Dopiero co zdążyliśmy uporać się z fenomenalnym przetwornikiem dCS-a a już po piętach depcze mu urocza parka ze słonecznego Mediolanu, czyli transport La Diva i DAC Formula xHD włoskiej manufaktury Aqua – Acoustic Quality.
cdn. …
Opinia 1
Może nie wszyscy, lecz z pewnością spora grupa zainteresowanych zgodzi się ze mną, że komponenty audio oprócz samoczynnie nasuwających się podziałów: tanie vs. drogie, czy złe vs. Dobre, czasem należy podzielić nieco inaczej. Jak? To proste. Pomyślcie. Nic nie przychodzi Wam do głowy? Ok. Już wyjaśniam. Przecież nie raz spotkaliście się z producentem, którego urządzenia w kilku zestawach audio potrafiły pokazać się z diametralnie różnych stron. I nie chodzi mi w tym momencie o fakt słabszego lub lepszego grania, tylko rewelacja kontra całkowita wpadka. Co w tym takiego nadzwyczajnego? Otóż według mnie mający podobne wahania produkt śmiało można zaliczyć do obozu „niebezpiecznych” ze względu na brak wybaczalności jakiegokolwiek konfiguracyjnego potknięcia, co jest potem w brutalny sposób zrzucane na pozbawionego szans do obrony delikwenta. Naturalnym, przeciwstawnym biegunem dla tego rodzaju bytów jest oczywiście segment pozycji „bezpiecznych”. O tych ostatnich nie będę się uzewnętrzniał, gdyż każdy choćby minimalnie zorientowany meloman bez zastanowienia sypnie jak z rękawa kilkoma utożsamiającymi się z tym określeniem markami typu Electrocompaniet, czy Accupchase. W dzisiejszym epizodzie przyjrzymy się rasowemu sonicznemu kilerowi, który z racji sporych wymagań co do reszty toru nawet przy minimalnym błędzie niestety mści się okrutnie, natomiast umiejętnie otoczony odpowiednim towarzystwem bez problemu zostawia konkurencję mocno w tyle. O kim, o przepraszam, o czym mowa? Oczywiście, mam na myśli stacjonującą na Wyspach Brytyjskich markę dCS, zgłębianie portfolio której rozpoczniemy z wysokiego „c”, czyli topowego przetwornika cyfrowo-analogowego Vivaldi DAC 2.0 z zapleczem wspomagającym pod postacią: duetu Mutec-a, czyli wzorcowego zegara z re-clockerem MC-3+USB, oraz referencyjnego zegara wzorcowego 10 MHz REF 10, streamera ROON Nucleus, stosownego zasilacza Keces Audio P8 i okablowania ze stajni Synergistic Research i Shunyata Research. Zaciekawieni? Jeśli tak, zatem pozostaje mi podziękować dystrybutorowi ww. marek – łódzkiemu audiofastowi za udostępnienie tego jakże eklektycznego zestawu do testu, a Was zaprosić na kilka, mam cichą nadzieję, ciekawych spostrzeżeń na temat sposobu na muzykę spod znaku dobrze zestawionego z resztą toru audio dCS-a.
Z racji zdecydowanie większego doświadczenia Marcina w kwestii wydawania opinii o produktach streamingowych ja w swojej przygodzie testowej przyjrzę się jedynie jakości dźwięku mojego zestawu po aplikacji przetwornika cyfrowo-analogowego Vivaldi DAC 2.0. Jednak dla podkręcenia atmosfery zrobię to w dwóch podejściach. Pierwszy będzie jedynie wprowadzeniem na temat sznytu grania samego DAC-a. Zaś drugi pełną relacją po zastosowaniu zewnętrznego wzorcowego zegara Mutec Ref 10, niezbędnego do przetaktowania sygnału reclockera firmy Mutec MC-3+USB naturalnie ze wspomnianym okablowaniem Synergistica i Shunyaty. Dlatego też z powodu braku dogłębnych doświadczeń z resztą prezentowanej w tym teście układanki, w tym akapicie przybliżę jedynie wizerunki produktów mających swoje pięć minut u mnie, a po opis pozostałych wysyłam potencjalnych zainteresowanych do tekstu Marcina.
Rozpoczynając opis od przetwornika muszę stwierdzić, iż na tle konkurencji, o moim Japończyku już nie wspominając, DAC 2.0 jest kolokwialnie mówiąc wielki. Nie dość, że w standardowej szerokości, to dodatkowo zbliżając się rozmiarem do mojej końcówki mocy wysoki i równie głęboki. Obudowa wykonana jest z usztywniającego całość konstrukcji aluminium. Front dla przełamania potencjalnej monotonii płaskiej ścianki przy użyciu obrabiarek CNC płynnymi liniami uformowano w coś na kształt bezgłowej ryby. Ale uspokajam. Nie jest to zamierzone hołubienie jednej z religii, a jedynie wynik ciekawie przecinających się odcięć poszczególnych płaszczyzn. Na lewej flance awersu znajdziemy może nie bardzo duży, ale wystarczająco czytelny wielofunkcyjny wyświetlacz. Obok niego pięć pozwalających na obsługę urządzenia bez pomocy pilota okrągłych guzików. A na prawej stronie średniej wielkości, współpracującą z przyciskami podczas kalibracji pracy przetwornika gałkę. Zaś rewers, z racji pełnionej funkcji bardzo i szeroko rozumianej uniwersalności proponuje użytkownikowi patrząc od lewej: wyjścia analogowe RCA/XLR, cztery wejścia cyfrowe AES/EBU, pięć SPDIF, trzy wejścia i jedno wyjście dla zewnętrznego zegara BNC, SPDIF w wersji OPTIC, USB, terminal komputerowy dla upgrade’u urządzenia i skonsolidowany w jedną całość zestaw włącznika głównego, bezpiecznika i gniazda EIC. Całość konstrukcji posadowiono na czterech sporej średnicy, miękko wyściełanych okrągłych stopach. Ważna informacją dla potencjalnych zainteresowanych jest fakt możliwości zakupu ułatwiającego codzienne użytkowanie pilota zdalnego sterowania.
Sprawa opisu zegara i reclockera podobnie do przetwornika również nie będzie okraszona jakimiś niedostępnymi dla zwykłego Kowalskiego informacjami. Jak obrazują fotografie, w obydwu przypadkach mamy do czynienia co prawda z różniącym i się gabarytami, ale jednak niedużymi pudełkami. Zegar wzorcowy jest nieco większy. Z punktu widzenia miłośników dobrej jakości dźwięku w odróżnieniu od większości produktów z rynku PRO sporą ciekawostką jest zaspokajanie go w energię elektryczną przy pomocy tradycyjnego, czyli opartego o transformator zasilania. Przednia ścianka jest ostoją owalnego włącznika, niedużego pokrętła i dziewięciu diod informacyjnych o stanie pracy urządzenia. Tył spełniając założenia obsługi dwóch różnych opornościowo sygnałów został wyposażony w osiem stosownie oznaczonych terminali BNC (2 dla 50 i 6 dla 75 Ω) i zespolone włącznik główny, bezpiecznik i gniazdo sieciowe. Mutec MC-3+USB jest nieco mniejszy, ale za to bardziej naszpikowany manipulatorami na froncie i przyłączami na tyle obudowy. Przód pozwalając na łatwą kalibrację udostępnia nam trzy owalne guziki i 10 rzędów kolorowych, oznajmiających wybrany sygnał pracy diod. Zaś tył zaspokaja nasze potrzeby ośmioma gniazdami BNC, dwoma AES/EBU, dwoma optycznymi, jednym RCA, jednym USB, włącznikiem głównym i gniazdem EIC.
Listę akcesoriów biorących udział w mojej odsłonie testu uzupełniają aktywnie ekranowane kable zegarowe Synergistic ELEMENT CTS DIGITAL BNC i zamiennie Shunyaty SIGMA CLOCK, a także sieciowe z topowej linii Shunyaty SIGMA NR.
Na początek akapitu o wyniku mariażu angielskiej myśli technicznej z będącą w znakomitej większości japońską układanką, przybliżę słuszność zaliczenia produktów dCS-a do zbioru niebezpiecznych. Mianowicie z reguły są bardzo rozdzielcze, nie szukają poklasku nadmiernie wysycając środek pasma, a do tego fantastycznie, bo w bardzo zwarty sposób prowadzą linię basu. I gdy zbierzemy wspomniane aspekty brzmienia tego producenta w jedną całość, nawet najdrobniejszym potknięciem konfiguracyjnym łatwo jest o spektakularną wtopę typu zbyt oszczędnej zawartości muzyki w muzyce. I nie ma znaczenia, czy delikwent jest obeznany w temacie. Wystarczy jedna mylna decyzja i koniec pieśni. Jak to było u mnie? Powiem szczerze, że znając owe urządzenia od tej strony, czyniąc przygotowania do tego testu bardzo uważałem, aby nie popełnić błędu. Naturalnie nie mogłem zbytnio przemeblowywać swojego zestawienia, bowiem końcowy efekt soniczny o punkcie zapalnym dzisiejszej relacji niewiele by mi powiedział. Dlatego też poczyniłem drobne korekty znanego mi okablowania i wpiąłem przetwornik w tor. I wiecie co? Jestem przekonany, ba powiem więcej, jestem pewny, że sprostałem wszelkim problemom, co postaram się w miarę strawnie przelać na klawiaturę.
Jak zeznałem, zabawę rozpocząłem od wpięcia samego przetwornika. Nie będę ukrywał, że w pokazaniu wszelkich najciekawszych z bardzo wielu możliwych konfiguracji pomógł mi znajomy posiadacz modelu Rossini. Ale nie dlatego, że nie dawałem sobie rady, tylko aby początkowo wspólna zabawa przebiegała sprawnie. I? Prawie natychmiast wyłapałem wspomniane przed momentem cechy fenomenalnej rozdzielczości i znakomicie kontrolowanego basu. Muzyka ożyła. Stała się zrywniejsza, ale również znacznie bardziej napowietrzona i przy tym oferująca o wiele więcej mikrodetali. Ale nie kłujących w ucho pików, tylko drobniutkich, przecież przez cały czas obecnych w eterze, tylko zazwyczaj przykrytych specyfiką grania różnych urządzeń, audio smaczków. Po prostu, nagle do pakietu, tak jak lubię nasyconego przekazu, doszła dawka informacji o początku i końcu wygenerowanych przez system dźwięków. To było na tyle z jednej strony dziwne, a z drugiej ciekawe, że wbrew pozorom swoim brakiem ofensywności przekaz nie zmuszał mnie brutalnie do analizy wszystkiego co wybrzmiało pomiędzy kolumnami, tylko zadziwiająco nienachalnie pozwalał na wybór, czy delektuję się całością spektaklu muzycznego, czy na moment zatrzymać się na przykład przy mimice twarzy, dajmy na to Youn Sun Nah z płyty „Lento”. To niewiarygodne, w jak niewymuszony sposób można zaproponować dwa podejścia do chłonięcia tego samego materiału. Zazwyczaj mamy do dyspozycji dwa stany. W zbyt agresywnym zestawie walczymy z wszechobecnym atakiem i informacjami w postaci szybko gasnących bytów, zapominając przy tym o najważniejszym, czyli próbie zrozumienia co chcą przekazać na artyści. Zaś w pseudo muzykalnych ulepkach pieścimy swoje uszy jedynie gęstą lawą nut twierdząc, że mamy do czynienia z fantastyczną dawką eufonii. Na szczęście okazało się, że w przypadku zestawienia mojej układanki z Anglikiem dzięki rozdzielczości i plastyczności źródła, gęsto grającego wzmocnienia i wyposażonych w papierowe przetworniki kolumnom da się pogodzić obydwa stany nie tylko przy dobrej tonacji barwowej, ale również dobrze narysowanej w domenie kontroli niskich tonów generowanej muzyki. To zaś pozwoliło mi uświadomić sobie, iż od jakiegoś czasu podobnej propagacji fal dźwiękowych może nie usilnie, ale chyba podświadomie poszukiwałem. Naturalnie była to kwintesencja kilkuletniej zabawy z najdroższymi, a co za tym idzie najlepszymi na rynku urządzeniami. Jednak nie zmienia to faktu, że po raz pierwszy miałem kontakt ze sznytem grania, który wręcz palcem pokazał mi, gdzie w moim zestawieniu tkwią jeszcze pokłady fenomenalnego dźwięku. I tak przebiegła pierwsza, jakże ciekawa z punktu widzenia obudzenia w sobie poszukiwacza nowej drogi część testu.
Co takiego wydarzyło się później, żeby dzielić tekst na dwa epizody? Wszyscy, którzy mnie trochę znają, wiedzą, że dla mnie to rzecz dziwna. Otóż w tor wpiąłem zestaw Mutec-a. Efekt?
