Monthly Archives: styczeń 2023


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Circle Labs P300 & 2 x M200

Opinia 1

Gdy przed planowanym wejściem na rynek niezobowiązująco słuchałem jednego z prototypów tytułowego projektu audio, w duchu kibicowałem pomysłodawcom, aby sprawy potoczyły się w dobrym kierunku. Gdy po niedługim czasie dostałem pierwszy gotowy biznesowy projekt do oceny w postaci wzmacniacza zintegrowanego A 200, oprócz radości ze spełnienia pokładanych nadziei, byłem ciekawy, czy panowie pójdą o krok dalej. Gdy do spotkania z tym brandem doszło po raz trzeci – tym razem mowa o konstrukcji dzielonej P 300 & M 200, wiedziałem, że jest dobrze, gdyż według informacji dystrybutora marka wyszła spod rodzimych strzech na światowe salony, co z tak rozbudowanym portfolio zazwyczaj pozwala na załapanie twórczego oddechu. I po raz ostatni gdy wydawałoby się, że w czasach robienia interesów bez większego wysiłku nasi bohaterowie idąc za radą z poprzedniego zdania, powinni zacząć odcinać kupony, otrzymaliśmy kolejną propozycję testową. Tak tak, dzięki walce o klienta dzisiaj to nasze trzecie oficjalne (czwarte ogólnie) spotkanie z krakowskim producentem sekcji wzmocnienia sygnału audio marką Circle Labs. Co tym razem wystawiła do sparingu? Otóż za sprawą małopolskiego opiekuna Nautilus tym razem jako odpowiedź na wymagania rynku, pojawiło się lekko zmodyfikowane (o tym w kolejnym akapicie) rozwinięcie dzielonej sekcji pre-power w postaci przedwzmacniacza liniowego P300 oraz bridge’owanych do pracy w trybie mono końcówek mocy M200. Zainteresowani? Jeśli tak, zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Jak wyglądają, biorąc pod uwagę spore zainteresowanie na naszym rynku spokojnie można powiedzieć popularne „Cyrkle”? Pierwsza sprawa to oczywiście bardzo ciekawy, bo okraszony z pozoru mocnymi akcentami, ale w ogólnym odbiorze jakże poszukiwany, i co najważniejsze tolerowany przez nasze drugie połówki wizualny spokój. Mamy do czynienia ze smolistą czernią nie tylko skrzynek, ale również radiatorów i co zaznaczał w rozmowie producent, nie tak łatwych do wykonania czernionych szklanych (nie akrylowych) frontów, które znakomicie, bo w daleki od krzykliwości sposób zdobią złote motywy typu otoczka gałek sterowania liniówką oraz zorientowane w centrum frontu w dolnej i górnej części nadające elegancji metalowe wstawki z usytuowanym na jednej z nich włącznikiem inicjującym pracę. Zaś kolejną jest unifikacja obudów, czyli wykorzystanie jedynie nieco inaczej wyposażonych i delikatnie różnych w kwestii rozmiaru korpusów nieco mniejszego przedwzmacniacza i pokaźniejszych gabarytów hybrydowych, bo wykorzystujących lampy elektronowe w sekcji sterowania napięciowego wzmocnienia sygnału końcówek mocy. Jeśli chodzi o kilka informacji na temat wyposażenia poszczególnych komponentów, pre oprócz ciekawego, bo skrytego pod mozaiką z małych kwadracików wyświetlacza i tuż nad podstawą mieniącego się bursztynową poświatą poprzecznego paska wskazującego pracę urządzenia na awersie, od zakrystii został uzbrojony w 5 wejść liniowych (3xRCA i 2xXLR) 2 wyjścia XLR, gniazdo zasilania i główny włącznik, natomiast wzmacniacze oprócz podobnego do P300-ki piktogramu na temat stanu pracy lub wyłączenia na przodzie, na tylnym panelu proponuje wejścia liniowe RCA, XLR, tuż pod nimi automatycznie mostkujące końcówki w tryb mono gniazda XLR, pojedyncze terminale kolumnowe, trójkrokowe przełączniki hebelkowe gainu, gniazdo zasilania i włącznik główny. Kreśląc kilka strof na temat istotnych technikaliów na temat końcówek, jak wspominałem w poprzednim teście, oprócz wykorzystania lamp elektronowych w swoich trzewiach ich moc podczas odsłuchu trybie mono opiewała na 600 przy 8 i 900W przy obciążeniu 4 Ohm. Dodatkowo w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku, w tej wersji piecyków producent zastosował trzy tryby gain (0, -3 i -8 dB) oraz zmienił rezystory w układzie sprzężenia zwrotnego. Naturalnie całość zestawu wieńczy dodawany do przedwzmacniacza z pozoru prosty, jednak spokojnie wystarczający do codziennego użytku, obsługujący najważniejsze funkcje pilot zdalnego sterowania.

Co mam do zakomunikowania w temacie dzisiejszego testu? Otóż bez względu na wykorzystanie znanych mi wcześniej komponentów, powielenie obecnie pozwalających nieco modelować finalne brzmienie (3 tryby gain-u) końcówek mocy, na tle poprzedniego zestawu nieco przewartościowało priorytety dźwiękowe tytułowej kombinacji pre + 2 x power. Powód? Wykorzystywałem niebagatelną, osiągającą nawet 900W na kanał przy 4 Ohmach moc, a to nie tylko znacząco inaczej prowadziło posiadane kolumny, ale z oczywistych względów bezpośrednio wpłynęło na projekcję zazwyczaj najbardziej determinującego przekaz zakresu basu. Chodzi o to, że gdy tym razem w pełni ujarzmiłem ów zakres, stając się sprężystym, szybkim i w efekcie krótszym, nieco mniej ingerował w esencję środka pasma. To zaś sprawiło, że podobnie do niskich tonów stał się bardziej transparentny, oczywiście mniej krągły, co w pierwszym zderzeniu wydawało się kreować wizję jego odbioru jako odchudzenie dźwięku. Nienachalne, jednak w zderzeniu z poprzednim wariantem pełnym magii średnicy, wyraźnie inaczej stawiające na przyspieszenie muzyki. A jeśli tak, to chyba nikogo nie zdziwi fakt ewidentnej poprawy – tak poprawy, bowiem pozorna magia niezbyt dobrze zebranego w sobie, mocno pulchnego centrum pasma akustycznego jest ewidentnym niedociągnięciem – nie tylko drive’u muzyki, ale dzięki majestatycznej mocy również ataku dźwięku. Nagle kreowane pomiędzy kolumnami wirtualne wydarzenia dzięki niezbędnej impulsywności prezentacji znacznie poprawiły poziom zaangażowania w odbiór słuchanego materiału. A stało się tak tylko dlatego, że owszem, poczułem lekką korektę jego esencjonalności, ale za to zyskałem na ważnej dla czytelnego zawieszenia źródeł pozornych krawędzi i swobodzie wybrzmiewania. Nic się nie ciągnęło, za to tryskało wcześniej niespotykaną u tego producenta, w pełni kontrolowaną, konsekwentnie naładowaną odpowiednią dla danego poziomu nasycenia energią. Co mam na myśli, wtrącając w poprzednim zdaniu frazę „odpowiednią dla danego poziomu nasycenia energią”? Chodzi oczywiście o naturalną kolej rzeczy, jaką jest zwyczajowe oddawanie czegoś za coś. Otóż jeśli zbieramy dźwięk w sobie, muzyka nadal będąc dobrze osadzoną w masie dla wielu może okazać się nieco mniej czarującą, wyczuwalnie skromniej krągłą, dzięki temu bardziej akcentującą atak niż wagę oferowanej energii i trzeba się z tym liczyć. To jest elementarz, z którym w przypadku testowej konfiguracji miałem ewidentną przyjemność się zderzyć.
Nagle w wymagających nurtach muzycznych nic się nie spóźniało, odpowiednio mną raz „targało”, kiedy indziej mnie masowało, bez czego przykładowa formacja Black Sabbath z projektem „13” nie tracąc zbytnio na wadze i agresywności brzmienia ważnych dla jej bytu gitar była odpowiednio drapieżna w domenie ostrości rysunku i dzięki temu znakomicie oddająca drzemiący w jej kodzie DNA pierwiastek nieprzewidywalności. Bez przesadnego jak w zestawie z jedną końcówka mocy, kolorowania instrumentów, za to pokazując ich prawdziwe ja od strony fajnej pikantności.
Nie inaczej było we wszelkiego rodzaju jazzie i muzyce wokalnej spod znaku twórczości Tomasza Stańki z Andrzejem Kurylewiczem „Korozja”, czy koncertowego zapisu Melody Gardot „Live In Europe”. Oczywiście z drobną korektą esencjonalności poszczególnych źródeł dźwięku ze strunami głosowymi włącznie, jednak w wartościach bezwzględnych było to ewidentny progres. Progres, który po zrozumieniu, że muzyka ma nas czarować nie tylko nadmierną plastyką i nadinterpretacją prezentowanej kolorystyki, ale również oddaniem drzemiącego w niej życia, szybko okazywał się naturalnym kierunkiem elektroniki w stronę pokazania większej prawdy o niej. A gdy do tego przypomnę o 3 możliwościach drobnej korekty opisywanych zjawisk za pomocą gainu, okazuje się, że ów progres okazał się być ze stosunkowo uniwersalnym. Na tyle szerokim w kwestii zakresu działania, że moim zdaniem oprócz nowych poszukiwaczy szybkiego grania z nutką magii, bez problemu nić porozumienia z opisywanymi zabawkami spokojnie znajdzie również jeśli nie cała, to znakomita większość dotychczasowych użytkowników pojedynczej końcówki. Zapewniam, to nie jest wywrócenie sposobu na muzykę do góry nogami, tylko ewidentny krok naprzód.

Komu zadedykowałbym tytułowy polski konglomerat wzmacniający sygnał audio? Myślę, iż jeśli ktoś nie szuka chorobliwego rozdrabniania włosa na czworo, za to szuka muzyki niewymuszonej, szybkiej, a przy tym barwnej i lekko plastycznej, jest wręcz idealnym kandydatem do przynajmniej testowej próby z naszymi bohaterami. Co ciekawe, dzięki zastosowaniu w monoblokach lamp elektronowych widzę w tej grupie nawet rozsądnych lampiarzy. Owszem, Circle Audio P300 wespół z dwoma M200 to nie to samo co typowa lampa, ale z pewnością nawet ci najbardziej zatwardziali zaskoczą się, że jak na tranzystor żartobliwie spolszczona nazwa marki „Cyrkiel” w tym przypadku nie odnosi się do ekstremalnej, a jedynie pokazującej najlepsze cechy dobrze oddanego, dla wielu istotne, że z nienachalnym posmakiem lampy świata muzyki, wersji znanego pod tym określeniem przyrządu kreślarskiego. O co chodzi? Otóż mam na myśli zastąpienie ołówka w poczciwym cyrklu z oznaczeniem ze środka skali zakresu B na nadający kreślonej przezeń kresce konturu H. Czyli tłumacząc z polskiego na nasze, muzyka według Circle Labs ma być transparentna i szybka, ale przy tym nienachalnie barwna, dlatego przyjemna i uniwersalna w odbiorze. Przynajmniej ja tak odebrałem sposób na muzykę według dostarczonego do nas zestawu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Od razu na wstępie uprzedzę, że będzie to dość specyficzne spotkanie z wytworem rodzimej, goszczącej już u nas dwukrotnie manufaktury. Po pierwsze bowiem w poprzednim zdaniu z premedytacją pominąłem zwrot dotyczący nowości, gdyż przynajmniej teoretycznie już owe wytwory w naszych skromnych progach miały szansę na swoje przysłowiowe pięć minut, a po drugie pozornemu zdublowaniu uległa jedynie sekcja wzmocnienia, czyli tak na dobrą sprawę zamiast pełnowymiarowej recenzji spokojnie moglibyśmy ograniczyć się li tylko do niezobowiązującej erraty i tym samym zamknąć temat. Jak to jednak w życiu bywa pozory mylą a i jak się okazuje ewolucja ma w nim co nieco do powodzenia, więc choć nomenklatura pozostała niezmienna, to już trzewia naszych dzisiejszych gości poddane zostały lekkiemu, acz poprawiającemu ich uniwersalność i kompatybilność z pozostałymi składowymi toru audio liftingowi. Jeśli zastanawiacie się Państwo o kim a raczej o czym mowa, to spieszę donieść iż chodzi o krakowską manufakturę Circle Labs i jej, przynajmniej obecnie, flagowy dzielony zestaw wzmocnienia, czyli przedwzmacniacz P300 i tym razem pracujące w trybie monobloków końcówki mocy M200.

Z racji unifikacji i konsekwentnego trzymania się raz opracowanego i uczciwie trzeba przyznać wielce udanego projektu plastycznego tym razem opis doznań natury wizualnej pozwolę sobie skrócić do niezbędnego minimum, wszystkich złaknionych ekstatycznego słowotoku kierując do naszych wcześniejszych wynurzeń. Zatem ad rem. Pierwsze skrzypce gra idealna harmonia pomiędzy czernionymi korpusami i utrzymanymi w tej samej tonacji przepięknymi taflami szklanych frontów z centralnie ulokowanymi ozdobnymi piktogramami oraz iście biżuteryjnymi mosiężnymi szyldami – na górze z nazwą marki i włącznikiem, oraz dole – pełniącymi rolę dopełnienia optycznej klamry. W preampie lewa gałka odpowiada za wybór źródła a prawa za regulację głośności. Pomiędzy nimi – we wspomnianym piktogramie, wkomponowano wyświetlacz informujący o dokonanych nastawach. Końcówki wszelakich manipulatorów, poza oczywistym włącznikiem na wspomnianym szyldzie, pozbawiono. Firmowy logotyp znajdziemy nie tylko na gęsto ponacinanych płytach górnych, lecz również ścianach bocznych M300. Na taką ornamentykę P200 nie mają co liczyć, gdyż ich boki w całości przejęły we władanie gęste grzebienie radiatorów. Rzut okiem na zaplecze i generalnie wszystko jest po staremu – przedwzmacniacz oferuje dwie pary wejść XLR i 3 pary RCA plus dwie pary wyjść – tylko w formie XLR-ów. Z kolei końcówki przyjmują sygnał zarówno po RCA jak i XLR w trybie stereo, oraz wyłącznie po XLR w trybie monobloku. Dodatkowo jako novum pojawiły się przełączniki umożliwiające obniżenie gainu o 3, bądź 8 dB. Gniazda głośnikowe to porządne WBT-y. O trzewiach nie będę się powtarzał i jedynie wspomnę o drobnej modyfikacji w P300 obejmującej zastosowanie wyższej klasy rezystorów w sprzężeniu zwrotnym. I to by było na tyle.

