Opinia 1
Dzisiejszego spotkania nie mogę zacząć inaczej, aniżeli podzielenia się radością wynikającą z dojścia do przysłowiowej mety, oraz pewną nostalgią z racji zakończenia niezwykłej przygody. O co chodzi ? Oczywiście o fakt zamknięcia serii testów urządzeń sygnowanych przez Gryphon Audio. Dotychczas bowiem zajmowaliśmy się drobiazgowym przybliżaniem każdego z poszczególnych komponentów tej stajni, aż po prześledzeniu pełnej palety współpracujących ze sobą komponentów przyszedł czas na opisanie ich jako tak zwanego „zestawu marzeń”. Jednak dzisiejszy, na tle dosłownie wszelkich poprzednich tego typu bytów, rozbija bank, gdyż nawet pobieżnie sumując ceny każdej z użytych do tego starcia pozycji, zestaw spokojnie przekracza kwotę magicznego miliona złotych. Szaleństwo? Być może. Jednak abstrahując od kwestii finansowych, jedno jest pewne. Gdy poprzednie tego typu występy przy czasem umiarkowanej, a czasem stosunkowo wysokiej cenie, często opierały się raczej na sonicznej atrakcyjności wieloelementowego konglomeratu, dzisiejszy tytułowy dream-team bez najmniejszego naciągania faktów w stu procentach spełnia wszelkie znamiona określenia jako zestaw marzeń. Co w takim razie weszło w jego skład? Zapewniam, iż same konstrukcyjne perełki typu: odtwarzacz CD Ethos, przedwzmacniacz liniowy Pandora, końcówka mocy Mephisto Stereo oraz kolumny Trident II, których pojawienie się w jednym czasie w naszych okowach, nie oszukujmy się, w wielu przypadkach ponadludzkim procesem logistycznym zawdzięczamy stacjonującemu w Łodzi dystrybutorowi AudioFast.
Dokładny opis budowy i wyposażenia poszczególnych urządzeń przy użyciu wyszukiwarki znajdziecie w dedykowanych solowych recenzjach, dlatego dzisiaj aby nie rozwadniać tekstu, przybliżę je jedynie zdawkowo. Rozpoczynając od źródła, mamy do czynienia z trójnogą, srebrno-czarną płaszczką top loadera, czyli osadzonym na trzech zwieńczonych regulowanymi kolcami filarach, stosunkowo płaskim, za to trójkątnym, ładowanym od góry odtwarzaczem płyt CD/DAC-iem. Niestety taki design pozbawia urządzenia typowej, zazwyczaj sporej w domenie powierzchni tylnej ścianki dla sekcji przyłączeniowej, dlatego też aplikację wyjść i wejść sekcji analogowej, cyfrowej i zasilania bazując na kilku mniejszych połaciach tylnej rewersu, zrealizowano w postaci kilku rozrzuconych na boki niedużych modułów. Jeśli chodzi o front, ten może pochwalić się lekko wyeksponowanym przed jego główną połać, mieniącym się turkusem wyświetlanych informacji i krwistą czerwienią logo marki, czytelnym z daleka, okrążonym srebrną ramką prostokątnym wyświetlaczem. Ważnym aspektem w dziedzinie funkcjonalności odtwarzacza jest oczywiście możliwość przyjęcia przez Ethosa sygnału cyfrowego z zewnętrznych źródeł w szerokiej palecie interfejsów od USB począwszy, przez SPDiF, AES/EBU, na BNC skończywszy. Ostatnim szlifem wyposażenia CD-ka jest pilot zdalnego sterowania.
Idąc tropem kreowanego przez odtwarzacz sygnału audio, z opisem docieramy do przedwzmacniacza liniowego. W tym przypadku producent podzielił urządzenie na dwa moduły, czyli mogącą zakłócać pracę ważnych układów sygnałowych sekcję zasilającą i jego serce z płytkami obrabiającymi dostarczony przez Ethosa pakiet analogowych informacji. Oczywiście w celach wizualnej spójności projektu obydwie części Pandory wykorzystują bliźniacze korpusy, czyli średniej wysokości, ale za to typowej szerokości i głębokości dla tego typu konstrukcji aluminiowe obudowy. W kwestii frontu w ramach spójności z resztą oferty Gryphona mamy do czynienia z czarnym akrylem, na którym osadzono poprzeczną aluminiową belkę ze skrytymi pod również czernionym akrylem sensorami sterującymi, piktogramami informacyjnymi o aktualnym stanie urządzenia oraz centralnie zogniskowaną, o znacznie większej średnicy niż wysokość owej belki gałkę regulacji wzmocnienia. W przypadku górnych płaszczyzn widzimy dzielący całość idealnie na połowę – przypominam, że to konstrukcja w pełni symetryczna, przebiegający wertykalnie, podłużnie karbowany, dzięki temu niebanalny wizualnie półwałek. Przechodząc z opisem do rewersu, oczywistym jest, że obydwie części zestawu z racji dedykowanych im zadań są inaczej uzbrojone, dlatego też w zależności czy mówimy o zasilaczu, czy sercu przedwzmacniacza znajdziemy na nich dwa wejścia zasilania sieciowego, wielopinowe terminale łączących je w tej kwestii życiodajnej energii przewodów, zaciski masy, a także wejścia i wyjścia sygnału analogowego. Tak prezentujący się tandem w każdym z przypadków posadowiono na okrągłych walcach z przodu i stożkach w tylnej części, zaś w temacie sterowania wyposażono w pilota zdalnego sterowania.
Kolejnym krokiem tego opisu jest przybliżenie końcówki mocy Mephisto. W telegraficznym skrócie wzorniczo w pewnym sensie jest bliźniacza do przedwzmacniacza. Naturalnie temat rozmiarów i wagi jest ocierającą się o szaleństwo konsekwencją konstrukcyjną ponad 100 kg., jednak tak awers, jak i górna połać obudowy może pochwalić się powieleniem pomysłu Pandory. Jeśli chodzi o konstrukcyjne różnice, pierwszym oczywistym jest umiejscowienie na bokach obudowy chłodzących grawitacyjnie całość wielkich radiatorów. Zaś drugim inny pakiet zlokalizowanych na plecach interfejsów, w skład których wchodzą wejścia analogowe jedynie w standardzie XLR, biżuteryjne terminale kolumnowe, dwa gniazda zasilania i bezpiecznikowe, dwa włączniki główne, zacisk masy oraz dwie rączki ułatwiające proces logistyki tego monstra. Co do stabilizacji na podłożu, w tym przypadku mamy do czynienia z czterema identycznymi jak w pre walcami.
Na koniec kolumny. To jak reszta rodzeństwa również jest ekstremalny nie tylko High End, ale również High Tech. Po pierwsze – są to przyjemne wizerunkowo, bo wąskie, jednak w celach uzyskania odpowiedniego litrażu dla uzyskania dobrego zejścia basu i schowania w nim zasilających sekcje basowe wzmacniaczy pracujących w klasie AB, dość głębokie, wykończone w połysku zmyślnym wzorem złotego na czarnym tle słoju na bokach, skrzynki. Po drugie – realizując minimalizację rozbudowania zwrotnicy w domenie wyrównania czasowego współpracujących ze sobą w układzie D’Appolito siedmiu przetworników, ich front został odpowiednio łukowato wyprofilowany i spełniając założenia optycznego luksusu, ubrany w zjawiskową, bo opartą o pionowe cienkie gumki à la Sonus Faber maskownicę. Po trzecie – plecy w odpowiedzi na półaktywność konstrukcji są ostoją dla niezbędnych akcesoriów typu: radiatory skrytych pod nimi 500W wzmacniaczy, kilka gniazd pozwalających przyjąć i oddać sygnał audio, a także zapewnić komunikację pomiędzy kolumnami oraz przyciski umożliwiające wybór opcji ich pracy – mam na myśli zakres niskich tonów. Zaś po czwarte – finalizującym ich nietuzinkowość dodatkiem jest wyprowadzony kablem przed zespoły głośnikowe, sterowany pilotem moduł wyboru i kontroli pracy najniższego pasma. Co przy takich rozmiarach kolumn (ok. 2m wysokości) jest bardzo istotne, o stabilność tych smukłych panien dbają dwie rozszerzające ich punkty podparcia na podłodze, uzbrojone w regulowane walce jako stopy, poprzeczne belki.
Co oferuje pełen zestaw Gryphona? Jak dowodzą poświęcone poszczególnym składowym epizody, każdy ma co prawda idący w podobnym duchu, ale jednak nieco inny sznyt brzmieniowy. Sprawiając wrażenie pewnego rodzaju miszmaszu, jeden stawia na transparentność, inny na mocne wypełnienie, a jeszcze inny na nieco ciemnawą projekcję. Jednak w ostatecznym rozrachunku bez względu jak to banalnie zabrzmi, pełny firmowy zestaw w sobie tylko znany sposób wyciska z każdego z podanych aspektów przysłowiowe ostatnie soki. Czyli? Otóż kreowany przez skandynawski system świat muzyki z jednej strony jest przyjemnie przyciemniony, ale z drugiej, dzięki dobremu konsensusowi barwy, masy, kontroli i oddechu prezentacji od najniższych poziomów głośności może pochwalić się wyważoną masą, świetną szybkością narastania sygnału i co bardzo istotne, pozwalającą oddać najdrobniejsze niuanse wydarzeń na wirtualnej scenie w temacie jej szerokości i głębokości, fenomenalną rozdzielczością. Być może wielu z Was nie uwierzy, ale te wielkie szafy przy wspomnianych zaletach dodatkowo praktycznie znikają z pokoju. To wydaje się wręcz niewiarygodne, jednak gdy zamknie się oczy, świat muzyki realnie przenosi się do naszego pokoju. Ktoś powie, „to zwykłe pokłosie wąskich frontów”. Owszem, to prawdopodobnie również. Jednak moim zdaniem do tego należy doliczyć zjawiskową spójność grania jednak mocno rozrzuconych w pionie siedmiu głośników, ofertę kreowania niczym nieskażonego czarnego tła oraz umiejętną aplikację często u konkurencji wpadającego w nadinterpretację wysokich rejestrów, głośnika AMT. Ale to nie wszystko, gdyż bawiąc się możliwościami samych kolumn – mam na myśli trzystopniową regulację ilości tak zwanego „dobra basu”, co w znaczącej większości prób odbierałem jako dozowanie jego esencjonalności, a przez to również całego przekazu – dość płynnie zwiększałem lub zmniejszałem namacalność projekcji 3D. To oczywiście wrażenie subiektywne, jednakże wielu moich znajomych odbierało to w ten sam sposób, gdyż im dźwięk był bardziej nasycony, czasem przez to krąglejszy, tym ciekawiej i często realniej materializowały się wirtualne byty. Naturalnie każdy kij zawsze ma dwa końce, bowiem gęste granie z reguły było obarczone wyczuwalnym spowolnieniem reakcji systemu na zamierzenia muzyków, dlatego ostateczne ustawienie tego parametru determinował słuchany materiał. Gdy zaliczałem wyprawę w czasy Baroku, do pracy zaprzęgałem wyższy poziom nasycenia. Zaś w momencie zderzenia z realiami kapel rockowych z naturalnych powodów jego ustawienie ewaluowało w stronę kuracji odchudzającej, przekładając się na większą swobodę i bezpośredniość prezentacji. Zbędna zabawka? Bynajmniej, czego po podobnym podejściu do obcowania z tym dobrem na początku testu jestem ja, w końcowej fazie często z wielce satysfakcjonującym skutkiem testujący te możliwości na dosłownie każdym materiale muzycznym.
Jednak tak prawdę mówiąc, przy całej świetności przed momentem wymienionych cech opiniowanego systemu, które na tym poziomie cenowym wydają się być elementarzem, mnie osobiście urzekła całkiem inna kwestia. Jaka? Cóż. Żeby to zrozumieć, dobrze jest z czyś takim po-obcować. Choćby kilka utworów w celach pobieżnej kalibracji oczekiwań, gdyż w innym przypadku nieświadomy tego typu prezentacji meloman może nie zrozumieć o co chodzi. A chodzi o sam sposób projekcji muzyki. Bez najmniejszych oznak wymuszenia od samego dołu, przez średnicę, po górne rejestry, przy praktycznie każdym poziomie głośności. Ba, czasem można odnieść wrażenie, jakby zestaw swoją robotę odwalał od niechcenia. Jednak to „niechcenie” jest w tym wszystkim clou zabawy w zaawansowane audio. Niestety tak jak w przypadku tego testu, aby osiągnąć tego typu przekaz, musi być spełniony jeden warunek. Mianowicie chodzi o kolumny. Po prostu mają być duże. Gdy raz się tego posmakuje, życie czy to audiofilla, czy melomana już nigdy nie będzie takie samo. Owszem, już średnie gabarytowo zespoły głośnikowe potrafią zauroczyć słuchacza pewnego rodzaju swobodą, jednak w starciu z gigantami, natychmiast czuć, że do prawdziwego oddania lekkości fraz nutowych trochę im brakuje. A brakuje tym więcej, im głośniej się słucha. I nie ma znaczenia, czy ktoś zawsze słucha cicho i wystarczą mu średnie paczki – chcąc uniknąć złośliwych ripost, pomijam w tym wywodzie osobników homo sapiens skazanych na mieszkanie w naszpikowanych złośliwymi sąsiadami blokowiskach – bowiem opisywana przeze mnie cecha projekcji praktycznie pozbawionej zniekształceń muzyki sprawia, że mimowolnie sięgamy po pilota, aby zwiększeniem ciśnienia akustycznego na ile to możliwe, zbliżyć się do jej prawdziwych realiów. To jest jak narkotyk, bez którego po kilkukrotnym zażyciu ciężko będzie się obejść. Wiem coś o tym, bo sam to przeżywałem. Owszem, po paru dniach nasz system przyswajania fonii z większym lub mniejszym bólem się zresetuje, jednak zawsze, powtarzam, zawsze wzorzec świetnej jakości dźwięku będziemy odnosić do tego z dużych kolumn. Fizyki nie da się oszukać, a przecież muzyka to fizyka w najczystszej postaci.
Puentując powyższy, zdaję sobie sprawę, że nieco inny w formie niż zazwyczaj test, na temat prezentowanego systemu mam do zakomunikowania tylko jedno. Zwykłe stwierdzenie, że to jest rasowy High End, to żadne stwierdzenie. Skąd taka pochlebna opinia? Niestety bez osobistej przygody ciężko jest to zrozumieć. Jednak próbując to przybliżyć, przypomnę, iż oprócz ewidentnego fenomenu prezentacji każdego rodzaju muzyki, za sprawą swoistej wielofunkcyjności zespołów głośnikowych potencjalny nabywca ma szeroką paletę konfigurowania ostatecznego dźwięku w locie. To jest na tyle rzadki dodatek, że może być odbierany jako niekoszerny. Jednak zapewniam, dźwięk nic ani na tym nie traci, a przy okazji dostajemy ważny oręż w walce z potencjalnymi modami pomieszczenia i kreowania dźwięku na swoją modłę. Ale jak się domyślacie, to nie wszystkie zalety duńskiego systemu marzeń. Otóż przy całej świetności tytułowego teamu, po raz kolejny chciałbym zwrócić Waszą uwagę na fakt bardzo dużego znaczenia nie tylko zaawansowania elektroniki, ale również rozmiar kolumn. Im większe, tym lepsze. Oczywiście powinny być w zdroworozsądkowej korelacji z docelowym pomieszczeniem. Jednak zapewniam, to o czym przed momentem pisałem, czyli zniewalające niewymuszenie projekcji, zawsze znakomicie słychać, czego fenomenalnie napędzane podczas sesji testowej przez Ethosa, Pandorę i Mephisto prawie dwumetrowe Tridenty II są ewidentnym dowodem.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kiedy latem 2016 roku opisywaliśmy najnowszą natenczas odsłonę Diablo 300 z niekłamaną satysfakcją stwierdziliśmy, iż Duńczycy w swej topowej superintegrze wreszcie zaimplementowali walory brzmieniowe jej dzielonego rodzeństwa. Niestety rodzeństwa, z którym dane nam było spotykać się wyłącznie przelotnie i mniej, bądź bardziej okazjonalnie. Całe szczęście czasy się zmieniały a w raz z nimi koniunktura, w tym również, jakkolwiek irracjonalnie by to nie zabrzmiało, nasza „rynkowa pozycja” stawała się coraz bardziej zauważalna, przez co sugestie aby może jednak zorganizować w OPOS-ie odsłuch z prawdziwego zdarzenia i testy „duńskich spawarek” z poziomu pobożnych życzeń zaczęły ewoluować w kierunku urealniania owych planów. Jednak za swoisty początek przygody i symboliczną inaugurację magicznej podróży poprzez portfolio specjałów powstałych w większości przypadków jeszcze za panowania i pod czujnym okiem Flemminga E. Rasmussena śmiało możemy uznać wizytę w siedzibie łódzkiego Audiofastu podczas której kontakt z niemalże kompletnym systemem Gryphon Audio jedynie utwierdził nas w przekonaniu, że warto niemalże stanąć na głowie, by kiedyś móc podobny zestaw gościć w naszych skromnych progach. I wiecie Państwo co? Koniec końców, w ciągu ostatnich niemalże trzech lat, krok po kroku, urządzenie po urządzeniu do owego celu, oczywiście z pomocą i nieocenionym zaangażowaniem logistycznym ww. dystrybutora, dążyliśmy. I go, ów cel oczywiście, nie tylko osiągnęliśmy, co wręcz przekroczyliśmy kompletując pełnokrwisty, no może w 99% czystej krwi, gdyż nie załapaliśmy się na firmowe okablowanie i stoliki, duński system marzeń w skład którego weszły sukcesywnie recenzowane na naszych łamach:
– odtwarzacz/DAC Ethos
– przedwzmacniacz liniowy Pandora
– stereofoniczny wzmacniacz mocy Mephisto
– kolumny Trident II
Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, czy taka, przyozdobiona podobiznami mitycznego gryfa, kumulacja skandynawskiej myśli technicznej, anodowanego aluminium i grubych płatów kruczoczarnego akrylu ma jakiś sens i czy aby przypadkiem nie została przekroczona cienka czerwona linia krytycznej zawartości cukru w cukrze, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was na Grand Finale naszej przygody z Gryphon Audio.
Skoro w ramach wcześniejszych przejawów naszej radosnej twórczości zdążyliśmy możliwie szczegółowo opisać tak aparycję, jak i trzewia, nie zapominając też o walorach sonicznych, składowych naszej dzisiejszej misternej układanki, to tym razem, przynajmniej część poświęconą wzrokowym doznaniom estetycznym i rozbijaniem systemu na przysłowiowe atomy pozwolę sobie darować. W zamian za to skupię się na wybitnie subiektywnej ocenie całości pod względem brzmieniowym, choć nie wiem jakbym się nie starał, to od piorunującego wręcz wrażenia wizualnego raczej nie ucieknę. Chodzi bowiem o niezbity i bezdyskusyjny fakt, iż nawet nie tyle zasiadając, co wchodząc do pomieszczenia, gdzie takowy system rezyduje nie da się obok niego przejść obojętnie, czy wręcz nie zauważyć. Najdelikatniej bowiem rzecz ujmując system Gryphona jest nad wyraz absorbujący gabarytowo, choć uczciwie trzeba przyznać, iż nie sposób odmówić mu uroku i elegancji, co wbrew pozorom nawet w ekstremalnym high-endzie, do którego de facto się bezsprzecznie zalicza, wcale nie jest to normą. Kiedy jednak w końcu zasiądziemy wygodnie w fotelu i włączymy wydawać by się mogło znany na wskroś materiał bardzo szybko okaże się, że zamiast owej dogłębnej wiedzy mieliśmy jedynie blade i mgliste pojęcie nie tylko o tym, jak dany album tak naprawdę brzmi, ale co zostało na nim zapisane. W dodatku nowe pokłady informacji nie są siłowo wypychane przed szereg, lecz zajmując właściwe sobie miejsce stają się jedynie na swój sposób oczywiste, obecne i ogólnodostępne. Nie trzeba się ich doszukiwać, czy wręcz domyślać się ich istnienia, gdyż widać/słychać je jak na dłoni. W dodatku budzące respekt swoją posturą Tridenty, o ile tylko się ich do tego nie nakłoni, zbliżając się do poziomu decybeli zarezerwowanych dla Avro Vulcan XH558, są szalenie dalekie od ofensywności i gigantomanii. Zamiast tego, wzorem rasowych monitorów, po prostu znikają, przy okazji i niemalże zupełnie mimochodem zapewniając adekwatny w skali prezentowanego materiału realizm tak dynamiczny, jak i „przestrzenny”. Przykładowo akustyczny album „Starkers in Tokyo” , dostępny obecnie jako część składanki „Unzipped” Whitesnake jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosi nas do tokijskich EMI Studios i to do roku 1997. Mamy zatem Davida Coverdale’a w wyśmienitej formie wokalnej, co potwierdza jego niski i niezwykle zmysłowy głos, oraz świetnie z nim korespondującą grę Adriana Vanderberga, który akompaniując tworzy fenomenalny podkład i jest klasą sam dla siebie, ani razu jednak nie próbując wyjść przed szereg. Są zatem trzy składowe – niewielka publiczność, wokalista i gitara. Skromnie? Cóż, to jedynie przykład, potwierdzający, iż liczy się jakość a nie ilość i nawet z użyciem pozornie tak oszczędnych środków da się zrealizować fenomenalny spektakl. Inna sprawa, że Coverdale jest jeszcze z rocznika, kiedy, żeby zaistnieć na scenie trzeba było po prostu umieć śpiewać i to na żywca a nie na cyfrowym wspomaganiu i w najlepszym wypadku z (pół)playbacku. Oczywiście na nagraniu słychać reverb, ale śmiało można uznać jego obecność jako jeden ze środków artystycznego wyrazu, bądź wręcz jedynie wspomagacz, intensyfikator takowego, gdyż obecna podczas nagrania publiczność reagowała nad wyraz karnie i oszczędnie, w dodatku wyłącznie pomiędzy utworami. Co innego „Unplugged” KISS, gdzie raczej nikt nie próbował, bądź z nader mizernym skutkiem mu to wychodziło, „moderować” szalejącą publikę a energią bijącą ze sceny spokojnie można byłoby obdzielić ze dwa dodatkowe koncerty. I tu drobna uwaga. Otóż duński system z jednej strony bez ogródek i owijania w bawełnę pokazał przepaść dzielącą jakość obu realizacji, jednakże z drugiej szalenie daleki był od piętnowania sesji popełnionej na potrzeby MTV, gdy ta jeszcze była telewizją muzyczną a nie platformą promującą pato-celebrytów. Miała być rasowa rockowa jazda bez trzymanki i była, nawet bez prądu a przy odpowiednim podkręceniu głośności można było poczuć się jednym ze szczęśliwców, którzy załapali się na nagranie.
To oczywiście było jedynie preludium do zdecydowanie większej formy wykonawczej, formy z udziałem symfoników i wnętrza, którego przedstawiać raczej nikomu przedstawiać nie trzeba, czyli Royal Albert Hall. Mowa oczywiście o albumie „Symphonica” George’a Michaela, gdzie rozmach i swoboda prezentacji zapewniały nam wrażenia zarezerwowane dla widzów zasiadających na zapełnionej do ostatniego miejsca widowni. Jeśli ktoś z Państwa w tym momencie zastanawia się czemu uparcie trzymam się nagrań koncertowych spieszę z wyjaśnieniem, iż powód jest tyleż perfidny, co oczywisty. O ile bowiem w studiu można większość niuansów szlifować w nieskończoność, to tzw. live’y takich możliwości nie dają i rządzą się zupełnie innymi, zarazem zdecydowanie bardziej bezwzględnymi prawami. Przekaz jest może mniej perfekcyjny, jednak przez to bardziej autentyczny a system Gryphona ową autentyczność i realizm tylko uwalniał, niejako z automatu likwidując barierę między nami a wykonawcami, którzy materializowali się nie tyle na wyciągnięcie ręki, gdyż takie atrakcje podczas koncertów zdarzają się nad wyraz sporadycznie, lecz zgodnie z zamysłem realizatorów. Warto również nadmienić, iż wręcz nieograniczony zapas mocy tak Mephisto, jak i aktywnych sekcji basowych Tridentów bynajmniej nie objawiał się permanentną nadpobudliwością i chęcią zaimponowania własnymi osiągami zawsze i wszędzie. Śmiem wręcz uważać, iż było w ich graniu więcej taktu i umiaru aniżeli można byłoby się spodziewać. Ba, dla części z odbiorców mogło być nawet zbyt mało przysłowiowego efektu Wow i prób efektownego (efekciarskiego?) podbijania tego, czy owego w ramach iście hollywoodzkiego rozmachu. Jednak im dłużej z nimi obcowaliśmy, tym bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że ów umiar i pozorna nonszalancja wynikały li tylko z dążenia do wierności materiałowi oryginalnemu, oraz świadomości ich twórców, że łapiąca za ucho w początkowej fazie po-zakupowej fascynacji maniera, niezależnie jak fantastyczna i wpisująca się w nasze gusta, po jakimś czasie z błogosławieństwa staje się przekleństwem i zaczyna uwierać jak pozornie niewielkie zagięcie skarpety podczas wielokilometrowej marszruty. Zdecydowanie lepiej rokuje za to na przyszłość nieskrępowanie oraz brak jakichkolwiek limitów i właśnie taką, a nie inną receptę na sukces realizuje duński system marzeń.
