Monthly Archives: styczeń 2021


  1. Soundrebels.com
  2. >

Jedno jest pewne. Bez względu na historię danej marki na rynku audio, każdy jubileusz w jakiś sposób trzeba uczcić. Oczywiście im cyfra oznajmiająca takowe wydarzenie jest większa, szacunek do świętującego je solenizanta w oczach obserwatorów wprost proporcjonalnie wzrasta. Chyba przyznacie, iż obchody 10, 20, czy 30-ej rocznicy prowadzenia działalności to piękne wyniki. Jednak nie oszukujmy się, aby dotrwać do takich cyfr, trzeba być przygotowanym na ciągłe zmiany nie tylko specyfiki działania rynku, ale również oczekiwań potencjalnej klienteli. Jeśli sobie z tym poradzimy, w pewnym momencie może okazać się, że w dobrym tego słowa znaczeniu, staliśmy się przysłowiowymi dinozaurami. Do czego piję? Oczywiście do tytułowego producenta z kraju kwitnącej wiśni, bezapelacyjnie znanej dosłownie wszystkim miłośnikom muzyki, japońskiej marki Denon, która w zeszłym roku mogła pochwalić się nieprzerwanym umilaniem życia melomanom przez ostatnie 110 lat. Tak tak, stuknęła im niewiarygodnie brzmiąca w tym dziale gospodarki, z dobrą nawiązką poczciwa stówka. Jaki był tego skutek? Już zdradzam. Otóż w oparciu o zdobyte przez lata doświadczenia japońscy inżynierowie postanowili powołać do życia jubileuszowy zestaw odtwarzacza CD/SACD DCD-A110 i wzmacniacza zintegrowanego z funkcją przetwornika cyfrowo/analogowego oraz phonostage’a PMA-A110, który dzięki przychylności warszawskiego dystrybutora Horn, celem przyjrzenia się tej nietuzinkowej pozycji w portfolio marki, trafił do naszej redakcji. Jak ten, nie oszukujmy się, imponujący okres wpłynął na finalne brzmienie oferowanej elektroniki? Czy marka idąc za obecnymi tendencjami, odcięła jedynie kupon i bez specjalnego zaangażowania w zaoferowanie potencjalnemu użytkownikowi fajnego brzmienia, ostemplowała nowo zaprojektowane obudowy stosownym emblematem? Wszystkich zainteresowanych tym, co wydarzyło się podczas mojej kilkunastodniowej zabawy z wymienionym przed momentem zestawem zapraszam na kilka akapitów.

Niestety fotografie tego nie oddają, dlatego musicie uwierzyć mi na słowo, iż w przypadku tytułowych modeli Denona na tle im podobnej konkurencji, mówimy o pewnego rodzaju monstrach. Po pierwsze – są bardzo ciężkie, co pomijając zaskakująco masywny wzmacniacz, świetnie potwierdza również waga samego CD-ka, któremu w dotrzymaniu kroku w tej dyscyplinie będzie miała problem niejedna integra z tego pułapu cenowego. Zaś po drugie – designerzy sięgnęli do dotychczas niespotykanej dla japońskich produktów kolorystyki z pogranicza połączenia srebra i grafitu. Przyglądając się odtwarzaczowi, ciekawostką jest fakt, iż przy swojej niebagatelnej wadze osiąga typowe dla tego rodzaju komponentów rozmiary, dzięki czemu już podczas procesu logistycznego mamy szansę wykreować w swoich myślach solidny pakiet sonicznych oczekiwań. Jego front jest jakby wariacją spokojnej morskiej fali z pojawiającym się przed nią lekkim zagłębieniem tuż przy górnej krawędzi. Jeśli chodzi o zagospodarowanie, znajdziemy na nim usytuowaną w centralnej części, majestatycznie wysuwaną tackę na płyty, tuż pod nią mieniący się błękitem wielofunkcyjny wyświetlacz, a na zewnętrznych rubieżach kilka guzików funkcyjnych – z lewej strony główny włącznik i kilka trybów pracy, a z prawej pozwalających na manualną obsługę podstawowych funkcji. Plecy rzeczonego odtwarzacza nie epatują nadmierną ofertą możliwych połączeń, pozwalając jedynie użytkownikowi na przesył sygnału analogowego za pomocą pojedynczego zestawu gniazd RCA oraz cyfrowego via COAXIAL i OPTICAL. Oprócz wspomnianych przyłączy znajdziemy jeszcze jedynie gniazdo zasilania i dwa wejścia do ewentualnej kontroli znajdującej się w trzewiach elektroniki.
Kreśląc kilka zdań o wzmacniaczu, pierwszą informacją jest jego diabelska waga. Naprawdę mając na uwadze konkurencję, podczas logistyki można mocno się zdziwić. Jeśli chodzi o ogólną wizualizację, ta z naturalnych przyczyn jest powieleniem pomysłu na źródło. Jednak to jedyne wspólne aspekty, gdyż PMA jest o połowę wyższy i oczywiście nieco inaczej ubrany w pozwalające spełniać zadanie wzmacniania sygnału audio, manipulatory. Rozpoczynając od awersu, trzeba przyznać, iż został zdominowany przez wielką gałkę regulacji wzmocnienia, na bokach której zlokalizowano resztę użytkowego asortymentu. Z jej lewej strony kilka guzików funkcyjnych, gniazdo słuchawkowe i trzy typowe dla japońskiej elektroniki pokrętła: BASS, TREBLE, BALANS. Natomiast z prawej mniejszą gałkę wyboru wejścia i mały wyświetlacz pokazujący użytkowane w danym momencie wejście liniowe/parametry sygnału cyfrowego. Przemierzając obudowę ku tyłowi, na jej górnej powierzchni widzimy dwa bloki otworów grawitacyjnie wentylujących znajdujące się w jej wnętrzu układy elektryczne, a na bokach w celach estetycznych płaskie połacie blach osłaniających mogące zaburzyć całość ponadczasowego designu, radiatory. Po dotarciu do rewersu, ten dość bogatą jak na integrę ofertą przyłączeniową znakomicie potwierdza swoją niebagatelną funkcjonalność. Otóż znajdziemy na nim nie tylko sekcję wejść liniowych w standardzie RCA z przedwzmacniaczem dla wkładek MM i MC włącznie, ale również wyjście RCA na przedwzmacniacz, pakiet gniazd dla sygnału cyfrowego: OPTICAL, COAXIAL, USB, wejścia kontrolne w formie małego Jack-a, zaciski kolumnowe i naturalnie niezbędne do działania urządzenia gniazdo zasilania. Na koniec tego akapitu miłą informacją wydaje się być dodawanie przez producenta pilota zdalnego sterowania w pakiecie dla każdego urządzenia.

Gdybym miał określić ofertę brzmieniową tytułowej konfiguracji testowej, powiedziałbym, iż była w pozytywnym znaczeniu, kontynuacją swoich walorów wagowych i wizualnych. Już zdradzam, co mam na myśli. Otóż chodzi mi o ciężar dźwięku, który z jednej strony spełniając moje oczekiwania, był odpowiednio nasycony, z drugiej zaś idąc tropem delikatnej morskiej fali, przy wspomnianej pracy w domenie pełni wybrzmiewania zapisów nutowych, nie zdradzał oznak braku kontroli nie tylko w dolnych rejestrach, ale również utraty rozdzielczości w środku pasma. Reasumując powyższy wywód, Denon idealnie wpisując się w bardzo pożądane oczekiwania znakomitej większości melomanów lekkiej dominaty barwowej, z jednym, naprawdę drobnym wyjątkiem, prezentował się ze świetnej, gdy trzeba dobrze osadzonej w basie, a innym razem pełnej pakietu informacji, strony. Nie było znaczenia, czy złośliwie szukając dziury w całym, w odtwarzaczu lądowała stawiająca spore wyzwania natury barwowej i energii wybrzmiewania mocnych bitów, muzyka rockowa zespołu Black Sabbath, czy zaraz po tym grający tak zwaną ciszą ECM-owski jazz spod znaku Tomasza Stańki z trio Marcina Wasilewskiego lub co gorsza, rzucająca kłody pod nogi wielu konfiguracjom, sakralna muzyka barokowa z portfolio Johna Pottera, czy Jordi Savalla. Za każdym razem japoński konglomerat w umiejętny sposób zamierzenie wzmacniał wokalizę frontmana i wybrzmienia mocnych rockowych gitar, zaś po zmianie nurtu na stawiającą na eteryczność muzykę kościelną, świetnie dozował kolor, wagę i lotność nie tylko pojedynczego głosu, ale również wieloosobowych składów chóralnych i co bardzo istotne często akompaniujących artystom instrumentów z epoki. Oczywiście po takim postawieniu sprawy, natychmiast wielu mogłoby się doszukiwać szkodliwego spowolnienia dźwięku w brutalnych kumulacjach rockowego szaleństwa. Przecież cechą nadrzędną tej konfiguracji była nieważne jak świetnie dozowana, ale jednak w głównej mierze zawsze mogąca nieco opóźnić moment ataku poszczególnych dźwięków, ich bogata barwa. Wszystko się zgadza, tylko w tym wypadku nie było to odczuwane jako szkoda mogąca cokolwiek uśredniać, a jedynie postawienie punktu ciężkości nadal bardzo swobodnie prezentowanej muzyki o pół oczka niżej, niż szukająca ponadprzeciętnej witalności przekazu, a przez to często tracąca poziom odpowiedniego bilansu wagowego, konkurencja. Ja wolę muzykę przez duże „M”, jak to robili opiniowani przedstawiciele samurajów, niż pełną nadmiernego wigoru, a przez to daleką od spędzania z nią miłych chwil, dźwiękową ekwilibrystykę. Dlaczego? A choćby z powodu świetnego oddania przez będące dzisiejszym punktem zapalnym komponenty istoty zazwyczaj soczystego w brzmieniu saksofonu, dobrego wyważenia dostojności w dolnym zakresie i lekkości wybrzmiewania w wyższych rejestrach fortepianu i oczywiście pokazanie w pełni uzupełniających takie podejście do sprawy, odpowiednio witalnych, jednak bez zbytniego epatowania swoimi możliwościami, blach i przeszkadzajek perkusisty. Moim zdaniem o to w muzyce chodzi. Nie o wyśrubowaną, a przez to na dłuższą metę wyczynowość prezentacji, tylko zaproszenie melomana na długotrwały miting, gdy wymaga tego materiał, raz pełen romantycznych, innym razem zaś rodem z piekła, ale za każdym razem wyrażanych przez muzyków, a nie przez sznyt grania zestawu, uczuć. W takim razie, co miałem na myśli pisząc o drobnym wyjątku? Pewnie zdążyliście się zorientować, że chodzi o muzykę elektroniczną. Nie, żeby jakoś szczególnie źle wypadała, ale w połączeniu testowym z nie oszukujmy się, trudnymi kolumnami PMC, nie była dość brutalna w oddawaniu wszelkiego rodzaju przenikliwych pisków i przesterów. Ale tylko w tej materii, bowiem już bardzo częste w tego typu twórczości mini trzęsienia ziemi i wszelkiego rodzaju soczyste modulacje wypadały znakomicie. Dlatego wspomniałem o tym jako drobne odejście od bezwzględnego wzorca. Jednak przypominam, iż test zawsze obarczony jest pewną przypadkowością komponentowych połączeń, zatem z pełną świadomością jestem w stanie podnieść tezę, iż przy odrobinie innej konfiguracji ta sprawa prawdopodobnie wyglądałaby diametralnie inaczej. Ale zaznaczam, nawet w wyżej opisanym przypadku nie kruszyłem kopii o zbytnie odstępstwo od zamierzeń muzyków, tylko spełniając obowiązek na ile się da obiektywnego napisania otrzymanego wyniku brzmieniowego, zwyczajnie o tym wspomniałem.

Czy w przypadku dysponowania środkami pieniężnymi tylko na poziomie kwoty żądanej za tytułowy set postawiłbym go sobie w domu? Bez dwóch zdań. Powód? Jak wynika z powyższego tekstu, z uwagi na bardzo bliskie mojemu sercu pokazanie muzyki w oparciu o umiejętnie osadzenie jej w barwie. Co naturalnie dla mnie jest dodatkowo niezwykle istotne, to fakt niezłego radzenia sobie japońskiego zestawu z trzymaniem w ryzach soczystego i energicznego basu, a także przyjemne wspomaganie całego pasma transparentnymi, jednak bez nadmiernej ekscytacji, wysokimi tonami. Przyznam szczerze, że bez względu na tak wyśrubowany jubileusz marki na taki wynik nie liczyłem nawet w najskrytszych oczekiwaniach. Tymczasem jak widać na załączonym obrazku, 110 lat marki Denon na rynku nie poszło na marne i jak trzeba było zrobić coś nietuzinkowego dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego, to nie dość, że się udało, to można było nawet pozytywnie zaskoczyć tym kogoś chadzającego ścieżkami ekstremalnego High Endu. I nie ma znaczenia, że da się lepiej. Zawsze się da. Tylko na tym pułapie cenowym otrzymany wynik soniczny jest pewnego rodzaju majstersztykiem. I zapewniam wszystkich, bez względu na Wasz odbiór mojej opinii, z pełną świadomością podpisuję się pod nią obydwoma rękami.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: PMC MB2 XBD SE
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Ceny
Denon DCD-A110: 14 499 PLN
Denon PMA-A110: 16 499 PLN

Dane techniczne
Denon DCD-A110
Pasmo przenoszenia: 2 Hz-50 kHz
Obsługa formatów CD: CD / CD-R/RW / SA-CD / WMA / MP3 / AAC
Obsługa formatów audio: DSD max.5,6 MHz; WAV max. 192 kHz; ALAC max. 96 kHz
DAC: 4x PCM1795, Burr Brown Mono-Mode
Stosunek sygnał/szum: 122 dB
Dynamika: 118 dB
Zniekształcenia THD: 0.0015%
Mechanizm: SVH
Wyjścia analogowe: para RCA
Wyjścia cyfrowe: Coax, optyczne
Pobór mocy: 42W, 0,1W stand-by
Wymiary (S x G x W): 434 x 405 x 138 mm
Waga: 16,2 kg

Denon PMA-A110
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 100 kHz (0 – -3 dB)
Moc wyjściowa: 2 x 80 W (8 Ω, 20 Hz – 20 kHz, T.H.D. 0,07 %), 2 x 160 W (4 Ω, 1 kHz, T.H.D. 0,7 %)
THD: 0,01 %
DAC: 4x PCM1795, Burr Brown Mono-Mode
Czułość/Impedancja wejściowa:
EXT/PRE: 0,9 V/47 kΩ
PHONO (MM): 2,5 mV / 47 kΩ
PHONO (MC): 200 μV / 100 Ω
CD, NETWORK/AUX, RECORDER: 135 mV/19 kΩ
Wzmocnienie (Gain): 29 dB
Odstęp sygnał/szum:
PHONO (MM): 84 dB
PHONO (MC): 72 dB
CD, NETWORK/AUX, RECORDER: 101 dB
Wejścia analogowe: phono, 3 pary RCA + para RCA Ext.Pre
Wyjścia analogowe: para RCA Rec Out
Wejścia cyfrowe: Coax, 3 x optyczne (max. 192 kHz / 24-bit), USB (max. DSD 11,2MHz)
Pobór mocy: 400W, 0,2 – 0,4 W stand-by
Wymiary (S x G x W): 434 x 450 x 182 mm
Waga: 25 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Gerhard Hirt nie przestaje zaskakiwać i zamiast kolejnej odsłony któregoś ze swoich flagowców postanowił zaprezentować całkiem przystępną cenowo wersję swojego popularnego streamera.  Krótko mówiąc zaczynamy zabawę z Ayonem S-10 II xs.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: PMC MB2 XBD SE

Opinia 1

Dzisiejszy test, opisujący jeden z wielu projektów kolumn z tak zwanej grupy monitorów mogących pochwalić rodowodem radia BBC, tudzież wielu światowych studiów nagraniowych, na tle naszych dotychczasowych starć w swym technicznym wydźwięku będzie nieco inny. Mianowicie chodzi o to, że gdy zwyczajowo przyglądamy się bezpośrednim lub dalszym następcom niegdyś pracujących w owych przybytkach muzycznych, a przez to znakomicie rozpoznawalnych przez melomanów, konstrukcji, tym razem zderzymy się z czymś bardzo na czasie. Czyli? Otóż tematem tego odcinka nie będzie poszukiwanie tak uwielbianych przez radiowców i masteringowców sonicznych wartości przed laty używanych kolumn, tylko jeden do jeden na własnej skórze przekonanie się co tak naprawdę ich – uwaga – nadal urzeka. Tak, tak, posmakujemy czegoś, co dla wielu tworzących dla nas muzykę ludzi jest codziennym narzędziem pracy. Nie będziemy, jak dotychczas, opisywać często owianej mitami i pokrytej patyną „legendarności” schedy po uznanych przez branżę audio i rzesze melomanów zespołach głośnikowych, tylko sięgając po aktualną ofertę spróbujemy usłyszeć to, co słyszą ekipy realizatorów w wielu najsławniejszych studiach nagraniowych i masteringowych na całym świecie. O jakiej marce i modelu zespołów głośnikowych mowa? To wskazuje tytuł, czyli o angielskim PMC, z portfolio którego, dzięki sporemu wysiłkowi logistycznemu warszawskiego EIC do naszej redakcji zawitały nader pokaźne monitory z dedykowaną sekcją basową PMC MB2 XBD SE.

Patrząc na serię fotografii nie tylko z samego testu, ale również unboxingu na tle AA Trio, natychmiast uzmysławiamy sobie, iż mamy do czynienia z bardzo dużymi kolumnami, wykorzystującymi kształt zaoblonego z przodu ze skosem w górnej części pleców, prostopadłościanu. To oczywiście jest pokłosiem posadowienia w podstawowej wersji pracujących jako samodzielne, trójdrożnych monitorów MB2, na licujących z ich obudową modułach basowych, co nie oszukujmy się, determinuje ich przeznaczenie raczej do wielkich salonów, aniżeli typowych blokowych klitek. Jednak apeluję o spokój, gdyż mając na uwadze określenie wielki salon, nie ograniczam ich bytu jedynie w sali balowej Zamku Królewskiego w Warszawie, gdyż nasze bohaterki spokojnie zmieściły się w kubaturze mojego pomieszczenia odsłuchowego, czyli w ok. 100 m3. Owszem, drugie tyle z pewnością by im nie zaszkodziło, jednak podczas testów ani razu nie złapałem ich na spowodowanej duszeniem się w pokoju, szkodliwej w odbiorze kompresji dźwięku, nawet podczas szkodliwych dla narządów słuchu poziomach głośności. Przybliżając główny, trójdrożny moduł spieszę donieść, iż spełniając wspomniane założenia wielodrożności, na jego froncie znajdziemy trzy usytuowane w pionie przetworniki – wysokotonowy, średniak, i basowiec. Jednak znawcy tematu wiedzą, iż tę typowość bardzo mocno przebija przez wielu uznawana za wzorzec umiejętności oddania prawdy o średnim zakresie częstotliwości, zagłębiona względem lica frontu kopułka. Dlaczego to podkreślam? W oparciu o własne doświadczenia, gdyż po latach poszukiwań zmienników do niedawna używanych ze względu na fenomenalne oddanie środka pasma kolumn T&F ISIS, moje serce skradły dopiero wykorzystujące podobny konstrukcyjnie głośnik, z nawiązką okupując rynek ponad 30 lat – licząc od daty wprowadzenia na rynek, Dynaudio Consequence. Jednak to nie koniec pewnego rodzaju unikalności opisywanych kolumn na tle konkurencji, bowiem podobnie do nieco innego w kwestii aparycji średniaka, z uwagi na autorskie wyeksponowanie kosza trzymającego magnes zza membrany tuż przed jego front, nieco przypominając futurystyczny egzo-szkielet, nasze oczy przyciąga basowiec. Na potwierdzenie tego aspektu przyznam szczerze, że na początku procesu odsłuchowego, nawet ja, osobnik pozbawiony jakichkolwiek problemów z akceptowaniem tego typu rozwiązań, byłem nim bardzo zaintrygowany, jednak ku uciesze potencjalnych nabywców uspokajam, iż po kilku dniach akomodacji wzrok automatycznie przeszedł nad tym do porządku dziennego. Wieńcząc dzieło opisu szczytowego modułu, nie mogę nie wspomnieć o możliwości podłączenia kolumn w tri-wiringu/ampingu, co realizują zagłębione w stosownej kształtce na plecach trzy pary zacisków, a także o firmowym gnieździe sygnałowego połączenia górnej z dolną części kolumny.
Jeśli chodzi o dedykowaną dla tego modelu sekcję najniższych rejestrów, temat związanych z nią technikaliów wygląda następująco. Po pierwsze – wykorzystuje identyczny jak górny człon kolumny głośnik basowy. Po drugie – jest uzbrojona w gniazdo przyjmujące sygnał dla obsługiwanego zakresu częstotliwościowego. Zaś po trzecie – jej podstawa dysponuje stosownymi gwintami dla bezwarunkowego odseparowania kolumn od podłoża przy pomocy firmowych kolców. Jednak Anglicy nie byliby sobą, gdyby w trosce o odpowiednią stabilizację ich produktu, nie przewidzieli w ofercie dedykowanych do tego modelu, widniejących na kilku fotografiach samonośnych platform. Czy zawsze idealnie się sprawdzają? To zależy od naszych preferencji. Jednak bez względu na wszystko, warto jest wiedzieć o ich dostępności. I gdyby wydawało się komuś, że to wszystkie ciekawostki techniczne tych paczek, dla zainteresowanych mam swoistego asa w rękawie. jakim jest wentylowanie kolumn nie popularnym burczybasem, czyli tak zwanym bass-refleksem, tylko umiejętnie wdrożoną w życie linią transmisyjną. Orientujący się w temacie miłośnicy muzyki wiedzą, co to oznacza. Otóż mówimy nie o zwykłej, zwyczajowo przedłużanej plastikową rurką dla uzyskania odpowiedniego zejścia niskich częstotliwości kolumny, dziurze, tylko mozolnie wyliczanym, często skomplikowanie wijącym się w trzewiach kolumny, przebiegu swoistego tunelu, którego wylot w formie zaślepionych gąbką prostokątów znajdziemy w górnej i dolnej skrzynce.