Powiem szczerze, że początkowo obawiałem się sytuacji, gdy czy to producent, czy też dystrybutor wymagałby od nas porównywania 1:1 poprzednich wersji z aktualnymi i budowania na takim sparingu stosownej narracji. Całe szczęście niniejsze ćwiczenie miało zdecydowanie inny cel, gdyż o ile w większości „cywilnych” systemów pojedyncza, oddająca po 160W przy 8Ω i po 300W przy 4Ω obciążeniu stereofoniczna końcówka jest w zupełności wystarczająca, o tyle przy naszych dyżurnych Gauderach kwestia wystarczającej mocy i wydajności prądowej cały czas pozostaje otwarta. I dlatego też z zainteresowaniem przystaliśmy na propozycję nausznej weryfikacji czy oddające już nie wspomniane 300 (Berliny są 4Ω) a 900W M200-ki coś nowego we wspomnianym temacie wniosą. I z przykrością (nie muszę chyba nadmieniać, że niezbyt szczerą) muszę stwierdzić, że wnoszą, choć na pocieszenie dodam, że zaobserwowane zmiany nie wszystkim mogą przypaść do gustu.
Proszę się jednak niepotrzebnie nie niepokoić. Po prostu na przestrzeni ostatnich lat Circle Labs udało się wypracować własną szkołę brzmienia, która z resztą doczekała się licznego grona wiernych akolitów. Mówiąc wprost chodzi o ponadprzeciętną muzykalność i soczystość brzmienia krakowskich wzmacniaczy, którym udawało się i całe szczęście nadal udaje, łączyć wspomniane cechy z nie mniej wyrafinowaną rozdzielczością i dynamiką. Tymczasem pracujące w trybie wysokomocowych monobloków P200 może nie tyle z ową estetyką zrywają, co mając ją na uwadze grają zdecydowanie żwawiej, konturowo i może nie tyle analitycznie, co na pewno już nie tak krągło i romantycznie, co w trybie stereo. Czy to źle? Absolutnie nie, jednak będąc przyzwyczajonym do majestatycznego wozidełka w stylu Bentley Continental Flying Spur 6.0 W12 dostojnie sunącego wzdłuż nadmorskiej promenady i decydując się na nowszy/mocniejszy model niekoniecznie mamy ochotę na przesiadkę do twardego i narowistego GTR-a gnającego po górskich serpentynach. A poniekąd podobną zmianę przestawienie trybu pracy końcówek i idący za tym wzrost mocy nam funduje. Oczywiście w tym momencie pozwalam sobie na ewidentną hiperbolę, gdyż choć różnice ewidentnie są, to ich charakter jest może nie tyle kosmetyczny, bo wyraźnie słyszalny, jednakże daleki od zerwania z firmowym DNA. Po prostu wszystko dzieje się ciut szybciej, jest podane bardziej wyraźnie i już nie ma pewnej romantyczności, która w trybie stereo robiła niepodrabialny klimat. Niemniej jednak nie da się ukryć, że zmonofonizowane P200 obiektywnie grają … lepiej, jednak jak wszyscy dobrze wiemy lepsze jest wrogiem dobrego, plus swoje trzy grosze dorzucają nasze przyzwyczajenia, więc jeśli do odsłuchu powyższej dzielonki podejdziemy bez przysłowiowego bagażu doświadczeń i nabytych oczekiwań, to z pewnością będziemy zachwyceni. A z kolei ortodoksyjni akolici dotychczas serwowanego przez „Cyrkle” czarującego brzmienia potrzebować będą dłuższej chwili na akomodację i ochłonięcie.
Najwyższa pora na jakieś muzyczne przykłady. Na dobry początek sięgnijmy zatem po coś z zaraźliwym drajwem i zarazem nieprzesadzoną dynamiką, ot chociażby „Almost Unplugged” Europe, gdzie lekko podstarzałym gwiazdom pudel – metalu towarzyszył kwartet smyczkowy przez co całość zyskała na wysmakowaniu i zamiast na oszałamiającej ilości decybeli skupiła się na jakości. Czyli teoretycznie album nie do końca wpisujący się w ideę sensowności zwiększania mocy poprzez monofonizowanie końcówek? Cóż, śmiem się nie zgodzić, gdyż grając z dwóch a nie jednej M200 usłyszymy zdecydowanie więcej. Tzn. od razu zaznaczę, że nie oznacza to pojawienia się dźwięków o których istnieniu nie mieliście Państwo dotychczas pojęcia a jedynie inną głębię ostrości, przez co to, co egzystuje na drugim, trzecim i dalszych planach nadal pozostaje świetnie widoczne a tym samym rozpoznawalne i definiowalne. W dodatku nie zaobserwowałem tendencji do sztucznego przybliżania, bądź wręcz wypychania przed szereg wydarzeń ze wspomnianych dalszych rzędów. Jednak z racji kreślenia ich konturów cieńszą i bardziej precyzyjną kreską wyodrębnienie ich z nawet zatłoczonego tła jest zdecydowanie prostsze, żeby nie powiedzieć naturalne i podświadome. W partiach blach pojawia się nieco więcej srebrnych a nie wyłącznie złotych rozbłysków, więc i na ich otwartość, oraz napowietrzenie nie ma co narzekać a jednocześnie znajdujemy się w tej komfortowej sytuacji, że jeszcze daleko im do zbytniej ofensywności i nieprzyjemnego zapiaszczenia.
Zmiana repertuaru na niewinnie rozpoczynający się … psytrance’owy „More than Just a Name” Infected Mushroom dość bezlitośnie pokazuje po co w systemie dwie a nie jedna końcówka mocy. Z parą 200-ek sięgający piekielnego dna bas zostaje złapany w ryzy i aż do granicy słyszalności owe pęta nie są poluzowywane. Nie oznacza to bynajmniej jego osuszenia, bądź odchudzenia, gdyż pomimo chwilowego złudzenia, że jest go nieco mniej, to już po kilku taktach odkrywamy, że jest wręcz na odwrót a jedynie zlinearyzowany został jego przebieg, przez co nie ma delikatnej górki na wyższym basie, która potrafiła robić tzw. efekt „wow”, tam gdzie system najniższego basu de facto odtworzyć nie był w stanie. A tak, mamy karnie prowadzony bas w całym swoim przebiegu i nagle okazuje się, że krótko złapane przy pysku kolumny potrafią i na tym polu coś intrygującego pokazać. Z kolei wszelakiej maści elektroniczne szmery, wizgi i syknięcia tną powietrze z prędkością namydlonej błyskawicy podkreślając zdolność krakowskiej amplifikacji do utrzymywania iście szaleńczych a zarazem połamanych temp. Równie przekonująco zabrzmiała ścieżka dźwiękowa do pierwszej części „John Wick” autorstwa Tulera Batesa i Joela J. Richarda, gdzie świetnie została oddana atmosfera niepokoju i wszechobecny mrok. Warto zwrócić na to uwagę, gdyż niekiedy wraz ze wzrostem mocy rośnie również szum tła a na Cyrklach nadal czerń jest aksamitna i nieskażona pasożytniczymi artefaktami.

Najwyższa pora na podsumowanie. I tu dochodzimy do sedna, gdyż doskonale zdaję sobie sprawę, że próba udowodnienia, iż tytułowy tercet Circle Labs P300 & 2 x M200 jest pod każdym względem i dla każdego nabywcy lepszym rozwiązaniem od zredukowanego do P300 i pojedynczej M200 zestawu byłaby z mojej strony ewidentnym nadużyciem i mijaniem się z prawdą. Dlatego też wskazanie nań jako sensowniejszej, rekomendowanej opcji dotyczy jedynie tych z Państwa, którzy dysponują odpowiednio wymagającymi zestawami głośnikowymi, dużym pomieszczeniem i lubią od czasu do czasu słuchać na poziomach zarezerwowanych dla rockowych koncertów. Nie muszę chyba zatem wspominać, że przy majestatycznych Berlinach para 200-ek mogła się podobać i podobała się niezaprzeczalnie, wyciskając z nich wszystko co najlepsze, jednak we własnych czterech kątach i z Dynaudio Contour 30 w torze w zupełności zadowoliłbym się pojedynczą końcówką. I tyle w temacie.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Circle Labs
Ceny:
Circle Labs M300: 19 900 PLN
Circle Labs P200: 29 900 PLN

Dane techniczne
Circle Labs P300
Wzmocnienie: 8 dB
Wejścia liniowe: 2 x XLR, 3 x RCA
Wyjścia liniowe: 2 x XLR
Impedancja wejściowa: 33 kΩ RCA, 66 kΩ XLR
Impedancja wyjściowa: 15 Ω
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 500 kHz (- 3dB)
Wymiary (S x G x W): 430 x 355 x 120 mm

Circle Labs M200
Moc wyjściowa (RMS): 2 x 160W/8Ω; 2 x 300W/4Ω; w trybie mono 600W/8Ω; 900W/4Ω
Wzmocnienie: 36 dB
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 1 MHz (- 3dB)
Wymiary (S x G x W): 430 x 355 x 170 mm
Waga: 23 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Kiedy nie wiadomo czy iść w pliki, czy dalej być za pan brat ze srebrnymi krążkami pomocną dłoń wyciąga Fidata proponując serwer HFAS1-XS20U i dedykowany transport HFAD10-UBXU.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Podobno nie należy kombinować z prądem a tymczasem Signal Projects nie dość, że do obsługi Voltów i Amperów angażuje pewnego jegomościa z trójzębem bezsprzecznie z wodą związanego, to jeszcze naświetla UV. No dobrze, żarty na bok, gdyż właśnie do nas dotarła listwa zasilająca Signal Projects Poseidon i przewód zasilający UltraViolet.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): WK Audio The One

Opinion 1

After the midrange offering, the blue The Air, and the topline The Red, which is red obviously, time came to review the cable opening the portfolio of the Plichtów based company on the expected price level (because here we also have the budget The Two) called The One in the new version marked mk2. And I immediately need to remark, that the creator of the cable, and the whole commotion, Mr. Witold Kamiński, the owner of WK Audio, remained true to his initial nomenclature, while the cable itself is completely reengineered, so that only the exterior sheath and plugs remained from the previous version. All the rest was created anew. On one hand you could think, if in such case it would not be better to let go of the old model, and just start promoting the new one, building up its recognizability from scratch, but on the other, we can just give our regard to the manufacturer for signaling, that changes were introduced to the original model, as in the warranty and promotional materials there is always a statement “the manufacturer may introduce changes and modifications to the product without prior notice”. But here things are quite obvious – we know what started the series, and as some things changes along the way, a special marking indicates just that. So let us not prolong the introduction too much and invite you to meet the newest version of the power cable WK Audio The One mk2.

As you can see, the WK Audio The One cable is looking quite modest, compared to the previously mentioned brethren, as well as other audiophile oriented competition. While it is covered with an opalescent black-yellow-green sheath, and is supplied in a nice, sponge lined plywood box, instead of a cardboard box like the previous version, it is quite far from any byzantine ornamentation or superfluous glamor. It is just a fairly thin, yet noticeably stiff and springy power cable, terminated with standard Furutech plugs (E38R and FI-28R), which have smoked, greenish enclosures, fitting nicely with the colors of The One. The company “ornaments” changed, as instead of the previously used aluminum tube, we have a somewhat simplified, leather pendant, known from The Air, with a brushed metal hanger with the model name and company data. And looking inside the sheath, things got even more interesting. While the predecessor had a combined cross-section of the wires 14.5 mm² (two working wires, L and N, 6 mm² each and the PE wire 2.5 mm²), in the current version all the wires have 10AWG (6 mm²). Additionally, all are made from higher purity copper, which was cryogenically treated. Of course the whole is fully handmade, each of the conductors has a different construction, new winding geometry was used and different antivibration materials were also applied. To put things short – this is a complete revolution.

Now we have gone through the esthetic-organoleptic impressions, after a few acrobatic moves I was able to connect the cable to the back of my sound source, the Ayon CD-35, so we can now start with the rest of the review. As you can probably imagine, the few first days went on with a slow adaptation of the cable in my system, and I was also accommodating to its presence, because I really do not like to remove the Furutech Nanoflux Power NCF, that usually resides there. Additionally The One is a cable from a lower tier, so I needed to perform a certain kind of reset of my expectations and habituation. Please do not misunderstand me – it was not about living through a trauma coming from the regress, but just about adjusting expectations and requirements to the segment represented by the tested cable. Just that and only that.
But it quickly turned out, that The One does not bring shame to its more noble brethren, it can even become a very nice business card of the Plichtów manufacture. Due to its universality it can be a very safe proposition not only for the beginning of the adventure with audiophile power cabling, but also a sensible choice everywhere, where we are looking for solid, but also affordable power cords. While The Air clearly brought together and made the sound more concrete, and The Red put size and might of the sound as the main aspects, The One takes something from both approaches, making sure, that neither gains the upper hand. So it has a nicely springy, well controlled and low reaching bass, due to which, even the power metal gallopades from “Born from Fire” by Induction, seasoned with large amounts of symphonics, do not sound like a maliciously boiling kettle, covered with a metal lid, but have the right amount of energy, detail and melodics to provide a highly satisfying differentiation and selectivity of the sound, instead of a shapeless bass pulp. And in this moment it is worth noticing, that The One does not try to civilize at all costs, it is not trying to pull the less well made recordings up the ladder. This allowed the guys from Induction to roar happily even at concert-like levels of volume, sounding truly splendid, while you would really need to have lots of strong will to survive the live recording “The Stranger Returns (Live 1991)” by Richie Sambora, which is recorded below even bootleg standards. Thus you need to know, that there will be no protective averaging here at all. This is in fact a very good thing, as on this level I do expect appropriate truthfulness and transparency, and not any masking of the shortcomings of the system or the recording itself, just to keep the wrongly understood musicality as the overarching concept. The tested WK Audio is not pointing fingers at the mistakes, not bringing them under the pillory or heralding with a sacred indignation to Urbi and Orbi, neither makes the sound matte, like many computer type cables do, it just shows what and how was recorded, leaving the assessment of it to the listener. This is the reason, that when coarseness and garage edginess are used fully consciously, as means of artistic expression, like for example in the dark, and full of electronic pulses woven together with guitar sounds “Tales from Six Feet Under” by Charlotte Wessels (yes, yes – the Charlotte Wessels from Delain) you can rest assured, that with The One in your system, you will not only hear that, but you will also be able to interpret correctly, if it was something done by the artist/sound engineer, or any element in our system tries to put its mark on the played music, proposing its point of view. And that without the need to think about it for prolonged periods of time, you will just know it immediately. But to not bend the facts too much, or according to purists – confabulate, it is worth reaching out for natural, unamplified instruments. This is why I allowed myself to spend a bit longer time with the splendid recording of “Swan Lake” performed by the NBC Symphony Orchestra, directed by Leopold Stokowski from 1954. Here you can have a nice surprise, as despite the recording being quite old, it still has a thrilling dynamic, breath and incredible coherence. Additionally I had the impression, that The One could reproduce the size, the space of the New York Manhattan Center better, than The Air did. The brass and cymbals have a lot of freedom and shine, but they are far from being hardened, what becomes tiring in the long run. They were also not overagitated. All in all, this was just common sense balance, something, that is a great prognostic for the future.

