Tag Archives: Gryphon Audio


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Gryphon Audio

Gryphon Audio Antileon EVO Stereo vs Mephisto Stereo

Opinia 1

O tym, że mężczyźni to duże dzieci słyszeliśmy od naszych Pań nie raz i nie dwa. Do mniej lub bardziej dyskretnych uśmieszków na widok naszej ekscytacji nowymi zabawkami też zdążyliśmy się już przyzwyczaić. W końcu natury nie da się oszukać, więc zamiast dyskutować z faktami lepiej przejść nad nimi do porządku dziennego a zaoszczędzony czas poświęcić na … dalsze kultywowanie naszego hobby. Wprowadzając powyższą ideę w czyn postanowiliśmy z Jackiem urządzić sobie audiofilski dzień „dużego dziecka” i z czysto hedonistycznych pobudek zorganizowaliśmy serię … literacko – spirytystycznych seansów, do udziału w których zaprosiliśmy duńskie inkarnacje mitycznego syna Heraklesa i Prokris (jednej z … pięćdziesięciu Tespiad – córek Tespiosa i Megamedy), oraz jednego z siedmiu wielkich książąt piekieł. Jeśli kogoś powyższa lista gości wprowadziła w lekką konsternację czym prędzej uspokajam, że zalecane przez lekarzy specjalistów medykamenty przyjmujemy regularnie, z konsumpcją szkockich destylatów nie przesadzamy, a pod enigmatycznymi deskrypcjami kryją się mające już na naszych łamach swoje przysłowiowe pięć minut dwa ultra high-endowe, sygnowane przez Gryphon Audio, wzmacniacze mocy – Antileon EVO Stereo i Mephisto Stereo.
Po co komu taka powtórka z rozrywki? Po pierwsze, jak już zdążyłem nadmienić, tym razem jednogłośnie postanowiliśmy zrobić coś ku własnej uciesze, a po drugie bądźmy szczerzy – zrezygnowaliby Państwo z nadarzającej się okazji niezobowiązującego, kilkutygodniowego użytkowania Lamborghini Huracán i Aventador wraz z nieograniczonym dostępem do Autodromo Nazionale di Monza? Ano właśnie. Nam również taka ewentualność nawet nie przeszła przez myśl, więc w momencie, gdy tylko łódzki Audiofast – dystrybutor marki, dał zielone światło a obie końcówki znalazły się w naszym zasięgu czym prędzej się nimi zaopiekowaliśmy.

Ponieważ zarówno kwestie aparycji, natury konstrukcyjnej, jak i finansowej mamy niejako z głowy, gdyż pochyliliśmy się nad nimi w ramach wcześniejszych publikacji, tym razem pozwolę sobie na dość swobodne podejście do tematu i zwrócenie Państwa uwagi na pewne niuanse różniące tytułowe piękności. Jednak z wrodzonej przekory bynajmniej nie mam zamiaru z aptekarską dokładnością dzielić włosa na czworo roztrząsając wyższość oddawanych w czystej klasie A 175W Mephisto nad 150W Antileona, czy też dwudecybelowej (81 vs 83dB) różnicy odstępu od zakłóceń, lecz skupię się na walorach natury nazwijmy to użytkowej. Nie da się bowiem ukryć iż oba Gryphony, choć prezentują się wprost obłędnie, są urządzeniami o dość absorbujących gabarytach i pomimo utrzymania ich brył w ponadczasowej i eleganckiej a przy tym podobno wyszczuplającej czerni warto mieć ten drobiazg na uwadze. I tak, czego może nie widać na naszych wszystkich zdjęciach, Mephisto jest o pięć centymetrów szerszy od Antileona (57 vs 52 cm), osiem centymetrów niższy (26 vs 34 cm) i aż 11 cm krótszy (60 vs 71 cm). Powyższe detale w sposób oczywisty przekładają się również na wagę obu wzmacniaczy i o ile z 84 kg Antileona jeszcze można sobie we dwóch poradzić, o tyle 108 kg Mephisto jest już sporym wyzwaniem logistycznym nawet dla trzech chłopa, gdyż ze względu na wrażliwość akrylowego frontu i ostre krawędzie radiatorów trzeba się z nim obchodzić niezwykle delikatnie.
A właśnie. Nie wiem jak w Państwa oczach, lecz przynajmniej wg. mnie „mniejsza”, choć zdecydowanie bliższym prawdzie określeniem byłoby „mniej duża”, końcówka swym designem nieco bardziej zabiega o atencję odbiorcy. Nie dość bowiem, że jej bryła jest na swój sposób bardziej dynamiczna, czy też dzięki groźnie nastroszonym piórom potężnych radiatorów, wręcz nieco agresywna, to po prostu więcej się tam dzieje. Sugestywnie wysunięty panel sterowania, czy też ozdobione firmowym gryfem monstrualne wieko podprogowo sugerujące rozmiar ukrytego pod nim transformatora nie pozwalają na obojętność. Z kolei iście monolityczna bryła Mephisto wydaje się istną oazą stoickiego (ostatecznego?) spokoju a jedynym akcentem wzorniczym podkreślającym jego potęgę jest przecinająca płytę górną karbowana osłona „wału napędowego” (analogia do napędu na wszystkie koła Lamborghini aż nadto czytelna ;-) ).

Zanim podejmę próbę opisania jak obie mityczne bestie wypadają względem siebie brzmieniowo pragnę podkreślić jedną, acz szalenie istotna kwestię. Chodzi bowiem o to, iż trzeba mieć świadomość pułapu na jakim się poruszamy. Pułapu będącego dla większości nieosiągalnym celem i spędzającym sen z powiek nierealnym marzeniem. Podobnie z resztą jak przewijające się w niniejszej epistole włoskie turladełka. Niezależnie bowiem na które z nich moglibyśmy sobie pozwolić i tak i tak czulibyśmy się jakbyśmy Pana Boga za nogi złapali a zaobserwowane różnice należy rozpatrywać jedynie z perspektywy własnych preferencji i upodobań a nie autorytatywnych sądów co jest lepsze a co gorsze. I tak w tym bratobójczym starciu brzmienie Antileona zaskakuje, gdyż w pierwszej chwili wydaje się, iż niższy model gra dźwiękiem większym i potężniejszym aniżeli starsze rodzeństwo. Jest przy tym może nie zdecydowanie, lecz zauważalnie ciemniejszy i dobrawiony delikatną nutką „lampowego ciepła”. Urzeka organiczną muzykalnością roztaczając wokół siebie aurę sukcesu, zwycięstwa i luksusu. Niczym hollywoodzka gwiazda tu błyśnie okiem, tam olśni uśmiechem, dając jednocześnie jasno do zrozumienia, że pod tym płaszczykiem nienagannych manier drzemie prawdziwa bestia gotowa w każdej chwili rozerwać rywala na strzępy. Coś w stylu marvelowskiego Hulka, jednak egzystującego nie w pulchnym ciele Bruce’a Bannera a co najmniej rozważanego jako następne wcielenie Agenta 007 Idrisa Elby. Świetnie, znaczy się możliwie sugestywnie i namacalnie uniwersalność Antileona pokazywała ścieżka dźwiękowa do „Gladiatora” autorstwa Hansa Zimmera. Eteryczny i oniryczny wstęp („Progeny”) delikatnie pieścił zmysły roztaczając prawdziwe hektary przestrzeni, wraz ze zwiększaniem napięcia i dramatyzmu („The Wheat”), a tym samym rozbudowywania instrumentarium do głosu dochodziła iście zwierzęca dzikość końcówki, której ujście dał epicki „The Battle” z charakterystycznym, wgniatającym w fotel tutti The Lyndhurst Orchestra. Krótko mówiąc pełnia szczęścia zarówno przy tzw. grze ciszą i sennym klimatem, po istną ścianę dźwięku.

Z kolei Mephisto akcent stawia na transparentność dyskretnie usuwając się w cień, udanie starając się wcielać w życie ideę „drutu ze wzmocnieniem”. Jednak jego nieobecność jest tylko pozorna, gdyż świat muzyczny jaki kreuje niebezpiecznie zbliża się do perfekcji a dokładnie perfekcyjnej i absolutnej nad nim … kontroli. Jeśli bowiem podczas odsłuchu Antileona wydawać by się mogło, że przykładowo nad najniższymi składowymi w okolicach czwartej minuty utworu „Tlon” z „Khmer”  Nilsa Pettera Molværa uzyskaliśmy pełnię władzy, to po przesiadce na starszego brata jasnym było, że tylko tak nam się wydawało. Podobnie jest z symfoniką, na której dzięki fenomenalnej rozdzielczości wgląd w strukturę nagrania potrafi w pierwszej chwili oszołomić. Nie dość bowiem, iż jesteśmy w stanie objąć wzrokiem i kolokwialnie mówiąc ogarnąć zmysłami cały aparat wykonawczy, to nagle dostępujemy zaszczytu zrozumienia fenomenu bycia dyrygentem. Jednak nie chodzi bynajmniej li tylko o ekstatyczne wymachiwanie batutą, lecz o zdolność wyekstrahowania z kilkudziesięcioosobowego składu poszczególnych muzyków i ich mniej, bądź bardziej udanych partii. Mephisto udostępnia nam bowiem coś na kształt, posługując się fotograficzną analogią, dźwiękowego „zooma”, którego ogniskową sterujemy według własnych upodobań, czy też potrzeby chwili. Dzięki temu bez większych oporów jesteśmy w stanie nie tylko przebrnąć, co przede wszystkim zrozumieć geniusz kompozycji, które do tej pory, czy to ze względu na ich złożoność, czy też własne uprzedzenia omijaliśmy szerokim łukiem. Weźmy na ten przykład tzw. „współczechę” i nieco mniej melodyjne odłamy jazzu, po które sięgają jedynie co bardziej doświadczeni słuchacze. Nie mówię, żeby od razu rzucać się na jakieś karkołomne kompozycje w stylu „Wölfli-Kantata” Marcusa Creeda, bądź nawet free-jazzowe improwizacje rodem z „Improvised Music New York 1981” dream teamu w składzie Bill Laswell, Sonny Sharrock, Derek Bailey, Fred Frith, John Zorn, lecz na początek w zupełności wystarczy fenomenalny album „Henryk Górecki: Symphony No. 3 (Symphony Of Sorrowful Songs)” w wykonaniu Beth Gibbons (tak, tak, to właśnie ta pani z Portishead) i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia pod dyr. Krzysztofa Pendereckiego. Chodzi jedynie o fakt przełamania i zanurzenia się w nieco mniej „komercyjnych” dźwiękach, których autentyczność i surowość nie tylko poszerzy nasze muzyczne horyzonty, co udowodni, że piękno niejedno ma imię.
Ponadto sposób prezentacji oferowany przez Mephisto wcale nie polega na dosłownym pokazywaniu palcem, czy też subiektywnej ocenie, na co powinniśmy w danym momencie zwracać uwagę. Gryphon jedynie ze stoickim spokojem serwuje nam pełnię informacji absolutnie nie ingerując tak w sposób, jak też tempo ich przyswajania i miejsce obserwacji. Nie stara się jak Antileon uatrakcyjnić i podkręcić atmosfery nagrania, nie pręży zalotnie muskułów a tym samym też nie próbuje nawet w najmniejszym stopniu pomóc tym realizacjom, które na ową pomoc po cichu pewnie liczą. To tak, jakby z poziomu mistrzowskich drużyn NBA (vide Antileon), czyli i tak będących poza zasięgiem reszty światowego basketu, awansować do jeszcze nieistniejącej ligi, w której „zwykłych” zawodników zastąpią ultra-doskonałe cyborgi, bądź odpowiednio zmutowane „klony” największych gwiazd. Absurd? Utopia? Możliwe, jednak Mephisto, będąc klasą sam dla siebie, stawia na transparentność i obiektywizm, które w jego wydaniu oznaczają po prostu prawdę.