Jak wypadły nasze bohaterki w zderzeniu z już wydaną na płytach, a nie dopiero realizowaną muzyką? Zacznę od celu, jaki przyświecał powstaniu kolumn. W tym przypadku chodzi o jak najlepszy wgląd w nagranie, co ma realizować średniotonowa kopułka. To ona według mnie rozdaje karty w kwestii walorów sonicznych tytułowych panien. Zaprezentowana przez opiniowany model PMC środkowa częstotliwość pasma akustycznego dla większości konkurencji bez względu na poziom cenowy, jest nie do doścignięcia. Powodem jest nie tylko znakomite podawanie pozbawionych jakichkolwiek ograniczeń w kwestii rozdzielczości, informacji, czy ich zjawiskowe nasycenie, ale również, a może przede wszystkim, świetnie zawieszenie w międzykolumnowym eterze. Tak wiem, każda dobra konstrukcja potrafi wykreować spektakl trywialnie mówiąc, w estetyce 3D. Tylko w przypadku kopułki słowem, a tak po prawdzie sformułowaniem kluczem jest wzmocnienie namacalności źródeł pozornych, poprzez wyraźniejsze zaakcentowanie owego magicznego trzeciego wymiaru, jakim dla mnie jest pewnego rodzaju krągłość bryły generującej dźwięk. Nie dobre ustawienie każdego z artystów w wektorze głębokości sceny, tylko sprawienie, aby każdy z nich nie był płaskim źródłem wibracji otaczającego go powietrza, tylko widzianym oczami wyobraźni trójwymiarowym bytem. Zapewniam, to jest bardzo trudne do zaprezentowania i żeby to zrozumieć, trzeba tego w odpowiedniej realizacji zakosztować. W innym wypadku rozmawiamy o tak zwanych pobożnych życzeniach danego interlokutora, z którymi nie ma co walczyć. To jeśli chodzi o kopułkę. Jaką zatem rolę na tle powyższej teorii pełni reszta przetworników? Bardzo ważną, gdyż ma za zadanie w bardzo spójny sposób wspomóc centrum pasma unikającymi wychodzenia przed szereg pozostałymi częstotliwościami. To naturalnie sprawia, że wysokie i niskie tony z założenia nie próbują szukać poklasku w swojej wyczynowości typu: nadmierna konturowość krawędzi i nadinterpretacja wybrzmień, tylko nienachalnie, ale nadal w dobrej jakości, prezentują głęboki, bez szkodliwego rozlewania się po podłodze, pełen energii bas i dobrze napowietrzoną, jak wspominałem bez prób przerysowania górę pasma. Czy w tych dwóch aspektach można zrobić to lepiej? A jakże. Da się mocniej i z wyraźniejszą krawędzią na basie, oraz klarowniej, ale nadal bez szkody dla finalnego brzmienia na górze. Tylko po co. W tytułowej konstrukcji nie chodzi narysowanie świata samym barwowym pigmentem. Raczej ma na celu pokazanie go z jego wszelkimi, zaznaczam, że przez człowieka odbieranymi jako przyjazne, kolorystycznymi w znaczeniu fizjologicznego przenikania się barw, naturalnymi niedoskonałościami. Dlatego też obcując z PMC MB2 XBD SE przez cały okres testu pławiłem się w zaskakująco soczystym, co istotne mocnym, ale nadal świetnym w kwestii rozdzielczości basie, trudnej do dogonienia przez światową konkurencję średnicy i umiejętnie podających pakiet danych wysokich tonach, czyli świecie skrojonym dla melomana, a nie niewiedzącego co chce od życia, audiofila malkontenta. Jednak wspominając melomana nie mam na myśli ospałego romantyka, tylko słuchającego praktycznie każdego rodzaju muzyki, pełnego życiowego wigoru miłośnika zapisów nutowych, co w poniższym akapicie postaram się wyartykułować.

Nawiązując do wygłoszonej przed momentem tezy, opis brzmienia kolumn z premedytacją rozpocznę od stosunkowo ciężkiej pozycji, czyli najnowszej koncertowej produkcji zespołu Metallica „S&M2”. Niestety w jej odtworzeniu zazwyczaj przeszkadza niezbyt szczęśliwa realizacja. Powinno być mocno i zjawiskowo w kwestii rozmachu prezentacji, ale z uwagi na jakościowe obciążenie materiału często ociera się to o przysłowiowy ból uszu. Tymczasem sparing przy użyciu PMC wypadł zaskakująco pozytywnie. Mało tego. Wyraźnie słyszałem proces dostrajania się dźwiękowca do zastanego brzmienia rozbudowanej o wieloosobowy symfoniczny skład, pełnej muzycznej agresji rockowej kapeli. Co mam na myśli? To oprócz ogólnej początkowej papki wyraźnie zdradzały wysokie tony, które na początku koncertu jawiąc się jako tętniący, prawie bolesny dla zmysłu słuchu szelest, z utworu na utwór ulegały może nie samplerowej, ale wyraźnej jakościowej poprawie. I gdy do tego dodam udaną, oczywiście znaną tylko realizującemu koncert przy konsoli dźwiękowcowi, pracę przy odpowiednim zbilansowaniu w stosunku do siebie, występów poszczególnych źródeł dźwięku, już w bodajże trzecim lub czwartym kawału ta z pozoru trudna do odtworzenia płyta stała się bardzo ciekawie zarejestrowanym, multiinstrumentalnym koncertem. Dla pewności przesłuchałem ww. album kilkukrotnie. W jakim celu? By z pełną świadomością odnieść się do poprzednich odtworzeń, co dobitnie utwierdziło mnie w przekonaniu, że taki odbiór był dużą zasługą opiniowanych kolumn. Kolumn, które przy zarezerwowanej dla niewielu konstrukcji rozdzielczości środka pasma, od początku nieźle oddaną wokalizę i wybrzmiewające w jej paśmie instrumentarium znakomicie wzbogaciły o tak niezbędne dla tego typu muzy pokłady soczystego i dobrze zebranego w sobie basu oraz wyraźnie reagujące na wszelkie pasaże talerzy perkusisty, wysokie tony. Bez pogoni za wyczynowością, tylko z maksymalną dbałością o barwę dźwięku, oddanie pełnego energii, buntu i swobody wybrzmiewania rockowego spektaklu. Dla mnie było to jedna w trzech świetnych reprodukcji tego dwupłytowego albumu.
Kolejną pozycją płytową był nostalgiczny jazz z portfolio oficyny ACT Ulfa Wakeniusa „Taste of Honey”. Jak można się spodziewać, głównym rozdającym karty tej produkcji był sygnujący ją Ulf ze swoją gitarą, co sugeruje, że system miał z tak zwanej górki. Niestety to tylko pozory, gdyż gitara wbrew pozorom jest stosunkowo ciężkim do oddania jej emocji generatorem dźwięku. Począwszy od szarpnięcia struny, czyli pokazania procesu nadawania jej wibracji, potem sposobu wywołania przez nią poszczególnych składowych dźwięku, po jej pełną współpracę z pudłem rezonansowym, zestaw powinien odpowiednio dozować trzy aspekty. Atak, następujący po nim przyrost energii, by na koniec pozwolić całości odpowiednio wybrzmieć. Zbyt dosadne pokazanie tego tematu spowoduje w odbiorcy poczucie nerwowości muzyki. Ospałe lub przekombinowane wagowo zawieszenie w eterze skaże go na zwyczajną nudę. Na szczęście nasze bohaterki dzięki nadrzędnemu celowi, jakim przy umiarkowanym wsparciu skrajów pasma było oddanie prawdy o średnicy, poradziły sobie z tym tematem bardzo dobrze. Jednak nie mówię w tym momencie jedynie o świetnym rozwibrowaniu strun wspominanego wiosła, ale również o ciężkiej pracy znanego nam z płyt Leszka Możdżera, w tym projekcie na kontrabasie i wiolonczeli Lasa Danielsona i świetnie wspierającym przywołanych muzyków akrobacjami na bębnach i talerzach, perkusiście Magnusie Ostromie. Panowie nie tylko nie wchodzili sobie w drogę, ale dzięki zjawiskowemu oddaniu ich rzemiosła przez skonfigurowany na potrzeby testu system wnieśli do tego materiału dawkę tak lubianej przeze mnie w tego typu twórczości, niezbędnej do jej pełnego zrozumienia, naturalnie oddzielającej źródła pozorne ciszy. Bez tego otarłbym się o tak zwane odcinanie kuponów przez muzyków, co często jest winą nadinterpretującego zawarte na płycie informacje systemu, a nie ich samych. Na szczęście studyjne paczki – mówię o przedstawicielkach marki PMC – na takie zakłamywanie rzeczywistości, świetnie oddając ducha muzyki, sobie nie pozwoliły.
Dobrze. Był ciężki rock, spokojny jazz, zatem przyszedł czas na coś wymykającego się określeniu „muzyka dla duszy”, czym dla mnie jest twórczość grupy Yello na przykładowej płycie „Touch”. Cel? Sprawdzenie wpływu aspektów wcześniej pracujących w służbie realnego pokazania jakości przekazu, na oddanie zamierzeń artystów tworzących muzykę przy pomocy komputerów. Jakie to zamierzenia? Ostra krawędź, bezpośredniość i natychmiastowość pojawienia się na wirtualnej scenie dosłownie każdej wygenerowanej nuty. A przecież z mojego powyższego słowotoku wynika, iż to nie jest celem nadrzędnym dostarczonych do testów paczek. Znaczy się, zaliczyłem porażkę na miarę głosowania pani Beaty Szydło 26:1? Nic z tych rzeczy. Owszem, muzyka nie raniła moich uszu, ale była pełna ekspresji i energii, a do tego świetnie osadzona w nieprzeszkadzającej w utrzymaniu jej tempa, barwie i wadze. W niczym nie przeszkadzało unikanie ostrej kreski i zbytniej lotności prezentowanego dźwięku, za to spełniając pokładane w niej oczekiwania, niezależnie od poziomów głośności, w każdym aspekcie z wyrazistością na górze i mocnym wydźwiękiem na dole było bezkompromisowo.

Gdybym miał, określić docelowego klienta opisywanych kolumn, w pierwszej kolejności wspomniałbym o orędowniku bezwarunkowego utrzymania barwy i informacyjności środkowej części pasma bez względu na rodzaj słuchanej muzyki. To jak wspominałem, było celem nadrzędnym tych konstrukcji. Naturalnie jak wynika z powyższego testu, bardzo duże znaczenie dla finalnego wyniku sonicznego miała prezentacja reszty pasma. Wysokie i niskie tony nie chadzały samopas, tylko zamierzenie, czyli bez sztucznego wyciskania z muzyki tak zwanych siódmych potów, umiejętnie ją wspierały. Nie jako szkodliwy balast, tylko dobrze współpracujące z nią skrajne peryferia. To jeśli chodzi o tak zwaną grupę pewniaków. A co z resztą populacji melomanów? Również nie widzę przeciwskazań. Natomiast jedynymi, według mnie skazanymi na pewną porażkę potencjalnymi klientami, są wszyscy poszukiwacze latających w przestrzeni międzykolumnowej, przysłowiowych żyletek. Powód? Kolumny PMC MB2 XBD SE najzwyczajniej w świecie na to nie pójdą. Na co? Na, przynajmniej w ich rozumieniu, okradanie dźwięku z pozwalającej zrozumieć zawarte w muzyce emocje, tkanki łączącej każdą poszczególną nutę.

Jacek Pazio

Opinia 2

Jak na 30 lat działalności i całkiem ugruntowaną pozycję, szczególnie na ryku Pro-Audio, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż angielska marka PMC, mówiąc kolokwialnie, niespecjalnie ma parcie na szkło. Ot robi swoje a zamiast co i rusz „wyskakiwać z lodówki” jak sezonowo przypuszczająca ataki na nasze zmysły konkurencja woli skupić się na opiniach zadowolonych nabywców i … obecności w najlepszych studiach nagraniowych. Wystarczy tylko, chociażby pobieżnie przejrzeć listę jej kluczowych klientów, by zrozumieć, iż większość tego, co słyszymy na co dzień i świadomie słuchamy we własnych czterech ścianach z dużą dozą prawdopodobieństwa na którymś z etapów kreacji, bądź też post-produkcji napotkało na swej drodze angielskie monitory. Skupmy się jednak na cywilnej części ich portfolio, gdyż właśnie tym segmentem audio się zajmujemy a i w większości domostw o ile aktywne zespoły głośnikowe coraz śmielej sobie poczynają, szczególnie od momentu, gdy zaczęto w nich implementować wszelakiej maści rozwiązania zapewniające łączność bezprzewodową i wsparcie serwisów streamingowych, to rasowe „studyjniaki” nadal należą do rzadkości. Dlatego też dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora – Electronic International Commerce Sp. z o.o., czyli EIC, postanowiliśmy uważniej przyjrzeć się skierowanej na rynek Hi-Fi i High-End ofercie. W dodatku ofercie, której PMC wydaje się być niezwykle pewna. Chodzi bowiem o to, że opuszczające mury położonej raptem godzinę jazdy od Londynu – w Biggleswade fabryki, przeznaczone na użytek domowy kolumny objęte są standardową dwuletnią gwarancją, lecz wystarczy tylko zarejestrować swój zakup na stronie producenta, by wydłużyć ów okres do imponujących 20 (słownie dwudziestu!!) lat. Czyżby Peter Thomas (jeden z ojców założycieli PMC) użytkujący na swój prywatny użytek nader rozbudowany system Brystona wziął przykład z Kanadyjczyków? Tego akurat nie wiem, jednak wspomniałem o nim nie bez kozery, gdyż rozpoczynając eksplorację angielskiego portfolio i chcąc w możliwie skondensowanej formie poznać możliwości konstrukcyjne „wyspiarzy” sięgnęliśmy po jeden z topowych a zarazem chyba najbardziej rozpoznawalnych, z racji charakterystycznych osłon głośników basowych modeli – dwu-modułowy i majestatyczny MB2 XBD SE.

Jak już zdążyliśmy w ramach sesji unboxingowej zasygnalizować MB2 XBD SE do najmniejszych nie należą. Blisko 180 cm wzrostu i 116 kg robią wrażenie, choć proszę mi wierzyć na słowo, bądź najlepiej samemu się przekonać, że na „żywo” wcale nie sprawiają wrażenia zbyt przesadzonych pod względem gabarytowym. To po prostu duże kolumny a co do ich urody, to wystarczy rzut oka i już wiemy, czy przypadną nam do gustu, czy też czym prędzej odwrócimy wzrok w poszukiwaniu bardziej ponętnych kształtów. A tak już na serio i od strony czysto technicznej można uznać, iż nasz dzisiejszy gość to de facto „podstawkowe” MB2 se rozszerzone o pasywny moduł basowy XBD pozwalający podnieść przetwarzanie najniższych składowych, zwłaszcza częstotliwości poniżej 380 Hz, o 3dB. Mamy zatem do czynienia z konstrukcją trójdrożną z punktami podziału ustalonymi na 380Hz i 3.8kHz, w której za górę pasma odpowiedzialna jest jedwabna, 27mm kopułka SONOLEX™ (Seas), na średnicy pracuje 75 mm kopułka PMC75 SE a z kolei na basie usłyszymy parę zjawiskowych 12” (310mm) Radiali. Widoczne na górze i dole frontu otwory to nie wyloty konwencjonalnych układów bas refleks a ujścia autorskich układów linii transmisyjnych Advanced Transmission Line (ATL), które zapewniają nie ordynarne podbicie a bardziej naturalną a co najważniejsze obecną przy dowolnym poziomie głośności reprodukcję najniższych składowych i to przy zachowaniu akceptowalnych gabarytów komory czynnej. W przypadku naszych bohaterek długość kanałów ATL™ wynosi dla każdej z kolumn 2 x 3m.
Ściany tylne zdobią dwie płyty w wnękami na terminale głośnikowe. Górny moduł szerokopasmowy może pochwalić się trzema parami gniazd umożliwiających tri-wiring/amping i dedykowanym modułowi basowemu gniazdem komunikacyjnym, z kolei dolny – basowy ma jedynie gniazdo przyjmujące sygnały „z góry”. Konieczność aplikacji okablowania głośnikowego na sporej wysokości warto wziąć pod uwagę już przy projektowaniu własnego systemu marzeń i albo dobrać odpowiednie okablowanie/konfekcję (banany wysoce niewskazane) i/lub poważnie zainteresować się dedykowanym im stojakom w stylu Boosterów Furutecha. Kolumny wyposażono oczywiście w kolce, oraz dedykowane im idealnie dopasowane cokoły a obudowy wykonano z MDF-u, którego grubość dochodzi do 35mm.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu warto mieć na uwadze dwie rzeczy. Pierwszą, czyli świadomość poniekąd studyjnego „pochodzenia” MB2 XBD SE i drugą, nader istotną sugestię zawartą na stronie producenta. Jest to swoista deklaracja, zapewnienie nabywcy, że z „najwyższej klasy amplifikacją ma on gwarancję równie doskonałego brzmienia tytułowych kolumn. Brzmi zachęcająco, prawda? Oczywiście nie sposób z tym kurtuazyjnym zwrotem się nie zgodzić, choć dla większości populacji zdecydowanie bardziej czytelnym przekazem byłby nieco mniej elegancki zwrot „s**t in, s**t out” bez ogródek i konwenansów uświadamiający nabywcy, iż w złej konfiguracji, w miernym otoczeniu, PMC zamiast się krygować, jak nieśmiała panna na wydaniu pojadą nieszczęśnikowi po rodzinie do trzeciego pokolenia wstecz. W końcu będąca rozwinięciem PMC nazwa „Professional Monitor Company” zobowiązuje, szczególnie, gdy ów monitor potraktujemy nie jak niewielki podstawkowy głośniczek a pełnopasmowy studyjny monitor mający za zadanie dostarczyć pełnię informacji o reprodukowanym materiale. I może to jest powód z którego tytułowe kolumny nader sporadycznie pojawiały się na łamach audiofilskich periodyków. Ot gdzieś w odmętach Internetu można natrafić na ich opis w czerwcowym numerze niemieckiego „Stereo” z 2018 r oraz wydaniu z lipca 2019 tajskiego „What Hi-Fi?” i praktycznie to byłoby na tyle jeśli chodzi o liczące się, poważane publikacje. Dziwne? Niekoniecznie. Po prostu podobnie jak w przypadku naszych dyżurnych Dynaudio Consequence, dopiero co opisywanych Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26, bądź prezentowanych na ostatnim Audio Video Show Gryphonami Kodo, trzeba mieć gdzie je wstawić a wbrew pozorom większość recenzentów wcale jakimiś oszałamiającymi metrażami nie dysponuje. Nie muszę chyba dodawać, że próby wciskania takich kolumn do dwudziestu-kilku metrów najdelikatniej rzecz ujmując mijają się z celem, więc realia życia codziennego nad wyraz często dość boleśnie weryfikują recenzenckie plany. Całe szczęście blisko czterdziestometrowy OPOS wydawał się, chociażby na podstawie wcześniejszych testów, w zupełności wystarczający, więc niekłamaną radością przygarnęliśmy potężne Angielki pod swój dach.

Po niespiesznej akomodacji oraz delikatnym dogięciu kolumn w kierunku słuchacza wzięliśmy się za krytyczne odsłuchy i pierwsze uwagi jakie zaczęły pojawiać się w naszych notatkach dotyczyły zaskakującej kultury, wyrafinowania i swobody dzisiejszych bohaterek. Choć poważna postura i groźnie nastroszone pióra chroniących woofery egzo-szkieletów zupełnie na to nie wskazywały PMC okazały się uosobieniem dobrych manier i … prawdomówności. Stawiając na obiektywizm i własną transparentność starały się „znikać” z toru i jak przystało rasowym monitorom całkiem nieźle im ta sztuka się udawała. Co ciekawe, pierwszym określeniem jakim zdefiniowałbym bas było właśnie „monitorowy”, gdyż dwie 12-ki na stronę oferowały dźwięki zaskakująco zwiewne i zwrotne o ponadprzeciętnym timingu. Swingująca „Afro Bossa” Duke Ellington & His Orchestra wprowadzała w wyśmienity nastrój już od pierwszych, nieśmiałych taktów werbla i sukcesywnie dołączających dęciaków tytułowego utworu. Potem w tle odzywa się kontrabas i już nie sposób spokojnie usiedzieć w miejscu. Obszerna i zarazem świetnie zdefiniowana scena, w tym momencie warto podkreślić, iż PMC nie mają tendencji do jej „podnoszenia”, co często jest przypadłością wysokich kolumn, początkowo oświetlona niewielkimi wiązkami wyłuskującymi z półmroku poszczególnych muzyków w finale rozświetlona jest niczym Trakt Królewski podczas świątecznej iluminacji, jednak zamiast chłodnej bieli PMC udało się oddać podkreślające ówczesne realia złote i ciepłe barwy reflektorów. Złote i miękkie światło nie oznacza jednak jakichkolwiek oznak pogrubienia, czy spowolnienia, gdyż z łatwością odgrywane były nawet najbardziej karkołomne partie perkusji, czy basu. Co istotne wzorowa dynamika nie opierała się tylko na skali makro, co poniekąd wydawałoby się oczywiste biorąc pod uwagę gabaryty samych kolumn, lecz przede wszystkim mikro – z wszelakiej maści szmerami, pracą miotełek i muskaniem blach. Po prostu zamiast epatować swoją mocą i możliwościami z „monitorową” wiernością oddawały skalę i wolumen reprodukowanego materiału a do piekielnych bram zapuszczały się jedynie wtedy, gdy takowe częstotliwości w partyturze zostały zapisane. Znaczy się u Duke’a nie sposób było na nie natrafić. Wystarczyło jednak sięgnąć po materiał nieco bardziej współczesny i pozostając w jazzowych klimatach dać się porwać wirowi wydarzeń rozgrywających się na „Khmer” Nilsa Pettera Molværa. I tu już na brak subsonicznych pomruków i galopad nie sposób było narzekać, co z jednej strony pozwoliło nam docenić swobodę i grację z jaką angielskie kolosy schodziły w dół, ale również dźwięczność i rozdzielczość góry, gdzie dęciaki potrafiły „dać popalić” naszym uszom, lecz zamiast jakichkolwiek znamion ofensywności, czy też granulacji wszystko było podane w punkt i po prostu realistyczne. Zero „koca” ale i bez niczym niepodyktowanej agresji i hiper-rozdzielczości, która może i początkowo wywołuje efekt Wow! lecz po kilku kwadransach … ciężką migrenę.
A właśnie, skoro wspomniałem o monitorowości i to tej klasycznej – wzorcowej, znaczy się niejako zdefiniowanej przez BBC, z której bądź co bądź wywodzi się Peter Thomas, to uczciwie trzeba przyznać, że w tytułowych PMC najbardziej magiczna jest średnica. Nawet matowy, szeleszczący głos Stinga na „The Last Ship” okazał się nad wyraz … naturalny, czyli osiągnął poziom, na którym seplenienie nie opiera się na podkreśleniu sybilantów, lecz stanowi jedną z cech charakterystycznych konkretnej postaci. Dostajemy zatem pełnię informacji takimi jakie one są a nie ich interpretację. Różnica może niewielka i pomijalna o ile tylko szukamy dźwięku „zrobionego” pod nasze gusta a niekoniecznie uniwersalnego. Niestety z naszego – recenzenckiego punktu widzenia, zbyt intensywna własna sygnatura urządzenia niespecjalnie sprawdza się na dłuższą metę, gdyż o ile z częścią peryferii może dogadywać się bez najmniejszych problemów, to na inne może mieć ewidentną alergię. A PMC stawiają właśnie na uniwersalną neutra …, znaczy się naturalność. O co chodzi z kolejnymi niuansami semantycznymi? O to, że neutralność, przynajmniej z założenia, powinna oznaczać możliwie bliską wzorcowi transparentność a MB2 XBD SE jednak w kategoriach bezwzględnych coś tam, niewiele, bo niewiele, ale jednak, dodają. Mowa oczywiście o ww. średnicy, która ewidentnie „łapie za ucho” sprawiając, iż ludzkie głosy mają w sobie więcej soczystości i krwistej tkanki.

