Opinia 1
Po latach przyjemnych w odbiorze zmagań z elektroniką duńskiej marki Gryphon Audio Design nieukrywaną satysfakcją mogę powiedzieć, iż w temacie opiniowania sekcji wzmocnienia spod tego znaku towarowego dzisiejszym spotkaniem właśnie dobiliśmy do przysłowiowej mety. Co prawda, będąc całkowicie szczerym, nie mieliśmy u siebie jeszcze najsłabszej integry Diablo 120, ale nie sądzę by w tym temacie była jakaś większa presja ze strony dystrybutora, dlatego miło mi poinformować, że tym optymistycznym akcentem wieńczymy serię spotkań z tym działem skandynawskiego brandu. Co zawitało w nasze progi? Co prawda już kilka lat temu mające swoją oficjalną premierę, ale o dla mnie najistotniejsze, że najnowsze dziecko będącej pod opieką łódzkiego Audiofastu stajni Gryphon Audio Design w postaci stereofonicznej końcówki mocy Essence. Spośród tego rodzaju konstrukcji najbardziej kompaktowej, oczywiście z tego powodu dysponującej najmniejszym zapasem mocy, ale nadal oprócz klasy AB, podobnie do starszych braci oferującej także spory poziom energii oddawanej w czystej klasie A. Jak wypadła na tle całej gamy tego typu produktów? Naturalnie po odpowiedź na wszystkie potencjalne pytania w tej materii zapraszam do lektury dalszej części tekstu.
Rozpoczynając opis budowy naszego punktu zapalnego spotkania jestem winny sprostowania określenia końcówki mocy jako kompaktowej. Mianowicie chodzi o to, że owszem, na tle reszty rodziny jest kompaktowa, jednak, aby bez problemu oddać 50W/8Ohm w klasie A i nie ugotować układów w trzewiach, na tle konkurencji jest całkiem pokaźna gabarytowo. Wysoka, dość głęboka i szeroka, dzięki czemu mimo oddawania sporej ilości ciepła podczas pracy nie nagrzewa się do nieprzyjemnych poziomów temperatury. Naturalnie, aby sprostać zadaniu grawitacyjnego chłodzenia, cała obudowa Essence’a wykonana została z grubych płatów aluminium oraz zaopatrzona na bokach w wielkie, designersko wykończone radiatory. Ogólnie każdy aspekt dotyczący obudowy jest efektem znakomitej pracy sekcji zajmującej się wyglądem konstrukcji, gdyż oprócz przywołanych bocznych radiatorów, także górna pokrywa może pochwalić się zabiegami zdobniczymi od ciekawego rozmieszczenia poprzecznie zorientowanych otworów wentylacyjnych począwszy, przez szczotkowanie powierzchni, na wygrawerowaniu nietuzinkowego logo skończywszy. A i to nie wszystko, gdyż w duchu utrzymania fajnego wyglądu idzie także strojny awers. Chodzi o wystający nieco przed główną jego połać, wykonany z czernionego szkła motyw trójkąta oraz wkomponowana poprzecznie w jego dolnej części, wąska, ale przyjemnie dla oka dość szeroka świetlna listwa sygnalizująca tryb pracy końcówki A lub AB. Oczywiście podobne podejście zobaczymy na tylnym panelu, gdzie oprócz szczotkowania powierzchni i niezbędnego wentylowania wnętrza poprzecznymi otworami znajdziemy bajecznie piękne terminale kolumnowe. Oczywiście z racji bycia jedynie ostatnim ogniwem sekcji wzmocnienia na plecach umieszczono jedynie typowe dla końcówek Gryphona wejście analogowe w wersji XLR, zacisk masy, gniazdo bezpiecznika, dla wielu w przypadku poszukiwań docelowego kabla prądowego mogące mieć spore znaczenie in minus gniazdo zasilania 20A oraz dwa bananowe wyjścia łączące wzmacniacz z przedwzmacniaczem liniowym jako opcje wykorzystania go w opcji sterowania mocą w trybie „Green Bias”. Zapewniam, z której strony byśmy na ten produkt nie spojrzeli, duński piecyk jest wizualnym majstersztykiem. Jeśli chodzi o garść technikaliów, najważniejszą informacją jest podstawowy tryb pracy w klasie A i bezproblemowe oddanie mocy w tym wydaniu na poziomie od 50W przy obciążeniu 8, po 200W przy 2 Ohm. Kolejną to pełne zbalansowanie układów wewnętrznych. Trzecią, oczywiście istotną, bo wynikającą z założeń technicznych jest jego waga na poziomie 45 kg. Jak sugeruje powyższy opis, Essence to kawał solidnej i świetnie prezentującej się maszyny. Czy wartej grzechu zdradzę w kolejnej części tekstu.
Co mogę powiedzieć o cennikowo rozpoczynającym ofertę kocówek mocy Gryphonie Esssence? Otóż tak naprawdę to wypisz wymaluj estetyka grania mojego Apex-a. Naturalnie z innym poziomem swobody wysterowania jednak sporych gabarytowo i zarazem wymagających obciążeniowo, a tym samym niełatwych we współpracy kolumn, ale muszę powiedzieć, że nawet do średnich poziomów głośności miałem nieodparte wrażenie, iż gdybym nie był „szurnięty” na punkcie dochodzenia do mety we wszystkim, czego się dotykam, najlepiej z dwoma, ale także z już jedną sztuką tytułowej sekcji wzmocnienia z pełnym zadowoleniem z uzyskanej jakości dźwięku mógłbym przez długie lata żyć. Owszem, zawsze można byłoby osiągnąć coś więcej, ale już posiłkując się kilkukrotnie większymi nakładami finansowymi, co patrząc na to z poziomu zderzenia ceny z jakością w najmniejszym stopniu nie zbliżyłoby się do tego, co zaproponował mi zestaw Essence wespół z posiadanymi Gauderami. Abstrahując jednak od wszelkich domysłów typu „co by było, gdyby” testowo skonfigurowany set – naturalnie w nieco mniejszej skali w odniesieniu do moich codziennych poziomów głośności, ale jednak – zaproponował mi wszechobecną magię. Świetna barwa, nasycenie i budowanie trójwymiarowej rzeczywistości powodowały, że podczas słuchania eterycznej muzyki czułem te same emocje bycia tam i w tedy, co z moim codziennym zestawem. Emocje bazujące na świetnej namacalności kreowanych w moim pokoju wydarzeń, a dzięki temu zatracaniu się w muzyce bez jakichkolwiek ograniczeń. A co było bardzo ciekawe z punktu widzenia potrzeb zapewnienia kolumnom odpowiedniej ilości nieskrępowanej ilości energii, w takim repertuarze bez jakichkolwiek strat w jakości prezentacji mogłem podkręcić gałkę wzmocnienia do lubianych przeze mnie poziomów wolumenu dźwięku. Byłem tym w sensie pozytywnym nieco zaskoczony, gdyż z powodzeniem przekraczałem teoretycznie nieprzekraczalny bez strat, a w istocie bardzo dobrze wypadający pakiet decybeli w udziałem słuchanego materiału. I jak zaznaczałem, z utrzymaniem świetnych wyników w oddaniu rozmachu i swobody budowania wirtualnej sceny w trzech wymiarach.
Bardzo fajnym przykładem na taki stan rzeczy były najnowszy krążek Wojtka Mazolewskiego „Solo”. To wbrew pozorom nie jest „pastwienie” się nad słuchaczem monotonną linią melodyczną na bazie jednego instrumentu, tylko umiejętne budowanie raz napięcia, a innym razem zadumy przy wykorzystaniu często kilku nałożonych na siebie, inaczej brzmiących z racji pochodzenia spod ręki innego producenta, oczywiście grających inny temat kontrabasów okraszonych dźwiękami różnego rodzaju przeszkadzajek. Nie ma się co oszukiwać, ta muzyka jest raczej z tych spokojniejszych, ale serwowany przez nią atak zwartej energii tego typu instrumentu na przemian z długotrwałym zawieszeniem pojedynczej nuty w eterze nie pozwalają na jakąkolwiek nudę. Ale jest jeden warunek, system musi nie tylko umieć pokazać całość z fajną barwą i nasyceniem, ale także z dobrym rysunkiem źródeł pozornych. Na szczęście tytułowy Duńczyk bez najmniejszych problemów sobie z tym poradził. Zrozumiałe jest, że nie był to rysunek na poziomie rysika rodem z flagowego Apex-a, ale i tak do nieco wyższych niż średnich poziomów głośności muzyka brzmiała zjawiskowo. A gdy do tego dodam przez cały czas odczuwalny w niej pakiet włożonego przez artystę podczas sesji nagraniowych serca, naturalnie bazując na płycie winylowej zaliczyłem te pozycje dwa razy z rzędu. System ani razu się nie spóźnił z odpowiednią artykulacją wymagających akordów, ani razu nie przekroczył dobrego smaku w kwestii nasycenia, dlatego zaliczam to podejście testowe do wręcz znakomitych.
Jak w kontrze do jazzu wypadła muza rockowa? W tym podejściu posłużyłem się ostatnim krążkiem formacji AC/DC „Power Up”. Biorąc pod uwagę możliwości testowanej konstrukcji w stosunku do punktu odniesienia podejrzewałem, co się wydarzy, ale chciałem to dobitnie potwierdzić. Mianowicie chodziło mi weryfikację możliwości utrzymania kontroli dolnego zakresu w zależności od poziomu głośności. To, że będzie barwnie i mocno nasycenie w centrum pasma było pewne. Obawiałem się za to utraty jakości odbioru podczas mocnego uderzenia rockową muzyką. I muszę powiedzieć, że i w tym aspekcie pozytywnie się zaskoczyłem. Nie twierdzę, że było idealnie odtworzenie, bo jednak krawędź kreowania niskiego środka i basu z uwagi na wymagające kolumny nieco traciły na wyrazistości, ale nie była to klapa, tylko raczej miękkie, aniżeli ostre podanie tych kwestii. A najlepsze w tym było to, że z racji zazwyczaj skompresowania tego rodzaju materiału i przez to pewnej ostrości jego brzmienia brak idealnej kontroli energii działał in plus. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie mówię o rozmyciu krawędzi, tylko jej lekkim pogrubieniu, co przełożyło się na większe wysycenie ogólnego przekazu, a w konsekwencji przyjemniejszy odbiór. Oczywiście tylko do średnich poziomów głośności, bo potem bywało różnie, ale przypominam o pewnego rodzaju testowym paradoksie karmienia wielkich kolumn nie do końca dopasowanym do nich wzmocnieniem. Czyli co, chcąc zachować pozory bezstronności kopię pod wzmacniaczem dołek? Bynajmniej, bowiem to pokazuje raczej, że mimo startowego mezaliansu pokazał się z bardzo dobrej strony, co świetnie uwypukliło ukryte w tej konstrukcji mocowe możliwości.
Gdzie ulokowałbym stereofoniczną końcówkę mocy Gryphon Audio Design Essence? Naturalnie wszędzie tam, gdzie słuchacz oczekuje świetnej barwy, dobrego wypełnienia średnicy, solidnie podpartych dolnymi rejestrami, ale bez utraty lotności przekazu. Będzie gęsto, jednak z odpowiednią eterycznością. I jak wynika z powyższego opisu, bez względu na wykorzystywany poziom dźwięku – przypominam o dobrym występie tego aspektu w starciu z posiadanymi przeze mnie trudnymi kolumnami. Czy to oznacza, że to niekwestionowane remedium na potrzeby całej populacji melomanów? Jasne, że nie, bo niestety prezentacji spod znaku poszukiwania maksymalnej szybkości ataku oraz często bolesnego przysłowiowego rozdrabniania włosa na czworo Essence Wam nie zapewni. Jednak nie dlatego, że to jego ukrywany przez producenta problem, tylko wynikający z założeń konstrukcyjnych pracy w czystej klasie A kod DNA. Duńczyk ma kreować muzykę w jej najlepszym wydaniu, a nie bezdusznie odtwarzać.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Mówiąc szczerze, że ilekroć docierają do nas informacje o redukcjach rozmiarów, mocy, czy też optymalizacji jakiś kluczowych układów, to niejako z automatu zapalają w naszych głowach większość ostrzegawczych kontrolek, bowiem odmieniana przez wszystkie przypadki ekologia to jedno a wspomniana przed chwilą „optymalizacja” zazwyczaj dotyczy li tylko kosztów własnych wytwórcy odbijając się przy tym czkawką tak na jakości, jak i długowieczności samych produktów a co za tym idzie portfelach nabywców. No bo jak przejść do porządku dziennego nad wynalazkami w stylu Jeepa Compass e-Hybrid, który przy masie 1667 kg może „pochwalić się” oszałamiającą mocą 146 KM uzyskiwaną z 3-cylindrowego silnika o pojemności .. 1 199 cm³. Dlatego też przyzwyczajeni do dobrego, czyli największych i najmocniejszych A-klasowych końcówek mocy Gryphona świadomość istnienia „małego” Essence’a mieliśmy, acz specjalnego ciśnienia na wzięcie go na redakcyjny tapet nie odczuwaliśmy. Co poniekąd nie powinno dziwić, bo i po co, oczywiście w przypadku rozczarowania, psuć sobie bądź co bądź ugruntowaną wcześniejszymi testami (w przypadku Jacka również stanem posiadania) opinię o jednej z legend High-Endu. Jednak czas od premiery ww. modelu spokojnie sobie płynął a spływające do nas opinie o nim zazwyczaj oscylowały gdzieś pomiędzy niemym zachwytem a ekstatyczną euforią nijak nie wskazując na jakiekolwiek niecne, mające na celu rozmienianie się na drobne działania ekipy z Ry. Dlatego też wiedzeni czystą ciekawością i dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu pozyskaliśmy na krytyczne odsłuchy Gryphona Essence Stereo a tym samym wreszcie możemy podzielić się własnymi wrażeniami.
Po drapieżnych i poszarpanych bryłach starszego rodzeństwa (Mephisto, Antileon), czy wręcz gigantomanii flagowego Apex-a przyszła pora na nadal surowy i mroczny, jednak na tle ww. zawodników ewidentny minimalizm i czystko „kontekstową” kompaktowość. Krótko mówiąc Essence Stereo, przynajmniej jak na portfolio Gryphon Audio jawi się jako oaza spokoju i propozycja dla szerokiego grona odbiorców. Jak jednak nadmieniłem to wybitnie „kontekstowe” pozory, bowiem tak z racji gabarytów (47 × 24 × 46 cm), jak i wagi (45 kg) tytułową końcówkę trudno do małych i poręcznych zaliczyć. Ułatwiających jej przenoszenie uchwytów brak a ściany boczne zastąpiono co prawda asekuracyjnie zaokrąglonymi, niemniej jednak nadal nastroszonymi piórami radiatorów. Płytę frontową wykonano z solidnego płata szczotkowanego aluminium, którego monolityczność przełamuje trójkątny akrylowy klin z poprzeczną LED-ową belką. Na owym klinie znajdziemy jedynie dyskretną informację o modelu urządzenia, charakterystyczny, podświetlony na czerwono logotyp i zielone kółko sensora standby.
Włącznik główny ukryto przed oczami ciekawskich na płycie spodniej – tuż przy przedniej krawędzi – na wysokości wierzchołka trójkątnej akrylowej wstawki. To jednak nie koniec niespodzianek, gdyż po jego lewej stronie umieszczono przycisk trybu iluminacji ww. LED-owej belki a po prawej bliźniaczy odpowiedzialny za bias. I tak w standardzie LED-y świecą na niebiesko i jedynie przy zmianie biasu zmieniają swe umaszczenie na 10 sekund – na zielone przy niskim i czerwone przy wysokim. W drugim ustawieniu kolor iluminacji cały czas pozostaje zgodny z wybranym ustawieniem biasu a w trzecim następuje praktycznie całkowite (z pominięciem sensora standby) zaciemnienie (Stealth).
Jak to przy wzmacniaczach mocy bywa plecy Essence’a są oazą spokoju. Do dyspozycji mamy parę złoconych wejść XLR Neutrika, pojedyncze terminale głośnikowe, gniazdo zasilające C20, komorę bezpiecznika T 5A / 250V, gniazda triggera 12V i magistrali Green Biasu. Krótko mówiąc standard, do którego Duńczycy zdążyli przyzwyczaić swoich wiernych akolitów.
Zapuszczając żurawia do trzewi trudno powstrzymać uśmiech, i to szeroki, zadowolenia, gdyż to, co ukazuje się naszym oczom może budzić jedynie podziw wśród nabywców i zazdrość wśród konkurencji. Wnętrze szczelnie wypełniają wyborne komponenty zamontowane zarówno na poziomej płycie głównej, jak i mniejszych – pionowych biegnących wzdłuż ścian bocznych. Płytki drukowane są czterowarstwowe a wytrawione na nich miedziane ścieżki mają grubość 70 μm. Jak łatwo się domyślić atencję kradnie monstrualne 1 350W toroidalne trafo wykonywane na zamówienie w Noratelu, z którym współpracuje nie mniej imponująca bateria kondensatorów o łącznej pojemności 440 000μF (po 220 000μF na kanał). Warto również wspomnieć, iż zarówno wyświetlacz/firmowe podświetlenie, jak i układy kontrolne otrzymały osobne zasilanie. Z kolei do masywnych radiatorów przymocowano po 10 bipolarnych tranzystorów Sankena na kanał zdolnych oddać po 50W w czystej klasie A przy 8 Ω obciążeniu. Z kolei w stopniu wejściowym zastosowano podwójne tranzystory J-FET a w pełni symetryczna całość pracuje bez globalnej pętli sprzężenia zwrotnego. Ponadto wewnętrzne, dość nieliczne i zarazem max. 15cm połączenia kablowe poprowadzono srebrnymi przewodami.
Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że zmiana dyżurnego Apex-a na najmniejszego z rodu Essence’a będzie równie bolesnym regresem jak przesiadka z Maybacha S 580 do A-klasowego hatchbacka, to już pierwsze takty „Blood” OSI dowiodły, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Oczywiście w połączeniu z dwumetrowymi Gauderami słychać było „tylko” 50W moc końcówki, ale nie wykluczam, iż nie mając możliwości bratobójczego pojedynku z ponad 200W Apexem nawet nie zwróciłbym na ów aspekt takiej uwagi. A tak, cóż winien jestem zainteresowanym stosowną wzmiankę. Niemniej jednak nie próbując osiągać iście koncertowych poziomów głośności również i duński „maluch” dzielnie sobie radził. Gęste, prog-rockowe aranżacje suto okraszone elektroniką nie stanowiły dla niego większego wyzwania. Grał z niewymuszeniem i swobodą stawiając na koherencję i wysycenie aniżeli na bestialskie oszołomienie mnie bezlikiem informacji, czy bestialstwem basowych uderzeń. Tylko żebyśmy dobrze się zrozumieli. To, że coś nie wyrwało mnie z kapci, bądź nie poraziło swym absolutem wcale nie oznacza, że nie trafiło do menu Duńczyków, bowiem przykładowo rozdzielczość Essence’a śmiem określić mianem wybornej, lecz z racji, iż tytułowa końcówka daleka jest od epatowania powyższą składową odbieramy ją jako coś całkowicie oczywistego i naturalnego. Schody zaczynają się w momencie, gdy podobne oczekiwania zaczynamy zgłaszać do konkurencyjnych produktów. A tu po prostu wszystko jest na swoim miejscu i świetnie ze sobą współgra. Ponadto Essence pod względem sposobu prowadzenia narracji jest niejako przeciwieństwem ekstatycznej wyczynowości Diablo 333, który metaforycznie każdy zakręt brał dryftem, kiedy to nasz dzisiejszy gość niewiele ustępując mu pod względem szybkości robi to z niewymuszoną elegancją i płynnością 6-litrowej limuzyny. Pół żartem, pół serio opis brzmienia najmniejszej końcówki Gryphona można byłoby definiować jej nazwą i śmiem twierdzić, iż byłaby to bardzo trafna charakterystyka. Essence gra bowiem właśnie niezwykle … esencjonalnie i to na niej – esencjonalności opiera reprodukcję dowolnego repertuaru. Barwy są sugestywnie dosaturowane, temperatura komfortowo podniesiona, góra zjawiskowo lśniąca a bas, choć kreślony nieco grubszą aniżeli w Apexie kreską, nad wyraz zróżnicowany i zapuszczający się w rejony wydawać by się mogło daleko poza zasięgiem 50W „słabeusza”. Jak jednak praktyka (empiria) dowodzi 50 A-klasowych Watów Gryphona z powodzeniem można uznać za ekwiwalent 100, bądź nawet 200W „zwykłych” i po prostu odpowiednie kolumny dobierać bardziej „na ucho” aniżeli kierując się jakimiś mniej, bądź bardziej trafnymi zaleceniami i sugestiami.
Nie mniej pozytywne obserwacje poczyniłem na niezelektryfikowanym, klasycznym materiale, gdyż „Elgar” w wykonaniu Sheku Kanneh-Masona zabrzmiał z niezwykłym skupieniem i właśnie esencjonalnością na pierwszym miejscu eksponując naturalność barw i organiczność tkanki wypełniającej kontury uczestników nagrania. Było w tym graniu coś z wysokiej próby „lampowości” i może zakrawać to na absurd, ale bez trudu można było zauważyć zaskakująco wiele cech wspólnych z niedawno u nas goszczącymi monoblokami MastersounD-a. Równie płynnie odbywało się przejście z partii solowych do pełnego wykorzystania składu osobowego London Symphony Orchestra, na co pozwalam sobie zwrócić uwagę, gdyż Essence z wrodzonym wdziękiem i pietyzmem zachowywał właściwą wykorzystywanemu w danym momencie aparatowi wykonawczemu skalę prezentacji, przez co nader umiejętnie operował ogniskową pozwalającą na swobodną eksplorację poszczególnych planów. A trzeba mieć świadomość, że głębokość kreowanej przez tytułową końcówkę mocy sceny w pełni zasługiwała na miano high-endowej.
Jak się z pewnością Państwo domyślacie celem dzisiejszego spotkania bynajmniej nie było ustalenie, czy Gryphon potrafi stworzyć lepiej grający od niniejszego Essence’a wzmacniacz mocy, bo to już przerabialiśmy przy okazji testów starszego rodzeństwa a jedynie empiryczna weryfikacja, czy obecność w duńskim portfolio tytułowego gagatka nie będzie nazbyt ewidentnym odejściem od high-endowej bezkompromisowości niejako stanowiącą wizytówkę ekipy z Ry. I powiem szczerze, że sztuka down-sizingu Duńczykom wyszła wybornie, gdyż Essence Stereo oferuje zaskakująco dużo z większych modeli i zarazem stanowi ewidentną alternatywę dla konstrukcji zintegrowanych, które nie mogą się z nim równać tak pod względem wyrafinowania, jak i dojrzałości prezentacji. Nie ma zatem mowy o nawet śladowych zapędach do wewnątrzgatunkowej kanibalizacji, więc wystarczy rzucić tak okiem, jak i uchem na dowolny „wypust” Gryphona i od razu będzie wiadomo, czy to słyszymy wpisuje się w nasze własne preferencje. Osobiście dopisuje się do listy akolitów skandynawskich rozwiązań dzielonych a tym samym umieszczam Essence’a na swojej prywatnej liście gorących rekomendacji.
Marcin Olszewski
—
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 104 000 PLN
Dane techniczne
Moc RMS (czysta klasa A): 2 x 50W / 8Ω, 2 x 190W / 4Ω, 2 x 200W / 2Ω
Szum (średnio-ważony): < -81dBV
Zniekształcenia THD+N: < 1%, 50W @ 8Ω
Zniekształcenia intermodulacyjne (DFD): < 0,05%, 25W @ 8Ω
Impedancja wyjściowa: 0,015 Ω
Wzmocnienie: +31,0dB
Wejścia: Para XLR
Napięcie wejściowe: 0,564Vrms
Impedancja wejściowa: 20kΩ
Pobór mocy: < 0,5W (Standby), 350W (bez sygnału), 1350W (Max)
Gniazdo zasilające: C20
Bezpiecznik: T 5A / 250V
Wymiary (S x W x G): 47 × 24 × 46 cm
Waga: 45 kg
Opinia 1
Choć stare przysłowie pszczół mówi, że wzmacniacze i końcówki mocy najlepiej wpinać bezpośrednio w „ścianę” a jedynie reszcie posiadanego systemu serwować swoiste spa w postaci wyrafinowanej listwy zasilającej / kondycjonera, to w ramach dzisiejszego spotkania pochylimy się nad (niekoniecznie klinicznym) przypadkiem zgodnie z zapewnieniami producenta wymykającym się powyższym dogmatom. Jeśli bowiem otrzymujemy deklarację, że „słabsza”, stanowiąca przyczynek do niniejszego wywodu 20A wersja o oznaczeniu 3.10 jest zdolna „uciągnąć” Apexa Stereo, bądź monobloki Mephisto a „mocniejsza” – 40A 3.20 parkę Apexów Mono, to znak, że cytując klasyka „coś się dzieje”. I tak też jest w istocie, gdyż dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu w nasze skromne progi trafił nie tyle kondycjoner, co optymalizator zasilania Gryphon Audio PowerZone 3.10, na którego test serdecznie zapraszamy.
Na tle swojego „sygnałowego” rodzeństwa Gryphon Audio PowerZone 3.10 prezentuje się nad wyraz skromnie i niepozornie. Próżno szukać tu groźnie nastroszonych radiatorów, czy też zespolonych w intrygujące formy konglomeratów sztab aluminium, szkła i akrylu. Ot elegancki, acz zgodnie z rodzinną tradycją pancerny korpus przyozdobiony jedynie widocznym na froncie niewielkim oczkiem z podświetlonym krwistoczerwonym gryfem. Lekkości projektowi nadaje lekkie cofnięcie podstawy względem smukłej płyty czołowej i schodzących ku tyłowi trapezoidalnych boków. Niby niewiele, ale wystarczy, by wstydliwie nie chować PowerZone 3.10 za szafką. Taki brak obaw przed eksponowaniem tytułowego poprawiacza wynika również z jego topologii, bowiem zarówno gniazdo wejściowe (20A IEC-C20), jak i wszystkie osiem wyjściowych pochodzących od Furutecha okupuje wespół-zespół ścianę tylną. Powyższą listę uzupełnia zacisk uziemienia oraz pomocnicze grafiki zalecające poprawną polaryzację dokonywanych połączeń. I tu pozwolę sobie na drobną uwagę natury estetyczno – konstrukcyjnej, gdyż o ile z racji wykorzystania grubych, blisko półcentymetrowej grubości hybrydowych stalowo-aluminiowych płyt, w kwestii samej solidności korpusu nie sposób cokolwiek zarzucić, to nieco dziwi fakt braku głębszego wpuszczenia gniazd wyjściowych w płytę tylną Gryphona, co automatycznie zapobiegłoby ich lekkiemu przekręcaniu w trakcie aplikacji sztywnego i sprężynującego okablowania.
A skoro o gniazdach mowa, to jak na powyższych zdjęciach widać i o czym dosłownie przed chwilą nieśmiało napomknąłem PowerZone 3.10 dysponuje takowym w liczbie pojedynczej, to mocniejsza wersja o oznaczeniu 3.20 takowych ma dwa.
Patrząc zarówno na niezbyt absorbujące gabaryty, jak i ledwie przekraczającą 10 kg wagę a zarazem korelując powyższe cechy z deklarowaną przez producenta obciążalnością / wydolnością naszego mrocznego obiektu pożądania jasnym jest, iż Duńczycy jego działania nie oparli na potężnym trafie, jak to miało miejsce m.in. w Kecesie. Jak się jednak okazuje w trzewiach PowerZone-a nie znajdziemy też, jak daleko nie szukając w IsoTek-u V5 Aquarius, wielostopniowej filtracji, lecz autorski-opatentowany, zalany żywicą moduł Hafner Tech™ (3.20 dysponuje dwoma) odpowiedzialny za bezstratne kierowanie przepływem drgań elektronów na poziomie molekularnym. Jakich drgań? A tych towarzyszących przepływowi prądu, czyli de facto zderzeń elektronów z atomami przewodnika. Mamy zatem do czynienia niejako z dbającym o porządek elektrono-zawiadowcą a nie metaforycznym „sitem”, które z jednej strony zatrzymuje wszelkie „śmieci z sieci”, lecz jednocześnie może być jednocześnie wąskim gardłem w domenie wydajnościowej.
Całe wewnętrzne okablowanie poprowadzono przewodami z posrebrzanej miedzi OFC 12 AWG w izolacji teflonowej i złączami WAGO a uziemienie, wzorem PowerZone 2 połączono w „gwiazdę”, co przysłużyło się eliminacji szumów pętli masy i zapewniło niską rezystancję elektryczną. Warto również wspomnieć, iż w ścieżce „sygnału” nie ma żadnych kondensatorów.
Pomijając jednak kwestie natury technicznej fundamentalnym pozostaje dwuetapowe pytanie, czyli czy pojawienie się w torze PowerZone cokolwiek zmienia, a jeśli tak, to czy ową zmianę można uznać jako progres. No i tu zaczynają się schody, bowiem o ile obecność oczyszczacza Gryphona jest bezdyskusyjnie zauważalna, to już od preferencji odbiorcy zależeć będzie ocena powyższego faktu. Okazuje się bowiem, iż po zalecanych 50h rozgrzewki charakter sygnatury Duńczyka znacząco odbiega od tego, co proponuje, a raczej z racji zakończenia produkcji, proponował wyśmienity Keces Audio BP-5000 idąc tym samym śladami nic-niemającego i w pełni pasywnego Furutecha Pure Power 6 NCF, czy też jego na/zastępcy NCF Power Vault-E. Patrząc jednak na temat z możliwie obiektywnej i szerszej perspektywy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Gryphon wszystko robi … po swojemu. Bowiem w przeciwieństwie do Kecesa nie akcentuje łapiąc za ucho przyrostem dynamiki i wolumenu dźwięku a w porównaniu z Furutechami nie walczy z wibracjami na drodze „masowej” inercji a w swym działaniu schodzi głębiej – do poziomu molekularnego, przez co jawi się jako bardziej neutralny i transparentny od Japońskiej konkurencji. Czyli co? Uszczuplamy domowy budżet o drobne 70kPLN + (warto pamiętać, iż w zestawie nie ma adekwatnego klasie uszlachetniacza przewodu zasilającego, więc jeśli nie posiadamy takowego zakonfekcjonowanego wtykiem IEC-C19, to czekają nas kolejne wydatki), wzbogacamy system o kolejny komponent i go … nie słyszymy? Cóż, poniekąd tak, lecz po prawdzie nie słyszymy również dotychczasowej limitacji w domenie czystości i rozdzielczości. W dodatku nie tylko nie tracimy nic a nic z dynamiki i to zarówno w jej odmianie mikro, jak i makro, lecz wręcz ów aspekt windowany jest na zdecydowanie wyższy pułap, gdyż usunięcie podskórnej nerwowości, semi – transparentnej mory i szumu tła owocuje zdecydowanie lepszym zróżnicowaniem i motoryką najniższych składowych, które zachowują pełnię kontroli i złożoności aż po same infradźwięki. Co istotne owa kontrola wraz z fenomenalną rozdzielczością obecne były nie tylko na cywilizowanym i pełnym wdzięku jazzowym „Junjo” Esperanzy Spalding, lecz również dalekich od choćby śladowych oznak cywilizowania pozycjach w stylu „Hymns in Dissonance” Whitechapel. I tu drobna uwaga, gdyż zazwyczaj wpływ wszelakiej maści filtrów i kondycjonerów na dół pasma objawia się w dwojaki sposób – albo w postaci spowolnienia i dociążenia, co natychmiast prowadzi do utraty motoryki, bądź wręcz przeciwnie – zbytniej chrupkości i odchudzenia przekazu. Tymczasem Gryphon jedynie operuje aspektem rozdzielczości i uwalnia, wyswabadza wolumen informacji, więc słyszymy więcej i dokładniej.
Podobnie sprawy mają się na średnicy i górze pasma, więc zarówno komercyjne, choć uczciwie trzeba przyznać, że solidnie zrealizowane pozycje, jak m.in. ścieżka dźwiękowa do „Queen of the Ring”, jak i iście melomańsko – audiofilskie perełki („Adam Palma: Second Life”, „Anima Aeterna” Jakuba Józefa Orlińskiego) może nie tyle oszałamiają i onieśmielają bogactwem informacji, co raczej uzmysławiają, unaoczniają i unauszniają, że to, co tej pory braliśmy za kompletny obraz danego albumu było jedynie dającą li tylko mgliste wyobrażenie mniejszą, bądź większą jego częścią, fragmentem. Nader wyraźnie wzrasta precyzja obrazowania, definiowanie źródeł pozornych i opartej na trójwymiarowości oraz holografii stereofonii, a więc de facto poziom realizmu i intensywność doznań, w tym świadomość czynnego uczestnictwa w spektaklu. W związku z powyższym, nagrania, które do tej pory mogliśmy traktować jako niezobowiązujące tło codziennej krzątaniny ewoluują do pozycji na tyle skutecznie przykuwających do fotela, że jeśli tylko nie posiadamy odpowiednio silnej woli i poczucia obowiązku, to większość pozornie obowiązkowych i koniecznych do wykonania w trybie ASAP zadań schodzi na plan dalszy i bliżej nieokreśloną przyszłość. Jeśli bowiem wszelakiej maści efekty przestrzenne, aura pogłosowa i odwzorowanie akustyki pomieszczeń, w jakich dokonano nagrań jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenoszą nas w owe lokalizacje, to wielkim nietaktem z naszej strony byłoby taki darmowy bilet np. do Opactwa Noirlac („Monteverdi – A Trace of Grace”), bądź Studia Abbey Road („For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects ) jeśli nie odrzucić, co dyskretnie zignorować. Dlatego też odsłuchy z udziałem PowerZone stają się bardziej treściwe niosąc ze sobą bogactwo doznań niebezpiecznie bliskie wydarzeniom na żywo.
W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, iż Gryphon Audio PowerZone 3.10 jest na tę chwilę najbardziej transparentnym akcesorium zasilającym, jakie do tej pory dane nam było gościć w naszych skromnych progach. Nie dość jednak, że „znika” w torze, to przede wszystkim znacząco poprawia rozdzielczość i czystość reprodukowanych przez wpięte w niego urządzenia. Jeśli do powyższej wyliczanki zalet dodamy jeszcze zdolność obsługi potężnych wzmacniaczy i końcówek mocy, to jasnym stanie się, że niezwykle trudno będzie znaleźć mogącą zagrozić mu konkurencję.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem w 100 procentach pewien, że nie tylko ja, ale również wielu z Was bardzo uważnie śledzi poczynania duńskiej marki Gryphon Audio. To ostatnimi czasy na tyle prężnie rozwijający się brand, że po wielu handlowych sukcesach na polu elektroniki i kolumn głośnikowych dwa lata temu postanowił wprowadzić do swojego portfolio spełniający najwyższe standardy jakości gramofon. Niestety propozycja jest z segmentu ekstremalnego High End-u i na obecną chwilę w naszym kraju nie ma możliwości się z nią zapoznać. Jednak już z drugą, także niedawno zaprezentowaną nowością w ofercie już tak. A chodzi mianowicie o uzdatniacz energii elektrycznej, który swoje pierwsze występy w naszym kraju zaliczył podczas zeszłorocznej warszawskiej wystawy AVS 2024. O czym mowa? Otóż sam jestem nie tylko zaskoczony, ale także nieco podkręcony emocjonalnie, gdyż dzisiaj sprawdzimy, jak spisuje się dla wielu melomanów z racji kiepskiej jakości sieci elektrycznej w budownictwie wielorodzinnym i nie tylko istotny w ich systemach optymalizator zasilania Gryphon Audio PowerZone 3.10. To co prawda stojąca o oczko niżej od topowego tego tupu rozwiązania konstrukcja, ale zapewniam, będzie się działo. Zainteresowani? Jeśli tak, zatem zaczynamy.
