Japoński Phasemation zdążył już nas przyzwyczaić, że pewnych rzeczy, jeśli tylko się sprawdzają w praktyce, to nie warto ich zmieniać. Za przykład niech posłuży rozdzielenie lewego i prawego kanału w jego topowym przedwzmacniaczu gramofonowym EA-1000. Niestety życie nie zawsze układa się po naszej myśli i nie każdy ma możliwość postawienia trzech , bądź nawet czterech segmentów obok gramofonu, i właśnie dla tych, którzy szanują każdy centymetr własnej (bądź wspólnej) przestrzeni życiowej Phasemation przygotowało nieco bardziej kompaktową propozycję – dwu-segmentowy phonostage EA-500.
cdn. …
Astell&Kern przedstawia nową markę produktów audio o nazwie ACRO. Zdobyte przez Astell&Kern doświadczenie w projektowaniu najlepiej sprzedających się, światowej klasy przenośnych urządzeń audio, zaowocowało pierwszym produktem desktopowym ACRO L1000, który jest stacjonarnym wzmacniaczem słuchawkowo-głośnikowym mającym zapewnić pełną obsługę audio z naszego komputera, tabletu, smartphone-a czy odtwarzacza Astell&Kern.
Astell&Kern ACRO L1000 zwraca uwagę ponadczasowym wzornictwem. Taki produkt z pewnością będzie wyróżniał się na naszym biurku. Konstrukcja w całości wykonana jest z aluminium. Ustawienie wzmacniacza pod kątem 30 stopni ma znaczący wpływ na ergonomię użytkowania. Pokrętło jest świetnie dopasowane do ludzkiej dłoni, a wyżłobione rowki oraz diody led wokół niego pozwalają w precyzyjny sposób na regulację głośności.
ZNAKOMITY TOR AUDIO
Astell&Kern ACRO L1000 posiada dwa chipy DAC AK4490, które można znaleźć w popularnych i odnoszących sukcesy odtwarzaczach AK380 Astell&Kern. Podwójne DAC’i zapewniają sprawdzone, spójne i wysokiej jakości odtwarzanie muzyki cyfrowej. Dzięki konfiguracji opartej na podwójnych DAC’ach, ACRO L1000 zapewnia doskonałą rozdzielczość oraz bogaty, przestrzenny dźwięk. Całkowicie przeprojektowany w tym celu wzmacniacz zapewnia minimum zniekształceń przy wyśrubowanej wydajności.
Zaimplementowany 32-bitowy procesor odpowiada za wyjątkowo precyzyjne przetwarzanie cyfrowego sygnału audio, bez obniżania jakości dźwięku. W rezultacie ACRO L1000 potrafi odtworzyć do 32bit / 384kHz PCM, jak pierwotnie zarejestrowano, bez próbkowania w dół. Astell&Kern ACRO L1000 obsługuje także natywne odtwarzanie DSD do 11,2 MHz, bez konwersji.
WSZECHSTRONNA OBSŁUGA
ACRO L1000 oferuje wiele opcji wyjść audio, aby w pełni dostosować się do Twoich potrzeb.
Do wzmacniacza możemy podłączyć słuchawki z kablem zakończonym standardowo wtyczką 3,5 mm/6,3 mm jak również 4-biegunową wtyczką zbalansowaną 2,5 mm oraz XLR. W przeciwieństwie do innych wzmacniaczy słuchawkowych, ACRO L1000 wyposażony jest w złącza głośnikowe zapewniające maksymalną moc wyjściową audio do 15 W na kanał przy 4 omach.
Dzięki takiemu rozwiązaniu dostajemy podręczne urządzenie, z którego możemy wyprowadzić dźwięk na dowolne słuchawki oraz głośniki. Ponadto ACRO L1000 umożliwia bezproblemowe połączenie z komputerem oraz niemal dowolnymi źródłami cyfrowej muzyki. Połączenie z komputerem PC lub MAC odbywa się za pomocą kabla Micro USB. Oczywiście najlepszą możliwą jakoś dźwięku otrzymamy podłączając jako źródło odtwarzacz Astell&Kern. ACRO L1000 współpracuje z modelami: AK380, AK320, AK300, KANN, AK70, AK70 MKⅡ oraz SP1000.
Źródłem dla ACRO L1000 może być również telefon czy tablet z rodziny Android czy IOS podłączony cyfrowo poprzez wejście USB. W tym celu trzeba zaopatrzyć się w kabel OTG USB.
ROZKOSZ DLA USZU
Astell&Kern ACRO L1000 zapewnia użytkownikowi trzy ustawienia dźwięku:
– filtr neutralny, wzmocnienie tonów niskich i wysokie wzmocnienie w zależności od preferencji,
– filtr Bass-Boost zapewnia głębszy bas,
– filtr High-Gain zapewnia większą moc wyjściową.
Filtry możemy przełączać w dowolnym momencie poprzez naciśnięcie przycisku umieszczonego z boku obudowy.
Rodzaj wybranego filtru sygnalizuje dioda led, której kolor zmienia się wraz z naszym wyborem. Wszystko to nie ruszając się z fotela. Producent w planach będzie oferował również głośniki pasywne, które designem będą nawiązywały do modelu L1000 oraz będą oferować jakość na tym samym poziomie.
Cena Astell&Kern ACRO L1000 w Polsce to 4399 PLN brutto. Produkt jest już dostępny w wybranych sklepach audio oraz do odsłuchu i testów w sklepach MP3store grupy Audiokracja.
SPECYFIKACJA
Materiał obudowy: Aluminium
Wymiary: 4,44 „(112,87 mm) [W] x 6,29” (160 mm) [H] x 4,43 „(112,75 mm) [D]
Waga: 32.45 oz (około 9220 g)
DAC: AKM AK4490 x2 (Dual DAC)
Wejścia: USB Micro-B (PC / MAC)
Wyjścia: słuchawkowe (3,5 mm, 6,3 mm),
zbalansowane (2,5mm ze wsparciem 4-pin, 4-pinowe zbalansowane XLR),
wyjście głośnika (L / R x2)
Próbkowanie: PCM: 8kHz ~ 384kHz (8/16/24 / 32bits na próbkę)
Natywne DSD: DSD64 (1bit 2.8 MHz)
Stereo / DSD128 (1 bit 5,6 MHz), Stereo / DSD256 (1 bit 11,2 MHz), Stereo
Poziomu wyjściowy: 6Vrms niezbalansowane/ 8.5Vrms zbalansowane (warunek: bez obciążenia)
Zasilacz: 12V
Wydajność audio (słuchawki)
Pasmo przenoszenia: ± 0,064 dB (warunek: 20Hz ~ 20kHz) zbalansowane i niezbalansowane
± 0,73 dB (warunek: 10 Hz ~ 70 kHz) zbalansowane i niezbalansowane
Stosunek sygnału do szumu: 115dB przy 1kHz, niezbalansowane / 116dB przy 1kHz, zbalansowane
Crosstalk: 108 dB przy 1 kHz, niezbalansowane / 138 dB przy 1 kHz, zbalansowane
THD + N: 0,003% przy 1kHz, niezbalansowane / 0,001% przy 1kHz, zbalansowane
Wydajność audio (głośniki)
Wyjście: 15W x2 (4ohm)
Pasmo przenoszenia: ± 0,32 dB (warunek: 20Hz ~ 20kHz) (Warunek: 4ohm, 1kHz, 10% THD)
Stosunek sygnału do szumu: 95dB (warunek: 4ohm, 1kHz, 10% THD)
Crosstalk: 110dB (Warunek: 4ohm, 1kHz, 10% THD)
Dystrybutor: MIP
Opinia 1
Mniemam, iż wiernym czytelnikom naszego portalu po przywołaniu na myśl wcześniejszych starć testowych z tytułowym brandem ciśnie się na usta jedno, za każdym razem, bez dwóch zdań bardzo pozytywne stwierdzenie typu: „Te niepozorne biszkopty naprawdę robią dobrą robotę”. Naciągam fakty? Proszę jeszcze raz przeczytać nasze opinie, a przekonacie się, iż jestem daleki od kłamstwa. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pozytywny występ zaliczył każdy z dotychczas prezentowanych komponentów. Owszem, ich bezkompromisowość należy usadowić w przynależnym dla każdego z nich pułapie cenowym, ale fakt jest faktem, będąca dzisiejszym punktem zapalnym duńska marka Gato Audio zawsze z redakcyjnych starć wychodziła z tarczą. I gdy wydawało się, że opiniowany ostatnim razem trzyczęściowy zestaw pre-power PRD-3S i PWR-222 jest zwieńczeniem mogących być dobrze odebranych przez wymagających miłośników wysokiej jakości muzyki możliwości konstrukcyjnych tego producenta, na tapetę recenzencką trafił, dość niepozorny, jak na standardy mojego pomieszczenia, zestaw kolumn pod handlową nazwą FM-30. Nie, nie było to nieoczekiwane zaskoczenie, bo o ich bycie kilkukrotnie przekonaliśmy się na wystawie w Monachium, ale przyznam szczerze, niepozbawiony drobnych obaw byłem bardzo ciekawy, jak wypadną na tle zbierającej dobre opinie elektroniki. Czy stan niepewności był zasadny? O nie. Tego dowiecie się dopiero w trakcie lektury poniższego tekstu, który zawdzięczamy przedstawicielowi marki Gato Audio na naszym rynku – warszawskiemu dystrybutorowi Audio Klan.
Nawet niezobowiązujące spojrzenie na tytułowe Dunki uświadamia nam, że mamy do czynienia ze bardzo zgrabnymi, a przez to atrakcyjnymi dla wielu nawet do cna przesiąkniętych manią marudzenia malkontentów konstrukcjami. Biorąc za punkt odniesienia wysokość 120 centymetrów moich szaf łatwo jest się zorientować, iż cały test przebiegł z osiągającymi około metra wzrostu wykończonymi w czarnym lakierze fortepianowym skrzynkami z czterema przetwornikami. Patrząc na front od dołu znajdziemy na nim ukryte pod mocowanymi na magnesy okrągłymi maskownicami dwa basowce, powyżej jeden średniotonowiec, a naszczycie wysokotonówkę, co dobitnie potwierdza testową zabawę z kolumną trójdrożną. Rzut okiem na 30-ki z lotu ptaka zdradza nam pierwszy front walki pomysłodawców o dobry dźwięk opisywanych konstrukcji, czyli zwalczanie wewnętrznych fal stojących, co zaowocowało zbieganiem się bocznych ścianek płynnym łukiem ku również obłym plecom. Analiza tylnej części opisywanych kolumn donosi o wygospodarowaniu w jej dolnej części miejsca dla dwóch portów bass refleks, trzech przełączników dostrajania finalnego dźwięku i podwójnego zestawu terminali dla kabli kolumnowych, które w kicie startowym połączono łukowatymi zworami. I gdy wydawałoby się, że po zakupie owych kolumn już nic ciekawego nie może nas spotkać, okazuje się, że całość przywołanych konstrukcji za pomocą wykończonej miłym w dotyku gumo-podobnym materiałem, stabilizującej się na podłożu czymś w rodzaju czteronożnej płaszczki stopy jest pochylona do tyłu. Myślicie, że to zbędny zabieg designerski? O nie, to nie jest jedynie pomysł na wygląd, ale starzy wyjadacze wiedzą, że ten zabieg jest drugim frontem starcia inżynierów o wynik soniczny 30-ek, czyli próbą wyrównania fazowego zastosowanych głośników, co znacznie upraszcza dopasowującą do siebie wszystkie przetworniki wewnętrzną zwrotnicę, a to zawsze przekłada się na końcowy dźwięk zespołów głośnikowych.