Niejako na deser zostawiłem coś, bez czego test tytułowych kolumn byłby, przynajmniej z mojego punktu widzenia niekompletny, czyli odpowiednio spektakularną ścieżkę dźwiękową. Jednak zamiast sięgać po coś „sygnowanego” przez PMC postanowiłem przewrotnie posłużyć się nieco mniej przewidywalnym, nagranym w należącym od lipca 2019 r do Sony, kalifornijskim – zlokalizowanym w L.A. Milan Record (nic mi nie wiadomo, by Brytyjczycy zaopatrywali ich w swoje kolumny) materiałem i kilkukrotnie pozwoliłem sobie potraktować MB2 XBD SE nad wyraz zróżnicowaną, acz niewątpliwie momentami epicką w swym rozmachu „The Rescue” Elliota Leunga. I … to było to. Iście hollywoodzki rozmach sprawiał, że generowane przez PMC ciśnienie akustyczne wgniatało nas w fotele, by po chwili przejść do delikatnego muskania naszych zmysłów romantyczną suitą. Zmiany temp następowały natychmiastowo, bez przymiarek, podchodów i brania rozpędu. Tutti pojawiało się w tzw. okamgnieniu i równie szybko gasło, by ustąpić miejsca kolejnym dźwiękom. Jednak nawet w najbardziej spektakularnych momentach, gdy spiętrzenia dźwięków sięgały szczytu K2 PMC cały czas wzorcowo panowały nad rozgrywającymi się na scenie wydarzeniami ani na moment nie pozwalając na zaburzenie porządku wśród karnie usadzonych symfoników., czy też poluzowanie iście infradźwiękowych uderzeń basu. Co ciekawe, o ile wcześniej wspominałem o niejakiej zwiewności najniższych składowych, to wielki aparat wykonawczy cechowała niezwykle namacalna masa i skomplikowana struktura wewnętrznych tkanek, więc nie było mowy o li tylko „papierowej” fasadzie udającej coś znacznie potężniejszego aniżeli jest w istocie, tylko wraz z atakiem szedł adekwatny mu wolumen. Nie ukrywam, że spora w tym zasługa naszego dyżurnego Mephisto, ale nawet idąc drogą Petera Thomasa z Brystonami (liczba mnoga pojawia się tu nieprzypadkowo, bo duet 4B³ + 14B³ to plan minimum) w torze też powinno się udać osiągnąć wielce satysfakcjonujące rezultaty.

No dobrze, wszystko pięknie ładnie, jednak warto choć przez chwilę zastanowić się jakie z powyższych ochów i achów płyną wnioski. Cóż, w telegraficznym skrócie śmiało można stwierdzić, iż PMC MB2 XBD SE nie są, używając dyskretnie „zapomnianego” od momentu zatrudnienia do kampanii reklamowej, hołubionego w reżimowej TV wyjca, przez jedną z sieci elektromarketów, dla idiotów, bądź przedstawicieli klanu „rycerzy ortalionu” w pełnoletnich turladłach z charakterystyczną szachownicą. Angielskie monitory bowiem nie powalą nas monotonne dudniącym basem i równie permanentnie cykającą górą podczas odsłuchu repertuaru, gdzie takowych atrakcji nie ma. Jeśli jednak dysponujemy odpowiednio wydajną i jak to elegancko określa sam producent „wyrafinowaną” amplifikacją a jednocześnie w muzyce cenimy sobie prawdomówność zamiast taniego efekciarstwa, to własne doświadczenia audiofilskie z powodzeniem można podzielić na te sprzed i te po odsłuchu tytułowych PMC. Jeśli miałbym jeszcze dodać coś od siebie, to po miesiącu odsłuchów MB2 XBD SE w OPOS-ie, jeśli tylko karma będzie mi sprzyjać i koniec końców uda mi się zmienić prywatne lokum na zdolne pomieścić będące obiektem niniejszego testu kolumny, bądź chociażby ich podstawkową inkarnację (MB2 se) nie omieszkam ich do siebie ściągnąć. Są to bowiem konstrukcje na tyle kompletne i dające tak fenomenalny wgląd w nagranie i to bez zabijającej przyjemność obcowania z nimi na co dzień bezdusznej analityczności, że z powodzeniem miałyby szansę zagościć u mnie na lata. Długie lata.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: EIC
Cena: 169 000 PLN

Dane techniczne
Skuteczność: 93dB
Impedancja: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20Hz-25kHz
Częstotliwości podziału: 380Hz, 3.8kHz
Wykorzystane przetworniki:
HF – 27mm SONOLEX™ soft dome Ferrofluid cooled
MF – PMC75 SE – 75mm soft dome Effective ATL™
LF – 2 x PMC 12” (310mm) Radial™ driver
Terminale: 3 pary 4mm gniazd (Tri-Wire / Tri-Amp)
Wymiary (W x S x G): 1740mm (+ 50mm kolce) x 380mm x 535mm
Waga: 116kg
Dostępne wersje wykończenia: SE Grand Walnut, SE Amarone, SE Natural Oak, SE Jet Black

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

O ile do tej pory wszelakiej maści akcesoria z serii Booster Furutecha swe działanie opierały na możliwie bezinwazyjnym dotyku, to tym razem Japończycy poszli o krok dalej i postanowili jednak małe co nieco w dostępne w okolicach naszych systemów dziurki powtykać. Co ciekawe zamiast operować w torze sygnałowym skupili się na optymalizacji zasilania i wzorem ponad sześć lat temu goszczących na naszych łamach Nordostów QK1 i Qv2 ich najnowsze akcesorium o kształcie karbonowego naboju a tak po prawdzie nasadzonej na firmowy wtyk tulei z włókna węglowego, należy wpiąć w listwę/gniazdo, z którego zasilamy nasz system audio. Wystarczy mieć zatem jeden wolny slot w terminalu zasilającym/ścianie by zgodnie z zapewnieniami producenta doświadczyć oczywistej poprawy wszystkiego, co dobiegać będzie naszych uszu. Ponieważ jednak, pomimo najszczerszych chęci i wieloletnich starań, nie osiągnęliśmy z Jackiem poziomu wtajemniczenia pozwalającego na wyciąganie jakichkolwiek wniosków li tylko na podstawie materiału zdjęciowego dostarczonego wraz ze standardowymi notkami natury promocyjnej, chcąc cokolwiek wiążącego na temat tytułowej nowości w portfolio Furutecha, czyli „optymalizatora sieci” NCF Clear Line powiedzieć byliśmy skazani na doświadczenia natury empirycznej. Czyli odsłuchy i to bynajmniej nie w ramach coraz popularniejszych sesji online na Teamsach i YouTube a nieco starodawnych – prowadzonych przez nas samych, w naszych dyżurnych systemach, przy użyciu nader namacalnych egzemplarzy o które zadbał dystrybutor marki – katowicki RCM.

Od strony technicznej widać dość bliskie powinowactwo z również pasywnym ww. Nordostem QK1 wykorzystującym m.in. technologię LRC (Load Resonating Coil). Chodzi bowiem o to, iż w NCF Clear Line znajdziemy dwie cewki powietrzne wykonane z emaliowanej miedzi α(Alpha)-OCC, których długość/ilość zwojów została dobrana na etapie żmudnego procesu testów odsłuchowych i porównań. Tak przynajmniej stoi w instrukcji.
Jak już zdążył przyzwyczaić nas Furutech wszystkie metalowe części poddawane są dwuetapowemu procesowi Alpha, w którym najpierw fundowana jest im kriogenizacja w temperaturach oscylujących w granicach od -250 do -196 °C a następnie demagnetyzacja. Z kolei sam korpus, choć oficjalnie będący oczywistą mieszanką włókien nylonowych z węglowymi suto podsypanymi ceramicznymi nanocząsteczkami i pyłem węglowym, czyli mającą właściwości antywibracyjne i anty-zakłóceniowe miksturą NCF (Nano Crystal² Formula) tak naprawdę ma zdecydowanie bardziej skomplikowaną, czterowarstwową budowę. Na zewnątrz mamy specjalnie utwardzaną transparentną powłokę, pod którą znajduje się warstwa NCF i specjalna tekstura z włókien węglowych. Następnie docieramy do kolejnej warstwy plecionki NCF i carbonu a na samym końcu, czyli w roli „wyściółki” wnętrza uszczelnionych ciśnieniowo komór powietrznych wykorzystano izolację z żywicy nylonowej i NCF. Bolce wtyku są oczywiście rodowane, całość skręcono specjalnymi śrubami T10 ze stali nierdzewnej z precyzyjnie dobraną siłą a pozornie stanowiący li tylko ozdobę – łapiący za oko firmowym logotypem dekielek również wykonano z żywicy NCF aby zapewnić nie tylko jak najlepsze tłumienie układu, lecz również jego zbawienny wpływ na równowagę tonalną i pasmo przenoszenia. A to wszystko właśnie dzięki eliminacji szkodliwych ładunków elektrostatycznych na drodze generowania jonów ujemnych i zamiany rezonansów mechanicznych w daleką podczerwień.

Tyle teorii, a jak owe piękne formułki sprawdzają się w praktyce? Po pierwsze fakt pojawienia się Furutecha NCF Clear Line w torze zasilającym jest wyraźnie słyszalny, czyli pierwsze wątpliwości, co do jego działania, bądź (nie)działania mamy z głowy. Problem w tym, iż przynajmniej w naszym przypadku sam fakt „robienia czegoś przez coś” nie jest celem samym w sobie, lecz jedynie punktem wyjścia do określenia, czy owe „coś” danemu systemowi „robi dobrze”, czy wręcz przeciwnie. Jeśli efekt jest pozytywny tematem się zajmujemy, jeśli nie … ustrojstwo wraca do dystrybutora / producenta a my nie tracimy więcej czasu na samoumartwianie z czymś, co ewidentnie nam nie leży. Skoro jednak czytają Państwo niniejsza epistołę, to znak, że jednak Furutech coś dobrego musiał zrobić. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż NCF Clear Line w sposób zauważalny robi coś, co wydawać się może na pierwszy rzut oka i ucha wręcz sprzeczne. Mowa bowiem o jednoczesnym przyciemnieniu przekazu z jednoczesną poprawą jego rozdzielczości. Ot taki audiofilski, pozorny przejaw logiki parakonsystentnej. Pozorny? Tak, gdyż owo przyciemnienie jest przyciemnieniem tylko … pozornym a tak naprawdę oznacza eliminację wysokoczęstotliwościowych szumów i szkodliwych artefaktów z jednej strony kierujących uwagę słuchacza ku górnym rejestrom a z drugiej operujące na owych pułapach instrumenty zmazujące i pokrywające szorstką „korozją”. Furutech owe anomalia usuwa, dzięki czemu nie musimy już tak angażować własnych zmysłów do ich filtracji i skupiać na nich uwagi, więc automatycznie dostrzegamy szerszy, bardziej stabilny obraz. Kontury poszczególnych instrumentów i muzyków/wokalistów przestają kłuć w oczy i przyjmują zdecydowanie bardziej adekwatną do rzeczywistości postać. Zamiast atakować nas swoją kanciastością dostajemy wszelakie informacje o ich gabarytach i „fizycznej postaci” a jednocześnie nie operujemy na poziomie męczącego na dłuższą metę hiperrealizmu. Proszę się jednak nie obawiać zbytniej słodyczy przez którą Barb Jungr zabrzmi jak Diana Krall a Youn Sun Nah jak Queen Latifah. Nic z tych rzeczy, ww. Panie pozostaną w 100% sobą a ich charakterystyczne walory wokalne nie ulegną złagodzeniu i polukrowaniu, lecz wreszcie będziemy mogli usłyszeć je takimi, jakimi w rzeczywistości są a nie przez pryzmat pewnej „mory” przekłamującej ich obraz.
Jednak w roli przykładu nie posłużę się reprodukcja głosu przedstawicielki płci pięknej, a sięgnę po prog-rockowe klimaty rodem z Południowej Walii w postaci zadziornego albumu „Inescapable” formacji Godsticks. Znacie? Jeśli nie, to gorąco polecam, jednak od razu uprzedzam, iż uzewnętrzniający się do mikrofonu Darran Charles sybilantów nie szczędzi a i sama realizacja niespecjalnie próbuje owe zapędy tonizować. Dochodzi wręcz do tego, że wokal staje się bardziej kąśliwy niż nomen, omen całkiem brudne i mroczne gitarowe riffy, co poniekąd powinno dać Państwu wyobrażenie o skali zjawiska. Nie brzmi to zbyt zachęcająco? Cóż, mi taka lekka ofensywność czasem przydaje się na rozbudzenie, jednak aplikacja tytułowego Furutecha sprawiała, że efekt finalny ulegał niezaprzeczalnemu ucywilizowaniu, jednak nie poprzez przykrycie wszystkiego ciężkim gaśniczym kocem a pracę u podstaw – począwszy od lepszego mikrofonu dla frontmana, na bardziej „troskliwym” masteringu skończywszy. Dzięki temu ładunek emocjonalny został nie tyle nienaruszony, co wręcz wzmocniony a jednocześnie element mogący powodować zmęczenie materiału zyskał na jakości i wyrafinowaniu.
A co z pozycjami, w których poprawiać za bardzo nie ma czego i po co? Dajmy na to „Tomba sonora” Stemmeklang/Kristin Bolstad. Okazuje się, że owa pewność, iż wszystko z nimi jest OK jest tylko ułudą, gdyż z Furutechami czerń tła jest jeszcze bardziej aksamitna, postaci wokalistek jeszcze bardziej namacalne a jedyne co nie wszystkim może w pierwszej chwili przypaść do gustu to pozornie krótszy czas wygasania poszczególnych dźwięków. Jednak jeśli uważniej się wsłuchamy w to, co dobiega naszych uszu z głośników z i bez NCF Clear Line, to bez trudu powinniśmy odkryć, iż to co pozornie było ostatkami dźwięków krążących pod sklepieniem jest li tylko pasożytniczymi artefaktami zaburzającymi półmrok kamiennych katakumb. Krótko mówiąc mamy sygnał źródłowy bez zbędnego bagażu pochodzącego z sieci brudu generowanego przez zasilacze impulsowe i inne ustrojstwa o których obecności w pobliżu systemów Hi-Fi i High-End lepiej nie wspominać.

Proszę się jednak nie łudzić i nie wierzyć w bajki, iż zakup Furutecha NCF Clear Line w jakiś dramatyczny sposób zrewolucjonizuje brzmienie Państwa systemów i wyniesie je ponad po wielokroć droższą konkurencję. Co prawda tytułowe akcesorium poprawia i uszlachetnia brzmienie, lecz zapewne zdają sobie Państwo sprawę z faktu, że aby uwolnić drzemiący w czymś potencjał musimy go tam mieć, gdyż z próżnego to i Salomon nie naleje. Dlatego też zamiast traktować NCF Clear Line jako przysłowiowe koło ratunkowe i próbę leczenia dżumy cholerą, sugeruję sięgać po niego na sam koniec. Ot taki audiofilski „detailing” sprawiający, iż to, co do tej pory cieszyło oczy i uszy zaprezentuje się jeszcze atrakcyjniej i czyściej.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Wzmacniacz zintegrowany: Boulder 866 Integrated, Yamaha A-S3200
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Obserwując rynek audio, śmiało można stwierdzić, iż dożyliśmy czasów, w których każdy, choćby minimalnie zorientowany w meandrach dochodzenia do jak najlepszego dźwięku posiadanego systemu audiofil lub meloman zdaje sobie sprawę z wpływu dosłownie każdego związanego z jego egzystencją elementu. Jednak nie mam na myśli jedynie determinujących jakiekolwiek szanse wydania fonii komponentów typu źródło, wzmocnienie i kolumny głośnikowe, ale również wszelkie peryferia od zasilania przez połączenia sygnałowe z równoprawnym uwzględnieniem nawet najdrobniejszych akcesoriów. Jaki cel ma wyartykułowanie aż tak dokładnej listy związanych z naszą zabawą tweaków? Bardzo istotny, gdyż dzisiaj przyjrzymy się znanemu od lat w ofercie wielu firm, tak zwanemu czyścicielowi energii elektrycznej. Realizujące podobne założenia produkty znamy dobrze choćby z naszego recenzenckiego portfolio takich marek jak Harmonix, czy Nordost i wielu innych, jednak jak wiadomo, w teorii robiąc to samo, w praktyce poszczególne systemy czasem reagują na nie diametralnie odmiennie. Dlatego też, gdy pojawia się okazja, bo pozyskać z tej puli coś jeszcze nam nieznanego, bez ociągania bierzemy ową nowość na recenzencki warsztat. Taki też zaczyn miał dzisiejszy test, w którym będziemy mieli okazję przyjrzeć się kolejnemu, stosowanemu w jednym z wolnych gniazdek sieciowych naszych listew zasilających system audio, optymalizatorowi prądu. Po raz kolejny spod ręki japońskich inżynierów, jednak tym razem pochodzącego od znanego doskonale wszystkim Furutecha oznaczonego handlowymi nazwą NCF Clear Line, dostarczonego do naszej redakcji przez katowicki RCM.

O budowie naszego czyściciela prądu w gniazdku z uwagi na dokładne wyartykułowanie najdrobniejszego aspektu budowy nie tylko serca układu, czyli głównej części roboczej, co zazwyczaj zdecydowana większość producentów skrzętnie ukrywa, ale również dość skomplikowanego korpusu, nie będę się nadmiernie rozpisywał. Wspomnę jedynie, iż słowem kluczem całości projektu jest „tłumienie”. Wszelkiego typu zabiegi maksymalnego skomplikowania konstrukcji obudowy, jej poszczególne komponenty, ilość i kolejność następujących po sobie warstw, poszczególne materiały od włókna szklanego, przez nylon, po kompozyty węglowe i wiele innych półproduktów mają jedno zadanie, na ile to jest możliwe, maksymalnie skutecznie zamienić szkodliwe wibracje w ciepło, likwidując w ten sposób wszelkiego typu zakłócenia i szumy znajdującej się tuż obok naszego bohatera, sieci elektrycznej. Ale to nie wszystkie ciekawostki, gdyż w trzewiach uzbrojonego w dwa bolce z uziemieniem tupu Schuko niedużego wałka, sekcja czynna nie opiera się o jakiekolwiek kondensatory, tudzież mniej lub bardziej skomplikowane układy elektryczne, tylko dwie, według producenta dzięki pokryciu specjalną emalią tłumiące rezonans magnetyczny, pasywne cewki. Oczywiście wszystkie przed momentem wymienione komponenty obudowy i same spiralne druty zostały poddane znanej od kilku lat obróbce Alpha. Jak całość wygląda w naturze, możecie prześledzić na stronie dystrybutora. Przyznam szczerze, że opierając się na samym tekście, wszystko brzmi skomplikowanie, jednak po dodatkowym zapoznaniu się z łatwymi do przyswojenia przekrojami spokojnie jesteśmy w stanie co nieco zrozumieć. Czy przekazane w opisie producenta teorie zaakceptujecie, czy nie, to już inna historia. Dla mnie, bez względu na wszelkie potencjalne za i przeciw, najważniejszy jest fakt testowego potwierdzenia bezapelacyjnego działania tych ustrojstw. Jeśli w tym ostatnim aspekcie się ze mną zgadzacie i chcielibyście co nieco o tym się dowiedzieć, zapraszam na kilka poniższych zdań o efektach aplikacji Furutech NCF Clear Line w mój tor audio.