Jak widać na serii zdjęć, PowerZone to solidnej wielkości konstrukcja. Jednak co w pomyśle na jej bryłę jest ciekawe i lekko odchudzające wizualnie, to rezygnacja wykorzystania obudowy w formie banalnego, a przez to nudnego prostopadłościanu. Sprawa rozbija się o fakt lekkiego cofnięcia dolnej części skrzynki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to nie do końca zrozumiałym pomysłem, jednak po akomodacji wzrokowej szybko okazuje się, że oprócz nadania urządzeniu wizualnej lekkości, tak naprawdę fajnie to wygląda. A jak z wyposażeniem? Otóż front został ozdobiony jedynie małym czerwono-krwistym logotypem marki. Natomiast tylny panel jest jego przeciwieństwem, gdyż zagospodarowano go do granic możliwości. Znajdziemy na nim 8 gniazd IEC japońskiego Furutecha, także z jego oferty gniazdo zasilania C-19 oraz zacisk masy. Jeśli chodzi o inicjację pracy, główny włącznik znajdziemy od dołu konstrukcyjnego balkonika. Niestety w komplecie startowym nie znajdziemy kabla zasilającego, jednak dystrybutor chcąc zapewnić nam pełen zestaw spod znaku tego samego producenta dostarczył do testu topową sieciówkę Gryphon Vanta naturalnie w specyfikacji 20A. Jak to działa? W odezwie do nabywcy producent jest bardzo wylewny. dlatego dokładnie na spokojnie możecie sobie o tym poczytać na stronie dystrybutora. Ja tylko wspomnę, iż chodzi o przepuszczenie sygnału elektrycznego przez serię będących projektem Paula Hafnera modułów przewodników o strukturze krystalicznej nazwane Hafner Tech. W jego opinii mają wygaszać szkodliwe rezonanse elektronów za pomocą sprzężenia zwrotnego akustyki kwantowej. Skomplikowane prawda? Cóż, nikt nie mówił, że droga do ideału będzie usłana różami, ważne, jak konstrukcja sprawdza się w realnym działaniu, o czym skreślę kilka zdań w poniższym akapicie.
Jedno jest pewne, mimo mojego bardzo pozytywnego postrzegania tytułowej marki, co naturalnie potwierdziłem zakupem kilku urządzeń tej stajni, po konstrukcji spoza mainstreamu jej produkcji nie spodziewałem się zbyt wiele. Owszem zdawałem sobie sprawę, że tak zwanych „gniotów” ten podmiot nie firmuje swoim logo, ale brak wieloletnich doświadczeń w tym temacie pozwalał dopuszczać w najlepszym wypadku jedynie fajny efekt. A dla mnie fajność polega na spełnieniu minimum dwóch aspektów. W pierwszej kolejności chodzi o jak najmniejszy stopień limitacji swobodnej projekcji wirtualnej sceny oraz unikanie zbytniego ugładzania dźwięku pod płaszczykiem efektu wyeliminowania zniekształceń. Im większa ingerencja w te aspekty, tym bardziej odczuwalna śmierć mikrodynamiki, co skutkuje ogólnym uśrednieniem przekazu. Ale zaznaczam, to absolutne minimum, czego niestety i tak nie zawsze niektórym konstrukcjom w mniejszym lub większym stopniu udaje się udźwignąć. A to dopiero początek pozwalający podjąć walkę o ocenę godną high endu. Jak zatem wszelkie ważne dla oddania całej prawdy o muzyce kwestie wypadły po podpięciu mojego źródła i przedwzmacniacza liniowego do tytułowego kondycjonera? Otóż było to całkowite i przy tym pozytywne zaskoczenie. Po pierwsze w najmniejszym stopniu nie ucierpiały wspominane niuanse brzmienia systemu typu rozmach oraz mikrodynamika prezentacji. A po drugie przekaz nabrał zaskakującej, w pełni kontrolowanej, podnoszącej motorykę wizualizowania świata muzyki energii. Chodzi o zwiększenie soczystości oraz impetu impulsu inicjującego pojedynczy dźwięk, co w znaczącym stopniu poprawiło drive rozgrywanych w moim pokoju wydarzeń muzycznych. Gdybym miał określić ogólny rys zaproponowanego tego działania według specyfikacji PowerZone 3, powiedziałbym, że Duńczyk tchnął w nią dodatkową szczyptę życia. I bez znaczenia było minimalne zaokrąglenie krawędzi rysujących wirtualne byty – naprawdę w symbolicznym stopniu, gdyż za sprawą braku ingerencji w transparentność kreowania całości sceny w rozumieniu blasku i rozdzielczości każdej najdrobniejszej nuty, za to jako feedback podkręcenia emocji za sprawą epatowania kontrolowaną energią bezwiednie chciało się podnosić poziom głośności słuchanego materiału. Na ogół słucham swojego repertuaru dość głośno, jednak jeśli coś podczas sesji testowej w rozumieniu jakości przekazu kuleje, często zmniejszam poziom decybeli. Natomiast w tym przypadku za sprawą opisanego zastrzyku emocji i minimalizacji przez tytułowy filtr zniekształceń w przekazie automatycznie chwytałem pilota i bezwiednie, acz z wielką przyjemnością zbliżałem się do granic progu komfortowego obcowania z ulubionymi artystami. Tak było choćby w mocnym rocku spod znaku formacji AC/DC z płyty „For Those About to Rock (We Salute You)”, która jest dla mnie chlebem powszednim przemierzania dokonań tej grupy. I zapewniam, nie przez przypadek wspomniałem akurat tę płytę. Otóż przy idealnie wpisującej się w mój pogląd na świat z pozycji beneficjenta syndromu ADHD całej wirtuozerii grania tych panów, chodzi oczywiście o armatnie strzały w jednym z kawałków. Muzyka jako taka w postaci mocnych gitarowych popisów i wściekłej wokalizy przewidywalnie wypadała znakomicie, jednak, gdy do tego doszły podkręcone energią, oczyszczone ze zniekształceń przez duński kondycjoner, dzięki temu dające się odtworzyć z większą głośnością armatnie salwy, moje emocje dosłownie i w przenośni sięgały zenitu. To było szaleństwo w czystej postaci. A najlepsze w tym wszystkim było to, że dało się je dodatkowo przyprawić, gdyż podczas odsłuchu tego krążka zrobiłem teoretycznie na próbę, ale finalnie udaną lekką roszadę z kablem zasilającym PowerZone i zamiast wspomnianej Vanty Gryphona, zastosowałem amerykańską sieciówkę Stealth Audio. W jakim celu? Aby zwiększyć agresję rysowania krawędzi dźwięku, która teoretycznie była ok, jednak chcąc uzyskać pełnię zamierzeń artystów postanowiłem ją dodatkowo wyostrzyć. Efekt? Dla mnie znakomity, bo delikatnie i w osobistym odbiorze jako pozytyw cofnęło się wspominane wcześniej złagodzenie rysunku scenicznych bytów bez efektu najmniejszego wyostrzenia prezentacji. A przecież rozprawiamy o słabo zrealizowanym materiale. Cuda? Bynajmniej, po prostu umiejętnie wdrożona w życie technologia oczyszczania energii elektrycznej. Technologia w ten sam sposób działająca także na inne gatunki muzyczne typu jazz czy twórczość barokowa. Za każdym razem dostawałem podane bez jakiejkolwiek nachalności, ale znakomicie słyszalne, tak ważne dla nich smaczki, że w celu weryfikacji tego stanu rzeczy sięgałem po najbardziej odjechane płyty z Anną Marią Jopek „Upojenie” na czele. Dlaczego akurat wspominam o niej? Naturalnie aby udowodnić, że piszę prawdę. Otóż jej pozycje płytowe zawsze trącają lekkim przekroczeniem poziomu dobrego smaku w kwestii wyrazistości podania górnego zakresu, a w szczególności sybilantów. Ludzie to lubią, ale wielu niestety nieco narzeka, więc postanowiłem sprawdzić, jak wypadnie podczas testu tytułowego uzdatniacza. Usiadłem, wcisnąłem przycisk Play i czekałem. Co się wydarzyło? Nic szczególnego, a tak naprawdę same pozytywny, bowiem pani Ania zaśpiewała w swoim stylu, jednakże bez krzty poczucia dodatkowego podkreślania przywołanych realizacyjnych niuansów. Pośpiewała, Pat Metheny w wielu kawałkach jej zaakompaniował, a ja nawet nie zauważyłem, gdy soczewka lasera wróciła do punktu zero. Da się? Jak widać da.
Jaka będzie puenta tego rozdania testowego? Otóż z przyjemnością oznajmiam, iż rzeczony kondycjoner Gryphon Audio PowerZone 3.10 zaskoczył mnie podwójnie. Co jest bardzo ciekawe, za każdym razem pozytywnie. W pierwszej kolejności chodzi o fakt wprowadzenia znakomitego produktu do oferty bez większych doświadczeń w tej materii. To niestety nie zawsze się udaje i dopiero kolejne wcielenia przecierającego szlaki w danym segmencie urządzenia pozbawione są ewentualnych wad. Zaś w drugiej mam na myśli nie tylko pozytywny efekt czyszczenia sygnału pozwalający słuchać muzyki głośno, ale również znakomicie wypadające podkręcanie pozytywnych emocji w słuchanym repertuarze. I nie jakimś wybranym, tylko każdym i bez jakichkolwiek ograniczeń realizacyjnych. A zapewniam, po wielu testach tego typu zabawek wiem, iż nie jest to takie proste. Tym bardziej jestem rad, że marce Gryphon się udało.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 69 800 PLN
Dane techniczne
Liczba gniazd: 8 gniazd Furutech
Moduł Hafner Tech™: 1 moduł
Prąd nominalny: 20 A
Wymiary (S x W x G): 486 x 125 x 285 mm
Waga: 10,9 kg
Opinia 1
Choć od monachijskiej premiery tytułowego gościa z piekielnych czeluści minęły prawie dwa lata czasu a banner z jego podobizną na głównej stronie SoundRebels.com kusi od grudnia 2023 to dopiero teraz testowy egzemplarz trafił w nasze skromne progi. Zbytnia opieszałość ze strony rodzimego dystrybutora? Pozwolę się nie zgodzić – raczej świadome planowanie kalendarza publikacji mające za zadanie utrzymanie oczekiwanego poziomu zainteresowania. Kilometrowa kolejka chętnych na redakcyjne / przedzakupowe przymiarki potencjalnych nabywców? Nie wykluczam. Jednak zamiast snuć wyssane z wątpliwej czystości palca teorie spiskowe z radością pragniemy poinformować, iż wreszcie dane nam było rzucić tak uchem, jak i okiem, w dodatku we własnych systemach, na topową duńską super-integrę, czyli … Gryphon Audio Diablo 333, na test której serdecznie zapraszamy.
Wystarczy choćby pobieżny rzut oka, by autorytatywnie stwierdzić, iż na tle swego protoplasty, czyli nadal przez wielu uważanych za jedną z najlepszych super-integr 300-ki duński Diabeł ewidentnie wypiękniał. Przynajmniej pod względem designu bryły, bo już ukryty za 4 mm taflą czernionego szkła 4,3” dotykowy wyświetlacz TFT nie wszystkim może przypaść do gustu. Całe szczęście ortodoksyjni esteci mogą go nie tylko przyciemnić, co również wyłączyć, choć nieco wcześniejszych piktogramów na poprzecznej belce trochę żal. Niemniej jednak uczciwie trzeba przyznać, że całość prezentuje się i tak bardziej spójnie od błękitnych wyświetlaczy jakimi zastąpił mini oznaczenia np. Electrocompaniet. A właśnie, co do wyłączania, jednak już nie tylko displaya, co całego urządzenia, to stosowny przełącznik umieszczono na „podwoziu” integry, tuż za krawędzią frontu z prawej strony. Zanim jednak zagłębimy się w kolejne designersko-technologiczne niuanse pozwolę sobie jeszcze wspomnieć, iż Diablo 333 jest już drugim wzmacniaczem goszczącym u nas w tym roku, po rodzimym BonaWatt Tamesis, którego w pojedynkę ustawić na półce/platformie praktycznie nie sposób. Tzn. niby dla chcącego nic trudnego, o ile tylko niezbyt przesadnie dbamy o posiadane umeblowanie / podłogę, gdyż Duńczyka, podobnie do ww. „lampiszona” zamiast standardowych nóżek uzbrojono w solidne i zarazem ostre kolce, pod które wypadałoby podłożyć stosowne, całe szczęście znajdujące się na wyposażeniu podkładki. A jak łatwo się domyślić dzierżąc tytułowe, 50kg maleństwo (Bogu dzięki za zaokrąglenie końcówek radiatorów, które w 300-ce potrafiły pokiereszować palce) szanse by owymi kolcami trafić chociaż na połowę podkładek są nad wyraz znikome. Ba, na dobrą sprawę logistyka 333 wymaga udziału trzech osób – dwóch do ustawiania wzmacniacza i jednej do podkładania ww. podstawek. Ot, uroki High-Endu.
Wracając do aparycji naszego bohatera za oko łapie nader udany pomysł wkomponowania dwóch trapezoidalnych tafli czernionego szkła w dwa nałożone na siebie płaty szczotkowanego aluminium, przez co front zyskuje na dynamice a jednocześnie zgrabnie unika zarzutów o zbytnią komplikację. Suto ponacinaną płytę górną dzieli biegnący przez jej środek „przedziałek” a z kolei klasyczne boki zastąpiono, jak już zdążyłem wspomnieć, zaokrąglonymi, wpisanymi w bryłę wzmacniacza radiatorami.
Choć ściana tylna zachwyca bogactwem wyboru ociekających złotem przyłączy, to przy całym szczerym zachwycie pozwolę sobie na drobną uwagę natury funkcjonalno-ergonomicznej. Chodzi bowiem o powtórkę z rozrywki w kwestii nie tyle samego umiejscowienia bądź co bądź fenomenalnie wygodnych i masywnych terminali głośnikowych, co ich nazbyt „natrętne” sąsiedztwo. Otóż podobnie jak w 300-ce, również i tym razem aplikację „od góry” zakończonych widłami przewodów uniemożliwiają wyjścia na subwoofery. O ile jednak wcześniej blokowane były gniazda „+”, to tym razem padło na „-”. Niby najrozsądniej jest widełki aplikować od dołu, jednakże chociażby w przypadku np. okablowania zakończonego Furutechami CF-201R NCF firmowe kolce, w jakie wyposażona jest 333-ka, są zbyt niskie i wzmacniacz trzeba ustawiać tak, by jego tylna ścianka była zrównana z krawędzią półki a tym samym umożliwiała swobodne prowadzenie przewodów w dół. Rozwiązanie niby skuteczne, lecz zarazem eliminujące aplikację wszelakiej maści podstawek pod wtyk zasilający (vide Furutech NCF Booster), co przy ciężkich / absorbujących gabarytowo przewodach – w trakcie testów używałem Stealth Audio Dream v.10, jest nad wyraz wskazane. Skoro od parteru zacząłem, to jedynie wspomnę iż po lewicy 20A gniazda zasilającego C19 usytuowano komorę bezpiecznika (T8A) a po prawicy zacisk uziemienia. Nie tracąc jednak czasu pnijmy się po kolejnych poziomach interfejsów. I tak, na linii szalenie wygodnych zacisków głośnikowych znajdziemy symetrycznie rozmieszczone względem trzech we/wyjść IR i triggera dwie pary wejść liniowych XLR a nad nimi przedzielone serwisowym portem USB zestaw dwóch wejść liniowych wzbogacony o wyjścia na subwoofer i zewnętrzny rejestrator – wszystkie RCA. Jakby tego było mało, zgodnie z tradycją, nie zabrakło dwóch komór na opcjonalne moduły rozszerzeń – przy czym dolną przewidziano na będący zminiaturyzowaną/uproszczoną wersją Legato Legacy PS3 phono module, a z kolei górną pozostawiono dla najnowszy, oparty o kość Sabre ES9039PRO moduł DAC-3.
W zestawie znajdziemy również stosowny pilot zdalnego sterowania, który znacząco może nie tyle uproszczono w porównaniu z filigranowym i niezwykle designerskim „różdżkopodobnym” sterownikiem zapamiętanym z 300-ki, co w ramach firmowego portfolio znormalizowano i niestety pod względem masywności bryły zbrutalizowano.
Pod względem anatomii 333 zbudowany jest wprost bajecznie. To zbalansowane dual mono (Dual Mono Signal Paths) ze wspólnym, potężnym (2200VA, 17.5kg) toroidem Holmgrena o osobnych odczepach dla obu kanałów, imponującą baterią kondensatorów (po 68 000 µF na kanał) i tuzinem, znaczy się 12 bipolarnymi parami, „zapożyczonymi” z APEX-a tranzystorów wyjściowych 2SA-1943/2SC200 Toshiby na kanał zdolnych oddać po 333 W przy 8, 666 W przy 4 i … 1100W przy 2 Ω obciążeniu. Gwoli wyjaśnienia tylko dodam, iż nieco ponad 10 pierwszych Wattów oddawanych jest w czystej klasie A. Kontrolę nad tą bezdyskusyjnie imponująca mocą sprawuje również w pełni zbalansowana, sterowana mikroprocesorowo sekcja przedwzmacniacza o 43-stopniowej, opartej na przekaźnikach i rezystorach regulacji głośności. Jak łatwo się domyślić taka „elektrownia” zauważająco się grzeje, więc producent w trosce o dobrostan termiczny wykorzystanych w jej trzewiach komponentów postanowił nieco ulżyć chłodzeniu pasywnemu i wspomógł je umieszczonym pomiędzy trafem i komorami rozszerzeń wielołopatkowy cooler be quiet. Z równą atencją potraktowano również czterowarstwowe płytki drukowane na których ścieżki mogą pochwalić się grubością 70µ a dla dodatkowego usztywnienia już i tak pancernego korpusu całość spięto czteroramiennym, dokręconym do radiatorów „pająkiem”.