Jeśli ktoś z Was przed zapoznaniem się z poniższym tekstem myślał, że te niepozorne w stosunku do moich Austriaków duńskie kolumienki nie mają szans nagłośnić prawie 100 metrów sześciennych kubatury pokoju odsłuchowego, wszelkich wieszczących porażkę osobników muszę zasmucić, gdyż rozmach z jakim prezentowały nawet najbardziej wymagające pod względem energii rockowe nurty muzyczne mogłoby pozazdrościć wielu konkurentów. I nie mówię tutaj o walce z materią pomieszczenia na poziomie siódmych potów, tylko o swobodnym oddaniu bardzo mocnej dawki niskich rejestrów nawet przy raczej unikanym na co dzień przeze mnie poziomie głośności. A to wszytko było okraszone dobrym nasyceniem środka pasma i delikatnie stonowanymi górnymi rejestrami. Co mam na myśli pisząc słowo „stonowane”? Nie chodzi mi bynajmniej o jakąkolwiek mgiełkę, czy ich zapiaszczenie, tylko minimalne cofnięcie w stosunku do posiadanego przeze mnie berylowego tweetera, co odczuwałem jako unikanie wychodzenia przed szereg z tendencją do oczekiwania wyraźnego sygnału od elektroniki, że mają się pojawić. Takie nieco nieśmiałe, ale gdy się pojawiły, były najwyższej próby. Czy odbieram to w domenie problemu? Naturalnie, że nie, gdyż należy wziąć pod uwagę, że obecnie jestem na etapie ostatniego szlifu mojego systemu i wyciągam smaczki typu błysk górnych rejestrów, a urocze, trochę bezbronne Dunki wpadły do mnie na krótkie spotkanie testowe w obcym środowisku. Jak w takim razie prezentowała się generowana przez nasze bohaterki wszelakiego rodzaju muzyka? Nie chciałbym być posądzonym o drukowanie meczu lub pisanie laurki na zamówienie, ale dawno nie miałem tyle przyjemności ze słuchania tak niepozornych kolumn. To było na tyle znamienne, że w pewnym momencie złapałem się na zbyt częstym jak na moje testowe standardy, słuchaniu muzyki buntu w stylu free jazzowego koncertu Johna Zorna z projektem Masada „First Live 1993”, czy oszałamiającej moje zmysły, głośno słuchanej muzyki elektronicznej zespołu The Acid „Liminal”. Praktycznie żadnej zadyszki, a uwierzcie mi, gdy materiał Johna Zorna spokojnie można uznać za bardzo wymagający, to panowie od fraz komputerowych swoimi bardzo niskimi pomrukami wyciskali z tych małych kolumienek rzeczy, których nigdy bym się nie spodziewał typu trzęsące się wespół ze mną i ścianami całe pomieszczenie. Aż trudno było mi uwierzyć, że FM-30-ki mają tylko dwa małe przetworniki. Ok. Jakby powiedziała to młodzież, dudnienie wypadło spoko, a co z muzyką dla starych tetryków? W opisie tego rodzaju świata dźwięków pomoże mi najnowszy krążek Johna Surman’a w trio z Nelsonem Ayres’em i Robem Waring’iem „Invisible Threads”. Pewnie po raz kolejny Was zaskoczę, ale podczas realizacji zapisów nutowych tej płyty kolumny w bardzo kulturalny sposób podawały mi wszelkie związane z wielobarwnością używanych przez artystów instrumentów niuanse. I nawet nie chodzi mi tutaj o dostojnie wypadający i pięknie wybrzmiewający fortepian, czy nasączony drewnem stroika saksofon, ale w głównej mierze mam na myśli namacalność i soczystość wibrafonu. Uderzane pałeczką metalowe płytki niczym fajerwerki Jurka Owsiaka w długim wydźwięku spektakularnie wypełniały moje pomieszczenie. To był bardzo metafizycznie odtworzony materiał, którego witalność nawet w najmniejszym stopniu nie zakłóciły przywołane gdzieś na początku tego akapitu minimalnie przyczajone wysokie tony. Jak zaznaczałem, one były nieśmiałe, ale nie ograniczały odczucia napowietrzenia wirtualnej sceny muzycznej, a takie postawienie ich obecności pozwalało na bardzo czytelne pozycjonowanie artystów w pełnej rozpiętości jej głębi i szerokości.
Myślicie, że lałem wodę? Po tych kilku latach pisania chyba zdążyliście mnie poznać, że nie mam w zwyczaju sztucznie naginać faktów. Powtarzam po raz kolejny. Spotkanie z duńską myślą techniczną naprawdę było bardzo owocnym w miłe doznania muzyczne okresem. Niby maluchy, a z wielkim sercem do grania. Ale nie była to walka muzyki z przerastającą ją kubaturą, tylko swobodne oddanie jej najdrobniejszych niuansów. Kogo zatem widzę w szeregach potencjalnych zainteresowanych? Szczerze powiedziawszy jakiś specjalnych ograniczeń nie ma. Dlatego też jeśli nosicie się z zamiarem roszady zespołów głośnikowych w swoich systemach i dysponujecie pomieszczeniem nawet do 30 metrów kwadratowych powierzchni, kolumny duńskiej marki Gato Audio FM-30 są jednym z pewniaków do posłuchania. Spokojnie nagłośnią wspomniany metraż, a przy tym zrobią to w dystyngowany sposób. I jeśli tego Wam za mało, jako przychylający szalę na ich korzyść bonus dodam wpisujący się w najwykwintniejsze wnętra design i wykończenie w lakierze fortepianowym. Mało? Jeśli tak, najzwyczajniej w świecie Was nie rozumiem.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć duńskie Gato Audio gościło na naszych łamach już trzykrotnie, to każdorazowo zajmowaliśmy się jedynie niezwykle charakterystyczną, ze względu na biszkoptowy kształt frontów, elektroniką i uczciwie musimy przyznać, iż były to szalenie miłe spotkania. Niebanalny projekt plastyczny, iście high-endowe wykonanie i przede wszystkim niezwykle angażujące i dynamiczne brzmienie, które nie pozwalało ani chwili pozostać wobec niego obojętnym na tyle głęboko zapadły nam w pamięć, że ilekroć ktoś pyta o możliwie najbardziej korzystne połączenie typowo lifestyle’owego designu i rasowego audiofilskiego brzmienia to właśnie Gato wymieniamy jako jedną z pierwszych propozycji. Najwyższy jednak czas, żeby nadal pozostając w skandynawskich klimatach nieco przemodelować świadomość marki i pokazać ją z nieco innej strony. Nie z perspektywy początku a końca toru, czyli zamiast elektroniką zająć się tym razem kolumnami, z którymi dziwnym zbiegiem okoliczności tytułowa marka niekoniecznie jest kojarzona. A szkoda, gdyż pomimo niezbyt rozbudowanej, bo liczącej zaledwie cztery modele, oferty jest spora szansa, iż większość z nas znajdzie tam coś do siebie. Do wyboru są bowiem dwa niewielkie monitory podstawkowe FM-8 i FM-15, oraz dwie podłogówki – FM-30 i FM-50, z których to, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – warszawskiego Audio Klanu, mieliśmy okazję przez kilka tygodni poznęcać się nad mniejszymi 30-kami.
Jak przystało na iście XXI wieczny projekt Gato FM-30 to nad wyraz zgrabne, żeby nie powiedzieć filigranowe podłogówki o ultra nowoczesnym wyglądzie i smukłej, lekkiej optycznie bryle. Pochylone ku frontom ścianki górne i zwężające się ku iście symbolicznej ścianie tylnej boki nadają całości niezaprzeczalnej dynamiki. Do naszej redakcji dostarczona została kruczoczarna, pokryta lakierem fortepianowym parka, lecz do wyboru jest również opcja biała i chyba najbardziej ekskluzywna (i nieco droższa) orzechowa – również pokryta lśniącą politurą.
Na dość wąskich frontach umieszczono po cztery, otoczone ozdobnymi, polerowanymi pierścieniami drajwery produkcji SB Acoustics – 38 mm tekstylny przetwornik wysokotonowy, 15 cm polipropylenowy, wzmacniany minerałami średniotonowiec i parę, podobnych mu, również 15 cm wooferów. Oczywiście miłośnicy nieco bardziej stonowanych doznań wizualnych mogą skorzystać z mocowanych magnetycznie na wspomnianych pierścieniach maskownic. Układ jest trójdrożny a każda z sekcji pracuje w dedykowanych sobie komorze. Miłym ukłonem w stronę tych, którzy nie do końca zadowoleni są z możliwości wykorzystania potencjału ogólnodostępnych pomieszczeń domowych do własnych – typowo audiofilskich celów jest system trzech, trójpozycyjnych zworek umożliwiający pewną akomodację tytułowych kolumn do zastanych warunków. Podwójne terminale głośnikowe w pełni zasługują na przydomek biżuteryjne a ich pionowa orientacja, oraz szeroki rozstaw nie powinny stanowić problemu nawet przy masywnych widłach.
Warto zwrócić uwagę na wielowarstwowe obudowy FusedMASS stanowiące swoisty sandwich MDF-u, masy bitumicznej i HDF-u mający na celu drastyczne ograniczenie rezonansów i wibracji przy zachowaniu odpowiedniej wewnętrznej objętości i smukłego kształtu na zewnątrz. A właśnie, jak sama nazwa wskazuje 30-ki mogą pochwalić się 30-itrową pojemnością, którą wspomaga podwójny, umieszczony na ścianie tylnej układ bas refleks. Całość usadowiona jest na masywnych, poprawiających stabilność pająkopodobnych cokołach wyposażonych w ozdobne kolce, które można wkręcić w podstawki uzyskując w tym samym stylowe nóżki.
Ze względu na całkiem przystępną, nawet jak na polskie realia, cenę a przede wszystkim niezwykle kompaktowe gabaryty uznaliśmy, że do tematu odsłuchu podejdziemy na totalnym luzie i bez zbyt wygórowanych oczekiwań. Niby gdzieś tam w podświadomości cały czas tliły się wspomnienia z kilku ostatnich edycji monachijskiego High Endu i warszawskiego Audio Video Show, gdzie Gato za każdym razem pozytywnie zaskakiwało, ale to zawsze było w biegu i prawdę powiedziawszy w takich warunkach, jeśli brzmienie czegoś ewidentnie nie „raniło” a w dodatku można było dłuższą chwilkę spokojnie posiedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu, to w gruncie rzeczy zawsze się takie przypadki miło wspomina. Pominę już fakt, że bardziej interesowała nas elektronika, którą mieliśmy niemalże na wyciągnięcie ręki aniżeli kolumny, które dziwnym zbiegiem okoliczności ani razu nie rzuciły nam się w oczy w katalogu rodzimego dystrybutora. Skoro jednak duńskie kolumienki koniec końców do nas zawitały, to pomimo całej sympatii do biszkoptopodobnych wzmacniaczy i odtwarzaczy trzeba je oceniać jako pełnoprawny byt rynkowy a nie li tylko niezobowiązujący dodatek . I tak też zrobiliśmy – bez nie wiadomo jakich oczekiwań, ale tez i bez taryfy ulgowej. Słowem coś na kształt obiektywności.
Nie chcąc jednak niejako już na starcie psuć sobie humoru (małe, niedrogie kolumienki w dużym pomieszczeniu to ewidentne proszenie się o kłopoty) w ramach niezobowiązującej rozgrzewki zaserwowałem i im i sobie niezwykle baśniowy, a zarazem melancholijny album „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena, gdzie z jednej strony referencyjna realizacja ewidentnie potrafi ciągnąć większość konstrukcji za uszy na wyżyny ich fizycznych możliwości a z drugiej wieloplanowość aranżacji i bardzo zróżnicowane pod względem rozpiętości tonalnej instrumentarium stanowi nie lada wyzwanie dla reprodukującego je systemu. Kiedy jednak rozległy się pierwsze, leniwe takty „Kristin Og Alvemøen” jasnym stało się, że czeka mnie nie lada niespodzianka. Dobiegające bowiem mych uszu dźwięki były całkowicie nieadekwatne i nieprzystające do gabarytów kolumn je generujących. Ich wolumen, rozmach i swoboda niby jak najbardziej wskazywały na podłogowe konstrukcje trójdrożne, ale na pewno nie stojące przede mną smolisto-czarne maluchy. To był kawał dźwięku, jakiego można byłoby się spodziewać po kolumnach wielkości Gauderów Cassiano lub Arcon 100 a nie zaledwie metrowych słupków, jakie większość z nas widziałaby w 15-18 metrowych pokojach a nie blisko czterdziestometrowym salonie! Tymczasem 30-ki nic a nic nie robiąc sobie z mojej konsternacji rozkręcały się w najlepsze serwując z czarującym uśmiechem nie tylko kontrabas we właściwym jemu gabarycie, co i z organami radząc sobie zaskakująco dobrze. Jeśli w tym momencie zastanawiacie się Państwo, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z ewidentnym naginaniem praw fizyki w stylu Boenicke Audio to już spieszę z uspokajającymi informacjami, że w tym wypadku aż tak zabiegi psychoakustyczne nie są eksploatowane a w grę wchodzi raczej maksymalne wykorzystanie potencjału wielowarstwowej obudowy, precyzyjnie zestrojonej zwrotnicy i z równą troską dobranych przetworników. Ot przysłowiowe granie na 100-kę oparte na solidnych, inżynierskich podstawach i przede wszystkim doświadczeniu Frederika Johansena oraz Krestena Dinsena. Tutaj nie ma miejsca na przypadkowość i liczenie na łut szczęścia i to po prostu słychać.
Skoro na nomen omen skandynawskim Jazzie było tak dobrze, to uznałem, że warto nieco podnieść poprzeczkę i nieco skomplikować a zarazem dociążyć przekaz, więc czym prędzej sięgnąłem po „Psychotic Symphony” Sons Of Apollo i zgrabnie wymykający się jednoznacznej kategoryzacji „Ótta” Sólstafir. Jak sami możecie się Państwo przekonać (linki prowadzą do konkretnych albumów na platformie Tidal) to nie jest materiał z kategorii lekkich, łatwych i przyjemnych, więc Gato nie dość, że musiały zmierzyć się z dość skomplikowanymi ,a więc wymagającymi wyśmienitej rozdzielczości aranżacjami, to w dodatku krytycznym było utrafienie w punkt pomiędzy oddaniem właściwej takiemu graniu agresji a jednocześnie zachowanie umiaru w zbytniej ofensywności i napastliwości. O dziwo sprawdzian ten duńskie kolumienki zdały z wrodzonym taktem i swobodą. Zarówno wirtuozerskie popisy na patetycznym „Psychotic Symphony”, jak i melancholijno – noise’owo – post metalowe kompozycje Islandczyków z Sólstafir zabrzmiały z rozmachem i właściwą potęgą przy jednoczesnym zachowaniu wysoce satysfakcjonującego wglądu w dalsze plany. Źródła pozorne kreślone były pewną, mocną kreską i nawet w najbardziej zawiłych momentach trudno było mieć jakiekolwiek zastrzeżenia do stabilności ich pozycjonowania na szerokiej i przy tym głębokiej scenie dźwiękowej. W dodatku, pomimo wspomnianej rozdzielczości, barwę i temperaturę Gato określiłbym jako przesuniętą nieco w kierunku ciepła i muzykalności aniżeli chłodnej analityczności, co przynajmniej zgodnie z moimi osobistymi preferencjami jest niewątpliwym powodem do zadowolenia, gdyż cięższe gatunki rzadko kiedy mogą pochwalić się nawet nie tyle referencyjnymi, co po prostu dobrymi realizacjami a taki sposób reprodukcji uwielbianemu przeze mnie, jak to Jacek określa, „łomotowi” niewątpliwie służy.
