Tag Archives: Horn Distribution


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Sonus faber Olympica Nova V

Link do zapowiedzi: Sonus faber Olympica Nova V

Opinia 1

Nie oszukujmy się, każda odnosząca sukcesy z racji pewnego fenomenu głównego projektanta własnego portfolio, marka, prawdziwy test na swój byt na rynku zalicza dopiero po rozstaniu ze wspomnianym wizjonerem. Oczywiście pełna weryfikacja jej kondycji wymaga czasu, jednak faktem jest, iż rozprawiamy o pewnego rodzaju aksjomacie. I nie chodzi w tym momencie o bezmyślne podążanie akolitów danego brandu za wielbionym mentorem, tylko po pierwsze – powodującą zwyczajowe reperkusje w odbiorze nowości, zmianę firmowego sznytu brzmienia oferty, a po drugie – w kwestii jakości dźwięku dotrzymanie kroku starym przez nowe konstrukcje. To jest abecadło interesującego nas wycinka gospodarki i bez względu na ramy czasowe każdy producent prędzej czy później musi się z tym zmierzyć. Identyczny splot wydarzeń zaliczyła będąca bohaterem dzisiejszego spotkania włoska marka Sonus faber, która jak dotąd mimo bezwarunkowej rozpoznawalności przez nawet początkującego miłośnika muzyki, z wiadomych li tylko sobie przyczyn jako obiekt testowy na łamach naszego magazynu jest swoistym debiutantem. Co jest tego powodem, wie jedynie chadzający swoimi drogami los. My jedynie możemy zdać relację, co w aspekcie brzmienia dzieje się w obecnych, wychodzących spod innej, aniżeli Franco Serblina ręki, produktach włoskiego specjalisty od zespołów głośnikowych. Dlatego mając nadzieję, iż to początek znacznie częstszych recenzenckich kontaktów, nie pozostaje mi nic innego, jak zdradzić obiekt naszego spotkania w postaci kolumn podłogowych Sonus faber Olympica Nova V, których dystrybucją na naszym rynku zajmuje się stacjonujący w Warszawie Horn.

Jak obrazują fotografie, Olympici V są kolumnami podłogowymi, co dla wielu potencjalnych klientów może stanowić drobny problem natury akomodacji wizualnej. Jednak pragnę takowych uspokoić, gdyż dzięki stosunkowo smukłemu korpusowi, jego obłym, schodzącym się płynnym łukiem ku tyłowi ściankom i włoskiemu rodowodowi są na tyle nietuzinkowe, żeby nie napisać bajecznie piękne, że mimo swoich gabarytów praktycznie znikają z pokoju. Co mam na myśli przywołując pochodzenie opisywanych panien? Otóż jak to u Włochów bywa, z pozoru nic nieznaczące akcenty lub rozwiązania sprawiają, że ich konstrukcje wyglądają jak żadne inne, czym w momencie choćby minimalnych pokładów romantyzmu w naszym wnętrzu wręcz nas zniewalają. Weźmy na przykład rozwiązanie portu bass-reflex, który zamiast brutalnej dziury upust wydmuchiwanego podczas pracy głośników powietrza realizuje przy pomocy zorientowanych pionowo przez całą wysokość kolumny, aluminiowych żeber tworząc tym sposobem jakby ażurową tylną ściankę. Jednak de facto prawdziwą tylną ścianką jest przedłużenie jednego z boków wymuszając tym sposobem nieregularny przekrój poprzeczny skrzynki, gdzie tuż nad podstawą umieszczono aluminiowy terminal z podwójnymi zaciskami kabli głośnikowych. Ale to nie wszystkie ciekawostki. Otóż oprócz zjawiskowego, bo imitującego poziomo ułożone klepki drewna, forniru na obudowach, bardzo ważnym elementem konstrukcyjnym i designerskim prezentowanych kolumn jest wspomniana już, często wykorzystywana inkarnacja glinu. Oprócz wspomnianego regulatora ciśnienia wewnętrznego względem atmosferycznego (bass-reflex) i platformy dla zacisków głośnikowych, jest również budulcem dla solidnej podstawy z szeroko rozstawionymi łapami uzbrojonymi we wkręcane kolce, a także kilku wizualnych akcentów typu: obramowanie sekcji średnio-wysokotonowej i ramka górnej płaszczyzny z wygrawerowanym na niedużej płaskiej połaci logo marki. Przechodząc do tematu technikaliów jestem zobligowany poinformować, iż Olympica V może pochwalić się zaaplikowanymi na froncie pięcioma przetwornikami – po jednym wysokotowym i średniotonowym wspieranych trzema basowcami, co jako kolumny trójdrożne przy 4 Ω i skuteczności 90 dB pozwala jej zaoferować przenoszenie sygnału w zakresie 32 Hz – 35 kHz.

Wpinając rzeczone kolumny, naturalnie mając w pamięci ich poprzednie wcielania, niespecjalnie wiedziałem, czego się spodziewać. Oczywiście kilka razy słyszałem nowe modele Sonusa na wystawach i prezentacjach, ale jak wiadomo, czym innym jest pokaz zrealizowany na bazie oferty danego dystrybutora, a czym innym ocena brzmienia konkretnej konstrukcji po dopieszczeniu systemu w znanych warunkach lokalowych z pozoru drobnymi, jednak w finalnym rozrachunku dającymi ciekawy wynik soniczny roszadami z elektroniką włącznie. Dlatego też byłem bardzo rad, gdy okazało się, że Olympica V bez najmniejszych problemów zaoferowała mi dobre zejście muzyki w dolne partie częstotliwościowe, przy jednoczesnej energii i szybkości prezentacji tego zakresu. Co bardzo istotne, nie zanotowałem najmniejszych oznak nadinterpretacji tego pasma w postaci braku panowania nad nim, czy jego dominaty – tak zwanej buły – nawet podczas słuchania muzyki elektronicznej z jej sejsmicznymi pomrukami – Acid „Liminal”, czy folk-metalowych wariacji zespołu Percival Schuttenbach „Svantevit”. Za każdym razem było to mocne, zwarte, ale z odpowiednią dawką wypełnienia uderzenie, tudzież podbudowanie grających w wyższej części tego pasma instrumentów. Ale to nie jedyny ciekawy aspekt projektu spod znaku Olympica V, gdyż takiemu postawieniu sprawy szła w sukurs również średnica. Może nie tak zaczarowana jak we wspominanym przez miłośników tej marki projekcie typu Extrema, ale równie dobrze wyważona, a przez to bez najmniejszych problemów podążająca za współczesnymi oczekiwaniami melomanów, jakimi jest unikanie oczywiście fajnie odbieranych, jednak oddalających nas od prawdy podkolorowań. Ale żeby nie było, nie jest sucha, ani rozjaśniona, tylko hołubiąca nielubianej przez wielu melomanów bezwzględnej neutralności. A gdy do tego dodamy transparentną, jednakże daleką od przejaskrawienia górę, okaże się, iż Włosi „olimpijską piątką” prawie gwarantują, że jeśli swoim postrzeganiem muzyki nie zapuszczacie się zbytnio muzykalności ponad wszystko, nie powinniście mieć problemów by zaprząc je do pracy w praktycznie każdym środowisku sprzętowym i co ważne, do każdego rodzaju muzyki.
Naciągam fakty? Nic z tych rzeczy. O zakończonej sukcesem walce z ciężkimi nurtami już wspominałem, dlatego też jako przysłowiową pieczęć firmującą bardzo dobrą jakość oferowanej przez nie fonii przywołam materiał z mojego podwórka w postaci jazzu i muzyki dawnej. Jednak w tym momencie nie będę rozprawiał o basie, środku i górze pasma, bo ten temat już znacie, tylko innych, również bardzo ważnych aspektach budowania realiów sesji nagraniowych. Chodzi mianowicie umiejętne wykreowanie głębokiej i szerokiej wirtualnej sceny, przy jednoczesnym zachowaniu proporcji wolumenu źródła dźwięku do jego oddalenia od linii kolumn. Często dzieje się tak, że kolumny owszem, budują zjawiskowe hektary sceny, tylko nie do końca potrafią zapanować nad zbyt dosadnym udziałem tylnych planów w całości przedsięwzięcia. Naturalnie konstruktor lub potencjalny posiadacz takowych powiedzą, że to ich zaleta, bo słychać dosłownie wszystko, tylko co to ma wspólnego z naturalnym oddaniem takich wydarzeń. A to w mojej muzyce, szczególnie barokowej, gdzie znaczącą ilość płyt nagrywa się w kubaturach kościelnych, jest dosłownie abecadłem, co na szczęście nowy model kolumn Sonus faber Olympica V realizował znakomicie. Przykładowo, gdy podczas inscenizacji „Pieśni do Sybilli” z udziałem niestety nieżyjącej już żony Jordi Savalla – Monseat Figueras – owa diva podczas nagrania stała jak gdyby w centrum wydarzeń – nieco z przodu, a wieloosobowy chór męski szerokim łukiem okupował posadzkę sporo za nią, jakby pod ścianą goszczącego muzyków klasztoru, w wydaniu smukłych Włoszek wyraźnie słuchać było bezpośredniość głosu artystki i lekko przygaszoną, oczywiście nieco wzmocnioną echem pomieszczenia, co ważne, oddaloną od frontmanki taflę mocnego basowo-tenorowego wielogłosu. To wydaje się być prostym do oddania, ale zapewniam Was, nie zawsze udaje się to odtworzyć. Podobnie sprawa miała się w temacie jazzu. Owszem, tutaj podczas testu najczęściej opierałem się o sesje studyjne. Ale przecież owe sztucznie wygenerowane na stole mikserskim realia zawieszenia muzyków w eterze również natężeniem dźwięku powinny pokazywać gradację ich lokalizacji w wektorze głębokości. Inaczej mamy pewnie fajny, bo czytelny na każdym metrze sceny, jednak niemający nic wspólnego z naśladowaniem prawdy popis braku elementarnych umiejętności zaprezentowania świata muzyki. Niestety tak bywa. Co daje nam okiełznanie tego tematu? W moim odczuciu naśladując wydarzenia na żywo zwiększamy ich namacalność, co mniemam, że nie tylko dla mnie, ale również dla wielu z Was jest wręcz podstawową składową wysokiej jakości dźwięku, a za taki uważam generowany przez opisywany dzisiaj zestaw kolumn.

Nie wiem, czy nie za bardzo popłynąłem z pochwałami. Ale zapewniam, to wynik całkowitego zaskoczenia, że nawet po zmianie warty w dziale konstruktorskim Włosi potrafili utrzymać wysoką jakość oferowanego dźwięku. Nie szukali siłowego naśladownictwa starych wcieleń, tylko odważnie poszli swoją drogą, co odnosząc się do wstępniaka pozwala domniemać, iż obecnie Sonus faber nadal ma się dobrze. Czy to jest oferta dla każdego? Wyjaśnienie padło już w poprzednim akapicie, dlatego tylko przypomnę, iż jedynymi zagrożonymi ewentualną porażką na własną prośbę osobnikami będą wielbiciele dużej ilości cukru w cukrze, czyli przekładając na nasze, romantycy lubiący rozpływać się w solidnym nasyceniu i krągłościach dźwięku. Wszyscy inni raczej docenią starania apenińskich inżynierów. I co jest istotne, bez znaczenia jakiego rodzaju muzyki słuchają.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nie wiedzieć czemu dopiero teraz udało nam się przyjąć pod swój dach parę, znaczy się dwie sztuki, kolumn sygnowanych przez markę, która dla lwiej części audiofilskiej braci nierozerwalnie kojarzy się klasyką High-Endu. Oczywiście Sonus fabery, bo to o nich mowa, cały czas gdzieś krążyły na bliższych, bądź dalszych orbitach, lecz kontakt z nimi mieliśmy, nazwijmy to oględnie niezobowiązujący. A to na spotkaniu z Maestro Pendereckim system Audio Researcha napędzał przepiękne Lilium, a to w Studiu U22 przemknęły smukłe Olympici II, bądź Michałowi Urbaniakowi towarzystwa dotrzymywały Elipsy, a Annie Marii Jopek i przedpremierowemu odsłuchowi Depeche Mode „Spirit” Homage Tradition. Najśmieszniejszy jednak w całej tej sytuacji pozostaje fakt, iż w momencie, gdy przyszło co do czego i Sonusy do nas trafiły, to zamiast kolumn dostaliśmy … słuchawki Pryma Carbon. Najwidoczniej jednak dystrybutor legendarnej włoskiej marki – stołeczny Horn, doszedł do wniosku, że nawet nasze pokłady cierpliwości kiedyś się skończą i nie chcąc dłużej przeciągać struny tuż na początku wakacji zjawił się w naszych skromnych progach z wielce urodziwymi podłogówkami – Sonus faber Olympica Nova V.

Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z wyjątkowo dopracowanym projektem plastycznym. Stanowiące zwieńczenie serii Olympica Nova V-ki prezentują się bowiem obłędnie i to zarówno w dostarczonym przez Horna orzechowym, jak i stanowiącym jego alternatywę, zdecydowanie ciemniejszym fornirze wenge. Uwagę zwracają nie tylko masywne – aluminiowe, uzbrojone w szeroko rozstawione stalowe kolce, cokoły lecz również zamykające swoistą klamrą bryłę kolumn również aluminiowe ranty wieńców górnych. Jeśli dodamy do tego sekcję wysoko-średniotonową osadzoną w szalenie eleganckim aluminiowo skórzanym (naturalna, pochodząca z okolic Vincenzy skóra a nie jakieś zmielone z klejem skóropodobne odpady) szyldzie i imponującą baterię trzech wooferów jasnym stanie się, że Włosi nie pozwolą nikomu na chłodną obojętność. Tytułowe Sonusy są ponadto wyjątkiem potwierdzającym regułę odnośnie moich osobistych, czysto subiektywnych, fobii uaktywniających się na widok tak maskownic, jak i dedykowanych im otworów montażowych, które de facto w Olympicach występują. Powodem mojej pobłażliwości jest w tym przypadku transparentność i perfekcja wykonania strunowych osłon, które pełnią głównie rolę dopełniającego całości ozdobnika a nie standardowej ochrony i zamaskowania (jak sama ich nawa wskazuje) przetworników.
Nie mniej elegancko prezentuje się będąca w zaniku ściana tylna, która akurat w tej odsłonie przybrała postać odziedziczonego po serii Homage Tradition aluminiowego, szynopodobnego systemu Stealth Ultraflex™ ze zgrabnie „przytulonymi” tuż przy podstawie zdublowanymi terminalami głośnikowymi.
Zagłębiając się nieco bardziej w technikalia nie sposób nie wspomnieć o wielkiej dbałości o zapewnienie bądź co bądź całkiem okazałym kolumnom odpowiedniej sztywności i odporności na powstające podczas pracy rezonanse. Dlatego też obudowy wykonano z ośmiu warstw giętego drewna a wewnątrz nich umieszczono system ożebrowań. Sporo know-how siedzi też w samych przetwornikach. Za górę pasma odpowiada 28 mm jedwabna kopułka o membranie DAD™ (Damped Apex Dome™) z neodymowym napędem Neodymium Cap Design wkomponowana w pierścień i łuk ochronny stanowiący solidny odlew. Z kolei wyposażone w celulozowe – suszone na powietrzu, nieprasowane i wzbogacone innymi naturalnymi włóknami 150 mm średniotonowce są zmodernizowanymi konstrukcjami znanymi w linii Homage Tradition. O ich sztywność dbają aluminiowe kosze, cewki wykonano ze specjalnego stopu miedzi i aluminium CCAW (Copper Clad Aluminium Winding) a ozdobny korektor fazy składa się z aluminium i miedzianego pierścienia.
Nieco inaczej zbudowane są 180 mm basowce o membranach typu „sandwich”, w których pomiędzy dwiema warstwami pulpy celulozowej znajdziemy zaawansowaną technologicznie piankę syntaktyczną.

No dobrze, skoro obcmokałem aparycję Sonusów najwyższy czas pochylić się nad ich walorami sonicznymi. I tu mała niespodzianka, bowiem V-ki zamiast asekuracyjnie stawiać na delikatne i dystyngowane tonowanie emocji podkreślające i świetnie korespondujące z ich elegancką szatą wzorniczą, poszły po przysłowiowej bandzie i zaproponowały nad wyraz żywiołowe brzmienie. Góra była odważna i mocna, jednak ze względu na jej niezwykłą gładkość i wzorową rozdzielczość nie sposób było określić jej mianem ofensywnej, czy fatygującej. Po prostu nic nie temperowało jej dynamiki i komunikatywności, przez co dostawaliśmy potężną dawkę informacji wystrzeliwanych z szybkością Uzi. Średnica również nie dawała obie w kaszę dmuchać, lecz nie sposób było odmówić jej soczystości i witalności uatrakcyjniających przekaz. To taka dziewczęca zmysłowość, która po prostu jest, niby mimochodem, niby nieświadomie a tak naprawdę perfidnie przykuwająca uwagę i niezaprzeczalnie uzależniająca. Nieco faworyzowana „dopala” emocjonalnie reprodukowany materiał starając się zintensyfikować realizm i namacalność nader sugestywnie kreowanych źródeł pozornych. A właśnie, skoro zahaczyliśmy o kreację, to nie wypada pominąć generowanych przez włoskie kolumny hektarów przestrzeni, gdzie owe byty mogą nader swobodnie pląsać i decybelować, bez obaw, że jeden wpadnie na drugi, bądź będą zmuszone siedzieć sobie na kolanach. O nie, wystarczy bowiem tylko zostawić Sonusom jakiś metr – półtora po bokach i z tyłu a praktycznie bez zbędnych kombinacji i zegarmistrzowskiej precyzji powinniśmy otrzymać obszerną scenę ze świetnym ogniskowaniem egzystujących na niej muzycznych bytów nie tylko pod względem szerokości i głębokości, lecz również wysokości. Jeśli więc tylko sięgniemy po nagrania, gdzie ów parametr ma znaczenie, vide „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” Mercedes Sosy, to z pewnością ów drobiazg docenimy. Kolejne rzędy chórzystów będą powoli wnosiły się za solistką a ona sama czarować będzie głębokim i dostojnym głosem.
I w tym momencie wchodzi bas – majestatycznie odzywa się gran cassa (bęben wielki) i już wiadomo, że pyszniące się na froncie trzy basowce nie są tam tylko dla ozdoby. Dół pasma jest zarazem świetnie kontrolowany, jak i „dobrze zbudowany” – mięsisty. Jego zaraźliwa motoryka nie powoduje zbytniej chrupkości, więc nawet z nieco osuszonymi nagraniami nie będziemy odczuwali jego braku, a tam gdzie jest go po prostu dużo („Thunderbird” Cassandry Wilson) nie narazimy się na jego potocznie mówiąc „przewalenie”, czyli dudniącą pulpę, z którą za bardzo nie wiadomo co zrobić. O „Thunderbird”  wspomniałem z resztą nie tylko ze względu na bas, gdyż jest to wydawnictwo, które w nie do końca przemyślanym systemie potrafi nader często zaszeleścić i zakłuć w uszy sybilantami, których Panna Cassandra nie szczędzi. Zasadną zatem wydawała się weryfikacja, jak tytułowe, dość żywiołowe w górze pasma Olympici poradzą sobie z takim wyzwaniem. I? I poradziły sobie śpiewająco, gdyż podpięte pod Mephisto osiągnęły na tyle wysoki stopień realizmu, że sesja odsłuchowa niebezpiecznie zaczęła przypominać uczestnictwo w nagraniu, gdzie zamiast bezosobowej reprodukcji mamy do czynienia z bezpośrednim kontaktem z ludźmi z krwi i kości a ich ewentualne przypadłości natury logopedycznej przyjmujemy jako cechy indywidualne a nie anomalie mogące zepsuć przyjemność obcowania z ich twórczością.
Skoro już kilkukrotnie przez moją epistołę zdążyła przewinąć się kwestia żywiołowości i dynamiki niejako na niezwykle wysokokaloryczny deser i bez większych obaw zaserwowałem sobie blisko dwugodzinną porcję iście piekielnych porykiwań z wybitnie wakacyjnej destynacji, czyli odsłuch albumów „Rituals” i „The Heretics” greckiej formacji Rotting Christ. Od razu uprzedzam, że nie jest to muzyka ani lekka, ani łatwa, ani tym bardziej przyjemna w odbiorze dla postronnego słuchacza, lecz miłośnicy ciężkich brzmień powinni docenić tę charakterystyczną melodykę black metalu, gdzie podniosłe i patetyczne partie chóralne, przeplatane gdzieniegdzie damskimi wokalizami stanowią nieliczne chwile wytchnienia od zwierzęcego growlu i przysłowiowej ściany gitarowych riffów, perkusyjnych blastów okraszonych agonalnymi jękami opętanych i tematyki, z którą lepiej nie wyjeżdżać podczas kolędy. Zapowiada się ciekawie, bądź w zależności od osłuchania przerażająco? I tak też jest w istocie, lecz po pierwsze warto na powyższe wydawnictwa zwrócić uwagę ze względu na jakość realizacji, co przynajmniej jeśli chodzi o najcięższe odmiany metalu należy do rzadkości, a po drugie na wypracowaną przez Ateńczyków estetykę trudno pomylić z czymkolwiek innym, no może z czerpiącymi z jej dorobku naśladowcami w stylu Batushki, ale to też przez chwilę i to tylko przez niezorientowanych w temacie. A tak już na serio to chłopaki się nie oszczędzają grając ile tylko fabryka dała, dzięki czemu nie sposób spokojnie usiedzieć w miejscu. Przy okazji odsłuchu ww. albumów okazało się, że Sonusy równie dobrze radzą sobie przy cichych, jak i wkraczających w iście koncertowe dawki decybeli poziomach głośności, czyli po cichu nie tracą rozdzielczości a głośno, nawet bardzo głośno, grają bez kompresji i faworyzowania któregoś z podzakresów. Są przy tym piekielnie szybkie i potrafią zdrowo przyłożyć, by po chwili koić nasze skołatane nerwy delikatnym szeptem.

Powoli kończąc te wybitnie subiektywne wynurzenia „z przykrością” muszę stwierdzić, iż pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się przyłapać Sonus faberów Olympica Nova V na jakimkolwiek potknięciu, uproszczeniu, czy graniu pod publiczkę. Są to bowiem niezwykle żywiołowe a zarazem wyrafinowane podłogówki, które z odpowiednio wydajną amplifikacją zagrają dokładnie tak, jak realizatorzy sobie zaplanowali. W dodatku nie sposób nie docenić ich walorów natury czysto estetycznej, czyli mówiąc wprost mają zazwyczaj kluczowy podczas audiofilskich zakupów współczynnik WAF (Wife acceptance factor) na niezwykle wysokim poziomie, co dobrze rokuje przy ewentualnych negocjacjach. Dlatego też jeśli szukacie Państwo wysokiej klasy (w domyśle pełnokrwiście high-endowych) kolumn, które oprócz pieszczenia zmysłu słuchu stanowić będą ozdobę Waszego salonu zwróćcie proszę uwagę na tytułowe V-ki, gdyż stanowią one wielce interesującą propozycję. Jakby bowiem nie patrzeć, to klasyczna, ręczna „włoska robota”.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Cena: 69 998 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: podłogowa,3 drożna, wentylowana “Stealth Ultraflex”
Wykorzystane przetworniki:
Tweeter: H28 XTR3. tekstylny 28 mm z ruchomą cewką w systemie DADTM.
Średniotonowy: M15 XTR2-04, 150 mm CCAW
Niskotonowe: 3 x W18XTR2-12 180 mm przetwornik o niskiej masie membrany dzięki zastosowaniu unikatowej konstrukcji kompozytowej.
Zwrotnica: anty-rezonująca konstrukcja o zoptymalizowanej amplitudzie. Architektura “Paracross topology” zapewniająca redukcję zakłóceń. Wysokiej jakości komponenty w tym wykonane na zamówienie kondensatory Clarity Cap.
Częstotliwości podziału: 250 Hz, 2.500 Hz
Pasmo przenoszenia: 32 – 35,000 Hz
Skuteczność: 90 dB SPL (2.83V/1 m)
Impedancja nominalna: 4 Ω
Zalecana moc wzmacniacza: 60W – 400W
Wymiary (S x W x G): 424 x 1175 x 530 mm
Waga: 44 kg/szt.
Dostępne warianty wykończenia: Orzech, wenge