Jeśli zaś chodzi o brzmienie, to Diablo 333 już od pierwszych taktów „Amidst the Ruins” Saor robi na tyle piorunujące wrażenie, że większość konkurencji wypada na jego tle, jak nie przesadzając „stary” – grany przez Toma Cruise’a, Reacher przy reprezentującym zdecydowanie bliższe książkowemu wzorcowi atrybuty Alanie Ritchsonie. Znaczy się jak mało śmieszny żart z osób niskorosłych. Ba, pojawienie się w systemie potężnego Duńczyka dla ich posiadaczy będzie zazwyczaj wiązało się ze zdziwieniem, żeby nie powiedzieć grozą, nie mniejszymi od tych jakich doświadczyli na widok Wikingów zamieszkujący w klasztorze Lindisfarne w 793 roku mnisi. Jeśli bowiem ktoś do tej pory eksplorował muzyczną krainę łagodności i przez lata nie wychodził poza własna strefę komfortu, to najnowsza odsłona Diablo ma spore szanse, by tę sytuację diametralnie zmienić w ramach terapii szokowej przypominając co to jest dynamika i swoboda prezentacji. Nie ma bowiem co owijać w bawełnę, bo i sam wzmacniacz jest od tego szalenie odległy, że pojawienie się 333 w systemie początkowo odebrać można niemalże jak aplikację nitro w zazwyczaj majestatycznie płynącej po autostradach eleganckiej limuzynie. Wciskamy na pilocie Gryphona czerwony przycisk, play na źródle i zostajemy dosłownie wciśnięci w fotel jak przy wdepnięciu pedału przyspieszenia do podłogi i stan ten nie opuszcza nas aż do końca krążka. Na „Ballistic, Sadistic” Annihilator jest piekielnie szybko, czuć utwardzenie „zawieszenia”, lecz nie sposób mówić o jakichkolwiek oznakach osuszenia, czy też zbytniej analityczności. Po prostu całość zostaje wzięta w nawet nie stalowe, co tytanowe klamry i ściśnięta tak, że stosowana przez Melodikę Solid Grip Technology wydaje się przy tym niewinną pieszczotą. Wyraźnie słychać różnice pomiędzy uderzeniem stopy i werbla tak pod względem chrupkości, jak i idącej w parze z natychmiastowością ataku energią, więc nawet w najbardziej karkołomnych spiętrzeniach dźwięku nie ma szans na przyłapanie Gryphona na próbach uproszczenia, sklejenia ze sobą, bądź chociażby uśrednienia, czy też nie daj Bóg pominięcia jakichkolwiek niuansów i instrumentalnych wygibasów. Jeśli tylko taki galimatias na materiał źródłowy trafił, to nie ma zmiłuj – Diablo to to zagra z dziką radością i kipiącą emocjami spontanicznością. Góra jest otwarta, rozdzielcza i onieśmielająco odważna, co pozornie, przy niezbyt audiofilskim materiale może wydawać się problematyczne, lecz praktyka pokazuje, że po prostu dostajemy to, co na „taśmę”/dyski trafiło z natywną ostrością i precyzja obrazowania a jeśli tylko coś chrzęści i skrzypi, to znak, iż takowa ziarnistość i granulacja przez mikrofony zostały zdjęte.
Operujące w nieco łagodniejszej tonacji oniryczny „Memoria” Trentemøller i niezwykle ambientowy, wypełniony świergotem ptaków „Nebulous Nights – An Ambient Excursion into Profound Mysteries” Röyksopp pokazały nie mniej ciekawe oblicze Diablo. Okazało się bowiem, że tytułowa integra nie tylko ogłuszającymi dawkami decybeli potrafi kruszyć mury, o zalegających w kredensie rodowych skorupach nawet nie wspominając, lecz i czule szeptać do uszu na iście wieczorno-nocnych poziomach głośności i to bez utraty znanej z wyższych poziomów głośności fenomenalnej rozdzielczości i otwartości dźwięku. Wszelakiej maści stuki, szumy i trzaski reprodukowane na niemalże graniczących ze słyszalnością poziomach cały czas są obecne i definiowalne, więc jeśli tylko dobierzemy kolumny takową sztukę potrafiące, a rezydujące u mnie AudioSolutions Figaro L2 w tej roli sprawdzają się wyśmienicie, to ów elektroniczny plankton zostanie nam zaserwowany. Chociaż z perspektywy czasu pozwolę sobie stwierdzić, iż im większy udział pierwiastka ludzkiego i naturalnego instrumentarium w nagraniu mieć będziemy, jak daleko nie szukając w operującym w podobnej delikatności melancholijny „To Cross or To Burn” Venamoris & Dave Lombardo, to nagle okaże się, że namacalność i poczucie obecności wykonawców niemalże na wyciągnięcie ręki może być jeszcze bardziej realistyczne a wcześniejsza bezpardonowość prezentacji i zapierająca dech w piersiach dynamika pozostają krótko trzymane na wodzy, by nawet przez moment nie wpłynąć na zbytnią nerwowość, czy też spektakularność leniwie sączącej się narracji. Wystarczy jednak perełka w stylu szorstko-garażowego „Animal Magnetism”, by w tzw. okamgnieniu leniwie szemrzący w listowiu strumyczek informacji przerodził się w rwącą górską rzekę o prądzie zdolnym porwać nie tylko niewprawnego pieszego wędrowca, co niefrasobliwie omijającego bród ponad 3 tonowego Forda F150 Raptor (5.0L PDFI V8). Dlatego też sięgając po wielką symfonikę w stylu audiofilskiego wydania Telarca „Tchaikovsky: 1812 Overture, Op. 49, TH 49 & Other Orchestral Works” Erich Kunzel & Cincinnati Pops Orchestra miejcie Państwo baczenie, iż rozpiętość dynamiczna wielkiego aparatu wykonawczego to nie przelewki, więc warto biorąc ów fakt pod uwagę dostosować głośność, by nie zostać zdmuchniętym z kanapy przy pierwszym lepszym tutti, bądź armatniej salwie.
Śmiem twierdzić, że ekipa z Ry zamiast asekuracyjnego liftingu biorąc na tapet pomysł modernizacji nadal świetnie sprzedającej się i cieszącej się w pełni zasłużonym szacunkiem 300-ki pojechała po przysłowiowej bandzie i stworzyła prawdziwą, zintegrowaną bestię, której charakter dyplomatycznie ukryła pod symbolem adekwatnym oddawanej przy 8Ω mocy. Wystarczy jednak dosłownie chwila sam na sam z Diablo 333, by dojść do niepodważalnych wniosków, że prawdziwą naturę tytułowej super-integry oddają przypisane 4Ω impedancji trzy szóstki. Zaintonujmy zatem „The Number of the Beast” i zegnijmy karki przed nowym władcą piekieł, bo w pełni na to zasługuje.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Choć znajomość oferty duńskiej marki Gryphon Audio żartobliwie mówiąc mamy w tak zwanym małym palcu, to jednak w przypadku tego konkretnego produktu spokojnie możemy powiedzieć „nareszcie”. A to dlatego, że choć od monachijskiej premiery dzisiejszego bohatera minęły ponad dwa lata, to z uwagi na duże zainteresowanie pośród dystrybutorów na świecie, które przełożyło się na długie oczekiwanie na pierwszy egzemplarz w Polsce oraz sporą listę potencjalnych nabywców chętnych do posłuchania i ma się rozumieć recenzentów spowodowały, że na jego wizytę w naszych okowach trzeba było czekać aż do dziś. Czy było warto? Cóż, patrząc od strony kolejnego ciekawego doświadczenia bez dwóch zdań jak najbardziej. A jak brzmi odpowiedź w odniesieniu do oferowanego brzmienia? Na to, skądinąd najważniejsze pytanie odpowiedź znajdziecie oczywiście w poniższym, będącym wynikiem starań łódzkiego Audiofastu teście, którego tematem zgodnie z tytułem artykułu będzie wzmacniacz zintegrowany Gryphon Audio Diablo 333.
Jeśli chodzi o aparycję tytułowego diabła, jedno jest pewne, wizualnie dzieje się sporo. Jednakże co dla tej marki jest znamienne, mimo wielu zabiegów designerskich żaden produkt tej stajni nie wygląda nazbyt strojnie, żeby przypominać cygański tabor – z całym szacunkiem dla wspomnianej podróżniczej nacji. To oczywiście feedback odpowiedniego wyczucia estetyki ogólnego wyglądu tego typu urządzeń. Co to oznacza? Już zdradzam. W przypadku naszego bohatera front to umiejętne połączenie grubego płata szczotkowanego aluminium z wyciętym motywem trójkąta uzupełnionym czernionym akrylem, w dolnej części którego wkomponowano lekko wystający, podobny wizualnie i tak samo wykończony, tylko nieco mniejszy prostopadłościan jako ostoja dla naprawdę czytelnego, dotykowego wyświetlacza. Kreśląc kilka zdań o innych elementach obudowy chyba najważniejszymi, będącymi naturalną konsekwencją zapewnienia odpowiedniego chłodzenia przy tak dużej oddawanej mocy są przymocowane do bocznych ścianek obudowy wielkie, zaoblone na górnej i dolnej krawędzi radiatory oraz zorientowane na górnej połaci skrzynki serie bloków poprzecznych otworów wentylacyjnych. Tyle na temat wyglądu i działań na rzecz bezpieczeństwa użytkowania, dlatego przejdźmy do opisu tylnego panelu przyłączeniowego. Ten spełniając zadania poważnej, nie oszukujmy się, iście high-endowej integry jest bogato wyposażony. A znajdziemy na nim 2 wejścia liniowe RCA, dwa wejścia XLR, wyjście liniowe i na dwa subwoofery w testowym egzemplarzu nie zabrakło modułu phonostage’a z wejściem XLR i hebelkową regulacją nastaw dla każdego, terminale kolumnowe, zacisk uziemienia, 20A gniazdo zasilania IEC i gniazdo bezpiecznika. Oczywistym jest dodawanie do kompletu startowego pilota zdalnego sterowania. Co do kwestii danych technicznych, z autopsji wiem, że z długiej listy znakomicie wdrożonych w życie rozwiązań technicznych najistotniejszymi jest brak jakiegokolwiek globalnego ujemnego sprzężenia zwrotnego, prowadzenie sygnału w konfiguracji True Dual Mono oraz moc na poziomie 333W dla 8 i 666 dla 4 Ohm. Jak widać, konstrukcja pod każdym względem nietuzinkowa, dlatego tym bardziej potencjalnych zainteresowanych zapraszam na kilka strof o jej brzmieniu.
Uf, wreszcie dotarliśmy do opisu brzmienia. Dlaczego „uf”? Powód jest banalny i wynikiem niecierpliwości przelania swoich odczuć na klawiaturę. Odczuć z jednej strony pozytywnych, a z drugiej pełnych wskazówek dla potencjalnych zainteresowanych. Chodzi mianowicie o jego wyrazistość prezentacji. Na tle ogólnego mainstreamu najnowszy zintegrowany Gryphon w pozytywnym słowa znaczeniu to zgodnie z nazwą rasowy diabeł. Agresywny w ostrości rysunku i nieobliczalny w ilości oddawanej energii oraz szybkości narastania sygnału, dlatego z tych powodów przez wielu uważany za zbyt mało muzykalny. Ale przecież tak naprawdę taki miał być. Już Diablo 300 dla sporej grupy melomanów był zbyt wyrazisty, niestety z drugiej strony dla innej nie tak nieobliczalny, jak by chcieli celem uzyskania w warunkach domowych dobrze rozumianego szaleństwa. Dlatego aby spełnić oczekiwania tych ostatnich, powołano do życia tytułowe trzy trójki. Co ważne, od pierwszego włączenia mające wiele wspólnych sonicznych cech z ostatnio nabytym przeze mnie przedwzmacniaczem liniowym Commander. Chodzi o dobrze rozumianą twardość i kontrolę dźwięku, przy zachowaniu odpowiedniej energii w środku pasma i zjawiskowym blasku górnego zakresu. I gdy wydawałoby się, że na przysłowiowej tacy dostajemy uniwersalny lek na wszelkie problemy konfiguracyjne, tak naprawdę stajemy przed nie lada wyzwaniem ujarzmienia tak mocy, jak i przez wielu z nas poszukiwanych, w tym przypadku wyśrubowanych jakościowo cech rysujących świat muzyki. Bez odpowiedniego podejścia Diablo 333 kolokwialnie mówiąc nie zostawia jeńców. Wszytko co robi, czyli podanie rytmu, dozowanie energii, szybkość i dźwięczność w tym przypadku bardziej rysowanego, aniżeli malowanego świata zapisów nutowych, robi na rzadko spotykanym w naszej zabawie poziomie. Niestety w tym wszystkim jest jeden haczyk. Otóż, gdy z jednej strony jest to bardzo poszukiwane, z drugiej niestety bardzo wymagające od strony konfiguracyjnej. Jeśli jednak się z tym uporamy, co na bazie wiedzy wkomponowania podobnie brzmiącego przedwzmacniacza Commander bez problemu uczyniłem, dostajemy świat muzyki przez duże „Ś”, czyli pełen oczekiwanych zaskoczeń, bo wizualizowany bez nudnych uśrednień, co każdy rodzaj twórczości dosłownie i w przenośni pokazywał jak na dłoni.
Weźmy na tapet choćby według niektórych obecnie grającą nie rocka, tylko Thrash metal Metallicę i jej „72 Seasons”. Owszem, w tym materiale są świetne brzmiące gitary, charyzmatyczna wokaliza, ale nie oszukujmy się, ton całemu przedsięwzięciu nadaje perkusja. Mocna, szybka, zaskakująca w zmianach rytmu, bez czego moim zdaniem ten kultowy zespół tym krążkiem powieliłby jedynie dawne produkcje, a tak nawet nie do końca wpisując się w oczekiwania wiernych fanów pokazał, że panowie mimo słusznego wieku potrafią przyłożyć. I jeśli chodzi o mnie, bez problemu to kupuję. A gdy do tego dostałem poziom agresji oferowanej przez Diablo 333, płyta ciurkiem leciała od dechy do dechy z czarnego krążka dwa razy z rzędu. Dlaczego z nośnika winylowego? Po pierwsze to efekt wiedzy co z czym połączyć – o stosownych kablach nie wspominając, aby dostać oczekiwany wynik, a po drugie z uwagi na bardziej ludzką od cyfrowego źródła specyfikę brzmienia. Reasumując występ przywołanego materiału otrzymałem mocną krawędź dźwięku, dzięki temu czytelny rysunek wirtualnej sceny z idealnie podanymi poczynaniami bębniarza, solidną dawkę energii podkreślającą nie tylko stopę perkusji, ale także gitarowe popisy oraz dzięki dźwięczności najwyższych rejestrów znakomity rozmach prezentacji. Jednym słowem ogień w najczystszej postaci. Żadnego umilania na siłę, tylko realizację w artystycznym rozumieniu złowrogich zamierzeń artystów.
Z innej beczki spójrzmy na muzykę spod znaku kontemplacyjnego jazzu formacji Bobo Stenson Trio „Sphere”. To jak wiadomo inna bajka muzyczna. Pełna powolnego, ale dogłębnie wnikającego w duszę słuchacza rozbudzania emocji poprzez cyzelowanie pojedynczego dźwięku. A jeśli tak, nieocenionym wydaje się być podejście do tego tematu z punktu widzenia 333, czyli wyraziście w każdym aspekcie. I po trosze tak jest. Dlaczego dałem margines bezpieczeństwa? To wynika z dotychczas wyartykułowanych w teście niuansów sonicznych naszej integry. Chodzi o łatwe przerysowanie tej muzyki, co może skończyć się pewnego rodzaju klinicznością prezentacji. Niestety nie samą krawędzią wirtualnego bytu i jego zwartym uderzeniem akurat ten nurt jazzu żyje. Do nadania mu odpowiedniej mistyczności potrzebna jest jednak szczypta plastyki. Plastyki, która akurat w tej konstrukcji Gryphona nie jest jakoś szczególnie eksponowana – to raczej domena wszystkich końcówek mocy grających w klasie A i trzeba zadbać o jej poziom za pomocą konfiguracji systemu. Ja oczywiście się postarałem i muzyka wypadła fajnie, ale przyznaję się bez bicia, że i tak do sposobu na muzykę w estetyce mojego grającej w czystego w klasie „A” Apex-a i tak było daleko. Dobrze w ogólnym rozrachunku, jednak dla mnie, na co dzień mocno stawiającego na lekkie podkręcenie ciepła i soczystości nawet kosztem konturu przekaz mógłby oferować nieco więcej przysłowiowego „mięcha”. Ale zaznaczam, przerysowuję sytuację, alby pokazać gdzie tkwi clou zakończenia z pełnym sukcesem próby zaadaptowania Duńczyka w momencie hołubienia solidniejszej dawki homogeniczności. Czy zatem mimo wielu dobrych wyników testu jednak udało mi się wyłapać jakiś problem? Bynajmniej, bowiem już w przedprodukcyjnych założeniach projekcja ostentacyjnie miłej dla ucha muzyki nie była jego gestii. Miał być bardziej wyrazisty od 300-ki i taki jest. Koniec kropka.
