Opinia 1
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że stojący za oficyną wydawniczą Prelude Classics Pan Michał Bryła po raz kolejny próbuje i jak się lada moment okaże czyni to z całkiem niezłym skutkiem, zarazić słuchaczy swym entuzjazmem i śmiem twierdzić również miłością do na wskroś klasycznego i poniekąd stanowiącego podwaliny współczesnej twórczości muzycznej repertuaru. Skąd takie przypuszczenia? A stąd, że po stanowiącym początek naszej znajomości, dość wymagającym dla niewprawnego ucha albumie „Misterioso J.S. Bach – Sonatas for violin and harpsichord, BWV 1017-1019” do naszej skrzynki pocztowej a następnie na redakcyjny tapet trafił kolejny sre… znaczy się złoty krążek, czyli tytułowy „W.A. Mozart: Sonatas for Fortepiano and Violin KV 296, KV 379, KV 304, KV 378” w wykonaniu Aleksandry Bryły i Moniki Woźniak.
Jak mam cichą nadzieję na powyższych zdjęciach widać stanowiący obiekt niniejszej epistoły album został wydany z jeszcze większym poligraficznym rozmachem i wyrafinowaniem aniżeli jego poprzednik. Zamiast bezpiecznej i nieco sterylnej bieli postawiono tym razem za ciepłą ceglano-brzoskwiniowa kolorystykę a standardowy dwułamowy digipak zastąpiono zdecydowanie bardziej atrakcyjną wizualnie a przy tym bez porównania wygodniejszą od strony ergonomicznej formą książkowa z dwiema kopertami, z których w pierwszej – „ładowanej od góry” umieszczono nader obszerną książeczkę a w drugiej – otwartej wzdłuż bocznej krawędzi, złotą płytę CD. Efekt? Wyborny i co ciekawe cieszący oczy i zmysły zarówno podczas pierwszego, jak i każdego kolejnego kontaktu.
Jak już zdążyłem wspomnieć sam nośnik posiada złotą warstwę z zapisanymi danymi, więc niejako już na starcie możemy poczuć się odpowiednio dopieszczeni a to przecież dopiero początek dobrych informacji, gdyż jak głosi wytłoczenie na okładce tym razem mamy do czynienia z materiałem zarejestrowanym w postaci plików WAV 192 kHz/24 bit a więc mammy ewidentny progres w stosunku do ww. krążka z repertuarem Bacha. Jak się jednak okazuje są też pewne elementy wspólne z poprzednim wydawnictwem, bowiem po raz kolejny nagrań dokonano w Auli Nova Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu a i grająca na skrzypcach Aleksandra Bryła korzysta (brzmi zdecydowanie lepiej aniżeli siermiężne eksploatuje) z kopii XVII-wiecznych skrzypiec Francesco Ruggeriego, wykonanej przez Krzysztofa Krupę w 2012 roku. Z kolei towarzysząca jej Monika Woźniak zasiadła za zbudowaną na wzór pochodzącego z 1805 roku, fortepianu Walter & Sohn kopią sygnowaną przez Paula McNulty’ego.
Nie da się ukryć, że i od strony brzmieniowej tytułowy album jest dowodem postępującej audiophilii nervosy wydawcy, bowiem stopień wyrafinowania zarejestrowanego materiału już od pierwszych taktów wywołuje wśród złotouchych odbiorców może nie wybuchy niekontrolowanego entuzjazmu, bo to nie te lata i nie ta spontaniczność co kiedyś, ale w pełni zrozumiałą satysfakcję z dokonanego wyboru umieszczenia ww. krążka na playliście/ w koszyku. O ile bowiem partie skrzypiec nadal mogą pochwalić się właściwą sobie gęstością i soczystością bez jednoczesnego popadania w zbytnią słodycz i stojącą niejako w sprzeczności z zasadą ich działania gładkość, to już zastąpienie znanego z „Bacha” klawesynu operującym w zdecydowanie szerszym spektrum i skali fortepianem sprawiło, że reprodukowany materiał bez dwóch zdań zasługuje na miano pełnopasmowego. Dzięki temu przekaz zyskał właściwy wolumen i podstawę basową, lecz bez dość popularnego wśród audiofilskich wydawców rozdmuchiwania brył poszczególnych źródeł. Oczywiście fortepian był z wiadomych względów większym „graczem” o adekwatnej własnej posturze sile emisji, lecz delikatne korekty podczas nagrania pozwoliły w odpowiedni sposób wyeksponować na jego tle również i mniej „donośne” skrzypce. Proszę się jednak nie obawiać. Przeprowadzona przez realizatora „normalizacja” ma charakter wybitnie kosmetyczny i daleka jest od przeskalowywania czy to skrzypiec w górę, czy fortepianu w dół, lecz takie ustawienie perspektywy, by mówiąc metaforycznie i wilk był syty i owca cała. I owe zabiegi przyniosły oczekiwane rezultaty, w czym niezaprzeczalny udział miało odpowiednie omikrofonowanie sceny. O ile bowiem z pojedynczym mikrofonem taka sztuka szans powodzenia zbyt dużych by nie miała, to już mając do dyspozycji sześć szwedzkich Line Audio OM1 pole manewru znacząco wzrosło. I to po prostu słychać. Całość charakteryzuje bowiem wielce satysfakcjonująca namacalność i skupienie pozwalające oddać fakturę nie tylko reprodukowanych przez użyte instrumentarium dźwięków, lecz również naturalną i właściwą tak skrzypcom, jak i fortepianowi aurę pogłosową z jakże lubianymi przez audiofilów smaczkami w postaci odgłosów związanych z mechaniką ich (instrumentów, nie audiofilów) pracy. I tu od razu uwaga natury formalnej. Otóż Prelude Classics stawia na naturalność i wierność rejestrowanych brzmień a nie ordynarną (pseudo)samplerową, w pejoratywnym tego słowa znaczeniu, pornografię, więc proszę nie spodziewać się efektu włożenia głowy pod klapę fortepianu, bądź przyłożenia ucha do skrzypiec, bo to nie ten rodzaj estetyki i swoistego ekshibicjonizmu, przez co wspomniane niuanse stanowią jedynie niewinny i zapewne przez znaczną część słuchaczy mniej, bądź bardziej świadomie pomijany dodatek. Skoro jednak je słychać, to czuję się w obowiązku o tym wspomnieć. Podobnie z resztą jak i o nader delikatnie zasygnalizowanej akustyce Auli Nova, która jest, choć akurat w tym nagraniu pełni rolę jeśli nie trzecio, to z pewnością drugorzędną.
A jak odebrałem sam zaproponowany wsad materiałowy? Nie będę się w tym momencie silił na jakieś sążniste wywody i udawał specjalisty w temacie, gdyż jak z pewnością Państwo wiecie, choć po klasykę sięgam bez większych oporów i okazjonalnie lubię trącić wewnętrzną strunę zarezerwowanej dla takiego repertuaru wrażliwości, to zdecydowanie częściej operuję w zdecydowanie świeższych i co tu ukrywać cięższych klimatach. Jednakże „W.A. Mozart: Sonatas for Fortepiano and Violin KV 296, KV 379, KV 304, KV 378” w wykonaniu Aleksandry Bryły i Moniki Woźniak, to propozycja mogąca spokojnie, przynajmniej w moim mniemaniu, stanowić zarówno wstęp do klasyki dla niewtajemniczonych, jak i niezobowiązujące wytchnienie po bardziej wymagających pozycjach dla wytrawnych znawców tematu. „Sonaty” są bowiem zaskakująco „chwytliwe” a tym samym łatwo-przyswajalne nawet przez niewprawione ucho a jednocześnie szalenie daleko im do będących przejawem guilty-pleasure „muzaków”. Nie są też tak wyeksploatowane, jak nieśmiertelne „Cztery pory roku” Vivaldiego, „Koncerty Brandenburskie” Bacha, czy też evergreeny Straussów, co pozwala sięgać po nie bez uczucia pewnego rodzaju wtórności (syndrom inżyniera Mamonia), czy też asekurantyzmu. To coś na miarę ówczesnej muzyki popularnej, czy wręcz rozrywkowej łączącej wpadającą w owe ucho melodykę z geniuszem kompozytorskim ich twórcy, który wychodzi na jaw podczas prowadzonej już na chłodno analizy.
Jak widać na załączonym obrazku Pan Michał Bryła w ramach autorskiego projektu Prelude Classics nie ustaje w popularyzacji ulubionego repertuaru co i rusz wypuszczając na rynek prawdziwe perełki. I właśnie taką perełką jest tytułowy album „W.A. Mozart: Sonatas for Fortepiano and Violin KV 296, KV 379, KV 304, KV 378” w wykonaniu Aleksandry Bryły i Moniki Woźniak zdolny usatysfakcjonować zarówno wyrafinowanego melomana, jak i szukającego ekscytujących smaczków i niuansów audiofila. W dodatku reprezentantom pierwszej grupy do pełni szczęścia wystarczy niemalże bezkosztowy „kontent” dostępny w serwiach streamingowych (Tidal, Spotify, Apple Music), czy też klasyczne CD a drudzy z radością pobiorą hi-resy 192kHz/24 bit, bądź zamówią złotego CDR-a.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Myślę, że naszym stałym czytelnikom wydawnictwa Prelude Classics nie trzeba specjalnie przedstawiać. Powiem więcej. Jestem wręcz przekonany, iż stan wiedzy na temat zazwyczaj należących do tego teamu osób w znakomitej większości jest im równie dobrze znany. Jak to możliwe? To proste, a powody są dwa. Pierwszym jest skreślenie przez nas kilku strof na temat pierwszego materiału muzycznego tego wydawnictwa „Misterioso J.S. Bach – Sonatas For Violin And Harpsichord”. Natomiast drugim, będąca silnikiem napędowym tego przedsięwzięcia rodzinna konotacja w dzisiejszym przypadku jednego z muzyków – ups, przepraszam według nowej nomenklatury i będąc bardziej trendy powinienem powiedzieć nie do końca dobrze brzmiących fonetycznie „muzyczek”, dlatego powiem artystek, jak i wydawcy – Aleksandra Bryła (violin), Michał Bryła (producent), co oznacza, że powołana do życia kolejna już płyta zrealizowana została tak zwanym własnym sumptem. I myślę, że to dobry ruch, bowiem zwyczajowe dążenie do pełnego konsensusu całości zaangażowanych w projekt osób nieco łatwiej pozwala dopracować najdrobniejszy niuans nie tylko brzmieniowy wydawnictwa, ale również dobrać najbardziej oddający ducha danej muzyki i stopniowania emocji układ utworów. Nad czym pochylił się opisywany, wspierany przez znakomitą pianistkę Monikę Woźniak team? Już zdradzam. Tym razem na artystyczny tapet wkroczyła muzyka W.A Mozarta, z którego dorobku wybrano kilka znakomitych, naturalnie skomponowanych na wspomniane instrumenty sonat. Pod jakim tytułem? Jak zwykle prostym, ale oddającym istotę tego sonicznego bytu „Wolfgang Amadeus Mozart – Sonatas for Fortepiano and Violin”.
Jak wspominałem we wstępniaku, tego typu produkcje są swoistymi perełkami w każdym aspekcie. Od wyboru repertuaru, przez wykonanie, mastering, po odpowiednie ułożenie następujących po sobie sonat, każdy ma swoje trzy grosze w odbiorze całości. Dlatego z naturalnych przyczyn nieco ograniczającego potencjalne ruchy pomysłodawców co do doboru materiału do wykonania – szukamy sonat na dwa konkretne instrumenty – przyjrzymy się reszcie ważnych składowych tej płyty. Idąc zatem tym tropem w moim mniemaniu wszystko jest w jak najlepszym porządku. Panie raz w tandemie, innym razem w krótkich solówkach znakomicie obchodzą się ze swoimi instrumentami, jednak co bardzo istotne, żadna z nich jeśli nie przewidział tego kompozytor, ze swoim repertuarem nie wychodzi przed tak zwany szereg. Owszem, starają się jak mogą maksymalnie sprostać wyzwaniu zagrania przecież fenomenalnie skomponowanych sonat, jednak zawsze swe najdoskonalsze działanie podświadomie dedykują współpartnerce. Jednak nie z uprzejmości, tylko w służbie lepszego rozumienia się w czasem frywolnych i szybkich, a czasem majestatycznych pasażach nutowych. Tak tak, głównodowodzący tym projektem muzycznym chcąc uniknąć pewnego rodzaju znużenia słuchaczy być może zasługującymi na najwyższe laury, ale na dłuższą metę wprowadzającymi pierwiastek emocjonalnej stagnacji jednostajnymi utworami, udanie je poprzeplatał. Takim to sposobem muzyka zmianą swojego tempa cały czas sprawia, że będąc pozytywnie podekscytowanymi nie tylko za nią podążamy, ale przy okazji napawamy się wirtuozerską grą artystek. To jest na tyle udanie znamienne w skutkach, że chcąc poznać zagrany materiał nieco bliżej, jak rzadko kiedy już przy pierwszym podejściu do niego cały krążek z wypiekami na twarzy przesłuchałem dwukrotnie. Zapewniam, to nieczęsta sytuacja. Owszem, taki stan można zrzucić na kark mojej fascynacji tego typu muzyką, jednak czasem nawet najlepsza kompilacja mówiąc brutalnie po prostu człowiekowi nie wchodzi, gdy tymczasem ów przygotowany zestaw kompozycji z portfolio Mozarta chłonąłem pełnią emocji. Wręcz bez opamiętania.