Tutaj przed głównym tekstem kolejna dygresja. Bowiem dla potrzeb pełnego zaspokojenia oferowanych przez rynek audio częstotliwości próbkowania sygnału – czytaj możliwości słuchania sygnału PCM i formatów gęstych bez częstego przestrajania urządzenia do sygnału wejściowego – niezbędne są dwa reclockery. To oczywiście trochę rozbudowuje bazę niezbędnego okablowania. Jednakże, jeśli chce się mieć pod kontrolą pełnię oferty światowych oficyn muzycznych z poziomu siedzenia w fotelu, nie ma innej drogi. Dlaczego dwa? Otóż jak wspomniałem, każdy z nich ma za zadanie obsługę innych próbkowań. Jeden 44.1, a drugi 48 kHz i wszystkich ich wielokrotności, co wybieramy w bardzo rozbudowanym menu MC – trójek. Gdy spełnimy ten wymóg, dCS uwalniając nas od poszukiwania z czym mamy do czynienia sam wybierze odpowiednią konfigurację doboru próbkowania. Jak to wyglądało u mnie? Cóż. Ja w swej krucjacie na rzecz poczciwego sygnału 16/44.1 i najzwyczajniej w świecie dysponując tylko takim materiałem wykorzystałem tylko jedną sztukę MC-3+USB. Czy celowo się ograniczam zamykając się na gęste pliki, nie mam zamiaru w tym momencie się rozwodzić. Natomiast już na podstawie takiej konfiguracji powiem tak. Nagle wszystko co dotychczas wydawało mi się bardzo ciekawe, teraz dostało, w dobrym tego słowa znaczeniu, przysłowiowego kopa. Ale nie był to szkodliwy na dłuższą metę efekt „łał”, tylko podnoszące jakość fonii, znacznie lepsze wdrożenie w życie takich cech jak artykułowane na wstępie: rozdzielczość, napowietrzenie przekazu, konturowość niskich rejestrów i co dla mnie było fenomenem, propozycja tętniących znacznie większą niż we wcześniejszym połączeniu energią średnich tonów. Te ostatnie aż kapały od soczystości, ale bez najmniejszych oznak przesilenia dźwięku. Po prostu muzyka epatowała dotychczas nieosiągalnym w nawet najbardziej ekstremalnie drogich zestawieniach życiem. A wszystko w pełnej rozdzielczości, czyli z rzadko spotykaną u konkurencji drobiazgowością w przedstawianiu świata dźwięków. Sam nie wiem, jak to wyjaśnić. Przecież pisałem, że już pierwsze starcie było zjawiskowe. Jednak to, co wydarzyło się potem, wręcz zmusza mnie do stwierdzenia, że jeśli zdecydujecie się na tytułowy przetwornik Vivaldi DAC 2.0, nie ma innej możliwości, jak skonfigurowanie go w opcji zewnętrznego zegara wzorcowego. To jest inny, wart każdej dodatkowej złotówki świat. W takim zestawieniu muzyka płynęła pełnym pasmem w najdrobniejszych szczegółach. I co ważne, tylko od ode mnie zależało, czy wkładając do napędu CD-ka płytę z repertuarem orkiestrowym skupiałem się na koncercie jako całości, czy oczami, ups przepraszam uszami wyobraźni widziałem nawet najdalej usadowioną sekcję kontrabasów. I to nie w domenie plamy dźwiękowej, tylko dzięki rozdzielczości systemu jako odseparowanych od siebie poszczególnych muzycków. Przyznam szczerze, tej twórczości nie słucham tak często, jak jazzu, ale za sprawą opisywanej konfiguracji przynajmniej dwa razy dziennie w napędzie lądował krążek z klasyką. Idźmy dalej. Weźmy na warsztat wokalistykę. Bez znaczenia, czy Claudio Monteverdiego, czy Cassandry Wilson. Wszelka tego typu twórczość była wodą na młyn przybliżanego zestawienia. Każdy drobiazgowo, ale nie nachalnie podany najdrobniejszy szmer kącików ust, przełknięcia śliny, czy wydychanego powietrza sprawiały, że do przecież dogłębnie poznanego przez lata testowania sprzętu repertuaru teraz podchodziłem, jakbym słuchał go po raz pierwszy w życiu. Niby już to przerabiałem, ale w takim wydaniu nigdy. I co najciekawsze, taki stan odbioru zaliczałem przed dobre kilka tygodni bez najmniejszego poczucia przerostu formy nad treścią. Przecież muzyka to nie tylko jedna plama monotonnie współbrzmiących ze sobą na scenie artystów, ale przede wszystkim zbiór wspaniale współpracujących ze sobą indywidualności, co fenomenalnie oddawał zestaw testowy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie było dla niego tematów tabu, gdyż w podobnym odbiorze wypadała muzyka rockowa i elektronika. Jak to możliwe? Słowo klucz to „rozdzielczość” współpracujących ze sobą poszczególnych komponentów audio. Naturalnie w sukurs rozdzielczości szedł sposób prezentacji niskich rejestrów i witalność przekazu, jakie oferuje Vivaldi DAC 2.0 marki dCS. Ale jak wspomniałem, taki wynik jest pokłosiem umiejętnego dobrania poszczególnych klocków, co w moim odczuciu udało się znakomicie.
Tak, wiem, powyższy tekst brzmi jak artykuł sponsorowany. Jednak jeśli mnie znacie, wiecie, iż niełatwo mnie kupić byle „fajerwerkami”. Jeśli skłaniam się napisać test w formie aż tak długiego i co ważne ociekającego w pochwały monologu, coś musi być na rzeczy. Aby to uwiarygodnić, z pełną powagą niniejszej deklaracji zapewniam, że w tym przypadku w stu procentach z takim przypadkiem miałem do czynienia. Dlatego też pod wszystkimi pozytywnymi uwagami podpisuję się obydwoma rękami. To jest pełnoprawny przedstawiciel ekstremalnego High Endu i w starciu na moim podwórku bez problemu to pokazał. Jednak przypominam. Dla pełnego sukcesu musi być spełniony bardzo ważny warunek. Jaki? Otóż nie dobrej, ale wręcz idealnej konfiguracji. Jeśli przetwornikowi dCS-a taką zapewnicie, w pełni tego słowa znaczeniu zaręczam, jakością osiągniętego dźwięku ewentualne poszukiwania czegoś nowego wybijecie sobie z głowy na długie lata.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 2
Nie wnikając zbytnio w szczegóły, odkąd pamiętam, a pamięć przynajmniej jeśli chodzi o audio mam jeszcze całkiem, całkiem, zwykło się uważać, że to domena analogowa wymaga doświadczenia, wiedzy, umiejętności i przede wszystkim czasu na nieraz iście zegarmistrzowskie regulacje. Nie przeczę, że tak nie jest, bo jest i jedynie doprowadzenie do stanu używalności stricte budżetowych konstrukcji zajmuje pi razy drzwi jakiś kwadrans i to z wyjęciem, oraz odfoliowaniem wszystkich potrzebnych części. Im jednak wyżej będziemy się piąć, tym więcej zdolności ekwilibrystycznych będziemy potrzebowali. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, iż powyższa analogia znajduje pełne odzwierciedlenie również na pozornie szalenie odległym torze cyfrowym. O ile bowiem na poziomie nazwijmy go umownie Hi-Fi wystarczy wszystko spiąć razem w miarę sensownymi przewodami, w przypadku grania z komputera zainstalować stosowne sterowniki i gra muzyka. Pozornie prościej się nie da, nieprawdaż? Pozornie tak, jednak patrząc na zagadnienie domeny cyfrowej nieco szerzej i oprócz jedynie ślizgania się po jej powierzchni, decydując się na eksplorację głębszych warstw bardzo szybko okaże się, iż wcale tak prosto i szybko nie jest, bo być nie może. Co prawda, dla wszystkich zakochanych w bezobsługowych rozwiązaniach Plug’n’Play sprawę powinien załatwić zakup możliwie zaawansowanego (drogiego?) przetwornika i równie wyrafinowanego (głównie dla spokojnego sumienia) okablowania. W końcu płacimy i wymagamy. Zgodnie z takim nastawieniem i jadąc po przysłowiowej bandzie, mając w dodatku jako-takie rozeznanie w branży jednym z oczywistych wyborów powinien być angielski dCS i jego topowy przetwornik Vivaldi DAC2. Czy zatem wybór owego stanowiącego obiekt westchnień większości audiofilów cudu techniki jest przysłowiowym złapaniem Pana Boga za nogi i zwieńczeniem mozolnej drogi na audiofilski Olimp? Dla nabywców kupujących jedynie „oczami”, czyli bazujących jedynie na ilości gwiazdek i „%” w branżowych periodykach z pewnością tak, jednak z wrodzonej przekory i dzięki nieocenionej pomocy dystrybutora – łódzkiego audiofastu, postaramy się w ramach niniejszego testu udowodnić, że i z pozornie niedoścignionej referencji, czyli wspomnianego przetwornika dCS Vivaldi DAC2 da się co nieco jeszcze wycisnąć.
Jak sami Państwo widzicie sam tytułowy DCS, tak posturą, jak i ceną, może i króluje pośród towarzyszącej mu świty, jednak nieco uprzedzając fakty to właśnie dzięki niej ma szansę stać się tym, czym być powinien, czyli nie owijając w bawełnę cyfrową referencją. Zacznijmy jednak od początku, czyli od wrażeń natury estetycznej i skupmy się na widocznych gołym okiem cechach. Nie da się ukryć, iż Vivaldi jak na przetwornik jest duży, bądź wręcz bardzo duży. Co prawda do monstrualnego Atlantis Reference DAC WADAX-a, jeszcze „trochę” mu brakuje, ale nie popadając w gigantomanię spokojnie w jego obudowie powinno dać się zmieścić trzewia sporej populacji stricte high-endowych integr i końcówek mocy. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że bryła DAC-a jest zbyt przysadzista, bądź wręcz toporna, gdyż taka nie jest, a to z powodu niezwykle eleganckiego i zarazem masywnego, z iście zegarmistrzowską precyzją wykonanego frontu z wkomponowanym, możliwym do wypatrzenia (przy odrobinie dobrej woli) ichtiologicznym motywem. Tak, tak, pół żartem, pół serio, z przymrużeniem oka proszę tylko się przyjrzeć finezyjnym liniom profilu układających się w profil ryby po … dekapitacji, z obszarem tuż za skrzelami zajętym przez przyozdobiony firmowym logotypem, biegnący wzdłuż korpusu wyświetlacz, za którym znajdziemy pięć niewielkich przycisków odpowiedzialnych za uruchomienie i obsługę urządzenia. Natomiast w „płetwie ogonowej” ulokowano pokrętło regulacji głośności.
Rzut oka na ścianę tylną może niewtajemniczonych, postronnych obserwatorów, wprawić niemałą konsternację, gdyż widok takiego bogactwa wszelakiej maści interfejsów przywodzi na myśl raczej rozwiązania znane z wielokanałowych procesorów a nie li tylko stereofonicznego przetwornika. Proszę jednak pamiętać, że mamy do czynienia z urządzeniem referencyjnym i na wskroś bezkompromisowym, więc szczęśliwy nabywca do dyspozycji otrzymuje zdublowane wyjścia w standardzie RCA i XLR, oraz przyprawiający o trudny do usunięcia uśmiech wachlarz wejść cyfrowych obejmujący cztery AES/EBU, dwa coaxiale, pojedyncze BNC, Toslink i USB, dodatkowo interfejs SDIF-2 na złączach 2 x BNC i oczywiście we/wyjścia dla zewnętrznego zegara. Co do jego trzewi, to trudno szukać tamże powszechnie stosowanych „komercyjnych” kości przetworników w stylu popularnych układów Sabre itp., gdyż dCS stosuje najnowszą wersję przełomowej i w dodatku własnej – opracowanej przez siebie technologii Ring DAC™. Platforma cyfrowego przetwarzania sygnału została oparta o układ programowalnych bramek FPGA, układy cyfrowego przetwarzania sygnału DSP oraz system mikrokontrolera a całość sterowana jest wspólnym kodem opracowanym w laboratoriach dCS-a. W rezultacie czego tytułowy DAC bez najmniejszych problemów radzi sobie z sygnałami PCM 24 Bit /192 kHz, DXD 24 Bit / 352.8 i 384 kHz, jak i DSD a ponadto udoskonalona cyfrowa regulacja głośności pozwala ustawić maksymalny poziom wyjściowy na 2 lub 6 V, przez co z powodzeniem można dopasować o do praktycznie dowolnego wzmacniacza mocy. I jeszcze słowo o dołączonym pilocie, który nie dość, że jest imponującym, aluminiowym profilem i naprawdę trzeba byłoby mieć niezły nieład w swym otoczeniu, by go zapodziać, to został on wyposażony w szalenie wygodną w użyciu, a więc wzorcową pod względem ergonomii regulację głośności z użyciem poręcznej, poruszającej się w wyczuwalnym oporem gałkę głośności.
Nieco mniej imponująco prezentują się dalekie od high-endowego wysublimowania formy, mające swój rodowód na rynku pro-audio dwa niewielkie urządzenie Mutec-a, czyli wzorcowy zegar z re-clockerem MC-3+USB, oraz referencyjny zegar wzorcowy 10 MHz REF 10. Ich urok polega jednak nie na tym jak wyglądają, lecz co i jak robią i jedynie tym funkcjom podporządkowany jest ich design. Dlatego też front MC-3+USB upstrzony jest trzydziestoma siedmioma małymi i trzema nieco większymi (w sumie 40 szt.!!) diod informujących o stanie pracy i parametrach sygnału tak na wejściu, jak i na wyjściu a biorąc pod uwagę, iż ten niepozorny maluch m.in. konwertuje strumienie DSD / DoP (64-256) na strumień PCM z wybieralną częstotliwością próbkowania, niejako przy okazji zdolny jest skalować częstotliwości bazowe 44,1 i 48kHz do mnożnika x512, czyli 22,5792 MHz i 24,576 MHz warto mieć baczenie co i na jaki kolor miga. Dokładny opis interfejsów wejściowych i wyjściowych zamieściłem w sekcji z danymi technicznymi, więc w tym momencie daruję sobie zabawę w „kopiuj/wklej” tylko odeślę zainteresowanych na sam dół niniejszej epistoły.