Rzeczonego Furutecha sprawdziłem w dwóch systemach. W moim, zasilanym dobrym, bo odbieranym z dość blisko zlokalizowanego głównego transformatora i w co piątek odwiedzanym klubie sympatyków zabawy w zaawansowane audio, w starym pokomunistycznym biurowcu. W jakim celu tak rozdrabniam ten test? Otóż w pewnych aspektach zastosowanie Clear Line’a dało dwa różne wyniki. W pewnych, bowiem będący nadrzędnym celem zastosowania takich ustrojów prądowych, główny motyw uspokojenia i nadania przyjemnej gładkości przekazowi pojawił się i u mnie i na wyjeździe. Jednak co ciekawe, gdy w soundrebelsowej, jak wspominałem karmionej niezłą energią elektryczną z dedykowanej linii na osobnym bezpieczniku, samotni nic specjalnego więcej się nie wydarzyło, to już w klubie pojawił się dodatkowy, zaskakujący zgromadzonych tego wieczora aspekt. Mianowicie bardzo wyraźnie została doświetlenia średnica i ku zaskoczeniu wszystkich bywalców tego audio-soboru, znaczniej poprawie w domenie głębokości uległa wirtualna scena muzyczna. Naturalnie to miało swoje konsekwencje w zależności od słuchanego materiału. Wszystkie wydarzenia muzyczne, oprócz nieco innej swobody wybrzmiewania ich środka pasma, budowane były na rozleglejszej scenie, jak gdybyśmy usiedli kilka rzędów dalej. Ogólnie rzecz biorąc, to było bardzo fajne uczucie, gdyż muzyka stała się lotniejsza. Niestety wiadomym jest, że zawsze jest coś za coś. W tym przypadku nie, żeby niechcianą, ale różnie przez poszczególnych słuchaczy odbieraną manierą było dodatkowe pogłębienie, już na starcie dobrze skorelowanej w tej kwestii przez system, przestrzeni dla muzyków. To nie było w żaden sposób męczące, jednak każda płyta, nawet studyjna, jakby zapraszała nas na notoryczny koncert. Naturalną koleją rzeczy po akomodacji słuchu temat nieco odszedł na boczny tor, jednak fakt jest faktem, muzyka za każdym razem nabierała ogólnego rozmachu.
Po co aż tak to gloryfikuję? Chodzi o to, że być może kilku z Was ze swoimi systemami aby dobrze oddać realia świata muzyki, właśnie takiego oddalenia od siebie wydarzeń muzycznych bezskutecznie poszukuje, czemu ten niepozorny japoński dynks ma szansę zaradzić. Oczywiście rodzi się pytanie, czy na pewno? Niestety już początek tego akapitu nie daje szans na pełną gwarancję uzyskania podobnych wyników, gdyż spełniając standardy audio co system to inny wynik, u mnie tego tematu nie zanotowałem. Przyczyna? Być może inne poziomy jakości dźwięku obydwu systemów audio lub sama jakość prądu ze szczególnym uwzględnieniem samych przewodników w ścianie – w klubie ma chyba z 60 lat, Pewności nie mam. Za to mam ją w kwestii usłyszanego wpływu na dwa różne byty audio.

Po zapoznaniu się z powyższym tekstem, jednego możecie być pewni, tytułowy Furutech NCF Clear Line za każdym razem wniesie do Waszego zestawu szczyptę spokoju. To naturalnie wpłynie na ilość i jakość wysokich tonów, bowiem pozornie będzie ich mniej, ale za to będą szlachetniejsze, dzięki czemu nie będą atakować pochodną tętnień lub szumu sieci elektrycznej, odbieraną jako nieprzyjemne zniekształcenia. Taki feedback otrzymacie nawet w przypadku dysponowania z pozoru dobrym zasilaniem – piję do sparingu u mnie. Jednak biorąc przykład aplikacji Japończyka w systemie klubowym, sprawy mogą potoczyć się w jeszcze lepszym kierunku. Mam na myśli sytuację, gdy mieszkacie w wielorodzinnym bloku lub nawet przemierzając codzienne życie w jednorodzinnym domu, jesteście podpięci na końcu lokalnej, z reguły mocno obciążonej, a przez to „zaśmieconej” linii sieci energetycznej. Co się wydarzy podczas Waszego podejścia? Jest tylko jedna możliwość, aby się przekonać. Spróbować samemu. Z pewnością nie zaszkodzi, a może okazać się ostatnim szlifem posiadanego zestawu.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Cena: 1 095 PLN / szt.

Dane techniczne
Wymiary (D x S): 88,4 x 39,5 mm
Waga: 69 g
Sugerowany czas wygrzewania: 24 h

  1. Soundrebels.com
  2. >

Muzyka dostępna jest w wielu formach, a obecna ilość formatów audio jest znacznie większa niż kiedykolwiek wcześniej. Od początku istnienia firmy Hegel jej celem było przesuwanie granic, aby we wszystkich swoich produktach uzyskać lepszy i bardziej naturalny dźwięk z mniejszymi zniekształceniami. W ostatnich latach cyfrowy dźwięk nieustannie rozwija się, a Hegel wprowadził nowe i innowacyjne rozwiązania techniczne, aby udoskonalić jakość dźwięku z cyfrowych mediów. Wraz z ponownym wzrostem popularności płyt winylowych wielu klientów, dealerów i dystrybutorów firmy Hegel oczekiwało produktu dla przeciwnego skraju audiofilskiego świata i przekonało norweskich projektantów do opracowania przedwzmacniacza gramofonowego.

Przez lata Hegel wstrzymywał się, zawsze stawiając na pierwszym miejscu inne urządzenia. Zawsze z ciężkim sercem, ponieważ przedwzmacniacze gramofonowe to coś, nad czym główny projektant Bent Holter pracował już w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Dlatego kiedy w końcu podjęto decyzję o stworzeniu tego typu konstrukcji, Bent z entuzjazmem przyjął ten pomysł. Pierwotnym planem było rozpoczęcie od czegoś stosunkowo prostego i niedrogiego, sensownym wydawało się zacząć od niewielkiej konstrukcji. Ale im dłużej Bent nad tym pracował, tym więcej miał z tego radości i projekt stawał się coraz większy. W efekcie zbyt trudno było zarzucić ten wspaniały pomysł i ten niesamowity produkt, a cytując Benta: „Jeśli nie zamierzasz zrobić tego we właściwy sposób, to po co w ogóle się tym zajmować”.

Ten entuzjazm był bardzo zaraźliwy i objął całą firmę. Bent jak zwykle był czołową postacią dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu w dziedzinie analogowego audio, ale ten projekt był wyjątkowy i V10 jest dziełem grupowym stworzonym przy udziale całego zespołu. W przypadku V10 nie kopiowano starych podręcznikowych rozwiązań ani nie korzystano z już opracowanych układów. Bazują na zdobytej wiedzy w zakresie projektowania najnowocześniejszych wzmacniaczy już na początku przyjęto podejście teoretyczne. V10 to czysty Hegel, zbudowany od podstaw z wykorzystaniem nowoczesnej, dyskretnej amplifikacji. Efektem jest przedwzmacniacz gramofonowy z sygnaturą dźwiękową znaną ze wzmacniaczy i przetworników c/a Hegel; detaliczny, dynamiczny i neutralny, ze sceną dźwiękową i obrazowaniem, który tylko winyl może zapewnić. Z dobrą wkładką, poziom detali, jaki V10 potrafi wydobyć z dobrze wytłoczonej płyty winylowej wręcz zapiera dech w piersiach. Droga do celu była wyjątkowo długa, ale ostatecznie została pokonana przez cały zespół, z czego Hegel jest niezmiernie dumny. A zatem, oto pierwszy przedwzmacniacz gramofonowy Hegel V10.

W rowku płyty
Hegel V10 urzeczywistnia całkowicie nowe podejście do starej technologii. Dzięki 30-letniemu doświadczeniu w projektowaniu najnowocześniejszych dyskretnych obwodów tranzystorowych, Hegel stworzył przedwzmacniacz gramofonowy nie mający żadnego odpowiednika. Jest neutralny, dynamiczny i wyjątkowo odkrywczy. Projektanci wykorzystali całą swoją wiedzę o amplifikacji i wykorzystali ją w jednym celu – aby sięgnąć do nagrań i wydobyć z nich każdy szczegół.

Słuchanie winyli jest zmysłowym doświadczeniem. Starannie otwierasz okładkę albumu, wyjmujesz płytę z wewnętrznej osłony, szukasz ewentualnych zarysowań lub zabrudzeń, umieszczasz ją na talerzu i powoli opuszczasz igłę, aby pozwolić jej wydobyć dźwięk. To wszystko odnosi się do ciebie i twojej muzyki, wybranej właśnie na ten moment. Z V10 to wyjątkowe doświadczenie staje się jeszcze lepsze. Opracowany od podstaw i wykorzystujący naprawdę nietuzinkowe i unikatowe rozwiązania techniczne, V10 zapewnia bezprecedensową przejrzystość i krajobraz dźwiękowy – w ten sposób sprawia, że muzyka, którą słyszysz, jest tak namacalna i realna jak płyta, na której została zapisana.

Ten fantastyczny efekt uzyskano dzięki temu, że V10 został zaprojektowany wyłącznie po to, aby odtwarzana muzyka brzmiała tak dobrze, jak to tylko możliwe. Obudowa podzielona jest na dwie komory, fizycznie oddzielające zasilanie od czułego układu wzmocnienia. Dzięki temu nie zachodzi żadna wykrywalna interferencja pomiędzy dwoma sekcjami. Aby zapewnić najlepsze możliwe połączenie, projektanci wyposażyli V10 w pozłacane terminale, zbalansowane wyjścia XLR i solidną, specjalnie przygotowaną śrubę uziemienia. W niezwykle ważnym stopniu wejściowym projektanci zastosowali ultraniskoszumowe tranzystory dyskretne JFET dla wejścia MM (moving magnet) i MC (moving coil). Wyeliminowanie zewnętrznego szumu jest szczególnie ważne podczas korzystania z czułych wkładek MC o niskiej mocy wyjściowej. To dlatego projektanci wzbogacili wejście MC w cztery tego typu tranzystory połączone równolegle, co pozwoliło całkowicie wyciszyć wejście i zatrzymać sprzężenie zwrotne prądu polaryzacji do cewki wkładki.

Sygnał wejściowy przesyłany jest do równie cichych obwodów wzmacniacza, gdzie zarówno stopnie wzmocnienia MM i MC wykorzystują ultraniskoszumowe zasilanie zbudowane z dyskretnych tranzystorów bipolarnych, aby zminimalizować szum sygnału. Zapewnia to niezwykle precyzyjne wzmocnienie sygnału wejściowego docierającego z gramofonu. Aby mieć gwarancję, że V10 pracuje w najlepszych możliwych warunkach, wyposażony jest w liniowy, niskoszumowy zasilacz analogowy AC. Moduł ten wykorzystuje specjalnie zaprojektowany transformator z rdzeniem E, umieszczony we własnej obudowie, aby wyeliminować wszelkie możliwe zakłócenia.
Dla projektantów Hegla szczególnie ważne było to, aby modelem V10 mogli cieszyć się wszyscy entuzjaści winylu. Dlatego też już w chwili wyjęcia z pudełka model ten skonfigurowany jest jako doskonały przedwzmacniacz gramofonowy MM typu plug-and-play. Dla wielu jest to dokładnie to, czego chcą i potrzebują, chociaż niektórzy oczekują czegoś więcej. Dlatego też V10 został opracowany pod kątem możliwości jego zoptymalizowania, umożliwiając dostosowanie go do indywidualnych preferencji i wymagań konfiguracji, w tym dopasowanie do dowolnej wkładki MM lub MC.

W przypadku wkładki MM można dowolnie zwiększać pojemność w zakresie od 100 do 467 pF, a w przypadku wkładki MC można dowolnie regulować impedancję pomiędzy 33 i 550 Ω lub ustalić na poziomie 47 kΩ. Zarówno dla MM, jak i MC, wzmocnienie można zwiększyć o 5, 10 lub 12 dB, dopasowując się do wyjścia innych źródeł. V10 udostępnia także filtr subsoniczny, dzięki któremu można usunąć niepożądany szum o niskiej częstotliwości. A pod koniec nocy, kiedy sesja odsłuchowa przeciągnęła się daleko poza porę snu, regulowana funkcja trybu czuwania automatycznie wyłączy urządzenie.

Hegel V10 powinien pojawić się w sprzedaży pod koniec pierwszego kwartału br. Wtedy także będzie znana cena urządzenia.

Specyfikacja techniczna

Topologia wzmacniacza Ultraniskoszumowy dyskretny stopień wejściowy z tranzystorami JFET dla MC i MM
Wzmocnienie wyjścia XLR MM: 40 dB/45 dB/50 dB/52 dB

MC: 60 dB/65 dB/70 dB/72 dB

Wzmocnienie wyjścia RCA MM: 34 dB/39 dB/44 dB/46 dB

MC: 54 dB/59 dB/64 dB/66 dB

Impedancja obciążenia MC Dowolnie regulowana pomiędzy 33 i 550 Ω/47 kΩ
Pojemność obciążenia MM 100 pF/147 pF/220 pF/247 pF/320 pF/420 pF/467 pF przy 47 kΩ
Filtr subsoniczny Przełączalny wł./wył., -3 dB przy 20 Hz, -18 dB oktawa
Precyzja RIAA +/-0,2 dB/20 Hz-20 kHz
Szum wyjściowy* -84 dB/MM („A” ważony ref: 0 dBV)

-81 dB/MM („A” ważony ref: 0 dBV)

Impedancja wyjściowa XLR/RCA: 200 Ω
Przesłuch kanału -84 dB przy 1kHz 0 dBV
Pasmo przenoszenia 2 Hz-2 kHz zniekształcenia (THD) MM: <0,005%

MC: <0,009% przy 1 kHz 0 dBV

Wejścia 1 niezbalansowane (RCA) MM

1 niezbalansowane (RCA) MC

Wyjścia 1 niezbalansowane stałopoziomowe (RCA)

1 zbalansowane stałopoziomowe (XLR)

Zasilacz Hegel Power Adapter M30103
Wymiary z nóżkami 6 cm × 21 cm × 28 cm W × S × G
Waga 2,2 kg
  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Prawdopodobnie wielu z Was zaskoczę, ale chciałbym zakomunikować, iż dzisiejsze spotkanie sprowokuje znane wszystkim powiedzenie „Nigdy nie mów nigdy”. Znacie? Nie odpowiadajcie, jest to pytanie retoryczne, bowiem kładąc przysłowiową rękę na pieńku, jestem wręcz pewien, że w zatrważającej większości niejednokrotnie zdążyliście przekonać się o tym na własnej skórze. To wizerunkowo często bywa bolesne, jednak zazwyczaj w pakiecie wyrabia w człowieku choćby minimalne pokłady pokory w wyrażaniu swoich, niejednokrotnie objawionych, rodem z mchu i paproci prawd. I nie ma znaczenia, o jakim dziale naszej egzystencji rozprawiamy, bowiem temat jest do bólu uniwersalny. Na tyle uniwersalny, że bez najmniejszych problemów przenosi się na nasze audio-podwórko, w którym na bazie dzisiejszego testu z jednej strony trochę ze wstydem, ale za to z drugiej z wielką przyjemnością posypię sobie głowę popiołem. Chodzi mi o do niedawna wygłaszaną przez mnie tezę, braku najmniejszych szans na długoterminowy ożenek z kolumnami tubowymi. Owszem, to zawsze było zjawiskowe granie, jednak tak odległe od mojego punktu widzenia na muzykę, że nawet przez myśl nie przechodził mi fakt jakiegokolwiek zastanowienia się nad ich stałą aplikacją w posiadanym systemie. Zwyczajnie uważałem, iż rozmach, swoboda i bezkompromisowy w każdym aspekcie przekaz nie są jedyną receptą na „fajny sound”. Jednak taką opinię wygłaszałem do czasu. Jakiego? Spotkania z dzisiejszymi bohaterkami, czyli kolumnami znanej wszystkim marki Avantgarde Acoustic w jubileuszowej wersji Trio Luxury Edition 26, których jeden z limitowanych zestawów wraz z dedykowanymi do małych pomieszczeń modułami basowymi SUB231, kosztem gigantycznego wysiłku logistycznego pracowników warszawsko-krakowskiego Nautilusa – jedna kolumna spakowana w skrzyni waży dobrze ponad 300 kg – na kilka tygodni zawitał pod naszą strzechę.

Jak przez lata zdążyliśmy się przyzwyczaić, jubileuszowa wersja zawsze rządzi się swoimi prawami. Jednak w przypadku tytułowego specjalisty od kolumn tubowych opracowanie takiego modelu nie było jedynie nadaniem mu powierzchownego, bardziej łapiącego za oko, a przez to po ostemplowaniu stosownym exlibrisem pozwalającego znacznie podbić cenę produktu, wyglądu. To od początku do końca był zaplanowany na przysłowiowej desce kreślarskiej, a potem wprowadzony w życie, projekt czegoś dotychczas niespotykanego. Tak tak, niespotykanego, gdyż zmiany dotyczą dosłownie wszystkiego. Na pierwszy ogień wspomnę o ramie całej konstrukcji. Wersja standardowa opiera się o prostokątny lub łukowaty, wykonany z profilowanej stali, zazwyczaj malowany na czarno stelaż, na którym na odpowiedniej wysokości mocowano umieszczone w tulejach o różnej średnicy przetworniki ubrane u wylotu w stosowne dla każdego zakresu częstotliwości przetwarzania, tuby. Tymczasem dzisiaj opiniowany model postawił nie tylko na elegancję wspomnianej konstrukcji nośnej, ale również jej pracę w służbie finalnego brzmienia kolumn. Odszedł od mogących wpadać w rezonans stalowych profilów i zastąpił je dwoma pokrytymi fornirem z niemieckiego dębu pionowymi kantówkami i polerowanym na wysoki połysk jako trzeci punkt podparcia, oczywiście pionowym prętem z polerowanej stali nierdzewnej, stabilizowanych na również wykończonej w wysokim połysku prostokątnej ramie w fornirowaną wstawką jako podstawa dla przywołanych, podobnie wykończonych belek wspierających modułu głośnikowe. Sama podstawa natomiast, typowo dla kolumn AA, świetnie nadając wizualnego sznytu całości, opiera się na podłożu przy pomocy przenikających przez nią, monstrualnych, również połyskujących srebrem kolców. Obudowy głośników, czyli mówiąc kolokwialnie w zależności od obsługiwanego przetwornika, różnej średnicy rury idąc tropem nietuzinkowości projektu, pomalowano mieniącym się brokatem, czarnym, strukturalnym lakierem. Wykorzystane w tym modelu głośniki również zmieniono na znacznie lepsze jakościowo, dzięki czemu tytułowe 26-ki otrzymały szansę wzniesienia się na wyższe standardy jakości generowanego dźwięku. Z przecieków od dystrybutora wiem również, iż obecnie na nowo zaprojektowane zwrotnice nie tylko wykorzystują ręcznie robione na zamówienie, kosztujące 1000 Euro za sztukę, ważące bagatela ok. 700 gramów kondensatory, ale zostały okablowane przewodnikami opartymi o stop srebra i złota. Co bardzo istotne, wspomniane połączenia sygnałowe pomiędzy poszczególnymi głośnikami i zwrotnicami nie szpecą ogólnego wizerunku tego ponadczasowego projektu, zwisając za każdą z tulei, tylko dyskretnie puszczono je wewnątrz stelaża. Kolejnym zabiegiem w moim odczuciu nie tylko wizualnym, ale również sonicznym jest pomalowanie trzech będących wizytówką marki, wykonanych z tworzywa sztucznego tub, przyjemnym dla oka, będącym fuzją szarości i beżu, świetnie tonizującym bezkompromisowość przekazu, w dotyku satynowym lakierem. Wieńcząc dzieło wprowadzania na rynek czegoś nie tylko ponadczasowego, ale niestety brutalnie limitowanego do 26 par, producent ozdobił każdą z podstaw kolumn w pozłacaną, okraszoną techniką grawerowania informacją na temat powołującego kolumny do życia wydarzenia, prostokątną sztabką z logo marki.
Model Trio nie obędzie się bez przenoszących pasmo poniżej 100Hz modułów basowych. W teorii dedykowane są wielkie, dzięki swojej również tubowej konstrukcji w pełni spełniające ich wymagania Basshorny Niestety mimo sporych możliwości lokalowych nie dysponowaliśmy odpowiednią dla nich kubaturą, dlatego proces testowy odbył się przy użyciu znanych użytkownikom od kilku lat, skądinąd zbierających świetne opinie na świecie, w pełni programowalnych, posiłkujących się zaawansowanymi układami DSP, pozwalających przyjąć praktycznie każdy sygnał audio – cyfrowy i analogowy – aktywnych modułów SUB231. To jak wskazuje seria fotografii, są dość wysokie, uzbrojone w dwa przetworniki na froncie i baterię ujawniającej swój byt na plecach elektroniki, a przez to oczekujące życiodajnej energii z gniazdka, posadowione na podłożu w identyczny sposób jak kolumny poprzez solidne kolce prostopadłościany. Jak można się spodziewać, drzemiące w ich trzewiach protokoły obróbki sygnału sprawiają, że można je dostroić praktycznie nie tylko do każdego pomieszczenia, ale również drzemiącego głowie potencjalnego nabywcy, nawet najbardziej odjechanego wzorca dźwięku. I proszę nie wpadać w panikę, to jest bardzo prosty proces i co najistotniejsze, po krótkim szkoleniu wykonywalne samodzielnie bez konieczności wizyty serwisanta.