Na koniec kilka spraw na temat interesujących nas technikaliów. W odróżnieniu od pierwszego dostarczonego do naszej redakcji krążka nagranie jest bardziej dociążone. Wcześniejsza pozycja płytowa epatowała zbytnia lekkością, co czasem przekuwało się na nadpobudliwość. Nie jakąś dramatycznie bolesną, jednak odczuwalną. Tymczasem zestaw kompozycji Mozarta producent osadził w większej masie, co przełożyło się na dobre wypełnienie pozwalając tym sposobem pokazać majestatyczność fortepianu i uniknąć zbytniej przenikliwości skrzypiec. Już od pierwszych nut słychać było, że mastering miał wycisnąć z instrumentów maksimum wybrzmień i gdy wymagał tego materiał energii. Dlatego chyba nikogo nie zdziwi fakt znacznie przyjemniejszego, pozwalającego mocniej wejść w nagranie odbioru dobiegającej do mnie muzyki. Nie kłuła w uszy, za to znakomicie unikając zbytniego dociążenia cechowała ją dobra plastyka i nasycenie. Jednak co ważne, wspominana praca wokół barwy i wagi dźwięku nie zabiła timingu poszczególnych kompozycji. A nie zabiła prawdopodobnie dlatego, gdyż materiał nagrywano w formacie 192 kHz / 24 bit, dzięki czemu podczas postprodukcji było na czym pracować i po końcowym masteringu płytę wytłoczono na złotym nośniku. Banał? Być może dla wielu tak. Jednak wszyscy bawiący się w zaawansowane audio wiedzą, że gdy rozprawiamy o jakości brzmienia danej płyty, diabeł tkwi w szczegółach. Te zaś w tym przypadku to oprócz umiejętności artystów bez wątpienia również cały proces postprodukcyjny i finalne wydawnictwo.
Wieńcząc ten krótki opis wrażeń po odsłuchu tytułowej płyty mogę powiedzieć tylko jedno – z kilku bardzo istotnych powodów warto ją nabyć. Jakich? Przecież to wynika z tekstu. Ale żeby nie było, w skrócie powiem, że warto to zrobić z racji świetnego występu znakomitych instrumentalistek, z uwagi na trafienie w punkt konsensusu pomiędzy wagą i lotnością wykorzystanych podczas sesji sugestywnych generatorów dźwięku, zaś na koniec ze względu na pieczołowitą, finalnie świetnie brzmiącą pracę producencką. Jeśli to do Was nie przemawia, po prostu nie nadajemy na tych samych falach.
Jacek Pazio
Po dwóch wersjach przetworników, czyli „zwykłym” o ile na tym poziomie w ogóle można mówić o jakiejkolwiek „zwykłości” Vivaldim DAC 2 i jego odświeżonej inkarnacji Apex, oraz Upsamplerze przyszła pora na …, nie, nie Telesfora, lecz Vivaldi Clock-a.
cdn. …
Opinia 1
Mówiąc zupełnie szczerze pomysł na organizowanie audiofilskiego spędu w trakcie długiego czerwcowego weekendu w dopiero co otwierającym swe podwoje przybytku i z dość egzotycznym, jak na rodzime realia, systemem można uznać za dość karkołomne przedsięwzięcie. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę, iż sprawcami całego zamieszania są weterani polskiej sceny audio, czyli Krzysztof Owczarek z wrocławskiego Audio Atelier i Adam Kiliański, który wreszcie poszedł na swoje i wystartował z projektem o słusznej nazwie Audio Source w podwarszawskich Łazach, a sam system Grandinote wyszedł spod rąk niejakiego Massimiliano Magri, który również postanowił się na miejscu pojawić, to jasnym jest, że na brak kworum podczas sobotniego spotkania złotouchych pasjonatów nie można było narzekać. Ba, w kulminacyjnym momencie nader udanie zaaranżowane lokum wraz z przyległymi pomieszczeniami ekspozycyjnymi nie tyle tętniło życiem i gwarem kuluarowych rozmów, co wręcz pękało w szwach od przybyłych przedstawicieli prasy, branży i niezrzeszonych miłośników dźwięków wysokiej próby, co jedynie potwierdziło sens planowania takowych imprez na przedsionku lata a nie gdy jesienno/zimowa plucha potrafi zniechęcić nawet najbardziej ortodoksyjnych audiofilów do wystawienia chociażby koniuszka nosa poza domowe pielesze.
Jak mam cichą nadzieję na powyższych zdjęciach widać skonfigurowany przez ww. trójcę set prezentował się nad wyraz okazale i to nie tylko ze względu na strzeliste kolumny Grandinote Mach 8XL, lecz i pozostałe składowe, czyli uzbrojony we wkładkę Miyajima Shilabe gramofon J.Sikora Initial Max, przedwzmacniacz gramofonowy Grandinote CELIO, Streaming DAC Grandinote VOLTA, wzmacniacze zintegrowane Grandinote SHINAI i SUPREMO, kable głośnikowe Hijiri H-SLC Million, kable zasilające do wzmacniaczy Grandinote – LUNA Blue, interkonekt Phono LUNA RED, interkonekt XLR Hijiri Kiwami HGP-X, a o jakość życiodajnej energii dbał kondycjoner Acoustic Dream CU-0. Całkiem zgrabna układanka, nieprawdaż?
I tu od razu uwaga natury funkcjonalno – porządkowej. Otóż proszę się nie obawiać, że bądź co bądź słusznych rozmiarów Mach-y ledwo udało się wcisnąć do raptem 25 metrowego pokoju odsłuchowego Audio Source, bo raz – ww. pomieszczenie zostało bardzo rozsądnie zaadaptowane akustycznie, a dwa – same kolumny, pomimo swojej całkiem słusznej postury okazały się zaskakująco przyjazne w akomodacji do zastanych warunków lokalowych. Nie oznacza to bynajmniej, że 8XL grają dźwiękiem małym, bądź odchudzonym, lecz nawet w tak pozornie nieadekwatnym metrażowo pomieszczeniu były w stanie rozwinąć skrzydła i pokazać drzemiący w nich potencjał oferując zaskakująco spójne i nieprzesadzone brzmienie. Podobnie było z towarzyszącą im firmową elektroniką, która nieco, bo nieco, jednak zauważalnie i ku zdziwieniu zebranych, potrafiła pokazać o zgrozo z plików więcej muzyki w muzyce aniżeli pozornie pretendującego do laurów zwycięstwa rodzimego gramofonu. Ustawiony mecz? Nie mi w tym momencie osądzać, gdyż Mach 8XL miałem do tej pory okazji słuchać jedynie podczas minionego monachijskiego High Endu a i towarzysząca im włoska elektronika jedynie przewijała się jako tło mniej, bądź bardziej niezobowiązujących spotkań w stylu wrocławskiego Audiofila. Jeśli jednak pliki, w dodatku grane ze streamingu – z Tidala, miały lepszą namacalność i koherencję od lądujących na talerzu Sikory winyli, to temat wymaga zdecydowanie bardziej miarodajnych, aniżeli takie semi-towarzyskie, okoliczności. Niemniej jednak przy niezwykle różnorodnym repertuarze granym z Volty góra pozostawała rozdzielcza, lecz nie atakowała tak bezpardonowo i ofensywnie jak z Initial Max, co skłaniało zebranych do sięgania raczej po zdigitalizowany w chmurze materiał aniżeli po znajdujące się na podorędziu „placki”. Wracając jednak do meritum, nie sposób było nie zauważyć, iż włoski system stawiał na emocjonalno – melodyczny aspekt serwowanych słuchaczom przebojów aniżeli siłowe dzielenie włosa na czworo i rozbijanie poszczególnych fraz i dźwięków na atomy, dzięki czemu w pełni zasadnym było nader często padające ze strony prowadzących pytanie „czego chcemy posłuchać” zamiast „ jaki utwór mamy ochotę analizować”. Samo pomieszczenie odsłuchowe również sprawiało bardzo pozytywne wrażenie, tym bardziej, że w niczym nie przypominało standardowego – sklepowego, z jakimi zazwyczaj przychodzi nam odwiedzać. Zero porozstawianych pod ścianami nieużywanych komponentów, etykiet z cenami i atmosfery niespecjalnie sprzyjającej delektowaniu się muzyką. W Łazach owa, nieużywana w danym momencie elektronika i kolumny grzecznie czekają na swoją kolej w pozostałych pokojach i niepotrzebnie nie absorbują uwagi słuchaczy, o degradującym wpływie na akustykę nawet nie wspominając, którzy mogą skupić się na konkretnym set-upie rozsiadając się na wygodnej kanapie z filiżanką aromatycznego espresso w dłoni. Niby drobiazg, ale właśnie takie, pozornie pomijalne detale budują klimat i budują odpowiednie relacje.
I jeszcze, niejako poza konkursem, pozwolę sobie na serię niezobowiązujących kadrów z krótkiej, acz niezwykle treściwej, prelekcji Massimiliano, który dosłownie w kilku żołnierskich słowach wyjaśnił, co kierowało nim podczas prac nad własną elektroniką łączącą najlepsze cechy brzmieniowe lamp i tranzystorów, oraz co skłoniło go do stworzenia kolumn, które cieszyły nasze oczy i uszy podczas sobotniego spotkania. Niemniej jednak chciałbym podkreślić, że owa pogadanka miała charakter czysto praktyczny, czyli przybliżający idee przyświecające Massimiliano podczas tworzenia kolejnych konstrukcji, bowiem zdecydowanie więcej informacji można było od Niego wyciągnąć podczas dalece mniej formalnych, kuluarowych rozmów, kiedy to tematyka audio przeplatała się z czasem zaskakująco emocjonującymi dyskusjami o kulinariach.
Serdecznie dziękując za zaproszenie i przemiłe spotkanie żywię nadzieję, iż nie był to jednorazowy incydent, lecz biorąc pod uwagę „pojemność” i potencjał łazowskiego Audio Source okazji do kolejnych wizyt nie zabraknie.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Gdybym miał w skrócie określić, to co wczoraj miało miejsce w podwarszawski Łazach, istotę zagadnienia bez problemu oddałbym stwierdzając, że długi weekend długim weekendem, ale włoski High-End sam się nie odsłucha. Co mam na myśli? Już zdradzam. Otóż w minioną sobotę, na związanym z naszym hobby celebrującym muzykę rynku aglomeracji warszawskiej miały miejsce dwa ważne wydarzenia. Pierwszym było oficjalne otwarcie nowej mekki audio-maniaka pod szyldem „Audio Source”, zaś drugim, mocno podnoszącym rangę tego przedsięwzięcia prezentacja znakomitego, od kilku lat z powodzeniem zdobywającego nasz rynek, pochodzącego ze słonecznej Italii systemu Grandinote. Jak było? Cóż, wstępniak to trochę za wcześnie na wykładanie kart na stół, dlatego odsyłając do dalszej części relacji,jedynie lekko uchylając rąbka tajemnicy powiem, było intrygująco.