I jeszcze jedno – po kilku dniach odsłuchów, gdy na dobre oswoiłem się z możliwościami dynamicznymi 30-ek, które w stanie dostarczonym przez dystrybutora posiadały zworki ustawione w pozycji neutralnej pozwoliłem sobie na kilka eksperymentów i … zaliczyłem kolejną miłą niespodziankę. Otóż wartość High uzyskuje się poprzez usunięcie konkretnej zworki, co przetestowałem na wszystkich gniazdach i o ile z basem owe eksperymenty przyniosły dość dyskusyjny efekt zbytniej spontaniczności, to już „Focus” i „Detail” pokazały nieco żywsze i twardsze podejście do tematu, co z pewnością może zainteresować osoby posiadające nieco przesaturowaną elektronikę a jednocześnie niekoniecznie chcące rezygnować z jakże uzależniającej gładkości i soczystości średnicy. Tak samo wyglądały sprawy przy przestawieniu powyższych zworek na „Low”. W naszych warunkach efektem były nieco ograniczone efekty przestrzenne, pogłos i głębokość sceny, lecz już wszędzie tam, gdzie systemy mają tendencję do lekkiej krzykliwości, czy ofensywności w górze pasma tego typu zabieg może okazać się wręcz zbawienny. Ot taka niewinna, a jakże zwiększająca funkcjonalność equalizacja, z której korzystać musu nie ma, ale skoro jest, to co szkodzi spróbować jak sprawdzi się w naszym secie i w naszym pomieszczeniu. Jako dowód posłużę się albumem „Devotion (Deluxe Edition)” Jessie Ware, który normalnie dół pasma ma irytująco monotonny i dudniący a po przestawieniu stosownej zworki na „Low” wreszcie można mówić o prawidłowej równowadze tonalnej i czymś na kształt kontroli najniższych składowych.
Jak mam nadzieję jasno wynika z powyższego tekstu Gato Audio łącząc niezwykle atrakcyjny design swojej elektroniki z równie miłymi oku kolumnami w obu przypadkach jest w stanie bardzo pozytywnie zaskoczyć a tym samym nakłonić do zakupów. W dodatku firmowe kolumny świetnie sprawdzają się nie tylko w monoteistycznych, duńskich systemach, lecz również z elektroniką firm trzecich oferując nad wyraz korzystną relację jakości do ceny. Ponadto biorąc pod uwagę, iż FM-30 już w pomieszczeniach o powierzchni rzędu dwudziestu metrów kwadratowych ewidentnie znikają, to jeśli tylko szukają Państwo niewielkich podłogówek o możliwościach zdecydowanie bardziej absorbujących gabarytowo konkurentów odsłuchy sugerowałbym rozpocząć właśnie od nich.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Audio Klan
Cena: 24 498 PLN (High Gloss Black, High Gloss White), 25 498 PLN (High Gloss Walnut)
Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: 37 Hz – 35 kHz
Skuteczność (2,83v): 87 dB
Rekomendowana moc wzmacniacza: 50 – 250 W
Impedancja nominalna: 4 Ω
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 1 x 38 mm ring radiator
– średniotonowy: 1 x 150 mm
– niskotonowy:: 2 x 150 mm
Wymiary (S x W x G): 310 x 970 x 335 mm
Waga: 29 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Audeze wprowadza do sprzedaży najnowsze słuchawki planarne LCD2 Classic. Model ten bazuje na legendarnych LCD-2 i podobnie jak one zapewnia doskonałą jakość dźwięku, a dzięki wprowadzonym modyfikacjom jest łatwiej dostępny dla szerokiego grona fanów pięknego brzmienia.
Od chwili debiutu w 2009 r. słuchawki LCD-2 są ulubioną konstrukcją profesjonalistów i wymagających audiofilów na całym świecie, co jest zasługą ich pięknego brzmienia. Teraz Audeze z dumą prezentuje nowe wcielenie tej klasycznej konstrukcji, model LCD2 Classic, który dzięki wprowadzonym modyfikacjom zapewnia równie wysoką jakość dźwięku, ale jest znacznie atrakcyjniejszy cenowo.
Znawcy klasycznej konstrukcji rozpoczynając swoją przygodę z LCD2 Classic z łatwością dostrzegą delikatnie ocieploną sygnaturę dźwiękową oryginału. Najnowsza konstrukcja zapewnia niesamowicie przestrzenne brzmienie z szeroką i głęboką sceną dźwiękową oraz mocnym, naturalnym basem.
W porównaniu z pierwowzorem LCD2 Classic mają nieco odmienną stylistykę. W miejsce drewnianych wieńców producent zastosował specjalne nylonowe pierścienie z krystalicznymi wtrąceniami. Drugą istotną zmianą jest lekki, stalowy pałąk nagłowny i umieszczony pod nim szeroki pas, którego zadaniem jest optymalne rozłożenie ciężaru słuchawek na głowie, a tym samym zapewnienie maksymalnej wygody użytkowania. Listę modyfikacji uzupełniają nowe złącza audio.
LCD2 Classic, podobnie jak LCD-2, są otwartymi słuchawkami wokółusznymi wyposażonymi w planarne przetworniki magnetyczne. Głośniki te w porównaniu z tradycyjnymi konstrukcjami gwarantują lepszą dynamikę i bardzo szerokie pasmo przenoszenia, które w najnowszej konstrukcji Audeze obejmuje zakres od 10 Hz do 50 kHz. Projektanci zadbali o to, aby LCD2 Classic zapewniały jakość dźwięku na takim samym wysokim poziomie, jak LCD-2.
Planarne przetworniki LCD2 Classic wykorzystują ultra-cienkie membrany, które wprawiane są w ruch przez neodymowe magnesy N50, umieszczone po obu stronach membran. Dzięki tej wyrafinowanej technice LCD2 Classic mogą pochwalić się maksymalną wartością SPL na poziomie przekraczającym 130 dB. Impedancja słuchawek mieści się pomiędzy bardzo niskimi i wysokimi wartościami i wynosi 70 Ω.
Słuchawki Audeze LCD2 Classic już są dostępne w sprzedaży. Model oferowany jest wyłącznie w czarnej wersji kolorystycznej, a jego poglądowa cena detaliczna wynosi 2999 zł.
Dystrybucja: Audio Klan
Opinia 1
Przez blisko sześć lat, ależ ten czas gna, prowadzenia SoundRebels nie tylko wydawało nam się z Jackiem, lecz byliśmy wręcz autentycznie przekonani, iż pomimo nieustającej ofensywy „ekologicznych” i wysokowydajnych, pracujących w klasie D, układów wzmacniających całkiem nieźle się przed nimi broniliśmy. Jesteśmy przecież starzy, zmanierowani, mamy swoje przyzwyczajenia (i uprzedzenia), więc po cóż dystrybutorzy, doskonale znając nasz wysoce ambiwalentny stosunek do owych rozwiązań mieliby nas uszczęśliwiać na siłę. Przecież to nie tylko wbrew logice, lecz i ich własnym interesom. A tak obowiązuje obustronny układ o nieagresji – Wy nie drażnicie, my się nie pastwimy i wszyscy są zadowoleni. Traf jednak chciał, że nierozłącznie kojarzący się z wszelakiej maści remanentami, podsumowaniami i rachunkami sumienia lat ubiegłych styczeń skłonił nas właśnie do takiego remanentu podkusił i czarno na białym wyszło, że te wszystkie nasze fochy i kręcenie nosem nie na wiele się zdały, gdyż zupełnym mimochodem i niepostrzeżenie na naszym koncie znalazło się, lekko licząc aż dziewięć, mogących pochwalić się pracującymi w klasie D stopniami wyjściowymi urządzeń. Nie wierzycie Państwo? My również nie mogliśmy się z tym pogodzić, ale liczby nie kłamią. Wszystko rozpoczął Auralic z monoblokami Merak, potem pojawił lifestyle’owy Roksan Oxygene, dość niepozorna,przynajmniej na tle starszego rodzeństwa, końcówka Classe Sigma AMP2, dwaj przybysze ze Szwecji, czyli Primare A34.2 i A60, płaska niczym opłatek Wadia Intuition 01 PowerDac, minimalistyczny Lumin M1, gabinetowy SPEC RSA-717 EX a na koniec chromowany sandwich, czyli Devialet Expert 440 Pro. Jakby tego było mało białostockie Rafko wpadło na dość, przynajmniej pozornie, karkołomny pomysł, żeby do powyższej listy D-klasowych specjałów dorzucić co nieco od siebie i to w dodatku pod postacią zestawu reprezentującego zaledwie dolne rejony naszych zainteresowań. Szaleńcy? Bardzo możliwe, ale skoro sami za tak całkiem normalnych się nie uważamy uznaliśmy, że trzeba dać im szansę i wzięliśmy na warsztat nad wyraz kompaktowy, i to nie tylko wg. amerykańskiej rozmiarówki, zestaw, na obecną chwilę nazwijmy go umownie pre+power NuPrime DAC-10H + ST-10.
Jak już zdążyłem nadmienić zarówno NuPrime DAC-10H, jak i towarzysząca mu stereofoniczna końcówka mocy ST-10 najdelikatniej rzecz ujmując do największych nie należą. Ustawione obok siebie zajmują bowiem tyle miejsca, co standardowych gabarytów urządzenie, o ile tylko mamy do czynienia z zastępstwem w wersji slim, bo NuPrime’y również i za wysokie się są – ot mało imponujące 6 cm wszystkiego. Mamy zatem dwa podłużne, nieco futurystycznej, lub jak kto woli militarno – kosmicznej urody korpusy (jakby ktoś wzorował się na modernistycznej Bibliotece Publicznej Seattle, tylko zamiast szkła użył pokrytego farbą maskującą aluminium a następnie całość sprasował), z których jeden pełni rolę amplifikacji a drugi przetwornika, przedwzmacniacza, oraz wzmacniacza słuchawkowego i to właśnie jemu przyjrzymy się w pierwszej kolejności.
Zanim jednak przejdziemy do opiewania walorów wizualnych i brzmieniowych dzisiejszych bohaterów pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącą historii samej marki, bo nie tylko nazwa, ale i projekt plastyczny osobom nieco dłużej zajmującym się tematyką audio powinny wydawać się dziwnie znajome. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż za NuPrime stoi nie kto inny, tylko pan Jason Lim, który w 2005 r. był założycielem NuForce. Jak to jednak w biznesie bywa nie wszystko zawsze idzie tak, jak powinno i w 2014 pan Lim zmuszony był sprzedać swoją firmę Optomie. Jednak najwidoczniej już wtedy miał dokładnie opracowany awaryjny plan B, gdyż Optoma przejęła nazwę i część know-how natomiast prawa do najbardziej interesujących, przynajmniej z naszego punktu widzenia, patentów i projektów dotyczących rozwiązań audio opartych na układach impulsowych pan Lim raczył był zostawić sobie. Dzięki temu i części starego zespołu bardzo szybko powołał do życia nowy byt – właśnie NuPrime’a.
Wracając jednak do naszego DAC-10H bez nawet cienia złośliwości można stwierdzić, iż z im większej odległości będziemy na niego patrzyli, tym bardziej może nam się podobać, lub jak kto woli niepodobać mniej. Stanowiący Jego panel przedni kanciasto i asymetrycznie, przynajmniej w płaszczyźnie poziomej, wyciosany masywny blok aluminium zdobi w centralnej części firmowe logo, po którego lewej stronie mamy wyjście słuchawkowe 6.3 mm a z prawej … również wyjście słuchawkowe, lecz tym razem zbalansowane – w standardzie XLR-4. W większości przypadków byłby to powód do pochwał i komplementów, lecz w NuPrime’ie ktoś wpadł na pomysł, by zamiast znormalizować średnice obu otworów, w których oba gniazda się znajdują, zachowując tym samym optyczną równowagę, lewy oczodół zlecił mniejszy od prawego i dla podkreślenia owej asymetrii otoczył je wypolerowanymi (chromowanymi?) pierścieniami. W rezultacie powstało coś, co ma jedno oczko bardziej … Całe szczęście interfejs komunikacyjny już takich kontrowersji nie budzi, gdyż diodowy wyświetlacz ukryto w mikro otworach, przez co odczyt z jednej strony możliwy jest praktycznie wyłącznie na wprost, ale za to nie ma problemów z irytującą iluminacją podczas wieczorno – nocnych odsłuchów. Nader komfortową a co najważniejsze intuicyjną obsługę zapewnia ustawiony wzdłuż swoistego dziubka rządek przycisków odpowiedzialnych za wybór źródła, regulację głośności i tryb pracy sekcji przedwzmacniacza – niskie/wysokie wzmocnienie.
Ściana tylna, ze względu na swoją niezbyt pokaźną powierzchnię wydaje się nieco zatłoczona, ale uczciwie trzeba przyznać, że producentowi udało zachować się na niej iście wzorowy porządek. Patrząc od lewej jest tam zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC, wyjście triggera i sekcja cyfrowa obejmująca po dwie pary wejść koaksjalnych i optycznych obsługujących sygnały PCM 24 bit/192 kHz, pojedyncze USB zdolne obsłużyć 24/384 kHz i DSD256, oraz dwie pary analogowych wejść RCA. Sekcja wyjściowa obejmuje za to po parze gniazd RCA i XLR.