WK Audio The One mk2 is a cable, that is absolutely worth your attention and my recommendation. Not only does it not pull the sockets out of the walls, it also does not move your electronics around (at least the one weighing below 10kg), it does awaken the dynamic potential, slumbering in it. But instead of artificially upping the motoric, or enhancing the sound spectrum extremes, it emphasizes on balance and linearity. In a nutshell, this is the cable equivalent of “tomato soup”, which everybody likes, so we can easily assume, that everybody will also like The One.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: urutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

Do you know the Polish brand WK Audio? Easy, this is a rhetorical question – at least for our readers, who know, that it makes cables for any systems generating sound. Why does it do that? This is quite simple, the music lovers understood, that without quality cable connections, for power and signal, they will not be able to get good sound, even when they collected the best possible system components. And the mentioned brand came to life as a response to that realization. Currently it concentrates on power cables only, but we have to mention, that the catalog of its products is expanding – we tested products like The Air and The Red. Also, following the requirements of the demanding market, those products are also evolving in quality. How do I know that? Well, this is the reason for our today’s encounter. We will be having a look at the second version of the cable we did not test before, which was provided to us directly by the manufacturer from Plichtów, the power cable WK Audio The One mkII.

What does the tested product hide inside? From the information provided by the manufacturer, we can judge, that in fact this is a completely new construction, when compared to its predecessor. There are some similarities, like the sheath, its color and used plugs, but the cable itself is completely different. In this case, it is much more pure copper, which was cryogenically processed, a completely different way the conductors are woven, bigger diameter of the individual wires composing each conductor and finally, different anti-vibration materials. It is also important, that the whole cable is fully handmade, similar to the best manufacturers in the world, what implies a very solid construction. Unfortunately this is all we could learn about the product, as due to the fear of it being copied, the manufacturer does not disclose anything else. The completed cable is packaged in a nice, wooden box. And we did not ask about the sound, as this is the part, that we can assess for ourselves, and the result of that assessment you can find in the paragraph below.

Before I move to the description of the sound, let me tell you, that the tested cable is a kind of entry point for the two cables we tested previously, in price, but in theory, also in terms of sound. This makes checking, if in fact The One mkII lives up to the expectations created by the older brethren, the most important aspect of the test. The first tested cable was very expressive, yet a bit untamed, the second one also full of energy, but provided in a more noble way, and most importantly, without killing off the drive present in the reproduced music. And you know what? You can hear from the first moments, that the manufacturer did his homework well. We can hear the cable wishes to show the events recorded in a dynamic way, but this is not done by stretching only the midrange and directing the power into saturation and clearness of the vocals, with the rest of the sound spectrum having less importance. No, all the spectrum ranges were unified in importance. The music gains in breath. It does not force us to look into a specific aspect, in the previous case related to how the midrange was presented, but allows us to absorb music in an equal way. Of course this is not this kind of refinement, combination of resolution with smoothness, like in a flagship cable, but you can nevertheless hear, that the system emphasizes on calmness, and what comes with that, minimalizes the kind of “in your face” presentation, which becomes tiring in the long run. Instantly it turns out, that the vocalist does not want to eat you, the listener, and the bass player does not want to trigger your heart attach, when pulling on a string amplifier by the instrument’s body. How is this possible? I already told you – this is the effect of treating the whole sound spectrum equally, what makes the musicians, regardless of the genre they are representing, rabid rock or quiet jazz, have proper sound weight and good control of it. The freedom of projection in the air is unrestricted, and the sound has very nice vividness, pleasant when listening. Can this be done better? Of course, for example with the model taken from the top of the catalog. But knowing all the abilities of the three cables, I would recommend to try out the entry level cable, before you reach for the upper “C”. It is really good.

When time came to propose a target group for the tested cable, I would recommend it really to everybody, without worrying of any dramatic defeat. It does not have over the top bass. It is not brazen. It is well seated in mass and due to that, has a nice timbre. And everything is garnished with appropriate amount of freedom of projection. Will it be fitting in everybody’s taste – that is a completely different story, depending on the needs of a given configuration and expectations of the listener. But one thing is certain, the time spent with it will be full with nice sensations. And this is exactly what our little hobby is all about. Or am I not right?

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker Cables: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: Clearaudio Concept
Cartridge: Essence MC
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: Sensor 2 mk II

Manufacturer: WK Audio
Price: 6 900 PLN / 1,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Kiedy u nas za szczyt mechanizacji rolnictwa uznaje się Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach, to nasi zachodni sąsiedzi w kwestii integracji i wielofunkcyjności wdrażają nieco bardziej eleganckie rozwiązania, czyli wszystkomający Lindenmann Musicbook Source II.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: WK Audio The One

Opinia 1

Po ofercie środka, czyli błękitnym The Air i topowym, krwistoczerwonym The Red przyszła pora na otwierający plichtowskie portfolio na oczekiwanym przez nas poziomie (bowiem jest jeszcze budżetowy The Two) The One w nowej wzbogaconej o dopisek mk2 inkarnacji. I tu od razu drobna uwaga, gdyż sprawca całego zamieszania, czyli Witold Kamiński – właściciel i głównodowodzący WK Audio zamiast mnożyć byty pozostał wierny wcześniejszej nomenklaturze, acz na tyle gruntownie przeprojektował tytułowy przewód, że na dobrą sprawę z protoplasty pozostały w nim jedynie zewnętrzny oplot i … wtyki a cała reszta powstała niejako na nowo. Z jednej strony można byłoby zastanowić się, czy nie lepiej wygasić stary model i zacząć promocję nowego, niejako budując jego rozpoznawalność od nowa, choć z drugiej należy oddać sprawiedliwość producentowi i docenić fakt, iż wdrożenie jakichkolwiek modyfikacji pierwowzoru sygnalizuje, gdyż wystarczy zerknąć w dostarczane wraz elektroniką i generalnie wszelakimi dobrami gwarancje i umowy, by napotkać wpisy informujące, iż „producent zastrzega sobie prawo do wprowadzania zmian i modyfikacji konstrukcyjnych oraz danych technicznych bez uprzedzenia”. A tu sprawa jest mniej więcej jasna – wiadomo co dało początek serii, a że w tzw. międzyczasie to i owo uległo zmianie, to i stosowny dopisek o tym informuje. Dlatego też niepotrzebnie nie przedłużając wstępniaka serdecznie zapraszamy na spotkanie z najnowszą odsłoną rodzimego przewodu zasilającego WK Audio The One mk2.

 

Jak sami Państwo widzicie zarówno na tle swojego, ww. rodzeństwa, jak i audiofilsko zorientowanej konkurencji WK Audio The One prezentuje się nad wyraz skromnie. Co prawda pokryty opalizującą czarno-żółto-zielonkawą plecionką przewód dostarczany jest w firmowej, wyściełanej gąbką skrzyneczce ze sklejki a nie jak pierwotnie kartonowym pudełku, ale już sam wsad daleki jest od zbytecznego przepychu i iście bizantyjskiej ornamentyki. Ot dość cienki, acz zauważalnie sztywny i sprężysty przewód zasilający zakończono standardowymi wtykami Furutecha (E38R i FI-28R), których przydymione zielonkawe korpusy nader udanie korespondują z umaszczeniem „Jedynki”. Zmianie uległa firmowa „dekoracja”, gdyż zamiast dotychczasowej aluminiowej tulei/mufy zdecydowano się na znany z The Air, acz nieco uproszczony wzorniczo, skórzany brelok ze szczotkowaną „blaszaną” zawieszką z nazwą modelu i namiarami na producenta. A zaglądając do trzewi robi się jeszcze ciekawiej. O ile protoplasta mógł się pochwalić łącznym przekrojem 14,5 mm² na który składały się żyły robocze (L i N) po 6 mm² i PE 2,5mm², to w aktualnej inkarnacji wszystkie żyły mają 10AWG (6 mm²). W dodatku wykonano je z miedzi wyższej niż wcześniej czystości i poddano obróbce kriogenicznej. Oczywiście całość nadal wykonywana jest ręcznie, każda z żył ma inną budowę, opracowany został nowy zaplot i zastosowano inne materiały antywibracyjne. Krótko mówiąc rewolucja pełną gębą.

Skoro wrażenia natury estetyczno – organoleptycznej mamy za sobą a po wykonaniu kilku wygibasów tytułowy przewód udało mi się zaaplikować w zadek dyżurnego źródła, czyli Ayona CD-35 śmiało możemy przystąpić do dalszych działań. Jak się z pewnością Państwo domyślacie pierwszych kilka dni upłynęło na niespiesznej akomodacji samego kabla w moim systemie a mi samemu na stopniowym oswajaniu się z jego obecnością, gdyż nie da się ukryć, iż niespecjalnie lubię rezygnować z rezydującego tamże na stałe Furutecha Nanoflux Power NCF. W dodatku The One jest przewodem z nieco niższej półki, więc i mi przydał się czas potrzebny na swoisty reset oraz wyzerowanie przyzwyczajeń. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć – tu nie chodziło o jakąś traumę wynikającą z regresu a jedynie dostosowywanie, urealnienie oczekiwań i wymagań względem segmentu reprezentowanego przez obiekt testu. Tylko tyle i aż tyle.
Jak się jednak bardzo szybko okazało The One wstydu swojemu wyżej urodzonemu rodzeństwu nie tylko nie przynosi, co może okazać się świetną wizytówką plichtowskiej manufaktury. Ze względu bowiem na swoją uniwersalność jest nader bezpieczną propozycją nie tylko na początek przygody z audiofilskim okablowaniem zasilającym, lecz i sensownym wyborem wszędzie tam, gdzie szukamy po prostu porządnych i zarazem nierujnujących domowego budżetu przewodów. O ile bowiem The Air wyraźnie zbierał, konkretyzował przekaz a The Red stawiał na wolumen i potęgę brzmienia, to „Jedynka” czerpie po trochu z obu pomysłów na dźwięk pilnując przy tym, by z żadnym aspektem nie przesadzić. Oferuje zatem przyjemnie sprężysty, dobrze kontrolowany i zarazem nisko schodzący bas, dzięki czemu nawet suto okraszone symfoniką power metalowe galopady z „Born From Fire” Induction nie brzmią jak złowrogo bulgocący gar przykryty metalową pokrywką, lecz mają w sobie właściwą dawkę energii, detali i melodyjności a zamiast bezkształtnej pulpy na basie mogą pochwalić się wysoce satysfakcjonującym zróżnicowaniem i selektywnością. A właśnie – w tym momencie warto zwrócić uwagę, iż The One nie stara się za wszelką cenę cywilizować i wyciągać kiepskich realizacji za uszy, przez co o ile ww. radosne porykiwania chłopaków z Induction brzmią nawet na bliskich koncertowym poziomach głośności po prostu wybornie, to już aby dotrwać do końca nagranej chyba nawet poniżej bootlegowych standardów koncertówki „The Stranger Returns (Live 1991)” Richiego Sambory wymagana jest naprawdę silna wola. Czyli z asekuracyjnego uśredniania nici. I bardzo dobrze, bo na tym poziomie oczekuję odpowiedniej prawdomówności i transparentności a nie maskowania wad czy to systemu, czy też samego nagrania w imię nadrzędnej i zarazem błędnie rozumianej muzykalności. I tu kolejna uwaga. Otóż tytułowy WK Audio bynajmniej nie piętnuje, nie zaciąga pod pręgierz i nie ogłasza ze świętym oburzeniem Urbi et Orbi każdego potknięcia, czy wzorem zazwyczaj dorzucanych przez producentów cywilnych komputerówek nie matowi przekazu, lecz jedynie pokazuje co i jak zostało zagrane i nagrane, ocenę pozostawiając słuchaczowi. Dlatego też o ile tylko chropawość i garażowa kanciastość są w pełni świadomie zastosowanym środkiem artystycznego wyrazu, jak np. w mrocznym i pełnym elektronicznych tętnień przeplatanych gitarowymi partiami „Tales From Six Feet Under” Charlotte Wessels (tak, tak – tej Charlotte Wessels – z Delain) to bądźcie pewni, że z Jedynką w systemie z pewnością nie tylko to usłyszycie, co poprawnie zinterpretujecie i to bez konieczności zastanawiania się, czy artysta / realizator chciał nam coś przekazać, czy też któryś z elementów w naszym torze próbuje narzucić nam własny punkt widzenia i autorską interpretację.
Aby jednak zbytnio nie naginać faktów, a według purystów wręcz konfabulować, warto sięgnąć po naturalne, pozbawione amplifikacji instrumentarium. Dlatego też pozwoliłem sobie dłuższą chwilę delektować się wybornym nagraniem „Swan Lake” w wykonaniu The NBC Symphony Orchestra pod batutą Leopolda Stokowskiego z … 1954 r. I tu miła niespodzianka, gdyż pomimo wybitnie archiwalnego charakteru wydawnictwa trudno było odmówić mu porywającej dynamiki, swobody i niezwykłej koherencji. W dodatku odniosłem wrażenie, że The One potrafił nieco sugestywniej pokazać przestrzeń, kubaturę New York Manhattan Center aniżeli robił to The Air. Dęciaki i blachy mają sporo swobody i blasku, jednak daleko im do męczącego na dłuższą metę utwardzenia, czy ponadnormatywnej nadpobudliwości. Ot zdroworozsądkowa równowaga, która świetnie wróży na przyszłość.