Jeśli zaś chodzi o REF 10 to w jego przypadku mamy do czynienia z „jedynie” dziesięcioma diodami i obrotowym selektorem wejść na froncie. Natomiast co do funkcji jaką pełni, to jest to referencyjny cyfrowy generator 10 MHz, z najniższym poziomem szumu fazowego wśród urządzeń dostępnych na rynku oparty nie jak można byłoby się spodziewać rubidowych, czy cezowych oscylatorach lecz na ręcznie składanych, niemieckich oscylatorach OCXO, o najniższym możliwym poziomie szumu fazowego.
Listę dostarczonej na testy elektroniki zamykają skromne, popielato-szare pudełeczko, czyli Roon Nucleus i dedykowany (sugerowany przez dystrybutora) zasilacz Keces Audio P8 8A Mono PS. O ile jednak kwestię zasilacza pozwolę sobie na potrzeby niniejszego testu ograniczyć do lakonicznego stwierdzenia, iż jest to jedna z najładniejszych, a przy tym najsolidniej wykonanych, dostępnych na rynku propozycji. Wystarczy wspomnieć, iż jego obudowę wykonano z perfekcyjnie wykończonych 4 mm aluminiowych paneli przymocowanych do stalowej kratownicy a we wnętrzu króluje spore toroidalne trafo i pokaźna bateria kondensatorów. Jak widać zaskakujący, jak na takiego malucha ciężar 6 kg znikąd się nie bierze.
Natomiast Roon Nucleus to tak naprawdę niewielki, oparty na Intelu NUC, komputer z preinstalowaną, autorską (zoptymalizowaną pod kątem audio) dystrybucją Linuxa o nazwie Roon OS i oczywiście zainstalowanym tamże programem Roon, który integruje w sobie rolę nie tylko multiformatowy odtwarzacz, lecz i aplikacji katalogującą nasze, zgromadzone na NASach, pamięciach przenośnych, chmurze – serwisach streamingowych, muzyczne zbiory. O ile jednak sama platforma sprzętowa wydaje się jak najbardziej OK – w końcu to świetny przykład rozwiązania działającego praktycznie od razu po wyjęciu z pudełka, to do ww. oprogramowania trzeba się mentalnie przełamać i przekonać. Piszę o tym z pełną świadomością, gdyż osoby decydujące się na zakup samego Roona a nie Nucleusa otrzymują software w stylu „nieco” (bo przy dożywotnim „członkostwie” to tylko jakieś 10x) droższego i nieco bardziej rozbudowanego odpowiednika, nomen omen polecanego przez samego dCS-a (str. 12 instrukcji), dość sporadycznie używanego przeze mnie ostatnimi czasy, czyli po przesiadce na Lumina U1 Mini świetnego JRivera. Niby za jakość się płaci, ale … większość znanej mi konkurencji dedykowaną appkę do sterowania i zarządzania zdigitalizowanymi zbiorami muzycznymi dołącza bezpłatnie. W dodatku Nucleus w standardzie posiada zwykły „laptopowy” zasilacz, więc obecność ww. Kecesa, przynajmniej z naszego punktu widzenia, wydaje się całkiem oczywista. Z miłych akcentów warto wspomnieć o dotykowym włączniku głównym, który po aktywowaniu urządzenia emituje delikatną poświatę na jego zapleczu. Schowany wewnątrz niewielkiej wnęki komplet we/wyjść obejmuje gniazdo zasilające, port HDMI i Ethernet, oraz dwa USB. W tym momencie warto jednak zauważyć iż te dwa ostatnie interfejsy mają formę podwójnego terminala USB, przez co o ile z budżetowym, bądź nazwijmy to „znormalizowanym” (vide Wireworld Starlight) okablowaniem problemu nie będzie, to dysponując łączówkami USB o „ponadnormatywnej” konfekcji (daleko nie szukając większość oferty Adiomica Laboratory, bądź Fidata HFU2) tak naprawdę będziemy musieli zadowolić się jednym portem. Warto też zwrócić przy okazji uwagę na sąsiadujący port Ethernet bo przy dwóch „tłustych” wtykach też może dojść do drobnych przepychanek.
O dostarczonym wraz z elektroniką okablowaniu, z racji już i tak rozbudowanej do niemalże granic percepcji i przyzwoitości części opisowej, postaram się wypowiadać możliwie lakonicznie, gdyż coś czuję w kościach, iż wcześniej, czy później i tak przyjdzie nam się z kilkoma przedstawicielami dzisiejszej plątaniny zmierzyć w ramach solowych sparringów. Podchodząc jednak do tematu w sposób globalny można jednak uznać, iż przynajmniej przewody sygnałowe podzielić możemy na dwie grupy – pierwszą hołdującą klasycznym, nazwijmy je umownie pasywnym sposobom walki z wszelakiej maści interferencjami zaburzającymi transmisję, i drugą – wspomagającą się rozwiązaniami nieco mniej konwencjonalnymi. Do pierwszej zaliczyć możemy przewody Shunyata Research. Wykonane są one z najwyższej czystości miedzi OFE Alloy 101 / C10100 w formie cieniutkich rurek (VTX™) zapobiegających powstawaniu efektu naskórkowego. Ponadto ich produkcję oparto o koncepcję PMZ (Precision Matched Z) polegającej na maksymalnym zminimalizowaniu (ależ piękne samo zaprzeczenie) parametru „tolerancji zmian powierzchni przewodników oraz sposobu ich izolowania” na drodze splatania i izolowania poszczególnych przewodów cztery razy wolniej aniżeli odbywa się to zwykle. Jakby tego mało na każdym z przewodów możecie Państwo zauważyć wielce intrygującą kapsułę z nie mniej rozbudzającą wyobraźnie, widoczną przez przeźroczysty korpus spiralą. Owe tajemnicze sarkofagi to nic innego, jak polaryzatory TAP (Transverse Axial Polarizer), czyli elementy, które „wchodząc w interakcję z polem elektromagnetycznym tworzonym przez sygnał biegnący wzdłuż przewodu modyfikują zachowania fali elektromagnetycznej”, go (czyli ów sygnał) otaczającej. W telegraficznym skrócie blokują one fale biegnące wzdłuż przewodu, przepuszczając jedynie te zorientowane poprzecznie. Kosmos? Raczej zaawansowana fizyka i lata doświadczenia, chociaż z drugiej strony, dla „bytów” parających się li tylko rebrandingiem, bądź konfekcją i upychaniem kabli firm trzecich we własne peszelki, może to rzeczywiście być poziom zaawansowania technologicznego zbliżony do promu kosmicznego.
No dobrze, żarty na bok, gdyż na scenę wkraczają przedstawiciele obozu „alternatywnego”, czyli Synergistic Research mogące pochwalić się (szczególnie przewód USB) ekranami z zaimplementowaną technologią uziemienia Ground Plane, oraz możliwością żonglerki „modułami tuningowymi” UEF RED (akcentuje ciepło, płynność i muzykalność), oraz SR BLUE (stawia na detal, precyzję i napowietrzenie) a niejako na deser dorzucono jeszcze ekran UEF z grafenem ułożony w nową matrycę. A jeśli ktoś w tym momencie czuje się jeszcze nieusatysfakcjonowany to … nie ma najmniejszego problemu by całości zafundować jeszcze SR Ground Block z UEF Ground Filter. I w tym momencie pozwolę sobie na małą może nie tyle dygresję, co wskazówkę natury użytkowej. Otóż zgodnie zamieszczoną przez producenta ulotką znajdujące się w zestawach dostarczonych przez dystrybutora „uziemiacze” należy wpiąć w gniazdo/listwę zasilaną przez linię, na której nie ma żadnych urządzeń audio. Krótko mówiąc do pełni szczęścia potrzebować będziemy dwie całkowicie niezależne linie zasilające. Pierwszą – czystą – dedykowaną naszemu systemowi audio i drugą – „brudną” – do odprowadzania wszelakiej maści „elektro-śmieci” wyłapanych przez akcesoria Synergistic Research.
No dobrze. Większość z Państwa zdążyła pewnie wypić duże (znaczy się takie pow. 400 ml) Café Latte i skonsumować szarlotkę z lodami a tu ani słowa o dźwięku. Najwyższy czas zatem zająć się i tą dziedziną.
Prawdę powiedziawszy odbierając Vivaldiego od Jacka odniosłem dziwne wrażenie, że chłopak wypina tytułowego DACa ze swojego systemu z wyraźnym bólem. Niby doskonale zdaję sobie sprawę, że obaj niestety nie młodniejemy, i czasem zbyt gwałtowny skłon może powodować pewien dyskomfort, ale ten dziwny grymas na jego twarzy zagościł niemalże na stałe. No nic, czasem każdy ma gorszy dzień, więc zbytnio nie dopytując o szczegóły skupiłem się na aplikacji Vivaldiego w moim „ołtarzyku”.
Ponieważ mając już na koncie kilkadziesiąt godzin odsłuchów w OPOS-ie (Oficjalnym Pokoju Odsłuchowym Soundrebels) mniej więcej wiedziałem czego mogę się spodziewać, więc już u siebie postanowiłem nieco dozować sobie przyjemności i przygodę z legendarnym przetwornikiem rozpocząłem od wykorzystania go w wersji sauté. Ot po prostu przekazałem mu 2/3 funkcji swojego dyżurnego Ayona CD-35 (Preamp + Signature) angażując go zarówno w dekodowanie sygnałów cyfrowych, jak i regulację głośności. Chwila delikatnej ekwilibrystyki kablarskiej, kilka dni na akomodację urządzenia w nowym otoczeniu i oswojenie się piszącego te słowa z nowym elementem toru i … Cóż, nie da się ukryć, że różnice wcale nie były kosmetyczne. Angielski DAC w sposób bowiem nie tyle bezkompromisowy, co wręcz bestialski zdeklasował austriackiego sparingpartnera tak pod względem wolumenu dostarczanych informacji, jak i szeroko rozumianej rozdzielczości. W ramach zobrazowania różnic posłużę się analogią do dwóch realizacji nieśmiertelnych „4 pór roku” Vivaldiego. Otóż mój Ayon na tle dCSa jawił się jako słodka, niemalże karmelowa i romantyczna interpretacja Sir Yehudi Menuhina a z kolei angielski przetwornik w porównaniu z Austriakiem przypominał „wyczynowe” wykonanie Giuliano Carmignoli z Venice Baroque Orchestra. Krótko mówiąc doskonale zdajemy sobie sprawę, iż słuchamy tego samego utworu, jednak z Vivaldim docierających do nas dźwięków, niuansów, wybrzmień i detali dotyczących nawet samego instrumentarium, rozmieszczenia muzyków na scenie jest niezaprzeczalnie więcej a te, które dla obu przypadków są zgodne prezentowane są bardziej wyraziście i namacalnie. Owych różnic jednak wcale nie trzeba się doszukiwać, czy w nie wsłuchiwać, bo są natury oczywistej. Wystarczy wspomnieć otwartość góry, precyzję w gradacji poszczególnych planów, czy całkowicie swobodny i naturalny wgląd w najdalsze rzędy zajmowane przez muzyków.
Całe szczęście (dla rodzinnego budżetu) początkowo nie do końca przekonywał mnie stopień wysycenia reprodukowanych barw. Niby wszystko było na tak wyśrubowanym poziomie, że za bluźnierstwo uchodzić by mogło grymaszenie, lecz najwyraźniej w jakimś tam stopniu, w swym stetryczałym zmanierowaniu, uzależniony jestem od lampowego czaru i taka neutralność i perfekcjonizm pozostawiała po sobie lekki niedosyt. Proszę tylko mnie źle nie zrozumieć. Od strony czysto technicznej mówiąc obrazowo mucha nie siadała, tylko … słuchając „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen odnosiłem nieodparte wrażenie, że podczas nagrania zamiast naturalnego, bądź pochodzącego ze „starych” żarówek światła dominuje tam oświetlenie studyjne o ściśle kontrolowanych parametrach. Na pewno widać i słychać lepiej, ale gdzieś, nie wiadomo gdzie ulotnił się klimat, nastrój. Kwestia przyzwyczajenia? Niewykluczone. Może z odpowiednio soczystą końcówką w stylu Tenora 175S HP efekt ów byłby mniej zauważalny aniżeli z moim dyżurnym Brystonem 4B³, ale tu nie ma co gdybać tylko uparcie dążyć do upragnionej nirwany. W tym momencie warto wspomnieć o dostępnych tak z poziomu płyty czołowej, jak i pilota sześciu delikatnie różniących się brzmieniem, oraz intensywnością działania filtrach, z pomocą których z powodzeniem można było modelować finalny efekt w zależności od konkretnego nastroju, bądź przede wszystkim repertuaru. Ich technicznym omówieniem nad wyraz dokładnie zajął się sam producent, więc nie będę się z nim dublował, odsyłając tym samym wszystkich zainteresowanych na 21 stronę dołączonej do tytułowego urządzenia instrukcji obsługi i jedynie wspomnę, iż sygnałom PCM dedykowanych jest sześć nastaw a dla DSD pięć, przy czym sam producent nie tylko nie określa/sugeruje, które z nich są najlepsze, lecz wręcz zachęca do eksperymentów i kierowania się przede wszystkim własnym słuchem, co również gorąco polecam.
