Opinia 1
Amerykanie mają czwartego lipca swój Dzień Niepodległości, huczne parady, rodzinne pikniki, pokazy fajerwerków i inne spektakularne (wiadomo przecież nie od dziś, że tam – za oceanem wszystko jest największe) atrakcje. Z kolei u nas Narodowe Święto Niepodległości wypada, tak jak dziś – 11 listopada, gdy aura najdelikatniej mówiąc nie rozpieszcza i przynajmniej do wybuchu pandemii nakłaniała do gremialnych przemarszów jedynie gładko ogolonych ekstremistów toczących bohaterskie potyczki pod placówkami jednej z sieci prasowo-księgarsko-kosmetycznej, oraz zdecydowanie mniej bojowo nastawionych audiofilów przemykających chyłkiem pomiędzy rozstrzelonymi na mapie warszawy obiektami zaadaptowanymi na potrzemy Audio Video Show, o ile tylko takowe w wiadomym terminie się odbywało. Mniejsza jednak o to, gdzie, kto i po co dreptał, gdyż w ramach dzisiejszej, wybitnie świątecznej – właśnie z racji 11 listopada odsłony postanowiliśmy wziąć na redakcyjny tapet produkt na wskroś rodzimy, lecz zarazem powstały w „warsztacie” (wy)twórcy, który nie dość, że wywodzi się z rynku profesjonalnego, to w dodatku posiada ugruntowaną na nim pozycję i to nie wyłącznie lokalnie a głównie za granicą, w tym w U.S.A. Skoro bowiem z jego rękodzieł korzystają zarówno takie tuzy jak Al Di Meola, David Eleffson (na chwilę obecną niestety ex Megadeth), Jeff Waters (Annihilator), Steve Lukather (TOTO), jak i masteringowcy Hiro Furuya (Vladimir Ashkenazy, Vienna Philharmonic Orchestra, Berliner Philharmonie, Eric Clapton, Elton John, and Billy Joel), Maor Appelbaum (Annihilator, Faith No More, Rob Halford, Sabaton, Sepultura), Ross Robinson (Korn, The Cure, Sepultura – tak, to właśnie On stoi za brzmieniem „Roots”, Machine Head, Slipknot, Limp Bizkit) , etc., to coś musi być na rzeczy, gdyż nie są to osoby podążające za jakimiś modami, o ile w ogóle o modzie na przewody może być mowa i nikomu, niczego udowadniać już od dawna nie muszą. Skoro zatem owe grube ryby sięgają po wrocławskie druty, to najwyższy czas i nam się im (drutom, nie rybom) przyjrzeć i przysłuchać. Żeby jednak nie było za nudno, zamiast budzących jedynie umiarkowane emocje przewodów analogowych, z niekłamaną satysfakcją i zainteresowaniem przyjęliśmy propozycję przetestowania topowej na chwilę obecną łączówki lan – David Laboga Custom Audio Ruby Ethernet.
Zgodnie z zasadą mówiącą, iż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz David Laboga nic nie pozostawia samemu sobie, czy też o zgrozo przypadkowi. Począwszy bowiem od samych – ręcznie wykonywanych i obszywanych licową skórą cielęcą przewodów, poprzez drewniano-płócienno-skórzane etui na … perfumowanych (serio, serio!!!) kapturkach ochronnych na wtyki (co nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż we wtyku wejściowym jest wklejony prawdziwy rubin – widoczny na tym zdjęciu) skończywszy wszystko (polecam uwadze unboxingową sesję fotograficzną) dopracowane jest w najdrobniejszych detalach. I proszę tylko nie próbować krzywić się na „nieekologoczność” ww. naturalnego peszelka wskazując na eko-zamienniki, gdyż tak po prawdzie owa prawdziwa skóra jest li tylko odpadem przemysłu spożywczego, więc zamiast trafić na przemiał znalazła takie a nie inne, w dodatku wielce ekskluzywne, zastosowanie. Niby Klient płaci, i to niemało, więc ma prawo wymagać, jednak bezkompromisowe, graniczące z obsesją na punkcie perfekcji, podejście naszego rodzimego producenta nieodparcie kojarzy mi się z japońskimi manufakturami, gdzie nikt nigdzie się nie spieszy, wszystko ma swoje miejsce i czas a decydując się na ich wyroby mamy pełną świadomość obcowania z czymś na wskroś autorskim i wyjątkowym. Jako dowód powyższych dywagacji posłużę się przykładem przewodu 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO i słuchawek Final Sonorus X oraz Denon AH-D9200, kiedy poczułem się równie „dopieszczony” podczas pierwszego kontaktu / unboxingu. Całkiem zacne towarzystwo, nieprawdaż?
Mamy zatem ręcznie szyty skórzany oplot w kolorze może nie tyle rubinowym, na co wskazywałaby nazwa, co raczej burgundowym z firmowymi czarnymi, wytłaczanymi korpusami wtyków z oznaczeniem kierunkowości i logotypem. O wewnętrznej budowie naszego dzisiejszego bohatera wiadomo niemalże tyle co nic, gdyż jedyne co udało mi się od producenta wyciągnąć, to informacja, iż jego żyły wykonano z miedzi o różnej czystości i średnicy. To jednak nic, gdyż prawdziwa „jazda” zaczęła się, gdy próbowałem uzyskać jego specyfikację odnośnie tego, w jakiej „kategorii” chodzi. I? I wyszło, że w … żadnej. Co ciekawe, pomimo faktu, iż po wpięciu mój dyżurny switch Silent Angel od razu z kojącej zieleni zmienił kolor diody na niepokojący pomarańcz a Lumin w pierwszej chwili sypnął błędem sieci, to po chwili paniki wszystko wróciło do normy. Tzn. transport jakoś z Rubym się przeprosił a switch, choć uparcie łypał na mnie przekrwionym okiem, to jednak zaakceptował obecność rodzimej łączówki. Okazało się bowiem, iż o ile przy przesyle „cywilnych” danych wzrost przepustowości/prędkości przesyłu śmiało możemy uznać za oczywisty progres, o tyle przy streamingu audio zdecydowanie większą wagę ma sam sposób transmisji, jakość przewodników i jak najniższy poziom tak wzajemnych, jak i dochodzących z zewnątrz interferencji. Ponadto wnętrze skórzanego tunelu wypełnia jakaś miękka i zarazem sprężysta włóknina (wełna?), dzięki czemu biegnące wewnątrz żyły mają dodatkową, antywibracyjną izolację.
Najlepsze jednak dopiero przed nami, gdyż nie mając do tej pory żadnych świadomych kontaktów z okablowaniem David Laboga Custom Audio a jedynie znając je ze słyszenia, znaczy się z opowieści osób trzecich, były one dla mnie jedną wielką niewiadomą. Dodając do tego jedynie wstępne wygrzanie dostarczonej na testy sztuki a więc konieczność jej gruntownej akomodacji, doskonale wiedziałem, że to nie będzie przelotny tygodniowy romans, tylko pobyć ze sobą będziemy musieli znacznie dłużej. I tak też się stało, gdyż choć wyciągnięty prosto z pudełka Ruby już na starcie wykazywał się zaskakującą dojrzałością i wyrafinowaniem, to z każdym dniem wolumen jego walorów rósł.
Jednak po kolei. Gdy wynikające z „układania” i wygrzewania się przewodu zmiany praktycznie zanikły, co niezbicie dowodziło iż nasz gość osiągnął pełną stabilizację coraz uważniej zacząłem mu się przysłuchiwać, gdyż wbrew opiniom kablosceptyków i decybelującym na internetowych forach komputerowym teoretykom, dla których już sam fakt działania czegokolwiek, niekiedy potwierdzony screenem ze speedtestu, jest sukcesem samym w sobie z przykrością muszę stwierdzić, iż przewody ethernetowe, czyli popularna skrętka, również na brzmienie systemów audio, oczywiście tych wykorzystujących streaming i granie z plików, wpływ mają, co poniekąd udało nam się mniej, bądź bardziej trafnie (ocenę pozostawiamy Państwu) w ramach testów oferty Fidaty (HFLC) rodzimej Audiomica Laboratory (Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence), Furutecha (Lan-8 NCF), czy wreszcie ekstremalnego Synergistic Research Galileo SX Ethernet udowodnić. I tak też jest w niniejszym przypadku, gdyż mówiąc wprost Ruby „gra” po swojemu i diametralnie inaczej od większości ww. konkurencji. Z premedytacją napisałem większości, gdyż pod pewnymi względami wrocławski przewód wykazuje zaskakujące podobieństwo do swojego japońskiego odpowiednika, czyli wspomnianej Fidaty HFLC. Chodzi bowiem o efekt swoistego odetkania, udrożnienia kanału komunikacji – przesyłu danych. W dodatku efekt podany w sposób daleki od swoistego oszołomienia skalą zachodzących zmian, jakim swojego czasu poraził mnie uparcie stojący na samym szczycie moich osobistych referencji Synergistic Research Galileo SX Ethernet. Zamiast bowiem porażać swym absolutem wzorem amerykańskiego pobratymca Laboga Ruby stosuje zdecydowanie łagodniejszą metodę uzależniania – pozwala bowiem sukcesywnie, krok po kroku oswajać się z ponadprzeciętną i de facto operującą na tym samym poziomie co Galileo rozdzielczością wraz z osłuchaniem i coraz większym „wsiąkaniem” w świat magicznych dźwięków kreowanych przez wrocławską łączówkę. Rodzimy przewód buduje bowiem scenę nieco dalej aniżeli ww. konkurent, prezentuje ją z nieco większego dystansu, dzięki czemu choć ilość detali jest taka sama, to już ich obecność staje się mniej nie powiem, że przytłaczająca, gdyż słowo to ma zbyt pejoratywny wydźwięk, co raczej nie wchodzi w strefę naszego komfortu. Widzimy powiem wszystko kiedy sami zdecydujemy, że chcemy owe wszystko widzieć, w przeciwieństwie Synergistica, który niejako stawia nas przed faktem dokonanym. Przykładowo na dziwnym zbiegiem okoliczności zrealizowanym przez tragicznie zmarłego Davida Bianco i dokończonym przez Matta Wallace’a a z kolei zremasterowanym przez Maora Appelbauma, a więc również z użyciem wrocławskiego okablowania, bluesowym albumie „The Bookends” Erica Galesa zarówno rzewne, jaki podszyte funkowymi rytmami bluesy czarowały gęstością i świetnym usadowieniem w basowym fundamencie zapewniając jednocześnie pełny wachlarz informacji o jego zróżnicowaniu. Mamy bowiem sytuację, gdy szeroko rozumiana muzykalność nie oznacza onirycznego rozmycia i przysłowiowej buły, lecz fenomenalną koherencję idącą w parze ze wspomnianą rozdzielczością. Słychać zatem wszystko, jednak bez zbytniej analityczności i laboratoryjnego chłodu.