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Polk Legend L800

Link do zapowiedzi: Polk Audio Legend L800

Opinia 1

Nie ma się co oszukiwać. Rynek szeroko pojętej produkcji kolumn w kwestii przełomowych rozwiązań od lat wydaje się jeśli nie stać w miejscu, to co najwyżej posuwać się do przodu bardzo drobnymi, niczym „japońska gejsza”, kroczkami – oczywiście bez jakichkolwiek personalnych i zawodowych wycieczek do tych ostatnich. Owszem, co chwila któryś w producentów stara się odtrąbić według swojej opinii, kolejny milowy krok, jednak przyglądając się temu z perspektywy czasu, okazuje się on być jedynie drobną korektą. To źle? Naturalnie nie, gdyż nawet drobny kroczek wprzód oznacza progres. Jednak jak to w życiu bywa, dla wielu pełnych nowych pomysłów technicznych głów to za mało i gdy jedna grupa producencka ze stosunkowo skromnymi wynikami stara się szukać nowych rozwiązań w kwestii konstrukcji poszczególnych komponentów, inna dążąc do ponadczasowych innowacyjności mocno eksperymentuje z ich aplikacją. Kogo i w jakim sensie mam na myśli? Oczywiście chodzi mi o drugi przypadek, czyli dzisiejszą, pochodzącą zza wielkiej wody (USA) markę Polk Audio i jej bardzo ciekawie zaprojektowane zespoły głośnikowe Legend L800, której dystrybucją na naszym rynku zajmuje się warszawski Horn. Co takiego nowatorskiego oferują wspomniane jankeskie paczki? Niestety wstępniak nie jest dobrym miejscem do dogłębnych wyjaśnień, dlatego też po dawkę szczegółowych informacji zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Jak widać na zdjęciach, mamy do czynienia z dość nietypową konstrukcją. Owszem, skrzynka jest zwykłym prostopadłościanem z dwoma potężnymi basowcami i specjalnie wyprofilowanym wylotem portu bass-refleks w stronę podłogi. Jednak to tylko preludium dla dalszych pomysłów konstrukcyjnych, bowiem nad wspomnianą, dodajmy dość typowo umiejscowioną baterią niskotonową, znajduje się podwojona – jedna obok drugiej – na odchylonych od siebie na zewnątrz płaszczyznach sekcja średnio-wysokotonowa. Choć na pierwszy rzut oka, to dziwne i karkołomne od strony spójności wirtualnej sceny rozwiązanie, jednak natychmiast uspokajam, już na ucho zewnętrze głośniki grają znacznie ciszej, co sugeruje jedynie wspomaganie głównego, wewnętrznego panelu w propagacji dźwięku w domenie szerokości, a co znajduje potwierdzenie w konieczności połączenia obydwu kolumn ze sobą dostarczonym w komplecie kablem sygnałowym. O co chodzi z tym połączeniem? Otóż o prozaiczne „widzenie” się obydwu kolumn w celu kolokwialnie mówiąc, nie wchodzenia sobie w drogę. Jak to wypada dźwiękowo? O tym za moment, gdyż to nie jest ostatnie słowo konstruktorów. Mianowicie, dostarczone paczki były jedynie zubożoną wersją większej całości do słuchania muzyki w trybie stereo. Pewnie nie uwierzycie, ale Amerykanie przygotowali je do współpracy w mocno rozbudowanym kinie domowym. Czyli? Spójrzcie na unboxing opisywanych bohaterek, a zobaczycie, iż na górnej płaszczyźnie skrzynek znajdują się tajemnicze zaślepki, w które aplikujemy dostępne na zamówienie, wielogłośnikowe moduły współpracujące z procesorem kina domowego. To zaś za pomocą jednego przycisku w zestawie nagłaśniającym nasz salon pozwala po sesji stereofonicznej z łatwością przestawić się na oglądanie kina domowego w standardzie Dolby Atmos. Zaskoczeni? Ja byłem bardzo. A jeszcze bardziej obawiałem się, co z takiej wielofunkcyjności wyjdzie w interesującym nas standardzie dwukanałowym. Gdy front i górny panel kolumn z ich funkcjonalnością mamy już opisany, pozostaje mi jedynie zdać relację z oferty przyłączeniowej pleców. Te jak obrazują fotografie, mają potrójne terminale kolumnowe. Jednak trzeba uważać, gdyż do pracy w trybie stereo używamy jedynie dolnych dwóch par i wspomnianego kabla łączącego sygnałowo dwie panny. Zaś górną parę wykorzystujemy dopiero po uzbrojeniu kolumn w kinowy panel efektowy. Ktoś obawia się przypadkowej pomyłki? Spokojnie, wszystko jest oznaczone nie tylko stosownymi zawieszkami na zaciskach, ale również w czytelnej instrukcji. Tak prezentujące się zespoły głośnikowe posadowiono na odpowiednio wyprofilowanej do współpracy z portem bss-refleks, uzbrojonej w aluminiową ramę podstawie z regulowanymi kolcami.

Rozpoczynając akapit o brzmieniu nie mogę nie przybliżyć założeń konstrukcyjnych tak nietypowo zaaplikowanych głośników. Otóż inżynierowie zapragnęli odtworzyć nam realną scenę muzyczną w praktycznie każdym jej aspekcie. Owszem, w znakomitej większości da się to zrobić w standardowym układzie przetworników, jednak nie oszukujmy się, zazwyczaj piętą Achillesową typowych kolumn jest jej szerokość. Naturalnie często udaje się uzyskać nawet lekko szerszą od ich zewnętrznego obrysu, jednak to jest już pewnego rodzaju zarezerwowana dla najlepszych sztuka sama w sobie. Tymczasem Polk Audio legend L800 przy pomocy współpracujących ze sobą zdublowanych sekcji średnich i wysokich tonów robią to z dziecinną łatwością. Ba, spokojnie mogę stwierdzić, iż ich prezentacja jest poza zasięgiem jakiejkolwiek typowo skonstruowanej, nawet tej najlepszej konkurencji. W przypadku 800-ek siadasz w fotelu, odpalasz system i w szerokim sweetspocie pławisz się rozciągniętą praktycznie od lewej do prawej ściany wirtualną sceną. I co ważne, bez lokalizacyjnych dziur lub tego typu zakłócających prawidłowość pokazania danego wydarzenia muzycznego artefaktów. Owszem, źródła pozorne są nieco powiększone i oddalone, ale odbieramy to jako naturalną przesiadkę do pierwszego rzędu w wielkiej hali koncertowej, a nie występ wirtualnych słoni i żyraf w małym klubie jazzowym. To oczywiście w odbiorze w naszej samotni powoduje lekką utratę intymnej namacalności ulubionych wokalistek, ale nie można mieć ciastko i zjeść ciastko, dlatego też przed zakupem zalecam zapoznanie się z taką prezentacją osobiście. Bo jest kontrowersyjna? Nic z tych rzeczy, jest zwyczajnie inna, jak każde z naszych oczekiwań. Nic więcej. Ale to nie wszystko. Zanim przejdę do kilku przykładów płytowych, z satysfakcją dodam jeszcze, iż opiniowane kolumny równie zjawiskowo grają w kwestii spójności. Co prawda raczej stawiają na rozmach i zbliżanie nas za wszelką cenę do efektu live, ale każdy podzakres robi to w zgodny z zasadą wzajemnego wspomagania się sposób. Jaki? Już wyjaśniam. W dolnym pasmie mamy mocne, zwarte i szybkie uderzenia. Na środku może nie ociekające magią szkoły radia BBC, ale dobrze wypełnione pasaże znaczącej większości instrumentów z wokalizą włącznie, Zaś na górze dosłownie hektary swobodnych i witalnych wybrzmień. To natomiast oznacza, że inżynierowie postawili na poszukiwaną przez wielu miłośników muzyki, niezbędną do uzyskania poczucia bycia na prawdziwym wydarzeniu muzycznym neutralność w najczystszej postaci. Jednym słowem dostajemy w dobrym tego słowa znaczeniu prawdziwą jazdę bez trzymanki.
Czym owa jazda odznaczała się w starciu z muzyką? Chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż wszelkiego rodzaju energetyczne produkcje od rocka, przez elektronikę, po free-jazz były wodą na młyn opisywanych konstrukcji. Rozmach, natychmiastowy atak, energia, do tego wszystko rozgrywane na wizualizowanej na całej szerokości mojego przecież sporej wielkości pokoju, powodowało, że jeśli tylko zapragnąłem i podkręciłem poziom głośności, udawałem się na zapuszczony w danym momencie koncert dla przykładu formacji MASADA „First Live”. To jest umiarkowane free, ale na szczęście panowie pod wodzą Johna Zorna oprócz ballad nie zapomnieli dołożyć do pieca, co oczywiście bardzo lubię, a co przy okazji pozwoliło mi sprawdzić, czy kolumny są w stanie oddać ducha tego rodzaju zapisów nutowych. Ale nie tylko w aspekcie trzęsień ziemi i pojedynczych uderzeń jak pioruny dźwięków, tylko w kwestii pokazania panującego pomiędzy rozmawiającymi ze sobą instrumentalistami – saksofon z trąbką – muzycznego flow. Bez tego nawet najbardziej spektakularne fajerwerki nie będą miały szans na wywołanie u słuchacza chęci zaprzedania duszy diabłu, aby przesłuchać dany krążek do końca, co przecież jest nieodzowną składową każdej udanej sesji odsłuchowej. Na szczęście amerykanie wiedzieli, gdzie leży punkt „g” takiej prezentacji muzyki i umiejętnie wprowadzili to w życie. Czy idealnie? W wartościach bezwzględnych bdb. Jednak jak dla mnie przy świetnej prezentacji zrozumienia muzyków i zjawiskowości skrajów pasma, w środku mogłoby być nieco soczyściej. Co mi doskwierało? Oczywiście nie nazwałbym tego problemem, ale nazbyt neutralna średnica nie była w stanie pokazać znamiennych różnic pomiędzy trąbką i saksofonem. Owszem, to było słychać od pierwszego dźwięku, jednak dodatkowa szczypta drewna stroika w saksofonie nie tylko wpłynęłaby na jego plastykę, to jeszcze sama trąbka nabrałaby odpowiedniej masy. Czyli mamy problem? Tylko bez paniki. Z premedytacją przerysowuję sytuację, aby pokazać, że nawet w bezkompromisowości czasem przydaje się odrobina namiętności. Naturalnie nie każdemu, jednak nigdy nie zaszkodzi, gdy jest. Zatem czy wspomniany niuans oznacza, iż wszelka intymna muzyka była nader wyrywna? Nic z tych rzeczy. Była przyjemna i uwodząca, jednak w estetyce neutralności, czyli nie szukała siłowego wyciskania łez, cedując ten proces na zaangażowanie w słuchana muzykę samego słuchacza bardziej od strony merytorycznej niż sonicznej. Tak brzmiała Cassandra Wilson na krążku „Traveling Miles”, Diana Krall w kompilacji „The Girl In The Other Room” i o dziwo Adam Bałdych ze swoimi skrzypcami w produkcji „Brothers”. Teoretycznie wszystko było na swoim miejscu, jednak po wgłębieniu się w temat, okazywało się, że zawsze brakowało mi nadawanych przez nasyconą średnicę emocji. Nie było głębi nie tylko wokalizy, ale również szorstkości włosia smyczka, a to mimo ciekawej prezentacji, nie pozwalało mi postawić przysłowiowej kroki nad „i” podczas obcowania z każda z płyt. Ale zaznaczam, jestem lekko sformatowany na taką prezentację, dlatego przepuśćcie moją opinię przez odpowiedni filtr, czyli mówiąc wprost, jeśli nadajecie na nieco mniej wysyconych aniżeli ja falach, temat w ogóle może nie zaistnieć.

Jak wynika z moich spostrzeżeń, w przypadku korzystania z Polk Audio Legend L800 mamy do czynienia z muzyką przez duże „M”. Bez najmniejszych oporów jestem w stanie postawić tezę, iż taka prezentacja jest nie do osiągnięcia przez znakomitą większość konkurencji. Naturalnie mówię o swobodzie wypełnienia nawet największego pokoju odsłuchowego od ściany do ściany w pełnym spektrum głośności, bezkompromisowości i natychmiastowości wydarzeń muzycznych. Czy to jest oferta dla każdego? Powiem przekornie – mimo swoich preferencji, że jeśli macie otwarte umysły, jak najbardziej tak. Jednak ostrzegam. Decyzja nabycia amerykańskich kolumn będzie skutkować będącą konsekwencją rozmachu prezentacji, utratą namacalności wykonań wokalnych. Ale nie w sensie braku ich przeżywania – to będzie zależeć od naszego stanu umysłu, tylko utraty efektu siadania czarujących wokalistek na naszych kolanach. 800-ki skonstruowano do innych celów. Raczej starają się oddać emocje pełnego rozmachu koncertu, niż zadymionego klubu i zapewniam Was, są w tym znakomite.

Jacek Pazio

Opinia 2

Po recenzowanych blisko cztery lata temu na naszych łamach smukłych i na swój sposób lifestyle’owych LSIM705 przyszła pora na prawdziwe, a może raczej spodziewane i oczekiwane przez wiernych akolitów oblicze amerykańskiego Polk Audio. Zamiast bowiem zalotnie puszczać oko do dekoratorów wnętrz i utopijnie dążyć do jak najwęższych i jak najmniej absorbujących brył, co automatycznie prowadzi do multiplikacji przetworników – prób zastąpienia większych membran kilkoma mniejszymi, tym razem wysiłki projektantów skupiły się na tym co najważniejsze, czyli pełnopasmowym dźwięku i co trzeba podkreślić w wielce oryginalnej i bezkompromisowej formie. Jeśli bowiem zamiast dwóch słupków lądują u nas dwie potężne, niemalże dorównujące posturą naszym redakcyjnym ISIS-om, skrzynie, to cytując klasyka „wiedz, że coś się dzieje”. I rzeczywiście – obok dostarczonych przez dystrybutora marki – stołecznego Horna, flagowych podłogówek Legend L800 nie sposób przejść obojętnie, więc zamiast spacerować sugerujemy wygodnie się rozsiąść w fotelu i na własne uszy przekonać się cóż do powiedzenia mają tytułowe kolumny.

