Opinia 1
Przyznam szczerze, że otwarcie tego spotkania przyszło mi do głowy z tak zwanego marszu. Jak brzmi? Oczywiście w moim stylu, czyli jako parafraza z filmu „Psy” Władysława Pasikowskiego brzmi „Czasy się zmieniają, a Diora zawsze jest dostępna”. Tak tak, mimo wieloletnich perturbacji na rodzimym rynku audio Diora nadal w dobrej kondycji utrzymuje się na powierzchni. Co prawda przede wszystkim jako wykonawca zleconych prac od zachodnich podmiotów audio, lecz również własnych kolumn których mieliśmy okazję posłuchać na zeszłorocznym AVS w Warszawie. Traf jednak chciał by niemalże na finiszu przygotowań do tegorocznej wystawy udało nam się pozyskać jeden z modeli. Co takiego z portfolio tej kultowej dla akolitów rodzimych wyrobów audio marki trafiło w nasze progi? Zapewniam, bardzo ciekawa konstrukcja, bowiem mimo rozpoczynania serii o wdzięcznej nazwie Perun, już swoją aparycją jasno daje do zrozumienia, iż świdniccy konstruktorzy temat budowy high-endowych kolumn potraktowali bardzo poważnie. Takim to sposobem rzeczony podmiot zadbał, aby w soundrebels-owym salonie stanęły nietuzinkowe kolumny Perun 1.
Nasze bohaterki to pokaźne, bo osiągające nieco ponad 120 cm wysokości konstrukcje. W celach walki z wewnętrznymi rezonansami ich obudowy w przekroju poprzecznym inspirowane są kształtem lutni, czyli boczne ścianki od szerokiego frontu płynnym łukiem schodzą do znacznie węższej tylnej ścianki. Dlaczego szerokiego awersu? To naturalnie wynik zastosowania w jego górnej części firmowego rozwiązania w postaci pokaźnej tuby zapewniającej równomierne brzmienie w całym zakresie promieniowania oraz tuż pod nią równie imponującego – 32cm głośnika basowego. Być może na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale ciekawostką tej serii kolumn jest fakt nieco innego rozwiązania konstrukcji kolumny w zakresie trój-drożności. Chodzi mianowicie o to, że w czeluści szerokiej i wysokiej tuby oprócz tak zwanego „gwizdka” pracuje również przetwornik średniotonowy. To w efekcie nie tylko w pozwala radykalnie zmniejszyć i tak już wielką skrzynię – nie musimy dedykować średniakowi dodatkowej połaci frontu, ale przy okazji w efekcie zwiększyć poczucie spójności prezentacji. Jeśli chodzi o sprawy przyłączeniowe, w dolnej części tylnego panelu umieszczono potrójny zestaw terminali. Ale to nie koniec działań zapewniających jak najlepsze warunki pracy Perun 1. Otóż całość konstrukcji dla zapewnienia dobrego tłumienia od wibracji podłoża, posadowiono na licujących z obudową grubych i odseparowanych od głównego modułu kolumn poprzez pływające złote stopy w kształcie walca podstawach. I gdy wydawałoby się, że to tylko jedno pozytywne działanie zastosowania wspomnianej platformy, tak naprawdę oprócz zalet stricte technicznych, uniesienie głównej części kolumny nieco nad podłogę w pewien sposób nadaje jej lekkości wizualnej. Naturalnie nieprzesadnie, bo to jednak wielkie zespoły głośnikowe, ale akcent jest ewidentnie zauważalny. Wieńcząc opis konstrukcji Diory pakietem technikaliów warto dodatkowo wspomnieć, iż mamy do czynienia z kolumnami o rozmiarach 1220/456/474 mm, ważącymi 93 kg i mogącymi pochwalić się impedancją 8 Ohm.
Czym poczęstowały mnie tytułowe Polki? Zaproponowały szybki, zwarty, ale również równy przekaz. Bez sztucznego podkolorowania średnicy oraz zazwyczaj powodującego poczucie zwolnienia tempa wydarzeń na scenie nadmiernego dociążania basu, tylko ekstremalnie efektowne pokazanie zamierzeń artystów. Owszem, jak wynika z powyższej wyliczanki raczej w estetyce szybkości i zwarcia podania muzyki, a nie rozczulania się nad jej nadmierną kolorystyką, jednak jeśli choćby trochę orientujemy się jakiemu celowi służą konkretne zabiegi konstrukcyjne, nikt o zdrowych zmysłach nie zarzuci konstrukcji tubowej, że nie gra w stylu certyfikatu radia BBC. Perun 1 jest kierowany do konkretnego klienta i chcąc być w swoim zakresie dobrym produktem nie zamierza łapać kilku srok za ogon. Jego pomysł na muzykę, to konsekwentna realizacja programu grania z pazurem, a przez to radośnie, jednak mimo wszystko nie zapominając o dobrym ustawieniu balansu wagi dźwięku w stosunku do zamierzeń uzyskania odpowiedniego rozmachu. Takim to sposobem dostałem znakomity drive, przy tym dobry kontur źródeł pozornych i co bardzo ważne, bezkompromisowe wypełnienie pokoju pełnym pozytywnych zaskoczeń spektaklem muzycznym. Czy to aby nie nazbyt męczące? Wszystko zależy od punktu widzenia. Powiem tak. Mój zestaw sam w sobie jest nieco bardziej nasycony, a i tak wielu znajomych wolałoby jeszcze mocniej go pokolorować nawet za cenę utraty swobody i szybkości kreowania dźwięku. I gdy tym wspomnianym gościom z pewnością na dłuższą metę Diory by nie podeszły, to już sam będąc orędownikiem gęstego, ale także pełnego szaleństwa dźwięku podczas sesji testowych czerpałem z obcowania z nimi wiele frajdy. A to dlatego, że lubię pewnego rodzaju nieprzewidywalność w postaci skoków dynamiki i energii następujących po sobie akordów, a to nasze bohaterki zapewniały w 100 procentach. Bez zapuszczania się w malowanie scenicznych bytów plamami, tylko konkret. I to w dobrym wydaniu. Naturalnie ostateczny dźwięk mogłem nieco prze-aranżować odpowiednim okablowaniem, jednak chciałem pokazać ich prawdziwe „ja”, które dobrze podane bez problemu potrafiło obronić się w wydaniu firmowym.
Znakomitym przykładem na potwierdzenie słuszności obrania tej drogi prezentacji przez inżynierów ze Świdnicy był krążek Black Sabbath „13”. To całkiem dobrze zrealizowany materiał. Mocne granie gitarami, perkusją i efektownym, bo drapieżnym wokalem i jeśli zostaną zaprezentowane z odpowiednią charyzmą, z jednej strony usłyszymy włożone przez muzyków emocje, zaś z drugiej bez problemu będziemy mogli na moment oderwać się od rzeczywistości. Raz dzięki mocnym uderzeniom pełnego składu rockmenów, innym razem za sprawą psychodelicznego śpiewu frontmena, ale najważniejsze, że owo oderwanie nie będzie efektem uśpienia słuchacza, tylko maksymalnego zmuszenia jego zwojów mózgowych do utożsamiania się ze stanem psychicznym muzyków. Wspomniany krążek tak jak wymaga tego rodzaju muza wypadał szybko, mocno i agresywnie, za co wielbiciele tego rodzaju muzyki bez dwóch zdań dadzą się wręcz pokroić, a co jak wynika z mojego opisu, opiniowane kolumny robiły w punkt.
Z innej beczki, może nie aż z taką werwą, bo ta muzyka stawia na nieco inne pokłady naszych emocji, ale równie ciekawie zabrzmiał wszelkiego rodzaju jazz. Dobrze artykułowany w kwestii rysunku źródeł pozornych, w pełni kontrolowany od strony rozdzielczości niskich i średnich tonów, gdzie zazwyczaj brylują trudni do ogarnięcia od strony artykulacji pojedynczej nuty kontrabasiści i ogólnie świetnie doświetlony. W efekcie dostawałem dźwięk pełen rozmachu i odpowiedniego akcentowania najdrobniejszych akcentów sonicznych. Pełna zgoda, że wiele innych odmian jazzowych produkcji będzie wolała więcej barwy i krągłości wirtualnych bytów kosztem szybkości ataku, jednak zapewniam, również te stawiające raczej na barwę, aniżeli na cechy prezentowane przez Diory, pokazywały się z fajnej strony. Tak, z nastawieniem na inny poziom ilości muzyki w muzyce, jednak nadal z pełnym pakietem emocji typu granie ciszą lub napawanie się zawieszoną w eterze rozwibrowaną pojedynczą nutą. I żeby nie było, nie mam na myśli li tylko gitary, czy talerza perkusji, ale również wielki kocioł, który nawet muśnięty brylował feerią modulowanych, płynnie wygaszanych niskich tąpnięć. Tak tak, wielkie bębny zagrały u mnie jak rzadko kiedy.
Komu dedykowałbym przedstawione dziś kolumny Diora Acoustics Perun 1? Z uwagi na rozpoznawalność marki i ich ofertę brzmieniową lista potencjalnych zainteresowanych ma wielkie szanse być bardzo długą, dlatego wspomnę jedynie o ewentualnych problemach związanych z naszymi bohaterkami. Pierwszy związany jest z technikaliami. Otóż mimo ich aparycji w stylu kolumn wysokoskutecznych w codziennym użytkowaniu, z racji swoich 84dB są dość wymagające. Ale spokojnie, większość zbliżonych do nich ceną wzmacniaczy spokojnie sobie z nimi poradzi, jednak niestety zazwyczaj kojarzone z tego typu kolumnami kilkuwatowe cherlaki mogą ich nie wysterować. Drugi aspekt dotyczy już samego brzmienia. Jak wynika z powyższego tekstu, malowania muzyki za pomocą bliżej nieokreślonych, nudnych, bo rozlazłych w domenie czasu dźwiękowych plam w ich wydaniu nie uzyskacie. To zaś oznacza, że piewcy estetyki grania w stylu Harbeth i im podobnych raczej nie znajdą z nimi nici porozumienia. Owszem, spróbować zawsze warto, bo niczego nie tracą. Powiem więcej. Nawet jeśli coś będzie im doskwierać, warto jest mieć w swoim melomańskim żywocie tego typu doświadczenie. Jak widać wspomniane punkty sporne, to dla większości z nas tak naprawdę żadne problemy. Dlatego jeśli jesteście na etapie poszukiwania nowego brzmienia ukochanej muzyki i nie stronicie od mocnego uderzenia, goszczące w moich progach Polki są bardzo ciekawą propozycją do prób we własnych warunkach lokalowych i systemowych.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kiedy wydawać by się mogło, że jeśli nie wszyscy, to przynajmniej znacząca większość audiofilsko zorientowanej populacji, oraz oczywiście branży, ustawia się w blokach startowych przed zbliżającą się wielkimi krokami kolejną edycją stołecznego Audio Video Show my, dzięki dzisiejszym gościniom możemy pozwolić sobie jeszcze na drobną retrospekcję i wykopać z redakcyjnego archiwum relację z zeszłorocznej wystawy. A to wszystko za sprawą jednego z głośniejszych, stanowiących temat wielu kuluarowych rozmów, debiutów. W dodatku debiutów niejednoznacznych i czysto umownych, gdyż bądźmy szczerzy – świdnickie skrzynki nie tylko na wystawach, lecz i w rozsianych po całym globie domach goszczą od lat, a że sygnowane przez znanych i lubianych o niejednokrotnie stricte high-endowym profilu graczy, to już zupełnie inna sprawa. Zainteresowanych zapraszam m.in. do zerknięcia na factory-tour z göteborskiej kwatery głównej Martena. Jednak ad rem. Chodzi bowiem o to, że po latach świadczenia usług na rzecz rezydujących w najdalszych zakątkach świata odbiorców Diora Acoustics, bo to o niej mowa, postanowiła z roli li tylko dostawcy obudów bądź wręcz kompletnych kolumn wg. przekazanych im do realizacji projektów zmienić nieco reguły gry i pokazać na co stać ich dział R&D ruszając na podbój światowych rynków pod własną banderą. Jak postanowiła, tak i zrobiła, w dodatku z przytupem, gdyż koło m.in. prototypowych Perunów nie sposób było przejść obojętnie, tym bardziej, że prezentowane wtenczas na PGE Narodowym kolumny grały z kompletnym setem … Gryphon Audio. A skoro ww. prezentacja wzbudzała takie zainteresowanie, to nikogo nie powinien dziwić fakt, że i my uznaliśmy za stosowne nieco wgryźć się w temat jasno dając do zrozumienia ekipie producenta, że jesteśmy gotowi przyjąć na swe barki „małe co nieco” przez nich „wystrugane”. Jak to jednak w życiu bywa od kurtuazyjnej wymiany uprzejmości do bardziej konkretnych ustaleń i przełożenia ich na realne działania nieco w Wiśle wody upłynąć musiało. Całe szczęście finalnie dwa tygodnie temu u naszych drzwi stanęła … bynajmniej nie (cytując klasyka) „Załoga G … i miś Kolabor” lecz parka majestatycznych kolumn Diora Acoustics Perun 1, na których test serdecznie zapraszamy.