Z kolei na „Isa” Zaz jasnym stało się, iż odmieniana przez wszystkie przypadki rozdzielczość bynajmniej nie oznacza bezpardonowego smagania naszego słuchu francuskimi sybilantami, które choć bezsprzecznie komunikatywne dzięki rodzimej łączówce nabrały nie tylko ogłady, co wręcz wyrafinowania. Kilkukrotnie, przy okazji recenzowania ekstremalnego high-endu, wspominałem o tym, iż od pewnego, co prawda irracjonalnie wysoko zawieszonego, pułapu pewnego rodzaju natywne dla poszczególnych wykonawców „artefakty” jak właśnie podkreślanie sybilantów, czy wręcz seplenienie przestają nosić znamiona pasożytniczych anomalii a stają się jedną z nierozerwalnych cech konkretnych postaci. I tak też jest w tym przypadku – Zaz potrafi zaszeleścić, jednak to nie jest kiks post-procesu, lecz jej urok. Co ciekawe, złagodzona „na produkcji” i wbita w komercyjne, nieco plastikowe, ramy Natasha St-Pier na „Croire” daleka była od zbytniego polukrowania i ograniczającej czytelność przekazu lepkości. Niby głębokość sceny została w zauważalny sposób zredukowana, jednak postawiony na melodyjności i lekkostrawności akcent jasno dawał do zrozumienia, że próżno doszukiwać się tu audiofilskich doznań.
Jednak największym zaskoczeniem był dla mnie odsłuch do tej pory kategoryzowanego jako garażowo-bezpardonowego albumu „Unto the Locust” Machine Head. Tymczasem z Labogą w torze przeobraził się w zjawiskowego motyla o morderczym usposobieniu, bądź może nawet współczesną odmianę jakiegoś zapomnianego przez ludzi i Boga smoka, który z jednej strony kusi soczystymi barwami i zachęca by podejść bliżej tylko po to by w chwili naszej nieuwagi plunąć nam w oczy śmiercionośnym jadem. Wybaczą Państwo te kwieciste metafory, jednak na powyższym przykładzie nad wyraz dobrze słychać, cóż ten otulony rubinowym wdziankiem drut tak naprawdę potrafi. Zachowując bowiem pełnię dynamiki tak w skali mikro, jak i makro i timing szaleńczych temp Ruby był w stanie delikatnie zagęszczając i cofając poza linię głośników scenę nadać całości iście apokaliptyczny wymiar. Z wrodzonym wdziękiem kreował obraz zniszczenia oparty na bezlitośnie smagających riffami gitarach, ekstatycznych (włącznie z blastami na „This is The End”) partiami perkusji Dave’a McLane’a i wściekłym rykiem Roberta Flynna. Powiem wręcz, iż doskwierająca do tej pory przy odsłuchach kompresja zeszła na dalszy plan, gdyż poprzez wspomniane wycofanie prezentacji zyskała ona więcej swobody a odrobinę większa perspektywa okazała się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.
Czy mamy zatem do czynienia z przewodem idealnym i dla wszystkich? Cóż, jeśli chodzi o pierwszą część pytania nie mi o tym wyrokować, jeśli zaś chodzi o część drugą, to … w żadnym wypadku. Trudno bowiem oczekiwać, by nabywca oczekujący uderzenia prosto w twarz i iście ekspansywnej estetyki, gdzie liczy się tylko pierwsza linia działań docenił wyrafinowanie, wieloplanowość i precyzję budowania dalszych planów oferowaną przez David Laboga Custom Audio Ruby Ethernet. Wracając natomiast na początek, czyli ów ideał, to nie sposób nie uznać Ruby’ego za łączówkę najwyższych lotów, co poniekąd podprogowo sygnalizowałem porównując ją do Synergistic Research Galileo SX Ethernet jedynie wskazując dzielące je różnice i to nie klas, co wyłącznie pomysłu na dźwięk. Dlatego gorąco i szczerze zachęcam do przetestowania wrocławskiego przewodu we własnym systemie, gdyż jest to niezbity dowód na to, że referencja niejedno ma imię i tylko od nas zależy, w którą ze ścieżek prowadzących do upragnionej audio-nirwany skręcimy.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones / Synergistic Research MiG SX
– Wzmacniacz zintegrowany: Pathos Inpol² MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Synergistic Research Galileo SX SC
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC; Innuos PhoenixNet
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Próbując jakoś zgrabnie wprowadzić Was w dzisiejszy temat, po raz kolejny powtórzę, iż o wiedzę wpływu analogowego okablowania audio – sygnałowego, kolumnowego i sieciowego – na bazie własnych doświadczeń już od dawna jestem spokojny. Ba, po wielu latach batalii z tropicielami zagadnień audio-woodoo podobnym stanem ducha mogę się pochwalić również w przypadku okablowania cyfrowego typu: SPDiF, AES/EBU, USB i Ethernet. Jednak prawdopodobnie niewielu z Was wie, że ostatnimi czasy w tych dziedzinach rodzimi wytwórcy mają sporo do powiedzenia na zagranicznych rynkach. Tak tak, na bardzo brutalnym rynku ogólnoświatowym. Niestety czasem jest to na tyle stygmatyzująca, bądź angażująca moce przerobowe sytuacja, że na działania u nas w kraju nie starcza czasu bądź nerwów. Naturalnie dla owych podmiotów nie jest to stan zmuszający do podnoszenia jakiegoś szczególnego larum, gdyż jeśli bez jakichkolwiek problemów świetnie radzą sobie w obcych landach, to tylko się cieszyć. Jednak z naszego punktu widzenia dobrze jest wiedzieć, czym ciekawym nasi rodacy podbili przecież bardzo wymagający międzynarodowy rynek. I właśnie taki wydźwięk, czyli prezentacja niezbyt znanego u nas, wrocławskiego producenta David Laboga Custom Audio będzie miało nasze dzisiejsze spotkanie. Znacie? Nie znacie? Spokojnie, nie ma to większego znaczenia, gdyż owa manufaktura zaproponowała do testu na tyle ciekawie wypadający produkt, że bez względu na stan posiadanej wiedzy sugeruję zapoznać się z poniższym tekstem. O czym będziemy rozprawiać? Dla mnie o istotnym elemencie współczesnych systemów audio, bowiem jako pierwszą jaskółkę testową być może dłuższej współpracy, David Laboga własnym logistycznym sumptem zaproponował cyfrowy kabel sygnałowy Ruby Ethernet. Interesujące? Myślę, że w dzisiejszych, mocno stawiających na streamowanie muzyki czasach, bardzo. A jeśli tak, to z przyjemnością zapraszam do lektury poniższych spostrzeżeń.
Niestety w tym przypadku opis budowy rzeczonego kabla będzie ekstremalnie krótki, gdyż większość strategicznych informacji jest słodką tajemnicą producenta. Jedynie co udało mi się w tej materii dowiedzieć, to wykorzystanie różnej czystości i różnej średnicy miedzianych drucików OFC w roli przewodnika oraz po stosownym ekranowaniu, finalne ubranie całości produktu w naturalną, ręcznie szytą skórę. Całą produkcję natomiast wieńczy – bez względu jak to zabrzmi, proces nasączania ochronnych materiałowych kapturków, nadającym poczucie ekskluzywności produktu, zapachem luksusu. Trochę mało? Cóż, dla wielu pewnie tak. Tylko tak prawdę mówiąc, na koniec dnia technikalia dla końcowego użytkownika są sprawą drugorzędną, dlatego bez szukania problemu tam gdzie go nie ma z przyjemnością przejdę do akapitu opisującego wpływ kabla na testową konfigurację.
Być może opis brzmienia muzyki z użyciem tytułowego kabla zacznę trochę przewrotnie, ale na wstępie przypomnę, iż dość istotnym aspektem jego końcowego postrzegania jest oferowany sznyt grania nawet pojedynczego komponentu. Jak wiemy, w naszej zabawie bardzo ogólnie rzecz biorąc, zderzamy się z trzema podstawowymi sposobami kreowania świata muzyki. Pierwszym jest wariant stawiający na jej wyrazistość ponad wszystko, plasując się tym sposobem nieco powyżej linii neutralności. Drugim w miarę zdroworozsądkowe kroczenie drogą zrównoważenia masy, barwy i swobody prezentacji. Zaś na przeciwnym biegunie mamy do czynienia z mocnym zagęszczeniem i zabarwieniem dobiegających do nas wygenerowanych instrumentami wibracji powietrza. Jaki cel ma ów wywód? Bardzo prosty. Chodzi bowiem o fakt, iż zbytnie trzymanie się danego produktu li tylko jednej z wyartykułowanych specyfik prezentacji, czasem pozbawia muzykę tak ważnej podczas obcowania z nią duszy. To zaś oznacza, że konglomerat wielu produktów w zależności od potrzeb konkretnego słuchacza, w moim odczuciu powinien czerpać ze wszystkich wspomnianych specyfik. I właśnie takie symptomy zdradzał nasz bohater, gdyż z jednej strony oferując fajną plastykę, barwę i masę dźwięku, z drugiej nie zapominał o zapewnieniu jej odpowiedniego oddechu. To natomiast przy przyjemnej wadze dźwięku przekładało się na ciekawe informacyjne rozbudowanie wirtualnej sceny muzycznej. Jednak bez jakichkolwiek oznak przerysowania typu drażniące sybilanty, tylko jako doświetlającą tylne plany rozdzielczość.
Taki stan był prawdziwą wodą na młyn praktycznie każdej muzyki. Owszem, w stosunku do niedawno testowanego Synergistica Galileo SX waga i plastyka muzyki podryfowała nieco w stronę ich większego udziału, jednak jak wspominałem, wartością dodaną mimo zagęszczenia atmosfery było fajne utrzymanie rozbudowania sceny w wektorach szerokości i głębokości. Jak to możliwe? Słowem kluczem takiej sytuacji jest prawdopodobnie dobra rozdzielczość kabla, który mimo przesuwania poziomu esencjonalności przekazu w dół obdarzał go dobrym pakietem danych. To natomiast powodowało, że bez względu na rodzaj muzyki od klasyki, przez jazz, z ciężkim rockiem włącznie, system przez cały czas bez problemu wciągał mnie w mimowolne przesłuchanie każdej płyty od deski do deski. Czy to AC/DC z mocnymi gitarowymi popisami na krążku „Power Up”, RGG ze świetną pracą dostojnego fortepianu wespół z mocnym lecz nie otyłym kontrabasem – „Szymanowski”, czy na koniec zjawiskowe popisy skrzypcowe Salvatore Accardo na płycie „Diabolus In Musica”, w każdym przypadku mimo odejścia od w teorii mojej codziennej estetyki większej agresji, na rzecz spokoju, nadal całość odbierałem jako znakomitą interpretacją tego samego materiału z tą tylko różnicą, że w osadzonej nieco niżej barwowo i esencjonalnie odmianie. Niby ciemniej, soczyściej, przez to odrobine wolniej, jednak konsekwentnie z wystarczającym wigorem i swobodą. Bez szukania poklasku w dziedzinie szybkości narastania sygnału, ale nadal z dobrym drivem. Zazwyczaj takie działanie po przesłuchaniu kilku pozycji płytowych kończy się symptomami znudzenia, tymczasem z niewiadomych mi powodów podczas obcowania z kablem Laboga Ruby Ethernet taki stan ducha nie wystąpił nawet przez moment. Przyczyna? W pierwszym przypadku listy wykonawców było to zderzenie z ciekawie wzmocnionymi pakietem energii wiosłami Angusa i Malcoma Younga. W kolejnym fajne budowanie zjawiskowej w domenie głębokości wirtualnej sceny. Zaś w trzecim znakomita barwa dzierżących pierwsze skrzypce skrzypiec S. Accardo. Mało? Dla mnie wystarczy. Oby wszyscy wiedzieli, jak to zrobić. Mało tego. Byłbym nieszczery, gdybym nie wspomniał, że kilka z wielu przesłuchanych innych albumów w testowej konfiguracji pokazało się z jakby bardziej intymnej niż mam na co dzień strony, co bazując na wzorcu maksymalnie zdroworozsądkowej swobody z przyjemnością zaliczam to do bardzo rzadkich, acz pozytywnych zjawisk. Nie sądziłem, że odejście do moich codziennych preferencji, tak dobrze doprawione przez naszego bohatera, może być tak ciekawe. Szacun.