No i to już koniec, czyli jak śpiewał Jim Morrison z The Doors „The End” i to koniec pewnej drogi , jak poniekąd słusznie zauważył Eddie Vedder („End of The Road” z „Into The Wild”). Jednak co najważniejsze tytułowy system okazał się nad wyraz namacalną i zarazem niezbitą egzemplifikacją faktu, iż nawet na samym topie ekstremalnego High-Endu da się złożyć w pełni koherentny i pochodzący od jednego producenta system. Niby do tej pory podobnej sztuki próbowały w OPOS-ie Gold Note, T+A, czy TAD, jednak to Duńczycy okazali się poza zasięgiem konkurencji i przynajmniej na chwilę obecną nic nie wskazuje, żeby cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić. Jeśli zatem poszukujecie Państwo rozwiązania kompletnego – spójnego tak wzorniczo, jak i brzmieniowo, jednocześnie celując w ekstrema High-Endu wybór wydaje się oczywisty – Gryphon Audio. Będzie drogo, w końcu nie wiedzieć kiedy przekroczyliśmy psychologiczną barierę miliona PLN, jednak jak coś robić, to raz a dobrze. Bez miejsca na niewiadome, domysły i szukanie winnego ewentualnych rozczarowań.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD/DAC: Gryphon Audio Ethos + Tellurium Q Silver Diamond XLR + Vermöuth Audio Reference Power
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora + Tellurium Q Silver Diamond XLR + Acrolink 8N-PC8100 Performante
– stereofoniczny wzmacniacz mocy: Gryphon Audio Mephisto + Synergistic Research Galileo SX SC + Furutech NanoFlux NCF
– Kolumny: Gryphon Audio Trident II
Dystrybucja: Audiofast
Ceny:
Gryphon Audio Ethos: 162 950 PLN
Gryphon Audio Pandora: 135 790 PLN
Legato Legacy module: 38 020 PLN
PSII phono module MK2: 10 180 PLN
Gryphon Audio Mephisto: 254 610 PLN
Gryphon Audio Trident II: 554 480 + 18 670 PLN Trident Panel
Jak sugeruje datownik recenzji ukazujących się na naszych łamach, od ostatniego starcia z marką Gryphon Audio minęło już ponad półtora miesiąca. To z jednej strony stosunkowo niezbyt długo, jednak na tyle bezpiecznie, aby w naszych recenzenckich poczynaniach uniknąć odczucia przesytu marką. Tak tak, przesytu, gdyż jak wskazuje wyszukiwarka, w poznawaniu jej oferty jesteśmy bardzo konsekwentni. Na tyle ambitni, że chciał, nie chciał, krok po kroku zbliżamy się ku końcowi ramowego przeglądu portfolio Skandynawów. Konsekwencją takiego podejścia, po bardzo owocnych w ciekawe wnioski zabawach z amplifikacją w postaci dwóch stereofonicznych końcówek i jednej integry, flagowego przedwzmacniacza liniowego, drugich od góry w cenniku półaktywnych kolumn i najnowszego źródła, przyszedł czas na coś z działu analogowego. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdyby wybór padł na coś innego niż top oferty. Takim to sposobem po aprobacie naszego pomysłu przez łódzki Audiofast do naszej redakcji dotarł flagowy phonostage Gdyphon Audio Legato Legacy.
Tytułowy przedwzmacniacz gramofonowy krocząc drogą ogólnego pomysłu marki na znakomicie rozpoznawalny design, bazuje na wykończonym w czerni szczotkowanym aluminium oraz czernionym akrylu. Jeśli chodzi o gabaryty, te nie są jakoś szczególnie rozdmuchane, a rzekłbym nawet, że obydwa komponenty są stosunkowo kompaktowe. Komponenty, bowiem będąca dzisiejszą bohaterką, obsługująca wkładkę gramofonową sekcja jest składającą się z zasilacza i modułu logiki, konstrukcją dzieloną. Jednak proszę o spokój, gdyż firma idąc na przeciw wiernemu klientowi, w temacie zasilania opracowała pewien myk. Chodzi o to, że jeśli jesteście szczęśliwcami posiadającymi topowy przedwzmacniacz liniowy – Pandora, nie musicie dokupować dodatkowego zasilacza do phonostage’a, bowiem ten z liniówki ma w standardzie stosowne wyjścia zasilania, minimalizując u wiernego fana potencjalne koszty. Ja niestety takowego nie posiadałem, dlatego z Łodzi dotarł zestaw dwupudełkowy. Idąc za fotografiami są to płaskie korpusy z akrylowym czarnym frontem, w poprzek którego wkomponowano zorientowaną poziomo aluminiową belkę ze skrywającą jedynie mieniące się ciemną czerwienią logo marki, wykonaną jak główna połać awersu, również akrylową wstawką. Kierując nasz wzrok ku tyłowi, bardzo ważną, bo odwzorowaną strukturą obudowy jest informacja o w pełni zbalansowanym układzie dual mono pretendenta do laurów. To sugeruje nie tylko biegnący przez całą głębokość w centralnej części obudowy karbowany półwalec, ale również na tylnym panelu zasilacza dwa bliźniacze zestawy gniazd IEC i wielopinowych odczepów prądowych dla różnych urządzeń z tej stajni, zaś w sekcji phono podobne rozwiązanie z okrągłymi gniazdami prądowymi oraz terminalami przyjmowanego przed obróbką i oddawanego po wzmocnieniu sygnału z wkładki gramofonowej. Jak można się domyślić, Legato Legacy jako flagowiec potrafi zadbać o obydwa rodzaje rylców MM i MC, jednak z lekką komplikacją, gdyż ustawienie docelowego wzmocnienia dla generatora MC realizujemy zworkami dostępnymi po odkręceniu górnych pokryw obudowy. Jednak bez paniki, tę czynność bez najmniejszych problemów można zlecić obsługującemu nas sprzedawcy. Nic nie popsujemy i przy okazji wiemy, że robili to fachowcy przez duże „F” a nie domorośli mistrzowie. Powoli kończąc opis budowy i głównych technikaliów naszych analogowych braci – dokładne dane na ich temat znajdziecie pod testem, dodam jedynie, iż wzorem wielu innych konstrukcji Gryphona jego usadowienie na docelowym podłożu realizują dwie okrągłe stopy z przodu i dwa rozstawione nieco węziej solidne kolce z tyłu obudowy. Całość produktu wieńczy zestaw niezbędnych do podłączenia go z naszym zestawem, ponumerowanych kabli.
Jak wypadł Legato Legacy? Powiem szczerze, że w dość zaskakujący sposób. Na początku nie mogłem go rozgryźć, jednak po kilku płytach i spojrzeniu nań z perspektywy firmowego zestawienia zrozumiałem, co konstruktorzy mieli na myśli. Chodzi o to, że z jednej strony grał bardzo dobrze, bo tak jak lubię z energią i pełnym pakietem informacji, czyli bez siłowego czarowania zbędnym zagęszczeniem przekazu, ale z drugiej brylował raczej po jaśniejszej stronie. Nie, nie krzykliwej, czy nadto lekkiej, tylko z dużą ochotą do pokazywania szybkości narastania sygnału i rozedrgania dźwięku w górnych rejestrach. I tutaj dochodzimy do kwestii firmowej konfiguracji. Chodzi mianowicie o co prawda rozdzielczo, ale jednak nader soczyście grający przedwzmacniacz liniowy Pandora, który jest pewnego rodzaju podstawową propozycją konfiguracyjną dla omawianego phono i chyba jego wyartykułowane niuanse brzmieniowe zdają się być w pełni zaplanowanym działaniem zrównoważenia zapędów liniówki. Działaniem, które dla mnie, posiadacza soczystej, bo wykorzystującej drzazgę bambusa jako wspornik diamentu wkładki Miyajima Madake, okazało się graniem na pograniczu zjawiska. Jednak natychmiast z tyłu głowy dopuszczałem sytuację, gdzie zbyt zwiewny zestaw z bardzo jasnym rylcem może ten odbiór przekuć w porażkę. Ale zaznaczam, miałem na myśli w pejoratywnym tego słowna znaczeniu, dalekie od neutralności ekstremum sytuacji, czyli przysłowiowe latające w eterze żyletki. Ja na szczęście wiem, z czym analog się je, dlatego w oparciu o obserwacje testowe bez problemu zaliczyłem bohatera spotkania do puli pretendentów do potencjalnego zakupu. Powód? Wyrosłem z siłowego kolorowania świata muzyki. To ma być analogowe granie, ale analogowe nie oznacza brutalnie mówiąc, mułu i wodorostów, tylko specyfikę prezentacji z nutą magii. Muzyka czy to z formatu cyfrowego, czy analogowego ma tętnić życiem i tryskać radością, a nie roztkliwiać słuchacza, często okaleczając wymowę jej buntowniczej odmiany. I właśnie tak podawał ją Duńczyk. Jak konkretnie?
Tak po prawdzie nie było znaczenia, co lądowało na talerzu gramofonu. Jak sugerują fotografie, używałem płyt z epoki spod znaku free-jazzowego Ornetta Colemana. Nieco nowszych z Jarretem z fenomenalną obsadą sesyjną. Trochę ze starym rockiem w wydaniu rozpoznawalnych chyba przez wszystkich Beatlesów. A nawet współczesnych krążków z lubianym przeze mnie gdy stawiali na gitarowego rocka – teraz chłopaki idą w zbyt nowoczesnym duchu populizmu – zespołem Coldplay. To za każdym razem była ekspresyjnie pokazana przygoda muzyczna. Pełna werwy, ataku i swobody prezentacji, ale nigdy nie przerysowana. Oczywiście jako feedback oferty brzmieniowej Duńczyka nie było szans na oczekiwaną przez wielu melomanów do bólu melancholijną prezentację, jednak jeśli ja, orędownik solidnego kolorowania świata muzyki nie miałem najmniejszych problemów ze świetnym odbiorem przecież dość kontemplacyjnej muzyki Jaretta z Peacockiem i Johnettem, to świadczy o tym, że przewijająca się przez ten test cecha transparentności i energii przekazu była umiejętnie dozowana. Gdy miało być eterycznie, fortepian zdawał się masować moje trzewia przyjemną gładkością i odpowiednio zbilansowaną masą, a gdy do głosu dochodziły przedłużane pedałami wybrzmienia, wydawały się nie mieć końca. Nieco inaczej sprawy toczyły się podczas szaleństwa z Ornettem w roli głównej. Atak, natychmiastowość zmian tempa, ale i dobry tembr wszelkiego instrumentarium do momentu zmiany strony płyty, nie pozwalały na nawet moment wytchnienia. To była świetnie odwzorowana, naturalnie zaplanowana przez muzyków jazda bez trzymanki, którą długo będę wspominać. A co z gitarowo-wokalnym rockiem grupy Coldplay? Spokojnie, testowy zestaw nadal hołubiąc bezkompromisowości prezentacji, nie zapomniał o tak ważnym uderzeniu mnie mocnymi riffami obsługiwanych przez muzyków wioseł i pokazaniu pełnego energii wokalisty. Być może wielu z Was będzie wolało za wszelką cenę zagęścić ten materiał, z czym sam kilkukrotnie przyjemnie zderzyłem się podczas testów analogowych zabawek, jednak zapewniam, podejście Gryphona do tego tematu będąc na wskroś innym niż dotychczas miałem okazję zaznać, było równie świetne. Owszem, być może nie dla każdego, ale osobnik mający pojęcie o dobrym brzmieniu zestawu analogowego bez problemu zrozumie, gdzie tkwi sedno takiego, a nie innego działania. Dla części z Was może być to relacja typu kochaj albo rzuć, ale przyznacie, że lepiej tak, niż zginąć w zalewie szybko odchodzącej w niepamięć nijakiej elektroniki.
Jak wynika z powyższej opowieści, w przypadku skandynawskiej myśli technicznej Gryphon Audio Legato Legacy mamy do czynienia z iście żywiołową prezentacją. Na tyle bezkompromisową, że jeśli potencjalny do ożenku zestaw ma problemy natury esencjonalnej, przygoda z nią może okazać się próbą chybioną. Jednak jak wspominałem, już neutralne konfiguracje – o fajnych barwowo lub nawet przegrzanych nie wspominam – spokojnie będą w stanie wydobyć z Duńczyka naturę będącego dawcą logo marki stwora. Z każdą płytą o innej naturze, jednak nigdy nie nudnej, tylko dostosowanej do potrzeb oddania zamierzeń artystów zapisanych w rowku na czarnej płycie. Dlatego też jeśli po latach trwania w krainie wiecznie mlekiem i miodem płynącej, chcielibyście obudzić w sobie analogowego lwa, nie pozostaje nic innego, jak próba ujarzmienia krwisto czerwonego drapieżcy z Danii. Czy się uda, będzie zależeć od wielu czynników. Jednak bez względu na wszystko, pozyskane doświadczenie nie pozostawi Was obojętnymi. A chyba o takie, czyli wszelkiego rodzaju wyraziste spotkania z muzyką w naszej zabawie chodzi.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II, Gauder Akustik Berlina RC-11
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami””, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Theriaa
Dystrybucja: Audiofast
Ceny
Legato Legacy SA: 92 000 zł
Legato Legacy NPS: 61 110 zł
Dane techniczne
Max. napięcie wyjściowe (XLR): 23Vrms; +29,5dBu; +/-32,5V
Max. napięcie wyjściowe (RCA): 11,5Vrms; +23,5dBu; +/-16,25V
Max. sygnał wejściowy (@1kHz): 30mV (MC); 0,7V (MM)
Szum (średnio-ważony, 20-20 000Hz): MM=90db (10mv); MC=74db (0,5mv)
Zniekształcenia THD+N: < 0,01%
Wzmocnienie: MC = 30dB; MM = 38dB
Pasmo przenoszenia (-3dB): RIAA=+/-0,1dB
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa (tylko XLR): 10 Ω – 47 kΩ
Impedancja wyjściowa (20-20000Hz):50Ω
Pobór mocy: <5W Stand-by); 30 (Max); 30 (Idle)
Wymiary (S x W x G): 2 szt. 48 x 13 x 38 cm
Waga: 11kg / 8,5 kg
Opinia 1
Nie oszukujmy się. Próba dogłębnego prześledzenia historii naszych starć z tytułową marką, u części z Was jest w stanie wywołać lekki zawrót głowy. Przywołując pokrótce nasze dotychczasowe zmagania pragnę wspomnieć, iż opisaliśmy już integrę Diablo 300, dwie A-klasowe końcówki mocy: Mephisto i Antileon, przedwzmacniacz liniowy Pandora, przetwornik cyfrowo-analogowy Kalliope oraz kolumny Trident II. Jak widać, zaangażowaliśmy się na maxa i do oceny zostało nam naprawdę niewiele konstrukcji. Trochę żal, że powoli dobijamy do mety, jednak karawana zatytułowana Soundrebels musi jechać dalej, dlatego bez oglądania się za siebie na bazie wcześniejszych pozytywnych starć, postanowiliśmy zorganizować kolejne podejście do tej duńskiej manufaktury. Co tym razem trafiło na redakcyjny tapet? Oczywiście zdradza to tytuł, czyli stosunkowo niedawno wprowadzony do oferty odtwarzacz płyt CD Gryphon Audio Ethos, którego wizytę w naszych okowach podobnie jak poprzednich zabawek, zawdzięczamy łódzkiemu dystrybutorowi Audiofast.
Jedno jest pewne, będący zarzewiem tego spotkania odtwarzacz płyt kompaktowych w kwestii wyglądu jest bezkompromisowy. Na tyle mocno zapadający w pamięć, że gdy przywołuję go w swoich myślach, jawi się jako będąca wariacją trójkąta z zaoblonymi narożnikami oceaniczna płaszczka. Powodem jest stosunkowo niska, ale za to w celach zmieszczenia nie tylko elektroniki, ale również transportu top loadera, mocno nadmuchania obudowa. Ale spokojnie, to są tylko moje wyimaginowane projekcje, które w kontakcie bezpośrednim okazują się być wynikiem bujnej fantazji, gdyż konstrukcja jest bardzo solidna, a przy tym zjawiskowo designerska. Świadczą o tym takie zabiegi jak wykonanie ze srebrnego aluminium, odcinającej się od dolnej części obudowy, jej górnej płaszczyzny, posadowienie całości na trzech opartych na okrągłych filarach, w końcowej fazie srebrnych stożkach, wkomponowanie w nieregularny front, obramowanego w kontrze do reszty obudowy srebrem aluminium, obsługiwanego dotykowo, poziomego panelu manualno-kontrolnego oraz poziome wypuszczenie jako imitacji ogona wspomnianego stwora, wszelkiego okablowania z kilku odrębnych płaszczyzn zakrystii. Ale to nie wszystkie zabiegi wizualne, bowiem jak wspomniałem, w przypadku Ethosa mamy do czynienia z transportem ładowanym od góry, co duńscy inżynierowie skrzętnie wykorzystali i zrobili z tego kolejne dzieło sztuki użytkowej. Mianowicie podczas aplikacji płyty nie zdejmujemy jakiegoś siermiężnego talerza z płyty w funkcji stabilizatora tudzież docisku, tylko chwytamy za poprzeczną belkę w stabilizowanym amortyzatorem, półkoliście wymodelowanym, skonsolidowanym z ozdobioną serią otworów czarno-srebrno pokrywą, ażurowym wysięgniku i natychmiast po naszej delikatnej inicjacji pokrywa sama się unosi, ukazując przyjemnie podświetlone błękitem łoże dla srebrnego krążka z centralnie umieszczonym złotym dociskiem. To jest na tyle zjawiskowe doznanie, że śmiało można określić je jako pewnego rodzaju manualno-wizualne emocjonalne przeżycie. Jeśli chodzi o uniwersalność, producent w swej dbałości o najdrobniejszy detal zadbał o to, aby oprócz korzystania ze srebrnych krążków, potencjalny nabywca miał możliwość grania z zewnętrznego źródła plikowego. Takim to sposobem wielopłaszczyznowy rewers opiniowanego źródła oprócz analogowych wyjść RCA/XLR obfituje dodatkowo w wejścia cyfrowe USB, BNC, AES/EBU oraz wyjście AES/EBU na zewnętrzny przetwornik. To zaś sprawia, że nasz poczciwy kompakt pozwala na obsługę sygnałów PCM do 384 kHz i DSD do DSD 512 przez wejście USB oraz PCM do 192 kHz / 24 bit przy wykorzystaniu wejścia AES/EBU. Ale to nie wszystkie cyfrowe atrakcje, gdyż po przyjęciu wyartykułowanych protokołów danych możemy je modyfikować siedmioma filtrami PCM oraz trzema DSD, a także upsamplować do poziomu DXD i DSD 128. Zaskoczeni? Przyznam szczerze, że ja tak i nie zdziwię się, gdy taki stan zaliczy wielu z Was. Wieńcząc akapit informacyjny o budowie i osiągach tytułowego produktu spieszę również donieść, iż w standardzie do Ethosa dodawany jest pilot zdalnego sterowania.
Podchodząc do oceny Ethosa, byłem ciekaw, na co w kwestii sposobu prezentacji świata muzyki postawili jego pomysłodawcy. Jak w skrócie donoszą nasze poprzednie opinie, integra była energetyczna i bardzo transparentna, końcówki mocy nasycone, ale przy tym bardzo rozdzielcze, a przedwzmacniacz mocno stawiał na wagę dźwięku, z jednoczesną dbałością o jego oddech. Dlatego też w duchu snułem przypuszczenia, że źródło powinno być orędownikiem dużej swobody mocnego grania ze szczególnym uwzględnieniem wyraźnego rysunku źródeł pozornych. Oczywiście bez jakichkolwiek wycieczek w stronę nadinterpretacji pojęcia pełni informacji i ich kontroli. I wiecie co? Nic a nic się nie pomyliłem, co na bazie kilku przykładowych płyt postaram się udowodnić.
Jako pierwszy materiał nasunęła mi się kompilacja muzyki klasycznej „Haydn 2032, Vol. 8 – La Roxolana” oficyny Alpha. To jest świetnie zrealizowany materiał, który nawet podczas dobrej projekcji, z uwagi na zdawkowe słuchanie tego typu muzyki, potrafi mnie lekko znudzić. Nie żebym cierpiał, tylko od połowy płyty targają mną uczucie braku tego czegoś, co przekłada się na niedotrwanie do końca krążka za jednym podejściem odsłuchowym. Tymczasem Duńczyk swoją swobodą, rozmachem i co zadziwiające, spokojem prezentacji, tak mnie zaczarował, że jak rzadko dałem się zaskoczyć samoczynnym powrotem soczewki lasera do stanu zero. Gdy wymagał tego materiał, było melodyjne, gdy muzycy postawili na mocne uderzenie, system natychmiast wywoływał małe trzęsienie ziemi. Jednak co w tym wszystkim było najistotniejsze, to fakt wprowadzania w życie owych artefaktów w sposób niewymuszony i daleki od nachalności. Podświadomie czułem, że za moment w moim pokoju coś się wydarzy, jednak byłem dziwnie spokojny o bliską prawdy namacalność oddania intencji artystów. Jednym słowem było zaskakująco wciągająco, czego tak na prawdę się nie spodziewałem, a jednak się wydarzyło.
Kolejnym, bardzo ważnym z punktu widzenia radzenia sobie odtwarzacza z trudnym materiałem, krążkiem było jazzowe trio Mats Eilertsen, Harmen Fraanje, Thomas Stronen w kompilacji „And Then Comes The Night”. Ta projekcja wizji artystów jest dość bliska przywoływanej przeze mnie podczas testów, twórczości rodzimej grupy RGG, czyli granie ciszą, czasem mocnym i niskim zejściem bębnów oraz zawsze z bezkresnymi wybrzmieniami. To jest mój konik, dlatego z uwagi na zwyczajowe oderwanie się od rzeczywistego świata podczas słuchania tej płyty, celem nadrzędnym była ocena radzenia sobie z akcentowaniem każdej wyrazistej frazy nutowej. Chciałem sprawdzić, czy system zejdzie w najniższe czeliści dolnych rejestrów podczas uderzania w wielki kocioł, z wyraźnym pokazaniem wibracji rozpostartej na nim membrany, oczywiście bez efektu nadmiernie miękkiego buczenia, tylko z premedytacją odwzorowanym złowieszczym pomrukiem. Jak na tym tle wypadnie wtórujący bębniarzowi w wyższym basie podczas energetycznych kawałków, kontrabasista. I wreszcie czy przy znakomitym osadzeniu w masie fortepianu, jego wyższe rejestry będą potrafiły trwać w nieskończoność. To powinien być w dobrym tego słowa znaczeniu, spektakl wycięty przysłowiową żyletką. Ostra krawędź, atak, masa i przeszywające międzykolumnową przestrzeń żywiołowe wybrzmienia. Na szczęście tak jak poprzednio, tak i w tym bardzo wymagającym, bo stawiającym na wyrazistość materiale system spisał się na piątkę. Bez najmniejszych problemów mogłem przyjrzeć się dosłownie każdemu pojedynczemu pomrukowi jako czystemu dźwiękowi, a nie jego harmonicznej, wielkiego bębna, usłyszeć atak na strunę kontrabasu, przyjąć na klatę jego energię i wychwycić koniec wibracji każdej z jego strun, a także napawać się dosadnymi partiami dolnych rejestrów oraz pięknie zawieszonymi w eterze wysokimi dźwiękami fortepianu. To był tak lubiany przeze mnie w tego typu muzie hardcore w najczystszym wydaniu. I aż dziw bierze, że tak oczekiwanie ostro grający odtwarzacz przed momentem potrafił zaczarować mnie w przecież stawiającej na inne aspekty klasyce.
