Japońska manufaktura audio S’NEXT (prezes Mitsuru Hosoo) zdecydowała się wypuścić na rynek nowy produkt – słuchawki douszne o nazwach B1, B2 i B3 (seria B).
Seria B to nowy produkt opracowany przez inżynierów na podstawie wyników najnowszych badań. Koncepcja oraz cena serii oparta jest nie na jakości lecz na stopniu rozwoju badawczego. Cyfry przy nazwie odzwierciedlają więc kolejność zaawansowania poznawczo-badawczego. Projekt dźwiękowy serii B czerpie z powiązań pomiędzy przestrzenią muzyczną, dynamiką zakresu częstotliwości a samą budową techniczną słuchawek.
Zakwalifikowaliśmy powstawanie dźwięku podczas nagrywania do 2 aspektów: przestrzeni muzycznej i dynamiki zakresu częstotliwości.
Pierwszy aspekt odnosi się do postrzegania przestrzeni. Przy wykonywaniu muzyki klasycznej oraz jazzowej ogromne znaczenie mają kwestie takie jak przestrzenność, czyli znaczenie odległości, szerokości oraz pogłosu. Podczas gdy w muzyce rockowej i pop oraz ostatnio także w podkładach do filmów animowanych przestrzeń nie jest zbyt akcentowana. Istotne znaczenie mają tutaj raczej klarowność (rozdzielczość), która wynosi na pierwszy plan instrumenty i wokale. Drugi aspekt odnosi się do dynamiki zakresu częstotliwości, innymi słowy zmian natężenia dźwięku w czasie. Jeśli mamy szeroki zakres częstotliwości, naturalnym staje się możliwość zmiany natężenia dźwięku tak aby uzyskać bardziej dynamiczną ekspresję muzyczną. Są jednak gatunki muzyki, które wymagają wąskiego zakresu częstotliwości podczas nagrywania, tak aby wydobyć na pierwszy plan instrumenty i wokale.
Różnica pomiędzy tymi dwoma aspektami odnosi się nie do tego, który z nich jest nadrzędny lecz raczej do różnic w jaki sposób muzyka jest skomponowana i jakie są jej potrzeby (co potrzebuje wrazić). Jeśli chodzi o muzykę klasyczną, szczególnie orkiestralną, bardzo istotny jest układ przestrzenny instrumentów. Instrumenty smyczkowe znajdują się najbliżej widowni, dopiero za nimi widzimy instrumenty dęte i perkusję. Jeśli nie zostanie zachowany ten porządek nastąpi dezintegracja. Z tego też powodu zdecydowana wyrazistość dźwięków, która pozwala instrumentom się wyróżnić nie jest tu pożądanym zjawiskiem.
Przeciwnie w przypadku muzyki rockowej i muzyki pop, przestrzeń nie jest konieczna,ważniejsze jest podkreślenie klarowności (rozdzielczości) niż przestrzeni. Wyżej wymienione założenia są niesamowicie istotne w szczególności przy odsłuchach na słuchawkach i dlatego stało się dla nas oczywiste, iż wprowadzenie odpowiednio uformowanych krzywizn w budowie technicznej oraz przemyślne zaprojektowanego przetwornika, przyniesie o wiele większą radość ze słuchania.
Poniższy schemat przedstawia przestrzeń i klarowność (wysoką rozdzielczość) usytuowaną na osi X oraz dynamikę zakresu częstotliwości na osi Y.
Nasz poprzedni model E3000 został zaprojektowany tak aby znaleźć się w centrum schematu, seria B zajmuje już odmienną pozycję. Innymi słowy seria B ukazana jest jako model mniej uniwersalny, do słuchania specyficznych rodzajów muzyki, który jednak może oczarować i zafascynować nas całkowicie. Co jest charakterystyczną cechą naszych produktów.

Model B1 zaprojektowany jest ze szczególnym podkreśleniem bliskości dźwięków. W muzyce reprezentowanej przez muzykę do filmów animowanych nagrywanie uwidacznia bliskość dźwięków. Tak jak w przypadku tych nagrań, słuchawki B1 zostały zaprojektowane aby osiągnąć odtworzenie dokładnie takiego brzmienia, jakie zostało zaplanowane przez twórców.
Model B2 w szczególności pasuje do bogatych przestrzennie nagrań. Będzie odpowiedni do nagrań klasycznych, które charakteryzują się sporą przewagą pogłosów i wybrzmień sali koncertowej lub nagrań “na żywo” gdzie wyraźnie zaznaczone będzie odczuwania dźwięków na żywo. Co więcej słuchawki B2 wyposażone są w końcówkę MMCX, która daje możliwość łatwej wymiany przewodu w razie jego uszkodzenia.
Model B3 został zaprojektowany ze specjalnym uwzględnieniem klarowności i wyrazistości. Jest dedykowany tym, którzy chcą mieć przedstawione delikatnie dźwięki każdego instrumentu nawet z nagrań na żywo oraz delektować się silnymi wokalami z filmów animowanych oraz EDM. Słuchawki wyposażone są w standardowy przewód posrebrzany oraz końcówkę MMCX, który umożliwia łatwą wymianę przewodu.
<Poczucie dopasowania>
Poczucie dopasowania w słuchawkach dokanałowych jest zdeterminowane przez obecność lub brak nacisku. Od nowa przeanalizowaliśmy dogłębnie zagadnienie dopasowania ze względu na poczucie nacisku i zwróciliśmy uwagę jak istotne są punkty, w których styka się obudowa z uchem. Wyróżniliśmy trzy komfortowe miejsca, 2 obejmujące, 1 podtrzymujące aby słuchawki nie wypadały. Podobnie jak w statywie, który na trzech nogach jest w stanie zapewnić odpowiednie podtrzymywanie każdej obudowy.
Na rysunku poniżej, na zielono zaznaczony jest 1 punkt, na niebiesko przy części ucha zwanej skrawkiem 2, a 3 stanowią punkty podparcia zaznaczone na różowo. Skrawek zabezpiecza obudowę w bardzo delikatny sposób, tak że nie czujemy nawet momentu aplikacji słuchawek do ucha, małżowina uszna wspiera obudowę taka by nie wypadła. Poprzez poprzedzone badaniami wyraźne zdefiniowanie punktów styku obudowy z uchem, gwarantujemy duży komfort dla każdego odbiorcy z wyeliminowaniem zbędnego nacisku.

<Specjalna konstrukcja pozwalająca na naprawę co pozwala na długie użytkowanie>
Obudowa słuchawek składa się z 2 części dzięki czemu w razie konieczności naprawa staje się łatwa do wykonania a słuchawki mogą nam służyć dłużej.
<Obudowa ze stali nierdzewnej wykonana metodą MIM >
MIM to proces w którym proszek metalu jest mieszany z lepiszczem i pod taką postacią jest wtłaczany pod wysokim ciśnieniem do form i spiekany w wysokich temperaturach.
Podsumowanie
Cechy charakterystyczne
– Dźwięk zaprojektowany z uwzględnieniem relacji zachodzących pomiędzy przestrzenią muzyczną a dynamiką zakresu częstotliwości i cechami fizycznymi słuchawek.
– Wysokie poczucie dopasowania
– Długie użytkowanie, możliwość naprawy
– Obudowa ze stali nierdzewnej metodą MIM
– Oryginalny przetwornik
– Przewód posrebrzany wyposażony w MMCX (z wyjątkiem B2)
– Oryginalne tipsy z innym kolorem wewnątrz dla odróżnienia lewej od prawej strony
– Oryginalne silikonowe etui
De techniczne
<B1>
Kod produktu: FI-B1BDSSD
Obudowa: stal nierdzewna (różane złoto)
Przetwornik: 1dynamiczny+1armatura (nie połączone obwodem)
Impedancja: 13 Ω
Czułość: 94 dB/mW
Dł.przewodu: 1.2 m
Waga: 36 g
Akcesoria: silikonowe etui, tipsy (typu E 5 rozmiarów), nakładka
Cena: 2999zł
<B2>
Kod produktu: FI-B2BSSD
Obudowa: stal nierdzewna (szare wykończenie)
Przetwornik: 1armatura
Impedancja: 41 Ω
Czułość: 109 dB/mW
Dł. przewodu: 1.2 m
Waga: 32 g
Akcesoria: silikonowe etui, tipsy (typ E 5 rozmiarów), nakładka
Cena: 1249zł
<B3>
Kod produktu: FI-B3B2SSD
Obudowa: stal nierdzewna (wykończenie srebrne)
Przetwornik: 2BA (nie połączone obwodem)
Impedancja: 19 Ω
Czułość: 102 dB/mW
Dł.przewodu 1.2 m
Waga: 36 g
Akcesoria: silikonowe etui, tips(E type 5 rozmiarów), nakładka
Cena: 2099zł
O pojawieniu się na rynku najnowszej integry Ayona o nazwie Spirit V wspominaliśmy już pod koniec maja – z okazji relacji ze spotkania z Gerhardem Hirtem w stołecznym salonie Nautilusa. Jednak salonowe odsłuchy były jedynie swoistym wieczorkiem zapoznawczym, przed krytycznymi sesjami w naszych własnych systemach, które niniejszym inaugurujemy.
