MoFi Electronics zaprezentuje po raz pierwszy na świecie SourcePoint 10. Premiera odbędzie się na trwającej w dniach 11-13 wystawie Capital Audiofest w Rockville USA.
Monitory są wynikiem 18 miesięcy badań i eksperymentów, prowadzonych pod okiem głównego projektanta Andrew Jones’a. SourcePoint 10, zaprojektowane przy założeniu że koszty nie mają znaczenia, są perfekcyjnie dopasowane do gustu tych wszystkich, którzy chcą sobie zapewnić odtwarzanie dźwięku z najwyższą możliwą jakością.
„Niezależnie od tego, ile kosztuje produkt audio, moją pasją jest dostarczanie poziomu jakości dźwięku i doświadczenia znacznie przekraczającego cenę wywoławczą”, mówi Jones.
Jednym z głównych celów MoFi Electronics z SourcePoint 10 jest przebicie się przez zatłoczony rynek głośników dzięki unikalnemu modelowi, który wyróżnia się dźwiękowo i wizualnie. Na uwagę zasługuje opracowanie własnego niestandardowego sterownika MoFi — zwłaszcza 10-calowego typu koncentrycznego, zaprojektowanego z innowacyjnymi koncepcjami. Chociaż Jones cieszy się światową reputacją dzięki swojemu doświadczeniu w zakresie koncentrycznych sterowników, SourcePoint 10 stanowi odejście od jego wcześniejszych projektów. Zamiast budować tradycyjną trójdrożną implementację z małymi przetwornikami, Jones i MoFi opracowali dwudrożny głośnik z dużym przetwornikiem.
Aby zminimalizować ruch membrany i uzyskać głęboki bas wybrano średnicę 10 cali jako idealny rozmiar dwudrożnego systemu koncentrycznego. MoFi eksperymentowało z mieszanką pulpy papierowej i opracowało kształt stożka, który zarówno optymalizuje rezonanse wewnętrzne membrany, jak i spełnia wymagania falowodu dla sygnału z głośnika wysokotonowego. Jones wybrał papier po ocenie różnych egzotycznych materiałów. Uważa, że celuloza ma przy tym rozmiarze membrany wszystkie potrzebne właściwości.
Głośnik wysokotonowy to 1,25-calowa miękka kopułka zdolna, dzięki dużej średnicy cewki, do pracy przy punkcie podziału wynoszącym zaledwie 1,6 kHz. Duża średnica membrany wysokotonowej pozwala na przetwarzanie stosunkowo niskich częstotliwości.
SourcePoint 10 jest napędzany przez system magnesów, który MoFi Electronics nazywa „Twin-Drive”. To ważne osiągnięcie techniczne pomaga głośnikowi grać z wyjątkową dynamika i czystością. Po miesiącach symulacji pola magnetycznego, Jones wybrał precyzyjnie sprzężone ze sobą, wysokostrumieniowe magnesy neodymowe dla obu głośników. Efektem było to, że pomagają sobie nawzajem w kierowaniu strumienia magnetycznego w szczeliny głośników. Konstrukcja magnesu Twin-Drive pozwala wytworzyć w pełni symetryczne pole magnetyczne, które eliminuje modulację strumienia, zapewniając wyjątkowo niskie zniekształcenia intermodulacyjne (IMD) i wysoką precyzję działania.
„Nie wystarczy po prostu zoptymalizować pasmo przenoszenia głośnika niskotonowego i wysokotonowego”, mówi Jones. „Niezwykle ważne jest również zminimalizowanie zniekształceń w strukturze napędu membrany. Jeśli wprowadza on zniekształcenia, wygeneruje nowe częstotliwości poza oryginalnym sygnałem. Bardzo świadomie podeszliśmy do konstrukcji „silnika”, aby zmniejszyć te zniekształcenia.”