Na koniec rock spod znaku Rdiohead „Hail To The Thief”. Ten występ był czymś na kształt połączenia możliwości CD-ka z poprzednich starć. Ostra jazda pełnego składu zabrzmiała nie tylko z przytupem ale również z pełną kontrolą. Natomiast kawałki balladowe potrafiły wywołać we mnie coś na kształt melancholii. Oczywiście ta płyta nie jest jakimś szczególnym masteringowym majstersztykiem, ale muszę przyznać, że w wydaniu testowej konfiguracji w każdym aspekcie oferowała zarezerwowane dla tego rodzaju twórczości aspekty typu mocne uderzenie oraz nieprzewidywalność, a wszystko okraszone dobrym bilansem barwowym i wagowym. Nic, tylko podkręcić gałkę wzmocnienia do granic bólu i przesłuchując cały krążek od dechy do dechy, oddać artystom należny im hołd, co notabene jak rzadko z poczuciem dobrej zabawy uczyniłem.
Mam nadzieję, że powyższy słowotok jasno daje do zrozumienia, iż skandynawski odtwarzacz mocno mnie zaintrygował. Powiem więcej. Gdybym nie posiadał dzielonego zestawu opartego o transport C.E.C. TL0 3.0, przetwornik dCS Vivaldi DAC2 i zewnętrzne zegary, miałbym nie lada zgryz, czy Duńczyk nie powinien zostać na stałe. Powód? Co tu dużo pisać, był świetny. Z jednej strony wyrazisty w kresce, ataku i rozdzielczości, a z drugiej nie skąpił masy i energii. Owszem, mój obecny zestaw oferuje nieco więcej plastyki, jednak nie oszukujmy się, w obecnych czasach takie detale uzyskuje się stosownym okablowaniem. Czy to jest oferta dla wszystkich? Myślę, że bez najmniejszych problemów tak. Są tylko dwa małe „ale”. Pierwszym jest fakt, iż Ethos jest bardzo wyrazisty, co stawia go w opozycji do wielbicieli misiowatego, a przez to dalekiego od prawdy grania jedną wielką kluchą. Natomiast drugim jest jego co prawda w pełni adekwatna do możliwości, ale jednak spora cena. Jeśli jednak w obydwu przypadkach stoicie po dobrej stronie barykady i poszukujecie bezkompromisowego pod każdym względem źródła cyfrowego, Gryphon Audio Ethos nie tylko z racji oferowanego dźwięku, ale również dodatkowej możliwości pracy z dostarczonym z zewnątrz sygnałem cyfrowym, powinien być jednym z głównych kandydatów do odsłuchu. Na tym pułapie cenowym trudno jest znaleźć tak uniwersalny, tak wyglądający i tak świetny kompakt.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bon n N8
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Audio Trident II
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami””, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Theriaa
Opinia 2
Gdy bodajże 19 listopada 2009 r. szkocki Linn z niekłamaną dumą ogłosił, iż zaprzestaje produkcji odtwarzaczy CD z racji spodziewanej rychłej śmierci ww. formatu, z którego już więcej pod względem jakości dźwięku wycisnąć się nie da wydawało się, że faktyczny koniec srebrnego krążka jest bliski. Parafrazując jednak słowa Marka Twaina „pogłoski o jego śmierci okazały się mocno przesadzone”, gdyż puki co mamy drugą dekadę XXI w. a choć sprzedaż zdefiniowanych w Czerwonej Księdze nośników sukcesywnie maleje, to nadal z ich dostępnością nie ma najmniejszych problemów. Ponadto sami producenci urządzeń dedykowanych ich odtwarzaniu dziwnym zbiegiem okoliczności dalecy są od nerwowego szukania ewentualnych alternatyw a na rynku zarówno budżetowych, jak i dedykowanych najbardziej wymagającej klienteli konstrukcji jest w przysłowiowy bród. Za najlepszy dowód niech posłuży nasz dzisiejszy gość, dostarczony przez ekipę łódzkiego Audiofastu, flagowy dyskofon duńskiej legendy ekstremalnego High-Endu – Gryphon Audio Ethos.
Nie chciałbym w tym momencie wyjść na miłośnika teorii spiskowych, jednak gdy Gryphon zaprezentował Ethosa pierwszym skojarzeniem jakie odezwało się w mym czerepie było znane m.in. z amerykańskich dolarów „oko opatrzności”, za którym nie od dziś ciągnie się nader pokaźny zbiór legend, domniemywań i właśnie niestworzonych historii. Powód takich dywagacji był oczywisty, gdyż w przeciwieństwie do większości dostępnych na rynku urządzeń jego bryła zamiast być mniej, bądź bardziej zbliżoną do prostopadłościanu została zaprojektowana na planie … trójkąta, co nawet na tle futurystycznej Opery Consonace Droplet, bądź rezydującego w naszym referencyjnym systemie industrialnego C.E.C-a TL 0 3.0 wydaje się nader odważnym posunięciem i chyba tylko z Kalistą DreamPlay ONE Gryphon mógłby nawiązać jakiś dialog. Jednak po chwili zastanowienia w tym pozornym szaleństwie odnalazłem zaskakująco solidną dawkę stricte logicznych przesłanek począwszy od stabilności wynikającej z trzech niezależnych punktów podparcia, poprzez możliwość precyzyjnego wyznaczenia środka ciężkości, na ograniczeniu przechowywania „audiofilskiego powietrza” w niezagospodarowanej kubaturze urządzenia skończywszy. Jednym słowem same plusy a gdy dorzucimy do tego fakt, iż en face Ethos prezentuje się już zdecydowanie mniej kontrowersyjnie, to ustawiony pomiędzy nieco bardziej „normalnymi” komponentami aż tak bardzo wyróżniać się nie powinien. Oczywiście nie sposób pominąć wynikającego z jego budowy (mamy do czynienia z klasycznym top-loaderem), wybijającego się ponad korpus wysięgnika z przymocowaną pokrywą transportu, jednakże w dobie wszechobecnego bezprzewodowego streamingu nie takie „wykwity” zdążyły nam spowszednieć. A skoro od ww. mechanizmu charakterystykę wizualną Ethosa rozpocząłem, to pozwolę sobie tylko wspomnieć, iż podobnie jak i cały płat górny również wysięgnik i sam perforowany „właz” wykonano ze szczotkowanego aluminium utrzymanego w naturalnej kolorystyce surowca, choć miłośnicy czerni mogą również rozejrzeć się za opcją „Black edition”, która całkiem niedawno pojawiła się w duńskim portfolio. Prawdziwą wisienką na torcie jest złocony docisk płyty, który na owej przed zamknięciem pokrywy umieścić należy a następnie z błyskiem w oku patrzeć, jak idealnie wpasowuje się w dedykowane wycięcie. Z kolei szczątkowy front ograniczono do poprzecznego pasa akrylu z którego flanek wyrastają cokoły zakończonych regulowanymi stożkami nóg a w centrum za oko łapie ramka podwieszonego i przywodzącego na myśl znany z testu Tridentów, zawierającego błękitny, przyozdobiony purpurowym firmowym logotypem, wyświetlacz i dotykowe sensory zewnętrznego panelu sterowania. Nader rozbudowane menu pozwala zmniejszenie poziomu wyjściowego (-6dB), aktywację filtra dolnoprzepustowego pierwszego rzędu dla sygnałów DSD (w tej roli wykorzystano posrebrzony kondensator mikowy), zastosowanie własnej nomenklatury wejść, czy też pięciostopniowe dopasowanie jaskrawości wyświetlacza. Możemy również ustawić czas po jakim, w przypadku bezczynności Ethos przejdzie w stan uśpienia i tu miła niespodzianka, gdyż Duńczycy zamiast, jak to lwia część konkurencji robi, fabrycznie „proekologiczne” ustawić kilka kwadransów (do wyboru jest 30min, 1h, 2h, 4h i nigdy) wybrało opcję … nigdy, czyli może i te 40W odtwarzacz będzie z gniazdka „ciągnął”, ale na pewno brzmieniowo do pełni swych możliwości będzie dochodził w tzw. okamgnieniu. Z kolei masywny pilot oferuje dostęp nie tylko do podstawowych opcji nawigacji i odtwarzania, lecz również do zdecydowanie bardziej zaawansowanej filtracji sygnałów PCM i DSD (7 opcji), oraz upsamplingu – PCM do 384kHz, lub DSD128.
Z racji dość niestandardowego kształtu bryły naszego dzisiejszego gościa jego ściana tylna składa się z dwóch zbiegających się w osi symetrii połówek dedykowanych odpowiednio lewemu i prawemu kanałowi. Aby jednak jej nie szpecić a niejako w gratisie ograniczyć ergonomię usytuowania odtwarzacza wszystkie interfejsy ukryto w jego „podwoziu”. O ile jednak wyjścia analogowe w postaci gniazd RCA i XLR są rozlokowane symetrycznie, to już wejścia cyfrowe (USB,SPDIF i AES/EBU), oraz 12V triggera umieszczono wraz z interfejsami analogowymi prawego kanału a wyjście cyfrowe AES/EBU i zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC kanału lewego.
Centralne miejsce w trzewiach przypadło aluminiowej komorze współczesnego transportu StreamUnlimited Blue Tiger CD-Pro 8 współpracującego z parą (topologia dual-mono) kości ESS Technology Sabre ES9038PRO (po jednej na kanał). Za wspomniany upsampling odpowiedzialny jest z kolei układ AKM AK4137 a zasilanie oparto na dwóch klasycznych toroidach dedykowanych odpowiednio pracującej w klasie A sekcji analogowej i cyfrowej.
Skoro w momencie oficjalnej premiery – podczas ostatniej edycji monachijskiego High Endu Ethosa niestety posłuchać nie dane mi było a niemalże prywatna sesja w ramach również ostatniego przed pandemią stołecznego Audio Video Show, czy też wizyta w siedzibie dystrybutora obarczone byłe zbyt wieloma zmiennymi z formułowaniem bardziej konkretnych wniosków zmuszony byłem uzbroić się w cierpliwość. Jednak wiadomy obiekt mojego mrocznego pożądania koniec końców zagościł w moim systemie, więc już bez większych ceregieli mogę przystąpić do możliwie dogłębnej wiwisekcji jego walorów brzmieniowych. A jest o czym pisać, gdyż nie uprzedzając faktów topowy odtwarzacz Gryphona nie tylko zadaje kłam ww. opinii Szkotów o śmierci wiadomego formatu, co bezpardonowo przewartościowuje wszystko, co do tej pory można byłoby o wydawać by się mogło natywnych ograniczeniach płyt CD powiedzieć. W telegraficznym bowiem skrócie nawet jeśli do takowych ograniczeń Gryphon dociera, to ich obecność przesuwa w takie rejony o których konkurencja mogła, może i pewnie jeszcze długo móc będzie co najwyżej pomarzyć. I nie piszę tego z czystej grzeczności, kurtuazji, czy też chęci przypodobania się komukolwiek, gdyż nigdy nie ukrywałem iż jestem zagorzałym plikolubem, lecz jedynie stwierdzam niezbity fakt potwierdzony osobistymi doświadczeniami. Fakt nie tyle rozdzielczości, gdyż w dobie permanentnego zalewu Hi-Resu ów termin na tyle spowszedniał, iż tak naprawdę mało kto zwraca na niego uwagę i bierze na poważnie, co wręcz porażającego realizmu. Realizmu na takim poziomie intensywności, że podczas odsłuchów „Ace of Spades” Motörhead zacząłem nerwowo zerkać w kierunku barku w obawie przed jego spustoszeniem przez rozochoconego groźnymi porykiwaniami Lemmy’ego. Nie oznacza to bynajmniej cudownego wskrzeszenia Iana Frasera Kilmistera wraz z jednoczesnym dokopaniem się do leżących w Jackson’s Studios w Rickmansworth od 1980 r. taśm matek a następnie dokonaniem ich graniczącego z niemożliwością masteringu, lecz oddaniem natywnej energii i autentycznego świadectwa tamtych czasów. Czyli przekładając powyższe krągłe frazesy na język zrozumiały dla ogółu dźwięki dobiegające z głośników były najogólniej rzecz ujmując koszmarnie surowe i płaskie, ale na wskroś prawdziwe, autentyczne. Wystarczyło jednak w komorze Ethosa umieścić „The Blues Is Alive And Well” i szanowny Buddy Guy nie tylko pukał do naszych drzwi, co wygodnie rozsiadał się na kanapie a jakby tego było mało co i rusz przywoływał do siebie kolejnych przyjaciół, z którymi na zupełnym luzie jamował. Po ww. album sięgnąłem nie bez przyczyny, gdyż nie dość, że szalenie go lubię, to nader często sprawdzam na różnych źródłach ile są w stanie oddać z jego „soczystości”, bo właśnie owa soczystość tak mnie w nim urzekła i jakiekolwiek jej ograniczenie, o osuszeniu nawet nie wspominając, traktuję jako ewidentny zamach na mój dobrostan. A zaimplementowane w Gryphonie kości Sabre za wzór „cnót niewieścich”, znaczy się muzykalności niezbyt często są stawiane. Tymczasem Ethos oczarował mnie dźwiękiem gęstym, ciemnym i jędrnym niczym kształty … mniejsza z tym czego i kogo. Grunt, że mój dyżurny – lampowy (!!!) Ayon CD-35, którego właśnie za podobne walory niezwykle cenię wypadł przy Duńczyku po japońsku, czyli jako tako. Ponadto Gryphon bił Austriaka na głowę pod względem definicji źródeł pozornych i to nawet nie zbliżając się do estetyki określanej mianem analitycznej. Zero podkręcania ostrości, zabawy suwakiem HDR i dążenia do pocztówkowej przesady a zarówno obecność, namacalność muzyków, jak i wgląd w nagranie były na najwyższym, referencyjnym poziomie. Jak to możliwe? Nie wiem, jednak był to jeden z niewielu przypadków, gdy źródło cyfrowe zrównało się z najwyższych lotów analogiem i nie miało przy tym żadnych kompleksów pod jakimkolwiek, włącznie ze stricte „taśmową” koherencją. Tytułowy odtwarzacz w iście mistrzowski sposób operował tak barwą, jak i dynamiką, przy czym kreując pierwszy plan blisko słuchacza ani na moment nie zapominał o właściwej gradacji planów dalszych i choć zmysłowo wyginające się przy mikrofonie solistki niejako z automatu przyciągały wzrok, to o ile tylko udało nam się chociażby na moment przestać robić do nich maślane oczy, bez trudu mogliśmy zidentyfikować pozostałych bohaterów rozgrywającego się przed naszymi oczami i uszami spektaklu. Proszę tylko włączyć „Symphonicę” George’a Michaela, by osobiście się przekonać co w duńskim wydaniu oznacza obszerna i zarazem uporządkowana scena dźwiękowa. Dla mnie osobiście było to swoiste mistrzostwo świata, po którym powrót do własnego źródła był nad wyraz gorzką pigułką do przełknięcia. Podobnie było z „Black Market Enlightenment” Antimatter, gdzie nie tylko przestrzeń nagrania dalece wykraczała poza kubaturę mojego pokoju, co dynamika zarówno w skali mikro, jak i makro wydawała się nic nie robić z ograniczeń sprzętowych osiągając realizm koncertu w którym uczestniczymy stojąc zaledwie kilka, kilkanaście metrów od sceny.
Skoro jednak nasz dzisiejszy gość dysponował wejściami cyfrowymi nie omieszkałem go i na taką ewentualność przebadać i tu od razu zaliczyłem lekki zgrzyt, gdyż streaming z tzw. chmury – zasobów Tidal Master wypadł na tyle blado – znaczy się płasko i z bestialsko wykastrowaną dynamiką, iż w pierwszym momencie sądziłem, że Ethos po prostu poczuł się urażony próbą mezaliansu z Luminem U1 Mini, jednakże mając w pamięci podobne reakcje alergiczne zaobserwowane podczas innych sesji czym prędzej zmieniłem repozytorium na pełniącego rolę NAS-a Soundgenica HDL-RA4TB i powiedzmy, że sytuacja wróciła do normy. Nie było to jeszcze to, co ze srebrnych krążków i to niezależnie od gęstości materiału źródłowego, ale i tak i tak poziom reprezentowany przez dźwięki dobiegające mych uszu był w pełni zasługujący na miano wybornego. W dodatku dopiero po kilku dniach zorientowałem się, iż zupełnie nie zwracam uwagi na nieobsługiwanie przez Gryphona formatu MQA, gdyż majestatyczny Duńczyk zarówno ze „zwykłych” plików 16/44.1, jak i z ich gęstego rodzeństwa z jednakowym entuzjazmem wyciskał ostatnie soki sprawiając, iż zamiast na parametry patrzyłem li tylko na jakość realizacji i wartość muzyczną. A właśnie, jakość. Chodzi bowiem o to, iż czytając moje powyższe peany mogłoby się Państwu zdawać iż niezależnie co do komory transportu włożymy, bądź na wejścia cyfrowe dostarczymy, to osiągniemy stan audiofilskiej nirwany. Nic z tych rzeczy. Repertuar nagrany i zagrany źle tak też z tytułowego odtwarzacza zabrzmi i choćbyśmy nie wiadomo jak zaklinali rzeczywistość tego nie zmienimy. O ile zatem odsłuch „Ace of Spades” Motörhead będzie równie przyjemny co wizyta u dentysty bez posiłkowania się znieczuleniem, o tyle już „Black Market Enlightenment” Antimatter roztoczy przed nami uroki potęgi zelektryfikowanego rocka w swej najbardziej atrakcyjnej postaci – z fenomenalnie zdefiniowanym na pierwszym planie wokalem, gradacją dalszych planów i swobodą oraz oddechem. Nie będzie może tej iście holograficznej trójwymiarowości co z nośnika fizycznego, ale konia z rzędem temu, kto marudziłby mając taki dźwięk na co dzień.
Próbując dokonać swoistego résumé poczynionych podczas odsłuchów obserwacji i mając jednocześnie czas na ich spokojne przetrawienie dochodzę do wniosku, iż Gryphon Audio Ethos jest jeśli nie najlepszym, to z pewnością jednym z najlepszych, oczywiście moim skromnym zdaniem, nie tylko odtwarzaczem i zarazem przetwornikiem, lecz po prostu źródłem dostępnym na rynku. Oferuje bowiem dźwięk na swój sposób wymykający jakimkolwiek próbom zaszufladkowania go w kategoriach bądź to cyfrowych, bądź analogowych stereotypów. On po prostu gra muzykę w takiej formie i z takim realizmem, iż traktując go jako punkt wyjścia do stworzenia systemu marzeń prawdopodobieństwo dogonienia przysłowiowego króliczka i tym samym osiągnięcie audiofilskiej nirwany wydaje się bliskie 100%.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM
Dystrybucja: Audiofast
Cena: 162 950 PLN
Dane techniczne
Wykorzystane przetworniki: 2 x ES9038 PRO 32bit/768 kHz
Obsługiwane sygnały cyfrowe: 22kHz – 192kHz (AES/EBU, SPDIF); 32kHz – 384kHz PCM, DSD64 – DSD512 (USB)
Stosunek sygnał/szum (śr.ważony): < -120 dB
Całkowite zniekształcenia harmoniczne + szum: 0,007% @ 0dB
Pasmo przenoszenia: 0-192 kHz (-3 dB)
Impedancja wejściowa: 110 Ω (AES/EBU), 75 Ω (SPDIF)
Nominalne napięcie wyjściowe:4,3 V +/-6,08Vpp (XLR); 2,15 V +/-3,04Vpp (RCA)
Nominalna impedancja wyjściowa: 30 Ω
Separacja kanałów: nieskończona
Pobór mocy: <0,5 W (standby); 39 W (max.)
Wymiary (S x W x G): 480 x 176 x 453 mm
Waga: 13,7 kg
Opinia 1
Tytułowa marka na naszym portalu już kilkukrotnie miała swoje pięć minut. Co ciekawe, były to na tyle znamienne w skutkach chwilę, że jeden z epizodów zakończył się decyzją pozostawienia sobie wówczas opiniowanej zabawki na dłużej. To zaś sprawiło, że ani przez moment nie przyszło nam do głowy, aby z jakiegokolwiek powodu zakończyć dogłębne poznawanie oferty duńskiego producenta. Takim to sposobem po testach sekcji wzmocnienia Diablo 300, Antileon i Mephisto, przedwzmacniaczu liniowym Pandora, oraz przetworniku D/A Kaliope, mając w zanadrzu przyjrzenie się źródle, w tym podejściu przyszedł czas na kolumny głośnikowe. O kim mowa? O duńskiej manufakturze Gryphon Audio, która dzięki wielkiemu wysiłkowi logistycznemu łódzkiej ekipy Audiofastu- kolumny razem ze skrzyniami ważą prawe 240 kg sztuka – wystawiła do oceny drugi od góry w cenniku model Trident II. Intrygujące? Przyznam szczerze, że po miesiącach walki o pojawienie się tych paczek w naszych okowach osobiście ich wizytą byłem bardzo podekscytowany. Jednak co ciekawe i prawdopodobnie Was zaskoczę, ten stan ducha wzmagał dodatkowy aspekt. Mianowicie chodzi mi stosunkowo rzadką budowę kolumn, czyli podwojenie sekcji basowej w jej górnej części bliźniaczym układem zastosowanym tuż nad podłogą. Powód? Tego trzeba zaznać na własnej skórze, bowiem chodzi o brak jakiegokolwiek kompromisu w oddaniu swobodnej ściany pełnego energii dźwięku ze szczególnym uwzględnieniem wzorowej kontroli właśnie najniższego zakresu. W swoim portfolio posiadam już dwa osobiste zderzenia z tego typu konstrukcjami w postaci Dynaudio Evidence Master oraz Gauder Akustik Darc 140 i wiem z czym to się mówiąc kolokwialnie, je. Jednak przypadek ocenianych kolumn z Danii do całej zabawy wnosi jeszcze jeden smaczek, jakim jest jeszcze rzadziej niż wspomniane podwojenie sekcji basowej, zasilenie je wewnętrznymi (500W każdy) wzmacniaczami w klasie AB, czyniąc z naszych bohaterek kolumny pół-aktywne. Nie muszę chyba nikomu udowadniać, iż to był kolejny intrygujący dla mnie temat, który mimo sporej odporności na pewnego rodzaju wyjątkowość, nie oszukujmy się, najczęściej goszczonych u siebie drogich komponentów, w tym przypadku w pewien sposób sprowadził moje oczekiwania do poziomu wrzenia. Jeśli zatem jesteście zainteresowani, jak poniższy miting przy muzyce odbił się na mojej psychice, zapraszam do lektury od razu lojalnie zaznaczam z racji długości tekstu swoistej sagi.
