawda jej uzupełnianie jest rozpięte mocno w czasie, jednak gdy prześledzicie nasze perypetie z przewodem będącym bohaterem tego spotkania, dowiecie się, iż po przywołanej sieciówce Project V-1, stosunkowo niedawno powstały analogowe sygnałówki – test XLR-a już się ukazał, zaś RCA czeka na swoją kolej, nieco wcześniej niestety z braku możliwości aplikacji nawet nie przysyłane w nasze progi swój by zasygnalizowały kable RCA dedykowane do połączenia ramienia z phonostage’em, zaś teraz mamy możliwość zapoznać się z cyfrowym kablem sygnałowym. Jakim konkretnie? W wersji, jakiej używam na co dzień, czyli dostarczonym dzięki działaniom katowickiego dystrybutora RCM Furutech Project V-1 D XLR (AES/EBU).

Jak to u Furutecha jest odmienianym przez wszystkie konstrukcyjne przypadki standardem, przewodnikiem sygnału jest kompilacja srebrzonej miedzi OCC i miedzi DUCC poddawanej procesowi Alpha o łącznym przekroju 14AWG. O czystość elektryczną płynącego sygnału, czyli pozbawioną zakłóceń RMI/RFI w tym modelu dba podwojenie ekranowania jego przebiegu. Zapewnienie równowagi tonalnej oraz rozszerzenie zakresu przenoszonych częstotliwości realizuje zastosowanie dwóch rodzajów polipropylenu o różnej gęstości. Zaś zniekształcenia mechaniczne i elektryczne redukuje firmowy sposób terminowania wtyków. Te ostatnie naturalnie są topowymi rozwiązaniami marki, a w ich skład wchodzą wtyki CF-601 NCF RP oraz CF-602 NCF RP. Jeśli chodzi o podstawowe wymiary, średnica zewnętrzna już z wierzchnią plecionką osiąga 14 mm, długość kabla to typowe dla tego brandu 1.2 mb. Tak prezentujący się produkt w drodze do klienta najpierw lokowany jest w eleganckim błękitnym woreczku, ten umieszcza w miękko wyściełanym błękitnym materiałem eleganckim pudełku z bambusa, zaś finalnie w drodze do docelowego klienta całość pakowna jest w transportowy karton.

Co wydarzyło się po aplikacji w mój tor przecież obsługującego beznamiętne zera i jedynki kabla cyfrowego? Przyznam szczerze, że kolejny raz to samo, czyli unikanie wywracania zastanego dźwięku do góry nogami. Naturalnie dobrze skonfigurowanego w wartościach bezwzględnych, jaki sądzę, udało mi się ze swoją zbieraniną uzyskać. Co zatem się stało? Otóż najważniejszym aspektem było to, że muzyka w centrum pasma zaczęła kipieć większą dźwięcznością i rozwibrowaniem, przez co może nie dramatycznie, ale odczuwalnie podniosła poziom czynności życiowych i radości wizualizowania danego materiału. Co ciekawe, wbrew działaniom konkurencji przy okazji poprawiania transparentności średnicy, u Furutecha nic a nic, do pewnego czasu – o czym później, nie działo się na górze pasma. Żadnych fajerwerków w postaci dodatkowej iskry, czy jaśniejszej projekcji, ale jak się na koniec okazało i co zasygnalizowałem, tylko pozornie. Za to wiele działo się z drugiej strony częstotliwościowej barykady, czyli w zakresie basu, gdzie słychać było jego znacznie lepszą rozdzielczość. Rozdzielczość, która naturalną koleją rzeczy spowodowała błędne uczucie jakby zmniejszenia jego udziału w dźwięku. Tymczasem ów zakres nie tracąc na zejściu podobnie do centrum pasma, w pozytywnym tego słowa znaczeniu zaczął dzielić przysłowiowy włos na czworo. Nagle okazało się, że uderzenie w wielki bęben to nie jedno większe lub mniejsze w domenie energii bum. To działanie mające swój początek inicjowany pałką, potem wywołujące odpowiedź membrany, by w dalszej części z estetyką sinusoidy płynnie w domenie zmniejszania się poziomu energii jako cichnące impulsy zniknąć z eteru. Dla kogoś może to być niezbyt istotnym zagadnieniem, gdyż lubi mocne granie nieskrępowaną energią i zadowala go solidne i zwarte kopnięcie. Takie postrzeganie zagadnienia sprawia, że wystarczy aby muzyka nas uderzyła, oferowała dobre doświetlenie wydarzenia scenicznego i była w miarę zwarta, aby temat dobrej prezentacji zamknąć. Jednak nie ma się co oszukiwać – naturalnie poziom swojego zaangażowania w oczekiwania jakościowe słuchanej muzyki każdy wyznacza sobie sam i nic mi do tego, niestety takie standardy z racji ewidentnego uśrednienia przekazu nie przystoją klasie High End, do której bez wątpienia zalicza się nasz bohater. We wspomnianej elicie przykłada się bardzo dużą uwagę do najdrobniejszego szczegółu od dołu, przez środek, po najwyższe rejestry, co w moim odczuciu znakomicie pokazał podczas testu cyfrowy XLR, a co mam nadzieję czytelnie wyartykułowałem. Ktoś zapyta: A co z wysokimi tonami?, które według mnie nie drgnęły w stosunku do kabla wypiętego z systemu? Już wyjaśniam. Otóż o klasie górnego rejestru przekonujemy się dopiero po powrocie do poprzednika, czyli wypięciu Japończyka – u mnie była to walka bratobójcza, ale trochę z góry przesądzona, bo na różnych poziomach cenowych. Nagle okazuje się, że zapada lekka, dotychczas niezauważalna, ale jednak kotarka, muzyka brzmi jakby szarawo i finalnie gorzej prezentując wypisane przed momentem aspekty oferuje mniej życia. Tak tak, dobrze rozumujecie, aby uzyskać znakomitą otwartość i przez to namacalność słuchanej muzyki nie trzeba podkręcać iskry w górnych rejestrach, wystarczy zadbać o poprawą rozdzielczość i dźwięczność reszty zakresów. Góra ma być neutralna, bo nazbyt skrząca nie tylko jest odstępstwem od neutralności, ale na dłuższą metą może być męcząca. W przypadku V-1-ki jest w punkt.

Jak spuentuję powyższy opis sesji testowej? Otóż bez naciągania faktów opiniowaną cyfrówkę Furutech Project V-1 D XLR spokojnie mogę polecić dosłownie każdemu. Dlaczego? Przecież wspominałem na samym początku, że nie wywraca brzmienia zastanego zestawu do góry kołami, tylko w przypisany dla segmentu High End sposób poprawia jego parametry życiowe. Jednak w odróżnieniu do większości konkurencji nie przez serwowanie nam niepotrzebnego efekciarstwa, tylko zadbanie o płynne i dźwięczne podanie pełnego spektrum informacji zawartych w materiale źródłowym. Zapewniam, to wielka różnica. Być może nie dla wszystkich jeszcze zrozumiała, ale zapewniam, bardzo istotna. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że dla mnie osobiście również. Na tyle, że po pozostawieniu sobie kabla sieciowego, ostatnim zamówieniu dwóch sygnałówek XLR, również cyfrówka zostaje w systemie na stałe.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 16 800 PLN / 1,2m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Po zadbaniu o wysoko i nisko-napięciowe połączenia WK Audio rozpoczęło ekspansję domeny cyfrowej dostarczając nam na testy swoje najnowsze „wypusty” –  łączówki TheRed Digit w wersji Balanced i Unbalanced.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Grand Prix Audio Parabolica

To, że jestem zatwardziałym gramofoniarzem wiadomo od lat, dlatego z pewnością zdajecie sobie sprawę, z jaką przyjemnością przeprowadziłem test kolejnego werku dosłownie i w przenośni wydrapującego sygnał audio z płyty winylowej. Tym razem będzie ciekawostka w postaci nietuzinkowego gramofonu zza wielkiej wody. Co ciekawe, dla rozluźnienia atmosfery nieco żartując kolejny raz można powiedzieć, że tak jak to przylgnęło do Amerykanów, ponownie będziemy mieli do czynienia z czymś „naj”. Jednak nie będzie to zwyczajowe odniesienie do rozmiaru, wagi lub innego tego typu wyróżnika, tylko na ile pozwala obecna wiedza inżynieryjna, jak dobitnie sugeruje nazwa marki, zastosowanie najbardziej zaawansowanych technologii produkcji oraz najlepszych materiałów konstrukcyjnych rodem z formuły 1. Tak tak, z uwagi na powiązanie rzeczonego podmiotu gospodarczego z wyścigami samochodowymi z najwyższej półki, najdrobniejszy szczegół związany z powstaniem tego drapaka jest tożsamy ze zbudowaniem bolidu Formuły 1, co ma potwierdzać nadanie mu nazwy najbardziej legendarnego zakrętu włoskiego toru Monza „Parabolica” – chodzi o pokonanie go z jak największą prędkością wymagającą maksymalnej precyzji podczas realizacji zadania. Czemu zatem będziemy mieli okazję się przyjrzeć? Otóż dzięki działaniom łódzkiego Audiofastu na gościnne występy przybył do nas amerykański gramofon Grand Prix Audio „Parabolica”, którego w testowym boju wspierało (jedno z dwóch dedykowanych) znakomite japońskie ramię VIV Labolatory Rigid Float 9”, topowa wkładka niemieckiego specjalisty Clearaudio Golgfinger Statement oraz duński phonostage Gryphon Legato Legacy. Przyznacie, że set kolokwialnie. mówiąc gruby. Zatem jeśli kogoś z Was interesuje, jak ten bezkompromisowo zestawiony analogowy konglomerat wypadł w boju testowym, zapraszam na kilka poniżej sumiennie spisanych spostrzeżeń.

Tytułowy gramofon na tle obecnie konstruowanych werków oparty jest o nieco inne założenia, aniżeli znakomita większość konkurencji. Nie jest tak zwanym, ułatwiającym zwiększenie odporności na szkodliwe wibracje mass-loaderem, czy miękko zawieszoną w pięknej obudowie platformą nośną dla ramienia i talerza. Otóż Parabolica jest sztywną, w celach zapewnienia odporności na wspomniane działania otoczenia wykorzystującą najbardziej zaawansowane technologie tak w kwestii produkcji, jak i wykorzystanych materiałów stosunkowo niewielką, znakomicie prezentującą się, wręcz designerską, niezbyt ciężką, za to sztywną i odpowiednio odseparowaną od podłoża bryłą w stylu wariacji posadowionego na trzech łapach woka. Jego podstawowym budulcem są czerpiące z dokonań inżynierii Formuły 1, wysoko zaawansowane technologicznie kompozyty na bazie aluminium i jemu podobnych wysokogatunkowych metali jako główne chassis gramofonu i otulająca trzewia od dołu w formie misy (silnik i niezbędne do obsługi pracy urządzenia układy elektryczne i mechaniczne), bardzo sztywna, przez to odporna na wibracje i wyginanie obudowa z karbonu. Jeśli chodzi o rozwiązanie kwestii wprawiania w ruch wirowy i zawieszenie talerza dla płyty winylowej, Parabolica bazuje na hołubionym przesz wielu maniaków analogu napędzie bezpośrednim realizowanym przy pomocy bezszczotkowego, cyfrowo kontrolowanego w domenie równomierności obrotów silnika oraz zamkniętym łożysku hydrodynamicznym. Tak prezentujący się napęd w standardzie oferuje dwa typy łatwo aplikowanych podstaw do dedykowanych ramion – w teście znalazło się spod znaku VIV Laboratory. W kwestii sterowania Parabolicą panowie inżynierowie również poszli z duchem pomysłu na produkt i jedynym manipulatorem jest zorientowany od przodu kevlarowej obudowy sensoryczny przycisk. Pojedyncze dotkniecie powoduje start talerza na poziomie 33 obrotów na minutę i po ustaleniu zadanej prędkości podświetleniu gramofonu wiązką niebieskiego światła. Ponowne pojedyncze dotknięcie guzika zatrzymuje talerz. Natomiast podwójne szybkie zadanie nacisku rozpędza podstawę do płyty do prędkości 45 obrotów na minutę i zmianę poświaty pod werkiem na białą. Zatrzymanie jest analogiczne do prędkości 33. Przyznacie, że pomysł fajny, bo nieingerujący w ogólny wygląd tego wyglądającego jak najnowocześniejsze dzieło sztuki użytkowej przecież archaicznego, bo analogowego urządzenia. Nie powiem, na początku nie mogłem dobrze namierzyć wspomnianego miejsca inicjacji pracy gramofonu, bo jest zlicowane z obudową, ale po dosłownie kilkunastu startach, temat umarł i pozostało jedynie znakomite wrażenie estetyczne. Owe wrażenie z oczywistych względów – widać to na zdjęciach – podnosi również kontynuacja wizualnego pomysłu na usadowienie konstrukcji na docelowym podłożu. To z pozoru proste krążki z motywem karbonu, jednak tak naprawdę specjalnie policzone od strony odpowiedniego wygaszania wibracji dla wagi gramofonu, wielowarstwowe „kanapki” w formie ostrosłupów z owalnym gniazdem na górnej połaci dla wieńczących każdą nogę półkuliście zakończonych stóp. Ale to nie koniec walki z rezonansami podczas słuchania płyty winylowej. Mianowicie chodzi mi o zastosowanie dostarczonych w komplecie, zakładanych pod płytę na oś talerza sorbotanowych podkładek. Wbrew pozorom to istotny detal. Otóż po ich aplikacji mamy do czynienia z czymś na kształt wstępnego uniesienia płyty nad talerz, a potem odpowiedniego napięcia jej na obrzeżach talerza podczas dokręcania docisku. W efekcie tego działania jako wynik stabilizacji naprężeniowej dociskanej płyty otrzymujemy większy spokój słuchanego materiału – podobny myk choć na bazie twardej podkładki, ale działający tożsamo, zastosowano w kultowym gramofonie SME. Wieńcząc opis amerykańskiego werku dodam jeszcze, że podłączenie zasilania do silnika zlokalizowano z tyłu, nieco z dołu obudowy od strony umiejscowienia ramienia.
Kreśląc kilka zdań o wykorzystanym podczas testu ramieniu najważniejszą jest informacja zawieszenia jego belki w ferro-fluidzie – gołym okiem widać stosowny pojemnik z tą cieczą wewnątrz ściętego stożka. To oczywiście zabieg celowy, a jego nadrzędnym zadaniem jest dodatkowa (poza działaniami na poziomie transportu) minimalizacja wpływu wibracji podłoża na pracę wkładki gramofonowej. Naturalnie ma to swoje reperkusje, jednak uspokajam osobników szukających problemu tak gdzie go nie ma, raczej pozytywne, aniżeli negatywne. Chodzi oczywiście o upłynnienie dźwięku, jednak kosztem lekkiego złagodzenia krawędzi. Ale i w tym zagadnieniu Japończycy dali nam pewnego rodzaju opcję wyboru finalnego brzmienia. Mam na myśli śrubkę trzymającą płytkę montażową dla wkładki. Otóż wiele zależy od stopnia jej dokręcenia od luźnego grania fajnymi plamami, po zwarcie dźwięku z lekkim poczuciem jego spięcia. Oczywiście nieco przejaskrawiam działanie, ale chodzi mi o zobrazowanie pola manewru podczas strojenia pełnego zestawu analogowego. Jak widać w miarę uniwersalnego strojenia. Na koniec jeszcze dobra informacja dotycząca poprawności usadowienia całego gramofonu na docelowej półce, co w tym przypadku zostało zrealizowane aplikacją poziomicy na górnej części obudowy ramienia.
Co do zastosowanej wkładki, mocodawca Audiofastu zadbał o odpowiedni poziom jakości rylca i postawił na flagowy model niemieckiego specjalisty – notabene na chwilę obecną używam jego najtańszego werku – Clearaudio Goldfinger Statement.
Na koniec kilka zdań o przetwarzaniu sygnału. Jak unaoczniają fotografie, obróbką impulsów ze skaczącej po winylu igły zajmował się duński Gryphon w postaci dzielonego phonostage’a Legato Legacy, a przekazaniem go do przedwzmacniacza liniowego zamiennie okablowanie Gryphona Guideline Reference oraz Stealth Audio Helios Phono.