Ogromną uwagę poświęcono również obudowie i kształtowi grubej na dwa cale przedniej ściance. Wyrzeźbiona, wielopłaszczyznowa przegroda umieszczona jest, w celu zredukowania dyfrakcji fali dźwiękowej w inspirowanej produktami z połowy zeszłego wieku ramie obudowy. Pozostałe ścianki wykonane są z paneli MDF o grubości jednego cala i ma wewnętrzną objętość 50 litrów, czyli prawie dwie stopy sześcienne. Taki rozmiar dał MoFi pożądaną kombinację rozciągnięcia basu (od 42 Hz) i dynamiki, z wysoką czułością (91 dB) i prawdziwą 8-omową impedancją (minimum 6,4 omów). Podsumowując, monitory SourcePoint 10 są niezwykle łatwe do wysterowaniu. Dwa dodatkowe usztywnienia wewnętrzne jeszcze bardziej wzmacniają obudowę, minimalizując jej drgania. Z zewnętrz ścinki i tył pokryte są fornirem z prawdziwego drewna – satynowego orzecha lub czarnego jesionu.
Sprzedaż SourcePoint 10 rozpocznie się w grudniu tego roku w przystępnej cenie 25.000 PLN za parę
Opinia 1
Szerokopasmowy dostępu do Internetu to obecnie standard, do którego nie tylko zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale i wręcz spodziewać niemalże wszędzie, gdzie tylko się udamy. Jego nawet chwilowy brak np. w leśnych, bądź górskich okolicznościach przyrody u słabszych emocjonalnie jednostek wywołuje jeśli nie głębokie stany lękowe, to przynajmniej lekką dezorientację. No bo jak to, nie da się podzielić ze światem zdjęciem wypatrzonej jagódki, grzybka, bądź malowniczym widoczkiem z nami (dziubek na selfiaku być musi), lub bez nas? Dodatkowo swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuciła pandemia, dzięki której do Internetu przeniosły się nie tylko praca i nauka, ale telewizja, zakupy a w niektórych przypadkach również i życie towarzyskie. Warto jednak pamiętać, iż nas – audiofilów, w owej cyfrowej „chmurze” najbardziej interesuje muzyka, czyli wszelakiej maści serwisy streamingowe i sklepy oferujące swoje zasoby właśnie w formie cyfrowej. Po co bowiem zagracać horrendalnie drogie metry własnego e-M, skoro wszystko jest praktycznie nawet nie na wyciągnięcie ręki, co na jedno kliknięcie. Krótko mówiąc słuchamy tego co i kiedy tylko chcemy. Proste? Proste. Chyba, że akurat net się tnie, bo coś na łączach nie styka, grająca za ściana progenitura „wysyciła łącze”, sama platforma streamingowa boryka się miejmy nadzieję przejściowymi problemami, lub nie daj Bóg nasz ulubiony artysta raczył był strzelić focha i usunąć swoją dotychczasową radosną twórczość z subskrybowanego przez nas serwisu. Możliwe? Jak najbardziej. Zamiast jednak załamywać ręce i z lękiem patrzeć w przyszłość można zapewnić sobie nie tylko spokój i pewną niezależność, co również pełen komfort (bez)obsługi decydując się na własny, możliwie pojemny magazyn na wspomniany kontent. I tu na scenę wkracza nasz dzisiejszy gość, czyli 10TB dysk Silent Angel Expander E1, którego pojawienie w naszej redakcji zawdzięczamy wrocławskiemu Audio Atelier.
Jak sami Państwo widzicie obudowa Expandera E1 jest szczelnie zamkniętym masywnym aluminiowym profilem utrzymanym w szaro tytanowej kolorystyce, usadowionym na czterech toczonych, antywibracyjnych nóżkach. Sam dysk umieszczony jest w dedykowanym, antywibracyjnym nie tyle standardowym „komputerowym” koszu, co specjalnym, zawieszonym na czterech odsprzęgających go od podstawy kolumnach, redukujących wibracje „szpilkach” i solidną kilkumilimetrową pokrywą łożu. Ta dość finezyjna konstrukcja pozwoliła obniżyć głośność pracy dysku poniżej poziomu 26dB. Ponadto wydzielenie zasilania poza tor USB zapewnia mniej interferencji zakłócających komunikację z odbiornikiem. Samo zasilanie w wersji firmowej zrealizowano na standardowym „laptopowym” zasilaczu 12V/1A, choć tak rozsądek, jak i praktyka wskazują, że jeśli jest ku temu sposobność lepiej zdecydować się na układ liniowy, jak daleko nie szukając Forester F2.