Kreśląc kilka informacji na temat tytułowych kolumn, na początek przyznam szczerze, iż nie ma co się oszukiwać, tytułowe Dunki są wielkie. Niestety lekko ponad 190 cm wysokości to naprawdę nie przelewki. Jednak mimo tego za sprawą kilku tricków dość swobodnie potrafią może nie całkowicie zniknąć z pokoju, ale spokojnie przestać przytłaczać słuchacza swoimi gabarytami. Głównym zabiegiem optymalizacji wizerunkowej jest ich sięgająca jedynie 30 cm szerokość. Naturalnie producent został w ten sposób zmuszony do zastosowania ratujących stabilność, poprzecznie przytwierdzonych łap z regulowanymi stopami, ale zapewniam, to jest bardzo udany zabieg. Niestety takie potraktowanie sprawy przy założeniu zejścia kolumn do 16Hz, w celu zapewnienia odpowiedniego litrażu spowodowało nadmuchanie tej wąskiej obudowy w gąb do poziomu 80 cm. Jednak uspokajam potencjalnych oponentów, nawet w moim, w teorii nieco zbyt skromnym gabarytowo pomieszczeniu – ok 100 m³ – kolumny ani trochę nie wyglądały na zwaliste. Jak to możliwe? Kolejnym po szerokości skrzynek aspektem walki o wizerunkową ogładę był ich fenomenalny design w postaci zapożyczonych – podobno przy wiedzy Franco Serblina – od włoskich kolumn Sonus faber, rozciągniętych pionowo pomiędzy podstawą i górnym panelem kolumny w jej przedniej i tylnej części, przezroczystych sonicznie gumek w roli maskownic. Innym nadanie każdemu z głośnikowych modułów przedniej ścianki znakomicie widocznych pionowych wręg. Następnym zastosowanie na przecież głębokich bocznych ściankach, niwelującego ten temat, fenomenalnego motywu preparowanego w kolorystyce złotawego brązu i czerni egzotycznego drewna. Kolejnym zlokalizowanie w tylnej części bocznych ścianek wygłuszonych miękkim materiałem, biegnących od samego dołu do góry ażurowych modułów antywibracyjnych. Innym wykończenie poprzecznych łap w technice szczotkowanego aluminium z wydrukowanym na zewnętrznej krawędzi każdej z nich logo marki. Wystarczy? Spokojnie to było pytanie retoryczne, gdyż wygląd w tym przypadku jest tylko jedną z składowych pewnego rodzaju wyczynowości opiniowanych paczek, dlatego na tym opis ich aparycji ze spokojem ducha zakończę.
Wolę przejść do technikaliów. Te są równie przemyślane jak problem postrzegania. Po pierwsze producent dzięki odpowiedniemu uformowaniu frontu zadbał mechanicznie, a nie elektronicznie (dodatkowa komplikacją zwrotnicy), o zgodność czasową współpracy ze sobą poszczególnych przetworników. Po drugie podwoił sekcję basową – po dwa głośniki na górze i na dole – wokół wysokotonówki AMT i okalających go średniaków w typowym układzie d’Apolitto. Po trzecie zastosował zwrotnicę aktywną, zasilając wspomniane basowce dedykowanymi wzmacniaczami w klasie AB. Zaś po czwarte w przypadku Trident-ów II mamy do czynienia z konstrukcjami zamkniętymi, czyli pozbawionymi dla wielu samego zła, często zwanych burczy-basami, portów bass-refleks. Ale to nie koniec ciekawostek, bowiem owa samowystarczalna sekcja najniższych częstotliwości została wzbogacona o możliwość doboru według swoich potrzeb w trzech punktach, opartego na teorii Linkwitza-Greinera tak zwanego poziomu dobroci basu, a także jego ilości w zakresie od -100 do +6 dB i filtr dolnoprzepustowy. Kontynuując trop zagadnień około-basowych, nie trzeba chyba nikogo uświadamiać, iż takie rzeczy musi coś obsługiwać. Po raz kolejny zalecam spokój, gdyż całość elektroniki skryto wewnątrz obudowy, a jedynie co da się zauważyć gołym okiem, to zorientowane na tylnej ściance, oczywiście sprytnie okryte pionowymi gumkowymi maskownicami, wielkie pionowe radiatory chłodzące wzmacniacze, usadowione pod nimi panele sterujące każdą z kolumn, zaciski głośnikowe dla zakresu środka oraz wysokich tonów i gniazda sieciowe. Co oznacza zwrot panel sterujący kolumnami? Nic specjalnego. Po prostu znajdziemy na nim zestaw pozwalających komunikować się pomiędzy sobą i wzmacniaczem za pomocą dostarczonego okablowania serię gniazd – komputerowe, RCA, XLR, hebel wyboru terminali RCA lub XLR oraz pakiet przycisków konfigurujących sekcję dolnego zakresu. Tak uzbrojone wieże według producenta zapewniają pasmo przenoszenia od 16 do 27 kHz przy spadku -3 Ohm i co w dalszej części udowodnię, że jest bardzo istotne nie tylko z racji możliwości zastosowania niskiej mocy wzmacniacza dla centralnego zakresu, oferują aż 95 dB skuteczności. Jak zdradzają fotografie, podczas decyzji zakupowej za dopłatą mamy możliwość zamówienia panelu pokazującego aktualne ustawienia kolumn wraz z dedykowanym temu procesowi pilotem. Na szczęście z jednym małym ale, ten sam pakiet zdjęć daje jasno do zrozumienia, iż bez tego również możemy obyć. Co oznacza owo „ale”? Z testowej, kilkunasto-tygodniowej autopsji wiem, że często korzystałem z różnych punktów dobroci i ilości dolnego zakresu i natychmiastowa wiedza z fotela na czym w danym momencie stałem i równie natychmiastowa możliwość korekcji tego stanu rzeczy była nie do przecenienia, dlatego radzę na tym nie oszczędzać. To przy cenie kolumn jest ułamek kwoty, a czyni je jeszcze bardziej przyjaznymi w użytkowaniu. Powiem więcej, w razie zakupu zapewniam, że wieloletnim użytkowaniu. Dlaczego? Spokojnie, nie z racji niebagatelnej wagi i przez to potencjalnych problemów logistycznych, ale po odpowiedź na to pytanie zapraszam do poniższych akapitów.
Na początek opisu brzmienia drugich od gry zespołów głośnikowych Gryphona zdradzę swoją największą obawę, jaką jest konstrukcją półaktywna z pewnego rodzaju odmianą w moim odczuciu dotychczas zawsze szkodzącego prezentacji układu DSP – mam na myśli tak zwaną dobroć basu. DSP z jednej strony ułatwia kontrolę niskich tonów, ale zazwyczaj sprawia, że jeśli nie żyją swoim życiem, to w najlepszym wypadku w stosunku do reszty pasma są lekko przerysowane, a czasem nawet jednostajne. Chodzi o ich momentami zbyt ambitny oraz narysowany w sposób wręcz idealny udział w przekazie. Owszem, to wielu osobnikom homo sapiens może się podobać. Jeśli jednak w praktycznie każdej prezentacji dla przykładu jazz-owego trio, mimo bycia muzykiem sesyjnym, kontrabasista w ekstremalnych przypadkach jest frontmenem lub mniej drastycznie artystą nieuprawnienie ważnym jak wspomniany pomysłodawca danego projektu, tudzież wszystkie tego typu składy grają na tych samych instrumentach – ewidentnie wyczuwalna podobna estetyka brzmienia wspominanego kontrabasu i czasem nawet perkusji, w przypadku High Endu to jest rażące odejście od pokazania prawdy o słuchanej muzyce. Często zjawiskowej w odbiorze, jednak dalekiej od założeń naszego obcowania z jej wielobarwnością, czasem niedoskonałością, jednak na ile to możliwe, dokładnym oddaniem zadań każdego z artystów. A to jest dopiero jeden z możliwych do wystąpienia niechcianych artefaktów, gdyż do tego przykładu śmiało można dorzucić całkowicie inną estetykę brzmienia niskich tonów na tle reszty zakresów częstotliwościowych. Zapewniam, kilkukrotnie się z tym spotkałem, dlatego też już podczas wstępnych rozmów z dystrybutorem była to pierwsza rozwiewana, oczywiście jako ustne zapewnienie, kwestia. Jednak wiadomym jest, iż każda pliszka swój ogonek chwali, dlatego mimo solennych zapewnień łódzkiej ekipy, ten temat był dla mnie wręcz kluczowy.
Zanim przejdę do konkretów, wspomnę jeszcze, iż bez względu na półaktywność kolumn w oddaniu niskich tonów, zestaw w tej materii był bardzo czuły na okablowanie i współpracującą elektronikę. Przećwiczyłem to dobrze, gdyż podczas testu z powodzeniem zapewniając Tridentom II dodatkowe sygnały w standardzie RCA lub XLR dla sekcji aktywnej, skonfigurowałem dwa sety. Jeden z przedwzmacniaczem liniowym jako dawca sygnału XLR do końcówki mocy i kolumn. Zaś drugi w oparciu o regulowane wyjście w przetworniku cyfrowo-analogowym Vivaldi, XLR-em karmił Mephisto, a dającym tę samą wartość wzmocnienia co wyjście zbalansowane terminalem RCA (ten DAC ma taką opcję) dostarczał informacje do kolumn. W drugim nastąpiła również drobna korekta bardzo mocno determinujących końcowy wynik soniczny kabli głośnikowych dla zakresu środka z wysokimi tonami i sygnałowych dla basu. To były dwa różne dźwięki. Pierwszy odznaczał się gęstością, aż kapiącą energią i zjawiskowym nasyceniem, co niestety dla kilku moich znajomych – zaznaczam, iż nie dla wszystkich i trochę również dla mnie, okazało się zbyt intensywnym doznaniem. Dlatego też w poniższej epistole posłużę się przypadającą do gustu większej grupie znajomych, już świetnie zrównoważoną w domenie nasycenia, a przez to prezentującą wzorową szybkość narastania sygnału oraz energii konfiguracją numer 2.
Jak informowałem, z tego typu konstrukcjami z podwojonymi sekcjami basu spotkałem się nie raz. To zawsze była zarezerwowana dla nich swoboda w oddaniu pełnego spektrum pasma akustycznego bez efektów ubocznych siłowej lub uśrednionej prezentacji. Po prostu w dobrym tego słowa znaczeniu dostawałem ścianę fenomenalnego, bo nieskrępowanego dźwięku bez względu na zadany poziom głośności. Oczywiście powodem takiego stanu rzeczy było rozdzielenie energii tego zakresu na dwa znajdujące się na skrajach obudów sektory i tym sposobem znacznie mniejszy udział podłogi w finalnym brzmieniu systemu. Teoretycznie dostawałem identyczny power jak z typowego rozwiązania, jednak z o niebo większą, odczuwalną od pierwszego dźwięku swobodą, co bez dwóch zdań po występach Dynaudio Evidence Master i Gauder Akustik Darf 140 tym razem z nawiązką potwierdziły testowane konstrukcje z Danii. Co mam na myśli pisząc z nawiązką? Otóż słowem kluczem jest półaktywność, a przez to wspieranie dolnego zakresu przez aktywną zwrotnicę i wysoką skuteczność naszych bohaterek. Chodzi bowiem o fakt, że owo pełne spektrum energii wespół z mikro i makro-dynamiką otrzymywałem od najniższych do najwyższych poziomów głośności. Niestety poprzednio słuchane tego typu zestawy były obciążone lekką utratą tych niuansów. Nie w sposób jakoś bardzo degradujący ich brzmienie, ale na tle dzisiejszych bohaterek wyraźnie słyszalnie. To nie oznacza, że Tridenty II biły je na głowę, tylko pokazały, jak dobrze potrafi zabrzmieć i co wnosi do codziennego życia z muzyką umiejętnie zestrojony aktywny bas, z czym na przykładzie kilku płyt postaram się Was zapoznać.
Rozpocznę od znanych Wam z moich opisów trio Paula Bley’a w koncertowej produkcji „When Will The Blues Leave”. To był nigdy wcześniej nie zaznany przeze mnie spektakl. I nie mówię w tym momencie o budowaniu fenomenalnie oddanej koncertowej sceny z idealną lokalizacją zawieszonych w estetyce projekcji 3D poszczególnych artystów, jej szerokości i głębokości oraz różnicowaniu zawieszenia dźwięku instrumentów na odpowiedniej wysokości, bo to w pewnych aspektach oceniając stricte subiektywnie, mam i słyszałem w nieco lepszym wydaniu – być może przyczyna leży w rozdzieleniu w moich Dynkach góry i środka pasma na dwa obsługujące inną część danego pasma przetworniki, a w Gauderach w użyciu diamentowego wysokotonowca, tylko dzięki swobodzie prezentacji wraz z bezkompromisową projekcją energii każdego generatora dźwięku, świetnym oddaniu namacalności tego wydarzenia. W jednym z niedawno zamieszczonych na naszym portalu testów pisałem o świetnie odebranej przeze mnie na tej płycie pracy kontrabasu. Chodziło o natychmiastowo słyszalny atak palca na strunę i jej pełną współpracę z pudłem rezonansowym, co przekładało się na pokazanie nie tylko wyrazistości działań artysty, ale również zaprezentowanie drapieżności czasem soczystych i krągłych, a innym razem twardych i mówiąc kolokwialnie kopiących słuchacza, zazwyczaj malowanych luźniejszą kreską, tak lubianych przeze mnie owych przerośniętych skrzypiec. Taki wzorzec miałem dotychczas. Niestety opiniowane dzisiaj kolumny w sobie tylko znany sposób brutalnie go zweryfikowały. Czym? Otóż podczas występujących w czwartym kawałku karkołomnych popisów przywołanego przed momentem instrumentu Garego Peacocka oprócz równie spektakularnie wspierającego go w pracy fortepianu, tym razem fenomenalny udział w podkręcaniu wymowy jego artyzmu miał również perkusja ze szczególnym wskazaniem na stopę. Zazwyczaj słuchając tego utworu nieco trzeba się jej doszukiwać, gdyż odbieramy ją jako lekkie, pozbawione większej energii, jakby niezbyt dobitne, czasem wręcz kartonowe uderzania w tle. Tymczasem wspierana 500W wzmacniaczami w sekcji basu, wysoka skuteczność kolumn pokazały, iż ten wielki bęben jest pełnoprawnym bytem tego kontrabasowego pasażu. Spokojnie, nie wychodzi przed szereg, tylko pokazaniem zarezerwowanego dla niej pakietu energii czasem rytmicznie, a czasem lekko free-jazzowo, czyli zamierzenie chaotycznie powoduje punktowe trzęsienia ziemi. Tego nawet nie słychać, tylko wyraźnie czuć, ale jest na tyle naturalne, a przez to podświadomie oczekiwane, że po powrocie do moich, przecież obsługujących od dołu do góry bliźniaczy zakres częstotliwości, Dynaudio Consequence, bardzo mi tego brakowało. To były chwilowe ataki niczym nieskrępowanej energii, czego moje codzienne paczki z pomocą co prawda mocarnego, ale obsługującego całe pasmo wzmacniacza nie były wstanie wywołać, a dedykowana, co bardzo ważne, idealnie zestrojona z resztą pasma, pracująca w klasie AB, mocna sekcja aktywna Gryphonów pokazywała bez najmniejszej zadyszki. Mało tego. Bez jakiegokolwiek skrępowania nawet na wysokich poziomach głośności, które o dziwo podczas tego testu były na porządku dziennym. Takiego obrotu sprawy nie spodziewałem się nawet w najbardziej proroczych snach, dlatego nawet jeśli jest Wam po drodze brzmieniowej, czy cenowej z tego typu konstrukcjami, zalecam ich posłuchać. Ale zaznaczam, świat już nigdy nie będzie taki sam, bowiem nie chodzi mi o brutalność niskich rejestrów, tylko ich rozdzielczość, a przez to bezkompromisową wielobarwność i w pozytywnym tego słowa znaczeniu spektakularność. Spektakularność dodatkowo dostrajaną opisywaną regulacją dobroci i ilości basu.
Gdy temat dla wielu z Was najważniejszego zakresu mamy mniej więcej opisany, w kolejnej odsłonie wspomnę o muzyce równie wymagającej, jednak stawiającej na jej zgoła inne cechy. Mam na myśli wszelkiego rodzaju muzykę dawną, która w głównej mierze bazując na lotności i eufoniczności dźwięku, wspomniane zaplecze basowe spychała na poziom jedynie niezbędności zaspokojenia niezbyt wymagających podwalin. W tym przypadku również byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. A muszę zaznaczyć, iż smukłe Dunki grały dość ciemnym i cały czas pełnym energii dźwiękiem. Jednak ciemnym i mocnym w tym przypadku nie oznaczało pozbawionym oddechu lub swobody odrywania się od kolumn. Te kwestie mimo przecież stosunkowo wielkich gabarytowo zespołów głośnikowych były na najwyższym poziomie, pozwalając im dosłownie zniknąć sonicznie z mojego pomieszczenia, na co w pierwszych minutach kontaktu z nimi zwracało mi wielu goszczonych przyjaciół. To naturalnie oprócz niewielkiej szerokości uzbrojonych w głośniki frontów, było również skutkiem idealnego konsensusu pomiędzy wielkością kolumn – to zazwyczaj daje efekt niewymuszenia przekazu, a pełną kontrolą każdego spójnie zaprezentowanego pełnego spektrum pasma. W efekcie podczas odsłuchu płyty Johna Pottera „Care-charming Sleep” z formacją The Dowland Project emocjonalnie zostałem przeniesiony jeden do jeden w realia nagrania. Dowodem na obronę tej tezy po pierwsze było wierne pokazanie wielkiej kubatury sakralnej z pełnoprawnym udziałem pojawiającego się w niej echa. Po drugie – wyraźne ogniskowanie źródeł pozornych nie tylko w wektorach szerokości i głębokości, ale również z poziomu zajmowanej przez nich posadzki. A po trzecie prezentacja co prawda skromnego, ale jakże wymownego instrumentarium w postaci choćby przykładowego klarnetu basowego nie tylko z jego esencjonalnością, plastyką, lecz także świetnym różnicowaniem mocy poszczególnych przedmuchów. Nie wiem dlaczego, ale bez względu na poziom startowej głośności również podczas słuchania tej płyty ręka samoczynnie dryfowała w stronę pilota celem podniesienia ilości wypełniających moją samotnię decybeli. Co ważne, pozbawionych najmniejszych zniekształceń, bowiem w innym wypadku skończyłoby się to swoistą kakofonią, a w zderzeniu tego materiału z naszymi bohaterkami nigdy nic takiego się nie wydarzyło.
Jako ostatni przykład świetnego radzenia sobie kolumn z praktycznie każdym materiałem muzycznym wystąpi zespół AC/.DC w kompilacji „For Those About to Rock”. Cel? Zderzenie z ekstremalnie szybkim oddaniem energii podczas występujących na jednym z kawałków armatnich wystrzałów. Dlaczego tylko to? Powód jest banalny i opisany już w pierwszym przykładzie płytowym. Przecież gdy zestaw znakomicie raził sobie z trudnym do prezentacji, bo obsługiwanym przez niekwestionowanego mistrza kontrabasem oraz nigdy wcześniej tak pokazaną wspierającą go perkusją i do tego w fenomenalnej realizacji, byłem więcej niż spokojny o chyba najważniejsze dla tej formacji, gitarowe riffy i mocno determinujący dobitność ich popisów występ równie istotnego bębniarza. Byłem jedynie ciekawy, co wydarzy się w momencie przymusu oddania pełnego spektrum oderwanego od naturalnych instrumentów dźwięku przy szaleńczym tępię całego składu w jednym czasie. Czy przekaz nie starci na klarowności, z uwagi na lekkie przygaszenie światła na scenie nie utraci wyrazistości i najzwyczajniej w świecie niekwestionowaną – zaznaczam pozytywną – wyczynowością kolumn nie przerysuje intencji artystów. Miał być ogień, ale z zachowaniem ważności w danym momencie występów poszczególnych źródeł pozornych, co bez jakiegokolwiek uśredniania lub nadinterpretacji wydarzało się podczas słuchania każdego krążka z tego typu muzyką.
Powoli puentując to spotkanie, w pierwszej kolejności chciałbym usprawiedliwić się za ponadnormatywny słowotok. Niestety, gdy podczas testu doznam emocji na poziomie opiniowanych kolumn, nawet nie wiem, kiedy tekst zaczyna przypominać twórczość Elizy Orzeszkowej. Mam nadzieję, że śledząc moją zabawę w opiniowanie komponentów audio, nauczyliście się przechodzić nad tym do porządku dziennego. Jeśli tak, wieńcząc test, w pełni świadom konsekwencji zapewniam, iż na bazie przeżytych emocji o naszych bohaterkach nie mogłem pisać inaczej aniżeli w samych superlatywach. A przecież to mimo moich starań była konfiguracja przygotowana na mniej więcej 90% możliwości, to co wydarzyłoby się po dobiciu do setki? Czy abstrahując od niestety wysokiej ceny Gryphon Audio Trident II i naturalną koleją rzeczy ich sporych gabarytów, jest to propozycja dla każdego? Otóż bez najmniejszego poczucia przysłowiowego drukowania meczu jestem w stanie zarekomendować je dosłownie wszystkim. Począwszy od wytrawnych melomanów – świetny występ w gatunkach muzycznych typu jazz, muzyka dawna i klasyczna, a na najbardziej wymagających audiofilach skończywszy – znakomite oddanie najdrobniejszych niuansów muzyki bez względu na repertuar, czyli sławetna stopa perkusji w trio Paula Bley’a i zjawiskowe popisy formacji rockowej. Jest tylko jedno małe ale. Spokojnie, nie wywrócę powyższego wyroku do góry nogami. Mam na myśli drobnostkę, jaką jest potencjalna decyzja obcowania z muzyką w estetyce nasycenia w na tle znakomitej większości tego typu oferty, lekko ciemnawej projekcji, a przez to unikającą nadmiernego epatowania ciętymi skalpelem skrajami pasma. To jest przekaz wiernie oddający najbardziej skomplikowane przebiegi nutowe bez względu na poziom głośności, jednak w kodzie DNA nastawiony na maksymalne oddanie spójności, w służbie której biuro projektowe zaprzęgło wiele ciekawych patentów. Jakich? Proszę bardzo. Umiejętnie sonicznie zgrało przetwornik elektroakustyczny AMT ze sporą baterią klasycznych głośników stożkowych. Zastosowało obudowę zamkniętą. Oraz stworzyło wysoko-skuteczną konstrukcję pół-aktywną. Przyznacie, że od wdrożonych do pracy, często poszukiwanych jako pojedyncze realizacje, pomysłów aż się roi. A to dopiero połowa sukcesu, gdyż jako podbicie zasłużonego stempla ekstremalnego High-Endu producent zaproponował klientowi zostawiającą konkurencję sporo w tyle, zaawansowaną konstrukcyjnie obudowę i jej zjawiskowy design. Nie wiem co po ewentualnych odsłuchach być może Was, ale po procesie testowym mnie od decyzji pozostawienia sobie tych paczek na stałe odżegnuje jeden niepozorny aspekt. Nie cena, nie wielkość, tylko niestety mała uniwersalność kolumn. Otóż przy użyciu tytułowych konstrukcji nie ma szans na przetestowanie znakomitej większości wzmacniaczy zintegrowanych. Gdyby nie to, kto wie, co by się wydarzyło.
Jacek Pazio
Opinia 2
Dzisiejsza recenzja to, przynajmniej dla mnie, swoiste spotkanie po latach i niejako powrót do wieku niemowlęcego … SoundRebels. Chodzi bowiem o to, iż debiutujące chwilę po powstaniu naszego magazynu – w maju 2013, podczas monachijskiego High Endu, odświeżone Tridenty II (pierwsze wersje światło dzienne ujrzały bodajże w 2005 r. na Hong Kong AV Show) co prawda mignęły mi w tzw. przelocie i nawet załapały się na kadr, bądź dwa, jednak mówiąc szczerze zupełnie nie zapadły w pamięć. Dziwne? Niekoniecznie, gdyż nie dość, że podczas tego typu imprez ogrom doznań już po pierwszym dniu nader skutecznie impregnuje uczestników na dalsze ekscytacje, to w dodatku fizyczną niemożnością jest ogarnięcie wszystkich prezentacji, paneli dyskusyjnych i mniej, bądź bardziej spontanicznych spotkań. Dlatego też warto mieć świadomość, że fakt zobaczenia czegokolwiek na tego typu wystawach, targach i eventach bynajmniej nie oznacza zebrania pakietu informacji pozwalających na choćby pobieżną ocenę o jakiś głębszych refleksjach nawet nie wspominając. Dlatego też o ile świadomość istnienia Tridentów posiadaliśmy, to niczego konkretnego powiedzieć o nich nie mogliśmy. Całe szczęście stan owej niewiedzy śmiało możemy uznać za niebyły, gdyż dzięki uprzejmości i godnemu podziwu zaangażowaniu ekipy łódzkiego Audiofastu koniec końców duńskie monstra do OPOS-a (Oficjalnego Pokoju Odsłuchowego SoundRebels) trafiły.