cdn. …
Opinia 1
Próby dla mediów rządzą się swoimi prawami. To właśnie wtedy odbywa się ostateczne dopracowywanie detali natury oświetleniowej, by odpowiednio podkreślić walory scenografii i kostiumów, upłynnienie organizacji ruchu scenicznego a i finalne uwagi ze strony reżysera to swoista oczywistość. Tak było m.in. podczas poprzedzającego oficjalną premierę wystawienia „Strasznego dworu” i również tym razem, dzięki uprzejmości Dyrekcji Polskiej Opery Królewskiej https://operakrolewska.pl/ , otrzymaliśmy możliwość zajęcia miejsca na widowni podczas takich właśnie przygotowań. Ponadto sama szansa obserwowania przy pracy Pani Jitki Stokalskiej, oraz reżysera oświetlenia Daniela Sanjuan-Ciepielewskiego okazała się równie pasjonująca, co akcja rozgrywająca się na scenie. Za chichot losu uznać można fakt, iż powszechnie uznawaną za antykobiecą „Così fan tutte” wyreżyserowała właśnie kobieta. Jeśli jednak ktoś rozpoczyna karierę od stażu u legendarnego Kazimierza Dejmka i może pochwalić się ponad 50-letnią dorobkiem to śmiało można uznać, że i z takimi przeciwnościami losu sobie poradzi. W dodatku bynajmniej żadną tajemnicą nie jest krytyczne podejście Pani Reżyser do wartości merytorycznej większości librett wynikające z oczywistego ich zubożenia w stosunku do teatru dramatycznego, co z kolei prowadzi do wielce konstruktywnego wniosku, że „Nie można robić teatru operowego bez uwzględnienia muzyki”. Dlatego też opierając się nieraz na jedynie jednowierszowych, przypisach do poszczególnych arii uwag, z taką biegłością operuje śpiewnością frazy skupiając uwagę widza na clue przedstawienia. W trakcie antraktu nie mogło też zabraknąć przeprowadzanych na gorąco wywiadów, których udzielał m.in. pełniący obowiązki Dyrektora Andrzej Klimczak.
Powstała na zamówienie cesarza Józefa II i mająca swą prapremierę w styczniu 1790 r opera buffa „Così fan tutte” a dokładnie „Così fan tutte ossia La scuola degli amanti (Tak czynią wszystkie, czyli Szkoła kochanków)” to niezwykle udany mariaż muzyki Mozarta i błyskotliwego libretta Lorenza da Ponte. Fabuła oparta o nieco bagatelizując …idee bliskie swingersom (zamiana partnerów) z jednej strony jest niezaprzeczalnie komiczna, co – poprzez udowodnioną niewierność, zarazem gorzka. Ot taki „poważny żart”, czyli twórczy oksymoron. W „Così fan tutte” na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z banalnie prostym schematem komediowym – dwie pary narzeczonych przekonanych o wzajemnej miłości, kontra „doświadczony” kawaler Don Alfonso i hedonistycznie nastawiona do życia służąca, którzy udowadniając z góry założoną tezę, kreują intrygę przeciwko zakochanym, wystawiając ich wierność na próbę. Don Alfonso postanawia bowiem udowodnić Guglielmo i Ferrando, że ich ukochane, siostry Fiordiligi i Dorabella, nie pozostaną im wierne. Dwaj przyjaciele przyjmują to wyzwanie i zakład, po czym wyjeżdżają, rzekomo udając się na wojnę. Don Alfonso przy pomocy Despiny, pokojówki obu panien, doprowadza do tego, że Fiordiligi i Dorabella zaczynają ulegać egzotycznym zalotnikom, którymi są przebrani za Albańczyków i nierozpoznani Guglielmo i Ferrando.
Niebagatelne znaczenia dla przebiegu akcji mają sceny z iście groteskowo przebraną Despiną, które można uznać za typowe dla włoskiej komedii rozwiązanie oparte na maskach, przebraniach i deformacji obrazu świata będące swoistym uwypukleniem, zaakcentowaniem ludzkich zachowań ułatwiającym odbiorcy właściwą ich ocenę. Mamy zatem swoisty miks lekkiego humoru, czy wręcz frywolności ze strony Despiny, z wplecionymi weń zaskakująco głębokimi refleksjami dotyczącymi ludzkiej natury – vide budowanej li tylko na pustych frazesach, „głębi” uczuć pomiędzy głównymi bohaterami. W dodatku nie dotyczy to jedynie niezdolności obu sióstr do dochowania wierności, lecz i zastanawiającego zaangażowania obu młodzieńców w uwiedzenie owych. Co ciekawe udowodniona niewierność wynikająca z płytkości uczuć, fikcyjny ślub, czy nawet zdemaskowanie intrygi bynajmniej nie przeszkadzają w paradoksalnym, pozornie bezrefleksyjnym happy endzie. Czy aby jednak na pewno? Otóż nie do końca. Patrząc bowiem na tytułowe dzieło nieco szerzej i głębiej analizując je tak pod kątem ówczesnych realiów, jak i geniuszu jego twórców, jawi się nam wyrafinowany żart będący swoistym ostrzeżeniem przed przekraczaniem ogólnie przyjętych granic w imię chęci osiągnięcia skrajnych emocji, czy też taniej podniety. Jeśli bowiem uznać, iż miłość jest przenaszalna a jej obiekty zamienne/zastępowalne, to zamiast rzeczywistych uczuć otrzymujemy pozbawione jakichkolwiek emocji równanie, schemat w którym bezrefleksyjnie podstawiamy określony zbiór zmiennych niespecjalnie martwiąc się o jego wynik.
Ze względu na nad wyraz ograniczone miejsce w orkiestronie, klawesyn (za którym zasiadł Krzysztof Trzaskowski) stanął na scenie, co wbrew pozorom nawet w najmniejszym stopniu nie zaburzyło spójności inscenizacji, gdyż z racji akompaniamentu podczas recytatyw ewoluował do roli kolejnego aktora. Jeśli zaś chodzi o samych solistów, to śmiem twierdzić, że Polska Opera Królewska raczej nie ma problemów z kadrami. Patrząc nawet tylko na samą obsadę „Così fan tutte” teatr proponuje … trzy składy, więc nie dość, że jest w czym wybierać, to na dobrą sprawę wypadałoby obejrzeć wszystkie trzy konfiguracje. Nam jednak, pomimo próby dla mediów, udało się poznać jedynie jedną obsadę: Fiordiligi – Anna Wierzbicka, Dorabella – Aneta Łukaszewicz, Despina – Iwona Handzlik, Ferrando – Jacek Szponarski, Guglielmo – Damian Wilma, Don Alfonso – Bogdan Śliwa. Nie wiem jak pozostałe, lecz „nasza” wypadła wybornie a jeśli chodzi o moje osobiste typy, to jestem pod wielkim wrażeniem tak talentu, jak i urody Despiny, czyli Iwony Handzlik, która niczym żywe srebro cieszyła nie tylko uszy, ale i oczy. I piszę to bez nawet śladu wymuszonej grzeczności, gdyż nie ukrywam, że o ile mam swój prywatny operowy top 10, to dziwnym zbiegiem okoliczności „Così fan tutte” się do niego nie załapało. Niby na potrzeby testów od czasu do czasu sięgałem po wydanie Rubicona (Royal Liverpool Philharmonic Orchestra, European Opera Centre, Laurent Pillot), to szczerze przyznam przynajmniej do tej pory czyniłem to bez zbytniego entuzjazmu. Brak „łapiących za ucho” arii, czy też mogących umilić codzienną krzątaninę „nośnych” melodii sprawiły, że tytułowe dzieło jawiło mi się głównie jako obiekt badań muzykologów i pewną formę lektury szkolnej, którą znać wypada, jednak wracać do niej już niekoniecznie. A tymczasem stołeczne przedstawienie ukazało „Così fan tutte” w zupełnie innym świetle. Zamiast iście matematycznej dokładności Mozarta pierwsze skrzypce zaczęły grać emocje a perypetie głównych bohaterów spokojnie można byłoby przenieść do naszych współczesnych czasów, czyli krótko mówiąc fabuła nic a nic nie straciła na aktualności. Jeśli zaś chodzi o samą warstwę muzyczną, to po raz kolejny dane nam było doświadczyć nad wyraz wyrafinowanych i patrząc na owe zagadnienie, z naszego – audiofilskiego punktu widzenia, na wskroś referencyjnych doznań. Brak wszechobecnej w muzyce popularnej amplifikacji, stricte „naturalne” instrumentarium, jak i miejsca w pierwszym rzędzie to doświadczenia i emocje których próżno szukać na nawet najbardziej wyżyłowanych nagraniach. Spora w tym zasługa dyrygenta – młodziutkiego Dawida Runtza, który dysponując iście kameralnym składem wycisnął z dzieła Mozarta zaskakująco bogate pokłady muzykalności.