Gdy nadszedł czas ogólnej oceny brzmienia naszego bohatera i wytypowania dla niego potencjalnej grupy docelowej, zrobię to w kilku żołnierskich słowach. Jeśli jesteś piewcą lampowego czarowania, nawet z samego założenia konstruktorów pokazania muzyki pełnej nieprzewidywalności z najmocniejszym Diablo z pewnością bliską stu procent nie będzie Tobie po drodze. W momencie stawiania na fajny konsensus pomiędzy wagą, plastyką i ostrością rysunku spektaklu muzycznego po umiejętnym dostrojeniu zestawu do estetyki grania 333 bez problemu się w nim zakochasz. Jeśli zaś szukasz dobrze rozumianej bezczelności grania swojej układanki, moim zdaniem bierz go w ciemno. Oczywiście w ostatnim przypadku również powinno się z nim odbyć sesję zapoznawczą, ale po tym co pokazał w wersji sauté, czyli wpięty bez żadnych korekt systemu, jestem dziwnie spokojny, że ta grupa bez najmniejszych problemów znajdzie w nim swojego pobratymcę praktycznie od startu. To wcielony diabeł i jeśli wewnętrznie tak się czujecie, nie będzie innej drogi.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 118 000 PLN; + 33 000 PLN DAC2; + 26 000 PLN PS3 phono module
Dane techniczne
Moc: 2 x 333 W / 8Ω; 2 x 666 W / 4Ω; 2 x 1100 W / 2Ω
Impedancja wyjściowa: 0,015 Ω
Pasmo przenoszenia (-3dB): od 0,1 Hz do 350 kHz
Pojemność kondensatorów: 2 x 68 000 µF
Wzmocnienie: +38 dB
Wzmocnienie wyjścia na subwoofer: +12dB
Impedancja wejściowa: 50kΩ (XLR); 30kΩ (RCA)
Wejścia: 2 pary XLR, 2 pary RCA
Wyjścia: para RCA (tape out); para RCA (Sub out)
Pobór mocy: ≤ 0.5W (standby), 180W (w spoczynku)
Wymiary (S x G x W): 468 x 472x 245 mm
Waga: 50,6 kg
Opinia 1
Gdy prześledzicie nasze perypetie z produktami duńskiego Gryphona, przekonacie się, iż mieliśmy u siebie prawie wszystko. Od Diablo 300, przez koncówki mocy – Antileon, Mephisto i Apex, przedwzmacniacz liniowy Pandora, phonostage Legato Legacy, DAC-a Kalliope, odtwarzacz CD Ethos, po kolumny Trident II. Owszem, kilka drobnych komponentów wespół z flagowymi kolumnami Kodo nie miało u nas swoich pięciu minut, jednak nie oszukujmy się, tak zwana „elektroniczna drobnica” na tle wspomnianego portfolio to daleki od traktowania go jako ujmę na honorze ułamek oferty, zaś topowe zespoły głośnikowe mimo przyzwoitej wielkości naszego salonu odsłuchowego niestety nie miały najmniejszych szans na zdroworozsądkowe zmieszczenie się w jego okowach. A jeśli tak, to po ostatnim teście spod znaku Gryphona w postaci monstrualnej, co istotne, niełatwą decyzją zostawionej na stałe w systemie końcówki mocy Apex Stereo, naturalną koleją rzeczy wydawał się być miting z dedykowanym przedwzmacniaczem liniowym. Oczywiście takie były też nasze plany, jednak cały czas rozbijały się o bardzo prozaiczny problem. Chodzi mianowicie o fakt oczekiwania na jego oficjalne pojawienie się w ofercie Duńczyków. Na szczęście czas z nowo nabytym 200 kg piecem niespecjalnie się dłużył, bowiem ni stąd ni zowąd lekko zaskoczeni dostaliśmy info, że ustalane od jakiegoś czasu plany testowe bez problemu możemy finalizować. Takim to sposobem wieńcząc dzieło poznania na chwilę obecną pełnej oferty marki Gryphon Audio Design mam niekłamaną przyjemność zakomunikować, iż w dzisiejszym skandynawskim odcinku zmierzymy się z flagowym przedwzmacniaczem liniowym Gryphon Audio Commander.
Z czym mamy do czynienia? Myślę, iż nie przesadzę, gdy naszych bohaterów – tak tak mamy do czynienia z tak zwaną „dzielonką” – określę rasowymi przedstawicielami high end-owego szaleństwa. Powód? Nie tylko ich gabaryty, ale również waga spokojnie przewyższają osiągi znaczącej wielkości typowych wzmacniaczy zintegrowanych i być może się zdziwicie, ale także końcówek mocy. To skręcone z ciężkich, grubych, do tego kreujących designerskie kształty płatów aluminium pięknie wykończone w modnej czerni obudowy. Obydwie są takie same, a jedynymi co je różni, to wyposażenie determinowane wykonywanym zdaniem. Jakie to różnice? To widać gołym okiem. Sekcja przedwzmacniacza w stosunku do zasilacza na awersie uzbrojonym w imitację radiatora biegnącego przez całą wysokość frontu przez przeciętą trójwymiarowym motywem smoka, górną płaszczyznę aż po plecy urządzenia, może pochwalić się implementacją motywu odwróconego trójkąta. Cel? Jak można się spodziewać, jest to wizualny zabieg pozwalający na aplikację dużego, dzięki temu czytelnego z daleka, dotykowego wyświetlacza, krwistoczerwonego logo marki i włącznika inicjującego pracę urządzenia. Jeśli chodzi o dawcę energii elektrycznej, ten będąc pozbawionym wspomnianej prostopadłościennej trójkątnej bryły w dolnej części przedniego panelu pomiędzy pionowymi ringami à la radiatora może pochwalić się jedynie dwoma czerwonymi diodami oznajmiającymi jego pracę. Co bardzo istotne, przedni panel w obydwu komponentach w celach podkreślenia przemyślanego pomysłu na wygląd na wysokości masywnych kolców stabilizujących konstrukcję lekko się unosi. To z jednej strony ciekawie wygląda, a z drugiej minimalizuje odczucie przysadzistości ponadnormatywnie dużych urządzeń. Przechodząc z opisem na tylne flanki naszych bohaterów Power Supply (zasilacz) oprócz typowych dla Gryphona w najwyższych modelach dwóch gniazd zasilania (mamy do czynienia z konstrukcją symetryczną) oraz zacisku masy oferuje klientowi pakiet 7 wielopinowych złączy do zasilenia nie tylko sekcji przedwzmacniacza, ale w przyszłości przetwornika cyfrowo/analogowego lub phonostage’a. To znany z poprzednich linii produktowych dowód wielofunkcyjności tego produktu, czego słuszność zastosowania osobiście zaznałem podczas testu komponentów z niższej serii. Co do serca urządzenia, czyli modułu przedwzmacniacza, ten oprócz 3 gniazd sterujących odbiorem pakietu elektronów z zasilacza, powtórzonego zacisku masy, dwóch gniazd do automatycznego sterowania Biasem podczas współpracy z firmową końcówką mocy, może pochwalić się czterema wejściami XLR, jednym RCA, przelotką TAPE w standardzie RCA oraz trzema wyjściami liniowymi – 1xRCA, 2 XLR. Tak przepięknie prezentujący się, przy okazji bogato wyposażony zestaw finalnie jest wyposażony w aluminiowego, zmyślnego wizualnie, nieprzeładowanego funkcjami pilota zdalnego sterowania, zaś na czas transportu każdy z komponentów skrywany jest w praktyczne od strony pakowania i rozpakowywania drewniane skrzynie.
Czym zaskoczył mnie flagowy preamp Gryphona? Dwoma rzeczami. Pierwszą byłą znakomita rozdzielczość prezentacji, pozwalająca na zaistnienie nawet najdelikatniejszych niuansów dźwiękowych w najbardziej spiętrzonej kakofonii sonicznej. Natomiast drugą zadziwiające nadawanie muzyce fajnego body i esencji, ale bez uczucia utraty lekkości prezentacji. Owszem, na wirtualnej scenie zrobiło się delikatnie ciemniej i płynniej niż na co dzień mam podczas bezpośredniego sterowania głośnością przez Vivaldiego, jednak w najmniejszym stopniu nie było to uciążliwe, a czasem nawet wręcz pożądane. Co mam na myśli? Pisząc o uciążliwości naturalnie piję do minimalnego złagodzenia ataku i przez to zmniejszenia agresji dźwięku, zaś o pożądaniu mam na myśli sytuacje podczas testu, gdy jakiś materiał w wartościach bezwzględnych wypadał lepiej z Commanderem niż bez niego. Ogólnie muzyka obrabiana przez przedwzmacniacz zawsze była przyjemna. Nie zmulona, bez oznak nieprzyjemnego spowolnienia, tylko pełna esencji, energii i dzięki tchnięciu w nią pierwiastka eteryczności – w tym przypadku Vivaldi zawsze szedł o pół kroku za Commanderem – namacalniej kreowana. Ewidentnie krąglejsza, jednak w sobie tylko znany sposób łatwiejsza w emocjonalnym dotknięciu. Oczywiście nie zawsze, tylko zazwyczaj, gdyż wiadomym jest, że odbiór muzyki zależny jest od samopoczucia słuchacza i poziomu jego wrażliwości na lądujący w transporcie CD materiał muzyczny. Do czego zmierzam? Przecież to abecadło, czyli kolokwialnie mówiąc jeden lubi jabłka, a drugi gruszki, co oznacza, że tę samą muzykę inaczej odbierze meloman romantyk, a inaczej gniewny buntownik. Naturalnie ten pierwszy bez problemu zaakceptuje (a nie zdziwiłbym się, gdy nie będzie widział innej opcji) styl zjawiskowego na tle przesłuchanej przez lata konkurencji, grania Commandera w pełnym spektrum twórczości, natomiast drugi osobnik, z racji napawania się niczym niepohamowaną, oczywiście jedynie zawartą w materiale muzycznym, dobrze wybrzmiałą agresją już niekoniecznie. Będzie wolał nieco ostrzej, dosadniej lub brutalniej. Nie zawsze, ale jednak. Dlatego określając ogólnie świetny wpływ Duńczyka na finalne brzmienie systemu „zwrotem „nie zawsze” zostawiłem furtkę. Niestety nie ma rzeczy idealnych, za to tak jak w przypadku naszego bohatera są znakomite. Na tyle, że tylko pełne zadowolenie z obecnego wyboru sterowania głośnością na bazie przetwornika było jedynym głosem przeciwko pozostawieniu sobie tytułowego konglomeratu. Głosem, który w wartościach bezwzględnych sporo oddawał. Po pierwsze – pewnego rodzaju eteryczność prezentacji. Po drugie – jakże fizjologiczną esencję źródeł pozornych. Po trzecie – finalnie jakby lepiej odbierane rozbudowanie wirtualnej sceny w wektorze głębokości. A po czwarte – kojącą duszę intymność słuchanej muzyki. Powód? Niestety mimo, że wydaje mi się, iż jestem romantykiem, to w duchu chyba bardziej buntownikiem. Nie umiem, wróć, nie udaje mi się zbyt długo wysiedzieć przy idealnie wycyzelowanej muzyce. Lubię, gdy coś czasem mnie smagnie. Raz brutalny atak dźwięku, innym razem jego przenikliwość, przez co zawsze jestem w stanie oczekiwania na mające nadejść wydarzenia. Oczywiście skandynawski przedwzmacniacz również to oferuje, ba na tle konkurencji w zjawiskowym wydaniu, tylko bez niego mam to w wydaniu wyczynowym. Nie lepszym w ogólnym pojęciu tego słowa, gdyż nie raz podczas testu spotkałem się z opinią gościa, że z pre Gryphona muzyka jest kompletna, a bez niego brakuje jej pewnego rodzaju sonicznej spójności, tylko bardziej mnie kręcącym, co na tle ocenianego zestawu jest odchodzącym od ogólnie pojętego ideału w pełni subiektywnym wyborem. Bardzo bliskim w prezentacji, ale jednak obarczonym oddaniem kilku zalet wyborem.
Pierwszą z brzegu wodą na młyn bohatera dzisiejszego spotkania były koncertowe poczynania Keitha Jarretta z Garym Peacockiem i Jackiem DeJohnettem z materiałem „Inside Out”. Jak często w przypadku tych panów mamy do czynienia zarazem z popisami solowymi jak i wspólnym balladowaniem. I właśnie dlatego wybrałem ten materiał jako pieczątkę świetności prezentacji. Mianowicie mimo wspominanego wcześniej nadawania muzyce przez przedwzmacniacz cech płynności owe popisy – ze szczególnym uwzględnieniem zabawy z kontrabasem Peacocka – nic a nic nie straciły na zadziorności, krawędzi, czy odpowiednim udziale struny i pudła rezonansowego nawet w najbardziej karkołomnych przebiegach palców po strunach. Wszystko trafiało w punkt nie tylko bez wyostrzeń, ale również bez opóźnienia lub odczuwalnego pogrubienia. Mistrz nie żałował palców, a system nie gubił ani krzty z natychmiastowo pojawiających się po sobie informacji. Gdyby miał to opisać jednym słowem, było by to dobrze rozumiane „szaleństwo”. A to dopiero jedna strona medalu, gdyż dzięki cechom nienachalnego upłynniania projekcji zyskiwały kawałki melancholijne z ostatnim na płycie numerem 5 na czele. Powolne cyzelowanie każdej nuty fortepianu, jej bezkresne wybrzmiewanie, odpowiednio dozowana narastająca energia, a to wszystko w jednym celu, jakim wówczas było ukontentowanie zgromadzonej publiczności, by na koniec po wydaniu koncertu na płycie móc oczarować następne pokolenia wielbicieli tej jakże znamienitej trójki. Nic, tylko usiąść i zatopić się w otchłani muzyki, co bez jakiegokolwiek krygowania się uczyniłem.
Z innej muzycznej beczki pomnę choćby nawet dobrze wydany krążek Black Sabbath „13”. To nie jest łatwa muzyka. I nie chodzi nawet o jej odbiór przez melomanów, tylko jej sposób odtworzenia przez zestaw. Wszechobecne gitary, mocny rytm, energiczna perkusja i co najważniejsze charyzmatyczna wokaliza sprawiają, że zbyt duża ilość cukru w cukrze może się spodobać, jednak nie będzie miała nic wspólnego z zamierzeniami artystów. A to ma być przecież jazda bez trzymanki. Ogień gitarowych gęstych, pełnych energii, ale również drapieżnych pasaży to popisowy numer tej formacji i tak naprawdę już od pierwszego kawałka dający pojęcie z czym jeśli chodzi o odtwarzający go system, mamy do czynienia. Gdy wypadnie zbyt krągło, zabije wpisaną w DNA rockmanów chęć wywrócenia świata do góry nogami. Znowu gdy ostro, będzie jeden nieustający ból. Tymczasem w przypadku sesji testowej ten trudny materiał w żaden sposób nie został nadmiernie podkolorowany. Wiosła masowały trzewia tak drapieżnym, jak i energetycznym brzmieniem, frontman w osobie niepokornego Ozziego Osbourne’a bez zająknięcia śpiewał z tak zwanego pełnego gardła, zaś stopa konsekwentnie nadawała rytm tym szaleństwom. Trochę obawiałem się, że z tym projektem Commander może sobie do końca nie poradzić. Tymczasem całość wypadła znakomicie.
Po tym długawym tekście wreszcie przyszedł czas na spuentowanie wyartykułowanych powyżej wniosków. A te w moim odczuciu – bez względu na fakt osobistego codziennego spojrzenia na dźwięk z bardziej agresywnej strony – są potwierdzeniem wysokiej jakości dźwięku spod znaku Gryphona. Nasz bohater w stu procentach robi, co do niego należy. Nadaje dźwiękowi koherentności, a to wprost przekłada się na zjawiskową namacalność. Co jest bardzo istotne, przy całym sznycie grania świetną barwą i plastyką nie pogrubia szkodliwie dźwięku, tylko podkręca jego impuls i rytm. Owszem, na tle pracy dCs-a Vivaldi krawędź rysowana przez Commandera jest łagodniej, jednak nie ma mowy o rozmywaniu się wirtualnej sceny. Ba, w moim odczuciu właśnie dzięki takiemu postawieniu sprawy zyskuje ona na głębokości, co w przypadku realizacji koncertowych jest nie lada zaletą. Czy duński preamp jest dla każdego? Bez dwóch zdań tak. Jak taka opinia ma się do moich ostatecznych wyborów? Już tłumaczę. Raz – to nowość na rynku i test był pierwszą przymiarką. Dwa – na chwilę obecną przebudowuję system analogowy, dlatego nie potrzebuję tak znakomitego przedwzmacniacza. A trzy – jest minimalnie innym spojrzeniem na muzykę, niż obecnie preferuję, co mam nadzieję nie odbieracie jako wadę, tylko subiektywny, jestem pewny, iż po tym co usłyszałem w wydaniu Skandynawa, po czasie bardzo łatwy do zmiany wybór. Czy zatem nasz bohater ma jakieś wady? Niestety tak, ale tylko jedyną. Jaką? Prozaiczną – sporą cenę. Jednak na usprawiedliwienie tego faktu dodam, iż nikt nigdy nie twierdził, że brylowanie w segmencie ekstremalnego High End-u będzie przysłowiową bułką z masłem. To po prostu jeden z aspektów życia.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć stara prawda głosi, że z rodziną najlepiej wychodzi się wyłącznie na zdjęciach, to w dobie wszechobecnego Photoshopa, czy coraz popularniejszych rozwiązań AI w stylu DALL·E 2 i z tym może być różnie. Wystarczy kilka ruchów pędzlem, bądź odpowiednia komenda i już nas nie ma. Całe szczęście w High-Endzie życie toczy się nieco spokojniej, żeby nie powiedzieć normalniej, dzięki czemu „wchodząc” w konkretną markę z biegiem lat ewoluując do stadium wiernego akolity, niejako oczywistym wyborem staje się kompletowanie jeśli nie całości systemu, w końcu warto pamiętać o specjalizacji, to poszczególnych sekcji z urządzeń oznaczonych takimi samymi logotypami. Nie dziwi zatem widok monoteistycznych zestawów Accuphase’a, Esoterica, Soulution czy Vitusa, gdyż doskonale zdajemy sobie sprawę, że decyzję zakupową podjęto m.in. bazując na ich wzajemnej kompatybilności i pełnej synergii w obrębie misternych układanek. Z podobnego założenia wyszli Duńczycy, którzy w ramach ostatnich premier wraz z topowym wzmacniaczem mocy Apex pochwalili się dedykowanym przedwzmacniaczem liniowym Commander. I w tym momencie dochodzimy do sedna, gdyż o ile ww. końcówka już jakiś czas u nas gości, to jedynie podczas minionego Audio Video Show dane nam było rzucić uchem na zestaw firmowy Gryphon Audio. Całe szczęście dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu nie musieliśmy bazować li tylko na wystawowych wrażeniach, gdyż pod koniec zeszłego roku Commander do nas zawitał, co też anonsowaliśmy stosowną zajawką, a obecnie możemy podzielić się z Państwem zebranymi w tzw. międzyczasie obserwacjami, do lektury których serdecznie zapraszam.
Jak przystało na ekstremalny High-End, gdzie księgowi mają tyle do powiedzenia co dzieci i ryby a ekipy R&D ogranicza jedynie wyobraźnia, Commander już od progu oznajmia, że to on tu rządzi, więc lepiej będzie jak czym prędzej weźmiemy się za porządki, bo choć mamy do czynienia z jednym urządzeniem, to z racji rozdzielenia sekcji sygnałowej od zasilającej potrzebować będziemy dwóch półek w „pojedynczym” i jednej w podwójnym, bądź potrójnym stoliku. Całe szczęście ów słodki, zbliżony do 70kg (netto) ciężar rozłożono na dwie poręczne, wykonane z płyt OSB skrzynie, więc kwestie natury logistycznej spokojnie można ogarnąć w pojedynkę, o ile tylko po preamp nie wybierzemy się Smartem Fortwo. Oczywiście to niewinny żart, gdyż przy tego typu zakupach fakt dostarczenia i pomocy w wypakowaniu/aplikacji w posiadanym ekosystemie przez ekipę dystrybutora/salonu audio jest czymś na tyle oczywistym, że nawet nie warto o tym wspominać.
