Monthly Archives: kwiecień 2021


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Ayon Audio Epsilon Evo – Mono

Opinia 1

Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, iż decyzja w temacie dobierania sekcji wzmocnienia zestawu audio jedynie od strony zastosowanej technologii – lampa vs tranzystor – w najmniejszym stopniu nie rozwiązuje sprawy. Powiem więcej. Jeszcze opowiedzenie się przy wzmacnianiu sygnału opartym o tranzystory to pół biedy, jednak nawet najmniejszy krok w stronę szklanych baniek otwiera przed nami przysłowiową Puszkę Pandory. Powód? Dla laika nieistotny, niestety dla choćby minimalnie zorientowanego miłośnika muzyki to jest temat rzeka. Chodzi oczywiście o specyfikacje różnych wzmacniaczy lampowych od grających wyraziście jak tranzystor, przez na maksa koloryzujących przekaz oraz małej i dużej mocy w zależności od posiadanych kolumn. Przerażeni? Niestety to jest sól życia melomana. Tym bardziej trudna do osiągnięcia, gdy z jednej strony piecykiem ze szklanymi bańkami na pokładzie chcemy napędzić ciężkie do wysterowania kolumny, ale przy tym nie stracić zbyt dużo z tak zwanej aury lampowego grania, czyli osiągnąć coś na kształt połączenia wody z ogniem. Nie da się? Spokojnie. Wystarczy wiedzieć, czego się chce i dobrze poszukać. Po co o tym piszę? Z prostego powodu. Co prawda na chwilę obecną jestem szczęśliwym posiadaczem mocarnego wzmacniacza Gryphon Mephisto, który znakomicie radzi sobie z moimi prądożernymi (85 dB skuteczności i spadki oporności do poziomu 3 Ohm) Dynaudio Consequence Ultimate Edition, ale ku mojemu zaskoczeniu ostatnio okazało się, że da się je bardzo dobrze nakarmić prądem wspieranym przez zamknięte w szklanych słoikach elektrony. Utopia? Do niedawna też tak myślałem. Jednak do momentu, gdy warszawski dystrybutor Nautilus dostarczył do naszej redakcji dwie monofoniczne końcówki mocy austriackiej marki Ayon Audio Epsilon Evo. To było małe trzęsienie ziemi, na relację z którego zainteresowanych zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Jaki jest Ayon, śmiało można stwierdzić, iż każdy wie. Jednak gdy zazwyczaj są to wykonane ze szczotkowanego aluminium, zawsze świetnie współgrające z mieniącymi się bursztynową poświatą lamp i chromem kubków skrywających transformatory, czarne, prostopadłościenne platformy z mocno zaokrąglonymi narożnikami z dłuższymi bokami obudów jako fronty, to dzisiejsze konstrukcję odznaczają się stosunkowo wąskim awersem i w zamian sporą głębokością. Powodem jest zastosowanie sześciu lamp mocy KT150 na kanał, które wespół ze znajdującymi się tuż za nimi trzema baryłkami traf nie pozostawiły projektantom innego wyjścia, jak przy małej szerokości frontu mocno rozciągnąć obudowę w wektorze głębokości. Oczywiście wspomniane lampy mocy i schludnie ukryte transformatory nie są jedynymi akcentami górnej płaszczyzny skrzynki skrywającej trzewia, bowiem na czele wspomnianego peletonu, czyli tuż przy krawędzi frontu, znajdują się cztery lampy sterujące. Ale to nie koniec akcentów tej połaci obudowy, gdyż w celach wentylacji grawitacyjnej układów wewnętrznych obok na zewnętrznych flankach jej przedniej i tylnej części zlokalizowano cztery bloki poprzecznych nacięć pozwalających na swobodne oddanie do atmosfery wytwarzanego wewnątrz ciepła. Sam front bez organoleptycznego przeładowania oferuje użytkownikowi podświetlane ciemną czerwienią, migające podczas uruchamiania i wyłączania urządzenia logo marki i na dolnej lewej części nadrukowane białą czcionką nazwę modelu. Jeśli chodzi o tylny panel, ten wyposażony jest na bogato. Patrząc od lewej strony, mamy do dyspozycji zacisk i przełącznik uziemienia, terminal zasilania IEC, kontrolki czasu nagrzewania, dobrej polaryzacji plusa dostarczanego z sieci elektrycznej, przełącznik pracy TRIODA/PENTODA, pokrętło wyboru lamp mocy podczas testu BIASU, przełącznik DMP, zaciski kolumnowe dla wartości 4/8 Ohm, przełącznik wyboru wejścia liniowego RCA/XLR i całkiem na prawej stronie po jednym wejściu liniowym RCA i XLR. Całość konstrukcji posadowiono na czterech stopach, a włącznik główny zorientowano od spodu tuż przy płaszczyźnie frontowej.

Jak obrazują fotografie, proces testowy rzeczonych końcówek mocy nie był zwyczajnym, ocierającym się nudę rutyny czasem z muzyką w tle, tylko oprócz fajnych doznań emocjonalnych okazał się być również sporym przedsięwzięciem logistycznym. Świadczą o tym nie tylko dwie pary bardzo trudnych do nakarmienia odpowiednią dawką sygnału niemieckich kolumn Gauder Akustik DARC 140 i duńskich Dynaudio Consequence Ultimate Edition, ale również w pewnym momencie zastosowane platformy antywibracyjne na bazie kwarcu jako absorber drgań pod same piecyki. To naturalnie mocno rozciągało w czasie całość testu, ale jeśli miałem udowodnić, że po pierwsze te potężne monobloki potrafią poradzić sobie z przysłowiowymi słupami telegraficznymi, to po drugie warto byłoby sprawdzić, czy zrobią to z gracją, a nie na zasadzie walki z materią na pograniczu zadyszki lub spektakularnego rzutu białego ręcznika. A gdy wydaje się Wam, że to koniec konfiguracyjnej zabawy, jesteście w wielkim błędzie, bowiem jak to w produktach Gerharda Hirta zazwyczaj bywa, w modelu Epsilon Evo są do dyspozycji dwa tryby pracy – trioda/pentoda. Tak tak, to była istna droga przez logistyczną mękę, co biorąc pod uwagę nie tylko ciężar kolumn – dobrze ponad 120 kilo sztuka, ale również oscylujących koło 45 kg wzmacniaczy, do dzisiaj pamięta mój styrany kręgosłup. Ale wiecie co? Wspomniana walka się opłaciła, czego wynik postaram się przybliżyć w poniższym akapicie.

W moim przypadku na pierwszy ogień jako obciążenie Ayon-a poszły Gaudery. Te z uwagi na specyficzne strojenie zwrotnicy, dodatkowo z założenia wykorzystywanie ceramicznych przetworników Accutona, serwowały Austriakowi mega zapotrzebowanie na odpowiedną moc, dlatego w teorii znacznie lepiej grały w trybie pentody. Był rozmach, energia i dobra motoryka. W takim ustawieniu nie było muzyki, która zgłaszałaby jakieś dyskwalifikujące przekaz problemy. Owszem, całość prezentacji nie tryskała takim czarem, jak podczas zasilania triodowego, jednak posmak lampy był na tyle wyczuwalny, że w moim odczuciu nadal pławiłem się estetyce jej dobrej aplikacji. O dziwo, aplikacji stawiającej do pionu bardzo wymagające kolumny. Jeśli chodzi o zasilanie w opcji triody, sprawy nabierały nieco innego wymiaru. Z jednej strony w oferowanej estetyce grania nieco oddając pola na odcinku wyrazistości ataku i krawędzi dźwięku, zakochaliby się piewcy sonicznego romantyzmu, natomiast z drugiej właśnie z racji owego złagodzenia krawędzi wirtualnych brył i mniejszej natychmiastowości pojawiania się ich w eterze, osobnicy mocnego uderzenia mogliby pokręcić nosem. Jednak jedno trzeba przyznać szczerze, to nie była brutalna śmierć wyrazistości słuchanych wydarzeń muzycznych, tylko na tle potencjalnych możliwości monobloków w trybie pentody wyraźne, acz w wielu gatunkach muzycznych bardzo przyjemne w odbiorze zmniejszenie ostrości, a przez to brutalności rysowanej muzyki. Czyli typowe coś za coś, jednak w każdej z opcji świetne dla konkretnej grupy docelowej. A przypominam, iż rozprawiamy o ciężkiej pracy lampy z kolumnami dedykowanymi do mocnego tranzystora, a to chyba o czymś świadczy. Posiłkując się w opisie zastanego dźwięku konkretną muzyką, wspomnę na początek o najnowszym krążku kapeli mojej młodości AC/DC „Power Up”. I tutaj mały, pokazujący nie do końca słuszność generalizowania opinii „zonk”, gdyż owszem, w pentodzie muzyka brzmiała z odpowiednim wykopem i energią, jednak w triodzie mimo minimalnej utraty pazura odbierałem tę produkcję z większym zaangażowaniem emocjonalnym. Powodem był pewnego rodzaju większy rozmach budowania wirtualnej sceny, gdyż system skupił się bardziej na realiach wokół-muzycznych, aniżeli na oddaniu samej merytoryki. Jednak nie oszukujmy się, w wartościach bezwzględnych ta miła dla ucha przyjemność była odstępstwem od głównej dei tej muzyki. Podobny odbiór zaliczyłem podczas słuchania jazzowego trio pod wodzą Paula Bley’a z Garym Peacockiem i Paulem Motianem w koncertowej kompilacji „When Will The Blues Leave”. Jeśli chodzi pełną kontroli pulsacyjność i wyrazistość pasaży zawsze trudnego do oddania kontrabasu, pentoda nie pozostawiała złudzeń o swojej wyższości. Jednak parząc na to już od strony namacalności budowania wydarzeń w trójwymiarze dobrej triody, sprawy nabierały innych akcentów. Osobiście z pełną paletą wszelkich poluzowań chyba wolałem ten ładniejszy świat. Co z tego, że mogłem mieć wszytko w punkt, jak cierpiała na tym aura mistyki grającego ciszą jazzu. Ale zaznaczam, to są moje odczucia, co nie oznacza że są jakąkolwiek wyrocznią. Ostatnim krążkiem tego podejścia testowego była od jakiegoś czasu dosłownie katowana przeze mnie Melody Gardot w koncertowej składance z występów w całej Europie „Live In Europe”. Tutaj nie było wątpliwości. Nawet fenomenalne oddanie wyrazistości brzmienia towarzyszących piosenkarce instrumentów przez pentodę nie było w stanie odebrać pałeczki pierwszeństwa triodzie. Powód? Oczywiście magia nie tylko głosu, ale również tych z pozoru mniej dobitnie rysowanych instrumentów. W tej muzyce liczą się emocje oparte głównie na namacalności, barwie i lotności przekazu, co mocniejsza opcja wzmocnienia – nie boję się tego słowa powiedzieć – upośledzała. Oczywiście po wybraniu bliższej mojego ducha prezentacji zaliczyłem nie tylko dokumentujące całą trasę koncertową, pełne dwa krążki od dechy do dechy, ale również trzeci jako wydana osobno dodatkowa pozycja bonusowa.
Druga sesja odsłuchowa odbyła się przy użyciu duńskich kolumn Dynaudio oraz dedykowanych przez dystrybutora platform pod końcówki mocy. Jak wspominałem w rozbiegówce, to również są bardzo wymagające kolumny. Jednak użycie innych głośników, inna topologia ich układu na froncie i wewnątrz oraz na koniec całkowicie odmienna, bo pięciodrożna zwrotnica spowodowały, że owszem, w teorii znacznie mocniejsza wersja Ayonów robiła wszystko jakby z większym animuszem, tylko w większości przypadków w moim odczuciu była całkowicie zbędna. Co mam na myśli pisząc o większości przypadków? Otóż jedynym nurtem jaki był w stanie powalczyć z triodą był mocny rock spod znaku wspomnianej grupy AC/DC. Jednakże zapewniam Was, wiedziony płonną nadzieją, że na pentodzie będzie lepiej, po dosłownie kilku minutach wróciłem do triody. Niby słabiej jeśli chodzi o ilość dostarczanych Watt-ów, ale było praktycznie wszystko z pazurem, energią, ostrością rysunku i kontrolą przekazu włącznie, a dodatkowo podane w fenomenalnej specyfice 3D. Powiem więcej. Dodanie mocy jako wręcz zbędne pompowanie dźwięku, powodowało uczucie pewnego rodzaju jego monotonności. A przecież elektryczni panowie zjawiskowo wywijają na wiosłach, co przy braku nawet mniej kontrolowanego, ale jednak wymaganego w dźwięku luzu, nie pozwoliłoby mi odbiorcom zatopić się w wielobarwnych, a przez to zjawiskowych i pełnych ekspresji popisach gitarzystów. Ja bez dwóch zdań wolałem owe soniczne flow i jestem w stanie postawić skrzynkę jabłek przeciwko gruszkom, że Wy odebralibyście to podobnie. W takiej sytuacji chyba nie muszę udowadniać, iż tak jak mocne granie, będąc bezczelnym beneficjentem triody, wypadała również wszelkiego rodzaju muzyka jazzowa – wspomniany team Paula Bley’a i wokalna – krążąca po Europie Melody Gardot. Niby bez pośpiechu, bez szukania kreski rysowanej skalpelem, tylko z pełnym nasyceniem, świetnym budowaniem spektakli muzycznych w szerz i głąb często koncertowej sceny muzycznej, a mimo to każdy ze wspomnianych rodzajów muzyki wypadał idealnie. Powód? Pisząc o opcji triody cały czas należy pamiętać, iż pochylamy się nad bardzo wydajnymi końcówkami mocy i tylko od specyfiki dopasowania prądowego do danych kolumn i ich finalnego brzmienia zależał wybór jednej z opcji. Opcji, które zawsze wypadały dobrze lub bardzo dobrze, o czym świadczy mój dokładny opis brzmienia dwóch par kolumn w dwóch wariantach wzmocnienia na tym samym materiale, a jedyną różnicą całości przedsięwzięcia było stawianie każdej z nich na nieco inne akcenty brzmienia w zależności od podpiętych kolumn.