Jak już zdążyłem we wstępniaku nadmienić a powyższymi zdjęciami „unaocznić” najmniejsze z rodziny Perun 1-ki (topowe 5-ki to mierzące ponad 160cm i ważące „drobne” 223 kg panny) to kolumny dużego kalibru, niekoniecznie korespondujące swą rubensowską posturą do ostatnio schodzących na pniu kilkunastometrowych nano/micro-apartamentów i kawalerek, których działające pod czujnym okiem tow. Wiesława zespoły architektów z czasów słusznie minionych by się nie powstydziły. Jednak mając na uwadze diametralnie różny profil statystycznego, potencjalnego odbiorcy nikt raczej z tego powodu szat drzeć nie będzie. Zdecydowanie bardziej istotne dla upatrzonej klienteli są za to proporcje obudów, gdyż bliżej im (obudowom, nie klientom) do tego co znajdziemy u szczytu katalogów JBL-a, Klipscha, Trenner & Friedl, bądź Tannoy’a aniżeli wytwórców stawiających na smukłość i wiotkość anorektycznych słupków (Raidho i byty pokrewne). Nie wynika to jednak z widzimisię projektantów wnętrz, czy też wizji ekipy odpowiedzialnej za sam design najnowszych wypustów Diory a uwarunkowań fizycznych, czyli mówiąc wprost zmieszczenia konkretnych przetworników a te Diora wybrała całkiem słusznych rozmiarów. I tak górę oraz średnicę powierzono współosiowemu przetwornikowi tubowemu pomysłowo wyściełanemu skórą a dół reprodukowanego pasma nie mniej imponującemu 32 cm wooferowi. Mamy zatem pomimo pozornie dwugłośnikowych podłogówek do czynienia z konstrukcjami trójdrożnymi, co z resztą potwierdza widok potrójnych terminali głośnikowych na ścianie tylnej. Uwagę zwraca również całkiem udane przełamanie monotonii powłoki lakierniczej wstawkami z włókna węglowego na froncie i ścianie górnej, które może przy czerni testowych egzemplarzy niespecjalnie rzuca się w oczy, lecz już przy czerwieni pary dostarczonej do sopockiego Premium Sound daje efekt wręcz piorunujący. Całość usadowiono na masywnych cokołach a w celu dodatkowej redukcji pasożytniczych wibracji odsprzęgnięto za pomocą elastycznych wibroizolatorów. Od strony elektrycznej Perun 1 mogą pochwalić się imponującą mocą 1000 W, lecz zanim ktoś zacznie zastanawiać się po co komuś zdolne nagłośnić ww. PGE (i to nie lożę a płytę) w zdecydowanie mniej stadionowej, domowej kubaturze spieszę z wyjaśnieniami, iż warto również zwrócić uwagę nie tylko na 8 Ω (min 4.8 Ω) impedancję, co przede wszystkim 84 dB skuteczność, czyli mówiąc wprost jeśli będziemy chcieli z 1-ek wycisnąć „całe gęste” to bez odpowiednio wydajnej spawarki się nie obędzie, co z resztą podczas zeszłorocznego AVS jasno do zrozumienia dawała obecność Gryphonów.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu pragnąłbym uspokoić wszystkich zaniepokojonych pozornie nazbyt ekspresowym tempem naszych poczynań, czyli niezbyt imponującym okresem akomodacji i wygrzewania dostarczonych egzemplarzy. Otóż widoczna na powyższych zdjęciach parka nie była fabrycznie nowa, lecz miała na swym koncie zupełnie wystarczający przebieg, gdyż dotarła do nas nie ze świdnickiego magazynu a prosto z jednego z salonów audio będącego swoistą metą morderczego „Tour de Pologne” jakie zafundował im producent. Dlatego też i im i nam do pełni szczęścia wystarczyło dosłownie kilka dni a gdy tylko okres ochronny minął zakasaliśmy z Jackiem rękawy i wzięliśmy się za odsłuchy. A było czemu się przysłuchiwać, gdyż był to kolejny przykład potwierdzający słuszność integracji zakresu średnio-wysokotonowego po dosłownie chwilę temu próbujących, w dodatku nader skutecznie, przekonać nas do owego rozwiązania omnipolarnych German Physiks HRS-130 , lecz zestawiając je z Diorami śmiem twierdzić, że to co łączy obie konstrukcje to co najwyżej … kruczoczarne umaszczenie. Diory zagrały bowiem dźwiękiem diametralnie innym – raczej akcentującym precyzję i skupienie na źródłach pozornych aniżeli przestrzenność przekazu, jak to miało miejsce w przypadku niemieckiej konkurencji. Do głosu doszła również zauważalnie inna rozmiarówka, więc i skala dźwięku – w pełni adekwatna do postury Dior, która siłą rzeczy usytuowała rodzime podłogówki w nieco innej lidze. I tu od razu poparta empirycznymi doświadczeniami uwaga. Otóż niemalże od razu po publikacji sesji unboxingowej zaczęły napływać do nas zapytania, czy przypadkiem tytułowe kolumny nie grają jak połączenie dworcowego megafonu z subwooferem. I wiecie Państwo co? Czytając tego typu korespondencję zaczęliśmy zachodzić w głowę jak można oceniać (w domenie brzmienia) cokolwiek li tylko na podstawie zdjęć. Niby sami paramy się audio po ponad 25 lat (każdy) a bez choćby rzutu uchem się nie wypowiadamy i niczego zgadywać nie próbujemy. A tu proszę – kilka zdjęć i werdykt gotowy. Tymczasem Perun 1 grają zupełnie … normalnie. Ba, śmiem twierdzić, że na tle części pozornie konwencjonalnej konkurencji aż za normalnie, o ile tylko takowe określenie istnieje. Okazuje się bowiem, że po raz kolejny wyszło na to, co od lat powtarzamy – użycie określonego komponentu, przetwornika, układu (w tym wypadku koaksjalnego z tubą) nie jest celem samym w sobie a sposobem na osiągnięcie owego – określonego celu. Dlatego też zamiast zakładanej przez „Apaczy” ofensywności góry, nosowej średnicy i bezwładnego basu 1-ki są zaskakująco liniowe i prawdomówne, przez co znacznie bliżej im do studyjnych, pełnopasmowych monitorów w stylu PMC, bądź nawet rezydujących w Abbey Road Studios Bowersów, aniżeli zmanierowanych audiofilskich cudów/niewidów. Aby dojść do takich wniosków wcale nie trzeba posiłkować się jakimiś wymuskanymi realizacjami, bowiem nawet na dość krytycznym, żeby nie powiedzieć, że wręcz morderczym, dla większości systemów połączeniu chiptune, muzyki klasycznej i avant-synth-metalu, czyli radosnej twórczości ekipy Master Boot Record (MBR) („PERSONAL COMPUTER”) oraz „Born Under a Mad Sign” japońskiej doom metalowo – psychodeliczno – stoner rockowej formacji Church Of Misery nie dość, że próżno obyło szukać wyostrzeń i granulacji ponad to, co de facto w materiale źródłowym się znajdowało, to i bas trzymany w stalowym uścisku przez naszego redakcyjnego Apexa ani o milimetr nie wyszedł poza swoje terytorium karnie krocząc przy nodze. A to, że gdy tylko stosowną komendę otrzymał rzucał się do gardła i zajadle szarpał, to już zupełnie inna sprawa, tym bardziej, że właśnie takiej bezpośredniości i iście zwierzęcej wściekłości od niego na ww. repertuarze wypadało oczekiwać. Możemy zatem niejako z automatu wykluczyć również tendencję Dior do zbytniego wygładzania i cywilizowania przekazu, o spowolnieniu tempa, czy pogrubieniu krawędzi źródeł pozornych nawet nie wspominając. Ba, po dłuższym odsłuchu podobnego do ww. pozycji repertuaru z niemalże koncertowymi poziomami głośności można było dojść do wniosku, że jeśli tylko nie dążymy i to w graniczącym z obsesją stopniu do absolutnej neutralności i transparentności, to warto mając 1-ki na stanie poeksperymentować z okablowaniem, bo może się okazać, iż delikatnie czarujące słodyczą na średnicy i górze przewody głośnikowe mogą wnieść całość na jeszcze wyższy poziom intensywności doznań bez jednoczesnej selekcji na bramce do li tylko ortodoksyjnych amatorów siarkowych wyziewów i pewnych torfowo-jodynowych destylatów pochodzących z jednej z wysp Hebrydów Wewnętrznych, czyli malowniczej Islay.
Reasumując, Diora Acoustics Perun 1 to kolumny, które niespecjalnie przejmując się aktualną modą na slim-fitowe słupki czerpią pełnymi garściami z głośnikowej historii nader bezpardonowo udowadniając, że praw fizyki nie da się oszukać a duży po prostu może więcej. Nie są przy tym tak w swej aparycji, jak i prezentacji sonicznej nazbyt przytłaczające, czy wręcz ofensywne, więc jeśli tylko zapewnicie im Państwo odpowiedni metraż i zdolne je okiełznać wzmocnienie, to finalny efekt może przekroczyć wasze najśmielsze oczekiwania.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent / Dystrybucja: Diora Acoustics
Cena: 170 000 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: 3–drożna, częściowo tubowa, współosiowa sekcja średnio- oraz wysokotonowa, tuba o stałej kierunkowości
Zastosowane przetworniki
– Przetwornik wysokotonowy: pierścieniowy, cewka Ø 51 mm, wylot Ø 36 mm – współosiowo z przetwornikiem średnio-tonowym
– Przetwornik średniotonowy: pierścieniowy, cewka Ø 76 mm, wylot Ø 36 mm – współosiowo z przetwornikiem wysokotonowym
– Przetwornik niskotonowy: rozmiar Ø 320 mm, cewka Ø 100 mm, 29 mm wychylenia międzyszczytowego
Kąty promieniowania: 90° poziomo, 50° pionowo
Impedancja znamionowa: 8 Ω
Minimum impedancji: 4.8 Ω
Moc znamionowa: 1000 W (AES)
Czułość znamionowa: 84 dB (2.83 V, 1 m)
Pasmo przenoszenia: 39 Hz – 19 kHz (-3 dB); 33 Hz – 20 kHz (-6 dB)
Wymiary (wys. x szer. x gł.): 1220 x 456 x 474 mm
Waga: 93 kg
Opinia 1
O ile pamięć mnie nie zawodzi, to pierwszy kontakt z będącym zaczynem niniejszej recenzji wytwórcą mieliśmy w trakcie Audio Video Show 2022. Tzn. gwoli ścisłości chodzi o samą nazwę handlową, gdyż rynek audio i to nie tylko nasz rodzimy, co w ujęciu globalnym, jest na tyle hermetycznym bytem, że pomimo ciągłego napływu świeżej krwi znacząca część znanych nam postaci częściej zmienia swe barwy (reprezentowane podmioty) aniżeli definitywnie znika z radarów. Tak też było i tym razem, gdyż pod marką Audio Phonique kryje się m.in. działający wcześniej pod szyldem Amare Musica (gościliśmy listwę zasilającą Silver Passive Power Station) a tu pełniący obowiązki CTO (Chief Technology Officer) Maciej Lenar. O ile jednak z hotelowej migawki nic konkretnego nie wynikło, gdyż AP jedynie sygnalizując swoje istnienie skupiało się na kompletowaniu i uspójnianiu własnego portfolio, to już podczas tegorocznego monachijskiego High Endu sprawy nabrały rumieńców, by finalnie zaowocować testem … nie, nie elektroniki stanowiącej główny obszar zainteresowań tytułowego producenta a … przewodu zasilającego Singularity AC.
Skoro pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, to śmiem twierdzić, że ekipa Audio Phonique nader sumiennie odrobiła pracę domową i przygotowała się do sprawdzianu, bowiem już sam unboxing jasno dał do zrozumienia, że mamy do czynienia z reprezentantem tzw. „dóbr luksusowych” a patrząc z naszej – skażonej audiophilią nervosą, perspektywy rasowego High Endu. Eleganckie przyozdobione złotym logotypem drewniane skrzynki wyściełano szkarłatnym jedwabiem (?), więc umieszczone w nich pokryte czarną opalizująca plecionką i uzbrojone w topowe 50-ki NCF Furutecha przewody prezentują się nad wyraz dystyngowanie. Niby nic nowego, gdyż eleganckie szkatułki lata temu stosowała już Audiomica, jednak uczciwie trzeba przyznać, że w AP wszystko idealnie się „spina”. Ma być elegancko, luksusowo i ze smakiem i jest, bowiem nawet niezbyt imponująca średnica przewodu nie budzi żadnych kontrowersji, czego nie można powiedzieć o nader często pojawiającej się na rynku wielkośrednicowej i „poobwieszanej” wszelakiej maści tulejami, mufami i inną audio biżuterią konkurencji. A tu za element dekoracyjny można uznać jedynie dyskretną opaskę z nazwą producenta i oznaczeniem modelu.
Bezwstydnie zerkając pod wspomniany peszelek można dowiedzieć się, że pewne rzeczy się nie zmieniają i choć czas płynie a i „barwy klubowe” Maćka są już inne, to trudno nie zauważyć pewnych analogii do ww. Amare Musica, gdyż i tym razem w roli przewodnika pojawia się srebro. Jednakże w przeciwieństwie do Silver Passive Power Station zamiast wyłącznie kruszcu o czystości 4N przewód Audio Phonique Singularity AC wykonano z niestandardowych przewodników z ultra czystego monokrystalicznego srebra PLMAg-5N i miedzi PLMCu-7N. Te ekskluzywne materiały poddane zostały skrupulatnie zaprojektowanemu procesowi wyżarzania i chłodzenia, po którym nastąpiło precyzyjne polerowanie w celu uzyskania nieskazitelnej powierzchni. Jak łatwo się domyślić proporcje obu ww. metali nie są dziełem przypadku, acz producent nie jest zbyt skory do dzielenia się nimi na forum publicum. Podobnie jest z pozostałymi parametrami, ot chociażby kluczową w zasilaniu indukcyjnością, więc poza solennymi zapewnieniami, iż dzięki autorskiej topologii Air, samoekranowaniu i pełnozakresowemu ekranowaniu, ów parametr, podobnie z resztą jak i pojemność udało się sprowadzić do niezwykle niskich poziomów i to przy stabilnej rezystancji to konkretnych wartości nie znajdziemy. A właśnie, zgodnie z materiałami informacyjnymi pod wspomnianą topologią Air kryje się nic innego jak wykorzystanie powietrza w roli głównego izolatora pierwszego kontaktu, które wspiera najwyższej klasy teflon klasy medycznej i bawełna.
Jak już podczas sesji unboxingowej zasygnalizowaliśmy ekipa Audio Phonique była na tyle miła, że zamiast pojedynczego dostarczyła parę Singularity AC, więc mogliśmy praktycznie do woli nimi żonglować a w przypadku mojego, zauważalnie skromniejszego aniżeli Jacka systemu zasilić nimi jednocześnie dwa główne urządzenia – odtwarzacz Vitus Audio SCD-025 Mk.II, oraz integrę Vitus Audio RI-101 MkII a więc od razu zweryfikować, czy aby taka srebrno-miedziana kumulacja nie powoduje zbytniego przesytu. I tu od razu spieszę donieść, że absolutnie nie, gdyż nie dość, że intensywność sygnatury rodzimych przewodów daleka jest od iście rewolucyjnych zapędów, to w dodatku jej charakter zmienia się w zależności od prądożerności zasilanego odbiornika. O ile bowiem Singularity AC wpięty w odtwarzacz przyjemnie uplastyczniał i uspójniał przekaz niespecjalnie ingerując w jego motorykę, to już zaaplikowany w zakrystii 300W wzmacniacza ową, znaną ze współpracy ze źródłem, plastycznością obdzielał również aspekt dynamiczny. Oczywiście na tym pułapie cenowo-jakościowym nie było mowy o jakimkolwiek zamuleniu przekazu, bądź utracie kontroli najniższych składowych, co raczej czysto subiektywnym uspokojeniu prezentacji. Szukając sprzętowych analogii pierwszy na myśl przychodzi mi przykład dawnych odtwarzaczy CEC-a z serii 5X, których obecność w torze każdorazowo odbierałem tak, jakby kręciły srebrnymi krążkami jeśli nie o pół, to chociaż ćwierć obrotu wolniej od swojej konkurencji. Jak łatwo się domyślić nic takiego nie miało miejsca, jednakże efekt soniczny był taki a nie inny. I tym razem było podobnie. Z CD dostawałem gładkość, swobodę i niezwykłe wyrafinowanie, co niejako automatycznie kierowało moje zainteresowanie ku równie wysmakowanemu repertuarowi w stylu „Tango Baroque” Per Arne Glorvigena i Tormoda Dalena, który choć bezdyskusyjnie referencyjny i wysokich lotów z racji użytego instrumentarium (bandoneon + wiolonczela) niezbyt często gości na moich playlistach, gdyż dłuższy aniżeli kwadrans z nim kontakt zazwyczaj powodował graniczącą z irytacją fatygę. Tymczasem z tytułowym przewodem w torze piskliwość bandoneonu została ujarzmiona i ucywilizowana a jednocześnie zachowane zostały wszelkie odgłosy związane z mechaniką – pracą przycisków i miecha okraszając całość bezlikiem audiofilskich smaczków. Może pod względem ostrości rysunku Singularity AC ustępował nieco mojemu dyżurnemu, uzbrojonemu dokładnie w takie same wtyki Furutechowi Nanoflux Power NCF, ale jak to już zdążyłem nadmienić nieco inna plastyka prezentacji nie mogła w tym wypadku uchodzić za wadę a jedynie inny punkt widzenia, którego ocenę należy pozostawić indywidualnemu odbiorcy.
Z kolei ze wzmacniaczem moje obserwacje dotyczyły raczej pewnego zdroworozsądkowego utemperowania nieraz nazbyt euforycznego rozmachu, do którego zdążył mnie przyzwyczaić Acoustic Zen Gargantua II. Zamiast hektarów przestrzeni na „Backdraft” Hansa Zimmera pojawił się zdecydowanie bardziej adekwatny aparatowi wykonawczemu wolumen a i iście hollywoodzka spektakularność została ujęta w bardziej europejską rozmiarówkę. Co ciekawe powyższego efektu przeskalowania nie wyłapywałem na nieco bardziej oszczędnych przejawach uzdolnionych muzycznie przedstawicieli naszego gatunku więc już na „An Acoustic Skunk Anansie – Live in London” Skunk Anansie przewód Audio Phonique ograniczał się jedynie do delikatnego dosaturowania wokalu Skin i ozłocenia partii gitary. Mówiąc wprost warto przed zakupem zweryfikować, czy „przepustowość mocowo-prądowa” bohatera niniejszego zbioru refleksji uwzględniając nasze upodobania muzyczne spełnia zarówno oczekiwania odbiorcy, jak i apetyt samej amplifikacji.