Co udało się finalnie wycisnąć z przed momentem opisanego od strony budowy zestawu analogowego? Otóż wszystko co najlepsze. Energię środka pasma, zaskakujące – w pozytywnym znaczeniu – uderzenie mocnym dołem i dźwięczną, acz na początku jakby zachowawczą górę pasma akustycznego. Dlaczego na początku? Chodzi oczywiście o wykonaną po kilku przesłuchanych płytach korektę siły dokręcenia wspornika wkładki do ramienia. Wspominałem o takiej możliwości i gdy całość teoretycznie grała bardzo dobrze od przysłowiowego strzału, poszukując nie tylko większej krawędzi dźwięku, ale również jego dosadności w domenie ostrości skorygowałem, to znaczy zwiększyłem siłę dokręcenia wywołanej do tablicy śrubki. W efekcie muzyka zyskała na wyrazistości. Co prawda, kosztem miękkości, ale w momencie uwydatniania motywu ostrości rysunku wirtualnych bytów, czyli notabene jego większego zwarcia to naturalne, że oddajemy nieco ogólnej plastyki. Ważne jednak, aby podczas dostrajania grania zestawu do swoich potrzeb nie przekroczyć cienkiej linii dobrego smaku w doborze wagi, szybkości narastania i ostrości wydarzeń scenicznych. Ja ustalając swój punkt dobrego odbioru muzyki w żadnym wypadku go nie przekroczyłem, dlatego cieszyłem się pełnym spectrum posiadanych płyt. I to nie tylko wydanych w epoce świetności winylu, jak choćby widniejący na jednym ze zdjęć materiał Paul Bley Trio „Questions”, ale również niedawno wydanej kompilacji rockowej grupy Aerosmith „Greatest Hits”. Pierwsza brzmiała swobodnie, z dobrym timingiem, masą, ale również lotnością, co pozwalało pokazać kunszt gry na instrumentach każdego z artystów z ich możliwościami zaczarowania słuchacza swoim jestestwem w przestrzeni. Chodzi oczywiście o oddawaną energię, wielobarwność i długość zawieszenia w eterze, co w efekcie znakomitej realizacji przykuło mnie do fotela na dwie, prawie 25-minutowe sesje odsłuchowe z zrządzającą moją duszą, wręcz uwielbianą muzyką w tle. Nie inaczej wypadł miting z kilkoma krążkami rockowymi (Aerosmith). Na przemian bazującymi na innych nie tylko zasobach muzycznych, ale również inaczej brzmiących sesjach nagraniowych – przypominam, że to składanka całego dorobku zespołu. Jak to możliwe, że zestaw się nie poddał? Po pierwsze – za sprawą użytej wkładki i regulacji całości był rozdzielczy i jeśli coś było mocno dociążone, nie traciło informacji i bez problemu było przyswajane. Po drugie zawieszenie ramienia w ferro-fluidzie nie pozwalało sygnałowi brzmieć zbyt ostro na krawędziach, za to znakomicie podkręcało emocje w środku i dole pasma. A po trzecie układ ramię-wkładka ustawiłem z lekkim nastawieniem na twardość przekazu, aby nie tracąc body dostać zwarte kopnięcie dźwiękiem. Dzięki temu bez względu na fakt, w jakiej realizacji były umieszczone po sobie na płycie kolejne kawałki, raz miałem bardziej zwartą, a innym razem nieco mocniej wyrazistą, ale zawsze fajnie wypadającą prezentację. Jednak „fajną” do czasu. Co mam na myśli? Pogorszenie, czy może wyciągnięcie z zestawu więcej pozytywnych emocji? Spokojnie, chodzi o drugą opcję spowodowaną wymianą okablowania od ramienia do phonostage’a z oferty Gryphon Audio na coś z amerykańskiej stajni Stealth Audio. Co się wydarzyło? Pamiętacie mój wywód, że ramię zatopione w żelu ma swój sznyt brzmieniowy związany z niezbyt dosadnym pokazaniem krawędzi dźwięku? Jeśli tak, to zapomnijcie o tym, bo aplikacja Amerykanina spowodowała oczekiwany przeze mnie wzrost agresji przekazu. O co chodzi? Już wyjaśniam. To, że lubię analogowe brzmienie, nie oznacza, że kocham pławić się w przyjemnych plamach dźwięku. Zawsze w zabawie z gramofonem szukam pozytywnie odbieranej wyrazistości przekazu w postaci mocnego i twardego basu, gęstej, jednak nierozmiękczonej średnicy i raczej stroniących od koloru złota wysokich tonów. I taki plan miałem podczas kalibracji testowanego zestawu. Zrobiłem tyle, na ile pozwolił dostępny pakiet podzespołów i jak wynika z powyższego opisu, było bardzo dobrze. Jednak bardzo dobrze w odniesieniu do potencjalnych możliwości danego wstępu. A że dystrybutor poprosił o weryfikację brzmienia innego okablowania, z przyjemnością przystałem na tę propozycję. I dobrze, bo jak dla mnie wiele zmieniło się in plus. Naturalnie w kierunku wyartykułowanym przed chwilą. Otóż bez utraty masy, a nawet lekko ją w pełnej kontroli zwiększając wyostrzyła się kreska i energia źródeł pozornych. Całość zaczęła grać z większym drive-m i energią, co w jazzie spowodowało pokazanie przez instrumenty bliższe prawdzie body oraz bardziej namacalne kształty na wirtualnej scenie, natomiast występy rockowych buntowników zaczęła cechować mocniejsza fala uderzeniowa nie tylko perkusji, ale także gitarowych popisów i wyrazistej wokalizy. Owszem, na tyle poprzedniego występu całość brzmiała brutalniej, ale dla mnie osobiście z większym zaangażowaniem oddania impulsu energii danego materiału. Co prawda obecnie moim konikiem jest spokojna muza, ale wychowanie na AC/DC powoduje, że zbytni spokój czasem mnie nudzi. Nie twierdzę, że to co się zadziało po roszadzie kablowej okazało się być lepszym w wartościach bezwzględnych, tylko na tyle innym, że dla mnie ciekawszym. To źle? Nic z tych rzeczy. Każdy z nas ma inne wzorce i prezentacja z kablem Stealth Audio po prostu była bliższa mojemu sercu. Jak zaznaczyłem, nie lepsza, tylko inna i dlatego mocniej poruszająca moje zmysły. Powiem szczerze, aż takich różnic się nie spodziewałem, jednak finalnie dobrze, że tak wyszło, bowiem pokazało, jak uniwersalnym jest testowany dziś zestaw analogowy z portfolio Audiofastu. I to za sprawą jednego kabla, a co mówić o podmianie wkładki lub phonostage’a? Nie odpowiadajcie, to pytanie retoryczne, na które wszyscy znakomicie znamy odpowiedź.

Reasumując powyższy test jestem Wam winny odpowiedzi na pytanie, czy właśnie opisana analogowa przygoda daje mandat do wygłoszenia opinii, że testowany zestaw jest ofertą dla każdego? Z autopsji wiem, że zawsze można tak wyśrubować swoje oczekiwania, aby nie spełnili ich nawet słuchani na żywo ulubieni artyści. Jednak po tym jak wypadł tytułowy gramofon ze stajni Grand Prix Audio z dedykowanym ramieniem VIV Labolatory oraz wkładką Clearaudio, bez problemu twierdzę, iż łódzka oferta naprawdę jest w stanie spełnić nawet najbardziej wyczynowe oczekiwania nabywcy. Do tego gramofon wizualnie jest wyszukanym wcieleniem w życie sztuki użytkowej w najczystszej postaci, co pozwala domniemać, iż jeśli po zderzeniu z nim ktoś będzie w stanie pokręcić nosem, to rozmiar grupy tego typu osobników będzie się mieścić w marginesie błędu statystycznego całej populacji zakochanych w obcowaniu z analogiem melomanów. Czyli tłumacząc z polskiego na nasze, to naprawdę jest świetny, bo nietuzinkowo wyglądający i bardzo dobrze oddający ducha czarnej płyty gramofon.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Grand Prix Audio
Cena:
Napęd: 112 750 PLN
Arm Board (Tri-planar): 3 590 PLN
Arm Board (VIV 7″,9″): 8 460 PLM

Dane techniczne:
Napęd: Opatentowany napęd bezpośredni, tłumiony płynem
Materiały: Włókno węglowe, stal nierdzewna, aluminium i lepkosprężyste tworzywa sztuczne
Silnik i łożysko: Szczelinowy BLDC; hydrodynamiczne, odwrócone
Czas uruchomienia: <17 sekund do 45 rpm
Dostępne prędkości: 33-1/3 & 45 rpm
Dokładność Encodera: 74K+ cykli na obrót.; 298K+ cykli na obrót.
Dokładność prędkości: 0.0002%
Średnia dokładność prędkości obrotowej: 0.0012% RMS
Wow/Flutter & Rumble: Niemierzalne
Power Consumption: 18VA max
Wymiary: średnica 13”, wysokość 5”
Waga (bez kontrolera): 12,24kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

No to mamy pierwszą (po)wystawową zdobycz, czyli kompletny set topowych ZenSati #X

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Axxess L3

Opinia 1

Trochę żal, ale po serii spotkań z tytułową marką Axxess (to jeden z czterech podmiotów tworzących grupę AGD) dobrnęliśmy do końca wspólnych chwil tak z nią, jak i z muzyką w tle podczas sesji testowych. Owszem, prawdopodobnie coś drobnego z tej stajni do posłuchania z pewnością by się znalazło, ale konkrety typu elektronika i kolumny głośnikowe w znakomitej większości mamy już zaopiniowane. Na razie w większości, bowiem dziś po niegdysiejszym teście monitorów L1, wreszcie nadszedł moment zderzenia się z kolumnami podłogowymi. Jakimi konkretnie? Otóż dzięki staraniom warszawskiego dystrybutora Audio Emotions wieńcząc penetrację portfolio przywołanej duńskiej firmy w nasze okowy trafiły bardzo intrygujące zespoły głośnikowe Axxess L3. A intrygujące dlatego, że nie tylko stosunkowo duże jak za żądaną kwotę, lecz dodatkowo bogato wyposażone. Zaintrygowani? Jeśli tak, sprawa jest prosta, czyli zainteresowanych jak wypadły smukłe Dunki, zapraszam do lektury kilku poniższych akapitów.

Jak wspominałem, tytułowe kolumny to sporej wielkości, bo osiągające 125 cm wysokości konstrukcje. W celach odpowiedniego zogniskowania promieniowania poszczególnych przetworników, dzięki czemu przy okazji wyszedł z tego fajny zabieg wizualny, zostały pochylone ku tyłowi. Co ciekawe, mimo zastosowania bogatej baterii przetworników w przypadku tego modelu mamy do czynienia z konstrukcją 2.5 drożną. A realizują to – firmowej konstrukcji wysokotonowa wstęga, tuż pod nią również będący dziełem inżynierów Axxess kanapkowy głośnik średnio-niskotonowy (składa się z trzech połączonych warstw, 2 zewnętrzne z włókna węglowego i środkowa z aramidu o strukturze plastra miodu), zaś na samym dole dwa identyczne w kwestii budowy do średniaka basowce. Fajnym zabiegiem nie tylko wizualnym, ale również brzmieniowym jest zastosowanie wokół wszystkich przetworników nieco szerszej od samej obudowy nakładki z niedużymi, ale jednak nieco doświetlającymi każdy zakres falowodami. W efekcie tego pomysłu muzyka brzmi żywiej. Nie jest przerysowana, tylko zdradza więcej ochoty do przyjemnego w odbiorze błysku. Jak to jest w zwyczaju marki Axxess, na tylnym panelu kolumn znajdziemy wiele, tutaj aż 6 portów bass-reflex (po trzy na górze i na dole), gdyż Duńczycy w według swojej teorii wentylują nie tylko niskie rejestry, ale również pozostałe zakresy. Naturalnie na plecach zlokalizowano także terminale do podłączenia kolumn sekcji wzmocnienia. I tak jak z wentylowaniem wszystkich zakresów częstotliwości, tak możliwość podłączenia kolumn do systemu również jest typowe dla tego podmiotu i zrealizowane pojedynczymi, z racji skromnej szerokości ścianki pionowo zorientowanymi zaciskami. Biorąc pod uwagę wysokość i niezbyt dużą szerokości skrzynek całość posadowiono na szerokich, wyposażonych w regulowane kolce łapach oddalających od siebie punkty podparcia konstrukcji. Jeśli chodzi o podstawowe technikalia, wspominałem, iż to kolumny 2.5 drożne, oprócz tego według producenta pokrywają pasmo od 32Hz – 22 kHz, mogą pochwalić się skutecznością 88dB / 4 Ohm, a każda z nich waży nieco ponad 30 kg.

Co pokazały podłogówki od Axxess-a? Chyba nikogo nie zdziwi fakt rozbudowania wolumenu brzmienia L3 w stosunku do monitorów L1. Brzmienia szybkiego, pełnego istotnych informacji dla zobrazowania skomplikowania danego materiału, teraz podpartego oczekiwaną dawką body. Jednak nie w myśl nadmiernego pompowania wszystkiego w celach uzyskania banalnej, bo bliżej nieokreślonej masy dźwięku, tylko nadal będącego pochodną zamierzeń działu konstruktorskiego, czyli na ile to możliwe nieograniczającego zdolność kolumn do szybkiej reakcji na potrzeby odpowiedniej prezentacji słuchanego materiału muzycznego. Takim to sposobem tytułowe kolumny nadal są szybkie, ale dzięki konstruktorskim działaniom na poziomie masy oferują większą, ale zwartą i pod pełną kontrolą energię. Co prawda w wartościach bezwzględnych, czyli w odniesieniu do mainstreamowego poziomu tego typu składowych przekazu to nadal nie jest typowe pompowanie basowego balika, ale nie dlatego, że Duńczycy nie wiedzieli, jak to umiejętnie zrealizować, tylko bardziej bliski ich oczekiwaniom jest dźwięk raczej szybki, transparentny, aniżeli nacechowany nadmierną krągłością. Dzięki temu podobnie do podstawkowców muzyka w wydaniu konstrukcji spod znaku AGD również tryskała radością, ale teraz za sprawą mocniejszego uderzenia zaoferowała większy drive. A gdy wspomnę, iż tym razem testowane zespoły głośnikowe podłączyłem nie do firmowego jak L1-ki, tylko mojego systemu, domyślacie się, że dostałem wręcz znakomite granie. W szaleńczym rocku z ostatniej płyty Judas Priest „Invincible Shield” moje trzewia masowała fajna stopa i odpowiednio dociążone gitarowe popisy, co pozwoliło napawać się nie tylko ilością wytworzonych decybeli, ale również wirtuozerią tak operatorów wioseł, jak i frontowego krzykacza. Naturalnie jakości rodem z muzyki dawnej z racji realizacji materiału nie dało się uzyskać, ale mocne granie z istotnymi akcentami rockowym były chlebem powszednim tego testowego rozdania. Podobnie wypadała twórczość z drugiej strony barykady. I nie przeszkadzało jej unikanie przez kolumny mocnego kolorowania scenicznego świata, gdyż przekaz przy dobrej wadze znakomicie bronił się transparentnością. Wbrew pozorom siłowe nasycanie przykładowego jazzu choćby Bobo Stensona na płycie „Indicum” nie jest zbyt dobre. Owszem, granie może i być nader przyjemnie, tyko w momencie utraty lotności istotnego dla tego nurtu tak zwanego „detalu” na wirtualnej scenie zacznie wiać nudą. A to ma być z jednej strony dobrze osadzony w body, ale z drugiej transparentny pokaz zamierzeń artystów. W takiej muzyce nie chodzi o plamy dźwiękowe, tylko zarazem odpowiednio o krągły i iskrzący pokaz. Taki też bez problemu dostałem. Oczywiście jak zdążyłem napomknąć, dużą rolę w tym odgrywała zastosowana nasycona elektronika, ale po to cały czas dbam, aby mój zestaw był raczej przyjemny w odbiorze, niż zbytnio analityczny, ale daleki od otyłości, żeby oprócz sprawiania mi przyjemności ze słuchania był w miarę przyjazny dla testowanych konstrukcji. Dlatego B.Stenson zagrał z odpowiednią energią, ale dzięki myśli przewodniej konstrukcji AXXESS odpowiednio transparentnie, czyli nie tylko tak jak lubię, ale tak jak powinno być.