Ograniczając się do suchych danych technicznych, czyli bez zerkania na zdjęcia, śmiało można byłoby uznać 800-ki za w miarę konwencjonalne kolumny. Co prawda konstrukcje wyposażone w zdublowane tweetery nie pojawiają się na rynku zbyt często, i nie chodzi w tym momencie o modele wzbogacone o tzw. supertweetery, lecz o operujące jeszcze w słyszalnym przez większość osobników homo sapiens paśmie przetworniki, to nawet i u nas takowe gościły. Wystarczy wspomnieć Dynaudio Evidence Master i Evidence Platinum. Konsternacja przychodzi jednak wraz z zagłębianiem się w materiały promocyjne i co za tym idzie zdjęcia. Chodzi bowiem o to, iż starając się pokrótce opisać aparycję topowych Polków dochodzimy do swoistej hybrydy znanych z systemów wielokanałowych i sal kinowych dipoli z potężnymi modułami basowymi. Oczywiście to szalenie daleko idące uproszczenie, jednak widok dwóch par wysokotonowców i średniotonowców umieszczonych w orientacji … horyzontalnej i w dodatku nie na wprost słuchacza a zezujących na boki z odchylonych o 15-stopni, „przełamanych” połówek frontu nie należy do powszechnych. Dziwne? Niewątpliwie, ale skoro producent solennie zapewnia, że tak właśnie ma być i tak jest najlepiej, to nie wypada się z nim nie zgodzić, przynajmniej nie przed odsłuchem.
Skupiając się jednak na całości projektu, na razie, od strony wizualnej uczciwie trzeba przyznać, że Amerykanie sumiennie odrobili pracę domową i zaproponowali kolumny nie tylko duże, co wręcz imponujące posturą a zarazem swą obecnością nieprzytłaczające, oczywiście o ile nie będziecie Państwo próbowali wstawić ich do kilkunastometrowego pokoju, bo wtedy trudno będzie delikatnie mówiąc przeoczyć ich obecności. Zakładam, iż zdając sobie sprawę z rozmiaru własnego projektu producent nie eksperymentował i fronty i ściany górne 800-ek pociągnął czarnym, satynowym lakierem (czarny podobno wyszczupla) a pozostałe powierzchnie obudów dostępne są w popielatej czerni i zdecydowanie bardziej łapiącym za oko brązowym orzechu, którym to mogła się pochwalić recenzowana przez nas para.
I tak, jak już zdążyłem nadmienić na wielce intrygującą sekcję średnio-wysokotonową składają się po dwa 1-calowe pierścieniowe przetworniki wysokotonowe Pinnacle, podobny zestaw 5.25″ średniotonowców z membranami Turbine a już na wypłaszczonej sekcji basowej króluje duet 10” wooferów wspomaganych przez umieszczony w podstawie najnowszej generacji Enhanced Power Port, czyli autorski układ bas-refleks dmuchający na precyzyjnie wyliczoną krzywiznę ścian stożka ulokowanego tuż pod nim.
Rzut oka na ścianę tylną przynosi kolejna niespodzianka, gdyż oprócz skądinąd solidnych podwójnych terminali głośnikowych znajdziemy zagadkowe, przypominające zasilające gniazdo i kolejną parę terminali głośnikowych z enigmatyczną zawieszką „Height Input Only”. Zaraz, zaraz, to 800-ki są półaktywne? Szybka lektura instrukcji i nie, nic z tych rzeczy. Owe tajemnicze gniazdo to interface komunikacyjny obu kolumn a górne terminale wykorzystuje się w przypadku uzbrojenia topowej powierzchni tytułowych kolumn w dedykowany systemom wielokanałowym moduł wyższej warstwy Legend L900. My takowych nie otrzymaliśmy, ale nie omieszkaliśmy zerknąć cóż kryje się pod stosowna klapką.
Zgłębiając dalej technikalia nie sposób nie wspomnieć o podstawach teoretycznych takiej a nie innej budowy amerykańskich flagowców. Chodzi bowiem o najnowszą generację zaprojektowanej i wprowadzonej przez Matthew Polka na początku lat 80 technologii SDA – SDA-PRO wykorzystującej specjalny filtr „Head Shadow” w układzie przestrzennym. Konstrukcja SDA minimalizuje bowiem zjawisko interferencji dźwięku znane jako IAC (Interaural Crosstalk), które występuje we wszystkich konwencjonalnych kolumnach. Chodzi bowiem o wyeliminowanie krzyżowania się fal dźwiękowych, zanim dotrą one do uszu słuchacza, na drodze separacji obu kanałów stereo.

Zanim przejdę do opisu wrażeń nausznych warto zwrócić uwagę na prawidłowe ustawienie Polków, których w przeciwieństwie do większości „konwencjonalnych” kolumn nie tylko nie doginamy, kierując ich fronty ku słuchaczowi, co również powinniśmy przestrzegać oznaczeń która z kolumn jest prawa a która lewa. Potem wystarczy je tylko spiąć dołączonym w komplecie przewodem, podłączyć kable głośnikowe i można grać.
Patrząc na posturę i wyposażenie naszych dzisiejszych bohaterek można byłoby przypuszczać, że zaprojektowano je głównie z myślą o kruszeniu ścian i nagłaśnianiu masowych imprez. Tymczasem już pierwsze takty „You & Me” Joe Bonamassy pokazały, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Co ciekawe ani bas nie próbował zawłaszczyć sobie pozostałych podzakresów, ani sam wolumen generowanego przez Polki dźwięku nie wykraczał poza ramy dobrego smaku i przyzwoitości. Jeśli ktoś w tym momencie liczył na sztucznie rozdmuchane źródła pozorne, kilkumetrowe gryfy gitar, czy zestawy perkusyjne złożone wyłącznie z monstrualnych bębnów taiko, których średnice przekraczają 2,5m, to muszę go rozczarować, gdyż może i rozmiar również i w tym wypadku ma znaczenie, lecz chodzi o możliwość wygenerowania odpowiedniego ciśnienia akustycznego i odpowiednio niskie zejście basu, gdy jest to konieczne, a nie epatowanie tymi cechami gdzie tylko się da, bo przecież nie na tym cała zabawa w Hi-Fi i High-End polega. Zamiast tego mamy nieosiągalną dla większości konkurencji (również tej wielokrotnie droższej) zjawiskowo rozbudowaną w trzech wymiarach scenę, zupełnie niewymuszoną swobodę i umiejętność natychmiastowej reakcji nawet na największe spiętrzenia dźwięku, jakże konieczny przy wielkiej symfonice rozmach i o dziwo fenomenalną stereofonię, choć raczej wypadałoby użyć określenia holograficzną przestrzeń. Ścieżka dźwiękowa do „Westworld: Season 1” Ramina Djawadi zabrzmiała z iście hollywoodzką spektakularnością, lecz jeszcze raz podkreślę, że bez jakichkolwiek oznak gigantomanii. Ot wielki skład symfoniczny we właściwym sobie rozmiarze i idącą za nim skalą, jednak gdy rozpoczyna się solowa partia fortepianu to ów wolumen automatycznie wraca do rozmiaru właściwego ww. instrumentowi. Standard i oczywistość? Dobrze by było, jednak życie, niektóre systemy i nagrania pokazują nader dobitnie, że niekoniecznie.
Co ciekawe Polki w naszym 38 metrowym, oktagonalnym OPOS-ie dźwiękowo „mieściły się” łatwiej aniżeli niedawno przez nas testowane Dynaudio Contour 60, gdyż pomimo swojej niezaprzeczalnie niekonwencjonalnej konstrukcji nie wymagały wokół siebie aż tyle przestrzeni i co równie istotne nie trzeba było aż tak daleko odsuwać od nich fotela. Po prostu wypełniały pomieszczenie niejako szytym na miarę dźwiękiem. Dzięki temu zarówno dopiero co wspomniana filmowa symfonika, jak i cięższe odmiany rocka, jak daleko nie szukając ostatni, cudownie bezpardonowo bestialsko atakujący nasze zmysły thrash metalowy „Titans of Creation” Testamentu miały okazję rozwinąć skrzydła i nie tylko zabrzmieć, ale i po prostu „zagrzmieć” w naszej samotni. Wokal Chucka Billy’ego miał niezwykłą siłę emisji – wwiercał się w nasze zwoje mózgowe, by dopiero tam eksplodować z pełną, wspomaganą ekstatycznymi, bezkompromisowymi riffami mocą. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę, iż obracamy się w naprawdę ciężkich klimatach, gdzie nietrudno doszukać się death metalowych naleciałości, co wydawać by się mogło niespecjalnie sprzyja audiofilskim nasiadówkom, gdyż od dawien dawna uważać się zwykło, iż to właśnie ciężkie klimaty nagrywane są po prostu źle, to ty razem mamy wyjątek potwierdzający ową regułę. Jest niezwykle selektywnie, rozdzielczo i piekielnie gęsto, lecz cały czas mamy nie tylko kontrolę nad całością spektaklu, co i swobodny wgląd w nagranie. Gradacja planów jest wręcz wzorcowa, czytelność nie tylko pierwszego, jak i dalszych zasługuje wyłącznie na w pełni zasłużone superlatywy a porządek na scenie spełnia najbardziej restrykcyjne normy rozplanowania przestrzennego. Warto mieć jednak świadomość, że Polki same z siebie i z byle czym tak nie zagrają, więc o ile nasz redakcyjny Gryphon Mephisto z oczywistych względów mimochodem podnosi poprzeczkę, to już najnowsza odsłona amplifikacji Classé czy to pod postacią stereofoniczną, czy też monosów, nawet z racji wspólnej dystrybucji, wydaje się całkiem sensownym kierunkiem poszukiwań. Trzeba bowiem pamiętać, iż Polki choć znamionowo są 4 Ω i wykazują się całkiem akceptowalną 87dB skutecznością, to zapuszczają się nawet na 2.8 Ω, więc bez odpowiedniej elektrowni ich okiełznanie może okazać się cokolwiek problematyczne i to nie tylko przy ostrym łojeniu, co nawet przy pozornie niezobowiązującym „plumkaniu”. Wystarczy bowiem sięgnąć po coś w stylu zaskakująco skomercjalizowanej odsłony Youn Sun Nah i jej ostatniego, wydanego już nie przez audiofilską oficynę ACT a koncern Warnera albumu „Immersion” (nie wiedzieć czemu „znikniętym” z TIDAL-a). Niby wszystko jest ładnie i elegancko podane, drobna wokalistka leniwie roztacza swe aranżacyjne wdzięki, jednak proszę mi wierzyć, że elektroniczne wstawki na tym wydawnictwie potrafią zapuszczać się w takie rejony, że nawet sam Książę Piekieł nie zagląda tam bez latarki i wtedy nie tyko moc, lecz i wydajność prądowa stają się na wagę złota, gdyż bez nich zamiast kontrolowanego uderzenia mamy li tylko leniwe kopanie w rozmoknięty karton stopą obutą w Crocsy. Za to z odpowiednim „napędem” Polki czarują świetnym timingiem, krótkim, piekielnie szybko i twardo kopiącym basem, plastyczną średnicą i odważnie podaną, lecz daleką od ofensywności, za to jedwabiście gładką górą.

Polk Legend L800 to duże, oparte na niekonwencjonalnych, autorskich rozwiązaniach amerykańskie podłogówki o ponadprzeciętnych walorach sonicznych, których obecności (kolumn, nie walorów), chociażby z racji gabarytów nie da się ukryć. Graja bowiem dźwiękiem niezwykle homogenicznym i rozdzielczym nie bojąc się przy tym nie tylko niewielkich składów, lecz i wielkich orkiestr, czy ekstremalnego łojenia. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za nader rozsądnie wycenionymi kolumnami do dużego salonu, to Polki wydają się oczywistymi kandydatami do wpisania na Waszą listę. Od siebie, już zupełnie prywatnie i „poza konkursem” sugerowałbym ich rozbudowę o opcjonalne moduły Legend L900, jednak nie w systemie wielokanałowym a tym konwencjonalnym – stereofonicznym. Koszt niewielki a wrażenia przestrzenne mogą okazać się nader intrygujące.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Classé Audio Delta Pre
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, Classé Audio Delta Mono
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Cena: 29 998 PLN (para)

Dane techniczne
Wykorzystane przetworniki:
2 x 1″ pierścieniowy tweeter
2 x 5.25″ średniotonowy
2 x 10″ basowe
Pasmo przenoszenia: 32-38 000 Hz
Zalecana moc wzmacniacza: 25-300W
Skuteczność: 87dB SPL
Impedancja znamionowa: 4 Ω (2.8 Ω min.)
Częstotliwości podziału: 2800 Hz , 370Hz
Wymiary (S x W x G): 455.6 x 1234.5 x 441.4 mm
Waga: 53.5 kg / sztuka Netto

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Polk Audio Legend L800
artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeszcze nie zdążył opaść kurz po unboxingu Classé a w OPOS-ie pojawiły się dość niekonwencjonalne, intrygujące i dosłownie pachnące fabryką kolumny – Polk Audio Legend L800.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Definitive Technology Demand D17