Oczywiście kwestię ostatecznego szlifu powinno dać się spokojnie zamknąć doborem odpowiedniego okablowania, jednak mając do dyspozycji urządzenia Muteca, ciężkim grzechem zaniedbania byłoby z nich nie skorzystać. Temat właściwego podpięcia MC-3+USB i REF 10 omówił nader wyczerpująco Jacek, więc w tym momencie nie będę się z Nim dublował. Grunt, że po aplikacji re-clockera i zegara efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Całość nie dość, że nabrała blasku i zintensyfikowała doznania natury holograficznej, czyli jeszcze poprawiła trójwymiarowość budowanej sceny, to, co wydawać by się mogło niemożliwe, również zwiększyła ilość dostarczanych informacji. Pozornie taki stan rzeczy mógłby po pierwszej euforii wywoływać przesyt spowodowany „klęską urodzaju”, jednak dCS nad wyraz dobitnie udowodnił, iż nie tyle od przybytku głowa nie boli, co że w tej konkretnej sytuacji mamy do czynienia z reprodukcją a nie nadprodukcją danych. Chodzi bowiem o to, że dopieszczony DAC nie generował sam z siebie nieistniejących w materiale źródłowym dźwięków, lecz „jedynie” uzyskiwał z kierowanego do niego strumienia przysłowiowych zer i jedynek wszystko to, co tak naprawdę zostało tam zapisane, a całość umiejscawiał na tle o nieprzeniknionej czerni. Począwszy od minimalistycznego i stonerowo – garażowego „Full Upon Her Burning Lips” Earth, po epicką symfonikę „Mephisto & Co.” Eiji Oue każdy kolejny odsłuch niejako przewartościowywał moją wiedzę na temat tego, co tak naprawdę na poszczególnych nagraniach powinno być słyszalne, a co pojawiać w naszej głowie jedynie na podstawie „dopowiadania” przez nasz umysł. Chodzi bowiem o to, że z dCSem w powyższej konfiguracji w torze, pomimo nieprzebranego mnóstwa informacji, de facto dajemy naszemu umysłowi wakacje, gdyż w tym momencie on niczego nie musi nam sugerować, dopowiadać, czy wchodzić na wyższe obroty w celu wyekstrahowania ukrytych w szumie tła detali. Tutaj wszystko jest podane na tacy. Perfekcyjnie oświetlone, doświetlone i wypolerowane do tego stopnia, że nawet mimowolnie, jesteśmy w stanie się w nich przejrzeć. Weźmy na ten przykład swoistą podróż po odległych, przynajmniej z naszego punktu widzenia, zakątkach błękitnej planety podczas odsłuchu wyśmienitego krążka „Spaces” Yosi Horikawy. Pozornie beznamiętna, bo jakby nie patrzeć wygenerowana komputerowo, elektronika doprawiona do smaku odgłosami ruchu ulicznego, tropikalnej dżungli, czy nawet niewielkiej zagrody tym razem nabiera iście baśniowej głębi i wieloplanowości zbliżając się swym magnetyzmem do wydawałoby się niedoścignionych wzorców klimatu, za jakie od dawien dawna uważam „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena i „Runaljod – Ragnarok” Wardruny. Warto w tym momencie podkreślić wprost fenomenalne rozciągnięcie pasma nie tylko w górę, co przede wszystkim w dół. Jednak ów zabieg nie polega na nader częstym zabiegu przesunięcia środka ciężkości w dół, lecz faktycznym obniżeniu dolnej granicy reprodukowanych i zarazem słyszalnych dźwięków i to z zachowaniem pełnej ich selektywności i możliwości rozróżnienia a nie bezkształtnej papki. Krótko mówiąc efekt tyleż zachwycający, co uzależniający a zarazem w pełni wyjaśniający powód, dla którego Jacek z takim żalem oddawał mi cały ten cyfrowy majdan.
To jednak nie koniec testów, gdyż proszę pamiętać o dołożonym przez audiofast Nucleusie Roona, który w OPOSie ze względu na permanentny brak dostępu do globalnej sieci cierpliwie czekał w kartonie a ponoć miał być w stanie dorównać wysokiej klasy streamerom. O ile jednak z obecnie posiadanego transportu Lumin U1 Mini jestem nieustająco kontent, to jednocześnie mam świadomość, iż nie jest to jeszcze żaden ósmy cud świata a jedynie cechujący się świetną relacją jakości oferowanego dźwięku do ceny plikograj. Dlatego też szalenie byłem ciekaw jak na jego tle wypadnie nieco tańszy konkurent. Jednak bezpośrednie wpięcie w port USB dCS-a „gołego”, czyli wyposażonego w li tylko firmowy zasilacz, Nucleusa jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki złej wróżki zburzyło tak misternie cyzelowane wyrafinowanie, blask i rozdzielczość dopieszczonego angielskiego DAC-a. Dźwięk może był i miły, ale w porównaniu do Lumina spłyceniu uległa scena a i na górze, oraz w cieniach, zaczęło brakować dźwięków, które do tej pory słyszalne przecież były. Ot takie nieco asekuranckie, poddane pauperyzacji granie, byleby tylko ktoś nie zrzucił mu znamion cyfrowości, czy wyostrzenia. Nie chcę być w tym momencie złośliwy, ale właśnie z taką manierą kojarzyły mi się dotychczasowe odsłuchy owego ustrojstwa. Skoro „Swing Revisited” Stanislawa Soyki i Roger Berg Big Band nie bujał a mroczne pieśni wojowniczych Vikingów („Runaljod – Ragnarok” Wardruny) przypominały zajęcia wokalne w domu seniora, to coś trzeba było z tym zrobić. Sprawa była o tyle nagląca, że w trakcie użytkowania na światło dzienne wychynął jeszcze jeden szkopuł. Otóż przy bezpośrednim wpięciu plikograja w dCS-a, w którym należało ustawić tryb synchronizacji zegara na „W” a MC3 przestawić w tryb Extern z zegarem na sztywno 1-10 w sekcji reference a w kolejnej (clock out) na 44.1 kHz, dla ścieżek PCM 44.1 i wielokrotności, oraz dla DSD aktywny będzie tryb W wszystko działało OK, lecz dla 48 kHz i ich wielokrotności synchronizacja niestety się nie działała. W tym momencie trzeba było każdorazowo, w przypadku dostarczania sygnału 48 kHz i jego wielokrotności ustawiać wspomnianą wartość na pierwszym zegarze.
Ktoś nadal uważa, że granie z plików to przysłowiowa bułka z masłem? Jeśli tak, to zapraszam do zapoznania się z drugą, nieco mniej, przynajmniej na pozór, oczywistą, jednak oferującą zauważalnie lepszy dźwięk opcją, czyli … podłączenia Nucleusa przewodem USB najpierw do ustawionego w trybie reclockera Muteca MC-3+USB z podpiętym REF 10 a już z MC-3 dostarczenie sygnału Vivaldiemu po AES/EBU z osobnym, poprowadzonym drugim przewodem sygnałem zegara. No i to wreszcie zaczęło przybierać adekwatną do zainwestowanych funduszy formę, jednak bardzo szybko okazało się, iż to wszystko były jedynie półśrodki i przysłowiowe leczenie dżumy cholerą, gdyż największą poprawę wniosła … wymiana „laptopowego” zasilacza na Keces Audio P8. Proszę mi wierzyć na słowo, ale w takiej – finalnej konfiguracji słuchając „MannaR – Drivande” można było poczuć chłód spokojnego morza i unoszącą się nad jego taflą poranną mgłę osiadającą na naszych twarzach a na „Spaces” Yosi Horikawy odbierać docierające do nas bodźce na poziomie najwyższej klasy systemu VR. Progres jakościowy był na tyle kolosalny, że chyba pierwszy raz spojrzałem na temat Roona nie tylko przychylnym okiem, co z zainteresowaniem niewykluczającym implementacji tej platformy we własnym systemie. Serio, serio. Jasnym stało się bowiem dla mnie, iż dotychczasowe kontakty czy to z samym oprogramowaniem, czy też z Nucleusem obarczone były pochodnymi niedopracowania może nawet nie tyle całego toru, co właśnie źródła, ze szczególnym uwzględnieniem niewystarczającej troski o jego prawidłowe zasilanie. Powiem nawet więcej. Otóż z czystej ciekawości wypiąłem z systemu oba Muteci i poprawa wnoszona przez samego Kecesa na moje ucho była większa aniżeli obecność re-clockera i zegara (bez wspomagania zasilania). Dlatego też wchodząc w pliki z Nucleusem, logicznym wydaje się w pierwszej kolejności zadbanie o zagadnienia natury elektrycznej, czyli możliwie wysokiej klasy zasilacz a dopiero potem dopieszczanie sygnału przez owego plikograja wypuszczanego.
I to by było na tyle. Domyślam się, iż części z Państwa od natłoku informacji może lekko kręcić się w głowie, bądź czujecie Państwo pewną konsternację, że przecież miało być tak łatwo i bezproblemowo a tu takie komplikacje i iście alpejskie kombinacje. Proszę mi jednak wierzyć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. O ile bowiem na podstawowym i średnio-zaawansowanym poziomie Hi-Fi pełnię szczęścia, lub jak kto woli pełnię możliwości konkretnego urządzenia daje się osiągnąć stosunkowo prostymi środkami, w stylu doboru odpowiedniego okablowania (tak sygnałowego – w tym USB i Ethernet, jak i zasilającego), tak w High-Endzie, ze szczególnym uwzględnieniem jego odłamu w wersji Ultra prosto i na skróty sukcesu osiągnąć się nie da. I to niezależnie od tego czy poruszamy się w domenie analogowej, czy cyfrowej. Dlatego też wybór nawet tak wyrafinowanego przetwornika jakim niewątpliwie jest dCS Vivaldi DAC2 nie jest końcem drogi a jedynie „wejściówką” na audiofilski Olimp a to, jakie miejsce nam przypadnie finalnie zależy tylko i wyłącznie od naszych dalszych działań uwalniających faktycznie drzemiący w nim potencjał. Proszę mi jednak wierzyć, że na tym poziomie jakości znaczenie ma każdy, pozornie nawet najbardziej błahy detal, więc zamiast go lekceważyć, lepiej spokojnie się nad nim pochylić, przeanalizować i dokonać spełniającego nasze osobiste preferencje wyboru. Vivaldi jest swojego rodzaju uosobieniem „cyfrowego” diamentu, który choć piękny sam z siebie, dopiero w odpowiednio sprawnych dłoniach ma szansę przeistoczyć się w zapierający dech w piersiach brylant. Proszę tylko pamiętać, że Ultra High-End to nie wyścigi a głosując własnymi, ciężko zarobionymi pieniędzmi warto czerpać przyjemność z możliwie świadomie dokonanych wyborów. Dlatego też szczerze życzę Państwu wytrwałości w dążeniu do upragnionego celu a sam wpisuję dCS Vivaldi DAC2 w powyższej konfiguracji na dwie, poczynione na własny użytek listy. Pierwszą z referencjami i moimi subiektywnymi punktami odniesień, oraz drugą stanowiącą swoisty … list do Świętego Mikołaja.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Dystrybucja: Audiofast
Ceny
dCS Vivaldi DAC2: 123 890 PLN
Mutec MC-3+USB: 4 710PLN
Mutec REF 10: 15 990 PLN
Roon Nucleus: 6 500 PLN
Keces Audio P8 8A Mono PS: 3 180 PLN
Shunyata Research Sigma CLOCK: 9 750 PLN
Shunyata Research Sigma digital: 9 750 PLN
Shunyata Research Sigma NR: 14 630 PLN / 1,75m
Synergistic Research Element CTS Digital: 11 500 PLN
Synergistic Research Atmosphere X Reference USB: 4 910 PLN / 1m; 6 400 PLN/2m
Synergistic Research Galileo SX AC: 28 040 PLN / 1,5m
Dane techniczne
dCS Vivaldi DAC2
Rodzaj przetwornika: Opracowana przez dCS topologia Ring DAC™.
Wyjścia analogowe: Poziom sygnału wyjściowego: 2V rms lub 6V rms na wszystkich wyjściach dla całego zakresu wejścia, ustawiane w menu.
Wyjścia zbalansowane: 1 para stereo na 2 x 3-pinowych złączach męskich XLR. Wyjścia są elektronicznie regulowane i równoważone, współczynnik równowagi sygnału przy 1kHz jest lepszy niż 40dB. Impedancja wyjściowa wynosi 3Ω, maksymalne obciążenie wynosi 600Ω (zalecane obciążenie 10kΩ-100kΩ).
Wyjścia niezbalansowane: 1 para stereo na złączach 2 x RCA Phono. Impedancja wyjściowa wynosi 52Ω, maksymalne obciążenie wynosi 600Ω (zalecane obciążenie 10kΩ-100kΩ).
Wejścia cyfrowe:
– Interfejs USB 2.0 na złączu typu B. Pracuje w trybie asynchronicznym, akceptuje strumień danych PCM do 24 bitów przy 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4 & 192 kHz i DOP (DSD ponad PCM). Może pracować w trybie USB Audio Class 1 lub Class 2.
– 4 x AES/EBU na 3-pinowych złączach żeńskich XLR. Każde wejście akceptuje sygnał PCM do 24 bit przy 32, 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4 & 192 kHz LUB 2x Dual AES przy 88.2, 96, 176.4, 192, 352.8 & 384 kHz lub dCS-kodowane DSD.
– 3 x SPDIF na złączach 2x RCA Phono i 1x BNC. Każde wejście akceptuje sygnał PCM do 24 bit przy 32, 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4 & 192 kHz.
– 1 x SPDIF optyczne na złączu Toslink, akceptuje sygnał PCM do 24 bit przy 32, 44.1, 48, 88.2 & 96 kHz
– 1 x SDIF-2 interfejs na złączach 2x BNC, akceptuje sygnał PCM do 24 bit przy 32, 44.1, 48, 88.2 & 96 kHz lub SDIF-2 DSD (auto-selected).