Mam nadzieję, że powyższy tekst jasno dał do zrozumienia, iż pewnego rodzaju niemożliwe – lampa swobodnie napędzająca prądożerne kolumny, stało się możliwe. Owszem, mój 108 kilogramowy, tranzystorowy smok w pewnych aspektach robi to nieco inaczej i prawdopodobnie dla wielu lepiej, jednak nie ma już tej estetyki lampy. A przecież głównym celem naszego dzisiejszego spotkania było w pełni kontrolowane sprawdzenie, czy konstrukcją z magią lampy da się nakarmić podobne do biorących udział w teście, głośnikowe monstra. Jak widać, się da i co dla wielu potencjalnych klientów może być istotne z dwoma specyfikacjami na finalny sznyt grania posiadanego zestawu. Komu dedykowałbym tytułowe końcówki mocy Ayon Audio Epsilon EVO? Z wyjątkiem wyznawców naprawdę brutalnego rysowania świata muzyki praktycznie wszystkim. Odważne? Bynajmniej, gdyż na proponowanie tak szerokiego spektrum potencjalnych klientów pozwala mi nie tylko uniwersalność w monobloków w kwestii oddawania dwóch poziomów mocy, ale również poradzenie sobie z przygotowanymi do procesu testowego, dwoma nie tylko bardzo prądożernymi, ale również całkowicie odmiennymi w kwestii budowy i zastosowanych przetworników kolumnami. Czy tytułowe monobloki spełnią Wasze oczekiwania, trudno jest mi stwierdzić. Jednak jednego jestem pewien, prądu z posmakiem szklanej bańki na pewno Wam nie zabraknie.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nawet nie tyle mogło by się wydawać, lecz wręcz przyjęło się uważać za oczywistą oczywistość, że przy najogólniej rzecz biorąc trudnych do wysterowania kolumnach ich posiadacze niemalże z automatu skazani są na tzw. tranzystorowe „spawarki”. Trudno bowiem znaleźć cokolwiek innego, co podołałoby wielodrożnym smokom o impedancji spadającej sporo poniżej 4 Ω i skuteczności stołu bilardowego, określanej przez ich konstruktorów mianem … „wystarczającej”. Jak to jednak w życiu bywa, jeśli czegoś zrobić się nie da, bądź nawet, chociażby ze względu na zdrowy rozsądek, robić nie należy wystarczy znaleźć kogoś, kto o owych ograniczeniach bądź nie wie, bądź ma je tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę i z czystej przekory postanawia udowodnić sobie, a przy okazji i gronu niedowiarków, że jednak się da i można. Oczywiście takowe przypadki możemy śmiało zakwalifikować jako wyjątki potwierdzające ww. regułę, jednakowoż faktu ich istnienia przed nikim ukrywać nie zamierzamy a wręcz przeciwnie – co jakiś czas staramy się o nich co nieco napisać. Tak było w przypadku 250W „dwóch wież” Octave Jubilee i tak też jest i dzisiaj, gdy z niekłamaną przyjemnością możemy się wreszcie z Państwem podzielić wrażeniami z odsłuchów, dostarczonych przez ekipę Nautilusa, lampowych końcówek mocy Ayon Audio Epsilon Evo Mono, które to zgodnie z zapewnieniami tak konstruktora, jak i przedstawicieli dystrybutora zdolne są poradzić sobie z naprawdę „trudnym” obciążeniem.

Zarówno sesje unboxingowa, jak i powyższa galeria powinny dać Państwu choćby ogólne wyobrażenie o gabarytach naszych dzisiejszych gości. O ile bowiem ich szerokość i wysokość nie nastręczają większych problemów, to już 60cm głębokości plus minimum jakieś 10-15 na w miarę komfortowy montaż okablowania niejako na starcie wyklucza większość standardowych stolików. Krótko mówiąc albo robimy sobie coś na zamówienie, przy czym warto zadbać o kwestię „udźwigu” półki, na której Epsilony miałyby spocząć, bo dwa monosy to blisko 90 kg a jak najdzie nas ochota na późniejsze eksperymenty z platformami i innymi akcesoriami to setka „pęknie” nie wiadomo kiedy. A właśnie – platformy, bowiem zamiast nadwyrężać stolik warto zastanowić się nad ustawieniem Ayonów li tylko na dedykowanych im platformach, jak daleko nie szukając tych dostarczonych przez Nautilusa – kwarcowych Base. Jeśli zaś chodzi o samą aparycję tytułowych końcówek, to zgodnie z wieloletnią tradycja ich korpusy wykonano z masywnych aluminiowych profili uzupełnionych równie pancernymi zaokrąglonymi narożnikami i charakterystycznymi chromowanymi czaszami osłon traf. Standardowo na frontach znajdziemy jedynie podświetlone krwisto-czerwone logo i białe oznaczenie modelu a włącznika głównego należy szukać od spodu – w okolicach przedniej lewej nogi.
Na głównych lądowiskach – płytach górnych austriackich „lotniskowców” wzrok przyciągają nie tylko ustawione wzdłuż bocznych krawędzi w równych szeregach pisankopodobne tetrody strumieniowe KT150 Tung-sola, lecz również nieco mniejsze, pracujące w stopniu wejściowym pojedyncze 12AU7 i 12AX7 oraz para 6SJ7 występujących w roli lamp sterujących przed którymi wygospodarowano miejsce na okrągły bulaj wskazówkowego miernika. Z kolei tuż za nimi pysznią się zjawiskowe chromowane „rondle” skrywające transformatory i dławiki, w tym turbo-dławik w pierwszej – najmniejszej puszce. Od zakrystii też nie ma powodów do marudzenia. Patrząc od lewej mamy zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC, terminal uziemienia z dedykowanym przełącznikiem, diody biasu, zasilania, niewielki wyświetlacz i przełącznik pomiędzy trybem triodowym a pentodowym, pokrętło umożliwiające diagnostykę lamp wyjściowych, przełącznik dopasowania stopnia wyjściowego do impedancji kolumn, dedykowane obciążeniu 4 i 8 Ω terminale głośnikowe oraz selektor wyboru wejść liniowych pomiędzy RCA i XLR. I tu od razu uwaga natury użytkowej. Otóż od pewnego czasu Gerhard Hirt w pełni świadomie przenosi przełączniki trybu pracy na plecy swoich urządzeń, gdyż owych nastaw należy dokonywać wyłącznie gdy wzmacniacz jest wyłączony, a część z nieświadomych użytkowników próbowała przełączać je w tzw. locie, co nader często doprowadzało do awarii. Niby wszystko jest jasno i klarownie wyłuszczone w instrukcji, jednak jak pokazuje życie, nie tylko w Polsce poziom czytelnictwa dramatycznie spada, więc i do manuali mało kto zagląda. Tak samo jak warto mieć świadomość, iż z sześciu 150-ek na kanał każda z końcówek jest w stanie oddać 180W w trybie pentodowym i 100W triodowym i choć na papierze powyższa różnica może wydawać się czysto symboliczna, bo któż by takiej mocy potrzebował, to w praktyce …, ale nie uprzedzajmy faktów.

Skoro wspomniałem o solennych zapewnieniach tak producenta, jak i dystrybutora o ponadnormatywnej wydolności austriackich monobloków postanowiliśmy potraktować je na serio a tym samym nie mieliśmy najmniejszych oporów przed połączeniem ich zarówno pod redakcyjne Dynaudio Consequence Ultimate Edition, jak i goszczące u nas ostatnio na testach, nie mniej prądożerne Gaudery Darc 140. Zaczęliśmy od trybu triodowego i finału kosmiczno-astrologicznej trylogii, czyli albumu „Omega” formacji Epica, gdzie iście symfoniczny rozmach wymieszany został z operowymi partiami ognistowłosej Simone Simons i death-metalowym growlem Marka Jansena z adekwatnym – nieodzownymi w takich okolicznościach przyrody środkami artystycznego wyrazu (podwójna stopa, blasty i epickie riffy) i jakby tego było mało twórcom udało się całość okrasić nader częstymi wstawkami chóralnymi. Jednym słowem killer zdolny rozłożyć na łopatki niejedną legendę. Pierwsze takty i … ekhm. To ma być odpowiedź Gerharda na dyżurnego Mephisto, bądź chociażby mojego skromnego, 300W Brystona? Cóż, może dla miłośników barokowego plumkania tego typu estetyka byłaby do przyjęcia, jednak osobiście doskonale wiedząc, czego powinienem po ww. krążku się spodziewać nie byłem w stanie spokojnie przejść do porządku dziennego nad nader bolesnym ograniczeniem dynamiki i skali dźwięku. Dla pewności na playliście wylądowała jeszcze ścieżka dźwiękowa z „Assassin’s Creed Valhalla” i o ile akustyczne instrumentarium ratowało sytuację dając fenomenalny wgląd w nagranie, o całkowicie naturalnej barwie i strukturze dźwięków nawet nie wspominając, to już każdorazowe spiętrzenie, czy pojawienie się subsonicznych pomruków nader boleśnie wskazywało na ograniczenia amplifikacji. No to najwyższa pora na koło ratunkowe, jednak zamiast telefonu do przyjaciela, bądź pytania do publiczności należało obie końcówki wyłączyć, chwile odczekać, zanurkować na zaplecze i uaktywnić tryb DMP. Kolejna chwila na stabilizację i powtórka z rozrywki, czyli Epica a potem soundtrack z „Assassin’s Creed Valhalla” i … wreszcie widać światełko w tunelu. Pojawiła się bowiem dynamika i to nie tylko w skali mikro, ale i makro. Co ciekawe owe spostrzeżenie obejmowały również bardziej zgodny z zapisem nutowym timing, jak i zwinność dźwięku, jej zdolność zapuszczania się w rejony niskich częstotliwości, które do tej pory dla Epsilonów wydawały się nieosiągalne. Dzięki temu wreszcie mogłem spokojnie usiąść i skupić się na dobiegającej moich uszu muzyce a nie zastanawiać się jak cało wyjść z opresji, czyli opisu nie do końca spełniającej moje oczekiwania konfiguracji. W kwestii barwy było dobrze, no bo jak mogłoby być inaczej, skoro w każdym Epsilonie Evo siedziało po sześć moich ulubionych „pisanek”. Miałem zatem nieprzesadzoną soczystość opartą na całkiem satysfakcjonującym egzo-szkielecie konturowości i rozdzielczości pozwalających z powodzeniem czerpać radość zarówno z wglądu w nagranie, jak i „smakowania” faktury poszczególnych instrumentów.
Jak to jednak w życiu bywa apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc skoro „uturbiona” trioda zagrała lepiej od wersji sauté, to czemu nie iść o krok dalej i nie uwolnić pełni drzemiących w austriackich lotniskowcach mocy.
Kolejna przerwa regeneracyjna, kolejna zmiana nastaw i … cytując klasyka „na potęgę posępnego czerepu”, wreszcie wszystko jest na swoim miejscu! Po pierwsze z racji generowanego wolumenu śmiało można było stwierdzić, że Ayony są w stanie zagrać dźwiękiem nie tylko dużym, co szalenie angażującym i zarazem stroniącym od taniego efekciarstwa. Mamy bowiem do czynienia z łatwością odwzorowania wielkiego aparatu wykonawczego, vide „Omega” Epici, czy już stricte klasycznego „Verdi: Il Trovatore” (na początek wystarczą highlighty), jednak bez jednoczesnego rozdmuchiwania źródeł pozornych i grania pod publikę poprzez przybliżanie pierwszego planu. Okazuje się bowiem, że w zupełności wystarcza zachować właściwą rzeczywistości perspektywę jakiej podlegać mają kolejne plany i usytuowani na nich muzycy a wszystko staje się tyleż spójne, co oczywiste.
Po drugie nie da się nie zauważyć, że Ayony w iście mistrzowski sposób operują barwami, choć bynajmniej nawet przez moment nie ukrywają swojej autentycznej fascynacji ich cieplejszym spectrum. Nie ma w nich bowiem za grosz beznamiętnego chłodu, czy laboratoryjnej analityczności, więc bez większych obaw możecie Państwo sięgać po wydania trudne do zakwalifikowania jako audiofilskie, bądź nawet dobre. Szału może nie będzie, ale i krew z uszu pójść nie powinna. Ot zauważalne „wypłaszczenie” i utrata realizmu, ale słuchać się da, czyli różnicowanie materiału źródłowego jest, lecz bez pastwienia się nad jego przypadłościami. Mała rzecz a cieszy, tym bardziej, że niewielu się owa pozornie prosta sztuka udaje. Możemy zatem bez większych obaw wspominając stare czasy włączyć składankę „More Than This – The Best Of Bryan Ferry And Roxy Music” i dotrwać do jej końca, bądź chociażby do „Is Your Love Strong Enough?”, gdzie gościnnie pojawia się David Gilmour, tym bardziej, że im nowsze nagrania będą odtwarzane, tym owa degradacja będzie sukcesywnie ustępować. Koniec końców skończyłem na doskonałej pod każdym względem rodzimej „Adeli” formacji Aleksander Dębicz, Łukasz Kuropaczewski, Jakub Józef Orliński, gdzie delikatność dźwięków szła w parze z ich wirtuozerią a i sama realizacja nie budziła najmniejszych zastrzeżeń.
I po trzecie, pomimo wspominanej już wcześniej świetnej motoryki, trzeba uczciwie powiedzieć, że bas, choć zróżnicowany i przyjemnie pulsujący kreślony jest nieco grubszą, aniżeli mamy na co dzień, kreską a i energia najniższych składowych wraz ze spadkiem Hz gaśnie. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. Dla zwykłego śmiertelnika to i tak będzie petarda a znając życie mało kto do ww. lampy będzie podpinał Gaudery na Accutonach i jednocześnie postanowi zweryfikować jak brzmi w takim zestawieniu podwójna stopa z otwierającego „Avenged Sevenfold” Avenged Sevenfold „Critical Acclaim”. A na Ayonach brzmi ona nieco zbyt „pluszowo” – jest kopnięcie, ale bez półobrotu. Proszę jednak wziąć pod uwagę, iż punktem odniesienia jest „nieco” (znaczy się niemalże trzykrotnie) droższy, tranzystorowy, A-klasowy Gryphon Mephisto i najpierw na spokojnie, znaczy się u siebie, posłuchać Epsilonów by samemu ocenić skalę owego złagodzenia.

