Monthly Archives: listopad 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Niniejszy tekst jest kolejnym, niezbitym dowodem na to, że jeśli tylko coś z goszczącej u nas na testach misternej, przygotowanej przez dowolnego dystrybutora układanki wpisującej się cykl tzw. „systemów marzeń” wpadnie nam w ucho i oko, to ani chwili nie wahamy się by zostawić owo coś na solowe występy. Tak też było i tym razem, gdy ekipa krakowsko – warszawskiego Nautilusa zjawiła się z załadowanym po dach elektroniką Accuphase, Phasemation, kolumnami Lumen White i topowym okablowaniem Siltecha potężnym dostawczakiem. O tym jak powyższy set wypadł mogliście Państwo już jakiś czas temu przeczytać na łamach naszego magazynu, jednak w tzw. międzyczasie, uznaliśmy z Jackiem, że w całym tym natłoku informacji i pisanych na gorąco obserwacji pewien drobny szczegół może nie tyle się zatrzeć, co rozmienić na drobne i być jedynie jedną z wielu składowych nadrzędnej całości a warto byłoby poświęcić mu kilka odrębnych zdań. Mowa o najmłodszym przedstawicielu topowej serii holenderskiego Siltecha – przewodzie zasilającym Triple Crown Power, z którym pierwszy raz mieliśmy okazję się zaprzyjaźnić podczas polskiej, lipcowej premiery zorganizowanej w warszawskim salonie dystrybutora.

W ramach artykułowania wrażeń organoleptycznych w przypadku zasilających „trzech koron” pierwsze skrzypce grają dwie dość odległe od siebie składowe. Pierwszą jest oczywista biżuteryjność i prawdziwy przepych konfekcji poczynając od firmowych, prostopadłościennych muf, poprzez połyskliwy granat ochronnej otuliny na topowych wtykach Furutecha – fenomenalnych 50-kach NCF skończywszy. Drugą natomiast jest najdelikatniej rzecz ujmując dyskusyjna ergonomia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że przy półtorametrowym przewodzie, kosztującym tyle co wypasiona wersja ŠKODY Citigo albo Hyundaia i10 zachodzi prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, iż jego potencjalny nabywca dysponuje odpowiednio przestronnym lokum, by bez zbytnich alpejskich kombinacji bezstresowo go ułożyć za sprzętem, ale zwykła uczciwość nakazuje mi wspomnieć o pewnym drobiazgu. Otóż Siltech Triple Crown Power charakteryzuje się dość iluzoryczną podatnością na zginanie a gdyby nie obecne pomiędzy mufami a wtykami cieńsze odcinki swoją „wiotkością” byłby w stanie dorównać „pytonom” Bauty. O wadze nawet nie wspominam, bo trzy ( a co, jak szaleć to szaleć a jak testować referencję zasilania to od razu po całości – od ściany po wzmacniacz i źródło) skórzane nesesery z Siltechami ważyły w sumie tyle co niejedna high-endowa integra. Oczywiście trudno uznać to za wadę, gdyż płacąc bądź co bądź okrągłą sumkę możemy mieć przynajmniej pewność, że Edvin Rijnveld w swoich flagowcach nie oszczędzał na monokrystalicznym srebrze, z którego wykonano współosiowo skręcone grube żyły tytułowych przewodów. Aha, i jeszcze jedno. O ile w interkonektach końcowe odcinki (za mufami) można było w pewnym stopniu obracać, o tyle kable zasilające owej funkcjonalności zostały pozbawione.

Salonowo – wyjazdowe sesje może i sprawdzają się pod względem towarzysko – rekreacyjnym, jednak merytorycznie dają jedynie przedsmak i co najwyżej blade pojęcie o realnych walorach danego urządzenia, bądź wchodzącego w skład większej całości pojedynczego elementu. Dlatego też mając na koncie odsłuch w salonie dystrybutora, oraz zdecydowanie bardziej miarodajne sesje ze wspomnianym systemem marzeń byłem bardzo ciekaw, jak Triple Crowny sprawdzą się może nie solo, gdyż dysponowaliśmy trzema sztukami, co w tercecie i to niekoniecznie egzotycznym. Zamiast jednak pozwolić im od razu wyłożyć wszystkie karty na stół postanowiłem nad wyraz wysublimowane doznania sobie niespiesznie dozować, powoli acz systematycznie ową dawkę zwiększając. Dlatego też pierwszy Siltech pojawił się między ścianą a listwą, kolejny powędrował z listwy do wzmacniacza a prawdziwą wisienką (choć fani piłki kopanej ostatnimi czasy preferują truskawki) na torcie okazał się trzeci, zaimplementowany w odtwarzaczu.
Jak z pewnością się Państwo domyślacie za każdym razem poprawa była słyszalna, lecz przynajmniej pierwsza faza upgrade’u nie wywołała u mnie zbytniego entuzjazmu. O ile bowiem cały system bezapelacyjnie zyskał na rozdzielczości i swobodzie, to prawdę powiedziawszy skali zmian daleko było do efektu Wow! i jakiejś spektakularnej transformacji. Śmiem wręcz twierdzić, że gdybym w tamtym momencie dysponował kwotą wystarczającą na zakup Trzech Koron, to zamiast pojedynczego Siltecha bez chwili wahania wybrałbym … trzy Furutechy DPS-4 osiągając nie tylko leszy efekt finalny, lecz również zostałyby mi w kieszeni „drobne” wystarczające na zabranie rodzinki na ferie zimowe w Alpy. Czyli co, lipa? Ano niekoniecznie, bo przepięcie Siltecha sprzed listwy za nią uaktywniło tzw. „czary” i to „czary” dalekie od zarzucanym otumanionym audiofilom voo-doo, tylko takie prawdziwe – lepsze niż dawniej pokazywali w TV u Davida Copperfielda. Jedynie zasygnalizowana wcześniej rozdzielczość i swoboda stały się faktem a do głosu oprócz poszerzenia sceny dźwiękowej doszły dalsze, schowane dotychczas w cieniu plany. Co ciekawe efekt ten nie wynikał, nie był pochodną jakiegoś perfidnego „majstrowania” w dźwięku, lecz ewidentnym skutkiem jego oczyszczenia. Zwiększenie stężenia holenderskiego srebra w torze zasilającym jedynie poprawiało, intensyfikowało powyższe zmiany przy czym w finalnej konfiguracji, z trzema Triple Crownami ze zdziwieniem odkryłem, że nie sposób mówić w ich przypadku o dość częstym w takich sytuacjach przesycie i jak to mawiał klasyk, zbyt dużej zawartości „cukru w cukrze”. I w tym momencie dochodzimy do sedna, czyli do wspomnianego już kolokwialnie mówiąc braku majstrowania czy to przy równowadze tonalnej, czy przy poszczególnych składowych. Siltechy bowiem nie „robią” dźwięku pod publikę a jedynie go oswabadzają i oczyszczają a jak z pewnością zdajecie sobie sprawę nie da się sprawić, by cokolwiek było zbyt wyswobodzone, bądź zbyt czyste. Tak też jest i w tym przypadku a zachodzące zmiany mają charakter powszechny i globalny. Słyszymy zatem zdecydowanie więcej / lepiej, ale nie przekraczamy granic realizmu, nie przechodzimy na ciemną stronę mocy, gdzie zamiast astmatycznego Dartha Vadera rządzą karykaturalne samplery. Dlatego też kontakt z takimi dziełami jak „Misa Criolla / Navidad Nuestra” z Mercedes Sosą, czy „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda nie tylko przypominał prawdziwie audiofilską ucztę, co wręcz przenosił nas czy to do „Boskiego Buenos”, jak śpiewa Kora, czy do mistycznych wnętrz Opactwa Noirlac. Obniżenie, czy też niemalże całkowita eliminacja szumu tła i pasożytniczych artefaktów do tej pory rozmazujących krawędzie źródeł pozornych bezpośrednio przełożyły się na ich nad wyraz realną namacalność i holografię.
Całe szczęście, aby doświadczyć absolutu wcale nie trzeba ograniczać się do dopieszczonych, referencyjnych wręcz nagrań, gdyż do pełni szczęścia w zupełności wystarczył kipiący latynoską energią zremasterowany album „Rodrigo y Gabriela (Deluxe Edition)” wiadomego duetu zachwycający nie tylko bogactwem wybrzmień, ale i łatwością z jaką możną było śledzić grę obojga wirtuozów. Dla porównania moja dyżurna sieciówka, czyli Acoustic Zen Gargantua II prezentowała gitarowy spektakl w sposób nieco bardziej spektakularny i dosadny, co w pierwszej chwili mogło dawać jej pewne „fory”, lecz bezpośredni sparring z Siltechami nad wyraz szybko sprowadził ją i przy okazji mnie na ziemię. Pomimo najszczerszych chęci amerykański przewód niestety nie był wstanie dorównać holenderskiej konkurencji ani pod względem finezji, ani tym bardziej wspomnianej precyzji na swój sposób uśredniając pewne dalszoplanowe niuanse. W dodatku o ile przejście z Gargantuy na Triple Crowna było słyszalnym, aczkolwiek trudnym do wytłumaczenia pod względem czysto zdroworozsądkowym (w domyśle również finansowym) upgradem, o tyle roszada w drugą stronę, czyli z Siltecha na Acoustic Zena okazała się równie bolesna, co świadomość prognozowanej przez ZUS wysokości naszych emerytur. Krótko mówiąc wszystko siadło i przez kilka dni po wypięciu tytułowych przewodów niezbyt pałałem chęcią do włączania swojego systemu.

Nie będę udawał, że Siltech Triple Crown Power nie zrobił na mnie wrażenia, bo zrobił i zrobił je z potrójną mocą. Ponadto wpisał się do elitarnego grona producentów zdolnych zadbać o pełne okablowanie zasilania naszych systemów, gdzie oprócz wspomnianych Baut i Demiurgów Verictum do niedawna prym wiodły nad wyraz mocno spowinowacone z Siltechami … Crystal Cable The Ultimate Dream Power. A właśnie. Przecież na koniec wypadałoby co nieco powiedzieć o ewentualnych różnicach i podobieństwach pomiędzy holenderskimi ziomkami. No to mówię. Crystale były i nadal w moim mniemaniu są wybitne pod względem rozdzielczości, gładkości i dynamiki, jednak Triple Crowny dodają do tego jeszcze więcej swobody, definicji dźwięku i realizmu. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z przewodami idealnymi? Abstrahując od ich mało akceptowalnej dla większości z nas ceny śmiem twierdzić, że niestety … tak. Ale takie są uroki ekstremalnego High-Endu i trudno mieć do kogokolwiek pretensję, iż na tego typu królewskie insygnia mogą sobie pozwolić jedynie nieliczni.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35; Audionet Planck; AVM Ovation MP 6.2
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10; Naim ND5 XS & XPS DR
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audionet Watt; Pass Int-60
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Chyba nie będzie w tym przesady, gdy stwierdzę, iż produkty holenderskiego Siltecha zna cała populacja braci audiofilskiej. Tak było kiedyś, tak jest teraz i sądząc po wieloletnich osiągnięciach marki tak będzie w przyszłości. Jednak biorąc pod uwagę, że na przyszłość przyjdzie jeszcze czas, w dzisiejszym odcinku soundrebelsowych recenzenckich potyczek przyjrzymy się produktowi, na który wielu z nas oczekiwało, a który nareszcie zawitał w naszych skromnych redakcyjnych progach. Co mam na myśli? Tak tak, po recenzenckich bojach kabli sygnałowych i głośnikowych z dużą dozą przyjemności skreślę kilka akapitów o zamykającym linię Triple Crown kablu sieciowym. Naturalnie, aby cała akcja miała sens, dbający o każdy szczegół podobnych starć dystrybutor Nautilus zaopatrzył nas w pełen set drutów, co również według nas jest dobrym posunięciem, gdyż dzięki takiemu postawieniu sprawy dostajemy wolne od spowodowanych obcym okablowaniem przekłamań wnioski. Intrygujące? Dla mnie tak. A jeśli i Wy odczuwacie podobny stan, zapraszam do lektury poniższego, unikającego lania wody tekstu.

Część opisowa tytułowego okablowania będzie powieleniem wcześniejszych relacji, gdyż ogólna budowa i wizualizacja całej serii jest bardzo zbieżna. Gdy spojrzycie na załączone fotografie, zwrócicie uwagę, że główny, zazwyczaj centralny odcinek, każdego z komponentów jest grubym i niestety bardzo sztywnym, ubranym w niebieską plecionkę wężem Boa, który z obydwu stron zaterminowano wykończonymi w matowym złocie prostopadłościanami. Ale to nie koniec atrakcji, gdyż jak przystało na produkt szczytu oferty, z owych wielościennych baryłek w kierunkach do gniazda instalacji elektrycznej i zasilanego urządzenia wychodzą również błękitne, jednak tym razem już o innym odcieniu i nieco mniejszej średnicy około 20-to centymetrowe odcinki z wtykami japońskiego Furutecha w technologii NCF. Tak wykonane przewody zaś celem zabezpieczenia przed uszkodzeniem podczas logistyki i pokazania, że mamy do czynienia z czymś wybitnym, spakowane są do neseserów wyściełanych wymuszającą odpowiednie ułożenie kabli pianką. I gdyby komuś było mało, dodam, iż w dobie podrabiania wszystkiego, co ujrzy światło dzienne, każdy z kabli otrzymuje stosowny certyfikat oryginalności, jakim jest karta magnetyczna z kodem w postaci nadrukowanego na jednej ze złotych baryłek numeru seryjnego. Przyznam szczerze, a jestem również pewien Waszych opinii, iż to w tych czasach jest nieodzowne i dobrze, że producenci w taki sposób dbają o bezpieczeństwo naszych portfeli.