Podsumowując powyższy zbiór wybitnie subiektywnych obserwacji i dygresji z przykrością muszę stwierdzić, iż wybór pomiędzy Antileonem EVO a Mephisto jest równie bolesny i na swój sposób kuriozalny, jak próba wytypowania tej jedynej z kultowego zdjęcia „The Supers” nieodżałowanego Petera Lindbergha. Niby jakbyśmy nie zdecydowali i tak będziemy w przysłowiowym siódmym niebie, jednak żal z niewybrania reszty podświadomie mąci pełnię szczęścia i błogość audiofilskiej nirwany. Całe szczęście pocieszający, przynajmniej z naszego punktu widzenia, jest fakt, iż na podobny dylemat mogą sobie pozwolić jedynie nieliczni szczęśliwcy, chociaż z drugiej strony … zarówno Państwu, jak i sobie samym życzymy tylko takich powodów do zmartwień.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Dzisiejsze wydarzenie nie miało na naszym portalu precedensu. O co chodzi? Otóż nigdy nie zdarzył się przypadek, aby w Soundrebels-owej samotni w jednym czasie pojawiły się dwie topowe konstrukcje jednego brandu. Ale nie w celach czasowego przetrzymania przed odbiorem przez dystrybutora, tylko jako próba zderzenia dwóch spojrzeń na tę samą muzykę przez pryzmat znacznych różnic cenowych, oraz jako skutek minimalnych i całkowicie pozbawionych jakiegokolwiek bytu produkcyjnych kompromisów. Jednakże zapewniam, nie było to szukanie tak zwanej dziury w całym, tylko może zabrzmi to jak czyste szaleństwo, ale akurat w moim przypadku chodziło o weryfikację, czy różnica w cenie pomiędzy stojącą na drugim stopniu podium portfolio marki Gryphon Audio stereofoniczną końcówką mocy Antileon, a tak zwanym numerem jeden, również stereofoniczną końcówką Mephisto, jest wytłumaczalna przyrostem jakości dźwięku. Jaka to kwota? Nie pytajcie, gdyż nie od dzisiaj wiadomo, że bezkompromisowość kosztuje. Jeśli mimo wszystko jesteście ciekawi, owe dane znajdziecie w stosownych testach poszczególnych komponentów. Zatem nie przedłużając tego monologu skupię się jedynie na będących punktem zapalnym dzisiejszego spotkania aspektach.

Idąc za informacjami producenta, Mephisto w ofercie pojawił się jako pierwszy. To był zbierający obecnie żniwo, z założenia pozbawiony ograniczeń finansowych projekt, który mimo siedmioletniego stażu na rynku nadal mówiąc kolokwialnie, psuje konkurencji krew. Niestety z racji, że brak oglądania się na koszty ma swoje reperkusje w cenie komponentu, trochę ratując od lat znany projekt i po trosze łatając znaczną dziurę w cenniku pomiędzy niżej stojącym w tamtym czasie modelem Diablo, kilka lat później została powołana do życia najnowsza odsłona mrocznego weterana – Antileona. To naturalnie zmusiło projektantów do cięcia kosztów w kilku strategicznych dla dźwięku miejscach, jednak nadal miał to być, a po tych kilku już latach istnienia wiemy, iż jest bardzo mocno stojący na straży jakości dźwięku produkt. Skąd to wiem? Na podstawie poczynionych testów. Jednak najbardziej dogłębne testy przedzielone nawet krótkim odstępem czasu są pewnego rodzaju ocenami korespondencyjnymi i nie pozwalają na złapanie najdrobniejszych z niuansów, dlatego też zadbaliśmy, aby na tapecie w jednym czasie pojawiły się obydwie, dla uniknięcia pisania czegoś z pamięci, przełączane w najkrótszym jaki można wygenerować czasie, duńskie konstrukcje.

Jako, że Antileon przybył pierwszy, rozpocznę od niego. Aplikacja numeru dwa z oferty Duńczyków w mój zestaw zaowocowała rzadko spotykaną energią grania całego przekroju pasma. Od najniższych rejestrów, przez środek, po wysokie tony, muzyka aż kipiała soczystością, drajwem i świetną witalnością. Dolny zakres przy pełnej kontroli trząsł moim pomieszczeniem, środek kreował „jak żywych” wokalistów, a wysokie tony nadawały całości zjawiskowej witalności i napowietrzenia. Przyznam szczerze, że sporo sprzętu u siebie przerzuciłem, ale z taką prezentacją spotkałem się tylko kilka razy. To była feeria niezapomnianych przeżyć. I nie było znaczenia, jaką muzykę włożyłem do napędu, bowiem począwszy od elektroniki, przez rock, po jazz i muzykę dawną, wszystkie nurty czerpały z tego śmiało mogę powiedzieć, zjawiska pełnymi garściami. Było mocno podczas sejsmicznych pomruków zespołów typu Massive Attack, jednak z pokazaniem, że ów dźwięk mimo swojej zjawiskowej energii cały czas wibruje, a nie leje się niczym lawa. Muzykalnie i do tego bardzo rozdzielczo na środku w zderzeniu z wszelkiego typu instrumentarium drewnianym i wokalizą – twórczość Jordi Savalla. I jakże fenomenalnie świeżo i swobodnie przy zawieszaniu, tak zawieszaniu, a nie sztucznym kreowaniu skrzących się perkusjonaliów i ogólnej atmosfery wydarzenia muzycznego. Nic tylko siedzieć i słuchać. Tym bardziej, że przytoczone niuanse znacznie poprawiły w domenie namacalności już świetnie wcześniej prezentowaną u mnie wirtualną scenę. Bez zderzenia się sam na sam, to co przeżyłem ciężko jest oddać w tekście, jednak dla uwierzytelnienia przywołanych zjawisk powiem tylko, że pierwszy raz po siedmiu latach w pełni satysfakcjonującego użytkowania końcówki mocy Reimyo, w ośrodku zarządzania ciałem zaiskrzyła mi myśl typu: a może by tak …? To było na tyle zaskakująco pozytywne uderzenie soniczne, że bez oglądania się na konsekwencje dla psychiki oświadczyłem dystrybutorowi, iż na Antileonie moja przygoda z Gryphonem nie może się zakończyć. Takim oto sposobem po kilku tygodniach dotarł dostojny Mephisto. I?

Kurczę, jakby to powiedzieć. Nie wiem na co liczyłem. Że zmiany będą na poziomie niuansów, Że nawet jeśli coś będzie znacznie lepiej, to gdzie indziej będzie gorzej. Naturalnie, przecież człowiek w swej próżności szuka jakiś podszytych cichymi marzeniami absurdalnych wytłumaczeń. Cóż oznaczają powyższe wymówki? Nie wiem, czy to jest dobra, czy zła wiadomość, bowiem jej pozytywny lub negatywny wydźwięk zależeć będzie od zasobności Waszego portfela. A przypominam, dopłata jest znaczna. Tak prawdę mówiąc nie interesuje mnie, jak odbierzecie tę opinię, ale z pełną świadomością stwierdzam, iż różnica w cenie pomiędzy obydwoma konstrukcjami jest w pełni uzasadniona. Powód? Prosty. To nie jest kosmetyczne potraktowanie jakości dźwięku, tylko jego całkowite przewartościowanie i to w każdym, powtarzam w każdym aspekcie. Począwszy od rozdzielczości, przez zwiększenie rozmachu budowania sceny, po znaczną poprawę mikro i makrodynamiki, a wszystko przy jeszcze wierniejszym prawdzie oddaniu każdego z podzakresów częstotliwościowych. Bas schodzi znacznie niżej, jest lepiej kontrolowany, co przekłada się na większą dawkę informacji. Środek dzięki plastycznie podanej artykulacji dostaje dodatkowej, tak poszukiwanej przez melomanów tkanki łączącej poszczególne nuty. Zaś najwyższe rejestry kreują nieprzebrane połacie przestrzeni. Jednym słowem, przesiadkę z Antileona na Mephisto można nazwać zjawiskiem, a nie drobną zmianą punktu widzenia. Nie będę w tym przypadku przytraczał konkretnych przykładów płytowych, gdyż mogłoby to być odebrane jako słodzenie i nadmierne nadmuchiwanie tekstu. Powiem tylko tyle, że to słychać już od pierwszego dźwięku. To jest dosłownie uderzenie nowym wymiarem jakości, a nie czarowanie tym, czy innym artefaktem. Czy tak wypada przesiadka u każdego producenta? Nie mam bladego pojęcia, gdyż nie dane nam było czegoś podobnego spróbować. Jeśli się kiedyś wydarzy, nie omieszkamy o tym wspomnieć Tymczasem, jeśli jesteście zainteresowani jedną z dwóch wspomnianych pozycji z oferty marki Gryphon Audio, a z jakiś powodów możecie mieć problem z wygenerowaniem dodatkowej gotówki na topowy model, nie powielajcie moich błędów, gdyż po takiej konfrontacji życie nie będzie już takie jak kiedyś. Zamęczą Was dylematy. Jeśli jednak środki płatnicze NBP nie są tematem spędzającym Wam sen z powiek, Mephisto wydaje się być jedyną droga do osiągnięcia stanu błogości podczas obcowania z muzyką.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Gryphon Audio