Reasumując, Ayon Audio wprowadzając do swojego portfolio końcówki mocy Epsilon Evo Mono nie tylko zwiększył zasięg swojego „rażenia” o obszary dotychczas dla niego niedostępne, lecz również nawiązał równorzędną – pod względem mocy i uniwersalności, walkę z tranzystorową konkurencją. A to, że gra nieco bardziej od jej części miękko … Cóż, ten typ tak ma, tym bardziej, iż śmiem uważać, że nie ma nic gorszego od udającej tranzystor lampy i symulującego lampę tranzystora, tym bardziej, że od pewnego pułapu przestaje się liczyć technologia a li tylko osiągnięty efekt. A ten w przypadku niczego nieudających Epsilon Evo Mono jest wysoce satysfakcjonujący.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– wzmacniacz` zintegrowany Trigon Epilog
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gauder Akustik DARC 140
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Nautilus
Cena: 89 900 PLN

Dane techniczne
• Typ układu: triodowy lub pentodowy / push-pull, klasa A
• Lampy wyjściowe: 6 x KT150
• Lampy sterujące: 2 x 6SJ7, 1 x 12AU7, 1 x 12AX7
• Impedancja obciążenia: 4-8 Ω
• Moc wyjściowa: 1 × 180 W (pentoda), 1 × 100 W (trioda)
• Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 80 kHz
• Impedancja wejściowa (1 kHz): 47 kΩ
• Czułość wejściowa: 900 mV
• Stosunek sygnał/szum (pełna moc): 98 dB
• NFB 0 dB (Zerowe sprzężenie zwrotne)
• Wejścia: RCA + XLR
• Wymiary (S x G x W): 350 × 600 × 250 mm/szt.
• Waga: 44 kg/szt

  1. Soundrebels.com
  2. >

Wzmacniacz zintegrowany Pathos InPoL2 MkII zrodził się z potrzeby zapewnienia większej mocy przy obciążeniu 4 Ω, a co za tym idzie, wyższego prądu spoczynkowego. Aby uzyskać pożądany efekt, inżynierowie Pathosa pracowali m.in. nad udoskonaleniem zasilania wzmacniacza mocy. Dzięki temu dźwięk, muzykalność i przejrzystość pozostają takie same jak w modelu InPoL, ale zwiększyło się bogactwo dźwięku. Tym samym InPoL2 MkII dołącza do kolejnych, już dobrze znanych klejnotów z serii InPoL, po raz kolejny oferując innowacje i jakość.

We wzmacniaczu InPoL2 MkII projektanci ponownie zastosowali liniowe zasilanie (transformator – mostek – kondensatory). Pozostawiając niezmienioną moc na poziomie 45 W przy obciążeniu 8 Ω, urządzenie uzyskuje teraz większą moc przy 4 Ω. Zmiana ta zaowocowała wzrostem prądu spoczynkowego, co z kolei wymusiło zastosowanie większych radiatorów w porównaniu z poprzednikiem. Ponadto dzięki innemu zasilaczowi konstruktorzy mogli zastosować konfigurację dual-mono: dwa transformatory (1/kanał), dwa mostki prostownicze (1/kanał) i cztery kondensatory (2/kanał). Co więcej, specjalnie z myślą o tym modelu wybrano prestiżowe lampy Tung-sol, które znane są ze zwiewnego, dynamicznego i detalicznego dźwięku.

Pathos InPoL2 MkII wyróżnia się możliwością bezpośredniego podłączenia cyfrowych źródeł, dzięki integracji z już znanym układem HiDac Mk2. Po zainstalowaniu tego opcjonalnego modułu aktywowane zostają cyfrowe wejścia, które instalowane są na tylnej ściance.
Wygodę użytkowania wzmacniacza zwiększa możliwość obsługi za pomocą pilota zdalnego sterowania. Udoskonalona wersja MkII dostarczana jest wraz z nowym, 9-przyciskowym pilotem, który pozwala przełączać urządzenie w tryb czuwania.

Wzmacniacz zintegrowany Pathos InPoL2 MkII będzie dostępny w sprzedaży już wkrótce. Poglądowa cena detaliczna urządzenia wyniesie 45 999 zł.

Dane techniczne
• 2 × 50 W przy 8 Ω – czysta klasa A – w pełni zbalansowany – podwójny InPoL
• 4 wejścia liniowe RCA i 2 zbalansowane XLR
• Opcjonalne wejścia cyfrowe S/PDIF i USB typ B (wymagany HiDac MK2)
• Wymiary: 430 × 530 × 195 m, waga 38 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Kiedy w naszym Oposie pojawiły się zjawiskowe monobloki Air Tight ATM-2211 uznaliśmy, że przyda im się odpowiednie towarzystwo, dlatego też w iście ekspresowym tempie udało nam się do japońskiej amplifikacji dokooptować nie mniej klasyczne kolumny Tannoy Kensington GR.

cdn …

  1. Soundrebels.com
  2. >

London, UK, Kwiecień 2021 – Evo marki Cambridge Audio to pięknie prezentujący się system muzyczny all-in-one, który daje Ci dostęp do całej muzyki świata.

Cambridge Audio to brytyjska marka, która od ponad 50 lat jest synonimem innowacyjności w świecie audio, a Evo reprezentuje sobą postępującą w świecie hi-fi ewolucję. To system muzyczny typu all-in-one (wszystko w jednym), który łączy ponadczasowy dizajn, najnowocześniejsze technologie, inteligentne streamowanie muzyki oraz doskonałe brzmienie, a wszystko to mieści się w niewielkiej, świetnie wyglądającej obudowie. Wystarczy że podłączysz do Evo głośniki i od razu będziesz mógł zacząć cieszyć się muzyką.

Minimalistyczny, ponadczasowy dizajn
Zaprojektowana w londyńskim studio Cambridge Audio, minimalistyczna i ponadczasowa estetyka Evo będzie pasować do każdego wnętrza i stylu życia. Główny projektant, Ged Martin, wybrał materiały najwyższej jakości i zastosował najlepsze zasady projektowania przemysłowego, aby stworzyć produkt, który jest mistrzem prostoty i będzie działał bezproblemowo przez wiele lat.

Czerpiąc inspirację z drewnianego wykończenia kultowego P40, pierwszego produktu Cambridge Audio z 1968 roku, Evo wyposażono w piękne panele boczne wykonane z drewna orzechowego, które uzupełniają elegancką, anodowaną na czarno obudowę z aluminium. Evo oferuje również wybór uformowanych czarnych paneli bocznych wykonanych z Richlite, czyli nowego, innowacyjnego materiału wykonanego głównie z papieru pochodzącego z recyklingu. Panele boczne można wymieniać tak, by dobrać je do stylu preferowanego przez danego klienta.

Dopełnieniem eleganckiego dizajnu Evo jest nasze podwójne pokrętło oraz duży, 6,8-calowy wyświetlacz LCD pokazujący okładki odtwarzanych albumów w pełnej gamie kolorystycznej.

Wysokiej klasy brzmienie
Ponad pięć dekad doświadczenia Cambridge Audio w zakresie dźwięku i dizajnu zostało przedestylowane by stworzyć doskonały system muzyczny: Evo.

Zespół utalentowanych inżynierów pracujących w siedzibie firmy w Londynie spędził setki godzin odsłuchując Evo, doszlifowując jego brzmienie do perfekcji. Celem nadrzędnym było brzmienie, które dostarczy użytkownikom wyjątkową przyjemność ze słuchania, niezależnie od indywidualnych preferencji muzycznych.

W konstrukcji Evo zastosowano komponenty wysokiej klasy, a za wzmacnianie sygnału i napędzanie kolumn odpowiada rewolucyjny wzmacniacz w klasie D, Hypex NCore®, który potrafi odtworzyć każdy, najdrobniejszy nawet detal muzyczny, a jednocześnie jest niewielki i zużywa niewiele energii elektrycznej. Dostępne są dwie wersje Evo – Evo 150 dysponujące mocą 150W na kanał oraz Evo 75 potrafiące dostarczyć 75W na kanał.

Wzmacniacz Hypex NCore® został specjalnie wybrany przez inżynierów firmy Cambridge Audio, ponieważ oferuje wiodącą w swojej klasie jakość dźwięku, a do jego wyróżniających się zalet należą: klarowność, rozdzielczość i muzykalność brzmienia. To w dużej mierze dzięki niemu słuchanie Evo jest tak przyjemne.

Zoptymalizowany do streamingu muzyki
Sercem Evo jest potężna platforma StreamMagic firmy Cambridge Audio. Zaprojektowano ją jako najlepiej brzmiącą platformę do transmisji strumieniowej muzyki, która potrafi obsłużyć najnowsze cyfrowe formaty i usługi muzyczne.

Oba modele Evo wyposażono w wysokiej klasy przetworniki cyfrowo-analogowe ESS Sabre, dzięki którym cyfrowa muzyka konwertowana jest do postaci analogowej z zachowaniem detali, dynamiki i precyzji każdego nagrania.

Niezależnie od tego, czy używasz Roona do organizowania swojej biblioteki cyfrowej, czy też przesyłasz strumieniowo utwory w formacie MQA w wysokiej rozdzielczości za pomocą TIDAL Connect – Evo odtworzy wszystko. StreamMagic gwarantuje, że usłyszysz swoją muzykę w najlepszej możliwej w danym przypadku jakości, bez względu na to, skąd ją odtwarzasz i jaka jest jakość materiału źródłowego.

Evo obsługuje szereg serwisów streamingowych i metod przesyłania muzyki, w tym: Qobuz, Tidal Connect, MQA, Roon Ready, Spotify Connect, AirPlay 2, Bluetooth, Chromecast built-in oraz internetowe radio.

Korzystanie z Evo nie mogłoby być prostsze, a to za sprawą aplikacji StreamMagic oferującej wszechstronną kontrolę nad Evo. Dzięki aplikacji masz dostęp do wszystkich ulubionych usług przesyłania strumieniowego za naciśnięciem jednego przycisku. Możesz użyć aplikacji lub dołączonego pilota, aby łatwo przełączać się między wejściami i odtwarzać całą swoją muzykę z każdego podłączonego źródła.

Używając aplikacji StreamMagic wykonasz aktualizację oprogramowania Evo (gdy będzie dostępna) i dodasz nowe funkcje, dzięki czemu Twój system zawsze pozostanie aktualny i wyposażony w najnowsze rozwiązania w zakresie strumieniowego przesyłania muzyki.

Stuart George, Managing Director, Cambridge Audio, powiedział: „My,w Cambridge Audio uważamy, że ewolucja to coś więcej niż tylko poprawa jakości dźwięku, który słyszysz i zwiększanie przyjemności płynącej ze słuchania muzyki. Ewolucja powinna również dotyczyć polepszania wygody użytkowania i użyteczności urządzenia, czy systemu, bez uszczerbku dla klasy jego brzmienia. Ewolucja to wprowadzanie hi-fi w przyszłość, dopasowanie systemów muzycznych do Twojego stylu życia i dbanie, by wyglądały równie dobrze, jak brzmią.”

“Od 50 lat dążyliśmy do stworzenia takiego produktu, jakim jest Evo.”

Bogactwo złączy
Evo wyposażono w szeroką gamę złączy cyfrowych i analogowych dzięki czemu podłączysz do niego dowolne źródło, począwszy od gramofonu czy odtwarzacza CD, aż po telewizor, który z Evo stworzy mini-system kina domowego. Obok wejść cyfrowych: optycznego i koaksjalnego oraz wejść RCA znajdziesz bowiem również wejście TV ARC, dzięki któremu podłączysz do Evo dowolny telewizor za pomocą kabla HDMI.

3.5mm wyjście słuchawkowe umożliwi Ci podpięcie do Evo Twoich ulubionych słuchawek, co z kolei pozwoli Ci słuchać muzyki o dowolnej porze. Kolejna opcja to wykorzystanie wbudowanego Bluetootha z obsługą aptX, który pozwoli Ci podłączyć do Evo np. bezprzewodowy gramofon, czy słuchawki. W ten sposób będziesz mógł korzystać z zalet bezprzewodowego przesyłania muzyki w wysokiej rozdzielczości i cieszenia się swobodą zapewnianą przez brak kabli.

Model Evo 150 wyposażyliśmy dodatkowo w następujące funkcjonalności: wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek typu MM, asynchroniczne wejście audio USB, zbalansowane wejścia XLR oraz dwa zestawy wyjść głośnikowych, umożliwiające podłączenie dwóch par głośników.

Prostota systemu all-in-one
Aby zapewnić najwyższą wygodę w postaci funkcji „plug-and-play” (podłącz i graj), firma Cambridge Audio opracowała parę świetnie brzmiących głośników Evo S, tworzących kompletny system Evo. Istnieje również możliwość dodania dedykowanego transportu Evo CD. Oba te produkty pojawią się nieco później, ale także jeszcze w 2021 roku.

Ceny:
Evo 150 – 11 990 zł
Evo 75 – 9 490 zł

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Ricable Dedalus

Opinia 1

Wydawać by się mogło, że na rynku dedykowanego złotouchym okablowania szanse na wygospodarowanie sobie miejsca przez nowego „gracza” są równie niewielkie, jak trafienie kumulacji w Totka. Niby próbować można, ale lepiej się nie łudzić. Dlatego też u większości odbiorców świadomość istnienia kablowych wytwórców ogranicza się z reguły do kilku, góra kilkunastu „dyżurnych” marek a cała reszta traktowana jest jako swoista egzotyka egzystująca w zagospodarowanych przez siebie niszach. Tymczasem, jak mieliśmy okazję m.in. na przykładzie indonezyjskiej manufaktury Vermöuth Audio, przekonać się, iż czasem warto zejść z wydeptanych duktów i eksplorować interesujące nas obszary na własną rękę, gdyż zamiast płacić za stojącą za znaną „metką” armię speców od PR-u, marketingu i rozbudowaną sieć dystrybucji, etc. można nieporównywalnie mniejsze środki wyasygnować, jeśli nie wyłącznie, to głównie na brzmienie. Mówiąc wprost dostawać więcej za mniej. I tak po prawdzie, mając owe założenia cały czas „z tyłu głowy”, nie odmawiam sobie przyjemności nader spontanicznego surfowania po odmętach Internetu w poszukiwaniu nie do końca oczywistych wyborów, czego efekt mamy przyjemność zaprezentować Państwu w ramach niniejszego odcinka. Skupimy się w nim bowiem na marce, która choć istnieje od 2009 r., to dziwnym zbiegiem okoliczności dopiero od niedawna – zaledwie od lutego, za sprawą konińskiego Instal Audio trafiła do Polski. O kim mowa? O włoskiej manufakturze Ricable, z której to portfolio udało nam się pozyskać na testy pochodzący z drugiej od góry linii Dedalus pełen zestaw okablowania, w skład którego weszły interkonekty XLR, przewody głośnikowe i kabel zasilający.