Czy bazując na powyższym tekście jestem w stanie stwierdzić, że David Laboga Custom Audio Ruby Ethernet jest dla każdego? Dla każdego nie, bo jeszcze się taki nie urodził, co … . Jednak spokojnie mogę powiedzieć, iż to, co i jak robi, sprawia wrażenie, że wielu z potencjalnych zainteresowanych – nawet z dość gęsto brzmiącym zestawem – ma duże szanse znaleźć z nim pole do porozumienia. Powodem takiego przypuszczenia jest oczywiście moja testowa przygoda, która mimo oscylowania redakcyjnego zestawu w okolicach solidnego nasycenia znakomicie pokazała, gdzie tkwią walory tytułowego kabla. A rozprawiamy o nie byle jakich walorach, gdyż niełatwo jest tchnąć w zestaw audio dodatkową szczyptę nasycenia, a przy tym nie stracić kontroli nad czytelną prezentacją całości nie tylko w odpowiednim światłocieniu, ale dodatkowo z oddaniem realiów rozbudowania odtwarzanych wydarzeń scenicznych. To potrafi niewielu, w gronie których znakomicie odnajduje się, co bardzo istotne, rodzimy bohater naszego spotkania. Zatem jeśli jesteście na etapie poszukiwań takiego kabla, nie pozostaje nic innego, jak spróbować. W moim odczuciu naprawdę warto.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II, Gauder Akustik Berlina RC-11
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: Sensor 2 mk II
Producent: David Laboga Custom Audio
Ceny: 9 039 PLN/1m; 9 859 PLN/1,5m; 10 679 PLN/2m; 12 319 PLN/3m
Opinia 1
Trzy lata to z perspektywy wieczności tyle co nic, jednak zmieniając punkt widzenia na to, co czuje złakniony publicznych spotkań, wystaw i wszelakiej maści eventów audiofil, to właśnie niemalże wieczność. Całe szczęście wbrew uparcie niechcącej nas opuścić pandemii i perspektywie braku rodzimego, wydawać by się mogło, przynajmniej do zeszłego roku, stałego punktu listopadowego kalendarza, czyli stołecznego Audio Video Show na wysokości zadania stanął Piotr Guzek i co prawda w nieco okrojonej a przy tym obwarowanej pandemicznymi restrykcjami formie, jednak postanowił zmierzyć się materią organizując kolejną odsłonę Wrocławskiego Audiofila. Odsłonę, której zwieńczeniem stała się sygnowana przez również wrocławskiego, dysponującego jedną z najbardziej uroczych miejscówek (salonem Art and Voice / Sztuka i Głos) dystrybutora Audio Atelier, prezentacja systemu złożonego z marek niszowych, nieoczywistych a jak się miało okazać zdolnych wespół – zespół stworzyć byt nad wyraz spójny i stricte high-endowy.
Jak to od lat mamy w zwyczaju do Wrocławia dotarliśmy na tyle wcześnie, by bez większego pośpiechu nie tylko co nieco uwiecznić na fotograficznej klisz … znaczy się kartach pamięci, co nadrobić plotkarskie zaległości z organizatorami, gdyż telefony telefonami, maile mailami, jednak bezpośredni kontakt to zupełnie inny poziom wzajemnych interakcji, nawet w maseczkach dających namiastkę powrotu do normalności. Jednak ad rem, czyli najwyższa pora na iście undergroundowy mix audiofilskich specjałów, których nazwy nie będą obce i zarazem skorelowane z odpowiednią estetyką brzmieniową jedynie dla dość niewielkiej grupy pasjonatów. Od czego jednak internet, wrocławskie spotkania i … my – pełniący służebne role kronikarzy – propagatorów reproduktorów/generatorów i innych „-ów” dźwięków wszelakich w możliwie najwyższej jakości. Zgodnie wcześniejszymi zapowiedziami wieńcząca tegorocznego Audiofila prezentacja miała do szpiku kości analogowy charakter, gdyż rolę jedynego i śmiem twierdzić, iż w zupełności wystarczającego źródła pełnił, znany już naszym Wiernym Czytelnikom m.in. z relacji ze spotkania z Reinhardem Thöressem, niemiecki gramofon Cantano W z firmowym, tytanowym ramieniem Cantano T uzbrojonym w kanadyjską wkładkę Charisma Audio Signature One MC. I na tym etapie, no może z drobnym wyjątkiem obecnego w ww. systemie okablowania Luna Cables, gromadka starych znajomych się kończy ustępując miejsca nie mniej intrygującym nowościom, czyli monoteistycznemu włoskiemu setowi Grandinote, w skład którego weszły przedwzmacniacz gramofonowy Celio i pracujący w klasie A, zbudowany w topologii dual-mono (m.in. potrzebujący dwóch przewodów zasilających) i łączącej brzmienie lamp z wydajnością tranzystorów technologii Magnetosolid® wzmacniacz zintegrowany Shinai, oraz trudne do przeoczenia, naszpikowane przetwornikami niczym świąteczna baba bakaliami kolumny Mach 9. Z tą ponadnormatywną obsadą frontów dziewiątek, to bynajmniej nie przesada, gdyż każda z kolumn może poszczycić się baterią 16 (słownie szesnastu!!!) tekstylnych kopułek wysokotonowych wspomaganych dziewięcioma (tym razem wykrzykniki sobie daruję) nisko-średniotonowców zapewniających skuteczność rzędu 99 dB@1W/1m przy wielce przyjaznej impedancji 8 Ω. Jeśli zaś chodzi o zasilanie i dystrybucję życiodajnych Voltów i Amperów, to owe niezwykle odpowiedzialne zadanie przypadło kolejnemu novum na naszym rynku, czyli hiszpańskiej, przyobleczonej w dystyngowaną czerń, listwie Vibex Granada Platinum.
A teraz, z racji niby znanych, ale jakże „nie naszych” okoliczności przyrody, czyli hotelowej sali i w co najmniej ¾ zupełnie obcych nam komponentów składających się na prezentowany system pozwolę sobie na kilka niezobowiązujących dygresji o tym co i jak wybrzmiewało w sobotnie popołudnie.
Pomijając poprzedzającą oficjalne rozpoczęcie imprezy rozgrzewkę z przykuwającą od pierwszej do ostatniej nuty płytą „Mood Indigo” Niny Simone pierwszych kilka kwadransów Audiofila upłynęło w wybitnie klasycznej estetyce, gdyż Piotr chcąc wprowadzić przybyłych słuchaczy w odpowiedni nastrój i zarazem zarazić własnym umiłowaniem śpiewności skrzypiec, oraz wyrafinowanych orkiestracji dwoił się i troił, by pokazać możliwie szerokie spectrum możliwości rezydującego w Qubusie systemu. I rzeczywiście, śmiało można było uznać iż teamowi (wbrew pozorom to zawsze jest praca zespołowa) Krzysztofa Owczarka (Audio Atelier) udało się osiągnąć niezwykle udaną równowagę pomiędzy rozdzielczością i muzykalnością oraz, co warto podkreślić, pomimo braku jakichkolwiek ustrojów akustycznych zapanowanie nad akustyką ze szczególnym uwzględnieniem basu, który mówiąc wprost nie dość , że nie dudnił, to mógł pochwalić się ponadprzeciętnym timingiem, co jak na hotelowe warunki wcale nie jest takie oczywiste i dla wszystkich osiągalne. Postawiono bowiem na jakość a nie ilość najniższych składowych, dzięki czemu „kościelne” organy (bynajmniej nie mam na myśli episkopatu, lecz za Wikipedią „klawiszowy, aerofoniczny, idiofoniczny oraz największy instrument muzyczny”) może nie trzęsły, jak to mają w zwyczaju, salą zwiewając czapki z głów zgromadzonych, jednak dawały wyobrażenie, że oprócz reprodukowanych w danym momencie dźwięków czegoś tam jeszcze na dole spodziewać się można. Jak jednak sam dystrybutor raczył był wspomnieć do pełnego wygrzania kolumnom jeszcze nieco brakowało, więc finalnie i dołu powinno pojawić się więcej, co potwierdzą/zdementują Ci z Państwa, którzy zajrzeli do Qubusa zarówno w sobotę, jak i niedzielę i dokonali stosownych porównań.
Wracając jednak do tego, co dane było nam usłyszeć, wbrew początkowym – wynikającym z mnogości przetworników, obawom o spójność Mach 9 śmiem twierdzić, iż pod względem koherencji przekazu Massimiliano Magri dokonał wręcz niemożliwego i skonstruował kolumny grające niezwykle punktowo i pomimo swoich gabarytów z łatwością znikające na obszernej i świetnie poukładanej, kreowanej przez siebie scenie. Pomijając klasykę wystarczyło bowiem, by na talerzu wylądował niełatwy, lecz uzależniająco oniryczny i z racji wzajemnego przenikania się partii trąbki, fortepianu, perkusji i kontrabasu daleki od nudy, czy też monotonii album „Human” autorstwa Shai Maestro, który raczył był do swojego projektu zaprosić Jorge Roedera (kontrabas), Ofri Nehemayę (perkusja) oraz Philipa Dizacka (trąbka) a na sali słuchacze zostali wręcz oczarowani, przez co prowadzone zazwyczaj teatralnym szeptem kuluarowe dysputy zostały przesunięte na bliżej nieokreśloną przyszłość na rzecz delektowania się w pełnym skupieniu wyrafinowanymi dźwiękami. I tu od razu nasunęła mi się na myśl jedna refleksja. Otóż o ile, przynajmniej do momentu wybuchu pandemii, wszelakiej maści towarzysko – przedsionkowa paplanina była wydawać by się mogła nieodzownym elementem wrocławskich spotkań, to tym razem przed wejściem do Sali Konferencyjnej było pusto, gdyż zamiast w maskach grupki akolitów dobrego dźwięku wolały już z otwartymi „przyłbicami” prowadzić dysputy na świeżym powietrzu. Całe szczęście jesień w tym roku okazuje się nad wyraz łaskawa, więc co i rusz zza niewielkich chmur wyglądało coraz śmielej słońce i nawet całkiem akceptowalny jak na listopad wiatr niespecjalnie zniechęcał do pogaduszek swoją standardową przenikliwością.