Gryphon Audio Mephisto

Link do zapowiedzi: Gryphon Mephisto Stereo

Opnia 1

Nie od dzisiaj wiadomo, iż w żargonie konstruktorów związanych z praktycznie każdą dziedziną naszego życia bardzo popularne jest powiedzenie „lepsze jest wrogiem dobrego”. Naturalnie założenia pchające pomysłodawcę do zmian zazwyczaj związane są z poprawą istniejącego stanu rzeczy, jednak w zderzeniu z prozą życia owa ewolucja często ma się nijak do samej idei zmiany na lepsze w stosunku do stanu wyjściowego. Tak też bardzo często dzieje się na naszym, audio podwórku, gdzie następca konkretnego modelu w imię nieco lepszego wyniku w jednej kwestii potrafi stracić na wielu innych obszarach. I nie ma znaczenia na jakim pułapie cenowym przyjrzymy się temu procederowi, zawsze znajdziemy idealnie wpisujący się w powyższy wywód przypadek. W jakim celu wplatam tę ogólnie znaną prawdę w dzisiejszy tekst? Trochę na przekór zaistniałej sytuacji, bowiem ta recenzencka batalia nie będzie mierzeniem się z próbą poprawiania czegokolwiek, tylko zderzeniem z powstałym jako punkt odniesienia dla stereofonicznych końcówek mocy duńskiej marki, Gryphonem Mephisto. Będzie to też okazja do weryfikacji co i w jakim stopniu inżynierowie wspomnianego brandu poświęcili z wzorca w imię zaproponowania klientom stojącego oczko niżej w portfolio, jednak jak można przekonać się po analizie niedawno przeprowadzonego testu, fantastycznie prezentującego się sonicznie Antileona. Reasumując, na bazie dzisiejszego spotkania przyjrzymy się nie ewolucji – będąca zarzewiem niniejszej recenzji topowa konstrukcja powstała jako pierwsza, tylko sumie drobnych strat w obszarze jakości dźwięku tańszego Antileona w stosunku do opisywanego dzisiaj, nieco wyprzedzając fakty w moim odczuciu w każdym calu fenomenalnego Mephisto. Jak można się domyślić, urządzenie do testu wraz z niezbędną ilością rąk dbających o bezpieczną logistykę zapewnił stacjonujący w Łodzi Audiofast.

Zakładam, iż większość czytelników obserwujących nasz portal już od pierwszego rzutu okiem zorientowała się, że Gryphon Mephisto jest prawdziwym monstrum. 108 kilogramów wagi, przy niebagatelnych wartościach szerokości, wysokości i co najważniejsze głębokości, czyni go potworem sprawiającym problem nie tylko podczas procesu aplikacji w systemie, ale samego miejsca spoczynku. Co prawda z racji przymiarki do swojego zestawu codziennego, po kilkuletnim nabieraniu zaufania do stacjonującego u mnie stolika i niezbędnym wykonaniu znaku krzyża, posadowiłem go na górnej półce. Jednak Was, jako potencjalnych klientów, lojalnie ostrzegam – z Duńczykiem nie ma żartów i lepiej przygotować dla niego miejsce na uzbrojonej w platformę antywibracyjną podłodze.
Przechodząc do opisu wyglądu rozpoczniemy od awersu, który będąc nieco spokojniejszym wizualnie aniżeli u młodszego brata (Antileona) ozdobiono ulokowanymi na bokach dwoma grubymi płatami czernionego akrylu, pomiędzy nimi pionowo użebrowanym panelem z aluminium, a całość przełamano poprzeczną belką z ukrywającymi się w jej centrum nie tylko sensorami uruchamiającymi daną funkcję typu: ON/OF, MUTE, CHECK i trzy rodzaje BIAS’u, ale również kilkoma migającymi podczas uruchamiania końcówki mocy piktogramami typu zgodność fazy i potwierdzenie prawidłowości procesu testu wszelkich sekcji urządzenia przed startem. Lot ptaka nad głównym tematem dnia odkrywa przed nami zajmujące całe połacie bocznych ścianek, do tego głębokie radiatory – urządzenie podczas wykorzystywania największego podkładu biasu dla tranzystorów wyjściowych znacznie się nagrzewa, a także przedzielone wertykalnie lekko użebrowanym półwalcem, oferujące podłużne otwory wentylacyjne dla zawartej we wnętrzu elektroniki wykonane w technice drapanego aluminium dwa płaty górnej części obudowy.
Tył spełniając zadania typowej końcówki mocy oprócz solidnych rączek ułatwiających proces przenoszenia proponuje nam jedynie symetrycznie rozlokowane – konstrukcja pełne dual mono, co przy purystycznym podejściu konstruktorów wymusza na posiadaczu użycie dwóch kabli zasilających – pojedyncze wejścia liniowe XLR, również jeden komplet terminali kolumnowych i w odpowiedzi na konstrukcję dwóch wzmacniaczy w jednej obudowie podwojone włączniki główne, dwa gniazda bezpieczników i tyleż samo gniazd zasilania. Tak prezentujący się przedmiot pożądania przez wielu melomanów spoczywa na czterech solidnych stopach. Ok. Tak Mephisto wygląda, jednak nie mniej intrygująco prezentująsię jego trzewia. Oczywiście z racji dostępności wszystkiego w sieci od ręki nie będę przelewał na klawiaturę pełnego pakietu danych, tylko odsyłając po dokładne dane na stronę dystrybutora przywołam na tapet kilka najważniejszych atutów. Jakich? Pierwszym i w moim odczuciu w tym przypadku najistotniejszym jest praca w zdecydowanej większości mocy w klasie „A”. Kolejnym jest brak globalnego sprzężenia zwrotnego. Następnym przy oddaniu mocy w tak zwanym piku na poziomie 6 000W przy 0.5 Ohm na kanał, oferta normalnej pracy to 175W/8 Ohm na kanał. I na tych kilku punktach zakończę moją wyliczankę. Powód? Znający się choćby zdawkowo na rzeczy miłośnicy muzyki zrozumieją, iż mamy do czynienia z produktem z wysoko postawioną technologiczną poprzeczką. Jednak zapewniam wszystkich zainteresowanych nieznających meandrów tego typu rozwiązań, nie są to jedyne atuty rzeczonej konstrukcji, bowiem idąc za informacjami producenta założona już podczas procesu projektowania wyjątkowość produktu pod każdym względem od wyglądu, przez jakość wykonania, po bezkompromisowy dźwięk, zmusiła go do wykonania całości przy użyciu spełniających najwyższe standardy specjalnie wyselekcjonowanych podzespołów.

Będąc konsekwentnym w oddaniu pełnego pakietu istotnych dla Was danych na temat Mephisto nie mogę nie odnieść się do akapitu rozbiegowego i wspominanego w nim Antileona. Jak wynika z niedawno opublikowanego testu, młodszy brat grał zjawiskowo, czyli swobodnym, z dobrym timingiem, barwą, masą i pełnym pakietem informacji dźwiękiem. To było bardzo rzadko występujące u mnie zjawisko. I bez znaczenia był fakt posiadania łatwych do wysterowania kolumn, bowiem zazwyczaj mimo wyśmienitych wyników całości prezentacji, konkurencji brakowało kropki nad „i” w domenie basu. Tymczasem Antileon nad wszystkim wydawał się panować bez najmniejszych problemów i grał zjawiskowo w każdym aspekcie. Dlaczego w poprzednim zdaniu mimo świetności opisanych występów padł zwrot „wydawał się”? Otóż jak to zwykle bywa, nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Co to oznacza w przypadku porównywanych końcówek mocy? Otóż gdybym miał obrazowo opisać sposób prezentacji słabszego piecyka, powiedziałbym, iż Antileon przy całej fantastyczności jawił się w moich oczach jak kogucik. Do czego piję? Otóż zawsze szukał okazji, aby mnie do siebie przekonywać. Raz pociągnął trochę dłużej bas, by innym razem z tylko znanych mu powodów mocniej zaświecić w górze pasma. To naturalnie w konsekwencji odbierałem jako fantastyczne artefakty soniczne, ale było to usilne szukanie mojego poklasku, za co zazwyczaj w duchu go chwaliłem, jednak co dla niektórych mogło być powodem do kręcenia nosem. Tymczasem Mephisto pokazał to wszystko w sposób znacznie bardziej wyrafinowany. Bas schodził niżej, przy o dziwo jeszcze lepszej kontroli, średnica okazała się być nieco masywniejsza, ale ze znanych tylko konstruktorom przyczyn bardziej informacyjna, a najwyższe rejestry w przypisany najlepszym konstrukcjom sposób mimo unikania szukania poklasku wyskakującymi z kapelusza ćwierkaniami, dawały pokaz niedoścignionej maestrii w zakresie rozdzielczości i napowietrzenia przekazu. Reasumując grał ciemniej, a przez to bardziej dumnie, jednak znacznie wyraziściej, z lepszą kontrolą, a przez to z większą klasą od młodszego brata. Robił to na tyle zjawiskowo, że mimo niechętnego odkrywania swoich słabych kart jestem w stanie stwierdzić, iż bez najmniejszego problemu obnażał ograniczenia moich kolumn w reprodukcji basu. Jednak nie uwypuklał ich braków – wszystko wypadało fenomenalniej, tylko przy odpowiednim materiale muzycznym wręcz pokazywał palcem, na jakie kompromisy zdecydowali się austriaccy producenci moich ISIS-ów w walce o ich wysoką skuteczność, czyli ustalenie maksymalnego poziomu zejścia kolumn w dolnym zakresie. Ale zapewniam, takiej muzy jest niewiele, dlatego też dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia,