Zgodnie z ogólnie przyjętą tradycją, jak przy każdym debiutującym na naszych łamach wytwórcy, tak i Ricable zasługują na kilka słów wprowadzenia. W dodatku wprowadzenia rzucającego nieco światła czemu o mającej swoją siedzibę w malowniczej, położonej w Piemoncie miejscowości Oleggio firmie było do tej pory tak cicho. Jak już zdążyłem wspomnieć za datę narodzin Ricable, czyli marki, która swą nazwę zawdzięcza założycielowi – Sergio Modenesi a dokładnie jego synowi (Riccardo), którego pierwsze litery imienia dały początek nowemu przedsięwzięciu, uważa się rok 2009. Niemniej jednak przez pierwsze dwa lata firma skupiała się na przewodach HDMI, by następnie sukcesywnie wprowadzać kolejne modele. Jednak okres, od którego tak naprawdę Włosi mieli szansę pojawić się na naszym radarze rozpoczął się w czerwcu 2014 r., gdy pochwalili się Supreme Speaker, a że ów drobny fakt umknął naszej uwadze, to dopiero teraz czym prędzej bierzemy się za nadrabianie zaległości.
Zarówno od strony wizualnej, jak i konstrukcyjnej Dedalusy zachowują pełną zgodność, czyli z zewnątrz króluje gęsta polietylenowo – nylonowa plecionka utrzymana w ciepłej tonacji antydepresyjnej pomarańczy ze srebrzystą biżuterią w postaci korpusów wtyków i złotem końcówek a wewnątrz firmowo zaplecione żyły z miedzi MARC (Multicore Annealed Ricable Conductor) o czystości 7N 99.99999% i przemyślanym ekranowaniu – podwójnym w przypadku interkonektów i zasilającego oraz pojedynczego w głośnikowcach. Same przewody dostarczane są w eleganckich czarnych pudełkach z nasuniętymi kartonowymi „koszulkami” informującymi o ich zawartości. Zamiast jednak rozpisywać się o ich aparycji wszystkich zainteresowanych odsyłam do sesji unboxingowej, gdzie wszystko zostało drobiazgowo pokazane a z kolei powyższa galeria powinna dać Państwu wyobrażenie jak prezentują się już wyłuskane z opakowań przewody. I tutaj drobna uwaga natury estetyczno – użytkowej, gdyż Dedalusy zarówno na pierwszy rzut oka, jak i na tzw. macanta, czyli podczas kontaktu organoleptycznego, prezentują się drastycznie lepiej aniżeli wskazywałaby na to ich cena. Mówiąc wprost ich wartość postrzegana znacząco przewyższa kwoty, jakie należy za nie wyasygnować przy kasie. Pytanie tylko jak grają …

Wypakowane prosto z pudełek, jeszcze pachnące fabryką Dedalusy nie zachwycały. Lekko matowe i zgaszone brzmienie sprawiało, że przekaz wyraźnie siadł i stracił na atrakcyjności. Niby spodziewałem się, że przesiadka z po wielokroć droższego – mojego dyżurnego okablowania, jakiś regres spowoduje, jednak każdorazowo łudzę się, że tym razem nie będzie on aż tak bolesny. Oczywiście rzeczywistość nader boleśnie owe pobożne życzenia weryfikuje, lecz chyba nikomu nie muszę uświadamiać, że zazwyczaj nadzieja umiera ostatnia. Całe szczęście testy przeprowadzamy bez presji czasu a każdy obiekt naszego zainteresowania może liczyć na bezstresowy okres akomodacyjny. Czemu o tym wspominam? Z oczywistych względów, gdyż wystarczyło dać włoskiemu okablowaniu kilka dni na rozegranie a po powyższych anomaliach nie zostało nawet wspomnienie. Pojawiła się za to swoboda i zaangażowanie, barwy stały się soczyste a wypełniająca kontury tkanka zaczęła pulsować zgodnie z biciem muzycznego serca.
Jednak zamiast bezpiecznych ogólników i gładkich komplementów proponuję przejść do konkretów, czyli przyjrzeć się dzisiejszym bohaterom już nieco dokładniej – bazując na możliwych do weryfikacji przez Państwa we własnych systemach, przykładach płytowych. Na wstępie pozwolę sobie na małą może nie tyle dygresję, a wskazówkę, gdyż podczas ponad dwutygodniowej żonglerki i weryfikacji wpływu włoskich „pomarańczek” na brzmienie mojego systemu dość szybko skonstatowałem, iż ich sygnatura jest na tyle oczywista a zarazem powtarzalna, że z powodzeniem można pisać o nich w formie podmiotu zbiorowego, czyli bez konieczności przysłowiowego dzielenia włosa na czworo. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym w pierwszej kolejności na warsztat nie wziął przewodu zasilającego, czyli „drutu”, który zgodnie z wyznawanymi przez kablosceptyków dogmatami nijakiego wpływu na brzmienie mieć nie powinien, gdyż jest poza bezpośrednią drogą sygnałów audio, a jak jest w praktyce … zdążyliście się Państwo z pewnością nie raz i nie dwa nie tyle na własnej skórze, co uszach przekonać. Żeby było ciekawiej i zarazem już na dzień dobry pozbyć się ewentualnych złudzeń Ricable Dedalus Power wylądował w zadku Brystona 4B³, który na jakąkolwiek limitację reaguje ciężką alergią i anemią, więc mam pewność, że jeśli z nim cokolwiek zagra, to i z innymi urządzeniami nie powinno być problemu. No to szybka roszada, pierwsze takty onirycznego i zaskakująco, jak na Riverside, lirycznego „Love, Fear and the Time Machine” i jest … dobrze. Ba, biorąc pod uwagę cenę ww. kabelka bardzo dobrze, bo nijakiej limitacji nie zaobserwowałem a jedynie coś na kształt firmowej sygnatury nieco faworyzującej energetyczność przełomu średnicy i góry. Powiem szczerze, że czego jak czego, ale takiego wyniku się nie spodziewałem, gdyż zasilający Dedalus bez najmniejszej tremy nie tylko wygodnie umościł się na zapleczu Brystona, lecz nawiązał nader wyrównaną walkę zarówno z Gargantuą II Acoustic Zena, jak i Furutechem FP-3TS762, czyli konkurencją o zdecydowanie bardziej ugruntowanej renomie. Gradacja planów była nienachalna, acz oczywista, ogniskowanie źródeł pozornych podobnie, więc przynajmniej na tym etapie uwagę skierowałem w kierunku realizmu przekazu, który … nawet przez moment nie miał zamiaru ustępować pozostałym aspektom prezentacji. Stając przed takim status quo czym prędzej dokooptowałem resztę dostarczonego przez Instal Audio okablowania i z niekłamanym zadowoleniem w roboczych notatkach odnotowałem fakt, że zamiast intensyfikowania własnej sygnatury wzrost udziału włoskiego pierwiastka utrzymywał poziom energetyczności i wspomnianej średnio-wysokotonowej „górki” na stałym poziomie. Czyli niejako z automatu obawy związane z przekroczeniem krytycznej granicy zawartości „cukru w cukrze” śmiało mogłem uznać za niebyłe i bezzasadne. Jednak dla świętego spokoju, chcąc mieć niejako 100% pewność, że nawet na materiale, gdzie ów podzakres jeńców nie bierze nie dostaniemy zbyt bezpardonowego strzału w ucho, korzystając z faktu znacznego wyludnienia w sąsiadujących z moim mieszkaniach zafundowałem sobie swoisty retrospekcyjny maraton z twórczością uprawiającej melodyjną odmianę prog-metalu australijskiej formacji Teramaze, czyli po kolei poleciały na nieco wyższych aniżeli zazwyczaj poziomach głośności „I Wonder”, „Are We Soldiers” i „Her Halo”, które zachwycając pod względem kompozycyjnym mówiąc najdelikatniej nieco odstają od przynajmniej moich oczekiwań pod względem realizacyjnym. Są bowiem nieco zbyt zwiewne – brakuje im, głównie na średnicy, dociążenia a sytuacji nie ułatwia puszczająca oko w kierunku sterylności sekcja rytmiczna. Tymczasem Dedalusy były w stanie z nawet tak pozornie problematycznego materiału wycisnąć zaskakująco spójny przekaz nader udanie rekompensując braki o których wspomniałem przed chwilą. Owa lekkość dostała odpowiednią dawkę energii, przekaz się wyrównał i zdołał na tyle nabrać muskulatury, że podczas odsłuchów wreszcie przestałem ukradkiem zerkać w kierunku McIntosha MA8900, czy Accuphase’a E-800, które oferując mniej bądź bardziej rozbudowaną equalizację zapewniały może niezgodną z ortodoksyjnymi dogmatami audiofilizmu, ale jakże przydatną możliwość modelowania brzmienia. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć – Dedalusom daleko było od intensywności typowej korekcji, lecz mając świadomość ich natywnych cech byłem w stanie przekuć je na konkretny, w dodatku oczekiwany i w pełni pożądany efekt.
Dlatego też zdając sobie sprawę z całego dobrodziejstwa inwentarza, jakie towarzyszyło „włoskim pomarańczkom” bez większych obaw sięgnąłem po dalece bardziej wymagający a zarazem referencyjnie nagrany i wirtuozersko wykonany repertuar – sygnowany przez Linn Records album „Biber: The Mystery Sonatas” Christiny Day Martinson, Martina Pearlmana i Boston Baroque. Niby to „tylko” barokowa kameralistyka, gdzie próżno szukać spektakularnych spiętrzeń dźwięku, czy nawet potęgi właściwej wielkiemu aparatowi symfonicznemu, jednak w tym wypadku warto zwrócić uwagę na coś zupełnie innego – niekonwencjonalny a przy tym zmienny strój skrzypiec, które zgodnie z zamysłem kompozytora powinny brzmieć nie tylko nieco inaczej aniżeli zazwyczaj, co do każdej sonaty podane zostały dokładne wytyczne co do konkretnego stroju (gorąco polecam odsłuch z dołączoną książeczką, gdzie wszystko, na stronach 9-12 jest wyjaśnione). Podnosiło to i tak nieosiągalną dla większości tak ówczesnych, jak i współczesnych „zwykłych śmiertelników” poprzeczkę wymagań. Jakby tego było mało w „Sonata XI in G major ‘The Resurrection’: Sonata – Hymn ‘Surrexit Christus hodie’ and variations” struny A i D są zamienione miejscami (doskonale widać to na okładce ww. wydawnictwa)– skrzyżowane przed podstawkiem (mostkiem), czyli cieńsza A „ląduje” przed grubszą D kompletnie zmieniając harmonię i wymagając od muzyka zupełnie innego operowania instrumentem. Po co w recenzji li tylko przewodów aż tak rozbudowane didaskalia? Cóż, może dla części odbiorców wystarczy końcowy werdykt, czyli czy warto danym akcesorium zaprzątać sobie głowę, czy lepiej dać sobie z nim spokój, jednak pomimo wieloletniego parania się audiofilskim bajkopisarstwem cały czas udaje mi się zachować niemalże dziecięcą ciekawość w wynajdywaniu w nawet pozornie ogranym do znudzenia repertuarze smaczków i ciekawostek, które do tej pory mi umykały, bądź nie były oczywiste, bądź gdzieś ukryte, a niejako przy okazji recenzowania udało mi się je wyłowić i do nich dotrzeć. Warto bowiem mieć świadomość atawistycznego lenistwa właściwego naszemu umysłowi, który w przypadku powtarzalnych – pozbawionych zmiennych, czynności idzie na łatwiznę i zamiast każdorazowo analizować docierające do niego bodźce woli odtwarzać je z „playbacku”. Całe szczęście recenzenckie roszady takowe bodźce zapewniają, tym bardziej, iż chcąc wychwycić wprowadzane przez nowe urządzenia / akcesoria zmiany wykazujemy się wzmożoną czujnością nawet przez moment nie pozwalając na ww. „granie z pamięci”. A z udziałem Dedalusów owe odsłuchy upłynęły z nieustającym zaangażowaniem, gdyż zamiast bezpiecznej gładkości i słodyczy wyraźnie było słychać natywną chropawość strunowego instrumentarium a że góra nie osiągała aż takiego wyrafinowania i rozdzielczości, co znacznie droższe Vermöuthy Reference raczej nikogo nie powinno dziwić a co najwyżej … cieszyć. Cieszyć? Oczywiście. Bowiem na pułapach cenowych, na jakich operują Dedalusy zbytnia spontaniczność w górze pasma w 99,9% przypadków kończy się ciężką migreną odbiorcy, gdyż ilość i intensywność reprodukowanych dźwięków niekoniecznie idzie w parze z ich jakością a włoskim przewodom udało się zachować w tej materii wysoce satysfakcjonującą równowagę. I to de facto najlepiej świadczy o ich uniwersalności.