Po raz kolejny chcemy złożyć podziękowania Dyrekcji Polskiej Opery Królewskiej za zaproszenie i możliwość przygotowania niniejszej mini relacji. Niezmiernie cieszy nas również fakt, iż jak mogliśmy się w miniony czwartek przekonać na własne oczy, inicjatywa organizacji prób „medialnych”, i to pomimo sezonu wakacyjnego, cieszy się coraz większym zainteresowaniem przedstawicieli tak prasy, jak i telewizji, co świetnie widać na zdjęciach oblężonych przez kamerzystów lóż, które znajdziecie Państwo w relacji Jacka.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Dzisiejsza lifestylowa relacja będzie krótkim przybliżeniem naszego uczestnictwa w przedpremierowej, tak zwanej medialnej, próbie wystawianego w Warszawskiej Operze Królewskiej dzieła Wolfganga Amadeusza Mozarta „Cosi Fan Tutte”. To już drugi taki operowy wypad naszej redakcji do serca Warszawskich Łazienek – Starej Oranżerii, z tą tylko różnicą, że po relacjonowanym na naszych łamach zimą rodzimym „Strasznym Dworze” Stanisława Moniuszki, tym razem na tapet, trafiło dzieło z puli europejskiej. Naturalnie, jak przystało na lokalizację – Łazienki Królewskie, tego typu przedsięwzięcia wymagają odpowiedniego podejścia organizatorów do tematu oprawy nie tylko od strony obsady znakomitych artystów – listę jak zwykle pieczołowicie przedstawił w swoim tekście Marcin, ale również pionu zarządzania całym projektem. Co mam na myśli? Nic szczególnego, bowiem chodzi o osobę reżysera, którego obowiązki wzięła na swoje barki znakomicie rozpoznawalna w Europie pani Jitka Stokalska, oraz kierownika muzycznego i dyrygenta – Dawida Runtza. Czy spełnili pokładane nadzieje? W moim odczuciu znakomicie, ale o tym później. Dlaczego? Choćby dla przybliżenia w pierwszej kolejności fabuły głównego tematu naszego spotkania.
Bywalcy podobnych przybytków artystycznych uciech wiedzą, iż w zdecydowanej większości operowe fbuły opierają się o stosunki damsko męskie. Tak też było i tym razem. Jednak najważniejszy jest temat przewodni, który w omawianym przypadku stawia znak zapytania co do wierności panien z dobrego domu w sytuacji oddalenia się na dłuższy okres ich, co prawda jeszcze nie poślubionych, jednakże w pewien sposób przyrzeczonych sobie po grób, drugich połówek – buńczucznych młodzieńców. Na czym polega intryga? Otóż nieco starszy od wywołanych do tablicy kawalerów, znający życie od podszewki, znajomy postanawia udowodnić ułomną według jego wiedzy wierność młodych panien, bez względu na ich zaklinanie się co do wiecznej miłości. Oczywiście aby temat miał ciąg dalszy kawalerowie podejmują wyzwanie i na potrzeby intrygi markują natychmiastowy wyjazd na wojnę. Panny łkając zarzekają się na wszystko, że będą z utęsknieniem czekać, by natychmiast po rozstaniu zapaść w cichą rozpacz i tęsknotę za lubymi. Ci zaś trochę nikczemnie przebierają się za egzotycznych przybyszów z Albanii i za sprawą wspomnianego nieco leciwego przyjaciela, celem podbicia serc pozostawionych na tęsknotę samotnych dam, trochę na siłę, ale za to skutecznie, rozpoczynają zaloty. Co ważne, każdy postawił sobie za cel uwiedzenie wybranki przyjaciela. Nie będę dokładnie streszczał naszpikowanej zwrotami akcji fabuły, jednak przyznam szczerze, łatwo nie było. Powiem więcej. Panny były na tyle wytrwałe w swych obietnicach, że do niecnego celu złamania ich hartu ducha została przekupiona nawet ich pokojówka. Wynik? O nie. Tego nie zdradzę. Odwiedźcie Starą Oranżerię w Łazienkach Królewskich jako uczestnicy jednego z kilku przedstawień „Cosi Fan Tutte” i wszystkiego sami się dowiecie. Ja z pewnością nie popsuję Wam frajdy poznania wydarzeń podczas aktywnego obcowania ze sztuką. Jednak cała sytuacja zakończyła się happy endem i za porozumieniem wszystkich stron została potraktowana jako jedno z doświadczeń życiowych.
Gdy znamy w przybliżeniu tok wydarzeń, przyszedł czas na kilka informacji o technicznej stronie tego operowego przedsięwzięcia. Jak wspominałem we wstępniaku, temat zarządzania akcją i oprawą muzyczną z racji znanych w świecie nazwisk pani reżyser i maestro kierującego Orkiestrą Polskiej Opery Królewskiej był wysokich lotów. Ale to nie koniec atrakcji, bowiem w sukurs pracy ww. pionu zarządzania szli nie tylko występujący na scenie, dysponujący świetnymi głosami wokaliści, ale również tryskający przekładającą się na świetny odbiór spektaklu przez licznie zgromadzoną publiczność radością, będący dość liczną grupą statyści z zespołu wokalnego Polskiej Opery Królewskiej. A gdy do tego dodamy znakomicie sprawującą się pod batutą Dawida Runtza orkiestrę, świetnie wpisujący się we wszelkie recytatywy opery, obsługiwany przez Krzysztofa Trzaskowskiego klawesyn, sprawiającą wrażenie niezbyt rozbudowanej technicznie, ale za to bogatą w doznania wzrokowe scenografię, z czystym sumieniem jestem w stanie stwierdzić, iż miałem przyjemność uczestniczyć w wysokich lotów przedstawieniu operowym. A przypominam, wszystko odbywało się w stosunkowo niewielkiej, jak na takie imprezy kubaturze – dyrygent z powodu bardzo wąskiej fosy dla orkiestry miał problem z dotarciem do miejsca pracy, co już na starcie stawiało organizatorom mnóstwo wyzwań. Ale jak to mówią, jak się chce i co najważniejsze potrafi, to można wszystko, czego byłem naocznym i nausznym świadkiem.
Reasumując ten pisany z przymrużeniem oka tekst chciałbym podziękować organizatorom – Polskiej Operze Królewskiej w Łazienkach Królewskich w Warszawie – za zaproszenie na to bardzo ciekawe, nie tylko od strony artystycznej, ale również technicznej, wydarzenie sceniczne. Jestem rad z możliwości uczestniczenia w podobnych przedsięwzięciach, dlatego też z przyjemnością zdaję z nich relację jak na przysłowiowej pierwszokomunijnej spowiedzi. Fakt, zazwyczaj robię to, być może dla wielu, zbyt lekkim piórem. Jednak według mnie unikanie oficjalnego tonu podczas kreślenia podobnych refleksji, w dzisiejszych, tak zwanych „życzeniowych” czasach, jest w stanie zrobić więcej dobrego niż złego. Co mam na myśli? Przekładając z polskiego na nasze, ma szansę przyciągnąć do niezbyt łatwego w odbiorze dzieła operowego inną niż posługując się bardzo na czasie nomenklaturą wyborczą „twardy elektorat”, tak zwaną świeżą krew. A chyba o to w zapraszaniu na takie wydarzenia przedstawicieli mediów chyba chodzi.