Choć doskonale zdaję sobie sprawę, iż na tronie w zamku Ry niezagrożenie zasiadają nieosiągalne dla nas Kodo a widok Tridentów w wystawowych salach nie wywoływał dotychczas zbytnich emocji, to już ich uwieczniona podczas unboxingowej relacji aplikacja w naszych skromnych ośmiu kątach nieco ową optykę zmieniła. Niby wszyscy zdawaliśmy i nadal zdajemy sobie sprawę, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, lecz ustawienie dwóch ponad 200 kg i blisko dwumetrowych kolumn sprawiło, że nasze dyżurne i bądź co bądź szalenie dalekie od filigranowości Dynaudio Consequence nie tyle zmalały, co wręcz skarlały, więc czym prędzej zmuszeni byliśmy usunąć je z naszego pola widzenia, by uniknąć nawet podświadomych porównań. Nie da się bowiem ukryć, iż Tridenty są ze wszech miar imponujące, lecz wbrew pozorom wcale nie przytłaczające. Ba, patrząc na nie przez ostatnie półtora miesiąca, co i rusz dochodziliśmy do wniosku, iż nie tylko się z nimi oswoiliśmy i przyzwyczailiśmy, czyli mówiąc wprost nie mielibyśmy nic przeciw, gdyby u nas na stałe zostały, lecz przede wszystkim, że pomimo swoich gabarytów są po prostu zgrabne. W dodatku wykonano je z takim pietyzmem i finezją, że nie sposób nie uznać ich za prawdziwe dzieło sztuki użytkowej i przykład, że najwyższej klasy wzornictwo może iść w parze z prawidłami rządzącymi akustyką. Proszę tylko spojrzeć na fronty, na których choć trójdrożny układ przetworników przypomina ten znany m.in. z Dynaudio Evidence Master, czyli będące domeną sekcji wysoko-średniotonowej centrum i oba skraje zajęte przez basówce, to jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach. Jakich? Chociażby takich, że w Dynaudio fronty są „płaskie” a w Gryphonach ściana przednia jest wklęsła, dzięki czemu okupujące komory górną i dolną aktywne sekcje basowe, w których pracują łącznie cztery nachylone 8” woofery o membranach z włókna szklanego napędzane 500W AB klasowymi końcówkami mocy mają wyrównaną charakterystykę czasową względem sekcji hi-mid. W ramach małej dygresji i uświadomienia zainteresowanym, że zastosowana amplifikacja nie została potraktowana po macoszemu warto wspomnieć iż w każdej z kolumn ukryto końcówki mocy o wadze … 70 kg! W sekcji średnio-wysokotonowej znajdziemy klasyczny układ D’Appolito z 1’’ wysokotonowcem AMT ( Air Motion Transformer) i parą 5’’ kewlarowych średniotonowców. Kolejnym, nader istotnym detalem są maskownice, w których zamiast konwencjonalnej „dzianiny” mamy transparentne akustycznie struny nad wyraz sugestywnie pryzwodzące rozwiązanie wprowadzone w życie przez samego Franco Serblina. Ściany boczne pokrywa szalenie elegancki fornir a tylna, oprócz skądinąd spodziewanych pojedynczych, bliźniaczych do tych z Diablo 300, Mephisto, etc., terminali głośnikowych łapie za oko nad wyraz rozbudowaną „centralką” pozwalającą w ramach dopasowania nader absorbujących swymi gabarytami kolumn do konkretnego pomieszczenia ustawić odpowiednie parametry dobroci i poziomu głośności aktywnej sekcji basowej, którą o ile tylko najdzie nas ku temu ochota można również wyciszyć. Skoro jednak jedziemy po przysłowiowej bandzie, wraz z samymi kolumnami otrzymaliśmy mały drobiazg – opcjonalny (drobne 18 670 PLN) Trident Panel plus dedykowany pilot zdalnego sterowania, dzięki którym wszelkich nastaw dokonamy nie ruszając się z miejsca odsłuchowego. Przesada? Bynajmniej, gdyż odpada nam kilka (naście) spacerów do kolumn nie tylko podczas ich „kalibracji” do naszego pokoju odsłuchowego, lecz również zyskujemy nader swobodny dostęp do zmian w zależności od konkretnego albumu, czy nawet utworu. Przerost formy nad treścią? O ile dla jednostek cierpiących na nerwicę natręctw może to być rzeczywiście problem, jednak zdroworozsądkowo podchodząc do tematu, jeśli sam producent daje nam możliwość jednym kliknięciem sprawienie, że na „…And Justice for All” Metallicy wreszcie pojawi się coś na kształt basu, to na miły Bóg, czemu nie mielibyśmy z tego skorzystać. Warto też pamiętać, iż o ile do sekcji wysoko-średniotonowej sygnał dostarczamy wspomnianymi przewodami głośnikowymi, to już do aktywnych sekcji basowych będziemy potrzebowali odpowiedniej długości łączówek RCA/XLR.
Stabilność kolumnom zapewniają masywne wystające poza obrys ich korpusów aluminiowe szyny z szeroko rozstawionymi przyozdobionymi firmowymi logotypami „łapami”. I jeszcze jedno – finalne, w pełni customizowane wykończenie, ogranicza niemalże wyłącznie fantazja nabywcy, choć Duńczycy, co godne pochwały, wykluczają możliwość użycia drewna gatunków zagrożonych i pochodzących z lasów deszczowych.
A teraz najważniejsze, czyli brzmienie, które biorąc pod uwagę stanowiącą równowartość dwupokojowego mieszkania w obrębie granic administracyjnych Warszawy, powinno być co najmniej boskie i … było. Jednak nie od początku, gdyż po pierwsze same kolumny musiały się rozegrać i choć okres ich dochodzenia do pełni możliwości nie dorównał nawet nie tyle rozgrzewce, co ultra-maratonowi jaki zafundowały nam Consequence’y, to pierwsze dwa tygodnie upłynęły nam na eksperymentach nie tylko z optymalną dobrocią i natężeniem najniższych składowych, lecz również samym okablowaniem tak głośnikowym, czy sygnałowym jak i … zasilającym. Generalnie na nadmiar wolnego czasu, o nudzie nawet nie wspominając, nie narzekaliśmy. Jednak efekt finalny jaki udało się osiągnąć przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Niby po takich kolosach spodziewać by się można adekwatnie spektakularnych doznań, jednak pierwszą a zarazek kluczową cechą Tridentów jest umiejętność całkowitego … znikania. Pociąga ona za sobą kolejną, czyli pełen realizm reprodukowanego materiału muzycznego, który nie jest ani niepotrzebnie rozdmuchiwany ani tym bardziej przeskalowywany – pomniejszany, lecz adekwatny do aparatu wykonawczego. Ma być kameralnie i nastrojowo? Bardzo proszę – wystarczy włączyć zrealizowany podczas trzydniowej sesji w RecPublica Studios „Celuloid” Marka Napiórkowskiego i Artura Lesickiego, bądź zdecydowanie bardziej chropawe i orientalne „Of Shadows” Kamancello, by gościć u siebie oba powyższe duety (Kamancello to projekt Shahriyara Jamshidi’ego i Raphaela Weinroth-Browne’a) , które z powodzeniem mieściły się w oktagonalnej kubaturze naszego OPOS-a. Tutaj jednak mała uwaga. Otóż Gryphony idealnie oddając różnice w barwie i strukturze poszczególnych instrumentów i nader pieczołowicie różnicując nie tylko całe albumy, co wręcz wskazując na niuanse wyróżniające poszczególne utwory, cały czas trzymały rękę na pulsie dbając o ich niejako nadrzędną spójność i koherencję. Mówiąc wprost prowadziły słuchacza od ogółu od szczegółu, czyli najpierw prezentowały obraz całości, a potem, wraz z rosnącym zaangażowaniem odbiorcy odkrywały kolejne plany i zakamarki, by finalnie skończyć na tzw. audiofilskim planktonie.
Jednak z podobną wiernością oryginałowi zabrzmiały podszyty udzielającym się słuchaczom niepokojem i pełen iście infradźwiękowych tętnień „Dreamcatcher” autorstwa Jamesa Newtona Howarda oraz już klasyczny, symfoniczny „Perfume – The Story of a Murderer” w wykonaniu Berliner Philharmoniker / Sir Simon Rattle. Co ciekawe o ile dwa pierwsze albumy reprezentowały narrację typu „Oni są tu”, to dwa kolejne przykłady bezdyskusyjnie przenosiły nas – słuchaczy, w zdecydowanie bardziej okazałe przestrzenie. Duńskie kolumny nie narzucały przy tym jakiejś własnej maniery, czy też powtarzalnej sygnatury. Ot, dążyły do możliwie jak największej transparentności, jednak zamiast bezdusznej, laboratoryjnej analityczności szły organiczną, zdecydowanie bliższą naturalności drogą, bowiem ich dźwięk za każdym razem odbierałem jako jeśli nie nieco przyciemniony, to z pewnością mniej przejaskrawiony i wyczynowy aniżeli powszechne, stereotypowe wyobrażenia o ekstremalnym High-Endzie bywają, a zarazem szalenie rozdzielczy. I w tym momencie docieramy, przynajmniej w moim mniemaniu, do źródła takiego a nie innego postrzegania tytułowych kolumn, które zamiast cokolwiek kreować skupiają się na eliminacji barier ograniczających osiągnięcie upragnionego celu, czyli maksymalnego zbliżenia się do pierwotnego aktu wykonawczego. Z premedytacją nie użyłem określenia „live”, gdyż akurat w tym przypadku nie chodzi o „koncertową” ścianę dźwięku (wspomniana Metallica), choć z osiągnięciem takowego efektu Gryphony nie mają najmniejszego problemu, lecz o zdolność oddania autentyzmu samego aktu wykonywania konkretnego dzieła na potrzeby rejestracji. Przy czym wcale nie musimy ograniczać się do krążków nagranych na przysłowiową setkę, gdyż tu raczej chodzi o sam klimat, magię chwili, gdy zaczynają się rodzić nasze ulubione dźwięki a my sami znajdujemy się na wyciągnięcie ręki od ich twórców. Rozumieją Państwo o co chodzi? O mikro-dynamikę, dzięki której nie tylko słyszymy, lecz fizycznie czujemy nawet pozornie ciche i szalenie dalekie od wystrzałów armatnich rodem z „Tchaikovsky: 1812 Overture” Erich Kunzel / Cincinnati Pops Orchestra dźwięki. W końcu dźwięk to zgodnie z Encyklopedią PWN „zaburzenie falowe w ośrodku sprężystym”, więc trudno się dziwić, że organem odbiorczym są nie tylko nasze uszy ale i my cali. O ile jednak większość kolumn skupia się na potęgowaniu wrażeń z dołu pasma i to wespół z nader destruktywnymi dawkami decybeli o tyle Tridenty owe działania realizują w pełnym paśmie akustycznym.
Jeśli jednak jesteście Państwo ciekawi jak nisko tytułowe kolumny potrafią zejść, to polecę wygodnie rozsiąść się w fotelu i włączyć ścieżkę dźwiękową do „Wrath of Man” https://tidal.com/browse/album/181141925 Chrisa Bensteada. Gwarantuję, że już po kilku minutach zaczniecie poważnie się zastanawiać nad założeniem jakiejś kamizelki kuloodpornej, bądź zaopatrzeniu się w podobną do stosowanych przez oddziały prewencji solidną tarczę. Tutaj nie ma zmiłuj i chwili na wytchnienie, skoro jednak uznaliście, iż niegłupim pomysłem będzie nawet nie tyle rozbudzenie , co rozjuszenie duńskich smoków, to teraz miejcie odwagę ponieść tego konsekwencje. A na przyszłość radzę dobrze się zastanowić o co prosicie.
A jaki morał płynie z powyższej epistoły? Ano taki, że jeśli tylko dysponujecie Państwo środkami pozwalającymi na zakup Tridentów II Gryphon Audio, to macie szansę na … połowiczny sukces. Warto bowiem pamiętać, że jego pełnię osiągniecie dopiero z równie wyrafinowaną amplifikacją, od siebie w tym momencie podpowiem, iż najlogiczniejszym (proszę tylko nie mylić tego ze zdrowym rozsądkiem) wyborem wydaje się Mephisto w wersji stereofonicznej, bądź jeszcze lepiej monobloków i oczywiście zdolne je pomieścić lokum. Jest to bowiem przykład rasowego, ekstremalnego High-Endu, w którym nadrzędna zasada mówi, że jeśli na coś się decydujemy, to albo robimy to „na 110%”, albo wcale.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bon n N8
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Audio Trident II
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Cena: 554 480 PLN + 18 670 PLN Trident Panel
Dane techniczne
Wykorzystane przetworniki:
Tweeter: 1’’ AMT
Średniotonowe: 2 x 5,5”
Basowe: 4 x 8”
Pasmo przenoszenia, -3 dB (zależne od pomieszczenia): 16Hz – 27kHz
Czułość, SPL, 1m@1W: 95dB
Impedancja nominalna: 4 Ω
Częstotliwości zwrotnicy, zasada Duelunda: 250Hz, 2kHz
Zaciski wejściowe głośników/ kanał: 1 set
Moc wyjściowa (RMS) na kanał w rzeczywistym obciążeniu: 500W, Class A/B
Moc szczytowa na kanał w rzeczywistym obciążeniu: 2000W
Zniekształcenie (THD + N): < 1%, 500W
Gain: +38dB
Regulacja głośności sekcji basowej (co 0,5dB): -100dB – +6dB
Low Cut : 16Hz
Ustawienia Q (do wyboru) : 0.30, 0.35, 0.40
Pasmo przenoszenia (wzmacniacz mocy): 0 – 250 kHz
Impedancja wejściowa, zrównoważona (20-20000Hz): 40 kΩ (XLR), 20 kΩ (RCA)
Zużycie energii:5W (Stand-by), 2 x 200W (bezczynność), 1800W (max)
Pojemność filtrująca zasilacza: 2 x 180.000 μF
Wymiary (S x W x G): 52 x 193 x 81 cm (sztuka)
Waga brutto : 2 x 237 kg
Opinia 1
Nie trzeba być Jamesem Bondem, aby zorientować się, iż od około roku dość konsekwentnie podążamy śladem produktów tytułowej marki. Oczywiście jak to u nas bywa, staramy się jechać po tak zwanej asortymentowej bandzie, dlatego też w naszym OPOS-ie najczęściej lądują same szczyty oferty. Jakie? Pierwszą jaskółką była przecierająca szlaki końcówka mocy Antileon, następnie zmieniający mój punkt widzenia na jakość wysterowania praktycznie każdych kolumn bez względu na zapotrzebowanie mocy, flagowy Mephisto, zaś stosunkowo niedawno mieliśmy przyjemność, zderzyć się z podobnie do Mephisto mocno przewartościowującym nasz punkt widzenia na obróbkę zer i jedynek, przetwornikiem cyfrowo-analogowym Kalliope. Przyznacie, że w penetracji oferty brzmieniowej tego brandu jesteśmy dość konsekwentni. Jednak zapewniam Was, na tym nasza krucjata się nie kończy. Co mam na myśli? Choćby pierwszą z wielu planowanych jeszcze recenzenckich ciekawostek, w postaci dzisiejszego testu topowego przedwzmacniacza liniowego Pandora duńskiej stajni Gryphon Audio, którego wizytę w siedzibie naszej redakcji zawdzięczamy łódzkiemu dystrybutorowi Audiofast. Czy pójdzie śladem swoich poprzedników i podobnie do nich rzuci nas na kolana? Po odpowiedź na te pytania zapraszam do dalszej części tekstu.
Być może fotografie tego nie oddają, ale aparycja naszego bohatera, czyli w tym przypadku dzielonego przedwzmacniacza liniowego Pandora jest odwrotnie proporcjonalna do flagowej końcówki Mephisto. Naturalnie obydwa moduły zachowują aspekty wzornicze rodem z topowej końcówki, jednak na jej tle w kwestii wysokości są wręcz symboliczne. Oczywiście można się domyślać, iż jest to skutkiem podziału komponentu na sekcję zasilania i modułu z wrażliwymi na szkodliwe potencjalne prądy wirowe z pojedynczej obudowie układami elektrycznymi. Jednak fakt jest faktem, obydwie skrzynki są niskie. Ich fronty swój wygląd w pełni czerpią ze wspomnianej, zajmującej szczyt oferty, końcówki mocy. Główny motyw stanowi poprzecznie wkomponowana weń, czyli w symbolicznej wysokości akrylowy płat, aluminiowa belka z trapezowym okienkiem czernionego akrylu jako ostoja dla ukrytych pod nim, uruchamianych sensorycznie, manipulatorów i centralnie zorientowanego pokrętła głośności w centralce sterującej przedwzmacniacza i jedynie podświetlane krwistą czerwienią logo marki w zasilaczu. Jeśli chodzi od górną część obudowy, ta również podążając drogą powielania akcentów designerskich z sekcji wzmocnienia, została obdarzona świetnie prezentującym się wizualnie, przemierzającym górną połać, podłużnie ryflowanym, półwałkiem i na bokach dwoma symetrycznie rozlokowanymi płatami szczotkowanego aluminium. Po przerzuceniu wzroku na obydwa awersy Pandory, widać, iż zasilacz i sekcja przedwzmacniacza zostały uzbrojone w kilka wielopinowych, symetrycznie rozlokowanych terminali kanałów przekazujących niezbędną dla sonicznego bytu życiodajną energię. Do dyspozycji otrzymujemy trzy wejścia XLR, po jednym wejściu dla opcjonalnego phonostage’a, i Tape In, a także dwa wyjścia XLR i jedno Tape Out. Tak prezentujące się konstrukcje podobnie do niedawno opiniowanego przetwornika D/A Kalliope posadowiono na dwóch okrągłych stopach z przodu i dwóch kolcach w tylnej części. Wieńcząc opis tytułowego przedwzmacniacza ważną informacją użytkową jest umieszczenie przez producenta włącznika głównego pod spodem zasilacza przy prawej przedniej stopie. Natomiast proces inicjacji pracy realizujemy już piktogramem podświetlanym na froncie sekcji sterującej.
Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, iż kolejna sesja testowa topowego produktu duńskiej stajni niosła ze sobą bardzo wysoko zawieszoną porzeczkę. Oczywiście jej powodem nie były kuluarowe opinie około-wystawowych spotkań ze znajomymi, tylko fenomenalny odbiór poprzedników na własnym podwórku, z których jeden (Kalliope) prawie wysłał na zieloną trawkę stacjonującego na co dzień, uzbrojonego po zęby w zewnętrzne zegary DAC-a dCS-a Vivaldi, a drugi (Mephisto) ze skutkiem natychmiastowym brutalnie zastąpił przez sześć lat znakomicie broniącą się końcówkę mocy Reimyo KAP 777. Przyznacie chyba, że po tak przetartych szlakach apetyt miał pełne prawo urosnąć do granic przyzwoitości. I tak dokładnie było. Dlatego też aplikując naszego bohatera w tor, w przypadku spełnienia się pokładanych w opisywanym przedwzmacniaczu oczekiwań miałem bardzo uzasadnione obawy, czy czasem nie skończy się to kolejną roszadą w moim wydawałoby się, od jakiegoś czasu skończonym systemie. Oczywiście z uwagi na fakt pełnego zadowolenia z tego co na polu rozeznania w jakości dźwięku udało mi się dotychczas osiągnąć, nie był to stan paniki, ale z pewnością również daleki byłem od błogiego spokoju. Jak zatem skończył się ten bezpardonowy, już trzeci atak na mój stan wiedzy o dobrym dźwięku?
Z przyjemnością oznajmiam, iż tytułowy przedwzmacniacz Gryphon Pandora konsekwentnie podążał drogą poprzedników. Nie jeden do jeden w oddaniu każdego akcentu brzmieniowego, jednak w bezwzględnej zgodzie z nadrzędnym celem pomysłodawcy marki, czyli utrzymując niezbędną do naturalnego wizualizowania muzyki swobodę prezentacji, cały czas operował wyśmienitym nasyceniem kolorem i energią dźwięku. O co chodzi z tymi różnicami? Były niewielkie, acz wyraźne. Chodzi o nieco inne podejście do transparentności wypełniającego przestrzeń pomiędzy kolumnami spektaklu muzycznego. Nie, żebym traktował to jak brak rozdzielczości, tylko wyraźnie słychać było nieco większe skupienie się przedwzmacniacza na średnicy. Nadal rozdzielczej, znakomicie pulsującej niczym serce sportowca, jednak nieco inaczej podpartej skrajami pasma. Mówiąc inaczej, mam na myśli lekkie odejście od wyśmienitego konturowania źródeł pozornych tak w dolnych, jak i górnych rejestrach, na rzecz ich nadal dalekiej od rozmycia, ale bardziej skupionej na płynności i pastelowości krawędzi dźwięku. Dlaczego określam to zjawisko jako pastelowość, a nie rozmycie poszczególnych bytów? Powód jest banalny. Otóż nadal każda nuta ma swój wyraźny początek, środek i koniec, tylko nie w wydaniu przykładowego przetwornika Kalliope, jakim była jego podana w sposób wybitny z jednej strony naturalna ostrość, a z drugiej płynność zarysu kreowanych przez system źródeł pozornych. Nie wiem dokładnie, co przyświecało takiemu różnicowaniu obydwu porównywanych ze sobą brzmieniowo komponentów przez tego producenta, jednak sądzę, iż było to zamierzone działanie bilansujące końcowy efekt soniczny w pełni firmowej układanki. Czy mam rację okaże się niebawem, gdyż na weryfikację w niedługim czasie są bardzo duże szanse. Oczywiście podczas wygłaszania tego newsu ręki na pieniek nie położę, jednak sygnalizuję, iż są takie przymiarki.Ale wróćmy do otwartej przed momentem duńskiej „puszki Pandory” i skonfrontujmy ją z konkretnymi przykładami płytowymi, którymi naturalną koleją rzeczy będą pozycje z testu przetwornika D/A.
Rozpocznijmy opowieść od „Sunset in The Blue” Melody Gardot. Przetwornik zrobił z tej muzycznej przygody bajkę dosłownie w każdym calu, czego wydawałoby się, jakimkolwiek odejściem od takiej prezentacji nie dałoby się nie popsuć. Tymczasem owszem, przy użyciu dzisiejszego bohatera ostrość nie oszukujmy się, wówczas czarującego pod każdym względem wyniku, uległa lekkiemu zawoalowaniu, jednak aby nie spowodować nadmiaru ilości cukru w cukrze, a przez to nie zatracić tak ważnego dla muzyki tempa, producent zapobiegawczo nieco odpuścił poziom nasycenia. Skutek był taki, że nic a nic nie straciła na tym równowaga tonalna a jedynym słyszalnym efektem było podanie tego samego pakietu zer i jedynek z minimalnie obniżonym poziomem krągłości i wyrazistości, ale za to bez start w ogólnej rytmice muzyki. To nadal była czarująca diva ze wszystkimi artefaktami intymno-gardłowymi, tylko z przesuniętym o pół oczka niżej poziomem krągłości i soczystości jej zniewalającego głosu.
Kolejna płyta to koncert Joe Bonamasy „Live At The Sydney Opera House”. Wynik bardzo podobny, jednak z uwagi na rozmach wydarzenia mniej odczuwalny. Jak to możliwe? Otóż tym razem również słychać było niższy poziom ostrości w rysowaniu spektaklu, jednak w przypadku obcowania ze świetnie zrealizowanym koncertem dosłownie po pierwszym utworze owa ostra kreska bardzo traciła na znaczeniu. Powód? Zaangażowanie słuchu w odbiór tak spektakularnie zagranego przez muzyków, zazwyczaj spychającego na drugi plan audiofilskie przyglądanie się każdej nucie, wydarzenie, praktycznie zrównywało obydwa porównywane ze sobą komponenty do bardzo podobnych, pełnych zadowolenia z bycia tam i wtedy odczuć.