Po wyłuskaniu drogocennej zawartości z transportowych boxów naszym oczom ukazuje się … bynajmniej nie las (krzyży), co nader zgrabny, oczywiście kruczoczarny – zgodnie z tradycją i związaną z produkcją Forda T legendą zainteresowani mogą kupić go „w dowolnym kolorze, pod warunkiem, iż będzie to kolor … czarny” – duet. I w tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję i zabawę godną ekipy „MythBusters”. Otóż w ww. przypisywanym Henry’emu Fordowi stwierdzeniu jest co prawda ziarnko prawdy, lecz to już od Państwa zależy do której kategorii prawd tischnerowskich je zakwalifikujecie (osobiście waham się między 2 a 3 ze wskazaniem na tę ostatnią), gdyż na początku – w latach 1909-17 Fordy T dostępne były z nadwoziami czerwonymi, zielonymi, błękitnymi i jasno/ciemnoszarymi, lecz używane wtenczas lakiery schły od doby do nawet dwóch tygodni. Dopiero od 1917 r., paletę kolorystyczną ograniczono li tylko do czerni, a to za sprawą szybkoschnącego wyrobu marki DuPont. To tyle jeśli chodzi o didaskalia, co jednak nie zmienia faktu, iż w Gryphonach poza czerń wyjść raczej się nie da, gdyż koniec końców idea „Nordic Noir” do czegoś zobowiązuje.
W jednostce sygnałowej uwagę zwraca pokaźnych rozmiarów 4,3” błękitny wyświetlacz TFT wpisany w szklany (tafla ma 4mm grubości), centralnie osadzony na froncie trójkątny profil, co jest oczywistym nawiązaniem do bliźniaczego detalu widniejącego na płycie czołowej Apexa. Sam ekran jest oczywiście dotykowy a w jego dolny wierzchołek wkomponowano włącznik główny i firmowe, krwistoczerwono podświetlone logo. Wizerunek mitycznego gryfa znajdziemy z resztą również na biegnącej od podstawy ku tyłowi „zaczesce” z radiatorów dzielącej płytę górną. Z oczywistych względów moduł zasilający trójkątnego displaya pozbawiono, więc wspomniana, mocno nażelowana i poprzecinana bruzdami fryzura w całej swej okazałości opada również na front.
Jeśli do tej pory doszliście Państwo do wniosku, że jak na Gryphona jest zaskakująco spokojnie i odpowiedzialny za aparycję tytułowego flagowca Flemming E. Rasmussen spuścił nieco z tonu, to zapraszam od zakrystii, gdzie dzieje się naprawdę sporo. Znajdziemy tam odzwierciedlający wewnętrzną budowę dual mono rozkład gniazd obejmujący po cztery pary wejść XLR, dwie RCA z których ostatnie, wraz z dedykowanym wyjściem tworzą zupełnie zapomniana przez małoletnich tzw. pętlę magnetofonową. Zestaw wyjść obejmuje zdublowane XLR-y i pojedyncze RCA. Piętro niżej, wzdłuż dolnej krawędzi usytuowano trzy wielopinowe magistrale zasilające – dwie dla sekcji analogowych i jedną dla cyfrowej. Oprócz tego nie zabrakło wyjść do spięcia z firmowymi komponentami wyposażonymi w „green bias”, zacisku uziemienia i we/wyjść na zewnętrzny czujnik IR i triggery. Z kolei plecy zasilacza są oazą spokoju. Ot pięć stosownych wielopinowych wyjść dla sekcji analogowych i cyfrowej, bliźniacza para interfejsów kontrolnych a tuz przy podstawie dwa zintegrowane z komorami bezpieczników trójbolcowe gniazda zasilające IEC i zacisk uziemienia. Oba moduły uzbrojono w ostro zakończone masywne, stożkowe nóżki – Gryphon Atlas Spikes.
Zaglądając pod przysłowiową maskę i zagłębiając się w technikalia warto wspomnieć iż mamy do czynienia z konstrukcją będącą oczywistym rozwinięciem Pandory. Nie brak zatem topologii dual mono, pracy w czystej klasie A i szalenie wyżyłowanych parametrów. Wystarczy wspomnieć, iż Commandera wyposażono w napięciowe układy stabilizujące o 50-krotnie niższych poziomach szumów aniżeli w protoplaście, który i tak pod tym względem był w ścisłej światowej czołówce. Za regulację głośności odpowiada kontrolowany mikroprocesorowo, wyposażony w ultra precyzyjne rezystory Charcroft Z-Foil Audio, 85-stopniowy regulator głośności na przekaźnikach. Jak już zdążyłem zagaić życiodajną energię zapewnia para w pełni dyskretnych, liniowych zasilaczy dla każdego z kanałów i odseparowany, trzeci – przypisany obwodom sterowania cyfrowego. Całość bazuje na czterech, wykonywanych na zamówienie toroidach oraz imponującej baterii kondensatorów o łącznej pojemności 90 000 μF … na kanał. Aby zniwelować jakiekolwiek interferencje i wibracje oba komponenty posiadają kanapkowe podstawy składające się z kompozytu Kerrock na górze, masy bitumicznej w środku i stalowego płata od spodu.
Prawdę powiedziawszy dysponując odpowiednimi środkami finansowymi Commandera można byłoby nabyć jedynie z racji jego aparycji i wzorniczego dopasowania do Apexa, o ile tylko takowego ma się na stanie, bądź planuje w najbliższym czasie zakupić, gdyż jak wiadomo tanio już niestety było i ceny spadają chyba tylko w cennikach naszego rodzimego potentata paliwowego. Jak się jednak Państwo domyślacie nie poprzestaliśmy na kontemplacjach nad dwoma kruczoczarnymi obeliskami, lecz gdy tylko ich temperatura zbliżyła się do pokojowej czym prędzej zabraliśmy się za odsłuchy. I … tutaj warto zrobić budującą napięcie pauzę … jasnym stało się, że flagowy preamp Gryphona ani myśli znikać tak fizycznie, jak i sonicznie. Tak, tak mili Państwo. Wbrew temu co zwykło się uważać, czyli, że przedwzmacniacz powinien pełnić rolę li tylko interfejsu dopasowującego parametry elektryczne obecnych w systemie źródeł do wzmacniacza mocy i mniej bądź bardziej rozbudowanego przełącznika, switcha między nimi. Jak jednak pokazuje oparta na doświadczeniach empirycznych praktyka, skoro wspomniany switch (nawet taki Ethernetowy) ma znaczenie, to co dopiero operujący na sygnałach analogowych przedwzmacniacz. I tak też jest w istocie. Mówiąc wprost i bez ogródek Commandera słychać. Czy zawsze i wszędzie, tego niestety nie wiem, jednak jego obecność w naszym systemie, czyli pomiędzy dCS-em a Apexem po pierwsze energetyzuje a po drugie nieco dosaturowuje przekaz. Całość staje się bardziej namacalna, organiczna i lepiej zdefiniowana. Jednak owa definiowalność nie polega na wyostrzaniu konturów, jak to potrafi daleko nie szukając Pandora, a odpowiednim podkreśleniu soczystości i struktury tkanki owe kontury wypełniającej. Traktując powyższe obserwacje pobieżnie i zgrubnie można byłoby dojść do wniosku, iż Commander nieco obniża środek ciężkości, bądź podbija przełom średnicy i wyższego basu, co również nie jest zgodne z rzeczywistością. Co prawda rozgrzewkowy odsłuch „Si dolce e’l tormento (arr. for jazz ensemble)” pochodzącego z albumu „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” w wykonaniu Roberty Mameli charakteryzował się zaskakującym bogactwem wybrzmień i zaskakującym przesunięciem akcentów z onirycznej eteryczności na rzecz intensywności poczucia obecności artystki niemalże w zasięgu naszych ramion, czym całość przypominała aranżacją wersję proponowaną przez Rhiannon Giddens. Jednak wspomniane przybliżenie po chwilowej ekscytacji okazało się złudne, gdyż, to nie włoska sopranistka sama z siebie, bądź za sprawą duńskiego preampu, znalazła się w naszym pobliżu a poprzez bardziej realistyczne przyobleczenie jej postaci w żywą tkankę jej obecność stawała się bezsprzeczna, analogie do materializacji jak najbardziej na miejscu, i odbierana wszystkimi zmysłami a nie tylko słuchem.
Zagęszczenie struktury, przyspieszenie i połamanie linii melodycznych do formy prezentowanej przez norweską formację In The Woods… na „Diversum” nie zrobiło na Gryphonie najmniejszego wrażenia. Można było wręcz uznać, że im ciężej Skandynawowie szyli na swych wiosłach i im żwawiej smagał swe gary Anders Kobro – jedyny członek pierwotnego składu, tym słychać było więcej, lepiej i … „ładniej”(?). Bardzo przepraszam, ale tak właśnie to odebrałem, bowiem im bardziej zagmatwany i czasem brutalny stawał się klimat na ww. krążku, tym dzięki obecności Commandera zyskiwał na atrakcyjności. I wcale nie chodziło o to, że wokal Bernta Fjellestada brzmiał niczym Tom Jones za swych najlepszych czasów, lecz o fakt niezwykłej koherencji i świadomość kompletności. Tutaj nic nie trzeba było zmieniać, kombinować, przepinać. Ot wystarczyło wygodnie rozsiąść się w fotelu i dać porwać wartkiemu nurtowi muzycznych wydarzeń, by stwierdzić, że jest wszystkiego więcej i zarazem akurat tyle, ile potrzeba. Gitary cechuje większa soczystość, przez co brzmią bardziej „lampowo” i z większą mocą, zarazem nie raniąc naszych skołatanych nerwów, bas jest nieco tłustszy, lecz nie traci nic a nic ze swojej konturowości a i wspominana perkusja może liczyć na kilka dodatkowych decybeli w mixie. Od razu uprzedzę zorientowanych w temacie, iż nawet z Commanderem w torze nie udało mi się przywrócić światu wykastrowanych i ostruganych podczas sesji i postprocesu do wielce rachitycznej postaci partii Jasona Newsteda z „…And Justice for All” Metallici. Ale trudno mieć o to do kogokolwiek, poza samymi zainteresowanymi takową dywersją, jakiekolwiek pretensje, gdyż nawet na tym pułapie cuda się nie zdarzają a jeśli takowych Państwo doświadczyliście, to śmiem twierdzić iż były one następstwem nader rozbudowanej gałkologii i dalekich od liniowości korekt (equalizacji) dokonywanych np. na poziomie phonostage’a w stylu Thöress Phono Enhancera, EMT JPA-66, bądź za sprawą FM ACOUSTICS FM 268 C i jemu podobnych.
Reasumując śmiało można uznać, że Gryphon Audio Commander pasuje do Apexa nie tylko wizualnie, lecz i brzmieniowo. Oczywiście zastanawiając się nad jego zakupem nie ograniczałbym mających współpracować z nim peryferii li tylko do duńskiego rodzeństwa, gdyż tytułowy preamp ma całkiem spore szanse stać się przysłowiowym centrum zarządzania praktycznie dowolnego high-endowego systemu. Warto jednak mieć na uwadze, że gdy już bez przedwzmacniacza mamy delikatne problemy z nadwagą i zbytnią ospałością naszej misternej układanki, to Commander owej oponki nam nie odessie i przekazu nie odchudzi. Oczywiście poprawi dynamikę i to zarówno w jej odmianie mikro, jak i makro, zintensyfikuje namacalność źródeł pozornych i doda całości soczystości, lecz kuracji pozwalającej zrzucić zbędne kilogramy i transformacji ospałego misia koala w szybkiego jak błyskawica geparda po nim się Państwo nie spodziewajcie, gdyż nie do tego został stworzony.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 322 600 PLN
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stoliki: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dane techniczne
Konstrukcja: Dual mono, klasa A
Impedancja wejściowa: 18 kΩ (XLR); 12 kΩ (RCA)
Max. napięcie wejściowe: 20Vrms (XLR); 10Vrms (RCA)
Impedancja wyjściowa: 7Ω
Max. napięcie wyjściowe: 19Vrms (XLR); 9,5Vrm (RCA)
Wzmocnienie: +18dB
Poziom zniekształceń (THD+N): 0.003% @ 1 kHz / 10 Hz – 30 kHz
Pasmo przenoszenia: 0.1 Hz – 1,5 MHz (-3 dB)
Wejścia: 4 pozłacane wejścia XLR, 2 wejścia RCA, 1 wejście RCA TAPE IN
Wyjścia: 2 wyjścia zbalansowane XLR, 1 wyjście RCA, 1 wyjście niezbalansowane TAPE OUT
Transformatory: 4 oddzielne, wykonane na zamówienie transformatory toroidalne, po 2 dla każdego kanału
Pobór mocy: 90W; <0,5W (standby)
Wymiary (S x W x G): 48 × 23,6 × 44 cm (zasilacz); 48 × 23,6 × 45,5 cm (moduł sygnałowy)
Waga: 38,2kg (zasilacz); 30,5kg (moduł sygnałowy)
I kolejna „pocztówka” z przeszłości, czyli „zasłyszany” na Audio Video Show przedwzmacniacz Gryphon Audio Commander zawitał w naszych skromnych progach.
cdn. …
Opinia 1
Jak z pewnością większość z Was się domyśla, po latach w pewnym sensie bezproblemowej zabawy z najdroższymi zabawkami audio dostępnymi na naszym rynku, stosunkowo rzadko zdarza mi się oczekiwanie na coś z wypiekami na twarzy. I wbrew pozorom nie chodzi o fakt swoistego zmanierowania wieloletnim działaniem na tym pułapie cenowym – w myśl zasady sławnej pani premier: „przecież mi się to należy”, tylko od jakiegoś czasu obcując z tym szaleństwem na co dzień, żądaną przez producenta kwotą za dany komponent ciężko jest mnie wprowadzić w stan niekontrolowanego podniecenia. Owszem, zawsze z niecierpliwością czekam na rozwój wydarzeń testowych, jednak nauczyłem się trzymać emocjonalną gardę. To bardzo pomaga w na ile to możliwe, zdroworozsądkowym podejściu do procesu testowego, gdyż w momencie zderzenia się z wpisaną w kod DNA segmentu High End fenomenalnością prezentacji, pozwala zwrócić większą uwagę na tak ważne dla niego niuanse brzmieniowe. Niestety jak to zazwyczaj bywa, podobnie do dzisiejszego spotkania, zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę. Chodzi oczywiście o najnowszy produkt dystrybuowanej przez łódzki Audiofast Gryphon Audio. Coś, co w materiałach reklamowych Duńczycy określają nie jako rozwój, a raczej przełom w reprodukcji muzyki. Do tego z automatu spychając posiadaną przeze mnie końcówkę Mephisto Stereo na drugie miejsce w hierarchii jakości, stającego się flagowym osiągnięciem marki. O czym mowa? O dostarczonej z wielkim wysiłkiem logistycznym do naszej redakcji (w transportowej skrzyni całość 265 kg!) majestatycznej, bo z nadwyżką dwa razy większej, do tego dwa razy cięższej końcówce mocy Apex Stereo.
Zanim przejdziemy do głównego opisu rzeczonej końcówki mocy, zdradzę kilka związanych z jej pojawieniem się bardzo istotnych kwestii natury ogólnej. Gdy jakimś „cudem” rozwiążecie problem wizyty tego monstrum w docelowym pokoju – skrzynia osiąga szerokość 80 cm i nawet w momencie posiadania drzwi z prześwitem 90 cm staniecie przed problemem chwilowej eliminacji bocznych „tragarzy” – ja zorganizowałem sześciu, dlatego bazując na wieloletnim doświadczeniu osobiście przykręciłem pod nią obrotowe kółka pozwalające całości przejechać krytyczny odcinek po podłodze, temat docelowej aplikacji na dedykowanym miejscu jest dziecinnie prosty. Na tyle banalny, że może tego dokonać nawet pojedyncza osoba. To oczywiście pokłosie dbałości producenta o klienta polegającej na skonstruowaniu skrzyni z kilku spinanych klamrami płaszczyzn i wykorzystaniu jednego z jej boków jako platformy łączącej wielki pakunek z będącą miejscem spoczynku, wytrzymującą wielkie obciążenia półką lub tak jak u mnie podstawą na bazie granitu. To naprawdę banał. A to nie wszystkie ukłony w stosunku do nabywcy. Kolejnym jest dodanie w startowej paczce pneumatycznej poduszki. Dzięki niej po decyzji końcowego ustawienia APEX-a podnosząc go raz z lewej i raz z prawej strony kolejny raz samodzielnie wymieniamy pozwalające łatwo przemieszczające się po elastycznym suknie, obłe – coś na kształt odwróconego grzybka, dzięki gładkiemu wykończeniu lakierowanego drewna śliskie, transportowe stopy na również znajdujące się w komplecie, współpracujące z stalowymi podkładkami firmowe kolce. A i to nie koniec dobrych wieści. Chodzi o pokazujące dbałość o wizerunek marki zaprzeczenie ostatnimi czasy modnego zubożania sprzedawanej elektroniki o solidne kable zasilające. Owszem pod płaszczykiem doboru odpowiedniej sieciówki w konkretnym systemie wszyscy dodają chińskie badziewie, jednak w przypadku flagowego produktu Gryphona Duńczycy postanowili pokazać klasę i w skrzyni znajdziemy dwa firmowe, co istotne, flagowe kable prądowe Vanta AC z końcówkami C-19. Bez sensu, bo i tak często szukamy czegoś innego? Być może, gdyż również ja poszedłem inną drogą, ale jak wiadomo, nie jest to standardem to raz – sporo ludzi z pewnością zdecyduje się zostać z propozycją producenta. A dwa, chyba zdajecie sobie sprawę, że pierwsze dobre wrażenie można zrobić tylko raz, co moim zdaniem przy opisanych przed momentem zabiegach wypadło nawet nie dobrze, ale spokojnie można powiedzieć fenomenalnie.