Jacek Pazio
Opinion 1
Unfortunately. Yes, from my point of view, a man who pays attention to the smallest details of every aspect of life, we live in crazy times now. Of course, those are theoretically better now, as we can satisfy almost all of our desires, but looking more closely, from the point of view of an audiophile searching for the ideal sound, it turns out, that the current tendency to equip audio devices with practically all functions – integrated amps can work as DACs or even streamers – this often turns out to be their Achilles heel, as the final product offers mediocre sound quality at best. So what was the spark igniting my delicate frustration with this topic? It was something that restored my hope, that not all is lost, as there are still devices on the market, like the one tested today, that start to conquer the market in a more conservative way, not by appealing to customers by multitasking, but by the quality of the offered sound. So you may wonder, about whom, or what, am I talking now? I would like to introduce you to a newcomer to our market, the Polish brand Fulianty Audio, which decided to take care of those audiophiles first, who, due to their living conditions, are forced to use any of the high quality headphones available on the market, to be able to listen to their beloved music. So is everything clear now? If not, then I am happy to announce, that due to a logistic effort of the manufacturer, we received a product, going some way against the current trends, based on tubes working in pure class “A”, headphone amplifier ST-18, supported by the power cord PC-1 and interconnect IC-18 in the test.
As you can see on the pictures, the constructor of the tested amplifier tried to put the money where it matters, not spending it on the looks, which are least important from the sonic point of view. Looking at the chassis of the 18 headphone amp, we will find no designer extravaganza, but a solid construct, fulfilling the technical requirements for the device and allowing easy upgrade by the potential client. We have here a rigid, tightly bolted carcass. The front panel, made from Corten steel, is mounted to the chassis with four screws, and ports two big knobs (the left one selects inputs, while the right one controls volume). Between those knobs there is the headphone socket with the etched and blackened company logo above it. Due to the tube nature of the amplifier, the designer needed to provide ample cooling, so besides the side walls being hefty heat sinks, the top cover is divided into a few rectangular blocks, which have holes drilled in them. But ventilation is not the only function of this part of the chassis. First of all, near the front, we have etched, yes etched and not printed or milled, as it is common with the competition, descriptions of the function of each of the knobs. Secondly, under a cover located in the middle of the unit, we have access to the vacuum tubes, which have the most impact on the sound of the whole. You just need to untighten four screws and the door to modeling of the sound is open. Interesting? I think, that not only for me, but for most lovers of similar constructions, this is a big YES. Finally, to complete the description, a few words about the back end of the device. As this is a headphone amplifier, the back plate is not very crowded. So what is located there? I might surprise you – to allow more than one source to be used, there are three RCA inputs and one RCA output. There is also a power socket. So you can see, this looks quite modest. However taking into account what is the purpose of the unit, it turns out, to be more than sufficient. The only thing remaining is the description of the cabling, however due to lack of any information about them, I will refrain from doing that. I will just mention, that the whole test was done using those, and from the time perspective, it turned out, that the constructor of the amplifier and the cables absolutely knows, what this game is about.
In the beginning of the part devoted to the quality of sound offered by the tested amplifier, I must note, that the headphones supplied by the manufacturer, and visible on the photos, the Beyerdynamic DT-150, did show a decent performance, but my main observations of the ST-18 are based on combining it with the Audio-Technica ATH-ADX5000 we tested recently. This is a completely different league, which allows me not only the verification the sonic abilities of the 18, as advertised by the manufacturer, but also, if the claims are verified, to see what the amplifier can really do. And? I have to bow for the constructor, as he absolutely did not exaggerate with the claims he made, as the Japanese headphones showed, that the tested device is absolutely able to compete with the best competition. After the hearing accommodated to this new combination, and the two components learned each other, the sound became more resolved, yet remained incredibly juicy. And in this case, juicy does not mean, that the sound resembles a thick lava, but has some ear friendly rounding, while remaining incredibly informative. What is ultimately important, despite the amount of information, the sound was surprisingly smooth, and was able to fulfill all expectations in terms of elongating the decay of natural instruments to the max. Yet it was not done as a kind of mannerism, unifying everything, but this effect was dependent on the played music. Which music? For example my beloved ancient music from the sign of Jordi Savall or ECM jazz by the late Tomasz Stanko. Each and every time it was an abundance of sounds, sparkling in the well configured ether around my head. But what do I mean with “well configured”? Well, this is nothing special, only an interesting balance of putting proper amount of air in the virtual stage, while not over-inflating it too much. Every virtual source was clear, juicy and depending on the needs, it emanated with appropriate energy. There was no averaging with a too overblown size of the world enclosing my head. Everything was delivered to the point, with good timing and appropriate ethereality, or translating this into a more understandable language, with good energy, saturation and great placement of the events in space.
But this is not the end of interesting information. After saturating my needs with the music I love most, time came to try something heavier. Thus came the works of John Zorn with the project Masada and the music from Massive Attack. And the effect? The whole time the sound was following the positive points I mentioned before, it was well weighted and not showing the slightest signs of slowing down. There was energy, the was fantastic saturation, and through the very good resolution of the amplifier, there was very good, very quick, reproduction of information enclosed there. And the best thing is, that the plasticity of the upper registers and the roundness of the midrange did not prevent the reproduction of the shrillness of the squeaks during listening to electronic music or the explicitness of the cymbals in free-jazz. Just everything was more noble. Nothing else. But well, I would not be honest with you, if I would not mention the ability to influence the sound of the amplifier with appropriate tubes. And I must confess, that I decided to have it musical. So I am absolutely certain, that you can change the over-civilized treble in computer generated and young music just by picking appropriate tubes. And what does this mean? It means that those few days I spent, were with a very universal device, which is able to fulfill even the most sophisticated expectations.
Summarizing my opinion, I can boldly confirm the statement from the paragraph, where I described the tested amplifier from the technical point of view, that the money, the constructor had for the project, were spent mostly on the sonic quality of the device. Being a bit malicious, I could say, that the sound is inversely proportional to the looks of the unit; while not being too pretty it can bring the listener in musical places, where only the best can. We get a multicolored, full of beauty, musical spectacle, offering an infinite amount of information and instruments decaying into infinity. Am I bending reality? I must confess, that before I entered this test, I did not think, that I can get so carried away with the emotions. But I assure you, everything I wrote, is only the main package of the offered sonic goods. Why? First of all, I only used the headphones I knew from another test. Secondly, although I do this on a daily basis, and I should be able to capture the smallest nuances, yet while I am usually using big loudspeakers, there are things that can slip my attention, when using headphones. And thirdly, and probably most importantly, my setup is completely different to the targeted client, what allows me to suggest, that potentially interested may hear the most important nuances differently than I do, and they may be much better. So if you are into this kind of listening, then our tested headphone amplifier, Fulianty Audio ST-18, should be a certainty on your “to listen to” list. I assure you, even if there will be no happy end, you will not see the time you spent on listening to it as wasted, and the gained experience might trigger you to revisit it sometime later.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD: CEC TL 0 3.0 + Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU, VIVALDI DAC 2.0
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
– IC RCA: Hijri „Million”
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Opinion 2
Although the weather is inviting, as some say, to outdoor activities, what implies the usage of multiple kinds of mobile devices, which allow us access to our beloved music, and I mean with that the more and more sophisticated DAPs, wired and wireless headphones, Bluetooth speakers, which double in the role of power banks, together with Jacek we decided, albeit a tad perversely, to check out how to drive your already owned, or only planned, headphones. You might already have guessed, that instead of exploring the portable segment, we were more inclined to focus on a fully stationary device. And a tube device at that, a kind of competition for the very refined, and not so long ago tested, Octave V 16 Single Ended . Are you interested? If you are, then I would like to invite you to a meeting with the headphone amplifier Fulianty Audio ST-18.
Oh wait – does the name Fulianty Audio tell you anything? Maybe you heard, that in Wręczyca Wielka some audiophile gear is being made? Still nothing? Well, it seems not only I am underinformed, or we deal here with extreme, elite underground. Now Mr. Rafał Fulianty approached us with his headphone amplifier, this is the sign, that he is now trying to have broader reach with his fully completed product ST-18, beyond the most intimate circle of his acquaintances. I am mentioning this in the beginning for a reason, as I know, how small manufacturers work, existing on the edge of DIY and the twilight zone, who are tempted to always improve or change something, even when they announce, their product has reached final state. We are the more satisfied to inform, that the constructor himself – the mentioned Rafał Fulianty – dispelled our doubts stating, that “the headphone system Fulianty Audio is a thought through concept. It was developed and tested over many years. There was a number of prototypes, each subsequent having a more modest amplifier circuitry and at the same time a more elaborated power supply. The amplifier ST-18 is not a nostalgic return to the epoch of the tube table radio, this is no fancy stuff with wooden side panels, but a modern powerhouse for driving the best dynamic, high impedance headphones of the world.” But hold your horses – we have a headphone amp here, and he talks about a “system”. Please remain calm, everything is as it should be. It is just that with the tested amplifier ST-18 the lucky buyer receives not only the PC-18 power cord, the interconnect IC-18, but also … dedicated headphones Beyerdynamic DT-150. And please do not get upset, that at the 4500 Euro price tag you get headphones for 600 zlotys. There could be no headphones in the set, and it would still be OK, most manufacturers do not include headsets in their bundles. Yet here we get a complete set, ready to use, lacking only a sound source. However I would suggest to treat those peripherals as a starting point only, as, anticipating the facts a bit, the ST-18 deserves better, much better. But first things first, before we talk about its sonic abilities, let us have a look at the externals.