W ramach krótkiego podsumowania z niekłamaną radością muszę przyznać, iż kontakt z tytułowymi Dedalusami Ricable spowodował dość drastyczne przewartościowanie moich osobistych rankingów dotyczących kwestii od jakich kwot można spodziewać się określonych walorów brzmieniowych. Nie ma się co oszukiwać – poza nielicznymi wyjątkami sięgając po stricte budżetowe okablowanie nabywcy zmuszeni sąstosować w praktyce metodykę leczenia dżumy cholerą, czyli kompensować wady elektroniki wadami okablowania. Tymczasem Dedalusy dość zaskakująco implementują walory brzmieniowe zarezerwowane zdecydowanie droższej konkurencji na zupełnie bezboleśnie osiągalną półkę cenową oferując brzmienie dynamiczne i dojrzałe a zarazem nieco tonizujące ewentualne niedoskonałości tak reprodukowanego materiału, jak i samej, spiętej nimi elektroniki. Wnioski z tego stanu rzeczy możecie Państwo z łatwością wyciągnąć sami – kierując się własnym słuchem i głosując własnym portfelem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Pewnego rodzaju aksjomatem jest twierdzenie, że im coś jest droższe, tym powinno odznaczać się posiadaniem znacznego udziału pierwiastka tak zwanej jakości. To oczywiście ma zastosowanie jedynie w momencie omijania szerokim łukiem obecnych na światowych rynkach tak zwanych „okazji”, czyli kukułczych jaj – produktów tylko udających lepsze. Jednak abstrahując od konkretnego osądu lepsze / gorsze, bardzo istotnym zagadnieniem jest pojęcie „dobrego”. Po co zatem w dobie wyścigu zbrojeń praktycznie każdego producenta na posiadanie czegoś „naj” w swojej ofercie, przywołuję tak prozaiczną, nie wzbudzającą nadmiernych zachwytów zrównoważoną emocjonalnie ocenę? Z prostego powodu. Otóż powyższe kryterium, dla przykładu w odniesieniu do naszego podwórka, można zastosować w sytuacji wpisywania się czegoś w dany zestaw audio, w momencie oceny czegoś w wartościach bezwzględnych, tudzież nawiązując do naszego dzisiejszego spotkania, coś może być dobre w danym segmencie cenowym. I właśnie ta ostatnia zależność będzie myślą przewodnią dzisiejszego mitingu, gdyż mam zamiar udowodnić Wam, iż będące punktem zapalnym tego tekstu okablowanie systemów audio włoskiej marki Ricable Dedalus w specyfikacji XLR, POWER i SPEAKER w swojej grupie cenowej są co najmniej dobre, a pokusiłbym się nawet o opinię bardzo dobre. Zainteresowani, co są w stanie zaprezentować osiągalne nawet dla zwykłego Kowalskiego, wizytujące nasze progi za sprawą konińskiego dystrybutora Instal Audio, włoskie druty? Jeśli tak, mniemam iż wiecie, co dalej robić.

Kreśląc kilka zdań o budowie naszych bohaterów, najistotniejszą informacją jest bliźniacza budowa serii w kwestii geometrii splotu żył przewodnika, samego materiału jako nośnik sygnału i ekranowania. Jedyną różnicą jest ilość warstw ekranujących, skutkiem czego jest jej podwojenie w sygnałówce i sieciówce w stosunku do pojedynczego ekranu w kablu głośnikowym. Jeśli chodzi o użytą w roli przewodnika miedź, mamy do czynienia z jej autorską odmianą miedzi „MARC” (Multicore Annealed Ricable Conductor) na bazie surowca o specyfikacji 7N, która w opinii producenta jest znacznie lepszą opcją od „cywilnej” beztlenowej wersji OFC. Jeśli chodzi o temat ekranowania, ten zrealizowano przy zastosowaniu systemu mieszanego, w skład którego wchodzi miedź, aluminium i mylar. Oczywiście wieńcząc dzieło zabezpieczania kabli przez szkodliwymi sygnałami zewnętrznymi posłużono się jaskrawo-pomarańczową izolacją z polimeru. Na koniec tego akapitu pozostały do przybliżenia kwestie zastosowanych wtyków. Przewód sieciowy wykorzystuje ciężkie aluminiowe korpusy wtyków i pokrywane 24 karatowym złotem miedziane styki, XLR-y zakonfekcjonowano złoconymi Neutrikami a głośnikowce posiłkują się terminalami ze stopu miedzi i telluru w wykończeniu 24 karatowym złotem. Na koniec rzeczone kabelki spakowano w przyjemne dla oka i zapewniające bezpieczeństwo podczas logistyki kartonowe pudełka.

Naturalną koleją rzeczy mimo planów przetestowania całego dostarczonego zestawu, procesowi zmian przyglądałem się progresywnie, czyli po wpięciu każdego z kabli robiłem sobie krótką sesję odsłuchową w celu wyłapania potencjalnych zmian. Jaki to cel?? Otóż częstym zjawiskiem jest całkowicie inne działanie okablowania tej samej serii w zależności od obsługiwanego sygnału w systemie audio. Tymczasem ku mojemu zaskoczeniu każdy przewód ze swoim sznytem brzmieniowym szedł tą samą drogą. Jaką? Ciekawą. A biorąc pod uwagę żądaną za nie kwotę, bardzo dobrą, bo odpowiednio zrównoważoną. Co to oznacza? W moim zestawie Włosi zastępowali kable ponad dziesięciokrotnie droższe, a mimo to muzyka nadal sprawiała mi wiele przyjemności. Bez szukania poklasku w wyczynowości żadnego z wycinka pasma akustycznego, konsekwentnie epatowała fajną barwą, dobrym nasyceniem i energią basu, co ciekawe, mimo że lekko doświetloną, to nadal daleką od krzykliwości średnicą i będącymi uzupełnieniem całości przedsięwzięcia sonicznego z jednej strony lekko stonowanymi, a z drugiej pokazującymi każdy niuans muzyki wysokimi tonami. Dostałem coś na kształt mojego wzorca brzmienia systemu, z lekkim pobudzeniem wyższego zakresu środka pasma. Owszem, nie należy się spodziewać idealnego oddania rozdzielczości, witalności i precyzji rysowania dźwięku tak jak prezentują moje kable, ale zapewniam, poziom jego jakości za tak – zaznaczam, że z mojej perspektywy – nieduże pieniądze był świetny. Rzekłbym nawet, że konia z rzędem temu, kto za ca. 2 tysiące złotych za pojedynczy kabelek znajdzie tak dbającego o pozostanie w strefie muzykalności, z bonusem lekkiego otwarcia centrum pasma, konkurenta. A co najciekawsze, każda z trzech konstrukcji mogąc pochwalić się tym samym sznytem grania w pełnym secie nie przekroczyła poziomu dobrego smaku. W imię dobrego wyniku końcowego każdy z nich wnosił do dźwięku tylko cząstkę tego, co sam potrafił. W innym wypadku doszłoby do spektakularnej porażki, czego potomkom Starożytnego Rzymu udało się uniknąć.
Przekładając powyższy wywód na konkretną muzykę, jednoznacznie stwierdzam, iż praktycznie każdy jej rodzaj czerpał z zastanej sytuacji coś ciekawego. Czy to twórczość barokowa z jej głównym zadaniem wywoływania emocji zawieszonymi w często bezkresnym eterze wielkich kubatur kościelnych wydarzeniami instrumentalno-wokalnymi, mimo wspomnianego uspokojenia witalności przekazu, dzięki otwarciu wyższej średnicy potrafiła z jednej strony świetnie oddać najdrobniejszy akcent dźwiękowy danej płyty, a przy tym nie popaść w nadinterpretację lub szkodliwą krzykliwość tego wycinka pasma. Wokal mimo doświetlenia jego wyższych partii nadal był płynny i gładki, ale dzięki właśnie temu ożywieniu świetnie słychać było ważną dla odbioru całości pracę wszechobecnego echa. W innych nurtach było podobnie. Choćby mocne uderzenia zespołów Metallica, Black Sabath, czy Iron Maiden, za każdym razem otwartość środka w połączeniu z ogólną plastyką i masą w dolnych partiach dźwięku, lekko wyeksponowaną informacyjnością znakomicie wspierała popisy praktycznie każdego instrumentalisty. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie wskazał wygranych postaci w tej sytuacji, jakimi zazwyczaj okazywali się ulubieni przeze mnie gitarzyści. Mocne riffy wspierane dodatkowym światłem świetnie nadawały ton przecież w założeniu agresywnej muzyce. Co prawda określiłbym to jako lekkie zaskoczenie, ale w mojej opinii oferta brzmieniowa opiniowanych kabli była typowa wodą na młyn tej twórczości. Wodą oprócz wspomnianych aspektów umiejętnie zachowującą dobre rozmiary szerokości i głębokości generowanych w moim pokoju wirtualnych spotkań z artystami. A jak sytuacja wyglądała z pozostałymi zapisami nutowymi? W bardzo podobnym stylu z drobnymi różnicami w zależności nacisku danego repertuaru na konkretne akcenty brzmienia. Dlatego też z uwagi na zbliżony odbiór nie będę sztucznie rozwadniał tekstu, tylko przechodząc do skreślenia puenty naszego spotkania, zachęcę potencjalnych zainteresowanych do osobistych prób.

Mam nadzieję, że zrozumieliście moje intencje. Jeśli nie, powtórzę w skrócie, iż dostarczony do testu zestaw okablowania mimo dość wyrazistego pokazania centrum pasma nie wpadał w panikę i nie zaczynał nieprzyjemnie krzyczeć. Podawał muzykę z większą iskrą i świeżością średnicy, jednak dzięki masie dolnego zakresu jakby ukulturalnieniu wysokich tonów sytuacja nabiera fajnego, bo dość lotnego, ale bez wycieczek do przerysowań wyrazu. Komu dedykowałbym tytułowych bohaterów? Dosłownie każdemu, kto ze swoim zestawem nie ociera się o zbytnią nadpobudliwość, z lubiącymi gęstsze klimaty włącznie. Powód? Włoskie okablowanie swoje trzy grosze fajnie dozowało, a nie siłowo forsowało, co sprawia, że nawet jeśli coś zagra w innej niż macie na co dzień estetyce, nadal będzie to ciekawe. Inne, ale ciekawe, czyli nawiązując do tematu ze wstępniaka, w danym segmencie cenowym dobre. A jeśli tak, to trudno o lepszą rekomendację do prób we własnym systemie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– wzmacniacz` zintegrowany Trigon Epilog
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Instal Audio
Ceny
Ricable Dedalus XLR: 1 759 PLN / 2 x 0,5m; 1 849 PLN / 2 x 1m; 2 059 PLN / 2 x 2m; 2 179 PLN / 2 x 3m
Ricable Dedalus Speaker: 2 229 PLN / 2 x 2m; 2 539 PLN / 2 x 3m; 2 869 PLN / 2 x 4m; 3 279 PLN / 2 x 5m
Ricable Dedalus Power: 2 029 PLN / 1,5m; 2 269 PLN / 2,5m; 2 539 PLN / 3,5m

Dane techniczne
Ricable Dedalus XLR
Pojemność: 27 pF/m
Rezystancja: 50 Ω/km
Średnica zewnętrzna: Ø 10 mm
Conductors Section: 2 x 0.55 mm² + Ground
Konstrukcja przewodników: Skręcone między sobą z izolacją
Średnica żył: 0.08 mm
Materiał przewodnika: miedź MARC o czystości 7N 99.99999%
Geometria: Zbalansowana
Izolacja dielektryczna: polimerowa
Ekranowanie wewnętrzne: Mylar i Aluminium
Ekranowanie zewnętrzne: plecionka z miedzi OFC
Ochrona zewnętrzna: Gęsta plecionka polietylenowo – nylonowa
Styki: Spawane ręcznie specjalnym stopem eutektycznym Sn/Ag/Cu
Wtyki: miedziane, złocone Neutrik

Ricable Dedalus Speaker
Pojemność: 50 pF/m
Rezystancja: 3.4 Ω/km
Obsługiwane waty RMS: Maks 650 W RMS
Średnica zewnętrzna: Ø 16 mm
Przekrój przewodnika: 6.4 mm²
Konstrukcja przewodników: 750 przewodów na przewodnik
Średnica żył: 0,10 mm
Materiał przewodnika: miedź MARC o czystości 7N 99.99999%
Geometria: Skręcone przewody
Izolacja dielektryczna: R-TEC Technopolimer
Ekranowanie zewnętrzne: Oplot miedziany MARC 7N dodatkowo cynowany
Ochrona zewnętrzna: Gęsta polietylenowo – nylonowa plecionka
Materiał wtyków: Stop miedzi i telluru
Wtyki: Pozłacane 24-karatowym złotem
Cechy wtyków które zapewniają wysoką wydajność: Profesjonalny banan BFA z wtyczką wzmacniającą, korpus ze stopu miedzi i telluru pozłacany 24-karatowym złotem, specjalną techniką elektrolizy złota / miedzi, powłoka magnetyczna
Cechy szczególne: RNR – System redukcji szumów na bazie germanu

Ricable Dedalus Power
Pojemność: 120 pF/m
Rezystancja: 3.4 Ω/km
Maksymalne dopuszczone natężenie prądu: 65 A
Średnica zewnętrzna: Ø 18 mm
Przekrój przewodnika: 6.4 mm²
Konstrukcja przewodników: Skręcone między sobą z izolacją
Średnica żył: 0,10 mm
Materiał przewodnika: MARC Czysta Miedź 7N 99.99999%
Geometria: Skręcone maszynowo
Izolacja dielektryczna: Technopolimer R-TEC (Ricable Technology Construction)
Ekranowanie wewnętrzne: Mylar + Aluminium
Ekranowanie zewnętrzne: Oplot miedziany OFC o dużym pokryciu
Ochrona zewnętrzna: Osłona o wysokiej zwartości polietylenu / nylonu
Materiał wtyków: Czysta miedź OFC
Wtyki: Pozłacane 24-karatowym złotem
Cechy wtyków które zapewniają wysoką wydajność: Wbudowany blok ferrytowy, korpus monoblokowy z miedzi OFC pozłacanej 24-Karatowym złotem specjalną techniką elektrolizy złota / miedzi, Ekran magnetyczny, wtyczka IEC 10A, wtyczka Schuko 16A

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Święta, święta i po … znaczy się unboxing angielskiego zestawu 2+1, czyli dwóch monofonicznych końcówek mocy Exposure 5010 PWR Mono i dedykowanego im przedwzmacniacza liniowego Exposure 5010 Preamp.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Furutech LAN-8 NCF

In this episode I would like to tackle two stereotypes – the first one, according to which an Ethernet cable, or patch cord, does not influence sound, and second, based on a common belief, that Poland is a mighty cable manufacturer, so the rest of the world just did forgo cabling. While the first one I will tackle in a moment, the second one seems very easy to explain. There was a lot of noise around the Valhalla 2 from Nordost lately, but for as far as I know, not only nobody from the loudest commenters, to whom nothing ever sounds, because they read that there are only zeros and ones everywhere, but even none of the reviewers could put their hands on it yet. Limiting ourselves only to the items tested by Soundrebels, from the area seemingly reserved for IT guys, we were able to test the Fidata HFLC cables, during the review of the Silent Angel Bonn N8 switch the Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Cardas Audio Clear Networ and on solo performance almost the full offering of the Polish company Audiomica Laboratory, starting with the top Anort Consequence through the Artoc Ultra Reference and the Arago Excellence and finished with another Polish product, also of reference caliber, the JCAT Reference LAN Cable GOLD. It looks like we have a kind of a draw in the match between Poland and the rest of the world, but the cables from Gorlice always had their dedicated texts, so de facto they move the win to their side. Taking the above into account, and deeply believing that we need balance to achieve happiness, when we had the opportunity and the Katowice based RCM allowed us to, we got our hands on another cable from a brand, that is frequently featured in our portal – Furutech Lan-8 NCF.