Gdzie widziałbym smukłe Dunki? Mam nadzieję, że to wynika z powyższego opisu. Jest tylko jedna grupa, której z nimi może nie być po drodze. To kochający lukier ponad wszystko nadmierni romantycy, czyli piewcy grania bliżej nieokreślonymi plamami. Na to z kolumnami. Axxess L3 nie ma szans. Prawdopodobnie da się je zmusić do złapania nadwagi, tylko nie jestem pewien, czy dźwiękowi wyjdzie to na dobre. Niestety takich ekwilibrystyk podczas testu nie próbowałem. Dlaczego? Bo wiem, że tacy osobnicy to nisza niszy i raczej pójdą inną drogą. Zatem jeśli szukacie świeżego, ale również energetycznego przekazu, rzeczone skandynawskie panny są idealną propozycją do ożenku. Zapewniam, nudy nie będzie, więc grzechem byłoby z ich wdzięków nie skorzystać.

Jacek Pazio

Opinia 2

Zazwyczaj, czyli patrząc na numer ostatniej edycji, de facto zgodnie z tradycją, coroczne Audio Video Show jest dla nas i zakładam nie tylko dla nas świetną okazją do wyłuskiwania z bezliku prezentowanych tamże atrakcji perełek, które staramy się pozyskać do redakcyjnych testów. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności w tym roku owe pozornie logiczne ciągi przyczynowo-skutkowe zostały nie tyle zaburzone, co wręcz odwrócone i poza skupianiem się podczas wizytowania hotelowych sal i stadionowych lóż na pozyskiwaniu kolejnych „ofiar”, dwoiliśmy się i troiliśmy z Jackiem, by przed warszawską wystawą z odsłuchami i testami mających tam trafić urządzeń i akcesoriów zdążyć. I prawdę powiedziawszy prawie nam się udało. Prawie, gdyż poza jednym wyjątkiem, o którym dosłownie za chwilę, to co miało ujrzeć światło dzienne przed ostatnim październikowym weekendem owe światło ujrzało. Mowa tu o rodzimych WK Audio TheRay Speakers, omnipolarnych German Physiks HRS-130, czy wszystkomającym all-in-one’ie Axxess Forté 1. Pech jednak chciał, że do ww. grona nie zdążyły załapać się grające w Sobieskim smukłe Dunki, czyli kolumny Axxess L3, którym dane było zaistnieć na naszych łamach jedynie w formie niezobowiązującego unboxingu. Jak to jednak zwykło się mawiać nie ma tego złego … , gdyż ci, co chcieli rzucić na nie okiem i uchem, w celu weryfikacji jak sobie radzą w towarzystwie ww. „budżetowego” kombajnu mogli to zrobić i to bez podprogowych i socjotechnicznych zabiegów z naszej strony. Najwyższa jednak pora nadrobić zaległości i z tymi, co już ich słuchali skonfrontować, a dla tych co jeszcze odsłuchy mają przed sobą nieco przybliżyć, puszczając w świat nasze własne, wybitnie subiektywne obserwacje i refleksje o sygnowanych przez Audio Group Denmark kolumnach Axxess L3.

Jak sami Państwo widzicie L3-ki z racji swej smukłości i dość charakterystycznego minimalizmu wzorniczego wręcz idealnie wpisują się w firmową szkołę designu AGD. Przynależąc bowiem do podstawowej – budżetowej linii produktowej skupiają się, przynajmniej zgodnie z zapewnieniami producenta, na dźwięku a ekstrawagancje wizualne ograniczając do niezbędnego minimum. Całe szczęście nie oznacza to nudnych prostopadłościennych skrzynek, gdyż w kosztorysie uwzględniono wszystko co potrzeba. Mamy zatem do czynienia z mocno zbiegającymi się ku tyłowi wykonanymi z naturalnego kompozytu trapezoidalnymi korpusami, zdejmowanymi panelami frontowymi (aż kusi, żeby dać je do ofoliowania jakimiś żywszymi kolorami), poprawiającymi stabilność dokręcanymi belkami z antywibracyjnymi nóżkami i firmowym zestawem przetworników. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem obsługującą wysokie tony kaptonową wstęgę i trzy odpowiedzialne za reprodukcję średnicy (jeden) i basu (para) 4,5” charakterystyczne kraciaste – kanapkowe (włókno węglowe przekładane aramidem) mid-woofery. Z kolei na będących niemalże w całkowitym zaniku plecach napotkamy sześć ujść kanałów wspomagających zarówno najniższe składowe, jak i wentylujące komory przetworników wysoko i średniotonowych. Terminale głośnikowe są pojedyncze, solidne i … ustawione w pionie. Co do dostępnych opcji kolorystycznych to wybór jest nader skromny – satynowa czerń i biel, choć jak już zdążyłem zasugerować zdejmowane, magnetycznie montowane panele frontowe dają pewne pole manewru w ramach ogólnodostępnych usług pokrywania praktycznie dowolnych elementów „samochodowymi” foliami PPF.
Od strony elektrycznej L3-ki są dwuipółdrożne, mogą pochwalić się przyjazną 6Ω impedancją i wyraźnie wskazującą na konieczność posiłkowania się wydajnym wzmocnieniem 86dB skutecznością.

Przechodząc do opisu ich walorów sonicznych najłatwiej byłoby je uznać za oczywiste rozwinięcie najmniejszych z rodu L1-ek a zarazem całkiem sensowną alternatywę dla szlachetniej urodzonych, acz nie tak szczodrze przez naturę (producenta) obdarzonych mid-wooferami, Børresenów X2. I byłoby w tych kombinacjach całkiem sporo trafności, gdyż nasze gościnie grają z sobie i rodzeństwu właściwą spontanicznością, werwą i swobodą. Jeśli dołożymy do tego zestawu jeszcze głęboko zaszytą w ich DNA zdolność do całkowitego znikania ze sceny jasnym stanie się, że z uwagą powinni przyjrzeć i przysłuchać się również miłośnicy podstawkowych monitorów, gdyż nie tracąc nic a nic z właściwej „maluchom” holografii zyskają zauważalnie lepszy fundament basowy o który zazwyczaj musieliby się troszczyć z pomocą jakiegoś subwoofera. Oczywiście L3-kom pod względem basowych pomruków daleko do choćby Perlistena R10s, ale w 20-kilkumetrowych pokojach raczej nie powinno basu brakować, szczególnie jeśli do ich napędzenia zaprzęgnie się jakąś solidną spawarkę. Niby tak producent, jak i dystrybutor udowadniają, że i Axxess Forté 1 da im radę, choć nasze doświadczenia z Apexem pokazały, że nie tylko z D-klasowymi „eco”-wzmakami Axxessy potrafią się dogadać.
Na jazzująco-swingującym i dość mocno nieoczywistym, jak na powszechnie znaną twórczość Björk albumie „Gling-Gló” naszym gościniom świetnie udało się oddać zabawę formą i panujący między muzykami flow. W dodatku precyzja ogniskowania źródeł pozornych i porządek panujący na scenie pozwalały w pełni skupić się na muzyce a nie wodzić błędnym wzrokiem w poszukiwaniu poszczególnych uczestników nagrania. Pod względem równowagi tonalnej duńskie kolumienki dość wiernie trzymały się faktów, acz bliżej było im do lekkiego ocieplenia i przesunięcia równowagi ku dołowi aniżeli zbytniej analityczności i prosektoryjnego chłodu. O ile jednak w nazwijmy to na potrzeby niniejszego spotkania jazie nawet takie analityczne podejście do tematu niespecjalnie można byłoby uznać za problematyczne (vide „Vägen” Tingvall Trio), to już przy cięższych klimatach, w których co tu dużo mówić gustuję śmiało można byłoby uznać za dyskwalifikujące. A tak niezależnie czy na playliście lądowały patetyczne pieśni wikingów („Prophecy of Ragnarök” Brothers of Metal ), czy też ekstatyczne galopady legend thrashu („Dystopia” Megadeth) mogłem pieścić uszy selektywnym, acz niepozbawionym odpowiednio gęstej tkanki metalowym wsadem. Co istotne, kluczowa w tego typu radosnej twórczości wydzierganych szarpidrutów punktualność partii basu i perkusji pozwalała oddać nie tylko obłąkańcze tempa poszczególnych kompozycji, lecz również właściwą im motorykę. I to bez zauważalnego osuszenia, czy też stawiania na ilość a nie jakość, za co należą się L3-kom w pełni zasłużone wysokie noty.

Axxess L3 to wręcz wymarzone kolumny dla wszystkich tych, którzy niespecjalnie chcąc wydawać majątek od brzmienia swojego systemu oczekują uniwersalnej neutralności i swobody pozwalającej czerpać przyjemność z odsłuchów praktycznie dowolnego repertuaru. Ponadto z racji swych nad wyraz mało absorbujących gabarytów i ponadczasowej aparycji świetnie powinny sprawdzić się wszędzie tam, gdzie z jednej strony miejsca na system Hi-Fi nie ma zbyt wiele a z drugiej odbiorcy oczekują nieco więcej basu aniżeli standardowe, niewspomagana subwooferem konstrukcje podstawkowe są w stanie dostarczyć. Niby w portfolio AGD jest wiele bardziej okazałych i skuteczniej łapiących za oko propozycji, jednak chcąc mieć jakiś zdroworozsądkowy punkt wyjścia, śmiem twierdzić, że właśnie od L3-ek warto rozpocząć eksplorację duńskiego katalogu.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audio Emotions
Producent: Audio Group Denmark
Cena: 22 990 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: Basrefleks, 2.5-drożna
Skuteczność: 86 dB
Pasmo: 50 Hz – 22.000 Hz
Impedancja: 6 Ω
Wysokotonowy: wstęgowy
Średniotonowy: 4.5″
Niskotonowy: (2 szt.) 4.5″
Wymiary (W x S x G): 1.250 x 300 x 410 mm
Waga: 30,2 kg (komplet)
Kolory obudowy: Czarny / Biały (mat)

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak zapewne wszyscy się zorientowaliście, kolokwialnie mówiąc już po tak zwanych ptakach. Oczywiście mam na myśli minione Audio Video Show 2024. Przez większość z nas z utęsknieniem oczekiwane, nierzadko od strony kolejności zwiedzania pieczołowicie zaplanowane, lecz niestety po całej akcji okazuje się, że zbyt szybko mijające. Tak tak, nazbyt szybko, gdyż przy tej ilości wystawców nie ma szans na dogłębne poznanie pełnego spektrum przygotowanej oferty. Owszem, przy dobrych wiatrach z grubsza da się całość ogarnąć, jednak zawsze trochę szkoda, że trzeba iść na odsłuchowe kompromisy i z braku czasu wykreślać z notatnika potencjalnie fajne sesje odsłuchowe. Po co o tym wspominam? Naturalnie jako wprowadzenie Was w swoją opowieść o minionej imprezie z muzyką w tle. Opowieść oczywiście z przywołanego przed momentem powodu wybiórczą, jednak za każdym razem próbującą pokazać cechy szczególne odwiedzanego pokoju i moją mniej lub bardziej znaną wszystkim zakulisową wiedzę na jego temat. Jak mi to wyszło, przekonacie się za moment. Jednak jak co roku zaznaczam, że aby uniknąć nudnego lania wody, poniższa pisanina będzie dość luźnym formułowaniem spostrzeżeń z wykorzystaniem mniej lub bardziej udanie dobranych do danej sytuacji związków frazeologicznych. Czy będzie cała prawda i tylko prawda? Otóż tym razem postaram się raczej pokazać pozytywne istoty konkretnych prezentacji, aniżeli kreować się na znawcę. Wystawa i jej przypadkowość odbioru w zależności od repertuaru oraz wypełnienia pomieszczenia podobnie do mnie parającymi się tym hobby osobnikami, do tego rodzima nie jest dobrym czasem na wygłaszanie wiążących ocen. Co prawda uderzając się w pierś, czasem to zrobię, ale postanowiłem, że tym razem ewentualną karą będzie sygnalizowane drobnymi przytykami słownymi symboliczne pomrukiwanie pod nosem. Dlatego jeśli jesteście zainteresowani, co mam do powiedzenia na temat minionego wydarzenia nie z pozycji tak zwanego Palca Bożego, tylko tym razem raczej przyjaznego, może z lekkim zwróceniem uwagi na jakiś aspekt, ale jednak bez krzty mentorstwa spojrzenia na zastaną sytuację, zapraszam do zapoznania się z kilkudziesięcioma poniższymi opisami okraszonymi przygotowanymi, niestety na dłuższą metę wyniszczającymi wzrok Marcina, stosownymi seriami fotografii.

1. Horn – Sonus faber, Classe
Swoją drogę przez wystawę rozpocząłem od majestatycznych, najnowszych w portfolio marki, jak to jest w zwyczaju ekstremalnego High End-u szalenie drogich kolumn Sonus faber Suprema. W odróżnieniu od poprzednich flagowców Aida II przybyły do Polski zestaw nie był jedną bryłą dla każdego kanału, tylko składał się z oddzielnych sekcji średnio-wysokotonowych i pasywnych modułów basowych. W tego typu konstrukcjach podobne podejście do tematu jest częstą praktyką i w rozumieniu oddania odpowiedniej ilościowo energii niezakłócającej propagację wyższych częstotliwości przez wielu melomanów jest bardzo pożądane, jednak finalnie odbiór nie dla wszystkich jest ideałem.  Ale spokojnie, nie chodzi o ilość energii, tylko rozdzielczość obsługiwanego pasma. Na szczęście im bardziej zaawansowana konstrukcja, tym wspomniane aspekty cierpią na mniejszą ilość dolegliwości, dlatego przytoczoną, wyrobioną na własnym doświadczeniach opinię nie traktujcie jako zła w najczystszej postaci, tylko skutek takich, a nie innych, dla wieli bezproblemowo akceptowalnych wyborów projektowych. Jeśli nie przykładacie do tej sprawy aż tak dużej wagi jak ja – zaznaczam, osobiście jestem nienaturalnie drobiazgowy, tematu po prostu nie ma. A jeśli tak, jest za to pełna satysfakcja z oferowanego dźwięku. Jakiego w tym wydaniu? Cóż, zakulisowe opinie sięgały obydwu biegunów, czyli od bardzo dobrze, przez dobrze, do bardzo źle. Ja ze swojej strony powiem tak. To było takie jak lubię duże, pełne energii i braku kompresji granie. Na co dzień obcuję z wielkimi kolumnami i wiem, kiedy coś podobnie do opisywanych Sonusów gra ze swobodą. Jednakże gdybym miał odnieść ten pokaz do swoich preferencji, dla mnie bas był zbyt krągły. Było go odpowiednio dużo i pod pełną kontrolą bez względu na poziom głośności, był mocny, jednak nie do końca dobrze definiowany w kwestii krawędzi oraz twardości. Moim zdaniem przyczyny były dwie. Pierwsza wiąże się z zastosowanym wzmocnieniem tej sekcji (Classe), a druga była skutkiem użytych wielkich przetworników z potężnymi resorami. Niestety mimo fajnego oddania rozmachu dosłownie każdego rodzaju muzyki dla mnie było zbyt miękko. Ale jak wspominałem, wielu się podobało i bardzo podobało, zatem problem jako taki nie istnieje.