Well, while the mentioned Octave V 16 Single Ended resembled, especially with the grille on, a heavily armed horseman, we could also think about placing the Polish product in the dark middle ages. The design of the chassis is very rough, and looking at it, there is no chance you could think it was created in an R&D department of any of the main players on the market. Absolutely not, this is a thoroughbred underground, which comes with everything we tend to associate with that kind of product. The front panel is a massive slab of Corten steel (besides the silver version we received for testing, there is “rusty” option as well), which looks like the beginning of the creation process, and not the final product. It is not that I am nitpicking, I am not, but placing the ST-18 next to my Bryston 4B³, which has “studio roots” (what means it has to work good and not just look good), I had the impression, that some stages of production were missed. But let us put this aside, and I will just mention, that currently metal processing gives a lot more possibilities, than the result we see on the photographs. But let us return to the point. In the center of the fascia we have the company logo and a brilliant Neutrik headphone socket with a lock. To the left there is a massive knob of the input selector, and to the right, a twin of the left knob, but this time used for volume control. Here a remark about usability – the description of the sources and the volume direction is located on the richly perforated, massive top cover, with an intriguing, bolted cover over the “tube chamber”, which houses three … tubes. Of course attention is drawn to a tube with a shape resembling the classic 300B, the 6AS7G (6080, 6N13S), the main element of amplification. Next to it, there is a modestly covered with a black jacket, control tube 6N1PEW (6N23PEW, ECC88, ECC85) and a small, French F9031A (XT90A) responsible for the delayed anode current switching. Not a lot? That was the idea, as according to the words of Albert Einstein “Everything should be as simple as possible, but not simpler”. So in the Fulianty Audio the amplified signal meets only four elements on its way, two of them being the tubes visible on the pictures. You can also notice, that there are no output transformers visible (or felt for that matter – the center of gravity is not shifted), what can be a clue to the circuitry used in the unit. Yes, you are right. The ST-18 is an OTL SE circuit (Output Transformerless Single-Ended), without a global feedback loop, mounted Point-to-Point. Regarding the mentioned power supply – it is a quasi dual mono setup, with one “audiophile” power transformer, one choke with very high inductance and separation of the power lead to the tubes using a battery of capacitors.
The back panel looks splendid and causes no controversies. The left part is occupied by an IEC power socket, next to it, we find a nice plaque with the legend for a single output terminal and three input terminals, all RCA.
Moving on to the section devoted to sound I can forgo with clean conscience the part about burning in, as the system arrived after very intensive usage by Jacek, and taking into account, that we can move items between our homes within about a quarter, if it is outside rush hours, then you see, that the ST-18 could not even get really cold. However I did give it some time to warm up, as I think I should call the time I spent with the peripherals supplied with the amplifier, the cables and … the Beyerdynamic DT-150, like that. Yes, yes. It might look strange, but after a few hours, I was absolutely certain, that what I am hearing is great, but is not the full extension of the capabilities of the tested unit, but only a substitute, something like an iceberg, where the part above the water is just a fraction of the true size of it. Nevertheless even in this startup configuration I must confess, that the dissonance between what you see and what you hear is similar to what inexperienced audio acolytes experience during the first contact with the Japanese electronics Audio Tekne. Additionally the analogy to Japanese products is not far off, as the ST-18 has similar sound aesthetics, combining incredible resolution with smoothness, saturation and transparency. In short when we put on the headphones we are not just listening / hearing, but transferring to the world of sounds. This transition happens in a barely perceptive way, delicately, en passant – this in opposition to the brutal hijacking done by the Octave. The result seems the same, but having both devices side to side, you decide, if you want to move from point A to B using your private Gulfstream G650R or the Bombardier Global 7500, or g-forced into the seat of a MiG-35. The Fulianty Audio does it in passing, very natural, and the last thing you could accuse it of, would be forcefully trying to impress you. No, here we have something completely different. It just does its work and we are either interested or not. Something like doing an afternoon walk and stroll along a small house, where you hear Eric Clapton playing some licks just for his pleasure. Theoretically you can just shake your head and move along, but I would, and I am talking only about myself, I would sit down as close as possible, yet not obtruding, to be able to enjoy the musical absolute as long and as intensive as possible. This is the kind of experience that was provided by the 18. Yet although with the proprietary cabling and DT-150 the whole can be described as great, in terms of resolution as well as creating space and the extension of the reproduced frequency range, changing the cables shows clearly, that the game commences there. Replacing the interconnects with the Tellurium Q Silver Diamond and the power cord with the Furutech NanoFlux-NCF was like moving from shoddy CD pressings to master quality files. Seemingly you hear the same thing, but there is more and it is better. Even such obscure recordings like “Runaljod – Ragnarok” by Wardruna gained breath and swing, and all the “mystically-animal” ornaments were able to chill your back.
It was similar with the headphones. The Beyerdynamic only opened the door to the audiophile eden, as changing them to the slightly more expensive Meze 99 Classics Gold and 99 Neo gave more insight into what is happening deeper, while the Audio-Technica ATH-ADX5000 used by Jacek, allowed to step in fully. Can it be better? I am sure of it, and I think, that a marriage with the Focal Utopia could painfully change my vacation plans. True, true. While I am not a fan of modern classical music, delicately speaking, the Meze and Audio-Technica made me not only listen with joy, but truly admire … “Canticle Of The Sun” (Gideon Kremer / Kamerata Baltica) in studio session as well as live version, I am afraid what would happen with the French flagships. The Fulianty offers a complete, natural and finished sound, but with a kind of reversionary naturality, reaching generations back, when music was played and not “made”. The difference is maybe small, but more than painful in quality terms. Here is no place for cold analysis or smashing sounds into atoms. The instruments are like live, the stage stars are like from a journal. No, I apologize. With the 18 in the sound path, those stars and not “tuned”, not photoshopped, they are natural, close enough to touch. Pure flesh and blood and additionally playing only for us. And the intensity and palpability? Are you joking? The ST-18 is your own ticket for an exclusive concert of Amarok, Editors or Me and that Man. And that I am not writing about the placing of virtual sources … well, when you are going to a gig, played just for you an a few of your friends, are you acting like a speech therapist or ENT specialist? If not, then please stop getting your head around the audiophile tidbits and concentrate on music.
The Fulianty Audio ST-18 is an exceptional device, but at the same time ambiguous and not allowing to be easily classified. It sounds like it should in extreme High-End, but to fully appreciate its sound you must pamper it with appropriate cables and headphones and … leave it out of our sight. Without being event slightly malicious I do claim, that the ST-18 in the embodiment of a radio presenter with … “radio beauty”, someone who enchants with her voice, bringing people from all sexes to an extasy, but only when we are not looking at her.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Network player: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Speaker cables: Signal Projects Hydra
– Power cablese: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Table: Rogoz Audio 4SM3
Manufacturer: Fulianty Audio
Price: 5 550 € (complete set)
Technical specifications
– Imput impedance: 100 kΩ
– Power Output: max 250 mW
– Recommended headphones Impedance: 60 – 600 Ω
– Power AC: 230V or 120V
– Power Consumption: 40W @230V
– Dimensions (W x D x H): 420 x 370 x 110 mm
Opinia 1
Po nad wyraz miłym spotkaniu z topowym, fabrycznie konfekcjonowanym przewodem głośnikowym japońskiego Furutecha, czyli fenomenalnym Nanofluxie przyszła pora na jego bezpośredniego konkurenta oferowanego … ze szpuli. Tak, tak mili Państwo, skoro w sekcji zasilającej praktycznie jedynie Nanoflux-NCF, Powerflux (PS-950-18E) i Power Reference III są dostarczane jako „gotowce”, to trudno oczekiwać, żeby w pozostałych asortymentach było inaczej. Dlatego też z właściwym ciężarowi gatunkowemu dzisiejszego gościa zainteresowaniem przyjęliśmy pod swój dach nad wyraz intrygujące przewody głośnikowe o jakże łatwo wpadającej w ucho i zapadającej w pamięci nazwie DSS-4.1, które to do naszej redakcji raczył był dostarczyć rodzimy dystrybutor marki – katowicki RCM.