Co ciekawego można powiedzieć o ostatnim elemencie potrójnie ukoronowanej holenderskiej układanki? Z racji powielania przewijających się przez każdą recenzję ochów i achów tylko zdawkowo powtórzę, że dzięki ingerencji pochodzącej z depresyjnych terenów północnej części Europy myśli technicznej świat muzyki staje się bardziej kolorowy. Ale myli się ten, kto sądzi, że mamy do czynienia ze zwykłym zwiększaniem wysycenia, gdyż takie zabiegi stosuje większość konkurencji i tylko najlepszym udaje się nie udusić dźwięku, a i tak Siltech robi to zgoła inaczej. Nikt dotychczas w ten sposób o tym nie pisał? Jeśli tak, to spróbuję przybliżyć Wam mój odbiór zalet trzech koron sekcji zasilania. Chodzi mianowicie o niespotykany dotychczas sposób (no może w niedostępnym już kablu sieciowym Harmonix Milion Maestro można było coś takiego wychwycić) wysycenia przekazu muzycznego bez jego spowolnienia, tylko jakby tchnięcie w niego dodatkowych pokładów energii w dziedzinie ataku dźwięku. Muzyka staje się przez to kolokwialnie mówiąc soczystsza, ale również wydaje się delikatnie przyspieszać. Niemożliwe? Do momentu zderzenia się z omawianym zestawem również myślałem, że w poprzednich starciach miałem omamy słuchowe, ale wychwycenie takiej prezentacji po raz kolejny nie pozwala mi napisać o tym inaczej, niż przed momentem łopatologicznie wyłożyłem. Przemierzając pasmo przenoszenia od najniższych częstotliwości ku najwyższym rejestrom sprawa wygląda następująco. Począwszy od najniższych pokładów basu dostajemy solidny jego zastrzyk, ale co dziwne z lepszą kontrolą. Jest mocniejsze uderzenie, ale jest również kontur. Wspinając się nieco wyżej docieramy do kapiącej wyrazistością kolorów średnicy, jednak i tutaj podobnie do niskich tonów nie gubimy informacji, a wręcz na tle konkurencji słyszymy ich znacznie więcej. I gdy dojdziemy do stawiającego kropkę nad „i” górnego zakresu częstotliwościowego, okazuje się, że przy przed momentem skreślonych aspektach barwowych tak napowietrzonego przekazu muzycznego naprawdę można szukać tylko u firm lubujących się stawianiem na delikatnie przekroczoną barierę neutralności w stronę lekkości muzyki. Tak tak, zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia zwykłego Kowalskiego piszę pewnego rodzaju herezje, ale jeśli mnie znacie, a sądząc po liczbie czytelników kilku z Was wie, że rzadko popadam w niebezpieczną dla bycia bezstronnym euforię, to co zaprezentował recenzowany zestaw kabli sieciowych jak dotąd w moich progach się nie wydarzyło. Gdzie zatem jest haczyk? No cóż, jak to zwykle bywa, coś co jest bardzo dobre, a w tym przypadku rozprawiamy o pewnego rodzaju prześcignięciu konkurencji, z reguły nie jest tanie, co idealnie potwierdza się w przypadku najnowszej linii kabli marki Siltech. Niestety. Ale zaraz zaraz, przecież nikt nie powiedział, że w High Endzie będzie tanio, a tym bardziej, gdy cena odzwierciedla możliwości.

Gdy wpinałem w tor tytułowe okablowanie, wiedziałem, że będzie dobrze, ale nie wiedziałem, jak o tym napisać, aby nie powielać wyświechtanych formułek typu „to fantastyczne kable”. I wiecie co, wbrew pozorom dojście do przelanych na klawiaturę wniosków nie zajęło mi zbyt dużo czasu, gdyż już podczas testowego słuchania proces zbierania wstępnych myśli nakazywał mi spojrzeć na temat na ile się dało przekrojowo. I nie chodziło mi li tylko o walory samych drutów z Holandii, tylko jak to się ma do przewijającej się przez moją samotnię konkurencji. I właśnie taki kierunek jak na dłoni pokazał mi, gdzie tkwi różnica pomiędzy opiniowanymi kablami Triple Crown, a resztą świata. Naturalnie znajdą się użytkownicy, którzy mając bardzo mocno ukierunkowane potrzeby spróbują zanegować zalety holendrów, ale uwierzcie mi, ich liczba będzie znikoma. Dlaczego tak sądzę? Otóż słuchałem całego seta (od sieci, przez sygnał pomiędzy komponentami po kable głośnikowe) w dwóch całkowicie różnych systemach (mój sam w sobie nastawiony na barwę i drugi dla mnie na co dzień zbyt ofensywny) i wnioski były prawie bliźniacze. Ktoś nie wierzy? Nic prostszego, tylko wykonać telefon do dystrybutora i samemu się przekonać.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus
Cena: 13 000 € / 1,5m

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA –
MINI
– panele akustyczne ArtNovion
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Furutech wprowadzając na rynek Boostera udowadnia, że akcesoria audio to dziedzina sztuki, którą ma opanowaną do perfekcji.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

AudioQuest wprowadza do sprzedaży słuchawki NightHawk Carbon. Model ten jest bardziej wyrafinowaną i dojrzalszą wersją wielokrotnie nagradzanych NightHawków i szczyci się wieloma akustycznymi, ergonomicznymi i wizualnymi udoskonaleniami. Najnowsza konstrukcja, tak jak poprzednik, zapewnia niezwykle niskie zniekształcenia, niezrównany komfort użytkowania i naturalnie piękny dźwięk.

Elementem wyróżniającym NightHawk Carbon są przetworniki. Te wyrafinowane konstrukcje inspirowane rozwiązaniami wykorzystywanymi w kolumnach głośnikowych, pozwalając uzyskać niesamowitą rozdzielczość. W porównaniu z przetwornikami stosowanymi w większości słuchawek, 50-milimetrowe głośniki dynamiczne AudioQuesta dużo bardziej przypominają wysokiej klasy przetworniki stosowane w dzisiejszych, najbardziej zaawansowanych kolumnach głośnikowych.

Głośniki wyposażone są w starannie zaprojektowane membrany z biocelulozy, cewkę i dopełniający całość gumowy resor. Opracowane pod kątem ekstremalnie niskich zniekształceń i długiego skoku membrany, poruszającej się jak idealny tłok, przetworniki zapewniają dobrze kontrolowany bas, bogate średnie tony i naturalnie rozszerzone wysokie częstotliwości. Połączenie niesamowitej czystości i zachwycającej przestrzenności brzmienia gwarantuje emocjonujące wrażenia akustyczne.

Komfortowy odsłuch

Słuchawki AudioQuest NightHawk Carbon nie tylko gwarantują wysoką jakość dźwięku. Model ten zapewnia także wysoki komfort użytkowania. Specjalny elastyczny pasek otoczony jest przez miękką poduszkę – całość unosi się przy napotkaniu oporu lub nacisku. W ten prosty sposób pasek samoczynnie dopasowuje się do głowy, bez potrzeby dodatkowej ingerencji ze strony użytkownika, np. naciskania lub przesuwania jakichkolwiek elementów. Dzięki temu każdy może miłośnik muzyki może także cieszyć się niesamowitą wygodą użytkowania, nawet podczas długich sesji odsłuchowych.

Angażujące, półotwarte słuchawki

Otwarta konstrukcja obudów przetworników NightHawk Carbon zapewnia szeroką, trójwymiarową scenę dźwiękową z naturalną dynamiką i gładkim, spójnym brzmieniem, które szeroko rozciąga się w stronę najniższych i najwyższych oktaw.

Tak jak w wielu otwartych słuchawkach, otwarta przestrzeń otaczająca głośniki musi być osłonięta maskownicą, aby chronić precyzyjnie wykonane wewnętrzne elementy słuchawek. Niestety, w typowych słuchawkach dźwięk docierający do maskownicy przechodzi przez nią jedynie częściowo. Pozostała część odbija się i wracając w stronę membrany tworzy fale stojące, co pogarsza jakość brzmienia. Maskownica w modelu NightHawk Carbon ma unikatową, trójwymiarową formę. Dzięki temu dźwięk przy zetknięciu z maskownicą zostaje rozproszony, co chroni przed ryzykiem powstawania tego niepożądanego zjawiska.

Skomplikowany kształt maskownicy pozwala także lepiej kontrolować propagację dźwięku i minimalizuje negatywny wpływ tego elementu na jakość dźwięku. Ponieważ wewnętrzne kratki maskownicy są węższe i szerzej rozmieszczone niż te od zewnętrznej strony, fale dźwiękowe łatwiej docierają do maskownicy, ale trudniej ją pokonują. Rozwiązanie AudioQuesta, w porównaniu z typowymi słuchawkami otwartymi, znacząco ogranicza wydostawanie się dźwięku na zewnątrz, co z pewnością docenią osoby znajdujące się blisko użytkownika NightHawków słuchającego muzyki. Ponadto rozwiązanie to ogranicza odbicia, co przekłada się na mniejszy rezonans, który mógłby zniekształcać brzmienie muzyki.

W pełni naturalne „ciekłe drewno”

Wokółuszne muszle modelu NightHawk Carbon wykonane są z rewolucyjnego „ciekłego drewna”. Materiał ten powstaje z prawdziwego drewna, które po połączeniu z odzyskanym włóknem roślinnym zostaje podgrzane, doprowadzone do ciekłego stanu i przetworzone w taki sposób, aby mogło być formowane wtryskowo. W przeciwieństwie do plastiku lub syntetycznych polimerów, „ciekłe drewno” jest w pełni naturalnym materiałem. Ponadto, w porównaniu ze zwykłym plastikiem lub drewnem, „ciekłe drewno” ma doskonalsze właściwości akustyczne i zapewnia praktycznie nieograniczoną ilość możliwości geometrycznych. W swoich słuchawkach AudioQuest zastosował „ciekłe drewno” po to, aby uzyskać kształt najbardziej zbliżony do kształtu ludzkiego ucha, gwarantując komfortowe dopasowanie.

Proteinowa skóra

Projektanci AudioQuest każdy możliwy element słuchawek wykonali z materiałów, które w minimalnym stopniu wpływają na naturalne środowisko. Oprócz „ciekłego drewna” i biocelulozowych membran doskonałym przykładem jest skóra proteinowa – syntetyczna tkanina pochodzenia biologicznego. Materiał ten został wykorzystany do pokrycia miękkich, komfortowych poduszek wokółusznych. Skóra proteinowa jest efektem połączenie specjalnej żywicy z proteinowym proszkiem uzyskanym ze skorupek od jajek. Proteinowa skóra wyróżnia się trwałością i elastycznością, a przy tym ma miękkość oraz fakturę powierzchni zbliżoną do ludzkiej skóry. Cechy te czynią ten materiał szczególnie przydatnym do wykorzystania w słuchawkach.

Jakość, wszechstronność i wygoda – doskonałe przewody

Do łączenia słuchawek ze źródłem dźwięku projektanci wykorzystali wyrafinowane, wysokiej jakości przewody, które skutecznie kontrolując szum i minimalizując niedoskonałości, zapewniają bardziej emocjonalne połączenie pomiędzy słuchaczem i muzyką. Wykonane z miedzi o wysokiej czystości przewodniki ograniczają ryzyko powstawania zniekształceń. Kable pokryte są elastyczną izolacją, redukującą efekt mikrofonowania – irytujące słyszalne dźwięki lub stuknięcia, które pojawiają się, gdy kable słuchawek stykają się z zewnętrznymi powierzchniami. Wbudowany mikrofon i zdalne sterowanie pozwala słuchaczowi odbierać połączenia i prowadzić rozmowy telefoniczne, a także sterować odtwarzaniem muzyki. Układ zdalnego sterowania oddzielony jest od obwodów audio, dzięki czemu nie wpływa on na jakość brzmienia.

Aby zapewnić maksymalne korzyści dźwiękowe, projektanci zakończyli przewód wtyczką z telluru miedzi (TeCu), materiału wyselekcjonowanego ze względu na swoją niesamowitą czystość i możliwość perfekcyjnej obróbki mechanicznej. Ponieważ TeCu jest znacznie łatwiejszy w obróbce niż inne powszechnie wykorzystywane stopy miedzi, możliwe było uzyskanie znacznie gładszej powierzchni wtyku, co przekłada się na lepsze dopasowanie do gniazda i doskonalszą transmisją sygnału.

Zaangażowanie w jakość rozszerza się nawet na przejściówkę 3,5 mm-6,3 mm, dołączaną do wszystkich słuchawek AudioQuesta. Dzięki grubej powłoce Direct-Silver pokrywającej rdzeń z miedzi o wysokiej czystości, adapter jest nie tylko funkcjonalny, lecz także spełnia wysokie standardy słuchawek AudioQuesta.

Słuchawki AudioQuest NightHawk Carbon już są dostępne w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna modelu wynosi 2999 zł.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Focal Utopia

Opinia 1

Jakiś czas temu branżę audio objął trudny do wytłumaczenia i nie wiadomo gdzie mający swoje źródło dziwny amok sprawiający, że spora grupa kojarzonych do tej pory wyłącznie z kolumnami głośnikowymi, bądź jedynie z elektroniką producentów rzuciła się, jak nie przymierzając szczerbaty na suchary, na segment słuchawek. Do szaleńczego wyścigu po słuchawkowe złote runo dołączyli m.in. (w porządku alfabetycznym) Bowers & Wilkins, Klipsch, KEF, Marshall, MartinLogan, McIntosh, Musical Fidelity, Oppo czy nawet Sonus faber, oraz … będący obiektem naszego dzisiejszego zainteresowania Focal. Nie ukrywam, że powyższe zjawisko, skądinąd ciekawe od strony marketingowej, początkowo niespecjalnie budziło mój entuzjazm. Głosując swoim prywatnym portfelem wolałem ufać tym, którzy na słuchawkach zjedli przysłowiowe zęby i w audiofilskich nausznikach siedzieli od lat, aniżeli ryzykować brzydko mówiąc wtopę z czymś, co oczywiście wcale nie musiało, aczkolwiek zachodziła takowa obawa, iż nosi znamiona najdelikatniej rzecz ujmując tzw. rebrandingu. Całe szczęście moje urojenia nie znalazły potwierdzenia w praktyce a kontakty z nausznikami OPPO ( PM-1 i PM-3) i Sonus faber (Pryma) jasno dały do zrozumienia, iż dysponując odpowiednim zapleczem technologicznym i utalentowaną kadrą inżynierską można bardzo mile zaskoczyć takich niedowiarków jak ja a niejako przy okazji uszczknąć całkiem pokaźny „kawałek” rynku wydawałoby się zarezerwowanego dla wyspecjalizowanych wytwórców. Cały czas poruszaliśmy się jednak na dość bezpiecznych pułapach cenowych, gdzie z jednej strony nietrafiony zakup nie boli aż tak bardzo a z drugiej i wymagania/oczekiwania nie są aż tak wygórowane. Tym razem postanowiliśmy jednak zerwać z powyższym asekurantyzmem i z pomocą rodzimego dystrybutora marki – warszawskiego FNCE S.A., pojechać po bandzie biorąc na warsztat francuskie flagowce Focal Utopia. Ponadto, aby zapewnić im możliwie komfortowe warunki pracy skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji i w roli referencyjnej amplifikacji wykorzystaliśmy znajdujący się pod opieką Audio Klanu wzmacniacz słuchawkowy Pass Laboratories HPA-1.