Link do zapowiedzi: Definitive Technology Demand D17

Opinia 1

Być może jest to odważna teza, ale jestem przekonany, iż obserwując nasze zmagania z konstrukcjami audio zza wielkiej wody (USA), zdążyliście wyrobić sobie zdanie o pewnego rodzaju megalomanii nie tylko rozmiarowej, ale również cenowej proponujących nam swoją ofertę jankeskich producentów. To zazwyczaj są duże i do tego drogie komponenty, co mocno ogranicza populację stacjonujących w naszym kraju potencjalnych klientów. Niestety tak jest nader często, ale nie zawsze. Co mam na myśli? Otóż okazuje się, że gdy tylko się dobrze poszuka, w nieprzebranej ofercie Amerykanów można wyłuskać coś ciekawego nawet nie tylko dla europejskiego, ale również polskiego statystycznego Kowalskiego. Czyli? I tutaj niespodzianka, gdyż dzięki warszawskiemu dystrybutorowi Horn mam przyjemność zaprosić Was na ciekawy miting z kolumnami Definitive Technology Demand D17. Nie są przesadnie wielkie, ani specjalnie drogie, a mimo to pozostawiły w mej pamięci bardzo ciekawe doznania. Jakie? Po odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Nie będę pytać, co Wy na ten temat sądzicie, gdyż nawet ja byłem zaskoczony, że na pułapie 20 kPLN można zaoferować klientowi tak fantastycznie prezentujące się i do tego świetnie wykonane kolumny. Mamy bowiem do czynienia z osiągającymi około metra wysokości, wykończonymi w białym lakierze fortepianowym, z aluminiowym frontem skrzynkami. Ale to dopiero preludium ciekawych informacji, gdyż poprzeczkę jakości podnosi zestaw głośników w postaci dwóch basowych, jednego średniotonowego z firmowym, przypominającym grzyb z perforowanym kapeluszem, korektorem i przesuniętej na zewnętrzną flankę względem osi wysokotonówki. Spokojnie, to nadal nie koniec dobrych wieści. Otóż z racji bytu opisywanego modelu zespołów głośnikowych konstrukcją zamkniętą, projektanci w celu poprawy projekcji niskich rejestrów w dolnej części bocznych ścianek zaimplementowali dwie (po jednej na stronę) sporej wielkości, wykończone w lakierze obudowy membrany bierne. Tak tak, oszczędności nie były myślą przewodnią tego, przecież na tle wielu innych marek, niezbyt drogiego projektu, co w dzisiejszych czasach wydaje się być dziwne, ale jednak realne. Wieńcząc garść technikaliów dodam jeszcze, że na plecach naszych bohaterek znajdziemy zagłębione w plastikowej kształtce podwójne terminale przyłączeniowe, a całość konstrukcji posadowiono na przykręcanej, nieco szerszej niż obrys dolnej płaszczyzny kolumny, a przez to poprawiającej stabilność, pozwalającej wkręcić dostarczone w komplecie kolce, aluminiowej ramce. Da się zaproponować swoisty „cukierek” bez wkraczania w pułapy ocierające się o szaleństwo cenowe? Jak widać da.

Może jak na początek zabrzmi to nieco dobitnie, ale od pierwszych dźwięków wiedziałem, że to są bardzo dobre konstrukcje. Powód? Otóż bardzo mocno rzutującą na dalszą zabawę z tytułowymi kolumnami obserwacją była zaskakująca spójność przekazu. Ogólna prezentacja szła drogą dobrej masy w dole, gęstej średnicy i świetnie dostrojonych do takiego pomysłu na dźwięk wysokich tonów. Naturalnie w przypływie lekkiej złośliwości można stwierdzić, że tak zestroić kolumny potrafi prawie każdy producent. Jednak w tym przypadku owa spójność ani razu nie dała się wyprowadzić w pole, czyli przekładając na nasze, nie udało mi się złapać kolumn na bolesnym potknięciu typu: rozlewający się po podłodze bas, czy szukające poklasku, swawolnie dążące do dominacji, często początkowo odbierane jako efekt „łał”, jednak w konsekwencji bardzo szkodliwe dla płynności kreowania świata muzyki w naszych domostwach, wysokie tony. A to w moim odczuciu jest wystarczającym pakietem danych, aby obronić wygłoszoną na wstępie tezę. Zgadzacie się? Jeśli tak, zatem dodajcie do tego jeszcze dobre zagospodarowanie wszerz i w głąb wirtualnej sceny muzycznej i wypisz wymaluj mamy ofertę, której nie tylko nie powstydziłby się nawet najbardziej rozpoznawalna światowa elita, ale również dźwięk z którym z przyjemnością obcowałoby wielu z Was. Jakieś konkrety? Proszę bardzo. Weźmy na tapet dla jednych znienawidzonego, bo zbyt często słuchanego, a dla drugich dającego pojęcie o możliwościach testowanych kolumn album „Amused To Death” Rogera Watersa. Cel? Sprawdzenie nie tylko umiejętności znikania kolumn z pokoju, ale również oddania triku z przestawianiem fazy przez Rogera, co po drobnych korektach ustawienia wypadło wręcz znakomicie. Kolejnym, konsekwentnie będącym wodą na młyn D17-ek krążkiem było trio jazzowe Gary’ego Peacocka w kompilacji z 2017 roku „Tangents”. Dobre oddanie uwielbianego przeze mnie kontrabasu nie tylko w domenie równowagi ilości strun i pudła w dźwięku, ale również jego czytelnego rysunku na scenie pokazało, że kolumny oprócz barwy potrafią zapanować nad wyrazistością krawędzi zawieszanego w eterze instrumentu, jego energią i szybkością zmian rytmu. A znawcy tematu zdają sobie sprawę, iż Gary w swoich solowych partiach się nie oszczędza, co przy utracie czytelności jego instrumentalnych ekwilibrystyk mocno uśredniłoby, a przez to zmarnowało jego ciężką, bo okraszoną obolałymi palcami pracę.
Na koniec dla wielu horror, a dla mnie, z racji nie tylko osobistych, ale również masteringowych występów Pata Metheny’ego, świetna pozycja Anny Marii Jopek „Upojenie”. Co pchnęło mnie w ręce naszej artystki? Tak tak, weryfikacja radzenia sobie kolumn z mocno otwartymi już na stole masteringowym wysokimi tonami. Na wielu systemach z uwagi na potężny ładunek sybilantów i solidnego napowietrzenia prezentowanych wydarzeń muzycznych, tego krążka nie da się słuchać. Tymczasem przywoływana na początku, będąca główną zaletą maniera spójnego grania naszych bohaterek pokazała, że owszem, pani Ania nadal starała się pokazać swoje walory przenikania międzykolumnowego eteru, jednak nie była to estetyka ocierająca się o ból, czy nadmierna ofensywność, tylko solidna dawka nadal mocnej i wszechobecnej, ale jednak przyjemnej wokalizy. Niemożliwe? Bynajmniej. Jeśli uda nam się skonfigurować pozbawiony zniekształceń, panujący nad rozbuchaniem wysokich rejestrów tor, wówczas bez najmniejszych problemów jesteśmy w stanie nawet zakochać się w podobnych realizacjach. Ja dzięki swojej układance mam to od dawna. Natomiast Wy jeśli jeszcze macie z tym problem, dzięki tytułowym kolumnom możecie do tego stanu znacznie się przybliżyć.

Postradałem zmysły? Za dwadzieścia tysięcy dostajemy taki dźwięk? Owszem, dostajemy. I to bez oznak szaleństwa z mojej strony. To jest fakt. Naturalnie podczas kwalifikacji moich wniosków należy mierzyć siły na zamiary opisywanych kolumn. Jednak jedno jest pewne. Tak dobrze, bo równo zestrojonych zespołów głośnikowych, z nie oszukujmy się, stosunkowo niskiej półki cenowej, dawno nie miałem przyjemności oceniać. Czy to jest oferta dla każdego? Jeśli nie jesteście zorientowani na przesadną przenikliwość lub nasycenie dźwięku, jak najbardziej tak. Czy każde starcie zakończy się pozostaniem kolumn w nowym domku, tego nie jestem w stanie w stu procentach zapewnić. Jednak bez naciągania faktów oznajmiam, iż będzie to fajnie spędzony, bo pokazujący, iż Amerykanie jak chcą, to potrafią zrobić coś niedrogiego, a dobrze grającego, czas z muzyką w roli głównej.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nie wiedzieć czemu własne zainteresowanie marką Definitive Technology mogłem, przynajmniej do niedawna, określić mianem co najwyżej szczątkowego. Niby miałem świadomość jej istnienia i na przestrzeni kilku ostatnich lat nawet co nieco udało mi się nawet z jej oferty posłuchać i opisać, jednak to były działania o charakterze czysto pobocznym i nie mającym z SoundRebels większego związku. Dlatego też nie kryłem zdziwienia, gdy dystrybutor ww. koncernu, czyli stołeczny Horn, zwrócił się do nas z pytaniem, czy nie mielibyśmy ochoty rzucić tak okiem, jak i uchem na jeszcze ciepłą, topową konstrukcję ze szczytowej serii Demand – model D17. Jednak szybka eksploracja amerykańskiego portfolio dość jednoznacznie dała nam do zrozumienia, iż proponowana parka ma nie tylko niewiele wspólnego z wyposażonym w aktywne moduły basowe rodzeństwem z serii BP-9000, co przejawia wyraźnie audiofilskiej aspiracje. W dodatku, to co widzieliśmy, czyli zarówno szata wzornicza (uhonorowana m.in. prestiżową nagrodą iF Design Award), jak i użyte materiały wyceniono na tyle atrakcyjnie, że ciężkim grzechem zaniedbania byłoby nie skorzystać z okazji. Dlatego też po ustaleniu niuansów natury spedycyjnej D17-ki niemalże miesiąc temu wylądowały w naszym OPOS-ie.

Już pierwszy kontakt – podczas unboxingu, z Definitive Technology Demand D17 jasno dał nam do zrozumienia, że żarty się skończyły, a Amerykanie, wzorem swoich sąsiadów z Paradignma, ewidentnie mają chrapkę na kawałek tortu z górnej półki. Wykonaną z MDFu obudowę pokryto pięcioma warstwami lakieru i wypolerowano na wysoki, „fortepianowy”, połysk. Za to front zdobi solidny, zachodzący na boki płat aluminium pod którym zamontowano nader imponującą baterię przetworników. Zanim jednak przejdę do standardowej wyliczanki pragnąłbym zwrócić Państwa uwagę na pewien detal natury użytkowej. Otóż w związku z faktem delikatnego przesunięcia poza oś symetrii umieszczonego w niewielkiej soczewce 1” tweetera z hartowanego aluminium, kolumny są wyraźnie oznaczone jako prawa i lewa (ustawiamy je tak, by wysokotonowce znajdowały się bliżej zewnętrznych krawędzi). Poniżej wygospodarowano miejsce dla nie mniej absorbującego 6.5″ (16.5 cm) średniotonowca BDSS™ z membraną z polimeru mineralnego, w którego centrum zamiast standardowej nakładki przeciwpyłowej, bądź stożkopodobnego korektora fazy, znalazł się wielce frapujący „grzybek” stanowiący charakterystyczny element układu „Double Surround” i technologii Linear Response Waveguide™ zapewniających lepszą liniowość pracy, większy skok samej membrany a z niuansów mniej teoretycznych a bardziej słyszalnych owocuje to poszerzeniem pasma przenoszenia zarówno w osi, jak i poza nią, oraz większą naturalnością reprodukowanego materiału. Tuż pod nim rozgościła się para 6.5″ (16.5 cm) basowców o membranach z włókna węglowego, które z kolei wspomagają przeniesione na ściany boczne dwie – po jednej na stronę, 10″ (25 cm) membrany bierne. Zlokalizowane blisko podłogi podwójne, wkomponowane w plastikowy profil, standardowej jakości (czyt. jest dość ciasno) gniazda głośnikowe akceptują zarówno widełki, jak i banany, jednak z wiadomych powodów, zdecydowanie większy komfort psychiczny dają banany.
Kolumny przed ustawieniem należy uzbroić w aluminiowe, ramkowe cokoły, w które wkręca się bądź to nóżki, bądź stożkowate kolce i voilà. Tzn. na wyposażeniu znajdują się jeszcze maskownice, ale ponieważ ich wpływ na brzmienie kolumn w 99,99% przypadków trudno określić mianem pozytywnego pozwoliliśmy sobie zostawić je w kartonach.

Chociaż w instrukcji obsługi producent uznaje, że 17-kom wystarczy dystans zaledwie 30 cm zarówno z boku, jak i z tyłu od ścian docelowego pomieszczenia, z czego niewątpliwie skwapliwie skorzystałaby większość Pań domu, o ile tylko szczęśliwi nabywcy raczyliby je o tym fakcie poinformować (w co śmiem wątpić), to biorąc pod uwagę ich 10” membrany bierne, jak i zdrowy rozsądek daliśmy goszczącym w OPOS-ie kolumnom zdecydowanie więcej miejsca. Jak z resztą widać na zdjęciach ustawiliśmy je przed naszymi dyżurnymi ISIS-ami i z nieukrywaną ciekawością wpięliśmy w nasz redakcyjny tor audio. Zanim jednak przejdę do meritum pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącą właśnie systemu a dokładnie amplifikacji z jaką przyszło Demandom pracować. Otóż dziwnym zbiegiem okoliczności Hornowi udało się trafić z dostawą w okno czasowe, w którym postanowiliśmy z Jackiem urządzić sobie nie tyle audiofilskie wakacje, co swoiste, kojące skołatane nerwy sanatorium, w którym rolę wywołujących jednoznacznie pozytywne myśli rehabilitantek przejęły dwie duńskie bestie, czyli Gryphony Antileon EVO Stereo i Mephisto Stereo. Piszę o tym, by uświadomić Państwu pewien szczegół, bądź nawet dwa. Otóż śmiało możemy założyć, że szanse by ktoś posiadający któryś z powyższych wzmacniaczy zainteresował się tytułowymi kolumnami są równie nikłe jak prawdopodobieństwo trafienia kumulacji w Totka, lecz z drugiej strony z takimi spawarkami w torze Definitive Technology dawały z siebie więcej aniżeli ktokolwiek, z lwią częścią ich konstruktorów włącznie, byłby w stanie przypuszczać.