Jedyną ozdobą jest ulokowany na płycie górnej firmowy logotyp a na froncie o pracy urządzenia informuje nas niewielka dioda zlokalizowana w okolicach prawego dolnego rogu. Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, gdzie znajdziemy port USB 3.0, gniazdo zasilające DC 5.5×2,5mm i włącznik główny. Mamy zatem do czynienia z dyskiem USB a nie jak to zwykle w przypadku tzw. NAS-ów bywa sieciowym – komunikującym się z otoczeniem poprzez Ethernet. Co z tego wynika? Dla przeciętnego użytkownika głównie to, że do pełni szczęścia nie będzie potrzebował (oczywiście oprócz wyposażonego w złącze USB streamera) dodatkowych akcesoriów, czyli m.in. switcha (N8 Pro, N8), czy też odpowiednio wyrafinowanych kabli Ethernet. O zabawie w wybór dedykowanego serwera UPnP itd. nawet nie wspominając. Ba, śmiało można uznać, iż jest to również idealna propozycja dla wszystkich ascetycznie podchodzących do tematu złotouchych sióstr i braci w wierze, którzy łączność Wi-Fi zostawiają za drzwiami swoich audiofilskich samotni i nieco rezygnując z wygody wolą, jak to drzewiej bywało, wyboru materiału do odsłuchu dokonywać przy pomocy pilota, bądź wręcz przycisków na froncie odtwarzacza, mozolnie przekopując się przez drzewa katalogów.
Przechodząc do sekcji poświęconej brzmieniu naszego dzisiejszego bohatera pozwolę sobie podzielić ją na dwie części. Pierwszą dotyczącą niejako dźwięków „własnych” i drugą już właściwą – z reprodukcji zgromadzonego na nim materiału. Powód wydaje się dość oczywisty, gdyż o ile wszelakiej maści infrastrukturę sieciową, czyli ww. NAS-y, m.in. z racji obsługi zdalnej, jesteśmy w stanie wyekspediować poza pomieszczenie odsłuchowe, a tym samym kultura ich pracy (vide szum wiatraków, czy nawet dzwonienie obudów) ma znaczenie bądź to drugorzędne, bądź wręcz pomijalne. A propozycji Silent Angela zbyt daleko od streamera nie odsuniemy, więc chciał, nie chciał będziemy skazani na jego obecność w polu naszego widzenia/słyszenia. Całe szczęście producent zdając sobie z tego sprawę osiągnął na tyle satysfakcjonujące rezultaty, że o ile przy kopiowaniu złożonego i sporo „ważącego” kontentu dosłownie przytykając ucho do obudowy coś tam jesteśmy w stanie usłyszeć, to już podczas normalnej pracy, czyli odtwarzania zgromadzonego na dysku materiału Expander okazuje się równie hałaśliwy co urozmaicające nasz krajobraz eratyki, czyli milczy jak zaklęty. Oczywiście o ile skupimy się na dźwiękach przez niego generowanych, gdyż swoją zawartością dzieli się po pierwsze zaskakująco ochoczo i szybko (choć oparto go na jednostce talerzowej a nie SSD) a po drugie bezgłośnie.
I w tym momencie płynnie przechodzimy do drugiego, już właściwego etapu, gdzie na playliście nie mogło zabraknąć nagranego w jednym z „najcichszych” studiów – belgijskim Galaxy niezwykle nastrojowego i zarazem minimalistycznego „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna. Chodziło mi bowiem o empiryczną weryfikację, czy nawet przy niewielkich poziomach głośności coś (w domyśle tytułowy dysk) będzie w stanie zakłócić muzyczną kontemplację. I? Test zdany celująco, gdyż o obecności Silent Angela świadczyła jedynie niewielka dioda a sama muzyka czarowała spokojem, rozdzielczością i godną certyfikatu Vantablack czernią. Od razu zatem możemy z listy ewentualnych anomalii skreślić wszelakiej maści pasożytnicze artefakty w stylu szumów, ziarnistości, czy też semi-transparentnej mory degradującej holografię przekazu. Konfabulacja? Bynajmniej, wystarczy bowiem wziąć dowolny „cywilny” 2,5” dysk USB czerpiący zasilanie z gniazda odtwarzacza (na podorędziu miałem 3 dyski WD Elements Portable o pojemnościach od 500MB do 2TB), by bardzo szybko okazało się, że do dźwięku zakradła się jakaś dziwna nerwowość, najwyższe tony straciły nieco blasku a całość podana jest z zastanawiająco mniejsza energią w porównaniu do tego, do czego zdążył przyzwyczaić nas Expander E1. Dla pewności sięgnąłem jeszcze po pełnowymiarowy, wyposażony we własne zasilanie dysk 500GB LaCie, jednak jego kultura pracy (a raczej jej brak) zdyskwalifikowała go już po kilku utworach.