Gdy prześledzicie serię fotografii, będziecie mogli choćby minimalnie zapoznać się z procesem kalibracji systemu. Naturalnie owe działania miały miejsce dopiero po wygrzaniu się zestawu, gdyż wizyta u mnie tytułowego, jak wskazuje wykończony w złocie certyfikat 16-go kompletu kolumn, nie licząc dosłownie kilku godzin grania na inauguracji zorganizowanej na Śląsku wystawy sztuki, tak po prawdzie była dziewiczym występem. To zaś sprawiało, że pierwsze kilkanaście dni nie można określić inaczej, niż jako dochodzenie zestawu do stanu normalnego użytkowania. Po tym okresie, po podpięciu dosłownie kilku kabelków z pomocą firmowego programu, z zaskakującą łatwością przedstawiciel dystrybutora realizował moje wskazówki co do oczekiwań finalnego dostrojenia modułów basowych do synergicznej współpracy z sekcją tubową. Co bardzo istotne, ten proces nie stawiał przed nami żadnych ograniczeń, gdyż wszystko robiliśmy płynnie nie tylko w kwestii przebiegu sygnału w danym sektorze pasma, ale również w konkretnym punkcie, ba nawet z możliwością wycięcia jakiejś częstotliwości, w efekcie modelując finalną krzywą generowanego sygnału na tak zwaną własną modłę. I to nie tylko w zakresie poniżej pracy niskotonowca, czyli ok. 100 Hz, tylko znacznie powyżej jego brylowania, bez najmniejszych problemów nasycając, dociążając lub otwierając zakres średnich tonów, przy okazji realnie wpływając na jakość i ku mojemu zaskoczeniu, ilość oraz barwę najwyższych składowych. Reasumując, jeśli tylko tego pragniecie, kilkoma ruchami myszki na ekranie komputera jesteście w stanie sprawić, aby znane z bezpośredniości ponad wszystko kolumny tubowe swoją specyfiką grania przypominały przywołane przeze mnie jako wzorzec muzykalności zespoły głośnikowe rodem z radia BBC. Oczywiście rodzi się pytanie, po co tak naginać rzeczywistość. Natychmiast uspokajam gorące głowy, iż tego nie uczyniłem, tylko wspominam, co ten wymykający się wszelkim generalizowaniom zestaw potrafi zdziałać. Osobiście wybrałem zdroworozsądkowy konsensus pomiędzy otwartością i szybkością prezentacji mówiąc kolokwialnie dworcowych megafonów i namacalnością środka pasma rodem z monitorów studyjnych, nie zapominając przy tym nie tylko o solidnej, ale również na ile to możliwe przy użyciu będących przedsionkiem referencyjnego basu według szkoły AA modułów SUB231, zebranej w sobie podstawie basowej.

Co takiego skłoniło mnie do wygłoszenia we wstępniaku chęci publicznego posypania głowy popiołem? Oczywiście oferowany przez tytułowe Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26 dźwięk. W telegraficznym skrócie, bez najmniejszych obaw o zbytnią przychylność konstrukcji powiem, iż był fenomenalny. I z pełną świadomością potencjalnych konsekwencji mówię to ja, raczej optujący za brytyjską szkołą grania typu Harbeth, Spendor i im podobnych wielbiciel barwy jako pierwszy punkt na liście określającej dobry dźwięk. Oczywiście prezentowany przez AA przekaz nie miał szans oderwać się od specyfiki tubowego, lekko doświetlającego poszczególne źródła dźwięku grania, jednak z jakiś sobie tylko znanych powodów robił to na tyle delikatnie, że dosłownie po kilku utworach nie tylko ja, ale również wielu odwiedzających mnie, co istotne również stroniących od tego typu konstrukcji gości, stwierdzaliśmy całkowitą pomijalność tego aspektu. Mało tego. Ta specyfika sprawiała wrażenie jakby wręcz pomagania systemowi w kreowaniu nieosiągalnych dla konwencjonalnych kolumn wydarzeń muzycznych. Jednak zaznaczam natychmiast, bez najmniejszego efektu zazwyczaj będącego pochodną wielkich lejków, powiększania scenicznych bytów, tylko chirurgicznie zawieszając artystów na bezkresnej w szerz i głąb scenie. To bardzo istotne, gdyż obawiałem się jej ograniczenia z uwagi na wielkie tuby, gdy tymczasem w momencie włożenia do transportu odpowiedniego materiału, spektakl potrafił rozciągać się dosłownie od ściany do ściany dość szerokiego, bo osiągającego 5 m pokoju. Tak wyglądał nie oszukujmy się, nawet nie proces akomodacji, tylko brutalnie nazywając to po imieniu, odbierania nauczki od niegdyś dalekich od moich oczekiwań kolumn. Jak zatem odebrałem je po tej sesji?

Nie będę owijał w bawełnę. Po ostatniej decyzji upgrade’u posiadanych kolumn myślałem, że nic aż tak mocno nie jest w stanie mną potrząsnąć, aby nawet pomyśleć o jakiejkolwiek zmianie. Niestety konstruktorzy jubileuszowych Trio w realizacji swoich założeń stworzenia czegoś ponadczasowego byli do bólu bezwzględni, gdyż już na samym początku procesu testowego mocno zastanawiałem się, czy nie korzystając z sytuacji dystrybuowania marek Dynaudio i Avantgarde Acoustic przez jeden podmiot i nie zrobić na pozór karkołomnej, a po zapoznaniu się z limitowaną konstrukcją AA całkowicie usprawiedliwionej, roszady. Powód? Bezgraniczna na każdym poziomie głośności swoboda i realizm przekazu w połączeniu z nieposkromioną, jednak bez poczucia siłowego wciskania muzyki do głowy, energią dosłownie każdego wycinka pasma pozostawiały dotychczas braną przeze mnie jako coś do ożenku konkurencję sporo w tyle. I nie chodzi mi w tym momencie, że tamte produkty nie potrafiły wykreować wspomnianych aspektów sonicznych, tylko nie czyniły tego z jednej strony tak zjawiskowo, a z drugiej w najmniejszym stopniu niemęcząco, aby móc powalczyć jak równy z równym. A musicie wiedzieć, iż słucham muzyki po kilka godzin dziennie. Nie tylko podczas sesji testowych, ale również jako niezbędny reset do stanu zero przed kolejnym starciem, co w momencie nadinterpretacji muzyki przez posiadany system byłoby męczące. W przypadku naszych bohaterek dostałem zjawiskową rozdzielczość, dynamikę i transparentność od najcichszych, po dosłownie koncertowe poziomy głośności. Czy nocne medytacje z muzyką barokową i jej mocno zakorzenioną sakralnością – Jordi Savall, tudzież John Potter, oparta o rozbudowane składy symfoniczne twórczość klasyczna pokroju J.S Bacha i jemu podobnych, czy odbywane za dnia bezpardonowe odsłuchy najnowszego, symfonicznego krążka zespołu Metallica „S&M 2”, za każdym razem nie tylko słychać było najdrobniejsze niuanse brzmieniowe, ale również świetne oddanie ducha każdego z przywołanych nurtów. Pisząc ducha, mam na myśli po pierwsze – świadomą interpretację mistyczności kontemplacyjnych zapisów muzyki kościelnej, bez wrażenia nadawania jej przypisywanego tubom, szkodliwego nadęcia, a po drugie – natychmiast po zmianie materiału na bezkompromisowy rock, dobitne pokazanie, że panowie jako podwaliny powstania zespołu wykorzystali wszechobecny bunt przeciwko panującemu na świecie systemowi. To oczywiście tylko zgrubny opis możliwości opisywanego zestawu. A przecież wiadomym jest, iż diabeł tkwi w szczegółach. Jakich?
To jest najlepsze. Otóż mimo częstego słuchania muzyki klasycznej, z braku jakby znającego się na rzeczy przewodnika po tym nurcie, prawdopodobnie nie do końca rozpoznaję intencję kompozytora. To zaś sprawia, że gdzieś w głębi będąc romantykiem, szukam w niej emocji znanych mi z zapisów kościelnych. I w realizacji tego założenia wyśmienicie pomagały mi Trio. Jak? Budując odpowiednią atmosferę przy pomocy kreowania zjawiskowej, chyba najbliższej prawdzie przy użyciu zespołów głośnikowych wirtualnej sceny. I tutaj Was zaskoczę. Wbrew pozorom nie przemawiał do mnie rozmach i brak kompresji orkiestry podczas realizacji zapisanego na partyturze tutti, tylko po jego praktycznym wygaśnięciu zjawiskowe pokazanie mającego być pewnego rodzaju kontrapunktem, delikatnego w brzmieniu, na tle pełnego składu orkiestry wręcz bezbronnego, ledwo słyszalnego na bezkresnej scenie, ale ku mojemu zaskoczeniu świetnie przemawiającego do moich pokładów romantyzmu fletu. Próbując to zwizualizować, powiedziałbym tak. Wyobraźcie sobie nagłe wygaśnięcie poruszającego ściany budynku wolumenu setki instrumentów, natychmiast po tym pojawienie się na rozległej scenie niczym nie zaburzonego czarnego tła, przestrzeń którego gdzieś w najdalszym rzędzie, przy delikatnie podświetlonym statywie na nuty burzy mistycznie wybrzmiewający delikatnymi, co istotne w pełni słyszalnymi przedmuchami niepozorny rozmiarowo flet. Nic tylko cisza i z pozoru cichutka – oczywiście zamierzenia przez kompozytora, ale jakże wymowna, a do tego za sprawą zarezerwowanej tylko dla konstrukcji tubowych umiejętności bezinwazyjnego doświetlania poszczególnych bytów, namacalna w sposób zbliżony do prawdziwego koncertu solówka pojedynczego instrumentu. Nagle ta wielka zgraja często światowych instrumentalistów zdaje się tańczyć, jak zagra mu ten niepozorny patyk z dziurkami. Ten z pozoru błahy, ale w moim odczuciu jakże istotny aspekt z takiej jak zaznałem w teście perspektywy w przypadku konwencjonalnych zestawów kolumn jest nie do przekazania. Zwyczajnie nie mają szans na oddanie podobnych kontrastów muzycznych z nieposkromioną rozdzielczością i dynamiką. Tutaj dostałem wręcz kwintesencję realizacji zamierzeń artystów i to zarówno podczas cichych odsłuchów w warunkach nocnych, jak i naturalnych w momencie słuchania tego materiału za dnia na poziomie life. I właśnie to było tak zwanym pozytywnie odebranym przez mnie Palcem Bożym tego testu. Nie możliwości wytworzenia niczym nieograniczonej, do tego pod pełną kontrolą, ściany dźwięku bez względu na rodzaj przyswajanej przez potencjalnego nabywcę muzy. Nie łatwość wywoływania mini-trzęsień ziemi w moim pomieszczeniu. I po raz trzeci, choć w kontekście moich oporów w obcowaniu z kolumnami tubowymi to bardzo istotne, nie jedynie symboliczne malowanie świata posmakiem wielkich lejków. Najważniejszym dla mnie punktem programu – od razu zaznaczam, że nie jestem w tej materii żadnym guru – była wręcz zjawiskowa umiejętność natychmiastowej, dodam, że w pełni zgodnej z partyturą, zmiany nie tylko wolumenu, tempa, ale również emocjonalności muzyki. Takie cuda praktycznie działy się podczas całego testu. A zapewniam Was, w transporcie lądowało pełne spektrum muzyki z dotychczas niewspominaną, czerpiącą pełnymi garściami z oferty brzmieniowej kolumn elektroniką, włącznie. Dlatego też nie przedłużając tej z racji ilości tekstu trudnej do okiełznania epopei, przyznam szczerze, iż tak prawdę mówiąc, nie był to test jako taki, tylko burząca dotychczasowe postrzeganie świata zespołów głośnikowych, z pewnością jeszcze długo smagająca moje uczucia, świetna przygoda.

Spokojnie, z powyższego, jak wynika z testu, pozytywnego w odbiorze słowotoku nie mam zamiaru się tłumaczyć. Powodem jest świetny odbiór kolumn nie tylko przeze mnie, ale również wielokrotnie nie do końca wierzących mi na słowo znajomych. Jubileuszowy zestaw ani razu nie zbliżył się do estetyki tubowej nadinterpretacji słuchanej muzyki. Ba powiem więcej. Nie tylko ja, ale również kilku gości sugerowało, że wysokie tony przy trafionej w punkt ilości informacji i rozmachu ich prezentacji, na tle znanych im innych tego typu konstrukcji były zaskakująco gładkie. Pełne ekspresji, ale czasem jakby minimalnie zbyt delikatne. Oczywiście bez ogólnej szkody dla obiektywnego obioru i być może dlatego takie fantastyczne, bo zbliżając się do typowej dla tego rodzaju zespołów głośnikowych maniery, mogłyby być już przysłowiową łyżką dziegciu w beczce miodu. A tak mamy skrojony na miarę dźwięk dla wyedukowanego melomana. Czy idealny w każdym calu? Powiem tak. Jak wspominałem, test odbył się przy użyciu nie do końca idealnych w domenie natychmiastowości i energii oddania konturowego basu, modułów SUB231, a nie flagowych Basshornów. Dlatego też po złożeniu dedykowanej konfiguracji w pełni usprawiedliwienie spodziewam się jeszcze lepszych efektów jakościowych najniższego zakresu pasma akustycznego. To oczywiście nie oznacza, że podczas mojej zabawy z dobrze wpisującymi się w ogólny sznyt grania subami bas był ułomny. Przeciwnie, mimo oczywistych na tle starszych braci, naturalnych ograniczeń, okazał się być zaskakująco dobry. Jeśli – w to chyba nikt nie wątpi, coś w tej materii da się poprawić, nie pozostaje mi powiedzieć nic innego jak pełen szacunku slogan: czapki z głów. Komu dedykowałbym Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26? Bez kozery powiem, wszystkim bez względu na swój wzorzec dźwięku, co chyba dobitnie udowodniłem powyższym tekstem. Niestety są dwa problemy. Pierwszym jest nieubłagana limitacja zestawu. Natomiast drugim – spore, jednak zapewniam, w pełni usprawiedliwione sonicznie koszty ich nabycia. Jeśli sprostacie wymienionym przeciwnościom losu, macie pełne prawo oznajmiać znajomym melomanom, że prawdopodobnie złapaliście z pozoru nieuchwytnego króliczka.

Jacek Pazio

Opinia 2

Jeśli po raz wtóry na naszych łamach widzicie Państwo Avantgarde Acoustic Trio i zaczynacie zachodzić w głowę cóż takiego w owe centra zarządzania naszymi kadłubkami musiało się stać, że na wyraźne życzenie serwujemy sobie przysłowiową powtórkę z rozrywki z kolumnami, które już za pierwszym razem weszły do OPOS-a niemalże na styk spieszę odpowiedzieć, iż wszystkiemu winna ciekawość. Tak, tak – chodzi właśnie o ten pierwszy stopień do piekła a zarazem bodziec stojący skromnie w cieniu za uśmiechającymi się w blasku fleszy wynalazcami. Skoro bowiem „zwykłe” Trójki od ponad pięciu lat nie są w stanie pokryć się patyną lekkiego zapomnienia cały czas stanowiąc punkt odniesienia pod względem witalności i swobody prezentacji przy jednoczesnym zachowaniu kultury przekazu i kontroli nad reprodukowanym pasmem, to oczywistą oczywwistością była nasza chęć przekonania się cóż z takiej „bazy” da się wycisnąć jeśli potraktujemy ją nie jako zwieńczenie portfolio i szczyt możliwości produkcyjnych, lecz właśnie jako „bazę” – li tylko punkt wyjścia do stworzenia czegoś wyjątkowego i limitowanego. Jednak limitowanego nie pod względem materiałowo-technologicznym a jedynie przeznaczonych na sprzedaż egzemplarzy. Mamy zatem niebywałą okazję doświadczyć całkowicie bezkompromisowego, przynajmniej w teorii, absolutu, gdzie „sky is the limit” a wstęp do klubu posiadaczy będzie miało jedynie dwudziestu sześciu szczęśliwców. Mowa bowiem o jubileuszowej limitacji ww. Avantgarde Acoustic Trio w wersji Luxury Edition 26, za której pojawienie się w OPOS-ie i uwiecznione podczas sesji unboxingowej trudy natury spedycyjnej wyrażamy głęboką wdzięczność ekipie Nautilusa – dystrybutora niemieckiej marki.

Tym razem nie będziemy się bawili w „znajdź X różnic” na pozornie identycznych obrazkach, gdyż tytułowe, limitowane 26-ki już na pierwszy, nawet pobieżny i niezobowiązujący rzut oka od swoich seryjnych poprzedniczek różnią się … wszystkim. Oczywiście przesadzam, gdyż średnice tub mają identyczną a i wymiary są nader zbliżone, jednak nawet przysłowiowy (rozróżniający trzy kolory) samiec alfa powinien dostrzec pewne niuanse. Ot chociażby to, iż zamiast połyskliwej kości słoniowej (o ile pamięć mnie nie myli oficjalną nazwą jest Akoya Pearl White, choć na zdjęciach, ze względu na ciepłe światło, bardziej przypominały Saona Beach Cream) tym razem mamy do czynienia z matowym Kalahari Desert Sand a czarne standy zastąpiły wykonane z ręcznie polerowanej stali nierdzewnej V2A szkielety wzbogacone o wstawki z niemieckiego „wędzonego” dębu. Ponadto jeśli dla kogoś taka propozycja wyda się nadal zbyt skromna nic nie stoi na przeszkodzie, by zamówić sobie opcję z metalowymi elementami pokrytymi … 24K złotem. Dzięki temu osiągniemy pełną zgodność kolorystyczną ze złoconymi terminalami głośnikowymi WBT, które dyskretnie wkomponowano w poszczególne moduły. Do okablowania całości użyto srebrnych przewodników z dodatkiem … złota. Kielichy tub patrząc od góry pasma mają średnice odpowiednio 180, 570 i 950 mm, a ukryte wewnątrz nich przetworniki 25, 50 i 200 mm. Skuteczność całego układu ustalono na poziomie 109 dB, co przy impedancji wynoszącej … 27 Ω wydaje się być spełnieniem marzeń wszystkich posiadaczy słabowitych SET-ów. Proszę się jednak tym faktem zbytnio nie ekscytować, gdyż nieco uchylając rąbka tajemnicy proponowałbym do Trio rozejrzeć się za zdecydowanie mniej „eteryczną” amplifikacją.
Idźmy jednak dalej. Równie bezkompromisowo ostały potraktowane zwrotnice, w których pysznią się wykonywane na zamówienie 700g kondensatory, których ceny przekraczają 1000€ za sztukę. Szaleństwo? Bez wątpienia, jednak nieśmiało tylko przypomnę, iż mamy do czynienia z projektem, gdzie żadne ograniczenia miały nie obowiązywać i jak widać ich twórca – sam Holger Fromm musiał głęboko wziąć sobie do serca te założenia, gdyż rzeczywiście nijakich kompromisów tu nie uświadczymy.
Z racji nader skromnego, przynajmniej z punktu widzenia Trio, metrażu który przez ostatnie pięć lat dziwnym zbiegiem okoliczności nie wzrósł nawet o jotę, po raz kolejny musieliśmy obejść się smakiem i zamiast Basshornów, nawet w odmianie Short (o klasycznych nawet nie wspominając) najniższe pasmo wspomogliśmy parą aktywnych zamkniętych subwooferów SUB231 mających na po kładzie po dwa 12” woofery pracujące pod kontrolą 1000W (2x500W) D-klasowych wzmacniaczy sterowanych zaawansowanymi układami DSP.