Na koniec karkołomny jazz spod znaku Paula Bley’a w trio „When Will The blues Leave”. Dlaczego karkołomny? Za sprawą operatora wielkich skrzypiec, czyli wirtuoza kontrabasu przez duże „W”, Garego Pacocka. Efekt? Wiecie co? Z uwagi na nieco mniejszy kontur pojedynczego szarpnięcia struny niż przy wykorzystaniu DAC-a Gryphona, powiedziałbym że momentami ta prezentacja była bliższa prawdy. Z pozoru mniej nasączona energią, a przez to nie epatująca już niby w pełnej kontroli, jednak jakby nadmierną krągłością – czytaj efektem „łał”, za to podczas szaleńczych popisów Garego odbierana jako zbiór podanych jakby od niechcenia, ale za to w pełni spójnie współbrzmiących, a nie wycyzelowanych składowych typu: atak, energia i rozciągnięcie w czasie. Kontrabas szalał bez nadmiernych audiofilskich ekscesów, które na dłuższą metę dla wielu słuchaczy mogłyby okazać się kulą u nogi, a tak w tym przypadku pokusiłbym się co najmniej o postawienie znaku równości pomiędzy konfrontowanymi prezentacjami. Tak, oddanymi w nieco innej estetyce, ale równie ciekawie. To oczywiście nie oznacza, że będący punktem odniesienia Kalliope cokolwiek przerysowywał, tylko chciałem pokazać, w którym miejscu na wykresie wyrazistości prezentacji pozycjonują się obydwie konstrukcje. Konstrukcje, które notabene docelowo są na siebie skazane, co tylko tłumaczy wyartykułowane w powyższym wywodzie różnice ich brzmienia.
Puentując nasze spotkanie na temat przedwzmacniacza liniowego Gryphon Audio Pandora, nie do końca wiem, czy zrozumieliście mój przekaz. Dlatego też jeszcze raz powtórzę, że nasz bohater w wartościach bezwzględnych oferuje nasycony, z może nie wybitnym, ale bardzo dobrym rysunkiem krawędzi, do tego swobodny, szybki i energetyczny dźwięk. Jednak robi to na tyle bezpiecznie – piję w szczególności do nasycenia, że aby te walory sprawiły komukolwiek jakieś problemy, naprawdę musiałby mieć zestaw osadzony w dużej nadwadze. Reszta potencjalnych konfiguracji co najwyżej po drobnych korektach kablowych, bez najmniejszych problemów będzie w stanie znaleźć z Pandorą nić porozumienia. A jeśli tak się stanie, solennie zapewniam, iż długo nie obejrzycie się za żądną tego typu cząstką swojego toru audio, gdyż Gryphon po wpisaniu się w nasze oczekiwania nie bierze jeńców. I na koniec dwa najważniejsze pytania. Czy Pandora spełniła pokładane oczekiwania? Jak najbardziej, gdyż podobnie do poprzedników oferuje świetny dźwięk. A czy zostawiłbym ją sobie? Gdybym nie miał dwukrotnie droższego, a przez to bardziej bezkompromisowego sonicznie, japońskiego przedwzmacniacza Robert Koda, kto wie. Jednak dodatkowym aspektem dotyczącym braku mojego potencjalnego zainteresowania nią jest wykorzystywanie regulowanego wyjścia w DAC-a dCS-a, co praktycznie eliminuje potrzebę stosowania przedwzmacniacza.
Jacek Pazio
Opinia 2
Przeglądając katalogi operujących na rynku audio producentów można zauważyć zaskakującą dowolność stosowanego przez nich nazewnictwa. Jedni preferują czytelne chyba tylko dla pracowników R&D kody cyfrowo-literowe (聖 Hijiri „Million” HDG-R10) inni, inspirując się astronomią pełnymi garściami czerpią z puli księżyców Saturna (nasze rodzime Audio Academy), Jowisza, etc., a i odsetek miłośników mitów, baśni, itp. z najodleglejszych zakątków naszego globu jest całkiem spory. I właśnie nad reprezentantem ostatniej ww. z grup przyszło nam w ramach niniejszej recenzji się pochylić. O kim mowa? O swoistym symbolu pełnokrwistego High-Endu, czyli marce Gryphon Audio. Marce, którą mieliśmy już przyjemność gościć zarówno pod postacią konstrukcji zintegrowanej, czyli cały czas „chodzącej mi po głowie” super-integry Diablo 300, potężnych końcówek mocy Antileon EVO Stereo i Mephisto Stereo a ostatnimi czasy również przetwornika cyfrowo-analogowego Kalliope . Mając zatem dość bogate doświadczenie z sygnowanymi przez Duńczyków ikonami światowego High-Endu jednogłośnie z Jackiem uznaliśmy, że w ramach działań uzupełniających wypadałoby zainteresować się również jakimś interfejsem agregującym ww. mroczne komponenty w spójną całość. Krótko mówiąc naszą uwagę zwrócił przedwzmacniacz liniowy o nad wyraz niejednoznacznym oznaczeniu … Pandora a łódzki Audiofast – dystrybutor marki, z ochotą owego dwumodułowego flagowca do OPOS-a dostarczył.
W przypadku Gryphonów, pomijając serię Essence, reguły gry, przynajmniej jeśli chodzi o design są jasne – na frontach królują akryl i szczotkowane, czernione aluminium z miażdżącą przewagą tego pierwszego. Podobnie jest w Pandorze, gdzie z produktu elektrolizy tlenku glinu wykonano jedynie „ramki” otaczające ukryte za trapezoidalnymi „szybkami” oznaczone podświetlonymi piktogramami sensory i wyświetlacze. Centralnie umieszczone masywne pokrętło głośności dzięki podwójnemu łożyskowaniu porusza się z przyjemnym, delikatnym oporem i płynnością. Jego 85-stopniowe ustawienie jest precyzyjnie kontrolowane przez mikroprocesor odczytujący dane ze sprzęgła optoelektronicznego. Do pozostałych funkcji, w tym również wyboru źródeł, balansu pomiędzy kanałami, początkowego i maksymalnego poziomu głośności, dopasowania poziomu/czułości wejść, intensywności iluminacja wyświetlacza, konfiguracji firmowego Green Biasu, etc. dobrać się można kiziając sterowane mikroprocesorowo sensory. W komplecie nie zabrakło oczywiście pilota, który podobnie do swojego rodzeństwa z Kalliope spokojnie może służyć jako argument w full-kontaktowej dyskusji, bądź sterownik do suwnicy bramowej. A tak już na serio, to nawet w bezgwiezdną noc i przy całkowitym zaciemnieniu po kilku dniach użytkowania i opanowaniu guzikologii po prostu nie da się nie trafić w konkretny przycisk.
Płytę górną, ozdobioną firmowymi gryfami, na dwie części dzieli karbowana osłona „wału napędowego”. Ściana tylna pyszni się satynowym srebrem podkładu, złotem terminali RCA (pętla magnetofonowa, samotna para wejść liniowych) i czernią trzech par wejść i dwóch wyjść XLR (złocone Neutriki). Zasilanie doprowadzamy z zewnętrznego modułu, o którym już za chwilę, trzema wielopinowymi magistralami a w przypadku posiadania firmowej końcówki przydadzą się również złącza Green Bias. Dzięki nim Pandora przejmuje pełna kontrolę nad A-klasowym wyjściem wzmacniaczy redukując ich energochłonność a tym samym obniżając temperaturę pracy urządzenia, jednocześnie optymalizując obciążenie wzmacniacza względem nastaw preampu.
Moduł zasilający na akrylowym, czernionym froncie może pochwalić się jedynie czerwonym logotypem, którego zdecydowanie bardziej pokaźne gabarytowo repliki znalazły się również na pokrywach górnych każdego z kanałów. Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, gdzie pewne zdziwienie, przynajmniej u niezorientowanych w duńskiej ofercie osobników, może budzić widok dwóch gniazd zasilających (całe szczęście standardowych IEC C14) i pięciu wielopinowych złącz dostarczających energię do modułu sygnałowego. Skoro jednak jego konstruktorzy uznali, że na tym pułapie cenowym jakiekolwiek kompromisy nie są mile widziane, więc odseparowanie układów dla lewego i prawego kanału powinno dotyczyć również opartego na dwóch transformatorach C-core zasilania, co zapobiegnie ich wzajemnym interferencjom. Warto też zwrócić uwagę na zastosowane pojemności filtrujące, które dla każdego kanału osiągają imponujące 90 000 μF w podziale 40 000 μF w sekcji sygnałowej i 50 000 μF w samym zasilaczu.
Oba segmenty wyposażono a charakterystyczne zestawy wysokich nóżek – z przodu o kształcie walca a z tyłu – o nieco mniejszym rozstawie stożków wierzchołkiem skierowanym do dołu.
Zabierając się za odsłuchy cały czas nie dawała mi spokoju myśl dotycząca pobudek, którymi kierował się Flemming E. Rasmussen nadając swojemu topowemu preampowi taką a nie inną nazwę. W końcu nawet średnio-rozgarnięte, pobierające nauki w trybie zdalnym, dziecię z pewnością co nieco o niejakiej nad wyraz urodziwej, stworzonej przez Hefajstosa na polecenie Zeusa, przedstawicielce płci pięknej i jej będącej symbolem wszelakich nieszczęść, katastrof i dopustów bożych puszce słyszało. O ile jednak zapobiegliwie do trzewi Pandory nawet przez myśl mi nie przeszło zaglądać, to może przesądny nie jestem, ale zasadna wydawała się obawa, że jakieś fatum za tytułowym przedwzmacniaczem ciągnąć się może a i rola Epimeteusza wydawała się niezbyt kusząca. No nic, ryzyk-fizyk. Zapobiegliwie mamrocząc prastare wersy egzorcyzmów wpięliśmy naszego mrocznego bohatera w redakcyjny tor i … I nic niepokojącego nie zaobserwowaliśmy. Ba, zrobiło się całkiem „normalnie”. Znaczy się pomijając brak jakiegoś kataklizmu nijakiego efektu Wow! też trudno było się doszukać. Niby nieco ciemniej i gęściej aniżeli z regulowanego wyjścia dCS-a, jednak to, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wskazywało na zmianę punktu widzenia – optyki na reprodukowany materiał a nie odstępstwo od obowiązujących w High-Endzie kanonów. Co istotne, o ile zarówno Kalliope, jak i Mephisto Stereo stały po potężniejszej i kipiącej od energii stronie mocy, to Pandora wykazując się nomen omen iście dziewczęcym wdziękiem i gibkościątakowych tendencji nie wykazywała. Bynajmniej nie chodzi o zbytnią lekkość, czy też zwiewność, co bardziej dyskretne i będące przejawem wrodzonej skromności cedowanie uwagi z siebie, na pozostałe komponenty.
Niezobowiązujący, przepełniony gitarowymi, w większości akustycznymi, akordami „Please Remain Seated – The Others” Thunder okazał się wielce udaną rozgrzewką. Proste i skoczne melodie wprawiały w błogi nastrój a swoboda grania sprzyjała naszemu oswajaniu się z możliwościami recenzowanego urządzenia. Ot taka niewinna chwila odpoczynku i relaksu po całym dniu wytężonej pracy, gdzie ani my nie nastawiamy się na jakąś wymagającą specjalnej atencji sesję odsłuchową, ani preamp nie zabiega usilnie o nią. Ot, miło i przyjemnie spędzone dwa kwadranse. Pytanie tylko, czy takie miłe i przyjemne granie warte jest ponad 135 kPLN? Przewrotnie odpowiem, że … to zależy. Chodzi bowiem o to, że właśnie na takim „asekuracyjnym” i pozornie niewymagającym ani od słuchacza, ani systemu repertuarze niezwykle łatwo wyłapać manierę, czy też sygnaturę” pacjenta”. A tymczasem Pandora do tematu podeszła na totalnym luzie i bez jakichkolwiek chęci do majstrowania w sygnale, czy to poprzez podkreślenie analityczności, czy też wręcz przeciwnie – dopalenie i uatrakcyjnienie któregoś z podzakresów, grzecznie trzymając rączki na kołderce.
No to podnosimy poprzeczkę serwując kruczowłosej i podobno przynoszącej pecha pannicy coś zdecydowanie bardziej ciężkostrawnego, czyli egotyczny „Tū” – nowozelandzkiego trio Alien Weaponry. Tu już żartów nie ma, bowiem począwszy od nie tyle zaśpiewanych, co wyrykiwanych w znacznej części po … maorysku (Reo Māori) tekstów przywodzących na myśl płukanie gardła tłuczonym szkłem, poprzez kopiące niczym Chuck Norris partie perkusji, na bezlitośnie smagające gitarowe riffy niezwykle trudno o chwilę wytchnienia. Choć dla osób postronnych może wydawać się to niewyobrażalne, ale Pandora z łatwością opanowała tę pozorną kakofonię, oferując dźwięk niezwykle komunikatywny, dynamiczny a jednocześnie nieprzesadzony tak pod względem ofensywności, której na uprawianym przez chłopaków groove-metalu nie brakuje, jak i iście atomowego basu. I tutaj mała uwaga, gdyż tytułowy przedwzmacniacz pomimo niepodbijania najniższych składowych bynajmniej nie stara się też ich zbytnio konturować. Nie ma ambicji, gdzie tylko się da być szybszy od przeciągu i twardszy od landrynki, gdyż raczej patrzy na aspekt kreślenia konturów w sposób globalny, wkomponowując je w kontekst – całość misternej układanki, aniżeli sztucznie je uwypukla.
Z kolei na melancholijnym i szalenie wielowarstwowym „The Kiss Your Darlings Suite” projektu I Think You’re Awesome / Aarhus Jazz Orchestra / Karmen Rõivassepp Gryphon Pandora pokazuje swoją drugą, nie mniej intrygującą naturę. Naturę pieczołowitej eksploratorki niezwykle wnikliwie zgłębiającej nawet najdalsze plany przy zachowaniu iście wzorcowej ich gradacji. Niby pierwszoplanowe wokal i bas leadera – Jensa Mikkela Madsena przykuwają uwagę słuchaczy, jednak zarówno big-bandowe orkiestracje nie tracą nic a nic ze swojej złożoności i wyrafinowania, jak i kwestie pogłosu i akustyki nie umykają jej uwadze . Z łatwością można wyodrębnić z rozpisanej na kilkunastoosobowy skład partytury ich solowe partie i w pełni komfortowo śledzić poczynania poszczególnych muzyków. Dostajemy bowiem obraz kompletny i niesamowicie spójny, który jedynie od nas zależy jak będziemy kontemplować – jako jeden homogeniczny i monolityczny byt, czy też od czasu do czasu zagłębiając się w jego przebogatą w niuanse i audiofilskie smaczki strukturę. Tak jak jednak nadmieniłem, to my – słuchacze wybieramy sposób odbioru a nie tytułowe urządzenie starając się przekonać nas do własnej narracji.
Zbliżając się ku końcowi niniejszej epistoły a tym samym mając świadomość, iż jest to równoznaczne z koniecznością wypięcia Pandory z naszego dyżurnego systemu coraz boleśniej doświadczałem przypisywanego jej mitologicznego fatum. O ile bowiem same odsłuchy obfitowały wyłącznie w pozytywne odczucia, to już brak topowego przedwzmacniacza Gryphon Audio w torze okazał się zaskakująco przykry. Niby dCS-owi i Kodzie niczego nie brakowało, i nadal niczego nie brakuje, jednak Pandora nad nimi miała przewagę w postaci firmowej synergii tak z Kalliope, jak i Mephisto, co dość czytelnie dawało nam do zrozumienia, że prędzej, czy później powinniśmy spróbować przygarnąć do OPOS-a kompletny duński system. Czy i kiedy uda nam się ten plan zrealizować nie mam bladego pojęcia, jednak biorąc pod uwagę, że Gryphon Audio od pewnego czasu jest praktycznie samowystarczalnym bytem, gdyż oprócz elektroniki i kolumn rozszerzył własne portfolio nie tylko o okablowanie, lecz również dopasowane wzorniczo stoliki i platformy, z powodzeniem można pokusić się o test takiego, czystej krwi duńskiego seta.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gauder Akustik Darc 140
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Ceny
Gryphon Audio Pandora: 135 790 PLN
Legato Legacy module: 38 020 PLN
PSII phono module MK2: 10 180 PLN
Dane techniczne
Klasa pracy: Czysta klasa A
Impedancja wejściowa: 50 kΩ (XLR), 25 kΩ (RCA)
Impedancja wyjściowa: 7Ω
Wzmocnienie: +18dB
Poziom zniekształceń (THD+N): 0.005% @ 1 kHz, 10 Hz – 30 kHz
Pasmo częstotliwości (-3 dB): 0.1 Hz – 3 MHz
Wejścia: 3 pozłacane wejścia XLR, 1 wejście RCA, 1 wejście RCA TAPE IN
Wyjścia: 2 wyjścia zbalansowane XLR, 1 wyjście niezbalansowane TAPE OUT
Pojemność zasilacza: 2 x 90,000uF
Pobór mocy: 50w, <1W standby
Transformatory: Dwa oddzielne (po jednym na kanał), wykonane na zamówienie transformatory z rdzeniem C
Wymiary (S x G x W): Dwumodułowa konstrukcja, każdy z modułów 48 x 40 x 13 cm
Waga: 17.5 kg (7.5 kg + 10 kg)
Opinia 1
Nie chcę wyjść na osobę cierpiącą na manię prześladowczą i miłośnika teorii spiskowych, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, iż nie wiedzieć cemu jakiś tajemniczy i zarazem wszechwładny „Master of puppets” zobaczył w nas właściwy materiał na audiofilskich „Pogromców mitów” (ang. MythBusters). W dodatku poprzez swoją „obsługę naziemną” i zbiegi okoliczności sprawił, że po raz kolejny trafił do nas tzw. przypadek kliniczny wymagający ewidentnego odczarowania. Nie wiecie Państwo o co mi chodzi? Czyżbyście zatem niezbyt uważnie śledzili nasze dotychczasowe poczynania? Proszę tylko zerknąć na ostatni miesiąc. Najpierw przyszło nam udowadniać, że Avantgarde Acoustic potrafi robić nie tylko świetne, tubowe kolumny, lecz również i wcale nie gorszą elektronikę, czego nader namacalnym dowodem był wzmacniacz XA Integrated, potem dawaliśmy odpór krzywdzącym opiniom o rzekomej prosektoryjnej analityczności na wskroś wyrafinowanego i przy tym muzykalnego odtwarzacza Esoteric K-03XD, by teraz wziąć na warsztat kolejny pozornie niepasujący do stereotypowych opinii „wybryk natury”. Chodzi bowiem o nie dość, że wiekowy, to wyłamujący się z powszechnie zakorzenionego wizerunku marki produkt. Mowa o duńskim, sygnowanym przez specjalistę od potężnych, dzielonych amplifikacji –Gryphon Audio, przetworniku cyfrowo analogowym Kalliope.
Przecież tak zupełnie na serio i starając się zachowywać daleko posunięty obiektywizm wydawać by się mogło, iż w związku z nawet nie tyle dynamiką rozwoju elektroniki, co wręcz szalonym pędem pojawiania się coraz to nowszych rozwiązań dedykowanych domenie cyfrowej, nawet najbardziej zatwardziali audiofile musieli pogodzić się z faktem, iż większość dostępnych na rynku przetworników „starzeje się”, pod względem technologicznym, równie szybko co zalegające na sklepowych półkach komputery. Tymczasem nasz dzisiejszy gość nic a nic z mijającego czasu sobie nie robiąc egzystuje sobie w „smoczym” portfolio od … 2014 r. czyli jak by nie patrzeć właśnie stuknęło mu siedem (!!!) lat. W dodatku kiedy Kalliope po raz pierwszy ujrzał światło dzienne nie dość, że niejako z automatu został zakwalifikowany do nader elitarnego, ultra high-endowego grona, to w tamtych czasach był jednym z najdroższych przetworników na rynku. Nie minęła jednak nawet dekada a konkurencja (vide MSB, Wadax), przynajmniej pod względem koniecznych do wyasygnowania przy zakupie ich „zabawek” kwot, już dawno zostawiła Duńczyków w końcówce peletonu. Jednak przynajmniej z naszego punktu widzenia, pozycjonowanie li tylko poprzez cenę a nie klasę oferowanego brzmienia i jakość wykonania mija się najdelikatniej z sensem a i w nas samych budzi mocno ambiwalentne odczucia. Dlatego też będąc zaimpregnowanymi tak na magiczną regułę CCC (Cena Czyni Cuda), jak i zabiegi marketingowców oraz nie zważając na nader podeszły wiek naszego bohatera, postanowiliśmy na spokojnie go we własnych systemach posłuchać i możliwie szczerze opisać jak zniósł próbę czasu i jak gra.
Zanim jednak do tego przejdziemy wypadałoby, chociażby pokrótce, dokonać jego charakterystyki, co też niniejszym czynię. Jak na Gryphona przystało barwą nie tyle dominującą, co praktycznie – nie licząc pleców, jedyną jest czerń i to w kilku odmianach. Mamy zatem front złożony z okalającego sztabę szczotkowanego aluminium kruczoczarnego akrylu jedwabistym połysku, biegnącą przez środek korpusu karbowaną osłonę „wału napędowego” rozdzielającego ozdobione firmowymi logotypami (obowiązkowe Gryfy) solidnie dokręcone płaty płyt górnych. Zgodnie z tradycją awers DAC-a pozbawiono jakichkolwiek manipulatorów, pokręteł i przycisków zastępując je ukrytymi, podobnie jak krwistoczerwony logotyp i błękitny wyświetlacz, pod taflą czernionego akrylu. I tak, patrząc od lewej mamy włącznik główny, wyciszenie (Mute), selektor wejść, wspomniany dwuwierszowy wyświetlacz, wybór filtra, aktywator upsamplingu, odwrócenie fazy i wejście do menu.
Delikatnie ponacinane krawędzie boczne zapewniają grawitacyjną cyrkulację powietrza wewnątrz dość zauważalnie nagrzewającego się korpusu. Z kolei utrzymana w naturalnej kolorystyce aluminium ściana tylna prezentuje się nad wyraz przyjaźnie i cokolwiek by to miało znaczyć … „normalnie”. Lewy górny narożnik przejęło we władanie zintegrowane z komorą bezpiecznika trójbolcowe gniazdo zasilające IEC C14, dostępne zarówno w standardzie XLR (zalecany), jak i RCA terminale wyjściowe rozlokowano symetrycznie po bokach, natomiast lewa strona przypadła w udziale konwencjonalnym interfejsom wejściowym AES/EBU i trzem S/PDIF (BNC), mniej więcej w centrum mamy wyjście cyfrowe AES/EBU a na prawo od niego wejście i wyjście na zewnętrzny zegar i 12V trigger. Jednak „piętro wyżej” jest coś, bez czego obecnie Kaliope mógłby sam z siebie wystąpić o skierowanie do muzeum techniki, czyli obowiązkowy port USB.
Całość ustawiono na czterech nóżkach, z czego przednie mają kształt walca a z kolei tylne są skierowanymi wierzchołkiem do dołu stożkami. W komplecie nie zabrakło również pilota zdalnego sterowania, którego zarówno brutalna aluminiowa bryła jak i monstrualna rozmiarówka osadzonych w nim przycisków bardziej przywodzi na myśl sterownik do suwnicy bramowej aniżeli high-endowego DAC-a.