Po dotarciu do przybliżenia tytułowego produktu w wersji sauté, jak rzadko, gdyż nie inaczej niż w nomenklaturze młodzieżowej mogę powiedzieć tylko jedno – to jest „sztos”. Owszem, mamy do czynienia z prawdziwym rozmiarowym smokiem – waga na poziomie 202 kg (same trafa przekraczają wagę 20 kg sztuka, a gdzie obudowa i reszta komponentów), bez mała metr głębokości, 60 cm szerokości i 40 wysokości sprawiają, że od pierwszego kontaktu wzrokowego nabieramy do konstrukcji zasłużonego szacunku, jednak ku mojemu pozytywnemu zdziwieniu ukrycie tego tematu przez projektantów okazało się prawdziwym designerskim majstersztykiem. Na tyle udanym, że stojący nad APEX-em Mephisto wizualnie wydaje się być znacznie brutalniejszy, a przez to niepotrzebnie bardziej angażujący wizualnie. A najlepsze jest to, że obydwa projekty na obudowanie elektroniki są bardzo zbliżone. Front to nadal dwa pionowe płaty, z tą tylko różnicą, że wykonane ze szczotkowanego aluminium, a nie akrylu, na które nałożono świetnie wpisujący się w odbiór wzrokowy, tym razem bazujący na szkle, a nie sztucznym tworzywie trójkątny dotykowy panel z przyciskami sensorycznymi. Boczne ścianki konsekwentnie będąc ostoją dla monstrualnych radiatorów tym razem w celach uzyskania znacznie przyjemniejszego kształtu w górnej i dolnej części zostały zaoblone. Zaś plecy spełniając identyczne zdania, jako konsekwencja nieco innej topologii układów wewnętrznych, oferuje inaczej rozplanowane wejścia XLR sygnału analogowego, specjalnie zaprojektowane dla tej konstrukcji, będące pięknem samym w sobie, pojedyncze terminale kolumnowe, dwa gniazda zasilające C-19, tuż obok nich dwa włączniki, pod nimi komory bezpieczników, dwa terminale Green Bias oraz zacisk uziemienia. Natomiast jeśli chodzi o ewidentną, po reakcji moich gości bardzo wpływającą na ogólną prezentację różnicę, to oprócz nieco inaczej rozplanowanych otworów wentylujących trzewia wzmacniacza, na górnej połaci znajdziemy sporych rozmiarów trójwymiarową płaskorzeźbę będącego dawcą nazwy marki mitycznego Gryphona. Co do technikaliów, tym razem według informacji producenta najważniejszymi jest oddawanie mocy w czystej klasie A na poziomie 210W przy obciążeniu 8Ohm i pobór prądu na najwyższym, pokazującym co nasz bohater tak naprawdę potrafi poziomie Bias-u w okolicach 750W na kanał. Jak widać, relatywnie wszystko wygląda bardzo zbliżenie do Mephisto, jednak nie oszukujmy się, z dwukrotnie większego wagowo i gabarytowo magazynu energii. Czy skórka była warta wyprawki? Cóż, na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejnym akapicie.
Mniemam, iż tak jak dla mnie, również dla Was naturalnym odniesieniem pokazania możliwości najnowszej flagowej końcówki Gryphona jest jej poprzednik – w tym wypadku Mephisto. I nie ze względu na podprogową gloryfikację nowości, tylko w momencie wiedzy co urzekło mnie w dotychczasowym numerze jeden – tutaj odsyłam do stosownej recenzji, ułatwienie zrozumienia co udało się osiągnąć duńskim konstruktorom obecnie. Tak prawdę mówiąc, na bazie dotychczasowych doświadczeń oczekiwałem niewiele. Ogólnie wszystko co oferował Mephisto, było rewelacyjne. Jednak po dwóch latach obcowania, naturalną koleją rzeczy apetyt rósł w miarę jedzenia i zacząłem marzyć o poprawie poziomu w pełni kontrolowanej energii najniższych zakresów częstotliwości. Niby wszystko było ok., jednak pełnię oczekiwań zaspakajałem dopiero przy nieco głośniejszym graniu. Naturalnie można było z tym bez problemu żyć, jednak niespokojna dusza audiofila-melomana od jakiegoś czasu nasuwała pomysł zastosowania posiadanego pieca w wersji monofonicznej. Chodziło o to, aby od dolnych poziomów wolumenu dźwięku czuć było nieskrępowanie w dozowaniu najniższego, dobrze zaznaczonego i do tego będącego wzorem timingu basu. Niestety chcieć to jedno, a móc to drugie, bowiem w chwili pojawienia się moich rozterek dystrybutor nie dysponował wersjami Mephisto Mono. Jednak byłem na tyle uparty, że po krótkiej rozmowie udało mi się wygrać batalię o rychłe prowadzenie rzeczonego zestawu. I gdy temat nabierał realnych rumieńców, ku zaskoczeniu chyba wszystkich fanów marki, nagle pojawiał się APEX. Piec, który nieco wyprzedzając fakty, w tylko sobie znany sposób nie tylko wniósł oczekiwaną przeze mnie poprawę dolnego zakresu, ale przy okazji przewartościował już dotychczas wyśrubowane wartości dosłownie każdego aspektu prezentacji. To nie był zwykły progres per se, tylko w moim odczuciu nokaut w każdym calu. Od dolnych rejestrów, przez środek, po wysokie tony duńska nowość przez świetnego Mephisto brutalnie mówiąc przejechała jak przysłowiowy walec.
Tak oczekiwany przeze mnie bardziej „wydajny” bas nie tylko, że zszedł do dotychczas niedostępnych istnych czeluści swoich zakresów, to w wymagających jego pojawienia się sytuacjach okazywał się być pełnoprawnym aktorem od najniższych poziomów głośności. Mało tego. Był mięsisty, mocny i naładowany energią, a zarazem oferował pożądaną dla zwarcia przekazu pewnego rodzaju twardość i co za tym idzie szybkość, czym ze stoickim spokojem w momencie słuchania niskich organowych piszczałek potrafił wywołać ocierający się o arytmię serca wewnętrzny niepokój. Powiem szczerze, o czymś takim w duchu myślałem, jednak nie sądziłem, że da się to osiągnąć w takim wydaniu. Gdy nastawała potrzeba, niemiłosiernie mocno i zwarcie kopał, zaś w innym przypadku bez najmniejszej zadyszki potrafił bezlitośnie masować moje trzewia lawą wgniatających bębenki uszne w głowę sejsmicznych pomruków. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że robił to bez jakiegokolwiek oglądania się na poziom odkręcenia gałki wzmocnienia, przy braku jakichkolwiek strat w jakości jego reprodukcji. Na przestrzeni lat zabawy z ekstremalnym High End-em słyszałem wiele, ale tak wysoko postawionej poprzeczki jeszcze nigdy. Być może dlatego, że jeszcze żaden wzmacniacz dotychczas nie zmusił stacjonujących u mnie od ponad pół roku Gauderów Berlina RC-11 do pokazania pełni swoich możliwości w zejściu poniżej 20 Hz, jednak bez względu na wszystko, temat przekroczył moje najskrytsze oczekiwania.
Kolejnym nawet nie spodziewanym, bowiem posiadany Mephisto radził sobie z tym znakomicie, jednak pełnoprawnym beneficjentem jakościowych zmian okazał się być środek pasma. Na tle Apex-a poprzednik mimo znakomitej umiejętności przekazania zawartych w nim emocji zdawał się po nim w pewnym sensie „ślizgać”. Mam na myśli zbyt lekkie w domenie masy dźwięku, traktowanie muzyki. To mogło powodować jakby lepszą, jednak pozorną szybkość narastania sygnału, gdy tymczasem tracił na tym zbyt delikatny w odbiorze realizm wydarzeń scenicznych. Owszem był barwny, na swój sposób esencjonalny i eteryczny, jednak po zderzeniu z nową projekcją okazało się, że dosłownie w każdym jego aspekcie da się osiągnąć znacznie więcej. Chodzi o umiejętne podkręcenie dosłownie każdego niuansu bazując nie tylko na większym udziale masy, a dzięki temu energii i esencjonalności, ale dodatkowo zjawiskowo windującej namacalność wydarzeń muzycznych w estetyce 3D oraz oddanie rozmiarów znacznie bliższej prawdzie wirtualnej sceny rozdzielczości. To nie był ruch na poziomie percepcji. Powiem więcej. To również nie było działanie z puli dużych. Dla mnie, wielbiciela gęstego, ale przy tym kipiącego feerią informacji środka pasma było to szach mat. Z jednej strony podczas obcowania z popisami damskiej wokalizy muzyka kapała podsycanymi esencjonalnością emocjami, a z drugiej przy napawaniu się maestrią gry na instrumentach z epoki w muzyce dawnej dostawałem ich nieprzekłamany koloryt i zjawiskową wielobarwność. Teoretycznie przez cały czas tym dysponowałem, jednak ten proces testowy pokazał, ile jeszcze w tej materii bez jakiegokolwiek przekraczania granicy dobrego smaku da się zrobić.
Na koniec coś o najwyższych rejestrach, które z pozoru wydawały się być mniej ekspansywne. Jednak to tylko celowe zagranie, gdyż zwyczajnie nie próbowały przekrzykiwać większego udziału masy i barwy w przekazie, a jedynie wspierały całość tchnięciem weń pakietu oddechu i witalności. Tym zaś sposobem znakomicie udowadniały, że z pozoru mniej w efekcie windowania rozdzielczości, przy wyczuwalnie przyjemnie ciemnawej estetyce grania, znaczy więcej. Więcej nie w rozumieniu ilości świdrujących uszy cykających artefaktów, tylko pokazującego jak na dłoni brzmieniową złożoność każdej nuty, będącego wykładnikiem zbliżania słuchacza do prawdy o danym zapisie nutowym, umiejętnego, bo niby bez sztucznego rozdrabniania włosa na czworo, ale jednak rozbicia każdego sonicznego bytu na przysłowiowe, oczywiście spójnie definiujące muzykę atomy. Tylko tyle i aż tyle.
I gdy wydawałoby się, że nic więcej ciekawego nie może się już wydarzyć, w oparciu o wyartykułowane niuanse okazało się, że jak nigdy dotąd dzięki opiniowanej końcówce mocy miałem okazję zaznać zjawiskowej dynamiki. Jednak nie w estetyce typowego dla nadpobudliwych systemów pędu głównie za atakiem kosztem wypełnienia ponad wszystko, tylko z pełnym spektrum konsensusu pomiędzy niskim zejściem, nasyceniem, rozdzielczością i odpowiednio korelującą z całością szybkością narastania sygnału przekazu muzycznego. Na tym tle Mephisto wydawał się oferować lekką „kompresję”. Kompresję, którą celowo wziąłem w cudzysłów, gdyż konia z rzędem temu, kto na jego poziomie cenowym zaprezentuje lepszy dźwięk. Być może inny, ale z pewnością nie lepszy, a często niestety gorszy. A najlepsze i w pewnym sensie zaskakujące w tym wszystkim jest to, że owo zjawisko zaobserwowałem w zazwyczaj uważanym za spokojny jazz-ie. Efekt był na tyle znamienny, że ku mojemu zaskoczeniu podobnie do muzyki klasycznej, teraz musiałem nauczyć się słuchać małych składów. O co chodzi? Zazwyczaj gdy jeden z muzyków grał gdzieś cicho w dalszym planie na wirtualnej scenie, bezwiednie podkręcałem poziom volume, gdyż wiedziałem, że owszem, gdy wejdzie cały band, może być głośno, jednak nigdy nie doznawałem aż takiego skoku energii. Energii, która podobnie do klasyki wręcz wybuchała, a nie narastała, skazując mój bezwarunkowy odruch przyciszania na porażkę, gdyż w momencie finalizacji reakcji temat był już nieaktualny. Powiem szczerze, naprawdę miałem z tym niezłą przeprawę. Na szczęście walka toczyła się o poprawne oddanie zapisanej na płytach muzyki, dlatego do momentu wyrobienia sobie odruchu, że jak w środku nagrania coś jest cicho, to tak zaplanowali muzycy i tak mam być, pokornie przyjmowałem każdą porażkę. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę była niezła szkoła.
Co na to muzyka? Cóż. Gdybym miał opisywać każdy krążek po kolei, uwierzcie mi, ilością znaków i kwiecistych porównań bez problemu dogoniłbym twórczość Elizy Orzeszkowej. Niestety nikt o zdrowych zmysłach by tego nie zdzierżył. Dlatego chcąc uniknąć zbiorowego seppuku potencjalnych czytelników, przywołam jedynie najbardziej zjawiskowo wypadające elementy i ich sposób projekcji muzyki. Jeśli dobrnęliście do tego momentu, chyba jasnym jest, że pierwszym godnym do przywołania aspektem jest udowodnienie, co tak naprawdę dzieje się w dolnym zakresie częstotliwości. I wbrew pozorom nie chodzi o trzęsące pokojem, schodzące do 16Hz organy, oddane jako seria drobnych, bardzo wyraźnych impulsów, a nie jednolita, ledwo zauważalnie pofalowana papka, tylko dobitne pokazanie faktu, że na płycie z muzyką filmową „Blade Runner 2049” najistotniejszym akcentem nie jest ogólny miękki, często zlany w jedną całość pomruk po impulsywnym uderzeniu wygenerowanego elektronicznie sygnału, tylko efekt uderzenia nim słuchacza, po którym owszem pojawia się kilka modulacji, jednak dzięki w pełni kontrolowanej mocy wzmacniacza jako pakiet zwartych i dość szybko wygaszanych bytów. To ma być zjawiskowe kopnięcie z kilkoma następującymi po nim artefaktami, a nie bliżej nieokreślony kluchowaty impuls polany bezkształtną lawą. I zapewniam Was, taka prezentacja pokazuje ten film w całkowicie innym, pełnym będącym jego tematem świetle mrocznego, niestety według reżysera czekającego nas świata. Drugim, wartym przypomnienia fenomenem tego testowego rozdania jest opisana przed momentem dynamika. Dynamika jak rzadko kiedy zmuszająca słuchacza do zdroworozsądkowego użycia gałki wzmocnienia, gdyż skoki energii w pozytywnym tego słowa znaczeniu są tak brutalne, że bezmyślne pogłaśnianie często kończy się nieprzyjemnym przekroczeniem akceptowalnego poziomu decybeli. Zaś trzecim, w pewnym sensie ostatnim mocno zmieniającym mój dotychczasowy wzorzec dobrze odtworzonego dźwięku był sposób zmiany jego wolumenu. Efekt był taki, że nawet najbardziej ekstremalne ruchy gałką nie powodowały powstawania zazwyczaj tracącej na rozdzielczości, a przez to wzmagającej zniekształcenia, na dłuższą metę niestety męczącej ściany dźwięku, tylko zwiększały energię przekazu, w bezpośrednim odczuciu jako wzrost wolnego od niechcianych przekłamań ciśnienia akustycznego. To z pewnością skutek sumy przed momentem wspomnianych zalet, jednak zapewniam, na tle zwyczajowego zachowywania się elektroniki w pewnym sensie było to dla mnie świetnie wypadającym novum.
Gdy nastał czas na wygłoszenie puenty procesu testowego, szczerze mówiąc jestem w delikatnej kropce. Chodzi o to, że po raz kolejny musiałbym omawiać fakty z powyższego słowotoku, na co nie tylko nie mam chęci, ale wyglądałoby to jak siłowe, naturalnie w moim odczuciu zbędne w takim stylu promowanie najnowszego produktu Gryphona. Jestem pewien, iż Apex bez problemu sam się obroni. Jest jednak jedno „ale”. Trzeba zapewnić mu synergiczne towarzystwo. Nie tylko w postaci elektroniki, ale również okablowania i odpowiednio przygotowanego miejsca spoczynku – mam na myśli docelową platformę. Wiem to z autopsji, gdyż od momentu jego pojawienia się w moim systemie, do dzisiaj przeszedłem pełną drogę weryfikacji każdego ze wspomnianych aspektów i wiem, że nawet najdrobniejsze pozostawienie któregoś z nich na pastwę przypadkowości potrafi zniweczyć ciężką pracę Duńczyków. Poza tym, jedyną mogącą sceptycznie podejść do oferty brzmieniowej Apex-a grupą melomanów jaka przychodzi mi do głowy, jest obóz orędowników bardzo szczupłej, nastawionej na brak energii pogoń za atakiem ponad wszystko. Niestety przedstawiciel Skandynawii na to nie pójdzie, gdyż w jego kodzie DNA zapisane jest odpowiednie zbilansowanie pełnego spektrum składowych dźwięku, a nie uwypuklanie tych uważanych za najistotniejsze. Dlatego też, jeśli w obcowaniu z muzyką tak jak ja szukacie wyczerpujących znamiona „bycia tam i wtedy” niczym nieskrępowanych emocji, nie pozostaje Wam nic innego, jak zmierzyć się z nim na własnym podwórku. Tylko jedna uwaga. To może okazać się zgubnym działaniem. Co mam na myśli? Lepiej nie pytajcie. A jeśli naprawdę chcecie wiedzieć, zainteresowanych odsyłam do stopki recenzenckiej pod kolejnymi testami.