Jak to zwykle z wszelakiej maści wyjazdowymi odsłuchami bywa również i tym razem w ucho i oko wpadł mi poszerzający moje muzyczne horyzonty, nagrany w Monasterio Gandara jednie z użyciem pojedynczego mikrofonu Bruel and Kjaer, album „Será Una Noche” La Segunda, gdzie argentyńskie tango miesza się z lokalnymi ludowymi impresjami, słychać wpływy habanery, czy wręcz afrykańskich rytmów, abstrahując jednak od samej estetyki namacalność i pełna materializacja tak muzyków, jak i wokalistów zasługiwała na najwyższe noty. Po raz kolejny mieliśmy zatem przykład, iż podróże kształcą i o ile tylko mamy taka możliwość warto ruszyć cztery litery i pofatygować się nawet kilkaset kilometrów, by przez dłuższa chwilę spotkać się z podobnymi sobie szaleńcami i pasjonatami dzieląc się fascynacjami i ostatnimi odkryciami muzyczno-sprzętowymi.
Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc i tegoroczny Audiofil przechodzi już do historii. Z naszej strony chcielibyśmy zatem przekazać Organizatorom – Piotrowi Guzkowi i ekipie Audio Atelier podziękowania z zaproszenie i gościnę, zarazem po cichu licząc, iż więcej przerw w funkcjonowaniu tej jakże klimatycznej imprezy już nie będzie a przyszły rok powitamy kolejną, już jubileuszową (dziesiątą) odsłoną. Czego zarówno Państwu, jak i sobie samym szczerze życzymy.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Parafrazując klasyka, w odniesieniu do clou tej relacji śmiało można wygłosić następującą formułkę: „Pandemia pandemią, jednak karawana musi jechać dalej”. O co chodzi? Oczywiście o od dziesięciu lat cyklicznie odbywające się pod egidą Piotra Guzka wrocławskie spotkania z cyklu „Audiofil”. Pacjent jest na tyle konsekwentny w swoim działaniu, że po przymusowym wygaszeniu projektu przez panującą do dziś dnia, niestety negatywną atmosferę dla takich działań w zeszłym roku, w tym postanowił nie odpuścić i przywrócić cykl spotkań do życia. Jak można się domyślać, łatwo nie było, ale suma summarum temat choćby kilku oczekiwanych przez melomanów i audiofilów spotkań udało się doprowadzić do szczęśliwego końca. Tak tak, niestety końca, bowiem przez natłok pracy w sferze codziennej egzystencji pozwolił nam jedynie na pojawienie się na ostatnim akcencie tegorocznego, co istotne już 9 cyklu. Na co, albo lepiej na kogo w odniesieniu do podmiotu dystrybucyjnego, udało się nam, kolokwialnie mówiąc, załapać? Otóż głównym bohaterem prezentacji było wrocławskie Audio Atelier, które ostatnimi czasy podjęło się opieki nad wystawiającą się nawet na naszym AVS włoską marką Grandinote.
Jak można się domyślać, z uwagi na fakt produkcji przez Włochów jedynie elektroniki i kolumn, prezentacja opiewała dodatkowo na kilka innych marek. Na tej liście znajdziemy producenta gramofonów – Cantano, okablowania głośnikowego – Luna Cables, zasilania – Vibex i Hijiri. Jednak nie oszukujmy się, gwiazdą wieczoru, ups. tegorocznych weekendowych spotkań była manufaktura Grandinote. W skład tego teamu wchodziły sporych gabarytów wielogłośnikowe, tak skonstruowane, aby maksymalnie zminimalizować rozbudowanie zwrotnicy, bardzo skuteczne, bo osiągające 99 dB / 8 Ohm, kolumny czerpiące nazwę z ilości przetworników wysokotonowych Mach 9, oddający jedynie 37 W na kanał w klasie A w układzie dual mono, wzmacniacz zintegrowany Shinai oraz przedwzmacniacz gramofonowy MM/MC Celio. Tak w dużym skrócie wyglądał karmiący nasze zmysły słuchu zestaw. Oczywiście zdaje sobie sprawę, iż przedstawione przed momentem informacje konfiguracyjne są bardzo zgrubne, jednak proszę o spokój, gdyż starym zwyczajem naszego portalu pełną wyliczankę tego co zostało pokazane popełnił już Marcin.
Jak to zagrało? Przyznam szczerze, że widząc taką baterię małych głośników, po pierwsze – obawiałem się o spójność prezentacji, a po drugie – mimo dających sumarycznie dużą powierzchnię wielu małych membran średnio-niskotonowców, ilość i jakość basu. I co? I się zdziwiłem, gdyż nie dość, że źródła pozorne ogniskowały się bardzo czytelnie i do tego na szerokiej i głębokiej wirtualnej scenie, to może bez sub-basu, ale w odpowiednim miejscu odsłuchowym na pewno go nie brakowało. Naturalnie puszczane podczas pokazu organy mogłyby mieć większą energię i osadzenie w najniższych rejestrach, ale nie oszukujmy się, jakiemukolwiek ściganiu się na pokazanie maksimum dźwięku prezentowanego zestawu nie pomagała sala konferencyjna goszcząca imprezę i przy okazji stojące u podstaw powstania tego projektu założenia o wysokiej skuteczności kolumn. Niestety życie jest pełne kompromisów i nic na to nie poradzimy, dlatego biorąc pod uwagę wspomniane przeciwności losu, w moim odczuciu brawa za uzyskany tego dnia wynik soniczny należą się nie tylko inżynierom odpowiedzialnym za skonstruowanie użytych komponentów audio, ale również, a być może przede wszystkim przedstawicielom dystrybutora za na ile było to możliwe, sprostanie wymaganiom zapewnienia dobrej jakości dźwięku wielu osobom na raz w zbyt dużej dla zestawu kubaturze. Wiem coś o tym, bo kilkukrotnie pomagałem w tego typu przedsięwzięciach i zapewniam wszystkich potencjalnych krzykaczy, że to nie jest łatwa sprawą. Dla mnie to co usłyszałem, a trzeba wspomnieć, iż repertuar był różnorodny z materiałem grupy Black Sabath włącznie, po znalezieniu optymalnego miejsca było zaskakująco dobre. Swoboda prezentacji, lokalizacja wirtualnych bytów, dobry, co ciekawe, nigdy nie buczący bas, a gdy wymagał materiał muzyczny, wszystko podane raz z odpowiednią plastyką, a innym razem wyrazistością. Dlaczego piszę, że jedynie dobre? Dlatego, że jeśli coś takiego wydarzyło się na obarczonej milionem niewiadomych hotelowej prezentacji, w kontrolowanych warunkach domowych być może każe zdjąć mi przysłowiowe „majtki” przez głowę. Przesadzam? Czy ja wiem. Wszystko zależy od punktu odniesienia i oczekiwań słuchacza. Trzeba było się pofatygować, wówczas wiedzielibyście o czym piszę. Ja po dotarciu na wrocławskiego „Audiofila” zobaczyłem wielką salę i kupę skupionych ludzi, które przy wsparciu elektroniki i stosownego okablowania bez problemu zostały ogarnięte przez oprawione w skrzynkę z MDF-u kilkanaście małych głośniczków. Cuda? Nic z tych rzeczy. Po prostu na ile pozwalały realia tego typu wydarzeń dobrze przygotowana prezentacja.
I tym optymistycznym akcentem zakończę swój opis sobotnich bojów przy muzyce. Na koniec dziękując organizatorowi Piotrowi Guzkowi za zaproszenie, dystrybutorowi Audio Atelier za ciekawie grający set, a przybyłym gościom za miła atmosferę, przy okazji życzę sobie i być może Wam, aby podobne działania miały miejsce również w przyszłym roku. Nawet jeśli któraś z prezentacji nie będzie naszą bajką, inicjatorom tego typu przedsięwzięć zawsze należy być wdzięcznym za możliwość nabrania dodatkowych, często nie do przeżycia we własnym środowisku domowym, konfiguracyjnych doświadczeń. Bez względu na wszystko, dla mnie jest to największą wartością tytułowego cyklu spotkań przy muzyce.
Jacek Pazio
Opinia 1
Co jak co, ale gdy ktoś określa się miłośnikiem obcowania z muzyką w domenie analogowej, jest więcej niż pewne, że zna będącą clou naszego spotkania niemiecką markę Transrotor. Powodów jest wiele. Pierwszy to jej bogata, co istotne rozpoczynająca ofertę produktów od poziomu zwykłego Kowalskiego po ekstremalny High End, oferta. Kolejnym wykorzystujące najnowsze technologie zaawansowanie techniczne i design każdego produktu. Ale chyba najważniejszym jest w ramach założonego budżetu maksymalizacja jakości dźwięku na dosłownie każdym poziomie cenowym. A to nie koniec związanych z nią dobrych wieści, bowiem wiele modeli gramofonów Transrotora zostało tak skonstruowanych, aby bez przymusu odsprzedaży dało się je upgrade’ować, a co za tym idzie, bezstresowo wspinać się po drabince wtajemniczenia. Zaskoczeni? Myślę, że większość z Was nie. Dlatego też bez dalszego rozwadniania tekstu znaną wszystkim istotą bytu na rynku tej manufaktury, zdradzę, z czym z portfolio panów Räke zmierzymy się w tym podejściu testowym. Otóż miło jest mi poinformować, iż na tę okazję warszawsko-krakowski dystrybutor Nautilus z pełną dbałością o dobry wynik soniczny zaproponował do zaopiniowania ciekawy analogowy konglomerat, w skład którego wszedł gramofon Transrotor Leonardo 40/60 TMD z ramieniem Regi RB-880 i wkładką Phasemation PP-200. Dla mnie to zapowiedź fajnego brzmienia. Jednak co z tego wynikło w praktyce, znajdziecie w poniższej epistole.
Być może zabrzmi to zabawnie, ale jak widać, na załączonych fotografiach naszego bohatera prawie nie widać. Spokojnie. To jest cel sam w sobie pozwalający wpisać się w wizualne potrzeby jednej z grup stawiających na wizerunkowy minimalizm, spośród szerokiej rzeszy klientów tej firmy. Oczywiście mowa o wyciętym z przezroczystego akrylu chassis, które w centrum zostało uzbrojone w łożyskowany systemem tłumienia drgań TMD talerz, w tylnej części lewej flanki otwór do aplikacji stabilizowanego na podłożu całości konstrukcji silnika napędzającego wspomniane łoże dla płyt winylowych, a po przeciwnej stronie tandem ramienia Regi z wkładką Phasemation. Co ciekawe, w celach odpowiedniej stabilizacji konstrukcji, 3 stopy tytułowego Leonardo nie są zintegrowane z podstawą, tylko jako pojedyncze elementy dość swobodnie stawianymi pod nią, zwieńczonymi przezroczystą gumką, aluminiowymi krążkami. Powód? W moim odczuciu jest to bardzo udany zabieg wzmacniający wizualną lekkość gramofonu. Sam talerz podobnie do podstawy, również wykonano z akrylu. Jednak tym razem dla delikatnego przełamania ewentualnej designerskiej monotonii został zmatowiony, zaś w dbałości o solidną stabilizację leżącej na nim płyty dodatkowo zwieńczony nakładanym nań dociskiem. Jeśli chodzi o kwestię regulacji prędkości obrotowej 33,3 / 45 obrotów, tę regulujemy odpowiednim usadowieniem gumowego paska na zintegrowanej z osią silnika, dwuśrednicowej rolce napędowej. Natomiast temat karmienia owego silnika życiodajną energią elektryczną rozwiązuje pozwalający odsunąć go od gramofonu i schować w dogodnym miejscu, wyposażony w włącznik główny zewnętrzny zasilacz.