Nawet pobieżny rzut oka do trzewi u większości zainteresowanych (czemu nie u wszystkich wyjaśnię dosłownie za chwilę) powinien wywołać pełnię szczęścia. Mamy bowiem do czynienia z klasycznym układem dual mono, w którym do niezbędnego minimum zredukowano wszelakiej maści połączenia kablowe, więc nic się nie plącze, czy też wije pomiędzy pozostałymi komponentami. Każdy kanał może pochwalić się własnym 65VA toroidalnym transformatorem i imponującą baterią pozornie niewielkich 28 kondensatorów o łącznej pojemności … 35.000 μF. Sercem sekcji cyfrowej są przetworniki ESS SABRE ES9018, również po jednym na kanał sterowane zaprojektowanymi przez Gryphona zegarami taktującymi (oscylatorami kwarcowymi) – jednym o częstotliwości 22,5792 MHz (wielokrotność 44,1 kHz) i drugim 24,5760 (wielokrotność 48 kHz). Warto chwilę zatrzymać się przy wejściu USB, które potraktowano z zaskakującą atencją, gdyż nie dość, że dopieszczono je osobną linią zasilającą, to wyposażono w dedykowaną baterię elektrolitów, które nader skutecznie sprawdzają się w roli „wirtualnej baterii”
Z kolei, również symetryczny, analogowy stopień wyjściowy pracuje w klasie A. W tym momencie pozwolę odwołać się do instrukcji obsługi, w której czarno na białym stoi, iż orientacyjny czas „wygrzewania” ww. urządzenia wynosi około 50 godzin (normalnej pracy) a pełnię swoich możliwości od momentu wybudzenia Kalliope osiąg po mniej więcej trzech kwadransach. Dlatego też zalecane jest pozostawianie tytułowego DAC-a non stop pod prądem. Tak, tak, już widzę srogie miny wojujących ekologów (to właśnie o tę grupę nie do końca zachwyconych odbiorców mi chodziło), jednak o ile tylko będziecie Państwo mieli taką możliwość spróbujcie chociażby na weekend nie wyłączać Gryphona a zaręczam, że będziecie woleli w ramach zadośćuczynienia raz na kilka miesięcy posadzić nowe drzewko wspierając program zalesiania pobliskich nieużytków aniżeli każdorazowo usypiać duńskie urządzenie po odsłuchu. Miłym dodatkiem jest możliwość obniżenia sygnału wyjściowego (z poziomu menu) o -6 dB, co powinno ucieszyć posiadaczy nazbyt skorych do przesterowywania przedwzmacniaczy.
Przystępując do odsłuchu doskonale zdawałem sobie sprawę z co najmniej dwóch rzeczy. Pierwszej, czyli obciążenia genetycznego, jakie ciągnie się za wykorzystywanymi przez Gryphona kośćmi przetworników. Krótko mówiąc chipy Sabre, choć zachwycające pod względem parametrów aż nazbyt często uznawane były za zbyt analityczne a przez to niezbyt wpisujące się w wyobrażenia odbiorców o tzw. muzykalności. I drugiej – mocno podeszłego, jak na rynkowe realia wieku. Mówiąc wprost miałem przed sobą coś na kształt szklanej ściany zbudowanej z podejrzeń, domniemań, stereotypów i czysto wyimaginowanych uprzedzeń. Tymczasem już pierwsze takty „Dark Passion Play” Nightwish sprawiły, że owe – wirtualnie piętrzące się problemy, pękły niczym bańka mydlana a wspomniana przed chwilą szklana ściana posypała się jak szyby w wiatach przystankowych przy przejściu narodowców 11 listopada. Po pierwsze, pomimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie odnaleźć nawet najmniejszych śladów przypisywanych kościom DAC-ów bezdusznej i ocierającej się o szklistość analityczności. Ba, śmiem twierdzić iż brzmienie Kalliope z powodzeniem można byłoby uznać za stosunkowo ciemne, acz szalenie rozdzielcze. W dodatku niezwykle żywiołowe a przy tym gęste, acz dalekie od spowalniającej bieg wydarzeń lepkości, wysycone tak pod względem barwowym, jak i emocjonalnym. Słychać bowiem wszystko, jednak bez wyostrzeń i sztucznego podkreślania góry. Brak tu przejaskrawień i szklistości mogących początkowo zachwycać wielością informacji, lecz na dłuższą metę zabijających przyjemność odsłuchu. W zamian za to otrzymujemy estetykę zbliżoną niemalże do organicznej gładkości – lampowego sznytu Brinkmann Audio Nyquist mk2 z tą tylko różnicą, że Duńczyk gra z większym rozmachem i potęgą.
Świetnie wypadają dzięki temu nieraz nieco patetyczne nagrania wokalne, w których akcent stawiany jest na jak największą atrakcyjność pierwszoplanowych wykonawców. Weźmy na ten przykład „Rethroned” Northern Kings, gdzie czterech ponurych jegomościów serwuje nam wielce eklektyczny mix coverów w stylu symfoniczno-metalowej „bajaderki”. Niby podchodzę do takich wynalazków z w pełni uzasadnioną ostrożnością, jednak akurat ten fiński krążek w duńskiej interpretacji wypadł wielce przekonująco. Orkiestracje miały swoje jasno zdefiniowane role i stanowiły sugestywne tło do popisów solowych ww. wokalistów a mroku i apokaliptyczności na „I Should Be so Lucky” nie powstydziłby się sam władca piekieł dyrygując zastępami swych demonów. Zamiast jednak powiększać i przybliżać źródła pozorne Gryphon spokojnie czekał i jak na scenie, podobnie jak w polskich filmach, nic się nie działo, to i on zgrywał oszczędnego w wyrażaniu emocji introwertyka, wystarczyło jednak orkiestrowe tutti, albo zmasowany atak wydzierganych szarpidrutów (vide ww. cover Kylie Minogue) a w potulnym do tej pory baranku budzi się zionący ogniem demon. Co ciekawe Gryphon bez trudu angażuje słuchacza nawet na spokojnym i kameralnym repertuarze. Operuje wtenczas w skali mikro, co wymagać będzie od samego słuchacza odrobiny intelektualnego wysiłku i dobrej woli. Proszę jednak tylko spróbować zapewnić mu strawę w postaci „Sefardix” i „Maggid” autorstwa projektu Oleś Brothers & Jorgos Skolias a zobaczycie, tzn. usłyszycie Państwo, że czasem mniej znaczy lepiej. Oszczędne, lecz niezwykle przemyślane instrumentarium potrafi bowiem z powodzeniem wykreować własny mikrokosmos i zupełnie niepostrzeżenie nas weń wchłonąć. Kolejność powyższych albumów bynajmniej nie jest przypadkowa, gdyż choć oba bazują na motywach … sefardyjskich, to „Sefardix” jest bardziej ortodoksyjny, bliższy oryginałowi i surowszy, za to na „Maggid” udział autorskich interpretacji i własnych pomysłów twórców zauważalnie wzrasta. Do głosu dochodzi klimat śródziemnomorski, pojawiają się elementy mające swój bałkański, grecki, marokański czy berberyjski rodowód. Dźwięki, smaki i zapachy zaczynają się mieszać w muzycznym kotle, lecz zamiast kakofonicznej improwizacji w stylu uwielbianego przez Jacka free, otrzymujemy twór niezwykle koherentny, czy wręcz monolityczny. Wszystko do wszystkiego pasuje wzajemnie się uzupełniając i nader skutecznie zapobiegając nudzie. Kalliope po mistrzowsku rozmieszcza poszczególne instrumenty na obszernej, wirtualnej scenie, pozwala im swobodnie wybrzmiewać i co istotne wchodzić we wzajemne relacje. To nie są sterylne, odseparowane od siebie byty, lecz grający ze sobą skład, stanowiący byt sceniczny zespół. Zwróćcie Państwo uwagę skąd dochodzi gwizd Skoliasa na „I pirkaja tis Thessalonikis” – on nie jest doklejony, wmiksowany, lecz wypełnia przestrzeń pomiędzy perkusjonaliami a kontrabasem. Ponadto jest złożony i trójwymiarowy – na wskroś realny.
Warto jednak mieć na uwadze, że nie jest to na pierwszy rzut ucha materiał lekki, łatwy i przyjemny jaki umili nam słoneczne popołudnie w greckiej tawernie, lecz propozycja, nad którą trzeba się skupić i wyciszyć. Niby kontrabas i perkusjonalia okraszone wokalem to dość skromny skład, jednak jeśli zamiast skocznych przyśpiewek serwuje nam skomplikowane metra i nieoczywiste podziały rytmiczne, których spoiwem stają się dalekie od konwencjonalnych, nomen omen greckich, wersów iście jazzowe wokalizy Skoliasa jasnym powinno być, że codzienna krzątanina podczas odsłuchu jest nie tyle nie na miejscu, co wręcz niemożliwa. A Gryphon każdy, nawet najmniejszy dźwięk dopieszcza i cyzeluje pokazując jego strukturę i charakterystykę impulsową. Zarówno bowiem trącenie, bądź pociągnięcie smyczkiem każdej ze strun, jak i uderzenie pałką, bądź miotełką perkusji ma swój wyraźny początek, narastanie dźwięku a następnie jego mniej, bądź bardziej natychmiastowe wygasanie, czyli klasyczny cykl życia składający się na większą całość – konkretny motyw, czy w szerszej perspektywie utwór.
A na koniec mała dygresja, skoro bowiem producent był na tyle miły, że udostępnił użytkownikom końcowym możliwość nie tylko włączenia/wyłączenia upsamplingu do postaci 384 kHz/32 bit, lecz również i dobór najbardziej wpasowującego się w nasze gusta filtra (fast / slow dla PCM i 50, 60, 70 Hz IIR dla DSD), nie omieszkałem sprawdzić ich wpływu na walory soniczne. I tutaj niespodzianka, bowiem o ile przynajmniej do tej pory lwia część odtwarzaczy i przetworników z jakimi miałem przyjemność, nie wyłączając mojego dyżurnego Ayona CD-35, zdecydowanie grała lepiej, bądź jak kto woli bliżej moim osobistym preferencjom, o tyle w Kaliope oferowany upsampling sięgałem nad wyraz sporadycznie. Powodem takiego stanu rzeczy okazywały się każdorazowo ciągoty Gryphona do pewnej wyczynowości. O ile operując na sygnałach konwertowanych z nienaruszonej, natywnej postaci równowaga pomiędzy muzykalnością a rozdzielczością była wręcz perfekcyjna o tyle upsampling przechylał szalę zwycięstwa na stronę rozdzielczości i nieco zbyt dosadnego, przynajmniej w moim systemie, udowadniania własnej wyjątkowości, czy wręcz zajebistości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w systemach zbyt ospałych, bądź cierpiących na niedobory emocji taki zastrzyk adrenaliny może okazać się zbawienny, jednak osobiście takowego „hollywoodzkiego” sznytu nie potrzebowałem. Zdecydowanie delikatniejszą sygnaturą odznaczały się za to poszczególne filtry i tutaj już żonglowałem nimi zdecydowanie częściej, co wcale nie oznacza, że decydując się na jeden, najbardziej pasujący nam w pierwszej fazie zapoznawania się z przetwornikiem, nie możemy na nim poprzestać. Jeśli jednak ktoś cierpi na nerwicę natręctw, to śmiem twierdzić, że spokojnie w miejscu nie usiedzi, co i rusz sięgając po pilota.
Ktokolwiek z Państwa liczył na to, że ekipa Gryphon Audio zapomniała o Kalliope i trzyma go w swoim portfolio li tylko z sentymentu? Prawdę powiedziawszy ja nie miałem złudzeń i niemalże czułem w kościach, że upływ czasu, jak i zmieniające się realia obeszły się z duńskim DAC-iem nader łaskawie. Nie sądziłem jednak, że tak „dojrzała” (brzmi zdecydowanie lepiej aniżeli „wiekowa”) konstrukcja nadal będzie mogła uchodzić za swoistą referencję pokazującą miejsce w szeregu młodszej i przynajmniej teoretycznie bardziej zaawansowanej konstrukcyjnie konkurencji. Referencję, która całą sobą skupiona jest na muzyce i dostarczeniu słuchaczom wszelkich zawartych w niej informacji, w tym również emocji. Jest to też nader namacalny dowód na to, że niekoniecznie liczy się sama kość przetwornika a jej świadoma, bądź nie aplikacja. A wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że rezydujący w Ry zespół, zamiast ślepo powielać defaultowe schematy z datasheetów poszedł własną drogą a osiągnięty przez nich efekt przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Jak Kalliope wpisze się w Państwa gusta niestety nie wiem, jednak jeśli poszukujecie referencyjnego przetwornika na długie lata, to w wolnej chwili rzućcie na tego mrocznego Duńczyka okiem i uchem, bo coś mi się wydaje, że podobnie jak „mała czarna” Coco Chanel on się chyba nigdy nie zestarzeje.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Mam nadzieję, iż nie tylko ja, ale również Wy macie nieodparte wrażenie, że będąca inicjatorem naszego dzisiejszego spotkania duńska marka Gryphon Audio pośród szerokiej rzeszy miłośników muzyki, zyskała miano niekwestionowanej kultowości. Praktycznie nie ma znaczenia, po jakiej stronie barykady stoimy – mam na myśli obóz tranzystorowy vs lampowy, jeśli nie zawsze, to prawie zawsze wypowiadamy się o tym producencie co najmniej pozytywnie. Co dokładnie jest tego powodem, nie mam do końca pojęcia, jednak po swoim doświadczeniu z komponentami wzmacniającymi sygnał audio śmiało mogę stwierdzić, iż jednym z przemawiających za wspomnianym określeniem kultowości aspektem jest oferowana jakość dźwięku. Jednak nie szukająca małej grupki melomanów kochających konkretny aspekt brzmienia jej komponentów, tylko wręcz bezkompromisowa w domenie pełnej kontroli nad każdym wycinkiem pasma, oparta na dobrej motoryce średnicy, nie zapominając przy tym o ważnym dla muzyki aspekcie zwanym PRAT, zjawiskowo swobodnej w kreowaniu świata muzyki dbałości o jej najdrobniejszy detal. To oczywiście w kontrze do przywołanego obozu ortodoksyjnie traktujących swoje wybory osobników homo sapiens jest świadomym postawieniem przez producenta sprawy na tak zwanym ostrzu noża, ale jak widać po kuluarowym feedbacku, okazało się być wielkim sukcesem. Co soniczne oznacza ów sukces? Z pierwszymi jaskółkami i skutkami tych wydarzeń w życiu portalu mogliście zapoznać się przy okazji testów szczytowych końcówek mocy Antileon i Mephisto. Jednak gdy powiedziało się „A”, kolejnym naturalnym posunięciem testowym powinno być „B”, dlatego też z wielką przyjemnością zapraszam zainteresowanych wynikiem tego podejścia, na kolejną przygodę z duńską myślą techniczną w postaci przetwornika cyfrowo/analogowego Gryphon Audio Kalliope, o którego pojawienie się w naszej redakcji zadbał stacjonujący w Łodzi AudioFast.
Przechodząc do opisu budowy Kalliope, chyba nikt nie będzie zaskoczony, gdy powiem, iż ogólny pomysł na wygląd idzie oznaczoną przez flagowe wersje drogą czerni aluminium połączonego ze świetnie współgrającym wizualnie ze wspomnianą inkarnacją glinu, również czarnym akrylem części frontowej. W przypadku rzeczonego DAC-a mamy do czynienia z wręcz identycznym jak w końcówce mocy Mephisto, powieleniem wystającego poza obrys korpusu akrylowego awersu, w który wstawiono usytuowaną poziomo aluminiową belkę z umieszczonymi na trapezowej, oczywiście akrylowej połaci, ukrytymi pod odpowiednimi ikonami różnych funkcji, dotykowymi sensorami i centralnie zorientowanym, mieniącym się wściekłą czerwienią logo marki. Jeśli chodzi o resztę obudowy, ta została podzielona na dwie części bardzo przyjaznym wzrokowo, ciągnącym się od przodu po same plecy, karbowanym wzdłuż jego przebiegu niewielkimi rowkami półwałkiem. Być może komuś może wydać się to dziwne, ale jak rzadko w tego typu konstrukcjach – mam na myśli przetwornik D/A – Kalliope na ściętych krawędziach ścianek bocznych został uzbrojony w co prawda niewielkie, ale w celach bezpieczeństwa pozwalające grawitacyjnie wentylować trzewia, serie poprzecznych nacięć. Po dotarciu do rewersu jedno okazuje się być pewne. To znaczy? Otóż panowie inżynierowie stanęli na wysokości zadania i pomyśleli o wszystkim, bowiem znajdziemy na nim nie tylko analogowe wyjścia w standardzie RCA i XLR, pięć wejść cyfrowych: 3 x SPDIF w wersji BNC, jedno AES/EBU oraz jedno USB, ale również wejście i wyjście na zewnętrzny zegar. Co w tej wyliczance jest aż tak ciekawego? Oczywiście możliwość zastosowanie zewnętrznego zegara, co po pierwsze podczas mojej decyzji o nabyciu przetwornika dCS-a było tak zwana kropka nad przysłowiowym „i”, a po drugie sporo namieszało również podczas tego testu. Tak prezentujący się DAC podążając drogą reszty braci i sióstr z portfolio marki, została posadowiony na czterech stopach, z czego dwie przednie są sporej średnicy walcami, a tylne stożkami.
Wprowadzając pewnego rodzaju nutkę ciekawości w tę opowieść testową, jestem zobligowany nadmienić, iż do mojego ośrodka gromadzenia życiowych doświadczeń jako przed-testowy, kuluarowy feedback na temat tytułowej konstrukcji dochodziły dwie opinie. Pierwsza niosła ze sobą same superlatywy, od szybkości, energii i rozdzielczości prezentowanego dźwięku. Zaś druga do powyższej wyliczanki natychmiast dodawała określenia typu: w konsekwencji zastosowania trudnych do aplikacji kości SABRE przekaz jest pozbawiony emocji z tendencją do bezduszności. Owszem, z pazurem, tylko jakoś mało muzykalnie. To oczywiście na bazie dotychczasowych starć z sekcją wzmocnienia tego producenta nieco podkopywało zdobytą dotychczas na własnym podwórku wiedzę, jednak znając życie od strony nieobliczalności, dla spokoju ducha wpinałem Kalliope bez większych uniesień z obecnym gdzieś w zakamarkach duszy spokojem o brak szans na pokonanie stacjonującego u mnie DAC-a dCS-a włącznie. Odpaliłem system i? Szczerze? Ok, szczerze. Już sama rozgrzewka tak skonfigurowanego zestawu spowodowała mocne, co najciekawsze, bardzo pozytywne zaskoczenie. Jednak to były dopiero przedbiegi, bowiem gdy chcąc zagrać w pełni fair, nakarmiłem Gryphona identycznymi kablami co mojego Anglika, plus podałem mu sygnał z zewnętrznego zegara, nagle zacząłem obawiać się powrotu na stare śmieci. Cytując klasyka z filmu „Bad Boys 2”: „Nagle zrobiło się poważnie”. Powód?
Gryphon Kalliope był jak w dobrym tergo słowa znaczeniu, rozjuszony byk. Dosłownie każdy rodzaj twórczości od jazzowego plumkania, przez muzykę dawną, wszelkie odmiany rocka, po najbardziej wredną elektronikę podawał nie tylko z tak uwielbianym przeze mnie wyśmienitym nasyceniem i jego zjawiskową energią, ale przy tym ani razu nie pozwolił sobie na jakiekolwiek potknięcie w oddaniu mistrzowskiej kreski schodzących prawie do podziemi mojego domu dolnych rejestrów. Mało tego. Na domiar „złego”, jako zwieńczenie znakomitego panowania nad swoimi poczynaniami jako swoisty bonus świetne pokolorował wysokie tony, jednak przy tym nawet na milimetr nie ograniczając ich witalności, a jedynie nadając im nieco innego ciężaru i lekko skierowanego w tron złota koloru. Gdybym miał obrazowo określić krzyżujących szpady cyfrowych adwersarzy, powiedziałbym że Duńczyk na tle Anglika był bardziej umięśniony. Jednak ku mojemu zaskoczeniu nic a nic nie tracąc na swobodzie zawieszania dźwięku na szerokiej i znakomitej w domenie głębokości wirtualnej scenie. To były dwie identyczne jakościowo szkoły grania z docelowym wskazaniem na konkretny sznyt grania. Ale uspokajam, osobiście dysponując już mocno soczystym zestawem, gdybym wcześniej nie spotkał na swojej drodze audio przedstawiciela znad Loary, testowanego Skandynawa po tym teście z pewnością nie wypuściłbym już z rąk. Zaskoczeni? Jak wynika z dotychczasowej relacji, ja również. Jednak zapewniam Was, takie „zonki” są tym, co sprawia mi najwięcej przyjemności. Nie potwierdzenie obiegowych, nawet najbardziej znakomitych opinii, tylko przekonanie się, że mocna, bardzo często oparta na prezentacjach na różnego rodzaju wystawach polaryzacja opinii publicznej ma się nijak do w pełni profesjonalnie, bo zapewniając optymalne warunki pretendentowi do laurów, przygotowanego testu. W tym przypadku śmiało mogę powiedzieć, że końcowy efekt soniczny bez najmniejszych problemów przebił nawet najbardziej optymistyczne oczekiwania. Jaki to efekt?
Na początek przywołam tak zwaną pościelową muzykę Metody Gardot z płyty „Sunset in The Blue”. W tym odtworzeniu magia już bardzo eterycznego wokalu artystki po odkodowaniu zer i jedynek przez Duński przetwornik nabrała jeszcze głębszego wymiaru. Jednak nie okazało się to być prostym tchnięciem w wokal dodatkowego ciężaru, tylko jakby zwiększenie jego nadal pełnej informacji energii, a przez to nieco inną, dla jednych lepszą, a dla innych tylko ciekawą projekcję w domenie trójwymiarowości. Nadal wszytko pięknie płynęło, z tą tylko różnicą, że wspomniana diva w swojej pracy była jakby bardziej dosadna. Nie w kwestii brutalności – czytaj nachalnego wbijania się w moją głowę, a jedynie w estetyce soczystości, co dCS robił to minimalnie zwiewniej. A to dopiero preludium do odbioru płyty jako całości, gdyż opisany sznyt brzmieniowy Kalliope z pełną premedytacją wykorzystała sekcja instrumentalna nader umiejętnie dozując pakiet pełnego energii barwowego pigmentu.
Kolejnym krążkiem tego testu była koncertowa kompilacja Joe Bonamassy „Live At The Sydney Opera House”. Cel? Nagrana jest bez szaleństwa. Fajnie, ale zazwyczaj słucham jej ze względu na wsad emocjonalny bez szukania nadmiernego uniesienia w aspektach realizacyjnych. Tymczasem nasz opiniowany, na potrzeby testu kolokwialnie nazwany bykiem DAC swoimi atutami spowił, że nie tylko wokalista z chórkami, ale również szerokie zaplecze instrumentalistów z dęciakami włącznie, pokazali się z ciekawej, bo tym razem nieźle opartej o barwę, w dotychczasowej estetyce swobody wypełniania mojego pokoju, strony. Nagle pojawił się tak doskwierający mi podczas dotychczasowych odsłuchów tego materiału czynnik namacalności poszczególnych bytów na wielkiej scenie, co bezwarunkowo zmusiło mnie do odbębnienia krążka od dechy do dechy ze szczególnym uwzględnieniem tym razem co jakiś czas mających swoje trzy grosze pasaży instrumentalnych.
Kontynuując miting muzyczny przyznaje się bez bicia, poprzednie pozycje płytowe były pewnego rodzaju wodą na młyn gęsto grającego zestawu audio. Dlatego też w trzecim podejściu sięgnąłem po coś bardzo trudnego do oddania. Owa trudność polega na oddaniu nie tylko świetnej barwy i nasycenia, ale również natychmiastowego ataku, energii, a wszystko powinno być okraszone odpowiednim zbilansowaniem pomiędzy inicjacją dźwięku i jego współpracą z specyfiką wydobywającego go instrumentu. Czyli przekładając z polskiego na nasze, fortepian ma być nie tylko majestatyczny, ale również bardzo dźwięczy i czasem wręcz zwiewny, kontrabas powinien dobrze oddać palec na strunie, samą strunę i jej brzmienie przy wykorzystaniu pudła rezonansowego, zaś zestaw perkusji ciśnienie wytwarzanego przez uderzenie stopą powietrza i z gracją rozrzucić w eterze mieniące się milionem odcieni kakofoniczne pakiety różnego rodzaju przeszkadzajek. O jakim krążku mowa? Oczywiście Palulu Bley’u, Garym Peacocku i Paulu Motianie w po raz kolejny koncertowym materiale „When Will The Blues Leave”. Jaki był efekt? Znakomity. Oczywiście bardziej pulsujący energią niż w moim flagowym zestawieniu, jednak nieskażony jakimkolwiek uśrednieniem informacji w nawet najbardziej skomplikowanych przebiegach nutowych często szalejącego na wielkich skrzypcach Garego Pecocka. To była feeria mocnych, ale szybkich, kiedy trzeba ostrych, innym razem pełnych dźwięków, które w moim odczuciu powodowały, że bez obrazy, ale w teorii wiodący prym na tej płycie fortepian zdawał się być oczywiście bardzo ważnym, ale jednak pewnego rodzaju tłem. Tylko nie odbierajcie moich słów jako szkodliwego przearanżowania zamierzeń muzyków przez przetwornik, tylko z uwagi na preferowane przeze mnie przedkładanie przyjemności słuchania bardzo trudnego do pokazania w pełni prawdy kontrabasu nad fortepian, na potrzeby dobitnej oceny usłyszanego wyniku na bazie osobistych priorytetów celowo zmieniłem ich dominantę w tym wydarzeniu muzycznym. Patrząc na całość z perspektywy widzianej okiem zwykłego Kowalskiego, wszystko było w idealnym, bo wręcz książkowo namalowanym porządku.