Jak niniejszy przykład dowodzi, wbrew obiegowej opinii High-End wcale nie musi już od progu oznajmiać swojej ekskluzywności i wyjątkowości budzącym onieśmielenie opakowaniem. I choć zarówno OPPO PM-1, jak i do tej pory najdroższe w naszym recenzenckim portfolio Final Sonorus X przyzwyczaiły nas do drewnianych, iście po królewsku wyściełanych przepięknych szkatuł, to Utopie dotarły w zdecydowanie skromniejszym opakowaniu. Obleczone czarną skórą pokaźnych rozmiarów pudło wzorem tapicerek sportowych bolidów przeszyto krwistoczerwoną dratwą a wnętrze wyściełano szarą, sztywną gąbką. Krótko mówiąc szału nie ma. Zamiast jednak marudzić i kręcić nosem najlepiej czym prędzej sięgnąć po same słuchawki i oddać się błogiej kontemplacji ich wzorniczo – materiałowego wyrafinowania. Długi – 4m, odłączany przewód od strony wzmacniacza zakończono 6,3 mm pozłacanym wtykiem Neutrika a od strony nausznic precyzyjnymi wtykami marki LEMO. Jest to jednoznaczny dowód na to, że Utopie są zbalansowane, więc jeśli chcemy w pełni wykorzystać drzemiący w nich potencjał, to warto rozejrzeć się za alternatywnym, również zakończonym słuchawkowym XLR-em okablowaniem. Same zaś nauszniki przedstawiają się niczym sportowy bolid, w którym dominuje precyzyjnie obrobione włókno węglowe, metalowe dodatki, oraz przecudownie mięsiste, jedwabiście miękkie, wykonane przez kaletniczego specjalistę – angielską firmę Pittards z perforowanej owczej skóry pady. Z podobną troską potraktowano pałąk nagłowny, co zaowocowało idealnym rozkładem ciężaru i zaskakująco wysoką ergonomią. Proszę mi wierzyć, że choć w przypadku blisko półkilogramowych słuchawek może to dziwnie zabrzmieć, ale ich naprawdę nie czuć na głowie. Jeśli dodamy fakt, że mamy do czynienia z konstrukcjami wokółusznymi i otwartymi, to również o komfort termiczny możemy się nie martwić – nic nie uciska małżowin a nawet po kilkugodzinnej sesji nie ma się wrażenia, że ich (znaczy się uszu) konsystencja już dawno przekroczyła granicę al dente niebezpiecznie zbliżając się do ewidentnego rozgotowania. Z drobiazgów natury akcesoryjnej warto również wspomnieć o dostępnym jako opcja chrakteryzującym się surowym, minimalistycznym designem standzie na który można „odwiesić” utopie podczas krótkich przerw w odsłuchach. W przypadku dłuższego nieużywania sugerowałbym je jednak chować do pudełka – nie dość, że nie będą się kurzyć, to i zagrożenie ewentualnymi uszkodzeniami ulegnie niemalże całkowitemu zminimalizowaniu.
Jeśli zaś chodzi o bardziej szczegółowe technikalia, to na szczególną uwagę zasługują autorskie, 40 mm berylowe przetworniki o membranach ukształtowanych na podobieństwo litery „M”. Ów profil, przynajmniej zgodnie z materiałami producenta, zapewnia, bądź ma zapewniać bardziej płaskie „czoło” generowanych fal dźwiękowych. Ultralekka membrana wzbogacona została o wysokopodatne zawieszenie tworząc z nim układ o dużym skoku i niskiej częstotliwości rezonansowej.

To wszystko jednak w pewnym sensie jedynie prolog, pewien układ zmiennych, które sprawiają, że danymi konstrukcjami możemy się w początkowej fazie znajomości zainteresować, lecz nie ma co się oszukiwać, gdyż jeśli tylko użytkowania słuchawek nie przypłacamy cotygodniowymi wizytami u kręgarza i cyklicznymi zabiegami rekonstrukcji miażdżonych i rozgotowanych małżowin, to i tak i tak najważniejszym czynnikiem decydującym o ich pozostaniu w naszym systemie będzie ich brzmienie. A jak grają topowe Focale? Cóż … żeby prawidłowo określić ich potencjał pozwolę sobie na posiłkowanie się trzema dotychczas u nas goszczącymi referencyjnymi konstrukcjami konkurencji. Mam w tym momencie na myśli najdroższe z całego zestawienia Finale Sonorus X, nieco tańsze HiFiMAN-y HE1000, oraz najbliższe cenowo Audeze LCD-4. Prawdziwy dream team a zarazem morderczo wysoko zawieszona poprzeczka, nieprawdaż? Tym bardziej, że ww. marki to manufaktury ściśle wyspecjalizowane w słuchawkach i nic nikomu niczego udowadniać nie muszą, za to Focal niejako dopiero aspiruje do tego jakże ekskluzywnego grona. Tyle teorii, gdyż praktyka wygląda cokolwiek inaczej. Utopie bowiem nie czując najmniejszej tremy wkraczają do słuchawkowego High-Endu bynajmniej nie chyłkiem, czy przez kuchenne drzwi, lecz od frontu i to z rozmachem godnym zmierzającego po swoje Dwayne’a Johnsona, który zamiast nieśmiało zapukać, w roli swoistego tarana używa pilnującego wejścia osiłka i na salonach pojawia się zaraz po wyrwanych w zawiasach drzwiach i bezwładnym ochroniarzu. Przesadzam? Jeśli już to tylko odrobinkę, gdyż nauszny kontakt z tytułowymi słuchawkami wywołuje nie tylko szczery podziw ale i szeroki, pełen zadowolenia uśmiech. Powodów takiego stanu rzeczy należy upatrywać m.in. w barwie i nasyceniu oferowanych przez Finale, rozdzielczości, oraz sposobie kreowania przestrzeni LCD-4, uzależniającej od pierwszych taktów namacalność średnicy HE1000 i pewnej trudnej, przynajmniej na podstawie dość krótkiego odsłuchu w Monachium prototypowych egzemplarzy Finali D8000 homogeniczności. Niemożliwe? Prawdę powiedziawszy początkowo sam też tak sądziłem, jednak im więcej casu spędzałem z Focalami na głowie, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że zupełnie niespodziewanie w nasze ręce trafił produkt bezapelacyjnie wybitny. Wygrzane, napędzane skądinąd świetnym Passem HPA-1, Utopie nie wybrzydzały i nie marudziły nawet na trudnym, kłopotliwym dla większości słuchawek materiale. Mówię w tym momencie o zrealizowanych z prawdziwie hollywoodzkim rozmachem ścieżkach dźwiękowych do „Avatara” autorstwa Jamesa Hornera i „300: Rise of an Empire” Junkie XL, gdzie z jednej strony mamy nad wyraz bogaty, wręcz rozbuchany aparat wykonawczy a na scenie dzieje się naprawdę sporo a z drugiej bardzo często w tle przewija się ciągły, basowy podkład w dodatku egzystujący niezależnie od wszelakiej maści tąpnięć, pomruków i uderzeń zapisanych w partyturze. Może i na papierze, ekranie taki dźwiękowy galimatias nie wygląda na zbyt wymagający, ale proszę mieć na uwadze, iż opisywane słuchawki to konstrukcje oparte na pojedynczych przetwornikach i w przeciwieństwie do wielogłośnikowych, kilkudrożnych kolumn nie mają jak owego galimatiasu na poszczególne drajwery podzielić. O dziwo jednak francuskie nauszniki z zadziwiająca łatwością całość nie tylko ogarniają, co potrafią uporządkować i z niezwykła precyzją rozmieścić na wieloplanowej tak szerokiej, jak i głębokiej scenie dźwiękowej. Od razu jednak uprzedzę, że rozmiar ww. sceny jak na słuchawki oparte na klasycznych – konwencjonalnych przetwornikach dynamicznych jest bezapelacyjnie referencyjna, jednak do poziomu wyznaczonego przez topowe Audeze, czy HiFiMany nieco jej brakuje. W zamian za to Focale rekompensują się nieosiągalnym dla większości planarów nasyceniem i potęgą najniższych składowych, co na wspomnianych soundtrackach stanowi ich niewątpliwą zaletę. Nie są przy tym tak „hermetyczne”, jak Sonorus X. Nie zamykają słuchacza w kokonie własnego, wykreowanego przez siebie świata, dopuszczają elementy, dźwięki otoczenia, przez co uczucie wyalienowania po ich założeniu nie jest tak intensywne. W dodatku o ile Finale stawiały na wszechobecny spokój i harmonię tytułowe słuchawki idą w kierunku żywiołowości i spontaniczności zachowując przy tym tę samą jakość poszczególnych składowych, co japońska konkurencja. Skraje pasma podane są mocno, pewnie i bez nawet najmniejszych oznak wycofania, zaokrąglenia czy zawoalowania, lecz dzięki krystalicznej czystości i fenomenalnej kontroli nie sposób zarzucić im czy to ofensywność, czy też zakusy zawładnięcia niekoniecznie podległymi im rejonami. W podobnym tonie serwowana jest też i średnica – z jednej strony rześka i komunikatywna z urzekającą namacalnością ludzkich głosów a z drugiej potrafiąca rozczulić słodyczą muzykalności i soczystości. Dykcja i akcent (nie tylko) wokalistów potrafią wywołać gęsią skórkę a jeśli tylko odpowiednio dobierzemy repertuar robi się niezwykle intymnie. W ramach materiału badawczego zaproponuję trzy propozycje – pierwszą z gatunku wieczorno-buduarowego, czyli „Quelqu’un m’a dit” z czule szepcząca nam do uszu Carlą Bruni, przecudownie dyplomatyczną odezwę Lucy Liu (tuż po dokonaniu dekapitacji Tanaki) umieszczoną na „Queen Of The Crime Council” pochodzącym z soundtracku do „Kill Bill Vol. 1”, lub równie urocze wstawki słowne w „Django Unchained”. Teraz już wiedzą Państwo o czym mówię?
Mamy zatem podobną referencję, lecz o nieco innej motoryce i podejściu do tematu reprodukcji dźwięku. Szukając muzycznych odpowiedników można byłoby uznać, iż Finale to słuchawkowy odpowiednik „Misa Criolla / Navidad Nuestra” Ariela Ramireza w wykonaniu Mercedes Sosy, natomiast Utopiom zdecydowanie bliżej do „S&M” Metallicy i tylko od naszych prywatnych preferencji zależeć będzie którą z powyższych opcji wybierzemy.

Zdaję sobie sprawę, że zamiast krytycznej recenzji opis Focali Utopia stał się trudnym do przełknięcia dla większości czytelników przesłodzonym ulepkiem i laurką, ale pomimo najszczerszych chęci w przypadku francuskich nauszników nie byłem w stanie się do czegokolwiek przyczepić. No może z wyjątkiem rozpiętości i głębi sceny, którą wspomniane w tekście topowe konstrukcje planarne kreują po prostu lepiej, jednak pod innymi względami … cóż, po prostu wypożyczcie je Państwo i na spokojnie posłuchajcie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35; Audionet Planck; AVM Audio OVATION MP 6.2
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Gdybyśmy nawet przekrojowo spojrzeli na mocno rozwijający się rynek przenośnego audio, okazałoby się, że będąc potencjalnymi użytkownikami znajdujemy się w centrum swoistego wyścigu zbrojeń. O co chodzi? Wystarczy wspomnieć różnorodność materiałów wykorzystywanych do produkcji będących naszym dzisiejszym tematem słuchawek. Począwszy od egzotycznego drewna, przez wszelkiego rodzaju sztuczne tworzywa (kewlar, włókno węglowe), czy na przyjaznych w codziennym użytkowaniu, a do tego podnoszących ekskluzywność produktów metalach typu: aluminium lub tytan skończywszy, wszystko ma swoje konkretne zadanie. I nie mam tutaj na myśli jedynie walorów estetycznych (choć to również bardzo ważny front walki dla branży), tylko nie odkrywając Ameryki każdy z Was chyba zdaje sobie sprawę, iż wszelkie mariaże wyszczególnionych półproduktów w konsekwencji współpracy z różnymi rodzajami przetworników generujących dźwięk dają całkowicie inne finalne brzmienie. To zaś ni mniej ni więcej oznacza, że dział słuchawkowy zachowuje się analogicznie do systemów stacjonarnych, a tam największą estetykę grania determinują kolumny głośnikowe ze wskazaniem na użyte przetworniki. Do czego dążę? Z pozoru nie mam na myśli nic specjalnego, ale biorąc pod uwagę dopiero raczkujący w dużych kolumnach trend wykorzystywania głośników opartych o membranę berylową, użycie takiego materiału do konstrukcji przetworników słuchawkowych możemy porównać do pewnego rodzaju przecierania szlaku. I gdy doszliśmy do clou, mam przyjemność przedstawić nasz dzisiejszy obiekt zainteresowań w postaci słuchawek zajmujących szczyt oferty francuskiego brandu Focal – modelu Utopia, które w recenzenckim starciu wspierać będzie amerykański specjalista od wzmacniania sygnału audio Pass Laboratories HPA-1. Gwoli pełnego pakietu informacji dodam, iż główne bohaterki swój udział w relacjonowanym sparingu zawdzięczają uprzejmości warszawskiego dystrybutora francuskiej marki FNCE.

Akapit wizualizacyjny rzeczonych słuchawek będzie opisem typowego przykładu, jak już na starcie, czyli przy pierwszym, z pozoru nieistotnym kontakcie wzrokowym (przecież dźwięk jest decydującym aspektem) zadbać o przychylność klienta. W jaki sposób? Chodzi o wspominane we wstępniaku wykorzystanie w budowie Focali Utopia, naznaczonych ekskluzywnością materiałów. Począwszy od wykonanego z włókna węglowego nośnika konstrukcji potocznie zwanego pałąkiem, przez będącą swoistym łożem dla nagłowia poduszkę z delikatnej wentylowanej skóry, w podobnym klimacie zrealizowane i dzięki piance zachowującej pamięć również skórzane wokół-uszne pady, po ubrane w delikatną siatkę muszle, w centrum których usytuowano zabezpieczony metalową siateczką berylowy przetwornik, wszystko trąca nieskalaną najmniejszym wykończeniowym potknięciem ekskluzywnością. A gdy do tego wszystkiego dodamy stosowny kuferek, jak na dłoni widać, że panowie znad Loary podeszli do tematu bez kontroli przysłowiowego księgowego. Mając za sobą opis kontaktu organoleptycznego nie mogę nie wspomnieć o tym, iż testowane konstrukcje są otwarte i po raz kolejny podkreślić, że przetwornik wykonano z nadal nieczęsto wykorzystywanego przez branżę głośnikową berylu. Wiem, to są dość zdawkowe dane, ale zapewniam, iż z uwagi na bardzo ciekawe wnioski niecierpliwie zbliżając się do części merytorycznej po dociekliwsze informacje zapraszam na stronę producenta, gdzie wszystkie mogące ujrzeć światło dzienne tajniki konstrukcji wyłożono na stół.