Zbliżając się do końca dzisiejszego spotkania jedno jest pewne, bowiem po raz kolejny bazując li tylko na obiegowych opiniach i stereotypach można byłoby o przewodach Audio Phonique Singularity AC powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są srebrne / srebro w ich żyłach płynie. Próżno doszukiwać się tu jakichkolwiek przejawów osuszenia, czy też odchudzenia dźwięku. Ba śmiem twierdzić, iż pod względem plastyczności i wysycenia nie tylko śmiało mogą konkurować z wyłącznie „miedzianą” konkurencję, co niejednokrotnie ją zawstydzić. Dlatego też coraz lepiej rozumiem tych wytwórców, którzy stają się coraz bardziej enigmatyczni w dzieleniu się informacjami czy to ogólnie o samej budowie swoich produktów, co nawet użytych materiałów. Dlatego niezależnie od tego czy, jak i kiedy mieliście Państwo okazję poznać uroki rodzimej metalurgii chociażby z czystej ciekawości warto na tytułowe przewody rzucić uchem i wyrobić sobie własne zdanie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; Quantum Science Audio (QSA) Violet & Red + zasilacz Farad Super6 + Farad DC L2-C cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Ostatnimi czasy nie raz i nie dwa spotkałem się z dość trafną maksymą – Polska okablowaniem stoi. A trafną dlatego, że w mojej ocenie jest w stu procentach prawdą, co potwierdzają choćby rodzime wystawy audio w Warszawie. Lista rodzimych producentów jest na tyle długa, że zdając sobie sprawę z jej potencjalnej rozpiętości nie podejmuję się jej recytować. Naturalnie inna sprawą to rozpoznawalność i staż na rynku każdego z podmiotów, jednak fakt jest faktem, w centrum Europy mamy ewidentny wysyp tego typu akcesoriów audio. Czy to źle? Bynajmniej, gdyż z jednej strony bogactwo wyboru skłania producentów do przemyślanego wyceniania swoich produktów, zaś z drugiej dzięki innym walorom sonicznym każdej konstrukcji łatwiej jest nam dobrać idealny kabel do posiadanego zestawu. Jaki cel ma ten wstępniak? Oczywiście wprowadzenie w temat dzisiejszego spotkania. A będzie nim spojrzenie na okablowanie sieciowe powstałej około 3 lat temu, mającej w dorobku również elektronikę i zespoły głośnikowe warszawskiej manufaktury Audio Phonique. Ta własnym sumptem postanowiła dostarczyć na testy parę kabli prądowych Audio Phonique Singularity AC.
Na jakim przewodniku bazuje i co wiemy budowie AP Singularity AC? Otóż z informacji zawartych na stronie producenta wynika, że nie jest to zwykłe zaobrączkowanie własnym logotypem półproduktu większych graczy kablarskich, tylko od początku do końca realizacja firmowego pomysłu. A świadczy o tym choćby kompilacja przewodników bazujących na połączeniu srebra PLMAg-5N z miedzią PLMCu-7N oraz pozwalająca kontrolować jakość wykonania ręczna produkcja. Ale to nie jedyne zabiegi mające uzyskać maksimum jakość dźwięku tych konstrukcji, bowiem obydwa przewodniki przed montażem są poddawane precyzyjnemu procesowi wyżarzania i chłodzenia, a finalnie polerowania. Jeśli chodzi o topologię splotu wspomnianych drutów, nie mamy dokładnej wiedzy, jednak według zapewnień konstruktorów oferują jak najmniejszą rezystancję celem dostarczenia do urządzenia jak najmniej obciążoną nią dawkę nieskrępowanej energii. Ten cel oczywiście wspiera dodatkowo stosowna izolacja, w tym przypadku najlepiej nadający się do tego celu teflon klasy medycznej. Tak skonstruowane kable wyposażono w topowe wtyki japońskiego Furutecha FI-E50 NCF R, FI-50 NCF R i spakowano w eleganckie czarne kuferki wyściełanie czerwonym atłasem.
Jak wypadły Singularity od strony brzmienia po aplikacji w tor testowy? Bardzo ciekawie, gdyż po zasileniu nimi dzielonego źródła w zastępstwie dyżurnych Furutechów, pierwszym słyszalnym efektem była jakby głośniejsza prezentacja muzyki. To oczywiście skutek zastrzyku energii i co ciekawe nie tylko na basie, czy średnicy, a w całym paśmie. Owemu podkręceniu dźwięku w dźwięku szła w sukurs kontrola i otwartość prezentacji. Ten sznyt był na tyle wyraźnym działaniem, że momentami na tle codziennego brzmienia występ polskich kabli odbierałem nawet jakby ciekawe utwardzenie dźwięku z pewnego rodzaju doświetleniem prezentacji. Ale spokojnie, nie in minus, tylko na tle mojego, raczej szukającego spokoju w odbiorze muzyki zestawu okablowania, przekaz w konfiguracji testowej był z tych bardziej wyrazistych. A najlepszy w tym był fakt, że owa wyrazistość bez najmniejszego problemu mieściła się w zakresie dobrego smaku, co udowadniała słuchana muzyka. I żeby nie było, każda muzyka. Ta grająca tak zwaną ciszą w postaci jazzu choćby rodzimych artystów spod znaku Braci Oleś z Piotrem Orzechowskim „Waterfall: Music of Joe Zawinul”, ale również energetyczna, której idealnym przedstawicielem jest Rammstein z materiałem „Zeit”. W pierwszym przypadku przywołane, oczywiście w dobrym znaczeniu utwardzenie i doświetlenie dźwięku z jednej strony pozwalały wyraźniej i dosadniej zaistnieć każdej, nawet przypadkiem powołanej do życia nucie, ale z drugiej dzięki mocnemu rysunkowi idealnie zwizualizować ją w międzykolumnowym eterze wprost przekładając się na większą namacalność projekcji. W drugim materiale natomiast sposób na muzykę według polskiego produktu już startowo mocne uderzenie czynił zjawiskowo wciskającym w fotel. To jest samo w sobie mocne granie, którego bardzo lubię głośno słuchać. Jednak nie zawsze skonfigurowany na czas testu system sobie z tym radzi. Albo podaje akordy zbyt miękko, co powoduje, że zamiast dostać mocnego kopniaka, zostaję polany lepiącym syropem, albo jeszcze gorzej, czyli w momencie odchudzenia i przy okazji w efekcie rozjaśnienia dźwięku boję się otworzyć usta, aby nie popękało mi szkliwo na zębach. Na szczęście konstrukcje Audio Phonique z żelazną konsekwencją nawet przy wysokim poziomie głośności oprócz kontroli dźwięku nie dopuszczały do przerysowania jego wyrazistości. Owszem, tę z założenia mocną jazdę bez trzymanki cechowała większa agresja prezentacji od mojego wzorca, ale ani przez moment nie odczułem przekroczenia zdrowego rozsądku, a czasem nawet z uśmiechem na twarzy wsłuchiwałem się w niby mocniej zaprezentowane, ale nadal odbierane z wielką przyjemnością znane od podszewki kawałki. I gdybym miał wygłosić jakąś wiążącą tezę, moim zdaniem właśnie Rammstein pokazał prawdziwe oblicze opisywanych kabli sieciowych. Jazz również zabrzmiał bardzo dobrze, ale przy elektronicznym rocku to był prawdziwy ogień.
Komu dedykowałbym tytułowe AP Singularity? Myślę, że jest tylko jedna i do tego niezbyt liczna grupa osobników parających się słuchaniem muzyki w najwyższej jakości. Oczywiście mam na myśli posiadaczy już ostro skonfigurowanych zestawów. Co prawda dodatkowa energia raczej nie zaszkodzi, a nawet pomoże, jednak mocny rysunek ma duże szanse spowodować przerysowanie wyrazistości prezentacji. Jeśli zatem nie utożsamiacie się z powyższą zbieraniną, macie zielone światło. Na tyle jaskrawe, że nawet w momencie pełnego zadowolenia z posiadanej układanki sprawdzić nie zaszkodzi. Za to jednio mogę Wam obiecać, podczas weryfikacji jakości brzmienia tak skonfigurowanego zestawu z pewnością będzie ciekawie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent / Dystrybucja: Audio Phonique
Cena: 3 999 € netto / 1,8m; 499 € / dodatkowe 0,5m
Opinia 1
Być może zabrzmi to pesymistycznie, ale niestety nasze ukochane hobby w 99.9% przypadków wiąże się z nieodzowną walką o poprawne ustawienie kolumn głośnikowych. Owa walka oczywiście toczy się o aspekty tupu: szersze lub węższe rozstawienie ich względem siebie, umieszczenie bliżej bocznych lub tylnej ściany, ustawienie na wprost tudzież, czy i ewentualnie jakie zastosować dogięcie frontu do środka. Nie raz każdy z nas przekonał się, że to jest największa zmora naszej zabawy. Jednak jak można wywnioskować z pierwszego zdania wstępniaka, jest 0.1% przypadków, które uwalniają nas od tego problemu. Na tyle skutecznie, że zostaje nam jedna, no może dwie proste decyzje do podjęcia. Pierwszą jest pozostawienie im odpowiedniej ilości wolnego miejsca wokół, aby zbudowały fają scenę dźwiękową – im więcej, tym lepiej, ale bez przesady. Natomiast drugą wybranie miejsca, w którym najlepiej będą się komponowały wizualnie z resztą wyposażenia goszczącego je salonu odsłuchowego. Myślicie, że to niemożliwe? Bynajmniej, bowiem wystarczy spojrzeć na nasze bohaterki. Smukłe, ciekawe w formie i co najważniejsze, proste w aplikacji. O czym mowa? Naturalnie o znajdujących się w dystrybucji krakowskiego Audio Anatomy, dookólnych, czyli generując równomierny dźwięk wokół własnej osi niemieckich kolumnach German Physiks HRS-130.
Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie tytułowe zespoły głośnikowe są istnym majstersztykiem wizualnym. Ich obudowa bazuje na pomyśle ośmiobocznego prostopadłościanu, u podstawy którego w kierunku podłogi swoje impulsy oddaje głośnik niskotonowy, zaś na górnej powierzchni usadowiono stożkowy, dookólny przetwornik średnio-wysokotonowy przysłonięty od góry czymś na kształt latającego spodka jako dyfuzor rozpraszający wygenerowane fale po swoim pełnym obwodzie. Zapewniam, opis tego nie oddaje, ale na żywo całość prezentuje się fenomenalnie, bo na tle mainstreamu innowacyjnie i zarazem nienachalnie. Przybliżając nieco bardziej technikalia ważnym elementem jest pewnego rodzaju ustabilizowanie pracy woofera poprzez odseparowanie go od podłogi płaszczyzną lekko wystającej poza lico obudowy kolumny podstawy uzbrojonej w gwinty pozwalające zastosować dedykowane kolce. Naturalnie producent nie zapomniał o swobodnym promieniowaniu wytworzonego podmuchu powietrza przez głośnik basowy, co zrealizował poprzez wykonane w każdej ze ścian prostokątne otwory. Taki zabieg nie tylko mocno stabilizuje pracę głośnika, ale przy okazji przełamuje potencjalną monotonię wizualną konstrukcji. Jednak żeby nie było, kolumny posadowione na płasko i na kolcach na podłodze w kwestii najniższych rejestrów brzmią wyraźnie inaczej. Kreśląc kilka zdań o sekcji średnich i wysokich tonów należy przypomnieć, iż ów srebrny stożek to firmowe rozwiązanie GP przetwornika dookólnego, dzięki któremu budowanie wirtualnej sceny zdaje się nie mieć jakichkolwiek ograniczeń. Jeśli chodzi o zagadnienie zasilenia kolumn stosownym sygnałem, na jednej ze ścian w dolnej części znajdziemy podwójny zestaw terminali WBT oraz cztery otwory ze stosowną zworką pozwalającą regulować projekcję wysokich tonów. Natomiast w kwestii parametrów elektrycznych kolumny pokrywają pasmo przenoszenia od 29 Hz do 24 kHz przy obciążeniu 4 Ohm, ich gabaryty osiągają 325/325/1160 mm, ważą prawie 38 kg i są objęte 5 letnią gwarancją.
Co potrafią smukłe i intrygujące wizerunkowo Niemki? Po pierwsze już wspominałem, że zdają się ignorować jakiekolwiek problemy z ustawieniem w docelowym pomieszczeniu. U nas stanęły w tym miejscu, nie dlatego, że w innym brzmiały słabo, tylko w celach zrobienia fajnych fotografii. Naturalnie z odpowiednim miejscem z tyłu za nimi dla fajnego zbudowania holografii i głębokości sceny, ale jak zaznaczyłem, grają dobrze od startu praktycznie wszędzie. Prawdą jest, że z nieco luźniejszym konturem poszczególnych scenicznych bytów, ale ja określiłbym ten efekt nie jako brak wzorowej ostrości, tylko celowe unikanie męczącej audiofilskości. Nie pomyliłem się, audiofilskości. Ta bowiem potraktowana nazbyt hardcore’owo zazwyczaj wychodzi słuchaczowi przysłowiowym bokiem. Dlatego wolę spektakl pełen swobody i fajnego wizualizowania przyjemnie rysowanych źródeł pozornych, aniżeli obraz nacechowany często eliminującą przyjemność obcowania ze swoimi płytami nadmierną dokładnością podania. I właśnie w takim celu, raczej jako propozycja dla melomana, aniżeli ortodoksyjnego audiofila zostały powołane do życia rzeczone HRS 130. Jak wypadły podczas procesu testowego? Dla mnie najbardziej zaskakującą, oczywiście pozytywną cechą była swoboda prezentacji. Nie rozmach i rozbudowanie realiów scenicznych, bo tych walorach wiedziałem od zawsze, a tak naprawdę od pierwszego kontaktu na jednej z wystaw audio. Nie lubię podania muzyki na twarz w imię zjawiskowej namacalności, tylko oddanie uczucia niewymuszenia, a przez to znakomitego rozwibrowania jej pojedynczych alikwot. I taką estetykę zaproponowały German Physiks. Co więcej, nie udawały większych, niż są, dzięki czemu nie forsowały majestatycznego basu skutkując bardzo równym podaniem słuchanego materiału. Dobrze zaakcentowane dolne rejestry brylowały nie tylko odpowiednio skorelowaną z rozmiarem konstrukcji mocą, ale przy okazji pełną kontrolą. Środek i góra zaś dzięki regulacji zworą najwyższych oktaw można było ustawić od wyrazistych, ale nie krzyczących – niektórzy takie lubią, przez fajnie dźwięczne, po lekko uplastycznione. Na moje osobiste potrzeby ustawiłem fajnie sygnalizujący witalność muzyki, ale bez nadmiaru ilości góry średni zakres. A zrobiłem po to, aby gdy tylko miałem ochotę, podkręcić poziom wolumenu do wymogów nawet najbardziej wymagającej muzyki nadal obcując z nią z wielkim zaangażowaniem, bo bez efektów nadpobudliwości. Tak tak, mam na myśli mocne uderzenie rockowymi lub metalowymi kawałkami, które nawet będąc słabo zrealizowane w tym wydaniu pokazywały się z dobrej strony. I nie tylko tej sonicznej, której niechciane artefakty typu ostrość umiejętnie tonizowały tytułowe kolumny, ale również kreującej dane wydarzenie na scenie. Jak cały czas próbuję wykazać szerokiej, głębokiej i chyba bardzo rzadko spotykanej w ekstremalnych zestawieniach audio z każdego punktu w pokoju tak samo odbieranej. Bez bardzo ograniczającego możliwość nawet minimalnej zmiany usadowienia względem zestawu zespołów głośnikowych sweet-spotu, co dla wielu z Was być może okazać się tym, czego gdzieś podświadomie od swojego systemu oczekiwali. Pewnie nie raz czuliście niedosyt budowania realiów tego rodzaju muzyki w swoim pokoju podczas słuchania materiału typu AC/DC. To często mocno skompresowany materiał i trzeba brać to na klatę lub przy pomocy podobnych do opisywanych zespołów głośnikowych odmiennym sposobem budowania wirtualnej sceny nieco go podkręcić wizualnie. Owszem, nie będzie to pokaz typu realizacje muzyki barokowej spod znaku Jordi Savalla w kubaturach kościelnych, jednak sposób w jaki zrobią to German Physiks, będzie naprawdę fajnym doznaniem. Bez napinki na szukanie Świętego Graala, ale za to z odpowiednią swobodą i fajną sceną odbieraną w każdym miejscu tak samo dobrze.