A jak tajemniczy Mephisto wypadał z konkretnymi przykładami muzycznymi? Ów przegląd rozpocznijmy od najnowszego krążka Adama Bałdycha „Sacrum Profanum”. Zwyczajowo dla tego artysty mamy aranżacje jazzowe za to z dużym udziałem kolokwialnie mówiąc świetnie obsługiwanych przez niego skrzypiec. Jednak nie barwa skrzypiec, czy innego instrumentarium z ich bardzo czytelną lokalizacją na scenie były czarnym koniem tego materiału. Otóż dotychczasowe kilkunastokrotne odtworzenia tej płyty, wkomponowany w otwierający tę kompilację utwór wielki bęben pokazywały jako bliżej nieokreśloną feerię pomruków ze znikomym pakietem danych o ich przyczynie. Tymczasem punkt zapalny naszego spotkania przy muzyce nie dość, że pokazał krotność i z jaką częstotliwością bębniarz walił w membranę bębniszcza, to jeszcze przybliżył mi materiał osnuwający pałkę i zjawiskowo pokazał owe ataki pałki na membranę jako w pełni kontrolowane, a przez to ciekawie rozebrane na pojedyncze fale dźwiękowe artefakty. Zapewniam Was, tę prezentację pierwszy raz odebrałem jako muzyczne zjawisko, a nie jako nadającą nagraniu mistyczności perkusyjną przeszkadzajkę. Kolejnym przykładem umiejętności przybliżania słuchacza do absolutu była twórczość znanej z moich tekstów Koreanki Youn Sun Nah z płyty „Lento”. Z tej pozycji również wybiorę pierwszy kawałek, bowiem tak fenomenalnie naszpikowanego informacjami mimiki twarzy i gardła artystki, przy uniknięciu najmniejszego przerysowania ich w odbiorze dotychczas nie udało mi się usłyszeć. Gdy zaistniała taka potrzeba, piękna diva czarowała mnie fenomenalną soczystością każdej frazy, by za moment wyposażonym w najdrobniejszy niuans dźwiękowy, będącym wariacją harfy instrumentem, zostać brutalnie smagniętym wyrazistym szarpnięciem jednej ze z jego strun. To było połączenie wody z ogniem, czyli na przemian otulanie mnie gładkością, soczystością i namacalnością wokalu z ostrą kreską bardzo długo wybrzmiewających w czasie, wyrazistych w domenie krawędzi strunowych alikwot. A to tylko przedbiegi oferowanego przez Duńczyka soundu, gdyż w przeciwieństwie do wielu piecyków konkurencji znakomicie radził sobie również w ciężkiej muzie i elektronice. Nie było znaczenia, czy mierzyłem się z rasowym metalem spod znaku Slayera, czy Metallicy, wszystko podane było na tacy. Nagrania studyjne przy pełnej kontroli i znakomitej czytelności każdego z podzakresów bez najmniejszego problemu potrafiły pokazać wizję realizatora w kwestii wyimaginowanej w jego głowie lokalizacji artystów pomiędzy kolumnami, zaś płyty stricte koncertowe wykorzystując najważniejszy atut opiniowanej końcówki mocy w postaci kreowania bezkresnej głębi z trudem mieściły się w moim, przecież sporym pomieszczeniu. Nie znalazłem płyty, która zabrzmiałaby w inny niż fantastyczny sposób. Podobnie było z muzą elektroniczną, z tą tylko różnicą, że ta z racji generowania sztucznych, często nieosiągalnych dla zwykłego instrumentu niskich poziomów basu, czasem pokazywała wspomniane przeze mnie wcześniej ograniczenia kolumn. Ale i w tym przypadku były to sporadyczne dźwięki, które notabene tak jak wszystkie wyszczególnione w tekście aspekty udowadniały fantastyczność grania wzmocnienia z Danii, a nie braki w jego zejściu. Owszem, sztucznie, czyli przedłużając bas można byłoby coś w tej materii powalczyć, jednak to byłoby ze szkodą dla jego szybkości i rozdzielczości, na co nie mogli pójść tworzący wzorzec dźwięku dla marki duńscy konstruktorzy Mephisto.

Wiem, rozpisałem się na maxa. Ale gdy zderzam się z czymś wyznaczającym dotychczas nieosiągalne standardy, nie mogę inaczej podejść do tematu, jak zdać czytelnikom pełną emocji relację z odsłuchów. Tak tak, pełną emocji, czego ewidentnym dowodem jest wielokrotne używanie superlatyw, a nie pozbawionych głębszych uczuć – bez względu jak to odbierzecie – przymiotników. Czy przedstawiona w powyższych akapitach stereofoniczna końcówka mocy Gryphon Mephisto jest dla każdego melomana? Bez najmniejszych oporów powiem tak. Powód? Na tle Antileona jest do bólu równa, nieco ciemniejsza, ale bardziej rozdzielcza, co czyni ją pewnego rodzaju pewniakiem w praktycznie każdej konfiguracji. Naturalnie zdaję sobie sprawę, iż na tym pułapie cenowym do głosu dochodzą naprawdę drobne niuanse, co w przypadku prób na własnym podwórku może być ewentualnym powodem do decyzji innej niż zakupowa. Ale z pełną odpowiedzialnością zapewniam Was, spędzony z Mephisto czas nie tylko w moim przypadku, ale również w Waszym pozostanie czymś, czego próżno spodziewać się u wielu konkurentów, a sama decyzja zakupu lub rezygnacji będzie pokłosiem oczekiwań nie tylko Waszych, ale również posiadanej układanki, na co Duńczyk nie ma już wpływu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Kiedy recenzowaliśmy Antileona wydawało nam się, że złapaliśmy samego Pana Boga za nogi i śmiało mogę przyznać, że w 100% mieliśmy rację. Rację odnośnie tego, że jedynie nam się wydawało, gdyż po prostu i najzwyczajniej w świecie brakowało nam odpowiedniego punktu odniesienia. Okazało się bowiem, iż pomimo pławienia się w nieraz ekstremalnych odmętach High-Endu, cały czas może nie tyle ślizgaliśmy się po powierzchni, co nie zdawaliśmy sobie sprawy, co tak naprawdę owa referencja powinna znaczyć. Kolejne odsłuchy, wystawy i testy podnosiły poprzeczkę naszych oczekiwań, budowały bazę doświadczeń i poniekąd ugruntowywały naszą wiarygodność (nietrudno przecież popaść w zachwyt nad czymś z pułapu 50 kPLN mając do tej pory doświadczenie jedynie z budżetowymi urządzeniami), jednak cały czas brakowało przysłowiowej kropki nad „i”, czegoś co moglibyśmy jednogłośnie z Jackiem uznać za swoistą referencję i punkt odniesienia dla dalszych eksploracji. Całe szczęście błysk w oku dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, po tym jak skomplementowaliśmy Antileona miał swój ciąg dalszy i tym oto sposobem, po nieco ponad trzech miesiącach, mamy przyjemność zaprezentować Państwu nasze refleksje związane z eksploatacją topowego stereofonicznego wzmacniacza mocy Gryphon Audio Mephisto. Serdecznie zatem zapraszamy na pierwszy polski test tej duńskiej referencji.

Odkąd sięgam pamięcią, przynajmniej jeśli chodzi o elektronikę, zarówno pod wodzą Flemminga Erika Rasmussena, jak i obecnie, Gryphony dostępne były (bodajże jedynie z wyjątkiem Head Amplifiera z 1987r) i są, podobnie jak w swej początkowej fazie produkcji Tin Lizzy w jedynie słusznym kolorze. Wszystkim nieobeznanym w arkanach motoryzacji winien jestem wyjaśnienie, iż przydomek „Tin Lizzie” (blaszana Elżbietka) nosił legendarny Ford T, który zgodnie z mottem Henry’ego Forda „dostępny jest w każdym kolorze, pod warunkiem że będzie to kolor czarny”. I tak też jest z Mephisto, z jednym drobnym wyjątkiem, o czym dosłownie za chwilę.
Niby zwykło się mawiać, że czarny wyszczupla, lecz nie da się ukryć iż korpus tytułowej końcówki mocy jest po prostu monstrualny i jakby się nie starać będzie absorbować uwagę swoją obecnością. Jednak w przeciwieństwie do Antileona tym razem jego konstruktorzy już nie silili się na designerskie smaczki w postaci ozdobnego wieka trafa, czy misternie wkomponowanego we front trapezoidalnego panelu sterowania. O nie, Mephisto to prawdziwa, dzika bestia, która jedynie dziwny zbiegiem okoliczności opuściła laboratorium w Ry, gdzie pełniła pozornie niewdzięczną rolę aparatury badawczej. Jej front, zgodnie z odwieczną tradycją zdobią masywne płaty czernionego akrylu, które tym razem przedzielono pionowym grzebieniem radiatorów a prawdopodobnie dla zachowania firmowej spójności, wzorem Diablo 300, ekran i stosowne sensory umieszczono na poprzecznej masywnej aluminiowej sztabie z precyzyjnie wkomponowanym kolejnym płatem akrylu skrywającym wspomniane interfejsy. Za jedyną wzorniczą ekstrawagancję można uznać biegnący przez środek pokrywy górnej swoisty „wał”, bądź coś na kształt sklepienia tunelu rozdzielającego dwa całkowicie niezależne moduły prawego i lewego kanału. Ściany boczne zastąpiono potężnymi radiatorami, co biorąc pod uwagę oddawaną w czystej klasie A przez 40 wysokoprądowych tranzystorów moc 175W na kanał nie powinno dziwić.
Przechodząc na zaplecze napotykamy wspomniany na wstępie wyjątek od reguły, czyli nie czarny a satynowo – srebrny płat aluminium mieszczący szalenie przydatne przy przenoszeniu i przestawianiu tytułowego, bagatela 108 kg monstrum, uchwyty pomiędzy którymi umieszczono wejścia sygnału XLR i pojedyncze, przepięknie wykonane, masywne zakręcane terminale głośnikowe. Dół „zakrystii” przypadł natomiast dwóm włącznikom głównym z dedykowanymi śluzami bezpieczników i gniazdami zasilania IEC. Całości dopełniają terminale triggera.
Mam cichą nadzieję, iż konieczność użycia dwóch przewodów zasilających nie wprowadziła Państwa w konsternację, gdyż jak już zdążyłem nadmienić w trzewiach Mephisto zaimplementowano dwa całkowicie niezależne, pracujące w klasie A, bez sprzężenia zwrotnego bloki wzmocnienia. W dodatku owe dekoracyjne, biegnące przez środek pokrywy górnej wybrzuszenie nie jest bynajmniej sklepieniem tunelu wspomagającego chłodzenie, lecz schronieniem dla ośmiu głównych kondensatorów o łącznej pojemności 500 000 µF, oraz częściowo potężnych dwóch traf, które podczas spoczynku zadowalają się „zaledwie” 700W pobieranymi z gniazdka. A właśnie. Przed próbami uszczęśliwienia Gryphona jakimiś uzdatniaczem prądu warto, chociażby z przyzwoitości, zerknąć do instrukcji obsługi, gdzie Duńczycy takie działania szczerze odradzają, gdyż ze świecą szukać takowych rozwiązań, które nie limitowałyby dynamiki przy chwilowych poborach mocy rzędu 2650W. Stawiając się jednak na miejscu typowego „Janusza”, który nie dość, że nie czyta, i to nie tylko instrukcji, co czegokolwiek i zawsze wie lepiej, spróbowaliśmy Mephisto wpiąć nie tyle w kondycjoner, co w pozornie transparentną listwę i tak szybko jak go wpinaliśmy, z takim samym entuzjazmem powracaliśmy do zakończonej boxem Furutecha linii poprowadzonej prosto z tablicy.