Jak wygląda świat muzyki według przepisu Focal Utopia? Szczerze? Jeśli tak, to oświadczam, od momentu ścierania się w recenzenckich bojach z podobnymi wyrobami po raz pierwszy zasmuciłem się faktem całkowitego nieużywania takich produktów. Mój świat audiofila jest na tyle fantastyczny, że nie cena, która notabene nie jest niska, była powodem rezygnacji z pojawiających się podczas zabawy z Utopiami pomysłów ich nabycia. Owszem, mogłem je kupić choćby dlatego, że są piekielnie ładne, ale to byłoby pozbawione sensu, dlatego też za wszelką cenę postaram się zarazić do nich Was, stałych czytelników. Ok. Do rzeczy. Dotychczasowe zmagania z kontrpartnerami z podobnej półki cenowej zawsze owocowały bardzo dobrym graniem ze wskazaniem na jakiś konkretny niuans. Raz była to dobra podstawa basowa i co za tym idzie wypełnienie dźwięku (FINAL), innym razem dany produkt fantastycznie pracował nad budowaniem pełnego powietrza wirtualnego świata (AUDEZE), by w pewnych wypadkach przy dobrej tonacji postawić na szybkość dźwięku. I wiecie co, bez najmniejszych obaw o podejrzenie płatnej protekcji jestem w stanie stwierdzić, iż dzisiejsze bohaterki wszystkie wymienione przed momentem aspekty wydają się łączyć w jedną całość. Nie forsują żadnego podzbioru przekazu muzycznego, tylko najzwyczajniej w świecie są równe od dołu przez środek, po górne rejestry pasma akustycznego. Owszem, taki odbiór mimo dużych chęci bycia bezstronnym może być naznaczony moimi prywatnymi preferencjami, ale patrząc przekrojowo na wszystkie dotychczasowe testy nie przychodzi mi na myśl nic innego, jak postawić Focale za swój wzorzec. Naturalnie nie ten z Sevres pod Paryżem, ale ten stricte recenzencki, co mam nadzieję nikogo do mnie nie zrazi. Próbując wtrącić do opisu kilka pozycji płytowych rozpocznę od płyty Michela Godarda “A Trace Of Grace”. Jeśli znacie tę pozycję, znakomicie zdajecie sobie sprawę, że jest to co prawda znakomicie, ale bardzo mocno podkręcona realizacja. I gdy czasem zbyt mocno grające w domenie masy słuchawki potrafiły osiągać stan przegrzania niektórych nisko schodzących fraz nutowych, tytułowe Francuzki owszem pokazywały kunszt realizatora, ale nawet nie zbliżały się do stanu rozmycia dźwięku. To zaś powodowało, że wykorzystująca pogłosy kubatury kościelnej wokaliza i bogate w wybrzmienia barokowe instrumentarium w odpowiedniej dla siebie estetyce gęstości, a przez to piękna muzykalności, wypełniały mój wokół-uszny świat w duchu bliskim tamtych czasów. To właśnie ten krążek uwiadomił mi ową równość przekazu przez całe pasmo akustyczne Utopii, co w dobie mamienia klienta przez niektórych konstruktorów konkretnymi niuansami ostatnimi czasy wydaje się być passe. A szkoda. Drugą i z powodów ewentualnych podejrzeń o słodzenie produktowi ostatnią płytą tego testu będzie najnowsza produkcja polskiej formacji Voo Voo zatytułowana „7”. Nie wiem, czy znacie, czy nie znacie tę kompilację, ale szczerze powiedziawszy według mnie jest to pierwszy tak dopracowany od strony audiofilskich smaczków projekt. Powoli ciągnięty smykiem kontrabas, gnieciona gdzieś w tle gazeta, momentami rozświetlający scenę blask trójkąta dzięki wyartykułowanym w tekście możliwościom walczących o pozytywną ocenę słuchawek w mojej ocenie wybrzmiały na miarę oczekiwań artystów, co dość karkołomnie zapragnąłem skonfrontować z systemem stacjonarnym. Efekt tej potyczki? Powiem szczerze, gdy w podobnych porównaniach nawet najlepiej wypadające słuchawki zawsze wprowadzały do odbioru efekt sztuczności kreowania świata, tym razem jedyną różnicą była wizualizacja wydarzeń w wektorze bycia w środkowym rzędzie sali koncertowej (system stacjonarny), lub siedzenia pomiędzy muzykami bez efektu siłowego wciskania muzyki w głowę (słuchawki). Niemożliwe? Spróbujcie, innej drogi do weryfikacji nie ma.

Jak ewidentnie widać po powyższym słowotoku, projekt zwany Focal Utopia pozamiatał wypracowane w moim ośrodku zarządzania ciałem dotychczasowe wzorce. Ale będąc w pełni świadomy swoich preferencji nie będę się upierał, gdy to co dla mnie jest wzorem, ktoś może odebrać jako ułomne choćby w sferze szybkości, czy mocnego dociążenia dźwięku. Co prawda ja swój osąd opieram na podstawie wielu doświadczeń, ale to przecież Wy ze swoimi oczekiwaniami jesteście wyrocznią dla decyzji zakupowej opisywanych konstrukcji. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak spróbować zmierzyć się z tą według mojej opinii bardzo dobrze zestrojoną prezentacją. Ale w tym momencie lojalnie ostrzegam, powrót tytułowych Francuzek na półkę sklepową może nie być możliwy, czego wszystkim zainteresowanym serdecznie życzę.

Jacek Pazio

Dystrybucja: FNCE S.A.
Cena: 17 999 PLN

Dane techniczne:
Typ konstrukcji: otwarty
Impedancja: 80 Ω
Rozmiar przetwornika: 40 mm Berylium „M”
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 50 kHz
Czułość: 104 dB SPL/ 1mW @ 1kHz
Waga: 490 g (bez kabla)
Długość przewodu: 4 m (OFC 6,35mm Jack Neutrik)

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy pod koniec września relacjonowaliśmy otwierające tegoroczną edycję wrocławskiego Audiofila spotkanie, którego gospodarzem, oczywiście oprócz organizatora – Piotra Guzka, był katowicki RCM nie omieszkaliśmy zwrócić Państwa uwagi ku mającej wtenczas (prawdopodobnie) światowej premierze jeszcze prototypowych kolumn Gauder Akustik Darc 4. Niewielkie, lecz zaskakująco ciężkie podłogówki nawet w mało sprzyjających – hotelowych wnętrzach porażały dynamiką, rozdzielczością i przede wszystkim wolumenem generowanych dźwięków. Bardzo szybko okazało się, że ich sekret drzemie w wykonanej w całości z aluminium obudowie, oraz w umiejętnej aplikacji wykonywanych na indywidulne zamówienie, modyfikowanych przetworników Accutona. O topologii zwrotnic i innych niuansach pozwolę sobie tym razem się nie rozwodzić, lecz osobom zorientowanym w temacie bezkompromisowego podejścia dr. Rolanda Gaudera mam nadzieję przedstawiać nie trzeba. Proszę się jednak nie martwić, że nie mając już nic ciekawego do pokazania ekshumujemy jakieś starocie, gdyż niniejsza mała retrospekcja stanowi jedynie wstęp do dzisiejszego świątecznego mini reportażu. I to reportażu nie byle jakiego, gdyż dokumentującego czysto towarzyski odsłuch poprzedzający … światową premierę usytuowanych oczko wyżej w firmowym portfolio Gauder Akustik, również prototypowych kolumn Darc 5.

Tak, tak. Nie przewidziało się Państwu. Gauder Akustik Darc 5 mają zostać oficjalnie przedstawione światu dopiero podczas przyszłotygodniowej, jubileuszowej (20-tej) edycji Audio Video Show. Tymczasem … korzystając z uprzejmości i zaproszenia Rogera Adamka – właściciela wspomnianego już RCMu – dystrybutora niemieckiej marki, wraz z Jackiem postanowiliśmy urządzić sobie świąteczny maraton i bladym świtem, w strugach ulewnego deszczu wyruszyliśmy na południe Polski. Nieczęsto się bowiem zdarza okazja do posłuchania owianych na razie tajemnicą stricte ultra high-endowych konstrukcji w kontrolowanych i co najważniejsze doskonale nam znanych, a przy tym bez porównania lepszych od wystawowych, warunkach. Jakby tego było mało kolejnym, jak się okazało nader skutecznym, wabikiem okazało się już wcześniej „zaanonsowane” przez Jacka szwedzkie ramię Swedish Analog Technologies – SAT Pickup Arm, tym razem zamontowane na „budżetowym” gramofonie TechDAS Air Force III i uzbrojone w wielce urodziwą wkładkę TechDAS Ti.

Jakby tego było mało w torze znalazł się również prototypowy – flagowy phonostage RCM Audio i potężne monobloki Vitus Audio SM-103.

Nie wdając się zbytnio w szczegóły o brzmieniu powyższego seta można wyrazić się wyłącznie w samych superlatywach. O ile bowiem mniejsze Darc 4 były w swej spontaniczności i skali generowanego dźwięku zaskakujące, to 5-ki dziarsko wkraczają na poziom porażającej spektakularności i to przy równie wyżyłowanej rozdzielczości i precyzji. Oczywiście niebagatelny wkład w efekt finalny w dniu dzisiejszym miało samo ramię SAT-a, ale tak jak już zdążyłem nadmienić w ramach niniejszej „zajawki” skupiam się na końcowym i ogólnym wrażeniu a ewentualne dociekania takowego stanu rzeczy pozostawiam na przyszłość i ewentualne odsłuchy w naszym redakcyjnym OPOS-ie.

Zatem na zachętę i formę mobilizacji do ruszenia tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, na najbliższe Audio Video Show, dodam jedynie to, że właśnie dziś, na pokrótce przedstawionym powyżej systemie, stanowiącym w pewnym sensie przedsmak tego, co czeka odwiedzających warszawską wystawę, dane mi było wysłuchać najbardziej ekscytującej i wywołującej prawdziwe ciary w mojej bajkopisarskiej historii reprodukcji LP ze ścieżką dźwiękową „The Fifth Element” a proszę mi wierzyć, że wcale nie tak łatwo wywołać u mnie ostatnimi czasy podobne reakcje.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na delikatnie zawoalowaną na głównym banerze naszego portalu reklamę produktu ze stajni katowickiego RCM-u, ale jeśli nie, przypomnę, iż owa zajawka zapowiada przygotowywaną na najbliższą warszawską wystawę audio-maniaków AVS 2017 światową premierę nowych kolumn niemieckiego Gauder Akustik – modelu Dark 5. Tak tak, mająca odbyć się za kilka dni impreza jest na tyle liczącym się na mapie globu wydarzeniem (nie pomyliłem się, globu), że coraz częściej, można by powiedzieć rozdający karty na szeroko rozumianym rynku audio konstruktorzy, traktują ją jako wręcz idealny moment na wypromowanie swoich najnowszych konstrukcji. Jednak informacja o ważności czekającego nas muzycznego mitingu nie byłaby pełna, gdybym nie wspomniał, iż sam właściciel przywołanego brandu Pan Dr. Roland Gauder przybędzie nań osobiście, co dla zainteresowanych zagadnieniami technicznymi budowy kolumn będzie wyśmienitą okazją do kuluarowych i być może nawet bardzo zaawansowanych technicznie wymian zdań. Intrygujące, nie sądzicie?

Jak wskazują załączone do dzisiejszego tekstu fotografie, rozmiar oczekujących na swój debiut konstrukcji oscyluje w okolicach będącego w ofercie marki modelu Cassiano, ale zapewniam, to są całkowicie odmienne pomysły na dźwięk. I nie chodzi tylko o przetworniki, zwrotnice, czy rozmiar skrzynek, ale w głównej mierze zmiany dotyczą materiału wykorzystanego do wykonania obudowy. O co chodzi? Sądzę, że głębiej przyglądający się rynkowi kolumn melomani już jakiś czas temu zdążyli się zorientować, że poważni producenci zespołów głośnikowych w kwestii obudów stawiają na aluminium. I właśnie tą drogą podąża najnowsza seria kolumn Gauder Akustik Dark. Ja wiem, każdy producent posiadając odpowiednie zasoby finansowe może pójść w tę stronę, ale słowem, a tak prawdę mówiąc stwierdzeniem kluczem jest fraza “trzeba mieć odpowiednie doświadczenie, aby konstrukcja bez efektu przysłowiowego dzwonienia (przecież mamy do czynienia z metalem) wiernie odtwarzała dźwięk, a nie próbowała go naśladować”. Łatwizna? Bynajmniej. Słyszałem kilka prób z podobnymi rozwiązaniami i bywało co najwyżej znośnie, co pokazuje, że użycie aluminium nie jest gwarantem sukcesu sonicznego. Zatem, czy Dr. Rolandowi Gauderowi udało się stworzyć coś na miarę przełomu? O nie, choć miałem okazję posłuchać walorów muzycznych opisywanej nowości, tego ode mnie się nie dowiecie. Dlaczego? Ano dlatego, że przyjeżdżając na wystawę sami przekonacie się (na ile jest to możliwe w warunkach pokazu dla wielu słuchaczy jednocześnie), jakie możliwości drzemią w kolumnach wykorzystujących w konstrukcjach swych obudów ten bardzo modny ostatnimi czasy metal. Zainteresowani? Jeśli tak, zapewne spotkamy się w najbliższy piątek na tegorocznej edycji Audio Video Show 2017 w sali Azalia hotelu Golden Tulip.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Audionet PLANCK

Opinia 1

W ramach kontynuacji przygody z pewną niemiecką marką, po wybornej super integrze Watt i w trakcie cierpliwego oczekiwania na ultra high-endowy, określany przez samego producenta jako „stratosferyczny” zestaw pre/power STERN/HEISENBERG (mamy cichą nadzieję, iż kiedyś do nas ww. set jednak dotrze) postanowiliśmy wziąć z Jackiem z portfolio Audioneta w krzyżowy ogień odsłuchów topowe źródło cyfrowe. Skoro patronem flagowego wzmacniacza zintegrowanego został „ojciec rewolucji przemysłowej” – James Watt a wspomnianej, dzielonej amplifikacji nobliści Otto Stern i Werner Heisenberg nietrudno się domyślić, że i dzisiejszy bohater ma równie sławnego i docenionego „ojca chrzestnego”. Zanim jednak odsłonię wszystkie karty muszę przyznać, że berlińscy inżynierowie mają wyraźną słabość do obszaru fizyki kwantowej, gdyż tym razem zdecydowali się na kolejnego laureata Nagrody Nobla … Maxa Karla Ernsta Ludwiga Plancka, odkrywcę nieznanej dotychczas (czyli do 1900 roku) fundamentalnej stałej przyrody (stałej Plancka) i teorii dowodzącej, że energia nie może być wypromieniowywana w dowolnych ciągłych ilościach, a jedynie w postaci „paczek” (kwantów). Panie i Panowie oto Audionet PLANCK i od razu uprzedzę, że o dzielonym źródle, lub samym transporcie, czy to CD, czy plików z najwyższej półki jeszcze nic nie słychać, ale jeśli takowe miałoby się pojawić to uprzejmie przypominam, że „niezagospodarowany” pozostaje patronat Paula A. M. Diraca – autora zredukowanej stałej Plancka – stałej Diraca.

No dobrze, żarty na bok, gdyż nomenklatura to jedno, ale nawet tuzin noblistów w portfolio nie sprawi, że ładnie opakowana rebrandowana budżetówka zacznie grać jak przysłowiowy milion dolców. Zanim jednak pochylimy się nad brzmieniem pozwolę sobie na kilka słów o walorach estetycznych odtwarzacza Audionet PLANCK. Od razu zatem, w celu rozwiania wszelkich wątpliwości na wstępie uprzejmie doniosę, że PLANCK od trony technicznej z budżetówką ma tyle wspólnego co przysłowiowa szyba z szybowcem.
Bryła odtwarzacza to wycięty, masywny (8,6 kg) blok aluminium o grubości ścian wynoszącej 20 mm obejmujący górę i boki, oraz chassis dolne uzupełniające całość o front, spód i ścianę tylną. Zgodnie z tradycją nie zabrakło też autorskiej, zintegrowanej z całością, a tak po prawdzie stanowiącej niewidoczną od frontu platformę antywibracyjną, wykonanej z ciężkiego konglomeratu płyty spodniej. Jak na stricte high-endowy top-loader przystało dostojnie (obsługa manualna) poruszające się na silikonowych prowadnicach centymetrowej grubości aluminiowe wieko daje dostęp do mechanizmu z charakterystycznym, grubym trzpieniem wrzeciona zawieszonego na polietylenowych pasach napędu Philips CDM-PRO 2LF i piekielnie mocno trzymającym, wyposażonym w magnesy krążkiem dociskowym wykonanym z tworzywa POM.
Front zdobi jedynie centralnie umieszczony czarno-błękitny wyświetlacz, wycięte po lewej stronie firmowe logo i czujnik IR wraz z czterema przyciskami nawigacyjno-funkcyjnymi po prawej. Kwintesencja oszczędnej elegancji. Zdecydowanie więcej dzieje się za to „od zakrystii”, gdzie w idealnym porządku rozdzielono poszczególne sekcje na, patrząc od lewej, interfejsy komunikacyjne Audionet Link, wyjścia nałogowe w postaci pary solidnych terminali RCA i XLR, pokaźną baterię interfejsów cyfrowych – wejść koaksjalnego, USB, optycznego i wyjść optycznego, pary koaksjali i AES/EBU. Jakby tego było mało gniazda zasilania mamy dwa – standardowe, trójbolcowe IEC i okrągłe, wielopiowe dedykowane zewnętrznemu firmowemu zasilaczowi AMPERE (opcja za drobne 3 5834 PLN).
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to oprócz niewielkiego, ekranowanego toroida dbającego o zasilanie elektroniki, oraz małej impulsówki dedykowanej transportowi, znajdziemy poprzedzone upsamplerem SRC4192 firmy Burr Brown parę przetworników Analog Devices AD1955 (po jednym na kanał), trzy kości Burr-Brown DIT4096I (96 kHz) obsługujące wyjścia cyfrowe i dyskretną, pracującą w klasie A sekcję analogową.