Nie będę owijał w bawełnę, czy też próbował zaklinać rzeczywistości na wzór i podobieństwo nad wyraz nieudolnie rządzących nami oszołomów. Otóż Trio Luxury Edition 26 z „cywilną” wersją mają wspólną nazwę, wymiary i … to by było na tyle. Bowiem tak jak pod względem designu również i brzmienie ewoluowało na zupełnie inny pułap, dla którego osiągi protoplastów były zaledwie punktem wyjścia. Pierwszym aspektem na który nie da się nie zwrócić uwagi to zaskakująco niski poziom „tubowości”, który już poprzednio był dla nas słyszalny, acz zupełnie nienachalny. Kolejnym okazała się jeszcze lepsza rozdzielczość i choć trudno w to uwierzyć również dynamika. Pochylając się nad powyższymi zagadnieniami dość szybko, znaczy się na drodze dedukcji, doszliśmy do wniosku, iż źródła owych zmian należy również upatrywać w zastąpieniu używanego wtenczas odtwarzacza Accuphase DP-720 duetem CEC & dCS, jak i zintegrowanego wzmacniacza Avantgarde XA (jego testem też się niedługo z Państwem podzielimy) zdecydowanie poważniejszą końcówką Gryphon Mephisto. I w tym momencie dochodzimy do zjawiska, o którym wspominałem już wcześniej, czyli stereotypów o tym, że do wysokoskutecznych tub wystarczy zaledwie kilka Watów. I wydawać by się mogło, że firmowy piec w dedykowanym swemu rodzeństwu A-klasowym trybie oddając 2 x 1.1 W dla 16 Ω powinien być pełnią synergii. Tymczasem doświadczenia empiryczne nad wyraz dobitnie pokazały, iż teoria teorią a praktyka sobie, czyli jednak 2 x 175 W/8Ω w klasie A, to to, co Avangarde’y nie tylko lubią a wręcz ubóstwiają, rewanżując się dźwiękiem na wskroś organicznym, dalekim od jakiejkolwiek krzykliwości i w dodatku wciągającym bardziej aniżeli chodzenie po bagnach. Żeby jednak nie było zbyt łatwo i „różowo” zamiast lekkich, słodkich i gładkich jak … mniejsza z tym co i kogo, pozwoliłem sobie nader często aplikować tytułowym zestawom głośnikowym repertuar sam w sobie bądź to chropawy, bądź nazwijmy to delikatnie nieco problematyczny. Weźmy na ten przykład fenomenalną ścieżkę dźwiękową z dostępnego na Netflix „Ma Rainey’s Black Bottom” Branforda Marsalisa. Lata 20 minionego tysiąclecia, na każdym kroku dęciaki, niezbyt wyrafinowane „pianinko” (fortepin oczywiście też) i jakby tego było mało świetnie „wchodząca” nie tyle w skórę, co w estetykę, głos Matki Bluesa fenomenalna Maxayn Lewis, czyli coś, co powinno nas za pośrednictwem tub w ułamku sekundy „ogolić” i usunąć kamień nazębny. Tymczasem zamiast jakiejkolwiek podszytej megafonową estetyką ofensywności otrzymaliśmy dźwięk niesamowicie bliski spektaklowi na żywo. Iście bizantyjskie bogactwo przyjemnie przyciemnionych barw, wnętrz przesiąkniętych tytoniowym dymem i idąca w parze z perfekcją, przekładająca się na autentyzm, spontaniczność. Do tego dochodzi jeszcze natychmiastowość reakcji, mikro i makro dynamika oscylujące na poziomie niedostępnym dla konwencjonalnych głośników, co dodatkowo podkreśla realizm nagrań.
A właśnie, skoro jesteśmy przy dynamice to nie sposób nie wspomnieć o pracy aktywnych modułów basowych SUB231, które z racji blisko dwumiesięcznej bytności w naszym OPOS-ie mieliśmy czas, by na spokojnie i dzięki pomocy ekipy stołecznego oddziału Nautilusa, skonfigurować i dopasować do tubowego towarzystwa. I tak, jak na początku, podobnie do wcześniejszych występów, bas był po miększej stronie neutralności a jego motoryka zauważalnie ustępowała natychmiastowości pozostałej części reprodukowanego pasma, to już po wprowadzeniu stosownych korekt jego koherencja nie dawała najmniejszych powodów do krytyki. Począwszy od mrocznych i groźnych porykiwań Wikingów na „Runaljod – Ragnarok” Wardruna po psytrance’owy „Head of NASA and the 2 Amish Boys” Infected Mushroom całość brzmiała po prostu dobrze i spójnie. Nie ukrywam, że najniższe pomruki nadal pozostawały krągłe i nie miały takiego kopnięcia jak z naszych dyżurnych Dynaudio, bądź tego co po wielokroć można było usłyszeć w Monachium i chociażby w śp. 3-ce z Basshornów, jednak tak jak już zdążyłem nadmienić, w naszych 38 metrach ich aplikacja byłaby najdelikatniej ujmując problematyczna.
Dość jednak trzymania głowy w chmurach i zastanawiania się co by było gdyby. Wracamy do tego co tu i teraz sięgając po wyśmienitą elektronikę, czyli „Convergence” projektu Malia & Boris Blank, gdzie z jednej strony mamy idealnie wpisujący się w estetykę brzmienia SUB231 miękki, nieco pluszowy najniższy bas, niezwykle dźwięczną i namacalną średnicę i górę, w której dzieją się cuda. Aby jednak owe cuda usłyszeć przydadzą się tytułowe Trio. Chodzi bowiem nie tylko o umiejętność otoczenia centralnie usytuowanej na szalenie obszernej scenie wokalistki najprzeróżniejszymi cyfrowymi smaczkami, co zdolność prawidłowej gradacji poszczególnych planów. Proste? No to zaczynamy. Malia „podana” jest blisko, wręcz intymnie. Jej głos jest zmysłowy, gęsty i wręcz lepki – o niemalże lampowym wysyceniu. Tło stanowią oniryczne plamy syntezatorowych dźwięków a pomiędzy owym tłem a pierwszym planem co i rusz odzywają się rozwieszone na misternie utkanej przez Blanka pajęczynie, dalece wykraczające poza wyznaczone przez rozstaw kolumn ramy piki, cyknięcia i inne cyfrowe artefakty. Wszystko jest jednak spójne a rozgrywające się na owej scenie wydarzenia dzieją się w obrębie w pełni koherentnego mikrokosmosu.
Na koniec klasyka i to w ulubionym przeze mnie wydaniu – nasz dyżurny „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda i nagrany w DXD (352.8kHz/24bit) „Magnificat” Trondheimsolistene, czyli nad wyraz zjawiskowe porównanie akustyki Opactwa Noirlac z wzorowaną na angielskiej katedrze w Canterbury katedrą Nidaros w Trondheim. Oddech, swoboda i budowanie sceny nie tylko w orientacji poziomej, lecz i pionowej to był istny festiwal wszelakiej maści pogłosów, szmerów i powolnego wygasania poszczególnych dźwięków pod sklepieniami sakralnych budowli odbywający się na takim poziomie realizmu, że po wybrzmieniu ostatnich nut powrót do szarej rzeczywistości był na tyle zaskakujący, iż odzywając się początkowo odruchowo ściszaliśmy głos nie chcąc zaburzać misterium – spodziewając się zachowania akustyki obu budowli. Co istotniejsze, finalnie, pół żartem, pół serio zaczęliśmy z Jackiem utyskiwać na brak drugiego – znacznie większego od naszego OPOS-a pomieszczenia odsłuchowego, gdzie moglibyśmy na bazie tytułowych Trio zbudować drugi, redakcyjny system.

W ramach krótkiego podsumowania śmiem twierdzić, iż nigdy nie dane mi było słyszeć jakichkolwiek konstrukcji tubowych, w tym również Avantgarde’ów, grających z taką finezją, kulturą i kremową gładkością jak Trio Luxury Edition 26 u nas i z naszym dyżurnym systemem. „Zwykłe” Trio były świetne i dawały niesamowitą przyjemność obcowania z oferowanym przez nie sposobem prezentacji. Jednak nie ma co się oszukiwać – 26-ki to zupełnie inna liga i intensywność doznań. Doznań, których dzięki ekipie Nautilusa, mieliśmy szczęście przez ponad dwa miesiące niemalże dzień w dzień doświadczać. Doznań wyrafinowanych i dojrzałych – kreowanych przez kolumny niemoralnie wręcz uzależniające i sprawiające, iż większość konkurencyjnych – konwencjonalnych konstrukcji wydaje się przy nich zastanawiająco powolna i zachowawcza w oddawaniu emocji i dynamiki drzemiącej w nagraniach. Czy taki ekscytujący, acz pozbawiony oznak jakiejkolwiek wyczynowości dźwięk może się znudzić? Nam, pomimo ponad dwumiesięcznego użytkowania i nieraz kilkunastogodzinnych sesji odsłuchowych owego stanu nie udało się osiągnąć, bądź chociażby z do niego zbliżyć tak, by chociaż zamajaczył gdzieś hen na horyzoncie. Dlatego też doskonale zrozumiemy, gdy dla nader nielicznych szczęśliwców tytułowe Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26 będą ostatnimi kolumnami na jakie się zdecydują.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Nautilus
Ceny
Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26 + 2 × Basshorn: 110 000 €
SUB231: 18 900 €/para

Dane techniczne
Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26:
Skuteczność (1 W / 1 m): 109 dB
Impedancja: 27 Ω
Średnica tuby wysokotonowej: 180 mm
Powierzchnia tuby wysokotonowej: 0.025 m²
Przetwornik wysokotonowy: 25 mm mylarowy
Średnica tuby średniotonowej: 570 mm
Powierzchnia tuby średniotonowej: 0.255 m²
Przetwornik średniotonowy: 50 mm
Średnica tuby nisko-średniotonowej: 950 mm
Powierzchnia tuby nisko-średniotonowej: 0.709 m²
Przetwornik nisko-średniotonowy: 200 mm
Wymiary Trio Classico (S x G x W): 950 x 856 x 1750 +/- 15 mm
Waga Trio Classico:
Opcje kolorystyczne: 10 elegant standard colors

SUB231:
Obudowa: zamknięta, 30 mm MDF
Wykorzystane przetworniki: 2 x 12”
Wbudowany wzmacniacz: 1000W (2 x 500 W), Class-D
Kontrola: DSP, 10 parametryczna equalizacja
Wymiary(S x G x W): 375 x 565 x 1015 +/- 15 mm

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: YBA Passion PRE550A & AMP650

Opinia 1

Dzisiejszy gość jest wielce ciekawym przykładem nad wyraz pogmatwanych losów, jakie po częstokroć spotykały silnie zakorzenione w audiofilskich realiach, bądź raczej marzeniach o nich, powstałe z pasji manufaktury. Nie ma się bowiem co oszukiwać, iż „ścieżka kariery” francuskiego wytwórcy, którego nazwa pochodzi od inicjałów jego założyciela i zarazem osoby mającej po dzień dzisiejszy pieczę nad wdrażanymi projektami, czyli bytu, który Yves Bernard André powołał do życia w 1981 r. jako YBA, była usłana różami. Bo nie była, choć powiem szczerze, że jeszcze w latach 90-ych minionego tysiąclecia zakup będącej swojego czasu jedną z dyżurnych amplifikacji redakcji kultowego „magazynu hi-fi”, integry YBA Intégré bynajmniej nie był jakimś nierealnym do zrealizowania planem a zarazem wydawał się biletem wstępu na audiofilskie salony. Co innego wielce intrygujące i mówiąc wprost całkowicie wtenczas nieosiągalne, nawet w wersji stereofonicznej, końcówki mocy Passion 1000. Choć i tak, patrząc przez pryzmat dzisiejszego Hgh-Endu warto było je zdobyć i uznać, że złapało się upragnionego króliczka. Przyszły jednak chude lata. Firma próbowała ratować się serią 3 Delta i Initial, z budzącym mieszane uczucia odtwarzaczem CD będącym niemalże całkowicie przepakowanym w nową obudowę budżetowym odtwarzaczem Harman/Kardon HD750. A potem było jeszcze gorzej, bo część sygnowanych przez monsieur André urządzeń niepokojąco zaczęła przypominać te rodem z CHRLD. Za powrót do gry o bardziej wymagającego klienta można mniej więcej uznać rok 2012, kiedy to po poważnym zastrzyku chińskiego kapitału, reorganizacji i dołączeniu do zarządu (CEO) Jacki Pugh portfolio YBA zaczęło przypominać to, co widzimy obecnie. Mowa m.in. o wyraźnym podziale na serie Design, Heritage, Genesis, Passion i topowej Signature. W tzw. międzyczasie dość dynamicznie zmieniała się również i nasza rodzima dystrybucja francuskiej marki, by koniec końców znaleźć schronienie pod skrzydłami gliwickiego 4HiFi, dzięki uprzejmości którego mamy przyjemność podzielić się z Państwem wrażeniami zebranymi podczas kilku tygodni testów dzielonego, pochodzącego z serii Passion, zestawu PRE550A & A650.

Wypakowując tytułowy duet i dokonując nawet pobieżnego rzutu okiem pierwsze co przychodzi na myśl, to dość wyeksploatowany slogan „Francja – elegancja”, jednak czego by nie mówić jest na czym owo oko zawiesić. Masywne, acz niebanalne w swej formie aluminiowe korpusy w naturalnej barwie swego budulca już na starcie budzą zaufanie, które dodatkowo wzrasta w momencie czynności spedycyjnych, czyli mówiąc wprost przenoszenia, gdyż zarówno przedwzmacniacz, jak i końcówka swoje ważą. Jednak po kolei – zacznijmy od PRE550A.
Ograniczając się li tylko do wizji lokalnej finezyjnie wyprofilowanej – przedzielonej łukowatą (uśmiechniętą) linią na piaskowany dół i szczotkowaną górę, ściany przedniej śmiało można byłoby dojść do wniosku, iż mamy do czynienia z urządzeniem na wskroś klasycznym, jeśli nie purystycznym. Ot centralnie umieszczone „oczko” brzoskwiniowego wyświetlacza OLED z górną powieką przyozdobioną nazwą serii i dolną oznaczeniem modelu, po którego lewej stronie ulokowano niewielką gałkę selektora źródeł a po prawej bliźniaczą regulacji głośności. Całości dopełniają dwa hebelkowe mikro – przełączniki zmiany fazy oraz wyciszenia. Nawet włącznik główny przeniesiono na spód urządzenia – w okolice lewego narożnika. Reszta korpusu jest gładką aluminiową kształtką pozbawioną jakichkolwiek ozdób i otworów wentylacyjnych. Za to plecy … to istna bajka. W grubej aluminiowej ramie wycięto trzy, dedykowane poszczególnym modułom okna. Pierwsza wnęka do królestwo cyfry. W dodatku moduł ów funkcjonuje na specjalnych prawach, gdyż w jego prawym narożniku znajdziemy hebelkowy włącznik, którym, o ile gramy wyłącznie po analogu jesteśmy w stanie moduł cyfrowy całkowicie wyłączyć a tym samym wykluczyć ewentualne interferencje wewnątrz obudowy. Wracając jednak do meritum uwagę przykuwa poprzeczny tajemniczy plastikowy twór, który bynajmniej nie jest grzbietem 8-ścieżkowej kasety, lecz … zaimplementowanym (śmiało możemy w tym momencie mówić o transplantologii) modułem łączności bezprzewodowej AirPlay (czyli de facto AiportExpressem Apple). W tym momencie nie powinien dziwić widok gniazda USB dedykowanego iPodom, które przycupnęło nieopodal swojego rodzeństwa – portu USB-B (niestety tak, jak pozostałe gniazda akceptującego max 192/24), Ethernet, I²S (RJ45), koaksjalnego, AES/EBU, BNC i Optycznego tuż obok którego wygospodarowano miejsce na wyjście koaksjalne. Uff, trochę tego jest, ale akurat w tym przypadku od przybytku głowa nie boli. Co ciekawe sekcja analogowa bynajmniej nie wygląda skromniej, bowiem do dyspozycji mamy po parze XLR-ów i po dwie pary RCA tak w roli wejść, jak i wyjść, przy czym RCA są złocone. Gniazdo zasilające ulokowano w na prawej flance w dedykowanym mu wycięciu.
Jeśli chodzi o technikalia to sercem sekcji cyfrowej jest przetwornik, a raczej przetworniki – po jednej kości na kanał, Cirrus Logic CS4398. O zasilanie dbają dwa zaskakująco solidne trafa – dedykowane sekcji analogowej – większe, podwójne C i ukryty w szczelnej kapsule toroid dla cyfry, którym towarzyszy imponująca bateria szesnastu (!!!) kondensatorów. Warto zaznaczyć, iż konstrukcja jest w pełni zbalansowana, więc jeśli tylko istnieje ku temu sposobność lepiej sięgać po XLR-y. A, i jeszcze regulacja głośności. Otóż choć gałka za nią odpowiedzialna porusza się z zauważalnym oporem w rzeczywistości za całą procedurę odpowiadają dwa scalaki sczytujące obrót pokrętła. Całość posadowiono na trzech toczonych aluminiowych nóżkach – jednej z przodu i dwóch z tyłu. W komplecie znajduje się również firmowy – systemowy, aluminiowy pilot.
Może z racji wykonywanej funkcji zabrzmi to dziwnie, ale stereofoniczna końcówka mocy A650 prezentuje się jeszcze lepiej. Jak to możliwe? Cóż, może i pozbawiony jakichkolwiek manipulatorów i przycisków (włącznik ponownie wylądował od spodu) front wydaje się zbyt „antyseptyczny”, jednak dzieląca go linia uśmiechu, brzoskwiniowe oczko, tym razem jedynie z dolną powieką z symbolem modelu i większą częścią z pastelową iluminacją w tle której widnieje oznaczenie serii a na pierwszym planie radośnie podryguje wskazówka wzmocnienia, sprawiają wybitnie pozytywne wrażenie. Jest też oczko czujnika IR i firmowy logotyp. Z racji oddawanej, całkiem pokaźnej (2×200 przy 8, 2×400 przy 4 a po zmostkowaniu 600W @ 8 Ω) mocy tym razem nie obyło się bez perforacji płyty górnej i zastąpienia ścian bocznych radiatorami. Choć i tutaj czeka nas niezwykle miła niespodzianka, gdyż zamiast standardowych piór mamy promienniki ciepła układające się w sekwencje z nazwą marki. Podobny zabieg stosuje m.in. włoski Pathos oraz nasz rodzimy Hattor Audio (którego koniec końców musimy ściągnąć na redakcyjne odsłuchy). Patent na ścianę tylną mamy bliźniaczy jak w pre, z tą tylko różnicą, iż tym razem wszystko podporządkowane zostało symetrii. W centrum mamy wejścia XLR do pracy w trybie zmostkowanym (mono), pod nim gniazdo zasilające IEC a po ich bokach wykusze z wejściami RCA/XLR i podwójnymi, niestety niezbyt wygodnymi terminalami głośnikowymi.

Jeśli zastanawiacie się Państwo jak ów duet gra i gdzieś tam podświadomie celujecie w dość „charakterne i rześkie” klimaty z jakimi jeszcze 5-10 lat temu kojarzyły się wyroby znad Loary vide Micromega, Focal, czy Tringle, to … najwyższa pora zrewidować własne wyobrażenia. Czas bowiem nie stoi w miejscu, gusta odbiorców ewoluują a chyba tylko krowy (i pewien Antonii – patron mgłą oczadziałych) nie zmieniają swoich poglądów. Dlatego też jeśli miałbym posługiwać się stereotypami to prędzej spodziewałbym się po „brzoskwiniowym” pre+power jankeskiego rodowodu. Serio, serio, bowiem już od pierwszych, wgniatających w fotel taktów zmiksowanego i zmasterowanego przez Dana Swanö (gorąco zachęcam do wygooglania w ilu projektach maczał palce ten jegomość) „The Burning Cold” uprawiającej „melodyjny death-metal” (trzeba przyznać, że całkiem niezły oksymoron) formacji Omnium Gatherum jasnym stało się, że Francuzi jeńców brać nie zamierzają. Mocna i zarazem krystalicznie czysta góra bezlitośnie wwiercała się w nerwowe synapsy, średnica bez opamiętania smagała płonącymi żywym ogniem riffami a sięgający bram Hadesu bas wieńczył dzieło zniszczenia. Przesadzam? Bynajmniej, po prostu po YBA-ch słychać jaką mocą dysponują i że ani myślą z chęci jej użycia zrezygnować. Sięgnięcie po jeszcze szybsze tempa, czyli „Dead and Alive” Parasite Inc. i „Asian Chaos” Gyze tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że większość akolitów ekstremalnych odmian rocka byłaby w ich towarzystwie w siódmym niebie, znaczy się siódmym kręgu piekieł. Chociaż dla ortodoksyjnych fanów klinicznych odmian industrialu („Hakmarrja” N.K.V.D.?) może to być zbyt soczyste, dopalone szczególnie na niższej średnicy i wyższym basie, granie, to mi osobiście taka estetyka i dodanie „krwistości” w tym podzakresie niezwykle przypadła do gustu. Dzięki temu nawet nie do końca referencyjne nagrania, gdyż tych referencyjnych i wymuskanych de facto w ww. kręgach muzycznych nie tyle ze świecą, co raczej pochodnią próżno szukać, okazywały się zaskakująco strawne a czasem wręcz czarowały tętniącą życiem tkanką i feerią barw. Czy mamy zatem do czynienia z ociekająca słodyczą pocztówką? Absolutnie nie, jeśli już to swoistą restauracją, tuningiem czegoś, czego zabrakło czy to podczas samego nagrania, czy też „umknęło” w trakcie masteringu. Całe szczęście mocną stroną combo YBY jest nie tylko skala i rozmach generowanego dźwięku, lecz również jego timing. Czyli nie jesteśmy skazani na monotonny łomot, lecz bez najmniejszych przeszkód usłyszymy obłąkańcze partie perkusji i szarpnięcia basu, których na powyższych, dopiero co wspomnianych przeze mnie albumach nie brakuje.
A jak sprawy wyglądają na nieco bardziej cywilizowanym repertuarze? Śmiem twierdzić, że na pewno nie gorzej. Znaczy się tak oddanie realnych gabarytów naturalnego instrumentarium, jak i wieloplanowość bytów scenicznych nie nastręcza tytułowej amplifikacji nijakich problemów. Okazuje się również, że wokal można podać mocno i namacalnie, jak daleko nie szukając na „Freya Ridings” Freya Ridings a jednocześnie podkreślić jego zmysłowość. Jeśli już koniecznie miałbym się do czegoś przyczepić, to do delikatnego powiększania źródeł pozornych, choć czepialstwo to byłoby tylko dla zasady, gdyż chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, iż taki zabieg jedynie poprawia atrakcyjność przekazu, co w 99% nagraniom pomaga a nie szkodzi.
Powyższe wynurzenia dotyczyły wrażeń zdobytych podczas eksploatacji sekcji analogowych i to spiętych po XLR-ach, które oferowały zauważalnie lepszą rozdzielczość i swobodę od swojego rodzeństwa RCA. Oczywiście na ten czas moduł DAC-a pozwoliłem sobie wyłączyć. Skoro jednak producent był tak miły, iż go w trzewiach PRE550A zaimplementował, to wypadałoby choć rzucić nań (moduł, nie producenta) uchem. No to co? Hebelek w górę na pozycję „ON”, podpinamy referencyjnym Vermöuthem Lumina U1 Mini w roli transportu plików i … I nie jest źle. Jest wręcz dobrze. Może nie ma takiej „tkanki” jak z pełniącego u mnie rolę DAC-a lampowego Ayona CD-35, ale przesiadka, choć zauważalna jest całkiem akceptowalna. Jedyne co może doskwierać, to brak wsparcia dla gęstych plików, choć tak po prawdzie większości użytkowników nawet 192kHz/24bit w zupełności wystarczy a dla konsoli, TV, czy dekodera kablówki będzie to aż nadto. Dopiero przy bezpośrednim porównaniu z wysokiej klasy źródłami cyfrowymi słychać zubożenie aury pogłosowej i obserwujemy nieco mniejszy wolumen generowanych dźwięków, więc owymi wyciskanymi niemalże na siłę uwagami sugeruję się zbytnio nie przejmować.
No dobrze, w parze jest jak widać na załączonym obrazku a jak „brzoskwinki” wypadają solo? I tu się robi ciekawe, gdyż okazuje się, że francuskie pre/power są jak antyczne yin i yang, czyli wzajemnie się uzupełniają. PRE550A stawia na rozdzielczość, oddech i rześkość przekazu, czyli jednak coś ze wspominanych stereotypów dawnej „francuskiej szkoły” dźwięku w nim zostało. Z kolei A650 idzie po przysłowiowej bandzie czarując basem i dynamiką, skupiając się głównie na pierwszym planie. To granie z niezwykłym drajwem, jednak nieco „zgrubne”, więc bez potrafiącego umiejętnie go okiełznać przedwzmacniacza trzeba uważać, by w taką lekko niekontrolowaną spontaniczność nie popaść.