Jacek Pazio
Opinia 2
Zgodnie z „branżową” anegdotą dobry recenzent tak długo słucha danego urządzenia, aż mu się ono spodoba, co prawdę powiedziawszy w niektórych przypadkach ociera się co najmniej o masochizm. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności nikt jakoś nie wspomina o sytuacji odwrotnej, kiedy to początkowy bezgraniczny zachwyt zaburza zdroworozsądkowe podejście do tematu zagłuszając nędzne niedobitki obiektywizmu. Jeśli wydaje się Państwu, że skoro osoba mająca wydać werdykt została niejako porażona absolutem otrzymanego na testy komponentu i wręcz nie może wyjść z zachwytu nie jest problemem, to proszę mi wierzyć na słowo, że jesteście w błędzie. Chodzi bowiem o to, że zaślepiony miłością, która jak nie od dziś i nie od wczoraj wiadomo, że jest nomen omen ślepa, recenzent, pomijając upośledzenie natury okulistycznej, przestaje myśleć racjonalnie a tym samym nie docierają do niego żadne racjonalne argumenty i mówiąc wprost mniej, bądź bardziej oczywiste mankamenty. Dlatego też, pomimo nader licznych monitów i regularnie zadawanych pytań o powód tak dużej zwłoki w publikacji testu (od unboxingu minęło 1,5 miesiąca) uznaliśmy z Jackiem, że musimy dać sobie czas. Czas na to by emocje opadły, głowy ostygły i wróciły choćby śladowe przejawy zdrowego rozsądku i wspomnianego obiektywizmu. I tak sobie czekaliśmy nie tylko oswajając się z obecnością duńskiego kolosa, lecz również mając świadomość, że przejawiając cechy właściwe gatunkowi homo sapiens, powinniśmy w miarę szybko się do dobrego przyzwyczaić coraz częściej traktując go, znaczy się obiekt niniejszego testu, jako stałą składową naszego głównego systemu. Krótko mówiąc, oczywiście umownie i metaforycznie, zdegradowaliśmy jego status z obiektu chwilowego kultu do roli tzw. konia pociągowego i wołu roboczego. Może to mało eleganckie i poetyckie porównanie, ale właśnie o to chodziło – o odarcie z wszelakich oznak absolutu i spojrzenie na niego chłodnym, krytycznym okiem. Czy nam się udało, to już nie mi oceniać, jednak skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, że zdjęliśmy nałożone na siebie embargo i wreszcie możemy podzielić się z Państwem naszymi, dotyczącymi najnowszego i zarazem topowego stereofonicznego wzmacniacza mocy Gryphon Audio Apex refleksjami, do lektury których serdecznie zapraszam.
W telegraficznym skrócie i upraszczając sytuację można byłoby stwierdzić, że Apex jest duży, czarny i drogi. Ot takie wpisywanie się w coraz powszechniejszą pauperyzację, gdzie nawet giełdy filatelistyczne i numizmatyczne, ze względu na niezrozumienie i tajemniczość opisujących ich istotę określeń zostały przemianowane na giełdy znaczków i monet. Rozwijając jednak temat, mając zarazem świadomość, iż nasi Czytelnicy zdolności percepcyjne mają zdecydowanie powyżej średniej, uznaliśmy, że warto zwrócić uwagę na dość istotne fakty. Otóż w przypadku Apexa mamy do czynienia z ponad 200 kg (dokładnie 202 netto) monstrum o wymiarach 59 x 37 x 89 cm (S x W x G) utrzymanym w ponadczasowej tonacji „Nordic Noir”. Jak jednak łatwo się domyślić nad wyraz okazały aluminiowy korpus swe gabaryty zawdzięcza nie tylko wybujałym ambicjom projektantów, lecz przede wszystkim względom technicznym. Skoro bowiem Apex zdolny jest oddać ponad 200W na kanał w klasie A i przy okazji nie zagotować się przy 1Ω obciążeniu wypuszczając na terminale głośnikowe blisko 1,5kW na kanał, to jakoś powstające przy okazji ciepło musi oddać. Stąd też boczne ściany zastąpiono nastroszonymi piórami radiatorów do których od wewnątrz przytwierdzono 64 wysokoprądowych bipolarnych tranzystorów mocy. Do ww. ciężaru swoje małe co nieco dokłada również sekcja zasilania, gdzie znajdziemy dwa potężne, wykonane na zamówienie 2000 VA transformatory toroidalne i nie mniej imponującą baterię kondensatorów o łącznej pojemności 1 040 000 μF (ponad 1 Farad). Ponadto nie sposób nie odnieść wrażenia, że projektanci stojący za szatą wzorniczą naszego dzisiejszego bohatera, poniekąd zgodnie z tradycją, postawili na kojący spokój. A o co chodzi z ww. tradycją? Cóż, może to wyłącznie moje osobiste, a więc wybitnie subiektywne odczucia i omamy, ale patrząc na portfolio Gryphona, ze szczególnym uwzględnieniem jego amplifikacyjnej części, widać, że im wyżej w rodzimej hierarchii się wespniemy, tym spokojniejsze linie napotkamy. Nie wierzycie? No to proszę – w Diablo 300 zarówno na froncie, jak i bokach dzieje się naprawdę dużo, Antileon en face jest już poważniejszy, ale nadrabia bocznymi radiatorami i górnym deklem a Mephisto za oko łapie jedynie biegnącą przez całą jego długość wypukłą osłoną „wału napędowego”. Jednak to dopiero Apex, m.in. z racji swej monumentalności, stawia kropkę nad „i”. Jak na powyższych zdjęciach widać obecność już nie akrylu a czernionego szkła ograniczono wyłącznie do trójkątnego panelu informacyjno – sterowniczego resztę frontu oddając dwóm płatom szczotkowanego aluminium przedzielonym centralnie biegnącymi „verticalami” radiatorów.
Ściana tylna to już prawdziwa oaza spokoju i zarazem źródło lekkiego zdziwienia, od którego pozwolę sobie zacząć opis pleców. O ile bowiem z racji swych gabarytów oraz dość zauważalnej wagi tak Antileon, jak i Mephisto wyposażono w stosowne, ułatwiające przemieszczanie masywne uchwyty, tak w zdecydowanie większym i cięższym Apex-ie z owych punktów zaczepienia kończyn górnych „tragarzy” zrezygnowano. Widocznie założono, że nikt przy zdrowych zmysłach ponad 200 kg końcówki nie będzie próbował wstawić na żaden stolik, albo raczej katafalk a na platformę, bądź o zgrozo podłogę tytułowy wzmacniacz i bez wspomnianych uchwytów – dzięki dołączonej w zestawie poduszce powietrznej i pochylni, majestatycznie się zsunie. Przechodząc już do detali natury użytkowej warto mieć na uwadze, że z racji swojego zbalansowania i wynikającej z ultra-highendowości bezkompromisowości wejścia liniowe są tylko w postaci XLR-ów. Zaciski głośnikowe są pojedyncze, acz niezwykle solidne i zdolne przyjąć dowolnie zakonfekcjonowane, bądź gołe przewody. Tuż pod nimi umieszczono systemową magistralę komunikacyjną Green Biasu, zacisk uziemienia i porty triggera. Jak to zwykle w końcówkach Gryphona bywa zarówno gniazda zasilające (20A C19), jak i włączniki główne, wraz z dedykowanymi im komorami bezpieczników, są zdublowane – po jednym na kanał. Z dobrych wiadomości – na wyposażeniu są firmowe, zasilające przewody Vanta, które przynajmniej na początek powinny wystarczyć. A co do niebezpiecznie zbliżającej się do połówki miliona PLN-ów ceny, to zgodnie z materiałami producenta „Gryphon Apex to z natury produkt dla nielicznych szczęśliwców …” i za przynależność do tego elitarnego grona trzeba niestety swoje zapłacić.
Jak z pewnością zauważyli Państwo, Apex nie jest pierwszym wzmacniaczem duńskiej marki jaki u nas przez ostatnie lata gościł. Mamy też cichą nadzieję, że nie będzie również ostatnim, jednak tym razem chodzi nie o plany na przyszłość, lecz kontekst i punkt odniesienia, którym będzie nie kto inny, jak nasz dyżurny Mephisto, który jak widać na powyższych zdjęciach z niewiadomych powodów nagle skarlał i przestał dominować nad układanką pozostałych komponentów. W dodatku Mephisto przez ponad dwa lata wydawał się spełnieniem audiofilskich marzeń nie tylko idealnie wpisując się w nasze gusta, lecz i z łatwością rozprawiając się z nawet trudnymi do wysterowania kolumnami. Oczywiście wizytujące nasze skromne progi konkurencyjne rozwiązania konstrukcyjne też sroce spod ogona nie wypadły, jednak z reguły różnice pomiędzy Mephisto a resztą świata operowały w orientacji poziomej a nie pionowej, więc jeśli już, to było inaczej a niekoniecznie lepiej, bądź gorzej. I tu dochodzimy do sedna, gdyż w powyższym zdaniu zaakcentować należy czas przeszły, w dodatku dokonany, czyli fakt, iż coś „było” a już nie jest. Co się zmieniło? Generalnie rzecz ujmując … wszystko, przynajmniej od momentu, gdy pojawił się u nas Apex. Nagle okazało się bowiem, że nie tylko można usłyszeć jeszcze więcej, ale i lepiej a od dawna cieszące nasze uszy monumentalne Berliny RC11 grały do tej pory jeśli nie na pół, to najwyżej na ¾ gwizdka. Przesada? Cóż, bardzo byśmy chcieli, żeby tak było, jednak tym razem nawet przez moment zasłyszanych różnic nie byłem w stanie rozpatrywać w kategorii zmian poziomych a jedynie pionowych i to wyłącznie w górę.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od dołu, znaczy się basu. Otóż Apex robi z najniższymi składowymi coś niesamowitego. Nie dość bowiem, że do samych wrót Hadesu zachowuje nad nimi pełną kontrolę, to jednocześnie zapewnia porażającą, acz nieprzesadzoną rozdzielczość i co najważniejsze nie osusza i nie pocienia ich definicji. Jednak choć bas schodzi niesamowicie nisko, to nie mamy zwyczajowego spadku głośności i utraty informacji, co niejako dość wyraźnie wskazuje, że idzie pod tym względem o krok a nawet dwa dalej niż był w stanie pokazać Mephisto. Wystarczyło bowiem włączyć „Ghost Reveries” Opeth, by na własnych trzewiach przekonać się nie tylko o złożoności, ale i genialności ww. wydawnictwa. W wydaniu Apexa dotychczasowa pozorna kakofonia układała się w niezwykle koherentną i misternie tkaną niczym pajęcza sieć mroczną opowieść o spójnej narracji i logicznie prowadzonych wątkach. Wokal Mikaela Åkerfeldta płynnie przechodził od gulgoczącego growlu do melodyjnego iście prog-, czy wręcz art-rockowego czystego śpiewu a towarzyszące mu instrumentarium z równą naturalnością oscylowało pomiędzy niszczycielską potęgą i agresywnością death metalu a jazz-rockowym wysublimowanym aranżacjom. Z kolei jednostkom o nieco wrażliwszej psychice polecę ścieżkę dźwiękową do „Eternals” Ramina Djawadi, gdzie bas stanowi niemalże permanentną składową każdej z kompozycji i to na jego fundamencie budowane są kolejne partie, co niesie ze sobą oczywiste zagrożenie jeśli nie uśrednienia, co po prostu znużenia słuchacza monotonnym „dudnieniem”. Tymczasem pomimo zauważalnego obniżenia równowagi tonalnej całej realizacji – tak ten album został nagrany/zmasterowany, Gryphonowi udało się zachować nie tylko zróżnicowanie wynikające z bogactwa wykorzystanych motywów, lecz również i świeżość – brak wtórności coraz częściej obserwowany u dyżurnych muzyko-pisarzy Hollywood. Co ciekawe, pomimo przewagi romantycznych aranży przepięknych orkiestrowych suit aspekt dynamiczny jest na tyle dopieszczony, że nawet w swej mikro-odmianie (vide delikatne, orientalne perkusjonalia na „Nach Mera Hero”) cały czas podtrzymuje i przykuwa uwagę słuchaczy. A co do doznań w skali makro, to wystarczy poczekać na „Audience with Arishem”, by na własnych trzewiach poczuć praktycznie nieograniczony zapas mocy i wydajności prądowej duńskiej amplifikacji.
Mając na tapecie hollywoodzką superprodukcję płynnie przechodzimy do średnicy, która z tytułowego A-klasowego pieca w pełni zasługuje na miano zjawiskowej. Zachowuje bowiem idealną równowagę pomiędzy wysyceniem a konturowością, przez co unikając uznawanego przez co poniektórych za atrakcyjne przegrzania i wypchnięcia przed szereg nie zaburza układu i właściwej gradacji planów. Ponadto, pomimo niemalże „spawarkowych” zasobów Amperów i Watów zdolnych rozbujać przysłowiowy stół bilardowy nie sposób zarzucić Gryphonowi tendencji do powiększania źródeł pozornych, co niejako przywraca porządek i normalność w z reguły operującym wszelakiej maści ekstremami High-Endzie. To nie jest stereotypowe „amerykańskie granie” wysokomocowych końcówek, gdzie flet piccolo ma rozmiary piszczałki organowej a werbel śmiało może równać do gran cassy. Weźmy na ten przykład album „Waking World” Youn Sun Nah, który z reguły wypada na tyle spektakularnie, że aż za spektakularnie i zbyt intensywnie, niebezpiecznie zbliżając się do gombrowiczowskiego „gwałtu przez uszy” i samplerowej przesady. Tymczasem Gryphon normalizuje cały przekaz, ze stoickim spokojem i „smoczą mądrością” wskazując, że realizacyjne przegięcie to jedno a oszczędność środków artystycznego wyrazu, przynajmniej w warstwie wokalnej, to dwie różne rzeczy. Krótko mówiąc o ile sam rozdmuchany do granic zdrowego rozsądku, suto podlany elektroniką, aranż jest jaki jest – znaczy się boleśnie komercyjny i daleki od tego, co czego przyzwyczaiły nas wydane przez ACT cztery krążki artystki, to już sama wokalistka wcale nie musi podlegać przeskalowaniu do rozdmuchanej sceny i powiększonego instrumentarium. Warto bowiem mieć świadomość, iż Youn Sun Nah jest nader filigranową istotą i tak też powinna być prezentowana na scenie, więc nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien próbować kreować ją na Floor Jansen (183 cm wzrostu), co jak się okazuje wcale nie jest takie oczywiste i powszechne. Zdecydowanie mniej kontrowersji budzi z kolei operujący w estetyce afro/world/etno/jazzu krążek „Zenzile: The Reimagination of Miriam Makeba” Somi, gdzie gorące afrykańskie rytmy jednocześnie otulają słuchacza szczelnym kokonem mięsistości a z drugiej porywają do iście plemiennych pląsów z fenomenalnie oddanym sopranem wokalistki nader udanie przeplatanym „męskimi przerywnikami”, dźwięcznymi perkusjonaliami i energetycznymi dęciakami.
A właśnie – góra pasma, o której napisać można jedynie tyle, że … jest. W dodatku nie jest ani zbyt wyeksponowana, ani zbyt zaokrąglona, lecz po prostu dokładnie taka, jaka być powinna. Roberta Mameli na „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” jawi się zatem niczym prawdziwy kameleon, jej głos raz przypomina srebrny, jedwabiście lśniący dzwoneczek, by za chwilę wwiercać się w nasze synapsy niczym diamentowe wiertło w borowany ząb, czy też ciąć tkanki niczym samurajska katana. Za każdym razem dostajemy jednak to, co i jak na płycie zostało zarejestrowane. Oddane 1:1 – bez śladu własnej interpretacji, własnej sygnatury i jak to się czasem mówi „własnego pomysłu na dźwięk” będącego niczym innym aniżeli jawnym odejściem od oczywistego wzorca. Podobnie sprawy się mają z dęciakami, jak daleko nie szukając na „Chameleon” Tomasza Stańki, gdzie natywna chropawość trąbki Mistrza nie ma nic a nic wspólnego z granulacją i ofensywnością wynikającą z niemożności czy to elektroniki, czy też kolumn a generalnie całego systemu sprostania rozdzielczości reprodukowanego materiału. A tu dostajemy dokładnie to, co Stańko ze swojego instrumentu raczył był w 1989 r. w ateńskim Spectrum Recording Studio za przeproszeniem wydmuchać. Tylko tyle i aż tyle.
Czy mamy zatem do czynienia z ucieleśnieniem ideału końcówki mocy i konstrukcją spełniającą wymagania nawet najbardziej wymagających odbiorców? Cóż, świadomie nie użyłem w poprzednim pytaniu zwrotu „dla wszystkich”, gdyż już powyżej wyraźnie zaznaczyliśmy, że Apex nie jest dla wszystkich a jedynie dla nielicznych, czy to poprzez swoją zdecydowanie zaporową cenę, czy też nawet same gabaryty, na wymaganiach energetycznych skończywszy. Jeśli zaś chodzi o walory czysto soniczne, to choć historia zna jednostki, którym brzmienie topowego wzmacniacza Gryphona nie do końca podeszło, to przynajmniej ograniczając się do mojej skromnej osoby śmiem twierdzić, że Gryphon Audio Apex Stereo jest bezdyskusyjnie najlepszym „piecem” jaki kiedykolwiek gościł w naszych skromnych progach i zarazem konstrukcją w której walorach dźwiękowych absolutnie nic a nic bym nie zmieniał. A jeśli zastanawiacie się Państwo, czy w swym absolutnej referencyjności Apex na dłuższą metę nie byłby zbyt irytujący, spieszę z wyjaśnieniami, iż intensywność jego doskonałości śmiało możemy sobie według własnego widzimisię dawkować … ustawiając odpowiedni poziom biasu.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryhon Audio
Cena: 476 900 PLN
Dane techniczne
Moc RMS: Czysta klasa A (2 x 210W/8Ω), 2 x 420W/4Ω, 2 x 800W/2Ω, 2 x 1490W/1Ω
Ustawienia prądu podkładu: 3 nastawy prądu podkładu: wysoki, średni i niski, lub BIAS automatyczny poprzez układ Green Bias
Wzmocnienie: +31dB
Pasmo przenoszenia (+/- 3dB): 0,3Hz – 330kHz
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa: 20kΩ
Impedancja wyjściowa: < 0,015 Ω
MONO: < 0,010 Ω
Wejścia: 2 x pozłacane gniazda XLR, gniazdo triggera 12V
Wyjścia: 2 pary pozłacanych terminali głośnikowych
Pobór mocy:< 1W (standby); w stanie jałowym: 750W na kanał (bias wysoki), 250W na kanał (bias średni), 100W na kanał (bias niski)
Pojemność kondensatorów: > 1F (1 040 000) μF
Rodzaj gniazd zasilania: 2 gniazda 20A C19
Wymiary (S x W x G): 59 x 37 x 89 cm
Waga: 202kg
Prawdę powiedziawszy po dzisiejszej dostawie już nie musimy się nigdzie wybierać, bądź zbliżający się wielkimi krokami (to już za tydzień!!!) monachijski High End potraktować wyłącznie towarzysko. Panie i Panowie, oto Gryphon Audio Apex Stereo, czyli smok nad smokami i wzmacniacz nad wzmacniaczami w całej swojej mrocznej (malowanie Nordic Noir zobowiązuje) okazałości.
cdn. …
Najnowsze komentarze