2. SoundClub – EgglestonWorks
To pierwsza większa prezentacja niedawno wprowadzonych do oferty kolumn EgglestonWorks przez tego dystrybutora. Grały z wielonarodową, od dawna oferowaną, a przez to dobre znaną elektroniką, dlatego wspominam tylko o nich. A jest o czym. Otóż wszyscy wiemy, z jakim wyzwaniem wiąże się chęć zastosowania w kolumnie przetworników – szczególne dla dolnych rejestrów – o dużej średnicy. Dlaczego to tak ważny temat, w tak zacnym gronie jak Wy chyba nie muszę rozkminiać. Jednak gdy na taki krok się już zdecydujemy, rozwiązania są dwa. Albo budujemy trzydrzwiowe, zazwyczaj ciężko akceptowalne wizualnie szerokie szafy gdańskie, albo stosujemy mniej lub bardziej udane triki. I właśnie z jednym z wielu trików mamy do czynienia w tytułowych Amerykankach. Chodzi oczywiście o aplikację basowców w szerszej podstawie i reszty w znacznie węższej nadstawce. Jak w odbiorze werbalnym to wyszło? Nie oszukujmy się, z powabnością sylwetki Claudii Schiffer ma to niewiele wspólnego, ale muszę przyznać, że po zastosowaniu wyzywającej kolorystyki wykończenia – w tym przypadku mamy coś na kształt żółtych mini-rakiet balistycznych – angażując wzrok użytkownika innym pakietem wrażeń da się z tym żyć. Naturalnie nie jest to design dla każdego, jednak jeśli ktoś jest dość blisko jego akceptacji, szalę finalnego zadowolenia z pewnością przechyli oferowane brzmienie. Jak można wywnioskować patrząc na przetwornikowe uzbrojenie, przy wykorzystaniu odpowiedniego wzmocnienia – na wystawie był to mocarny Boulder – dostaniemy solidne i zwarte kopnięcie, bogatą w informacje i esencjonalną średnicę oraz niezbędne do uzyskania stosownej swobody prezentacji, pracujące w służbie spójności brzmienia kolumny otwarte wysokie tony. Dla mnie było to ciekawe doznanie, bo kolumny stosunkowo nieduże, a budowana scena w pełni oddawała realia puszczanej muzyki.

3. Sound Source – Vivid Audio, Audionet
Nie wiem jak Wy, ale dla mnie wyzwanie wizualne w poprzednio opisywanych kolumnach (EgglestonWorks) to tak zwany pikuś w stosunku do widniejących na zdjęciach z tego pokoju pochodzących z RPA Vivid Audio. Tam mieliśmy co prawda mocny wizerunkowo, ale jednak bardzo zbieżny z ogólnymi trendami pomysł na ogólną bryłę kolumny, tymczasem tutaj jest całkowity designerski odlot z motywami z gwiezdnej sagi George Lucasa w tle. Przesada? Bynajmniej, gdyż osobiście znam wielu pobratymców, którym taki pomysł bardzo się podoba. A przecież na obecnym, bardzo mocno nasyconym nieprzebraną ilością ofert rynku wyróżnienie się pośród tak zwanego „tłumu” to pierwszy bardzo ważny krok w pozyskaniu czasem niewiedzącego czego chce klienta. I gdy podczas przypadkowego przed wielu laty na wystawie w Monachium pierwszego spotkania z kolumnami tej marki miałem obiekcje, czy dałbym radę z nimi żyć, obecnie do tematu podchodzę całkowicie inaczej. A to dlatego, że na tle ogólnej, do pewnego stopnia przesyconej już prostopadłościenności znakomitej większości zespołów głośnikowych Vividy są inne, a dokładnie jakieś. I tak jak w przypadku do EgglestonWorks, gdy podepniemy je do odpowiedniego zestawu audio – tutaj mieliśmy pre-power Audioneta i źródło analogowe, odwdzięczą się ciekawym brzmieniem. Akurat na wystawie odebrałem je jako nieco jasnawe, ale nie krzykliwe, za to swobodne i otwarte w niezbyt przyjaznej akustyce – szyby z tyłu, obniżony sufit nad nimi i ogólny gips-karton jako wykończeniówka – co pokazało, że w parze z niebanalnym wyglądem idzie łatwość radzenia sobie – oczywiście przy wykorzystaniu wiedzy wystawce co z czym połączyć – z zastanymi warunkami lokalowymi.

4. Audiofast – Gryphon, Wilson Audio
Moim skromnym zdaniem tą prezentacją Gryphon udowodnił prawdziwość bardzo ważnej tezy w naszej zabawie. Naturalnie piję do nieco wyuzdanego społecznie stwierdzenia „shit in, shit out”, czyli tłumacząc na nasze luźnym tekstem „g. włożysz, g. otrzymasz”. W tym konkretnym przypadku chodzi o będący jeszcze światową nowością majestatyczny gramofon Apollo i flagowy phonostage Siren. To topowe perełki duńskiej stajni, przy których przecież od lat znakomicie radzący sobie na rynku zestaw pre power Zena + Antileon oraz mające swoją premierę w naszym kraju rocznicowe kolumny Wilson Audio The Watt/Puppy to tylko drobny cenowy dodatek. Mezalians? Bynajmniej. W moim odczuciu udane pokazanie, jak ważne w całej konfiguracji systemu jest źródło. To było na tyle znamienne w odbiorze, że większość odwiedzających, w tym naprawdę duża grupa moich znajomych nie tylko twierdziła, że całość świetnie gra, ale wielu z nich stawiało to wydarzenie nawet na pudle wystawy. A przecież mierzyło się z takimi absolutami jak opisane na początku mojej relacji Sonus Faber, czy za moment mającymi wystąpić wielkimi Magico M7. Zbiorowa halucynacja? Nic z tych rzeczy. Po prostu zjawiskowy gramofon, znakomity phonostage i zapewniająca odpowiednie wzmocnienie i wygenerowanie sygnału reszta toru. To nie był duży dźwięk. Za to prawdziwy i pełen najdrobniejszych niuansów sonicznych, co wydawało się zadawać kłam innej, tym razem kolumnowej tezie – „duży może więcej”. Jak okazało się na podstawie tego pokoju, nie zawsze. Naturalnie biorąc pod uwagę zdroworozsądkowe proporcje, ale przecież finalnie liczy się ogólny odbiór muzyki, a nie prężenie muskułów przez generujący ją system.

5. HiFi Club – Rockport Technologies , Karan, VPI
Nie będę ukrywał, do tego pokoju wszedłem w konkretnym celu. Chodziło o potwierdzenie przeczytanych na fortach internetowych opinii o elektronice Karan. To stosunkowo niedawno wprowadzony na nasz rynek podmiot, do tego problemy ze skrzyżowaniem się drogi dystrybutora z naszą powodowały, że jedynym źródłem wiedzy na temat jego oferty były internetowe portale. W nich zawsze przeważały opinie o świetnym brzmieniu konstrukcji tej marki, z których najważniejszym aspektem była energia i masa dźwięku. Naturalnie w kontrolowanych i znanych danemu słuchaczowi środowiskach sprzętowych, ale nie spotkałem się z inną, aniżeli pełną peanów oceną odnoście barwy, masy i energii. Elektronika, a szczególnie wzmocnienie jest słusznych rozmiarów, dlatego nie miałem żadnych podstaw do negowania krążących wypowiedzi. Jak zatem było na wystawie? Otóż choć źródłem był uważany przeze mnie jako punkt odniesienia dla reszty dawców sygnału gramofon (VPI) – naturalnie poza magnetofonem, przekaz mógłby być cięższy. Jednak biorąc pod uwagę całkowitą nieznajomość zachowywania się w moim systemie nie tylko wspomnianej elektroniki, ale również znakomicie rozpoznawalnych w naszym kraju, niestety z sobie tylko z znanych przyczyn unikających spotkania ze mną kolumn Rockport nie oceniam tego, co udało się osiągnąć. Byłem w piątek kilka razy w tym pokoju i widziałem, że panowie poważnie potraktowali strojenie gramofonu, dlatego tylko sygnalizuję zastany stan. Jednakże natychmiast informuję, iż obecnie jestem po słowie z dystrybutorem, aby dokładnie przyjrzeć się w procesie testowym tematowi nie tylko Karana, ale być może amerykańskich kolumn, dlatego jeśli interesuje Was, jak naprawdę radzą sobie wspomniane zabawki, zalecam zimny kompres na głowę i poczekanie na pełnoprawny test.

6. Rafko – Perlisten, Nuprime
Choć nie jestem fanem rozwiązań typu monitory wspierane nawet najlepszym subwooferem, w pokoju białostockiego Rafko muzyka brzmiała bardzo dobrze. Naturalnie gdybym zaczął drobiazgowo analizować najdrobniejsze niuanse dźwięku, będąc złośliwym pewnie do czegoś bez problemu mógłbym się przyczepić, to naprawdę całość grała spójnie. I to na wystawie. A może dlatego, że na wystawie. Co mam na myśli? Chodzi oczywiście o będącą zbawieniem dla wielu posiadaczy złych akustycznie pomieszczeń możliwość dostrojenia tego typu zestawienia do zastanych warunków lokalowych, a często i estetyki grania na potrzeby posiadacza. Naturalnie mam na myśli funkcję dostosowania basu nie tylko do potrzeb małych kolumn, ale również kubatury lokalu. Takie są założenia. Jednak jak się okazało w rozmowie z wystawcą, jest kilka fajnych opcji. Otóż podczas tego wydarzenia wystawcy nie poszli na łatwiznę standardowego podłączenia dwóch widocznych na zdjęciach modułów basowych z prostym odcięciem w danym punkcie, tylko zastosowali ich znacznie więcej, do tego porozstawianych po pomieszczeniu w różnych punktach i umiejętnie zestroili całość. Jak? Cóż, trochę mi tłumaczyli, jednak jak chcecie się czegoś dowiedzieć na własne potrzeby, zalecam kontakt bezpośredni. Ale jako ciekawostkę wspomnę, iż każdy z nich pracował z innymi nastawami. Nie jako jedno mocne kopnięcie, tylko uzupełnienie dziury lub górki w danym miejscu pomieszczenia, aby uzyskać dobrą liniowość charakterystyki w pełnym spektrum kubatury pokoju. Efekt? Jak wspominałem, mimo unikania takich działań na potrzeby obcowania z muzyką w swoim środowisku domowym, u Rafko przekonałem się, że dla wielu może być to jedyne wyjście do zbliżenia się do sedna muzyki.

7. HORNS, David Laboga Custom Audio
Do tego przybytku nie mogłem nie wpaść. Powód? Panowie zawsze oferują dźwięk bez zadęcia cenowego i wielkościowego, tylko zgodny ze sztuką ciekawego grania tubowego. I nie ma znaczenia, czy wystawiają się jesienią w Warszawie, czy wiosną w Monachium, gdy bazują na swoich wyborach od źródła, przez okablowanie, po kolumny, jakość odbioru muzyki zawsze jest wysokiej próby. Niestety z różnych powodów nie zawsze tak bywa, jednak na szczęście tak było tym razem. Niedroga, dla wielu całkowicie nieznana, za to wykorzystywana na co dzień przez producenta kolumn elektronika za pomocą okablowania rodzimego producenta David Laboga Custom Audio połączona z średniej wielkości kolumnami tubowymi Horns pokazała, że do dobrego brzmienia naprawdę nie trzeba milionów. Wystarczy wiedza co z czym połączyć i naturalnie mierząc siły na zamiary – nie oszukujmy się, spektaklu na miarę Sonus faber nie uzyskamy – można jak dziecko cieszyć się ukochaną muzyką. Owszem, posmak tuby w przekazie można lubić lub nie, jednak w wydaniu powyższego tandemu wystawowego w moim odczuciu ów sznyt zawsze jest dobrej próby.

8. Hifi Club – McIntosh, Rockport Technologies, Transparent
Ostatnimi czasy McIntosh na wszelkiej maści wystawach w dobrym tego słowa znaczeniu wręcz poraża. Naturalnie chodzi o rozmach konfiguracyjny, a przez to bezproblemowe wysterowane wszelkiej maści kolumn głośnikowych. To zawsze jest ściana konstrukcji mieniących się błękitem wielkich wskaźników wychyłowych oraz różnorodnych okienek informacyjnych komponentów od wielopudełkowego źródła, po ekstremalnie dzieloną sekcję wzmocnienia. Dlatego nie dziwne jest, że w podobnych do ostatniej wystawy w Warszawie bezkompromisowo przygotowanych prezentacjach mamy do czynienia z szerokim na prawie dwa metry i wysokim na prawie półtora wręcz murem audio-zabawek. Tak tak murem, gdyż gabaryty i waga nawet najskromniejszej konstrukcji rozłożą logistycznie na łopatki niejednego audio-freaka. Oczywiście w przypadku pokazów oferty tego producenta tak u nas, jak i szerokim świecie możemy spodziewać się jeszcze jednej, a nawet dwóch kwestii. W pierwszej chodzi o okablowanie od Transparenta, które wtórując szaleństwu popularnego MAC-a również sięga szczytów oferty marki. Natomiast druga dotyczy kolumn Rockport. To jest tak dobrze sprawdzające się trio, że gdy w jakiejś grupie osobników zwiedzających wystawę pada propozycja odwiedzin pokoju z McIntosh-em, wszyscy wiedzą, że oprócz Mac-a będzie Transparent i Rockport. Jak to zagrało w tym roku? Cóż, bateria mocnych wzmacniaczy, dobrze osadzone w masie i barwie okablowanie plus szybkie jak diabli kolumny nie wypadają inaczej niż na piątkę z plusem.

9. Dwa Kanały – Magico, Pilium
O tym pokoju słyszałem wiele opinii i dosłownie w 99 procentach jeśli nie był to dźwięk wystawy, to co najmniej zasługujący na przysłowiowe pudło. Mocne, rozciągnięte do czeluści Hadesu niskie rejestry, poprzez esencjonalną, ale znakomicie rozdzielczą średnicę, po pełne witalności oraz rozwibrowania wysokie tony dały spektakl niepozostawiający złudzeń, że mamy do czynienia z ekstremalnym High Endem. Uderzenie dźwiękiem było na tyle ekspresyjne, że nie miałoby problemu zdmuchnąć stojącą przed kolumnami świeczkę. Lubię mocne granie i takie w stu procentach dostałem. Może na tle mojego codziennego wzorca nieco mocniejsze w domenie gęstości, za to dzięki mocarnym końcówkom mocy marki Pilium pożądanie twarde. A twarde w tym przypadku oznaczało pokazanie najdrobniejszych niuansów dolnego zakresu, co przy okazji udowodniło bogate możliwości dźwiękowe tytułowych kolumn. Gdybym miał ocenić ten pokaz, bez najmniejszych problemów wewnętrznych nazwałbym go zjawiskowym. Na tyle brzemiennym w skutkach, że jak rzadko kiedy na podobnych do tej wystawach podtrzymał mnie na duchu, że na równi ze spektakularną ceną – to niestety ostatnio będący feedbackiem wzrostu kosztów materiałów i samej produkcji standard – w szanujących się markach mainstreamowych idzie również oferowana jakość dźwięku. Oby wszyscy szli tą drogą.