WK Audio The One mk2 to przewód ze wszech miar godny tak uwagi, jak i polecenia. Nie dość bowiem, że nie wyrywa gniazd ze ściany i nie pomiata podpiętą do niego elektroniką (przynajmniej tą chodzącą w kategorii wagowej +10kg), to jeszcze uwalnia drzemiący w niej potencjał dynamiczny. Zamiast jednak sztucznie podkręcać motorykę, bądź podbijać skraje pasma stawia na równowagę i liniowość. Krótko mówiąc mamy do czynienia z kablarskim odpowiednikiem przysłowiowej „zupy pomidorowej”, która smakuje wszystkim, więc śmiało możemy założyć, że również i The One wszystkim powinien się spodobać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Znacie tytułową, rodzimą markę WK AUDIO? Spokojnie, to pytanie retoryczne – przynajmniej dla naszych stałych czytelników, bowiem wiedzą, iż zajmuje się produkcją okablowania dla systemów generujących dźwięk. Powód? Po prostu zakochani w muzyce osobnicy zrozumieli, iż bez odpowiedniej jakości połączeń sieciowych i sygnałowych nie ma dobrego brzmienia nawet z najbardziej pieczołowicie skonfigurowanej układanki audio, w odpowiedzi na co ów brand został właśnie powołany do życia. Na chwilę obecną skupia się jedynie na sekcji zasilania, jednak trzeba powiedzieć, że portfolio nie tylko konsekwentnie się rozrasta – mieliśmy u siebie takie produkty jak: The Air oraz The Red, ale podążając za wymaganiami rynku również ewaluuje jakościowo. Skąd to wiem? To oczywiście jest powód dzisiejszego spotkania. Chodzi mianowicie o drugą odsłonę dotychczas nietestowanego przez nas kabla w postaci dostarczonej własnym sumptem przez plichtowskiego producenta kabla zasilającego WK Audio The One Mk II.

Co kryje w trzewiach rzeczony produkt? Z informacji przesłanych przez producenta wynika, iż tak prawdę mówiąc w stosunku do poprzednika to całkowicie inna konstrukcja. Są oczywiście cechy wspólne typu oplot, jego kolor i zastosowane wtyki, jednak clou, czyli wsad to inna bajka. W tym przypadku opiewa na znacznie czystszą, poddaną procesowi kriogenizacji miedź, całkowicie inny splot poszczególnych żył o znacznie większym przekroju zastosowanych drucików oraz odmienne materiały antywibracyjne. Co wydaje się być ważne, to podobnie do najlepszych manufaktur na świecie fakt ręcznej, sugerującej solidność wykonania produkcji każdego kabla. Niestety ze znanych obecnie obaw o podrabianie wszystkiego co się da, o naszym bohaterze oprócz pakowania go w zgrabną drewnianą skrzynkę nic więcej nie udało się nam dowiedzieć. Za to co potrafi w kwestii brzmienia zamierzenie nie pytaliśmy, gdyż bez problemu sami mieliśmy okazję to ocenić, na kilka strof o czym zapraszam do poniższego akapitu.

Zanim przejdę do opisu brzmienia, zaznaczę, iż nasz bohater jest jakby cenowym i w teorii jakościowym wstępem do dwóch dotychczas opiniowanych przez nas konstrukcji. To zaś sprawia, że najważniejszym w tym podejściu testowym jest sprawdzenie, czy The One MkII sprostał oczekiwaniom jakie wzbudził kontakt ze starszym rodzeństwem. Pierwszy był wyrazisty, jednak nieco nieokiełznany, zaś drugi również pełen energii, jednak podanej w wykwintny, co jest bardzo istotne nie zabijający drzemiącego w muzyce drive’u sposób. I wiecie co? Pełne odrobienie lekcji przez producenta słychać dosłownie od pierwszych minut. Nadal słychać drzemiącą w jedynce chęć dynamicznego pokazania realizowanych w eterze wydarzeń, jednak to nie jest już siłowe naciąganie faktów samego środka pasma, której celem było skierowanie mocy w nasycenie i wyrazistość wokalizy, przy utracie ważności reszty zakresów, tylko ewidentne zrównanie ważności poszczególnych zakresów. Muzyka jakby nabiera oddechu. Nie zmusza do wnikania w jej konkretny, w tamtym przypadku aspekt związany z projekcją średnicy, tylko pozwala chłonąć całość materiału w równym stopniu. Naturalnie to nadal nie jest wyrafinowanie, czyli powiązana z gładkością rozdzielczość przekazu jak we flagowcu, ale mimo wszystko słychać, iż system stawia na większy spokój, a co za tym idzie, minimalizuje męczącą na dłuższą metę pewnego rodzaju „nachalność” podania. Nagle okazuje się, że piosenkarka nie chce człowieka zjeść, a kontrabasista wzmocnioną pudłem rezonansowym struną przyprawić o arytmię serca. Wszystko z jednej strony jest nienachalne, ale z drugiej pełne niezbędnego wigoru, pozwalającego zagrać pełne spektrum nurtów muzycznych. Jak to możliwe? Przecież pisałem. To efekt równego traktowania całego pasma, co sprawia, że muzycy tak wściekłego rocka, jak i jazzowego plumkania obdarowani są i dobrą wagą dźwięku, jego fajna kontrolą, w żadnym stopniu nieograniczoną swobodą projekcji w eterze, a przy tym przyjemną w odbiorze plastyką. Czy da się lepiej? Naturalnie, choćby z modelem ze szczytu oferty. Jednak znając z autopsji możliwości całej trójki zanim uderzycie w najwyższe „c”, polecam zapoznać się z początkiem cennika. Jest naprawdę dobry.

Gdy nadszedł czas zaproponowania grupy docelowej dla punktu zapalnego naszego spotkania, bez najmniejszej obawy o jakąś dramatyczną porażkę polecam go do posłuchania dosłownie każdemu. Nie oferuje przewalonego basu. Nie jest specjalnie nachalny. Za to jest dobrze osadzony w masie, dzięki temu z fajną barwą, a wszystko okrasza odpowiednio dozowana swoboda projekcji. Czy każdemu przypadnie do gustu, to już inna, zależna od potrzeb danej konfiguracji i samego zainteresowanego para kaloszy. Jednak jedno jest pewne, spędzony z nim czas będzie owocny w fajne doznania. A przecież w naszej zabawie o to chodzi. Nie mam racji?

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Producent: WK Audio
Cena: 6 900 PLN / 1,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

I assume, that we all do perceive Denmark as a kind of breeding room for all kinds of electronics and loudspeaker companies, that are well known around the world. I could now spend some time naming those companies, but being aware of your sparse time, I will only mention the Gryphon Apex Stereo I own now, and the recently owned Dynaudio Consequence as examples. Those are brands that are almost having cult following, without which, some audiophiles think, no joyful listening to music is at all possible. But those are by far not all companies populating the Danish audio market. So what company am I thinking about? Well, about the equally outstanding, but having a bit of a hard time in the Polish market, yet well known by all audiophiles, brand Peak Consult. Do you think I am exaggerating? Not at all, as when I got those speakers for testing, and we published the introduction on our web page, I immediately got a plethora of phone calls with requests to have a listen. So what did we get for testing, that had my phone going red hot from calls? Looking in the catalog of the company, the Polish distributor Quality Audio started from a high note and offered us a meeting with the top model from it, the Peak Consult El Diablo – please note, that there is one higher model, but made only upon order, the Dragon Legend. Are you interested? I think this is only a rhetorical questions, because judging by the received interest, I think many of you are.

As you can see on the photos, the tested speakers are mid-sized floor standing loudspeakers. Their weight, around 90kg, compared with their size, suggest that the company was combatting the harmful vibrations and standing waves inside the cabinets; this is further supported by the cabinet walls not being parallel. Except for the side panels, all the remaining ones are either fully (the back and top panels) or partially (the front baffle) tilted. This might have led to the creation of a monstrous cabinet, but the design of those speakers makes it look very nicely. The used tricks are the covering of the baffle and back panel with chic black leather, covering the multilayered HDF cabinet with solid, walnut panels, adding visual accents by using vertical acrylic panels on the sides and finally placing the speakers on transverse beams with regulated spikes on their ends, to add stability. Talking about technicalities, the Danish speakers were equipped with custom Audio Technology speakers – two bass drivers and one midrange, and a Scan Speak tweeter, made exclusively for them. On the back panel we have two bass-reflex ports and a set of proprietary, very thought out wire terminals, placed on the bottom. Those terminals do not allow us to have two pairs of spades touch each other, and also have interchangeable nuts – you can use the plastic one when utilizing banana plugs, while a set of aluminum ones, with a plastic washer, will push the spade connector against the active surface mounted on the back of the speaker. The El Diablo are, according to the manufacturer, three-way speakers, with 90dB sensitivity, the impedance not going below 5Ohm and a frequency response of 20 – 30000Hz.

Now, after I provided a few loose technical details, we have arrived at the clou of today’s meeting. I am now obliged to describe, and then discuss, based on a few examples, how the beautiful Danish speakers fared. And this time, I have an issue with that, or better said, maybe not an issue, but a kind of uncertainty, how to phrase those, to make them understandable for you. If I would be utilizing the opinions of people visiting me, I would say those are “safe” speakers, as music never stung my ears during listening, regardless of the volume level. But to understand that statement correctly, I need to mention, that this safety was not due to killing off the joy of listening, which is often a result of softening of the sound reproduced, but by showing, how you can transmit the most important aspects of a given event, while being an advocate of the more noble approach to painting the musical world. This is a kind of marriage between water and fire, as on one hand the sound was far from becoming oppressive, or from chasing any competitiveness, but on the other, I got the full range of information recorded in the source material. Without looking for appraisal by splitting the hair in four, yet with everything you need to get completely lost in listening to your beloved music. Music easily consumed in large batches, for multiple hours, when the only result of this would an imprint on your buttock from sitting so long, without any signs of being tired. Of course I am aware, that currently all producers are trying to squeeze all out of music in terms of transparency and immediacy of showing everything on a silver plate, so the Peak Consult speakers may not be “trendy” enough for the beginners in the audio game, but I say – kudos to the Danish for making their product for the true, mature music lovers, and not the painted ones. The true one does not need any fireworks and sonic games to put his soul in the hands of the music listened to, but only coherence and delicacy of how the music is presented, showing the natural fullness of the presented material and mastery of the artists. And the tested speakers are completely fulfilling those tasks. Away from being adventurous, thus nicely soothing the soul of the listener. How? First of all – offering a very coherent, in terms of timbre and essence, and yet very energetic picture. Secondly – keeping the high registers on a leash, while allowing them to reproduce their full spectrum. And thirdly – despite their significant size, building a bookshelf speaker like, very wide and brilliantly deep, virtual stage, managing 3D imaging easily. I must confess, that I was very surprised, in a positive way, with the last point. I like nice depth of the musical world painted in my room, and I placed my speakers in such a way, that they lost a bit of the stage width for the depth, but what the Scandinavian speakers offered in that aspect, was amazing. It was not overdrawn, and at that, fully subdued to the virtual sources. A true fairytale. But which one exactly?

A very good example for the brilliance of reproducing the reality of well recorded grand scale musical events, was the “Swan Lake” spectacle, directed by Efrem Kurtz and with Yehudi Menuhin on the solo violin. This is a very fluent, and at the same time very emotional story, but, and this is very important, can become hard to digest, when not presented well by the audio system. What do I mean with that? The first two aspects seem to be very obvious, so I will have a look at the last one. Of course, the reason for drawing attention to that aspect, is my wish to describe, how well those speakers are handling material recorded on a big stage, and that despite having calmness written in their DNA. Yet, the speakers were fully capable of showing the full spectrum of orchestral sonic nuances. One time it was an interesting showing of the placement of an individual instrument, while at other times groups of instruments, and the accolades encapsuling all, was the ability to present even the faintest sounds of the solo violin, played by the mentioned maestro, in a completely readable fashion. During the first encounter of this music with the tested speakers, I had the impression of a weird, as rarely seen, stoic calmness. But it was just a deceptive appearance, because under the coat of nostalgia, some deep emotions were hidden. It does not matter if a given loudspeaker can shine more, when in the end it turns out, there is not much music in the played sound, because the system placed more emphasis on competitiveness than on coherence. Unfortunately, even when there is a wow effect with the first kind of sound, it does not work in the long run. This is why it is so important to allow the speakers to show their true colors, their true personality. And in this case, this personality was pure essence and timbre of the music listened to.
For the ending something completely from the opposite musical pole, Black Sabbath “13”. Was this a failure? Not at all. And that because even during the natural “culturalization” of this music, the sound did not lose any of its expressiveness. Yes, the cymbals were ticking a little less, but instead, they were phenomenally, palpably placed in space. In addition, Ozzy’s voice gained some nice power, the guitar riffs some extra gut, so this whole madness still had my full attention to every instrumental and vocal phrase, despite a change of direction from harshness to smoothness.

Summarizing what I wrote above, I hope everything is clearly understandable. The tested speakers Peak Consult El Diablo are a product for a person, who is absolutely certain, what emotional perception of music means. This is not a transient shot in your ear, but a very coherent showing, of how the projection of music influences its final perception. If you are looking for excessive competitiveness, you will never understand, what the musicians really want to convey in their music. Yes, sometimes a temporary dazzling of the listener has its assets, but for sure, this will not be the means for long term listening. Fortunately for many of us, the Danish seem to understand that, and despite the speaker name (El Diablo), they proposed us real angels.