Przechodząc do konkretów z przyjemnością stwierdzam, iż pierwszy, naturalnie aktywacyjny nowy podmiot audio akcent przeszedł moje najskrytsze oczekiwania. Po pierwsze – pomysł na biznes to wielopoziomowy salon ze sprzętem odtwarzającym muzykę zlokalizowany w piętrowym domu jednorodzinnym z kilkoma pomieszczeniami prezentacyjno-odsłuchowymi. Po drugie – wszystko przyzwoicie ogarnięte nie tylko od strony akustyki, ale również wyszukanej estetyki wykończenia wnętrz. Po trzecie – już startowa rozstawiona na półkach oferta jest w stanie spełnić nawet bardzo wyszukane potrzeby klienta. Zaś po czwarte – gospodarz to nie tylko miły, ale z racji wieloletniej pracy w branży znakomicie znający się na rzeczy fachowiec. Przyznacie, że sporo tych pozytywów. Jednak zapewniam, pisanych nie jako duchowe i PR-owe wsparcie nowej inicjatywy, tylko artykułowanie czystych, z łatwością weryfikowalnych własnym pojawieniem się w ww. salonie faktów. Czy warto się tam pofatygować? Po tym co osobiście zastałem, bez jakiegokolwiek zaklinania rzeczywistości stwierdzam, że jak najbardziej.
Drugą stroną medalu tego sobotniego wypadu był gość z Italii, pomysłodawca i główny konstruktor marki Grandinote Massimiliano Magri. Całość zorganizowanego nie tylko dla branży, ale również wielu zgromadzonych gości przedsięwzięcia była wynikiem starań wrocławskiego dystrybutora Audio Atelier, który z uwagi na oczywistą doniosłość spotkania – przypominam o inauguracji nowego salonu audio – poszedł na całość i zorganizował coś z górnej półki włoskiej manufaktury. Tak, tak, nie przebierał w środkach i ku już raz oznajmianemu mojemu pozytywnemu zaskoczeniu pokazał monstrualne, wielogłośnikowe – to pewnego rodzaju znak szczególny marki – podłogowe zespoły głośnikowe Grandinote Mach 8 XL. Naturalnie kolumny same z siebie nie wydadzą dźwięku, dlatego zrozumiałym posunięciem promocyjnym wspominanej marki było wykorzystanie dedykowanej elektroniki Grandinote w części analogowej pokazu wspieranej przez znany chyba wszystkim gramofon polskiej myśli technicznej ze stajni J. Sikora Initial Max. Jeśli chodzi o pakiet komponentów audio spod znaku Massimiliano, ten składał się z dwóch modeli wzmacniaczy zintegrowanych: SHINAI i SUPREMO, phonostage’a Celio oraz streaming DAC-a VOLTA. Jak to zagrało? Cóż, z uwagi na dotychczasowe, nader sporadyczne spotkania z tą marką jedynie na wystawach, do tego pierwszy kontakt z salonem ją prezentującym mogę powiedzieć tylko, że raz dobrze, innym razem ciekawie, a czasem zaskakująco. Wiem, że to niewiele, ale poczekajmy, na kontakt w znanych mi warunkach lokalowych i ze znaną elektroniką, gdyż wspomnianą totalną przypadkowością nie chciałbym ferować jakichkolwiek opinii. Jednak żeby nie było, podczas spontanicznego, okraszonego krótkim wykładem właściciela marki, odsłuchu zaprezentowanego zestawu w znakomitej większości czasu byłem kontent z uzyskanego wyniku sonicznego. Na tyle, że po pierwszym kontakcie z kolumnami w Monachium jeszcze bardziej jestem ciekawy, jak naprawdę wygląda pomysł na muzykę według gościa z Włoch. Co istotne, owa ciekawość ma wkrótce nie zaprowadzić mnie do piekła, tylko stać się szansą zaspokojenia, a na relację z tego stanu rzeczy zapraszam Was już teraz.
Kończąc tę skrótową relację z sobotniego wypadu do nowego podwarszawskiego salonu Audio Source chciałbym podziękować gospodarzowi za zaproszenie, dystrybutorowi za zorganizowanie świetnej elektroniki, a honorowemu gościowi Massimiliano Magri za kilka słów o swojej wizji na temat audio i niekończące się kuluarowe rozmowy o wszystkim – dosłownie i w przenośni. Mam też nadzieję, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. I zaznaczam, odnoszę się z tym do całej wspomnianej trójki podmiotów odpowiedzialnych za ten pozwalający spędzić miłe sobotnie popołudnie pokaz. Zatem do następnego razu.
Jacek Pazio
Opinia 1
Choć mitologiczna hydra (Λερναία Ὕδρα) była mało sympatycznym bagiennym bytem, to nasz dzisiejszy mroczny obiekt pożądania, poza nieco wężową, zgodną z aparycją ww. wielogłowej córki Tyfona i Echidny, nijakich negatywnych emocji budzić raczej nie powinien. No chyba, że wśród kablosceptyków, u których wszystko ponad przysłowiowy kabel od lampki wywołuje silne reakcje alergiczne. Skoro jednak czytają Państwo te słowa, to śmiem twierdzić, iż do ww. grona nie należycie a jeśli jednak takowe przekonania macie, to dalszą lekturę kontynuujecie wyłącznie na własną odpowiedzialność trzymając gdzieś na podorędziu solidną dawkę antyhistaminowych medykamentów. Krótko mówiąc tym razem na redakcyjny tapet trafiły przewody głośnikowe Signal Projects Hydra Speaker, których pierwszą odsłonę mam przyjemność gościć w swym systemie od niemalże … dekady, a tym samym niniejszy test będzie miał charakter nie tylko czysto poznawczy, co również nosić będzie znamiona międzypokoleniowej konfrontacji. Będziemy mieli zatem okazję bezpośredniej weryfikacji w którym kierunku poszybowała grecko-angielska myśl techniczna i jak w tzw. międzyczasie zmieniały się gusta odbiorców wiernych tytułowej manufakturze.
Jak na powyższych zdjęciach widać w stosunku do swoich protoplastek aktualna inkarnacja głośnikowych Hydr przeszła nie tyle delikatny tuning, co wręcz daleko posuniętą metamorfozę. Zamiast dość luźnych, wykonanych z otulonych srebrzysto-tytanowymi koszulkami żył „warkoczy” tym razem mamy całość przebiegu ukrytą wewnątrz jednolitego, czarnego tekstylnego rękawa o przyjemnie opalizującej powierzchni. Przez minioną dekadę urosły a dokładnie nieco wydłużyły się i przybrały na średnicy (co nie omieszkałem złapać w kadrach unboxingu) masywne tuleje splitterów, które otrzymały również nowe – już nie czarne a błękitne termokurczliwe koszulki ze szczegółową charakterystyką serii (Hydry nadal ulokowane są na szczycie linii Reference) , modelu, użytych surowców i co istotne również kierunkowości.
W roli przewodników wykorzystano hybrydowe żyły wykonane z miedzi o czystości 7N z domieszką srebra oraz złota. Żeby było ciekawiej owe domieszki szlachetnych kruszców dobierane są z iście aptekarską precyzją w zależności od konkretnej długości zamawianych przez końcowego odbiorcę przewodów, więc wszyscy miłośnicy teorii spiskowych tym razem mogą sobie odpuścić wertowanie popularnych serwisów aukcyjnych w poszukiwaniu bliźniaczych „kopii bezpieczeństwa”. Zgodnie z zapewnieniami producenta opierającego swoje twierdzenia na szeregu przeprowadzonych we własnych laboratoriach testów oraz badań naukowych właśnie taka a nie inna kombinacja odpowiednich proporcji Cu/Ag/Au zapewnia najlepsze walory brzmieniowe, bowiem żaden jednorodny „surowcowo” przewód nie jest w stanie zaoferować odpowiednio wysokiej jakości dźwięku w pełnym spectrum reprodukowanego pasma a stosując powyższą, hybrydową strukturę Signal Projects pełnymi garściami korzysta z zalet użytych metali uzyskując, niejako przy okazji, niskie wartości rezystancji i płaską charakterystykę częstotliwościową. Jest to również oczywisty progres w stosunku do poprzedniej wersji, gdzie wykorzystywano wyłącznie miedź.
Przechodząc do akapitu poświęconego brzmieniu naszych gości w pełni zasadnym wydaje się ich porównanie nie tylko z poprzednią generacją, lecz również z niedawno u nas goszczącymi, oczko wyżej urodzonymi UltraVioletami. Powodem takiego stanu rzeczy jest oczywiście fakt, iż wraz z ww. rodzeństwem Hydry są rówieśnikami i poniekąd reprezentują aktualną politykę i soniczny światopogląd ich wytwórcy, co niejako pokrywa się z zebranym przeze mnie podczas odsłuchów materiałem badawczym. Mówiąc wprost tak UV-ki, jak i Hydry nie wyprą się swego pochodzenia oraz więzów krwi już od pierwszych taktów oferując uzależniającą soczystość i gęstość reprodukowanych dźwięków, ponadprzeciętną spektakularność przekazu z wyraźnie wykraczającą poza wyznaczone przez rozstaw kolumn i kubaturę pomieszczenia ramy sceną. Tutaj jednak ich drogi się rozchodzą, bowiem nowe Hydry nie mogąc równać się z wyżej urodzonymi UltraVioletami pod względem zdolności oddania tak realistycznego dla wielkich wydarzeń muzycznych rozmachu i iście hollywoodzkiej spektakularności (vide „Wagner Reloaded” Apocalyptici) obrały nieco inną drogę do zapewnienia ich nabywcom audiofilskiej nirwany. Otóż korzystając pełnymi garściami ze spuścizny swoich protoplastów a jednocześnie pozostając w obszarze uzależniającej gęstości kierują uwagę słuchaczy w stronę znanej z pierwszej odsłony Hydr rozdzielczości i otwartości. Otrzymujemy zatem nieco „lżejszą” i mniej niszczycielską dawkę muzycznych doznań, lecz od razu pragnąłbym zaznaczyć i podkreślić, że chodzi w tym momencie li tylko o stopniowanie intensywności i to w sytuacji, gdy punktem odniesienia są wspomniane UltraViolety o sile rażenia mogącej konkurować ze Schwerer Gustavem (działo kolejowe kalibru 802 mm). Nie sposób zatem uznać, że Hydry wprowadzają do przekazu lekkość, czy też zwiewność, bo nic takiego się nie dzieje, lecz czułem się w obowiązku nadmienić, iż jeśli chodzi o potęgę, to da się iść o krok, bądź nawet dwa dalej. Jednak nawet na „Hydrograd” Stone Sour drący się wniebogłosy Corey Taylor w niczym nie przypomina pień Philippe’a Jaroussky’ego bądź Artura Rojka. Mamy właściwy ciężkiemu łojeniu wygar, oczekiwaną agresję i co najważniejsze za wściekłym atakiem idzie odpowiednia energia i masa, bez których właśnie uzasadnionym byłoby doszukiwanie się odchudzenia przekazu. A tak jest piekielnie mocno, szybko i co już zdążyłem w tzw. międzyczasie nadmienić rozdzielczo. Dzięki czemu zamiast monolitycznej ściany zlepionych ze sobą dźwięków mamy nie tylko świetny timing, lecz i całkowicie naturalny wgląd w strukturę nagrania niezależnie od jego złożoności, czy prędkości z jaką cała akcja się toczy. Ogniste riffy tną powietrze niczym katany samurajów w azjatyckim kinie akcji, perkusja z wtórującym jej basem dewastuje otoczenie piekielnie gęstymi kanonadami a my, siedząc w fotelu, z rosnącym przeraże … znaczy się zachwytem trafiamy w samo oko tego apokaliptycznego cyklonu.
Na nieco bardziej cywilizowanym materiale testowym, jak daleko nie szukając „The Köln Concert” Keitha Jarretta, bądź „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena do głosu dochodzi zdolność tytułowych przewodów do nader wiernego oddania nie tylko artykulacji i różnic w operowaniu dynamika tak w skali makro, jak i mikro, lecz również aury otaczającej muzyków. W porównaniu z poprzednią generacją Hydr nowe pokolenie gra nieco bardziej skupionym, skondensowanym dźwiękiem akcentującym konsystencję i soczystość tkanki użytego instrumentarium, przez co zarówno fortepian Jarretta, jak i kontrabas Andersena zyskały na definicji. Warto przy tym nadmienić, iż ów przyrost namacalności bynajmniej nie oznaczał jakiegokolwiek przerysowania, bądź rozdmuchania ich brył a jedynie niemalże organoleptycznie – sensorycznie wyczuwalną materializację instrumentów na scenie. W końcu większość z nas wchodząc do tonącego w mroku pokoju jest w stanie się po nim poruszać unikając obijania się o rozstawione tam meble i właśnie taką umowną „echolokację” najnowsze Hydry nam oferują.