Czy puentując powyższy opis odważę się na określenie typu – to są kolumny dla każdego? Pewnie Was zaskoczę, ale jak najbardziej. Jednak trzeba mieć świadomość, iż to mocno odmienny sposób kreowania świata muzyki od typowych kolumn głośnikowych. Nadal pozwalający zatopić się w słuchanym materiale, jednak bez wyciskania z prezentacji ostatnich soków w kwestii ostrości rysunku. Ten jest czytelny, niemniej z racji dookólnego promieniowania dźwięku pokazujący dane byty raczej jako luźne w formowaniu krawędzi, aniżeli punktowe uderzenia energii. Ale uspokajam, nie jest to też tak zwane mydło i powidło, a jedynie mniej ekspresyjne, dlatego bardziej bezpieczne, dla wielu przyjemniejsze i łatwiejsze aplikacji podejście do prezentacji naszych zasobów płytowych. Całkowicie inne, ale jakże przyjemne w odbiorze.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć w audio i to tak już na serio a nie z doskoku siedzimy (każdy z osobna a nie po kumulacji, jak to swojego czasu robiła ekipa Fyne Audio) od ponad ćwierćwiecza to z kolumnami omnipolarnymi kontakty mieliśmy tyleż przelotne, co dość okazjonalne i niezobowiązujące. Ot gdzieś tam w wystawowo-targowym harmidrze, bądź z tytułu spotkań o niekoniecznie audiofilskim zacięciu mignęły futurystyczne Bang & Olufsen, przywodzące na myśl współczesne rzeźby Duevele, rodzime Zety Zero, czy też jedyne w swoim rodzaju „cebule” MBL-a. Krótko mówiąc fakt istnienia takowych konstrukcji nie był nam obcy, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności do tej pory nie dane nam było zmierzyć się z tematem w kontrolowanych warunkach. Całe szczęście ów stan jakby nie patrzeć niekompletności, dzięki uprzejmości Audio Anatomy / High End Alliance śmiało możemy uznać za miniony, albowiem przez ostatnich kilka tygodni mogliśmy cieszyć oczy i uszy należącymi do ww. frakcji zaskakująco filigranowymi podłogówkami German Physiks HRS-130, na których to test niniejszym serdecznie zapraszamy.
Jak na powyższych zdjęciach widać German Physiks HRS-130 niezbyt przypominają klasyczną konkurencję, bowiem próżno doszukiwać się na ich frontach standardowych przetworników. Ba, z definicją samych frontów też może być problem, gdyż każda z ośmiu (!!!) ścianek jest praktycznie dokładnie taka sama i … jest litą. niczym niezmąconą płaszczyzną, w związku z powyższym za elementy orientacyjne można uznać jedynie niewielki logotyp w podstawie i oczywiście terminale głośnikowe, które choć nad wyraz solidne i warte uwagi (WBT nextgen™ z charakterystycznymi „oczkowymi” zworami) z pewnością mało kto będzie prezentował na forum publicum ustawiając je frontem do słuchaczy. Tym bardziej, że tuż nad nimi umiejscowiono skuteczny (pracujący w zakresie od -2dB do +4dB) i intuicyjny – oparty na przełączaniu pojedynczej zworki system regulacji ilości wysokich tonów. Jeśli zastanawiacie się Państwo co zatem w nich gra, to pozwolę sobie zacząć niejako od końca, choć de facto, zgodnie z przebiegiem sygnału od początku, czyli od … zwrotnicy, której bazą był projekt wykorzystany przez starsze rodzeństwo – Borderland Mk IV zapewniający pełną integrację charakterystycznego, firmowego stożkowego przetwornika DDD usytuowanego w umownej klatce ze stalowych prętów i dopasowanym do całości „wiekiem” na szczycie obudowy z 10” wooferem (zapożyczonym z modelu PQS-402) dmuchającym w podstawę. Warto zwrócić uwagę, iż stożkowy przetwornik German Physiks DDD wykorzystuje membranę o masie 3 gramów wykonaną z niezwykle cienkiego (0,15 mm) włókna węglowego, proces jego montażu trwa 6h po którym następuje 96h wygrzewanie specjalnie dobranym materiałem muzycznym. Dopiero po takiej rozgrzewce jest precyzyjnie mierzony i dobierany w pary, co jest z racji jego niezwykle szerokiego pasma pracy (220Hz – 24kHz) niezwykle krytyczne. Z resztą po złożeniu każda kolumna przechodzi kolejną, tym razem 12-godzinną sesję wygrzewania i dopiero po niej następują finalne pomiary. Jak już zdążyłem nadmienić obudowy mają kształt oktagonalnych kolumn wykonanych z paneli MDF pokrytych od wewnątrz wysoko-tłumiącym (50 dB) materiałem Hawaphon®, całość wzmocniono dodatkowymi usztywniającymi wręgami a wnętrze wyłożono grubą warstwą filcu o dużej gęstości. A jeśli chodzi o samą aparycję, to o ile w naturalnych okleinach HRS-130 prezentują się całkiem atrakcyjnie nie wzbudzając większych kontrowersji wśród niekoniecznie podzielających nasze pasje domowników, to w dostarczonej na testy czerni iście funeralno – latarniane skojarzenia przychodzą same. Za to za niewątpliwy plus należy uznać niezwykłą zwierzakoodporność, gdyż dla lwiej części czworonogów (tak psów, jak i spasionych kotów) zaaplikowane w Germanach drajwery znajdują się najzwyczajniej w świecie poza zasięgiem, bądź nie prowokują destruktywnych działań samą swoją obecnością.
Jak z pewnością nasi wierni Czytelnicy pamiętają przygodę z tytułową marką zaczęliśmy nie tylko z wysokiego „C”, co dość nietypowo, gdyż od topowej … integry Emperor Integrated więc najwyższa pora na powrót na właściwe bądź co bądź kojarzonemu przede wszystkim z kolumnami głośnikowymi wytwórcy tory. Lecz tory dalekie od tych najczęściej uczęszczanych, więc i zabierając się za odsłuchy mogliśmy jedynie domniemywać czego się spodziewać a nie jak to zwykle bywa z często goszczącymi u nas rozwiązaniami od dyżurnych dostawców mając bufor bezpieczeństwa w postaci wcześniejszych doświadczeń.
Jak się jednak, z resztą po raz kolejny, miało okazać nie dość, że nie taki diabeł straszny, jak wygląda, co pomimo wykorzystania autorskich rozwiązań i niekonwencjonalnego układu przetworników Germany nie tylko w niczym nie ustępują, co pod kilkoma względami wręcz wyprzedzają „sprawdzone” i wszechobecne wzorce konstruowania kolumn głośnikowych. Oczywiście kluczową kwestią jest fakt, iż z racji ich omnipolarności odpada konieczność precyzyjnego dogięcia. Ot, ustawiamy je tam, gdzie zazwyczaj lądują w naszym systemie kolumny i … to by było na tyle. Zero kombinowania, zero zabaw z laserowym dalmierzem i doginaniem z dokładnością co do minuty. I to nawet na szalenie krytycznych, opartych na małych składach nagraniach w stylu „Love Scenes” Diany Krall, czy też „Starkers in Tokyo” (na Tidal-u dostępny w ramach składanki „Unzipped (Deluxe Edition)” Vol.2) Whitesnake, gdzie jakiekolwiek impresjonistyczne rozmycie, czy też „nowatorskie”, wzorem akolitów Dolby Atmos, podejście do kreowania sceny gdzieś pod sufitem wywołałoby nie tylko zdziwienie, co w pełni zrozumiały sprzeciw. A tymczasem HRS-130 nie dość, że z niezwykłą precyzją nakreśliły i zogniskowały źródła pozorne, to jeszcze całość okrasiły taką swobodą i przestrzennością prezentacji, że przez pierwszych kilka godzin po prostu bawiłem się bądź co bądź znanym repertuarem z zapałem sprawdzając jak na niemieckich kolumnach zabrzmią moje ulubione utwory. A brzmiały na tyle atrakcyjnie i angażująco, że zamiast krytycznie oceniać stanowiące przedmiot niniejszej recenzji kolumny całą uwagę poświęcałem muzyce. Muzyce granej z zaraźliwym entuzjazmem i swobodą, pozbawionej technicznego skostnienia i sterylnej analityczności, za to aż kipiącej od emocji i wręcz namacalnego flow między muzykami. I w tym momencie warto wspomnieć, iż German Physiks pod względem „znikania” z powodzeniem mogą zawstydzić większość rasowych … podstawkowych monitorów, gdyż ich dematerializacja jest tyleż natychmiastowa, co oczywista i automatyczna. Podczas odsłuchu można się w nie wpatrywać z intensywnością wołu obserwującego malowane wrota a i tak konia z rzędem temu, kto wskaże je jako źródło dobiegających uszu dźwięków. I tu kolejna niespodzianka, gdyż o ile skupionym, czy wręcz dusznym nagraniom tytułowe kolumny dodają „powietrza” i wspomnianej swobody, to już nagrania natywnie „obszerne i napowietrzone” traktują z wyraźną atencją i w swych działaniach nie przesadzają, dzięki czemu nawet jeszcze ciepły „Meanwhile” Erica Claptona nie zabrzmiał zbyt lekko i eterycznie, Stratocaster Slowhand-a nie przypominał elektrycznej mandoliny (przynajmniej na ustawieniu „flat”) a Ane Brun na „Nærmere” nie wypada bardziej anemicznie niż zwykle. Jednak to, co stanowiło chyba o największej nawet nie tyle lekkostrawności, co uzależniającej od pierwszych taktów organiczności to wyjątkowa koherencja. Zero słyszalnych różnic, czy też szyć pomiędzy jednym podzakresem a drugim. Jakby grał jeden pełnopasmowy drajwer, co poniekąd, dzięki użyciu stożkowego DDD o zaskakująco szerokim paśmie się Niemcom świetnie udało. Co ciekawe ani razu nie udało mi się przyłapać 130-ek na nawet najmniejszych oznakach utwardzenia, czy też wyostrzenia, zbytniego wykonturowania przekazu, co przy carbonowej, a więc szalenie sztywnej, lekkiej a przez to i „szybkiej” membranie przetwornika wcale nie jest takie oczywiste. I to nie tylko na zmysłowo czarującej na „Trav’lin’ Light” Queen Latifah, co również w przypadku dość niefrasobliwie traktującej zarówno swoje struny głosowe, jak i posiadane instrumentarium na „Black Frost” ekipie Nailed To Obscurity.
Zakładam, że zarówno dla Państwa, jak i również dla mnie samego German Physiks HRS-130 raczej nie wydają się stanowić kolumn pierwszego, bądź nawet drugiego wyboru. Wystarczy jednak przełamać stereotypy, zawierzyć tym razem własnym uszom a nie oczom i po prostu posłuchać, a coś mi się zdaje, że zbierane na przestrzeni lat audiofilskie doświadczenia będziecie dzielić na te prze i te po kontakcie ze 130-kami. Chociaż nie wykluczam też sytuacji, gdy raz usłyszane mogą nie opuścić już Waszego systemu, co prawdę mówiąc niespecjalnie by mnie zdziwiło.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Anatomy
Sprzedaż detaliczna: High End Alliance
Producent: German Physiks
Ceny: 91 500 PLN (czarny połysk); 99 500 PLN (naturalny fornir); 110 500 PLN (carbon)
Dane techniczne
Impedancja: 4 Ω
Skuteczność: 86.9 dB / 1W@1m
Pasmo przenoszenia: 29 – 24,000Hz
Moc: 120W nominalna; 200W w impulsie
Zalecana moc wzmacniacza: minimum 70W/4 Ω
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 220Hz
Regulacja wysokich tonów: -2dB, flat, +2dB i +4dB przy 8,000Hz
Konstrukcja: 2-drożna z 360° przetwornikiem German Physiks DDD
Zastosowane przetworniki:
– 1 x carbonowy przetwornik wysokotonowy DDD
– 1 x 10” przetwornik niskotonowy
Rekomendowana powierzchnia pokoju: 10 – 75 m²
Dostępne wykończenia:
– Standardowe: czarny/biały polerowany poliester, włókno węglowe
– Na zamówienie: satynowy, bądź lakierowany na wysoki połysk fornir / farba
Wymiary (S x W x G): 325 x 1 160 x 325 mm
Waga: 37.4kg / szt.
Opinion 1
Although once more we are focusing on the issue of power supply with, let us call it an “audiophile warp”, this time it is not the 230V variety, but a low voltage one, operating in the range of 5-24V and with a maximum power draw of 10A. If you dig in your memory, then for those more involved in the subject matter some power supplies should sound familiar, like the Polish JCAT Optimo 3 Duo, the Silent Angel Forester F1 and F2, SOtM SPS-500 and the Dutch Farad, the budget Super3 and the topline Super10, both of which are gaining more and more followers. And when we add to this group, for example, the extremely extensive offering of Keces, it should become clear that there is a lot to choose from. However, as it happens in the life of an audiophile, the head does not hurt from abundance of supply, on the contrary, because of the excess, exceeding the critical concentration of “sugar in sugar” is not a reason to be worried, but only a trigger to bring prices down and up the key parameters of products available on the market. And we are just witnessing such a move the catalog of one of the above-mentioned players, because Farad power supplies, which has already been featured on our pages twice, decided to expand its portfolio with the so-called mid-range offer, i.e. a power supply located between the basic 3 and the flagship 10 with the all-telling name Super6. Once they decided this, they followed up with manufacturing those, and thus we had to face the result of this joyful creativity of the team residing in Rhenen as part of this review, and we will put our notes below.
According to the company’s nomenclature and logic, which, as you know, does not always go hand in hand, Super6 is between its siblings in terms of size and performance. With its quite handy (215 x 290 x 52 mm W x D x H) body and fully acceptable weight (3 kg), it is therefore not as inconspicuous as the 3 (130 x 200 x 40 / 1.6 kg), and not as big as the royal 10 (260 x 320 x 70 / 7.8 kg) so that the potential buyer does not need to think too long about what they can afford / for what they have space on the shelf. The key issue, however, is the undeniable consistency of exterior design, based on slightly raw and minimalist, and thus not exaggerated, canons. We are therefore dealing with a very successful example of scaling the idea for the front known from the Super10, i.e. two interlocking planes of a massive aluminum, finally forming the outline of the letter F, in the center of which there is a blue LED informing about the operating status of the power supply. Probably due to its lower birthright, the 6 was deprived of the company’s logo, milled on the top plate, so it has to settle for only a white marking on the fascia. The side walls are made in the form of longitudinally ribbed heat sinks, which not only dissipate the heat generated in the viscera (which is practically scarce), but effectively stiffen the entire body. The back plate, on the other hand, is far from minimalism. Looking from the left, we have a trigger socket with a toggle actuator, a reset button (recommended when switching between different receivers), a four-pin, screw-on GX16-4 output socket with gold-plated pins, a ground terminal with a switch and a rhodium-plated three-pin IEC power socket from Furutech at our disposal. Attention is drawn to the lack of a mains switch, which makes it clear that once connected to the power supply, it should remain in this state permanently. This was confirmed by Mattijs de Vries himself in my correspondence, emphasizing that both the 6 and the new L2-C cable delivered with it reach their full capabilities only after about 300 hours of operation. On a side note, it is certainly worth paying attention to the inconspicuous anti-vibration feet, which instead of the usual rubber hemispheres (as in the 3) are now definitely more advanced, in the form of a carbon and maple sandwich, so they automatically relieve us of the need to look for appropriate accessories.