Jednak z powodu fabrycznej nowości dostarczonych na testy egzemplarzy z werdyktem dotyczącym ich walorów brzmieniowych musieliśmy się na kilka dni wstrzymać. Całe szczęście okres akomodacji przebiegł nadspodziewanie szybko, a i to, co w czasie wygrzewania dobiegało naszych uszu budziło przeważnie pozytywne odczucia. Czemu przeważnie? Cóż, proszę tylko popatrzeć na zastosowane przetworniki – to wyłącznie twarde i sztywne materiały, którym z natury niezbyt po drodze z miękkością swoich jedwabnych, bądź celulozowych krewniaków, więc po prostu trzeba dać im czas na to, by ich zawieszenia i układy magnetyczne się najzwyczajniej w świecie rozruszały. Proszę jednak dać im kilka dni popracować na niezobowiązujących „obrotach” a dopiero potem krytycznie słuchać. Po takiej właśnie rozgrzewce pierwsze skojarzenia jakie nasunęły mi dobiegające z kolumn dźwięki były wspomnienia pozostałe po Paradigmach Persona 3F. Ot świetne połączenie wyrafinowanej rozdzielczości z zaraźliwą wręcz motoryką, przy jednoczesnym braku antyseptycznej analityczności. Krótko mówiąc gładko, rozdzielczo i muzykalnie.
Analizę poszczególnych podzakresów reprodukowanego pasma zacznę od dołu, gdyż widok dwóch wooferów wspomaganych dwiema membranami biernymi może budzić u części z Państwa całkowicie zrozumiałe obawy. Od razu spieszę z uspokajającymi wiadomościami. D17-ki oferują bowiem bezsprzecznie konturowy, acz świetnie nasycony bas, który schodząc zaskakująco nisko, jak na tak nazwijmy to „kompaktowe” podłogówki, cechuje niezwykła motoryka i wypełnienie. Dostajemy bowiem nie tylko obrys, ale i krwistą, tętniącą życiem i zróżnicowaną tkankę. Nawet na wielkiej symfonice – „”PRINCESS MONONOKE” Suite” pochodzącej albumu „Dream Songs: The Essential Joe Hisaishi” Joe Hisaishi zachowywana była pełna selektywność i czytelność dalszych planów a szerokość i głębokość sceny dźwiękowej w zupełności spełniała koncertowe realia.
Określenie średnicy inaczej aniżeli holograficznej i magnetycznej zarazem byłoby z mojej strony czystą złośliwością, gdyż, to co Definitive Technology zrobiło z m.in. albumem „Wallflower” Diany Krall w pełni zasługuje na szczere i w pełni zasłużone komplementy. Wokalistka została „podana” blisko, niemalże intymnie, jednak praktycznie całą uwagę skupiał na sobie jej głos a nie cielesna postać. Chociaż może inaczej. Jej obecność było fizycznie czuć, jednak czar dotyczył w 99% jej głosu. Wysyconego, eufonicznego i na wskroś organicznego, coś jakby w studiu Diana śpiewała do mikrofonu Nordic Audio Labs, który wyszedł spod palców Martina Kantoli. To taka uzależniająca jedwabistość bez zbędnego przesaturowania i utraty rozdzielczości. Nie wiem, czy to efekt siedzącego w centrum średniotonowca „grzybka”, ale na tym pułapie cenowym to iście mistrzowski poziom.
No i na deser została góra, którą śmiało można nazwać odważną, perlistą i krystalicznie czystą. Zero podkolorowań, nieprzyjemnego podkreślania sybilantów, ale też bez oznak łagodzenia wszelakiej natywnej szorstkości materiału źródłowego. Nawet wydany przez Linna na SACD album „Notes From A Hebridean Island” Williama Jacksona & Mackenzie, gdzie najwyższych składowych jest na tyle dużo, że po odsłuchu całości nieraz korciło mnie do zrobienia sobie krótkiej przerwy, „wszedł” na tyle gładko, że tym razem, z racji wyeliminowania nawet najmniejszych oznak ofensywności, poważnie zastanawiałem się nad powtórzeniem seansu.

Nie ukrywam, że Definitive Technology Demand D17 okazały się zaskakująco miłą niespodzianką. Nie dość bowiem, że pochodzą od producenta mówiąc otwarcie niezbyt kojarzącego się ze stricte audiofilskimi konstrukcjami, to w dodatku zapuszczającego się w rejony wydawać by się mogło całkowicie dla niego obce. Tymczasem D17-ki bez najmniejszej tremy wchodzą na salony i śmiało można stwierdzić, iż jest to ich naturalne środowisko.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, Antileon EVO Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Cena: 21 998 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: 38 Hz – 24 000 Hz
Impedancja znamionowa: 4 Ω
Skuteczność: 87 dB
Zastosowanie przetworniki:
– 1″ (2.5 cm) aluminiowa kopułka wysokotonowa
– 6.50″ (16.5 cm) średniotonowy
– 2 x 6.50″ (16.5 cm) niskotonowe
– 2 x 10″ (25 cm) membrany bierne
Zalecana moc wzmacniacza: 30 – 300 W
Wymiary (W x S x G): 105.61 x 18.41 x 30.40 cm (bez cokołów), 109.85 x 25.84 x 37.39 cm (z cokołami)
Waga: 29.1 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Definitive Technology Demand D17
artykuł opublikowany / article published in Polish

W ramach zachowania równowagi, po „hajendach”, przyda się spotkanie z propozycją znajdującą się w zdecydowanie bardziej realnym zasięgu. Okazuje się jednak, iż nawet poniżej 30 kPLN wcale nie trzeba iść na kompromis tak pod względem designu, jak i brzmienia – Definitive Technology Demand D17.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

in-akustik Reference LS-2404 & LS-4004 AIR Pure Silver
artykuł opublikowany / article published in Polish

Na razie jeszcze nie wiemy, czy podczas projektowania modeli Reference LS-2404 AIR Pure Silver i Reference  LS-4004 AIR Pure Silver ekipa in-akustik słuchała wyłącznie „Fly Me to the Moon” w wykonaniu Franka Sinatry, ale już po wstępnych, czysto akomodacyjnych, odsłuchach śmiało możemy stwierdzić, że jest to totalny odlot. W dodatku wcale nie mamy na myśli wyłącznie godnych iście ekstremalnego High-Endu … cen ;-)

cdn. …

 

 

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Denon AH-D9200

Opinia 1

Kiedy we wrześniu, czyli jeszcze przed oficjalnym pojawieniem się na sklepowych półkach, flagowego modelu słuchawek Denona, zaczęły do nas napływać pozornie standardowe materiały prasowe wiedziałem, parafrazując klasyka, „że coś się dzieje”. Standardowa była bowiem jedynie ich warstwa wierzchnia, szeleszczący papierek, na którym skupili uwagę przypadkowi odbiorcy. Ot kolejny, w dodatku jeden z wielu, news do publikacji i bezrefleksyjnego skasowania. W tym jednak wypadku warto było wykorzystać udostępnioną przez dystrybutora marki – stołecznego Horna, okazję i poprosić, zgodnie z resztą z zawartą pod stosowną „gwiazdką” ofertą, o podesłanie wersji dla zaawansowanych, co też kierowani wrodzoną ciekawością uczyniliśmy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w udostępnionym repozytorium odnaleźliśmy ponad 150 (słownie sto pięćdziesiąt) zdjęć w wysokiej rozdzielczości dokumentujących cały proces produkcyjny począwszy od … własnej plantacji (określenie las, z oczywistych względów jest wysoce niefortunne) bambusa na troskliwym pakowaniu gotowych, przetestowanych produktów skończywszy. Po prostu coś niesamowitego, tym bardziej, że nie były to tzw. przypadkowe pstryki, tylko rasowy, połączony ze swoistym „factory-tour” reportaż. A z resztą, co ja się będę rozpisywał. W wolnej chwili proszę tylko na, nieco przeze mnie okrojoną, wersję spojrzeć. Mając już zatem nad wyraz treściwy podkład merytoryczny pod dzisiejsze spotkanie a zarazem świadomość, że nie jest to kolejna „masówka”, lecz dopieszczony w każdym calu ręcznie przygotowany w pełni audiofilski mroczny obiekt pożądania mogę Państwa z czystym sumieniem zaprosić na spotkanie z topowymi słuchawkami Denon AH-D9200.

AH-D9200 wyglądają praktycznie dokładnie tak samo jak ich młodsze i usytuowane oczko niżej w firmowej hierarchii AH-D7200 i nie da się też nie zauważyć podobieństwa do otwierających serię Real-Wood, całkiem przystępnych cenowo AH-D5200. To niezwykle klasyczne połączenie ponadczasowej, iście gabinetowej elegancji, solidnej, inżynierskiej roboty i (przeważnie) szlachetnych materiałów. Przykładem niech będzie taki drobiazg, jak przewód sygnałowy, który w 7200 był wykonany z miedzi OFC o czystości 7N, natomiast we flagowcu ewoluował do wersji z miedzi dodatkowo srebrzonej. Jednak o ile przy 7200 zżymałem się z powodu zastosowania w padach eko-skóry, choć wyściółka pałąka nagłownego wykonana była ze skóry naturalnej – owczej, to tym razem za bardzo nie wiem, co powiedzieć, gdyż o naturalnym materiale nie ma ani słowa, temat tapicerki pałąka wydaje się nie istnieć, a wspomniane „poduchy” pokryto „engineered leather”, czyli ponownie sztuczną skórą. Niby to podobno specjalnie hodowany, bez udziału zwierząt, pomijając oczywiście ludzi dozorujących proces, materiał na bazie kolagenu, ale jakoś osobiście nie mam jeszcze do niego przekonania. Czyżby audio czekały czasy podobne do branży restauracyjnej, gdzie im wyższej klasy „jadłodajnię” odwiedzimy, tym szanse na solidną porcję mięsa, o wołowinie Kobe nawet nie wspominając, topnieją niczym lodowce na biegunach? Oby nie, chociaż … Wracając do meritum, zmiana muszli z wykonanych z drewna orzecha na bambusowe z jednej strony zaowocowała drobną, bo drobną, gdyż wynoszącą 10 g, lecz z pewnością wartą wspomnienia redukcją wagi, a z drugiej jest wyraźnym zabiegiem proekologicznym, gdyż zamiast wiekowych drzew orzechowych do produkcji używa się jakby nie patrzeć piekielnie szybko rosnącej … trawy. Tak, tak trawy, gdyż bambus bynajmniej drzewem nie jest, lecz li tylko trawą o drewniejącej łodydze, co przy jej przyroście sięgającym niekiedy kilkudziesięciu centymetrów na dobę i zbiorze prowadzonym co 5-7 lat, wydaje się spełnieniem najskrytszych marzeń zarówno dbających o środowisko naturalne odbiorców, jak i księgowych. Sercem tytułowych słuchawek są autorskie, 50 mm przetworniki FreeEdge o membranach z biocelulozowych nanowłókien i neodymowym napędzie o wartości 1 T (Tesli).
Do konstrukcji mechanicznej nie sposób się jednak przyczepić. Masywne aluminiowe, perfekcyjnie wygładzone profile z iście japońską precyzją spasowane są z bambusowymi muszlami, miękkimi padami i równie komfortową wyściółką pałąka. Nic nie trzeszczy, nic nie ociera a biorąc je do ręki i zakładając na głowę czuć klasę. Analogia do Grand Seiko może wydawać się nieco na wyrost, gdyż np. SBGE227G ma pasek ze skóry krokodyla, ale ciepłe brązy, czerń i satynowa koperta nasuwają pewne, podobne skojarzenia.
W komplecie znajdziemy dwa przewody sygnałowe – 3,0 metrowy z wtyczką 6,3 mm do odsłuchów domowych, oraz 1,3 metrowy z wtyczką 3,5 mm dedykowany urządzeniom przenośnym i desktopowym. Konfekcja jest wręcz biżuteryjna a sygnał doprowadzamy do każdej z muszli osobno, wpinając się czytelnie oznaczonymi mini-jackami.
Dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora wraz ze słuchawkami otrzymaliśmy elegancką skrzyneczkę z nad wyraz namacalnymi próbkami materiałów z jakich wykonywane są poszczególne, należące do „Real-Wood Series” modele. Znaleźć w niej można było po kawałku bambusa z jakiego wycinane są muszle AH-D9200, obecnego w AH-D5200 zebrano i orzechową, gotową muszlę AH-D7200 plus przetworniki – konwencjonalny, oraz zauważalnie większy – FreeEdge.