Signal Projects Hydra Speaker to przewody zaskakująco, jak na swoją nader przyjazną, jak na audiofilskie realia, cenę, wyrafinowane i dojrzałe a co niezwykle, przynajmniej z mojego punktu widzenia/słyszenia, istotne pozbawione irytującego na dłuższą metę zmanierowania, czy też imitującego rozdzielczość rozjaśnienia i podkreślenia sybilantów. Udaje im się bowiem zachowywać wręcz wzorową równowagę pomiędzy masą, wysyceniem i rozdzielczością, oraz otwartością dźwięku nie zapominając tak o muzykalności, jak i dynamice. Czy z czystym sumieniem mógłbym je polecić każdemu z Państwa? Z całkiem sporą dawką pewności śmiem twierdzić, że tak. Wyjątkiem potwierdzającym regułę będą Ci, których systemy cierpią na zbytnie przyciemnienie i brak swobody, bądź wręcz przeciwnie – operują w iście prosektoryjnej estetyce a ich posiadacze właśnie w takich klimatach czują się jak ryba w wodzie. Reszta audiofilskiej braci może po Hydry sięgać niemalże w ciemno, bowiem Hydry po aplikacji żadnej dramatycznej brzmieniowej wolty i rewolucji w nich nie uskutecznią a jedynie sprawią, że docierające do naszych uszu dźwięki zyskają na atrakcyjności, soczystości i namacalności. Dzięki temu znajdziemy się bliżej naszych ulubionych wykonawców i zamiast na chłodno analizować każdą nutę wreszcie będziemy mogli oddać się czysto hedonistycznej przyjemności delektowania się wyrafinowanymi frazami dobiegającymi z głośników.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy usiadłem do skreślenia kilku strof na temat tytułowego okablowania głośnikowego, próbując zebrać dotychczasową wiedzę na ich temat lekko się żachnąłem. Co tak mnie uderzyło? Oczywiście nieubłaganie mijający czas, którego przemijanie ewidentnie obnażył dzisiejszy test. Chodzi oczywiście o okrągłą dekadę od pojawienia się testu pierwszej odsłony naszego bohatera. Tak tak, od tamtej pory minęła dyszka. Jak wpłynęła na rozwój będącej zarzewiem spotkania marki? Czy konstruktorzy utrzymali ciekawy poziom jakości grania? A jeśli tak, to w którą stronę podryfowały będące następstwem naturalnej kolei rzeczy zmiany w brzmieniu? Przyznacie, że pytań jest co niemiara, na które w poniższym tekście postaram się odpowiedzieć. O czym konkretnie będziemy rozprawiać? To wynika z udowadniającego słuszność powołania marki do życia, bo sygnalizującego jej co najmniej dziesięcioletni, co istotne owocny byt na rynku audio wstępniaka, czyli o dystrybuowanej przez krakowskiego opiekuna marki Audio Anatomy, najnowszej, wzbogaconej o lata doświadczeń odsłonie angielskich kabli głośnikowych Signal Projets Hydra.
W temacie konstrukcji tytułowego głośnikowca jak zwykle u tego producenta wiadomo niewiele. Z uzyskanych informacji mogę powiedzieć jedynie, iż jako typ kabla milti-core obecnie miedź nadal o czystości 99.997% wzbogacono dodatkami złota i srebra. Dodatkowo zastosowano większe mufy rozdzielające sygnały na plus i minus. Zaś najbardziej widoczną zmianą zaraz po wspomnianych niebieskich baryłkach jest ubranie finalnej średnicy kabla w jeden wspólny peszel kryjący warkoczyk z pierwszego rozdania. Naturalnie wszelkie wprowadzone przez producenta zmiany zaowocowały nieco innymi, do znalezienia pod naszymi relacjami parametrami konstrukcyjnymi. Finalnie nasz bohater pakowany jest w drewniane skrzynki wyściełane gąbką i opatrzony stosownym certyfikatem oryginalności.
Jak wspominałem w akapicie rozbiegowym, chyba najważniejszą niewiadomą tego rozdania jest rozwikłanie sposobu na muzykę według nowej Hydry w odniesieniu do poprzednika. Dlatego nie chcąc trzymać Was w niepewności zdradzę, iż to bardzo podobne brzmienie. Jednak podobne tylko w odniesieniu do estetyki, bowiem jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Otóż to nadal jest kreowanie świata w oparciu o dobrą barwę, esencję i mocne osadzenie w masie, jednak do tego wszystkiego dochodzi lepsza rozdzielczość i pewnego rodzaju lekkość dźwięku, co z automatu dostaje nam lepszy wgląd w nagranie. Co w tym wszystkim jest bardzo istotne, muzyka nadal operuje fajną plastyką i wypełnieniem bez problemu pozwalając na podkręcenie gałki wzmocnienia do naprawdę czasem koncertowych poziomów głośności bez oznak nasilania się bolesnych zniekształceń. Dlaczego o tym wspominam? Wbrew pozorom to bardzo ważne, gdyż pokazuje wiedzę konstruktora, jak nadać wydarzeniom scenicznym dobrego konsensusu pomiędzy nasyceniem, dzięki temu energii, a transparentnością podania. Zazwyczaj dostajemy często spotykane coś za coś – nasycenie spowalnia dźwięk, a zebranie w sobie mocno go odchudza, tymczasem w tym przypadku nawet jeśli tak jest, to bez jakichkolwiek niechcianych reperkusji. Mamy podobny do starzej wersji poziom barwowy, który mimo tchnięcia weń dawki lekkości podania w wyższej średnicy i górnych rejestrach nie sprawia problemów natury nadinterpretacji A jeśli tak, chyba nie dziwne jest, że podczas testu nowa Hydra fajnie radziła sobie z szerokim wachlarzem słuchanego materiału.
Pierwszym z brzegu dowodem na taki stan rzeczy jest płyta grupy Yello „Toy”. To naszpikowana elementami zamierzonej agresji i wyrazistości muzyka elektroniczna, która bez kontroli frywolności górnych rejestrów systemu, a w tym przypadku testowanego okablowania głośnikowego mogłaby czasem być bolesna. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, bowiem z jednej strony wpisany w kod DNA Hydry wypełnienie dolnego pasma znakomicie pokazywało dynamikę pełnych zaskakujących artefaktów dźwiękowych, zaś z drugiej lotność całości nie rozjaśniała zbytnio spektaklu muzycznego, a jedynie zapobiegało limitacji jego ekspresji. A wszyscy wiemy, że panowie w czarnych „gajerach” z okładki nie przebierają w środkach wyrazistości i cała zabawa polega na tym, aby nie zabić ich starań i przy okazji pozwolić im na nieco szaleństwa, co testowany Signal Projects bez problemu udźwignął.
Kolejne, tym razem wymagające znacznie większego wyrafinowania, ważne, że udane podejście odbyło się podczas słuchania płyty Tomasza Stańki z chyba ostatnią międzynarodową formacją pod swoją egidą New York Quartet zatytułowanej „Wisława”. To jak przystało na naszego flagowego trębacza na przemian energetyczny i spokojny jazz. Jednak w dzisiejszym opisie wylądował nie z racji omówienia wspomnianych różnorodnych instrumentalnych interwałów, tylko w celu pokazania palcem, że kolor kolorem, masa masą, barwa barwą, ale okraszenie tego wszystkiego fajnym blaskiem i różnorodnością doświetlenia to nie są proste rzeczy. Zbyt mocna emanacja aspektu lekkości wybrzmień spowoduje utratę ich kolorystyki. W drugą stronę zaś nie pozwoli im fajnie zawisnąć. Tymczasem w wydaniu testowanego Anglika wszystko dozowane było z umiarem. Owszem, zawsze da się pokazać więcej, swobodniej i mocniej z zachowaniem równowagi pomiędzy każdym z wymienionych przed momentem artefaktów, ale nie oszukujmy się, opiniowany kabel nie jest topem oferty, co przy robocie jaką wykonuje i tak wydaje się być niedoszacowanym. A niedoszacowanym dlatego, że umiejętnie nasycił każde źródło pozorne i nie zapomniał fajne wykreować go na dobrze rozbudowanej wirtualnej scenie. Nie powiem, to był udany pokaz, jak zachować ducha raz drapieżnego, a innym razem spokojnego jazzu według Tomasza Stański.
No dobrze, przyszedł czas na najważniejsze, czyli ocenę grupy docelowej dla punktu zapalnego naszego spotkania. A ta w moim mniemaniu jest bardzo szeroka, gdyż tak naprawdę nie po drodze z najnowszym Signal Projects Hydra będzie tylko melomanom stawiającym na szybkość narastania sygnału i wyczynowość całości ponad wszystko. A wedle mojej wiedzy takich pośród nas jest garstka. Reszta populacji osobników parających się naszym hobby zaś, jeśli nie zakocha się w nim bez opamiętania, to bez problemu powinna znaleźć z nim co najmniej nić porozumienia. Nasz bohater to co robi, czyni bardzo racjonalnie, co sprawia, że naprawdę trzeba mieć albo całkowicie źle skonfigurowany system lub bezwiednie kochać przysłowiowy „jazgot”, aby wytknąć mu jakieś braki. Naciągam fakty? Nic z tych rzeczy. Tym bardziej, że nawet niezobowiązującym wypożyczeniem na domowe odsłuchy bardzo łatwo to zweryfikować. Wystarczy chcieć.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
Dystrybucja: Audio Anatomy / High End Alliance
Producent: Signal Projects
Cena: 14 137,50 PLN / 2 x 2m + 2131,50 PLN za dodatkowe 2 x 0,5m
Dane techniczne
Konstrukcja: Plecionka
Przekrój przewodników: 3,32 mm² (niskotonowa) & 3,32 mm² (wysokotonowa)
Materiał przewodników: Miedź 7N (99,99997%), Srebro & Złoto
Kapacytancja: 11,90 pF/ft
Rezystancja: 1,15 mΩ/ft
Induktancja: 0,42 μH/ft
Opinia 1
Zgodnie z powszechnie panującym przekonaniem tempo rozwoju technologii cyfrowych osiągnęło taką dynamikę, że zamawiając dopiero co zaanonsowaną nowinkę większość nabywców musi liczyć się z faktem, że w tzw. międzyczasie, czyli od kliknięcia „kup” do otrzymania stosownej przesyłki światło dzienne ujrzy kolejna generacja dopiero co wypuszczonej kości. Oczywiście powyższe zjawisko w głównej mierze dotyczy bazujących na ogólnodostępnych komponentach producentów, którzy jak z pewnością się Państwo domyślacie nie odświeżają własnego portfolio co przysłowiowy kwadrans, lecz po podjęciu decyzji o organoleptycznej weryfikacji walorów wspomnianej nowości nie aplikują jej na tzw. pałę, czyli 1:1 w miejsce dotychczas używanej, lecz chcąc wycisnąć z niej wszystkie soki a tym samym zyskać merytoryczne i logiczne podstawy do zmiany własnej oferty musi poświęcić określony czas i nakłady, w tym finansowe, na możliwie dogłębne testy w ramach R&D. To jednak jedynie wierzchołek góry lodowej, bowiem, przynajmniej jeśli chodzi o przetworniki, czyli doprecyzowując układy DAC, sama kość znaczenie ma, najdelikatniej rzecz ujmując, drugorzędne a efekt finalny w głównej mierze zależy od właściwej, bądź nie, aplikacji. I w tym momencie dochodzimy do sedna, czyli de facto zasadności śledzenia z wypiekami na twarzy newsów z obozu AKM, lub Sabre, zamiast skupienia się na tym, co wydaje się zdecydowanie bardziej istotne – dźwięku.
Jeśli zastanawiacie się Państwo w jakim celu pozwoliłem sobie na tę nieco przydługą rozbiegówkę spieszę z wyjaśnieniem, że sprawcą całego zamieszania jest ciszący się niesłabnącą popularnością austriacki wytwórca audiofilskich dóbr wszelakich, czyli znany i lubiany Ayon. A dokładnie jego, że się tak wyrażę „płodność”, której pokłosiem jest też i nasz dzisiejszy, już trzeci test „dyżurnej” 10-ki, z której standardową wersją mieliśmy do czynienia w 2019 r. a „odchudzona” inkarnacja zawitała do OPOS-a w 2021. Tym razem przyszła pora na niemalże najbardziej wypasioną (w kolejce czeka jeszcze topowa Ultimate), czyli wzbogaconą o JRiver BlackBox Server odsłonę o wszystkomówiącej nazwie Preamp Signature.