Jacek Pazio

Opinion 2

Until recently the name “El Diablo” brought me two, or maybe three, associations. The first one, was the contemporary version of the model FXRT from 1983, equipped with the Milwaukee-Eight™ 117 1923cm3 engine, limited Harley-Davidson Low Rider™ El Diablo. Another, the no less intriguing, belonging to the DC universe, character of a certain Chato Santana, who uses such a nick name. And the third – this a bit stretched, as it does not have the “El” prefix – the top Danish integrated amplifier – The Gryphon Audio Diablo 300. Now there is time to add another devil to the list, or better maybe two. I am talking about the Danish, and for some cult, loudspeakers Peak Consult El Diablo, supplied to us by the Chelmza based distributor Quality Audio.

Looking at the Danish Devils, despite trying to keep my objectivism, I cannot. So fully subjectively I must tell you, that the tested Peak look absolutely gorgeous. A combination of leather with natural wood and uncommon shapes of the cabinets do not leave space for indifference. A characteristic, that allows the mentioned devil’s seed to stand out from the competition are the massive, and very work intensive cabinets, made from multilayered sandwiches from HDF plates connected with vibration dampening glue, with the total thickness surpassing 30mm (even 40mm in the El Diablo). Inside those cabinets there are appropriate, specifically designed, reinforcements, that make the whole become incredibly rigid. If that would not be enough, the side and top panels are covered with 14mm wooden staves (in our case a beautiful American walnut), and the front and back are covered with leather, what reminds me of the best masters of Italian design. Our eyes are also caught by acrylic inserts, in the form of vertical lines, running through the side walls. So it should not come as a surprise, that making one pair of the loudspeakers, takes the Peak team eight to sixteen weeks. The whole is then mounted on bolted, massive transverse beams (you can see them during the unboxing), equipped with solid, rounded, conical feet, which not only allow for the speakers being perfectly leveled, but make moving them around surprisingly easy.
But let us concentrate on things we can see with our own eyes, because there is a lot to digest. Starting with the slightly oblique front, through the non-parallel walls, the whole makes a very dynamic impressions, what is even enhanced by the battery of drivers visible on the front baffle. Each of the loudspeakers has a 26mm tweeter, a paired with 0.1dB precision Illuminator D3004/662000 Scan-Speak with enlarged magnet, modified to specifications coming from the Middelfart based manufacturer, a 5” midrange from Audiotechnology, with the distinctive dust cap carrying the company logo and a pair of 9” Audiotechnology woofers. Of course the midrange and woofers are not your typical off the shelf speakers, but custom made, where the midrange has a special process of optimalization, where the magnetic slit and pole pieces are adjusted. The woofers have bigger magnets and improved baskets. The cabinet’s back plate has two bass-reflex ports and double, proprietary wire terminals mounted.
Compared to its predecessor, introduced in 2007 to the market, the electrical parameters were adjusted. First of all, the cross-over frequencies changed from 200Hz and 4.8kHz to 350Hz and 2.4kHz, secondly the impedance was lowered from 7 to 5Ohm, and thirdly, the sensitivity changed from 94 to 90dB. So the amplifier load became a bit harder, although, at least on paper, it still remains vastly acceptable for most amplifiers. The cross-overs themselves are second order, with 12db slopes. The weight of the speakers increased though – from 85.5 to 90kg a piece. The internal cabling is no longer uniform, and instead of the previously used Stereovox, specific wires were used for the relevant sections. For the bass OFC copper solid-core were used, for the midrange OFC braid cables and for the tweeters – silver plated copper OFC wires. To dampen the separated, asymmetrical chambers for the individual speaker sections a new solution was employed – bitumen felt, and this change could account for the weight increase of the speakers.

Putting the technicalities and the above average design aside, you need to take into account, that most buyers will not make their call based on, even the most sophisticated, almost quantum physics based solutions, or the opinion of the interior decorator (wink, wink, you know whom I mean by that), but using their own ears. Because a loudspeaker may look good, but it absolutely must sound well. And there is no going around that. Fortunately, the El Diablo do not bring any shame to the Danish, who do exist in the high-end ecosystem, but in the contrary, they are a very successful and exclusive business card for the brand. And I am writing this being fully aware of what I am doing, as while the Peak Consult portfolio encompasses a flagship model called Dragon Legend, standing 188cm tall and bringing 382kg to the scales (each one of them), I feel, that the price tag attached to those (a modest 190 000 €) can work miracles in cooling down the urge of owning a set. And the “devils” are not only more easy to handle, but also three times less expensive, and yet do not shame any audiophile owning them. And they do catch your ears and make you addicted to them, as if those were hard drugs, and not loudspeakers. From the first notes it comes to light, that they can do something, that seems obvious, but in the meantime became either forgotten or skewed, on the path of understanding what High-End really means, and what it really should be. Instead of following the current standard of truly pornographic overdraw and upscaling of the minutest of details to gargantuan sizes, under the motto, that bigger means better, the Peak are all for naturalness and normalness, come as close to the true sound of the reproduced instruments and musicians, as possible given the technical and financial constraints. Do you see the major difference? Here it is not about competitiveness, showing something bigger than it was in reality, playing notes not in the score, or, half-jokingly, performing the “Minute Waltz” (Waltz D-flat major Op. 64 no.1) from Chopin under 45 seconds, instead of the usual 2 minutes, like for example Lang Lang does it, but about being true to the original. And while at first glance, we can have the impression, that instead of the expected, mind blowing and booming techno rollercoaster we get only noble, slow driving with a road cruiser, with a Strauss waltz playing, we very quickly get to the conclusion, that this is absolutely not slowing down, but a normalization of the sound. Does this characteristic remind you of something? Not? It does not matter – I will give you a hint – the same kind of esthetic is proposed for years by the Japanese C.E.C. And it does not mean, that things are lethargic or lacking drive, because even the thrash metal “Ballistic, Sadistic” from Annihilator sounded with appropriate, for a metal piece, aggression and phenomenal weight. Weight that de facto defines the nature of the El Diablo, in their approach, the saturation and slight lowering of the center of gravity activates and intensifies the energy sleeping inside the source material, and does completely not mud anything. The kick, and in general the drums, bestially treated by Fabio Alessandrini, hit like the hammer of Hephaestus himself, and in the fiery guitar riffs, there is the expected power of large amplifiers. Yet, despite all that might, the whole does not tire with excessive offensiveness and clamor, because the top end, although it cannot be accused of being insecure or withdrawn, emphasizes on quality and refinement, instead of multiplied amount of information and a maddened attack on our senses. It is also worth mentioning, that against appearances, and my previous remarks about avoiding any gigantomachy, the Peak play with a big, but not exaggerated, sound, one that could be described as “adequate” to the reproduced material. The offered size of the sound is not rescaled to the room they are placed in, also not kept on a median, artificial level – as some manufacturers envision. Here the Canadian thrashers are making truly cacophonic clamor and a wall of brilliantly differentiated and not confluent sounds, although the lower octave does have a tendency to a certain roundness, known, amongst others, from the recently reviewed Dali Kore. But it suffices to reach out for grand symphonics like the Telarc album “Tchaikovsky: 1812 Overture, Op. 49, TH 49 & Other Orchestral Works” by the Cincinnati Pops Orchestra, to hear with your own ears, what a tutti of an orchestra, composed of a few dozen musicians, means, and how a gradation of planes should be properly reproduced. By that I mean the creation of the stage to the sides and in depth, and I am not even mention the obvious thing, that nothing is moving out of its rightful place, as it is absolutely defined. And when we want to extract any party from this coherent whole, or follow the doings of a given orchestra section, we can easily do it – we just need to focus our attention on it, just like in a real life setting. Because when sitting in the auditorium, we experience the same kind of cognitive dualism, where we perceive the orchestra as a whole, only occasionally extracting some more intriguing soloists, or looking at a more expressive conductor. So there is no way, that the individual musicians are carved out with laser precision and we can experience the overwhelming package of details, like on a 4 or 8K demo, we just get a vividness like in a live event, or in a cinema. Due to that, even multiple hours of marathon listening is not tiring, in contrary, those allow our nervous system, deteriorated with our daily stresses, to regenerate.

I hope, that from what I wrote above you can see, that the devil is not as black as he is painted, and the Peak Consult El Diablo do not try to torture the listener, but try to make him or her comfortable and allow to relax, proposing a very refined and coherent sound, with incredible depth and emotional load. Is this a sound for everyone? Of course … not, because lovers of laboratory coldness and splitting a hair in fours can be disappointed with low amount of analytics. But all people searching for musicality, swing and intrinsic calmness in music, and the de facto neutrality, can reach for the Danish devils without a second thought. However you need to keep one thing in mind, you need to have powerful amplification at hand, as the Peak absorb Watts and Amperes like sponges, so weak tube amps and etheric solid states may not be sufficient. It is also worth to leave them some space, as the bass reflex ports on the back are not for show, and already without the aid of the walls the El Diablo have sufficient amounts of bass.

Marcin Olszewski

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker Cables: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: Clearaudio Concept
Cartridge: Essence MC
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: Sensor 2 mk II

Polish distributor: Quality Audio
Manufacturer: Peak Consult
Price: 55 000€

Specifications
Design: 3-way ported double bass
Crossover Frequency: 350 Hz / 2400 Hz
Frequency response: 20 – 30.000 Hz
Sensitivity: 90dB @ 1 W / 1 m
Impedance: 5+/-1 Ω
Dimensions (H x W x D): 115 x 30 x 54 cm
Weight: 90 kg each

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Dziwnym zbiegiem okoliczności większość recenzowanych na naszych łamach płyt śmiało można zaliczyć do nurtu tzw. bieżących artystycznych kreacji, czyli rejestracji wykonań (jakoś bardziej mi to pasuje od koszmarnych „wykonów”) autorskich kompozycji przez samych zainteresowanych. Oczywiście w tzw. międzyczasie to i owo o „zaśniedziałej” klasyce czy też jazzowych standardach naskrobaliśmy, jednak zazwyczaj docierający do nas materiał dotyczył twórczości na wskroś współczesnej. Tymczasem pod koniec minionego roku trafił do nas srebrny krążek zarazem bezsprzecznie współczesny pod względem realizacyjnym, jak i mocno zakorzeniony w dogmatach pokrytej patyną klasyki. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. Nie mam nic a nic przeciwko temu gatunkowi i jestem w stanie przyjąć do wiadomości stanowisko – punkt widzenia Pana Michała Bryły – sprawcy całego zamieszania, czyli właściciela manufaktury wydawniczej Prelude Classics jakoby „Szczególnie muzyka poważna jest (…) dziedziną sztuki, która odzwierciedla możliwie wszystkie rodzaje uczuć związanych z ludzką percepcją.”, jednakowoż osobiście pozwalam sobie uważać, iż niestety z klasyką i jazzowymi standardami, czyli repertuarem de facto archiwalnym, jest mniej więcej tak, jak z coverami. Czyli mniej, bądź bardziej udanymi interpretacjami, którymi umownego szklanego sufitu się nie przebije a i same emocje z nimi związane są nad wyraz stonowane i trzymane na wodzy. Proszę tylko przypomnieć sobie poczynania Sex Pistols, którzy biorąc na warsztat „My Way” Sinatry pomimo usilnych starań, punkowych porykiwań i szydery nie wyszli poza oczywiste ramy. Dlatego też zamiast prowadzić czysto akademickie dywagacje, czy na „Misterioso / J.S. Bach – Sonatas for violin and harpsichord, BWV 1017-1019”, bo to właśnie nad tym wydawnictwem będziemy się dziś pastwić, Aleksandra Bryła na skrzypcach i Maria Banaszkiewicz-Bryła (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) na klawesynie zagrały tak, jak autor, znaczy się J.S. Bach sobie tego życzył, ograniczę się do kilku refleksji o samym brzmieniu i jakości nagrania, kwestie interpretacyjne pozostawiając miłośnikom najbardziej ekstremalnej (kuriozalnej?) formy takowej aktywności, za jaką uznaję monograficzny Konkurs Chopinowski i jemu podobnych. Dlatego tez nie przedłużając wstępniaka serdecznie zapraszam do dalszej lektury.

W ramach tym razem już merytorycznego wstępu warto wspomnieć, iż tytułowy album jest realizacją na wskroś rodzinną, co z resztą można wywnioskować po personaliach osób w ów projekt zaangażowanych. I tak odpowiedzialny za realizację i produkcję doktor sztuki, pedagog i altowiolista Meccore String Quartet Michał Bryła jest synem (proszę o wybaczenie w kwestii braku feminatyw) profesor Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu oraz kierownik Katedry Historycznych Praktyk Wykonawczych Marii Banaszkiewicz-Bryły i mężem adiunkt ww. Akademii – Aleksandry Bryły. Nagrań dokonano w Auli Nova Akademii Muzycznej w systemie DAW w PCM 24 bit/44,1 kHz, czyli nie ma co liczyć na „gęste mastery”. Album dostępny jest za to Tidalu, więc miłośnicy streamingu mogą po jego zawartość sięgnąć już podczas zaznajamiania się z naszymi, na wskroś subiektywnymi wynurzeniami.
I jeszcze słowo o użytym instrumentarium. Otóż klawesyn wyszedł spod ręki Reinharda von Nagela i jest kopią instrumentu Nicolasa oraz François Blanchetów z 1730 roku a skrzypce to kopia XVII-wiecznych skrzypiec Francesco Ruggeriego, wykonana przez Krzysztofa Krupę w 2012 roku. Mamy zatem do czynienia z konstrukcjami bazującymi na zgodnych z czasami twórcy kompozycji kanonami piękna, zasadami wg. których pracowali „budowniczowie” klawesynów i sztuki lutniczej.