Skoro niejako mimochodem poruszyłem tematykę dotyczącą walorów sonicznych dzisiejszego gościa, już na samym wstępie czuję się w obowiązku posypać głowę popiołem i dokonać w pełni zrozumiałej samokrytyki. Okazuje się bowiem, że to, co oferował Antileon nie jest celem / absolutem, a jedynie wstępem do tegoż. Bezlitosna apodyktyczność i wydawać by się mogło, że bezdyskusyjna kontrola stanowią jedynie przedsmak do tego, co jest w stanie zaoferować Mepihsto. Antileon dźwięk na swój sposób podkręcał, uatrakcyjniał i dopalał energetycznie, przez co nie da się ukryć przekaz zyskiwał na atrakcyjności. Jednak przesiadka na wyższy model duńskiej amplifikacji dość boleśnie pokazuje, że to wszystko, co wydawało się referencją było jedynie preludium do niej, gdyż prawdziwej referencji po prostu … nie słychać. Tak, tak mili Państwo, Mephisto w torze, w którym się pojawia dokonuje swoistej dematerializacji stając się przysłowiowym „drutem ze wzmocnieniem”. Z jego pomocą z dzieciną łatwością jesteśmy w stanie określić manierę źródła, zastosowanego okablowania, czy też charakter kolumn, a nawet jakość dostępnego w danym momencie prądu, jeśli zaś chodzi o samo wzmocnienie, to poza tym, do czego Gryphon został stworzony trudno przyłapać go na czymkolwiek innym. Wbrew pozorom góra wcale nie jest bardziej rozdzielcza aniżeli być powinna, średnica nie stała się lepiej zrozumiała i komunikatywna, czy też nie przybyło najniższych składowych. Wszystkie owe aspekty cały czas tam były, jednak zniwelowaniu uległ element je limitujący. Bowiem warto uświadomić sobie pewien dość istotny fakt. Otóż zarówno w Hi-Fi, jak i High-Endzie ideą nadrzędną jest dążenie do ideału, którym jest muzyka na żywo, czyli im lepiej – bliżej owemu ideałowi, tym degradacja wprowadzana przez tor audio powinna być mniejsza. I właśnie obecność w torze Mephisto można uznać za … pomijalną.
Okazuje się bowiem, iż pomimo iście absurdalnej mocy 1400 W i pełnej stabilności przy 1Ω obciążeniu Gryphon równie świetnie, co przy awangardowym black metalowym „True North” Borknagar sprawdzał się na minimalistycznych i odartych z wszelakich ozdobników surowych nagraniach w stylu „Tomba sonora” Stemmeklang, czy „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen. To swoisty amalgamat wszystkich znanych ludzkości zalet technik reprodukcyjnych. Mamy bowiem do czynienia z iście triodową holografią przekazu, planarną przestrzennością i tranzystorowo-D-klasowym basem zdecydowanie schodzącym poniżej umownych 20 Hz. Z takim samym pietyzmem oddawane są bowiem niuanse skrzypcowych treli w niewielkiej kaplicy i eteryczne wokalizy w kamiennym grobowcu, co iście zwierzęcy growl przebijający się przez ścianę gitarowych riffów.
Kreowanie przestrzeni przez Gryphona również wymyka się jednoznacznym ocenom, gdyż wprost proporcjonalnie zleży ono od materiału źródłowego a nie samej amplifikacji. Skoro bowiem podczas jednej sesji odsłuchowej jesteśmy w stanie przenosić się pomiędzy Muzeum Emanuela Vigelanda w Oslo a dajmy na to Opactwem Noirlac (gdzie zarejestrowano m.in. „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda), gdzie niby w obu przypadkach mamy do czynienia z kamiennymi ścianami, jednak różnica pomiędzy nimi jest oczywista. W pierwszej sytuacji panujący tamże mrok, rozświetlony jedynie niewielkimi lampkami, daje się niemalże pokroić a w drugiej aż widać drobinki kurzu wirujące w promieniach wpadającego przez wykute w grubych murach okna słońca.
Tak samo koncertowa rejestracja „MTV Unplugged” Kasi Kowalskiej z Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku w sposób całkowicie oczywisty zawierała diametralnie różny materiał dotyczący akustyki wnętrza od „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation z Muziekcentrum Frits Philips w Eindhoven. Tak samo było z nagraniami studyjnymi, gdzie pomimo faktu wykorzystania podobnych technik realizacyjnych każda z ekip korzystała z własnych, wypracowanych rozwiązań i „presetów”. Taka obsesyjna wręcz wierność oryginałowi ma jednak też drugą, niekoniecznie pozytywną stronę medalu. Wystarczy bowiem sięgnąć po dowolną składankę, bądź dość przypadkowo skleconą playlistę by poczuć się jak na kolejce górskiej z lekkimi zawrotami głowy i niestrawnością. Nie wiem, jak Państwo, ale osobiście w tego typu muzycznych „bajaderkach” niespecjalnie gustuję a Mephisto skutecznie do nich mnie po raz kolejny zniechęcił.
Dochodzimy w tym momencie co clue, czyli do tego, o czym wspomniałem już w wcześniej. Otóż Mephisto, będąc aparaturą sensu stricte laboratoryjną miał być z założenia na wskroś transparentny i wzorcowo liniowy, co nie da się ukryć mu się udało. Jednak w „jego brzmieniu” (pojęcie czysto teoretyczne i pomocnicze, skoro właśnie ustaliliśmy, że nijakiej sygnatury nie posiada) próżno szukać kojarzonego z laboratorium osuszenia, czy emocjonalnego wyjałowienia. Dzięki czemu uzyskaliśmy pełen wgląd w nagranie takim, jakim zostało ono stworzone. Tylko tyle i aż tyle.

Gryphon Audio Mephisto jest irracjonalnie wielki, piekielnie ciężki i boleśnie drogi. Jednak nie sposób mieć o to do niego pretensji, gdyż będąc klasą samą dla siebie i niedoścignionym wzorem dla konkurencji po prostu może sobie na to pozwolić. Nie dość, że drzemie w nim pierwotna moc, przez co zdolny jest wysterować praktycznie dowolne, osiągalne na światowych rynkach, konstrukcje głośnikowe, to możemy żywić przekonanie graniczące z pewnością, że efekt finalny jego działalności przekroczy nasze najśmielsze oczekiwania. W dodatku będąc uosobieniem jakże znienawidzonego przez znaczną część populacji ultra High-Endu, gdzie typowe voodoo miesza się ze zwykłą ściemą i pozycjonowaniem li tylko poprzez cenę a nie walory brzmieniowe, wydaje się być urzeczywistnieniem faustowskiej (pojawiającej się również w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa) maksymy, iż „wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni.” Jest bowiem najczystszej krwi absolutem podającym prawdę o naszych ukochanych nagraniach na kruczoczarnej tacy, a że absolutem nazwanym ku czci upadłego anioła … Cóż, najwidoczniej Najwyższy wcale nie ma monopolu na doskonałość.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
Step-up Thrax Trajan
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 238 000 PLN

Dane techniczne
Moc RMS: Czysta klasa A (2 x 175 W/8Ω), 2 x 350 W/4Ω, 2x 700 W/2Ω, 2x 1400 W/1Ω
Moc szczytowa: 6000W przy 0,5 Ω / kanał
Ustawienia prądu podkładu: 3 nastawy prądu podkładu: wysoki, średni i niski lub BIAS automatyczny poprzez układ Green Bias
Odstęp od zakłóceń nieważony w paśmie 20Hz-20kHz: < -80dB
Odstęp od zakłóceń średnio-ważony: < -83dB
Dynamika: 111dB
Poziom zniekształceń (THD+N): < 0,06% przy 50W, < 1% przy 175W / 8Ω
Czułość wejściowa: 1,055V
Wzmocnienie: +31dB
Pasmo przenoszenia: 0-400 kHz
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Impedancja wyjściowa: < 0,025Ω
Wejścia: para pozłacanych gniazd XLR, gniazdo triggera 12V
Wyjścia: 2 pary pozłacanych terminali głośnikowych
Pobór mocy w stanie gotowości: < 1W
Pobór mocy w stanie jałowym: 700W na kanał (bias wysoki), 250W na kanał (bias średni), 100W na kanał (bias niski)
Pobór mocy maksymalny: 2650 W na kanał
Pojemność kondensatorów: 250 000 µF na kanał
Rodzaj wtyczki zasilania: 2 gniazda 15A C13 – po jednym na kanał
Wymiary (S x W x G): 52 x 34 x 71 cm
Waga: 108 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Gryphon Audio

Gryphon Mephisto Stereo
artykuł opublikowany / article published in Polish

Dni coraz krótsze, mrok coraz szybciej rozpoczyna swoje panowanie a u nas właśnie rozgościł się przybyły prosto z Danii … upadły anioł, jeden z siedmiu wielkich książąt piekła i postać, która najdelikatniej rzecz biorąc za światłem nie przepada  – sam Mephisto. Gryphon Mephisto Stereo. Odarty z ochronnej skrzyni dumnie pręży swe kruczoczarne 108 kg cielsko kusząc 175W w klasie A, a jednocześnie budząc respekt dzierżoną w swych krwawych, gryfich pazurach niszczycielską mocą 1400W (przy 1Ω)

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Gryphon Audio

Gryphon Audio Antileon EVO Stereo

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio Antileon EVO Stereo

Opinia 1

Nie sądzę, aby ktoś próbował oponować, gdy postawię tezę, iż będąca naszym punktem zainteresowań, niezwykle wymagająca od towarzyszących komponentów, pochodząca z Danii marka Gryphon Audio, idąc za nazwą jednego z oferowanych modeli, jest swoistym diabłem wcielonym. Dla mnie to oczywistość, jednak obecnych, lub potencjalnych użytkowników pragnę natychmiast uspokoić, bowiem wspomniane określenie w mojej wypowiedzi ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Dlaczego? Otóż nie jest sztuką nabyć łatwy w aplikacji, zazwyczaj soczysty, w pierwszej kolejności stawiający na spokój, czy to lampowy, czy nawet tranzystorowy, milusi w odbiorze produkt. Bez specjalnej, wynikającej z eksploracji ekscytacji zatopić się w owym przyjemnym, jednak na dłuższą metę często nudą dźwięku. Sztuką jest powalczyć o wynik soniczny finalnej konfiguracji, która w pierwszej chwili nawet delikatnie balansując na granicy naszych przyzwyczajeń w stylu zbytniej dosłowności, po niedługim czasie okazuje się gwarantem naszpikowanej zaskakującymi zjawiskowymi alikwotami radości z obcowania z muzyką i brakiem chęci dalszych zmian. Bynajmniej nie neguję pierwszej grupy miłośników muzyki, gdyż sam do niej niegdyś należałem, tylko pokazuję, że są dwa nurty poszukiwań pomysłu na dźwięk w naszych samotniach. Jednak jak to zwykle w życiu bywa, jest jeden mały haczyk, jakim jest świadomość własnych oczekiwań i wiedza, jak dany cel osiągnąć. Jaki przekaz ma powyższy wywód? Bardzo jasny. Otóż postaram się przybliżyć Wam, co czeka potencjalnego zainteresowanego w przypadku wpięcia w swój tor audio, będącej starszym rodzeństwem testowanego na naszych łamach wzmacniacza zintegrowanego Diablo 300, końcówki mocy Gryphon Audio Antileon EVO Stereo, których dystrybucji na naszym rynku podjął się łódzki Audiofast.