Bądźmy jednak szczerzy i spójrzmy prawdzie w oczy – może i lutnia wdzięcznym instrumentem jest, jednak skala jej dynamicznych możliwości jest nader ograniczona. Dlatego też po wyrafinowanych plumkaniach czym prędzej do kolejki dodałem dramatycznie inny repertuar, czyli przepełniony elektroniką, krzykami i metalowym, acz niepozbawionym melodyki diabelsko szybkim łojeniem – „I, the Mask” In Flames. Jak się z pewnością Państwo domyślacie nie był to album, którego można, czy wręcz należałoby słuchać w nabożnym skupieniu i na oscylujących w okolicach teatralnego szeptu poziomach głośności. O nie. Tu gałka głośności niebezpiecznie zbliża się do granicy zdrowego rozsądku wzbudzając złowrogie spojrzenia domowników i perspektywę rekompensaty uporczywego zakłócania spokoju bogu ducha winnym sąsiadom. Czego się jednak nie robi, żeby możliwie dokładnie zweryfikować walory testowanego komponentu. Jednak nawet przy iście koncertowych poziomach głośności niczego niepokojącego (pomijając powyższe zagrożenia) nie odnotowałem. Zarówno wgląd w nagranie, jak i separacja poszczególnych partii były na bardzo wysokim poziomie, dynamika, szczególnie ta w odsłonie makro-, co i rusz próbowała urwać tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. a mi nie pozostało nic innego jak tylko rytmicznie potrząsać czerepem, który już dawno zapomniał o uprawniającym do headbangingu owłosieniu. Mucha nie siada.
Może Silent Angel Expander E1 ustępuje pod względem funkcjonalności klasycznym, komunikującym się po „skrętce” konkurentom, może jest droższy od „cywilnych” zewnętrznych dysków USB o podobnej pojemności, jednak o ile tylko głównym kryterium jakim kierujemy się podczas kompletowania naszego systemu audio jest jakość dźwięku, to sugeruję choćby przez dłuższą chwilę zastanowić się nad może nie tyle nabyciem, co choćby weekendowym przetestowaniem. I dopiero wtedy udzielić sobie samemu odpowiedzi na pytanie, czy warto rozważyć taki zakup i by mieć pod ręką całą swoją plikotekę niezależnie od tego, czy w danym momencie, siedząc w ulubionym fotelu dostęp do Internetu mieć będziemy, czy też nie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Accuphase P-7500
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Każdy, nawet stroniący od obcowania z muzyką z plików osobnik wie, że jeśli nie korzysta się z dedykowanych platform stremingowych, gdzieś tę muzykę trzeba magazynować. I gdy wydawałoby się, iż jest to swoisty elementarz, gdyż wystarczy zakupić stosowny twardy dysk, temat wiąże się z rozwiązaniem kilku problemów. Przecież wiadomym jest, iż produkt produktowi nie równy i zawsze mamy jakiś wybór. Czy to cenowy, w kwestii trwałości, czy również jakościowy, czy też dotyczący zaawansowania technicznego danego dysku. Dlatego też gdy nadarzyła się okazja sprawdzenia z czym to się je – w sensie porównania posiadanego przeze mnie jakiegoś stareńkiego twardziela z najnowszą propozycją mocnego gracza w zagadnieniach około-plikowych, nie było innej możliwości, jak podjąć rzuconą nam rękawicę. Takim to sposobem po testach streamera Rhein Z1, zasilacza liniowego Forester F2 oraz switcha ethernet-owego N8 PRO, w dzisiejszym starciu spojrzymy na występy dedykowanego tej serii produktów, tym razem twardego dysku Expander E1 dystrybuowanej przez wrocławski Audio Atelier, azjatyckiej marki Silent Angel.