10. EIC – PMC
Na tle Magico prezentowane na fotkach angielskie kolumny PMC to tak zwana drobnica dla ludu. Jednak nie ma co deliberować, biorąc pod uwagę pieniężne zasięgi większości z nas, relacja z odwiedzin pokoju z ową „drobnicą” dla wielu z pewnością jest bardziej atrakcyjnym pakietem ciekawych informacji niż bredzenie o zaporowo wycenionych Amerykankach. I to ciekawych z dwóch powodów. Pierwszym jest informacja, że są to kolumny aktywne, czyli wyposażone w wewnętrzne wzmacniacze, co z automatu minimalizuje rozbudowanie systemu jedynie do dawcy sygnału z regulowanym wyjściem. Tego typu urządzenia obecnie są na tak zwanym ofertowym topi topie i może nim być choćby streamer wyposażony we wspomnianą regulację wyjściowego sygnału analogowego. Natomiast drugą jest pewność, że za sprawą dobranych przez producenta, umieszczonych wewnątrz skrzynek wzmacniaczy kolumny zostaną idealnie wysterowane. Miałem ten model na testach i wiem, że tak w praktyce jest. Zestaw grał ze swobodą i bez jakichkolwiek ograniczeń wolumenu, co udowadniało słuszność powołania do życia podobnych konstrukcji. I gdy wydawało mi się, że w ich przypadku nic nie może mnie zaskoczyć, podczas wystawy kolejny raz przekonałem się, że odpowiednia konfiguracja potrafi wiele zmienić. Mam na myśli estetykę ich grania. U mnie przekaz był pełen energii, ale ciemnawy. Nie powiem, przyjemny, jednak dla kogoś mogłoby to być lekkim problemem. Tymczasem opisywany występ na PGE Narodowym pokazał je w całkowicie odmiennym świetle. Nadal fajnym, za to znacznie jaśniejszym niż u mnie. Cuda? Nic z tych rzeczy, po prostu wynik wyborów konfiguracyjnych, czyli chleb powszedni naszej zabawy.

11. Kasoto, TR Audio
Mam nadzieję, że znaki towarowe widniejące na banerach, a tak naprawdę nazwy marek mówią Wam wszystko. Jeśli nie, oznacza to, że jak większość populacji osobników parających się tym hobby niespecjalnie lubicie czytać opisy, tylko zadowalacie się oglądaniem fotografii relacjonujących podobne imprezy. Jednak bez względu na fakt, z którą grupą się utożsamiacie, nie będę ukrywał, że z wielką przyjemnością kolejny już raz przekonałem się, jak wielkie serce analogowe ma ten niewielki pokoik. Nie trzeba być specjalnym znawcą, wystarczy doń wejść, aby przekonać się, iż oferta wystawców nie jest przypadkowa. To zbiór produktów – kolumny tubowe, lampowa elektronika oraz akcesoria akustyczne i antywibracyjne ze stolikami audio włącznie – służących do jednego celu, jakim jest obcowanie z muzyką w estetyce dawnych lat. A wiadomym jest, co przy użyciu kolumn z wielkimi falowodami niegdyś było dawcą sygnału – naturalnie gramofon i magnetofon. I gdy obejrzycie fotografie, innego źródła nie zobaczycie. Za to na centralnym miejscu ołtarza audio znajdziecie pięknie oprawionego w nowe szaty kultowego Garrarda 401 i z prawej strony niedawno odrestaurowanego, co dla wielu piewców szpuklaków jest Świętym Graalem – przemycę trochę prywaty i zdradzę, że po pełnej renowacji obecnie jest do sprzedania – lampowego Telefunkena. Tak tak, lampowego i to w pełni sprawnego, gdyż jak co roku jednym z gości pokoju Kasoto był guru tego typu zabawy z muzyką, przybyły z Rogalowa producent muzyczny oraz serwisant tego typu urządzeń ze wspomnianym Telefunkenem pod pachą, zwany analogowym Wojcek Czern. A to tylko jedna z jego wielu zalet wykorzystywanych na spotkaniach, gdyż udając się na nasze święto nigdy nie jest sam. Mianowicie bazując na swoich konotacjach i niejako w służbie promowania polskiej muzyki przybywa do Warszawy z jakimś znanym artystą. W zeszłym roku byli to dwaj przedstawiciele formacji jazzowej „PKP Trio”, z pomocą których próbowaliśmy porównać granie muzyki na żywo z tym samym materiałem zapisanym na taśmie magnetofonowej w studiu Wojcka i przez niego samego. W tym roku zaś mieliśmy niekłamaną przyjemność spotkać się z obecnie uznanym przez periodyki branżowe za najlepszego trębacza w Polsce Piotrem Schmidtem. Naturalnie jak to jest w zwyczaju pokazów u tych wystawców, po krótkiej pogadance na temat swoich poczynań na rynku muzycznym pan Piotr również na żywo zmierzył się ze swoim materiałem granym z taśmy. Jak to wypadło? Cóż, występ w surowych warunkach wystawowych, czyli małym zatłoczonym pokoiku kontra zremasterowany, już wydany materiał to dwa inne światy. Jednak bez względu na wszystko, zagrane bez rozgrzewki frazy na trąbce były całkowicie innym doznaniem niż z najlepiej nagranej taśmy magnetofonowej – tym bardziej, że muzyka na taśmie z pewnych względów była zgrywką z nośnika cyfrowego. Ale spokojnie, obydwie prezentacje były warte każdej spędzonej minuty przy muzyce z tworzącym ją artystą w pod korek wypełnionym pokoju. A jak wypadł sam system? Jak widać, w tym roku zamiast tuby wokół głośnika średniotonowego zastosowano jakby skrzydła na kształt poprzecznie zorientowanego falowodu. To zaś sprawiło – nie wiem, czy za rok po tym stwierdzeniu mnie jeszcze do siebie wpuszczą, na szczęście mnie lubią i zapraszają, to pewnie kolejny raz uda się, że nie było podbicia zakresu efektem brutalnego wkładania głowy do drewnianego wiaderka, tylko znacznie mniej inwazyjne, ale nadal doświetlenie tego pasma wycinkiem tuby. Efekt łagodniejszy w odbiorze, dlatego być może akceptowalny przez większą liczbę potencjalnych zainteresowanych graniem w estetyce dawnych lat. Reasumując, jeśli kochacie analog i jego prezentację w klimacie z lat jego świetności, pokój Kasoto w przyszłym roku powinien być jednym z pierwszych do odwiedzin. Nawet jeśli nie załapiecie się na spotkanie z muzykiem jak ja, naprawdę warto posmakować takiej szkoły grania. A jeśli to zrobicie, nie zdziwię się, gdy się w niej zakochacie. Jest diametralnie inna od obecnie panujących trendów, ale jak to często piszę, na tle ogólnej bylejakości jest jakaś, a to już bardzo duży bodziec do podjęcia prób pozostania z nią na całe życie.

12. RCM – Gauder Akustik, Vitus Audio, Thrax, Furutech, TechDas, Kuzma
Tego wystawcę znakomicie znają chyba wszyscy tak od strony swojej analogowej działalności, jak i wyrazistości wypowiedzi. Z jednej strony podmiot bez problemu potrafiący zarazić gramofonem nawet największego przeciwnika takiej zabawy, ale z drugiej gdy przekroczy się cienką linię głoszenia ewidentnej nieprawdy w jakimkolwiek temacie audio nie owijający w bawełnę swoich argumentów. To od lat jak wspomniałem, wiedzą wszyscy. Ale od jakiegoś czas jesienne wystawy AVS spowodowały przylgnięcie do niego jeszcze jednej cechy. I to nie jest mój wymysł, tylko jedna z wielu, zasłyszana opinia w kuluarowych rozmowach. Jakiej konkrertnie? Może się zdziwicie, ale na przekór większości wystawców dla nas bardzo pozytywnej. Chodzi mianowicie o fakt puszczania dosłownie każdego rodzaju muzyki. Nie wymuskanych realizacji, czy typowych wystawowych jedno-piosenkowych samplerów, tylko wszystkiego, co ma duszę bez względu na jakość realizacji. Czy to stary rock, klasyka, jazz, muzyka gitarowa nie ma z tym najmniejszego problemu nawet jeśli materiał jest marnej jakości. Powód? Przecież melomanowi chodzi w głównej mierze o dotarcie do sedna muzyki, a nie masochistyczne rozkochiwanie się w jej jakości. Owszem, próba zachowania jej najlepszej postaci realizacyjnej również jest w naszym interesie, jednak nie kosztem postawienia danej płyty na półce na nigdy nienastępujące później. Materiał nagrany bardzo dobrze zabrzmi idealnie, słabiej, cóż, może mniej połechcemy próżności audiofila, ale nadal będziemy obcować z czymś wyjątkowym tylko w sferze metafizycznej. Dla niego – Rogera Adamka i prawdopodobnie dla wielu z nas to żaden problem. Jednak jedna uwaga, w jego podejściu do tematu jest jeden myk. System musi być w miarę uniwersalny. Powinien dobrze oddać energię i rozmach prezentacji, a nie skupiać się na ukierunkowywaniu go na jedną stylową modłę. I żeby nie było, nie musi być ekstremalnie drogi, co próbuje udowodnić wielu jesiennych wystawców. Znakomicie widać to dosłownie na każdej obsługiwanej przezeń imprezie. Nie wbija się na listę najdroższych systemów wydarzenia, tylko stawia stosunkowo niedrogie kolumny – w tym przypadku były to jeszcze przedprodukcyjne wersje Gauderów, zapewnia im odpowiednie, również stroniące od wyścigu szczurów wzmocnienie ze stajni Vitus Audio, a wszystko karmi – tutaj do akcji wkracza clou jego bytu na rynku – źródłem analogowym. Set bez szaleństwa – no może po bandzie w kwestii dawców sygnału, ale to jego konik i nic z tym nie zrobimy, za to umiejętnie dobrany, bo mający zagrać wszytko dobrze lub bardzo dobrze bez przymusu często szkodliwej w naszej zabawie, bo wycinającej ze słuchania sporo muzyki wybitności. W efekcie tego bez względu na fakt emocjonalnego podejścia do chwil spędzonych w RCM-e każdy z moich rozmówców twierdził, że grało przynajmniej dobrze i co bardzo istotne, oczywiście będące clou tego akapitu, panowie zawsze składają bardzo uniwersalny system. Jak wspominałem, bez napinki na medialną burzę, tylko w służbie czerpania przyjemności z obcowania z muzyką.

13. Grobel Audio – Franco Serblin, Jadis
Moim zdaniem wszelkie znamiona dogłębnego opisu tego pokoju zawiera parafraza hasła do agentury gangstera Siary z kultowego filmu „Kiler” Juliusza Machulskiego, czyli niezapomniane „Memory five, Grobel i wszystko jasne”. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą o co chodzi. A jeśli nie, to wyjaśniam, iż u tytułowego wystawcy kolejny raz w dobrym tego słowa znaczeniu wiało nudą. Naturalnie chodzi o umiejętne skrojenie systemu, który po prostu grał muzykę. Bez pościgu za wyczynowością, tylko na ile pozwalały warunki lokalowe przyjemną w odbiorze. W tym roku wykorzystano do tego będące nowością monitory Franco Serblina Accordo Goldberg, które w działaniu wspierał zintegrowany wzmacniacz lampowy Jadis, a sygnałem karmił hipnotyzujący słuchaczy kręcącymi się wielkimi szpulami magnetofon Revox. Naturalnie będący zawiadowcą całego przedsięwzięcia Sebastian nie byłby sobą, gdyby nie zadbał o najdrobniejszy szczegół prezentacji, jakimi były korelujące z kolumnami estetyką wykonania i barwą drewna panele akustyczne oraz udana kopia będącego wyznacznikiem designu lat świetności magnetofonu stolik pod elektronikę. Całość była na tyle spójna, że po wejściu do pokoju człowiek nie próbował niczego analizować, tylko obdarzony na bogato nie tylko dźwiękiem, ale również wizerunkowym sposobem prezentacji zapominał o bożym świecie. I to bez wyjątków wszyscy. I kurde tak jest co rok. Nie wiem, za rok chyba do niego nie pójdę. Oczywiście żartowałem.

14. Galeria Audio – Zellaton, Aries Cerat, Goldmund
Tym razem ten przedstawiciel wrocławskiej grupy salonów audio w kwestii kolumn postawił nie na świetnie brzmiące w zeszłym roku Kharmy, tylko niedawno przygarnięte do dystrybucji kultowe dla wielu melomanów na świecie Zellatony. Sygnał dla nich przygotowywał znakomity brzmieniowo, niedawno testowany przeze mnie przetwornik Aries Cerat Cassandra, zaś wzmocnieniem zajmował się niezostawiający jeńców w kwestii kontroli i ekspresji grania Goldmund. Całość grała spójnie, z dobrą energią i swobodą, a dzięki temu namacalnością, jednak gdybym miał odnieść się do pokazu zeszłorocznego, tak jak wielu moich znajomych miałem wrażenie, że Kharmy były delikatnie dźwięczniejsze. Czy tak było, z racji minionego roku od tamtego spotkania nie feruję jednoznacznego wyroku, ale dopuszczam myśl, że tak też może być. Jednak jeśli już, nie rozpatruję tego w domenie jakości, tylko innego podejścia do wyrazistości prezentacji. W tym przypadku średnica była bardziej gęsta i może dlatego góra w odbiorze mniej ekspresyjna, ale nie będę tego drążył. Najważniejsze, że i wówczas i obecnie spędzony w tym roomie czas odbieram jako bardzo relaksujący.

15. Nautilus – Estelon, Accuphase, Transrotor, Circle Labs, Siltech
Jak to u Nautilusa zazwyczaj bywa, oprócz pokazów fajnych systemów z puli tak zwanej drobnicy dla zwykłego Kowalskiego dba również o promocję portfolio z cennikowych szczytów naszej zabawy. Tutaj akurat padło na jubileuszową, ze specjalnym wykończeniem obudowy wersję topowych kolumn estońskiego Estelona. Naturalnie aby można było je odpowiednio wysterować, na fotkach widzimy stosowną elektronikę z kraju kwitnącej wiśni kultowej marki Accuphase. Do zapewnienia systemowi dobrej jakości sygnału swoje trzy grosze dołożył wyposażony w dedykowany rack, majestatyczny niemiecki Transrotor. I ku zaskoczeniu pewnie większej części z Was w roli wisienki na torcie pokazującej, że Polacy bardzo dobrze znają się na tematyce audio wystąpił będący nowością w ofercie marki phonostage Circle Labs. Przyznacie, set zacny, a dla naszych ziomali z Krakowa bardzo mocno podnoszący ich postrzeganie na trudnym rynku. Jak odebrałem ten pokaz? Z jednej strony taki jak lubię, czyli duży swobodny. Z drugiej zaś mam wrażenie, że w zeszłym roku całość grała jakby z większą swobodą. Nie wiem, być może to efekt możliwości jednorazowego zrobienia pierwszego dobrego wrażenia, albo zwykłe podniesienie poprzeczki oczekiwań w stosunku do poprzedniego pokazu. Ale bez paniki, tak w zeszłym, jak i w tym roku była możliwość na coś zjawiskowego popatrzeć i co najważniejsze, czegoś nietuzinkowego z przyjemnością posłuchać.

16. Natural Sound – Audio Tekne
Marka zacna, wiem, bo miałem na testach prawie całą ofertę, to nie mogłem o tym wystawcy nie wspomnieć. Jednak podczas wizyty osobiście nie udało mi się złapać z nią nici porozumienia. W kuluarach mówiono, że dźwięk pierwszej klasy, tymczasem dla mnie był zduszony i tkwił głęboko w prostokątnych tubach środkowych kolumn. Pomyślałem, to nie jest możliwe. Nawet w momencie zorientowania się, że boss tego pokoju grał ze zwykłego laptopa podłączonego do systemu długaśnym kablem sklejonym z jakąś wtyczką lub innym ustrojstwem zwykłym plastrem opatrunkowym. Przyznaję się bez bicia, walczyłem jak lew, ale się poddałem. Niestety dopiero na koniec wystawy dowiedziałem się, że miałem pecha, bo peany znajomych dotyczyły brzmienia systemu z wykorzystaniem kolumn stojących na zewnątrz. Naturalnie w tej samej, laptopowej konfiguracji, ale znając dobrze rozmówcę oraz od podszewki japońskie zabawki wierzyłem, że coś było na rzeczy. Problem jednak w tym, że drugiego podejścia nie zaliczyłem. Szkoda. Jednak na otarcie łez pocieszam się, iż wina takiego obrotu sprawy nie leży po mojej stronie. Bez względu jednak na wszystkie przeciwności losu, zapewniam zainteresowanych, japońska marka Audio Tekne warta jest każdego grzechu. Nawet zasługującej na seppuku zdrady z racji wcześniejszego obcowania z innym Japończykiem.