Jak to mam w zwyczaju rozpoczynając akapit poświęcony urządzeniom wychodzącym spod rąk Gerharda Hirta pozwolę sobie i tym razem nieco pomarudzić, gdyż jakbym się nie starał i nader intensywnie korzystał z zasobów słownika synonimów (wyrazów bliskoznacznych), to i tak i tak nie sposób po raz enty opisywać dokładnie takich samych korpusów. A tak już zupełnie na serio, to tylko wypada się cieszyć, że austriacka manufaktura z taką konsekwencją trzyma się lata temu wybranego designu opartego na grubych płatach szczotkowanego aluminium i zaoblonych narożnikach brył swoich urządzeń okazjonalnie, tzn., w przypadku pyszniących się rozżarzoną szklarnią wzmacniaczy, wzbogaconych o chromowane „rondle” chroniące trafa. Powód owej radości? Nader oczywisty, wystarczy bowiem uświadomić sobie, że sukcesywnie kompletując wymarzony zestaw w ramach ayonowego portfolio mamy pewność, że właśnie zakupiona nowość będzie miała dokładnie takie same „rysy” i aparycję jak nasze wcześniej, nawet dekadę wstecz, upolowane okazy. Niby mała rzecz a budząca w pełni zrozumiałą zazdrość wśród miłośników „szampańsko” umaszczonych urządzeń, wśród których (urządzeń, nie miłośników) idealne trafienie w idealnie taką samą tonację nawet w obrębie jednej serii zaskakująco często graniczy z cudem. Jednak ad rem.
Ayon S-10 II wygląda, jak już zdążyłem wspomnieć, jak nie tyle bliźniak, co zapewne jednojajowy trojaczek S-10 II i S-10 II XS, przyodziano go bowiem w dokładnie taki sam, wykonany z masywnych płatów szczotkowanego i anodowanego na czarno aluminium i wyposażony w zaokrąglone przednie narożniki korpus. W centrum niezbyt wysokiego frontu tkwi 5” wyświetlacz TFT QVGA po którego lewicy umieszczono czujnik IR, port USB-A i przycisk standby a po prawej kilkuwierszowy czerwony ekran informujący o wybranym źródle, głośności, typie i częstotliwości resamplingu reprodukowanego sygnału. Płytę górną zdobią ulokowane w jej tyle dwie chromowane kratki wentylacyjne zapewniające odpowiednia cyrkulację w trzewiach urządzenia. Z kolei widok ściany tylnej, powinien rozchmurzyć największego malkontenta, bowiem do dyspozycji otrzymujemy, patrząc od lewej, sekcje analogowe – wyjściową z parą RCA i XLR, oraz wejściową – z dwiema parami RCA. Z kolei domenę cyfrową reprezentuje pojedyncze wyjście koaksjalne, oraz znacznie bardziej rozbudowany wolumen interfejsów wejściowych w skład którego wchodzą gniazda koaksjalne, optyczne, trzy USB (jedno USB-A i dwa USB-B), Ethernet, oraz trzpienie dwóch anten Wi-Fi. Tryb pracy definiujemy, podobnie jak u wcześniej opisanego na naszych łamach rodzeństwa, dwoma niewielkimi przełącznikami hebelkowymi, z których górny odpowiada za wybór wzmocnienia a dolny relację w jakiej jest 10-ka w naszym systemie (normal/direct amp).
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to biorąc pod uwagę czas, jaki upłynął od premiery drugiej odsłony S-10-ki można byłoby sądzić, iż cztery lata, to aż nadto aby przeprowadzić małą rewolucję. Cóż, może i część egzystujących na rynku podmiotów tak właśnie by zrobiła, jednak pragnąłbym nieśmiało przypomnieć, iż nie operujemy na dalekim od kręgu naszych zainteresowań budżetowym pułapie, gdzie fluktuacja modeli odbywa się niemalże sezonowo, lecz śmiało wkraczamy na high-endowe salony, gdyż cena dostarczonego na testy egzemplarza nieśmiało dobija do 11 k€ a to na PLN-y niemalże całkiem okrągłe 50 000. A tutaj króluje spokój i jeśli dane rozwiązanie się sprawdza, spełniając jednocześnie wyrafinowane gusta odbiorców, to zamiast niepotrzebnie przy tym grzebać zdecydowanie rozsądniej zająć się pozostałymi sekcjami i to ich poziom ewentualnie podciągnąć. I tak właśnie postąpił Herhard Hirt w przypadku tytułowego streamera pozostając wiernym kościom AKM 4490 pracującym w pełni symetrycznym układzie dual-mono swoją uwagę poświęcając optymalizacji autorskich filtrów dolnoprzepustowych, które to de facto odpowiedzialne są za finalne brzmienie urządzenia a sięganie po wyższej klasy komponenty i bardziej rygorystyczna ich selekcja tylko osiągnięcie audiofilskiej nirwany ułatwiają. W sekcji wyjściowej ponownie spotkamy parę triod 6H30 a w zasilaniu niskoszumowy transformator R-Core. To jednak nie wszystko, bowiem dostarczony przez ekipę Nautilusa egzemplarz posiadał wbudowany 1TB dysk SSD z zainstalowanym oprogramowaniem JRiver BlackBox Server, dzięki czemu można było nie tylko zasilać wewnętrzną pamięć z zewnętrznych nośników / serwisów, lecz również z pomocą JRivera agregować posiadane plikozbiory w spójną i logiczną dla nawet nieposiadającego fachowej wiedzy użytkownika całość. Pomaga w tym nie tylko ww. mini-ekran, lecz przede wszystko dopracowana i działająca zarówno na Androidzie, jak i iOS-ie dedykowana apka. Oczywiście wszystko da się też ogarnąć z poziomu dołączonego, systemowego pilota, jednak skoro i tak większość z nas nie rozstaje się ze swoimi smartfonami i/lub tabletami, to zamiast wpatrywać się z kilku metrów w 5” okienko zdecydowanie wygodniej kiziać ekran znajdującej się na podorędziu „słuchawki”.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu od razu na wstępie nadmienię, iż podczas testów potraktowałem tytułowego gościa bez nawet śladowych przejawów litości, albowiem przypadła mu nie tylko ta sama rola, co mojej dyżurnej 35-ce – czyli pracował zarówno jako DAC i przedwzmacniacz liniowy, lecz i chciał / nie chciał musiał bronić się przed atakami transportu Lumin U2 Mini. Jak sobie z powierzonymi zadaniami poradził? Śmiem twierdzić, że nad wyraz satysfakcjonująco, żeby nie powiedzieć celująco. Jego brzmienie cechowały bowiem zarówno tak poszukiwane, szczególnie w domenie cyfrowej, wysycenie, gładkość i soczystość reprodukowanych dźwięków, przy jednoczesnym zachowaniu świetnego timingu, nie mniej realistycznej rozdzielczości i trudnej do podrobienia, właściwej wysokim modelom Ayona otwartości – przestrzenności przekazu bynajmniej nie będącej przejawem odchudzenia, czy też zaburzenia równowagi tonalnej a zdolności oddania właściwości akustycznych pomieszczeń, w których dokonano poszczególnych nagrań. Ponadto sam sposób kreowania źródeł pozornych i rozmieszczania ich w holograficznie trójwymiarowej przestrzeni nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Gradacja planów jest równie wysokich lotów, więc zamiast wyeksponowania ustawionego w pierwszej linii solisty a akompaniujący mu aparat wykonawczy potraktować jako zło konieczne i prezentować go w stylu impresjonistycznych plam, utrzymuje doskonałą czytelność nie tylko poszczególnych sekcji, lecz i pojedynczych muzyków z wiernym oddaniem sonicznej faktury dzierżonych przez nich instrumentów.
Oczywistym zatem staje się fakt, iż pod tym względem jest bezsprzecznie lepszy zarówno od swojego protoplasty, czyli pierwszej wersji 10-ki, jak i skupionego na barwie oraz melodyce nieco niżej urodzonego rodzeństwa – XS-a. Tu kwestia rozdzielczości i zdolności eksploracji nawet najgłębszych zakamarków zajmowanej przez muzyków sceny nie leży w obszarze domysłów, lecz jest pełnoprawną składową prezentacji. Proszę tylko sięgnąć po „Duello d’archi a Venezia” przeuroczej Chouchane Siranossian z Venice Baroque Orchestra, bądź nawet zdecydowanie bardziej mainstreamowy „Closer” Josha Grobana a z pewnością nie omieszkacie Państwo chociażby delikatnie unieść brew w pozytywnym zdziwieniu, że nagle, zupełnym mimochodem, odkrywacie niuanse, których obecność co prawda gdzieś tam próbowała przebić się do Waszej świadomości, lecz cały czas oscylowała na granicy percepcji. A tu ich byt jest na wskroś namacalny. Jednak uwaga. Otóż przyrost wolumenu informacji będący pochodną lepszej rozdzielczości bynajmniej nie oznacza siłowego wypychania owego planktonu na pierwszy plan a jedynie eliminację pokrywającego je kurzu, bądź rzucenie odrobiny światła na spowite do tej pory mrokiem zakamarki. To wszystko rozgrywa się przy aksamitnie czarnym tle i pomimo wiadomej lampowości naszego gościa nie sposób choćby przykładając ucho do głośnika przyłapać go na jakiś natywnych szumach. Aby jednak tego zjawiska doświadczyć nie wystarczy li tylko wpiąć Ayona w tor, zasiąść na kanapie i zapomnieć o bożym świecie, bowiem w przeciwieństwie do podstawowej / standardowej odsłony 10-ki , która de facto takimi osiągami, przynajmniej na takim poziomie intensywności, pochwalić się nie mogła, w Signature nie tyle warto, co wręcz koniecznym jest zainteresowanie się resamplingiem do DSD i to w opcji DSD256, gdyż to właśnie on odpowiedzialny jest za owe wielce miłe naszym zmysłom doznania. Nie ma bowiem co ukrywać, że jeśli ktoś preferuje nieco bardziej krągłe, kojące nerwy i co tu dużo mówić nieco uśredniające przekaz granie, gdzie większość reprodukowanego materiału brzmi po prostu ładnie „ładnie” i atrakcyjnie, to w zupełności wystarczy mu wersja Standard / XS. Jeśli jednak podczas delektowania się ulubionym repertuarem odbiorca chciałby oprócz ślizgania się po powierzchni zanurzyć w głąb muzycznej tkanki, to właśnie owa konwersja do DSD będzie kluczowa. Mam przy tym cichą nadzieję, że zastosowana przeze mnie przed chwilą hiperbola i jej skala jest dla Państwa w pełni czytelna, jednakże proszę mi uwierzyć na słowo, bądź przy nadarzającej się okazji na własne uszy przekonać, że zasmakowanie konwersji zazwyczaj staje się w pełni świadomym wyborem biletu w jedną stronę.
Kolejną niewątpliwą zaletą właśnie opisywanej wersji 10-ki jest jej zdolność nie tylko chwilowego zastąpienia, co wręcz permanentnego wyrugowania z toru większości operujących na podobnym jej pułapie cenowym przedwzmacniaczy liniowych. Tutaj już nie ma „ale”, bądź „chyba”, bo każdorazowe wpięcie preampu niby coś zmienia, jednak lwiej części przypadków, o ile tylko konkurent zdolny będzie dotrzymać Ayonowi kroku, jego obecność chciał nie chciał trzeba będzie rozważać w kategoriach skoku li tylko w bok, a nie w górę, co biorąc pod uwagę koszty związane z jego nabyciem, o dodatkach w stylu koniecznego okablowania, a jak mawiał klasyk „to nie są tanie rzeczy”, lepiej nawet nie wspominać. Oczywiście nie ukrywam, że tak pod względem sonicznym, jak i funkcjonalnym da się lepiej, gdyż nawet ww. CD-35 (Preamp + Signature) to potrafi grając lepiej i mając na pokładzie wejścia XLR, ale jeśli nie używamy płyt CD i nie chcemy mnożyć dublujących swoje funkcje urządzeń we własnym systemie, to właśnie zestaw S-10 II Preamp Signature z końcówką mocy, bądź aktywnymi kolumnami wydaje się najbardziej optymalnym rozwiązaniem.