Jak sami Państwo widzicie ekipa RCM-u była na tyle miła, że zamiast rzucić na pastwę losu i nam na pożarcie dwa surowe odcinki, bądź co bądź sprzedawanych prosto ze szpuli – na metry, tytułowych głośnikowców postarała się o dedykowany – nie tylko zakonfekcjowany, lecz i wyposażony w eleganckie splittery, dwuipółmetrowy set demonstracyjny. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by dowolną konfekcję wykonać we własnym zakresie, bądź zlecić ją w salonie / bezpośrednio u dystrybutora, jednak akurat w naszym przypadku wychodzimy z założenia, że im mniej komplikacji i udziwnień, tym lepiej, więc taka para „gotowców” w zupełności spełniała nasze kryteria wstępne.
Sam przewód nie jest przesadnie gruby, więc dzięki temu nie powinien sprawiać większych problemów podczas układania go za systemem i kolumnami, co dodatkowo ułatwiają odsłonięte, wychodzące ze splitterów pojedyncze żyły przewodów. Jedwabiście opalizująca czarna w srebrne ciapki zewnętrzna, ochronna plecionka w dotyku przypomina tę, jaką doskonale znam z poprzedniej inkarnacji duńskich Organiców z serii Original. To niezwykle miła w dotyku otulina, która nie ma tendencji ani do „zaciągania” ani, co bardzo istotne w codziennym użytkowaniu, do „łapania” kurzu. Jeśli zaś chodzi o bardziej wnikliwą, a więc sięgającą pod ów peszelek wiwisekcję, to … uczciwie trzeba przyznać, że Japończycy całe szczęście nie próbowali wyważać już raz otwartych drzwi, czy też wynajdować koła na nowo, lecz wykorzystali doświadczenia zdobyte podczas projektowania i produkcji skądinąd rewelacyjnego przewodu zasilającego … DPS-4, czyli tzw. „różowej landrynki”. Co prawda na przestrzeni ostatnich dwóch lat Landryna doczekała się wersji 4.1 a jej wściekle różowy peszel nieco przygasł, ewoluując ku zdecydowanie bardziej nobliwej biskupiej purpurze (widocznej na zdjęciach u Jacka), ale tak idea, jak i materiały pozostały praktycznie bez zmian. Zaczynając zatem dogłębną analizę od samiuśkiego środka mamy do czynienia z dwużyłowym, podwójnie ekranowanym przewodem, w którym każdy z przebiegów zapleciono na rdzeniu z NCF PE o średnicy 0,8mm. Na nim, zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara (dla ułatwienia dodam, że jest to w prawo) nawinięto 89 drucików z miedzi α-OCC o średnicy 0,18 mm każdy, kolejną warstwę z dokładnie takich samych, lecz już w liczbie zaledwie 39 drucików, nawinięto w lewo a następną, tym razem już z 62 o średnicy 0,13 mm wykonanych z miedzi α-DUCC ponownie zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Każda z takich żył posiada dodatkową izolację wykonaną z FEP (Fluoropolymeru) i zewnętrzną z P.E – brązową dla „+” i niebieską dla „-”. Całość otulana jest owijką z włókniny, następnie czarnym PVC wzbogaconym związkiem ceramicznych nanocząsteczek węgla, na który „idzie” podwójny ekran w postaci miedzianych folii i plecionki, które to są z kolei owijane taśmą papierową, na którą trafia warstwa PVC utrzymana w kolorze ciemnej purpury, czyli tego, co znamy właśnie z „Landrynki”. Żeby jednak całość zbyt mocno nie rzucała się w oczy Japończycy postanowili dołożyć jeszcze jeden peszelek – czarno srebrną plecionkę z przędzy nylonowej.
Przewody są kierunkowe a o ich prawidłowej orientacji informują stosowne strzałki na aluminiowych splitterach.
Mając świadomość tego, co potocznie mówiąc „siedzi” pod ozdobnym wdziankiem, jak i tego, co potrafi jego nad wyraz bliski krewniak, czyli DPS-4 niejako podświadomie spodziewać by się należało podobnej wyczynowości pod względem tak rozdzielczości, jak i dynamiki. Tymczasem sprawy wyglądają nieco inaczej, gdyż nawet nie przez drobne różnice konstrukcyjne, co głównie zasadniczo różne, znacząco mniejsze w przypadku DSS 4.1, prądy płynące przez tytułowy przewód, zachowuje się on nazwijmy to na razie „po swojemu”. Jest bowiem rozdzielczy, lecz już nie tak bezkompromisowy a ze względu na miejsce implementacji nie stawia też aż takich wymagań, co do „przepustowości” tego, co znajduje za nim. Chodzi bowiem o to, że „Landrynka” w bogactwie informacji potrafiła niemalże „utopić” nieradzące sobie z ich odpowiednio szybkim przetworzeniem niezbyt wydajne urządzenie, natomiast DSS-4.1 tak naprawdę ma za sobą jedynie kolumny a to nieco zmienia postać rzeczy. Nieco, gdyż nie ma co zaklinać rzeczywistości i twierdzić, że to kable są najważniejsze, skoro wiadomym jest, iż mniej więcej w 90% za finalne brzmienie kolumn odpowiedzialna jest amplifikacja a pozostałe 10% jest to pakiet informacji, z którego właśnie przy pomocy okablowania chcemy jak najwięcej zachować. Tak, tak mili Państwo – kable same z siebie niczego dodać nie mogą, gdyż będąc elementem pasywnym de facto nie miałyby z czego takowych nadmiarowych informacji pozyskiwać. One co najwyżej mogą jedynie pewne detale zachowywać dla siebie, odfiltrowywać określone niuanse i akcentować inne, ale cały czas obracamy się w stałym zborze impulsów elektrycznych dostarczanych przez wzmacniacz. Krótko mówiąc chodzi o to, by dany odcinek przewodu jak najmniej zachowywał dla siebie i przysłowiowo „znikając w torze” zapewniał możliwie pełną zgodność „sum kontrolnych” tego co otrzymuje na wejściu, z tym co wychodzi na jego przeciwległym krańcu. I właśnie z takim przypadkiem mamy do czynienia tym razem. Weźmy niezwykle nastrojową ścieżkę dźwiękową „Tuntematon Sotilas (Musiikki Aku Louhimiehen Elokuvaan)” autorstwa Lasse Enersena, gdzie wieka symfonika przeplata się z fińską kolędą („Joulu Rintamalla”) a z reguły trzymana na dystans scena nagle się do nas przybliża diametralnie zmieniając perspektywę odbioru. Niezwykle trudno przy takiej estetycznej wolcie zachować spójność i nastrój kompozycji, a tymczasem Furutech podołał precyzyjnie ogniskując poszczególne źródła pozorne, dzięki czemu orkiestra pozostała na swoim miejscu, a jedynie wokaliści rozsiedli się tuż przy słuchaczu. Równie pozytywne wrażenie robi rozciągnięcie, oraz precyzja i wolumen najniższych składowych. Zero onirycznych plam i snucia się przy kostkach. Tak jak na średnicy, czy też wysokich tonach jesteśmy określić fakturę i wypełnienie konturów dźwięków, tak samo jest na basie i o ile na ww. soundtracku ów fundament jest po to, by tworzyć klimat, to już na piekielnie szybkim i perfekcyjnie wirtuozerskim „Controlled Chaos” Nity Strauss perkusja nie tyle wgniata w fotel, co wręcz szarpie trzewia a gitarowe riffy, z których owo wydawnictwo w większości się składa, palą żywym ogniem. Zamiast jednak siec uszy sykami i wizgami pozornie rodzącymi się pod palcami jedynej kobiety uhonorowanej customowym, sygnowanym jej własnym nazwiskiem, przepięknym Ibanezem JIVA z mahoniowo – klonowym korpusem i klonowo – amarantowym gryfem, Furutech z owych gitarowych popisów tka misterną pajęczynę ognia i precyzyjnie rozwiesza ją w przestrzeni. To nie jest bezmyślna rąbanka w stylu byle szybciej, byle więcej, lecz czysta wirtuozeria i zabawa konwencją a jednocześnie przełamywanie stereotypów, że niby kobieta nie potrafi tak „szyć na wiośle” jak daleko nie szukając Steve Vai (nomen omen grający na dedykowanym mu Ibanezie Jem7). Tutaj liczy się zdolność wiernego oddania poruszających się z niewyobrażalną szybkością palców po gryfie, oraz strunach, i to właśnie owa szybkość staje się determinantą sukcesu, bądź porażki. Nie muszę chyba dodawać, że 4-ka ów test zdała celująco? Muszę? No to proszę bardzo – oto 6-ka.