PLANCK oferuje brzmienie z jednej strony adekwatne do swojej aparycji a z drugiej dla niczego niespodziewających się słuchaczy w pewnym sensie zaskakujące. Rozkładając na czynniki pierwsze analogię do wzornictwa należałoby zwrócić bowiem uwagę na wszechobecną potęgę i autorytatywność przekazu jaką serwuje nam niemiecki odtwarzacz. Dźwięk jest duży, wręcz spektakularny, acz nieprzesadzony i niepopadający w gigantomanię. Spora w tym zasługa niezwykłej zwartości i homogeniczności reprodukowanego pasma, dzięki czemu nic się nie rozlewa, nie snuje, tylko zachowuje pełną kontrolę. Co ciekawe w pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że Audionet gra dość ciemnym dźwiękiem, tylko owe przyciemnienie nie dość, że nie ma nic wspólnego z jakimikolwiek, nawet najmniejszymi oznakami spowolnienia, to w dodatku … i w tym momencie dochodzimy do elementu zaskoczenia, jest on, czyli ów dźwięk niezwykle rozdzielczy i selektywny. Mamy zatem coś na kształt niezwykle udanej hybrydy wyrafinowania i dostojności goszczącego ostatnimi czasy w naszych skromnych progach Accuphase’a DP-720 z dynamiką i rozdzielczością kipiącego energią Ayona CD-35, czy nawet, po aplikacji jak to ujęła małżonka jednego z naszych znajomych, „niemoralnie drogich” Siltechów Triple Crown zbliżając się do poziomu holograficznej czytelności C.E.C.-a TL 0 3.0. Brzmi intrygująco? Ano właśnie i proszę mi wierzyć na słowo, tak też jest w praktyce. Nie bez powodu przywołałem bowiem zrobionego „po analogowemu” – paskowego C.E.C.-a, gdyż niemiecki top-loader również obrał podobny kierunek, pomysł kreowania muzycznego spektaklu. PLANCK, biorąc przykład zarówno z „zerówki” i jak zdecydowanej większości wysokiej klasy … gramofonów (to nie jest przejęzyczenie, ani tym bardziej chochlik drukarski) podchodzi bowiem do sprawy reprodukcji materiału źródłowego w sposób globalny, totalny i kompletny – organiczny. To nie jest zbitek, bądź nawet całkiem udany, zgrabny kolaż mniej bądź bardziej przypadkowych dźwięków układający się, przynajmniej z pewnej odległości, w nader akceptowalną mozaikę. O nie. Tym razem mamy do czynienia z nieporównywalnie bardziej homogenicznym, pozornie monolitycznym tworem przedstawianym słuchaczom jako nierozerwalna całość. Jednak bardzo szybko okazuje się, iż z tego monolitu bez trudu jesteśmy w stanie wedle własnych potrzeb wyłuskiwać interesujące nas niuanse. To coś na kształt i podobieństwo najwyższej czystości bursztynu w którym zatopiony komar, bądź inne ówczesne żyjątko możemy podziwiać w natywnej, czy nawet nieco „podbitej” rozdzielczości a ewentualna granulacja odbywa się na poziomie molekularnym. Aby tego doświadczyć wcale nie trzeba sięgać po pseudoaudiofilskie samplery, na których skrzypnięcie krzesła w piątym rzędzie, bądź stłumione kaszlnięcie dobiegające z jeszcze dalszych miejsc mają rangę porównywalną do partii co najmniej chórków. Wystarczy bowiem sięgnąć nawet po do bólu komercyjne „The Look Of Love” by po pierwsze dać się uwieść głębokiemu i pełnemu karmelowej słodyczy głosowi Diany Krall a po drugie odkryć, że dyskretny akompaniament orkiestry jest prawdziwym majstersztykiem pozwalającym bez najmniejszych problemów śledzić partie poszczególnych instrumentów. Ich lokalizacja i stabilność na wirtualnej scenie na Audionecie wypadają referencyjnie a jeśli dodamy do tego równie naturalną gradację planów i budowanie przestrzeni scenicznej w głąb bardzo szybko okaże się, jak trudno zrezygnować z odsłuchu, by powrócić do codziennych obowiązków.
Równie wyborny mariaż rozdzielczości z barwą i jak się miało okazać natywną gęstością zaobserwować można było na dość eklektycznym i mało ortodoksyjnym, przynajmniej jeśli chodzi o instrumentarium i podejście do symfoniki, albumie „Three Worlds: Music From Woolf Works” Maxa Richtera. Może i w muzyce Richtera nie ma niczego odkrywczego, czy pionierskiego, ale trudno odmówić mu talentu do syntezy charakterystycznych dla „rasowej” klasyki elementów ze stricte współczesnymi, syntetycznymi trendami w wielce atrakcyjną całość. I właśnie ową umiejętność i swobodę artystycznego wyrazu PLANCK ze swojej strony akcentuje i podkreśla niejako zachęcając odbiorców do większej aniżeli zazwyczaj uwagi podczas odsłuchu. Z jednej strony prezentując dzieło jako skończoną całość z drugiej kusi dalszoplanowymi wątkami, pozornie zawieszonymi w próżni dźwiękami do własnych poszukiwań, przemyśleń, interpretacji. Jednym słowem angażuje nas nie tylko emocjonalnie, co fizycznie, gdyż nie sposób tego typu prezentacji traktować li tylko jako niezobowiązujące tło codziennej krzątaniny.
Podobnie sprawy się miały na zdecydowanie bardziej kakofonicznym repertuarze. Zarówno świetnie znoszący upływ czasu thrashowy evergreen „Rust In Peace” Megadeth, jak i cudownie zwariowany „Prophets Of Rage” Prophets Of Rage udowodniły, że dobry sprzęt jest w stanie dobrze zagrać każdy rodzaj muzyki a owe radosne porykiwania wypadły nie tyle dobrze co rewelacyjnie – z imponującym wykopem, mocą i bezpardonowym atakiem. Zero łagodzenia, spowolnienia, czy prób zaokrąglenia zbyt kanciastych form. Ciężkie brzmienia w najczystszej i przepotężnej postaci, jaka z reguły kojarzy się bądź to z występami na żywo, bądź przypisywana jest (niekoniecznie) czarnym i co najważniejsze zrealizowanym w domenie analogowej, lub chociażby z dedykowanym masteringiem płytom winylowym. Magia? Wbrew pozorom nie. To doprowadzona do perfekcji inżynierska wiedza, lata doświadczeń i najzwyklejsza w świecie pasja. Pasja, która sprawia, że analizując brzmienie PLANCKa traktujemy je jako kompletną i nierozerwalną całość a jakakolwiek próba analizy poszczególnych jego składowych, skrajów, czy wycinków reprodukowanego pasma przypomina usilne dzielenie włosa na czworo i generalnie rzecz biorąc jest kompletnie bez sensu.

Podejrzewam, iż w przeprowadzonym nawet w gronie doświadczonych rodzimych audiofilów plebiscycie na referencyjne źródło cyfrowe Audionet PLANCK mógłby nie znaleźć się nie tylko w pierwszej piątce, co nawet w dziesiątce. Za taki stan rzeczy odpowiada z pewnością jeszcze niezbyt duża popularność niemieckiej marki nad Wisłą a co za tym idzie również świadomość oferowanej przez tytułowego producenta niezwykle korzystnej relacji jakość/cena. Jeśli więc kierujecie się Państwo własnym słuchem i nie należycie do grona osób, którym „grają metki” postarajcie się wypożyczyć PLANCKa na testy we własnych systemach a przekonacie się, iż jest to jeden z najlepszych konwencjonalnych odtwarzaczy CD dostępnych na rynku.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35; AVM Audio OVATION MP 6.2
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Aaudionet WATT
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Jak to zwykle na tym ziemskim łez padole bywa, coś, co po dogłębnym zapoznaniu się okazuje się być bardzo interesującym, pomimo bycia pod przysłowiową ręką jakimś zrządzeniem losu umiejętnie umyka nam z pola widzenia. Co mam na myśli? Dla zwykłego Kowalskiego nic nadzwyczajnego, ale już dla miłośników dobrego brzmienia coś bardzo intrygującego w postaci źródła cyfrowego, a dokładnie mówiąc odtwarzacza płyt kompaktowych PLANCK niemieckiej marki Audionet. Dlaczego już we wstępniaku uchylam rąbka tajemnicy o dobrze rokujących możliwościach sonicznych dzisiejszego bohatera? Gdy prześledzicie naszą dotychczasową listę recenzji, z pewnością doszukacie się pierwszej jaskółki z portfolio tego brandu, czyli wzmacniacza zintegrowanego WATT, który wyskakując niczym królik z kapelusza pokazał, iż panowie zza naszej zachodniej granicy wiedzą, jak dotrzeć do naszych audiofilskich serc, ups, ośrodków utożsamiania się z dobrze odtworzoną muzyką. Przyznam szczerze, wtedy było to dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie i z pewnością obecnie automatycznie nieco podnosiło poprzeczkę oczekiwań dla tytułowego kompaktu, ale przywołując z pamięci tamten sparing o ten dzisiejszy w głębi ducha byłem dziwnie spokojny. Zatem, gdy karty leżą na stole, zapraszam wszystkich na kilka akapitów o dostarczonym przez łódzkiego dystrybutora Core Trends, zaanonsowanym kilka linijek wcześniej niemieckim odtwarzaczu płyt CD Audionet PLANCK.

Akapit przybliżający wygląd i możliwości współpracy PLANCK-a z potencjalnym systemem audio, będzie ociekał w kilka szczerych pochwał, gdyż mimo wyjścia spod ręki niemieckich inżynierów swoim designem udowadnia, że jeśli się chce, można pogodzić ogień z wodą, czyli tak uformować z pozoru prostą, rzekłbym nawet siermiężną bryłę, aby w jej “techniczności” dało się wyodrębnić nutkę romantyzmu. Naturalnie nie jest to projekt rodem z Italii, ale dzięki unikaniu ostrych krawędzi udało się uzyskać bardzo przyjazny nawet dla naszych drugich połówek projekt plastyczny. Ale do rzeczy. Jak doskonale widać na fotografiach mamy do czynienia top-loaderem, co już na starcie wymusza na potencjalnym zainteresowanym przygotowania dla odtwarzacza co najmniej stosownej półki z dużym prześwitem do znajdującej się wyżej, lub najzwyczajniej zagwarantować szczyt naszego audiofilskiego ołtarza. Próbując bardziej przybliżyć budowę opisywanego odtwarzacza nie można pominąć faktu wykonania jego obudowy z grubego, łączącego boki i górną płaszczyznę, aluminiowego profilu i zaimplementowanego jako spód konstrukcji przypominającego konglomerat, sporej grubości bloku skalnego. Podobnie jak podczas testowania wzmacniacza nie konsultowałem z producentem zamysłu użycia takiego półproduktu, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, zwiększenie masy niepodważalnie pomaga w wygaszaniu szkodliwych drgań dla czułych układów wewnętrznych. Opisując front nie zaleję Was potokiem wizualnych fajerwerków, tylko zeznam, iż znajdziemy na nim teoretycznie niezbyt duży, ale po kilkunastodniowym obcowaniu stwierdzam, że bardzo czytelny wyświetlacz i cztery przyciski funkcyjne. Górna płaszczyzna obudowy idąc za wymaganiami konstrukcji jest ostoją dla umieszczonego pod odsuwaną do tyłu klapą napędu CD i zlokalizowanego tuż za nim bloku otworów wentylacyjnych. Przerzuciwszy nasze zmysły na tylny panel przyłączeniowy stosunkowo łatwo przekonujemy się, że rodowity Niemiec dostał solidny pakiet terminali w postaci serii wejść i wyjść cyfrowych (optyczne, AES/EBU i SPDIF), wyjść liniowych RCA i XLR i wieńczące listę gniazdo zasilające.

Jak gra nasz dzisiejszy bohater? Szybki research sesji zdjęciowej natychmiast zdradza, że PLANCK Audionet’a w swym boju o laury zastąpił japońskiego Accupchase, co z automatu zmusza mnie do choćby zdawkowej konfrontacji obydwu konstrukcji. I wiecie co? Jestem rad, że owa roszada miała miejsce, gdyż każda z konstrukcji stawia na nieco inne aspekty i pokazanie ich przy zdecydowanie większej rozpoznawalności Japończyka zdecydowanie ułatwi Wam wyciągnięcie wniosków na temat opiniowanej niemieckiej myśli technicznej. Zatem co różniło obydwu kontrpartnerów? Jak znakomicie zdajecie sobie sprawę, Accu przy nieco bardziej otwartym niż przed laty graniu nadal za zadanie nadrzędne uważa pracę nad nutą muzykalności, dla niektórych niestety z oficjalnym dopuszczeniem delikatnego pogrubienia linii rysującej źródła pozorne na wirtualnej scenie muzycznej. Tymczasem zamiana napędów poskutkowała wykonturowaniem dźwięku, ale o dziwo nie tracąc nic z jego gęstości i soczystości przy jednoczesnym wzmocnieniu, zebraniu się w sobie niskich rejestrów. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, moje wywody nie mają na celu stawiania kontrpartnerów jednego nad drugim, gdyż to zwyczajnie są inne szkoły grania i nieuprawnionym jest mówienie, że jeden jest fantastyczny, bo krzepki, a drugi bidulek, bo melancholijny. Ja chcę tylko uzmysłowić Wam, co na tle znanej wszystkim na wylot szkoły grania Accupchase potrafi dopiero przebijający się na naszym rynku niemiecki Audionet, nic więcej. A czy były to jedyne różnice? Patrząc z perspektywy czasu w zdecydowanej większości tak, gdyż inne punkty określające wyrafinowanie danej konstrukcji typu: rozmiary sceny muzycznej, holografia źródeł pozornych i umiejętność wciągnięcia słuchacza w kreowany świat muzyki szły kolokwialnie mówiąc łeb w łeb. A jak wypadało to na tle konkretnych płyt? Pewnie trącę trywialnością, ale powiem , że typowo dla każdej z prezentacji. O co chodzi? Dla mnie o nic, ale znajdą się tacy, którzy ponadprzeciętną czytelność rysowania muzyki dawnej mogą odebrać za zbyt bezpośrednią. Ja przy stawianiu na gęstość grania osobiście lubię, gdy dźwięk ma wyraźnie zaznaczone krawędzie i dba o solidną dawkę informacji w górnych rejestrach, co bohater testu oferował od pierwszych minut testu. Naturalnie podczas rozprawiania o muzyce Baroku znaleźliby się ortodoksyjni melomani, którzy nie dopuszczają zbyt dosłownej prezentacji, ale uwierzcie mi, mimo, że owa muzyka jest moim konikiem, to bliżej mi do prezentacji niemieckiej, niż japońskiej. Myślicie, że usilnie bronię bohatera testu? Bynajmniej, gdyż nawet idąc tropem poszukiwania potknięć opisywanego źródła w kolejnych nurtach muzycznych PLANCK tylko potwierdzał swoje umiejętności, co skutkowało czytelnym, ale mięsistym kontrabasem i skrzącymi się blachami nawet w najbardziej wyczynowym pod tym względem ECM-owskim jazz-ie. A jeśli tak, to wyobraźcie sobie, co działo się z produkcjami typu elektronika grupy Yello, czy ciężkie brzmienie ze folk-metalowej stajni Percival Schuttenbach. Przenikliwe przestery na niskich sztucznie wygenerowanych pomrukach płyty “Touch”, czy mocne gitarowe riffy wspomagane masywną i pełną energii stopą krążka “Svantevit” z dziecinną łatwością dawały namiastkę tego, co czeka nas, oczywiście jeśli tylko się wybierzemy, na prawdziwym koncercie. Mało? Niestety musi wam wystarczyć, gdyż dalszy tekst odebralibyście jako drukowanie meczu, a jestem daleki od takich podejrzeń. Propozycja zza naszej zachodniej granicy nie potrzebuje siłowego nakłaniania do siebie, wystarczy dać jej szansę, a gwarantuję, nie zawiedziecie się. Nawet jeśli to nie do końca Wasza bajka, doświadczenie warte będzie każdej, poświęconej opisywanemu odtwarzaczowi minuty.