Próbując przybliżyć aparycję i tajniki obsługi tytułowej końcówki mocy w kwestii wyglądu nie mogę użyć innego przymiotnika jak odważny. Przesadzam? Bynajmniej. Nasza bohaterka wymyka się bowiem jakimkolwiek normom i standardom. Charakteryzuje ją na tyle wyrazisty design, że pokusiłbym się o stwierdzenie, iż można założyć wystąpienie przypadków, gdy w momencie podejmowania decyzji zakupu nabywca Antileona będzie miał problemy z oswojeniem się z jego mocno agresywnym , jednak w moim odczuciu nadającym mu wyrazistości, wyglądem. Tak tak, użyte we wstępniaku określenie marki jako diabła w tym przypadku pasuje idealnie. Patrząc nań do frontu mamy do czynienia z dwoma okalającymi go od zewnątrz grubymi płatami czernionego akrylu, a w jego centrum na tle przedzielonych przyozdobionym pionowymi frezami półwalcem wąskich płaszczyzn znajdziemy nadbudowaną na nim wariację zaokrąglonego na krawędziach trapezu z kilkoma skrytymi pod czarnym akrylowym filtrem kolorowymi piktogramami i tuż pod nimi podświetlanymi przyciskami funkcyjnymi. Ale zaznaczam, to nie są delikatne akcenty, tylko solidne bryły, które z resztą obudowy okazują się być bardzo spójnym, a po dłuższym obcowaniu z urządzeniem, niezwykle ciekawym pomysłem wzorniczym. Co mam na myśli pisząc o spójności z kolejnymi akcentami obudowy? Otóż patrząc na naszą końcówkę z lotu ptaka pierwszym co rzuca się w oczy, są monstrualnie użebrowane radiatory, które z racji oddawania dużych mocy (150W/8 Ω) w czystej klasie „A” całkowicie zastąpiły konwencjonalne ściany boczne. Ale, ale. To nie koniec fajerwerków, bowiem płaszczyzna pomiędzy owymi wymiennikami ciepła jest jeszcze ciekawsza, gdyż oprócz zajmującej sporą część ażurowej perforacji, znajdziemy mówiąc żartobliwie swoiste lądowisko dla dronów, czyli ni mniej nie więcej, tylko ozdobione logiem marki miejsce schronienia pary 1500 W transformatorów. Jeśli chodzi o temat awersu, ten nieco ułatwiając proces logistyki na bokach uzbrojono w dwa uchwyty i pomiędzy nimi, z racji osobnego zasilania każdej z sekcji wzmacniania sygnału (dual mono z transformatorami włącznie) dwa gniazda zasilania IEC, tuż obok nich niezbędne włączniki główne, przepiękne, acz tylko pojedyncze terminale kolumnowe i wejścia analogowe w standardzie XLR. Tak fantastycznie prezentującego się Gryphona Antileon EVO Stereo posadowiono na czterech dźwigających 85 kilogramów, okrągłych stopach i dla celów transportowych spakowano w solidną drewnianą skrzynię.

Jak wspominałem w poprzednim akapicie, w przypadku Antileona EVO Stereo mamy do czynienia z piecem stawiającym na czystą klasę „A”. Co ważne, konstruktorzy w tej kwestii poszli tak daleko, że podobnie do najlepszych konstrukcji lampowych zaproponowali użytkownikowi wybór prądu podkładu dla tranzystorów mocy – tak zwany BIAS (niski, średni i wysoki). Naturalnie, w zależności od wyboru trybu pracy wzmacniacza, niesie to ze sobą następstwa natury energetycznej, jednak z racji skazanej na porażkę konfrontacji kosztów zakupu rzeczonego pieca z wydatkami na prąd na poziomie kilkudziesięciu złotych więcej miesięcznie w moim odczuciu owa propozycja ma całkowicie inny, aniżeli pozory szukania oszczędności, cel. Jaki? Otóż w odpowiedzi na wykorzystanie danego BIAS-u dźwięk dość pozytywnie ewoluuje. To naturalnie nie są zmiany typu dzień i noc, tylko idąc od najniższego podkładu ku górze doznajemy lekkiego otwarcia się, a co za tym idzie przyspieszenia, a także zebrania w sobie w domenie konturu, słyszanego dźwięku. Czyli w standardzie zyskujemy dodatkowe trzy opcje kreowania końcowego wyniku sonicznego naszego muzycznego konglomeratu. Zbędna rzecz? Zapewniam, że nie. Dlaczego? To proste. Nawet jeśli będąc purystycznymi audiofilami na co dzień nie będziecie z tego korzystać, w momencie pewnego rodzaju znudzenia posiadanym dźwiękiem możecie go z łatwością przemodelować. Skorzystacie, dobrze, nie skorzystacie drugie dobrze. Ważne, że jest i nie degraduje dźwięku. Od zawsze idąc drogą bez najmniejszych kompromisów – obecne źródło razem z zegarami zewnętrznymi składa się z czterech kostek, podczas testu korzystałem z maximum oferowanej jakości brzmienia Antileona. Co z tego wynikło? Nie uwierzycie, gdyż ten uważany za bezdusznego, bo stawiającego na przejrzystość i szybkość ponad wszystko diabeł, pokazał dobitnie, na czym polega fenomenalne zaaplikowana klasa „A”. Ale nie uważana za piękną z racji wprowadzania niedoścignionej dla większości konstrukcji tak zwanej „eufonii” budowanego pomiędzy kolumnami spektaklu, tylko oprócz fantastycznego kreowania sceny 3D tchnienia w każdy aspekt dźwięku od górnego, przez środkowy, po najniższy rejestr odpowiedniego dla odtwarzanej muzyki ładunku energii. Po prostu każdy podzakres zaczął tętnić dotychczas niespotykanym nawet podczas wykorzystania mocnych pieców innych marek życiem, uwalniając w każdej częstotliwości efekt na kształt znacznie silniejszego pulsu. Ale nie uśredniającego przekaz bulgotu, tylko pozwalającej wybrzmieć z większym wolumenem eksplozji każdej nucie. A co najciekawsze, przy takim postawieniu sprawy, Gryphon nie zapomniał o najważniejszej swojej cesze, jaką jest bezkompromisowa rozdzielczość, sprawiając, że obok zjawiskowego pulsu muzyki w pakiecie zyskałem świetne oddanie czerni tła i witalności wirtualnej sceny. Dźwięk z moich kolumn nadal był dość ciemny – taki jak lubię, jednak biorąc wszystko co najlepsze z wymienionych cech wzmacniacza zyskał na energii tak basu, jak i środka, mogąc pochwalić się przy tym nie tylko zjawiskowym rysowaniem ostrych krawędzi źródeł pozornych, ale również dzięki pozbawionemu zniekształceń sygnałowi, zaprosił muzyków do mojego pokoju. Jednak nie w odczuciu przybliżenia kreowanej sceny do miejsca odsłuchu – ta bez powiększania instrumentów, idąc w sukurs wymienianym przed momentem pozytywnym odczuciom, zyskała na rozmachu w zakresie szerokości i głębokości, tylko oczekiwanej od zawsze ich namacalności, czyli ciężkiego do zrealizowania dla sporej grupy konkurencji trzeciego wymiaru wydarzeń muzycznych. Niemożliwe? Mówiąc szczerze, do momentu wpięcia w tor Antileona też tak myślałem. A że od jakiegoś czasu postanowiłem nigdy nie mówić nigdy, teraz nie muszę niczego odszczekiwać, tylko z przyjemnością przelewam doznania na klawiaturę. Jak wszystkie wypisane plusy wypadły podczas zderzenia z materiałem muzycznym? Nie będę jednak opisywać konkretnych płyt z osobna, z czego bez dwóch zdań wyszłaby niebezpieczna dla mojej reputacji laurka, lecz skreślę jedno, ale nie zwięzłe – mogłoby nie zawrzeć niezbędnych informacji, tylko wielokrotnie złożone zdanie. Otóż począwszy od słuchanej przeze mnie stosunkowo rzadko muzyki elektronicznej, w której główny akcent położony jest na najniższe, powodujące arytmię serca siedzącej piętro wyżej mojej żony, oddające energię zbliżoną do trzęsień ziemi rejestry, przez wywołującą ciarki na plecach „Lamentującą Nimfę” Claudio Monteverdiego w wykonaniu solistki zespołu Jordi Savalla średnicę, po zjawiskowo świecące, ale nie kłujące w ucho i nawet w najmniejszym stopniu nie męczące, bo pozbawione zniekształceń wysokie tony, wszystko było tak jak wcześniej, tylko lepiej. Co to znaczy? Sam nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale od dawna na co dzień mając odbierany przeze mnie jako bardzo dobry dźwięk, od jakiegoś czasu drobnymi zmianami w systemie starałem się kroczyć drogą, którą podczas testu w dużej mierze pokazał mi Duński piec. Dlatego padło stwierdzenie „to samo tylko lepiej”. Żadnego drugiego dna. Co z tą opinią zrobicie, zależeć będzie od Was. Ja tylko zdałem relację jak na spowiedzi i bez naciągania faktów podpisuję się pod tym tekstem obydwoma rękami.

Szczerze powiedziawszy, w najbardziej optymistycznych snach nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy podczas testu Antileona Evo Stereo w moim zestawie. Powód? Test mniejszego brata – Diablo 300 niósł ze sobą pakiet niewiedzy, w którą stronę pójdzie druga od góry końcówka mocy. W duchu bałem się, że po aplikacji „Antka” w mój tor jeszcze mocniej niż z diabłem zbierze w sobie bas i co ma często miejsce odchudzi średnicę, przy okazji podkreślając mogącą wówczas zamęczyć mnie otwartość wysokich tonów. Już wówczas było na granicy przyjemnego przyswajania muzyki. Żywo, szybko, otwarcie, ale mimo hołdowania gęstemu graniu jeszcze bardzo ciekawie. Tymczasem postawiona w Antileonie na pierwszym miejscu specyfika obróbki sygnału audio w klasie „A”, z jednej strony znacznie podciągnęła aspekty brzmienia Diablo, ale z drugiej za sprawą magii niestety bardzo stratnej w swej pracy klasie dźwięku napełniła poszczególne zakresy częstotliwości dawką energii, gęstości i co ważne zapewniła muzyce odpowiednią szybkość narastania. Czy to końcówka dla wszystkich? Ręki w zastaw nie oddam, ale jeśli Waszym celem nie jest zbliżanie jakości uzyskanej w domu fonii do krzykliwości powodującej pękanie szkliwa na zębach, tudzież uzyskania efektu latających w pokoju żyletek, nie widzę przeciwskazań w podejściu testowym żadnego z potencjalnych zainteresowanych. To jest rasowy przedstawiciel ekstremalnego High Endu i jedyne co może zaważyć na końcowym wyniku, to niezgrywający się z soniczną ofertą Gryphona mocny rys posiadanego zestawu. Wówczas może okazać się, że zwyczajnie im nie po drodze. Ale i w takim przypadku mam pewną napawającą optymizmem informację. Zobaczcie z jak gęstym zestawem Antileon zderzył się podczas testu, a mimo to bez najmniejszego problemu wyszedł z tego z tarczą. Lepszej rekomendacji nie widzę.