As you can easily guess, also in its guts, Super6 uses some of the solutions known from its siblings, which we previously reviewed on our pages, so technically it exists between them. It uses the output stage from the Super10, but in a slightly slimmed down configuration (4 regulators in parallel instead of 6, it also has a fully foiled output stage, but MKS instead of MKP). Going further, the transformer and choke are almost the same as in Super10, but they are inferior in terms of shielding by one layer, so they can boast „only” three of them – as in the Super3. On the other hand, the Super6 differs from its lower-born siblings by replacing the classic fuse with a TMCB (thermal magnetic circuit breaker), which, according to the manufacturer’s assurances, outclasses most, if not all, classic tubular fuses that have been used so far in terms of transparency. A bank of EDLC (Electric Double Layer Capacitor) supercapacitors could not be missed in a Farad, with has here a total capacity of … 8.3F (as a reminder, the 5V version of the Super3 also had 3.3F and the Super10 could boast as much as 16.7F). A little bit has also changed in the cabling attached to the power supply, because this time instead of the DC L2 Classic cable we got a newly-created, higher version of the L2-C, which is a bridge between the progenitor and the top L3-C.
Having perfectly engraved memories of the phenomenal Super10 and at the same time enjoying the benefits of the Super3 duo on a daily basis, I approached the listening session of the „mid-range” model with innate curiosity. I didn’t really know what to expect – real progress compared to the lower model, cutting coupons and basking in the fame of the flagship, or just … We don’t know what. And I will say (write?) honestly that I was not disappointed, because our today’s hero, drawing handfuls from the achievements of his siblings in some aspects, which we will discuss in a moment, chose his own, somewhat parallel path to his predecessors. However, to come to such conclusions, it needed time, a lot of time, because taken straight out of the cardboard box, not only did it not come close to the performance of the Super10, but it failed badly in a direct clash with my Super3. It played so sluggishly and without even the slightest sign of enthusiasm that at first I began to fear that the hardships of the journey had left too big of a mark on him. However, since prophylactic tapping and gentle shaking did not result in any disturbing sounds of loose components flying through the chassis, I quickly talked to Mattijs what could be the reason for the above anomalies. I didn’t have to wait too long for the answer, which was quite surprising, and it sounded something like this – „For the first 50-300 hours, it can really be … bad. Patience.” Easy to say. Fortunately, having both the Silent Angel Bonn N8 and the simultaneously tested QSA Violet & Red switches, I could play from one set without major problems, while warming up the other on the side. And so I did, from time to time having a listen, what is brewing there. And while for the first three days Farad’s sonic qualities were on a par with the more deformed Orcs clumsily gliding through the frames of „The Rings of Power”, causing anxiety with the lethargy and two-dimensionality of the scene, more or less at the end of the first „working” week, the Super6 began to slowly but gradually „pull away” from the Super3, to clearly take the lead during the weekend, and then, during the following week, reaching the finish line with complete ease and unthreatened.
But let us get to the specifics of the unit in fully warmed up stage, because then a certain native feature of the tested power supply came to life, which made it stand out. Well, it became clear that the 6, offering above-average freedom and breath, very well corresponding to the memories of the Super10, has a different opinion as to the precision of defining virtual sources and resolution. This does not mean a liking for oneiric impressionism, which operates with spots rather than separate solids, but rather preferring the communicative and interactive layer over apothecary’s accuracy in leading the contour line. Using comparisons from and references to the archetypes existing in our industry, one could consider Super6 to be a more „analogue” and „musical” faction of the Farads, and with the help of photographic analogies, one could easily attribute to it the features of a „portrait” lens slightly different, i.e. more vivid, „drawing” than a macro glass of the same focal length. Thanks to this, by making the reproduced material a bit more attractive and civilized, it charmed with the depth of colors and juiciness of the presentation, while avoiding exaggerated sweetness, or averaging smoothness of the whole sound, which can turn out to be boring in the long run. That is why even on „The Cold White Light” by Sentenced, which is as far from audiophile masters as you can get, on the one hand I could please both the ears and my guts with a truly apocalyptic momentum and dynamics characteristic of the reproduced genre, and on the other hand, I was somehow automatically relieved of the need to turn a blind ear to the not necessarily fully clean cymbals, or the not entirely resolving secondary guitar and drum parts. The imperfections I knew were there all the time and I could point them out without any problems, but it is one thing to just be there and completely another to obsessively strive for the listener’s attention. And with Super6 in the system, it was clear that much more attention should be paid to Ville Laihiala and it was him who was the spotlight on the stage, and he was the one who had the honor of using higher-class microphones. It was not yet the same level of satin quality as with the use of the wonders signed by Nordic Audio Labs, made by Martin Kantola, but everything was heading in this direction. Of course, Miika Tenkula and Sami Lopakka, masterfully sewing on their oars, did not hide in the corners, but standing half a step behind the frontman, they very effectively built the proverbial wall of sounds. And here we have a curiosity confirming the evolution of sound and salutary effects caused by burning in, because initially the above-mentioned album sounded quite two-dimensional, which did not particularly outrage or surprise me, because I was aware that this is how it usually sounds. We have the vocal in the front, and the rest is quite effectively „glued together”, creating an almost monolithic background. Meanwhile, at the end of the recommended period of accommodation, there was a kind of breakthrough, and not so much the foreground came closer, because the Dutch power supply was limited only to its suggestive saturation, but further planes drove away into the depths of the stage, making a clear separation between themselves, and thus providing it, I mean the stage, with full rights to be called three-dimensional.
I made similar observations during a few listens to the truly shamanic and Viking „Fimbulvinter” by Nytt Land, where on the one hand the evident mysticism combined with an almost „mushroom-derived” trance corresponded perfectly with the Old Norse vocal layer, natural instruments, or the sounds of nature. And the tested power supply, on the one hand, took care of the coherence and consistency of the presentation, and on the other hand, allowed to build surprisingly large planes, going far beyond not only the spacing of the speakers, but also the walls of the listening room. It was interesting, because usually the spatialization of the sound is associated with its exaggerated contouring, or shifting the tonal balance upwards, in order to give it the features of ethereal character in the simplest way possible, while our guest was able to „open” the sound while taking care of its appropriate weight and plasticity, drawing the contours of the virtual sources with a slightly thicker, stronger line than the Super3 is used to.
Inevitably, as I approach the end of the tests and gather to articulate the final conclusions, I would timidly like to draw attention to a few basic aspects. And so, there is no denying that power supply should be considered a critical and difficult to overestimate component of modern systems. There is also no denying that the differences in the sound of the power supplies themselves are evident, of which the Farad power supplies portfolio itself is the best example. And our today’s hero, Super6, additionally proves that in addition to energy well-being, you can also do some magic in the domain of musicality and coherence of the message. Therefore, if you are only striving for full transparency and uncompromising holography, you may be more on your way with Super10, but if you are primarily looking for the beauty of music in the sounds you hear, then I dare say that Super6 will more than meet your expectations. All you need to do is give it a longer moment to spread its wings and catch the wind in its sails, and you can stop worrying about whether to send it back after the tests … Because once plugged into the system, you are unlikely to evict anymore.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
It has been known for a long time that a good power supply in an advanced audio path is actually a primer of our hobby. Of course, when I talk about good electricity, I do not just talk about the main electronics, but about the full spectrum of devices that require electricity. Unfortunately, life is brutal, because when we want to achieve maximum quality from the sound of a given system, the whole presentation can be ruined even by such a trivial matter as neglecting a network switch. Yes, yes, it would seem that it is so insignificant, because it is only a component that separates the signal in the path of the streaming and is not that important. However, in practice, due to the poor quality of the electricity supplied – usually wall-wart type power supplies are included – it often turns out to be a bottleneck of a given setup. I know, because I have been through it myself and once again the product delivered for testing proves it to me. What? Marcin and I have already had the opportunity to play with the flagship – Super10. And he dealt with the 3 by himself. However, we are all aware that the top of the offering is often too burdensome for the budget of a music lover, and the beginning of the price list is often too much of a compromise, which is why the Dutch from the Farad manufactory, a company which deals with the power supply of audio components, once again provided our editorial office with the Farad Super6 power supply, which is still a novelty on the market, intended to fill the gap between the reviewed models 3 and 10.
Our hero, like his brethren, is a medium-sized, cuboidal, low and relatively not too deep, aluminum box. However, it is large enough to hide in its bowels a large toroidal power supply, a rich set of capacitors and several circuits that improve the electrical signal supplied to dedicated devices. Its front, in order to avoid excessive, usually boring visual simplicity, is a variation of two overlapping planes in the central part, topped with stair-like pattern. Due to a rather specific task, consisting only in generating good quality electricity, perfectly in the middle of the fascia, between the aforementioned stair pattern, we will find only a symbolic blue LED informing of its operation. As for the rear panel, this one is much richer in accessories and necessary connections. There are two toggle switches – Mode (with trigger support) and Float (grounding switch), a grounding terminal, a Trigger socket and, of course, the two most important current sockets, which are an IEC for 230V and a round four-pin 5V acting in my case as a power output to the Ethernet switch. The culmination of the set provided for the test is a proprietary power cable Farad L2-C – the brand offers several versions at different prices depending on the quality of the construction.
How did the tested product, designed to fill the price and quality gap in Farad’s portfolio, fare? Well, probably no one will be surprised by the fact that the way it was designed, with its sonic aspects, it shone among the previously reviewed designs. After connecting to the switch in place of a plug-in power supply, the latter first of all repaid by strengthening the body of the music listened to, and secondly, after listening to the quality of the presentation, by significantly reducing distortion. It was presented in such an interesting way, that despite the aesthetics of my system playing with a strong embedding in mass of the sound, the additional injection of filling did not turn out to be a boring gain of excessive obese sound, but a surprisingly energetic impulse. So, translating from English into Audiophile, the juicy punctuality of the music has improved, as well as its drive, and thanks to the work to eliminate distortions coming from the Ethernet network, also the resolution. Of course, the automatic feedback of such actions was the ability to listen to your favorite albums louder, with particular emphasis on aggressive genres such as rock, free jazz and electronics. Or only those? And what about music focused on intimacy? Of course, the melancholic one was also a full beneficiary of the application of the Dutch power supply. However, in its case, we derive emotions not from the number of musically presented decibels reaching our ears, but rather from the articulations of individual and all instruments together, appropriately suspended in the ether, clearly defined by an appropriately sharp line of virtual entities. In both cases, the Farad Super6 worked phenomenally, because it emphasized the strong hits with nice essentiality, in a way known only to it, and the creation of very volatile, often long-suspended notes in the space between the speakers was well defined both in the domain of sharpness of the drawing and in terms of location on the virtual stage. How did it relate to the brothers mentioned at the beginning from both sides of the price list? Well, the Super3 offered a slightly lower projection resolution, which against the background of the tested design created the music as if with slight spots – don’t worry, I deliberately exaggerate the effect to better understand the differences, while the Super10 drew all aspects of the sound to the heights of quality, which are often beyond the reach of the competition. It simply showed the world of music with reverence, both in terms of the edge of the sound, its energy, the speed of rising and fading and, of course, the freedom of filling the listening room. Therefore, as the above comparison shows, the 6 is a kind of common-sense complement to Farad’s quality offer, which allows you to expand the group of potential buyers to include people with an averagely stuffed wallet.
Where would I place the described power supply? Of course, you can apply it literally anywhere, and the only criteria for or against it may be the size of your wallet or the desire to reach the current finish line in a given section of your audio system. And do I see any contraindications for the 6? In fact, nothing comes to my mind right away. However, if I were to look for a problem by force, the only one that could take place in really extreme conditions would be the use of the Super 6 in a set that is inflated in terms of weight, i.e. too much embedded in essence and dark-sounding. The extra energy combined with a pinch of mass can come out differently. I’m not saying it’s bad. However, if something is dramatically misconfigured, even the best designs will not help. Only then should you be aware that it will be pointing the finger where you made a mistake. But as I mentioned, it is really almost an impossible case, which is proven by a good result with my already dense setup. A set in which the Super10, due to the highest technical advancement and thus high-performance operating parameters, was excellent, and the Super6 was still very good against this background. And this is probably a good testimony to the knowledge of the Dutch about the construction of devices that provide power to our toys and fully deserve the superlatives we are giving them.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; Synergistic Research Orange fuse; Harmonix TU 505EX MK II; Stillpoints ULTRA MINI; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Distributor: Audiosource
Manufacturer: Farad power supplies
Prices
Farad Super6 (ex VAT): 1689 € + Level 2 copper Classic cable : 80€ / 0,5m; 120€ / 1m; L2-C cable : 160€ / 0,5m; 250€ / 1m
Specifications:
DC output voltage: 5V – 24V
Output connector: GX16-4
Max. output current: 6A
Capacitance: 8,3F (5V)
Max power consumption: 75W (5V)
Dimensions (W x D x H): 215 x 290 x 52 mm
Weight: 3 kg
Opinia 1
Coś mi się wydaje, iż zawartość dzisiejszego wstępniaka dla postronnych, nieobeznanych z audiofilskim realiami obserwatorów może być nie lada zaskoczeniem, gdyż wbrew obecnie panującym trendom część znanych nam wytwórców znacznie więcej za Wielki Chiński Mur eksportuje aniżeli z CHRLD pozyskuje. I powiem szczerze, że powyższa obserwacja nie dotyczy li tylko światowych tuzów, lecz również małych, czasem jednoosobowych rodzimych marek. Jednak chcąc prześledzić genezę ww. zjawiska wypadałoby się cofnąć o ponad dekadę, do roku 2012, kiedy to w ramach wiosennej wyprawy w nieznane udało mi się odwiedzić Anssi’ego Hyvönena (założyciela, właściciela i spiritus movens Amphiona) a wraz z nim zajrzeć w zakamarki nie tylko siedziby głównej, lecz również szalenie zaawansowanej na tamte czasy stolarni, jak i spotkać się z przedstawicielami zarówno salonów audio, by niejako na deser pomyszkować w studiu masteringowym (Chartmakers), oraz nagraniowo-testowym (królestwie Martina Kantoli z Nordic Audio Labs). I to właśnie podczas tamtej wizyty Anssi pół żartem, pół serio stwierdził, że kiedy większość branży na potęgę ściąga z Państwa Środka co tylko może, bądź wręcz przenosi tam jeśli nie całość, to lwią część własnej produkcji, to on – Amphion idąc niejako pod prąd znaczący procent wyprodukowanych przez siebie, lokalnie kolumn właśnie tam kieruje. I tak sobie wtedy pomyślałem, że ciekawe, czy cos takiego byłoby możliwe u nas – nad Wisłą. I wiecie Państwo co? Dożyliśmy czasów, kiedy to i w Polsce powstają delicje, które cieszą się szalonym zainteresowaniem oraz poważaniem wśród azjatyckich melomanów i audiofilów. Wystarczy tylko wspomnieć Audiomicę, Fezz Audio, Franc Audio Accessories, czy WK Audio którzy, ilekroć udaje mi się zamienić chociaż słowo podkreślają, że Chiny i generalnie Azja od dłuższego czasu stanowią ich główne rynki zbytu. Z jednej strony trochę przykro, że lokalna sprzedaż najdelikatniej rzecz ujmując „na pstrym koniu jeździ”, lecz z drugiej realia są takie a nie inne i jeśli tylko koniunktura sprzyja, to warto z sytuacji korzystać. Dlatego też niezmiernie cieszy fakt, iż do owego, na swój sposób elitarnego z racji swej zaradności grona możemy śmiało zaliczyć już kilkukrotnie goszczącą na naszych łamach manufakturę, czyli NxLT Next Level Tech. A skoro o niej mowa, to jak się z pewnością Państwo domyślacie jej obecność nie jest dziełem przypadku, lecz pokłosiem radosnej twórczości stojącego za nią Roberta Słowińskiego, który tym razem był łaskaw przekazać nam do zaopiniowania swoje najmłodsze dziecko, czyli interkonekty Ether XLR na których test serdecznie zapraszamy.