Skupmy się jednak na brzmieniu, gdyż tytułowy materiał okazuje się zaskakująco lekkostrawny i przystępny nawet dla osób niezaznajomionych z podobną estetyką. Skrzypce pełnią tutaj rolę swoistego szkieletu i zarazem (pseudo) basowego fundamentu, na którym utkana jest misterna pajęczyna partii klawesynu. Brzmi kontrowersyjnie? Niekoniecznie, gdyż cale szczęście, znaczy się pomimo całej swej eteryczności, realizatorowi udało się uniknąć irytującej i męczącej na dłuższą metę szklistej jazgotliwości (brzdąkliwości) dzięki czemu oszczędzono słuchaczom dźwięków towarzyszącym zrzucanemu po schodach kredensu wypełnionego rodowymi srebrami. Klawesyn, choć obecny pełni w nagraniu rolę drugoplanowego akompaniamentu dbając o wszelakiej maści ozdobniki i ornamentykę artykulacji, ustępując pola pierwszym i zarazem jedynym skrzypcom.
Z kolei owe skrzypce zarejestrowane zostały gęsto i słodko, lecz z właściwą sobie natywną szorstkością, przez co Panu Michałowi udało się uniknąć zbytniego polukrowania i gubiącej po drodze mikrodetale bezpiecznej, asekuranckiej gładkości. W dodatku, choć mamy do czynienia z nagraniem zrealizowanym w nader imponującej kubaturze (16 725 m³), to pogłos nie tylko nie zaburza motoryki i artykulacji nagrań, lecz niemalże mieści się w ramach „studyjnych” kanonów. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć – nie jest to cisza i „głuchość” belgijskiego Galaxy, lecz daleko mu (tytułowemu nagraniu) do charakterystyki sakralnych wnętrz i realizacji Godarda. Mamy za to świetne ogniskowanie źródeł i pomimo ograniczonego do dwóch instrumentów aparatu wykonawczego nie sposób narzekać na nudę, czy też monotonność. Tempa są zaskakująco żwawe, artykulacja dynamiczna a i (mikro) dynamice nie sposób czegokolwiek zarzucić. Co do gradacji planów, to śmiało możemy uznać, że akurat w tym przypadku mamy do czynienia z sytuacją, gdzie obie instrumentalistki ustawiono w jednej linii, więc o klasycznej gradacji mowy nie ma, za to scena kreowana jest w szerz, gdzie klawesyn mamy po lewej, skrzypce po prawej a całość nader zgrabnie zbiega się tuż przed słuchaczem. W dodatku pomimo wspomnianej słodyczy i kremowości warto zwrócić uwagę na otwartość i wyrafinowanie górnych rejestrów oraz komunikatywność średnicy, gdzie oba instrumenty grając unisono nie zlewają się w jedną, bezkształtną całość, lecz zachowują swoje naturalnego rozmiaru bryły i kontury. Jest to o tyle ciekawe, że skrzypce, choć mniejsze charakteryzują się wyraźnie szerszą skalą i wolumenem pozostawiając w tyle bądź co bądź znacznie bardziej pokaźny klawesyn.

Rodzima realizacja „Misterioso J.S. Bach – Sonatas for violin and harpsichord, BWV 1017-1019” jest nader namacalnym dowodem na to, że klasyka, pomimo upływu lat i „ogrania” nie jest nudna i skostniała, gdyż wystarczy odpowiednie instrumentarium i nie mniej ekspresyjne wykonanie, by dać się ponieść wyrafinowanym rytmom i pewnej, niepodrabianej egzaltacji właściwej odpowiednio zagranemu i nagranemu repertuarowi. Czy jest to propozycja dla każdego? Cóż, jeśli ktoś jest w stanie przebrnąć przez oklepane „Cztery pory roku” Vivaldiego, czy „Bolero” Ravela, to i z Bachem powinien sobie poradzić. A tak już zupełnie na serio – posłuchajcie Państwo, bo warto i nawet jeśli nie przepadacie za takimi klimatami, to wypada od czasu do czasu rzucić uchem na coś, co niekoniecznie wpisuje się w Wasze gusta, bo a nóż widelec okaże się, że właśnie takie pozornie skostniałe brzdąkanie wpadnie wam w ucho i zostanie w nim na dłużej, czego szczerze Wam życzę.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Dzisiejszy podmiot naszego spotkania w postaci jakże emocjonalnej kompilacji dzieł J.S Bacha, w odniesieniu do typowych tego typu światowych produkcji jest diametralnie inny. Po pierwsze – chodzi o rzadko spotykaną sytuację realizacji tylko przez siebie wybranych – bez odgórnych zaleceń osób trzecich, zazwyczaj mocodawców danego przedsięwzięcia płytowego, bo najbardziej pasujących do pierwotnego pomysłu na daną produkcję, wywołujących u słuchaczy maksimum emocji, odpowiednio stopniujących ich poziom utworów. Zaś pod drugie – jeszcze bardziej nietypowe w dzisiejszych czasach nie tylko wykonanie, ale również wyprodukowanie całości projektu własnym sumptem (z wszelkimi kosztami włącznie) od znakomitych wykonawczyń począwszy po rozumiejącego ich zamierzenia producenta, jak informują nas występujące nazwiska, w tym przypadku jednej familii – mama Maria Banaszkiewicz-Bryła (klawesyn), żona Aleksandra Bryła (skrzypce) oraz Michał Bryła (producent). Nie sądzicie, że to pozytywnie zaskakujące, bo już na starcie sugerujące pełne zrozumienie ogólnego przesłania płyty, podejście do tematu? Wy z racji rozprawiania o swoistej nowości na rynku fonograficznym pewnie jeszcze nie, jednak ja po kilkukrotnym zapoznaniu się z tym materiałem jak najbardziej to potwierdzam. Co to oznacza? To postaram się przybliżyć w dalszej części tekstu.

Jak sugerują nie tylko nazwiska głównych artystek, ale potwierdzone oficjalnie informacje, będąca twórcą tej barokowej opowieści cała trójka jest wielopokoleniową rodziną instrumentalistów. To zaś sprawia, że nie tylko rozumieją muzykę w per se, ale również jej postrzeganie przez pryzmat osobistych doznań każdego z nich. Bez takiego, czyli duchowego zrozumienia się nawzajem, omawiana płyta byłaby fajną, ale jednak nie okraszoną tak znakomicie uwolnionymi emocjami opowieścią muzyczną. Fajną, gdyż zarejestrowaną w bardzo dobrze znanej artystom i producentowi, notabene również znakomitemu wirtuozowi, sali koncertowej Auli Nova Poznańskiej Akademii Muzycznej, czyli profesjonalnie zaadaptowanej akustycznie kubaturze. Niestety wiedząc iż do tanga trzeba dwojga, bez wspieranego wzajemną rodzinną bliskością, podprogowego zrozumienia się muzyków jedynie dobra pod względem warsztatu. A przecież aby zatracić się w muzyce bez reszty, sam warsztat nie wystarczy. Dlatego tak ważny jest aspekt, w tym przypadku rodzinnego nadawania na tych samych falach. A trzeba zaznaczyć, iż samo instrumentarium jest dość szczególne. Chodzi oczywiście o klawesyn. Z jednej strony na tle brzmienia skrzypiec i wiolonczeli dość wyrazisty, a z drugiej z tego właśnie powodu bardzo trudny do odpowiedniego zebrania przez mikrofony, a potem przyjaznego obrobienia w procesie masteringu. Dlatego pisząc o zrozumieniu się nawzajem cały czas wliczałem w tę kwestię producenta, gdyż dobrze i emocjonalnie zagrać podczas sesji nagraniowej to jedno, a w tym samym stanie emocji wdrożyć to w melomańskie życie w postaci materiału na płycie kompaktowej to drugie. Na szczęście pomysłodawca tego projektu pan Michał Bryła znając realia każdego ze wspomnianych przed momentem aspektów widział, jak zrealizować swój plan. W efekcie tego w naszej redakcji pojawił się wspaniale dobrany pod względem muzycznym, znakomicie zagrany i dobrze zrealizowany, wydany przez oficynę Prelude Classics, jak wspominałem rodzinny krążek „Misterioso” – J.S Bach, „Sonatas for violin and harpsichord, BWV 1017-1019.

Na co musimy przygotować się słuchając tytułowej płyty? Odbiór – przynajmniej w moim przypadku – ustawia już pierwszy track. To dla mnie jak żadna inna, wywołująca najgłębsze emocje sonata z „Pasji Św. Mateusza” według J.S.Bacha jako melodia do arii „Erbarme Dich, Mein Gott”. I wbrew pozorom nie chodzi li tylko o partie wokalne, choć racji bycia pewnego rodzaju „rozsądnym” katolikiem słuchanie ubolewań św. Piotra nad trzykrotnym wyparciem się Jezusa jest dla mnie bardzo istotne, tylko o linię melodyczną skrzypiec. Ich rozwibrowanie, płynne, a przez to rzewne pociąganie po strunach znakomicie podkreślając tragizm opisywanej sytuacji sprzed wieków wywołuje stan najgłębszego poczucia winy późniejszego najważniejszego apostoła. To jest na tyle narkotyczny motyw, że gdy kolokwialnie mówiąc dorwę się do tego 3-płytowego materiału, mogę słuchać tej arii kilkukrotnie. Dosłownie bez końca. I jeśli jakimś cudem uda mi się od „replay’a” wyrwać, to tylko z pragnienia nieobrzydzenia sobie jej na dobre. A to bardzo istotne, gdyż opowieść św. Mateusza jest u mnie standardowym materiałem każdych wiosennych świąt.
Dlaczego ten utwór jest tak ważny również dla całej produkcji? Jak wspominałem, jest swoistym preludium dla reszty. Już nieco mniej emocjonalnej dla odbioru od strony jestestwa, ale nadal bardzo pociągającej w temacie wirtuozerii tak rozmowy dwóch instrumentów, jak i wyczucia intencji obsługujących dany instrument artystek. Powód? Banalny. Po prostu utrzymanie poziomu emocji w sferze z pierwszego kawała przez cały krążek mogłoby spowodować przegrzanie zwojów mózgowych i nieplanowane zamkniecie się słuchacza w sobie, tymczasem muzyka jako taka ma nas przecież również bawić. Dlatego moim zdaniem zaczynając kompilację z wysokiego „C” pomysłodawcy w trosce o minimalizację znudzenia zbytnią patetycznością w dalszej części zaproponowali klika przeplatających się raz szybszych i emanujących większą energią, a innym razem wolniejszych i zwiewnych, jednak nadal wykonanych w iście wirtuozerskim stylu utworów. Czy to dobrze? Jak najbardziej, bowiem dzięki stopniowaniu doznań po powrocie soczewki lasera do stanu zero nie miałem poczucia przesytu, tylko bez problemu w myślach ustalałem sobie termin kolejnego odsłuchu tego jakże ciekawego od strony muzycznej materiału. Czy fraza „od strony muzycznej” oznacza jakieś problemy w kwestii jakości realizacji?

Z pewnością osobiście licząc na nieco inny poziom nasycenia przekazu tak bym tego nie odebrał. Chodzi o to, że klawesyn jest bardzo wyrazisty. Z jednej strony dźwięczny, niestety z drugiej przenikliwy, dlatego zbyt lekkie podanie go przez system może spowodować pękanie szkliwa na zębach. Na szczęście w tym przypadku nic z tych rzeczy nie miało miejsca, niemniej jednak osobiście musiałem skorzystać z mniejszego biasu w mojej końcówce mocy. Dźwięk delikatnie nabrał body, co pomogło mu stać się wręcz idealnym. Na tyle strawnym, że nie bolał nawet podczas głośnego słuchania rozpoczynającej płytę arii, a przy okazji nie stracił werwy oraz poziomu ważności podczas rozmów z również bardzo ważnymi dla tego wydarzenia muzycznego skrzypcami. Ale żeby uspokoić wszystkich potencjalnych słuchaczy zaznaczam, moje działanie nie było ratowaniem materiału, tylko podkręcaniem na maxa poziomu jego ekspresji. Dlatego wiedząc, że każdy z Was odbierze ten stan w odmienny sposób, z czystym sumieniem mogę stwierdzić, iż tak zwany stan „zero”, czyli płyta słuchana w standardowym ustawieniu systemu brzmiała dobrze. Z opisanych przed momentem przyczyn nieidealnie, ale jak na obecne, nastawione na wypuszczanie na świat muzycznej bylejakości czasy bardzo dobrze. A jeśli tak, chyba nikogo nie zdziwi fakt mojej serdecznej rekomendacji dla tego krążka. Może nie na każdą okazję, ale dla celów złapania psychicznego oddechu od zagonionego świata jak najbardziej. Nawet dla wielbicieli mocnego grania. Zapewniam, sam od takiego nie stronię. dlatego płyty typu tytułowej „Misterioso” są u mnie dość częstymi kompresami dla studzenia nadmiernych emocji codziennego życia.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Peak Consult El Diablo

Opinia 1

Mniemam, iż wszyscy jak jeden mąż zdajemy sobie sprawę z faktu postrzegania Danii jako swoistej wylęgarni rozpoznawalnych na całym świecie producentów elektroniki i kolumn głośnikowych. Przykłady na potwierdzenie tej tezy bez najmniejszego zająknięcia mógłbym przytaczać bez końca, jednak oszczędzając Wasz cenny czas wspomnę choćby posiadanego obecnie przeze mnie Gryphona Apex Stereo i do niedawna stacjonujące na co dzień Dynaudio Consequence. To wręcz kultowe brandy, bez których wielu melomanów nie wyobraża sobie przyjemnie spędzonego czasu przy muzyce. Jednak wiadomo, że na wymienionych podmiotach duński świat audio się nie kończy. Do czego piję? A jakże, do równie nietuzinkowej, co ciekawe, mimo mającej na naszym rynku lekko pod górkę – było kilka prób zaskarbienia naszych zmysłów, znakomicie rozpoznawalnej przez rodzimych melomanów marki Peak Consult. Myślicie, że przesadzam? Bynajmniej, bowiem ewidentnym potwierdzeniem tej opinii okazało się być kilka natychmiastowych telefonów z prośbą o posłuchanie przybyłych do mnie konstrukcji tuż po publikacji zapowiedzi testu  na naszej stronie. Co takiego trafiło na nasz tapet, że mój telefon rozgrzał się do przysłowiowej czerwoności? Patrząc na portfolio marki dystrybutor Quality Audio uderzył w wysokie „C” i zaproponował nam muzyczny miting ze szczytowym modelem podstawowego cennika – marka ma w ofercie jeszcze wykonywane na zamówienie Dragon Legend – w postaci jakże urodziwych wizualnie kolumn podłogowych Peak Consult El Diablo. Zainteresowani? Spokojnie, to pytanie retoryczne, gdyż po swojej ekscytacji zaistniałą sytuacją mniemam, iż wielu z Was z pewnością tak.