Na koniec jeszcze tylko wzmianka o traktowaniu przez tytułowego Ayona repertuaru nieco mniej wyrafinowanego aniżeli klasyka czy jazz, czyli wszelakiej maści ryków, krzyków, łomotów i riffów w stylu „Origins” Saor, czy „The Sixpounder” The Sixpounder. I tu bardzo miła niespodzianka, bowiem 10-ka zachowując ich natywną agresję i dynamikę daleka była nie tylko od ugładzania i otulania pluszem, lecz również od podbijania ofensywności, co sprawiało, że dowolnych odmian hard’n’heavy można było z dziką przyjemnością słuchać nie tylko długo, co głośno. Cicho oczywiście też, nie tracąc przy tym zbyt wiele z drzemiącej w nich agresji, jednak gdy tylko głośność osiągała właściwe poziomy radosny uśmiech z mej twarzy praktycznie nie schodził. Było ostro, brutalnie i bezpośrednio, lecz bez irytującej ziarnistości (nie mylić z garażowym brudem) i szklistości co z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy zawdzięczać pracującym w Ayonie lampom.
Reasumując. Ayon S-10 II w wersji Preamp Signature wzbogaconej o JRiver BlackBox Server jest urządzeniem nie tylko nad wyraz użytecznym, czy wręcz wszystkomającym/wszystkorobiącym, co kompletnym właśnie pod względem funkcjonalności i co najważniejsze brzmienia. Zastępuje bowiem streamer, DAC-a i przedwzmacniacz grając na poziomie nieosiągalnym dla konglomeratu złożonego z pojedynczych urządzeń wycenionych na poziomie żądanej za niego kwoty.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy prześledzimy ofertę austriackiego Ayona, spokojnie można powiedzieć, że jak niewiele firm na świecie jest w stanie zaoferować niemalże dosłownie wszystko. Znajdujące się w jego portfolio źródła cyfrowe, przedwzmacniacze liniowe, wzmacniacze zintegrowane, końcówki mocy i phonostage zbudowane zostały w jednym celu – spełniania naszych najbardziej wyszukanych oczekiwań. A jeśli tak, to chyba nikogo nie dziwi dostępność wspomnianych produktów w wielu wersjach zaawansowania technicznego. Z uwagi na łatwość sprawdzenia tego faktu za pomocą portalowej wyszukiwarki nie będę robił rozwadniającej tekst wyliczanki, jednak chciał, czy nie chciał, jestem zobligowany przypomnieć, iż każda, nawet najlepsza w danym momencie konstrukcja z naturalnych względów rozwoju technologii oraz wzrostu oczekiwań klientów ma swojego następcę. Po co o tym wspominam? Oczywiście ze względu na temat dzisiejszego odcinka, którego mottem będzie dostarczona przez krakowskiego Nautilusa najnowsza odsłona streamera Ayon S-10 w wersji MkII Preamp Signature. Jak wynika z oznaczeń katalogowych, to już kolejna odsłona tego znanego miłośnikom streamowania muzyki źródła. Jak wypadła? Cóż, potencjalnych zainteresowanych zapraszam do poniższego opisu.
Tematyka wyglądu Ayona jest jasna. Żadnych powodujących zacieranie wypracowanej przez lata rozpoznawalności linii produktowych udziwnień designerskich, tylko w zależności od potrzeb danego komponentu mniejszy lub większy, oczywiście bliźniaczy dla całej rodziny pomysł na obudowę. Ten zaś w przypadku tytułowego serwera opiera się o średniej wielkości, wykonaną z czernionego, dla podniesienia przyjemności odbioru wizualnego szczotkowanego aluminium prostopadłościenną skrzynkę z mocno zaokrąglonymi narożnikami. Jeśli chodzi o awers, ta swoista wizytówka firmy realizując zadanie nie tylko możliwości nawigowania po zasobach wbudowanego twardego dysku i bezkresach internetowej sieci, ale również wyświetlania okładek słuchanych w danym momencie albumów, w centralnej części została wyposażona w sporej wielkości, kolorowy wyświetlacz, z lewej strony w pozwalające słuchanie muzyki z pendrive’a gniazdo USB oraz guzik Standby, zaś z prawej okienko z mieniącym się krwistą czerwienią wyświetlaczem poziomu sygnału wyjściowego. Tak, tak – nasz dawca sygnału jest maszyną wielofunkcyjną, gdyż oprócz streamowania muzyki i pracy jako przedwzmacniacz liniowy dla źródeł zewnętrznych, może pochwalić się wewnętrznym spichlerzem dla plików muzycznych i bardzo poszukiwaną w ostatnim czasie, w przypadku budowy minimalistycznego systemu audio eliminująca liniowy przedwzmacniacz regulacją sygnału wyjścia bezpośrednio na końcówkę mocy. Kontynuując opis skrzynki nowej S-10 ważnym akcentem dla produktów Ayona jest zastosowanie na górnych połaciach obudów otworów wentylacyjnych dla zastosowanych w trzewiach lamp elektronowych, zaślepionych ozdobnymi kratkami, podobnie do samej obudowy zaoblonych prostokątnych otworów. Jak można się spodziewać, jeśli mamy do czynienia z urządzeniem stawiającym na dużą funkcjonalność, chcąc to zrealizować, tak jak w przypadku rzeczonego „plikograja” na plecach musimy zapewnić pełne spektrum interfejsów przyłączeniowych. Takim to sposobem mamy kilka sekcji wejść i wyjść cyfrowych we wszystkich obecnie wykorzystywanych standardach, pakiet wejść i wyjść liniowych, dwa hebelki trybu pracy (wybór Gain i wykorzystanie lub nie funkcji regulacji wyjścia sygnału), dwa terminale dla anten połączeń bezprzewodowych, a wszystko wieńczy gniazdo zasilania. Jak widać, mamy do czynienia z ewidentnym centrum sterowania, co w znacznym stopniu ułatwia znajdujący się w komplecie systemowy pilot zdalnego sterowania.
Co mogę powiedzieć o naszym bohaterze w kwestii oferowanego brzmienia? Z jednej strony wydawałoby się, że nic odkrywczego, bo dostałem znakomity dźwięk oparty o lampy elektronowe, zaś z drugiej przyjemne potwierdzenie słuszności powołania do życia wersji MkII. Jednak zapewniam, wygłoszona przed momentem fraza „nic odkrywczego” to żaden przytyk, tylko z premedytacją zastosowany zabieg przypisania Ayonowi aplikacji szklanych baniek. Zapewniam, to wbrew pozorom nie jest takie proste, gdyż nie raz miałem do czynienia z ekstremami ich zastosowania, co w jednym przypadku spokojnie można było określić jako brzmienie tak zwanego „lampowego tranzystora”, a w drugim nudny i na dłuższą metę monotonny, przegrzany „lampowy ulepek”. Na szczęście Gerhard Hirt umiejętnie wyważa poziom pomiędzy magią bursztynowej poświaty, a niezbędną witalnością i energią przekazu, a cechami szczególnymi danego urządzenia jest zaawansowanie jakości brzmienia w zależności od będącej pochodną skomplikowania budowy wewnętrznej pozycji w cenniku. Co to oznaczało w przypadki S-10 MkII?
Oczywiście lubiane przeze mnie połączenie ważnej dla muzyki esencji wywołującej ciarki na plecach z utrzymaniem dobrej krawędzi i dzięki temu ataku dźwięku. To nadal było płynne, dość typowe dla tego rodzaju konstrukcji granie, jednak z unikaniem nadmiernej krągłości mogącej spowodować rozmycie się ogólnej projekcji. Dlatego też muzyka epatowała znakomitym pulsem, a dzięki umiejętnemu dozowaniu złapanej w ryzy fajnego konturu soczystości oferowała oczekiwaną separację następujących po sobie akordów. To wbrew pozorom bardzo ważne, bowiem słuchane wydarzenie sceniczne bez tego stanie się nieatrakcyjną papką, gdy tymczasem ma wywoływać różnego rodzaju emocje. Od stanu błogości, po kontrolowaną agresję. I taki stan mojego ducha na odpowiednim poziomie wyrazistości zaproponował streamer Ayona. A gdy dorzucę do tego czar budowanej szeroko i głęboko, dobrze rozplanowanej wirtualnej sceny, chyba nikt nie podda wątpliwości zaliczenie mojego jakże owocnego w przyjemnie spędzony czas z muzyką, procesu testowego.
Począwszy od mocnego uderzenia grupy Slayer „Reigin in Blood”, gdzie dosłownie i w przenośni nieco mocniej pokolorowaną, jednak z dobrym timingiem ścianą wściekłego dźwięku – to oczywiście było zamierzone przez wykonawców – zostałem wepchnięty w fotel, poprzez jazzową wokalizę artystek pokroju Diany Krall „The Look Of Love”, która jak rzadko kiedy pokazała się z ekstremalnie emocjonalnej, żeby nie powiedzieć wręcz erotycznej strony, po tak zwane granie ciszą rodzimego duetu braci Oleś z Christopherem Dellem „Komeda Ahead” z ich wirtuozerskim, często wręcz niekończącym się zwieszaniem z pozoru prostych, bo pojedynczych, jednak gdy wejdzie się w utwór, okazuje się, że pełnych zaskakującej ekspresji nut, dosłownie każdy wywołany do tablicy materiał bez problemu pokazywał swoje prawdziwe ja. Owszem, w przypadku pierwszej bandy muzyków rockowych dla niektórych czasem mogłoby być ostrzej lub bardziej twardo, jednak nie oszukujmy się, przecież w torze mamy fajnie wykorzystane lampy i nikt o zdrowych zmysłach nie zarzuci im problemu w stylu – mogłaby grać bardziej kwadratowo, tudzież krzykliwie. Jeśli w większości słuchamy tego rodzaju muzy raczej należy szukać coś z tranzystora, a nie zwalać winę na zastaną sytuację w skutek swoich nieprzemyślanych wyborów. Ale spokojnie. Również w tym przypadku temat być albo nie być może wywołać jakieś reperkusje jedynie w przypadku ekstremalnych purystów, gdyż dla mnie, wychowanego na muzyce AC/DC, Pink Floyd, czy Zeppelin pomysł Ayona odebrałem jako pozytywny wpływ nutki lampy na zwyczajową słabość realizacji. I tak naprawdę, gdy i Wy w ten sposób to odbierzecie, zapewniam, reszta repertuaru będzie czerpać z możliwości nowej S-10-ki pełnymi garściami. To oczywiście skutek dobrej rozdzielczości i umiejętności nadania muzyce odpowiedniej lekkości, co przekładało się na dobre pokazanie zawartych w niej niuansów, bez których staje się monotematyczna. Na szczęście takich niespodzianek nasz bohater nam nie zafunduje. Za to zaoferuje piękną barwowo, esencjonalną i z dobrym drivem opowieść muzyczną na każdy zadany temat.