Być może opisując swoje około-testowe emocje, trochę się zagalopowałem, jednak jak wielu z Was wie, gdy mnie coś mocno ruszy, nie szczędzę komplementów. I tak było tym razem. Prawdę mówiąc, bazując na opiniach ludzi – nawet tych najprzychylniejszych – nigdy takiego wyniku się nie spodziewałem, dlatego gdy zaznałem go na własnej skórze, popuściłem wodzę melomańskiej fantazji. Czy Gryphon Audio Kalliope jest dla każdego? Jak najbardziej z jednym ale. Mianowicie chodzi o to, że na tym pułapie nie tylko cenowym, ale również jakościowym często na śmierć i życie bijemy się o najdrobniejsze detale. I tylko one, czyli mocne nasycenie naszego bohatera w zderzeniu z podobnie skonfigurowanym zestawem może okazać się nazbyt rubaszne. Nie wiedzę innej opcji, gdyż jakość dźwięku umiejętnie dobranego seta audio po wpięciu Duńczyka nigdy nie ucierpi. Co najwyżej minimalnie przesunie akcenty malujące świat muzyki. Niestety te postrzegane są już bardzo indywidualnie, na co nawet najbardziej spektakularnie brzmiący produkt nie ma już wpływu. Po prostu życie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: PMC MB2 XBD SE
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Cena: 112 030 PLN
Dane techniczne
Zastosowany przetwornik: po jednym ESS SABRE ES9018 na kanał
Wejścia cyfrowe : 110Ω AES/EBU, 3 x 75Ω BNC (PCM 192 kHz/24 bit), USB (PCM 384 kHz/32 bit, DSD 512)
Wyjścia cyfrowe: AES/EBU
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Napięcie wyjściowe: 4,3Vrms (XLR), 2,15Vrms (RCA)
Odstęp S/N: < -118dB
Zniekształcenia THD+N: <0,0070% @ 0dB, <0,0025% @ -6dB
Pasmo przenoszenia: 0 – 192 kHz
Impedancja wyjściowa: 300 Ω
Pobór mocy: <0,5W (Standby), 50W (bez sygnału), 54W (max)
Wymiary (S x W x G): 48 x 13.5 x 38.7 cm
Waga: 10,6 kg
Puszka Pandory to mityczny artefakt będący źródłem „wielkich i nieoczekiwanych problemów”. Najwidoczniej Duńczycy uznali, że dwie takie puszki będą się wzajemnie kompensowały, co w rezultacie może okazać się źródłem niewysłowionego szczęścia i … coś w tym jest. Nie uprzedzamy jednak faktów i cierpliwie czekamy aż przedwzmacniacz liniowy Gryphon Audio Pandora na dobre zaaklimatyzuje się w naszym systemie.
cdn. …
Opinia 1
O tym, że mężczyźni to duże dzieci słyszeliśmy od naszych Pań nie raz i nie dwa. Do mniej lub bardziej dyskretnych uśmieszków na widok naszej ekscytacji nowymi zabawkami też zdążyliśmy się już przyzwyczaić. W końcu natury nie da się oszukać, więc zamiast dyskutować z faktami lepiej przejść nad nimi do porządku dziennego a zaoszczędzony czas poświęcić na … dalsze kultywowanie naszego hobby. Wprowadzając powyższą ideę w czyn postanowiliśmy z Jackiem urządzić sobie audiofilski dzień „dużego dziecka” i z czysto hedonistycznych pobudek zorganizowaliśmy serię … literacko – spirytystycznych seansów, do udziału w których zaprosiliśmy duńskie inkarnacje mitycznego syna Heraklesa i Prokris (jednej z … pięćdziesięciu Tespiad – córek Tespiosa i Megamedy), oraz jednego z siedmiu wielkich książąt piekieł. Jeśli kogoś powyższa lista gości wprowadziła w lekką konsternację czym prędzej uspokajam, że zalecane przez lekarzy specjalistów medykamenty przyjmujemy regularnie, z konsumpcją szkockich destylatów nie przesadzamy, a pod enigmatycznymi deskrypcjami kryją się mające już na naszych łamach swoje przysłowiowe pięć minut dwa ultra high-endowe, sygnowane przez Gryphon Audio, wzmacniacze mocy – Antileon EVO Stereo i Mephisto Stereo.
Po co komu taka powtórka z rozrywki? Po pierwsze, jak już zdążyłem nadmienić, tym razem jednogłośnie postanowiliśmy zrobić coś ku własnej uciesze, a po drugie bądźmy szczerzy – zrezygnowaliby Państwo z nadarzającej się okazji niezobowiązującego, kilkutygodniowego użytkowania Lamborghini Huracán i Aventador wraz z nieograniczonym dostępem do Autodromo Nazionale di Monza? Ano właśnie. Nam również taka ewentualność nawet nie przeszła przez myśl, więc w momencie, gdy tylko łódzki Audiofast – dystrybutor marki, dał zielone światło a obie końcówki znalazły się w naszym zasięgu czym prędzej się nimi zaopiekowaliśmy.
Ponieważ zarówno kwestie aparycji, natury konstrukcyjnej, jak i finansowej mamy niejako z głowy, gdyż pochyliliśmy się nad nimi w ramach wcześniejszych publikacji, tym razem pozwolę sobie na dość swobodne podejście do tematu i zwrócenie Państwa uwagi na pewne niuanse różniące tytułowe piękności. Jednak z wrodzonej przekory bynajmniej nie mam zamiaru z aptekarską dokładnością dzielić włosa na czworo roztrząsając wyższość oddawanych w czystej klasie A 175W Mephisto nad 150W Antileona, czy też dwudecybelowej (81 vs 83dB) różnicy odstępu od zakłóceń, lecz skupię się na walorach natury nazwijmy to użytkowej. Nie da się bowiem ukryć iż oba Gryphony, choć prezentują się wprost obłędnie, są urządzeniami o dość absorbujących gabarytach i pomimo utrzymania ich brył w ponadczasowej i eleganckiej a przy tym podobno wyszczuplającej czerni warto mieć ten drobiazg na uwadze. I tak, czego może nie widać na naszych wszystkich zdjęciach, Mephisto jest o pięć centymetrów szerszy od Antileona (57 vs 52 cm), osiem centymetrów niższy (26 vs 34 cm) i aż 11 cm krótszy (60 vs 71 cm). Powyższe detale w sposób oczywisty przekładają się również na wagę obu wzmacniaczy i o ile z 84 kg Antileona jeszcze można sobie we dwóch poradzić, o tyle 108 kg Mephisto jest już sporym wyzwaniem logistycznym nawet dla trzech chłopa, gdyż ze względu na wrażliwość akrylowego frontu i ostre krawędzie radiatorów trzeba się z nim obchodzić niezwykle delikatnie.
A właśnie. Nie wiem jak w Państwa oczach, lecz przynajmniej wg. mnie „mniejsza”, choć zdecydowanie bliższym prawdzie określeniem byłoby „mniej duża”, końcówka swym designem nieco bardziej zabiega o atencję odbiorcy. Nie dość bowiem, że jej bryła jest na swój sposób bardziej dynamiczna, czy też dzięki groźnie nastroszonym piórom potężnych radiatorów, wręcz nieco agresywna, to po prostu więcej się tam dzieje. Sugestywnie wysunięty panel sterowania, czy też ozdobione firmowym gryfem monstrualne wieko podprogowo sugerujące rozmiar ukrytego pod nim transformatora nie pozwalają na obojętność. Z kolei iście monolityczna bryła Mephisto wydaje się istną oazą stoickiego (ostatecznego?) spokoju a jedynym akcentem wzorniczym podkreślającym jego potęgę jest przecinająca płytę górną karbowana osłona „wału napędowego” (analogia do napędu na wszystkie koła Lamborghini aż nadto czytelna ;-) ).
Zanim podejmę próbę opisania jak obie mityczne bestie wypadają względem siebie brzmieniowo pragnę podkreślić jedną, acz szalenie istotna kwestię. Chodzi bowiem o to, iż trzeba mieć świadomość pułapu na jakim się poruszamy. Pułapu będącego dla większości nieosiągalnym celem i spędzającym sen z powiek nierealnym marzeniem. Podobnie z resztą jak przewijające się w niniejszej epistole włoskie turladełka. Niezależnie bowiem na które z nich moglibyśmy sobie pozwolić i tak i tak czulibyśmy się jakbyśmy Pana Boga za nogi złapali a zaobserwowane różnice należy rozpatrywać jedynie z perspektywy własnych preferencji i upodobań a nie autorytatywnych sądów co jest lepsze a co gorsze. I tak w tym bratobójczym starciu brzmienie Antileona zaskakuje, gdyż w pierwszej chwili wydaje się, iż niższy model gra dźwiękiem większym i potężniejszym aniżeli starsze rodzeństwo. Jest przy tym może nie zdecydowanie, lecz zauważalnie ciemniejszy i dobrawiony delikatną nutką „lampowego ciepła”. Urzeka organiczną muzykalnością roztaczając wokół siebie aurę sukcesu, zwycięstwa i luksusu. Niczym hollywoodzka gwiazda tu błyśnie okiem, tam olśni uśmiechem, dając jednocześnie jasno do zrozumienia, że pod tym płaszczykiem nienagannych manier drzemie prawdziwa bestia gotowa w każdej chwili rozerwać rywala na strzępy. Coś w stylu marvelowskiego Hulka, jednak egzystującego nie w pulchnym ciele Bruce’a Bannera a co najmniej rozważanego jako następne wcielenie Agenta 007 Idrisa Elby. Świetnie, znaczy się możliwie sugestywnie i namacalnie uniwersalność Antileona pokazywała ścieżka dźwiękowa do „Gladiatora” autorstwa Hansa Zimmera. Eteryczny i oniryczny wstęp („Progeny”) delikatnie pieścił zmysły roztaczając prawdziwe hektary przestrzeni, wraz ze zwiększaniem napięcia i dramatyzmu („The Wheat”), a tym samym rozbudowywania instrumentarium do głosu dochodziła iście zwierzęca dzikość końcówki, której ujście dał epicki „The Battle” z charakterystycznym, wgniatającym w fotel tutti The Lyndhurst Orchestra. Krótko mówiąc pełnia szczęścia zarówno przy tzw. grze ciszą i sennym klimatem, po istną ścianę dźwięku.
Z kolei Mephisto akcent stawia na transparentność dyskretnie usuwając się w cień, udanie starając się wcielać w życie ideę „drutu ze wzmocnieniem”. Jednak jego nieobecność jest tylko pozorna, gdyż świat muzyczny jaki kreuje niebezpiecznie zbliża się do perfekcji a dokładnie perfekcyjnej i absolutnej nad nim … kontroli. Jeśli bowiem podczas odsłuchu Antileona wydawać by się mogło, że przykładowo nad najniższymi składowymi w okolicach czwartej minuty utworu „Tlon” z „Khmer” Nilsa Pettera Molværa uzyskaliśmy pełnię władzy, to po przesiadce na starszego brata jasnym było, że tylko tak nam się wydawało. Podobnie jest z symfoniką, na której dzięki fenomenalnej rozdzielczości wgląd w strukturę nagrania potrafi w pierwszej chwili oszołomić. Nie dość bowiem, iż jesteśmy w stanie objąć wzrokiem i kolokwialnie mówiąc ogarnąć zmysłami cały aparat wykonawczy, to nagle dostępujemy zaszczytu zrozumienia fenomenu bycia dyrygentem. Jednak nie chodzi bynajmniej li tylko o ekstatyczne wymachiwanie batutą, lecz o zdolność wyekstrahowania z kilkudziesięcioosobowego składu poszczególnych muzyków i ich mniej, bądź bardziej udanych partii. Mephisto udostępnia nam bowiem coś na kształt, posługując się fotograficzną analogią, dźwiękowego „zooma”, którego ogniskową sterujemy według własnych upodobań, czy też potrzeby chwili. Dzięki temu bez większych oporów jesteśmy w stanie nie tylko przebrnąć, co przede wszystkim zrozumieć geniusz kompozycji, które do tej pory, czy to ze względu na ich złożoność, czy też własne uprzedzenia omijaliśmy szerokim łukiem. Weźmy na ten przykład tzw. „współczechę” i nieco mniej melodyjne odłamy jazzu, po które sięgają jedynie co bardziej doświadczeni słuchacze. Nie mówię, żeby od razu rzucać się na jakieś karkołomne kompozycje w stylu „Wölfli-Kantata” Marcusa Creeda, bądź nawet free-jazzowe improwizacje rodem z „Improvised Music New York 1981” dream teamu w składzie Bill Laswell, Sonny Sharrock, Derek Bailey, Fred Frith, John Zorn, lecz na początek w zupełności wystarczy fenomenalny album „Henryk Górecki: Symphony No. 3 (Symphony Of Sorrowful Songs)” w wykonaniu Beth Gibbons (tak, tak, to właśnie ta pani z Portishead) i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia pod dyr. Krzysztofa Pendereckiego. Chodzi jedynie o fakt przełamania i zanurzenia się w nieco mniej „komercyjnych” dźwiękach, których autentyczność i surowość nie tylko poszerzy nasze muzyczne horyzonty, co udowodni, że piękno niejedno ma imię.
Ponadto sposób prezentacji oferowany przez Mephisto wcale nie polega na dosłownym pokazywaniu palcem, czy też subiektywnej ocenie, na co powinniśmy w danym momencie zwracać uwagę. Gryphon jedynie ze stoickim spokojem serwuje nam pełnię informacji absolutnie nie ingerując tak w sposób, jak też tempo ich przyswajania i miejsce obserwacji. Nie stara się jak Antileon uatrakcyjnić i podkręcić atmosfery nagrania, nie pręży zalotnie muskułów a tym samym też nie próbuje nawet w najmniejszym stopniu pomóc tym realizacjom, które na ową pomoc po cichu pewnie liczą. To tak, jakby z poziomu mistrzowskich drużyn NBA (vide Antileon), czyli i tak będących poza zasięgiem reszty światowego basketu, awansować do jeszcze nieistniejącej ligi, w której „zwykłych” zawodników zastąpią ultra-doskonałe cyborgi, bądź odpowiednio zmutowane „klony” największych gwiazd. Absurd? Utopia? Możliwe, jednak Mephisto, będąc klasą sam dla siebie, stawia na transparentność i obiektywizm, które w jego wydaniu oznaczają po prostu prawdę.
Podsumowując powyższy zbiór wybitnie subiektywnych obserwacji i dygresji z przykrością muszę stwierdzić, iż wybór pomiędzy Antileonem EVO a Mephisto jest równie bolesny i na swój sposób kuriozalny, jak próba wytypowania tej jedynej z kultowego zdjęcia „The Supers” nieodżałowanego Petera Lindbergha. Niby jakbyśmy nie zdecydowali i tak będziemy w przysłowiowym siódmym niebie, jednak żal z niewybrania reszty podświadomie mąci pełnię szczęścia i błogość audiofilskiej nirwany. Całe szczęście pocieszający, przynajmniej z naszego punktu widzenia, jest fakt, iż na podobny dylemat mogą sobie pozwolić jedynie nieliczni szczęśliwcy, chociaż z drugiej strony … zarówno Państwu, jak i sobie samym życzymy tylko takich powodów do zmartwień.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Dzisiejsze wydarzenie nie miało na naszym portalu precedensu. O co chodzi? Otóż nigdy nie zdarzył się przypadek, aby w Soundrebels-owej samotni w jednym czasie pojawiły się dwie topowe konstrukcje jednego brandu. Ale nie w celach czasowego przetrzymania przed odbiorem przez dystrybutora, tylko jako próba zderzenia dwóch spojrzeń na tę samą muzykę przez pryzmat znacznych różnic cenowych, oraz jako skutek minimalnych i całkowicie pozbawionych jakiegokolwiek bytu produkcyjnych kompromisów. Jednakże zapewniam, nie było to szukanie tak zwanej dziury w całym, tylko może zabrzmi to jak czyste szaleństwo, ale akurat w moim przypadku chodziło o weryfikację, czy różnica w cenie pomiędzy stojącą na drugim stopniu podium portfolio marki Gryphon Audio stereofoniczną końcówką mocy Antileon, a tak zwanym numerem jeden, również stereofoniczną końcówką Mephisto, jest wytłumaczalna przyrostem jakości dźwięku. Jaka to kwota? Nie pytajcie, gdyż nie od dzisiaj wiadomo, że bezkompromisowość kosztuje. Jeśli mimo wszystko jesteście ciekawi, owe dane znajdziecie w stosownych testach poszczególnych komponentów. Zatem nie przedłużając tego monologu skupię się jedynie na będących punktem zapalnym dzisiejszego spotkania aspektach.
Idąc za informacjami producenta, Mephisto w ofercie pojawił się jako pierwszy. To był zbierający obecnie żniwo, z założenia pozbawiony ograniczeń finansowych projekt, który mimo siedmioletniego stażu na rynku nadal mówiąc kolokwialnie, psuje konkurencji krew. Niestety z racji, że brak oglądania się na koszty ma swoje reperkusje w cenie komponentu, trochę ratując od lat znany projekt i po trosze łatając znaczną dziurę w cenniku pomiędzy niżej stojącym w tamtym czasie modelem Diablo, kilka lat później została powołana do życia najnowsza odsłona mrocznego weterana – Antileona. To naturalnie zmusiło projektantów do cięcia kosztów w kilku strategicznych dla dźwięku miejscach, jednak nadal miał to być, a po tych kilku już latach istnienia wiemy, iż jest bardzo mocno stojący na straży jakości dźwięku produkt. Skąd to wiem? Na podstawie poczynionych testów. Jednak najbardziej dogłębne testy przedzielone nawet krótkim odstępem czasu są pewnego rodzaju ocenami korespondencyjnymi i nie pozwalają na złapanie najdrobniejszych z niuansów, dlatego też zadbaliśmy, aby na tapecie w jednym czasie pojawiły się obydwie, dla uniknięcia pisania czegoś z pamięci, przełączane w najkrótszym jaki można wygenerować czasie, duńskie konstrukcje.
Jako, że Antileon przybył pierwszy, rozpocznę od niego. Aplikacja numeru dwa z oferty Duńczyków w mój zestaw zaowocowała rzadko spotykaną energią grania całego przekroju pasma. Od najniższych rejestrów, przez środek, po wysokie tony, muzyka aż kipiała soczystością, drajwem i świetną witalnością. Dolny zakres przy pełnej kontroli trząsł moim pomieszczeniem, środek kreował „jak żywych” wokalistów, a wysokie tony nadawały całości zjawiskowej witalności i napowietrzenia. Przyznam szczerze, że sporo sprzętu u siebie przerzuciłem, ale z taką prezentacją spotkałem się tylko kilka razy. To była feeria niezapomnianych przeżyć. I nie było znaczenia, jaką muzykę włożyłem do napędu, bowiem począwszy od elektroniki, przez rock, po jazz i muzykę dawną, wszystkie nurty czerpały z tego śmiało mogę powiedzieć, zjawiska pełnymi garściami. Było mocno podczas sejsmicznych pomruków zespołów typu Massive Attack, jednak z pokazaniem, że ów dźwięk mimo swojej zjawiskowej energii cały czas wibruje, a nie leje się niczym lawa. Muzykalnie i do tego bardzo rozdzielczo na środku w zderzeniu z wszelkiego typu instrumentarium drewnianym i wokalizą – twórczość Jordi Savalla. I jakże fenomenalnie świeżo i swobodnie przy zawieszaniu, tak zawieszaniu, a nie sztucznym kreowaniu skrzących się perkusjonaliów i ogólnej atmosfery wydarzenia muzycznego. Nic tylko siedzieć i słuchać. Tym bardziej, że przytoczone niuanse znacznie poprawiły w domenie namacalności już świetnie wcześniej prezentowaną u mnie wirtualną scenę. Bez zderzenia się sam na sam, to co przeżyłem ciężko jest oddać w tekście, jednak dla uwierzytelnienia przywołanych zjawisk powiem tylko, że pierwszy raz po siedmiu latach w pełni satysfakcjonującego użytkowania końcówki mocy Reimyo, w ośrodku zarządzania ciałem zaiskrzyła mi myśl typu: a może by tak …? To było na tyle zaskakująco pozytywne uderzenie soniczne, że bez oglądania się na konsekwencje dla psychiki oświadczyłem dystrybutorowi, iż na Antileonie moja przygoda z Gryphonem nie może się zakończyć. Takim oto sposobem po kilku tygodniach dotarł dostojny Mephisto. I?
Kurczę, jakby to powiedzieć. Nie wiem na co liczyłem. Że zmiany będą na poziomie niuansów, Że nawet jeśli coś będzie znacznie lepiej, to gdzie indziej będzie gorzej. Naturalnie, przecież człowiek w swej próżności szuka jakiś podszytych cichymi marzeniami absurdalnych wytłumaczeń. Cóż oznaczają powyższe wymówki? Nie wiem, czy to jest dobra, czy zła wiadomość, bowiem jej pozytywny lub negatywny wydźwięk zależeć będzie od zasobności Waszego portfela. A przypominam, dopłata jest znaczna. Tak prawdę mówiąc nie interesuje mnie, jak odbierzecie tę opinię, ale z pełną świadomością stwierdzam, iż różnica w cenie pomiędzy obydwoma konstrukcjami jest w pełni uzasadniona. Powód? Prosty. To nie jest kosmetyczne potraktowanie jakości dźwięku, tylko jego całkowite przewartościowanie i to w każdym, powtarzam w każdym aspekcie. Począwszy od rozdzielczości, przez zwiększenie rozmachu budowania sceny, po znaczną poprawę mikro i makrodynamiki, a wszystko przy jeszcze wierniejszym prawdzie oddaniu każdego z podzakresów częstotliwościowych. Bas schodzi znacznie niżej, jest lepiej kontrolowany, co przekłada się na większą dawkę informacji. Środek dzięki plastycznie podanej artykulacji dostaje dodatkowej, tak poszukiwanej przez melomanów tkanki łączącej poszczególne nuty. Zaś najwyższe rejestry kreują nieprzebrane połacie przestrzeni. Jednym słowem, przesiadkę z Antileona na Mephisto można nazwać zjawiskiem, a nie drobną zmianą punktu widzenia. Nie będę w tym przypadku przytraczał konkretnych przykładów płytowych, gdyż mogłoby to być odebrane jako słodzenie i nadmierne nadmuchiwanie tekstu. Powiem tylko tyle, że to słychać już od pierwszego dźwięku. To jest dosłownie uderzenie nowym wymiarem jakości, a nie czarowanie tym, czy innym artefaktem. Czy tak wypada przesiadka u każdego producenta? Nie mam bladego pojęcia, gdyż nie dane nam było czegoś podobnego spróbować. Jeśli się kiedyś wydarzy, nie omieszkamy o tym wspomnieć Tymczasem, jeśli jesteście zainteresowani jedną z dwóch wspomnianych pozycji z oferty marki Gryphon Audio, a z jakiś powodów możecie mieć problem z wygenerowaniem dodatkowej gotówki na topowy model, nie powielajcie moich błędów, gdyż po takiej konfrontacji życie nie będzie już takie jak kiedyś. Zamęczą Was dylematy. Jeśli jednak środki płatnicze NBP nie są tematem spędzającym Wam sen z powiek, Mephisto wydaje się być jedyną droga do osiągnięcia stanu błogości podczas obcowania z muzyką.
Jacek Pazio
Najnowsze komentarze