17. WK Audio
Wbrew pozorom – piję do widniejącej na serii zdjęć elektroniki i kolumn pochodzących ze stajni RCM – to nie jest żaden dystrybutor, ani salon audio. To producent okablowania, który niegdyś spotkawszy na swej drodze Rogera Adamka zrozumiał, że w naszej zabawie najważniejszy jest fun ze słuchania muzy. Ten zaś daje jedynie uniwersalnie, ale z dobrym drive-m, energią oraz timingiem granie systemu. Owszem, każdy może sobie wykoślawiać posiadaną zbieraninę audio na własną modłę, jednak jeśli jako producent chce się pokazać jakość oferowanego okablowania, trzeba zadbać o jak najlepszą, ale w wartościach bezwzględnych bezpieczną brzmieniowo konfigurację. A jak wspominałem przy okazji opisu wystawy RCM-u, takowa od wielu lat była i oczywiście ostatnio jest ich dziełem. Zatem nie dziwne chyba jest, że panowie nie tylko bez problemu się dogadali, a marce WK Audio wyszło to na dobre. Skąd wiem, że WK Audio na tym zyskało? Nie, nie łykałem jak przysłowiowy pelikan opowieści wystawcy o jego międzynarodowych sukcesach, tylko będąc w tym pokoju dobre kilka razy słyszałem częste pochwały co chwila zmieniających się słuchaczy, że system gra wszystko dobrze bez sortowania na styl i jakość realizacji. Myślicie, ze to łatwizna? Zapewniam, dla większości podmiotów będących na tej wystawie to są wręcz Himalaje. Owszem, każdy z wywołanych do tablicy gdzieś może błyśnie, jednak całościowo wypaść dobrze jest wielką sztuką. Tutaj się udało. O samym okablowaniu nie napiszę nic, bo wiadomym jest, że każdy zestaw reaguje inaczej. Jednak biorąc pod uwagę dość bogatą ofertę marki WK Audio sądzę, iż w połączeniu z którąś wersją czy to łączówki, sieciówki, a może głośnikówki dojdziecie do takiego finału, jaki miał miejsce w tym pokoju. Trzeba tylko podjąć rękawicę.

18. Quality Audio – Peak Consult, Extraudio, Omicron, QSA
Choć marki w tym pokoju są na naszym rynku dopiero od dwóch lat, to głównym daniem było najnowsze wcielenie testowanych na naszych łamach kolumn Peak Consult El Diablo. Najnowszych, bo według informacji od producenta oprócz wizualnej reformy w postaci wykończenia skrzynek w lakierze fortepianowym zamiast zwyczajowego, skądinąd pięknego drewna, zmieniono topologię zwrotnic. A celem działania na poziomie zmiany pracy przetworników było dopasowanie kolumn do mniejszych kubatur pomieszczeń odsłuchowych. Według teorii duńskich inżynierów poprzednie, naturalnie nadal dostępne jako inny model wcielenie Diablo celowało w pokoje powyżej 35 m2. Tymczasem obecna odsłona ma być przyjazna sonicznie już od 20 m2. Przyznacie, że zważywszy możliwości lokalowe rodzimych audio-maniaków to bardzo ciekawy ruch. Na tyle również dla mnie, że nie omieszkałem ustalić z dystrybutorem ich wizyty w moim lokalu celem weryfikacji poczynionych zmian konstrukcyjnych. Pierwszy efekt słychać było już na wystawie, a było nim znacznie swobodniejsze operowanie wysokimi tonami, a dzięki temu otwarcie się dźwięku. Poprzednik grał ciemniej i plastyczniej, co w zbyt małym pomieszczeniu mogło nabywcy odbić się czkawką w postaci zbytniego uspokojenia dźwięku. I właśnie opisany ruch konstruktorów ma temu zaradzić. Jak to wypadnie w starciu testowym u mnie, zobaczymy za jakiś czas. Na razie zaś rzućcie okiem co napędzało rzeczone kolumny. Mowa o holenderskiej elektronice Extraudio, czyli DAC-u, wykorzystującym w trzewiach lampy elektronowe przedwzmacniaczu liniowym i końcówkach mocy pracujących w opracowanej przez skład inżynierów tej marki klasie „D”. Informuję, że całość grała na tyle imponująco, że gdy informowałem znajomych, że z jakiś powodów w tym pokoju jeszcze nie byłem, wielokrotnie mnie do niego kierowano. A to nie koniec ciekawostek tego stacjonującego w Chełmży dystrybutora, bowiem obok zbieraniny generującej dźwięk stała statyczna wystawka ciekawych akcesoriów. A były nimi różne wersje rozpraszaczy pola magnetycznego, dociski płyt gramofonowych i ostatnio robiące furorę, poddawane procesowi kwantyzacji produkty marki QSA – bezpieczniki oraz switche sieciowe. Dla jednych czyste audio-woodoo, dla innych clou naszej zabawy w wyciskanie z toru audio ostatnich soków. Ja jestem w trakcie zgłębiania działania tych dobrodziejstw, jednak ostrzegam, jeśli nie czujecie się na emocjonalnych siłach, nie próbujcie się tym bawić. Niestety potem Wasz ładnie pokładany niegdyś świat audio już nigdy nie będzie taki sam.

19. Premium Sound – Bona Watt, Rockna, Audel
To było pełne zaskoczenie. I nie tylko odnoście wykorzystanego budulca na skrzynki – mowa o sklejce i przez to niezapomnianego designu pokazywanych kolumn, ale również jakości oferowanego przez nie dźwięku. Co prawda słuchałem tylko jednego modelu – akurat jak byłem grały podłogówki, jednak jeśli w tak trudnym pomieszczeniu muzykę pokazały z fajnym detalem i z dobrą kontrolą niskich rejestrów, to konia z rzędem temu, kto choćby spróbował się do tego poziomu jakości zbliżyć. Naturalnie sporo udziału w tym pokazie miały działania około-akustyczne panelami polskiej marki Form At Wood, ale to tylko cieszy, że panowie nie liczyli na łut szczęścia, tylko podeszli do tematu profesjonalnie. Oprócz penetracji folderów reklamowych w internecie z tymi kolumnami dotychczas werbalnie nie miałem do czynienia, co wespół z jednak nietuzinkowym wyglądem moje przypuszczenia kierowało w stronę szukania poklasku ekologicznym wyglądem, a nie jakością brzmienia, a tutaj taki pozytywny Zonk. Na tyle zjawiskowy, że w duchu obiecywałem sobie ponowną wizytę w czasie grania monitorów. Niestety rozmach jesiennej wystawy sprawił, że pomysł spalił na panewce. Szkoda. Oczywiście jeśli będzie to możliwe, postaram się ściągnąć największy model do siebie na intymne sam na sam. Na chwilę obecną jednak mając w pamięci opisany występ szczerze je rekomenduję.

20. Audio Anatomy – Pathos, Audia Flight, Zingali
Dla wielbicieli włoskiej marki Pathos mam dobre wieści, wróciła pod skrzydła przedostatniego dystrybutora Audio Anatomy. Na tyle solidnego, że jej dostępność do posłuchania we własnych warunkach lokalowych nie będzie tylko teoretyczna lub okraszona zakupem w ciemno, bo inaczej jej nie sprowadzą, tylko na ile pozwolą możliwości finansowe, rozwijana w miarę upływu czasu. Na razie widzimy karmiony sygnałem ze znanej od lat Audio Flight, oparty o dwa monobloki zestaw pre-power, ale otrzymałem informację, iż to tylko dobry początek. A to nie koniec ciekawostek związanych z tym dystrybutorem, bowiem w ostatnim czasie udało mu się przytulić opiekę nad innym podmiotem, również ze słonecznej Italii w postaci kolumn Zingali. Co prawda większość z nas zna je z konstrukcji w formie bałwanków z tubowymi falowodami wokół głośników, ale zapewniam, widniejące na zdjęciach kolumny z dwoma bocznymi, półokrągłymi ściankami okalającymi czarną maskownicę, to najnowsze wcielenie tych kolumn. Nieduże, dzięki czemu dźwiękowo świetnie mieszczące się w pokoju, co sprawiło, że muzyka była pozbawiona szkodliwych podbić zakresu basu, a dzięki wspomaganiu promieniowania przetworników bocznymi wypustkami fajnie doświetlona. Nawet gdybym nie wiedział, co to za marka, w pierwszych przypuszczeniach pomyślałbym o fajnie grających, bo żywo kreujących wirtualną scenę Zingali.

21. Audiostereo, Diy Audio
Zawsze gdy udaję się do tych domowych kuźni konstrukcji audio-zabawek, zadaję sobie pytanie, czy jak najczęściej to robią, tym razem również zabiją mnie wolumenem dźwięku. I żeby był jeszcze najwyższej próby, to z uwagi, że sam słucham głośno, dałoby radę jakoś wytrzymać. Ale nie, choć czasem muzyka brzmi nawet fajnie, to standardem nie jest nawet głośne słuchanie, tylko wręcz wyganianie człowieka z pokoju. Przeżyłem to nie raz i nie dwa i wiem, że panowie mają z tym problem. Na szczęście do czasu. Jakiego? Ostatniej wystawy. Powiem więcej, tym razem zaliczyłem dwa pozytywne zaskoczenia. Jednym był normalny poziom odsłuchu muzyki, zaś drugim coś, czego w najbardziej pozytywnych snach bym się nie spodziewał. Co mam na myśli? Otóż nasi bohaterowie po latach pokazywania konstrukcji na tak zwanym pająku lub ubranych w byle jakie obudowy malowane pędzlem, tudzież wykonane z surowego budulca spod znaku płyt OSB, tym razem się postarali. Jak rzadko wcześniej – trzeba jednak oddać niektórym honor, bo bywały produkty ładnie wyglądające i grające – jak jeden mąż przyłożyli się do wizualnego wykończenia swoich zabawek. No może poza wielkimi czarnymi kolumnami z boku w jednym pokoju, co było wyjątkiem potwierdzającym tegoroczna regułę, ale reszta panie kochany wyglądała jak funkiel nówka. Obydwie dotychczas niecodzienne sytuacje okazały się być na tyle wciągające, że dużym zaangażowaniem słuchu i oczu kilka minut spędziłem w każdym z dwóch opisywanych pomieszczeń. Naprawdę tym razem wyszło im to fajnie. Wieńcząc opis dla ogólnej wiedzy o czym rozprawiamy informuję, iż pokój z obłymi kolumnami z gwizdkiem na górnym łuku okupowali przedstawiciele portalu Audiostereo, zaś ten z wieloma zestawami kolumn od monitorów po podłogówki był pod opieką DIY Audio.

22. Premium Sound – Benny Audio, Thoress, Rockna, Audiosolutions, From At Wood
Muszę przyznać, że w tym roku miałem szczęście do przygotowywanych przez wystawców prezentacji. Z racji dużego zainteresowania odwiedzających tego typu wydarzeniami na żadną niespecjalnie się szykowałem, ale los chciał, abym po wcześniejszej pogadance ze znakomitym trębaczem w pokoju Kasoto w zlokalizowanym na PGE Narodowym pokoju sopockiego Premium Sound zaliczył drugi z kolei miting z muzykiem. Bohaterem był jeden z braci Oleś, a dokładnie kojarzony z perkusją Bartłomiej. Jednak w tym przypadku słowo „kojarzony” jest kluczem do zrozumienia zastanej sytuacji. Sytuacji będącej zamkniętym odsłuchem jego autorskiej płyty „Drumbientone – Songs Of Planets And Moons”. W telegraficznym skrócie chodzi o autorskie spreparowanie soniczne dostępnych w sieci naturalnych dźwięków wydawanych przez poszczególne planety, z jak sugeruje tytuł Księżycem włącznie. Przyznam, muzyka tak bardzo inna – połączenie czegoś na kształt elektroniki z nieobliczalnością muzyki współczesnej w mniej lub bardziej wyraziste ciągi pozornie chaotycznie modulowanych sygnałów – od tej, którą z nim kojarzę, że bez zastanowienia nabyłem jej winylową wersję. Naturalnie to była tylko przygrywka do fajnie spędzonego czasu, gdyż po tej sesji poruszył kilka innych wątków związanych ze swoim podejściem do muzyki, w których kolejny raz udowodnił – tworzy i aranżuje muzykę dla innych artystów, że ogólnie kojarzona z nim perkusja jest tylko jedynym z wielu środków wyrazu drzemiących w nim muzycznych emocji. Naturalnie tę część rozmów przy muzyce również zakończyłem nabyciem będącej jego pomysłem, ale wykonywanej przez kogo innego płyty – obydwa krążki muzyk prezentuje na krótkiej sesji zdjęciowej. Co dla mnie było nie tylko bardzo istotne, ale w kontekście znajomości jego brata Marcina również anegdotyczne, obie płyty uświetnił swoim podpisem. Dlaczego anegdotyczne? Otóż gdy w podobnych okolicznościach dwa lata temu poznałem brata Bartłomieja, czyli wspomnianego Marcina, ten naturalnie będąc zakręconym podobnie do mnie na robieniu fajnej atmosfery na prośbę o podpisanie płyty stwierdził, że tego nie zrobi, bo z reguły nie lubi brudzić płyt. Wówczas obydwaj się uśmialiśmy się i odpuściliśmy temat, ale do dziś mam w pamięci tamto zdarzenie. Na tyle sprawiające mi wiele radości, że dzięki zrządzeniu losu spotkawszy na tegorocznej wystawie w jednym z pomieszczeń Marcina Olesia, pierwszym tekstem z moich z ust w jego kierunku była informacja, że na przekór niemu brat pobrudził mi dwie płyty. Przegięcie? Spokojnie, z uwagi na fakt naszych dobrych relacji tego typu uwaga wywołując uśmiech na jego i mojej twarzy była raczej bezcennym spoiwem dalszej znajomości. Czy miałem rację, pokaże czas.

Dobra, muzyka muzyką, ale pewnie chcecie wiedzieć, co mam do powiedzenia na temat samej prezentacji? Mam nadzieję, że już widok gramofonu zdradza cel wizyty. Chodzi oczywiście o werk Benny Audio Odyssey, z którym już raz miałem przyjemność obcować, a który zaraz po wystawie z racji drobnych zmian konstrukcyjnych trafi do mnie ponownie, na co już bardzo się cieszę. Jestem zagorzałym piewcą czarnej płyty, a produkt Bennego jak niewiele tergo typu konstrukcji, a już pośród polskich na pewno będąc technicznym majstersztykiem, wywołuje u mnie pozytywnie interpretowaną palpitację serca. Jednak w tym przypadku nie o sam gramofon chodziło. Mam na myśli kolumny. Oczywiście reszta sprzętu miała bardzo istotne trzy grosze w tym przedsięwzięciu, jednak gramofon i kolumny były dla mnie z Marcinem celami osobistymi. Tak tak, z uwagi na fakt, że Marcin jest na rozstaju dróg ze swoimi Dynkami, przed wystawą poprosił bosa Premium Sound o dostarczenie widniejących na zdjęciach litewskich konstrukcji do sesji testowej. I nie jedynie w celu naskrobania w relacji co poeta o nich sądzi, tylko przyjrzenia się im pod kątem długoterminowego ożenku. Tandem – gramiak Benny Audio wraz z kolumnami Audiosolutions nie raz i nie dwa (ostatnio w Monachium) pokazał, że gra muzykę przez duże „M”, dlatego gdy kolejny raz nadarzyła się okazja zapoznać się z jego możliwościami w ciężkich warunkach wystawowych, dla nas z Marcinem był to pokój tak zwanego pierwszego wyboru. I jak się później okazało, zostaliśmy obdarowani znakomitym, bo energetycznym, dzięki czemu potrafiącym zgrać Led Zeppelin oraz pełnym mikrodetali pokazując najdrobniejsze niuanse twórczości Bartłomieja Olesia dźwiękiem. To naprawdę był fajnie spędzony czas.