Jak ukazują fotografie, nasze bohaterki są średniej wielkości kolumnami podłogowymi. Ich oscylująca w okolicach 90 kg, czyli jak na rozmiar słuszna waga sugeruje jedno. Konsekwentną walkę ze szkodliwymi wibracjami i falami stojącymi wewnątrz obudowy, co oprócz wspomnianej masy potwierdza minimalizacja równoległości ścianek zaprojektowanej skrzynki. Otóż wszystkie oprócz bocznych są albo w całości jak tył i górna, albo tak jak front w górnej części lekko pochylone. Pozornie wydaje się, iż jest to prosta droga do stworzenia wizualnego potworka, tymczasem za sprawą designerskich zabiegów temat ma się całkiem dobrze. Oczywiście mam na myśli ubranie awersu i rewersu w nadającą szyk kolumnom czarną skórę, obłożenie wykonanej z warstwowo sklejanych płatów HDF-u obudowy panelami z litego orzecha, przełamanie monolitu bocznych ścianek pionowymi wstawkami z czarnego akrylu oraz posadowienie tych brył na zwiększających punkty podparcia poprzecznych belkach z regulowanymi kolcami. Jeśli chodzi o garść technikaliów, duńskie panny z przodu zostały uzbrojone w customowane przetworniki Audio Technology – dwa basowe i jeden średniak oraz także dedykowany indywidualnie tym kolumnom Scan Speak – wysokotonówka. Z tyłu zaś mamy dwa sporej średnicy porty bass-refleks i tuż nad podłogą zestaw będących oczkiem w głowie marki, przemyślanych zacisków do kabli głośnikowych. Co mam na myśli? Po prostu nie włożymy dwóch par widełek na siebie, a dociskające kable do terminali zakrętki są albo plastikowymi tulejami – wówczas mamy szansę zastosowania połączenia bananowego, albo aluminiowymi baryłkami z plastikową powierzchnią dociskającą widły do powierzchni czynnej w zacisku kolumny. Tak zaprojektowane El Diablo według informacji producenta są wentylowanymi bass-refleksem konstrukcjami trójdrożnymi, o skuteczności na poziomie 90 dB, maksymalnym spadku impedancji do 5 Ohm i z pasmem przenoszenia w zakresie 20-30000 Hz.

Gdy po kilku niezobowiązujących, stricte technicznych informacjach dotarliśmy do clou dzisiejszego spotkania, jestem zobligowany opisać i potem omówić na kilku przykładach, jak wypadły piękne Dunki. I wiecie co, jak rzadko kiedy w tym przypadku mam z tym może nie problem, ale pewnego rodzaju niepewność sformułowania zrozumiałego dla Was określenia ich poczynań. Gdybym miał posiłkować się opiniami goszczonych u mnie znajomych, spokojnie mógłbym powiedzieć, iż są „bezpieczne”, gdyż ani razu bez względu na poziom głośności muzyka podczas testu nie zakuła mnie w uszy. Jednak aby to dobrze zrozumieć, winny jestem dodatkowo wspomnieć, iż owe bezpieczeństwo nie polegało na będącym częstym pokłosiem ugładzania przekazu, zabiciu radości w jej projekcji, tylko pokazaniu, jak z pozoru będąc orędownikami malowania świata dźwięku w raczej dystyngowany sposób, umiejętnie przemycić najważniejsze aspekty danego wydarzenia. To jakby połączenie wody z ogniem, gdyż z jednej strony przekaz był daleki od napastliwości i zbędnego gonienia za wyczynowością, ale z drugiej otrzymałem pełną dawkę zapisanych w materiale muzycznym informacji. Bez szukania poklasku w domenie rozdrabniania włosa na czworo, a mimo tego z wszystkim niezbędnym do bezgranicznego zatracenia się w obcowaniu z ukochaną muzyką. Muzyką bez problemu wchłanianą ciurkiem przez kilka godzin oprócz potencjalnych odleżyn na tak zwanych czterech literach, bez najmniejszych oznak psychicznego zmęczenia. Naturalnie zdaję sobie sprawę, iż z uwagi na obecną producencką pogoń za wyciskaniem z muzyki siódmych potów w domenie transparentności i natychmiastowości podania na tacy dosłownie wszystkiego, produkt Peak Consult dla wielu początkujących adeptów zabawy w audio może nie być zbyt „trendy”, ale w moim odczuciu chwała Duńczykom za to, że puścili oczko do prawdziwych, a nie farbowanych melomanów. Ten przedostatni by oddać duszę w ręce słuchanej muzyki nie potrzebuje fajerwerków i sonicznych igrzysk, tylko spójności i delikatności podania danego, naturalnie obfitego w pokazujący pełnię maestrii artystów materiału muzycznego. I właśnie tytułowe paczki są w pełni spełniającym wspomniane zadania produktem. Dalekim od awanturniczości, przez co znakomicie kojącym skołataną duszę słuchacza. W jaki sposób? Po pierwsze – oferując bardzo spójny barwowo i esencjonalnie, a przy tym pełen energii obraz. Po drugie powstrzymując górne rejestry na wodzy, jednak oddając przy tym pełnię spektrum ich propagacji w eterze. A po trzecie – mimo sporych gabarytów budując wręcz monitorową, czyli nie dość, że szczelnie wypełnioną w szerz, to do tego zjawiskowo głęboką i znakomicie radzącą sobie z projekcją w estetyce 3D wirtualną scenę. Przyznam szczerze, iż sam ostatnim punktem byłem w pozytywnym tego słowa znaczeniu, mocno zaskoczony. Lubię dobrą głębię malowanego w moim pokoju świata muzyki i nieco kosztem szerokości sceny tak ustawiłem swoje kolumny, ale to co zaoferowały skandynawskie kolumny, było wręcz zjawiskowe. Nie dość, że nieprzerysowane, to do tego w pełni zagospodarowane poszczególnymi źródłami pozornymi. Po prostu bajka. Jaka dokładnie?

Wręcz książkowym przykładem na świetność oddania realiów zarejestrowanych z rozmachem wydarzeń muzycznych był przesłuchany przeze mnie z wielką przyjemnością spektakl operowy „Jezioro Łabędzie” pod Efrem Kurtzem z Yehudi Menuhinem na skrzypcach solo. To bardzo płynna, a zarazem emocjonująca i co bardzo istotne, w momencie słabej prezentacji przez system audio ciężka do przetrawienia opowieść. Co mam na myśli? Pierwsze dwa aspekty są chyba jasne, dlatego przyjrzę się jedynie ostatniemu. Naturalnie powodem zwrócenia uwagi akurat na ten temat jest omówienia znakomitego radzenia sobie kolumn z materiałem na wielkiej scenie i do tego mimo wpisanego w kod DNA spokoju podawania muzyki przez testowane kolumny z pełnym spektrum orkiestrowych niuansików sonicznych. Raz było to ciekawe pokazanie lokalizacji pojedynczego instrumentu, kiedy indziej kilkuosobowych składów, zaś spinającym w jedną całość działaniem w pełni czytelne artykułowanie najdelikatniejszych dźwięków skrzypiec wspomnianego maestro. W pierwszym zderzeniu tego materiału z opiniowanymi kolumnami miałem wrażenie dziwnego, bo rzadko spotykanego stoickiego spokoju. Jednak były to tylko pozory, bowiem pod płaszczykiem nostalgii czaiły się niebagatelne emocje. Co z tego, że któreś kolumny potrafią bardziej świecić, gdy na koniec dnia okazuje się, iż w tak zaprezentowanej muzyce jest jej dramatycznie mało, bo system postawił na wyczynowość, a nie na spójność jej wypowiedzi. Niestety, nawet w obliczu chwilowej fajności pierwszy sposób prezentacji – oczywiście pije do efektu „łał” – na dłuższą metę się nie sprawdza, dlatego tak ważne jest, aby przed wydaniem wyroku na dany kolumnowy koncept poznać jego prawdziwe „ja”. W tym przypadku owe „ja” było pokazaniem najczystszą postać esencji i barwy słuchanej muzyki.

Na koniec coś z drugiego bieguna, czyli grupa Black Sabbath z materiałem „13”. Czyżby porażka? Nic z tych rzeczy. A to dlatego, że przy naturalnym ukulturalnieniu tej muzyki, jej przekaz nie stracił na wyrazistości. Owszem, blachy mniej cykały, ale za to były znakomicie, bo namacalnie zawieszone. Do tego fajnej mocy nabrał głos Ozzy’ego, większej krzepy gitarowe riffy, przez co całość tego szaleństwa mimo skierowania ostrości w kierunku większej płynności nadal wywoływała u mnie stan pełnego zaangażowania w dosłownie każdy instrumentalny i wokalny popis.

Puentując powyższy wywód mam nadzieję, że wszystko jest doskonale zrozumiałe. Tytułowe kolumny Peak Consult Diablo to produkt dla osobnika w pełni zorientowanego na czym polega emocjonalne obcowanie z muzyką. Nie chwilowy strzał w ucho, tylko spójne pokazanie zależności sposobu projekcji muzyki z jej końcowym odbiorem. Gdy szukasz przesadnej wyczynowości, nigdy w pełni nie zrozumiesz o co muzykom tak naprawdę chodzi. Owszem, chwilowe oszołomienie słuchacza ma swoje zalety, jednak z pewnością nie będzie to sposób na wielogodzinne oddawanie się swojemu hobby. Na szczęście dla wielu z nas Duńczycy zdają sobie z tego sprawę i przekornie w odniesieniu do nazwy modelu (El Diablo) zaproponowali nam prawdziwe anioły.

Jacek Pazio

Opinia 2

Do niedawna zwrot „El Diablo” przywodził mi na myśl dwa, no niech będzie trzy, skojarzenia. Pierwszym była współczesna odsłona modelu FXRT z 1983 r., czyli wyposażona w silnik Milwaukee-Eight™ 117 o pojemności 1923 cm³ limitacja Harley-Davidson Low Rider™ El Diablo. Drugim nie mniej intrygująca, należąca do Uniwersum DC, postać niejakiego Chato Santany posługującego się takowym pseudonimem a trzecim, choć lekko naciąganym – bo bez „El”, topowa duńska integra – Gryphon Audio Diablo 300. Jak się jednak okazuje najwyższa pora do powyższego grona dopisać jeszcze jednego diabła, a raczej dwie diablice. Mowa o duńskich i w pewnych kręgach wręcz kultowych kolumnach Peak Consult El Diablo, których obecność zawdzięczamy chełmżyńskiemu Quality Audio.

Pomimo najszczerszych chęci patrząc na duńskie diablice nie potrafię zachować obiektywizmu, więc czysto subiektywnie od razu na wstępie stwierdzę, że tytułowe Peaki prezentują się wręcz obłędnie. Bowiem połączenie skóry z naturalnym drewnem i niebanalnymi bryłami korpusów po prostu nie pozwalają na obojętność. Cechą charakterystyczną i wyróżniającą ww. szatańskie nasienie na tle konkurencji od lat są niezwykle masywne i pracochłonne obudowy wykonywane z wielowarstwowych sandwichy wykonanych z łączonych specjalnym, tłumiącym drgania klejem płyt HDF o łącznej grubości przekraczającej 30 mm (40 mm w El Diablo). Wewnątrz nie zabrakło stosownych, precyzyjnie wyliczonych wzmocnień nadających całości niezwykłej sztywności. Jakby tego było mało ściany boczne i płyty górna, oraz dolne oklejane są 14mm klepkami drewnianymi (w naszym przypadku przepięknym orzechem amerykańskim) a front i plecy skórą, co przekłada się na nad wyraz elegancki i przywodzący na myśl najlepsze włoskie wzorce design. Za oko łapią też akrylowe wstawki biegnących poprzez boczne ściany pionowych pasów. Nie dziwi zatem fakt, iż wykonanie każdej pary kolumn zajmuje ekipie Peaka od ośmiu do szesnastu tygodni. Całość ustawiana jest na dokręcanych masywnych sztabach (widocznych w całej okazałości w trakcie unboxingu)  uzbrojonych w zaoblone solidne, stożkowe nóżki ułatwiające nie tylko precyzyjne wypoziomowanie, ale i zaskakująco łatwe przesuwanie.
Skupmy się jednak na niuansach dostrzegalnych gołym okiem, gdyż najdelikatniej rzecz ujmując jest na czym. Począwszy od lekko złamanego frontu, poprzez unikające równoległości ściany całość sprawia intrygująco dynamiczne wrażenie, które dodatkowo potęguje bateria pyszniących się na ścianach przednich przetworników. Każda z kolumn może pochwalić się modyfikowanym zgodnie z wytycznymi ekipy z Middelfart 26 mm tweeterem (parowany z dokładnością do 0,1dB Illuminator D3004/662000 Scan-Speaka z ponadnormatywnym układem magnetycznym), 5″ średniotonowcem Audiotechnology z charakterystyczną nakładką przeciwpyłową z firmowym logotypem i parą 9″ wooferów również zamawianych w Audiotechnology. Oczywiście nie są to ogólnodostępne „seryjniaki”, lecz wykonywane wg. indywidualnej specyfikacji customy, gdzie średniotownowce przechodzą dodatkowy proces optymalizacji z regulacją nabiegunnika i szczeliny magnetycznej włącznie a basówce posiadają nie tylko inne membrany i większe układy magnetyczne, lecz również lepsze kosze. Ściana tylna gości z kolei dwa układy bas refleks i zdublowane, autorskie terminale głośnikowe.
W porównaniu z wprowadzonym do oferty w 2007 r. protoplastą nieco zmieniono parametry elektryczne. Po pierwsze częstotliwości podziału zwrotnic z 200Hz i 4,8kHz ewoluowały do 350 Hz i 2,4 kHz, po drugie impedancja spadła z 7 do 5 Ω, a po trzecie obniżona została skuteczność całego układu z 94 do 90 dB. Mamy zatem do czynienia z nieco trudniejszym, choć przynajmniej na papierze, jeszcze całkiem przyjaznym dla większości wzmacniaczy obciążeniem. Same zwrotnice są 2 rzędu o stromości zboczy 12dB. Wzrosła za to waga kolumn – z 85,5 do 90kg/szt. Wewnętrzne okablowanie nie jest już jednorodne i zamiast jak dotychczas Stereovoxa zastosowano dedykowane poszczególnym sekcjom kombinacje. Do basowców wykorzystano z miedzi OFC solid core’y, na średnicy plecionkę OFC a do tweeterów biegną posrebrzane miedziaki OFC. Do wytłumienia odseparowanych od siebie asymetrycznych komór dla poszczególnych sekcji przetworników wykorzystano nowe rozwiązanie, czyli filc bitumiczny, którego obecność mogła spowodować delikatny wzrost wagi.