We/wy sygnału zegara: 3x wejścia Word Clock na złączach 3x BNC, akceptują standardowy sygnał zegara Word Clock przy 32, 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4 lub 192 kHz. The data rate can be the same as the clock rate or an exact multiple 0.125x, 0.25x, 0.5x, 1x, 2x, 4x, 8x) of the clock rate. Sensitive to TTL levels.
Wyjście Word Clock na złączu 1x BNC. W trybie Master, a TTL-compatible 44.1kHz Word Clock is available.
Szum resztkowy: > -113dB0 @ 20Hz-20kHz nieważony (ustawienie 6V).
Przesłuch L-R: > -115dB0, 20-20kHz.
Filtry: A choice of filter responses give different trade offs between Nyquist image rejection and the phase response
Aktualizacja oprogramowania: Ładowana z płyty CD-R lub poprzez interfejs USB.
Sterowanie: dCS Premium Remote na wyposażeniu standardowym. RS232 (sterowany przez urządzenia firm trzecich). Nadajnik zdalnego sterowania dCS Nevo Q50, dostępny do urządzeń serii Vivaldi za dodatkową opłatą.
Zasilacz: Ustawiony fabrycznie na 100, 115, 220 lub 230V AC, 49-62 Hz.
Pobór mocy: 23 W typowo /30 W maximum.
Wymiary: 444mm/17.5” x 435mm/17.2” x 151mm/6.0”.
Dodatkowy odstęp z tyłu potrzebny do podłączenia przewodów.
Kolor: Srebrny / Czarny
Mutec MC-3+USB
Obsługiwane częstotliwości: 44.1 kHz, 88.2 kHz, 176.4 kHz, 352.8 kHz, 11.2896 MHz, 22.5792 MHz
48.0 kHz, 96.0 kHz, 192.0 kHz3, 84.0 kHz, 12.2880 MHz, 24.5760 MHz
Wejścia/wyjścia: 1 x USB2.0 interface, bi-directional usable
– 1 x BNC input for Word Clock + 1-10MHz, 75 Ω termination switchable, unbalanced
– 1 x XLR input for AES3/11, 110 Ω terminated, transformer balanced
– 1 x BNC input for S/P-DIF + AES3id, 75 Ω terminated, unbalanced
– 1 x Optical input for S/P-DIF, Toshiba ToslinkTM, EIAJ RC-5720
– 4 x BNC outputs for Word Clock, terminated, unbalanced, individually buffered, adjustable in pairs
– 1 x XLR output for AES3/11, terminated, transformer balanced, buffered
– 1 x BNC output for AES3id, 75 Ω terminated, unbalanced
– 1 x BNC output for S/P-DIF, 75 Ω terminated, unbalanced
– 1 x Cinch (coaxial) output for S/P-DIF, terminated, unbalanced, buffered
– 1 x Optical output for S/P-DIF, Toshiba ToslinkTM, EIAJ RC-5720
Pobór mocy: max. 10W
Wymiary: 196 x 42 x 156 mm (bez konektorów i stopek)
Waga: 1350 g
Mutec REF 10
Wyjścia:
2 x 10 MHz referencyjne wyjście BNC zegara, 50 Ω, niezbalansowane
6 x 10 MHz referencyjne wyjście BNC zegara, 75 Ω, niezbalansowane
Format sygnału wyjść zegara: Fala prostokątna, 10.000 MHz, 2 Vpp, współczynnik wypełnienia 50:50
Dane zegara:
Typ: niskoszumowy oscylator kryształowy OCXO 10.000 MHz
Stabilność FQ gotowego produktu: < +/-0.01 ppm
Stabilność FQ a zakres temperatury: < +/-0.01 ppm w zakresie -20 °C do +70 °C Stabilność krótkookresowa (odchylenie Allana) przy Tau = 1 s: 1 x 10-12 (typowo)
Stabilność po 30 dniach działania:
< +/-0.0002 ppm (dziennie),
< +/-0.03 ppm (1 rok),
< +/-0.2 ppm (10 lat)
Zasilanie:
Typ: wewnętrzne podwójne zasilanie liniowe
Napięcie wejściowe: 90-125 V / 200-240 V, 50-60 Hz
Pobór mocy: 12 W podczas wygrzewania oscylatora, 8 W nominalnie
Detale wykończenia:
Wymiary obudowy/materiał/kolor: 196 x 84 x 300 mm (W x H x D, bez konektorów i podstawek), stal o gr. 1,5 mm czerniona proszkowo
Wymiary panelu czołowego/materiał/powierzchnia/kolor: 198 x 88 x 8 mm (W x H x D), anodyzowane aluminium włącznie z nadrukami, lub nadruki nanoszone sitodrukiem, kolor – czyste aluminium lub czarny
Waga: około 4350 g
Niektórzy producenci odlatują na kolejne orbity tak cenowe, jak i gabarytowe a tymczasem … Pro-Ject, z okazji swej 25 rocznicy założenia, wprowadził model The Classic z pływającym sub-chassis, 9”ramieniem i 30cm aluminiowym talerzem. Jeśli ów projekt z czymś się Państwu kojarzy, to … bardo dobrze. Nam z resztą też się z owym „czymś” kojarzy, ale zanim wydamy werdykt spokojnie sobie owej „czeskiej klasyki” posłuchamy.
cdn. …
Może ręki pod topór nie położę, ale jestem w stanie postawić skrzynkę jabłek przeciw łubiance truskawek, że chyba żaden z odwiedzających nasz portal miłośników dobrej jakości dźwięku nie będzie oponował, gdy postawie tezę o bardzo dużym znaczeniu odizolowania komponentów audio od mogącego wpadać w niekontrolowane wibracje dzierżącego je podłoża. To jest elementarz i każdy z nas wie, że bez tego dobrego grania nie ma. Dlatego też trochę ubolewam, gdy testy akcesoriów antywibracyjnych z racji zwyczajowego spychania ich na koniec kalibracji audiofilskiej układanki, są w zdecydowanej mniejszości. Na szczęście mniejszość nie oznacza całkowitego niebytu, czego idealnym dowodem jest dzisiejsze opiniotwórcze wydarzenie. Co mam na myśli? Otóż jestem rad z możliwości podzielnia się swoimi spostrzeżeniami z zastosowania w bardzo czułych punktach posiadanego systemu, mieniących się połyskiem stali nierdzewnej podstawek IsoAcoustics Orea Bordeaux, które stosunkowo niedawno znalazły się w portfolio Sieci Salonów Top HI-FI & Video Design.
Kreśląc krótki pakiet informacji technicznych na temat dzisiejszych produktów tłumiących mikro-trzęsienia ziemi nie mogę nie wspomnieć o przemyślanej ofercie marki w postaci trzech odmian bardzo podobnych wizualnie, jednak przystosowanych do innych ciężarów potencjalnych urządzeń audio, konstrukcji. Idąc za producentem mamy do wyboru model Bronze dla wagi 3.6 kg, Indigo radzący sobie z ciężarem 7.2 kg i dostarczony do testu, mogący udźwignąć nawet do 14.5 kg (per sztuka) Bordeaux. Jak wspomniałem we wstępniaku, korpusy naszych eliminatorów wibracji wykonano z fantastycznie prezentującej się od strony wizualnej stali nierdzewnej. Dla ułatwienia rozpoznawalności każdej z linii owe sporej wielkości krążki w zależności od przenoszonego obciążenia oznakowano utożsamianymi z danym ciężarem kolorowe obwoluty. Temat trzewi, czyli wsadu realizującego założenia eliminacji drgań zrealizowano przy pomocy wewnętrznego aluminiowego sub-chassis. Zaś stabilizację unoszonych na Oreach produktów zapewniają specjalnie zaprojektowane, przysysające się do ich podstawy gumowe membrany. Wieńcząc dzieło, przy okazji ułatwiając życie audiofilom co do decyzji zakupu niezbędnej ilości sztuk, przedstawione powyżej stalowe pastylki spakowano w osobne, zgrabne pudełeczka.
Jak IsoAcoustics Oreo Bordeaux wpłynęły na zastane konfiguracje w kilku różnych pod względem współpracującego z nimi sprzętu momentach testu? Otóż bardzo ciekawie. Jednakże zanim przystąpię do głębszej analizy tego tematu delikatnie nakreślając dotychczasowe doświadczenia zaznaczę, iż zazwyczaj spowodowane użyciem podobnych atrybutów dodanie masy lub ewentualne otworzenie się przekazu miało swoje konsekwencje w przeciwległych biegunach pasma akustycznego. Co często oznaczało jedno. Dociążenie basu delikatnie spowalniało przekaz, zaś praca w wyższych częstotliwościach dawała fajne odczucie jego większej swobody, jednakże kosztem muzykalności. Tymczasem w przypadku tytułowych srebrnych krążków sprawa wyglądała nieco inaczej. Mimo, że doświetliły wyższy środek, dzięki zjawiskowej gładkości na górze pasma muzyka nic a nic nie utraciła na muzykalności. Mało tego. W zaskakującym bonusie sporo zyskała rytmika basu, czyli przekładając z mojego na Wasze, niskie tony nadal oferowały sporą masę, ale przy jednoczesnym zwarciu uderzenia. Zaskoczeni? Przyznam szczerze, że ja również. Dlatego też z taką przyjemnością o tym sparingu pisałem w pierwszym akapicie. To naturalnie nie zawsze może okazać się zbawieniem, ale naprawdę bardzo ciężko jest mi wyobrazić sobie system audio, który posiłkując się tytułowymi izolatorami zaliczy soniczną wpadkę. Owszem, jeśli ktoś ma zamiar zamulić lub szkodliwie dla końcowego efektu dźwiękowego wyostrzyć przekaz tego typu akcesoriami, nasze bohaterki z powodu racjonalnego dozowania wszelkich zmian zwyczajnie się do tego nie nadają. One mają tchnąć w muzykę nieco oddechu, jednak przy konsekwentnym utrzymaniu plastyki górnych rejestrów i nadal odpowiednio masywnych, tylko lepiej kontrolowanych niskich rejestrach. Przynajmniej u mnie takie zmiany wprowadzały. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ów sznyt był bardzo pozytywną składową dla każdej słuchanej podczas kilkunastu dni muzyki. Nie było znaczenia, czy w napędzie CD-ka lądował ciężki rock, jazz, czy muzyka dawna. Ogólne napowietrzenie wirtualnej sceny plus szybszy bas powodowały łatwiejszą propagację wydarzeń muzycznych w moim pokoju. A przyznam się, że aby gdzieś złapać nasze srebrne krążki Oreo na potknięciu, raz puszczałem oparty o mocny bas, a raz zalatujący anoreksją materiał. I niestety ze smutkiem dla mojego zaangażowania w poszukiwania dziury w całym, za to z bardzo pozytywnym wydźwiękiem dla punktu zapalnego tego testu, muszę stwierdzić, iż błyszczące panny z Bordeaux bez problemu wychodziły z tarczą. Jak to możliwe? Słowo klucz to „zrównoważona aplikacja wpływu”, czyli unikanie forsowania jednej słusznej dla konstruktorów linii, z czym często mamy do czynienia.
Puentując powyższe obserwacje po raz kolejny powtórzę, iż ewentualna porażka w przypadku zastosowania akcesoriów IsoAcoustics w swoim systemie jest prawie niemożliwa. Naturalnie potwierdzając regułę zawsze może zdarzyć się jakaś, nie boję się użyć tego słowa „wykoślawiona” konfiguracja, która nie pokaże pełni możliwości sonicznych akcesorium opisywanej stajni. Jednakże po osobistym zapoznaniu się z wpływem modelu Bordeaux na topowy przetwornik angielskiego DCS-a Vivaldi 2.0 i wzmacniacz słuchawkowy Copland z czystym sumieniem jestem w stanie polecić osobistą próbę z naszymi bohaterkami w nawet najbardziej ekstremalnie drogich konfiguracjach. Jeśli nawet nie zakończy się to przysłowiowym szach matem, to z pewnością przygoda warta jest każdej poświęconej na nią chwili.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU, DAC DCS VIVALDI 2.0, COPLAND DAC – 215
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 399 PLN / szt.
Dane techniczne:
Średnica: 67mm
Wysokość: 36mm
Udźwig: do 14,5 kg/szt
Choć o debiutującej w branży audio rodzimej manufakturze P&D Acoustic z pewnością jeszcze mało kto słyszał, to otwierający ich portfolio model Roe Deer sprawia wielce pozytywne wrażenie. Podobnie z resztą jak młodsza połowa poznańskiego składu, która przyjechała, wniosła, rozstawiła, podłączyła, rzuciła uchem i z przekonaniem o sukcesie własnych wyrobów pomknęła dalej. ;-)
cdn. …
Opinion 1
After our November chase of the floorstanding novelty, the model Evolution One (TAD-E1TX-K), which ended with a listening session in the Katowice based Audio Styl, together with Jacek we decided, that whenever something from the catalog of the Japanese company TAD comes within our reach, we will do whatever it takes, to listen to it in our Official Soundrebels Listening Room. It took a while, but our patience was rewarded, as finally, with some help of our friends at Hi-Ton Home of Perfection, we can host the beautiful, and seemingly ideal for small houses, standmount speakers TAD Micro Evolution One (ME1), placed on dedicated stands TAD-ST3-S.