Jak powyższe zdjęcia dowodzą unifikacja nie jest wyłącznie domeną największych graczy, lecz również i na stricte manufaktoryjno-butikowym poziomie ma rację bytu. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że zestawienie jakiś czas temu opisywanych przez nas Flame’ów z tytułowymi Etherami mogłoby przypominać zabawę w „znajdź X różnic”, bądź stać się impulsem do wizyty u okulisty celem doboru nowych, silniejszych szkieł. Aby się o tym przekonać trzeba jednak nasz mroczny obiekt pożądania wyłuskać z tym razem czarnego a nie srebrnego jak poprzednio wyściełanego gąbką eleganckiego kuferka, a potem już można rozpoczynać ww. zabawę, gdyż począwszy od opalizującej plecionki zewnętrznej koszulki, poprzez średnicę samego przewodu na biżuteryjnych wtykach Oyaide Focus 1 w wersji XLR (przy RCA są to Oyaide Genesis RCA) skończywszy wszystko jest, pomijając oznaczenie modelu dokładnie takie samo.
Z kolei trzewia Etherów to już zupełnie inna bajka i inne podejście do tematu, gdyż zamiast autorskiej kombinacji srebrnych i miedzianych solid core’ów w podwójnym ekranie tym razem Robert zdecydował się na linki z czerwonej miedzi O.F.C. , dzielone na dwa osobne przebiegi per pin w otulinie ze spienionego polipropylenu, który dodatkowo został laserowo ponacinany, Jakby tego było mało przewodniki poddawane są podwójnej kriogenizacji i zabezpieczone czterema, bądź pięcioma (w zależności od wersji) ekranami, przy czym ostatni z nich jest precyzyjnie naciągany i pleciony zgodnie z opracowaną przez NxLT technologią oraz z napięciem optymalnym dla uzyskania najlepszego brzmienia, co poniekąd przypomina strojenie instrumentów strunowych.
Niby parametry i „surowce” same z siebie nie grają, jednak skoro mogący pochwalić się „płynącym” w swych żyłach srebrem Flame kusił niezwykłym wyrafinowaniem i rozdzielczością, to niejako podświadomie po w pełni miedzianym Etherze można byłoby spodziewać się m.in. pogłębienia i właściwego miedzi dociążenia, wysycenia przekazu. Tymczasem już pierwszy kontakt z ciężkim i szorstkim, niemalże garażowym graniem w stylu „Fatal Design” Entwine, czy „The Name Lives On” Texas Hippie Coalition dla jednostek pozbawionych stalowych i grubych jak postronki nerwów mógł być nad wyraz traumatycznym przeżyciem. Rodzime łączówki stawiają bowiem na niezwykłą ekspresję i bezpardonowość prezentacji wykorzystując dosłownie każdy, nawet najmniejszy pretekst by spuścić ze smyczy swe cerbery odpowiedzialne za kąsanie naszych synaps ognistymi gitarowymi riffami, czy sypiącymi iskrami blachami. Nie ma również co liczyć na złagodzenie i wypolerowanie ewentualnych chropowatości, więc miłośnicy wycofanej i asekuracyjnie zaokrąglonej góry już po pierwszym utworze takowymi walorami się charakteryzującym mogą czym prędzej udać się na z góry upatrzone pozycje. Nie oznacza to jednak, że Ether cokolwiek w liniowości prezentacji na własną modłę modyfikuje i przeinacza, gdyż tak nie jest. Po prostu oddaje pełnię energii od samego dołu po samą górę niespecjalnie będąc przy tym zainteresowanym braniem jakichkolwiek jeńców. Dlatego też jeśli tylko cokolwiek w systemie w którym przyjdzie mu grać nie do końca jest takie, jakim być powinno, to prawdopodobieństwo usłyszenia owych anomalii będzie graniczyć z pewnością. Za to, gdy niczego nie trzeba będzie poprawiać, bądź maskować bardzo szybko okaże się, że tytułowe łączówki dzięki swej natywnej energetyczności i bezpośredniości artykulacji są w stanie zyskać przychylność nie tylko miłośników ostrego łojenia, lecz i gustujących w zdecydowanie bardziej wyrafinowanych klimatach melomanów. Proszę tylko rzucić uchem na to, co dzieje się na „Benevolo: Missa si Deus pro nobis & Magnificat” Le Concert Spirituel / Hervé Niquet, gdzie przy mniej rozdzielczym okablowaniu tracimy bolesny bezlik informacji pochodzących zarówno z samego polifonicznego wykonania (zamykający album „Magnificat” rozpisany jest na 16 !!! głosów) , jak i wręcz onieśmielającej akustyki paryskiej Katedry Matki Boskiej Libańskiej (Cathédrale Notre-Dame du Liban). A tu wyraźne oddalenie wokalistów nawet w najmniejszym stopniu nie wpływa ani na namacalność przekazu, ani zdystansowanie się słuchacza od rozgrywającego się przed nim misterium. Mamy fenomenalną gradację planów, iście laserową precyzję ogniskowania źródeł pozornych i to, o czym zdążyłem już wspomnieć – wierność oddania realiów kubatury w jakiej dokonano rejestracji. Może to i swoiste podstawy w High Endzie, ale prawdę powiedziawszy dawno już nie słyszałem tak namacalnego, holograficznego odwzorowania wysokości na jakiej znajduje się sklepienie i tego co dzieję się pod nim, czyli zarówno wygaszania, jak i w pełni kontrolowanego „kłębienia” się dźwięków, które nic a nic nie ma wspólnego z pozbawionym jakichkolwiek reguł i zasad bałaganem panującym we frapującej większości współczesnych budynków. A NxLT Next Level Tech Ether owe detale pokazuje nawet nie tyle jak na dłoni, co na srebrnej tacy, lecz prezentując je daleki jest od ich piętnowania w przypadku niedoskonałości, bądź napastliwego wypychania przed szereg w celu wymuszonego takim działaniem „obcmokania”. Ocena ma leżeć i leży po naszej – słuchaczy stronie a że dzięki brakowi jakichkolwiek oznak zawoalowania wymagających samodzielnych działań o charakterze niemalże ekshumacyjnym to tylko wypada się cieszyć.
Choć cena na to może nie wskazywać śmiem twierdzić iż NxLT Next Level Tech Ether jest jednym z bardziej wymagających interkonektów na rynku, co niejako definiuje go jako świetnego partnera stricte High Endowej elektroniki, gdzie przynajmniej z założenia błędów i potknięć być nie powinno a decyzja zakupu zależy li tylko od indywidualnych preferencji brzmieniowo-estetycznych nabywców. Dlatego też niespecjalnie dziwią mnie informacje o pojawianiu się tytułowych łączówek w systemach, gdzie spodziewać by się można zdecydowanie droższego, aniżeli nasze rodzime, okablowania. W końcu z powodzeniem można na powyższym przykładzie udowodnić, że „pieniądze nie grają” a więc i z tak przystępnymi cenowo przewodami można powalczyć o high-endowe laury. O ile tylko za High End uważamy możliwie wierne odwzorowanie rzeczywistości a nie jej mniej, bądź bardziej podkolorowaną, a więc tym samym wypaczoną, interpretację.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; Quantum Science Audio (QSA) Violet & Red + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jeśli choć trochę interesujecie się rodzimym działem kablarskim, z pewnością orientujecie się, iż tytułowy podmiot jest dość prężnie rozwijającym się tego rodzaju bytem. Co bardzo istotne, można powiedzieć, że już bytem międzynarodowym, gdyż co prawda wszystkich rynków zbytu nie pamiętam, ale swoich przedstawicieli ma obecnie m.in. w Niderlandach, Chinach i jest na etapie mocnego wejścia na rynek USA. Dlatego chyba nikogo nie zdziwi fakt, że biorąc pod uwagę wyartykułowany kontekst prężnego światowego rozwoju podwrocławskiej marki NxLT jesteśmy bardzo radzi z dotychczasowych kontaktów z większością jej produktów sygnałowych. Jakich? Lista nie jest przesadnie długa, bo i oferta dopiero się rozrasta, jednak na chwilę obecną możemy przywołać ciekawe starcia z analogowymi łączówkami XLR serii Water, Air i Flame, oraz skądinąd od czasu testu goszczącą w obydwu naszych systemach odniesienia cyfrówką LAN serii Flame. Przyznacie zatem, że co nieco o tym wytwórcy wiemy. Co tym razem dostarczył nam do oceny? Cóż, co prawda kolejny raz zderzymy się z okablowaniem sygnału analogowego, jednak z napotkanych informacji w sieci od już zadowolonych klientów jasno wynika, że z czymś brzmieniowo niezwykle zaawansowanym. Czym konkretnie? Panie i panowie, miło jest mi poinformować zainteresowanych, iż w tym odcinku testowym na redakcyjny tapet trafił z obecnie szczytowy kabel Next Level Tech Eter XLR.
Co wiemy na temat polskiego kabla? Pokrótce wygląda to tak. Jako przewodnik wykorzystano wykonywaną na zamówienie czerwoną miedź O.F.C.. Sygnał przesyłany jest dwoma żyłami wykonanymi z linek. Tak wykonane przebiegi otulono najlepiej wypadającym brzmieniowo w tej roli spośród wielu tego typu półproduktów piankowym Polipropylenem. Same przewodniki najpierw zostały podwójnie kriogenizowane, następnie ekranowane firmowo naciąganą, usztywniającą konstrukcję niczym strojenie instrumentu strunowego plecionką. Istotnym zagadnieniem według producenta jest także oznaczona na koszulce kierunkowość kabla. Jeśli chodzi o terminację testowanego modelu XLR, w tym celu posłużono się wtykami Oyaide Focus 1. Przewody przed wyjazdem do potencjalnego nabywcy są wygrzewane, by po tym zabiegu trafić do zgrabnego aluminiowego kuferka ze stosownym certyfikatem wespół z wygrawerowanymi na koszulkach numerami, potwierdzającym oryginalność produktu.
Jak tytułowy XLR poradził sobie z udowodnieniem, iż wyprzedzający go o krok, generowany przez zadowolonych posiadaczy pozytywny szum wokół niego nie jest wyssanym z ich palca pobożnym życzeniem? Przyznam bez ogródek, to bardzo poważne granie. Energetyczne, szybkie, zwarte i dźwięczne, czyli idące z obecnymi trendami nie tylko pomysłodawców zabawek audio, ale również szerokiej rzeszy potencjalnych nabywców. Żadnego podlizywania się piewcom magii ponad wszystko bliżej nieokreślonymi plamami, jako przyjemnie brzmiące dla ucha wirtualne byty lub nadmiernym podkręcaniem emocji nazbyt dużą ilością finalnie nudnej plastyki, tylko dobrze skorelowane w domenie ekspresji i nasycenia uderzenie muzyką. Od czarowania co prawda nie w aż tak mocno przesadzonym, jak przed momentem pisałem, tylko zdroworozsądkowo dobranym stylu, obecnie jest stojąca o oczko niżej seria Flame. Tam dostajemy fajnie pokolorowany, nieco bardziej tłusty, jednakże nadal pełen życia spektakl. Ether zaś w założeniu konstruktora to w pozytywnym tego słowa znaczeniu pokazujące radość, pazur i nieprzewidywalność brzmienia muzyki szaleństwo w najczystszej postaci. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, przekaz nadal cechuje dobre wysycenie średnicy, mocne pokazanie niskich rejestrów i otwartość, czyli wszystko jest na swoim miejscu. Ale jak to bywa, powołanie do życia jakiejkolwiek konstrukcji nie jest dziełem przypadku, tylko realizacją bardzo konkretnego celu. Jakiego? Wspominałem o tym dwa zdania wcześniej. Chodzi o dobrze rozumiane szaleństwo wizualizowania wydarzeń scenicznych, bez czego słuchanie nawet najbardziej ulubionych kawałków staje się nieznośnie monotonne, a przez to na dłuższą metę wręcz męczące. I nie ma znaczenia jaką muzykę zapodamy, gdyż dotyczy to zarówno rocka, jak i interpretacji twórczości Claudio Monteverdiego. W obydwu przypadkach musimy dostać dobrze kontrolowaną energię podbudowaną mikro i makro-dynamiką. Cel jest chyba jasny. Chodzi bowiem o to, aby gdy wymaga tego materiał kreowany przez wokalno-gitarowo-perkusyjną formację dostać niezbędnego kopa tudzież w przypadku brylowania wycyzelowanych wirtuozersko barokowych uniesień w kubaturach kościelnych oprócz odpowiedniego osadzenia w masie najdelikatniejszego dźwięku, dzięki odpowiedniej ostrości rysunku zwizualizować go w idealnym punkcie na wirtualnej scenie. Zapewniam, każdy przypadek dla wielu zbyt „ładnie” wypadających brzmieniowo komponentów audio – zwracam uwagę na celowe wzięcie słowa ładnie w cudzysłów – jest swoistą wspinaczką w Himalajach. Niestety aby z nimi choćby powalczyć, trzeba być „jakimś”. Nie jednym z wielu podobnych zawodników wielkiej rodziny kablarskiej, tylko oferować coś więcej aniżeli bezpieczną poprawność polityczną. I w moim odczuciu opiniowany kabel sygnałowy NxLT Ether XLR jest właśnie „jakiś”. Co to oznacza w tym konkretnym przypadku? Jest umiejętnie skrojony według receptury konstruktora. Szybki, energetyczny, nasycony, jednak na tle większości konkurencji z moich obserwacji ma dwie ciekawie wypadające cechy. Naturalnie przez każdego z nas w danym systemie mogące być różnie interpretowane, ale jedno jest pewne, cechy są łatwo wychwytywalne i daję sobie obciąć rękę, że właśnie z ich powodu kabel jest tak znakomicie odbierany przez rynek. W tym przypadku piję do dwóch aspektów powodujących uczucie zwiększenia szybkości narastania sygnału i jego ciekawej transparentności. Pierwszym jest mocniejsze dopuszczenie do głosu przełomu wyższego basu i niższej średnicy, co daje muzyce obieranego przez nas jako nadającego jej życia „kopa” w efekcie bujającego przysłowiową nóżką. Natomiast drugi to doświetlenie z lekkim utwardzeniem i minimalnym skróceniem wybrzmienia, czyli dosadniejsze pokazanie wyższej średnicy przekładające się na wzmocnienie efektu czuwania kabla nad bezkompromisowością podania całości muzyki. Nadal w ramach zdrowego rozsądku, jednak ewidentnie raczej zdecydowanie, aniżeli zbyt swobodnie. Z Ether-em druga opcja niestety nie przejdzie i dlatego po wpięciu go w tor każda, powtarzam, każda muzyka tętni tak istotnym dla wielu melomanów pełnym rozmachu życiem. Raz opisującym szorstkość i agresję rockowych awantur, a po zmianie repertuaru czarującym nas majestatycznym rozwibrowaniem pojedynczej struny. Oczywiście czy idealnym w odbiorze dla każdego, to już inna i do tego bardzo osobista sprawa. Jednak bez względu na wszystko jedno jest pewne, dzięki opisanym zaletom obcowanie z muzyką przy udziale opiniowanego kabla nigdy nie jest nudne, bo pełne niezbędnej do dotarcia jej sedna ekspresji. Gdybym miał zderzyć ze sobą dwa znajdujące się bezpośrednio koło siebie w cenniku kable Flame i Ether, powiedziałbym, że ten pierwszy odzwierciedla porę pełnego czerwieni zachodu słońca, zaś najnowszy jest budzącym nas do życia o czwartej rano, rześkim i wyraźnie rozświetlonym przez wschodzące słońce porankiem. I myślę, że przywołany na samym początku, idący krok przed pojawieniem się w sieci jakichkolwiek testów sukces Ethera jest właśnie skutkiem naśladowania tak uwielbianego przez nas radosnego poranka. Czyli tłumacząc ową metaforę z języka polskiego na nasz dialekt chodzi o to, że Ether to dobrze rozumiany zastrzyk sonicznej adrenaliny, bez której dla wielu muzyka nie ma szans na odpowiednie wyartykułowanie zawartych w niej emocji.