Jedną z charakterystycznych cech NuForce’ów było to, że pomimo wiary w możliwości układów impulsowych pan Lim pozostawał wierny konwencjonalnym rozwiązaniom zasilania i tak też jest i tym razem. Za dostawy energii odpowiada zatem wyposażony w niezależne dla poszczególnych sekcji odczepy transformator toroidalny. Sercem układu jest pracujący w konfiguracji stereofonicznej 8-kanałowy przetwornik cyfrowo – analogowy ESS Sabre ES9018 współpracujący z interfejsem USB XMOS a regulacja głośności odbywa się, całe szczęście, w domenie analogowej – w 99 krokach po 0,5 dB i odpowiada za nią scalona drabinka JRC 72320 z prestiżowej linii Muses. I jeszcze jedno – głośność dla każdego z wejść ustawiamy osobno, więc wreszcie można skompensować sobie różnice pomiędzy poszczególnymi źródłami. Na wyposażeniu znajduje się też solidny pilot zdalnego sterownia.
Ze stereofoniczną końcówką mocy ST-10 będzie zdecydowanie mniej roboty, gdyż na prawym skraju jej frontu znajdziemy jedynie niewielką błękitną diodę informującą o stanie pracy a na przeciwległym końcu zlicowany przycisk wybudzania/usypiania. Jest jeszcze centralnie umieszczony logotyp, ale to oczywista oczywistość. Zdecydowanie ciekawiej przedstawia się ściana tylna, gdzie mamy powtórkę z rozrywki, jeśli chodzi o doprowadzenie zasilania, ale już terminale głośnikowe mogą się spodobać ze względu na swą solidność i zdolność przyjęcia praktycznie dowolnej konfekcji. Niestety pierwszy zachwyt i entuzjazm mijają w momencie próby podpięcia do nich przewodów zakończonych masywnymi widłami, gdyż niewielka wysokość urządzenia i ich skośny rozstaw zmusza do wykonywania dość karkołomnych ekwilibrystyk mogących zapewnić nie tylko stabilne połączenie, ale i możliwość wpięcia w sąsiadujące z terminalami głośnikowymi wejścia XLR stosownych interkonektów. Oczywiście miłośnicy RCA nie będą mieli takich problemów, bo akurat te gniazda są zdecydowanie dalej. Aha. Warto uważać na hebelkowy przełącznik wejść, który też się tam wraz z portem triggera znalazł.
Za głównego winowajcę 5 kg. wagi ST-10 można uznać pokaźnych rozmiarów transformator toroidalny z niezależnymi odczepami dla obu kanałów, w których pracują 150 W D-klasowe końcówki mocy, do których sygnał dostarczany jest w formie zbalansowanej, więc jeśli tylko istnieje ku temu możliwość lepiej grać po XLR-ach.
Po części poświęconej wyglądowi i budowie warto byłoby w końcu przejść do akapitu poświęconemu brzmieniu i to też właśnie czynię, z jedną drobną dygresja. Otóż w materiałach informacyjno – reklamowych polski dystrybutor łaskaw jest podawać iż ST-10 jest urządzeniem pracującym w klasie A+D, co najogólniej rzecz biorąc jest li tylko zgrabnym zabiegiem czysto marketingowym, wynikającym ze świadomych działań samego producenta, który chcąc nadać finalnemu brzmieniu wspomnianej końcówki odpowiednio „audiofilskiego” wypełnienia i analogowości wzmocnił drugą harmoniczną (H2). Powyższa dygresja pojawiła się tutaj jednak nie bez przyczyny, gdyż pokazuje pewne podprogowe działania mające niejako już na starcie ustawić wynik spotkania poprzez skupienie uwagi słuchacza na konkretnych składowych dźwięku. Całe szczęście mając na koncie odsłuchy i recenzje niejednego D-klasowca a jednocześnie będąc przedstawicielem bajkopisarskiego obozu recenzentów śmiało mogę powiedzieć, że bajerować to my, ale nie nas. Tym bardziej, że przynajmniej jak dla mnie wewnątrz urządzeń elektrony mogą nosić nawet krasnoludki, byleby tylko dochodzący z kolumn dźwięk spełniał moje własne normy jakościowe. A to, co zaprezentował duet NuPrime jak najbardziej je spełniał. Powiem nawet więcej. Jak na tak niepozorne pudełeczka skala, dynamika i rozmach dźwięku spokojnie można było uznać za odwrotnie proporcjonalne do gabarytów elektroniki je generującej. To całkiem nieźle wpisujące się w stereotypy „amerykańskie granie” z wykopem i spontanicznością, gdzie nikt specjalnie nie dzieli włosa na czworo, za to gdy zaczyna się zabawa, to aż wióry lecą. Pomijając, przynajmniej na razie bas, z którym D-klasowe wzmacniacze zawsze, no może prawie zawsze, dobrze sobie radziły, to w przypadku NuPrime’ów bardzo sympatycznie wypada również średnica i góra pasma. To właśnie tutaj wkracza do akcji wspomniana we wstępnej dygresji druga harmoniczna i robi efekt „technicoloru”. Całość prezentowana jest dzięki temu w nieco bardziej pastelowych – kinowych, aniżeli nakazywałyby sztywne ramy neutralności, barwach, ale bez przekraczania cienkiej czerwonej linii, za którą kontury tracą swoje krawędzie a scena dźwiękowa zaczyna przypominać alkoholowo-narkotyczne urojenia będącej w nieustającym ciągu zapomnianej przez Boga i ludzi gwiazdy rocka. Tutaj raczej chodzi o zaakcentowanie aspektu barw i konsystencji, mięsistości poszczególnych źródeł pozornych aniżeli bezwzględnego wciskania ich w nakrochmalone szablony. Dzięki temu słychać to, co trzeba a jednocześnie nawet na bardziej analitycznych, chłodniejszych nagraniach nie jesteśmy atakowani ciągłymi sybilantami a efekty przestrzenne i jakże kochany przez audiofilów „oddech” pozostają nienaruszone. Taka estetyka świetnie sprawdzała się na koncertowym albumie „Farat” Anny Marii Jopek, gdzie po pierwsze sama wokalistka nieco litościwiej postanowiła potraktować nasz zmysł słuchu a po drugie towarzyszące tej rejestracji oklaski przestały brzmieć aż tak szeleszcząco, niczym rzęsisty deszcz padający na sztywny brezent.
Z kolei chropawym, bluesowym riffom i równie szorstkiemu wokalowi Tinsley’a Ellisa na „Winning Hand” udało się zachować właściwą sobie granulację i nikt nie próbował niczego ugładzać, przyczesywać i polerować. Za to współczynnik przytupywania należy określić mianem wybornego. Bas był krótki, sprężysty, trójwymiarowy i jak na tę cenę wykazywał zaskakujące zróżnicowanie wybrzmień. Niby nie wybijał się przed szereg, ale też i nie odpuszczał nawet najmniejszej okazji, by dać znać, że czuwa i cały czas jest na swoim miejscu. Dlatego też warto od czasu do czasu dać mu się wyszaleć i włączyć coś w stylu jubileuszowej składanki „100% Scooter (25 Years Wild & Wicked)” Scootera a jeśli wolimy nieco mniej dyskotekową estetykę, to dajmy na to „Anastasis” Dead Can Dance. Dzięki temu wszyscy, może z wyjątkiem sąsiadów, będą szczęśliwi a nam odpadnie problem odkurzania membran głośników.
W ramach swoistego, podyktowanego najzwyklejszą ludzką ciekawością, eksperymentu postanowiłem sprawdzić jak oba NuPrime’y sprawują się solo i jak się miało okazać, to był bardzo dobry pomysł. Po pierwsze sam DAC-10H jasno dał do zrozumienia, że nie brak mu ani analityczności, ani rozdzielczości a im wyższej jakości materiał mu dostarczymy, tym więcej na jego wyjściach będziemy w stanie uzyskać i co ciekawe owa uwaga dotyczy nie tylko wejść cyfrowych, lecz i analogowych, które wcale nie znalazły się na jego plecach przez przypadek. Oczywiście DSD po USB górował nad resztą, ale przepaści nie było. Jeśli zaś chodzi o ST-10, to podpięta pod mojego dyżurnego Ayona CD-35 pokazała, że potrafi zagrać jeszcze lepiej aniżeli w firmowym duecie a oprócz świetnego basu może pochwalić się też równie intrygującą, nieco wypchniętą średnicą, a i na górze, przy odpowiednio dobranym okablowaniu można mówić o blasku.
Tylko jedna uwaga – oba urządzenia są może nie tyle wrażliwe, co po prostu potrafią się odwdzięczyć za dobre kable i to nie tylko sygnałowe, ale i zasilające, więc od razu uprzedzam, że nie warto na nich oszczędzać.
Choć tytułowy zestaw NuPrime DAC-10H + ST-10 wydaje się być dość niecodzienną, jak na nasze standardy, propozycją to uczciwie trzeba przyznać, że te amerykańskie maluchy dzielnie się broniły i kontakt z nimi wcale nie okazał się karą za grzechy i smutnym obowiązkiem. Wręcz przeciwnie, gdyż niezbyt przez nas hołubiona kasa D, w wydaniu serwowanym przez pana Jasona Lima, ma do zaoferowania zaskakująco szeroki wachlarz zalet a biorąc pod uwagę nad wyraz korzystną relację jakości do ceny może okazać się świetnym rozwiązaniem wszędzie tam, gdzie warunki lokalowe wykluczają potężne i rozbudowane instalacje audio a zarazem przyda się mocny i stawiający na drajw system. Warto też pamiętać o możliwościach samego DAC-10H, który dzięki dopracowanej i wydajnej prądowo sekcji wzmacniacza słuchawkowego powinien spełnić oczekiwania większości spędzających długie godziny w swych drogocennych nausznikach melomanów.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; McIntosh MA 8900
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Analizując dotychczasowe zachowanie rynku audio co najmniej jedna, a jestem pewny, iż zgodzicie się ze mną, że spokojnie możemy mówić o dwóch idących z duchem czasów, mocno rozpychających się w ówczesnych realiach obcowania z muzyką nurtach. Jakich? Pierwszy to używanie wszelkiego rodzaju odtwarzaczy plików audio w roli pełnoprawnych źródeł dźwięku, a drugim zastosowanie bardzo wydajnej klasy “D” w naszych zabawkach. I gdy szerzej popatrzymy na faktyczny udział każdego z wymienionych tematów w naszym hobby, okaże się, że gdy słuchanie muzyki z plików jest już normalnością, to wspomniany sposób generowania mocy komponentów audio będąc od dawna w natarciu i przez lata zbierając spore pokłosie sukcesów cały czas walczy o pełnoprawny byt w ich trzewiach. W jakim celu w ten sposób rozpocząłem nasze dzisiejsze spotkanie? Otóż tym razem na recenzencką tapetę trafił hołdujący minimalizacji strat energii elektrycznej przez maksymalizację wydajności układów stpni wyjściowych (klasa D) zestaw amerykańskiej marki NuPrime w postaci przetwornika cyfrowo analogowego DAC-10H i stereofonicznej końcówki mocy ST-10. Puentując rozbiegówkę jestem zobligowany dodać, iż opiekę nad tytułową marką na naszym rynku sprawuje białostocki dystrybutor Rafko.
Spoglądając na projekt plastyczny naszych bohaterów ewidentnie widać, że temat designu bez specjalnego naciągania faktów ręka w rękę idzie z duchem nowoczesności. Na czym opieram to twierdzenie? Po pierwsze, otrzymujemy wpisującą się w oczekiwania nowoczesnych domostw minimalizację otulających elektronikę obudów, a po drugie, mimo owej, jak na dzisiejsze standardy audio dla wymagających audiofilów, miniaturowości urządzenia są bardzo bogato wyposażone. Kreśląc kilka zdań bliższego opisu każdego z komponentów należy zeznać, iż obydwa, z drobnymi – określającymi aplikację odpowiednich terminali funkcyjnych różnicami, wykorzystują taką samą obudowę. Obcując bliżej z przetwornikiem cyfrowo-analogowym oferującym również funkcję przedwzmacniacza liniowego i wzmacniacza słuchawkowego – DAC-10H zauważamy niewielką skrzynkę z frontem w kształcie zogniskowanego w poziomie przysłowiowego klina. Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że rozmiar w kwestii wyposażenia tego maleństwa miał jakikolwiek negatywnie determinujący wpływ. Otóż na przywołanym, wydawałoby się skromnym awersie znajdziemy usadowione na zewnętrznych flankach górnej płaszczyzny klina dwa wejścia słuchawkowe (jedno w standardzie Jack, a drugie wielopinowego XLR-a), a pomiędzy nimi mieniące się niebieską poświatą piktogramy wykorzystywanego wejścia i obsługiwanej przez przetwornik cyfrowy częstotliwości próbkowania z poziomem głośności. Ale to nie koniec wyliczanki, gdyż na dolnej płaszczyźnie frontowego szpica konstruktorzy zmieścili dodatkowo serię przycisków do manualnego sterowania tą z racji obsługi gęstych formatów skomplikowaną centralką zarządzania sygnałami audio. Krótki research pleców udowadnia determinację pomysłodawców w dążeniu do maksymalizacji funkcji patrząc od lewej strony oferuje: zintegrowane w głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilania, dwa wejścia liniowe RCA, kilka sztuk terminali wejść cyfrowych (2 x COAX, 2 x OPTICAL i jedno USB), by na prawej zlokalizować po jednym wyjściu liniowym RCA i XLR. Wieńcząc pakiet danych na temat DAC-10H wszelkich piewców lenistwa natychmiast uspokajam, nie obawiajcie się, w trosce o wygodnickich w komplecie startowym producent przewidział równie odlotowego wizualnie pilota zdalnego sterowania.