Looking and then touching and knocking on the ME1, you cannot go around the impressions, that the Tokyo team (this time without Andrew Jones) tried to fit everything they have best not the small loudspeaker. So we have here not only the beautifully made, from birch plywood and MDF, and also beautifully finished chassis with characteristic, massive plates mounted to the sides. Those plates are part of the proprietary bass-refleks system, which allows for equal dispersion of the sound to the sides, to the front and back. But most of all, we have here the proprietary drivers. The midrange and treble are handled by the coaxial TAD Coherent Source Transducer, with a 9cm magnesium cone handling the medium registers, and a 25mm beryllium dome for the higher frequencies. The bass is handled by a 16cm transducer with a diaphragm constructed from a multilayer composite of aramid fibers (MACC). Due to all the above, the speaker does not have any holes in the front or the back. Furthermore, the mid-tweeter is placed behind a delicate mesh, while below the woofer there is an elegant, silver plaque with the manufacturer’s logo. The back plate is ornated with an elegantly lowered shield carrying the jewel like, double wire terminals. As a curiosity I can tell you, that the ME1 were initially only available in the piano black version, and only in 2017, during the Tokyo Audio Show, the silver-titanium version was presented, and the latter is the version we got for our testing. We could also claim, we got only 2/3 of that, what was available in the TAD-E1TX-K – one 16cm transducer “is missing”. And finally something about a purely handling issue – which might be interesting for people having small kids or pets – the loudspeakers can be screwed tight to the stands using the threaded holes in their bottom.
Starting the part describing our listening sessions, I must confess, that I approached those with a bit of uncertainty, as our listening room has almost 40 square meters, what does not seem a natural place for not so big standmount speakers. With is bigger brethren, the Compact Evolution One, we listened to in Katowice, or the flagship Compact Reference One, I would not have such concerns, but in this case… But when we said “A”, with which I mean our willingness to review the TAD, then we must say “B” and check, how those small loudspeakers fared in our listening room reality. Of course we prepared a rescue plan, in case our listening octagon would surpass the capabilities of those speakers with its cubature, as we have another, much smaller room, where we tested much smaller speakers, than the hero of this test, like the Trenner&Friedl Art.
Perplexed, I placed in the CD drive (C.E.C TL 3.0) the album “Hunt” from Amarok, an album, that starts quite slowly, and I waited impatiently for things to evolve. First notes of “Anonymous” and … the space created by the ME1 turned out to be absolutely phenomenal. The barking puppy was placed far outside the base set by the physical position of the speakers in the room, and the delicate, electronic passages flew throughout the whole listening room. The localization of the virtual sources did not fall below a high-end reference, what did not surprise me much, knowing the capabilities of the floorstanding brethren. It was similar with the midrange, which was so glued together with the upper registers, that similar homogeneity would be difficult to find even at much higher price levels. The speaker reproducing those sounds was not named Coherent Sound Transducer for nothing. This, incredibly involving combination of caramel sweetness, incredible resolution and hard to describe smoothness was pulling away our attention from the lower band, which was present, and splendidly controlled, but for obvious reason were reaching nowhere close to the regions reserved for the full spectrum speakers. So can we tell, that the TAD sound thin, or are deprived from a bass foundation? Absolutely not. They emphasize on quality, not quantity, and they play what they can play, yet a highest level, not showing anything, what would not fulfill the quality criteria. This is the reason, that they will show without issues the contrabass parts on “Afro Bossa” Duke Ellington or even the entrance of the French horn on “The Battle” from “Gladiator” Hans Zimmer, but then suggestively moving the interest of the listener to the higher octaves when tackling “J.S. Bach: Organ Works” by Masaaki Suzuki. Interestingly, this effect cannot be described as a radical cut-off, but a delicate lay-back, and if we know and remember the recordings from sessions with larger speakers, then our brain will add things to the sound, if we want it or not, and if there always was a low passage, it will still be there. The above “anomalies” do not really come to front with a less demanding repertoire. Even the pulsating pop-dance beat, at times fluently changing into country, album “Hurts 2B Human” P!nk not only was less than a challenge for the TAD, but it sounded so juicy, so resolved and … holographic, that it was able to put many audiophile recordings to shame. P!nk’s voice was incredibly strong, deep and saturated, similar to the voices of Khalid or Chris Stapleton, who appear in duets with her. The ME1 did one more thing. They showed without any restraints, where the instruments were real, natural guitars, drums, percussion, etc., and where the whole was, let us call it, “synthetic”, and where P!nk sung from her full lungs, and where her voice was “modified”, not always to the benefit. But instead of exposing those differences, or bash them, the Japanese speakers restrained themselves to show the full spectrum of information to the listener, leaving the final verdict to him or her.
After a few weeks of the presence of the TAD Micro Evolution One in our reference system, I dare to say, that those are exceptional constructions, with one small “but”. They do not bend the laws of physic and do not try to always sound to the full extent of each and any repertoire regardless of the size of the room there are placed in. So while in 20 square meters it will be extremely hard to accuse them of any shortcoming in terms of dynamics and bass extension, in larger rooms (our room has 38 square meters), if we do not see a chance of foregoing their holography and coherence, I would recommend to look for a subwoofer, as refined as the ME1 (I would start the search at least at the level of the REL G1 MkII, or even better, a pair of such subs). A heresy? For two-speaker orthodox people – maybe, but life has taught me, to never say never, and the TAD Micro Evolution One are the best example of such approach.
Marcin Olszewski
Opinion 2
Do you remember our reportage about the hot novelties of the Audio Video Show 2018, the Japanese loudspeakers TAD Evolution One (E1TX-K)? If yes, then you probably know, that that was just a subtle introduction of our subsequent encounters with this brand, with the only change being, that those encounters would be in our listening room. True, from that moment some time has passed. But there is luck in leisure, time came for another meeting, now in controlled environment, with the legend of High-End, at least in my opinion. So what am I talking about? Let me tell you, that we got our hands on the standmount speakers Micro Evolution One (ME1), and we thank the Warsaw based distributor of TAD – Hi-Tone Home of Perfection for supplying the speakers.
Typical for a product from Japan, in case of the TAD standmount speakers we deal with a certain kind of usable art. Starting with the rounding of the edges, which give us some visual quietness, through the slated stands with similar design, and finishing with the care that was given to the double wire terminal on the back, the looks of the plaque with the logo on the front and the overall looks of “old gold”, everything seems to be subdued to one goal: find its place in each and every listening room. I do not know about you, but it bought me immediately.
After having finished the chapter about the looks, there is now time for some technical information. The analysis of the photos may lead you somewhat astray, as you can see only two transducers on the front, what might indicate a two-way system, but in reality, we deal here with a coaxial driver (9.5cm cone midrange and beryllium 2.5cm dome tweeter) and a composite 16cm cone woofer, what makes this small speaker a true three-way construction. Like I mentioned before, the wire terminals are on the back of the cabinet, while the bass-reflex ports are venting on the side walls. But you would be mistaken, if you think those are ordinary holes drilled there. The Japanese went their own path there and below the darker gold side panel covers they placed a proprietary solution – two-way venting ports for the air moved by the drivers. Unfortunately I could not put the speakers apart, so I do not know anything more about this solution. However I can tell, after a dozen or so days playing around with those speakers, that even when playing at high sound levels, those never produced any noise of the air vented through them, they just reproduced the lowest frequencies, just as they were designed to do that. And this is a feat, which is not often found at their competitors. Finishing this part of the test I am obliged to mention a few figures, which might influence your purchase: the weight reaches 20kg a piece, the impedance is 4 Ohm and the sensitivity is at modest 85dB.
When applying of such little speakers in my room I always take into account any issues that may arise regarding the lower registers. Yet after years of playing around with similar speakers, I know, that manufacturers often try to show, that even high listening rooms are nothing they are afraid of. Usually such approach ends with even a high level, but very monotone lower part of the spectrum. So how was it in this case? With a lot of pleasure I must calm you, just after the first moments with the TAD I was very content, that the Japanese did not force bass too much. But what is important, even with quiet listening, bass was always present. Without being insolent, it was just a readable impulse. Is this too little for you? Please hold your horses. For me this was an asset, because moving the volume knob to the right did increase its amount, but I did not lose anything from the resolution. Translating this into more understandable language, the sound was not based on low frequency magma, but a multi-dimensional virtuosity of the instruments operating in that area. This is the first, very positive, point of experiencing those speakers. Another one is theoretically reserved only for standmount speakers, but in this case it was splendid, the way the musical events were built in my room. And I am not only talking about the depth of the virtual stage, but also the way of placing the virtual sources in the 3D space. Usually, the standmount speakers defend themselves by spectacular depth, but due to their size they are not able to visualize it at appropriate size, with the palpability of the individual scenic presences, what is absolutely necessary for being able to become one with the music listened to. In those aspects, the Micro Evolution One were phenomenal. So let us move on. The third positive aspect of this meeting was the incredible coherence and vitality of the reproduced music, thanks to the beryllium tweeter placed in the acoustic center of the midrange driver. Regardless of the distance between my listening seat and the loudspeakers, I was not able to detect any departure of any part of the sound spectrum from the musical line. Yes, this is absolutely the domain of coaxial speakers. I used such speakers some time ago, and I know, they are unbeatable in that aspect. Ok then. Everything seems fantastic. But how was that shown by specific musical pieces? Very well. Of course with a correction for the speakers being placed in a room, which was too big for them. But without any panic. Surprisingly, during listening to classical music, when the volume was close to the real thing, it turned out, that when the orchestra played the tutti, the speakers reproduced that in a brilliant way, given their size. There was swing, speed but also a significant mass of the orchestral multitude. It was like the Japanese speakers would bent the reality in a fantastic way. But not in a widely known way, like a molten lava, but with the lower registers full of information and energy. After this experience I changed the genre, and in the CD player I placed a disc with ancient music. Why? This is often recorded in big buildings, what allowed me to check, if such little speakers will be able to take me to the recording session I am listening to. And? This time the midrange-tweeter combo showed its class. Swing, air and nice colors of the vocals and ancient instruments did not leave anything to complain about, the small speakers are very good at this too. Of course they were not able to beat my Austrian wardrobes in terms of saturation, but I would not make a big deal of that even in the most mischievous review. And I am not talking about pointing to class differences to the compared speakers, but just a common sense approach to their potential. If I would like to find any limitations, I would turn my attention to the choice of music. Namely the only thing the Micro One had slight issues with, was rock and electronic music. With quiet listening it was still OK, but with higher volume levels, it was shown, that our test hero was designed for something completely different and for smaller listening solitudes. But even this I would not treat this as something bad, as no thinking music lover would torture his or hers ears with such refined constructions, but will reach for other, fire breathing monsters, maybe from the pro market. Am I wrong? I assure you, I am not. If someone thinks otherwise, then he or she does not know much about this game on High End level, to which the tested TAD are absolutely belonging.
Well. For the casual reader, the analysis of the text above may seem like me being detached from reality. But after listening to the tested speakers I could not put it on paper otherwise. Of course, again, I encourage you to apply an appropriate filter regarding the room they will be working in. Trying to be objective, I did this without any issue, what resulted in me turning your attention to the biggest assets you can hear in your rooms. And now, when I analyze my conclusions again, I would not be surprised, when harder music would sound great if the environment would be more favorable. But this you would need to check for yourself. I can only tell, that when you connect the TAD Micro Evolution One to your audio gear, you will face the beauty of music in the interpretation of masters in building the reality of a virtual world.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD: CEC TL 0 3.0 + Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
– IC RCA: Hijri „Million”,
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Distributor: TAD https://tad.tokyo/
Loudspeakers delivered by Hi-Ton Home of Perfection http://www.hi-ton.pl/
Price: 55 000 PLN (pair)
Dane techniczne
Type: 3-way bass reflex bookshelf
Drive Units:
– Woofer: 16cm cone MACC
– Midrange/tweeter: coaxial 9cm cone/2.5cm dome
Frequency response: 36Hz – 60kHz
Crossover frequencies: 420Hz, 2.5kHz
Maximum input: 150W
Sensitivity: 85dB (2.83V, 1m)
Nominal impedance: 4Ω
Dimensions (W x H x D):251 × 411 × 402 mm
Weight: 20 kg (1 unit) .
Finish: piano black, titanium silver
Może i powoli robi się z tego coś na kształt brazylijskiego tasiemca, znaczy się telenoweli, ale dziwnym zbiegiem okoliczności nie mając nawet wstępnie określonego deadline’u, zamiast w dzikim, graniczącym z amokiem, pędzie maszynowo płodzić kolejne testy dostarczonego przez gorlicką manufakturę Audiomica Laboratory okablowania, pozwalam sobie na niespieszne nimi się delektowanie. Owa nieśpieszność nie wynika jednak z wrodzonego lenistwa, które pomimo najszczerszych chęci, ze względu na permanentne obłożenie najprzeróżniejszymi aktywnościami rodzinno-zawodowo-hobbystycznymi, jest mi zupełnie obce, lecz z chęci wyeliminowania wszelkich, mogących wypaczyć mój finalny osąd czynników. Ponadto taki długotrwały „romans” z przedmiotem testu pozwala mi niejako wejść w skórę jego rzeczywistego – finalnego nabywcy, który przynajmniej z założenia ma zamiar z danym ustrojstwem współegzystować lat co najmniej kilka. Przechodzi zatem taki „ktoś” przez kolejne, dość oczywiste, fazy związku począwszy od początkowej ekscytacji, poprzez oswojenie i wzajemną akceptację, po z reguły nieuchronną rutynę, znudzenie i szeroko rozumianą tolerancję, bądź wręcz szukanie silniejszych wrażeń „gdzieś na boku”. Rozumiecie Państwo o co chodzi? O to, by możliwie wiernie odwzorować cywilne realia i niejako przedmiotem testu się znudzić, przestać niemalże zwracać na niego uwagę i z etapu chwilowej ekscytacji przejść do codziennej rutyny – li tylko chłodnej tolerancji. Skoro zatem czytacie Państwo niniejszy tekst, to znak, że nie tyle parafrazując klasyka „coś się dzieje”, co właśnie cokolwiek dziać się przestało, czyli w nasz, znaczy się tytułowych przewodów i mojej skromnej osoby, związek wkradła się szara rzeczywistość i nader skutecznie ugasiła wszelkie tlące się jeszcze iskierki jakiejkolwiek ekscytacji. W ten oto, nieco przewrotny sposób pragnę zaprosić Was na spotkanie z kolejną parą przewodów USB & Ethernet z bogatego portfolio Audiomica Laboratory, czyli należących do serii Excelence modeli Cinna i Arago.