Gdy niemiecki krążownik lądował na stoliku ze sprzętem, oczywiście przypuszczałem, że może być ciekawie. Ale w najśmielszych snach nie oczekiwałem w dobrym tego słowa znaczeniu tak fantastycznej jazdy bez trzymanki. Co ważne, tchnięcie takiej dawki energii nie spowodowało przekroczenia techniczności dźwięku. Być może było to spowodowane towarzyszącą elektroniką. ale dla pełni informacji jedno muszę oznajmić, owa występująca w roli zastępczego systemu układanka audio grała w bardzo podobnej do mojej estetyce, dlatego też jestem spokojny o prawdziwość wyartykułowanych w tekście wniosków. Kto powinien zainteresować się tytułowym odtwarzaczem? Tak prawdę mówiąc wszyscy bez wyjątków, gdyż jedyną rzeczą z jaką może sobie nie poradzić, będą Wasze preferencje. Nad wszystkimi innymi aspektami potencjalnych systemów bez problemów jest w stanie zapanować.

Jacek Pazio

Dystrybucja: CORE trends
Cena: 56 700 PLN

Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: 0 – 75 000 Hz (-3 dB)
THD + N: < -107 dB/-6 dBFS
Stosunek sygnał/szum: > 111 dB
Separacja kanałów: > 134 dB/10 kHz
Impedancja wyjściowa: 33 Ω
Napięcie wyjściowe: 3.5 V RMS
Pobór mocy (standby/maksymalny): < 1/40 W
Wymiary (S x W x G): 430 x 120 x 370 mm
Waga: 25 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Accuphase DP-720
– przedwzmacniacz liniowy: Phasemation CA-1000
– monobloki: Phasemation MA-2000
Kolumny: Lumen White Kyara
Kable głośnikowe: Siltech Triple Crown Speak
IC RCA: Siltech Triple Crown
XLR: Siltech Triple Crown
Kable zasilające: Siltech Triple Crown Power
Stolik: SOLID BASE VI
Listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Właśnie dotarł – pachnący fabryką i choć nieistniejący w firmowym portfolio, to nad wyraz namacalny, zaskakująco solidny  a jak na nasze standardy niezaprzeczalnie budżetowy wzmacniacz zintegrowany Cayin CS-120SA.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Pass INT-60

Opinia 1

Szukając jakiegoś niezobowiązującego punktu zaczepienia do niniejszego wstępniaka przez dłuższy czas cierpiałem na przysłowiową niemoc twórczą i miałem totalną pustkę w głowie. Po prostu czarna rozpacz. Nic tylko usiąść i nie, nie płakać, bo chłopaki nie płaczą (chyba, że ze śmiechu na „Minionkach”), tylko nalać sobie jedną, albo najlepiej od razu dwie szklaneczki wybornego irlandzkiego destylatu o jakże adekwatnej do sytuacji nazwie „Writers Tears”. Zanim jednak przystąpiłem do organizowania sobie odpowiedniego entourage’u spojrzałem za okno a widok zasnutego stalowo-czarnymi chmurami sprowadził na mnie natchnienie. O ile bowiem większości niezorientowanej w temacie populacji sformułowanie „nadchodzi zima” niewiele powie, to już miłośnicy wielosezonowej sagi „Gra o tron” zwrot „Winter is coming” znają i kojarzą lepiej niż dobrze. W końcu to motto rodu Starków a że przy okazji pasuje do aktualnej aury to tym lepiej dla niego. Ja jednak nie o tym, gdyż bohater niniejszej recenzji na zimowe chłody wydaje się być wręcz idealnym kompanem a wszyscy Ci, którzy z najprzeróżniejszych i bardzo często zupełnie od nich niezależnych przyczyn nie mogą sobie nie tylko pozwolić, co nawet pomarzyć o kominku z pewnością pokochają go miłością wielką i równie gorącą jak on sam. O kim, a raczej czym mowa? O nie tyle najmniejszej, gdyż akurat to określenie do dzisiejszego gościa zupełnie nie pasuje, co raczej mniej pokaźnej integrze Pass Laboratories o sumbolu INT-60.

Patrząc na physis 60-ki niezwykle trudno oprzeć się wrażeniu, że coś bliźniaczo podobnego już gdzieś, kiedyś widzieliśmy. Szybki research w pamięci, kilka kliknięć w naszej wyszukiwarce i wszystko staje się jasne. Toż to wykapany INT-250, którego gościliśmy w naszych systemach niemalże równe dwa lata temu. Dokładnie ten sam układ przycisków, projekt plastyczny i generalnie można uznać, że wszystko jest takie samo a różnice dotyczą praktycznie niezauważalnych niuansów. Od swojego starszego brata 60-ka jest co prawda prawie dwanaście kilogramów lżejsza lecz dziwnym trafem akurat ten szczegół jest niespecjalnie zauważalny, gdyż przy takiej bryle nawet 42 kg potrafią dać w kość. W dodatku, pomimo spadku wysokości o pi razy oko 4 cm o 2 mm wzrosła głębokość i warto mieć to na uwadze, gdyż blisko 55 cm audiofilskie cacko nie wszędzie ma szansę wygodnie się usadowić. A właśnie, skoro jesteśmy przy planowaniu lądowiska dla „małego” Passa nie można nie wspomnieć o jego dość zauważalnej, wynoszącej 53 °C temperaturze. Bierze się ona stąd, że pomimo tego, iż w rubryce z danymi jak byk widnieje klasa AB, to spokojnie możemy odetchnąć z ulgą, gdyż to w pewnym sensie taki pic na wodę i mydlenie oczu ekologom. Okazuje się bowiem, że INT-60 to tzw. High Bias Amplifier, w którym płynne przejście do wspomnianej klasy AB następuje dopiero mniej więcej w połowie mocy znamionowej, czyli przekładając to na nasze – pierwsze 30 W dostajemy w klasie A. Nie wiem jak to będzie wyglądać u Państwa, ale u mnie owe 30 W w zupełności wystarczało, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że w każdym kanale pracuje po 20 mosfetów.
Nie chcąc jednak wyjść na lenia, bądź co gorsza osobę nieuprzejmą zamiast odsyłać Was do wcześniejszej recenzji po raz wtóry zreferuję charakterystyczne dla tytułowego Passa detale natury wizualnej. I tak na masywnym, stanowiącym front, płacie szczotkowanego aluminium centralne miejsce zajmuje podświetlony na niebiesko potężny bulaj wskaźnika prądu pracy tranzystorów wyjściowych. Po jego lewej stronie, w biegnącym prze całą szerokość frontu wgłębieniu umieszczono włącznik, cztery przyciski selektorów wejść a powyżej nich niewielkie okienko wskazujące na wybraną siłę głosu natomiast po prawej, w tym samym wyżłobieniu oczko czujnika IR i guzik wyciszenia. Nad nimi znalazło się adekwatne do gabarytów urządzenia pokrętło głośności. Boki wzmacniacza szczelnie zakrywają imponujące i jak zdążyłem nadmienić bardzo mocno nagrzewające się w trakcie pracy ostre radiatory. Ściana tylna to klasyka gatunku. Znajdziemy tam zarówno uchwyty ułatwiające przenoszenie „maleństwa”, rewelacyjne, pojedyncze terminale głośnikowe Furutecha ze sprzęgłem, zdublowane wyjścia liniowe w standardzie RCA i XLR, oraz oczywiście wejścia w podobnej konfiguracji, z tą tylko różnicą, że w przypadku dwóch pierwszych par do wyboru mamy zarówno RCA, jak i XLR a pozostałe dwie pary to RCA. Nie zabrakło również trójbolcowego gniazda zasilającego IEC i włącznika głównego, którego najlepiej użyć raz – włączając wzmacniacz a następnie zapomnieć aż do terminu najbliższego i to dłuższego urlopu.

A jak tytułowy „maluch” gra? Najogólniej rzecz ujmując na swój sposób zaskakująco. Zwykło się bowiem uważać, że Passy grają milusim, bezpiecznym i odczuwalnie ocieplonym dźwiękiem zdolnym otulić słuchacza niczym kaszmirowy pled a tymczasem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że INT-60 w temacie definicji i rozdzielczości ma do powiedzenia pozornie nawet więcej aniżeli większa 250-ka. Z premedytacją napisałem „pozornie”, gdyż o ile starsze rodzeństwo uwagę zwraca spektakularnością i niczym nieskrępowaną swobodą a dopiero w dalszej kolejności ową rozdzielczością to 60-ka z oczywistych względów nie mogąc pochwalić się takim samym „powerem” nieco inaczej rozkłada akcenty. Co ciekawe oferowany przez nią sposób prezentacji zarówno na pierwszy, jak i kolejne rzuty ucha wyraźnie wskazuje na pewną wyczynowość, czy wręcz „usportowienie” dźwięku. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż topowa integra Passa niczym klasyczny, potężny, dysponujący ponadnormatywnym zapasem mocy muscle car w stylu Dodge’a Challengera SRT Demon (6,2 l, V-8, 808 KM) niczego nikomu udowadniać nie musi a do wszystkiego co ma zagrać podchodzi z pobłażliwym uśmiechem i robi to nawet bez najmniejszej zmiany tętna. Natomiast 60-ka dysponując znacząco mniejszą mocą, by osiągnąć podobny efekt musi wchodzić na zdecydowanie wyższe obroty i przez to bliżej jej do Nissana GT-R Nismo (3,8 l, podwójnie doładowane V6, 600 KM).
Odchodząc już od motoryzacyjnych analogii i wchodząc na nasze – audiofilskie podwórko warto zwrócić uwagę na świetną kontrolę, jaką nad nawet trudnymi do prawidłowego wysterowania kolumnami, za jakie niewątpliwie należy uznać Gaudery Arcona 80 sprawuje 60-ka. Najniższe składowe są niezwykle zwarte, skondensowane i zróżnicowane na tyle, że wsłuchując się w partie czy to gitary basowej, czy stopy perkusji bez trudu jesteśmy w stanie wskazać moment trącenia struny/uderzenia w naciąg, cofnięcia palca/stopy i pracę struny/naciągu. Nie muszę chyba dodawać, że przy takiej wręcz aptekarskiej dokładności legendarny PRaT osiąga topowe noty. Nic się nie wlecze, nie snuje i nie gubi nawet podczas najbardziej karkołomnych aranżacji. Jeśli mi Państwo nie wierzycie na słowo proponuję wypożyczyć tytułową integrę co najmniej na weekend, potrzymać włączoną pod prądem przez jakieś osiem godzin (od razu po wybudzeniu ze stand-by jest nazbyt zachowawcza na średnicy a swoje prawdziwe oblicze pokazuje po około 3-4 kwadransach) i poczęstować ją albumem „Thunder” supergrupy S.M.V w składzie Stanley Clarke, Marcus Miller, Victor Wooten. Tę prawdziwą ucztę dla miłośników i fanów gry na basie w wirtuozerskim wydaniu może trudno nazwać dziełem od strony artystycznej, ale technicznie i brzmieniowo to prawdziwy majstersztyk pokazujący możliwości współczesnej sekcji rytmicznej a biorąc pod uwagę, iż na każdym utworze słychać, że ww. trio po prostu świetnie się bawi to i nam udziela się ich wyborny nastrój.
Jeśli zaś chodzi o wspomnianą średnicę, to po osiągnięciu wynoszącej 53 °C temperatury roboczej wzmacniacz zachowuje się niczym przysłowiowy drut ze wzmocnieniem niemalże całkowicie znikając z toru stając się całkowicie transparentnym tak pod względem barwy, jak i nasycenia. Gregory Porter na „Nat „King” Cole & Me” czarował głębokim i aksamitnym tembrem swojego głosu a Carla Bruni na „French Touch” w najlepsze szeleściła i skrzypiała usuwając kamień nazębny lubujących się w tego typu ekstremalnych doznaniach słuchaczom. Tutaj nie było zmiłuj, nie było taryfy ulgowej i wszystkie tak zalety, jak i wady lądowały na srebrnej tacy. I wcale nie chodzi o to, że Pass był bezlitosny dla słabszych nagrań i nieco mniej szczodrze obdarzonych przez Stwórcę talentami artystów, gdyż ani złośliwie nie eksponował potknięć ekipy technicznej czy post-procesu, ani też nie piętnował ewentualnych braków warsztatowych muzyków i wokalistów, lecz przedstawiał nieraz do bólu prawdziwy, ale obiektywny spektakl, osąd tak zaprezentowanego status quo pozostawiając odbiorcy. Oczywiście nic nie stało na przeszkodzie, by ów neutralną, daleko posuniętą skromność nieco na własną modłę zmodyfikować, co wcale nie okazało się takie trudne, gdyż Pass bardzo wdzięcznie reagował na zmiany okablowania tak sygnałowego, jak i zasilającego, gdzie z Furutechem NanoFlux-NCF poprzeczka precyzji i dynamiki wędrowała o kilka centymetrów wyżej, za to z Acoustic Zenem Gargantua II do głosu dochodził hollywoodzki rozmach.
Niejako na deser zostawiłem górę pasma, którą określić należy mianem akuratnej. Nie jest bowiem ani wycofana, czy zaokrąglona ani tym bardziej zbytnio ofensywna, czy wręcz szklista. Sposób jej prezentacji jest w pełni zgodny z pomysłem na średnicę i przez to ich spójność jest równie homogeniczna i płynna jak przechodzenie Passa z pracy w klasie A do AB. Ono po prostu się dzieje a już samego momentu przejścia zauważyć nie sposób i tyle. Dzięki temu „Minione” Anny Marii Jopek potrafi pochłonąć naszą uwagę bez reszty, gdyż z jednej strony nasze zmysły pieści usytuowany w górnych rejestrach wokal AMJ a z drugiej otulani jesteśmy „mechatą łapą” zasiadającego za fortepianem Gonzalo Rubalcaby a wszystko dzieje się tu i teraz. I w tym momencie dochodzimy do pierwiastka wspólnego z już wielokrotnie przywoływaną 250-ką, gdyż również w niniejszym przypadku mamy do czynienia z natywną, atawistyczną wręcz umiejętnością porywania słuchacza w wir wydarzeń i przenoszenia go w miejsca i czas, gdy konkretne nagranie powstawało. Zanim więc zasiądziecie Państwo do odsłuchu sugeruję jakoś w miarę akceptowalnie się odziać, bo powyciągane dresy i T-shirt z okładką „Seasons in the Abyss” Slayera niespecjalnie będą korespondowały z pełnymi ciszy i skupienia wnętrzami cysterskiego monastyru Abbaye de Noirlac goszczącymi Michela Godarda z zespołem podczas realizacji fenomenalnego albumu „Monteverdi – A Trace of Grace” .