Próbując przerzucić Wasze myśli na stereofoniczną końcówkę mocy potwierdzam, piecyk wykorzystuje bliźniacze opakowanie. Jedynymi, wymuszonymi nieco inną funkcjonalnością różnicami na froncie są: z lewej strony włącznik inicjujący działanie, a z prawej niebieska dioda informacyjna o stanie gotowości do użytkowania i na panelu tylnym ponownie przedstawiając ofertę od lewej: identyczne do przetwornika zintegrowane gniazdo zasilania, pojedyncze zaciski kolumnowe i na prawym skrzydle rozdzielone hebelkowym włącznikiem wyboru wejścia liniowe XLR i RCA. Reasumując wszystkie zawarte w tym akapicie informacje, z szacunkiem należy przyznać, marka w sferze wyposażenia naszych bohaterów stanęła na wysokości zadania.
Co prawda rzadko tak bywa, ale opiniowanie dzisiejszego zestawu miało bardzo płynny przebieg. O co chodzi? Niby o nic specjalnego, ale gdy zazwyczaj dostarczone do redakcji komponenty raz podłączone grają ze sobą przez cały okres testu, w tym podejściu z racji wielofunkcyjności DAC-10H i chęci sprawdzenia zalet końcówki mocy ST-10 w popisie solowym poszczególne części układanki zaliczyły występy również w pojedynkę. Rozpoczynając jednak przelewanie opinii na klawiaturę od pełnego seta głównym spostrzeżeniem jakie nasuwa się po kilkudniowym obcowaniu z wykorzystaniem wewnętrznego przetwornika D/A Nuprime’a jest duża ochota do pokazania naszpikowanego sporą ilością informacji świata muzyki. W stosunku do punktu odniesienia Amerykanin przesunął tonację przekazu o opół oczka wyżej, a jak się można spodziewać, taki zabieg spowodował, że muzyka dostała dodatkową dawkę witalności. Naturalnie momentami przekaz muzyczny nie oferował już tak bardzo lubianej przeze mnie erotyki w zasługujących na podobne odczucia nurtach muzycznych, ale należy też wziąć pod uwagę, iż jestem nieco sfokusowany na ocierający się o mocne poczucie intymności świat dźwięków, co dla wielu potencjalnych zainteresowanych może być pewnego rodzaju wskazówką co do raczej bliższego neutralnemu poziomu barwowego pracujących w tandemie naszych bohaterów. Ale gdy mogłoby się wydawać, że takie ustanowienie punktu “G” preferowanego przez NuPrime’a dźwięku w mojej opinii nie będzie w stanie zebrać jakichkolwiek ciekawych opinii (choć w odniesieniu do ceny zestawu w żadnym wypadku nie można mówić o jakimkolwiek problemie, tylko sznycie grania), jak to zwykle bywa, gdy set oddał nieco co prawda miłej dla ucha, ale mogącej spowodować przegrzanie wydobywających się z kolumn dźwięków, gęstości przekazu, w zamian zyskał bardzo dużo w zakresie szybkości i zwartości dźwięku. Co ważne, to zebranie się w sobie dźwięku w stosunku do wzorca nie odbiło się kolącym uszy przejaskrawieniem przekazu, tylko otworzeniem wyższego środka i minimalnym wzrostem danych w zakresie najwyższych tonów, a mimo to nadal z przyjemnością pławiłem się w już nieco żywszych, ale nadal okraszonych nutą krągłości krawędzi zapisach nutowych. Mało tego, nic a nic nie straciła na tym budowana szeroko i głęboko wirtualna scena muzyczna.
Tak wyglądała pierwsza część testu. W kolejnym kroku w konfiguracji zestawu zmieniłem sygnał źródłowy i zamiast karmienia DAC-10H ciągami zer i jedynek podałem mu protokół analogowy miedzianymi kablami RCA Hijiri. Efekt? Cóż, dla mnie, a z pewnością dla wielu z Was zaskakująco pozytywny, gdyż dźwięk nabrał nieco gęstości, przez co całość prezentacji bardzo zbliżyła się do moich preferencji. Niczym kameleon produkty zza wielkiej wody pokazały, że gdy tylko odpowiednio przyłożymy się do doboru reszty toru, jesteśmy w stanie zrealizować swoje oczekiwania soniczne. I przyznam szczerze, w takim połączeniu przebiegła zdecydowana większość testu. Muzyka w zależności od stawianych akcentów jednym razem w przypadku jazzu i repertuaru barokowego czarowała miłą barwą i unikaniem wyostrzenia górnych rejestrów, by w przypadku ostrej jazdy bez trzymanki (wszelkiego rodzaju rock i elektronika) powściągając zapędy nadpobudliwości opisywany duet potrafił ciekawie wyeksponować ważne dla rocka ciężkie brzmienie gitar lub rodem z komputera mocne modulacje sztucznych dźwięków. I gdy czasem w tej mocniejszej odmianie dźwięków zapragnąłem pojechać na max’a, szybkim ruchem wykorzystywałem możliwości stawiającego na większy wgląd w naganie, a przez to delikatne podkręcenie wyrazistości wbudowanego DAC-a. Fantastyczne nie sądzicie? Na koniec zabawy jako główna niewiadoma wystąpiła sama końcówka mocy. I tutaj największe pozytywne zaskoczenie. Temat przesuwania tonacji muzyki zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nagle zaczęło się sprawiające zaskakująco wiele przyjemności żonglowanie płytami. Zwartość minimalnie zaokrąglonego w stosunku do ponad dziesięciokrotnie droższego pieca (Reimyo) basu plus minimalnie mniej soczysta średnica, a wszystko doświetlone tylko delikatnie zaokrąglonymi wysokimi rejestrami pokazały, że za relatywnie małe pieniądze możemy otrzymać dźwięk, którego często próżno szukać u zdecydowanie droższej konkurencji. A przecież to jest nadal walcząca o równouprawnienie w sprzęcie audio klasa “D”. Wydaje się to być niemożliwe, ale to najprawdziwsza prawda.
Relacjonowana dzisiaj przygoda potwierdziła jedną, ale za to bardzo ważną prawdę o audio. Jaką? Przecież wszyscy spotkaliśmy się z tezą, że coś taniego nie może dobrze zagrać. Tymczasem wychwycone podczas testu niuanse wyraźnie pokazały, że owszem, bez odpowiedniego podejścia do tematu końcowy efekt może wypaść różnie, ale gdy tylko zadbamy o najdrobniejsze szczegóły, jesteśmy w stanie wejść na poziom dźwięku zarezerwowany dla nielicznych. Ale ale. Bez względu na prawdziwość skreślonych przed momentem dwóch zdań o jednym nie możemy zapomnieć. O czym? Chodzi o dobrze skonstruowane, a przez to mogące pokazać na co je stać produkty audio. A takimi w tym przypadku okazały się pochodzące od amerykańskiego producenta NuPrime DAC-10H i ST-10. Bez ich możliwości sonicznych i konfiguracyjnych nie osiągnąłbym zapisanego w tej opowieści zadowolenia ze słuchanej muzy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że rozprawiamy o zabawkach dla zwykłego Kowalskiego, co pokazuje wyraźny progres tego typu naszpikowanych funkcyjną ofertą urządzeń. Dlatego reasumując podniesione w tekście punkty jedno mogę powiedzieć na pewno, jak tak dalej pójdzie, systemy podążające drogą tytułowego Nuprime’a są bardzo bliskie zawojowania audiofilskiego świata. Nie wierzycie? Potwierdzenie tego stanu rzeczy wydaje się być proste, wystarczy zapoznać się z możliwościami opiniowanych dzisiaj komponentów, a to już Wasza działka. Ja tylko sprawdziłem, czy warto i czego można się spodziewać.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Rafko
Ceny:
NuPrime DAC-10H: 7 995 PLN
NuPrime ST-10: 7 275 PLN
Dane techniczne
NuPrime DAC-10H
Moc ciągła (RMS): 4 W
Przetwornik DAC: SABRE32 Reference ES9018K2M
Procesor sygnału: FPGA
Zniekształcenia THD: <0.0003 %
Pasmo przenoszenia: 10 – 80.000 Hz
Separacja kanałów: 93 dB
Wejścia cyfrowe: 2 optyczne, 2 koaksjalne, USB
Wejścia analogowe: 2 pary RCA
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR
Wyjście słuchawkowe: 6.3mm duży jack, XLR
Zużycie prądu: 14W
Wymiary (W x S x G): 5.9 x 21.5 x 38.3 cm
Waga: 4.8 kg
NuPrime ST-10
Moc ciągła (RMS): 2 x 150 W
Klasa wzmacniacza: D
Stosunek sygnał/szum: 110 dB
Pasmo przenoszenia: 0 – 60.000Hz
Impedancja wejściowa: 23.500 Ω
Wzmocnienie: 28 dB
Wymiary (W x S x G): 5.9 x 21.5 x 39.4 cm
Waga: 5kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
I don’t know how our meeting today will be viewed by followers of theories like: “all digital audio devices sound the same” or “cabling has absolutely no influence on the sound of a device,” but I should now warn the most nervous audio-voodoo hunters before they start to read this text. What is this all about? For me, this is nothing special, as we will be looking this time not at a cable, but at an accessory for a cable application. But what exactly is it? We will be looking at cable supports, because lately some cables have become very heavy and are pulling the sockets out of our walls and devices . Have I lost my mind? I can assure you that before testing this gadget from the distributor in my own system, I thought I had, but, as it often happens, not everything is as obvious as you might think, and after a few days the ironic grin on my face had disappeared and I was positively surprised. Who played this joke on me? Who could it be? It was none other than the world leader in these types of accessories, the very well-known Japanese company, Furutech, which has introduced to the market a device called the NCF Booster, brought to us for testing by the Katowice-based distributor, RCM.
So what is the Furutech NCF Booster? Looking at it from the top, we see something with the shape of a twisted frog with thin legs. When we start to analyze it from the bottom, we see a base that provides a very good and stable support – the company brochure states that it was made from an ABS resin. Looking up along the rods, which enable the use of the device even up to a height of half a meter, we reach the suspension for the supported plug (made from ABS resin and nylon NCF resin used to eliminate static electricity). As you can see in the photos, located on the sides of the cradle are two very important parts , two screws which enable the user to set the height of the gadget and properly secure it. But this is not all – as on the cable, plug or filter, all supported by the unit, we can place a securing clamp. The latter is made from stainless steel combined with nylon NCF resin. The whole structure is held together by two rubber O-rings, which are not essential if you often move the device after installation. If you just assemble it and leave it, then those two rubber O rings will do the job. To finish this descriptive paragraph, I must explain that when you plan to extend the construction beyond what is supplied in the original package, you must order another set of extenders, which are quite easy to put on because the rods are threaded.
What made me want to describe the influence of this gadget on my audio system? You might be wondering, but the impulse for that was surprisingly clear to me, and what is very important is the positive influence it had on the gear placed on the rack between the speakers. Not that I would complain about my own gear, but frankly speaking, whenever my friends visit me, and without taking into account the great music being played, I begin by directing their attention to my concerns, which are really quite trivial, but are still shortcomings. True, this is nitpicking, but when I manage to improve a certain feature, I show it to them during their next visit. So what was achieved with the use of the tested Booster? This is like a blow to the head. In one second, due to the increase of energy in the reverberation of each of the virtual sound sources on the stage, the readability of the sound improves. The back planes, while staying in their place, gain a certain shine, resulting in the ability to use lower volume levels and still hear with the same clarity. But this is not all that the tested accessory brings to the sound. This clarity is not the result of an improvement of the contours of the instruments by a detrimental thinning of the sound, but instead by the increase in the mass of each of them, and not thickening of the edges. It is just that each phrase is juicier, but still within the boundaries created by the system earlier. Impossible? I didn’t want to believe it at first, but a few tests with music containing excessively heavy bass confirmed the effect I have just described. Is there any catch to it? I do not know if you can describe it this way, as this will depend on the system, the expectations of the listener and the repertoire. It concerns the effect achieved by using additional Furutech supports. Each additional Booster increases the effect in an almost geometrical way. In my system, using a second support was like putting a bit too much icing on the cake. Can I be any clearer? As I mentioned, using the Booster improves the readability of the sound with a very positive reception of its increased energy and contour. But unfortunately, or fortunately, another support placed in front of the line preamplifier almost doubles (more or less) this influence, so listening to quiet music, based on the long decay of the piano sounds or vocals in a church, results in a shortening of the decay time, which translates into a few milliseconds of the sound being lost from its inter-loudspeaker life. This did not happen due to the sound being cut, but knowing the repertoire by heart, I heard the minimal loss of ethereality (it became too blunt) as well as its bearing capability (you could hear something like a cut). But, I would like to remind you that my system, and the music I always play through it, always creates such a romantic atmosphere, that it was easy for me to notice such things. Any other representative of homo sapiens may not even notice it, but those who listen to the strong rhythm of rock, or electronic music, will double their donations to charity after hearing the increase of energy in my Japanese system. Although I used two supports when listening to heavy metal, because I listen mostly to audiophile music, the buying decision only concerned one unit. And, please believe me, I am absolutely not joking. This is the second issue which does not make it easy to classify the increase in the number of those supports. What else can I say? Frankly speaking, I could speak about it for a few more pages, but it’s best to leave it at that.