Gdy przyszedł czas na zebranie wszelkich informacji w jedną czytelną całość, pierwszą i chyba najważniejszą jest wiedza, iż Ayon S-10 MkII Preamp Signature moim zdaniem wręcz utożsamia się z w danym momencie odtwarzaną muzyką. Co prawda z pewnym sznytem brzmieniowym będącym pokłosiem użytych w układach elektrycznych lamp elektronowych, ale spokojnie, nigdy nieprzekraczającym poziomu dobrego smaku. To jest na tyle fajnie wyważone, że ku mojemu pozytywnemu zdziwieniu w sobie tylko znany sposób skutkuje łatwością zaangażowania naszych zmysłów w toczącą się rozmowę pomiędzy muzykami. A przecież to elementarz naszej zabawy w audio. Elementarz, który jak się okazuje, Ayon ma w przysłowiowym małym palcu. Dlatego, jeśli szukacie powyżej opisanego spojrzenia na swoją płytotekę, myślę, że jesteście bliscy końca swojej krucjaty. Wystarczy skontaktować się z najbliższym salonem Nautilusa, bądź zaprzyjaźnionym z dystrybutorem sklepem i temat zamknąć raz na zawsze.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
Dystrybucja: Nautilus
Producent: Ayon Audio
Ceny: 8 995 €; +1 995 € JRiver BlackBox Server
Dane techniczne
• Obsługiwane sygnały: 764kHz / 32 bit & DSD256
• Pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz
• Zniekształcenia THD (1 kHz): < 0,002 %
• Dynamika: > 120 dB
• Stosunek S/N: > 115 dB
• Lampy: 6N6P (6H30)
• Impedancja wyjściowa RCA/XLR: ~ 700 Ω
• Wejścia analogowe: 2 × RCA
• Wyjścia analogowe: RCA, XLR
• Wejścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA),USB-PC, TOSLINK, 2 × USB type A
• Wyjścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA)
• Moduł DSP/PCM → konwerter dla wszystkich sygnałów PCM: DAC, USB, Streamer
• Łączność: Ethernet, Wi-Fi
• Obsługiwane serwisy streamingowe: Tidal, HiResAudio, Qobuz, Roon
• Wymiary (SxGxW): 480 × 360 × 120 mm
• Waga: 12 kg
Opinia 1
Jeszcze do niedawna tytułowy duński brand był dla nas nie tylko pewnego rodzaju obiektem westchnień do bliższego zapoznania się, ale z uwagi na brak poważnego dystrybutora również bez szans na jakiekolwiek przełamanie tego impasu. Na szczęście dla szerokiej rzeszy miłośników muzyki to na tyle ciekawy kąsek, że od kilkunastu miesięcy mamy prężnego opiekuna tego podmiotu. Oczywiście nie przez przypadek użyłem słowa „prężny”, bowiem jego działalność nie kończy się li tylko na zwykłym wypożyczaniu sprzętu do testów lub odsłuchów, ale oprócz kilku naszych recenzenckich spojrzeń na ofertę tej marki wespół z polskim producentem gramofonów Benny Audio na bazie dzisiejszego modelu kolumn zorganizował sopockie spotkanie przy muzyce z Marcinem Olesiem w roli prowadzącego miting i wygłaszającego swój pogląd na zagadnienia audio. O kim mowa? O duńskim specjaliście od zespołów głośnikowych Peak Consult, z portfolio którego, dzięki sporym wysiłkom logistycznym stacjonującego w Chełmży dystrybutora Quality Audio, w naszej redakcji pojawił się najmniejszy podłogowy model kolumn Sonora.
Gdy spojrzymy na fotografie, ewidentnie widzimy, że to kolumna podłogowa. Tymczasem tak naprawdę nasze bohaterki są dwudrożnymi monitorami z zamiast portu bass-reflex zastosowaną membraną bierną strojącą jakość i poziom zejścia niskich tonów, monitorami w dużej obudowie. Powód? Cięższa skrzynka, to skuteczniejsza walka ze szkodliwymi wibracjami, które są oczkiem w głowie konstruktorów, a które brutalnie zwalczają wykonaniem głównego jej modułu z grubych, warstwowo klejonych płatów HDF-u. Oczywiście wspomniany HDF nie szpeci duńskich piękności, bowiem tradycyjne dla tego producenta jako wykończenie obudowy wieńczą boczne i górna ścianki – oprócz frontu i pleców pokrytego skórą – obłożone litym drewnem orzecha. Co ważne, dla przełamania monotonii bocznych paneli, ich środek przecinają pionowe, kontrastujące z kolorem orzecha, za to fajnie współgrające z czernią użytej skóry wstawki z połyskującego akrylu. Istotnym elementem technicznym jest minimalizacja równoległości ścianek obudowy, co sprawia, że wszystkie są ustawione w stosunku do siebie pod pewnymi kątami. Naturalnie jako kontynuacja pomysłu ze starszych braci, również model Sonora część dzierżącą frontową sekcję głośnikami ma dość mocno skierowaną ku górze. Jeśli chodzi o ich rewers, ten nieco powyżej połowy został uzbrojony w przywołaną membranę bierną, natomiast tuż nad podłogą w osobny dla środka z basem i góry zestaw firmowych zacisków dla kabli głośnikowych. Jak można się spodziewać i co dokładnie widać na zdjęciach, opisywane kolumny stoją na typowych dla Peak Consult, przykręcanych od spodu, poprzecznych łapach z regulowanymi baryłkami. Wieńcząc opis budowy garścią technikaliów wspomnę jeszcze, iż według danych producenta mamy do czynienia z przywołaną konstrukcją dwudrożną, o skuteczności 90dB/8Ohm, wzroście ok.113 cm i wadze 48 kg sztuka. Tak prezentujące się kolumny docierają do klienta w dedykowanych solidnych skrzyniach transportowych.
Rozpoczynając epistołę na temat najmniejszego modelu w portfolio Peak Consult, spieszę donieść, iż parafrazując klasyka, „na froncie bez zmian”, czyli tłumacząc z polskiego na nasze Sonory idą tożsamą drogą estetyki grania co jej starsze siostry. Nadal w oparciu o pełnię barwowych emocji, plastyki i esencji kreowanej muzyki. Jednak w odróżnieniu do poprzedniczek z nieco innym podejściem do naładowania jej pakietem energii. Oczywiście nie chodzi o jej brak, tylko o odmienny sposób projekcji teraz inaczej strojonych niskich rejestrów. To naturalnie jest pokłosie zmiany sposobu ich strojenia z tak zwanego przez złośliwców „burczy-basu” na nadającą mu pewnego rodzaju szlachetności membranę bierną. Z jednej strony pozwala być mu jakby lżejszym, fajnie unikającym efektu męczącej na dłuższą metę „pompki”, zaś z drugiej według zapewnień producenta osiągać niższe jego zejście. Efekt? Dla mnie znakomity, bo muzyka przy pozornie mniejszej wadze nadal epatowała odpowiednim pulsem, za to nie starała się osiągać rozmiarów rodem z wielkich kolumn. Myślicie, że to źle? Bynajmniej, gdyż takie podejście eliminuje efekt starającego się nas znokautować, nabitego mięśniami boksera, tylko niczym zgrabna panna zaprasza nas na kilka chwil z ukochaną płytą. Osobiście preferuję ten drugi, niewymuszony świat, dlatego postawiłem na duże kolumny. Jednak jeśli nie miałbym takich możliwości, w momencie wyboru bez zastanowienia szukałbym czegoś w stylu naszych bohaterek. Kolumny nieduże, oferowany dźwięk również bez jakiś rekordowych rozmiarów, ale w zamian dostałem pełnię swobody wybrzmiewania z istotnym dla niego pakietem tworzących atmosferę słuchania bez wysilenia pakietem informacji. Ja wiem, że to nie jest zbyt modne, bo kochamy, gdy to, co wydobywa się z kolumn nas kopie, jednak to dla mnie jest walka, a nie przyjemne spędzanie wolnego czasu. Dlatego gdy kochacie tę drugą opcję i macie niezbyt duże pomieszczenie, wybór jest prosty – Peak Consult Sonora. A dlaczego konkretnie, postaram się pokazać na kilku przykładach płytowych.
Jako pierwsza wystąpi rodzima artystka ze znakomitym światowej klasy gitarzystą, czyli nie kto inny jak Anna Maria Jopek wespół z Patem Methenym w kompilacji „Upojenie”. To znana chyba wszystkim, w większości wypadków bardzo nastrojowa płyta. Do tego dobrze zrealizowana i raczej nie potrzebująca wspierania podkręcaniem niskich tonów, dlatego tak znakomicie pokazująca zalety kolumn. Lekkość podania – oczywiście gdzie miało łupnąć, wówczas łupnęło i dzięki temu lotność i znakomite wybrzmiewanie pojedynczych, specjalnie eksponowanych dźwięków nie tylko delikatnego głosu wokalistki, ale również wirtuozerskiej gry „wioślarza” powodowały, że niosący w swoim kodzie DNA nieskończoność emocjonalną materiał wznosił się na rzadko osiągany poziom docierania do moich zmysłów. I nie chodzi jedynie o umiejętne uniknięcie efektu „łał” w oddaniu wyrazistości zarejestrowanego materiału, tylko wręcz przeciwnie, przy ciekawym zawieszeniu w eterze umiejętne jego uplastycznienie i tym sposobem intensyfikację wywoływanych emocji.
Kolejnym dobrze pokazującym zalety kolumn krążkiem było jazzowe trio Paula Motiana z Billem Frisellem i Joe Lovano na płycie „I Have The Room Above Her”. To kolejna malownicza płyta, w której istotną rolę odgrywa saksofon J. Lovano. Nie za lekki, daleki od nadwagi, za to dzięki znakomitej plastyce prezentacji pełen drewnianych artefaktów i do tego świetnie odnajdujący się jako kontrapunkt dla reszty zespołu w czytelnie zagospodarowanej, szerokiej i głębokiej wirtualnej scenie. A to tylko jeden z istotnych aspektów tego materiału, gdyż w sukurs takiemu postawieniu sprawy szły dźwięczna gitara Frisella oraz nadający rytm całej opowieści, dobrze pokazujący palec na strunie i pojemność pudła rezonansowego kontrabas Motiana. Jednym słowem drugie udane podejście testowe.
Na koniec coś, co również dało radę, jednak dla wielbicieli tego nurtu w pewnych aspektach mogłoby zabrzmieć nieco mocniej. Chodzi mianowicie o najnowsze rockowe granie grupy AC/DC „Power Up”. Spokojnie, wszystko ogólnie wypadło ok., jednak akurat takie zespoły lubią obfitość masy i energii w dolnym zakresie. Bez tego punkt ciężkości muzyki może lekko podryfować w górę i czasem stać się lekko krzykliwy. Tym bardziej, ze panowie nie żałują gitarowych popisów, które bez dobrej masy bywają mało angażujące. Jak finalnie wypadła ta płyta? Zaskakująco dwuznacznie. Dzięki unikaniu nadpobudliwości przez kolumny bez wspominanego krzyku, z dobrym osadzeniem w barwie. Natomiast w odniesieniu do sprostania wykreowania niezbędnej ilości energii było nieco zbyt lekko. To oczywiście znajdzie swoich orędowników, jednak nie oszukujmy się, AC/DC to chłopaki z ikrą i lubią mocne łojenie. Czyli wtopa? Spokojnie, nie do końca. A powodów jest wiele. Pierwszymi są wspomniane zalety kolumn, zaś chyba w tym przypadku najistotniejszym jest zwyczajowy dobór kolumn do repertuaru. Raczej nikt przy zdrowych zmysłach nie nabędzie kolumn stawiających na cyzelowanie muzyki do słuchania rocka i jemu podobnych nurtów. A nawet jeśli, to należy wziąć jeszcze pod uwagę, że test został przeprowadzony w nieco zbyt dużym dla nich pomieszczeniu, a mimo to dawały radę. To co wydarzy się w dedykowanej kubaturze? Ja się spodziewam, Wy sami spróbujcie, a myślę, że pozytywnie się zaskoczycie.
Próbując zebrać wszystkie za i przeciw tego testu spokojnie mogę powiedzieć, że kolumny Peak Consult Sonora wyszły z niego z tarczą. To przecież model podstawkowy z powiększoną obudową, dlatego nieuprawnionym jest zero-jedynkowe ocenianie ich grania w wielkim pokoju. Owszem, ze swoimi zaletami łatwiej im będzie brylować w repertuarze spokojnym i nastawionym na uduchowienie muzyki, jednak jeśli nawet panowie od „prądu” w nazwie pokazali fajne symptomy oczekiwanego pazura, myślę, że jeśli w specyfice przekazu nie szukacie tak zwanej ofensywnej jazdy bez trzymanki, nasze bohaterki mają szansę zagrzać miejsce w znakomitej większości potencjalnych systemów. Jest tylko jedno „ale”, musicie dać im szansę.
Jacek Pazio
Opinia 2
Po tym, co pokazały w naszych czte … znaczy się ośmiu kątach El Diablo a na minionym monachijskim High Endzie majestatyczne Dragony sięganie po tak kompaktowe, żeby nie powiedzieć filigranowe (przynajmniej na tle rodzeństwa) konstrukcje, jak tytułowe Sonory wydaje się ewidentnym proszeniem się o kłopoty, bądź przejawem audiofilskiego masochizmu. No bo jak to tak? Przesiadać się z większych, droższych i oczywiście lepszych na mniejsze, tańsze, gor … . Zaraz, zaraz. A co Państwo powiedzą na to, żeby zamiast gdybać i prowadzić czysto akademickie dyskusje, bazując li tylko na stricte tabelarycznych danych i zdjęciach, przed wydaniem werdyktu, z czystej przyzwoitości rzucić okiem i uchem na nasze gościnie? Jeśli przystajecie na powyższą propozycję nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was na spotkanie z dostarczonymi przez chełmżyńskie Quality Audio uroczymi podłogówkami Peak Consult Sonora.