Jak można się spodziewać, jeśli coś ma wizualnie korelować z kilkoma innym produktami, swoją aparycją powinno choćby w zbliżony sposób do nich nawiązywać. Tak też oczywiście jest tym razem. To mniej więcej podobnej wielości do reszty rodziny, zaoblony na rogach nieduży blok aluminium. Na jego froncie znajduje się jedynie dioda sygnalizująca pracę dysku, zaś na rewersie również bez zbędnego szaleństwa znajdziemy trzy najistotniejsze dla jego bytu funkcje. Chodzi oczywiście o pozwalający podłączyć go do streamera terminal USB, gniazdo zasilania i główny włącznik. Tak prezentujący się produkt posadowiono na czterech niezbyt wysokich stopach. Jeśli chodzi o technikalia, oczywiście najważniejszą informacją jest zastosowany wewnątrz, co mnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu mocno zaintrygowało, bardzo cichy dysk o pojemności 10TB. Miłym dodatkiem startowym jest zestaw podstawowego okablowania urządzenia.
Co ciekawego mogę powiedzieć o naszym bohaterze? Przecież to teoretycznie zwykły dysk jakich wiele na rynku. Być może, jednak jak sygnalizowałem we wstępniaku, w procesie wyciskania z systemu audio walczymy o każdy poprawiający obcowanie z muzyką aspekt. A nasz bohater co najmniej jeden ma zasadniczo lepszy niż mój i wiele wspomnianych na owym rynku. Chodzi o jego zaskakująco cichą pracę mimo posiłkowania się typowym dyskiem talerzowym. Zapewniam, to bardzo istotne, gdyż w momencie opcji podłączenia takiego produktu li tylko po kablu USB jego poziom hałasu staje się nie lada wyzwaniem. Nie raz spotkałem się u znajomego z sytuacją, gdy podczas cichych pasaży muzycznych coś w tle, prawie niesłyszalnie, powiedziałbym, że na poziomie percepcji, ale jednak miauczało. Owszem, do wszystkiego można się przyzwyczaić, jednak nie oszukujmy się, takie artefakty są ewidentnym zakłóceniem, a przecież z nimi walczymy. Osobiście nie byłbym w stanie z tym żyć, dlatego jestem rad, że choćby z racji testu, ale posmakowałem tak zwanej audiofilskiego czarnego tła towarzyszącej mi elektroniki. Jak to przekładało się na muzykę i jak sonicznie wypadło w stosunku do używanego na co dzień NAS-a? Jeśli chodzi o drugą część pytania nie mogę w stu procentach odpowiedzieć, gdyż w teście możliwe było tylko połączenie przez USB, zaś mój domowy bank danych muzycznych wpięty jest w sieć po kablu LAN, gdyż ma tylko taka opcję. Niemniej jednak po USB w moim odczuciu było nieco lepiej. Pewnie z uwagi na zastosowanie lepszego kabla lub bardziej dopracowanego wejścia w streramerze – przecież tytułowy dysk jest dedykowany uczestniczącemu w teście źródłu plikowemu SA Rhein Z1, ale muszę bez bicia przyznać, że było lepiej. Natomiast w odpowiedzi na pierwszy anons powiem tak. Temat jest bardzo istotny w momencie słuchania cicho i do tego w nocy, co notabene często robię. Poziom szumu tła jest tak niski, że słyszę prawie budzące się ze snu nietoperze, co podczas wsłuchiwania się w muzykę nagraną na żywo z jej najdrobniejszymi niuansami jest nie lada wyzwaniem dla systemu. Na szczęście rzeczony dysk milczał jak grób i bez przeszkód mogłem zaliczać nie tylko sesje rockowe z najnowszym krążkiem AC/DC „Power Up” w jednej z ról, ale również takie projekty muzyczne jak najnowsza produkcja panów Oleś Brothers z Piotrem Orzechowskim „Waterfall”. Po co przywołałem muzykę rockową? Celowo, gdyż w momencie posiadania szumiącego dysku byłbym skazany tylko na taką. Lubię tę „okołoprądową” formację, bo się na niej wychowałem, jednak nie samym rockiem człowiek żyje i gdy ma się swoją samotnię, szkoda nie wykorzystać wczesnej nocy na pobudzanie innych pokładów swej duszy. A wspomniana jazzowa płyta jest idealnym tego przykładem. To jest pewnego rodzaju projekt, a nie lulanie muzycznymi opowieściami, w którym z pozoru wsłuchując się w wolne, na pierwszy rzut ucha dalekie od siebie w sensie rozmowy przebiegi nutowe, po wejściu w tworzony przez muzyków nierealny świat rozumiemy nie tylko ich intencje, ale widzimy ich wysublimowane rozumienie się na wzajem. Niestety przy jakimkolwiek zewnętrznym przydźwięku – nawet chwilowym i sporadycznym – łatwo jest wypaść z transu, tracąc w ten sposób wątek, dlatego też nasz bohater, z wyglądu niepozorny, ale za to w działaniu bezbłędny w takim przypadku nie tylko wydaje się, ale zapewniam Was, okazał się być niezbędnym do utrzymania w napięciu odpowiedniego stanu ducha. Szacun.