Already the first glance makes us believe, that our todays’ guest has no chance in remaining unnoticed. It is just nicely looking, so much so, that it steals your attention and steals the show more modest competition. At that it is not exaggeratingly fat or boasted. I even noticed, somewhat surprised, that it is the thinner Ethernet cable I dealt with lately. Its diameter does not differ much from the usual “civilian” brethren, being sold in kilometers lengths at any electronics shops. This makes it very flexible and easy to place anywhere it has to go, however due to its purple color you are tempted to put is more in sight than usual. Anyway it catches the eye and cannot be mistaken for any competitive product. It comes packaged in an esthetic, but far from byzantine splendor, cardboard box with a realistic print revealing its contents. No protective foams, cutouts or any other things protecting it from the perils of transportation besides a Velcro strip, that prevents it from unrolling.
The RJ45 (8P8C) plugs use non-magnetic copper connectors and carcass, plated with 24K gold, while the external shell is made from NCF, known from various Boosters. The cable itself fulfils the requirements for category 8, is conform with 40 Gigabit Ethernet and allows for transmission of 2000MHz signals. Digging a bit into the details of their setup, this is a typical twisted pair cable with four twisted pairs. But this is Furutech, so the silver coated copper conductors are Alpha processed. Also the whole is triple shielded – two shields from aluminum foil and third one from braided copper, onto which a layer of elastic PVC is placed. The whole is covered with a nicely looking black-purple sheath from Nylon braid, which is also nice to touch.

And the most important thing – the sound. Yes, yes, I perfectly know how TCP/IP works, but I also know, that the fact that something, at least for now, for the level of our current knowledge and technology, we cannot define or measure, does not mean, there is nothing there. Do you remember what was jitter? Also there should only be zeros and ones, so there should be no differences. And? Currently only the biggest “titans of intellect” still claim that all transports sound the same. So I dare to claim that with the transmission of data through a patch cord it is the same thing. So the question about the appearance of a “new” Ed Meitner is not “if” he will appear, but “when”.
Moving on to the point, as a point of reference I have taken the cables used most often by me, the Anort Consequence and Artoc Ultra Reference Reference working between the switch Silent Angel Bonn N8 and Lumin U1 Mini, and the mentioned switch and the I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB working as a NAS. Of course I allowed the Japanese product more than a week to fade into my system as I received it factory new – completely wrapped in foil. Only when I assumed it is enough of the burn-in, I started critical listening. And please believe me, the observed changes did not have a cosmetic, delicate effect, or oscillating on the verge of perception and auto suggestion. They were adequate to juggling with other cables in my system, being it signal, regardless of domain, loudspeaker or power.
So what did change? First of all the approach, the narration of timing, volume of the presented sounds and generally speaking their saturation. The Furutech Lan-8 NCF maybe does not have the mass and saturation like the Polish Audiomica, but it makes for it with resolution and speed of sound. It is like an audiophile version of a GTR, which, due to the above average power to mass ration, is able to come around many, much more renowned legend. This does not mean overly nervousness and search for emotion, or adrenalin where there is none, which can be tiring in the long run, but the ability of beginning and finishing the sounds immediately. So we get a very lively sound, when this is demanded by the repertoire, like “For Those that Wish to Exist” by Architects when things get very quick and aggressive, and when it is needed to get in full concentration and the so called playing with silence, like on the “Tomba Sonora” by Stemmeklang/Kristin Bolstad, the change of narration is 100% and immediate. From the mad metalcore gallopades and brain piercing riffs, the purple cable moved seamlessly to an aesthetic of darkness, concentration and the mentioned silence. Total silence, devoted from any harmful artifacts, digital „frying”, or subcutaneous nervousness and the only thing that could be felt, is the fact of moisture condensing on the walls of the catacombs.
To be sure, to verify if the “vivacity” offered by the Lan-8 NCF will not be too absorbing, I served myself three quarters of Roberta Mameli, who sings at very high notes, from the phenomenal disc “’Round M: Monteverdi Meets Jazz”. If it would not be enough, besides the pearly soprano we have here an accompanying harpsichord, and this is not an easy instrument to record or reproduce, usually sounding as if someone would be kicking off a sack with silver cutlery down the stairs. Already the opening, “Lamento della nimfa” should be a shot in the ear … and it is. But when we stop whining and searching for any sweetness were there absolutely is none, we come to the conclusion, that that this duo should sound so intensive in the high registers and things should be fine. Especially until the moment, when a saxophone enters, and its timbre and mass are very conform with reality, so there is absolutely no thinning or moving the tonal balance upwards. And that the Furutech does not want to enchant at all costs, well … if the listeners would take the motto of the manufacturer into account – “Pure transmission” – then they would not have complaints.

So if you are searching for an Ethernet cable with a variety of available lengths, acceptable pricing and true sound, then the tested one should be to your liking. It is affordable, looks splendidly (what translate into an above average WAF) and it fares well enough to not find any arguments for disconnecting it from your system.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence
– Table: Rogoz Audio 4SM
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Polish distributor: RCM
Manufacturer: Furutech
Prices: 580 PLN / 0,6m; 680 PLN / 1,2m; 780 PLN / 1,8m; 890 PLN / 2,5m; 1080 PLN / 3,6m

Specifications
Main conductor: 24 AWG Silver plated α (Alpha) OCC conductor
Insulation: Special Foamed PE OD.: 1.35±0.05mm, 4 Twisted Pairs
Blue/White; Orange/White; Green/White; Brown/White
Shield 1: AL foil Conductive layer to the outside
Shield 2: AL foil Double-sided conductive
Shield 3: α (Alpha) Pure copper wire (16/10/0.10) braiding layer
Jacket: UL/CL3 approved flammability grade; RoHS Compliant Flexible PVC (Black)
Sleeve: High quality nylon yarn braided (Purple/Black)
Production Lengths: 0.6M/1.2M/1.8M/2.5M/3.6M/5M and 7.5M/10M by request.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

Since we started with the review of the accessories ISSB-40 and CIS-35 from the Polish manufacture Graphite Audio, which awakened unhealthy emotions, especially amongst people, who are absolutely not the target of such items, we can as well continue the exploration of the portfolio of the Bydgoszcz based company, and tackle a product having much more competition on the market than the previous ones. What am I talking about? About anti-vibration support, or more precisely anti-vibration cones IC-35 Isolation Cones, which we can apply wherever we want. Am I exaggerating now? Absolutely not, because when you surf the Internet, even casually, you can easily find similar accessories branded by Finite Elemente, Music Tools, Stillpoints, etc., positioned below a vast variety of devices. Additionally, now slightly revealing next part of our strictly subjective reflections, we also placed many different devices on them like sound sources and amplifiers, also even positioning of the cones had different effects on the final sound of our systems. So if you are interested what Szymon Rutkowski created this time, I can only invite you to read on.

In terms of external looks, the IC-35 are par with their brethren in terms of packaging, as well as the looks, coming from the material used for their construction. We have here an elegant, black cardboard box, with a foam inlay cut to shape, housing three not so big cones. Those are really small in fact, as compared to the CD-35 Finite Elemente Cerabase Compact feet I use on daily basis, or the similar in shape Nordost Sort Kone BC , the Polish accessories seem to vanish from sight. Ash gray cones, 3cm high with 3.5cm base made from proprietary graphite and, using company terminology “refined and revolutionary polymer with unique anti-vibration and damping capabilities”, composite. Are you satisfied with this description? For me such general statements are enough, as it does not really matter if the manufacturer claims using the Tunguska meteorite, Madagaskar pumice or atomic clock controlled magnetic field; the thing that counts, is the influence of the tested contraption on my system. So let us not prolong the chit-chat and just test how those small things will fare under battlefield conditions, applied in the system.

Freshly remembering how the ISSB-40 and CIS-35 performed, with some satisfaction, I would like to inform you, that the general characteristic of changes introduced by the IC-35 is fully aligned with my previous observations, with one small “but”, but about that in just a moment. Here I will allow myself a certain comparative digression with the previously mentioned Nordost Sort Kone, as the American competition does have a fixed orientation, it should be placed with the sharp tip facing upwards, users of the Polish cones have much more freedom of application – they can experiment based on their expectations and requirements, using their hearing as guide how to place them – facing up or down. And in anticipation of questions I will immediately alleviate any concerns and tell you, that the orientation of the IC-35 is clearly audible.
And I will start with that item, as the intensity of the changes introduced by the Graphite positioned as the American ones was, at least in my system, was at the same surprising as it was questionable. The 35 applied under the quite neutral in nature Bryston 4B³ moved the sound esthetics in the direction of almost dissecting room kind of analytical and antiseptic sound, so that I started to wonder, if in my testing rage I did not make any random change to my system, which never showed that kind of tendencies. Are the tubes in the Ayon CD-35 dying, and this is now their swan song? I allowed me some time to cool down, verify all connections, settings and listening. Warned by the signaled changes I reach out for sweet and dark vocals like Queen Latifah (“Trav’lin Light”) or Gregory Porter (“Dinner Party”). And let me put like this – I know individuals, who would be delighted with such turn of events, as the precision and care with which all sounds were split into atoms were shocking. But I personally prefer to enjoy listening to music, and not take on the uniform of a “sound analyst”, and the latter was imposed on me by the Graphite. But as I mentioned, there are people around, who like that kind of specialty. But I also mentioned about full compatibility with the previously tested brethren, and as you probably noted, I did not mention such things before. Coincidence? Absolutely not, it is just a result of positioning. It was enough to place the 35 top down to achieve this coherence. Of course such application requires a bit more attention, many times including help from other household members, although after some shuffling around I achieved enough experience to be able to reposition the 35 by my own and “on the fly”.
But let us return to the merits. The rotation of the cones firstly returned the status-quo from before the application and then started to improve resolution, timing and micro-dynamics (leaving the macro one on its own, as the 300W Canadian amp can handle that on its own). It was a kind rehash – listening to the mentioned two albums unequivocally confirmed the analytical aspects of the tested accessories are there no more. This meant that both Queen Latifah and Gregory Porter did not underline and celebrate the sibilants anymore like our own Anna Maria Jopek does typically, the accompanying instruments also returned from the robots occupying the machine park to true musicians, flesh and blood – and all this resulted in music finally flowing from my speakers, instead of just sounds. And the flow was swift. Even better, in the first phase of accommodation even the rustling Carla Bruni on “Quelcu’un m’a dit” seemed more fleshy. Of course compared to the starting point, without the accessories, you could not overlook the improvement of resolution, and I underline that – resolution – not analytics as it was before. For casual readers and on paper this differentiation might be just nominal, but please take my word for it, or better listen for yourself, that resolution and being analytical are two completely different things, like for example Blanton’s Straight From The Barrel 64.6% and … and I will surprise the readers who have a soft spot for Islay distillates, the equally hardcore peat-camphor-iodine French Yeun Elez 46%. Both require “experience” and knowledge, but you cannot substitute one for another.
When someone is wondering, if the Graphite will not bare the shortcomings of various recordings too much, I will use an example, which should alleviate all doubts. This example is a combination of thrash metal and metalcore, “Carnivore” by Body Count with the phenomenal cover, and tribute at the same time, for the late Lemmy “Ace of Spades”. You can also listen closely to “Another Level” or “The Hate Is Real”, which was clearly inspired by Slayer’s riffs, where we are seemingly in front of a wall of sound and should not be able to see beyond it. Well, if you are thinking like that, then please try out the IC-35 and you will realize, this is not fully true. Using the Graphite is like looking closer at the cover for that album. It was authored by our compatriot Zbigniew Bielak, who also has covers in his portfolio for groups like Decide, Ghost, Solstafir, Watain, Mayhem, Vader or Paradise Lost. There is a “gangster” on the cover, but instead of being just drawn, his likeness is composed from houses, streets and people. It is the same case with the musical structure – without the tested cones we see only the general shape, while with them, we discern the structure, the smallest components, which are drawn with a very steady hand. I can only add that it is really worth to closely look at this structure, because Will Putney, the sound engineer responsible for the recording, created a true masterpiece, what really does not often happen in heavier climates. The low part of the sound spectrum and lower midrange become more dense – better defined, but at the same time as far from drying out as possible, so you should not expect the percussion parts to sound like walking on dry leaves. Absolutely not. We will still have a complete package of information regarding their size and mass, only the “fat tissue” is transformed into a beautiful cross-fit body shape.

In short, in proper position, or orientation if you want, the Graphite Audio IC-35 do not work as a magnifying glass, they do not re-scale perspective and do not place things in the first plane that should not be there. They also do not tinker with timbre or tonal balance. But they make us hear more and better, so they could easily be compared to a treatment, that would bring us back our young vision and hearing, so returning us to the time, when music brought us most joy. Frankly speaking I am trying to keep this state of joy at highest level all the time, and the presence of the IC-35 just helped me to achieve it. And really finally – besides amplification – I recommend to test the 35 out also with sound sources, especially that the effects of such experiments showed, that at least with tube Ayon players and subjectively, assessed with my ears, showed quite clearly, that you can squeeze a lot more out of them, than with the company feet, or the Ceramic Disc Classic https://soundrebels.com/ceramic-disc-classic/ Franc Audio Accessories used for the limited version of the 35 player.
Now the answer to the question if it is worth to invest a sum being an equivalent of one Furutech power plug in them would be up to you. However completely privately, as we consistently and with good reason, do not value the tested products with any stars, percentages or prints, I feel obliged to write the conclusion in plain English. After placing the tested Graphite Audio IC-35 set under my Bryston 4B³ I could not find any, and I underline, any argument to remove them from there, besides testing in other places in my system. Not even mentioning returning them back to the manufacturer. This is why they are staying there with me.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– DAC: Gryphon Audio Kalliope
– Network player: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Table: Rogoz Audio 4SM
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

What interesting can be said about the currently tested brand Graphite Audio? In my case I have three things that jump to mind. Firstly it is a Polish brand. Secondly, compared to often exaggeratingly worked out constructions, which often achieve mediocre results in combatting vibration, their offerings are absolutely minimalistic. And thirdly, the offered products, based on the previous test of the cable supports and loudspeaker spike supports, I can describe only as brilliantly performing their task. Do you think I am praising them too much? Absolutely not, because while I currently am in progress of changing my system in terms of electronics, and based on what I have I am not doing too many nonchalant moves in terms of combatting vibration, but Marcin does not want to return one of the products to the manufacturer. Are you surprised? I am not. Why? You were able to read already the written proof of how they work before. But when you say “A” then probably you need also to say “B”, what means, that in this review I will try to showcase you what the Graphite Audio IC-35 anti-vibration cones, sent to us by the manufacturer himself, can do.