If somebody knows me, not even personally, but through my writing, then they know that I do not give praise so easily. This naturally suggests that when such gadgets appear, and when they are in some aspect surprising, then there is only one more small step to trap this audiophile and then those things end up in my system. This is also what happened to the Booster. Why it includes only one unit should be clear after reading my text. But you should, as you do not know what will happen when you double the units in your system, ask the distributor to provide you with two pieces for testing. This will cost you nothing, and there is a chance that the system, and the music itself, will be grateful for this doubled effect. To conclude this test, I have one more thing to say which is very important from the point of view of those people who might be interested in this accessory. The influence of the Booster is not only on the NCF family of plugs by Furutech (although in this case the influence will be most visible), but it works with all kinds of plugs, regardless of their manufacturer or the material they were made from. And this, combined with the ease of borrowing items from the distributor for a deposit (or if you know them well – even without a deposit), allows you to test this quite inexpensive device, compared to the cables, and verify for yourself whether what I have written is true. I do not know how this will end, but, rest assured, you will have lots of fun.
Jacek Pazio
Distributor: RCM
Price: 1 690 PLN
System used in this test:
– CD: CEC TL 0 3.0 + Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
Digital IC: Harmonix HS 102
Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Brytyjski Spendor gruntownie odświeża podstawową serię swoich zestawów głośnikowych, proponując trzy nowe modele. Przyjmują one formę prostych, zgrabnych i gustownych konstrukcji dwudrożnych z pojedynczym głośnikiem nisko-średniotonowym. A4 i A2 to modele wolnostojące z obudowami bass-reflex, natomiast w najmniejszym podstawkowym monitorze A1 mid-woofer pracuje w obudowie zamkniętej. Wszystkie trzy modele zostały pomyślane w celu użytkowania ich w małych i średnich pomieszczeniach, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji, gdy koniecznie jest ustawienie kolumn bliżej ścian. Udało się to osiągnąć dzięki odpowiedniemu dostrojeniu mid-wooferów. Te oznaczone symbolem EP77 głośniki z membraną polimerową zostały zapożyczone ze znacznie droższej serii „D”. Jeden dla całej serii tweeter również poddano liftingowi: jest to następna generacja głośnika z kopułkowo-pierścieniową membraną tekstylną o średnicy 22-mm, tym razem wyposażonego w metalową siatkę ochronną.
W najnowszym wcieleniu serii „A” inżynierowie Spendora poświęcili szczególną uwagę jak najwierniejszemu odwzorowaniu aspektów dynamiki i otwartości nagrań. Ujawniają oni, że udało im się stworzyć najbardziej uniwersalne i muzykalne konstrukcje w historii brytyjskiej firmy, z zachowaniem rozsądnego pułapu cenowego. Rzut oka na parametry potwierdza tę tezę: wszystkie modele to łatwe do wysterowania konstrukcje ośmioomowe, a pasmo basu w przypadku dwóch modeli wolnostojących sięga sporo poniżej 40 Hz. Warto także przypomnieć, że nawet ta podstawowa seria Spendora jest produkowana w Wielkiej Brytanii, a jeśli chodzi o wzorce brzmieniowe, dalej obowiązuje strojenie według sprawdzonych wzorców ze studiów BBC. Seria „A” dostępna jest w trzech naturalnych fornirach: ciemnym orzechu, jasnym dębie i czarnym jesionie, z identycznymi cenami dla wszystkich wersji. Podstawkowe A1 kosztują 4 900 zł, a podłogowe: A2 – 7 490 i A4 – 9 900 zł. Na dzień dzisiejszy pozostałe modele są wycofane z produkcji, a serię uzupełniają od góry nieco starsze, również dwudrożne A6R, które kosztują 13 900 zł i będą dostępne w limitowanej ilości, do zakończenia ich produkcji w roku 2018.
Dystrybucja: Nautilus
Dwa najnowsze przewody zasilające japońskiego Acroilinka ze średniej półki cenowej: 7N-PC 4020 i 7N-PC 4030 oznaczono przepięknie brzmiącą nazwą Anniversario. Ma ona bezpośredni związek z 30-leciem działalności firmy, która zaczynała pod nazwą Acrotech i z czasem przerodziła się w Acrolink. No ale dlaczego po włosku? Otóż ekipa Acrolinka uważa, że to tam powstały w XVIII wieku podwaliny nowoczesnej muzyki – od klasyki, przez rock i pop, aż do folku z całego świata – i właśnie Włochom zawdzięczamy to, jaka jest dziś.
Jeśli natomiast chodzi o stronę techniczną, Japończycy pozostali przy miedzi Stressfree najwyższej próby 7N, czyli o czystości 99.99999 %. Tym razem jednak półprodukt dostarczony przez Acrolinkowi przez Mitsubishi Cable Industries, oznaczony symbolem DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) ma strukturę kraciastej siatki o regularnym kształcie, z kryształami o wielkości kilkudziesięciokrotnie większej niż w standardowym przypadku. Powstają one dzięki zastosowaniu szeregu procesów technologicznych, m.in. ciągnienia z pręta o większej grubości, a następnie wyżarzania, czy naświetlania rentgenowskiego. Dzięki temu udało się zredukować „grubości” styku pomiędzy pojedynczymi kryształami, a także uzyskać jednolitą kierunkowość, co wpływa bardzo pozytywnie na jakość transmisji sygnału.
Przewodniki mają strukturę multistrand, przekrój pojedynczej „nitki” nie zmienił się, natomiast zwiększyła się ich ilość w każdym ze splotów. Nie mniej istotnym aspektem konstrukcyjnym jest eliminacja drgań własnych materiału tych z zewnątrz. Tutaj Japończycy pozostają przy rozwiązaniach sprawdzonych w „:standardowych” wersjach „4020” i „4030” – w bezpośrednich otulinach przewodników wykorzystano żywicę poliolefinową oraz mieszankę proszku wolframowego z amorficznym, na zasadzie struktury szczelnie oplatającej wszystkie trzy żyły przewodzące. Izolacja zewnętrzna to ponownie odporny na odkształcenia mechaniczne oraz promieniowanie UV poliuretan, który dodatkowo eliminuje szkodliwe drgania, oferując inny rozkład charakterystyki materiałowej.
Warto wspomnieć, że proces produkcji nowych modeli w przypadku firmy Acrolink polega każdorazowo na dokonaniu wszechstronnych pomiarów, a następnie krytycznych odsłuchach prototypów, które idą do dalszych poprawek, jeśli nie spełniają oczekiwań. Najnowsze „sieciówki” Anniversario zastępują poprzednie modele. W wersjach 1.5 i 2 m kosztują odpowiednio: 7N-PC 4020 – 1790 i 1990 zł; 7N-PC 4030 – 2490 i 2690 zł.
Dystrybucja: Nautilus
Opinia 1
Przygodę z chyba największą a co najważniejsze nadal jasno świecącą własnym, a nie odbitym światłem legendą amerykańskiego High-Endu, czyli … McIntoshem na łamach SoundRebels zaczęliśmy dość przewrotnie, gdyż nie od charakterystycznych, potężnych końcówek mocy a od naszpikowanego technologicznymi nowinkami, choć oczywiście lampowego przedwzmacniacza C2500. Na prawdziwe „elektrownie” też oczywiście przyszła pora i już w kwietniu 2015 r. mogliśmy z Jackiem pławić się w charakterystycznym zielonkawo-niebieskim blasku imponującego systemu marzeń, z którego to, niejako na otarcie łez, zostawiliśmy sobie do odrębnej recenzji jeden z najbardziej rozpoznawalnych i intrygujących pod względem wzorniczym dostępnych na rynku gramofonów – MT10. Kolejnym krokiem, ku lepszemu poznaniu portfolio zaoceanicznego potentata stała się możliwość zrecenzowania niezwykle przyjemnego pod względem ergonomii, lecz przede wszystkim świetnie brzmiącego phonostage’a MP1100 i wszystko byłoby OK., gdyby nie pewien tlący się gdzieś w głębi duszy niedosyt. Niedosyt braku na koncie dłuższego i przeprowadzonego w kontrolowanych a nie z doskoku, czy też wystawowych, warunkach odsłuchu czegoś, z czego McIntosh uczynił nie tyle swoisty trend, co wręcz odrębną kategorię urządzeń – tzw. super-integry.
Całe szczęście co się odwlecze, to nie uciecze i gdy tylko karnie czekający w kolejce akolici marki przestali niemalże wyrywać sobie dopiero co dostarczone do polskiego dystrybutora – warszawskiego Hi-Fi Clubu, pierwsze egzemplarze skorzystaliśmy z poświątecznego zamieszania i czym prędzej zaopiekowaliśmy się jedną, jeszcze pachnącą fabryką, sztuką niemalże topowego modelu wzmacniacza zintegrowanego … McIntosh MA8900.
Jak przystało na klasycznego przybysza z Ameryki, gdzie wszystko co widzimy, mijamy, kupujemy, bądź jemy, jeśli nawet nie jest praktycznie pod każdym względem największe i najlepsze, to bardzo stara się takim być a przynajmniej za takie uchodzić, również i MA8900, już samymi gabarytami kartonu, w jakim dociera do swojego niewątpliwie przeszczęśliwego nabywcy, powyższe wyobrażenia i stereotypy spełnia z nawiązką. O troskliwości, z jaką pakowany jest dzisiejszy bohater najlepiej świadczy fakt, iż samo podwójne, w newralgicznych miejscach dodatkowo wzmacniane, pudło waży ponad 8 kg! Jeśli zaś chodzi o samo urządzenie to mamy do czynienia z kwintesencją najlepszych wzorców, do jakich przez dziesięciolecia przyzwyczaił kilka pokoleń audiofilów na całym świecie McIntosh. Jest potężny, lśni chromami, czernionym szklanym frontem i roztacza wokół siebie firmową, jedyną w swoim rodzaju zielono-błękitną poświatę. Ot, taki high-endowy odpowiednik klasycznego, wypasionego, „skrzydlatego” Cadillaca ’59 Fleetwood, z tą tylko różnicą, że pod maską, zamiast 6,4 l benzynowej V8-ki ukryto maszynownię statku kosmicznego Enterprise ze „Star Treka”. Nie wierzycie? No to zapraszamy do dalszej lektury.
Zacznijmy zatem od początku, czyli od spojrzenia na MA8900 en face. Przedni panel jest szklany, wskaźniki – niebieskie, a napisy zielone, czyli nikt nie próbuje na siłę psuć tego co dobre, znane i sprawdzone. Sprawdzone i dobre są też szczotkowane, pionowe ramki chroniące przednią taflę przed nawet przypadkowym uszkodzeniem a zarazem zgrabnie zamykające cały projekt optycznie. Po obu stronach centralnie umieszczonego firmowego logotypu zalotnie roztaczają swe błękitne wdzięki wychyłowe wskaźniki mocy, pod którymi znalazły się jakże charakterystyczne w swym oldschoolowym designie gałki wyboru źródła (po lewej) i siły głosu (po prawej). Pokręteł jest jednak znacznie więcej, gdyż oprócz dwóch, dopiero co wymienionych, do dyspozycji mamy jeszcze kolejnych pięć, nieco mniejszych i obsługujących pięciozakresową (30, 125, 500, 2000 i 10000 Hz ) regulację barwy (+/- 12 dB), którą i tu bardzo miła niespodzianka … da się przypisać każdemu wejściu z osobna. Krótko mówiąc świszcząco sepleniące wyroby dziennikarskopodobne z TV, bądź radia można nieco ucywilizować a pozostałe, niewymagające aż tak drastycznych kroków źródła wzmacniać, w nieskalanej, dziewiczej postaci. Miłośników bezpośrednich doznań nausznych z pewnością ucieszy widok wyjścia na ich ukochane słuchawki zdolnego poradzić sobie z obciążeniami rzędu 20-600 Ω i dzięki układowi HXD (Headphone Crossfeed Director) imitującego efekty przestrzenne, zbliżone do odsłuchu z kolumn. Na liście niewymienionych jeszcze atrakcji zostały dwa przyciski wyboru wyjść, uaktywnienia equalizacji, wyciszenia, purpurowy włącznik i jednowierszowy, niebieski wyświetlacz informujący o wybranym wejściu, sile głosu, częstotliwości próbkowania reprodukowanego sygnału cyfrowego i parametrach wybranych dla wkładki MC.
Boki integry zdobią groźnie nastroszone radiatory Monogrammed Heatsinks, w których ożebrowaniu sprytnym specom od podprogowego marketingu udało się wkomponować stylizowany monogram ,,Mc” a pocięta, niczym babcina szarlotka, na kawałki płaszczyzna górna jasno daje do zrozumienia, iż zarówno sekcja odpowiedzialna za logikę, wzmocnienie i oczywiście autoformery – transformatory dopasowujące, mają swoje osobne komory i nic niczemu nie wchodzi w paradę.