O wyrafinowaniu i zaszytej głęboko w firmowe DNA rozdzielczości i transparentności przekonać się jednak można nie tylko eksplorując ekstrema gitarowych gigantów, lecz również na zdecydowanie bardziej cywilizowanym, co bynajmniej nie oznacza łatwiejszy, repertuarze. Weźmy na ten przykład „Baubles, Bangles and Beads” Steve’a Kuhna i jego trio, gdzie każdy z instrumentów z powodzeniem mógłby mieć swój własny album a tymczasem nader zgrabnie spięte zostały w ramy wspólnego projektu i to niejako nasz problem, by generowanym przez nie bogactwem dźwięków się nie dać oszołomić. Z Furutechem każde przesłuchanie powoduje bowiem sukcesywne schodzenie w głąb nagrania. Pierwsze spokojnie możemy zatem uznać za niezobowiązujący rekonesans i pobieżną ocenę drzemiącego w nim (czyli nagraniu) potencjału, drugie to oswajanie się z szalenie precyzyjnym rozplanowaniem poszczególnych muzyków na scenie i gabarytami samych instrumentów, a kolejne to już prawdziwa uczta konesera, który krążąc pomiędzy muzykami może do woli cieszyć uszy i oczy grą poszczególnych członków trio.
Nie da się ukryć, że Furutech DSS-4.1 jest niezwykle ciekawą a przy tym prawie trzykrotnie tańszą, może nie tyle alternatywą, co wstępem do tego, co oferuje usytuowany na samym szczycie Nanoflux. DSS-4.1 charakteryzuje bowiem ta sama estetyka grania, czyli wewnętrzny spokój połączony z niezwykłą rozdzielczością i wyrafinowaniem, lecz „starsze rodzeństwo” ma nieco więcej do powiedzenia zarówno pod względem wolumenu generowanego dźwięku, co jego wysycenia i prawdziwie nieprzeniknionej czerni tła. Piszę o tym, gdyż miałem przyjemność Nanofluxa w swoim systemie przez dłuższy czas gościć i mając go na świeżo w pamięci niejako automatycznie porównywałem z nim bohatera niniejszej recenzji. Bez tego z pewnością byłoby zdecydowanie mniej „ale”, lecz mając odpowiednio wysoko zwieszony punkt odniesienia o niebo łatwiej jest ocenić walory, czy też ewentualne mankamenty niższego modelu. A DSS-4.1 nie dość, że z tej jakże niekomfortowej dla niego weryfikacji wychodzi obronną ręką, to jeszcze trudno wytknąć mu nawet najmniejsze niedociągnięcia. Krótko mówiąc to świetny przewód, który ma spore szanse w pełni usatysfakcjonować może nie wszystkich, co 99% audiofilskiej populacji. A co z brakującym 1%? Dla nich jest Nanoflux, Siltechy Triple Crown i inne flagowce okupujących high-endowy Olimp marek.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Opinia 2
Co jak co, ale jedno jest pewne. Tytułowy Furutech jest jednym z bardziej znanych producentów kreujących zmiany na światowym rynku audio w dziedzinie okablowania i wszelkiego rodzaju niezbędnych to jego zaterminowania akcesoriów. Naturalnie dokładniejsze zagłębienie się w japońskie portfolio przyniesie nam kilka informacji na temat produkowanej elektroniki, jednakże biorąc pod uwagę temat rozpoznawalności marki przez zagorzałych audiofilów jest to pewnego rodzaju margines działalności. Owszem, również mającej swoich wielbicieli, jednak bez szans na postawienie pomiędzy obydwoma działami znaku równości. Przyczyna? Znacznie bogatsza oferta i częstsze pojawianie się nowości w obszarze odrutowania i uzbrojenia w niezbędne złącza, wtyki i gniazda naszych systemów. Nie mam racji? Nie musicie odpowiadać, bowiem czerpiąc z matematycznej terminologii dla zdecydowanej większości miłośników dobrej jakości dźwięku jest niepisany aksjomat, co potencjalnemu interlokutorowi nie pozostawia jakiegokolwiek pola do dyskusji. Jaki cel ma ów wywód? Otóż po niedawnym, skądinąd głośnym wejściu na rynek kabla sieciowego DPS-4 (obecnie DPS-4.1), z racji nietuzinkowego ciemno-różowego koloru zewnętrznej otuliny pierwszej inkarnacji nazwanego przez użytkowników „landrynką”, przyszedł czas na wcielenie tej serii w segment okablowania kolumnowego. Z tego też powodu serdecznie zapraszam wszystkich na kilka zdań o sposobie na muzykę serwowanym przez tytułowy set głośnikowców DSS-4.1, którego wizytę na sesji testowej zawdzięczamy katowickiemu dystrybutorowi RCM.
Przybliżając temat budowy naszego punktu zainteresowań przypomnę, iż jest to swoista adaptacja pomysłu na przesył energii elektrycznej z gniazdka do urządzenia. Jednak nie jest to przełożenie jeden do jeden wszystkich rozwiązań, bowiem przyglądając się dostępnym na stronie producenta przekrojom wyraźnie widać, iż mamy do czynienia z drobnymi zmianami w ilości i grubości drucików w każdej z warstw, by na koniec obecnie filetowy odcień zewnętrznego izolatora ubrać w zdecydowanie bardziej przyjazną oku czarną z motywem białych wężowych cętek, opalizującą plecionkę. Dostarczony do testu egzemplarz tuż przed rozdwojeniem się każdego z przebiegów na sygnał dodatni i ujemny wieńczy czarna baryłka, a każda z końcówek korzysta z solidnych firmowych widełek. Tak z grubsza przedstawia się budowa naszego bohatera. Jednak chyba najistotniejszą informacją akapitu dla wielu z Was będzie ukłon producenta w stronę tak zwanych złotych rączek i włączenie tego modelu do oferty dostępnej ze szpuli, co z dużym prawdopodobieństwem, w przypadku decyzji nabycia do swojego systemu, przy drobnym wysiłku manualnym nieco obniży koszty jego pojawienia się w docelowej układance. Co prawda prywatnie w sytuacji chęci zakupu w kwestii ubrania kabla w stosowne przyłącza z pewnością skorzystałbym z pomocy dystrybutora, jednak znam gros osób, które wykorzystają furtkę producenta i wszelkie czynności wykonają własnym sumptem. Dlatego też uważam, iż takie postawienie sprawy przez Japończyków od strony wizerunku marki jest nie do przecenienia.