23. Audio Emotions – AGD (AVIK, AXXESS, ANSUS, BORRESEN)
Mam nadzieję, że po lekturze kilku zamieszczonych na naszych łamach testów dobrze wiecie, iż skrót AGD nie jest synonimem mekki sprzętu gospodarstwa domowego. To konstruujący sprzęt audio w najwyższej jakości technologii team rodem z Danii. Jednak co bardzo istotne, mimo, że będąca zespołem pod jednym szyldem czwórka wytwórców zamierzenie podzieliła się rynkiem w zależności od zasobności portfela potencjalnych nabywców, w każdym wycinku swojej działalności nawet na krok nie odstępuje od motta głoszącego jakość ponad wszystko. Wiem, bo obcowałem z niżej pozycjonowanymi cenowo i brzmieniowo produktami i naprawdę byłem pozytywnie zaskoczony, że nawet na tym pułapie idą drogą wysokich standardów wykonania. Co więcej, biorąc pod uwagę zestawienie cena/jakość każde urządzenie bez problemu się broniło. Jak to wygląda na szczytach władzy – czytaj cennika, nie wiem, bo nie mieliśmy okazji nic z tych pułapów posłuchać w kontrolowanych warunkach. Na szczęście są wystawy jak rodzima, dlatego z dwóch dostępnych pod tym szyldem sal, przy wiedzy co brzmieniowo dzieje się na dole oferty, odwiedziłem tę z topową elektroniką i kolumnami, czyli spod znaku Avik oraz Børresen. Jak to wypadło? Mniej więcej w duchu ich motta cyzelowania techniki produkcji. Dźwięk był szybki, pełen informacji, zwarty, ale przy tym w odpowiednich momentach energetyczny. Całość raczej dla wielbicieli żywiołowości grania systemu, aniżeli rozpływania się dźwiękowych plamach. To źle? Nic z tych rzeczy. To świadomy, naturalnie będący konsekwencją przykładania wielkiej wagi do najdrobniejszych technikaliów podczas procesu produkcyjnego wybór zespołu inżynierskiego. Nikt wszystkim jeszcze nie dogodził, dlatego zdając sobie sprawę z ilości „ładnie ponad wszystko” grających komponentów Duńczycy postawili na wyrazistość. Wyrazistość tak jakości wykonania oraz designu, jak i brzmienia. Tak tak, choć były to warunki wystawowe, czyli obciążone wieloma niewiadomymi i potencjalnymi problemami, po kilkunastu minutach spokojnego odsłuchu bez naciągania faktów mogę powiedzieć, że również brzmienia. Naturalnie w pewnej estetyce, ale to przecież standard w naszej zabawie. Jakieś ciekawostki? Owszem, były. Pierwsza to premierowy występ stojącego na górnej półce prawego stolika, obsługującego gramofon pohostage’a marki Avik. Niestety z braku doświadczenia z topową elektroniką AVIK-a nie wiem, jaki był jego brzmieniowy udział w pokazie, ale ważna informacją jest fakt obsługi aż trzech typów wkładek. Pewnie Was zaskoczę, ale chodzi nie tylko o MM i MC, ale również o ostatnio coraz bardziej popularną optyczną ze stajni DS Audio – testy dwóch różnych z firmowymi phonostage’ami są na naszych łamach. Natomiast drugą okazała się być statyczna prezentacja urządzenia „All in one”, czyli źródło ze wzmocnieniem w jednym stajni Avik. Zaskoczeni? Otóż już podczas wystawy w Monachium jaskółki ćwierkały, a tak naprawdę przedstawiciele czterech marek informowali, że dwa zajmujące się elektroniką podmioty rozszerzą swoją ofertę od tanich do drogich komponentów z zachowaniem standardów wykonania i jakości brzmienia dla każdego z nich. I gdy tam pokazali coś droższego spod znaku Axxess, w Warszawie przedstawili – na razie jako eksponat – coś tańszego od Avik-a. Co prawda jedno-pudełkowce to nie moja bajka, ale gdy takie urządzenie zagra w stylu topowych konstrukcji, dla wielu może to być realnym zbliżeniem się dźwiękiem swojego systemu do ekstremalnego High End-u. Trzymam kciuki za taki obrót sprawy.

24. Audiofast – Wilson Audio, D’Agostino, Audio Research, Shunyata Research
Opisując to pomieszczenie mam lekki zgryz. Krążące opinie były tak diametralnie rozbieżne, że po pierwszej wizycie sam nie wiedziałem, jak określić występ tego zestawu. Rozwiązanie pojawiło się dopiero po drugich odwiedzinach, tylko poprzedzonych inną kolejnością odwiedzania sąsiednich prezentacji. Problem, wróć, nie problem, tylko sposób interpretacji rozbijał się o wspomnianą kolejność wizyt u innych wystawców. Wspominałem o mocnym, czasem przesadnie dla mnie gęstym brzmieniu kolumn Sonus faber i podobnie, acz ze znacznie większym smakiem graniu kolumn Magico. To były na tyle wyraziste pokazy, że gdy w niedługiej kolejności po nich zaliczyło się coś z równie wielkimi zespołami głośnikowymi, ale ze znacznie mniejszym udziałem masy, wcześniejsze spotkania podprogowo ustawiały poziom wrażliwości na pewne zjawiska. A mówiąc kolokwialnie, na ich tyle Wilsony grały bardzo oszczędnie w energię. Sytuacja natomiast in plus dramatycznie zmieniała się, gdy zaczynaliśmy od Audiofastu. Nagle okazywało się, że jest swoboda, niewymuszenie i lekkość. Być może dla kogoś nadal mogłoby wszystkiego być nieco więcej, ale to nie był jakiś wielki problem, tylko osobiste oczekiwania danego delikwenta. Dlatego dobrze, że wiedziony czujną podświadomością zaistnienia problemu, którego jednak nie było, udało mi się odwiedzić ten przybytek drugi raz. I finalnie wyszło mi to na dobre, gdyż dzięki temu miałem szansę posłuchania rzeczonych kolumn raz z elektroniką D’Agostino, a w drugim podejściu z lampowym Audio Research-em. Różnice były ewidentne, ale raczej związane z użyciem konkretnych półproduktów w każdym z komponentów, czyli krzemu lub zamkniętych w próżni wolnych elektronów, a nie z jakością grania.

25. Nautilus – Kondo, Avantgarde Acoustic Trio
Odwiedziny tego pokoju wiązały się w walką. Naturalnie o wejście do pokoju. Obleganego przez długą kolejkę od piątku do niedzieli, aż w pewnym momencie uznałem, że chyba się poddam. Na szczęście przy którymś podejściu wejścia pilnował szef i lekko go szantażując, że odpuszczam, bo zbyt wiele razy próbowałem, udało mi się wejść na tak zwany krzywy „r”, za co teraz wszystkich oczekujących przepraszam. Czy było warto? Jak najbardziej. Choćby dlatego, że ten pokaz wypadł o niebo lepiej od zeszłorocznego. Naturalnie w pierwszej kolejności była to zasługa lepszego akustycznie pomieszczenia – rok temu w Sobieskim była to wielka sala konferencyjna, a teraz znacznie przyjaźniejsza dla słuchania muzyki, odpowiednio wytłumiona lokalizacja na PGE Narodowym, w drugiej użycie jako źródeł na przemian gramofonu Kondo i magnetofonu szpulowego Studer A80, a w trzeciej pojawienie się wrażliwej na pokazanie niuansów w muzyce obsługi zamiast burzącego ściany, blądwłosego przedstawiciela niemieckich kolumn – czasem robił to przybysz z Japonii, a czasem wywoływany przy okazji opowiadania anegdoty z podpisywaniem płyt kontrabasista Marcin Oleś. Jak grało? Powiem tak. Nie przepadam za prezentacją tubową, ale kolumny AA Trio przy odpowiedniej konfiguracji są na tyle uniwersalne, że z ręką na sercu mógłbym z nimi zostać na stałe. Niestety są wymagające rozmiarowo, co nawet dla mnie, posiadacza pozornie sporego pokoju się nie nadają. W tym przypadku choć metraż mógłby być nieco większy, moim zdaniem wespół z kultową japońską lampową amplifikacją, ichniejszym gramofonem i tym razem dedykowanymi bass-hornami, a nie prostymi modułami od tańszych linii, system zagrał zjawiskowo. Jak? Cóż, trzeba było się pofatygować. Ale jeśli mimo pewnych obiekcji co do prezentacji tubowej stwierdzam, że było znakomicie, to oznacza, iż dostałem swobodę, rozmach, nadążający za muzyką bas i zjawiskowe, bo fajnie doświetlone ogniskowanie źródeł pozornych na wirtualnej scenie. Tak potrafią tylko najlepsi.

26. Prestige Audio – Zikra, Storgaard & Vestskov, Dyrholm
Domyślam się, że będąc na wystawie i teraz oglądając moją relację tytułem tego akapitu możecie być lekko zaskoczeni. Chodzi o oczywiście o to, że Duńczycy w Sobieskim wystawiali się pod szyldem konstruktorów kolumn, a ja chcąc Wam przybliżyć realia tych marek związanych z naszym rynkiem zatytułowałem go nazwą polskiego dystrybutora. Mam nadzieję, że ci pierwsi się nie obrażą, bo z drugiej strony co im po pokazaniu fotek z nieznanymi nazwami, jak potencjalny klient nie będzie wiedział, gdzie uderzyć w razie potrzeb zakupu danego produktu. A przyznam się Wam, że warto. Na razie mówię o produktach lampowych i okablowaniu, bo kolumn jeszcze u siebie nie miałem. Co takiego mają w sobie potomkowie dawnych urządzeń nadawczych? Zapewniam, o tym informuje konkluzja przeprowadzonego testu dzielonego przedwzmacniacza liniowego Zikra. I nie chodzi w niej o magię lampy, tylko jak dla niej zjawiskowe prowadzenie dolnego zakresu. Mocnego i dobrze kontrolowanego, co dla większości konkurencji jest pobożnym życzeniem. W swej zabawie w testowanie tylko dwa razy spotkałem się z tak dobrym jakościowo basem z lampy, a był nim właśnie przedwzmacniacz liniowy Zikra i przedwzmacniacz gramofonowy polskiej marki Destination Audio. Szacunek. Co sądzę o przywołanym do tablicy pokazie? Mały, problematyczny pokój, na szczęście odpowiednio dobrane kolumny, pozwalając e utrzymać w ryzach dolne pasmo okablowanie, do tego świetna elektronika, zatem nie mogło być inaczej, jak dobrze. Bez dudnienia, ze swobodą i finalnie przyjemnie.

27. Audio-Mix – Esprit, Mbl, Accuphase
Informuję, to nie jest dystrybutor, tylko prężnie działający salon. A prężnie, bo jak widać na fotografiach, ma spory przekrój pozornie dostępnej tylko u dystrybutorów elektroniki. Na szczęście dla nas czasy się zmieniają i opiekunowie wielu marek poszli po rozum do głowy i pozwolili handlować swoim towarem odpowiedzialnym salonom. A odpowiedzialność handlowa opisywanego jest tym większa, że potencjalny zainteresowany marką MBL dzięki bezpośredniemu sprowadzaniu towaru od producenta do Konina nie musi już prosić u znanego od lat warszawskiego przedstawiciela o możliwość dokonania zazwyczaj okupionego wieloma odmowami odsłuchu jakiegoś produktu, tylko dzięki bezpośredniej współpracy z producentem panów z przywołanego Konia obecnie problem z posłuchaniem praktycznie nie istnieje. Dzwonisz i w ramach płynności finansowej salonu masz. Tak tak, MBL, czy Accuphase nie są już Świętymi Gralami dotychczas dostępnymi jedynie u wyimaginowanego źródła, tylko ofertą podobnych do rzeczonej mekki o tematyce audio. A powyżsi panowie są jednymi z nich i w tym roku choćby kolumnami MBL-a pokazali, jak dużo mają do zaoferowania.

28. Audio Atelier – Grandinote, Lumin, Well Tempered Lab
Hmm, Grandinote, te które znam z własnych przygód to świetne, bo uniwersalne kolumny do średnich i małych pomieszczeń. A uniwersalne, bo oparte na baterii niedużych szerokopasmowych przetworników bez jakichkolwiek, ograniczających ich pracę, często degradujących brzmienie konstrukcji zwrotnic i zazwyczaj jednym gwizdku – są oczywiście modele z wieloma wysokotonówkami, ale takich nie gościłem. Efekt? Brak podbić na basie nawet w malutkich pomieszczeniach przy zachowaniu świeżości i szybkości dźwięku. Tak też było i tym razem mimo pozornie niebezpiecznego wstawienia ich w kąty hotelowego pokoiku. Do tego głównym źródłem był gramofon, firmowa elektronika co prawda krzemowa, ale w pełni zbalansowana i do tego pracująca w klasie A, to chyba nie dziwne, że muzyka jak to się mówi, była łatwa, lekka i przyjemna w odbiorze. Przynajmniej ja tak ją odbierałem i to kilkukrotnie. To natomiast kolejny raz potwierdziło moją opinię, że gdy kiedyś przyjdzie u mnie czas na zmiany, z racji bezproblemowego stworzenia przez te konstrukcje dużego, ale pozbawionego podbić i nachalności projekcji spektaklu muzycznego, marka Grandinote jest jedną z pierwszych do dogłębnej weryfikacji. Kolumny nie wyglądają i nie są zbudowane jakoś szczególnie zaawansowanie technicznie, ale być może z racji owej prostoty grają, a nie odtwarzają muzykę.

29. Delta Audio – Gold Note, Mastersound, Brodmann Acoustics, ZenSati
Z przedwystawowych opisów współpracującego z Delta Audio przedstawicielem okablowania marki ZenSati Piotrem z Audiotite wiedziałem, że tutaj zaliczę pewnego rodzaju powtórkę z rozrywki z wystawy w Monachium. Chodzi oczywiście o fajnie prezentujące się wówczas kolumny głośnikowe i współpracujące z nimi okablowanie ZenSati. Co prawda do Warszawy zawitał znacznie niższy model zespołów głośnikowych, ale konstrukcja wąskiego słupka była bliźniacza, natomiast set kabli identyczny w postaci topowej serii X, co dawało dużą szansę złapania estetyki tamtego odsłuchu. Oczywiście tym razem początek systemu tworzącego sygnał pochodził od częstochowskiego specjalisty od techniki lampowej i analogowej – na zdjęciach widać pięknie wyglądający i równie dobrze grający gramofon Gold Note, współpracujący z kompletnym setem opartym o lampy spod ręki włoskiego Mastersound, jednak bez względu na wszystko ogólny przekaz i tak mocno generują zestawy głośnikowe, zatem szanse były duże. I muszę powiedzieć, że tak było. Przekaz lekki i swobodny, nieźle dociążony, może bez wielkiego tąpnięcia sekcji basowej – mimo dołączonego subwoofera i pewnie dlatego dobrze odbieranego. Ale gwoli wyjaśnienia. Trzeba zaznaczyć, że pomieszczenie było bardzo nieustawne, bo przechodnie, dlatego system musiał stanąć po skosie i chyba samo w sobie zbyt wielkie oraz wysokie na ten model kolumn, dlatego chylę czoła, że dało się osiągnąć choć tyle. Jednak zaznaczam, „tyle” w dobrym tego słowa znaczeniu. Rok temu w miejscu Brodmann Acoustic stały wielkie jubileuszowe Kplisch-e, zatem tematu nadmiarowej kubatury nie było i choćby z tego powodu obecny występ w odniesieniu do potencjalnych, w pewien sposób ogarniętych problemów odbieram pozytywnie. Było ciężko, ale suma summarum panowie wyszli z tego obronną ręką.