Zerkając na Maca „od zakrystii” w przysłowiowym okamgnieniu jesteśmy w stanie zrozumieć czemu tak duży „urósł”. Powód jest tyle oczywisty, co początkowo, dla nieobeznanych z amerykańskim brandem mogący wprowadzić w lekką konsternację. Otóż wbrew pozorom pionowo umieszczone na przeciwległych krańcach, terminale głośnikowe są pojedyncze a ich zmultiplikowanie wynika jedynie z dopasowania poszczególnych odczepów do docelowego obciążenia, które każdorazowo będzie w stanie otrzymać równiutkie 200 najprawdziwszych, dopieszczonych przez wyjściowe autoformery, amerykańskich Wattów. Potężne terminale akceptują praktycznie każdy rodzaj konfekcji, jednak logicznym wydaje się, iż najczęściej będą współpracować z okablowaniem zakończonym masywnymi widełkami i dlatego też producent zapobiegliwie dołączył w komplecie poręczny, wykonany z wytrzymałego tworzywa klucz ułatwiający solidne dokręcenie nakrętek bez obawy o uszkodzenie ich złoconej powierzchni. Uczciwie musze przyznać, że urzekła mnie ta dbałość o z pozoru zupełnie nieistotne niuanse. Tak właśnie tworzy się wizerunek legendy, więź nawet nie na lata a pokolenia i wierne grono klientów. Patrzcie i uczcie się wszyscy Ci, którzy zainteresowanie nabywcą tracą w momencie ściągnięcia okrągłej sumki z jego karty kredytowej. Wróćmy jednak do meritum. Pozostając jeszcze w górnej części amerykańskich pleców warto zwrócić uwagę na wymienny moduł Digital Audio DA1, którego sercem jest 8-kanałowy, 32-bitowy DAC pracujący w układzie Quad Balanced, mogący pochwalić się sześcioma wejściami cyfrowymi: dwoma koncentrycznymi, dwoma optycznymi, jednym USB i jednym firmowym MCT, do połączenia z dedykowanym transportem SACD/CD MCT450. Wejścia koncentryczne i optyczne obsługują sygnały do 24 bitów/192 kHz, natomiast asynchroniczne USB – PCM do 32 bitów/384 kHz, DXD 384 kHz oraz DSD do DSD256. Tuż obok umieszczono budzącą mój niekłamany podziw istną centralkę telefoniczną portów komunikacyjnych, wejść na zewnętrzne czujniki, triggery i całą inną masę wodotrysków bez których domowa inteligencja byłaby ślepa i głucha.
Zdecydowanie normalniej przedstawia się wypolerowany pas dolny, gdzie oprócz trójbolcowego gniazda zasilającego i nakrętki bezpiecznika pyszni się bateria zdublowanych wyjść na zewnętrzną końcówkę, bądź analgowy rejestrator (jedno ze stałym poziomem a drugie z regulacją natężenia sygnału), spięte sztywnymi zworkami we/wyjścia na/z sekcji pre i końcówki, sześć par wejść RCA, dedykowane obciążeniom MM i MC dwie pary wejść na phonostage’a z oczywistym zaciskiem uziemienia i na deser para wejść XLR. Uff, Sporo tego, nie sądzicie?
No dobrze, mamy zatem 75-cio funtowy, istny ósmy cud high-endowego designu, który wygląda jak przysłowiowy milion dolców i co w związku z tym? Niby możemy używać go w roli szalenie nieekologicznej lampki nocnej, bądź nieco bardziej wydajnego kaloryfera, ale nie oszukujmy się, nie po to kupuje się McIntosha, by się w niego wpatrywać i grzać przy nim zmarznięte dłonie. Co to, to nie. Dlatego też, gdy tylko ta wielce urodziwa bryła polerowanej stali i szkła osiągnęła pokojową temperaturę, a trochę jej się przy tym zeszło, od razu wpiąłem ją do mojego systemu i pozwoliłem, już z krążącymi w jej żyłach sygnałami audio spokojnie dochodzić do pełni swoich sonicznych możliwości. Mając na uwadze fakt, iż była to fabryczna nówka pierwszy tydzień może nie tyle potraktowałem, co bardzo starałem się potraktować dość ulgowo a odsłuchy ograniczyć do dość niezobowiązujących sesji. Pech jednak chciał, że się ewidentnie mi te założenia nie spinały i ilekroć siadałem by li tylko rzucić uchem cóż tam „Makówka” wyczynia z moimi głośnikami, tylekroć wstawałem z fotela po przynajmniej 3-4 godzinach i to w dodatku nie z wyrzutami sumienia, co z poczuciem potężnego niedosytu. Bowiem już wtedy, MA8900 swoim, jeszcze wtedy nieco zimnym i dopiero nabierającym „konsystencji” i wolumenu dźwiękiem, potrafił tak otulić, zniewolić i uzależnić, że to, co miało być zrobione na cito jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki lądowało w kuwecie „na później” a jedyną czynnością na jaką McIntosh podczas odsłuchów (oprócz oczywiście oddychania) łaskawie pozwalał, okazało się obskakiwanie go z aparatem i wykonywanie zupełnie nieplanowanych sesji fotograficznych. Może to dziwnie zabrzmi, ale nie przypominam sobie absolutnie żadnego urządzenia audio, które aż tak bardzo kochałoby obiektyw i to z wzajemnością. Próżność, parcie na szkło? Zdecydowanie nie. Przecież mając przed sobą 5-kę „The Supers” z fotografii Petera Lindbergha, czyli … Naomi Campbell, Lindę Evangelistę, Tatjanę Patitz, Christy Turlington i Cindy Crawford brzydko mówiąc strzelilibyście dwie sweetfocie i już? Ano właśnie. Dokładnie to samo czułem patrząc na 8900 – on był zbyt piękny, żeby tylko stać i grać. To trzeba było pokazać światu i pokazywałem co i rusz wrzucając po kilka zdjęć na naszego fejsbookowego „walla” . Ale chwila, przecież miało być o dźwięku, koniec dygresji!
Jak już zdążyłem nadmienić estetyka brzmieniowa, w jakiej ulokował się nasz dzisiejszy bohater i czego wcale nie raczył był ukrywać opierała się zarówno na właściwej, adekwatnej tak jego posturze, jak i deklarowanej mocy potędze, co zaskakującej przy uwielbianym przez niego rozmachu rozdzielczości okraszonej sporą szczyptą firmowej słodyczy. Tak, tak. Tutaj nie było ani krztyny chłodu, kanciastości, czy irytującej granulacji najwyższych składowych. To było rasowe, potężne granie, ale z kontrolą, iście lampowym wysyceniem i gorącą, magnetyczną średnicą. Jeśli liczyliście na duży, ale misiowaty a przez to spowolniony dźwięk, to możecie się srodze zawieść, bo 8900 może i operuje dźwiękami dużymi, lecz podobnie jak „duzi” (za młodu) Steven Seagal i Dolph Lundgren daleko im do ociężałości, więc jeśli ma być atak, to taki atak następuje a jego uderzenie nie tylko jest piekielnie mocne, ale i równie natychmiastowe. Jeśli nie wierzycie mi Państwo na słowo, bo niby czemu mielibyście to robić, gorąco polecam odsłuch „Psychotic Symphony” najnowszego muzycznego projektu Mike’a Portnoy’a – Sons Of Apollo. Jakiekolwiek spowolnienie, czy nie daj Bóg zmulenie w tym jakże epickim prog-metalowo-rockowym dziele automatycznie zabija dynamikę i działa jak potężna dawka Pawulonu na kierowców F1 – zabójczo znaczy się. Tymczasem McIntosh, nie dość, że ani myślał cokolwiek łagodzić, to jeszcze sam dolewał oliwy do ognia, podkręcając może nie tyle samo tempo, co motorykę nagrania z jednej strony akcentując pracę sekcji rytmicznej a z drugiej podbijając saturację gitarowych riffów. W rezultacie otrzymywaliśmy istną ścianę koncertowego dźwięku z zachowaniem świetnego wglądu w nagranie i otwartością gry. Źródła pozorne były oczywiście nieco powiększone, ale dzięki temu, że nikt nie próbował na siłę wypchnąć ich do przodu jednocześnie przybliżając ku słuchaczowi pierwszy plan, to nie miało się wrażenia, że za chwilę wydziergany frontmen kopniakiem wytrąci nam z dłoni kieliszek wina, bądź co gorsza zapuści lubieżnego „żurawia” za dekolt naszej partnerki.
Skoro jednak przy opisie czysto wizualnych walorów McIntosha wspomniałem o wysoko litrażowych „skrzydlakach” a i sam dzisiejszy gość przybył zza oceanu, to na testowej playliście nie mogło zabraknąć jegomościa, który do Cadillaców miał prawdziwą słabość. Domyślają się Państwo o kim mówię? Oczywiście, że o Elvisie Presleyu i ostatnio (prawie 3 lata temu) wydanym albumie „If I Can Dream: Elvis Presley with the Royal Philharmonic Orchestra”. Pomimo tego, że to „sklejka” archiwalnych nagrań wokalu „Króla” i współczesnych sesji Royal Philharmonic Orchestra w Abbey Road Studios, ale efekt jest co najmniej bardzo miły mym uszom. Współczesna orkiestracja ma właściwy sobie rozmach i rozdzielczość a głos Elvisa został odpowiednio wyeksponowany, co ewidentnie przypadło do gustu testowanej amplifikacji, która dorzucając co nieco od siebie dodatkowo dopaliła emocjonalnie cały przekaz. Jednak prawdziwą magię słychać dopiero na nagraniach z epoki, czyli np. pierwszym stereofonicznym „Elvis Is Back” a szczególnie na „Fever” gdzie „ciary” były gwarantowane, jak nie przymierzając śmierć i podatki.
Na omówienie czekają jeszcze dwa, jakże różne oblicza płci pięknej. Pierwsze niewinne, dziewczęce i ciepłe jak letni wietrzyk reprezentuje album „Tenderly” Stacey Kent a drugie, mroczne, drapieżne i niemalże krwiożercze wydawnictwo „Abyss” Chelsea Wolfe. O ile jednak przy Wolfe żadnej niespodzianki się nie spodziewałem i jej nie było, gdyż skoro z Sons Of Apollo McIntosh poradził sobie z dziecinną łatwością, to i subsoniczno – syntetyczne dudnienia nie zrobiły na nim większego wrażenia. Co innego mogłem natomiast powiedzieć o minach znajomych, których uraczyłem tymże albumem a którzy to potem długo i namiętnie nakłaniali mnie do zdradzenia, gdzie ukryłem subwoofer, bo takiej otchłani najczarniejszego, sięgającego wrót piekieł basowego mroku dawno nie słyszeli a na pewno nie z tak niepozornych, jak moje Gaudery, kolumn.
Jeśli zaś chodzi o uosobienie łagodności, to Stacey Kent z wtórującą jej rozwibrowaną soczystą i gęstą gitarą działała na me skołatane po całodniowej gonitwie nerwy bardziej kojąco od lampki karmelowo – tytoniowego Blanton’sa Straight from the Barrel. Było słodko, ale na pewno nie mdło, więc jak na mój gust wybornie.
A jak wygląda sprawa zaimplementowanych w MA8900 dodatków, czyli phonostage’a i modułu DACa? Niepotrzebnie nie przedłużając Państwa niepewności prosto z mostu i do bólu szczerze powiem, że … zaskakująco dobrze. Jeśli ktoś przed lekturą niniejszej recenzji obawiał się, iż będą to tylko jakieś budżetowo OEM-owe, brzydko mówiąc KIT-y, czyli gotowe płytki oferowane przez niezliczone rzesze azjatyckich poddostawców, to spokojnie może głęboko odetchnąć i mieć świadomość, iż swoją klasą obie sekcje ani myślą ustępować głównemu projektowi. Powiem więcej. Otóż szukając porównywalnie wyposażonej i oferującej podobną jakość brzmienia, bo to w końcu jest najważniejsze, oraz funkcjonalność konstrukcji przychodzi mi na myśl tylko jedno urządzenie … najwyższa opcja Gryphona Diablo 300. Jakieś pytania? Ano właśnie. Skupiając się jednak na McIntoshu warto tylko zwrócić uwagę iż o ile sekcja phonostage’a swą charakterystyką tonalną i estetyką grania wszystkimi kończynami podpisuje się pod tym, co możemy usłyszeć z konwencjonalnych wejść analogowych, to już DAC potrafi zaznaczyć swoją indywidualną wizję dźwięku. Czy to źle? Broń Boże. Po prostu moduł Digital Audio DA1 ukazuje McIntosha MA8900 w … jeszcze bardziej korzystnym świetle. Jak to robi? Otóż utrzymując na niezmiennym poziomie wolumen, rozmach i saturację wyraźnie poprawia rozdzielczość dalszych planów, utwardza kontury najniższych składowych i jakby tego było mało jeszcze poszerza, już i tak obszerną scenę dźwiękową. A jeśli tylko sięgniemy po wejście USB i uraczymy naszego gościa wysokokalorycznym materiałem DXD/DSD dopiero wtedy nie tylko zrozumiemy, ale na własnych trzewiach poczujemy, fenomen realizacji Reference Recording. Mocna, bardzo mocna rzecz!