Jak więc wypadałoby traktować tytułowego Passa INT-60? Jako jedynie przystawkę, wstęp do osiągów i potęgi topowego INT-250? Śmiem twierdzić, że w żadnym wypadku nie, za to jako nieco inaczej rozkładającą firmowe akcenty alternatywę już tak. Te dwie zasadniczo zbliżone do siebie pod względem barwy i generalnie pomysłu na dźwięk konstrukcje niezaprzeczalnie łączy firmowa szkoła brzmienia, jednak o ile mocniejsza integra praktycznie do każdego, nawet najbardziej karkołomnego wyzwania muzycznego podchodzi ze stoickim spokoje, to mniejszy, będący bohaterem niniejszej recenzji lubi nieco „podkręcić śrubę” i pokazać słuchaczom, że ład i timing zaczynają się od zdyscyplinowania kolumn, co też z dziką radością czyni.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35; Audionet Planck; AVM Audio OVATION MP 6.2
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audionet Watt
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Jak potwierdzona wieloma pozytywnymi opiniami melomanów audiofilska wieść niesie, pochodzący zza wielkiej wody (USA) producent high-endowych systemów wzmacniania sygnału audio PASS Laboratories jest ostoją muzykalności wykorzystujących jego produkty systemów. Naturalnie jego sznyt grania z racji różnorodności poglądów zainteresowanych jakością dźwięku użytkowników czasem odbierany jest jako delikatnie mówiąc zbyt krągły i spowalniający kreowane w naszych samotniach, zapisane na srebrnych krążkach wydarzenia muzyczne, ale wszystkich zaintrygowanych produktami bohatera dzisiejszego sparingu spieszę uspokoić, że owa grupa krytyków należy do zdecydowanej mniejszości, a jeśli miałbym być w stosunku do nich lekko złośliwym, powiedziałbym, iż delektują się latającymi w eterze żyletkami, a nie muzyką. Ale ok. koniec złośliwości, czas na przedstawienie punktu zapalnego dzisiejszego sparingu, czyli okupującego niższe pozycje w portfolio marki zintegrowanego wzmacniacza wspomnianej marki Pass Laboratories INT-60, który swój testowy bój w naszej redakcji zawdzięcza warszawskiemu dystrybutorowi Audio Klan.

Opisywanie produktów Pass-a jest tak prawdę mówiąc pisaniem w kółko o ty samym, gdyż oprócz rozpoznawalności w sferze wartości sonicznych, tytułowy brand może pochwalić się z łatwością zapadającym w pamięć designem swoich wyrobów. To z reguły są mocno rozdmuchane gabarytowo i ciężkie konstrukcje. Oczywiście tytułowa sześćdziesiątka jest ze wszystkich najmniejsza, ale i tak w porównaniu z potencjalną konkurencją dość wysoka, za sprawą usytuowanych na bokach wielkich radiatorów szeroka i w konsekwencji użycia wydajnych transformatorów chodzi w wadze super ciężkiej. Kreśląc kilka słów o froncie integry tak prawdę mówiąc rozprawiamy nad głównym punktem rozpoznawalności marki, gdyż wszystkie modele mającej swoje pięć minut na naszym portalu są bliźniaczo do siebie podobne. Mianowicie na srebrnej, wykonanej w technice szczotkowanego aluminium płaszczyźnie mimo sporej ilości akcesoriów manipulacyjno-informacyjnych dzięki umiejętnemu rozlokowaniu i dobraniu stosownej wielkości każdego z nich panuje stoicki spokój. Zgłębiając zatem nieco dokładniej ofertę awersu bardzo łatwo jest wyodrębnić następujące akcenty: biegnący w poziomie przez całą szerokość dolnych parceli półokrągły frez z wkomponowanymi weń sześcioma przyciskami funkcyjnymi i okienkiem odbiornika fal pilota zdalnego sterowania, w centrum mieniący się błękitną poświatą, przypominający tarczę zegara, wskazówkowy miernik prądu transformatorów (trzeba głośno grać, lub zapiąć ciężkie do wysterowania kolumny, aby się poruszył, co świadczy zapewnianiu niezbędnej ilości mocy dla każdej konfiguracji), z lewej strony wspomnianego cyferblatu skryty w prostokątnym okienku wyświetlacz poziomu głośności, a z prawej sporej wielkości gałka wzmocnienia. Podążając ku tylnej ściance wzmacniacza i patrząc na sześćdziesiątkę z lotu ptaka na jej dachu widzimy ułatwiającą grawitacyjną wentylację wnętrza serię podłużnych otworów, a na ściankach bocznych przypominające gałązki bożonarodzeniowych choinek, monstrualnych rozmiarów radiatory. Rewers sześćdziesiątki podobnie do frontu dzięki solidnej powierzchni również napawa designerskim spokojem, a mimo to znajdziemy na nim solidny zestaw wejść liniowych w standardzie RCA i XLR, wyjście z przedwzmacniacza na zewnętrzną końcówkę mocy (RCA/XLR), pojedyncze terminale kolumnowe, zacisk uziemienia, gniazdo zasilania i dwa ułatwiające logistykę tego co by nie mówić wagowego monstrum pałąki. Jak z powyższych danych można wywnioskować, spełniając wszelkie zadania dla wzmacniacza zintegrowanego testowany Pass INT-60 nie usiłuje nikogo mamić bardzo modnymi w obecnych czasach dodatkami wewnętrzny typu DAC, tylko skupia się na najważniejszym zadaniu, czyli wzmacnianiu sygnału, co mam nadzieję w żołnierskich słowach uda mi się wyłożyć w dalszej części tekstu, na który serdecznie zapraszam.

Rozpoczynając tekstowe streszczenie możliwości sonicznych tytułowej integry nie wiem, czy dla wszystkich zainteresowanych, ale przynajmniej dla mnie pierwszą ważną informacją testu jest fakt muśnięcia przekazu nutą świeżości. O co chodzi? Nic nadzwyczajnego, tylko wpinając naszego bohatera w swój system w porównaniu z przywołanymi z czeluści szarych komórek modelem 250 oczekująca na opinię INT-60 w domenie delikatności przestała forsować mocne wysycanie średnicy. To oczywiście nadal jest przypisana temu producentowi szkoła grania, ale seria wytypowanych dla uwypuklenia tego zjawiska płyt wyraźnie pokazała, iż w tym zakresie częstotliwościowym wydarzenie muzyczne ma nieco inny poziom gęstości, a to skutkuje ciekawą nutką witalności. To w pierwszej chwili dla ortodoksyjnych wielbicieli amerykańskiego stylu kreowania świata muzyki może być prztyczkiem w nos, ale zapewniam, że po kilku płytach z takiego postawienia sprawy z powodzeniem wyłapywałem wiele pozytywnych odczuć typu dodatkowe doświetlenie wirtualnej sceny muzycznej, czy delikatne zebranie się w sobie często skopanego realizacyjne, a przez to rozlewającego się po podłodze kontrabasu, czyli w pozytywnym odbiorze typowe zjawisko coś za coś. Jednak bez względu na to, jak przeciwnicy i zwolennicy delikatnej korekty brzmienia ową, nieco inną prezentację odbierają, ważna jest również umiejętność prezentacji bardzo dobrze rozbudowanej w głąb i szerz wirtualnej sceny muzycznej, bez czego nie bylibyśmy w stanie duchowo przenieść się w realia proponowanego nam przez muzyków świata dźwięków. I gdy tak przedstawiony rysunek walorów brzmieniowych miałbym opisać na kilku przykładach płytowych, okazałoby się, że wszystko, bez najmniejszego wyjątku miało swoje bardzo dobre, ale i minimalnie złe strony. Jak to możliwe? Proszę bardzo. Weźmy na początek koncertowy projekt Johna Zorna „Masada First Live 1999”. Takie realizacje ze względu na pewien ciężki do opanowania podczas grania na setkę żywioł pozwalają na nieco więcej w sferze idealnego trafienia w punkt barwy, czy wirtualnej kreacji danego instrumentu. Ba taka swoista jazda bez trzymanki z proponowanego przez opiniowany piec lekkiego odpowietrzenia środka pasma często bardzo korzysta, gdyż w pewien sposób potęguje uczucie szybkości narastania dźwięku, a to przecież w odbiorze live jest wodą na młyn pełnego zaangażowania w projekt muzyczny. I właśnie w taki sposób odebrałem przywołaną kompilację. Sprawa odbioru specyfiki grania miała się nie może diametralnie, ale z pewnością nieco inaczej, gdy w transporcie CD-ka wylądował krążek z damską wokalistyką w wykonaniu Diany Krall „The Look Of Love”. Dlaczego? Nie, nie było jakiejś spektakularnej porażki. Powiem więcej, było to nieco inne, ale nadal dobre odtworzenie tej pozycji płytowej, z tą tylko różnicą, że brak spodziewanego nasycenia średnicy spowodował utratę generowanych przez wspomnianą divę pokładów erotyki śpiewanych tekstów. Instrumenty choć oszczędniejsze w energię jeszcze sobie radziły, ale pani na scenie przestała śpiewać tylko dla mnie i skłaniałbym się nawet ku opinii, iż najzwyczajniej w świecie zaczęła odbębniać zakontraktowaną sesję nagraniową. Naturalnie przejaskrawiam zaistniałą sytuację, ale w takim tonie odebrałem tę płytę po przejściu na podążający drogą najwyższych modeli PASSa osobisty system odniesienia. Ale to nie wszystko. Nie żebym kopał leżącego, ale cofniecie średnicy natychmiast rozochociło do brylowania wyższe rejestry, które nadal były dalekie od krzyku, ale czasem bez przyczyny dawały o sobie znać (typowy efekt czegoś za coś). Jednak po raz kolejny studzę okrzyki dezaprobaty, to są spostrzeżenia wagi niuansów, a nie diametralnej dominaty, dlatego przy pochopnym wykluczaniu pozycji z listy odsłuchu zalecam ostrożność. Z racji powielania się wyartykułowanych w kilku ostatnich linijkach tekstu spostrzeżeń nie widzę sensu dalszego rozpisywania się nad innymi przykładami płytowymi, gdyż z jednej strony nic nowego by to nie wniosło, a mogłoby to być odebrane jako próba siłowej obrony testowanego wzmacniacza, czego uwierzcie mi, INT-60 PASSa z taką prezentacją w swojej lidze cenowej nie potrzebuje, gdyż z powodzeniem poradzi sobie z większością prężącej muskuły konkurencją.

Nie wiem jak dla Was, ale kreujące się końcowe wnioski z testu wydają się być ciekawe. Niby oszczędniej na środku, a nawet dla mnie zakochanego w magii centrum pasma akustycznego nie było to degradacją. Owszem, w wymagających erotyki kobiecego głosu temat znacznie się uwypuklał, ale weźcie pod uwagę, że raz, na punkcie wysycenia dźwięku jestem trochę skrzywiony, a dwa, przecież to Wy i Wasze zestawy będziecie decydować, co jest dobre, a co złe. Co ciekawe, po tej konfrontacji jestem przekonany, że może nie idealnie w punkt, ale bardzo mocno temat pokolorowania świata muzyki można by poprawić roszadami kablowymi, a to jak znakomicie się orientujecie, stawia bohatera testu w ciekawym świetle. Gdzie widziałbym tego z wyglądu muskularnego, a w sferze fonii delikatnie wysublimowanego Amerykanina? Szczerze? Wszędzie. No może z wyjątkiem melomanów stawiających na ponadprzeciętną szybkość, żeby nie powiedzieć toczącego krew z uszu przekazu (opisane odchudzenie centrum pasma jest dla nich zbyt delikatne), ale z racji różnorodności wzorców neutralności muzyki każdego z nas, tylko osobiste zderzenie z propozycją zza wielkiej wody może dać odpowiedź, czy PASS jest cacy, czy be.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Audio Klan
Cena: 37 999 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 60 W (8 Ω); 2 x 120 W (4 Ω)
Klasa pracy: AB
Wzmocnienie: 29/35 dB
Pasmo przenoszenia: -6 dB @ 80 KHz
Zniekształcenia (1 kHz, full power): 1%
Współczynnik tłumienia: 150
Impedancja wejściowa: 45 kΩ
Regulacja głośności: w 63 krokach po 1dB każdy
Wejścia liniowe: 4 pary (dwie pary RCA/XLR + dwie pary RCA)
Wyjścia liniowe: para RCA, para XLR
Temperatura pracy: 53 °C
Pobór mocy: 375 W
Wymiary (S x W x G): 483 x 190.5 x 541 mm
Waga: 42 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Black Rhodium

Wiem, wiem, wszyscy zdążyliśmy się już wyedukować (jeśli nie, to myślę, że przynajmniej cząstka z Was), że dosłownie metr kabla łączącego poszczególne komponenty potrafi bardzo mocno wpłynąć na finalny efekt brzmieniowy naszych układanek audio. To z jednej strony daje nam duże pole do popisu w dziedzinie dostrajania systemu do swoich preferencji, ale stawia również przed nami wiele zasadzek. Jakich? Weźmy pierwszą z brzegu, jaką jest z pozoru łatwa decyzja, w które miejsce naszej konfiguracji uderzyć w pierwszej kolejności. Sygnał? Z racji przekazywania danych pomiędzy komponentami naprawdę wydaje się być najbardziej czułym punktem. Głośnikowe? A jakże, to również bardzo istotny front, gdyż nie będąc optymalnymi mogą popsuć to, co tak pieczołowicie wygenerowała elektronika. Sieć? Racja, jeśli nie nakarmimy systemu dobrym prądem, jak w tak niekomfortowym środowisku ma pokazać swoje dobre strony? I weź tu bądź mądry i coś zadecyduj. Czujecie temat? Myślę, że tak, dlatego aby samemu uniknąć i Wam oszczędzić podobnych rozterek, tym razem na recenzencki warsztat trafił komplet okablowania od prądu, przez sygnał, po druty łączące system z kolumnami głośnikowymi. Od kogo? Spokojnie, od producenta z kraju uważanego za kolebkę audiofilizmu, czyli ni mniej ni więcej tylko z Anglii, a konkretnie mówiąc od jak dotąd jedynie kołaczącego się w świadomości wielu melomanów, ale jakoś nie mogącego przebić się na szerokie wody przez ofertę rynkową konkurencji tytułowej marki Black Rhodium. Gwoli uzupełnienia pakietu danych dla niewtajemniczonych dodam, że będąca bohaterem testu stosunkowo nieduża firma swe początki notuje na 2002 rok, jej założycielem jest Graham Nalty, a naszą recenzencką przygodę z drutami pana Nalty’ego zawdzięczamy stacjonującemu w Bielsku Białej dystrybutorowi HI-FI Studio.