Pod względem brzmieniowym już AH-D7200 wywarły na nas jednoznacznie pozytywne wrażenie niezwykłą kulturą i wysyceniem reprodukowanego pasma, więc po modelu wyższym spodziewaliśmy się równie miłych doznań nausznych i … nie zawiedliśmy się. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, iż zamiast stosowanego podczas poprzedniego testu wzmocnienia w postaci przeuroczego Lebena CS-300F i wszystkomającego Fostexa HP-A8mk2 pozwoliłem sobie użyć zarówno przystępnego cenowo dyżurnego zestawu ifi (Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini), jak i ultra high-endowego kolosa Octave V 16. Skoro bowiem sam producent dołącza okablowanie wskazujące, że zarówno w stacjonarnych – pełnowymiarowych systemach, jak i ich zdecydowanie bardziej niezobowiązujących gabarytowo odpowiednikach, japońskie słuchawki powinny pokazać swoją klasę, to logicznym wydawała się empiryczna weryfikacja powyższych zapewnień, co też niniejszym uczyniłem.
Ponieważ przy opisie technicznym nieco popłynąłem z czepialstwem i kręciłem nosem na pewne, dość niezrozumiałe dla zmanierowanego tetryka jak ja, drobiazgi, to podczas odsłuchu obiecałem sobie, że przynajmniej na początku będę grzeczny. Dlatego też zamiast „The Plague Within” Paradise Lost w odtwarzaczu wylądował zdecydowanie mniej problematyczny „Divide” Eda Sheerana. O dziwo nawet na takim, wybitnie komercyjnym wydawnictwie Denony nie tylko nie grymasiły, lecz pokazały co tak naprawdę się na nim znajduje. Oprócz znanej z poprzedników nasyconej i głębokiej średnicy pojawiła się bowiem zdecydowanie lepiej zaznaczona głębia a i sama rozdzielczość przekazu sięgnęła oczko, bądź nawet dwa wyższy poziom zaawansowania. Kompresja stała się praktycznie pomijalna a pierwsze skrzypce grał blisko podany wokal Sheerana a uwagę absorbowały również oddalone, precyzyjnie zaznaczone w dalszych planach akompaniujące mu instrumenty. Skoro zatem na takim, typowo rozgrzewkowym, materiale było co najmniej dobrze czym prędzej sięgnąłem po „Hunt” Amaroka i jasnym stało się, że AH-D9200 potrafi o wiele, wiele więcej od swoich poprzedników. Niemalże floydowska gitara była wycięta z impresjonistycznego, baśniowego tła z niemalże laserową precyzją a scena, pomimo słuchawkowej sesji osiągnęło w pełni trójwymiarową przestrzenność. Szczekający na otwierającym album „Anonymous” pies ujadał z oddali i nie odnotowałem nawet najbardziej zawoalowanej próby wciśnięcia go w moją przestrzeń międzyuszną. Nie mamy zatem wrażenia, że spektakl muzyczny zostaje zredukowany do efektu dioramy, a my zaczynamy się czuć jak Guliwer wśród liliputów.
A jak jest z nieco mniej cywilizowanymi gatunkami muzycznymi? Śmiem twierdzić, że wcale nie gorzej i nawet z użyciem amplifikacji Octave, której co jak co, ale słodyczy i ocieplenia zarzucić nie sposób, spokojnie można było z Denonami na uszach przez kilka godzin w wielce komfortowych warunkach oddawać się metalowym katuszom. Nawet dość szorstkie, żeby nie powiedzieć hałaśliwe „Audio Secrecy” Stone Sour nie powodowało efektu zmęczenia. Bas był piekielnie szybki, świetnie kontrolowany i na tyle zróżnicowany, że bez problemu można było wychwycić moment, gdy do głosu dochodziła stopa, czy szarpana była najgrubsza ze strun. Ponadto próżno było szukać nawet najmniejszych, śladowych wręcz oznak złagodzenia, czy zaokrąglenia ataku, który z natywną, iście garażową surowością atakował nasze receptory słuchu. Warto w tym momencie podkreślić, iż dzięki świetnej izolacji akustycznej na Denonach wcale nie trzeba było słuchać głośno, co z jednej strony oszczędza nasz słuch a po drugie oszczędza naszemu otoczeniu wątpliwej jakości doznań sonicznych repertuaru niekoniecznie mieszczącego się w ich kanonach piękna.

Denon AH-D9200 są bezdyskusyjnie bardziej rozdzielcze i liniowe od swojego młodszego rodzeństwa, przez co dobierając do nich docelowe wzmocnienie warto pamiętać o posiadanej płytotece i preferowanych gatunkach muzycznych, gdyż możemy być pewni, iż japońskie nauszniki zrobią co w ich mocy, by dostarczyć naszym receptorom słuchu dokładnie to, co same dostaną, a jak doskonale wiemy nie zawsze jest to materiał najwyższej próby. Jednocześnie nie demonizowałbym ich zbytniej analityczności, gdyż 9200 wcale takie nie są, lecz ich wyśmienita rozdzielczość powoduje, iż szanse na złagodzenie, bądź naprawę błędów popełnionych podczas procesu realizacji i masteringu są nad wyraz znikome. A w ramach finalnego podsumowania pozwolę sobie na mały koncert życzeń i z czystej ciekawości chciałbym doczekać momentu, w którym na sklepowe półki trafi wersja AH-D9200, w której oprócz standardowych – bambusowych muszli dostępne będą (do samodzielnej implementacji) również orzechowe i zebrano znane z niższych modeli, by w zależności od nastroju i odtwarzanej muzyki móc modelować ich brzmienie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Lumin U1 Mini
– DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini
– Wzmacniacz słuchawkowy: Octave V 12
– Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; q-JAYS; Meze 99 Neo
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Nie wiem, czy to dobre, czy złe wieści, gdyż punkt widzenia jak zwykle zależy od punktu siedzenia, ale dla wszystkich zainteresowanych tematem użytkowania słuchawek (powodów takiego stanu rzeczy jest wiele) mam co najmniej pozytywną informację. Otóż do niedawna wydawało mi się, że naprawdę wysokiej klasy dźwięk są w stanie zaoferować jedynie nauszniki plasujące się ze swą ceną na pułapach poza zasięgiem zwykłego Kowalskiego. Tymczasem coraz częściej na rynku pojawiają się konstrukcje, które nie dość, że wyśmienicie oddają skupiony wokół naszego ośrodka zarządzania ciałem świat muzyki, to jeszcze są w stanie zmieścić się w bardzo przyzwoitym w kwestii cena/jakość budżecie. Kogo mam na myśli? Naturalnie tytułowy produkt elektronicznego giganta z Japonii Denona, który w pogoni za wyśmienitą jakością w ostatnim czasie bez popadania w szaleństwo w postaci ilości zer po przecinku wypuścił zaskakująco dobrze wypadający w starciu z konkurencją model słuchawek D-9200. Zainteresowani? Jeśli tak, to pozostaje mi jedynie poinformować poszukiwaczy wymarzonych dla siebie osobistych umilaczy życia, iż poniższa przygoda testowa była możliwa dzięki warszawskiemu Hornowi.

Nie wiem jak Wy, ale w moim odczuciu rzeczone słuchawki w dziedzinie wykonania i designu bez najmniejszych problemów plasują się pośród elity tego działu audio, w skład której bezwarunkowo wchodzą francuskie Focale, czy japońskie Finale. A trzeba zaznaczyć, że wymienione konstrukcje są kilkukrotnie droższe, co jasno daje do zrozumienia, iż najwięksi tego świata nie odcinają kuponów w postaci produkowania byle czego, bo i tak się sprzeda, tylko w wizualnym lokowaniu produktu posiłkują się znającymi się na rzeczy artystami sztuki użytkowej. Jak zatem wyglądają D-9200? Mamy do czynienia z idealnym połączeniem trzech materiałów w skład których wchodzi dbające o niewielką wagę całości aluminium pałąka i obudowy nośnej dla przetworników, ręcznie obrabianego bambusa okalających nasze uszy muszli, a także delikatnej w dotyku z naszym ciałem skóry nagłowia, i padów. Ale to nie koniec walki o dobrą prezentację w domenie postrzegania wzrokowego produktu, gdyż w komplecie startowym znajdziemy dwa kable przyłączeniowe z różnymi rozmiarowo wtykami typu jack (dłuższy do słuchania w domu, a krótszy podczas używania 9200-tek w ruchu z urządzenia przenośnego) i pomagającą utrzymać w nienagannej czystości opisywane nauszniki ściereczkę. Wieńcząc dzieło sztuki wzorniczej opiniowany komplet słuchawek wraz z kablami spakowany jest w zgrabny futerał.

Jak po analizie załączonych fotografii można się zorientować, w procesie opiniowania pięknych Japonek swoje trzy grosze w dziale wzmacniania sygnału miał do powiedzenia niemiecki wzmacniacz Octave V16. Nie wiem, czy akurat takie połączenie mieć będzie miejsce w Waszych realiach, ale ze swej strony zapewniam, że to, co wydarzyło się u mnie, w zdecydowanej większości wniosków powtórzy się z innymi konfiguracjami. Co? Już donoszę. Otóż przygoda z tytułowymi Denonami w głównej mierze zaowocowała bardzo przestrzennym dźwiękiem. To były hektary rozbudowującej się od centrum mojej głowy na zewnątrz głębi. Mało tego. Całość prezentacji aż kipiała od niezliczonej ilości informujących nas o zapisie nutowym alikwot tworzących mikrodynamikę. Słuchana płytoteka w każdym gatunku muzycznym oferowała znakomitą witalność, co bezpośrednio przekładało się na rozmach prezentacji. Ale co w tym wszystkim jest ważne, ani przez moment nie odczułem zbytniej nachalności wyartykułowanych akcentów, co z pewnością jest zasługą co prawda nieograniczającej swobodę wybrzmiewania wysokich tonów, ale jednak gładkości przekazu. Niemożliwe, gdyż nie da się połączyć wody z ogniem? Bynajmniej, czego pochodzące z kraju samurajów piękności są dobitnym przykładem. Weźmy na przykład najnowszą płytę Anny Marii Jopek „Ulotne”. To jest bardzo intymna muzyka, w odpowiednim odbiorze której bardzo pomogła mi konfiguracja testowa. Za sprawą pewnego rodzaju lekkości oddania przez słuchawki najdrobniejszych niuansów wielowymiarowości głosu Pani Ani mogłem dotrzeć do wszystkiego, co swoją gardłową wirtuozerią miała mi do przekazania. Mało tego, to podejście do wspomnianego krążka było znacznie bardziej angażujące niż wcześniejsze przy użyciu zespołów głośnikowych. A zaznaczam, moje kolumny fantastycznie przerysowują tego typu materiał w zakresie środka pasma, czym potrafią zauroczyć nawet zatwardziałego wielbiciela neutralności ponad wszystko. To zaś dobitnie pokazuje, iż w przypadku naszych bohaterek mamy do czynienia z prawdziwym czarowaniem słuchacza zjawiskowym napowietrzeniem środka pasma. Przez cały czas jak profesor na lekcji, ale bez przypisanego tego typu wydarzeniom przymusu, opiniowane Denony artykułowały najdrobniejszą modulację głosu artystki, co przy braku swobody wybrzmiewania alikwot nie byłoby tak spektakularne. I chyba owa bezkompromisowa zwiewność przekazu jest najmocniejszym plusem japońskich konstrukcji. Idźmy dalej. Po wokalnym aksamicie AMJ postanowiłem spróbować głosu stojącego na przeciwległym biegunie wyrazistości. Jakiego? Nie, nie krzyku spod znaku muzyki metalowej, tylko naznaczonego trudami życia prawdziwego bluesmena. Kogo? Jamesa Cottona wespół z Joe Luisem Walkerem i Charlie Hadenem z materiałem „Deep In The Blues”. Efekt? Zaskakująco fantastyczny. Ten wprost pokazujący swoją ocierającą się o chorobę strun głosowych chrypę głos frontmena wypadł fenomenalnie. Mało tego, w sukurs milionom odcieni zdartego wyskokowym życiem instrumentowi wokalnemu przychodziła zjawiskowo grająca, swą przenikliwością stojąca w opozycji do przypominającego papier ścierny głosu artysty przecinająca międzykolumnowy eter wyrazista harmonijka. Ten tandem naturalnie nadaje główny ton tej kilku utworowej opowieści. Jednak gdy przed posłuchaniem tego materiału przez słuchawki wydawało mi się, że na jego temat wiem już wszystko, proces testowy pokazał mi, że jednak nie do końca. To naturalnie była zasługa rozdzielczości D-9200, które pokazują najdrobniejsze niuanse, ale bez najmniejszej szorstkości i krzykliwości, co natychmiast uwydatniłaby wspomniana harmonijka. Dziwne, nie sądzicie? Takie małe ustrojstwo dźwiękowe, a tak bezduszne w pokazywaniu palcem niedociągnięć urządzeń odtwarzających naszą ukochana muzykę. Na koniec testu poleciałem z czystym szaleństwem w postaci naszpikowanej świstami, sejsmicznymi pomrukami i wieloma przestereowanymi wokalizami elektroniki. To był jazda bez trzymanki od pierwszego do ostatniego kawałka. Ale o dziwo pokazała mi jeden prawdopodobnie będący skutkiem takiej, a nie innej konfiguracji testowej, niuans. Mianowicie chodzi mi delikatne przeniesienie ciężaru muzyki w górę w zakresie średnicy. To co prawda słychać było już wcześniej, ale nic a nic mi nie przeszkadzało, a nawet powiedziałbym, że bardzo się podobało. Tymczasem w znanych mi kawałkach modulujących dźwięk od najniższych przez środek pasma po pisk na górze okazało się, że środek nie jest tak mocny, jak dotychczas go odbierałem. Ale zaznaczam, wspomagający test wzmacniacz mimo lamp elektronowych na pokładzie jest bardzo liniowy, a w niektórych zestawieniach jak na lampiaka delikatnie odchudzony, dlatego też ostateczną ocenę, czy za ów aspekt winę ponoszą słuchawki zalecałbym wysnuć na podstawie własnych doświadczeń. Wszytko inne co udało mi się w tym tekście wyłożyć, pewnikiem zaprezentuje każde zestawienie.