Unfortunately, as it is usual with such kind of ideas for business, and with most manufacturers, also in case of this brand too, any details of the product composition or know-how are the most protected secret. The reason for that is prosaic and boils down to protect the products from being counterfeited. Hence the only thing we know about the tested Graphite Audio cones is, that graphite is used for their construction. But nobody would tell us in what proportions. But anyway, we will have a closer look at small cones you need to place under the electronics. But the word “small” does not mean the way they fulfill our needs by all means, as the 35mm in diameter and 30mm high arrowheads, when used in a set of three, can carry a load of up to 50kg. You must confess, that such a result increases their universality greatly. This is probably one of the reasons, that they are sold in sets of three pieces in graphite colored, cardboard boxes with foam inserts.

As you can see on the photographs, my effort to assess the influence of the cones in my system I based on placing them below my very sensitive CD transport. Of course their influence is audible under every device, but you probably will agree with me, that when talking about my drive, which reads the information stored on the silver disc using rubber belts for spinning the disc with a puck weighing about half a kilogram and another one moving the laser assembly, we are talking about the most sensitive device possible. So taking all this into account, all my conclusions are based on the Japanese-Polish marriage of the CD transport and the cones. So what came from that marriage?
I must admit, that I was surprised. The reason for that was the repeating of the situation with the cable and loudspeaker supports. The sound evolved in the direction of more coherence, but its mass did not suffer at all with that, and lower mass is a very common, and always unwanted, side effect of similar attempts. In this case, the initial slight washing out of the line drawing the virtual sources, what caused their contents not being fully defined, was converted into a clear image with a certain bonus of converting those artifacts into additional energy of the sound, and not its thinning, what would cause some alienation. Of course this did immediately increase the transparency of the sound, and I would like to immediately put you at rest here, due to the very low amount of distortion coming from my sound source, this absolutely did not translate into any over exaggeration of the treble, but rather into additional shine on the upper midrange, what resulted in better ease of reverberation of the music I listened to. And this is important – all kinds of music. The well and the bad recorded one. The latter showed its issues more, but it never crossed the line of good taste. However in case of the better recorded one, if you listen to that kind of music mostly, the Graphite Audio IC-35 will be the source of you re-discovering your music library. You will be able to get deeper into the recording and thus re-live it better. And I am not only talking about vocal, jazz or baroque music here, but also, and maybe predominantly, electronic music. If that genre, maybe due to the incalculability and energy of the events happening one after another binds you, then the tested Polish cones can launch you into space. This will no longer be a nice electronic playing, but drawn with computerized precision reproduction of the atmosphere of the biblical Armageddon. I got a surprisingly phenomenal, emotional feedback with the group Acid and their disc “Liminal”, what was the more interesting, as you probably know, that I do not go hand in hand with this kind of music. But this does not mean that I do not listen to it from time to time. And one of the representatives of this genre in my library is exactly this formation. Why that? Well, the mentioned disc is not monotone. Those are sound cavalcades, brutally intertwining. One time it is quick and hard, then slow with a nicely modulated phrases and beautifully processed vocals, but most importantly, the material is well recorded, what allowed me to turn the volume know upwards until reaching the limits. No, not of my hearing, but of the walls in my building. But the thing that turned out significant in this experiment, besides the fun of destroying my hearing, was that the mentioned sound nuances, the bass accents evolved. It was no longer slightly washed out or soft, yet loaded with energy magma – note I am exaggerating the effect slightly to show the point – but very solid, condensed kicks. The effect was thunderous, in the positive aspect of that word, even for me, a person rather opting for Philippe Jaroussky than for tonal revenge of an AI, so this was a very surprisingly positive joyride.

I hope, that in my writing, taking into account also the first contact with the Polish anti-vibration accessories, I made it clear, that the cones tested today, follow suit of the other Graphite Audio products. Every time the effect are repeatable, and this should be admired. But on the basis of the test of all components used at the same time I must warn you, that while two sets together are working absolutely fine, three of them can surpass the threshold of hyperactivity. But I hope, that this is understandable. If this is true, and you are searching for accessories to isolate your gear from harmful vibration, then I see no other option than to contact the manufacturer and test out the tested accessories in your own listening room and with your setup. I assure you, it will be at least very interesting, and I will absolutely not be surprised, if buying decisions follow.

Jacek Pazio

System used in this test:
– CD transport” CEC TL 0 3.0
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Reference clock: Mutec REF 10
– Reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Loudspeakers: Vienna Acoustics Liszt
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
– IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi; Vermouth Audio Reference Power Cord
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: RCM THERIAA

Manufacturer: Graphite Audio
Price: 399 €

Specifications
Set: 3pcs
Height: 30mm
Base diameter:35mm
Max load: 50kg/3pcs

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Trigon Epilog

Opinia 1

Bazując li tylko na recenzowanym na naszych łamach „tęczowym” i lifestyle’owym all’in’one Trinity można byłoby domniemywać, iż Trigon, to marka z jednej strony patrząca a rynek Hi-Fi z lekkim przymrużeniem oka a z drugiej upatrująca sukcesu w możliwie jak największej integracji. Tymczasem wystarczy rzut oka na niemieckie portfolio, by uświadomić sobie, iż ww. wszystkomający maluch jest jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Regułę wzorniczego minimalizmu, funkcjonalnej specjalizacji i zapewniającej spokojny sen ich nabywcom, oraz wygodę użytkowania, modułowości. Jak to jednak w życiu bywa z samego oglądania niewiele wynika, więc chcąc mieć jasność sytuacji jak to właściwie z tym Trigonem jest, dzięki uprzejmości dystrybutora – stołecznego EIC, udało nam się pozyskać na testy w pełni reprezentatywny przykład mainstreamu powstałej w 1996 r. i mającej swą siedzibę w Hessen manufaktury – wzmacniacz zintegrowany o wielce symbolicznej nazwie Epilog.

Jak sami Państwo widzicie tym razem zarówno postura, jak i aparycja dzisiejszego bohatera jest szalenie daleka od „kieszonkowości” i frywolnej kolorystyki wspomnianego we wstępniaku poprzednika. Mówiąc krótko mamy do czynienia z „kawałem solidnego pieca” o estetyce utrzymanej w kanonie firmowej unifikacji. Jego front wykonano z solidnego płata szczotkowanego aluminium, gdzie w centrum umieszczono ukryte za prostokątnym bulajem diody i dwa wyświetlacze. Większy – niebieski informujący o wybranym wejściu, umożliwiający nawigację po menu i dokonywanie stosownych nastaw, oraz mniejszy – czerwony, przekazujący informacje o wybranej głośności a następnie dyskretnie gasnący. Lewą flankę frontu zajmuje pięcioprzyciskowy kryżowy wybierak i gniazdo słuchawkowe, natomiast prawą masywna gałka regulacji głośności, której wciśnięcie uaktywnia wyciszenie (Mute) a pod nią włącznik wybudzający, bądź wprowadzający integrę w tryb standby.
Ściany boczne w znacznej ich części zastąpiono gęstymi grzebieniami radiatorów, co biorąc pod uwagę deklarowaną przez producenta moc 200W przy 8 i 330W przy 4Ω nie powinno dziwić, tym bardziej, że mamy do czynienia konwencjonalnym tranzystorem o budowie dual mono, opartym na solidnym zasilaniu (dwa toroidy po 450VA każdy) a nie bazującą na zasilaczach impulsowych D-klasą. Zdecydowanie najwięcej dzieje się na ścianie tylnej, której flanek chronią szalenie poręczne przy przenoszeniu 25 kg wzmacniacza solidne uchwyty. Zacznijmy jednak od jej „parteru”, gdzie symetrycznie rozlokowano pojedyncze, acz wysokiej klasy (WBT nextgen) terminale głośnikowe a centralne lokum przypadło zintegrowanemu z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym trójbolcowemu gniazdu IEC. Tuż obok skromnie przycupnął port serwisowy USB, 10V terminale sterownia i wejście na zewnętrzny czujnik IR. Na razie bez ekstrawagancji, wystarczy jednak spojrzeć poziom wyżej, by natknąć się ustawione w równym rządku zaślepki i firmowe moduły we/wyjść, które możemy konfigurować wedle własnych upodobań. Do wyboru mamy podwójne wejścia liniowe RCA, pojedyncze wyjścia w tym samym standardzie, we/wyjścia XLR, przedwzmacniacz gramofonowy MM/MC i oczywiście DAC-a z dwoma coaxialami, Toslinkiem i USB. Do wyboru, do koloru. A dostarczony na testy egzemplarz mógł pochwalić się zdublowanymi wejściami XLR, dwiema parami wejść RCA, wyjściem na zewnętrzny rejestrator i phonostagem.
Miłą niespodzianką jest zdecydowanie wyższych lotów aniżeli zwykła „komputerówka” przewód zasilający a z opcjonalnego wyposażenia warto wspomnieć o pilocie zdalnego sterowania o wielce wymownej nazwie DIRECTOR.

Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym naszego dzisiejszego bohatera zastanawiałem się ile będzie w nim z Trinity a ile ze swojego czasu popularnych stereotypów o tzw. niemieckiej szkole dźwięku. Pierwsze takty „IMPERIAL” Soen i jasnym stało się, że zamiast usilnie doszukiwać się porównań i analogii zdecydowanie rozsądniej skupić się na status quo. Powód był bowiem oczywisty – Epilog nie dość, że grał po swojemu, na nic i nikogo się nie oglądając, to w dodatku grał dobrze. Nie było bowiem w nim ocieplenia mniejszego rodzeństwa, ale też i techniczności przypisywanej produktom zza naszej zachodniej granicy. Pojawiła się za to świetna motoryka i timing, które przy nokautującym intro perkusji w „Lumerian” niejako ustawiła przekaz na odpowiednim poziomie ataku i bezpośredniości. Ciężkie gitarowe riffy wściekle kąsały swą zadziornością i jedynie melodyjne wokalizy Joela Ekelöfa przynosiły chwile ukojenia. Jeśli ktoś z Państwa obawia się, że tego typu repertuar niespecjalnie nadaje się na rozgrzewkę i otwarcie odsłuchów spieszę z wyjaśnieniami, że wybór takiego a nie innego gatunku nie był bynajmniej przypadkowy, bowiem zwróćcie proszę uwagę, iż na palcach jednej ręki można z reguły, podczas wszelakiej maści wystaw (tak, tak, jestem z tego rocznika, który takowe jeszcze pamięta) zliczyć przypadki, gdy wystawcy nie boją się włączyć czegoś cięższego asekuracyjnie oscylując wokół zdecydowanie łagodniejszych klimatów. Powód takich zachowań jest oczywisty – nie dość bowiem, że dobrze zrealizowanych albumów z kręgu hard’n’heavy nie ma zbyt wiele, to nawet jak się na taki natrafi, to nader często bezlitośnie obnaża on zdolności dynamiczne, a raczej ich brak, prezentowanej konfiguracji. Jak coś gra za ostro to krew z uszu leci, jak za delikatnie na basie robi się tzw. „buła”, czyli i tak źle i tak niedobrze. Tymczasem Trigon trafił w przysłowiowy punkt łącząc rozdzielczość z wykopem i jakże potrzebną przy tego typu środkach artystycznego wyrazu masą i wypełnieniem. Czyli jeśli docierające naszych uszu dźwięki odbieraliśmy jako ofensywne mogliśmy mieć pewność, że taka była wola generujących je artystów a nie maniera samej amplifikacji.
Zanim jednak wybrzmiały ostatnie takty wzbogaconego kwartetem smyczkowym majestatycznego „Fortune” na playliście wygodnie rozsiadła się ekipa Depeche Mode ze swoim albumem „Spirit” z gęstymi a zarazem przybrudzonymi elektronicznymi brzmieniami, irytującymi – wwiercającymi się w korę mózgową cyfrowymi pikami i mocno przetworzonym – przesterowanym wokalem Dave’a Gahana. Czyli kolejny krążek, po który jedynie nieliczni wystawcy mogliby sięgnąć. A Epilog z każdym taktem rozkręcał się, znaczy się łapał wiatr w żagle a nie gubił części, świetnie oddając klimat nagrań i prezentując przy okazji ich niezwykle sugestywną przestrzeń. Nie próbował przy tym nawet o jotę łagodzić wspomnianej szorstkości, dzięki czemu dźwięki zamiast otulać i usypiać, nawet podczas ballad w stylu „The Worst Crime” intrygowały i angażował nader skutecznie zapobiegając nudzie.
Jeśli na podstawie powyższych przykładów ktokolwiek mógłby podejrzewać, iż tytułowa integra ze względu na swoją bezpośredniość i energetyczność predestynowana jest li tylko dla miłośników cięższych brzmień i równie bezkompromisowej elektroniki, to … przed wydaniem tak pochopnej opinii sugerowałbym sięgnąć po coś zdecydowanie mniej zelektryfikowanego, gdzie jakość zarejestrowanych dźwięków wcale nie zależy od ich ilości a linie melodyczne niespecjalnie dają się zanucić przy goleniu. Mowa oczywiście o szeroko rozumianym jazzie i świetnym albumie „Tone Poem” Charlesa Lloyda & The Marvels, gdzie może na nic odkrywczego nie natrafimy ale naturalne instrumentarium zabrzmi tak, jak zabrzmieć powinno – z oddechem, precyzyjnie, lecz szalenie daleko od analitycznej bezduszności, gdyż nadrzędną wartością będzie flow pomiędzy muzykami. Ba, nawet tak pozornie „zwykły” i banalny utwór, jak Cohenowski „Anthem” okaże się prawdziwą perełką i istną kopalnią nut pełnych nostalgii, blasku i słodyczy. Jest to też niezbity dowód na to, że Trigon wyśmienicie radzi sobie również ze spokojnymi i wymagającymi taktu, czy też wyczucia chwili kompozycjami, więc o ile tylko nie będziemy od niego oczekiwali lepkiej, stereotypowo lampowej, słodyczy i utraty detali na rzecz „budowania klimatu”, to z pewnością docenimy jego uniwersalność i skromność z jaką usuwa się w cień dając muzyce brzmieć tak, jak została zagrana i nagrana.