Czym ugościł mnie testowany zawodnik? Najważniejszą cechą była wyrazistość działania. Nie oferował płaczliwego rozwadniania muzyki na bliżej nieokreśloną dźwiękową magmę z symbolicznymi elementami informacji – niestety wielu gramofoniarzy właśnie taką projekcję utożsamia z analogowym sznytem grania, tylko kwintesencję jej walorów typu dobry atak, fajna krawędź, solidny pakiet danych o zapisanym materiale, a wszystko zaprezentowane w estetyce unikania przegrzania przekazu. Owszem, to dla co poniektórych mogłoby okazać się zbyt dosłownym działaniem, jednak zapewniam, bez względu na format muzyka powinna żyć i tryskać energią, a nie sprawiać wrażenie ospałości jak po zażyciu pavulonu, dlatego byłem rad, że spełniając jej najszlachetniejsze założenia, w zależności z której strony na niego spojrzymy, półprzezroczysty Leonardo pokazywał ją z tej radosnej strony. Oczywiście końcowe brzmienie stosowną konfiguracją kablową spokojnie można było przekuć na znacznie bardziej wylewną barwowo i wagowo modłę, jednak z chęci pokazania jego fajnego w odbiorze wigoru z premedytacją tego nie uczyniłem. Co dostałem w zamian?
Po prostu życie, którego pierwszą jaskółką była widniejąca na fotografiach japońska free-jazzowa kompilacja oficyny Enja. To było świetne oddanie zamierzeń tego typu twórczości z jej największymi walorami, czyli pełnią ekspresji, szybkości zmian tempa i dosłowności często bardzo wyrazistych instrumentalnych pasaży. Owszem, będąc w pełni szczerym, idąc za swoimi preferencjami, widziałbym ten materiał z nieco większym pakietem masy, ale wówczas mogłoby to być naginanie rzeczywistości, a nie oddanie prawdy o nie tylko tego rodzaju muzyce, ale również estetyce japońskiego, często nieco jaśniej masterowanego, dodam, że wiekowego, bo z 1973 roku, tłoczenia. Dlatego bez jakiegokolwiek marudzenia, ba, z niekłamaną ciekawością przesłuchałem tę płytę do końca wytłoczonych na każdej ze stron rowków.
Kolejnym materiałem był rock spod znaku Pink Floyd „Animals”. W tym przypadku moje soniczne odczucia były bardzo zbieżne z częścią jazzową, z tą tylko różnicą, że muzyka zyskała dodatkowy zastrzyk witalności. Tak jak poprzednio mogłaby być zaoferować minimalnie większy pakiet nasycenia, ale wiedziałem, że tego nie zrobiła, gdyż zamierzenie chciałem sprawdzić prawdziwe „ja” tak skonfigurowanego, zaznaczam, że i tak już świetnie grającego Transrotora Leonardo.
Na koniec kilka zdań o rodzimej wokalizie Agi Zaryan „Remembering Nina & Abbey”. Nie wiem, czy znacie tę pozycję, dlatego zaznaczę, iż jest bardzo mocno podkręcona w domenie basu. Mało tego. Pokusiłbym się nawet o określenie go jako przewalonego, co w rozdzielczym systemie z dużym marginesem tolerancji jeszcze daje się fajnie odtworzyć, ale w przypadku posiadania mocno osadzonej w masie układanki przygoda kończy się spektakularną porażką. Tymczasem nasz bohater opisanymi przed momentem walorami dźwiękowymi nie tylko tchnął w ten materiał niezbędny pakiet oczekiwanego oddechu, ale przy okazji zebrał dźwięk w sobie, jak na dłoni pokazując nie tylko świetny warsztat wokalny pani Agi, ale przy okazji wyczuwalne flow pomiędzy nią i wtórującymi jej muzykami sesyjnymi. Szczerze? Chciałbym, aby ten krążek brzmiał w ten sposób za każdym razem. Niestety realizatorzy tego wydarzenia muzycznego zbytnim osadzeniem muzyki w masie dla większości analogowych konfiguracji uczynili go tak zwanym półkownikiem, czyli pozycją nigdy nie opuszczającą raz zajętego miejsca w regale. Na szczęście większość to nie wszyscy, czego ewidentnym potwierdzeniem jest opiniowany dzisiaj Transrotor Leonardo 40/60 TMD. Nie zabił muzyki symptomami anoreksji, tylko odpowiednio wyważył i doświetlił. Zrobił niby niewiele, jednak w ostatecznym rozrachunku efekt jest nad wyraz satysfakcjonujący.
Kończąc ten mam nadzieję ciekawy informacyjnie test, powiem tak. Bez względu na Wasz odbiór tego gramofonu po próbie na własnym żywym organizmie jedno jest pewne. Transrotor nie owija w bawełnę, serwując słuchaczowi być może miłą dla ucha, jednak w wartościach bezwzględnych kłamliwą pakę muzyczną, tylko wali otwartym tekstem, co zapisano na czarnym krążku. Raz ostro, innym razem z większym oddechem, a jeszcze innym ratując materiał przed banicją. Czy to zabawka dla każdego? Niestety nie. Ale proszę o spokój, gdyż owo „nie” jest zależne od Waszych niby preferencji, a tak po prawdzie wiedzy, co powinna nieść ze sobą dobrze odtworzona muzyka. Tłumacząc to z polskiego na nasze, wyjaśniam, iż jedynymi stojącymi w opozycji do brzmienia testowanego Leonardo są piewcy barwy, esencji i masy dźwięku ponad wszystko. Cała reszta po odpowiedniej konfiguracji bez problemu ma szansę na uzyskanie u siebie ciekawego, bo pełnego życia analogowego dźwięku. A przecież o taki w zabawie w gramofon chodzi. Nieprawdaż?
Jacek Pazio
Opinia 2
W czasach gdy nader często ilość niestety nie idzie z jakością a ogrom wyboru może przyprawiać o chroniczne zawroty głowy rozsądnym wydaje się kierowanie się logiką, chłodną głową i doświadczeniem. W dodatku, w przypadku ostatniego z ww. kryteriów bynajmniej nie jesteśmy zdani na doświadczenie własne, lecz zgodnie z regułą mówiąca, iż najlepiej uczyć się na cudzych błędach, wystarczy po pierwsze śledzić perypetie i walkę z przeciwnościami losu innych a po drugie, zamiast sensacyjnych produktów jednosezonowych efemeryd, które równie szybko jak się na rynku pojawiają, tak szybko znikają bez śladu, lepiej zawierzyć markom, które w danym segmencie i na danym asortymencie mówiąc potocznie zjadły zęby. Tym oto sposobem, dość niepostrzeżenie i mimochodem zbliżyliśmy się do bohatera niniejszej opowieści, czyli wytwórcy, którego nikomu, choćby blado zorientowanego w analogu przedstawiać raczej nie trzeba, czyli niemieckiego Transrotora i jego nader transparentnej – tak w przenośni, jak i dosłownie (naocznie?) – propozycji dla miłośników czarnej (i nie tylko) płyty – gramofonu Transrotor Leonardo 40/60 TMD. Jak to jednak doświadczenie, znaczy się empiria, uczy ekipa Nautilusa nie byłaby sobą, gdyby czegoś w fabrycznej konfiguracji nie poprawiła, dzięki czemu dostarczony na testy egzemplarz zamiast w standardową wkładkę MC Merlo wyposażono w „nieco” wyższych lotów „rylec” Phasemation PP-200.
Jak Leonardo wygląda sami Państwo widzicie, choć może to lekka przesada, gdyż przynajmniej plinta w niemieckiej szlifierce, niby jest, to jakby jej nie było. Spora w tym zasługa 40 mm płata transparentnego akrylu z którego ją wykonano. Jest to też poniekąd część nazwy naszego dzisiejszego gościa, gdyż właśnie jej grubość wespół z 60-ką – czyli wysokością już mleczno-białego, jednak również akrylowego talerza określa przybliżoną wysokość całej konstrukcji. Skoro o talerzu mowa to osadzono go na hydrodynamicznym łożysku ze sprzęgłem magnetycznym. Z racji zaprzestania sprzedaży ramion przez SME, oraz dość wysokich cen produktów własnych Transrotora Leonardo wyposażono w zaprojektowane przy użyciu technologii 3D CAD & CAM 9” ramię RB-880 Regi, na którym z kolei zamontowano wspomnianą we wstępniaku wkładkę Phasemation PP-200. Warto też wspomnieć iż obecna, wizytująca nasze skromne progi, inkarnacja Leonardo to następca, lub jak kto woli większy brat nieco „szczuplejszej” wersji 25/60. Zgodnie z tradycją zarówno trzy masywne, toczone i o dziwo niezwiązane na stałe z plintą nogi, jak i podobnie jak one, solidny docisk wykonano z polerowanego aluminium. Takiż sam korpus otrzymały podstawa ramienia i korpus silnika, z którego osi napęd przekazywany jest okrągłymi, gumowymi paskami (w trakcie testów sprawdziliśmy opcję z pojedynczym i też zdała egzamin) na subplatter. Z racji braku niestanowiącego standardowe wyposażenie zasilacza chociażby w stylu Konstant Eins wymuszał manualną zmianę prędkości obrotowej poprzez przełożenie paska/-ów na rolce.