Co ciekawego wydarzyło się u mnie po wpięciu DSS-a w tor audio? Otóż muzyka nabrała szybkości. Jednak ciekawym zagadnieniem okazała się być specyfika przekroju prezentowanego przez mój system pasma akustycznego. Przecież wzmocnienia ataku zazwyczaj odbywa się kosztem wypełnienia i dźwięczności przekazu, tymczasem nadal miałem do czynienia z bardzo plastyczną i energetyczną średnicą. Mało tego. Nic a nic nie ucierpiały na tym identycznie jak w kablu sieciowym dźwięczne, jednakże dalekie od natarczywości wysokie tony. Jedyne co okazało się zaistnieć nieco inaczej, aniżeli w znanej mi osobiście sieciowej landrynki, to bardziej zwarte najniższe składowe, czyli przekładając z mojego na Wasze, bas z pozytywnym skutkiem dla całości prezentacji, bez utraty masy, teraz zebrał się w sobie. Reasumując przywołane aspekty to, co zaprezentowała moja układanka, z racji z premedytacją stawiania przeze mnie na dobrze usadowienie muzyki w domenie wysycenia, po aplikacji DSS -4.1 przekaz delikatnie ewaluował w stronę poszukiwanej przez zdecydowaną większość miłośników dobrego dźwięku neutralności. To źle? Naturalnie, że nie, a nawet bardzo dobrze, gdyż człowiek czasem musi mieć pokazane palcem, że trochę błądzi, a to znakomicie unaoczniły mi opisywane głośnikówki. Ale spokojnie. Nie była to lekcja rodem z podstawówki, bowiem korekta nie była przeciwstawnym biegunem dotychczas obranego kierunku, a jedynie delikatną zmianą azymutu. Dlatego też cały poświęcony na testy czas wykorzystałem na przysłowiową „prywatę”, czyli sprawdzenie, czy z takim sposobem na dźwięk w długoterminowej zabawie w audio jest mi po drodze. Na początek na recenzenckim tapecie wylądował jazz spod znaku ECM. To jest dla mnie chleb powszedni i jakakolwiek utrata muzykalności, a przecież bas rysowany był nieco ostrzejszą kreską, co mogło spowodować jego zbytnie odchudzenie, natychmiast wzbudziłaby mój stanowczy sprzeciw. Efekt? Wszystko było w jak najlepszym porządku. Nieco inaczej w kwestii masywności nisko grających instrumentów, ale również bez oznak anoreksji powodującej utratę informacji o rozmiarach pudła rezonansowego kontrabasu, czy dostojności majestatycznie zarejestrowanego fortepianu. Ot większa ochota do konturowania nut, jednak z umiejętnym unikaniem ich szkodliwego wyszczuplania i zbyt szybkiego zanikania z eteru międzykolumnowego. Jako kolejny nurt muzyczny wystąpił szeroko pojęty rock. Tutaj nie było niespodzianek. Wszelkie korekty wyrazistości początku i zakończenia poszczególnych dźwięków teraz pozwalały na znacznie łatwiejsze zrozumienie, iż bunt muzyczny w głównej mierze oznacza szybkość, zwarcie i dobitność każdego artefaktu sonicznego. Żadnych niedopowiedzeń typu melancholijne rozlewanie się muzyki po posadzce kubatur kościelnych, tylko na ile to było możliwe i co ważne, niezbędne, otrzymywałem natychmiastowy atak, dawkę solidnej energii w środku i otwartość górnych rejestrów, czyli coś co jest główną domeną bohatera testu. Zaskoczeni? Jeśli tak, oznacza to jedynie brak wiedzy o ofercie Furutecha, który podobne cechy, naturalnie z siłą zależną od pozycji w cenniku proponuje w całym swoim portfolio. Używając kilku jego propozycji na co dzień znam tę szkołę brzmienia od podszewki, dlatego też wszystko co usłyszałem podczas streszczanego testu, było jedynie pozytywnie odebranym rozwinięciem znanego sznytu grania tego producenta.
Jak znakomicie obrazują wspomniane w tekście aspekty brzmienia DSS-4.1, mamy do czynienia z dawcą szczypty ataku dźwięku, przy zachowaniu soczystości średnicy i otwartości wysokich tonów. Dlatego też bez najmniejszych obaw jestem w stanie polecić tytułowy kabel głośnikowy praktycznie do każdego systemu audio. Naturalnie zawsze może się wydarzyć, że niewiedzący czego chce od swojego zestawu audiofil może nie znaleźć z nim nici porozumienia. Jednak po pierwsze – zrzuciłbym to na karb zbyt dużych oczekiwań, lub braku określenia konkretnych celów prawie zawsze nadętego swoją wszechwiedzą wspomnianego przed momentem osobnika homo sapiens (audiofila), lub po drugie – zbyt mocno osadzonego w barwie, często przez właściciela określanego jako muzykalny, a tak naprawdę zamulonej docelowej układanki. Wszystkie inne kompilacje sprzętowe z wizyty tytułowego Furutecha raczej będą ukontentowane. Naciągam fakty? Niestety, weryfikacja moich wniosków jest już w Waszej gestii. Ze swej strony zaręczam, będzie co najmniej ciekawie, a o to chyba w naszej zabawie chodzi.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU, VIVALDI DAC 2.0
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: RCM
Cena: 1 700 PLN / m
Audio-Technica poszerza swoją ofertę o model ATH-AP2000Ti. To wyjątkowa konstrukcja, w której projektanci zastosowali najlepsze rozwiązania – tytanowe obudowy, 53-milimetrowe przetworniki z membranami DLC, Core Mount Technology, system D.A.D.S, gniazda A2DC oraz skórzane wykończenie. Dzięki temu słuchawki zapewniają referencyjnej jakości dźwięk i obsługują high-res audio, gwarantując jednocześnie najwyższy możliwy komfort użytkowania.
Audio-Technica już od wielu dziesięcioleci cieszy się niesamowitą renomą i sławą wśród wymagających miłośników muzyki. Pozostająca jednym z czołowych producentów wkładek gramofonowych, swoje doświadczenie w projektowaniu przetworników wykorzystała przy tworzeniu słuchawek. Całe dziedzictwo teraz zostało skumulowane w nowym modelu ATH-AP2000Ti – zamkniętych słuchawkach wokółusznych.
Zaawansowane przetworniki, perfekcyjna jakość dźwięku
U podstaw niesamowitych możliwości brzmieniowych ATH-AP2000Ti leżą opatentowane przetworniki o średnicy 53 mm. W konstrukcji głośników projektanci zastosowali układ magnetyczny z permenduru oraz membrany z warstwą DLC (diamond-like carbon). Dzięki temu słuchawki dostarczają niesamowity, pełnozakresowy dźwięk (pasmo przenoszenia 5 – 50 000 Hz) i z łatwością odwzorowują piękne brzmienie zapisane w plikach high-res audio.
ATH-AP2000Ti wykorzystują także Core Mount Technology. Rozwiązanie to optymalnie pozycjonuje przetwornik wewnątrz obudowy, aby w ten sposób poprawić efektywność przepływu powietrza. Efektywny przepływ powietrza pomaga słuchawkom odwzorować niesamowicie transparentne średnie i wysokie częstotliwości oraz bogaty, precyzyjny bas.
Aby uzyskać pożądaną neutralność brzmieniową, obudowy zostały wykonane z tytanu. Ten niezwykle sztywny materiał cechuje się właściwościami, które umożliwiają zmniejszenie niekorzystnego rezonansu do minimum. Ponadto projektanci sięgnęli po sprawdzony już system D.A.D.S (Double Air Damping System), pozwalający uzyskać niezwykle głęboki, naturalnie brzmiący bas. Jak wskazuje sama nazwa, system powietrznego tłumienia wewnątrz obudowy wykorzystuje dwie oddzielne „przestrzenie powietrzne”.
Komfort i wygoda użytkowania – na co dzień
Najwyższa możliwa jakość dźwięku idzie w parze z wygodą użytkowania. Muszle wokółuszne wykończone są miękką i jednocześnie wytrzymałą skórą, dzięki czemu zapewniają doskonały komfort, nawet podczas wielu godzin obcowania z muzyką. Przewożenie ATH-AP2000Ti ułatwia ich składana na płasko konstrukcja, a same słuchawki można schować do dostarczanego wraz z nimi sztywnego etui. Już przy pierwszym kontakcie z nowym modelem uwagę przykuwa również pałąk nagłowny – to ukłon projektantów w stronę klientów, którzy preferują tradycyjne rozwiązanie zamiast skrzydełek stosowanych w wielu modelach Audio-Techniki.
Ciekawostką jest dodatkowe, mniejsze etui na kable, które można umieścić wewnątrz dużego futerału pomiędzy pałąkiem i muszlami słuchawek. W etui mieszczą się trzy przewody standardowo dostarczane wraz ze słuchawkami: kable 1,2 m i 3,0 m z 3,5-milimetrową 3-biegunową wtyczką stereo oraz kabel 1,2 m z 5-biegunową zbalansowaną wtyczką mini o średnicy 4,4 mm. Ten ostatni umożliwia podłączenie słuchawek do najnowocześniejszych zaawansowanych odtwarzaczy audio.
Jakość w każdym calu
Słuchawki ATH-AP2000Ti produkowane są w Japonii i standardowo przechodzą rygorystyczną kontrolę jakości, aby zagwarantować najwyższą jakość. Perfekcję wykonania i jednocześnie unikatowy charakter modelu podkreśla wycinany laserowo numer seryjny, którym oznaczony zostaje każdy egzemplarz ATH-AP2000Ti.
Dbałość o szczegóły potwierdza także bogaty zestaw akcesoriów, który wraz ze słuchawkami otrzymuje użytkownik. Oprócz etui i wymiennych przewodów w opakowaniu znajduje się także adapter stereo 6,3 mm, a nawet ściereczka do czyszczenia słuchawek.
Wprowadzenie modelu Audio-Technica ATH-AP2000Ti do sprzedaży planowane jest na czwarty kwartał br. Nominalna cena detaliczna słuchawek wyniesie 6599 zł.
Najnowsze komentarze