Komu dedykowałbym XLR NxLT Ether? Powiem tak. Jeśli znudziło Was słuchanie muzyki zawsze pięknej, krągłej i ze wszech miar bezpiecznej od strony wyrazistości, to nie, że powinniście, ale wręcz musicie skrzyżować szpady z naszym bohaterem. Nie będzie owijania w bawełnę, co da Wam niezbędny do ponownego zakochania się w już znanym materiale zastrzyk fajnie zaaplikowanej nieobliczalności. A co z resztą populacji audiomaniaków? Cóż, melomanom zakochanym w pławieniu się w bliżej nieokreślonych, ogólnie bardzo przyjemnych w odbiorze plamach dźwiękowych raczej bym go nie polecił. Nie tędy droga. Natomiast prawdopodobnie ku Waszemu zdziwieniu w najmniejszym stopniu nie odżegnywałbym od Ethera osobników pozornie mających już rześko skonfigurowane systemy. Dlaczego? A choćby z banalnego powodu innej interpretacji brzmienia poszczególnych składowych. Nie raz w duchu przekonywałem się, że doszedłem do mety, gdy tymczasem podobne do dzisiejszej próby pokazały, jak nasze gusta się zmieniają i czasem dobrze jest zweryfikować, czy aby nie jesteśmy na jeszcze niesygnalizowanym przez nasz ośrodek zarządzania ciałem rozstaju dróg. Takim sposobem przez ostatnie 3 lata wymieniłem większość zabawek w systemie. Czy u Was będzie podobnie z rzeczonym kablem? Jak to jednak zwykle w życiu bywa weryfikacja tego wiąże się z aplikacją go w konkretne środowisko.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent/dystrybucja: Next Level Tech
Ceny:
XLR: 11 923 PLN / 0,75 m; 13 122 PLN / 1 m (+ 1 199 PLN / 0,25m)
RCA: 10 110 PLN / 0,75 m; 10 988 PLN / 1 m (+ 878 PLN / 0,25m)
Focal prezentuje DIVA UTOPIA, swój pierwszy bezprzewodowy, aktywny system głośnikowy. Model ten jest wynikiem pięcioletniego rozwoju projektu i reprezentuje dążenie do doskonałości jakie cechuje wiodącą francuską markę audio. Łączy w sobie czysty dźwięk hi-fi, unikalny design, najnowocześniejszą elektronikę Naim i najnowsze technologie bezprzewodowe zapewniające niezrównaną jakość, funkcjonalność i wygodę użytkowania. System jest dostępny wyłącznie w autoryzowanych sklepach sieci Focal Powered by Naim. DIVA UTOPIA oferuje sensacyjne wrażenia odsłuchowe i ucieleśnia nowy wymiar filozofii Utopia: Doskonałość Focal synonimem postępu i innowacji audio.
PODŁĄCZ, POŁĄCZ, SŁUCHAJ
DIVA UTOPIA zapewnia wyjątkowe wrażenia odsłuchowe i jest luksusowym produktem o audiofilskiej jakości. Ten 3-drożny głośnik podłogowy z bass – reflexem jest prosty w instalacji i obsłudze. Nie potrzebuje stosowania kabli do połączenia pary głośników jak również zewnętrznych źródeł dźwięku. Unikalna technologia Ultra Wideband opracowana wspólnie z firmą partnerską umożliwia bezprzewodowe odtwarzanie muzyki zapewniając wyjątkową jakość dźwięku, przewyższającą odtwarzanie płyt CD i zbliżoną do profesjonalnej studyjnej jakości dźwięku wysokiej rozdzielczości. Dla wygody DIVA UTOPIA może być sterowana za pomocą dedykowanej aplikacji, dołączonego pilota zdalnego sterowania lub asystentów głosowych.
„Naszym głównym celem przy tworzeniu DIVA UTOPIA było opracowanie przyjaznego dla użytkownika doświadczenia bez kompromisów w zakresie wydajności. Możemy śmiało powiedzieć, że nam się to udało.”
Cédrick Boutonet, dyrektor generalny Focal i Naim.
IMPONUJĄCA ŁĄCZNOŚĆ
DIVA UTOPIA łączy protokoły Bluetooth®, AirPlay 2, Google Cast i UPnP™, zapewniając imponującą łączność i dostęp do szerokiej gamy platform streamingowych: Spotify Connect, TIDAL, Qobuz, QQ Music (Chiny). System można łatwo podłączyć do telewizora, zapewniając nowy wymiar oglądania filmów i gier wideo ale też do różnych innych źródeł dźwięku w tym gramofonów analogowych. Głośnik płynnie integruje się z całym ekosystemem Focal i Naim, umożliwiając stworzenie domowej konfiguracji multiroom którą można kontrolować za pomocą dedykowanej aplikacji. Można go również sparować z systemami automatyki domowej w celu płynnej integracji z inteligentnymi domami. Dzięki DIVA UTOPIA dźwięk jest czysty i łatwo nim zarządzać.
NAJNOWOCZEŚNIEJSZE TECHNOLOGIE, WYJĄTKOWY DŹWIĘK
DIVA UTOPIA została stworzona z wykorzystaniem unikalnej wiedzy audio firmy Focal. Przetworniki głośnikowe są wyposażone w membranę „W”, opatentowaną innowację która zapewnia precyzyjny dźwięk. Berylowy głośnik wysokotonowy o profilu „M” zapewnia reprodukcję wysokich częstotliwości z niezwykłą dokładnością. Głośnik korzysta również z najlepszych rozwiązań elektroniki Naim, w tym 400-watowego wzmacniacza mocy i nowej architektury strumieniowania (do 348 kHz/32 bity), oferując reprodukcję dźwięku o niezrównanej jakości zapewniając odtworzenie każdego muzycznego niuansu.
WYJĄTKOWA KONSTRUKCJA
Projektując DIVA UTOPIA, Focal stworzył muzycznie i wizualnie rewelacyjny głośnik dla zapewnienia całkowitej przyjemności słuchania. Nic nie zostało pozostawione przypadkowi.
Głośnik ma unikalny, wyrafinowany design. Głośniki basowe są subtelnie umieszczone po bokach a wznoszące się panele boczne znajdują się za charakterystyczną przegrodą z podświetlanym logo. Ostateczna estetyka jest eteryczna, potężna i wyrafinowana. Geny projektowe Utopii można znaleźć w sercu tego głośnika: to czerwono-czarna podwójna kratka na głośniku wysokotonowym i otaczająca go opaska ze szczotkowanego aluminium która reprezentuje symboliczne Yin & Yang przywołując harmonię między doświadczeniem a technologią. Jako całość, model przypomina „sygnowany zegarek”. Charakterystyczny design rozciąga się na filcowy materiał wybrany na panele boczne. To elegancki i stylowy materiał cechujący się minimalny wpływem na środowisko.
Opinia 1
Choć po raz kolejny przyszło nam pochylić się nad kwestią zasilania o nazwijmy umownie „audiofilskim zacięciu”, to tym razem zamiast pastwić się nad ogólnodostępnymi 230V naszą uwagę zwróciła frakcja niskonapięciowa, czyli ta skierowana ku odbiornikom pracującym w granicach 5-24V i apetycie na prąd o natężeniu max.10A. Jeśli tylko sięgniecie Państwo pamięcią wstecz, to co bardziej zainteresowanym tematem jednostkom pod kopułą powinny zacząć kołatać egzystujące w owym obszarze zasilacze w stylu rodzimego JCAT OPTIMO 3 DUO, „pachnących lasem” Silent Angeli (Forester F1 i F2), SOtM SPS-500, czy też zdobywających coraz liczniejsze grono wiernych akolitów niderlandzkich Faradów – budżetowego Super3 i topowego Super10. A gdy do tego grona dorzucimy jeszcze np. nad wyraz rozbudowana ofertę Keses-a, to jasnym powinno się stać, że jest w czym wybierać. Jak to jednak w życiu audiofila bywa od przybytku głowa nie boli a wręcz przeciwnie, gdyż przesyt, przekroczenie krytycznego stężenia cukru w cukrze, czy nawet klęska urodzaju nie jest powodem do zmartwień a jedynie triggerem do normalizacji cen i śrubowania kluczowych parametrów dostępnych na rynku produktów. I właśnie stajemy się świadkami takiego zagęszczania katalogu jednego z ww. graczy, gdyż już dwukrotnie goszczący na naszych łamach Farad power supplies postanowił rozszerzyć swe portfolio o tzw. ofertę środka, czyli usytuowany pomiędzy podstawową 3-ką i flagową 10-ką zasilacz o wszystko mówiącej nazwie Super6. Skoro postanowił, to tak zrobił a z rezultatem radosnej twórczości rezydującej w Rhenen ekipy przyszło nam się w ramach niniejszej recenzji zmierzyć, z czego też spowiadamy się poniżej.
Zgodnie z firmową nomenklaturą, oraz logiką, co jak wiadomo nie zawsze idzie w parze Super6 tak pod względem gabarytów, jak i osiągów plasuje się pomiędzy swoim rodzeństwem. Ze swoim całkiem poręcznym (215 x 290 x 52 mm S x G x W) korpusem i w pełni akceptowalną wagą (3 kg) nie jest zatem tak niepozorny jak 3-ka (130 x 200 x 40 / 1,6 kg) a do dzierżącej królewskie insygnia 10-ki (260 x 320 x 70 / 7.8 kg) brakuje akurat tyle, by potencjalny nabywca nie musiał zbyt długo zastanawiać się na co może sobie pozwolić / na co ma miejsce na półce. Kluczową kwestią jest jednak niezaprzeczalna spójność projektów plastycznych bazujących na nieco surowych i minimalistycznych a tym samym nieprzesadzonych kanonach. Mamy zatem do czynienia z nader udanym przykładem przeskalowania pomysłu na front znanego z Super10, czyli zazębiających się ze sobą dwóch płaszczyzn masywnego aluminiowego frontu, finalnie tworzących obrys litery F w centrum której umieszczono błękitną diodę informująca o stanie pracy zasilacza. Zapewne z racji niższego urodzenia 6-kę pozbawiono firmowego, wyfrezowanego na płycie górnej logotypu, więc musi zadowolić się jedynie białym oznaczeniem na awersie. Ściany boczne wykonano w formie wzdłużnie użebrowanych radiatorów, które nie tyle odprowadzają generowane w trzewiach ciepło (którego jest praktycznie jak na lekarstwo), co skutecznie usztywniają całość korpusu. Z kolei ściana tylna daleka jest od minimalizmu. Do dyspozycji mamy, patrząc od lewej, gniazdo triggera z hebelkowym aktywatorem, przycisk resetu (użycie zalecane przy przepinaniu się pomiędzy różnymi odbiornikami) , czteropinowe, zakręcane gniazdo wyjściowe GX16-4 ze złoconymi pinami, zacisk uziemienia z przełącznikiem i rodowane trzybolcowe gniazdo zasilające IEC Furutecha. Uwagę zwraca brak włącznika głównego, co jasno daje do zrozumienia, że raz podłączony do prądu zasilacz w takim stanie powinien przebywać permanentnie. Potwierdził to z resztą w prowadzonej przeze mnie korespondencji sam Mattijs de Vries podkreślając, że pełnię swoich możliwości zarówno sama 6-ka jak i dostarczony wraz z nią nowy przewód L2-C osiągają dopiero po ok. 300 godzinach pracy. Z miłych akcentów warto z pewnością zwrócić uwagę na niepozorne firmowe nóżki antywibracyjne, które zamiast zwykłych gumowych półkul (jak w 3-ce) są zdecydowanie bardziej zaawansowanymi karbonowo – klonowymi sandwichami, więc niejako z automatu zwalniają nas z konieczności rozglądania się za stosownymi akcesoriami.
Jak łatwo się domyślić również i w swych trzewiach Super6 wykorzystuje niektóre rozwiązania znane z recenzowanego na naszych łamach rodzeństwa, więc i technicznie egzystuje pomiędzy nimi. Wykorzystuje bowiem pochodzący z Super10 stopień wyjściowy lecz w nieco odchudzonej konfiguracji (4 regulatory równolegle zamiast 6, ma również w pełni foliowany stopień wyjściowy, ale MKS zamiast MKP). Idąc dalej, transformator i dławik są niemalże takie same, jak w Super10, lecz ustępują im pod względem mniejszej o jedną warstw ekranowania, więc mogą pochwalić się „jedynie” trzema – jak w Super3. Z kolei Super6 od niżej urodzonego rodzeństwa odróżnia zastąpienie klasycznego bezpiecznika termicznym wyłącznikiem magnetycznym TMCB (thermal magnetic circuit breaker), który zgodnie z zapewnieniami producenta deklasuje większość, jeśli nie wszystkie, klasyczne – rurkowe bezpieczniki jakie do tej pory stosowali pod względem transparentności. Nie mogło też zabraknąć kluczowego w Faradach banku superkondensatorów EDLC (Electric Double Layer Capacitor) o łącznej pojemności … 8,3F (dla przypomnienia również 5V wersja Super3 dysponowała 3,3F a Super10 mogła pochwalić się aż 16.7F). Małe co nieco, zmieniło się również w dołączonym do zasilacza okablowaniu, gdyż tym razem zamiast przewodu DC L2 Classic otrzymaliśmy nowo powstałą, wyższą wersję L2-C stanowiącą pomost pomiędzy protoplastą a topowymi L3-C.
Mając doskonale wyryte w pamięci wspomnienia po fenomenalnym Super10 i jednocześnie korzystając na co dzień z dobrodziejstw duetu Super3-ek z wrodzoną ciekawością podszedłem do odsłuchów „średniaka”. Nie wiedziałem bowiem za bardzo czego się spodziewać – realnego progresu w stosunku do podstawkowego modelu, odcinania kuponów i pławienia się w sławie flagowca, czy też właśnie … nie wiadomo czego. I powiem (napiszę?) szczerze, że się nie zawiodłem, gdyż nasz dzisiejszy bohater czerpiąc pełnymi garściami z dorobku swego rodzeństwa w pewnych aspektach, o których dosłownie za chwilę, obrał własną, poniekąd równoległą do poprzedników drogę. Aby jednak dojść do takich wniosków potrzebował czasu, dużo czasu, gdyż wyjęty prosto z kartonu nie tylko nie zbliżał się do osiągów Super10-ki, co poległ z kretesem w bezpośrednim starciu z moją dyżurną Super3-ką. Zagrał bowiem na tyle ospale i bez nawet śladowych przejawów entuzjazmu, że początkowo zacząłem obawiać się, że trudy podróży odcisnęły na nim zbyt wyraźne piętno. Skoro jednak profilaktyczne opukiwanie i delikatne potrząsanie nie zaowocowały jakimiś niepokojącymi dźwiękami latających po trzewiach komponentów czym prędzej zagaiłem Mattijsa co może być powodem powyższych anomalii. Na odpowiedź, w dodatku dość zaskakującą, nie musiałem zbyt długo czekać i brzmiała ona mniej więcej tak – „Przez pierwsze 50-300 godzin może być naprawdę … źle. Cierpliwości.” Łatwo powiedzieć. Całe szczęście dysponując zarówno dyżurnym Silent Angelem Bonn N8, jak i równolegle testowanymi switchami QSA Violet & Red bez większych problemów mogłem grać z jednego zestawu jednocześnie wygrzewając drugi na bocznym torze. Tak też zrobiłem, co jakiś czas rzucając uchem cóż tam może nie tyle w trawie, co sieci piszczy. I o ile przez pierwsze trzy doby walory soniczne Farada iście „radiową” urodą dorównywały co bardziej zdeformowanym Orkom niezgrabnie przemykającym przez kadry „Pierścieni władzy” wywołując stany lękowe ospałością i dwuwymiarowością sceny, to mniej więcej pod koniec pierwszego „roboczego” tygodnia Super6-ka zaczęła powoli acz sukcesywnie „odjeżdżać” Super3-ce, by w trakcie weekendu wyraźnie wysunąć się na prowadzenie a następnie, w ciągu kolejnego tygodnia, niezagrożona dojechać na zupełnym luzie do mety.