Co by jednak nie mówić nawet nie wiadomo jak atrakcyjna aparycja, której nie sposób odmówić tytułowemu gramofonowi, ma się nijak do tego, do czego owa konstrukcja została stworzona, czyli do może nie tyle grania, gdyż nie mamy do czynienia z instrumentem per se, a jedynie reprodukowania zapisanych w winylowych rowkach informacji. A tę akurat czynność Leonardo 40/60 TMD wykonuje nader skrupulatnie i sumiennie. Już od pierwszych taktów słychać, iż mamy do czynienia z przedstawicielem nurtu dążącego do możliwie obiektywnego spojrzenia na odtwarzany materiał i dyskretnego usuwania własnej obecności w cień. Jest to też nader jasny i mam nadzieję czytelny sygnał dla wszystkich tych z Państwa, którzy mówiąc gramofon mają na myśli brzmienie na swój stereotypowy sposób jeśli nie „magiczne”, to przynajmniej „czarujące”. Tymczasem nasz dzisiejszy gość ani myślał roztaczać czar i swój urok tam, gdzie realizatorzy przyszli do pracy zamiast pracować, bądź forma samych wykonawców mówiąc najogólniej pozostawiała sporo do życzenia. W telegraficznym skrócie w ciągu kilku pierwszych rozgrzewkowych sesji niejako podświadomie i mimochodem dokonałem automatycznej selekcji przytarganej do OPOS-a płytoteki na część, do której z dziką rozkoszą wracałem i pozostałą „stertę”, która jeśli Leonardo zagościłby u nas na dłużej niezbyt często bym zerkał. O ile drugą grupę pozwolę sobie litościwie pominąć, to do pierwszej z pewnością można zaliczyć recenzowane już na naszych łamach, „tuningowane” przez Dali akustyczne wydawnictwo „Let The Hard Times Come” Jacoba Dinesena, jak i rodzimy elektroniczny majstersztyk „Panta Rhei II” dream teamu Przemysław Rudź / Tomasz Pauszek / Wiktor Niedzicki. Zbyt duży rozstrzał gatunkowy? Możliwe, jednak odkąd sięgam pamięcią wychodziłem, wychodzę i mam nadzieję, że jeszcze długo wychodzić będę z założenia, iż dobry sprzęt powinien poradzić sobie z każdym repertuarem. Dlatego tez zaczynając od akustycznego rocka z głębokim wokalem Dinesena i nader oszczędnym akompaniamentem z łatwością jesteśmy w stanie docenić precyzję, z jaką Transrotor kreuje, zawiesza każdy dźwięk w przestrzeni i z jaką pieczołowitością z owych dźwięków tka misterną pajęczynę kolejnych utworów. Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż próżno w tym wydawnictwie szukać przysłowiowego „szumu płyty”, gdyż ani sam nośnik, ani tym bardziej konstrukt napęd-ramię-wkładka takowych ciągot nie mają. Jest czysto, dla co poniektórych pewnie nawet aż za bardzo, rozdzielczo i niezwykle prawdziwie – autentycznie. Z kolei na „Panta Rhei II”, gdzie pozornie oniryczne, elektroniczne dźwięki z mniej rozdzielczych gramofonów potrafią przypominać nieco impresjonistyczne plamy z Transrotora zostały wyśmienicie zdefiniowane i poddane precyzyjnej gradacji.
Jeśli jednak kogoś z Państwa naszłyby wątpliwości, czy powyżej opisana precyzja co i rusz puszczająca oko w kierunku analityczności nazbyt nie przetrzebi naszej płytoteki pozwoliłem sobie na mlecznym talerzu Leonardo położyć oba (oczywiście nie jednocześnie, lecz jeden po drugim) krążki „Hardwired…To Self-Destruct” Metallici, czyli album z audiofilskością mający tyle samo wspólnego, co szyba z szybowcem i … I zaczęła się bezpardonowa metalowa jazda bez trzymanki. Szaleńcze tempa, niemalże garażowa szorstkość i dynamika na poziomie nie dającym nawet chwili wytchnienia. Krótko mówiąc niemalże idealna recepta za … sromotną porażkę. Tymczasem okazało się, iż nawet takie mało cywilizowane klimaty transparentnemu Niemcowi niestraszne i o ile tylko reszta toru podoła (a nasza podołała), to nic nie stoi na przeszkodzie, by dodać kilka oczek w skali głośności i dać czadu. Tutaj nie było miejsca na chłodną kalkulację, na oglądanie każdego dźwięku pod światło i niespieszne układanie sudoku. O nie, dźwięki wypluwane przez kolumny z prędkością szybkostrzelnego karabinu maszynowego siały spustoszenie niczym serie z rodzimego WLKM 12,7 lub kojarzonego z Commando M134 Miniguna. W rezultacie po nieco ponad godzinie takich ekstremalnych doznań z chęcią zrobiłem sobie dłuższą chwilę odpoczynku. Warto w tym momencie podkreślić fakt, iż jakże problematyczny ze względu na iście szaleńcze tempa bas cały czas przez Transrotora trzymany był w iście stalowym uścisku, jednak bez ułatwiającego ów efekt osuszenia, czy też odcięcia najniższych składowych, co wcale nie jest takie oczywiste.
Nie da się ukryć, że używając pewnego skrótu myślowego i zarazem oczywistego uproszczenia-spłycenia tematu Transrotor Leonardo 40/60 TMD gra w sposób zaskakująco zbliżony, do tego jak się prezentuje pod względem designu. Mamy zatem do czynienia z dźwiękiem niezwykle czystym, klarownym i transparentnym, więc jeśli ktoś szuka spowolnionego rozmarzenia i seksownych krągłości nawet tam, gdzie sami twórcy by się ich nie spodziewali, to … musi stety/niestety szukać dalej. Jeśli jednak rozglądacie się Państwo za konstrukcją, która pokaże co tak naprawdę zostało zapisane na egzystujących w Waszych płytotekach winylach, to wybór Leonardo będzie nader logicznym posunięciem. A niejako na deser, na odwieczne pytanie czy da się lepiej z czystym sumieniem odpowiem twierdząco, i jako przykład podam mojego faworyta w portfolio Transrotora, czyli operującego na „nieco” wyższej półce i „chodzącego” w nieco cięższej wadze La Roccia Reference. Jak jednak nadmieniłem, to nieco inna liga, więc nie ma co się dziwić, że jest również lepiej aniżeli w przypadku naszego dzisiejszego bohatera. Całe szczęście różnice cen niejako z automatu wykluczają nie tylko zjawisko kanibalizmu w obrębie marki, minimalizując ewentualne dylematy i rozterki moralne potencjalnych nabywców, lecz dają motywację akolitom analogu do mozolnego wspinania się po kolejnych szczebelkach zaawansowania.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II, Gauder Akustik Berlina RC-11
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Theriaa, Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Nautilus / Transrotor
Ceny:
Gramofon Transrotor Leonardo 40/60 TMD z ramieniem RB-880 9”: 19 590 PLN
Wkładka Phasemation PP-200: 5 290 PLN
Opcje dodatkowe: Pokrywa przeciwkurzowa 1 390 PLN
Dane techniczne
Transrotor Leonardo 40/60 TMD
• Chassis: przezroczysty akryl o wysokości 40 mm
• Talerz: matowo-biały akryl,
• Łożysko: hydrodynamiczne ze sprzęgłem magnetycznym (TMD), 6 kg, 60 mm
• Wymiary (s x g x w): 44 x 39 x 19 cm
• Waga: ok. 24 kg
• Akcesoria: aluminiowy docisk płyty
Phasemation PP-200
• Typ: Moving Coil
• Impedancja: 4 Ω
• Siła nacisku igły: 1.7g – 2.0g
• Napięcie wyjściowe: 0.3mV
• Podatność: 8.5μ/mN
• Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 30 kHz
• Separacja: 25 dB
• Wspornik: Pręcik borowy Ø 0.26 mm
• Zwieńczenie igły: Diament
• Magnes: Neodym
• Materiały: Duraluminium, Aluminium
• Waga: 10.5
Linn przedstawił nową wersję referencyjnego gramofonu Klimax LP12. Mamy tutaj do czynienia z konstrukcją modułową, a więc z możliwością modyfikacji i dalszej rozbudowy. Dzięki temu będzie można wzbogacić ten nowoczesny klasyk o najnowsze, przełomowe rozwiązania techniczne firmy Linn, sprawiając, że Klimax LP12 w przyszłości stanie się jeszcze lepszy.
Projektanci wyposażyli Klimax LP12 w nowy układ Radikal, który obejmuje niezwykle dokładną technologię zarządzania prędkością obrotu płyty, cicho pracujący zasilacz i nowoczesną konstrukcję silnika. Najnowszy gramofon wznosi się na wyżyny wierności przetwarzania sygnału audio, co jest zasługą eksperymentów w dziedzinie materiałoznawstwa. Ich kulminację stanowi przełomowa wkładka Ekstatik, tworząca „harmonijną synergię” z ramieniem Ekos SE.
Udoskonalona konstrukcja układu Radikal
Zastosowana w nowej wersji układu Radikal technika kontroli prędkości zapewnia stabilne, równomierne obroty bliższe 33 1/3 RPM, niż w przypadku jakiegokolwiek innego gramofonu.
Nawet najbardziej wymagający użytkownicy mogą cieszyć się muzyką na wysokim poziomie, dzięki jednostce sterującej silnikiem (MCU) zarządzanej przez stopień przetwarzania FPGA (ang. Field-Programmable Gate Array) i najnowszej technologii silnika – wszystko po to, aby osiągnąć płynne obroty talerza i najniższe jak dotąd zmierzone wartości tzw. dryftu. Ponadto najnowocześniejsza konstrukcja silnika DC Radikal generuje minimalne zakłócenia elektromagnetyczne, skutecznie eliminując je jako źródło zniekształceń w przetwarzanym sygnale.
Inżynierowie dopełnili wszelkich starań, aby całość uczynić mechanicznie cichszą niż kiedykolwiek. Dlatego też całkowicie nowa obudowa odprzęga silnik od pokładu bardziej efektywnie, a w samym silniku znalazły się cichsze regulatory napięcia i mniejsze komponenty.
Zaawansowany układ zasilający
Udoskonalona konstrukcja płyty głównej nowego układu Radikal czerpie z zalet cichych szyn zasilających, gwarantując najniższy w historii poziom szumu. 6-warstwowa płyta pozwala skrócić ścieżki sygnałowe, zmniejszyć liczbę komponentów oraz zminimalizować ogólny szum, poprzez dedykowane płaszczyzny masy i zasilania. Dodatkowo ciche, regulowane szyny zasilające dostarczają nieskazitelnie czystą moc do silnika, co przekłada się też na jeszcze lepsze brzmienie przedwzmacniacza gramofonowego Urika II.
Ekstatik – referencyjna wkładka MC
Chcąc jeszcze bardziej ulepszyć wkładkę Kandid, Linn zdecydował się sięgnąć po bardziej zróżnicowane materiały. Producent testował różne materiały i konfiguracje korpusu, wkładek, wsporników, zawieszenia, uzwojeń i przewodników, czego efektem jest Ekstatik – nowy „klejnot w koronie” wśród wkładek szkockiej marki.
Ekstatik wyznacza najwyższe standardy pod względem synergii ramienia oraz wkładki. Wyjątkowa konstrukcja tego flagowego modelu tworzy unikalną synergię z Ekosem SE. Odprowadza więcej zbędnych rezonansów wzdłuż ramienia i na zewnątrz poprzez sub-chassis. Korpus Ekstatika konstrukcyjnie przypomina „plaster miodu”, a masę wkładki zredukowano do zaledwie 7 g.
Poszukując coraz lepszych materiałów, eksperymenty doprowadziły inżynierów firmy Linn do zastosowania brązu i aluminium. Elementy wykorzystujące te materiały znalazły się we wkładce Ekstatik, pozwalając uzyskać wspaniałą jakość dźwięku.