Jacek Pazio

Opinia 2

Podobnie jak w obrębie wierzeń, przesądów, mitologii i baśni od zarania dziejów pojawiały się mityczne postaci i stworzenia o dość pogmatwanej proweniencji, tak i w audio części producentów, dzięki legendarnym wręcz urządzeniom, udało się zyskać status kultowych. Takie swoiste wyznaczniki nieosiągalnych dla zwykłych śmiertelników przejawów absolutu na tyle głęboko wrosły w naszą audiofilską rzeczywistość, że nawet jednostki, którym nie dane było dostąpić zaszczytu choćby rzucenia okiem i uchem na owe Święte Grale, niejako podświadomie nie tylko z nimi porównują inne – konkurencyjne rozwiązania, co do owych ideałów uparcie dążą. Do tegoż, niezwykle hermetycznego, grona z pewnością można zaliczyć duńskiego Gryphona, który dziwnym zbiegiem okoliczności niejako z automatu był, jest i mam cichą nadzieję, jeszcze długo będzie, umieszczał w panteonie gwiazd praktycznie wszystkie wprowadzane na rynek urządzenia.
W dodatku warto wspomnieć, iż to właśnie Gryphon, za sterami którego stał niezwykle charyzmatyczny Flemming E. Rasmussen, odważył się jako pierwszy ultra-highendowy gracz zaprezentować światu tzw. superintegrę – Diablo, której aktualną inkarnację oznaczoną symbolem 300 ponad trzy lata temu mieliśmy szaloną przyjemność testować. I to właśnie Diablo 300 był w moim przypadku swoistym triggerem pozwalającym na metaforycznie uwolnienie się od „piętna” Antileona. Tak, tak mili Państwo – piętna, bowiem dziwnym zrządzeniem losu od blisko dwóch dekad ilekroć nadarzała się okazja kontaktu z tytułową duńską marką każdorazowo sercem prezentowanego systemu był owy Antileon a porównywanie z nim czegokolwiek zlokalizowanego poniżej jego pozycji kończyło się zazwyczaj wzruszeniem ramion. Nie da się jednak ukryć, iż wspomnienia mają to do siebie, że wraz z upływem czasu ulegają podświadomym podkolorowaniom i zabiegom upiększającym. Dlatego też zasadnym wydaje się możliwie regularnie weryfikować owe zachowane w pamięci artefakty z nieraz wcale nie taką różową rzeczywistością i właśnie z tego powodu, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, mogliśmy ową weryfikację przeprowadzić we własnych ośmiu (OPOS jest oktagonem) kątach. Panie i Panowie oto Gryphon Audio Antileon EVO Stereo.

Duńczycy od lat przyzwyczaili nas do tego, że ich urządzenia mają szatę wzorniczą na widok której nawet czarne serce Lorda Vadera zatrzepotałoby niczym u pryszczatego podlotka. To nad wyraz charakterystyczne – bezsprzecznie drapieżne połączenie kruczoczarnego akrylu i szczotkowanego, anodowanego aluminium. Zamiast jednak jednolitych tafli i spokojnych przebiegów Gryphon stawia na swoistego rodzaju instalacje przestrzenne, w których masywne 40 mm bloki akrylu przeplatają się z industrialnymi aluminiowymi profilami i szczerzącymi zęby monstrualnymi radiatorami. I tak, patrząc na front, który pomimo najszczerszych chęci trudno nazwać ścianą, mamy wychylające się poza obręb płatów akrylu radiatory i centralnie umieszczoną, wystającą nieco poza bryłę końcówki, wyspę z wyświetlaczem, podświetlonym na czerwono logotypem i sześcioma niewielkimi przyciskami. Płytę górną zdobi kolejne firmowe logo umieszczone na „talerzu” imitującym pokrywę transformatora i gęsta perforacja zapewniająca cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy. Ścian bocznych de facto nie ma, gdyż ich miejsce zajęły potężne grzebienie radiatorów, które choć niewątpliwie atrakcyjne wizualnie, pełnią głównie rolę funkcjonalną – odprowadzają generowane przez przymocowane do nich … 80 (na kanał!!!) tranzystorów ciepło. A jest go naprawdę sporo, gdyż warto mieć świadomość iż Gryphon na wszelakiej maści przejawy ekologii i oszczędności w audio (klasa D, zasilacze impulsowe itp.) patrzy podobnie jak miłośnik klasycznych muscle carów na jednolitrowe, trzycylindrowe popierdółki udające samochody. Znaczy się z obrzydzeniem. Mamy zatem do czynienia z prawdziwą A-klasową, całkowicie zbalansowaną końcówką mocy do zasilania której potrzebować będziemy nie jednego a dwóch przewodów zasilających (my zdecydowaliśmy się na parkę Furutechów NanoFlux-NCF). I tym oto sposobem znaleźliśmy się na zapleczu, gdzie pomimo blisko 60 cm (dokładnie 57) szerokości miejsca wcale nie jest tak wiele. Wynika to z faktu, iż prawie połowę powierzchni zajmują radiatory a swoje trzy grosze dorzucają konieczne przy 84 kg wagi uchwyty. Dlatego też na ścianie tylnej znajdziemy jedynie parę wejść XLR, pojedyncze, acz szalenie masywne i wygodne, terminale głośnikowe, dwa włączniki główne i takiż sam zestaw gniazd zasilających IEC wraz z odpowiadającym im dekielkami bezpieczników. Całość dopełnia terminal Green Bias (dedykowany przedwzmacniaczom Gryphona wyposażonymi w taki sam układ) i wejście triggera.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to trudno nie zauważyć dwóch solidnie odizolowanych od obudowy i oczywiście szczelnie ekranowanych 1500W transformatorów toroidalnych, współpracujących z baterią kondensatorów o imponującej pojemności 670 000 µF. Stopień wejściowy oparto na podwójnych J-FETach a o stopniu wyjściowym już wspominałem, więc jedynie nadmienię, że wewnątrz połączeń kablowych jest jak na lekarstwo i tak po prawdzie widać je jedynie przy kondensatorach i terminalach sygnałowych. No i jeszcze jedno – moc. Otóż Antileon EVO zdolny jest oddać w klasie A pierwsze 150W. A czemu piszę, że pierwsze? Ponieważ jego moc wraz ze spadkiem impedancji sukcesywnie rośnie osiągając 1 200 W przy 1 Ω i … 5 000 W/0,25 Ω. Jeśli zatem komuś przyjdzie do głowy zamiast głośników użyć stołów bilardowych, to proszę bardzo.
Z drobiazgów natury użytkowej pozwolę sobie jedynie zwrócić uwagę na dwa detale. Pierwszy dotyczący terminali głośnikowych zlokalizowanych bezpośrednio nad gniazdami zasilającymi i przy sztywnych, zakończonych widłami przewodach głośnikowych, oraz odpowiednio masywnych zasilających, trzeba będzie się nieco nagimnastykować, żeby ów kablowy galimatias ogarnąć. I drugi, wynikający z zastosowania czarnego akrylu, który pyli się i palcuje niemalże od samego patrzenia, więc przejawiający objawy nerwicy natręctw miłośnicy sterylnej czystości powinni zapobiegliwie wcześniej zaopatrzyć się w klimatyzację z zaawansowaną filtracją przeciwpyłową, bądź mając poważą wadę wzroku tuż przed odsłuchem po prostu zdejmować okulary.