Skoro już na wstępie wspomniałem, iż tym razem na tapet wzięliśmy najmniejsze z duńskiego rodu konstrukcje, to od razu spieszę z wyjaśnieniem, iż może gabarytowo Sonory nie porażają, szczególnie jeśli z drugiego planu pobłażliwie łypią na nie ponad dwumetrowe Berliny, jednak biorąc pod uwagę nasze, znaczy się polskie realia mieszkaniowe, gdzie po raz kolejny na rynku zaczęły pojawiać się trzypokojowe mieszkania o powierzchni nieprzekraczającej 40 m², to tak naprawdę jedynie one, znaczy się nasze gościnie, z portfolio Peak Consult mają szanse się w nich zmieścić. Oczywiście powyższa teza jest zdecydowanie (za)daleko posuniętym uproszczeniem i hiperbolą, bo trudno sobie wyobrazić sytuację, by ich potencjalny nabywca dysponował właśnie takim mikro-lokum. Jednak trzymając się faktów i patrząc na nasze bohaterki uczciwie trzeba przyznać, że prezentują się nie tylko nader atrakcyjnie, lecz już od pierwszego kontaktu, szczególnie tego dokonanego w ramach unboxingu budzą w pełni uzasadnione zaufanie. Trudno, by było inaczej, skoro przy dość kompaktowej rozmiarówce, czyli 113 cm wzrostu, 28 szerokości i 38,5 cm głębokości ich waga oscyluje w granicach 50 kg i to nie w sumie a per sztuka. Dodatkowo Duńczycy zamiast standardowych i co tu dużo mówiąc wymagających zdecydowanie mniejszych nakładów pracy prostych „pudełek po butach” zdecydowali się na unikające prostopadłości bryły, których fronty w swej górnej, dzierżącej po parze przetworników części, są nie tylko mocniej odchylone ku tyłowi, lecz dodatkowo „obciosane” w celu minimalizacji powierzchni mogących wywoływać niepożądane dyfrakcje fal dźwiękowych. A skoro o drajwery zahaczyliśmy, to zgodnie z tradycją w Sonorach znajdziemy autorskie przetworniki, czyli 26 mm jedwabną kopułkę wysokotonową z napędem wykonanym z precyzyjnie ustawionych sześciu magnesów neodymowych i dedykowaną tylną komorą, której zadaniem jest eliminacja pasożytniczych odbić i rezonansów, oraz 18cm mid-woofer z przyozdobionym firmowym logotypem dust-cupem wspomagany nie standardowym bas-refleksem (jak w będących umownymi protoplastami Princessach) a umieszczoną na plecach każdej z kolumn nieco większą, bo już 23 cm, membrana bierną. Nie mniej atencji poświęcono obudowom wykonanym z wielowarstwowych, ponad 30 mm sandwichy z płyt HDF i specjalnego antywibracyjnego kleju, które od zewnątrz są obłożone 14 milimetrowymi klepkami z Orzecha Amerykańskiego i wzbogacone akrylowymi wstawkami a czarna skóra ciasno opina nie tylko ich „połamane” optycznie masywne fronty, lecz i plecy, więc zaglądając na zaplecze nie poczujemy nawet najmniejszego spadku jakości. Umieszczone blisko uzbrojonego w przykręcane, poprawiające stabilność solidne stopy, cokołu terminale są podwójne i akceptują przewody zarówno w ich nagiej odsłonie, jak i praktycznie w dowolnej konfekcji. Na wyposażeniu nie znajdziemy niestety firmowych zworek, więc warto mieć ów fakt na uwadze i takowe własnym sumptem zapobiegliwie zabezpieczyć, bądź po prostu zaufać dystrybutorowi Peaków, co też tym razem uczyniliśmy.
W celu zapobieżenia wszelakim anomaliom wynikającym z wibracji i efektom mikrofonowania zwrotnice zostały odseparowane akustycznie od przetworników, więc nie ma obaw, że nawet przy iście koncertowych poziomach głośności coś może im się przydarzyć.
Jeśli chodzi o brzmienie, to śmiem twierdzić, iż właśnie w Sonorach najwyraźniej słychać wpływy osoby współodpowiedzialnej za obecną ofertę Peaka, czyli Wilfrieda Ehrenholza – dawnego współzałożyciela i właściciela … Dynaudio. Dźwięk jest niezwykle koherentny, organiczny i lekko przyciemniony, choć zarazem rozkosznie i … nonszalancko rozdzielczy. Zbyt ogólnikowo? Cóż, wszystko rozbija się o to, że cytując Franka Zappę „pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”, więc o tym, czy piszący te słowa ma na myśli dokładnie to samo, co odbiorcy decydować będzie najczęściej ślepy los, choć nie ukrywam, że czytelnicy obcujący z naszą radosną twórczością i porównującą nasze wynurzenia z własnymi obserwacjami powinni mieć nieco łatwiej.
Łatwiej jednak nie miały same kolumny, gdyż przewrotnie zamiast jakiegoś asekuracyjnego „muzaka” sięgnąłem po operujący gdzieś pomiędzy minimalem a rasową współczechą „Steel Hammer” Julii Wolfe, która wespół z Bang on a Can All-Stars i Trio Mediæval dokonała wnikliwej dekonstrukcji klasycznej, ludowej pieśni o Johnie Henrym. Niezorientowanym w temacie podpowiem tylko, iż chodzi o historię młotkowego, który postanowił zmierzyć się z zagrażającym jego stanowisku młotem mechanicznym. Od razu nadmienię, że nie jest to materiał lekki, łatwy i przyjemny, bowiem dopiero przy pełnym zaangażowaniu odbiorcy może on (odbiorca, nie materiał) liczyć na doświadczenie zaledwie śladowych dawek melodyki, czy pozwalającej ująć poszczególne kompozycje w umowne ramy koherencji. Dzieje się tam zaskakująco dużo, w dodatku akcja toczy się nie dość, że wielowątkowo, to każdy z owych wątków zazwyczaj wystrzega się równoległości z sąsiednimi a i wykorzystane instrumentarium daje szerokie pole do popisu, więc jak się z pewnością Państwo domyślacie o wrażenie kakofonicznego rozgardiaszu wcale nie jest tak trudno. Tymczasem Sonory ową niewątpliwie ciężkostrawną całość podały w zaskakująco eleganckiej i wyważonej formie. Usystematyzowały, uporządkowały pozornie obce sobie szmery, trzaski, chrzęsty i wokalizy w spójne i logiczne ciągi przyczynowo-skutkowe, których co prawda przy goleniu zanucić nie sposób, jednak już ich odbiór zaczął nosić znamiona wyrafinowanej przyjemności (jakże dalekiej od tzw. guilty pleasure), do której może i trzeba dorosnąć, jednak niemającej nic a nic wspólnego z masochizmem. Proszę się jednak nie martwić, że Peaki próbując nadać reprodukowanemu materiałowi własną sygnaturę potraktowały go nie tyle łyżką, co wręcz wiaderkiem miodu, bo na tym pułapie byłby to ewidentny i bezdyskusyjny samobój. Duńskie kolumny po prostu były w stanie wyłapać kontekst, podkreślić powiązania poszczególnych fraz ze sobą i zachowując ich natywną fakturę oraz konsystencję zdolne były przedstawić je wszystkie w takiej właśnie, uładzonej formie. Co ciekawe wspomniane przyciemnienie w głównej mierze dotyczyło kompletnego zaciemnienia tła a nie zgaszenia górnych rejestrów, odfiltrowania wszelakiej maści audiofilskiego planktonu i aury pogłosowej. Dzięki temu nie tylko mniejsze, jak powyższa formy, lecz i wielka symfonika – vide „Rhapsodies” pod Stokowskim, mogły wybrzmieć z właściwą aparatowi wykonawczemu skalą, dynamiką i … otwartością. Nie ma bowiem w sygnaturze Sonor tendencji do sklejania i siłowej kondensacji materiału źródłowego czy to do wymiarów narzucanych przez rozstaw samych kolumn, czy też kubatury pomieszczenia w jakim przyszło im grać. Dzięki temu może nie tyle dało się uniknąć, co znacznie zminimalizować efekt przeskalowania. Żeby jednak była jasność. Użyłem powyższego sformułowania nie po to, by nasze bohaterki w jakikolwiek sposób zdeprecjonować, lecz bazując na wcześniejszych odsłuchach El Diablo i naszych Gauderów jasnym było, że duży/większy może więcej, więc o ile papier zniesie wszystko, to jednak zwykła przyzwoitość, o znanych punktach odniesienia nawet nie wspominając, wymaga trzymania się faktów, z którymi jak wiadomo dyskutować nie sposób. Dostajemy zatem wielce sugestywne, acz adekwatne do postury samych kolumn, skoki dynamiki, zdolność oddania zarówno potężnego tutti, jak i oscylującej na granicy słyszalności partii pikuliny, jednak narracja prowadzona jest z szerszej perspektywy i pewnego dystansu, dzięki czemu najpierw odbieramy reprodukowany materiał jako całość a dopiero, wraz ze wzrostem zaangażowania krok po kroku zagłębiamy się w akcję i tkankę nagrania. Przy czym ostrość kreślenia źródeł pozornych określiłbym mianem bardziej naturalnej aniżeli zbytnio analitycznej, czy też za wszelką cenę dążącej do iście laserowej precyzji. Wbrew pozorom powyższa cecha wcale nie oznacza rozmycia, bądź rozedrgania obrazowania a działa wręcz odwrotnie – podkreślając realizm prezentacji. W końcu uczestnicząc w jakimś koncercie, nawet zajmując miejsca w pierwszych rzędach/golden circle, nie jesteśmy w stanie ze stuprocentową pewnością określić splotu wełny użytej do uszycia marynarki zasiadających w orkiestrze muzyków, bądź zliczyć pereł w naszyjniku zmysłowo wyginającej się na pierwszym planie operowej divy. Odnotowujemy jedynie fakt ich obecności, koloru i kroju pozostałe niuanse pozostawiając domysłom, bądź późniejszej weryfikacji na ekranie wielkości panoramicznego okna w jednym z luksusowych hoteli. Zero sztucznego podbijania kontrastu i odwracania uwagi od tego co najważniejsze – muzyki.
Nie da się ukryć, że Peak Consult Sonora nie należą ani do najtańszych, ani też najbardziej spektakularnych, czy to pod względem designu, czy też brzmienia konstrukcji. Są jednak na swój sposób urzekająco i wyrafinowanie muzykalne, perfekcyjnie wykonane i mają w sobie to coś, co sprawia, że w ich towarzystwie praktycznie dowolny repertuar koi skołatane nerwy i zyskuje na atrakcyjności. Wydają się przy tym nader logiczną alternatywą dla wszelakiej maści high-endowych monitorów podstawkowych poniekąd zwalniając ich akolitów ze żmudnego poszukiwania idealnych standów, czy też ekwilibrystyk związanych z aplikacją ciężkich przewodów głośnikowych. Jeśli do powyższej puli zalet dopiszemy zastąpienie furkoczącego bas-refleksu zdecydowanie lepiej kontrolującą najniższe składowe membraną bierną jasnym będzie, że dysponując niezbyt dużym pomieszczeniem i wskazaną poniżej kwotą odsłuch we własnych czterech ścianach tytułowych Peaków wydaje się wielce rozsądnym i wskazanym krokiem. Czy trzeba czegokolwiek więcej do szczęścia? Teoretycznie nie, jednak praktyka, a więc czysto empiryczne doświadczenia wskazują, że nie zaszkodzi dysponować również odpowiednio mocnym i wydajnym prądowo wzmacniaczem zdolnym wycisnąć z Sonor wszystko to, co najlepsze.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Peak Consult
Cena: 130 000 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: 2-drożna, podłogowa z membrana bierną
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 2 500 Hz
Pasmo przenoszenia: 28–30 000 Hz
Skuteczność: 90dB @ 1W. / 1 m.
Impedancja: 4Ω
Wymiary (W X S X G): 113 x 28 x 38,5 cm
Waga: 48 kg/szt.
Najnowsze komentarze