Konstruktorzy na szafirowym wsporniku umieścili igłę ze szlifem typu Micro-Ridge, powodując, że wkładka jest wyjątkowo czuła. Szafir jest dużo sztywniejszy niż bor czy aluminium, co przekłada się na mniejsze straty pomiędzy trzpieniem a generatorem. Tym samym otrzymano niebywale zwinną, czułą wkładkę o niesamowitych osiągach, które uzyskano dzięki zastosowaniu wspomnianych materiałów. Wszystko w mistrzowsko dopasowanych, unikalnych konfiguracjach.
Najnowsze elementy – układ Radikal i wkładka Ekstatik MC – standardowo mocuje się w gramofonie Klimax LP12, aczkolwiek są one dostępne także jako opcjonalne ulepszenia dla dotychczas dostępnych gramofonów Linna.
Cena i dostępność
Sugerowana cena detaliczna modelu Klimax LP12 z pełnym wyposażeniem wynosi 123 399 zł. Szczegóły u autoryzowanych sprzedawców.
Opinion 1
You can say what you want, but in my opinion there is no other brand splitting our environment as our today’s hero. Of course, there are a few manufacturers, who can operate with a similarly brilliant marketing, preferring highly recognizable distinctness, but let us not be mistaken, the combination of the words Gauder and Accuton can divide us more than sport or politics. Why? The tuning of the rigid, ceramic speakers with steep, 50-60 dB/octave, filters used by the company cuts off the lovers of harder sounds from the eulogists of vivid sounds like a samurai sword. Result? The brand does not take any prisoners, it induces only two states – either you love it or hate it. I know that, as I tested it myself many times. But based on all those reviews, including the last two and the current one – I am talking about the tests of the Darc-100 and Darc-140 – I have an interesting information to share. Well, the characteristics I mentioned above, the expressive, and thus not easy to accept, characteristics of Gauder Akustik loudspeakers evolve since about two years. What does this mean? Please do not be afraid. The introduction is not the right paragraph to put all my cards on the table. For now I can only reveal my king of spades – I hope you do know, that spade is the card color reigning supreme, as well as the flagship from Gauder Akustik, the model Berlina RC-11 Black Edition, provided to us by the Katowice based RCM in a gigantic logistic effort. Yes, yes, we have in our listening room the top of the tops of loudspeakers available on the Polish market. What came out of that? Is this the proverbial rabbit we are chasing? And finally – was the sound worth the amount of money the manufacturer is asking for those speakers? If you are interested in the responses to those questions, please be invited to continue reading, the maybe overly lengthy, text below.
The paragraph about the construction of the speakers, due to the sparse information available on the manufacturer’s web page, will be quite short. The things I can tell for sure, is that in the construction bend rungs were used, bolted together and painted black with a piano lacquer. Those are wider in the front and run together to the back. But this is not all, as you can see on the photographs, the tested model has two bass sections, positioned above and below the mid-treble section located in the middle. R. Gauder wanted to avoid any deteriorating influence of the vibration generated by the four 22cm woofers on the midrange and treble, so he went for a proprietary solution. First of all, both bass modules are connected with polished aluminum columns. Secondly – the top part of the bottom bass section is used as a soft support for the mid-treble section. Competition usually places similar sets of drivers in one cabinet, but according to RG this is a shortcut, and should never be used in extreme High End. This much about the cabinets. Let us move on following the interesting bits of information. The first one is the set of drivers used for this four-way speaker – for many, including myself, an obvious thing yet very important thing. In the tested speakers, in the newest version called Black Edition, we have two re-designed diamond speakers – one for the treble and upper midrange, one ceramic for the lower midrange and – here comes a novelty – four aluminum woofers – yes, yes, instead of ceramic low frequency drivers we have aluminum Accutons here. The second novelty is the change of tuning – instead of 50 dB/octave we have 60 dB/octave. The third change is the impedance of the speakers being 4 Ohms. Unfortunately there is no information disclosed about sensitivity disclosed. It is … sufficient. And that is all we can get. Finally, I need to mention the optional plinth supplied with the speakers, called Big Foot, placed on adjustable spikes and the weight – which comes to a significant 212 kg for each of them (over 300 kg in the transport trunks). Fortunately the distributor promises to install them at their destination, so you will not need to carry them around yourself.
So how did I perceive the sound of the heroes of this test? Let me put it this way. The Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition showed, that bigger means more from the first note they played. But in this case this “more” meant something else than you are used to think when reading this statement, as it was something I did not count on, even in my wildest dreams. Of course, in some obscure corner of my soul, I have cultivated the expectation of similar sound, but when I moved through my room most of the top speakers offered in Poland, using my electronics to drive them, this kind of sound looked like an utopia. In many cases things seemed to be all right, but there was always a “but”. It did not degrade my view on the given set of speakers, but forcing me to find a way to resolve it. Yet those monstrous, 200kg speakers, satisfied all of my expectations. I will even say more – even those expectations, that were a bit exaggerated, but built based on previous experience. What expectations you will ask? They could sound trivial. A strong, controlled, and most importantly, highly resolved lower end; a saturated, pulsating with energy, yet as informative as the bass, midrange and a non-obtrusive treble, presenting the full spectrum of information against not a black background, but a void, and all that presented with ease using the full range of volume. This is seemingly something that many speakers can do, but in this case „seemingly” is the key word. What do I mean with that? I will not describe the elementary characteristics here, as on this price level many of you might be offended with telling the obvious, but I will refer to two sets of speakers, which touched my emotions deeply, and which are a kind of phenomena on their price shelves, while one being double the price of the other. I know this is painful, but we are operating in the range of quality extremes, where the prices becomes almost irrelevant. If you can afford it, they you buy it. If not – they you are just happy you could witness something interesting.
First my own speakers, the Dynaudio Consequence Ultimate Edition. They are phenomenal. Incredible timbre, attack, resolution, speed and energy, accompanied by an outstanding creation of the world of the reproduced music, not only in 3D, but also in terms of swing and precision of the presented sound stage. Nothing else than to sit down and enjoy any genre of music for hours. Practically there is no repertoire, that would pose any challenge to them. If something is to hit me badly, it does, punishing my ears with a cacophony of notes. If some formation invites me to a concert in a church, I move there and then immediately. And when the transport spins a disc of one my beloved, intimately singing vocalists, then, based on the recording choices, she either sits on my lap, or juggles my emotions from afar. So it could seem I am dealing here with an absolute perfection. But I mentioned earlier, that many years of experience showed, that listening to music has another important aspect. Which one? I mean the last point of the thing I mentioned – unconstrained presentation. Be assured, the Dynaudio do that very well, but you should not be mistaken, when confronted with larger speakers, they sometimes give the ground to the competition.
A certain step forward were the speakers I almost considered – unfortunately due to the fact, that their bass section needed to be fed with low level signal, they were not universal enough – the Gryphon Trident II. Of course I mean a step in the direction of ease of presentation, without any shortness of breath at high volumes and without issues of reproducing the energy of the sounds at less pronounced levels. Translating it into common language – while listening at high volumes, the Danish speakers reproduce sound without any issues. They spit it out. There are no limits, you can feel they break no sweat. This is so seductive, that once you hear it, then for many, including me, the world will never be the same. And it does not matter, that the earlier mentioned Dynaudio have a higher resolution of the lower registers – the Gryphon, while perceived as having a phenomenal punch, have a slight tendency to equalize them, but it is important, that music presents the calmness, reserved only for big speakers. But I am not talking about calmness, like in everything being averaged in the sound, but about creating sound without a trace of fight against physics. And I assure you, this is audible at every volume level. But there is one caveat – to fully understand, what I am talking about, you must have had a chance to witness that. Without this experience, our discussion is like talking about UFOs. Anyway, summarizing the description of those speakers, let me put things in the following way: the experienced jump to absolute freedom results in the fact, that the Gryphon are more convincing as a whole, as bigger can more, despite the fact, that the Dynaudio reproduce the lower registers in a slightly more interesting way.
But let us finally move to the Gauder; this test is somewhat different than usual, as I wanted to show you, where you can find the phenomenon of the tested speakers. So where is it? I do not know how, but those monsters, despite being similar to the Gryphon in size, combine the strengths of both the speakers I described a moment ago. How on earth can you combine something that is already brilliant and add something to it? This extra thing could be described as deepening of the assets of both predecessors. On one hand the German speakers follow the path set by the bigger Scandinavians – the sound is unconstrained and has appropriate presence, while on the other, they offer the resolution of the bass similar to the Dynaudio. Looking at this situation from current perspective, I would say, that compared to the Gauder, the Dynaudio reproduce the energy of the bass brilliantly, for their price, but still lack a tiny bit there, while the Trident II, while not being far away from the quality of the Consequence, do lower the amount of information provided. The effect is, that the tested speakers not only allow us to hear the music, but also to feel it, like a pulse of a toddler. And additionally, the force of this pulse depends on the instruments reproduced at the given moment. Without enlarging of the smaller ones or making the larger small. You need no effort to hear the slightest touches to the instruments, swallowing of the saliva of the vocalist, or the aura of the recording. But you do not only get the energy used to create a sound, but also the effect of it, coming from the size of the instrument. I usually present this based on the reaction of the membrane of the big kettle, when touched by the stick. Of course I would be lying, when I would tell you, that the compared speakers are unable to replicate this feature. They can, but not in such a real way, so differentiated in terms of energy and resolution. But how is this possible? Maybe I am wrong, but in my opinion this is the result of how clean the information is presented. The diamond tweeter and upper midrange driver, ceramic lower midrange and aluminum woofers make the sound being reproduced like hanging in a void. However I need to make one remark. Such a great result of presenting the sound without a trace of harshness, and compared to the other speakers, with a light distancing, however brilliantly balanced in terms of available information, is coming from the decision of the manufacturer, to tune the speakers different than before. Already when I reviewed the Darc 140 I did notice, that Roland Gauder changed his approach, and resigned from the very hard sound edges, which were sometimes a bit too strong for some listeners, in favour of sound fluency. It still had all the information, but much more accessible for many music lovers. But is this still the Gauder sound school? Absolutely yes, because the difference is only cosmetic, but still noticeable.
I do not know, how you will read this text. For many of you, this might be something like “I was enchanted by your story” rather than a report from a listening session. But if you learned to know me, through the years of reading my stories, then you would know, that if something really shakes me, then the way of putting words to paper is only secondary. In such cases, the ability to show the emotions I have felt, becomes key. In this case, those were emotions, which I never expected to have in relation to any product coming from this company, despite knowing Roland Gauder personally. This was like a thunderstrike from clear heavens. However thanks to my seven years of dealing with very expensive components, I know how to discern their sonic abilities, and I am in no way under the influence of their price. This is the reason that I used other speakers, exceptional in their price levels, and therefore fulfilling my requirements ideally, for comparison, something I am not doing often. But at the same time I confirmed, that moving to a better sound quality level has its drawbacks in the form of significant price increases. There are many reasons for that, but in this case, based on my reaction to the final sound quality of those speakers, I think, it is mainly the cost of production and phenomenal implementation of the years of experience that contribute to it, and not the now trendy positioning of the brand by attaching a high price tag to a product. As we now arrived to the pricing – responding to one of the questions posed in the beginning, I can answer clearly, that the price asked for the newest Berlina RC-11 is absolutely justified. Does this mean we have finally caught the escaping bunny? I honestly do not know, as citing “Star Wars” – “There is always a bigger fish”. But for now, for today, I swear – and I promised not to do that – for me those loudspeakers are this ever escaping bunny. Please do not ask what it means. Just tell me, where I can get a good price for my internal organs.