Najwyższa pora na małe resume. Otóż Trigon Epilog to wzmacniacz, który pomimo swej nad wyraz nienachalnej aparycji i całkiem akceptowalnych gabarytów śmiało może pretendować do mina super-integry. Dysponuje bowiem wszelkimi cechami, jakimi takowa konstrukcja powinna móc się pochwalić. Poczynając od dynamicznego i niezwykle angażującego brzmienia, poprzez moc w zupełności wystarczającą do wielce satysfakcjonującego wysterowania nawet trudnych kolumn, na bogatym i przy tym w pełni konfigurowalnym wyposażeniu skończywszy, jest w stanie spełnić nawet mocno wygórowane wymagania. A jeśli ktoś zacznie kręcić nosem na brak na pokładzie streamera, to znak, że niezbyt uważnie odrobił pracę domową przeglądając niemieckie portfolio, gdyż i takowe urządzenia się w nim znajdują. Ponadto biorąc pod uwagę zawartą we wstępie wzmiankę o dążeniu do prostoty i specjalizacji każdy powinien jasno określić własne preferencje i za nimi podążać, gdyż miłośnicy pełnej integracji w ramach przysłowiowego multimedialnego kombajnu mają Trinity a ci, którym walka z materią i dziesiątkami konfiguracji niestraszna z pomocą Epiloga mogą z powodzeniem dążyć do upragnionej audiofilskiej nirwany.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem więcej niż przekonany, iż punktu zapalnego naszego spotkania nikomu z Was nie trzeba przedstawiać. Na czym opieram swoje twierdzenie? Po pierwsze to solidna brzmieniowo, konsekwentnie podążająca za technologicznymi zmianami rynku, jakościowo i cenowo plasująca się w tak zwanej grupie środka komponentów audio, stosunkowo bezpieczna przystań dla praktycznie każdego melomana. Zaś po drugie, jeśli jakimś zrządzeniem losu mimo wszystko nie znaliście wcześniej naszego bohatera z tej strony, to powinniście pamiętać go choćby z niedawno przeprowadzonego przez nas testu all in one Trigon Trinity. Testu, który bez specjalnego wysiłku udowodnił, iż w zajmowanym przez ten swoisty kombajn segmencie cenowym Niemcy ze swoimi pomysłami na dobry dźwięk poruszali się nader swobodnie. Na tyle swobodnie, że gdy w rozmowach z warszawskim dystrybutorem EIC padła propozycja zmierzenia się z ich flagowym wzmacniaczem zintegrowanym, dwa razy nie trzeba było nam powtarzać i po kliku dniach dostojny Epilog wylądował w naszym OPOS-ie. Zainteresowani co potrafi topowe wzmocnienie tytułowego brandu? Jeśli tak, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić wszystkich do lektury poniższego tekstu.

Jak przystało na topową konstrukcję, tytułowy Epilog na tle reszty oferty marki jest najbardziej dostojnym komponentem. Jednak nie tylko w kwestii rozmiarów – przy typowej szerokości wzmacniacz jest stosunkowo wysoki, ale również osiągającej 25 kg wagi. Myślicie, że to przeciętniak? Na tle tuzów High Endu pewnie tak, jednak w swojej lidze spokojnie może wyznaczać standardy. Jeśli chodzi o aparycję, tę mocno winduje do góry nie tylko w pełni aluminiowa czarna obudowa, ale również designerskie smaczki i wyposażenie techniczne. Jak ujawniają fotografie, sporej wielkości front, mimo pozornego spokoju proponuje użytkownikowi sporą gamę fajnie kontrastujących z czernią użytkowych akcesoriów. W jego centrum znajdziemy ukryty pod czarnym okienkiem, mieniący się błękitem i czerwienią wielofunkcyjny wyświetlacz. Na lewej flance pięć pozwalających poruszać się po menu wzmacniacza, zorientowanych w kształcie symbolu (+) srebrnych guzików funkcyjnych oraz nieco poniżej gniazdo słuchawkowe. Zaś na prawej dużą i okrągłą, oczywiście srebrną gałkę wzmocnienia i również srebrny włącznik inicjujący pracę wzmacniacza. Podążając z opisem ku tyłowi, z uwagi na klasyczny, pracujący w klasie AB stopień wyjściowy, widzimy, iż każdy z boków skrzynki skrywającej elektronikę jest masywnym radiatorem. Natomiast po dojściu do rewersu naszym oczom ukazuje się dostępna na życzenie klienta uniwersalność Epilogu. Na czym polega? W wersji testowej został wyposażony jedynie w nadprogramowy phonostage. Jednak oprócz niego producent pozostawiony do dyspozycji zainteresowanego na życzenie klienta jest w stanie zaaplikować moduł przetwornika cyfrowo-analogowego. Przyznacie, że jak na flagowca temat potraktowany został zgodnie ze wspomnianymi przeze mnie we wstępniaku oczekiwaniami rynku. Wróćmy jednak do realiów dostarczonej nam wersji, która oprócz przywołanego przedwzmacniacza gramofonowego MM/MC ze stosownym zaciskiem masy, została uzbrojona w pojedyncze terminale kolumnowe, po dwa wejścia liniowe RCA i XLR, jedno wejście do nagrywania RCA, kilka gniazd do potencjalnego serwisu i obsługi programowalnych układów wewnętrznych oraz zintegrowane w włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasila IEC. Tak prezentujący się wzmacniacz posadowiono na niewysokich, antywibracyjnych, srebrnych stopach i wzbogacono o srebrny pilot zdalnego sterowania.

Próbując przybliżyć sznyt brzmienia tytułowego Trigona, pierwsze co ciśnie się na klawiaturę, to jego bardzo opanowane w kwestii zbytniego umilania świata, chadzanie raczej drogą neutralności. Jednakże neutralność w tym przypadku nie oznacza anorektyczności, czyli pozbawienia masy i energii, tylko dobre zbilansowanie dźwięku w całym paśmie. Co to oznacza? Otóż Epilog podawał dźwięk z mocnym i w pełni kontrolowanym uderzeniem najniższych rejestrów, co ważne, idącą w sukurs wadze przekazu, fajnie nasyconą średnicą, oraz bogatymi w informacje, jednak bez wycieczek do chadzania samym sobie wysokimi tonami. Ale to nie koniec ciekawych informacji, bowiem niemiecki piecyk całość prezentacji kreował w dosadny od strony krawędzi i uderzenia dźwięku sposób. To była wręcz jego główna zaleta, gdyż nawet w najbardziej karkołomnych pasażach nutowych nie pozostawiał najmniejszych szans na szkodliwe rozlanie się niekontrolowanego soundu po podłodze. Nie szukał sztucznego poklasku na polu czarowania nas nadmiernym poziomem magii, oddając pałeczkę kontroli nad przekazem na rzecz często jego szkodliwej rozlazłości. „Facet” – czytaj Trigon Epilog, zwyczajnie stawiał sprawę jasno, albo rybki, albo akwarium, czyli albo gramy jak rasowy tran lub gibki lampiak. A że jest konstrukcją niemieckiej myśli technicznej, dlatego w swych trzewiach wykorzystując krzem, robił to jak Bozia przykazała, co oznacza pełną kontrolę i świetny atak dźwięku. A najlepsze w tym wszystkim było to, że takie postawienie sprawy nie rodziło większych problemów w obcowaniu z praktycznie żadną muzyką. Owszem, według mojej opinii czasem przydałoby się trochę ciepełka, ale były to jedynie moje skierowane w stronę umilania sobie życia oczekiwania, których realizacja z dużą dozą prawdopodobieństwa zrobiłaby z firmowego sznytu grania bliżej nieokreślony galimatias. A tak w rockowych wariacjach spod znaku Metallici „Reload” bez najmniejszej problemów typu zadyszka, czy będący mottem tej muzy ogólny bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim, Epilog oczekiwanie brutalnie pokazywał, na czym polega wylewanie emocji przez muzyków rockowych z ich szaleństwem nie tylko wokalnym, ale chyba przede wszystkim instrumentalnym. To były kawalkady następujących po sobie dźwiękowych wybuchów, które dzięki energii i kontroli niskich rejestrów oraz idącej ich tropem mocnej średnicy masowały moje trzewia niczym pełna modulowanych subsonicznych wibracji elektronika. A przypominam, słuchałem instrumentów naturalnych, a nie bliżej niekreślonych komputerowych pomruków, co wspaniale potwierdza pakiet możliwości naszego bohatera. Ok. tak zwane „łojenie” wypadało zjawiskowo, a co z nurtami lżejszymi? Uspokajam, również było dobrze. Oczywiście bez podkolorowywania lubianych przeze mnie instrumentów, ale też nie jakoś kwadratowo. Po prostu w estetyce bez-inwazyjności jakiegokolwiek podzakresu. Pierwszym z brzegu przykładem może być ostatnia płyta Marcina Wasilewskiego Trio z udziałem Joe Lovano „Arctic Riff”. O porządnym ustawieniu balansu pomiędzy dostojnością i swobodą wybrzmiewania fortepianu, fajnym oddaniu ilości informacji nie tylko o strunie, ale również pudle rezonansowym kontrabasu oraz mocnym uderzeniu stopy z jednej strony i lotności perkusjonaliów bębniarza, bazując na opinii o poprzednim krążku, chyba nie muszę się uzewnętrzniać. Dlatego wspomnę tylko o atrybucie Joe Lovano, jakim jest saksofon tenorowy. Ten, mimo unikania przez wzmacniacz siłowego kolorowania świata, świetnie zyskiwał na prezentacji. Raz był szary, innym razem przenikliwy, a przez to nigdy zbyt tłusty. Mimo że posiłkował się drewnianym stroikiem, bez większych problemów czerpał z testowego zestawu pełnymi garściami. Jednym słowem zaliczyłem co prawda w innej niż mam na co dzień estetyce – wiadomym jest, iż nawet jeśli jest to pewnego rodzaju przekłamanie, lubię akcent wyższej temperatury dźwięku, ale kolejny udany, bo stroniący od zbędnego czarowania słuchacza występ.
Na koniec trochę damskiego czaru w wykonaniu koncertowej kompilacji Melody Gardot „Live In Europe”. Co prawda nie jest to typowa, tak zwana pościelówa, ale nadal bardzo melodyjna wokalno-jazzowa przygoda. Jak wspomniałem, rozprawiamy o zapisach koncertowych, co oprócz sprawdzenia jak wypadnie głos zmysłowej artystki, skrupulatnie wykorzystałem do zorientowania się w możliwościach wzmacniacza w oddaniu realiów wielkich kubatur i ogniskowania w nich źródeł pozornych. Na szczęście nie zawiodłem się. Po pierwsze, przywołana diva wypadła dobrze. Mimo że bez tak uwielbianego przez jej fanów – w tym mnie – wokalnego ciepła, ale również nie była oziębła. To zbyt mało? Czy ja wiem? Twórcy opiniowanej konstrukcji dokonali pewnych wyborów, dlatego nie można mieć do nich pretensji, że na tle konsekwentnego trzymania się ustalonego planu działań nagle sztucznie nie pokolorowali kobiecego wokalu. Nie tędy droga. Ale zostawmy ten nieszczęsny wokal, gdyż ten jaki by nie był, nie dość, że osadzono go na szerokiej i głębokiej scenie, to jeszcze świetnie wpisywał się grę towarzyszących mu instrumentalistów. Instrumentalistów nie tylko będących tłem piosenkarki, ale również pełnoprawnych solistów. I być może się mylę, bo temat załatwiła tak zwana akomodacja słuchu, ale odbiór całości tego koncertowego zapisu wyartykułowane na wstępie „niedogrzanie” głosu Melody Gardot całkowicie wyalienował, czego finalnym skutkiem było przesłuchanie obydwu krążków od dech do dechy mówiąc kolokwialnie, ciurkiem.

Jak wynika z powyższego opisu, nabywając niemieckiego Trigona Epilog ze swoim odbiorem muzyki stajemy na straży dobrej wagi, energii i szybkości narastania sygnału. To zaś sprawia, że jeśli nie gonimy za sztucznym nasycaniem świata muzyki, nie będziemy mieli problemów z odbiorem praktycznie żadnego repertuaru. Rock i elektronika pokażą pazur. Jazz zaprosi nas na świetnie zawieszone w ciszy, dobrze dobrane pod względem masy i lotności, raz głośne, a raz ciche pasaże z pietyzmem obsługiwanych instrumentów. Zaś produkcje koncertowe lub wielko-kubaturowe bez problemu przeniosą nas w tamtejsze realia. Czy to jest piecyk dla każdego? Myślę, że osobnicy szukający dobrej kontroli i energii dźwięku z takiej oferty brzmieniowej będą ukontentowani. Czy wszyscy, to niestety zależeć będzie od konkretnego zestawu i oczekiwania zainteresowanego. Jedno jest pewne, tytułowa integra nie bawi się w podchody, tylko brnie przez życie na pełnym gazie. Co to oznacza? Przeczytajcie opis brzmienia jeszcze raz, ja nie zamierzam drugi raz się powtarzać.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– wzmacniacz` zintegrowany Trigon Epilog
Kolumny: Gauder Akustik Darc 140
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: EIC
Cena: 36 999 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 200 kHz (-3 dB)
Zniekształcenia: < 0,02%
Przesłuch: < -80dB (1kHz)
Odstęp S/N: < -96dBA
Moc wyjściowa: 2 x 200 W / 8Ω; 330 W / 4Ω
Wejścia: zależne od zamontowanych modułów
Wyjścia: pojedyncze głośnikowe, słuchawkowe
Opcjonalne wyposażenie: pilot DIRECTOR
Wymiary (S x W x G): 440 x 180 x 405 mm
Waga: ok.25 kg
Gwarancja: 3 lata