Krótko mówiąc udał się ekipie Yves Bernard André ten duet. YBA Passion PRE550A & A650 nie tylko dobrze grają i co nie mniej istotne są nad wyraz uniwersalne, więc pozwalają ograniczyć ilość elementów w torze do minimum, to jeszcze ich widok cieszy oczy. A to wcale, nawet na tych pułapach cenowych nie jest takie oczywiste. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za czymś niebanalnym od strony wizualnej a jednocześnie kryjącym w sobie rasowe Hi-Fi i kawał inżynierskiej wiedzy a nie li tylko suto podlane marketingowym sosem ogólnodostępne OEM-owe rozwiązania, umówcie się na odsłuch tytułowej parki a jeszcze lepiej przygarnijcie ją co najmniej na weekend do siebie. O ile tylko nie dążycie do zbytniego przesłodzenia, bądź prosektoryjnego chłodu to ta francuska propozycja ma spore szanse przypaść do gustu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Gdyby przyjrzeć się naszym zmaganiom z pewnej perspektywy, wielu z Was bez najmniejszych oznak złośliwości mogłoby stwierdzić, iż w doborze pojawiającej się na naszych łamach elektroniki jesteśmy do bólu nudni. Fakt, walczymy z w miarę możliwości najlepszymi konstrukcjami na świecie, tylko jest jeden drobny szkopuł -monotonia pojawiających się marek. Żadnych świeżych producenckich bytów – jeśli już takowe się pojawiają, to raczej sporadycznie – tylko zazwyczaj same grube ryby tego kawałka tortu. To oczywiście nie jest do końca nasza wina, bowiem przyglądamy się markom zaproponowanym przez dystrybutorów, jednak tak po prawdzie, przyznaję się bez bicia, iż podczas wspomnianych negocjacji co do potencjalnego bohatera testu kolokwialnie mówiąc, nie „decybelujemy” za czymś nieznanym. Dlatego też nieco odrabiając lekcje, tym razem na redakcyjny tapet trafiło coś z puli tak zwanej nowej fali na okupowanym przez nas obszarze Europy, której przedstawicielem będzie francuska marka YBA. Mało tego. Biorąc pod uwagę wieloletnie zaniedbania, zamiast na na skróty, decydując się na jakiś drobiazg, poszliśmy na całość i po negocjacjach ze stacjonującym w Gliwicach dystrybutorem 4HIFI do naszej redakcji dotarł zestaw składający się z przedwzmacniacza z funkcją DAC-a YBA Passion PRE550A i stereofonicznej końcówki mocy YBA Passion A650.

Jak unaoczniają załączone fotografie, omawiane konstrukcje wykorzystują nieco zunifikowane obudowy. Oczywiście mówiąc nieco, mam na myśli jedynie ich szerokość i nadający spójności całej linii produktowej design frontu. Reszta, czyli wysokość i inne ważne dla każdego z komponentów akcesoria zależą od wykonywanej funkcji. Awers obydwu urządzeń wykonano z grubego płata aluminium, który w celach przełamania monotonii, na 1/3 wysokości przedzielono uśmiechającym się do klienta łukiem. Jednak wbrew wszelkim tego typu zabiegom nie jest to frez, czy inna technika wydrążenia stosownego rowka, tylko co ciekawe, większa, czyli dolna część od krawędzi owego łuku w stosunku do górnej, została nieco cofnięta. Ale to nie wszystkie zabiegi wizualne tej połaci, gdyż w centralnej części przedniej ścianki inżynierowie zaaplikowali dodatkowo przyjemnie podświetlone pomarańczową poświatą, imitujące ludzkie oko, licujące jego kącikami z linią wspomnianego uskoku okienko informacyjne. To są cechy wspólne naszych bohaterów. Jeśli chodzi o dodatkowe informacje dotyczące przedwzmacniacza, na jego przodzie znajdziemy jeszcze symetrycznie rozstawione po obydwu stronach okrągłe pokrętła – lewe wyboru wejścia, a prawe głośności i tuż przy prawej gałce dwa hebelki: Phase i Mute. Przerzucając wzrok na tylny panel 550-ki, naszym oczom ukazuje się mogąca zawstydzić niejednego wyjadacza z segmentu High Endu, bateria przyłączy. Mianowicie konstruktorzy nie zadowolili się li tylko bogatą sekcją sygnałów analogowych – po dwa wejścia i wyjścia RCA i po jednym XLR, ale mocno poprawiając wielofunkcyjność przedwzmacniacza dodali uzbrojony po zęby moduł protokołów cyfrowych typu: 2x USB, I2S, LAN, OPTICAL, BNC, AES/EBU, COAX IN/OUT. Oczywiście na plecach nie mogło zabraknąć również gniazda zasilania IEC, a w kartonie w opcji startowej pilota zdalnego sterowania.
Jeśli chodzi o końcówkę mocy, ta naturalną koleją rzeczy jest znacznie wyższa i na bokach została uzbrojona w fenomenalnie prezentujące się, bo z lotu ptaka będące wielokrotnością logo marki radiatory chłodzące jej trzewia. Na przodzie oprócz identycznego wskaźnika nie znajdziemy dodatkowych manipulatorów, za to górny płat obudowy wspomagając radiatorowe chłodzenie konstrukcji procesem grawitacyjnym, został naszpikowany sześcioma, symetrycznie rozlokowanymi blokami poprzecznych otworów. Na koniec opisu piecyka zostały nam do omówienia jego plecy. Na nich podobnie do przedwzmacniacza sporo się dzieje. Otóż mamy do dyspozycji dwie opcje pracy. Jedna w trybie mono, a druga stereo, za realizuję których odpowiedzialne są rozlokowane symetrycznie stosowne wejścia RCA/XLR dla opcji stereo i centralne dla mono, a także odpowiednio dla danej konfiguracji oznaczone zaciski kolumnowe. Ktoś wpada w panikę? Spokojnie, oznaczenia są czytelne, zatem nie ma obaw o niebezpieczną w skutkach pomyłkę. Ostatnim akcentem awersu jest umiejscowione w centralnej części tuż przy dolnej krawędzi życiodajnego gniazda zasilania.

Co zaprezentował francuski konglomerat wzmacniający sygnał? Nieco uprzedzając fakty, muszę stwierdzić, iż zagrał bardzo przyjemnie. Jednak nie była to przyjemność na poziomie grał i wystarczy, że nie ranił uszu, tylko stawiająca na lubiane przez większość z nas aspekty, a przez to ciekawa interpretacja świata muzyki. Jaka? Po pierwsze przekaz był fajnie zdefiniowany w domenie swobody wybrzmiewania i ilości informacji, jednak bez wycieczek nadinterpretacji. Zaś po drugie emanował mocnym kolorem i wtórującą mu energią. Bez tak zwanej buły, jednak przez cały test wyraźnie czuć było solidną dawkę umiejętnie zebranej w sobie krągłości. To było myślą przewodnią tego zestawu bez znaczenia jaki rodzaj muzyki lądował w odtwarzaczu, a mimo to żaden słuchany krążek nie zgłosił jakiś większych pretensji dezawuujących opiniowaną myśl techniczną znad Loary. Owszem, było to spojrzenie zawsze okraszone mocnym nasyceniem, ale raczej stroniące od przekraczania dobrego smaku.
Pierwszym z brzegu przykładem na obronę mojej tezy okazała się być interpretacja muzyki Baroku Johna Pottera z formacją The Dowland Project „Care-charming sleep”, gdzie dzięki zawartej w kodzie DNA zestawu testowego tendencji do kolorowania świata wokal Johna nie zdradzał stanu nadwagi, tylko prezentując się z nieco większą energią i masą nadal świetnie radził sobie w kwestii swobody wypełniania wielkiej kubatury kościelnej z konsekwentnym wykorzystaniem wszechobecnego pogłosu. Tonalnie i wagowo było o oczko niżej niż zazwyczaj tego słucham, ale bez poczucia otyłości i specjalnego spowolnienia.
Kolejny punkt na liście odsłuchowej to projekt Lee Ritenour’s „6 String Theory”, na który pomysłodawca zaprosił różnych, znakomicie znanych wszystkim z gry na gitarze muzyków od Johna Scofielda począwszy, na Shonie Boublilu skończywszy. Prawdę powiedziawszy tematycznie to była muzyka od Sasa do Lasa, jednak z uwagi na scalający ją tematycznie główny instrument świetna, a przy okazji w pełni czerpiąca do niesionego przez YBA dobra. Dobra, bo popularne wiosła, bez znaczenia czy klasyczne, czy elektryczne aż kipiały z radości, że mogły się posiłkować tak ważnym dla nich sonicznym body testowanej elektroniki, a przy tym nie traciły nadmiernie wyrazistości strun. Oczywiście nieuniknionym skutkiem tego konsensusu było lekkie zwolnienie niektórych ekwilibrystyk palcowo-strunowych, jednak nie na tyle, aby odebrać to jako problem. Ja raczej widziałem to jako w pełni usprawiedliwiony oferowanym dźwiękiem, kompromis.
Na koniec stary rock w wykonaniu grupy The Doors „L.A. Woman”. Jak wypadł? Jak, przy wręcz pożądaniu nasycenia bez zbędnej utraty górnych rejestrów przez tego typu szaleńcze, bardzo często słabo zrealizowane nurty, mógł wypaść. Podobnie do poprzedniego krążka, nieistotnym był fakt minimalnego zwolnienia tępa narastania sygnału, gdyż ogólnie prezentacja zyskała w prawie każdym aspekcie. To zaś dosłownie po pierwszej serii świetnie brzmiących gitarowych riffów, czy kilku frazach teraz pełniejszego głosu frontmana powodowało, że przestałem dzielić dźwięk na czworo, tylko pławiłem się w przekazywanym przez muzyków, naturalnie będącym ich życiową karmą, buncie. Mało tego, taki obrót sprawy pozwalał mi znacznie mocniej odkręcić gałkę wzmocnienia, co nie oszukujmy się, w przypadku zwyczajowej anoreksji rockowej twórczości kończy się bolesnym jazgotem. Czy taki feedback ożenku posiadanego zestawu z tytułowym wzmocnieniem każdemu sprawi tyle zadowolenia, to inna para kaloszy, jednak w wartościach bezwzględnych taka prezentacja bez dwóch zdań była co najmniej przyjemna.

Czy stawiając na gęste i mocne uderzenie dwaj francuscy muszkieterowie obronili się finalną jakością dźwięku? W moim odczuciu tak. Naturalnie w przypadku wpięcia PRE550A & A650 w już mocno osadzony w barwie i niezbyt rozdzielczy system, uzyskany wynik może trącać mocną, a przez to nieakceptowalną nadwagą. Jednak reszta konfiguracji nawet aplikując powyższe zabawki w swój tor na tak zwanego żywca, z pewnością jest w stanie dosłownie od startu znaleźć pewnego rodzaju nić porozumienia. A przecież wiadomym jest, że prawie żadna zmiana elektroniki nie obędzie się bez obecnie na porządku dziennym każdego melomana kabelkologii, co tylko zwiększa szansę na powodzenie akcji pod kryptonimem „przyjmujemy Francuzów do pracy”. Fajnie brzmi? Jeśli tak, to wiecie, co robić.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence, Audiovector R6 Signature
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: 4HiFi
Ceny
YBA Passion PRE550A: 30 400 PLN
YBA Passion AMP A650: 25 640 PLN

Dane techniczne
YBA Passion PRE550A
Wejścia analogowe: para XLR, 2 pary RCA
Wyjścia analogowe: para XLR, 2 pary RCA
Wejścia cyfrowe: I2S, Coax, AES/EBU, BNC, Optical, USB, Ethernet
Wyjście cyfrowe: Coax
Wzmocnienie: +6dB
Odstęp sygnał-szum (SNR): >105dB
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz (-0.5dB)
Zniekształcenia THD+N (20Hz – 20kHz): <0.003%
Wymiary (S x G x W): 430 x 412 x 118 mm
Waga: 12.5 kg

YBA Passion AMP A650
Moc wyjściowa: 2 x 200W @ 8 Ω, 2 x 400W @ 4 Ω, Mono 600W @ 8 Ω (zmostkowany)
SNR: >95dB
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz (-0.5dB)
THD+N (20Hz – 20kHz) <0.1%
Wejścia: para RCA, para XLR, XLR (Mono)
Wymiary(S x G x W): 430 x 397 x 178mm
Waga: 25 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Choć Gryphon kojarzy głównie się z potężnymi wzmacniaczami, to chodzą słuchy, że i  w domenie cyfrowej nie daje sobie w kasze dmuchać. Posłuchamy, zobaczymy a na razie pozwolimy Kalliope nieco się rozgrzać w pobliżu większego brata.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Boulder 866

Opinia 1

Obserwując współczesny rynek, nadmienię jedynie, że nie tylko audio, ze smutkiem muszę skonstatować, iż wszystko zmierza w niekoniecznie oczekiwanym przez odbiorców, do grona których niewątpliwie się zaliczam, kierunku. Z jednej strony zdolności produkcyjne i automatyzacja owej prowadzi do optymalizacji kosztów własnych wytwórców a z drugiej, zerkając na sklepowe półki ze zdziwieniem odrywamy nieustający wzrost cen. Jakby tego było mało co i rusz okazuje się, że płacąc krocie – nie raz i nie dwa wielokrotność tego, co trzeba było wyłożyć jeszcze dziesięć, czy nawet pięć lat temu, otrzymujemy produkt może i bardziej funkcjonalny, szczodrzej nafaszerowany wszelakiej maści wodotryskami, lecz wykonany gorzej i mówiąc wprost obliczony na zdecydowanie krótszy bezawaryjny żywot. Przykro mi, ale nie tylko z logiką, co ze zwykłą ludzką przyzwoitością, przynajmniej z mojego punktu widzenia, niewiele ma to wspólnego. Dlatego też już dawno w SoundRebels uodporniliśmy się na zjawisko pozycjonowania konkretnych „objawień” li tylko poprzez cenę, jak też i nasza impregnacja na podprogowe przekazy działów marketingów osiągnęła skuteczność Gore-Tex-u. Doszło wręcz do tego, iż jedynie wstępnie weryfikujemy, by dostarczane do naszej redakcji „przejawy inwencji twórczej” nie zbliżały się zbytnio do poziomu popularnej „budżetówki” a oficjalną cenę potwierdzamy u dystrybutora/producenta tuż przed samą publikacją. Czemu zatem służy ów wstęp? Bynajmniej nie chodzi o legalizację patologicznych zjawisk, czy chociażby indyferentyzm na takowe, lecz wręcz przeciwnie – zaskoczenie i to w dodatku zaskoczenie bezsprzecznie pozytywne, jakiego dane nam było doświadczyć a którym postanowiliśmy się z Państwem w ramach inaugurującej rok 2021 recenzji podzielić. Któż a raczej cóż sprawiło nam ową niespodziankę? Sprawcą okazał się kolektyw składający się z amerykańskiego zespołu Boulder Amplifiers i naszego rodzimego dystrybutora marki – stołeczno-katowickiego SoundClubu dostarczając nam do testów następcę wybitnie wpasowującej się w nasze gusta integry 865, czyli równie imponujący, lecz zdecydowanie mniej osadzony w designerskim brutaliźmie model 866.

W porównaniu z ww. protoplastą 866 prezentuje się nie dość, że na wskroś nowocześnie, to po prostu obłędnie i nad wyraz intrygująco. Niemalże połowę pochylonego frontu zajmuje 7” dotykowy kolorowy ekran LCD, po którego prawej stronie umieszczono firmowy logotyp oraz cztery przyciski nawigacyjno-funkcyjne. Płyta górna jest gładka i pozbawiona nie tylko ozdób, lecz również otworów wentylacyjnych. Nie dziwi zatem fakt iż rola chłodnicy układów wewnętrznych przypadła ścianom bocznym, które zamiast spodziewanych klasycznych radiatorów przybrały postać pozornie spontanicznie rozrzuconych na płaszczyźnie aluminiowych mniej, bądź bardziej prostopadłościennych profili. Prawdę powiedziawszy nie zdziwiłbym się, gdyby owa instalacja okazała się odwzorowaniem jakiejś współczesnej płaskorzeźby stanowiącej ozdobę galerii anonimowego miłośnika sztuki. Za to już bez udziwnień jest na plecach 866. Obie flanki okupują pojedyncze i w dodatku akceptujące jedynie widełkową konfekcję terminale głośnikowe nad którymi umieszczono po trzy wejścia XLR a pomiędzy nimi sekcję interfejsów cyfrowych w skład których wchodzą cztery porty USB-A dedykowane zewnętrznym pamięciom masowym, terminal Ethernet i już nieco bardziej konwencjonalne AES/EBU i Toslink. Wyliczankę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC (całe szczęście standardowe).
Pilota w standardzie nie przewidziano, lecz … nie ma co się martwic na zapas, gdyż wystarczy … smartfon, choć oczywiście jeśli ktoś się uprze to może wybrać jeden z dwóch dedykowanych leniuchów, lecz w tym momencie będzie musiał liczyć się z koniecznością zajęcia przez odbiornik do takowego jednego portu USB. Jeśli jednak nie w smak nam dodatkowe wydatki, które decydowanie rozsądniej przeznaczyć na wyższej klasy aniżeli dołączony przez producenta przewód zasilający, to wystarczy zainstalować dedykowaną na iOSa / Androida apkę (przyda się czytnik kodów QR) i zyskać pełną kontrolę nad wzmacniaczem. Samemu okiełznaniu Bouldera warto w tym momencie poświęcić dłuższą chwilę, gdyż wielopoziome menu pozwala dopasować tytułowego bohatera do naszych potrzeb i preferencji. Począwszy od zmiany grafik przedstawiających poszczególne wejścia (możliwość wgrania własnych zdjęć), poprzez zindywidualizowane nastawy co do ich głośności ( do max -25 dB i dedykowane miłośnikom kina domowego bypass – Theater Mode), poprzez wybór sposobu prezentowania głośności – w decybelach (-100 – 0 dB) i w standardowych krokach od 0 do 100. Nie zabrakło też możliwości ustawienia startowego, maksymalnego a nawet przypisanego „mute” poziomu głośności. Nie czas jednk i nie miejsce na przepisywanie liczącej 48 stron instrukcji do której to odsyłam wszystkich zainteresowanych.
Jak przystało na przedstawiciela grona wypasionych XXI wiecznych super-integr nie mogło zabraknąć funkcjonalności grania z serwerów UPnP i certyfikowanej kompatybilności z Roonem. Miłą niespodzianką jest możliwość obsługi Bouldera również z poziomu aplikacji niezależnych dostawców, jak m.in. M-Connect, Bubble UPnP, czy JRiver . A jak pod względem parametrów technicznych wypada 866 na tle swojego protoplasty? Nad wyraz zachęcająco, gdyż moc ze 150W wzrosła do 200 przy 8 Ω i 400 W przy 4 Ω, wymiary pozostały na praktycznie takim samym (866 jest szerszy o 5mm) poziomie a w wersji Digital dostajemy DAC-a na pokładzie i to w cenie poprzedniego modelu. Jeśli jednak zdecydujemy się na wersję Analog, to w kieszeni zostanie nam niemalże 10 kPLN ! Nie wiem jak Państwu, ale mi taki model biznesowy, gdzie za mniej dostajemy więcej bardzo przypadł do gustu.