Przejdźmy jednak do konkretów i w pełni wygrzanego stadium, gdyż to właśnie wtedy do głosu doszła pewna natywna cecha tytułowego zasilacza stanowiąca o jego odmienności. Otóż jasnym stało się, że 6-ka oferując ponadprzeciętną swobodę i oddech nader udanie korespondujące ze wspomnieniami Super10-ki, ma odrębne zdanie co do precyzji definiowania źródeł pozornych oraz rozdzielczości. Nie oznacza to bynajmniej upodobania do onirycznego impresjonizmu operującego raczej plamami aniżeli odrębnymi bryłami, lecz przedkładanie warstwy komunikacyjno-interakcyjnej ponad aptekarską dokładność w prowadzeniu kreski kontury kreślącej. Używając porównań z i odwołań do egzystujących w naszej branży archetypów można byłoby uznać Super6 za bardziej „analogowy” i „muzykalny” odłam Faradów a wspomagając się fotograficznymi analogiami śmiało można byłoby przypisać jej cechy „portretowego” obiektywu nieco inaczej, znaczy się bardziej plastycznie, „rysującego” od szkła macro o takiej samej ogniskowej. Dzięki czemu nieco uatrakcyjniając i cywilizując reprodukowany materiał czarowała głębią barw i soczystością przekazu jednocześnie unikając nudnej na dłuższą metę przesadnej słodyczy, czy uśredniającej całość gładkości. Dlatego też nawet na jakże dalekim od audiofilskich wzorców „The Cold White Light” Sentenced z jednej strony mogłem cieszyć tak uszy, jak i trzewia iście apokaliptycznym rozmachem i właściwą reprodukowanemu gatunkowi dynamiką a z drugiej niejako z automatu zwolniony zostałem z konieczności przymykania ucha na niekoniecznie w pełni czyste blachy, czy też nie do końca rozdzielcze drugoplanowe partie gitar i perkusji. Niby znane mi niedoskonałości cały czas tam były i bez najmniejszych problemów mogłem je wskazać, lecz co innego być a co innego obsesyjnie zabiegać o uwagę słuchacza. A z Super6 w torze jasnym było, że zdecydowanie większą atencją wypada obdarzyć Ville Laihialę i to na niego kierowane były reflektory na scenie i to jemu przypadł zaszczyt używania wyższej klasy mikrofonów. Nie był to jeszcze ten poziom atłasowości, co przy użyciu wychodzących spod rąk Martina Kantoli cudeniek sygnowanych przez Nordic Audio Labs, ale wszystko zmierzało w tym kierunku. Oczywiście mistrzowsko szyjący na swych wiosłach Miika Tenkula i Sami Lopakka nie chowali się po kątach, lecz stojąc pół kroku za frontmanem nader skutecznie budowali przysłowiową ścianę dźwięków. I tu potwierdzająca ewolucję i zbawienne skutki wygrzewania ciekawostka, gdyż początkowo ww. album brzmiał dość dwuwymiarowo, co niespecjalnie mnie bulwersowało, czy też dziwiło, gdyż miałem świadomość, iż właśnie tak on zazwyczaj brzmi. Mamy z przodu wokal a reszta jest dość skutecznie ze sobą „sklejona” tworząc niemalże monolityczne tło. Tymczasem pod koniec zalecanego okresu akomodacji nastąpił swoisty przełom i nie tyle pierwszy plan się przybliżył, gdyż niderlandzki zasilacz ograniczył się jedynie do jego sugestywnego dosaturowania, co dalsze plany odjechały w głąb sceny dokonując pomiędzy sobą wyraźnej separacji a tym samym zapewniając jej, znaczy się scenie, pełne prawa do miana trójwymiarowej.
Podobne obserwacje poczyniłem podczas kilku odsłuchów iście szamańsko – wikińskiego „Fimbulvinter” Nytt Land gdzie z jednej strony ewidentny mistycyzm połączony z niemalże „grzybopochodną” transowością świetnie korespondował ze staronordycką warstwą wokalną, naturalnym instrumentarium, czy też odgłosami przyrody. A tytułowy zasilacz z jednej strony dbał o koherencję i spójność prezentacji a z drugiej pozwalał budować zaskakująco obszerne plany dalece wykraczające nie tylko poza rozstaw kolumn, co ściany pokoju odsłuchowego. Było to o tyle ciekawe, że zazwyczaj uprzestrzennienie dźwięku wiąże się z jego przesadną konturowością, czy też przesunięciem równowagi tonalnej ku górze, by w możliwie prosty sposób nadać jej znamion eteryczności a tymczasem nasz gość potrafił „otworzyć” dźwięk jednocześnie dbając o jego odpowiednie dociążenie i plastyczność kreśląc kontury źródeł pozornych nieco grubszą, mocniejszą kreską aniżeli ma to w zwyczaju czynić Super3.
Nieuchronnie zmierzając ku końcowi testów i zbierając się do wyartykułowania finalnych wniosków nieśmiało chciałbym zwrócić uwagę na kilka podstawowych aspektów. I tak, nie da się ukryć, że zasilanie należy uznać za krytyczną i trudną do przecenienia składową współczesnych systemów. Nie da się również ukryć, że różnice w brzmieniu samych zasilaczy są ewidentne, czego z resztą samo portfolio Farad power supplies jest najlepszym przykładem. A nasz dzisiejszy bohater, czyli Super6 dodatkowo udowadnia, że oprócz dobrostanu energetycznego jak się chce i potrafi można również nieco poczarować w domenie muzykalności i koherencji przekazu. Dlatego też jeśli tylko dążycie Państwo do pełnej transparentności i bezkompromisowej holografii, to może być wam bardziej po drodze z Super10, jeśli jednak przede wszystkim szukacie w dobiegających Waszych uszu dźwiękach piękna muzyki, to śmiem twierdzić, że Super6 spełni Wasze oczekiwania z nawiązką. Wystarczy jedynie dać mu dłuższą chwilkę na rozwinięcie skrzydeł i złapanie wiatru w żagle a kwestią ewentualnego odesłania go po testach możecie przestać zaprzątać sobie głowę … gdyż raz wpiętego w system raczej już nie wyeksmitujecie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; Quantum Science Audio (QSA) Violet & Red + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie od dziś wiadomo, że dobre zasilanie w zaawansowanym torze audio to tak naprawdę elementarz naszego hobby. Naturalnie mówiąc o dobrym prądzie nie mam na myśli jedynie głównej elektroniki, tylko pełne spektrum urządzeń z zapotrzebowaniem na energię elektryczną. Niestety życie jest brutalne, bowiem gdy chcemy osiągnąć maksimum jakości z brzmienia danego systemu, całość prezentacji może położyć nawet tak banalna sprawa, jak potraktowanie po macoszemu choćby switcha sieciowego. Tak tak, wydawałoby się, że tak nieistotny, bo jedynie rozdzielający sygnał w torze plikowym komponent nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Jednak w praktyce z uwagi na słabą jakość dostarczanej energii elektrycznej – zwyczajowo w komplecie są zasilacze wtyczkowe – często okazuje się być wąskim gardłem danej układanki. Wiem, bo sam to przerabiałem i kolejny raz udowadnia mi to dostarczony do testu produkt. Jaki? Flagowcem – Super10 – mieliśmy już z Marcinem okazję się pobawić. Z 3-kami walczył już on sam. Jednak wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż szczyt oferty często jest zbyt obciążający budżet melomana, zaś początek cennika nierzadko zbyt dużym kompromisem, dlatego Niderlandczycy z manufaktury Farad zajmującej się zasilaniem komponentów audio po raz kolejny własnym sumptem dostarczyli do naszej redakcji pachnący jeszcze rynkową nowością, mający wypełnić lukę pomiędzy recenzowanymi modelami 3 i 10 zasilacz Farad Super6.
Nasz bohater podobnie do swoich braci jest średniej wielkości prostopadłościenną, niewysoką i stosunkowo niezbyt głęboką, aluminiową skrzynką. Jednak na tyle obszerną, aby skryć w swych trzewiach sporej wielkości zasilacz toroidalny, bogaty zestaw kondensatorów i kilka układów poprawiających dostarczany do dedykowanych urządzeń sygnał elektryczny. Jego front w ramach uniknięcia zbytniej, zazwyczaj nudnej prostoty wizualnej jest wariacją nachodzących na siebie w centralnej części, dwóch zwieńczonych schodkami płaszczyzn. Jeśli chodzi o jego wyposażenie, z uwagi na dość mocno sprecyzowane, polegające jedynie na wygenerowaniu dobrej jakości energii elektrycznej zadanie idealnie po środku awersu, pomiędzy wspomnianymi schodkami znajdziemy symboliczną niebieską diodę informującą jego pracę. Co do tylnego panelu, ten jest znacznie bogatszy w akcesoria regulacyjne i niezbędne przyłącza. Znajdziemy na nim dwa przełączniki hebelkowych wyboru pracy – Mode (obsługa triggera) i Float (prowadzenie masy), zacisk uziemienia, gniazdo Trigerra oraz oczywiście dwa najważniejsze gniazda prądowe, jakimi są IEC dla 230V i okrągłe czteropinowe 5V jako wyjście zasilania do w moim przypadku switcha sieciowego. Zwieńczeniem dostarczonego do testu kompletu jest kabel prądowy po wygenerowaniu przez Farada model L2-C – marka w swojej ofercie ma ich kilka o zróżnicowanej cenie w zależności od jakości konstrukcji.
Jak wypadł tytułowy produkt mający wypełnić lukę cenową i jakościową w portfolio Farada? Otóż chyba nikogo nie zdziwi fakt, że tak jak został zaprojektowany, ze swoimi aspektami sonicznymi brylował pomiędzy wcześniej opiniowanymi konstrukcjami. Po podpięciu do switcha w miejsce zasilacza wtyczkowego, ten ostatni w pierwszej kolejności odwdzięczył się wzmocnieniem body słuchanej muzyki, zaś w drugiej po wsłuchaniu się w jakość prezentacji, znacznym ograniczeniem zniekształceń. To było na tyle ciekawie podane, że mimo estetyki grania mojej układanki z mocnym osadzeniem w masie, dodatkowy zastrzyk wypełnienia nie okazał się zakrawającym o nudę nabraniem nadmiernej otyłości dźwięku, tylko zaskakująco energetycznym impulsem. Czyli tłumacząc z polskiego na nasze, poprawiła się soczysta punktowość podania muzyki, naturalną koleją rzeczy jej drive, a za sprawą pracy na rzecz eliminacji zniekształceń pochodzących sieci także rozdzielczość. Oczywiście automatycznym feedbackiem takich działań była możliwość ewidentnie głośniejszego słuchania ulubionych płyt, ze szczególnym uwzględnieniem agresywnych nurtów spod znaku rocka, free jazzu i elektroniki. Czy tylko tych? A co z muzyką nastawioną na intymność? Naturalnie ta melancholijna jak najbardziej również była pełnym beneficjentem aplikacji niderlandzkiego zasilacza. Jednakże w jej przypadku emocje czerpiemy nie z ilości dobiegających do naszych uszu muzykalnie podanych decybeli, a raczej z artykulacji pojedynczych i wszystkich razem, odpowiednio zawieszonych w eterze, wyraźnie określonych odpowiednio ostrą kreską wirtualnych bytów. W obydwu przypadkach Farad Super6 sprawdzał się wręcz zjawiskowo, bowiem mocne uderzenie w sobie tylko znany sposób fajnie dopalał esencjonalnością, zaś kreowanie bardzo lotnych, często długo zawieszonych w przestrzeni między kolumnami nut dobrze definiował i w domenie ostrości rysunku i w kwestii lokalizacji na wirtualnej scenie. Jak to się miało do wspominanych na początku braci z obydwu stron cennika? Otóż Super3 oferował minimalnie mniejszą rozdzielczość projekcji, co na tle tytułowej konstrukcji kreowało muzykę jakby lekkimi plamami – spokojnie, specjalnie przerysowuję uzyskany efekt dla lepszego zrozumienia różnic, natomiast Super10 wszystkie aspekty brzmienia wyciągał na często będące poza zasięgiem konkurencji wyżyny jakości. Po prostu pokazywał świat muzyki z pietyzmem tak w kwestii krawędzi dźwięku, jego energii, szybkości narastania oraz wygaszania i naturalnie swobody wypełniania pomieszczenia odsłuchowego. Zatem jak wynika z powyższego porównania, 6-ka to jakby zdroworozsądkowe uzupełnienie jakościowej oferty Farada, które pozwala rozszerzyć grono potencjalnych nabywców o osoby ze średnio wypchanym portfelem.
Gdzie plasowałbym opisywany zasilacz? Oczywiście można zaaplikować go dosłownie wszędzie, a jedynymi kryteriami za lub przeciw może być zasobność portfela lub chęć dojścia do obecnej mety w danym wycinku swojego zestawu audio. A czy widzę jakiekolwiek przeciwwskazania dla 6-ki? Tak naprawdę z marszu nic nie przychodzi mi do głowy. Jednak gdybym miał poszukać problemu na siłę, jedyny jaki w naprawdę skrajnych warunkach mógłby mieć miejsce, to zastosowanie Super 6 w rozdmuchanym wagowo, czyli zbyt mocno osadzonym w esencjonalności i ciemno grającym zestawie. Dodatkowa energia połączona ze szczyptą masy może wypaść różnie. Nie mówię, że źle. Jednak jeśli coś jest dramatycznie źle skonfigurowane, nawet najlepsze konstrukcje nic nie pomogą. Tylko wówczas należy mieć świadomość, iż będzie to pokazanie palcem, gdzie popełniliśmy błąd. Ale jak wspominałem, to naprawdę prawie niemożliwy przypadek, co udowadnia dobry wynik z moją, już samą w sobie gęstą zbieraniną. Zbieraniną, w której Super10 z racji najwyższego zaawansowania technicznego i dzięki temu wyczynowym parametrom pracy był znakomity, a Super6 na tym tle nadal bardzo dobry. A to chyba dobrze świadczy o wiedzy Holendrów na temat konstruowania zasługujących na w pełni zasłużone superlatywy urządzeń zasilających nasze zabawki.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiosource
Producent: Farad power supplies
Ceny
Farad Super6: 1689 € (Netto) + przewód Level 2 copper Classic: 80€ / 0,5m; 120€ / 1m; Przewód L2-C: 160€ / 0,5m; 250€ / 1m
Dane techniczne:
Napięcie wyjściowe: 5V (dostępne 5, 9, 12, 15, 19, 24V, pozostałe na zamówienie)
Gniazdo wyjściowe: GX16-4
Max. prąd wyjściowy: 6A
Pojemność: 8,3F (5V)
Max. pobór mocy: 75W (5V)
Wymiary (S x G x W): 215 x 290 x 52 mm
Waga: 3 kg
Jeszcze niedawno raczej nikt nie przypuszczał, że rodzima Diora Acoustics będzie miała chrapkę na własny kawałek high-endowego tortu. Tymczasem w Świdnicy, oprócz wykonywanych na zamówienie zewnętrznych zleceniodawców projektów powstają wielce intrygujące „wytwory własne”. Ot jak chociażby właśnie u nas się aklimatyzujące potężne kolumny podłogowe Diora Acoustics Perun 1.
cdn. …
Najnowsze komentarze