Akapit wizualizacyjny opisywanego okablowania z racji mnogości rodzajów obsługiwanego sygnału i zwyczajowej tajności kluczowych rozwiązań konstrukcyjnych z mojej strony będzie jedynie dość zgrubną analizą każdego z nich. Jak wspólna dla całej rodziny informacja prasowa donosi, do produkcji każdego z przewodów wykorzystano najwyższej jakości materiały zarówno w sferze przewodników, jak i ich izolacji wewnętrznej i zewnętrznej, by niektóre z nich poddać podwójnemu (przed i po zakończeniu produkcji) procesowi kriogenicznemu. Rozpoczynając bliższy research od mieniącej się lawendowym fioletem łączówki w standardzie XLR (Oratorio) dowiadujemy się, iż jest to dwużyłowy kabel z czystego srebra (99.99%), otulony jak nazywa to producent „nisko-stratną izolacją PTFE, na który nałożono plecionkę z posrebrzanej miedzi i zakonfekcjonowano wtykami pokrytymi rodem. Przerzucając naszą uwagę na kabel głośnikowy i rozwiązując zagadkę nazewnictwa jestem zobligowany poinformować, iż słowo duet świadczy o biwiringowym rodowodzie, co w przypadku moich kolumn było rzekłbym nawet niezbędne. W tym przypadku oprócz firmowego procesu schładzania produktu ważnymi danymi są: zawdzięczana dużemu przekrojowi wewnętrznych żył sygnałowych jego niska impedancja, posrebrzana miedź jako przewodnik i podobnie do sygnałówki zastosowanie terminali pokrytych rodem. Gdy spojrzymy na fotki dowiemy się jeszcze, że mniej więcej pośrodku długości „Duetu” zaimplementowano niewielkich rozmiarów skrywająca tajemnice konstruktora baryłkę, a całość ubrano w przyjemną dla oka czarną plecionkę. Temat kabli sieciowych według doniesień producenta rozwiązują: zoptymalizowana pod kątem najlepszej jakości dźwięku długość, minimalizacja zakłóceń pola magnetycznego dzięki zachowaniu zwiększonego odstępu pomiędzy przewodami, firmowa eliminacja zakłóceń RFI ciasno skręcanym metalowym ekranem oraz wysokiej jakości wtyki.

Nie wiem, czy próbowaliście przestudiować ofertę marki Black Rhodium, ale jeśli nie, spieszę poinformować, że przez wszystkie opisujące poszczególne kable teksty przewija się jeden bardzo istotny, wyśmienicie potwierdzający się w zderzeniu z rzeczywistością firmowy cel zastosowania tytułowego okablowania? Jaki to cel? Teoretycznie rzecz biorąc podobny do wszystkich stawiających na neutralność swoich produktów producentów, gdyż Graham Nalty stawia na kontrolę, szybkość i swobodę dźwięku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt unikania przez Grahama prób przemycenia do dźwięku kilku innych cech, jak często robi to konkurencja. I wiecie co? Sądzę, że owa konsekwencja jest najmocniejszym punktem programu tytułowej manufaktury. Nie ma mamienia szybko weryfikowanymi przez życie fajerwerkami, tylko potwierdzenie skreślonych w odezwach producenta, opisujących cechy kabli zalet, czyli w tym przypadku ciężkiej pracy w utrzymaniu transparentności przekazu. Co mam na myśli? Zanim przejdę do konkretów, poinformuję jedynie, że test przebiegł przy użyciu kompletu okablowania bez większych, z wyjątkiem posłuchania samej łączówki XLR dodatkowych roszad, gdyż ilość dostępnych konfiguracji uniemożliwiałaby zawarcie pełnego pakietu informacji w strawnych dla czytelników ramach tekstowych. Zaś singlowy występ łączówki miał za zadanie jedynie potwierdzić zakładaną poprawę jakości dźwięku przy konsekwentnym podążaniu drogą zwartości przekazu przy znacznym wzroście ceny produktu, co z przyjemnością chcę zaznaczyć, było jedynie formalnością. Ale niestety, nie samym szczytem oferty potencjalny audiofil żyje, dlatego też przyjrzałem się kompletnie podłączonej ofercie, jaka dotarła do redakcji. Ok, wystarczy wprowadzania, czas na konkrety. Cóż, po wpięciu angielskiego okablowania mój wypracowywany przez lata, stawiający na mocny kolor i wysycenie czar muzyki w domenie esencjonalności został bardzo mocno zweryfikowany w stronę neutralności. Fakt, pojawiła się szybkość z bardzo dobrą kontrolą niskich rejestrów i mocnym wsparciem wysokich tonów, ale oddając coś za coś, utraciłem gdzieś czar w środku pasma. Nie mówię, że to jest działanie niepożądane, gdyż osobiście znam kilku audiofilów panicznie poszukujących podobnych cech, ale będąc odpowiedzialnym jestem zobligowany o tym wspomnieć i uczulić na idące z duchem zamierzeń konstruktora zmiany. Naturalnie tak mocna ingerencja była spowodowana użyciem pełnego seta drutów od sieci, przez sygnałowe, po kolumnowe, dlatego też w przypadku potrzeby delikatnego muśnięcia swojego zestawienia takim sznytem grania zalecam drobne ruchy, gdyż przy zbyt radykalnych zmianach próba może być skazana na porażkę, a winę z ataki stan rzeczy zrzucicie na bogu ducha winne kable. Jakieś konkrety muzyczne? Może bez dokładnych opisów każdej z płyt, ale zaproponowana przez Anglika prezentacja w sferze bezpośredniości zapisów nutowych grupy Yellow wypadła wzorowo. To był spektakl na miarę wykorzystującej sztuczną inteligencję muzyki elektronicznej z jej wszystkim zaletami dla wielbicieli podobnych nurtów i wad dla tetryków słuchających muzyki dawnej (oczywiście wtrącenie mojej karmy muzycznej było jedynie żartem). Nie było drogi na skróty. Gdy w zamierzeniach muzyków mój system miał wygenerować mocny i szybki bas trząsłem się wespół z całym pomieszczeniem. Gdy przenikliwe przestery i piski miały niszczyć resztki mojego drogocennego słuchu, oczekująca na kolejną kolejkę szlachetnej Whisky szklanka z trwogą obawiała pojawienia się mogącej obrócić ją w dobrym tego słowa znaczeniu nicość konkretną częstotliwość. Co ciekawe, nawet pozbawiona większego udziału w tym projekcie średnica nie cierpiała na nadmierne odchudzenie. Jednym słowem kable Grahama w takiej muzie wydawały się tylko brylować. Niestety sprawy zaczęły się trochę komplikować, gdy do głosu doszedł ECM-owski jazz. Owszem, stopa z jej zwartością i kontrabas z wyczynowością oddania pracy strun podobnie do muzyki elektronicznej nikczemnie próbowały mnie udobruchać, ale w tym przypadku produkty BR trafiły na mojego konika i z łatwością wyartykułowałem kilka uwag. Naturalnie mniemam, że był to owoc zbyt dużej ilości cukru w cukrze, czyli pełnego seta kabli w torze, ale wielki bęben nie niósł ze sobą odpowiedniej masy, nadmuchane skrzypce (kontrabas) zgubiły gdzieś pudło rezonansowe, a blachy perkusji trochę wychodziły przed szereg. Ale jak to zwykle bywa, przypominam, iż jestem zatwardziałym zwolennikiem energii wydobywającego się z kolumn basu, barwy średnicy i unikania nadmiaru informacji w górnych rejestrach, dlatego też raz, wspomniane informacje proszę przepuścić przez odpowiedni filtr, a dwa, w celu dogłębnej weryfikacji samemu zderzyć się z podobną konfiguracją. Jednak gdybym ja miał przepuścić tę pozycję płytową (Gary Peacock Trio „Tangents”) przez proponowany Wam filtr, powiedziałbym, że dostałem bardzo mocno skorelowany w stronę neutralności jazzowy miting. Naturalnie, z racji niewysokiej ceny dostarczonego pakietu kabli (w stosunku do punktu odniesienia) wszystkie wynotowane aspekty były dotknięte zdecydowanie słabszą niż ma na co dzień rozdzielczością (proszę nie mylić jasności przekazu z rozdzielczością) i myślę, że właśnie to było jedną z przyczyn nadpobudliwości wysokich tonów. Ale uspokajam, bez znaczenia co opiniuję, prawie zawsze schodzę z przysłowiowego Mont Everestu w niższe partie jakości brzmienia potencjalnych pretendentów do laurów, dlatego podobne niuanse bardzo łatwo jest mi wychwycić, a poszukujący zmian klient na wiele opisanych przeze mnie aspektów prawdopodobnie nie zwróci uwagi. Dlatego też tylko od Was zależy, czy oferta z Wysp Brytyjskich zasługuje na zawitanie na stałe w Waszych systemach, co sugeruje, że nie pozostaje nic innego, jak obowiązkowe osobiste spotkanie na szczycie. Innej drogi nie ma.

Jak wspominałem, najmocniejszą stroną testowanego okablowania jest konsekwencja w dążeniu do zrealizowania zamierzeń konstruktora, czyli złapać dźwięk za gardło i przez cały czas prowadzić go jak na smyczy. Przecież nie można mieć pretensji, że produkt wiernie realizuje powierzone mu zadania. To jest propozycja dla wyedukowanych audiofilów i tylko tacy będą wiedzieć, czy potrzebują porządnego bata na chadzający swoimi ścieżkami w domenie konturu przekazu muzycznego zestaw audio, co jest wodą na młyn testowanego seta przewodów. Jeśli jednak ktoś z Was poszukuje mającego się nijak do utrzymania kontroli przekazu wprowadzanego przez okablowanie mimo wszystko lekkiego podkolorowania dźwięku, powinien szukać gdzie indziej, gdyż Graham Nalty nie staje okrakiem, za co należą mu się brawa.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Hi-Fi Studio
Ceny
Duet BW DCT++: 6 490 PLN / 2×3 m
Oratorio DCT Ultra XLR: 8 960 PLN /1m
Cratos: 1 390 PLN /1,7 m
Stream: 450€/1,70m

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

W dniach 27-28 października br. w Centrum Kultury i Sztuki w Kaliszu odbyła się VI edycja Kalisz Ambient Festiwal. U boku znanych twórców sceny ambient i elektro z kraju i zagranicy zaprezentowały się również lokalne projekty. Pierwszego dnia na scenie Kaliskiego Centrum Kultury i Sztuki wystąpili: Skinwalk (zespół reprezentujący lokalną scenę), Kafel (zespół Katarzyny Nosowskiej, który powrócił na scenę po 25 latach przerwy), Hati (eksperymentalny duet muzyczny Rafała Iwańskiego i Rafała Kołackiego), oraz Kaelan Mikla (damskie, post punkowego trio z Islandii).

Drugi dzień KAF rozpoczął się od spotkania, obejrzenia prac i rozmowy z Tadeuszem Łuczejko. Następnie, po raz drugi podczas VI edycji KAF usłyszeliśmy Skinwalk. Kolejno po koncercie lokalnej formacji wystąpili: Aquavoice (legendarny projekt ambientowy wspomnianego Tadeusza Łuczejki), Wacław Zimpel (wybitny polski klarnecista). Dwudniowy Festiwal zakończył występ brytyjskiego artysty Robina Rimbauda, który na co dzień występuje pod szyldem Scanner, który uważany jest obecnie za jedną z największych gwiazd współczesnej muzyki elektronicznej na świecie.

Dla tegorocznego święta fanów muzyki eksperymentalnej organizatorzy przygotowali również dodatkowe atrakcje z mocnymi audiofilskimi akcentami. Podczas dwudniowej imprezy zaprezentowany został system High End przygotowany specjalnie na czas wydarzenia przez Polski Klaster Audio. Wspomniany system tworzyły firmy: Audiomica Laboratory (przewody audio), Encore seven (wzmacniacze lampowe Egg-Shell), Avcon (panele akustyczne i kolumny głośnikowe) oraz Shape of Sound (gramofony). W przerwach pomiędzy koncertami, polskie manufktury wspólnie promowały swoje produkty prezentując flagowe modele oraz nadchodzące nowości.

Audiomica przedpremierowo zaprezentowała swoje najnowsze modyfikacje kabli z serii Cosequence i Ultra Reference w systemie pokazowym oraz serię Excellence – w gablotach Przewody w tych wariantach będą sukcesywnie wprowadzane do oferty w 2018 roku.

Shape of Sound, debiut nowego gramofonu i nowych ramion. Gramofon jak zwykle o niebanalnym kształcie, tym razem z ciężkim aluminiowym talerzem i silnikiem zewnętrznym. Ramiona o nowej konstrukcji i klasycznym wzornictwie. W podstawowej wersji montowane jest ramię 10 calowe. Jako opcja będą dostępne ramiona o długościach 12 lub 14 cali i będą to dodatkowe ramiona w które można będzie wyposażyć gramofon. Za główny budulec, również ramion posłużyło.

Egg Shell Za wzmocnienie sygnału w zestawie Polskiego Klastra Audio odpowiadała dzielona amplifikacja firmy Encore Seven w postaci wzmacniaczy lampowych z serii Prestige: phono stage Prestige PS5 (dedykowany wkładkom MM) oraz integra Prestige 12WKT. Model 12WKT jest jedynym w ofercie bielskiego producenta opartym o lampy mocy KT88 (po jednej na kanał – moc 12 W) i został wprowadzony do oferty w 2015 roku. Podczas festiwalu była też możliwość posłuchania najmocniejszego w chwili obecnej wzmacniacza producenta – modelu Prestige 18WSH (po dwie lampy EL34 na kanał).

Avcon zaprezentował nowe kolumny o nazwie Nortes. To duże, trójdrożne konstrukcje podłogowe. Obudowy typu bass-refelex wykonane są z wielu formatek wysokogatunkowej sklejki. Wewnątrz znajdują się liczne wzmocnienia usztywniające konstrukcję i minimalizujące ich drgania, wydzielona komora głośnika średniotonowego oraz wysokotonowego. Zakres niskotonowy obsługiwany jest przez głośnik o średnicy 26cm. Zastosowanie takiego przetwornika powoduje niezapomniane wrażenia podczas odsłuchu utworów, w których ten zakres stanowi istotną część. Typowo w naszych konstrukcjach za reprodukcję wysokich tonów odpowiada głośnik wstęgowy.

Ponadto imprezie towarzyszył pokaz instrumentów muzycznych oraz giełda płyt /CD i Vinyli.
O wyjątkowym klimacie i atmosferze imprezy świadczy również wspólne after party – po każdym koncertowym dniu uczestnicy festiwalowych wrażeń mieli możliwość spotkania z artystami w pubie Urwany Film.

Za pośrednictwem portalu Soundrebels Polski Klaster Audio serdeczne dziękuje wszystkim uczestnikom, organizatorom oraz kierownictwu Centrum Kultury i Sztuki w Kaliszu, a w szczególności Panu Przemysławowi Rychlikowi.

Polski Klaster Audio