Po takim wstępie można byłoby się spodziewać, że 866 nie tylko odsadzi 865, co bezczelnie zacznie skrobać marchewki „małemu” dzielonemu setowi, czyli duetowi 1110 & 1160 i jeśli tylko wyjdą Państwo z takiego założenia coś mi się wydaje, że miny, przynajmniej na początku, będziecie mieli nietęgie. Nie da się bowiem ukryć, iż tytułowa super-integra z kipiącego energią i testosteronem buntownika, jakim była 865 ewoluowała do stadium wszechstronnego erudyty i dżentelmena, więc zamiast wchodzić na koło 11-kom w tzw. międzyczasie skręciła gdzieś w bok i wybrała alternatywną trasę. Czy to źle? Na moje ucho w żadnym wypadku, jednak tak, jak napisałem na wstępie – mając pewne, oparte na odsłuchach poprzedników, oczekiwania trzeba dłuższej chwili by może nie tyle się ich pozbyć, co zrewidować, oczyścić umysł i potraktować 866 jako przysłowiową carte blanche. Chodzi bowiem o to, iż 866 gra zaskakująco wyrafinowanie a zarazem liniowo. Nie podkreśla mocy, która dysponuje, nie pręży muskułów nerwowo oczekując na moment, w którym może uderzyć, lecz niejako usuwa się w cień i pozwala by muzyka płynęła swoim, niezmąconym tempem. Jest tylko jeden warunek – owa muzyka musi, podkreślam musi być dobrze zagrana i nagrana, czyli być Muzyką przez wielkie „M” a nie muzyczką, bądź li tylko muzakiem przez małe „m”. Powód? Cóż, Boulder najwidoczniej nie lubi tracić czasu i energii, czyli de facto prądu, za który to my płacimy, na wyroby muzykopodobne. Niby słuchać się tego da, jednak cały czar pryska a to, co dobiega naszych uszu z głośników jest płaskie, szare i bez wyrazu, więc po utworze, góra dwóch zaczynamy wiercić się na fotelu zachodząc w głowę, czy cała ta zabawa w Hi-Fi i High-End ma jakikolwiek sens, czy też jak sądzą domorośli wszystko-sceptycy to tylko ordynarne nabijanie w butelkę majętnych snobów. Całe szczęście wystarczy z takowego muzaka przełączyć się na coś, podczas grania i nagrywania czego obecni byli ludzie nie tylko obdarzeni talentem, ale i chęcią zrobienia czegoś wyjątkowego, bądź chociażby na tyle solidnego, by słysząc konkretny utwór w radiu, bądź z własnego systemu mieć odwagę spojrzeć sobie w oczy przy goleniu. Dlatego też zamiast umartwiać się bytami scenicznymi typu Mandaryna i wyrobami pseudo-realizatorów, dla których wszystkie „stoły” brzmią tak samo, ba zamiast Solid State Logic AWS 948 δelta spokojnie wystarczy iMac, bądź nawet MacBook z Pro Tools i jak to mówią nasi spece od wszystkiego „będzie Pan zadowolony” lepiej sięgnąć po coś, co nijakich przykrości nam nie sprawi. I właśnie z takiej puli na pierwszy ogień poszedł Joe Bonamassa z Beth Hart i to zarówno w studyjnym („Don’t Explain”), jak i koncertowym („Live in Amsterdam”) wydaniu, co pozwoliło mi z dziką satysfakcją porównywać jeden z moich ulubionych utworów, czyli „I’d Rather Go Blind” studio vs live, z którym swojego czasu zmierzyła się i to z całkiem niezłym rezultatem również … Beyoncé. Co prawda jej wykonanie nie do końca przypadło do gustu samej Etcie James gdyż sędziwa już wtenczas wokalistka uznała z wrodzoną skromnością, że jeszcze sama zaśpiewałaby lepiej. Chodziło jednak o samą radość czerpaną z wyłapywania niuansów interpretacyjnych, smaczków w stylu gdzie konkretny riff trwa dłużej, jest bardziej płaczliwy, etc. Ot zabawa w stylu znajdź X różnic na dwóch pozornie identycznych obrazkach. Mniejsza jednak z didaskaliami, skoro amerykańska integra nie dość, że wszelakiej maści smaczki podawała na srebrnej tacy, co czyniła to w sposób całkowicie niewymuszony, żeby nie powiedzieć, że wręcz lekko nonszalancki. Taki sposób prezentacji nie wynikał jednak z bezczelności, czy też zblazowania, o ile takie antropomorficzne zbiegi w stosunku do li tylko wzmacniacza wydają się zasadne, lecz z jego świadomości własnych umiejętności i zasobów tak mocy i rozdzielczości. On bowiem nic nikomu niczego udowadniać nie musiał. Po prostu robił swoje. Tylko tyle i aż tyle. Ponieważ jednak żaden z podzakresów nie wyrywał się przed szereg w pierwszej chwili i na tle ww. rodzeństwa można było odnieść wrażenie pewnej zachowawczości. Skoro nic nie łapało od razu za ucho, nie było żadnego impulsu, punktu zaczepienia pozwalającego na „złapanie ostrości”. Jednak im dłużej z takim punktem widzenia obcowałem, tym częściej łapałem się na obserwacjach, iż ów szereg przed który nic nie chce się wyrwać jest tam, gdzie u innych, mających chrapkę na choćby kawałek high-endowego ciasta konkurentów dociera co najwyżej właśnie taki pojedynczy, wyrywający się aspekt. Jednak ów brak przebojowości okazuje się nie wadą a zaletą Bouldera, w czym przypomina mi fenomen brytyjskiego Elbow i ich pierwszego z brzegu albumu „Giants of All Sizes”. Niby brak mu okupujących topowe pozycje list przebojów hitów, jednak każdej zapisanej na ich krążkach nuty słuchamy z niekłamaną przyjemnością mając ponadto świadomość niezwykłej spójności i kompletności ich wydawnictw. To taka forma nienachalnej wirtuozerii i mistrzostwa w stanowiącym obszar naszego zainteresowania obszarze, gdzie wszystko jest na swoim miejscu i wydaje się oczywiste, do czasu aż nie usłyszymy czegoś, co owej pozornie oczywistej rzeczy zagrać ewidentnie nie będzie w stanie. A właśnie na tej jakże niepozornej i zupełnie nieprzebojowej „Giants of All Sizes” to słychać. Boulder jest bowiem w stanie i to z łatwością przedstawić ją jako klasyczny koncept-album, w pełni homogeniczny twór i to pomimo faktu iż nagrania powstawały w aż czterech studiach (Hamburgu, Brixton, Vancouver i Salford) oraz domach samych muzyków w Manchesterze. Amerykańska integra bowiem „łapie”, że przewodnią ideą, sygnaturą jest tu produkcja i miks wykonany przez pianistę formacji Craiga Pottera, czyli człowieka ze środka – „czującego klimat” i rozumiejącego się z resztą chłopaków od lat bez słów. Generalnie chodzi o to, że nie mamy do czynienia z przypadkową zbieraniną za przeproszeniem „kawałków” na potrzeby tzw. debeściaka. Przywodzący na myśl Petera Gabriela (szczególnie na „White Noise White Heat”) nieco zachrypnięty i „szary” wokal Guy’a Garvey’a świetnie koresponduje z brudnymi partiami gitary Marka Pottera i mięsistym basem Pete’a Turnera. Podlana onirycznym sosem klawiszy Craiga Pottera całość z jednej strony leniwie sączy się z głośników, lecz 866 ich opowieść buduje na niezwykle energetycznym fundamencie rytmicznym. Scena zajęta przez rockowy kwartet jest świetnie zdefiniowana. Każdy z muzyków ma swoje ściśle określone miejsce i co w przypadku amerykańskiej amplifikacji może wydawać się dziwne nie sposób odnaleźć tu zapędów do powiększania źródeł pozornych. Niby wokal prowadzący jest podany blisko, ale tak właśnie ta płyta została nagrana a to, że reszta instrumentarium wydaje się nieco mniejsza aniżeli Garvey wynika po prostu z perspektywy, dzięki której mamy za to wielce namacalną głębię i przestrzeń. Bez nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy podkręcania tempa akcentuje timing i ukrytą przed oczami/uszami postronnych, przypadkowych widzów/słuchaczy mikrodynamikę. A właśnie, co do dynamiki, to Boulder niby z pozoru taki nieśmiały i uładzony a gdy tylko dostanie do wzmocnienia odpowiedni materiał, to … klękajcie narody. I to zarówno przy klasyce w stylu wybornej symfoniki serwowanej przez 2L na „Reflections” Trondheimsolistene, jak i będącym moim rówieśnikiem kipiącym od emocji jazzowym „Alleycat” Nucleus, co szczególnie wyraźnie słychać na „Splat” gdzie perkusyjne szaleństwo okraszone dęciakami i pulsującym basem nie pozwala nawet na chwilę wytchnienia.

Niejako na koniec pozwolę sobie dorzucić jeszcze kilka zdań o wbudowanym w 866 przetworniku, który … naprawdę nie jest li tylko wymuszonym przez oczekiwania rynku dodatkiem, lecz w pełni użyteczną funkcjonalnością adekwatną do klasy samej amplifikacji. To przypadek podobny do Gryphona Diablo 300, gdzie moduł DAC-a robił świetną robotę, tylko Amerykanie za ową opcję życzą sobie zdecydowanie mniej. Niby w Boulderze nie ma wejścia USB na DAC-a, jednak skoro na pokładzie jest w zupełności satysfakcjonujący streamer, to z drugiej strony po co mnożyć we własnym systemie takowe byty, które z powodzeniem można ewentualnie obejść dostarczając strumień muzyczny do 866-ki via przewód Ethernet. Pliki można więc grać z NASów, bądź nawet z bezpośrednio wpiętych w Bouldera dysków USB a całą resztę cyfrowych ustrojstw wpiąć w pozostałe gniazda. Oczywiście nie ma co się łudzić, że moduł cyfrowy zagra na poziomie daleko nie szukając ostatnio przez nas recenzowanego Brinkmanna Nyquist mk2. Boulder zagra od niego mniej wysyconym i organicznym dźwiękiem, jednak nawet nie zbliżał się do analitycznej kliniczności. Dlatego też, jeśli ktoś może sobie na taki zestaw pozwolić, to gorąco do tego zachęcam, jednak podchodząc zdroworozsądkowo do tematu jak na wycenioną na 10 kPLN opcję realnie dostajemy wielce satysfakcjonujące rozwiązanie zwalniające nas z konieczności sprzętowych poszukiwań i kablowej żonglerki, na którą warto zwrócić uwagę, gdyż Boulder, podobnie jak ma to miejsce w kwestii jakości reprodukowanego materiału, również byle jakimi kablami zagra tak, jak one na to pozwolą.

Najwyższa pora na finał. Bez zbędnej kurtuazji i owijania w bawełnę muszę przyznać, iż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuje, że Boulder tytułowym modelem 866 Integrated zapoczątkowuje nową generację swoich urządzeń. To już nie jest tak jednoznacznie nastawione na impet i uderzenie granie jak w dotychczas przez nas recenzowanych egzemplarzach. W jego brzmieniu jest zdecydowanie więcej wyrafinowania , choć w parze z nim wzrastają również wymagania co do jakości pozostałych elementów toru, w którym przyjdzie mu pracować, jak i repertuaru jakim będziemy go karmili. Może i jego obecność nieco przewietrzy naszą pliko- i płyto-tekę, jednak gwarantuję, iż te pozycje, które zwycięsko przejdą próbę z 866 będą cieszyć co najmniej podwójnie. Jest to zatem niezbity dowód na to, że warto czasem przedłożyć jakość nad ilość a że ekipa z Louisville była na tyle miła, że nowszy, mocniejszy i de facto lepszy od swojego poprzednika model oferuje w niższej, aniżeli wcześniej cenie, to przejawem trudnej do wytłumaczenia niefrasobliwości byłoby pominięcie go w ramach poszukiwań docelowej amplifikacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak doskonale wszystkim wiadomo, czas nie tylko nieubłaganie mija, ale dodatkowo czyni to z zazwyczaj zaskakującą nasz szybkością. Oczywiście ta sytuacja zawsze pozostawia po sobie ślady przemijania, którymi przyglądając się z poziomu naszego audio-ogródka są pojawiające się co jakiś czas nowe wersje często uznanych na świecie komponentów. Taki też skutek przyniosły ostatnie, że się tak wyrażę „o matko” nie wiadomo kiedy minione z pokaźną nawiązką trzy lata. Konkretnie mam na myśli odstęp od naszego spotkania z jedynym wzmacniaczem zintegrowanym tytułowej amerykańskiej marki Boulder Amplifiers 865, do publikowanego dzisiaj starcia z jego następcą, czyli modelem 866. Niby szmat czasu, a wydaje się, jakby to było wczoraj. Niestety od stanu przemijania nie uciekniemy, dlatego też wykorzystując jego nieuniknione konsekwencje, nie pozostaje mi nic innego, jak w miarę strawie skreślić kilka akapitów na temat przed momentem przywołanego, najnowszego modelu w wersji testowej wzbogaconego o streaming-DAC, wzmacniacza zintegrowanego Boulder 866, o którego pojawienie się na naszych łamach zadbał warszawski SoundClub. Czy mijający czas okazał się być wykorzystanym, czy jedynie przyczynkiem do wykorzystującego rozpoznawalność brandu tak zwanego odcinania kuponów? To postaram się wyłożyć w poniższym teście.

Będąca naszym punktem zainteresowania 866-ka jak przystało na amerykański piec, jest sporą konstrukcją, gdyż oprócz typowych dla tego segmentu wymiarów w domenie szerokości i głębokości, może pochwalić się zaskakującą wysokością. Obudowa jest solidnym, nie boję użyć tego słowa monolitem, bowiem do jej wykonania użyto wielu płatów grubego aluminium. Płaszczyzna frontu oprócz przyjemnego dla oka zabiegu pochylenia ku tyłowi górnej krawędzi, na lewej połówce oferuje użytkownikowi wielki wyświetlacz z ikonami użytkowanego w danym momencie wejścia niezależnie czy analogowego, czy cyfrowego – mamy możliwość jego przyciemniania lub całkowitego wygaszenia, zaś na prawej wyfrezowane logo marki i tuż pod nim zorientowane w poziomie, zagłębione w podłużnych nieckach cztery przyciski funkcyjne. Podobny wizualnie – czytaj przyjaźnie w kwestii postrzegania – do awersu odbiór prezentują również chłodzące konstrukcję radiatory. Te naturalnie będąc bocznymi płaszczyznami konstrukcji, są serią raz pochylających się ku górze, innym razem ku dołowi, a przy tym niektóre jako trójkątne i do tego łukowate z zaokrąglonymi krawędziami bryły, wariacji bliżej nieokreślonych wizualnie wręg. Nie zrozumieliście? Przyznam szczerze, że ja na Waszym miejscu miałbym ten sam problem, dlatego też w celu wyjaśnienia tej części opisu zachęcam do przestudiowania serii powyższych fotografii. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, ten spełniając założenia nie tylko wzmacniania sygnału analogowego, ale również obróbki jego odpowiednika w domenie cyfrowej, poza rozmieszczonymi symetrycznie na obydwu flankach trzema zagłębionymi wejściami XLR dla sygnału ze źródeł typu odtwarzacz CD, gramofon lub tuner i zaaplikowanymi pod nimi motylkowymi zaciskami kolumnowymi w swym centrum oferuje użytkownikowi kilka wejść zerojedynkowych typu: USB, AES/EBU, LAN i OPTICAL. Oczywiście producent nie zapomniał również o gnieździe zasilającym IEC. Niestety pilot zdalnego sterowania dostępny jest jako płatna opcja, która na szczęście w momencie pobrania darmowej aplikacji okazuje się być całkowicie zbędny.

Jak na tle poprzednika zabrzmiał jego następca? Gdybym miał, oczywiście w sposób nieco przerysowany, opisać brzmienie modelu 865, śmiało mógłbym określić je jako nie do końca wyraziste i niezbyt spójne. Niby wszytko w estetyce solidnego amerykańskiego grania, czyli mocno w dole, z dobrym osadzeniem w środku pasma i niezłym oddechem, to jednak najnowsza odsłona integry Bouldera pokazała, iż można lepiej. Oczywiście konstruktorzy nowym modelem nie przeskoczyli do ligi topowych końcówek mocy ze swojego portfolio, jednak jeśli wzmacniacz zaczął znacznie poprawniej definiować najniższe rejestry – teraz pokazały lepszą krawędź, a przez to nabrały szybkości i wyrazistości, nie stracił przy tym nic z odpowiedniego nasycenia przekazu – co prawda nadal nie znalazłem lubianego przeze mnie ocieplenia, ale poprawiła się za to jego rozdzielczość i w efekcie przed momentem wspomnianych aspektów wzbogacił propagację konsekwentnie dalekich od natarczywości, jednak pełnych swobody wysokich tonów. Można zatem śmiało podnieść tezę, iż miniony czas powodując oczekiwane aktualizację oferowanego dawniej dźwięku, przez producenta okazał się być w pełni wykorzystanym. Nie ma mowy o bazujących na solidności marki kosmetycznych ruchach, tylko pełne odpowiedzialności podejście do poprawy każdego aspektu brzmienia i to przy zaskakującym podczas obecnie panującej tendencji, obniżeniu ceny detalicznej. Jak zatem wypadło najmłodsze zintegrowane dziecko zza wielkiej wody, przy założeniu posłużenia się tym samym materiałem muzycznym co w teście protoplasty?
Zanim przejdę do wyłożenia tak zwanej kawy na ławę, zaznaczę, iż w tym podejściu poczciwe austriackie T&F ISIS jako znak mijającego czasu zostały zastąpione brutalnymi w aspekcie niezbędnej do ich wysterowania mocy, duńskimi Dynaudio Consequence. Jeśli je znacie, wiecie, że już granie na tym samym poziomie jakościowym nowego wzmacniacza oznaczałoby znaczny progres jakości dźwięku. Tymczasem nieco wyprzedzając fakty, ów występ okazał się być znacznie bardziej wyrafinowanym. Otóż wykorzystywana do procesu testowego ta sama muzyka mimo trudniejszych zespołów głośnikowych zabrzmiała znacznie czytelniej i spójniej. Czyli? Po prostu nie epatowała nadmierną energią w zakresie jakby napompowanego basu i w pierwszym odbiorze zjawiskowymi, ale w konsekwencji dłuższego odsłuchu męczącymi, bo mocno zaznaczającymi swój byt górnymi rejestrami, tylko dzięki postawieniu na dokładniejsze w kwestii informacji, ale przy tym świetnie zbilansowane barwowo pokazanie tego samego materiału, okazała się brzmieć w bardziej naturalny i co ma się samo przez się rozumieć, namacalny sposób. Dodatkową ciekawostką był fakt, że to dotyczyło praktycznie każdego rodzaju twórczości. Czy to free-jazz Johna Zorna w produkcji „Masada Live In Sevilla 2000”, gdzie jednymi z najistotniejszych elementów jest dobrze oddany rytm i energia z założenia mocno „deliberujących” ze sobą dęciaków, tudzież składanka Cecilii Bartoli „Sospiri” w tym starciu znacznie bardziej obecna, a przy tym lepiej zawieszona na wirtualnej scenie lub grający ciszą rodzimy zespół RGG w interpretacji twórczości Karola Szymanowskiego zatytułowanej „Szymanowski”, każdy krążek brzmiał bardziej transparentnie, ale nigdy męcząco. Bez najmniejszych wycieczek w stronę siłowego przyciągania słuchacza jako oznaka zakorzenionej w poprzedniku pewnego rodzaju agresji, tylko stworzenie spektaklu, który swoją swobodą i niewysilonymi emocjami samoczynnie przywołuje zawarte w jego wnętrzu pokłady romantyzmu. Oczywiście to nie oznacza, że gdy wymagał tego materiał, Amerykanin nie potrafił wywołać zamierzonego przez artystów zderzenia ze ścianą kakofonii. Co to to nie, czego świetnym przykładem była przywołana jako pierwsza produkcja jazzowa Zorna, a idealnym potwierdzeniem pojawiające się co jakiś czas podczas tego realizowanego na żywo przedsięwzięcia muzycznego, wykonywane w pełnym składzie tak zwane jazdy bez trzymanki. Po prostu wzmacniacz grał znacząco równiej i dzięki temu z łatwością dozował zawarte w utworach czy to w pełni zgodne z myślą danego krążka złe lub pozytywne emocje. Ale zaznaczam, umiejętność pokazania pozytywów nie kończyła się na dobrej wadze i czytelnym pokazaniu damskiego wokalu. Otóż bardzo istotnym było również znakomite odwzorowanie krawędzi i nasycenia kontrabasu, dostojności fortepianu, energii stopy perkusji i dźwięczności używanych przez bębniarza perkusjonaliów. Piję oczywiście do rodzimego trio RGG, które brzmiąc w przerysowany sposób, raczej odstraszyłoby, a nie wciągnęło mnie w wir swojej opowieści, czemu tytułowy jankes znakomicie uniknął. Wszystko było podane jak na dłoni, jednak z nutą lekkości, a nie brutalnego wtłaczania mi do ośrodka zarządzania ciałem, co czasem zdarzało się w teście sprzed trzech lat. I gdybym miał się do czegoś na siłę przyczepić, na tle powyżej wyartykułowanych plusów ze swojej strony oczekiwałbym szczypty niezbędnego w pokazaniu głębi i magii damskiej wokalizy, ciepła. Niestety inżynierowie zza oceanu na to nie poszli. Zostawili temperaturę grania na poziomie raczej bliższej neutralności, co w oparciu o brak najmniejszych oznak szkodliwego chłodu oceniam jako inny niż mój punkt widzenia na to samo wydarzenie, a nie problem jako taki. Jak wiadomo, nie da się zadowolić wszystkich, jednak ważnym jest, aby swoim stanowiskiem nie zniechęcać, co w tym przypadku w moim odczuciu znakomicie się udało wprowadzić w życie.

Oczywistym jest, że test nie mógł zakończyć się bez sprawdzenia jakości dźwięku wbudowanego w tej wersji 866-ki przetwornika cyfrowo-analogowego. Efekt? Nie było zaskoczenia. Czy to było pokłosie mariażu kilkukrotnie droższego napędu z będącym zarzewiem tego testu Boulderem, nie mam pojęcia. Ważne, że dźwięk nie umarł, tylko bez większych strat w estetyce rozdzielczości i dobrego rysowania krawędzi konsekwentnie podążał drogą opisaną powyżej. Naturalnie z mniejszym zaangażowaniem w aspektach dokładności – w moim źródle wykorzystuję zewnętrzne zegary cyfrowe i nasycenia – DAC dCS-a oferuje kilka filtrów, jednak cały czas nie gubiąc dobrego timingu, energii i swobody. To zaś pozwala mi wyrokować, że po dobraniu odpowiedniego źródła, temat źródeł plików nawet dla osobnika stojącego do nich w opozycji może stać się bardziej akceptowalnym.

Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście takim obrotem sprawy jestem pozytywnie zaskoczony. Mianowicie w dzisiejszych czasach nie tylko, że Amerykanom udało się coś znacznie poprawić – często jest to kosmetyka, to jeszcze obniżyć finalną cenę – to obecnie pochodzi pod dział fantastyki. Co istotne, poprawienie nie oznaczało w tym przypadku brutalnego żyłowania poszczególnych pasm do granic wytrzymałości naszych uszu, tylko za sprawą zaproponowania lepszej rozdzielczości spowodowało odczucie większej spójności przekazu. Czy to jest wzmacniacz dla każdego? Prawie. Dlaczego? Otóż tylko zagorzali lampiarze z racji grania choć w delikatniejszym, to jednak nadal w amerykańskim stylu, nie znajdą z nim nici porozumienia. Reszta populacji melomanów z dużą dozą prawdopodobieństwa, dzięki umiejętnej konfiguracji, będzie wstanie zmusić go do wykreowania ich świata muzyki. Jak bliskiego i czy akceptowalnego, pokażą jedynie bezpośrednie starciach. Te działania niestety leżą już po Waszej stronie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: SoundClub
Ceny:
Wersja Analog: 55 000 PLN
Wersja Digital: 65 000 PLN

Moc wyjściowa: 200 W/8 Ω, 400 W/4 Ω
Moc chwilowa: 250 W/8 Ω, 400 W/4 Ω, 700 W/2 Ω
Zniekształcenia THD: 0,01%
Pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz (+0.00, -0.04 dB) ,0,015 Hz-150 kHz (-3 dB)
Wejścia analogowe: 3 pary XLR
Wejścia cyfrowe: Ethernet, 4 x USB-A, Toslink, AES/EBU
Regulacja głośności: zakres 100 dB w krokach 0,5 dB
Max. wzmocnienie: 40,4 dB
Odstęp sygnał/szum (150 W/8 Ω): 108 dB
Impedancja wejściowa: 100 kΩ (XLR)
Pobór mocy (max): 1000 W
Wymiary (S. x W x G): 440 x 190 x 390 mm
Waga: 24,5 kg