Cinna USB, zbudowany jest z sześciu miedzianych przewodów OCC o średnicy 0,81 mm każdy i specjalnego systemu potrójnego ekranowania. Pierwszy ekran stanowi metalizowana folia o 100% pokryciu a drugi i trzeci to gęsta plecionka miedziana o 90% pokryciu. Taka budowa skutecznie eliminuje ewentualne interferencje, umożliwiając tym samym przesyłanie danych z dużą prędkością. Charakterystyczne mufy to filtry DFSS lub TFSS (opcjonalne) zamknięte w antystatycznych łącznikach (punkty akustyczne POM-C AP50TM) zapewniają doskonałą ochronę przed elektrycznymi zmianami statycznymi i eliminują powstawanie mikro-ładunków na powierzchni interkonektu. Warto również zwrócić uwagę na wykonane z mosiądzu, oraz dysponujące pozłacane styki wysokiej jakości wtyki USB A / B, których korpusy zostały nie tylko zaprojektowane, ale i wydrukowane w technologii 3D.
Arago oparto o osiem, ułożonych w pary, miedzianych przewodów OCC o czystości N6, średnicy 0,51mm i potrójnie ekranowanych, lecz w przeciwieństwie do Cinny zastosowano ekrany z folii metalizowanej, następnie z folii aluminiowej (oba o 100% pokryciu) a trzecią warstwę stanowi wielożyłowa plecionka o 70% pokryciu. Całość opracowano w oparciu o kategorię 7A z pasmem roboczym do 1300 MHz. Przewód zaterminowany został wysokiej jakości wtykami RJ45 produkcji Siemensa, oraz wyposażony w antystatyczne mufy DFSS.
Patrząc na „patriotyczne” umaszczenie obu przewodów można byłoby „zaocznie” domniemywać, iż ich biało-czerwona kolorystyka, wraz z firmowymi mufami sugerują kierunkowość. I jest to poniekąd całkiem słuszne założenie, choć nie do końca … gdyż właściwie to połowicznie. Chodzi bowiem o to, że o ile w przypadku ethernetowego Arago tak naprawdę to my sami – użytkownicy, decydujemy o jego kierunkowości, gdyż terminacja z obu jego końców jest dokładnie taka sama, to już z łączówką USB Cinna tak różowo, znaczy się szkarłatnie nie jest. Otóż ową kierunkowość narzucają stosowne wtyki USB – typu A od strony źródła i B (tzw. „drukarkowy”) od odbiornika, co samo w sobie jest całkiem logiczne i wprost wynikające z architektury połączeń, gdyby nie to, że biało-srebrny odcinek ochronnego peszla, jak i stanowiąca element graniczny mufa, chciał nie chciał lądują od strony nadajnika. Wspominam o tym z dość wydawałoby się oczywistego powodu, czyli wpływu usytuowania mufy, będącej de facto autorskim filtrem DFSS, na brzmienie łączówki a dokładnie wpływ na brzmienie systemu w jaki zostanie ona wpięta. I proszę mi wierzyć na słowo a jeszcze lepiej przekonać się własnousznie na podstawie samodzielnie dokonanych prób organoleptycznych, oczywiście z użyciem Arago, bo bynajmniej nie nakłaniam Państwa do wiwisekcji Cinny, że to wcale nie są zmiany na granicy percepcji, czy też autosugestii. O nie, po prostu usytuowanie mufy DFSS bliżej odbiornika robi dźwiękowi zdecydowanie lepiej aniżeli przeniesienie jej bliżej źródła. Słychać to przede wszystkim w domenie rozdzielczości i precyzji ogniskowania źródeł pozornych.
Dokonując nieco głębszej analizy walorów sonicznych tytułowych przewodów bardzo szybko można dojść do wniosku, że Arago i Cinna z jednej strony hołdują rodzimemu zamiłowaniu do rozmachu i nieco „amerykańskiego” podejścia do sposobu kreowania sceny i wolumenu generowanego dźwięku, jednak z drugiej strony potrafią też przemycić własne „ja”. O ile bowiem Anort i Pebble Consequence jechały po przysłowiowej bandzie i niejako podkręcały pełne słyszalne spectrum a z kolei Aura i Artoc Ultra Reference akcent stawiały na średnicy, to dzisiejsi bohaterowie skupiają się pół stopnia wyżej i rzucają nowe światło na przełom średnicy i wysokich tonów. Proszę się jednak nie martwić na zapas, gdyż „maniera” przynależącego do serii Excellence duetu wcale nie oznacza przeniesienia równowagi tonalnej w gorę, bądź zintensyfikowania ofensywności. Nic z tych rzeczy. Jako dowód polecę odsłuch nad wyraz mało audiofilskiego punk-rockowego wydawnictwa, czyli „Age Of Unreason” Bad Religion. Ostre gitarowe riffy, równie szorstki i kanciasty wokal, oraz antyestablishmentowe teksty w przypadku pojawienia się jakiejkolwiek z powyższych anomalii automatycznie spowodowałyby ciężką migrenę a tymczasem w Audiomicami w torze całość nabrała jedynie mocy i pozytywnej agresji, czyli przybrała na sile rażenia. To nie jest miłe pitu, pitu, tylko wykrzykiwane wszem i wobec pretensje zarówno do obecnej sytuacji politycznej, jak i coraz bardziej powszechnych teorii spiskowych. Również na zdecydowanie wolniejszym, lecz wcale nie lżejszym, depresyjno – stonerowym „Full Upon Her Burning Lips” Earth, gdzie do dyspozycji mamy jedynie gitarę i perkusję całość z jednej strony zachwyca potęgą a z drugiej zaskakuje przestrzennością i oddechem przekazu. Niby gitara Carlsona potrafi ukąsić a i blachy zestawu Adrienne Davies nie zawsze jedynie nieśmiało szeleszczą, ale trudno w tym momencie mówić o jakichkolwiek problemach z dociążeniem, czy też brakiem wysycenia.
Niejako na zakończenie i nieco przewrotnie – w oczywistej opozycji do powyższego repertuaru, pozwolę sobie jeszcze pochylić się nad nieco bardziej wymuskanym pod względem realizatorskim albumem, czyli „Close to Me” Susan Wong, który może nie poraża oryginalnością, w końcu wielokrotnie zawarte tamże covery słyszeliśmy, lecz pozwala docenić finezję z jaką, pomimo wyraźnego asekurantyzmu wokalistki i „bezpiecznych” aranżacji, gorlickie łączówki wnikają w tkankę nagrania. W dodatku owa swoboda wnikania udziela sę również słuchaczom, którzy wcale nie muszą ograniczać się li tylko do kontemplacji nad pierwszym planem, lecz bez najmniejszych problemów skupić swoją uwagę na wydarzeniach drugo, bądź nawet trzecioplanowych.
Należące do Excelence Series przewody Cinna i Arago mając naprawdę sporo wspólnego ze starszym rodzeństwem znalazły swój własny pomysł na brzmienie. Nie upiększając go i nie stawiając na beznamiętną analizę okazały się nad wyraz rozdzielcze, przez co w pierwszej chwili może się wydawać, iż są w stanie wykreować zdecydowanie bardziej obszerną przestrzeń aniżeli wyżej „urodzone” modele. Wystarczy jednak bezpośrednie porównanie z reprezentantami linii Consequence, bądź nawet Ultra Reference, by zrozumieć ideę towarzyszącą ich twórcy. Otóż one nie mają lepszej rozdzielczości, od wyższych modeli, lecz owa rozdzielczość w ich przypadku wybija się jedynie ponad pozostałe aspekty, które z kolei sukcesywnie są poprawiane i cyzelowane w wyższych seriach. Dlatego też idąc krok po kroku i pnąc się sukcesywnie po szczeblach portfolio Audiomica Laboratory startujemy od pewnego, wysoce satysfakcjonującego poziomu, by z każdym kolejnym stopniem dokładać do punktu wyjścia kolejne „ochy i achy” zachowując przy tym wszystko to, co na owym początku tak nam przypadło do gustu. Jednym słowem ewolucja.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Producent: Audiomica Laboratory
Ceny:
Cinna Excellence USB: 500€ /0,5m; 590€ / 1m; +90€ kolejne +0,5m
Arago Excellence Ethernet: 700€ / 2m; 850€ / 3m; +150€ kolejne +1m
Opcjonalnie:
DFSS fiters: 150€
DFSS fiters + smart couplers: 250€
TFSS fiters + smart couplers: 350€
Trochę to trwało, ale w końcu się udało i tuz po unboxingu wreszcie możemy cieszyć oczy i uszy przeuroczą „małą gruszeczką”, czyli niepozornym gramofonem Pear Audio Little John. Niech jednak nie zwiodą Was jego nikczemne gabaryty – jego brzmienie może nieźle namieszać w Waszych osobistych rankingach.
cdn. …
Opinion 1
Continuing our energetic exploration, in today’s review we will concentrate our attention on an essential accessory, absolutely necessary for most electrical devices to operate. We are, of course, talking about the power cord, but not an ordinary power cord, usually called the “computer power cord” and included by manufacturers of Blu-Rays, TVs, and other electrical equipment to make them work – but an audiophile cable, dedicated to audio and manufactured based on measurements and, maybe most important of all, based on listening sessions. People, not infected with audiophilia nervosa, categorize such cables into those that work and those that don’t. However, for the self-aware and listening devotees of Hi-Fi and High-End equipment, the mere fact of conduction is not success in itself, but only the starting point for further discovery and tiring experiments. This is the path taken by Hendry Ramli, the person responsible for giving us hands-on experience with another cable coming from the Indonesian manufacture, Vermöuth Audio – the top power cable called the Reference Power Cord.
Similar to the XLR and RCA Reference interconnects we reviewed earlier, the cord currently being tested, although designed by Hendry Ramli – the founder and only employee of Vermöuth Audio – has its origins in the Wanlung Taiwan company, one of the four OCC conductor manufacturers in the world. And the Reference themselves are made from 39 twisted OCC wires with different cross-sections with a cumulative diameter of 10 AWG wound around Air Tubes (PE tubes filled with air). The whole is placed inside an aluminum mylar cover and protected with a woven shield, around which the company’s trademark white PVC sheath with a single black thread is placed. The plugs come from Furutech, models FI-28 and FI-38, modified by the manufacturer and equipped with characteristic carcasses made from carbon fibre. The cables are supplied in elegant, yet modest, cardboard boxes protected from the outside world by a linen purse. A certificate of origin is also included.
Moving on to the sound, I will just mention at the beginning that the cord received for testing was factory new, so I gave it time to work and settle down in my system for two weeks before starting to listen to it normally. Going into detail, the Vermöuth Reference Power Cord represents a surprising, yet very successful combination of a certain darkening with an increase in resolution. Do you notice this obvious contradiction? How is it possible that the slider with brightness moves to the left and the number of perceivable nuances and microdetails increases? Well, in Hi-Fi, and especially in High-End, theory does not always come together with practice or reality, so instead of thinking how this could be possible, I would suggest that you just take it for granted. In addition, this effect is not reached in a way that could be called “night vision”, where the picture shows even more than Egyptian darkness, but it has a big flaw – it becomes monochrome. However, we cannot blame any kind of desaturation on the Vermöuth power cord, so we are faced with the effect of a transparent lens and a highly sensitive sensor, but this also is not the complete picture. Why? With full aperture, the depth of focus is very “paperlike” (only a few millimetres deep) and sensors with a high ISO tend to have high noise levels. And the Indonesian cable not only has a brilliant insight into the depth of the musical stage without any issues with the gradation of planes, but also has incredible precision in creating the virtual sources including the definition of the tissue filling them and their contours.
Interestingly, to experience this you do not need to plough through the audiophile and extremely beefed-up catalogues of Fone or Fim Records, as even the “commercial” album “Fortress” of the surprisingly not so popular, amongst the golden eared, band Alter Bridge was able to demonstrate everything I just mentioned. The bass was incredibly tight and reached places where even Lucifer does not want to stroll without a flashlight, while not losing anything from its control and differentiation. So at first it might seem that there is a tad less of the lower frequencies when compared with the competition, but in direct comparison the truth will surface. Similarly, a positive surprise comes from the upper parties, woven from guitar riffs, where shine is accompanied by resolution and crystal cleanness.
Of course, with a somewhat more refined and, at the same time, non-electrified repertoire, such as, for example “Tartini Secondo Natura” of the Tormod Dalen, Hans Knut Sveen and Sigurd Imsen trio, such nuances come across even better. The aura surrounding the musicians can almost be cut with a knife, and the present calmness spreads around the listener with only the first few notes played, while the juicy and, at the same time, rough timbres of the instruments used during the recording session are remembered as intensively as your first (successful) date. Looking for some cable reference points, more widely recognized by our readers, I would claim that the apparent darkening of the Vermöuth has a lot of the density known from 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO, although regarding resolution it comes closer to the flagship Furutech NanoFlux-NCF. A most noble company, would you not agree?