Jacek Pazio
Opinion 2
I think nobody needs a reminder, on how fast time flies. And I am not talking about how much of it we lose, but just about it flowing like a river. The kids are growing older, the world shrinks, and only we stay the same, although we do not have the same strength as some time ago, as after four of five hours of sleep we wake up realizing, we would need double that time to regenerate, while earlier even a short nap was completely sufficient. “Earlier” seems to be the key word here. Earlier, a word which evolved from a few weeks or months ago to the synonym of years or even decades. If you now start to counter me, then please, tell me when – more or less – the Gauder Akustik Berlina RC11, Roland Gauders flagships, appeared on the market. But do it spontaneously, without cheating. Was it not so long ago? Of course. Because what is nine (!!!) years compared to eternity. Just a wink of an eye. But seriously, since 2012 things changed in the world, also in the technological aspects. This made it obvious and logical, that something that was the top of the top then, can now be done better. And if it can, then it should be done so, and we arrive at the hero of our test – the refreshed version of the Gauder Akustik Berlina RC11 called Black Edition.
While the original models were introduced to our market with a unique marketing, were together with the speakers (if the buyer did not bargain too much) you received a splinter new BMW series 1 sponsored by the Katowice based Polish distributor RCM, the current version is not promoted in such a way. But you should not be surprised by that, because it would be difficult to repeat the same feat with similar results, and in addition, Gauder Akustik has a solid position for years, and Dr. Roland Gauder, the man behind the brand, does not need to proof anything to anyone. But let us get back to the topic. As you can see, the 11 became much more serious visually. The reason for that is the change of the drivers – ceramic, white woofers and midrange drivers to aluminum woofers and ceramic lower midrange drivers with now black membranes, ordered at Accuton to proprietary specifications. Less obvious, because those are not immediately apparent, are the changes to the diamond 20mm tweeters and 50mm midrange drivers. Still we have here modular, composed of three individual pieces, four-way, big floorstanders, with a lyre-like cross-section, with the midrange-treble part placed between two woofer sections on top and bottom. The chassis made from rungs covered with piano varnish also had a kind of “perestroika”, encompassing, amongst other things, a change of damping of the treble-midrange section and 35kg heavy aluminum feet, which can be optionally upgraded with LED MusicLight system or VU meter, adjustable from a dedicated smartphone app “Gauder Akustik App” (available from early 2022). The new Accuton drivers, as well as changes to the Mundorf capacitors mandated a modification of the cross-overs, which kept the 60dB/octave slopes, but now have filters with changed characteristics.
On the narrow back plate, close to the plinths, the manufacturer found space for the double wire terminals, a nod for bi-amping or bi-wiring enthusiasts, the WBT 0703 NextGen, and a “central” allowing small, 1.5dB, adjustments to the treble and bass. Regarding the technicalities, you could say that Dr.Gauder turned out to be very talkative, as instead the classic statement of “acceptable impedance and sufficient sensitivity” there is now information, that the speakers have a 4 Ohm impedance load visible for the amplifier trying to power them properly. Furthermore the bass sections, the top and the bottom ones, are vented, while the treble-midrange section is placed in a closed cabinet.
We could say, that we approached the final encounter with the top Gauder speakers slowly, in small steps, as we have listened to them during a listening session in the Polish Radio (on the occasion of the re-edition of “The Wall” Pink Floyd on 28 Feb 2012 in the Agnieszka Osiecka studio) – then still under the Isophon brand, during the Munich shows and presentation done as part of the opening of the new RCM showroom. But all this listening was like licking Candy through a glass window, or skating on a frozen lake without knowing what happens a few inches below. Fortunately, thanks to a serious logistic endeavour (please refer to our unboxing series) of the Katowice based distributor we have the honour, as this is how we should refer to the opportunity of hosting the 11. And this is not pure courtesy, mutual sympathy or any other, non-substantive thing, but hard fact. However you look at them, those are the flagship speakers, so the situation is similar to our previous encounters with Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26, the “holy trinity” od Dynaudio (Evidence Master, Consequence Ultimate Edition and Confidence 60), Gryphon Audio Trident II (we must forget about Kodo unless we progress to a palace or residence with appropriately large rooms) or Trenner & Friedl Duke, the only difference being, that they cost about twice as much. People say that money does not sound, but when we cross the magical border of one million zlotys, you see for yourself, that the expectations rise to levels achieved by the New Shepard Blue Origin rocket, which approached the Karman line with William Shatner (aka Captain Kirk from the original series of Star Trek), our approach changes too. Of course this whole ado does not mean we will be listening worshipping the speakers and being completely enchanted, but in contrary – all constraints of the most exaggerated sonic expectancies are being put away, so this becomes a kind of duel, where full contact sports are just child’s play.
And you know what? It turned out to be a very short tournament, because the 11 win through KO in the first seconds. Just like that. Music starts, first notes appear and you get a knock on your head and lights go out. And once we come back to our senses, it turns out, we are now in a completely new, better reality. Are those the mythical Elysian Fields? Or Valhalla reserved for the fallen warriors? It does not matter at all, as things get divine. When the realism of “Black Market Enlightenment” Antimatter was up to par with live performance, as experienced from Mick Moss, who supported the Polish band Riverside during the last, jubilee tour, then you know something is going on. True, true – the same palpability, dynamics and absorption of sounds not only by your ears, but by the whole body. Interestingly, this physicality of the sound was permanent, it did not appear only at concert-like volume levels, but also with much more acceptable, civilized amounts of decibels generated by the Gauder speakers. I will not say, that we did never experience this before, because we did, but only a few times, and only with the system prepared for the Munich High End show by Silbatone Acoustics with restored Western Electric cinema tube speakers. Taking a picture with long shutter time (from a tripod) in there was a miracle, as due to the acoustic pressure and vibration it was almost impossible. Mick’s vocals was strong, deep and so realistic, that you was thinking about asking him, after each piece, if he maybe would like to clear his throat with some distilled fluid from Islay, or other parts of Scotland or Ireland. Well, the live experience… Starting with the cameral „Live and Unplugged at the Tennessee Theatre” by 10 Years, then with a bit more electrified “Almost Unplugged” by Europe and finishing with the epic “Pulse” by Pink Floyd, I could never catch the Gauder on any attempt of leaving aside any second or third plane detail, any simplification of the reproduction of the planes, or any issue with positioning of the virtual sound sources in the vertical plane, something vital for proper holography. And here I need to compliment the German speakers again, as despite their sheer size, the sound sources were created with their real sizes, without any artificial enlargement, often found with their competitors. Bigger can do more, but without exaggeration, as playing “Same Girl” by Youn Sun Nah we expect a fragile Korean singer, and not 180cm tall Floor Jansen. And the other way round – turning on „Decades: Live in Buenos Aires” by Nighwish I would be completely surprised when the voice of the vocalist would not be an octave, but 20-30cm lower.
Can we go stronger and heavier? Absolutely. I add the „Submission For Liberty” from the Australian band 4ARM to the playlist, and then their neighbours from New Zealand, Alien Weaponry with their newest material “Tangaroa”. Yes, I absolutely know that neither the repertoire, or its recording quality are worthy of our tested speakers. But when we made the assumption, that there is no place here for any compromise, then besides some easy listening, pampered in every detail, I could not forgo some extra fiery stuff. And what was the effect? On one hand expected, but on the other surprising, in a way. I mean, that while flattening, bordering with two-dimensionality, was undisputed, the energy load was not softened at all, so the fiery riffs, supported by ecstatic blasts, whipped our tired senses with incredible fierceness. Things got so far, that Jacek started joking, that I am choosing albums that sound bad always and everywhere, so that I can finally say, that the Gauder also gave up on them. Nothing like, as the 11 did something, you could think was impossible. In their unrivalled realism they reached a point, where the bad recording quality and garage like granularity were amplified and instead of degrading and detaching the played material from the master, allowed to feel the climate of the session, filled with shouting and ruckling guitars. Is it a miracle? Not really, as this is just a lot of great engineering work, through which, we get a truly transparent sound, brilliant and true, and not always conform with our taste or the ideas of the creators.
I left electronics for dessert, but with my intrinsic malice, not something from the mainstream, but an album, very difficult to classify, “Dreamer” by Susumu Yakota, which is only seemingly oscillating around widely understood ambient. While you can see “Animiam of the Airy” as such, then “Double Spot Image” places us in the middle of a procession, with the church bells all around, and “Quiet Room” serves us truly oriental-transcendent mystery on the verge of trance and being high. The experience of space turned out to be absolutely brilliant, and the two meter hight towers disappeared like small bookshelf speakers, something, when we are talking about top notch floorstanders, happened only in case of the sleek Raidho TD 4.8. In short – a complete entanglement and a merry-go-round of very different tastes, colors and smells, enriched with difficult to foresee instruments, what usually does not bode well for the coherence of the sound. Yet the Berlina found itself great in this whole jumble, keeping their calm and serving us another exquisite course of fusion cuisine.
Are the Gauder Akustik Berlin RC11 Black Edition the best speakers in the world? I have completely no idea. I do not have that knowledge – it would need to be based on listening to a gigantic amount of speakers in controlled environment, what I could not imagine. But for here and now, based on my around 25 years of audiophile experience, I can fully claim, that to date, I have not heard such brilliant speakers. They offer the breath of the Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26, the freedom of the Gryphon Audio Trident II and the refinement of the Dynaudio Consequence Ultimate Edition, all of those at the same time. An audiophile cumulation of everything that was the best and combining this into an unachievable master – the embodiment of absolute ideal. Would I change anything in them? Nothing. Would I recommend them to everybody? Probably not, unless all of you have unlimited amount of time you can dedicate to our hobby and … you have very strong floors, as many urgent things become not so urgent anymore, and the Gauder weigh about a quarter of a metric ton each, covering only about half a square meter of space, so houses built in the skeleton technology can have issues with that. I will remain quiet on the financial aspects, but I would wish everybody, myself included, that we could take into consideration being able to purchase the top Gauder speakers at all.
Marcin Olszewski
System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Loudspeakers: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
– Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: RCM THERIAA
Polish distributor: RCM
Manufacturer: Gauder Akustik
Price:
Berlina RC 11 Black Edition: 219 998 €
Big Foot: 17 000 €
MusicLight: 3 400 €
VU meter: 3 400 €
Specifications
Construction: 4-way reference system with separated cabinets
Impedance: 4Ω
Power Handling: 970W
Applied drivers:
Woofers: 4 x 222 mm aluminum
Mid-woofer: 1 x 173 mm ceramic
Midrange : 1 x 50 mm diamond
Tweeter: 1 x 20 mm diamond
Crossover frequency: 150 / 1000 / 6000 Hz
Dimensions (H x W x D): 202 x 34 x 72 cm
Weight: 230 kg
Najnowsze komentarze