Analiza tego tekstu wyraźnie pokazuje, że mimo doświetlania średnicy przez testowaną układankę recenzencki przekaz ze wszech miar jest pozytywny. Dlaczego? Choćby dlatego, że raz: ten aspekt łatwo skorygować odpowiednim doborem toru audio, a dwa: oferowana jakość dźwięku jest bliska konstrukcjom z o wiele wyższych rejonów cenowych, co wyraźnie pokazały przytoczone pozycje płytowe. A gdy do tego dodamy fantastyczny design i jakość gwarantujących długowieczność użytkowania materiałów, okaże się, że mówiąc w żargonie audiofilów prawie łapiemy Pana Boga za nogi. Czegóż chcieć więcej?

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Cena: 6 999 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja obudowy: Zamknięte
Przetworniki: 50 mm FreeEdge, wykonane z nanowłókien
Impedancja: 24 Ω
Skuteczność: 105 dB/mW
Maksymalna moc wejściowa: 1.800 mW
Pasmo przenoszenia: 5-56.000 Hz
Waga bez kabla: 375g

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Riverside ‘Wasteland’

Choć na oficjalną premierę „Wasteland” Riverside trzeba poczekać jeszcze dwa tygodnie (do 28 września) w ramach inauguracji nowego sezonu „Piątków z Nową Muzyką” stołeczne Studio U22 postanowiło nieco uchylić rąbka tajemnicy i dla nader licznie przybyłych gości przygotowało prawdziwą muzyczną ucztę. W czwartkowy wieczór, na ostatniej kondygnacji zabytkowej kamienicy, pojawił się bowiem pełen skład Riverside, który w osobie oddelegowanego do mikrofonu Mariusza Dudy w krótkich, żołnierskich słowach dokonał genezy powstania prezentowanych utworów. Żeby jednak dozować emocje zamiast całego albumu z głośników Sveda Audio popłynęły jedynie cztery, specjalnie wybrane na te okazję utwory:
1. The Day After
2. Acid Rain
5. Lament
8. Wasteland

Nawet po tak skromnej próbce śmiem twierdzić, że od strony muzycznej jest wybornie. Z jednej strony mamy niezaprzeczalnie riverside’owa estetykę, czyli prog-rockowe, okołofloydowskie oniryczne pejzaże a z drugiej słychać zupełnie nowe pomysły. Pojawia się gościnnie Michał Jelonek a w liniach melodycznych partii wokalnych zawarto więcej, niż na poprzednich krążkach, słowiańskiej natury, rzewności i odrobiny patosu rodem z utworów tytułowych z „Pana Wołodyjowskiego”, „Prawo i pięść” nawet „Czterech pancernych”. Tak przynajmniej twierdził sam Mariusz Duda, choć po przesłuchaniu „Lamentu” miałem nieco odmienne skojarzenia, gdyż na moje ucho spokojnie można było odnaleźć tam klimat znany z dokonań Blackmore’s Night, czy nawet Loreeny McKennitt. Jednak to na tyle „duży, poetycki, wielowymiarowy i bardzo głęboki album” (Mariusz Duda), że interpretacji, właśnie skojarzeń i trącania strun naszej wrażliwości będzie dokładnie tyle ilu słuchaczy i efekt finalny zależeć będzie również od chęci jego zgłębienia, wniknięcia w wieloplanowe meandry i zacienione zakamarki. Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż na tym krążku Mariusz zdecydowanie częściej aniżeli do tej pory zapuszcza się w niskie rejestry, choć i na górze pasma potrafi zaszaleć.

Na osobny akapit zasługuje wątek sprzętowy, gdyż w stosunku do ostatniego – jeszcze przedwakacyjnego, spotkania z Kasią Kowalską Arek Szweda (Sveda Audio) na potężnych Chupacabrach ustawił limitowaną – customową wersję monitorów Blipo Home i jakby tego było mało drugą parę Blipo ulokował pod tylną ścianą a dla uzyskania „przestrzenności” po bokach, na dedykowanych standach przycupnęły niewielkie Svedy Neon. Rolę źródła pełnił odtwarzaczem Marantz SA-10 a centrum zarządzania muzycznym wszechświatem Accuphase C-2120.
Było zatem nad wyraz przestrzennie, chwilami wręcz ambientowo i niezaprzeczalnie, przynajmniej dla większości zgromadzonych, zachwycająco. Pech chciał, iż o ile tego typu eksperymenty traktuję z ciekawością i podziwem dotyczącym samego faktu podjęcia próby pokazania czegoś niekonwencjonalnego, a więc poprzedzonego procesem, cytując klasyka „tentegowania w głowie”, to z uporem maniaka, do nagrań stereofonicznych pozwolę sobie preferować takież – dedykowane systemy. Za to wielokanałowość pozostawię multiplexom lub specom np. z Trinnov Audio. Ale to oczywiście moje prywatne, wybitnie subiektywne zdanie, więc proszę na nie patrzeć przez palce i pryzmat mojej ortodoksyjnej stereofilii.

Kolejnym, a zarazem głównym punktem programu był akustyczny mini koncert, podczas którego usłyszeć można było zarówno najnowsze, jak i te już doskonale znane szerszej publiczności utwory.

Nie zabrakło również odpowiednio zaopatrzonego baru, o którego asortyment ponownie zadbał specjalista od bursztynowych destylatów Ballantine’s.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Horn Distribution

Dali Day

Nawet krótkie spojrzenie za okno naszych muzycznych samotni pozwala się zorientować, iż jesteśmy w środku zaskakująco pięknej, jak na nasz klimat, upragnionej wiosny. To zaś mogłoby sugerować, że właśnie ów sprzyjający wszelkim biznesowym działaniom okres był głównym zaczynem do mającego miejsce w dniu dzisiejszym (tj. 25.04.2018) spotkania prasowego w nowej siedzibie warszawskiego dystrybutora urządzeń audio Horn Distribution. Jakie mogą być przyczyny takich przypuszczeń? Daleko nie muszę szukać, gdyż najnormalniej w świecie, sam zaliczam takie coroczne zrywy do działania. Jednak myli się ten, kto eliminując inne intencje stawia jedynie na moc cieszącego nas całymi dniami słońca, gdyż głównym powodem była prezentacja ważnych z perspektywy rozwoju firmy nowości bardzo dobrze Wam znanej, będącej pod opieką wspomnianego dystrybutora duńskiej marki Dali. Zaskoczeni, że zazwyczaj zajmujący się elitą urządzeń audio portal Soundrebels pochyla się nad takimi tematami? Jeśli tak, to oznajmiam, że po pierwsze – ów producent, również takowe konstrukcje w swoim portfolio posiada, a po drugie – od zarania dziejów jest kultowym bytem interesującego nas działu audio i lekceważenie takich podmiotów mówiąc kolokwialnie byłoby typowym strzałem we własną stopę. A gdy na koniec wstępniaka tuż przed zaproszeniem do lektury dalszej części tekstu zdradzę Wam, iż według oficjalnych statystyk panowie z Dali w skali globalnej zaopatrzyli 30 procent populacji zakręconych na punkcie dobrej jakości dźwięku osobników, temat jakichkolwiek podważań zasadności wspominania przez nas o nowych skandynawskich projektach uważam za bezzasadny. Nie wierzycie w przywołany wynik? Powiem szczerze, to nie jest mój problem, ale bez względu na zajmowane stanowisko zapraszam wszystkich na kilka zdań o bardzo ciekawych z punktu widzenia nowych trendów w audio i kinie domowym duńskich rozwiązaniach.

Ok., pożartowaliśmy, zatem pora na garść ciekawostek. Głównym punktem spotkania była wizyta przedstawiciela tytułowej marki Pana Larsa Moellera, który dla podniesienia rangi wejścia na rynek powoływanych do życia rozwiązań przybył do Polski, aby osobiście przekazać nam kilka wprowadzających w temat owych nowości informacji. Czego dotyczyło całe zamieszanie? Otóż mam przyjemność poinformować wszystkich zainteresowanych, że mająca swe korzenie w Danii marka jest na etapie wprowadzania na rynek systemu High End-owych głośników aktywnych z serii Dali Callisto. Nie będę dogłębnie streszczał całej prelekcji, ale zdradzę jedynie, że trwająca dobrą godzinę pogadanka upłynęła nam w zaskakująco szybkim tempie. W jej trakcie zapoznaliśmy się dwoma modelami kolumn (podstawkowa Dali Callisto 2C i podłogowa o symbolu 6C) z pełnym pakietem danych na temat budowy zastosowanych w nich przetworników i wbudowanych wzmacniaczy, a także centralnego modułu sterującego dostarczanymi do kolumn sygnałami HD (Dali Sound Hub). Ciekawostką tego zestawu jest fakt przyjmowania przez centralkę nie tylko sygnałów Bluetooth APT X-HD, ale również optycznych, koncentrycznych i analogowych, zaś oddawania sygnałów dla subwoofera, stereofonicznego i USB. Natomiast od strony codziennego użytkowania bardzo przydatnym może okazać się możliwość sterowania wzmocnienia sygnału audio przez współpracujące z HUB-em źródło dźwięku, gałką samego HUB-a, ale też umieszczonych przy na górnej płaszczyźnie obudowy kolumn przy krawędzi frontu sensorom z zadaniem stanu STANDBY włącznie, a realizację wspomnianych czynności oprócz wyświetlacza w gałce samej centralki widzimy również na wskaźniku diodowym tuż pod maskownicami głośników na awersie zespołów głośnikowych. I to nazywa się pójście z duchem czasu, czyli wszystkim i wszędzie możemy sterować. Brawo.

Kolejnym punktem spotkania okazały się być wielodrożne głośniki kina domowego do zabudowy w ścianach i suficie Dali Phantom S. Temat niby z naszego, typowo audiofilskiego punktu widzenia niezbyt ciekawy, ale o dziwo, konstruktorzy Dali w swej ofercie nie ograniczyli się do znanych nam z innych marek prostokątnych lub okrągłych maluchów, tylko do pokazanych na jednej z fotografii wielkich, kilku-drożnych, wielo-głośnikowych paneli. Dlaczego o tym wspominam? Otóż te wykorzystujące kilka przetworników monstra podczas prezentacji bardzo dobrze radziły sobie w trybie stereo. Naturalnie było to obciążone nieco innym, niż robią to normalnie stojące kolumny, budowaniem wirtualnej sceny muzycznej, ale za to pozwalało na w pełni komfortowy odbiór muzyki przez rzeszę siedzących obok siebie słuchaczy. Ale to było jedynie preludium do pokazania ich prawdziwego ja. Jak obejrzycie fotografie, zobaczycie, że cała sala, oprócz baterii przednich kolumn, została uzbrojona w kilkanaście głośników w suficie i nieco mniejsze niż frontowe, ale również spore na tylnych ścianach, co w prezentacyjnej konfiguracji systemu pozwalało zaproponować nam kilka fajerwerków dźwiękowo-wizualnych w standardzie Dolby Atmos i układzie 5.2.4. Szczerze? Spektakl dźwiękowy okazał się być fantastycznym. I nie opieram tego jedynie na swoich doświadczeniach z kitami dla zwykłego Kowalskiego typu 5.1 w jednym kartonie, tylko dobrze rozbudowanego zestawu w wielodrożne konstrukcje wolnostojące, kilka pokazowych prezentacji w typowych salonach handlujących kinem domowym dla wymagających kinomaniaków, a także wizycie w monachijskim studiu udźwiękowiania filmów właśnie w specyfikacji Dolby Atmos. Przyznam szczerze, że mimo teoretycznego zakończenia swojej przygody z osobistym kinem w domu podczas tego pokazu możliwości kilkukrotnie serce podpowiadało mi: „A może jednak powtórka z rozrywki?”. Niemożliwe? A jednak się przydarzyło.

Powoli zbliżając się ku końcowi relacji z dzisiejszego spotkania prasowego w nowej siedzibie Horn Distribution w pierwszej kolejności chciałbym podziękować Organizatorom za zaproszenie na tę bardzo owocną w pozytywne odczucia imprezę promocyjną marki Dali. Oczywiście pakiet podziękowań za stworzenie miłej atmosfery należy się również gościowi z Danii w osobie Pana Larsa Moellera, który mimo wykładania przecież suchych faktów robił to bardzo ciekawie. Da się? Da. Na koniec puentując dzisiejszą relację po zapoznaniu się z możliwościami omawianych konstrukcji nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was może nie od razu do kupna w ciemno wymienianych produktów, ale na początek chociaż odwiedzenia siedziby warszawskiego Horna, gdzie znajduje się dedykowany dla marki Dali salon tak stereo, jak i kina domowego dla wymagających. Czy przekonacie się do wspominanych propozycji, nie jestem wstanie odpowiedzieć, ale jedno mogę zagwarantować, nie będzie to czas stracony.

Jacek Pazio