Vermöuth Audio Reference Power Cord is another example of the saying that if you want you can and to enter the market with a strictly High-End product, you only need to have an idea, the knowledge to make this idea work and a solid subcontractor, who can offer appropriately refined technology. Because it is worth remembering that Vermöuth Audio is, in fact, only Hendry Ramli, who is stubbornly following the path he has chosen, and has now reached a point where one starts to hear about his cables more and more. I wish there were more such passionate people in High-End, and then it would regain its human face, after the era of corporate consolidation, as well as, hopefully, more “human” prices. And I wish this to all of you, myself included.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Network player: Lumin U1 Mini
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Speaker cables: Signal Projects Hydra
– Power cablese: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Table: Rogoz Audio 4SM3
Opinion 2
I am absolutely certain that a few weeks ago, before we tested the RCA and XLR interconnects Vermöuth Audio Reference, the word “Indonesia” would only conjure up a destination for exotic vacations. Yet, as can be seen from that test, it houses a brand which offers audio cables with a fantastic price/performance ratio. I explained the genesis of our cooperation with this quite exotic company, from our country’s point of view, in the previous test, so I will not go over it again this time, but, with a lot of satisfaction, I would like to invite everyone interested to read a few sentences about the sonic abilities of the Vermöuth Audio Reference Power Cord, which finally reached us after some logistical acrobatics.
As you can see in the pictures, this power cable has very similar looks to the signal cables. This means that the conductors of various thicknesses, braided according to a proprietary specification and made from UPOCC copper, were inserted into a white sheath with a dark – grey thread. But the final elements of similarity are the very long, proprietary, carbon fibre plugs based on the FI-28 and FI-38 from Furutech. Also important, in this age of making cables stiffer using external isolators, the Power Cord is quite flexible, so it can be used even in very difficult housing conditions, which can be a breath of fresh air for music lovers with small rooms. This nice cable is placed into an ecological linen purse and, together with a certificate of authenticity, packed into a nice cardboard box.
I might surprise a large number of you but, according to my observations, the influence on the sound of the tested cables is a bit different than both signal cables; it emphasizes different aspects of the sound. But, at the same time, it does not turn everything we know upside down, it just makes a few corrections to what the other cables have already demonstrated. What corrections? Well, after plugging the Power Cord into my system, the lower part of the sound spectrum changed. It was still energetic, but it clearly came together, which generated better timing of the reproduced music, while keeping the stage airy. I think I do not need to defend the thesis that all genres such as hard rock from the Percival Schuttenbach, or John Zorn Free Jazz gained with that. But, as often happens in life, there is always something you have to pay for that change and I need to tell you that the bass contours, being improved without any incursion in the midrange, pushed the sound of my colourful system in the direction of neutrality. But I want to put at ease every user of cables coming from this brand, who might have suspected a coup d’etat, that those changes are very delicate movements, not really influencing the general presentation. The ideal confirmation of this is the fact that when I enjoyed my beloved repertoire of music for the soul, with representatives of church music, such as Claudio Monteverdi, I did not detect any side effects. So what is the conclusion? Can we bring together speed and never ending decay? Yes we can! At least when using Vermöuth Audio cables. How is this possible? The key is the breath built into the events taking place between the speakers. The Indonesian cable was able to keep the freedom of the individual sounds in the ether, while keeping up good saturation and tight bass. This translated into playing with swing when the material demanded, but in places where you needed to celebrate each note, it did not smother them with the upcoming chord. I do not know how they were able to combine those things, but this is how I perceive those several weeks of playing with the Indonesian Reference Power Cord plugged into my preamplifier or power amplifier.
An analysis of the above text makes it possible to draw very clear conclusions. In the case of the Vermöuth Audio Reference Power Cord, we are dealing with something a bit different than the interconnects, but still in a very similar esthetics of sound. We consistently feel a lot of breath in the music reaching our ears, and the only aspect which seems to bring corrections is the slightly less perceptive influence of the midrange in the whole sound, together with a slight shortening of the bass. But, as you can see from the articulated nuances, the subjective perception does not lose anything with that. Yes, the centre of gravity moves a little. But the overall joy of listening to the decaying notes with better timing of the whole means that even in the case of perceiving this as something different at the beginning, at the end it may pose an even truer viewing point for many music lovers and not just a way of trying to convince listeners to one’s point of view. Impossible? Well, the final verification is up to you, and I really encourage you to try this cable out.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD: CEC TL 0 3.0 + Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
– IC RCA: Hijri „Million”
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Manufacturer: : Vermöuth Audio
Price: 1 300 $ /1,2 m + 180$ additional 30 cm.
W ramach kolejnego spotkania z cyklu „Wieczór z Czarną Płytą”, którego gospodarzem, zgodnie z comiesięczną tradycją, stał się Sailing Poland Yacht Club, przyszło nam zmierzyć się z okrągłym jubileuszem trzydziestolecia wydania albumu „Disintegration” The Cure. Pozornie niezwykle daleki od audiofilskich wzorców materiał, „powtórkowy”, czyli bliźniaczy z ubiegłomiesięcznym system i na dodatek brak „nośnego” nazwiska na zaproszeniu, summa summarum mogłyby wskazywać na powolne wyczerpywanie się idei winylowych wieczorów, bądź też tzw. zmęczenie materiału. Nic jednak bardziej mylnego, gdyż po pierwsze ustabilizowanie się clubowej konfiguracji sprzętowej pozwala regularnie pojawiającym się słuchaczom wyciągać zdecydowanie bardziej miarodajne wnioski o jakości poszczególnych nagrań, aniżeli w sytuacji, gdy za każdym razem mieliby do czynienia z zupełnie nieznanym setem. Po drugie zaś, jeśli tylko się na spokojnie zastanowić, to czy audiofilom i melomanom tak naprawdę potrzeba do szczęścia kolejnej mówiąc umownie „twarzy rajstop”, czyli celebryty? Oczywiście, o ile jest to dysponujący potężną, wynikającą z własnych zainteresowań, wiedzą prezenter radiowy, krytyk muzyczny, a jeszcze lepiej muzyk maczający palce w danym dziele, to wypada się tylko cieszyć, bo ci co mieli i tak przyjdą a rozpoznawalne nazwisko przyciągnie niezdecydowanych. Jeśli jednak prowadzący przychodzi z własną tezą, którą w dodatku próbuje zaszczepić swojemu interlokutorowi, to robi się cokolwiek dziwnie. Wystarczy bowiem wspomnieć odsłuch „Astigmatic” z udziałem Zbigniewa Namysłowskiego, który raczył był w sposób iście koncertowy „położyć” redaktor naczelny jednego z poczytnych muzycznych periodyków. Dlatego też ze swoistą ulgą odebrałem informację, iż tym razem rozmówcą Piotra Welca będzie może i niespecjalnie znany szerszemu gronu, lecz uchodzący „w branży” za klasyczny wręcz przykład psycho-fana Patryk Goller z warszawskiego salonu Nautilus. Krótko mówiąc trafiło na człowieka nie tylko znającego mnóstwo zakulisowych ciekawostek, od lat podążającego za swoja ulubioną kapelą, mającego na koncie obecność na ponad trzydzieści koncertach, lecz i doskonale orientującego się w temacie tego, na czym podczas piątkowego spotkania przyszło nam słuchać.
Gwoli przypomnienia i z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, iż w skład przygotowanej przez krakowsko-warszawskiego Nautilusa systemu weszły: dwusilnikowy gramofon Transrotor Massimo, z wkładką My Sonic Lab Signature Gold, przedwzmacniacz gramofonowy Octave Phono Module, pod którego regulowane wyjście zostały podpięte monobloki Octave MRE 220 z dziecinną łatwością radzące sobie z wysterowaniem kolumn Dynaudio Contour 60. Kwestie zasilania powierzono firmowej listwie Power Base HighEnd i okablowaniu Acrolinka 7N-PC6700 Anniversario a w roli przewodów głośnikowych pojawiły się Siltechy Classic Anniversary 550L.
Przechodząc do części poświęconej prezentowanemu w piątkowy wieczór materiałowi muzycznemu wypadałoby wspomnieć iż jego (znaczy się materiału, nie spotkania) przygotowania rozpoczęły się od zakupu … stołu bilardowego a efekt finalny przez grube ryby w wydawnictwie określony został mianem „komercyjnego samobójstwa”. W dodatku „Disintegration” będąc pierwszym albumem The Cure nagranym z przeznaczeniem na CD (nieśmiało tylko przypomnę, iż był to rok 1989) trwał 71 minut, przez co na winyl, w dodatku drobnorowkowy, trafiło nie 12 a jedynie dziesięć utworów – niestety nie starczyło miejsca na „Last Dance” i „Homesick”. Jakby tego mało Smith sprawił, iż współzałożyciel The Cure i zarazem klawiszowiec Laurence „Lol” Tolhurst kontynuował karierę poza strukturami zespołu – znaczy się po prostu go „wywalił, a pozostałym członkom dał jasno do zrozumienia, że albo dostosują się do jego artystycznej wizji, albo „Disintegration” będzie solowym krążkiem Smitha. Jednym słowem idealny przepis na totalną katastrofę. Tymczasem jest to najlepiej sprzedający się album w historii The Cure. Rozszedł się bowiem w ponad 3 milionach sztuk, w USA pokrył się dwukrotną platyną, a w UK złotem. Oczywiście single promujące album permanentnie okupowały szczyty list przebojów, a towarzyszące im ikoniczne wręcz wideoklipy stały się nieodłącznymi elementami ramówki MTV. Tak, tak, MTV, gdyż proszę sobie wyobrazić, że w tamtych czasach owa stacja emitowała głównie muzykę, a nie jak obecnie obraz degrengolady samolansujących się patoinfluencerów.
Jak tak ma wyglądać wspomniane „komercyjne samobójstwo”, to ja takich aktów rozpaczy szczerze życzę większości zespołów. Sytuację dość jasno obrazuje scenka, w której w jednym z odcinków „Miasteczka South Park” Kyle Broflovski z entuzjazmem oznajmia, iż „„Disintegration” to najlepszy album wszech czasów!”. Dla mnie osobiście, to najdelikatniej mówiąc, lekka przesada, ale fani Roberta Smitha i jego kompanów z pewnością się z powyższa opinią w pełni zgadzają.
Z ciekawostek, które mogą zainteresować miłośników tamtych czasów warto wspomnieć iż album zarejestrowano w Hook End Manor – znajdującym się w XVI-wiecznej elżbietańskiej posiadłości studiu nagraniowym należącym do … Davida Gilmoura (tak, to ten jegomość z Pink Floyd). Jeśli zaś chodzi o warstwę tekstową, to ekipa The Cure nigdy specjalnie nie uchodziła za wesołków a sam Smith usilnie starał się całą swoją aparycją przypominać bardziej Edwarda Nożycorękiego aniżeli jadącą na Prozacu i innych antydepresantach radosną gwiazdę rocka, choć od substancji psychoaktywnych zbytnio nie stronił. Nie dziwi zatem, że myślą przewodnią „Disintegration” jest nieuchronność przemijania oraz „destrukcyjny wpływ czasu na relacje międzyludzkie, postępującą entropia emocji, wewnętrzna dezintegracja, stracone szanse.” Nic tyko wyhuśtać się na suchej gałęzi. Jednak jeśli zajrzymy nieco głębiej okaże się iż ów depresyjno-melancholijny klimat ma też swoje nieco bardziej pogodne oblicze, gdyż od czasu do czasu do głosu dochodzi zwykła radość z życia. Dlatego też warto zastosować się do sugestii zamieszczonej przez Smitha na wewnętrznej stronie okładki – „This album was mixed to be played loud, so turn it up!” („Ten album został zmiksowany tak, aby odtwarzać go głośno, więc podkręć sprzęt”). I coś w tym jest, bo słuchany cicho i niejako przy okazji ani nie zachwyca, ani też nie pokazuje swojego bogactwa a tym samym prawdziwego oblicza.
A jak „Disintegration” zabrzmiał w wytwornych wnętrzach Sailing Poland Yacht Club? Mając to szczęście, że w Al. Szucha pojawiłem się z ponad godzinnym wyprzedzeniem, mogłem uczestniczyć w ostatnim dopieszczaniu systemu i wyborze finalnej wersji do wieczornego odtworzenia. I tak, z pierwszego, drobnorowkowego wydania The Cure po prostu zagrali … koszmarnie. Płasko, krzykliwie, bez jakiejkolwiek przestrzeni, za to z kotłującym się basem i całkowicie nieczytelną średnicą, czyli równie atrakcyjnie, co drapanie paznokciami po szkolnej tablicy. Jednym słowem rozpacz. Po przesiadce na współczesny remaster sytuacja uległa znacznej poprawie. Wreszcie można było mówić o czymś na kształt wieloplanowości, oraz przestrzeni w której z odrobiną dobrej woli można było zlokalizować poszczególne źródła pozorne. Jak widać „prawda epoki” w tym przypadku niespecjalnie wytrzymała próbę czasu i czasem warto w takim momencie nieco zdradzić własne, ortodoksyjne ideały i sięgnąć po współczesne tłoczenia.
Serdecznie dziękując za zaproszenie z niecierpliwością czekam na kolejne spotkanie, gdyż patrząc na chronologię prezentowanych wydawnictw lada moment obijemy do końcówki XX w. a tam, przynajmniej w Rocku i to tym cięższym, działo się, oj działo.
Marcin Olszewski
Najnowsze komentarze