Od razu, w ramach usprawiedliwienia napiszę, że to wcale nie tak miało wyglądać. To miał być najzwyklejszy i jeden z wielu mu podobnych test. Ot posłuchać z tydzień, jak będzie dobrze to może dwa, zrobić zdjęcia, oddać do testów Jackowi, w tzw. międzyczasie poskładać do kupy poczynione podczas sesji notatki i brać na warsztat kolejne urządzenie. Niestety te nad wyraz ułatwiające życie recenzenta plany szlag jasny trafił, bo zamiast krytycznego elaboratu wyszło coś na kształt laurki, co samo w sobie nie byłoby takie złe (vide „plus” u dystrybutora), jednak najgorsze jest to, że już po kilku dniach z McIntoshem zdałem sobie sprawę, że cholernik najzwyczajniej w świecie mnie omotał i uzależnił. I to wcale nie było śmieszne, bo nie dość, że ani mi w głowie były testy innych urządzeń, to do absolutnego minimum ograniczyłem również czas na sen, w rezultacie czego powoli zacząłem przypominać ponad 100 kg. Zombie. Jak się bowiem okazało na dłuższą metę 4 godziny snu na dobę to „nieco” za mało. Suma summarum, gdyby nie delikatna sugestia Jacka, że miło by było, jakbym i jemu dał zakosztować amerykańskich specjałów, to ja leżałbym pewnie gdzieś w stanie skrajnego wyczerpania na OIOM-ie a niniejsza, niezwykle subiektywna, czyli permanentnie nieobiektywna recenzja by nie powstała. Skoro jednak czytają państwa te słowa, oznacza to, że pomimo niezwykle bolesnej traumy udało mi się jako, tako pozbierać. Dlatego też jeśli jesteście Państwo wrażliwi na emocje i rozmach towarzyszący Waszej ulubionej muzyce i rozglądacie się za wzmacniaczem zdolnym do rozpalenia w Was nieco przygasłej pasji do dalszych muzycznych poszukiwań, a zarazem możecie sobie pozwolić na opisane powyżej uzależnienie, to sięgnijcie po tytułowego McIntosha MA8900 i poczujcie się jak kapitan potężnego okrętu o napędzie atomowym przemierzający wzburzone morza i oceany nieodkrytych gatunków, twórców i utworów.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Z dużą dozą prawdopodobieństwa większość z Was zgodzi się ze mną, że prezentowany dzisiaj brand jak żaden inny nader często potrafi wzbudzać całkowicie przeciwstawne opinie. O co chodzi? Nie będę specjalnie rozpisywał się na ten temat, ale tak na szybko przywołajmy dla jednych wspaniały, a dla drugich trochę zlatujący myszką design, czy wprowadzające pewien sznyt grania, zabezpieczające urządzenia przez bezmyślnymi użytkownikami często za owe bezpieczeństwo kochane i zarazem przez wiecznych malkontentów znienawidzone transformery. Możecie mi wierzyć, ale to wbrew pozorom dla wielu potencjalnych klientów są bardzo determinujące decyzję zakupu aspekty. Jednak bez względu na wspomniane punkty sporne jednego, a jestem w stanie wygłosić tezę, że nawet dwóch rzeczy naszemu bohaterowi zza wielkiej wody nikt nie jest w stanie odmówić. Czego? Chyba żartujecie. Mam na myśli natychmiastową rozpoznawalność i ugruntowany w świadomości całej populacji audiofilów co najmniej dobrej jakości dźwięk. Skąd ta teoria? Niby nic odkrywczego, po prostu z rozmów z wieloma miłośnikami świata muzyki. A czy zawsze się potwierdza? Aby się o tym przekonać, zapraszam do lektury poniższego testu, w którym będziemy się przyglądać amerykańskiemu wzmacniaczowi zintegrowanemu z funkcją przetwornika cyfrowego – analogowo i phonostage’a McIntosh MA8900, którego wizytę w naszej redakcji zawdzięczamy warszawskiemu Hi-Fi Clubowi.
Jak wygląda McIntosh MA 8900? Teoretycznie, na tle całej gamy produktów tej stajni, zwyczajnie – czyli jak przysłowiowa, w dobrym tego słowa znaczeniu … choinka. Rozpoczynając naszą wędrówkę po bryle urządzenia od awersu, mamy do czynienia z czernionym szkłem jako płaszczyzną nośną dla wszelkich manipulatorów i wyświetlaczy, a dokładnie mówiąc niebieskich wskaźników wychyłowych, ubranych w srebrną obwolutę gałek funkcyjnych, przypominających stare odbiorniki radiowe będących wariacją prostokąta włączników, zieleni piktogramów opisujących każdy z manipulatorów, a także niedużego, ale za to czytelnego wyświetlacza, z informacją o wykorzystywanym wejściu i procentowym poziomie oddawanej mocy. Patrząc na 8900-kę z lotu ptaka tuż za wspomnianym frontem widzimy wielkie transformatory, a za nimi ubraną na bocznych płaszczyznach w solidnej wielkości radiatory, o zdecydowanie większą rozmiarowo niż objętość traf kubaturę dla układów elektrycznych. Gdy doszliśmy do tylnego panelu przyłączeniowego, okazuje się, że opiniowana zabawka wujka Sama jest w stanie zadowolić nawet najbardziej wymagającego audiofila. Analiza oferowanego dobra donosi, że plecy z ich propozycją terminali podzielono na dwie części. Dolna, mieniąca się srebrną poświatą proponuje serię wejść w standardach RCA i XLR, dwóch wyjść RCA, wejścia dla wkładek MM i MC, zacisk uziemienia, gniazdo zasilające i bezpiecznikowe. Zaś górną w dbałości o dobre wysterowanie potencjalnych zespołów głośnikowych uzbrojono w potrojone odczepy dla kolumn o impedancji 2,4,8 Ohm, baterię wejść na wewnętrzny przetwornik (2 x OPTICAL, 2 x COAX, USB i terminal o nazwie MCT dla firmowego transportu). Oprócz przywołanych, ważnych z punktu widzenia użytkowania przyłączy na tej części tylnej ścianki zlokalizowano również sporą liczbę gniazd do programowania układów wewnętrznych urządzenia. Tak wizualnie w kilku zdaniach prezentuje się przybyły zza oceanu Amerykanin. Nie powiem, patrząc na jego funkcjonalność i wygląd wiele się dzieje, ale będąc spokojny o ocenę wartości funkcyjnej komponentu jestem zdania, że naprawdę trzeba być bardzo mocno sfokusowanym na styl a la IKEA, aby z powodu wyglądu skreślić tytułową integrę z listy potencjalnych odsłuchów. Ja bez dwóch zdań taki design akceptuję.
Jak gminna wieść niesie, przygoda z produktami marki McIntosh wiąże się z wkroczeniem w świat przyjemnie podanej materii muzycznej. Jaki poziom owej przyjemności jesteśmy osiągnąć, zależeć będzie od usytuowania danego komponentu w portfolio marki, ale nawet najtańsza opcja dumnie kroczy wytyczoną przez flagowe urządzenia. Tak też było i tym razem. Zastąpienie mojego dzielonego wzmocnienia opiniowanym wzmacniaczem zintegrowanym zaowocowało bardzo spójnym, nastawionym na dobrą gęstość środka pasma, ciekawe usadowienie w najniższych rejestrach i unikanie wychodzenia wysokich tonów przed szereg graniem. Jednak co po tej wyliczance wydaje się być ważne, owa sprawiająca radość z obcowania z muzyką przyjemność słuchania nie jest okupiona brutalną utratą wielobarwności zakresu basu i witalności góry pasma akustycznego, a jedynie kierującą odbiór w zaplanowanym przez inżynierów kierunku finalnego brzmienia korektą. Zagmatwałem? Już wyjaśniam na konkretnych przykładach płytowych. Na początek ostatnimi czasy dość często słuchany przeze mnie Adam Bałdych & Helge Lien Trio z materiałem “Brothers”. To jedna z bardzo dobrze wypadających propozycji testowych. Owszem kontrabas pokazał się z nieco więcej stawiającej na grę pudłem niż strunami strony, ale za to fortepian z dobrą masą, ciekawymi, lekko podgrzanymi wybrzmieniami i gęste skrzypce frontmena były największymi beneficjentami sznytu grania Amerykanina. Co prawda taka ocena nie nasuwała się od pierwszych nut tego materiału, ale po kilkukrotnym wsłuchaniu się w tak prezentowaną muzyczną przygodę utwór numer 7, czyli przearanżowana piosenka Leonarda Cohena „Hallelujah” swą misterią współpracy wspomnianych instrumentów strunowych (skrzypiec i fortepianu) jak kawę na ławę wyłożyła mi zamierzenia testowanej konstrukcji, czyli operowanie w domenie muzykalności, co znakomicie potwierdzały kolejne jazzowe krążki. I można byłoby przejść nad tą oceną do porządku dziennego bez większego rozgłosu, gdyby nie jeden aspekt. Jaki? Na razie zdradzę, że pozytywnie zaskakujący. Przecież owa stylistyka naturalną koleją rzeczy delikatnie tonowała wysokie tony, a co za tym idzie rozmach wybrzmiewania blach perkusistów, a mimo to nie odczuwałem tego jako uśrednienia ich prezentacji, tylko udane panowanie nad ich samowolnymi wyskokami przed szereg. Ok., plumkanie wypadło dobrze, a co z innymi nurtami muzycznymi? Po dawce spokojnego jazzu przyszedł czas na jazdę bez trzymanki i w napędzie cedeka wylądował folk metal grupy Percival Schuttenbach „Svantevit”. Analizując ten krążek trzeba przyznać, że w przeszłości odnotowałem szybsze narastanie uderzenia ściany dźwięku, ale za drobną z punktu widzenia za moment wykazanych zysków utratę natychmiastowości oddania zapisów nutowych otrzymałem mocne, przecież bardzo ważne dla tego typu muzy riffy gitarowe, solidną masę stopy perkusji i zdecydowanie większą czytelność często wykrzykiwanych tekstów. Czy taką, nieco osłabioną w ataku prezentację nazwałbym wadliwą? Naturalnie, że nie, gdyż dam się pokroić, że większość wielbicieli produktów Mcintosha właśnie za to go kocha, a i ja mimo stawiania na nieco inne akcenty brzmienia mojego systemu spędziłem z tytułową integrą kilka przyjemnych wieczorów. Mało tego. Pamiętajcie, że nasz bohater nie jest przedstawicielem pierwszej ligi, jednak bez względu na to nasze kontakty przez cały okres testu owocowały w tak oczekiwaną przeze mnie nutkę romantyzmu. A gdy do tego dodam, że wszystko rozgrywało się na z rozmachem budowanej wirtualnej scenie muzycznej, okaże się, że dzisiejsza propozycja testowa ma wiele cech ze zdecydowanie droższych konstrukcji tej stajni, tylko w mniejszym, adekwatnym do możliwości wymiarze. I gdy dla podgrzania atmosfery porównam starcie Amerykanina z moimi Japończykami do walki Dawida z Goliatem, nie mogę napisać nic innego niż stwierdzenie, iż popularny Mac z tego pojedynku wyszedł może nie zwycięsko, bo z racji zajmowanego miejsca w cenniku nie miał szans, ale z pewnością obronną ręką.
Powoli zbliżając się ku końcowi przygody z amerykańskim piecem, chcę pochwalić 8900-kę za udaną aplikację tak przetwornika cyfrowo-analogowego, jak i przedwzmacniacza gramofonowego MC. W ogólnym rozrachunku obie pozycje wypadły zaskakująco dobrze. Ale gdy przy dobrym przetwarzaniu sygnału z posiadanej przeze mnie wkładki gramofonowej (ciekawe oddanie masy i dźwięczności instrumentów), wewnętrzny DAC był tak zestrojono, by omawiane wcześniej lekkie zaokrąglenia konturów dźwięku po przetaktowaniu sygnału przez wewnętrzny przetwornik znacznie się niwelowały. To był zdecydowanie ostrzejszy rysunek muzycznego świata, co pokazuje, że konstruktorzy znając sznyt grania swojej sekcji wzmacniającej z łatwością wprowadzili z pewnością zadowalającą większość klientów teoretycznie drobną, ale brzemienną w pozytywne skutki korektę. Brawo.
Przygoda z amerykańską konstrukcją zaowocowała wieloma zaskakującymi obserwacjami. Kilka aspektów odstępowało od moich codziennych wyborów, ale żaden nie degradował dźwięku, tylko pokazywał mi inną drogę w poruszaniu się po świecie muzyki. I choć nabywając testowany wzmacniacz finalny dźwięk prawdopodobnie lekko stroiłbym na swoją modłę towarzyszącą elektroniką, to zapewniam, nie byłyby to drastyczne cięcia tylko punktowe uderzenia w przynoszące lekkie przyspieszenie ataku wyostrzenie krawędzi dźwięku, ale co bardzo ważne, przy unikaniu utraty przywołanych w tekście cech muzykalności. Dla kogo adresowałbym zatem MA 8900? Jedyną grupą podwyższonego ryzyka są posiadacze już na starcie zbyt mocno podgrzanych systemów. Wszyscy inni, włącznie z właścicielami tak zwanych muzykalnych, a już z pewnością anorektycznych układanek wręcz powinni czuć się zobligowani do osobistej weryfikacji moich spostrzeżeń. Gwarancji na końcowy sukces jak zwykle nie ma, ale z pewnością zabawa będzie przednia.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Cena: 35 500 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 200 W dla 8/4/2 Ω
Rated Power Band: 20Hz to 20,000Hz
Całkowite zniekształcenia harmoniczne THD: 0.005%
Zniekształcenia Intermodulacyjne: 0.005%
Zapas dynamiki: 2.0dB
Współczynnik tłumienia (Damping Factor): > 40
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20,000Hz +/- 0.5dB; 10Hz to 100,000Hz +/- 3dB
Czułość wejściowa:250 mV (RCA), 500 mV (XLR), 2.5mV (Phono MM), 0.25mV (Phono MC), 1.4V Power Amp In
Odstęp sygnał/szum (średnio-ważony): 95dB (wejścia liniowe), 82dB (Phono MM), 80dB (Phono MC), 113dB (Power Amp)
Impedancja wejściowa: 20 kΩ (wejścia liniowe), 47 kΩ; 50pF (Phono MM), 50, 100, 200, 400 lub 1,000 Ω; 100pF (Phono MC)
Impedancja wyjściowa przedwzmacniacza: 220 Ω
Impedancja wyjścia słuchawkowego: 100 – 600 Ω
Obsługiwane częstotliwości próbkowania:
Coaxial & Optical: 44.1 – 192 kHz/ 24-Bit
USB: 44.1 – 384kHz/ 32-Bit (PCM), DSD64, DSD128, DSD256,DXD352.8kHz, DXD384kHz
Pobór mocy: <0,25 W (Standby)
Wymiary (S x W x G): 44.45 x 19.37 x 55.88 cm
Waga: 34,1 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowsze komentarze