Pomijając zarówno zawiłości techniczne, jak i ponadprzeciętne walory estetyczne warto jednak brać pod uwagę, iż większość nabywców nie będzie kierować się nawet najbardziej zawiłymi, opierającymi się niemalże o fizykę kwantową opracowaniami technicznymi, czy też zdaniem dekoratora wnętrz (wiadomo o kogo chodzi), lecz własnym słuchem, gdyż tak po prawdzie kolumna wyglądać atrakcyjnie co najwyżej może, a dobrze grać … musi. I nie ma zmiłuj. Całe szczęście El Diablo wstydu egzystującym w high-endowym ekosystemie Duńczykom nie tylko nie przynoszą, co wydają się wielce udaną, ekskluzywną wizytówką marki. Piszę to z pełną świadomością, gdyż choć w portfolio Peak Consult znajdziemy jeszcze flagowe – mierzące 188 cm i mogące pochwalić się wagą 382 kg (każda) Dragon Legend, to coś czuję w kościach, że oczekiwana za nie przy kasie kwota (drobne 190 000€) nader skutecznie studzi zapał jednostek pałających chęcią ich posiadania. A „diablice” nie dość, że bardziej poręczne, to jeszcze ponad trzykrotnie tańsze i ujmy na honorze nawet najbardziej zblazowanego audiofila nie przyniosą. Za to za ucho łapią i od siebie, ze skutecznością godną najtwardszych używek, uzależniają. Już od pierwszych taktów okazuje się bowiem, że potrafią coś, co z jednej strony wydawać by się mogło oczywiste a tymczasem, dziwnym zbiegiem okoliczności w tzw. międzyczasie uległo bądź to zapomnieniu, bądź wręcz wypaczeniu na drodze błędnego pojmowania czym tak naprawdę High-End być powinien. Zamiast bowiem podążać jakże dzisiejszymi czasy popularną ścieżką iście pornograficznego przerysowania i pompowania do niemalże gargantuicznych rozmiarów nawet najmniejszych detali w myśl zasady, że większe zawsze oznacza lepsze, Peaki stawiają na naturalność i normalność, czyli możliwe – wynikające z braku ograniczeń tak technicznych, jak i finansowych, zbliżenie do dźwięków rzeczywiście – realnie reprodukowanych przez konkretne instrumentarium i wykonawców. Zauważacie Państwo tę zasadniczą różnicę? Tu nie chodzi o jakiś wyczyn, pokazanie czegoś większym aniżeli w rzeczywistości owo coś jest, zagranie nut, których w partyturze nie ma, bądź wręcz pół żartem, pół serio wykonanie „Walca minutowego” („Waltz D-flat major Op. 64 no.1”) Chopina w 45 sekund, zamiast jak to np. Lang Lang ma w zwyczaju w ponad 2 min., a o wierność oryginałowi. I choć na pierwszy rzut ucha można odnieść wrażenie, że zamiast oczekiwanego, zdejmującego gatki przez głowę i dudniącego techno rollercoastera dostajemy niespieszny cruising amerykańskim krążownikiem szos z dostojnym walcem Straussa sączącym się z głośników, to bardzo szybko utwierdzamy się w przekonaniu, iż nie jest to zwolnienie obrotów a normalizacja. Coś Państwu taka charakterystyka przypomina? Nie? To nie szkodzi, bo już podpowiadam – wierność dokładnie takiej samej estetyce wykazuje przecież od lat japoński C.E.C. W dodatku nie oznacza to bynajmniej jakiejś ospałości i braku drajwu, gdyż nawet thrash metalowy „Ballistic, Sadistic” Annihilatora zabrzmiał z właściwą metalowej gonitwie agresją i fenomenalnym dociążeniem. Dociążeniem, które de facto definiuje naturę El Diablo, bowiem w ich odsłonie dosaturowanie i delikatne obniżenie środka ciężkości zamiast zamulać aktywizuje i intensyfikuje drzemiący w materiale źródłowym ładunek energetyczny. Stopa i generalnie bestialsko smagane przez Fabio Alessandrini’ego „gary” łupią aż miło niczym potężny młot samego Hefajstosa a w gitarowych, ognistych riffach nie brak typowego wygaru potężnych pieców. Jednak pomimo całej swojej potęgi całość nie nuży zbytnią ofensywnością i jazgotliwością, gdyż góra, choć trudno zarzucić jej asekurantyzm, czy wycofanie stawia na jakość i wyrafinowanie zamiast na multiplikowane bogactwo informacji i obłąkańczy atak na nasze zmysły. Warto również nadmienić, iż wbrew pozorom i moim wcześniejszym uwagom o unikaniu gigantomanii tak naprawdę Peaki grają dużym, acz nieprzesadzonym, choć wypadałoby w tym momencie napisać „adekwatnym” do reprodukowanego materiału dźwiękiem. Oferowany przez nie wolumen nie jest też reskalowany na potrzeby pomieszczenia, bądź utrzymywany na sztucznym, założonym przez producenta – uśrednionym poziomie. Tutaj kanadyjscy thrasherzy robią iście kakofoniczny harmider i właściwą uprawianemu gatunkowi ścianę świetnie zróżnicowanych i niezlewających się ze sobą, choć dół pasma wykazuje tendencję do pewnej, znanej m.in. z ostatnio przez nas recenzowanych Dali Kore krągłości, dźwięków. Wystarczy jednak sięgnąć po wielką symfonikę w stylu wydanego przez Telarc albumu „Tchaikovsky: 1812 Overture, Op. 49, TH 49 & Other Orchestral Works” w wykonaniu Cincinnati Pops Orchestra, by na własne uszy przekonać się co oznacza tutti kilkudziesięcioosobowego aparatu wykonawczego i jak prawidłowo powinna być oddana gradacja planów, czyli kreowana w szerz i w głąb scena, w pionie również, lecz nie wspominam o oczywistych na tym pułapie jakości oczywistościach i nic nie wyrywa się przed szereg, bo przecież nie tam jest jego miejsce. O ile jednak chcemy z owej koherentnej całości wyłuskać jakąś poszczególną partię, bądź podążyć za poczynaniami którejś z sekcji, to nie ma z tym najmniejszego problemu – wystarczy tylko, jak to w życiu, skierować nań swoją uwagę. Zasiadając bowiem na widowni doświadczamy dokładnie takiego samego poznawczego dualizmu, gdzie śledząc akcję odbieramy orkiestrę jako całość, jedynie okazjonalnie ekstrahując co bardziej intrygujących solistów, bądź podpatrując mniej bądź bardziej ekspresyjnego dyrygenta. Nie ma zatem mowy o wycinaniu postaci z iście laserową precyzją i możliwością doświadczenia oszałamiającego pakietu detali rodem z materiałów promocyjnych dostępnych w jakości 4, czy wręcz 8K, a jedynie właściwą uczestnictwu na żywo, bądź seansowi kinowemu plastyce. Dzięki temu nawet wielogodzinne maratony muzyczne nie tylko nie męczą, co pozwalają zregenerować się zszarganym całodzienną gonitwą nerwom.

Jak mam cichą nadzieję z powyższych wynurzeń wynika nie taki diabeł straszny, jak go malują i Peak Consult El Diablo zamiast sponiewierać słuchacza starają się go utulić i pozwolić zrelaksować serwując mu niezwykle wyrafinowany i koherentny przekaz o niezwykłej głębi oraz ładunku emocjonalnym. Czy jest to granie dla każdego? Oczywiście, że … nie, gdyż miłośnicy prosektoryjnego chłodu i dzielenia włosa na czworo mogą czuć się zawiedzeni zbyt małą dawką analityczności. Jednak wszyscy ci poszukujący w muzyce muzykalności, swobody i wewnętrznego spokoju, oraz de facto naturalności mogą po duńskie diablice sięgać bez chwili zastanowienia. Warto jednak pamiętać o pewnym szczególe, a mianowicie o odpowiednio wydajnej amplifikacji, bo Peaki chłoną Waty i Ampery niczym przysłowiowa gąbka, więc słabowite lampowce i eteryczne tranzystory mogą nie dać im rady. Nie zaszkodzi też zapewnić im nieco przestrzeni, gdyż usytuowane na plecach ujścia kanałów bas refleks nie są tam jedynie dla ozdoby a i bez wspomagania ścianami El Diablo nieśmiałości najniższych składowych zarzucić nie sposób.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Peak Consult
Cena: 55 000€

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana
Częstotliwości podziału: 350 Hz / 2400 Hz
Pasmo przenoszenia: 20 – 30.000 Hz
Skuteczność: 90dB @ 1 W / 1 m
Impedancja: 5+/-1 Ω
Wymiary (W x S x G): 115 x 30 x 54 cm
Waga: 90 kg szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Linia Naim New Classic: Witamy w nowej erze dźwięku
Wyrafinowana prostota, 50 lat tworzenia.

Stwórz system muzyczny, o jakim zawsze marzyłeś, dzięki nowej serii Naim Audio Classic. Cechując się najnowocześniejszymi innowacjami, nową stylistyką i doskonałą jakością, New Classic żyje w służbie dźwięku.

Firma Naim Audio rozpoczęła działalność w 1973 roku z prostym celem: doświadczyć muzyki odtwarzanej w jej najprawdziwszej i najczystszej formie. Oznaczało to przesunięcie granic tego, co jest wykonalne, zastosowanie obsesyjnej dbałości o szczegóły w dążeniu do muzycznej autentyczności.

Pół wieku później, cel końcowy nadal zaczyna się od muzyki, która nas porusza; niezachwiana linia od pierwszych produktów Naima do stworzenia gamy New Classic: przedwzmacniacz strumieniowy NSC 222; całkowicie nowa iteracja ikonicznego wzmacniacza mocy NAP 250; możliwość upgrade’u do zasilacza NPX 300. Każdy z nich może pochwalić się większą ilością funkcji – w tym zbalansowanymi połączeniami – bez poświęcania jakości dźwięku.

Zaprojektowana i skonstruowana przez specjalistów w Anglii, seria New Classic jest wykonana ręcznie z dbałością o szczegóły i zbudowana tak, aby trwać. Wyrafinowane, a jednocześnie proste w obsłudze, te ponadczasowe produkty mają za zadanie zapewnić Ci lata przyjemności słuchania. Istnieje również wiele sposobów na zintegrowanie nowych urządzeń z istniejącymi modelami Naim.

Od zaprojektowania najlepszej w historii wydajności na tym poziomie, przez dodatkowe funkcje i elastyczność, po elementy przyjazne dla środowiska – produkty New Classic zużywają mniej niż 0,5W w trybie czuwania – połączyliśmy nasze 50-letnie doświadczenie z najnowszą technologią, aby na nowo zdefiniować domowe hi-fi.
Steve Sells, szef działu inżynierii (Hardware) w Naim Audio.

CZTERY NOWE MODELE W SZCZEGÓŁACH

NSC 222 – ZNAKOMITY PRZEDWZMACNIACZ STRUMIENIOWY
Rozpocznij swoją muzyczną podróż New Classic z NSC 222: przedwzmacniaczem strumieniowym o wielu talentach, który pozwoli Ci zachować prostotę bez kompromisów w kwestii jakości muzycznej. Ciesz się wyjątkową wydajnością strumieniową ze Spotify, TIDAL, Qobuz, Apple Music, świata radia internetowego i nie tylko, z obsługą bitrate do 32bit/284kHz. Preferujesz winyle? NSC 222 posiada zintegrowany przedwzmacniacz gramofonowy MM. Fan słuchawek? NSC 222 wyposażono w najnowszą technologię słuchawkową Naima, zastosowaną w wielokrotnie nagradzanym urządzeniu Uniti Atom Headphone Edition, dla uzyskania wysublimowanych wrażeń podczas słuchania muzyki solo.
Wszystko, czego słuchasz, jest pięknie wyświetlane na większym, 5,5-calowym, kolorowym ekranie. Z łatwością kontroluj NSC 222 poprzez aplikację Focal & Naim App, inteligentny pilot zdalnego sterowania Zigbee (nie wymaga linii wzroku) lub poprzez samo urządzenie: podświetlany regulator głośności daje dużo radości użytkowania.

NAP 250 – IKONICZNA KOŃCÓWKA MOCY: POWRACA I JEST LEPSZA NIŻ KIEDYKOLWIEK
Aby wynieść głośniki – i muzykę – na nowe wyżyny, wystarczy sparować NSC 222 z jego idealnym partnerem: wzmacniaczem mocy NAP 250. Produkowany nieprzerwanie od 1975 roku, NAP 250 zyskał status ikony. Wyposażony w technologię trickle-down z flagowego wzmacniacza Statement firmy Naim, nowy model szóstej generacji zapewnia większą moc, jeszcze lepszą wydajność i większą elastyczność w dopasowaniu do systemu. Nowy NAP 250 to dwukanałowa konstrukcja o mocy 100W na kanał, z pełną regulacją mocy. Jest to konstrukcja odporna na imprezy: jej radiator reaguje na wzrost głośności, utrzymując wszystko w chłodzie. Inne udoskonalenia obejmują dodanie prawdziwie zbalansowanych połączeń XLR oraz szereg technologii zaczerpniętych z flagowego wzmacniacza Statement firmy Naim, w tym wyłącznik wiroprądowy pomiędzy wyjściami głośnikowymi.

NPX 300 – ZWIĘKSZONA MOC I WYDAJNOŚĆ
Przenieś swoje muzyczne doświadczenie na wyższy poziom dzięki zasilaczowi NPX 300: natychmiastowej aktualizacji dla przedwzmacniacza strumieniowego NSC 222. Wyłącza on wewnętrzny zasilacz – natychmiastowo redukując jeszcze bardziej szumy – i zapewnia doskonałą, czystą moc