Pół żartem, pół serio przechodząc do opisu walorów sonicznych Antileona śmiało można stwierdzić, iż są one pochodną widocznego na pokrywie jego transformatorów i frontu logotypu. Zgodnie bowiem z obowiązującą symboliką gryfom, czyli nad wyraz charakterystycznym stworom – lwom z orlimi skrzydłami (i czasami oślimi uszami) przypisywano takie cechy jak szybkość (orzeł), siłę (lew) i czujność (ośle uszy) a jeśli chodzi o te mniej pozytywne, to również wspominano czasem o zachłanności. Czyli wszystko pasuje jak ulał. Mamy bowiem do czynienia z niepodrabialnym mixem pierwotnej i dzikiej potęgi oraz niszczycielskiej mocy z piekielną wręcz zwinnością. Śmiem wręcz twierdzić, iż nie jest to krzyżówka lwa z orłem, lecz trzynastotonowego rekina wielorybiego z wygłodniałą piranią. Jeśli zaś chodzi o wspomnianą zachłanność, to chyba 5 kW maksymalnego zapotrzebowania na prąd inaczej zinterpretować się nie da. W dodatku wypadałoby choćby słowem wspomnieć o pierwiastku nie tyle kobiecości, co kameleona, gdy w zależności od wybranego ustawienia biasu charakter brzmienia końcówki dość zauważalnie się zmienia, więc żonglując pomiędzy L, M i H spokojnie jesteśmy w stanie dopasować sposób prezentacji tak do repertuaru, jak i własnych oczekiwań. Operujemy bowiem w zakresie od estetyki niemalże lampowego wysycenia i karmelowej lepkości (Bias H – 100% klasa A) po noszącą znamiona wyczynowości koncertową, prawdziwą jazdę bez trzymanki na pełnej mocy (L – dostępna pełna moc w klasie AB). Oczywiście osoby niezdecydowane, przynajmniej na początku znajomości ze skrzydlatym lwem, spokojnie mogą dozować sobie doznania w uniwersalnym trybie M udostępniającym pierwsze 50 W w klasie A, a pozostałe (ze 175 W) już w AB. Czyli, przynajmniej teoretycznie, do „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena wystarczy tryb H lub nawet M a do wielkiej symfoniki w stylu „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy i porządnego łojenia („Lateralus” TOOL) lepiej do końca otworzyć przepustnicę i wybrać L? Niby tak, jednak nie zaszkodzi pójść nieco pod prąd i spróbować wybrać jeden tryb, kombinowanie i przełączanie ograniczając do minimum. Przykładowo może się okazać, że zamiast pierwotnej mocy zdecydowanie bliżej nam do swoistej krainy może nie tyle łagodności co … organiczności i uzależniającego od pierwszej „działki” wszechobecnego, na wskroś analogowego spokoju. To taka swoista (smocza?) pewność siebie, że nic się nie musi a co najwyżej można i nic nikomu udowadniać nie trzeba. A czemu dosłownie chwilę temu przemyciłem w powyższych peanach „analogowość”? Cóż, nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach stosunkowo łato i przy tym tanio można osiągnąć imponujące moce. Ot dowolny układ Ice-Power, czy Hypexa, firmowy, bądź jakikolwiek inny, moduł zasilający (najlepiej impulsowy) i voilà – mamy przysłowiową „spawarkę”. Niestety to, co na papierze wygląda świetnie w rzeczywistości wypada co najwyżej po japońsku, czyli „jako-tako” i o ile na pułapie Hi-Fi jeszcze ma szansę się obronić, o tyle nawet nie tyle wkraczając, co zbliżając się do terytorium High-Endu, staje się przysłowiowym chłopcem do bicia i workiem treningowym dla graczy w stylu Gryphona. Chodzi bowiem o to, że nie sztuką jest ową dużą moc uzyskać, lecz warto pamiętać jeszcze by nią właściwie operować i przy okazji nie zapomnieć o takim „drobiazgu” jak wydajność prądowa. I właśnie od owej wydajności prądowej tak naprawdę zależy finalne brzmienie a nie od napięcia. A Antileon, jak i jego pozostałe rodzeństwo, jest wzmacniaczem wybitnie wysokoprądowym. Generuje zatem dźwięk nie tylko duży i dynamiczny, ale również świetnie zdefiniowany i wielowarstwowy. To nie jest wydmuszka, kinowe dekoracje, gdzie za imponującą fasadą są tylko ażurowe rusztowania, lecz solidna konstrukcja zdolna wytrzymać niejedną nawałnicę, czy trzęsienie ziemi.
A właśnie skoro o następstwach ruchów tektonicznych mowa, nie mogłem odmówić sobie przyjemności przesłuchania na Antileonie pełniącego w naszej redakcji dość niewdzięczną rolę KaOwca (tym razem nie oznacza to od skrótowca KO czyli instruktora kulturalno-oświatowego, lecz nokaut – ang. knockout, KO ) albumu „Khmer” Nilsa Pettera Molværa. Jest to bowiem niezwykle wymagające połączenie naturalnego instrumentarium – m.in. dęciaków, z syntetycznymi, zapuszczającymi się do najgłębszych lochów Hadesu, iście infradźwiękowymi wstawkami, które mówiąc delikatnie potrafią rozłożyć spore grono utytułowanych konstrukcji na łopatki. Co ciekawe większość delikwentów bądź rzuca ręcznik na ring, bądź rozpaczliwie udaje, że poniżej pewnych częstotliwości nic a nic tam nie ma, już w okolicach czwartej minuty utworu „Tlon”. Tymczasem tytułowy Gryphon ową morderczą „ścieżkę zdrowia” potraktował niczym leniwy niedzielny spacer z babcią po Łazienkach Królewskich. Zero jakiejkolwiek nerwowości, prężenia muskułów i chęci zwrócenia na siebie uwagi. Oczywiście dotyczy to grania w czystej klasie A, bo przesiadka na tryb L nieco podnosi poziom adrenaliny szczerząc co jakiś czas śnieżnobiały uśmiech wynikający ze świadomości o własnej zajebistości. Bas schodząc niesamowicie nisko cały czas pozostawał w pełni kontrolowany i zachowywał zarówno swoje świetnie zdefiniowane kontury, jak i fakturę. Był przy tym przyjemnie ciemny, odpowiednio mroczny i całkowicie pozbawiony suchości, przez co stanowił oczywiste rozwinięcie podobnie atrakcyjnej i wysyconej średnicy a zarazem idealnie równoważył odważną i otwartą górę. Drut ze wzmocnieniem? Nie tym razem – Gryphona w torze słychać i co ciekawe nie sposób mieć do niego o to pretensję, gdyż tak po prawdzie to nie jego a nasza wina, że akurat wybraliśmy taki a nie inny tryb pracy. W dodatku bardzo szybko przyjdzie nam zmierzyć się ze świadomością, że wynikający z konkretnej nastawy charakter prezentacji Antileona nie jest jego manierą, czy sygnaturą a jedynie odzwierciedleniem naszych indywidualnych preferencji i nieraz głęboko skrywanej próżności. Ot słyszymy to, co tak naprawdę chcemy usłyszeć – taki audiofilski odpowiednik „lustereczko powiedz przecie …”. I nie jest to bynajmniej zarzut a jedynie stwierdzenie empirycznie doświadczonego faktu. Dlatego też im szybciej przejdziemy nad nim do porządku dziennego, tym lepiej, dzięki czemu zamiast szukać dziury w całym będziemy mogli bez zbędnych wyrzutów sumienia cieszyć się fenomenalnym i niejako uszytym dla nas na miarę dźwiękiem.
A czy Antileon EVO ma jakieś własne preferencje i upodobania? Szczerze powiem, że po blisko miesięcznym użytkowaniu niczego takiego nie zauważyłem. Oczywiście dla ortodoksyjnych miłośników SET-ów opartych o lampy 300B i 2A3 tytułowy Duńczyk wszystko robi nie tak, jednak podchodząc do tematu zdroworozsądkowo, nie sposób przypiąć mu jakiejkolwiek łatki. Chociaż … no dobrze. Na upartego można uznać, że tytułowa końcówka jednak nieco czaruje i sprawia, że reprodukowane przez nią dźwięki nie dość, że nieco szybciej ewoluują do postaci finalnej zwanej muzyką, jak i stają się nieco bardziej atrakcyjne aniżeli ma to miejsce w rzeczywistości. Ma to jednak swoje dobre strony, gdyż nawet tak wycyzelowane, dopieszczone a przez to niestety nieco zbyt sterylne nagania jak np. „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolella zyskują na … normalności. Normalności a nie realizmie? Dokładnie tak, gdyż jak to w przypadku większości audiofilskich krążków bywa cierpią one na swoisty nadrealizm objawiający się czymś na miarę gombrowiczowskiego gwałtu przez uszy. Gryphon w tym momencie ściąga wodze i ową zbytnią poufałość ze słuchaczem, z pakowaniem języka do ucha włącznie, doprowadza właśnie do stanu normalności. Czyli sytuacji, gdy wreszcie wyciągamy głowę z pudła gitary i zasiadamy na widowni.
Z kolei komercyjne pozycje w stylu „Trav’lin’ Light” Queen Latifah są delikatnie podkręcane. Wokal staje się bardziej sexy, bardziej intymny, zmysłowy a obecne w tle instrumentarium dostaje niejako w prezencie dodatkowe oświetlenie i mikrofony. Nie oznacza to jednak, że dalsze plany są przybliżane, a tym samym scena ulega spłyceniu. O nie. Tym razem mamy do czynienia z zupełnie odwrotnym efektem. Chodzi bowiem o poprawę rozdzielczości dalszych planów, a co za tym idzie lepszy w nie wgląd, przy jednoczesnym uatrakcyjnieniu wydarzeń pierwszoplanowych. Czy jest neutralnie? Raczej … naturalnie i organicznie, przez co zamiast każdorazowo walczyć z materią i „prawdą nagrania” otrzymujemy dźwięk na wskroś luksusowy i wysublimowany, w którym nie pozostaje nam nic innego jak tylko się zanurzyć i dać się ukołysać, bądź porwać i skotłować, gdy z głośników zamiast zmysłowej wokalistki i swingującego ensemble’u zacznie się na nas wydzierać Nergal ze swoją ferajną prezentując z pełną brutalnością walory brzmieniowe „I Loved You at Your Darkest”.

No i stało się. Demony przeszłości powróciły ze zdwojoną intensywnością i po raz kolejny wypaliły żywym ogniem swoje krwawe piętno na mojej psychice. Nie da się bowiem obok ostatniej inkarnacji Gryphona Antileon EVO Stereo przejść obojętnie i nie da się zapomnieć jego bezwzględnej dominacji nad torem audio w którym przyjdzie mu grać. Dlatego też na wszystko proszę Państwa, że jeśli tylko nie planujecie zmian w posiadanych zestawach i przy okazji nie dysponujecie stosowną kwotą lepiej nawet nie zbliżajcie się do Antileona. Po co popadać w audiofilską odmianę traumy, nad wyraz boleśnie uświadamiając sobie, że przeważająca większość konkurencji tytułowego Duńczyka gra bez emocji i dynamiki. To jednak nie koniec złych wiadomości. Wiecie czemu? Bo przecież Antileon nie jest wcale ostatnim słowem ekipy Gryphona i tuż za horyzontem, ze stoickim spokojem, cały czas czeka upadły anioł … Mephisto.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS VIVALDI DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
Step-up Thrax Trajan
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 153 380 PLN

Dane techniczne:
Moc RMS: Czysta klasa A 2 x 150 W, 2 x 175 W/8 Ω, 2 x 1 200 W/1 Ω, 2 x 5 000 W/0,25 Ω
Moc szczytowa: 5 000 W
Ustawienia prądu podkładu: 3 nastawy prądu podkładu: wysoki, średni i niski lub BIAS automatyczny poprzez układ Green Bias
Odstęp od zakłóceń nieważony w paśmie 20Hz-20kHz: < -78dB
Odstęp od zakłóceń średnio-ważony: < -81dB
Dynamika: 111 dB
Poziom zniekształceń (THD+N): < 0,06% przy 50 W, < 1% przy 150 W / 8 Ω
Czułość wejściowa: 0,975 V
Wzmocnienie: +31dB
Pasmo przenoszenia: 0 – 350 kHz
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Impedancja wyjściowa: <0,04 Ω
Wejścia: 1 x pozłacane gniazdo XLR, gniazdo triggera 12V
Wyjścia: 2 pary pozłacanych terminali głośnikowych
Pobór mocy w stanie gotowości: < 0,5 W
Pobór mocy w stanie jałowym: 500 W na kanał (bias wysoki), 175 W na kanał (bias średni), 75 W na kanał (bias niski)
Pobór mocy maksymalny: 2 500 W na kanał
Pojemność kondensatorów: 670 000 µF
Rodzaj wtyczki zasilania: 2 x 15A C15/C13
Wymiary (S x W x G): 57 x 26 x 60 cm
Waga: 84 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Gryphon Audio

Gryphon Audio Antileon EVO Stereo
artykuł opublikowany / article published in Polish

No i się doigraliśmy, czyli jak się kończą ambicje odsłuchiwania high-endowych końcówek mocy … Krótko mówiąc lada moment, czyli jak tylko zmienimy taryfę u dostawcy energii elektrycznej,  zaczniemy szukać dobrego kręgarza, jednak na razie nie możemy wyjść z podziwu co potrafi ten duński potwór. Panie i Panowie oto Gryphon Audio Antileon EVO Stereo w pełnej krasie.

cdn. …