I tym optymistycznym akcentem kończę relację z tegorocznej wystawy AVS 2024. Niestety nie było szans na przybliżenie wszystkich prezentacji, dlatego wybrałem te, które z jakiś powodów skradły moje serce. I nawet nie chodzi o bezkresne roztopienie się puszczanej muzyce w danym pokoju, tylko pozytywne osobiste postrzeganie danego podmiotu – pierwszy z brzegu przykład to Benny Audio ze znakomitym gramofonem Odyssey i czasem wyartykułowanie istotnych dla Was informacji – choćby wspomnienie możliwości zakupu bardzo rozpoznawalnych marek poza miejscami dystrybucji (MBL, Accuphase) w konińskim salonie Audio-Mix. Jeśli komuś lekko się dostało, proszę nie odbierać tego jako wyrocznię, gdyż jeśli już napisałem o drobnych bolączkach, była to wypadkowa obserwacji nie tylko moich, ale również wielu znajomych. Na szczęście nie było tego wiele. Ale w ogóle pojawiło się dlatego, że nie mogłem napisać, iż tegoroczna wystawa była krainą mlekiem i miodem płynąca w bezwzględnie każdym pokoju, gdyż na to zwyczajnie nie ma szans. Tym bardziej, że każdy z nas ma swoją wersję dobrego dźwięku i zapewniam, słuchając opisów słuchaczy wielu pominiętych przeze mnie prezentacji, często włos jeżył mi się na głowie, jak można lubić taką estetykę grania. Na szczęście dla spokoju ducha idąc za klasykiem jak mantrę zawsze powtarzam, iż każdy ma swoje Westerplatte i nic mi do tego. Jeśli jednak kogoś interesuje, jak wyglądało to moje w tym roku, opisałem powyżej jako relację z 30 pomieszczeń – miałem każde opisać osobno, ale finalnie zdecydowałem, że Audiostereo i DIY Audio zostali połączeni w jeden akapit. Wieńcząc to długawe, z dużą dozą pewności bezsensowne bajkopisarstwo – wspominałem w rozbiegówce o stronieniu ludzi od czytania, ale wiem również, że wielu z różnych powodów na to czeka – dziękuję wszystkim goszczącym mnie wystawcom za miłą atmosferę i życząc poimprezowego feedbacku w postaci wielu kontaktów z potencjalnymi klientami choćby w celach weryfikacji, czy utrzymujecie poziom, ponownie wpraszam się już za rok.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

It may sound pessimistic, but unfortunately for our beloved hobby, in 99.9% of cases there is indispensable struggle for the correct positioning of our loudspeakers. This fight is about the following aspects: wider or narrower spacing of the speakers in relation to each other, placing them closer or further away from the side or back walls, having them face straight ahead or have the fronts bend inwards. Each one of us has probably found out, that this is the biggest nightmare we can run into. However, as you can deduce from the first sentence of the editorial, there is this spurious 0.1% of cases, that can free us from this hassle. And it is effective enough, only that we are left with one, or maybe two simple decisions to make. The first is how much space to leave around them to build a sound stage – usually the more, the better, but without exaggeration. The second is to choose a place where they will best blend in visually with the rest of the equipment of the listening room hosting them. Do you think it’s impossible? Not at all, because it is enough to look at our tested heroes. Slim, with an interesting form and, most importantly, easy to apply. What are we talking about? Of course about the omnidirectional, i.e. generating an even sound around its axis, German Physiks HRS-130 speakers, distributed by the Krakow based Audio Anatomy.

I don’t know about you, but for me the title speakers are a real visual masterpiece. Their enclosure is based on the idea of an octagonal cuboid, at the base of which the woofer expresses its impulses towards the floor, while on the upper surface there is a conical, omnidirectional midrange-tweeter covered from the top with something like a flying saucer, acting as a diffuser dispersing the generated waves along its full circumference. I assure you, the description does not do it justice, but in real life the whole thing looks phenomenal, as compared against the mainstream it is really innovative and at the same time unobtrusive. To bring the technicalities a little closer, an important element is a kind of stabilization of the woofer. This is done by separating it from the floor with a base slightly protruding from the face of the rest of the cabinet, armed with threads that allow the use of dedicated spikes. Naturally, the manufacturer did not forget about harvesting the free radiation of the air blast created by the back of the bass speaker, which was achieved through rectangular holes made in each of the walls. Such a procedure not only stabilizes the speaker’s operation, but also breaks the potential visual monotony of the design. However, to be honest, there is a difference between the bass as produced by the speakers placed flat on the floor compared to them being put on spikes. Writing a few sentences about the midrange and treble section, it should be remembered that this silver colored cone is a proprietary GP solution for this omnidirectional speaker, and this builds the virtual stage to seemingly not having any limitations. When it comes to the issue of powering the speakers with an appropriate signal, on one of the walls in the lower part we find a double set of WBT terminals and four holes with an appropriate jumper that allows you to adjust the amount of the treble. In terms of electrical parameters, the speakers covers the frequency response from 29 Hz to 24 kHz at a load of 4 Ohm, their dimensions reach 325/325/1160 mm, weigh almost 38 kg and are covered by a 5-year warranty.

What can slender and intriguing German speakers do? First of all, I have already mentioned that they seem to ignore any problems with setting up in the target room. In our case, they were placed in this place, not because they sounded bad in another, but for the purpose of taking cool photos. Of course, with the right space behind them for a nice holography and stage depth, but as I pointed out, they play well from the start practically everywhere. It is true that it has a slightly looser contour of individual stage entities, but I would describe this effect not as a lack of exemplary sharpness, but as a deliberate avoidance of tiring audiophileness. I was not mistaken, audiophilesness. Treated in a too hardcore way, it usually goes sideways. That is why I prefer a performance full of freedom and cool visualization of pleasantly drawn virtual sources, rather than a picture characterized by excessive accuracy of presentation, which often eliminates the pleasure of communing with one’s records. And it is for this purpose, more as a proposal for a music lover than an orthodox audiophile, that the HRS 130 were brought to life. How did they perform during the testing process? For me, the most surprising, obviously positive feature was the freedom of presentation. Not the momentum and expansion of the stage, because I have always known these qualities, from the first contact at one of the audio exhibitions. I do not like it, when music is put in my face in the name of palpability, but when it is conveying the feeling of unforcedness, and thus excellent vibration of its individual aliquots. And this is the aesthetics proposed by German Physiks. What’s more, they did not pretend to be larger than they are, thanks to which they did not force majestic bass, resulting in a very even delivery of the listened material. The well-accentuated lower registers shone not only with the power correlated with the size of the design, but also with full control. The midrange and treble, thanks to the possibility of adjustment of the highest octaves, could be set from expressive, but not screaming – some people like it, through nicely sonorous, to slightly plasticized. For my personal needs, I set the sound to have the midrange nicely signaling the vitality of the music, but without an excess of treble. And I did it in order to turn up the volume level to the requirements of even the most demanding music, whenever I felt like it, still communing with it with great commitment, because without the effects of hyperactivity. Yes yes, I mean a strong hit with rock or metal tracks, which, even being poorly mastered, in this setting showed their good side. And not only the sonic one, where the unwanted artifacts, such as sharpness, were skillfully toned down by the tested speakers, but also recreating a given event on stage. And as I am constantly trying to demonstrate, a stage which is wide, deep, and probably something that is very rare in extreme audio setups, it is perceived the same way from every point in the room. Without this very limiting possibility of even a minimal change of the seat in relation to the sweet spot of your speakers, something, what for many of you may turn out to be what you subconsciously expected from your system. Probably more than once you felt unsatisfied with how your system reproduced the reality when listening to music like AC/DC. It is very compressed, and you either need to just take it as it comes, or try to build a virtual stage in a different way, like the one proposed by the tested speakers. Of course it will not be a show like the recordings of Baroque music by Jordi Savall in a church, but the way German Physiks will present it, will be a really cool experience. Without trying to be the Holy Grail, but with the right freedom and a cool scene that is equally good in any place in your room.

To conclude the above description, do I dare to say – these are speakers suitable for everyone? I will probably surprise you, but by all means I do. However, you should be aware that this is a very different way of creating the world of music from typical loudspeakers. Still allowing you to immerse yourself in the material you are listening to, but without squeezing the last juices out of the presentation in terms of the sharpness of the drawing. This one is legible, but due to the omnidirectional sound radiation, it shows the entities in question as loose in forming edges, rather than point bursts of energy. But let me reassure you, it is also not a bit of everything, but only a less expressive, therefore safer, for many people more pleasant and easier to apply, approach to the presentation of our recordings. Completely different, but so pleasant to listen to.

Jacek Pazio

Opinion 2

Although we have been working in audio for over a quarter of a century (each one of us, and not cumulatively like it was told by the guys from Fyne Audio a while back) we have had as fleeting contacts with omnipolar speakers, as they were quite occasional and casual. Somewhere in the exhibition and drowned in the ambient noise, or in meetings with a not necessarily audiophile focus, the futuristic Bang & Olufsen, the Duevels. reminiscent of contemporary sculptures, the Polish Zeta Zero, or the unique „onions” of MBL, flashed by. In short, the fact of the existence of such constructions was not alien to us, but by a strange coincidence we have not had the opportunity to face the subject in controlled conditions so far. Fortunately, thanks to the courtesy of Audio Anatomy / High End Alliance, this state of incompleteness can be safely considered a thing of the past, because for the last few weeks we could feast our eyes and ears with the surprisingly filigree German Physiks HRS-130 floorstanders, which we hereby invite you to their test.

As you can see in the photos above, the German Physiks HRS-130 do not resemble the classic competition very much, because you will not find any standard drivers on their fronts. In fact, there may also be a problem with the definition of the fronts themselves, because each of the eight (!!) walls is practically the same and… is a solid, undisturbed plane, therefore only a small logotype in the base can be considered as an orientation element and, of course, the speaker terminals, which, although extremely solid and noteworthy (WBT nextgen™ with characteristic „eye” jumpers), certainly nobody will present them on the public forum, facing the listeners. Especially because just above them there is an effective (operating in the range from -2dB to +4dB) and intuitive – based on switching a single jumper – treble control system. If you are wondering what is inside of them, let me start from the end, although in fact, according to the signal from the beginning, i.e. from … crossover, which was based on a design used by its older siblings – the Borderland Mk IV, which provides full integration of the company’s characteristic conical DDD transducer located in a conventional cage made of steel rods and a matching „lid” on top of the cabinet with a 10″ woofer (borrowed from the PQS-402 model) blowing into the base. It is worth noting that the German Physiks DDD conical driver uses a diaphragm weighing only 3 grams, made of extremely thin (0.15 mm) carbon fiber, and the assembly process takes 6 hours followed by 96 hours of burn-in with specially selected musical material. Only after such a warm-up is it precisely measured and matched in pairs, which is extremely critical in these speakers, due to its extremely wide operating bandwidth (220Hz – 24kHz). After assembly, each column undergoes another, this time a 12-hour burn-in session, and only then do the final measurements take place. As I have already mentioned, the cabinets have the shape of an octagon and are made of MDF panels covered on the inside with high-damping (50 dB) Hawaphon® material. The whole is reinforced with additional stiffening frames and the interior is lined with a thick layer of high-density felt. And when it comes to the appearance itself, while in natural veneers the HRS-130 look quite attractive, without arousing much controversy among household members, who do not necessarily share our passions, in the black varnish, as provided for testing, truly funeral and lantern associations are induced. On the other hand, the unusual animal resistance should be considered an undoubted plus, because for most pets (both dogs and fattened cats) the drivers applied in German speakers are simply out of reach and do not provoke destructive actions by their very presence.

As our loyal readers certainly remember, we started our adventure with the title brand not only with a high „C”, which is quite unusual, because from the top … Emperor Integrated amplifier, so it’s high time to return to the basics, as this manufacturer is, after all, associated primarily with loudspeakers. But as the tracks we are now covering were far from the most frequented ones, so when starting to listen to it, we could only guess what to expect, and not, as is usually the case with solutions from on-call suppliers, having a safety buffer in the form of previous experience.
However, as it turned out once again, not only was the devil not as terrible as he looks, but despite the use of proprietary solutions and an unconventional arrangement of drivers, The German Physiks is not only in no way inferior, but in several respects even ahead of the „proven” and ubiquitous patterns of speaker construction. Of course, the key issue is the fact that due to their omnipolarity, there is no need for precise positioning. We just place them where the loudspeakers usually land in our system and… That’s it. No tinkering, no fiddling with a laser rangefinder and bending with accuracy to the angular minute. And this is true even with wildly critical, small-band recordings in the style of „Love Scenes” by Diana Krall, or „Starkers in Tokyo” (available on Tidal as part of the compilation „Unzipped (Deluxe Edition)” Vol.2) Whitesnake, where any impressionistic blur, or an „innovative” approach to creating a scene somewhere under the ceiling, following the example of Dolby Atmos acolytes, would cause not only a surprise, but also fully understandable opposition. Meanwhile, the HRS-130 not only outlined and focused the virtual sources with extraordinary precision, but also embellished the whole with such freedom and spaciousness of presentation, that for the first few hours I simply played with the well-known repertoire, eagerly checking how my favorite songs would sound on the German speakers. And they sounded so attractive and engaging, that instead of critically evaluating the speakers that are the subject of this review, I devoted all my attention to the music. Music played with contagious enthusiasm and freedom, devoid of technical ossification and sterile analyticities, but brimming with emotions and almost palpable flow between the musicians. And at this point, it is worth mentioning that German Physiks, in terms of „disappearing from your listening room”, can successfully put to shame most purebred … bookshelf monitors, because their dematerialization is as immediate as it is obvious and automatic. During the listening session, you can stare at them with the intensity of an ox watching a painted gate, and still a king’s ransom to the one person who points them out as the source of the sound reaching the ears. And here is another surprise, because while the title speakers add „air” and freedom to the focused, or even stuffy recordings, the natively „voluminous and aerated” recordings are treated with clear attention and do not exaggerate in their actions, thanks to what, even the still warm „Meanwhile” by Eric Clapton did not sound too light and ethereal, the Stratocaster of Slowhand did not resemble an electric mandolin (at least on the „flat” setting) and Ane Brun on „Nærmere” does not come off more anemic than usual. However, the thing that made them, not so much easy to digest, but rather having an organicity addictive from the first notes, was their exceptional coherence. Zero audible differences, or seams between one sub-range and another. It was as if one full-range driver was playing. Which, in a way thanks to the use of the conical DDD with a surprisingly wide bandwidth, the German Physiks mastered really well. Interestingly, not once did I manage to catch the 130s even with the slightest signs of hardening or sharpening, or too much contouring of the sound, which is not so obvious with a carbon, and therefore extremely stiff, light and thus „fast” diaphragm of the driver. And not only on Queen Latifah, sensually charming on „Trav’lin’ Light”, but also in the case of Nailed To Obscurity, who treated both their vocal cords and their instruments quite carelessly on „Black Frost” .

I assume that both for you and for me the German Physiks HRS-130 do not seem to be the first or even second choice loudspeakers. However, it is enough to break the stereotypes, trust your own ears this time, not your eyes, and just listen, and it seems to me that the audiophile experience you have gained over the years will be divided into the one before and after having listened to the 130s. Although I also do not rule out a situation when, once heard, they may not leave your system, which to be honest would not surprise me much.

Marcin Olszewski

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; Synergistic Research Orange fuse; Harmonix TU 505EX MK II; Stillpoints ULTRA MINI; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Distributor: Audio Anatomy
Polish retailer: High End Alliance
Manufacturer: German Physiks
Prices: 91 500 PLN (High polish Polyester Black); 99 500 PLN (natural veneer); 110 500 PLN (carbon)

Specifications
Impedance: 4 Ω
Sensitivity: 86.9 dB / 1W@1m
Frequency Response: 29 – 24,000Hz
Power Handling: 120W nominal; 200W Short term
Amplification Required: minimum 70W/4 Ω
Crossover Frequency: 220Hz
High Frequency Adjustment: -2dB, flat, +2dB i +4dB przy 8,000Hz
Drivers:
– 1 x carbon fibre DDD driver
– 1 x 10” woofer
Recommended Room Size: 10 – 75 m²
Finish
– Standard:
– High polish polyester black or white, carbon fibre
– Special order: Satin or high polish veneer / Satin or high polish paint
Dimensions (W x H x D): 325 x 1 160 x 325 mm
Weight: 37.4kg / each