Gdy doszliśmy do akapitu wieńczącego ten test, jestem zobligowany zebrać przytoczone w teście myśli w jedną całość i coś komuś zalecić. Niestety rozprawiamy o dość prostym urządzeniu, dlatego nie będę się sztucznie rozpisywał, tylko powiem, iż w swoim systemie – jeśli na stałe przejdę na słuchanie muzyki z plików (na razie czynię to bardzo sporadycznie) – nie widzę innej opcji, jak nabycie niepozornego Silent Angel-a. Powód? Banalny. Jest przyjazny dla oka, co pozwala postawić go pośród użytkowanej elektroniki i dźwięki temu zastosować najlepszy kabel połączeniowy na jaki nas stać, a chyba najważniejsze, że nie hałasuje, pozwalając nam zatracić się w słuchanej muzyce. Komu poleciłbym ten produkt? To chyba jasne – wszystkim bez wyjątku. Czy, dlatego, że to jedyna ciekawa propozycja w świecie audio? Z pewnością nie, ale tę poznałem od podszewki i dlatego z szczerze polecam.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: Solid Tech Hybrid
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Silent Angel
Cena: 9 199 PLN
Dane techniczne
– Pojemność: 10 TB
– Zasilanie: (DC) 12V/1A max.
– Zużycie energii: 12W max.
– Interfejs: USB3.0 Typ-B, złącze żeńskie
– Wymiary (S x W x G): 200 x 76 x 200 mm
– Waga (netto): 2.5 kg
Wielu miłośników muzyki wybiera wzmacniacz Synthesis jako szkielet swojego systemu audio. Powód jest prosty, te zintegrowane wzmacniacze wytwarzają niesamowicie naturalny dźwięk z każdego źródła muzyki. Zaprojektowane bez kompromisów przewody zasilające zapewniają wierną reprodukcję brzmienia i pozwalają uzyskać bogate brzmienie nasycone barwami, doskonale pasującej do włoskich produktów.
Nowe przewody zasilające to: poprawa brzmienia w zakresie ostrości sceny dźwiękowej, głębi, dźwięków harmonicznych i balansu tonalnego. Niskie częstotliwości są bardziej obecne, czystsze i mają lepsza definicję.
Każdy produkt jest indywidualnie i starannie wykonany ręcznie, sprawdzany i testowany przed zapakowaniem i wysyłką. W firmie Synthesis zwracamy szczególną uwagę na jakość i szczegóły. Wszystkie kable zasilające dostarczane są w atrakcyjnym, wytrzymałym na uszkodzenia etui.
SPECYFIKACJA TECHNICZNA PC-15EU
Długość: 1.5 m
Średnica zewnętrzna: Φ 18mm
Absorpcja wibracji: bawełna, papierowa folia
Wtyczki: Schuko, Nema (mosiądz pozłacany)
Przewodnik: Φ 0,26mm x 64 nitki – 1 żyła (x 3 żyły) SPC (Super Pure Copper)
Powierzchnia przekroju: 5,1mm² – 1 żyła (x 3 żyły)
Izolator: PCV + siatka (czarna/przezroczysta)
Ekranowanie: ekran z plecionki miedzianej
Korpus: wytwarzany na zamówienie z anodowanego na czarno aluminium kontrolowane CNC
Cena: 399€
Opinia 1
Jak z pewnością wierni czytelnicy pamiętają przygodę z amerykańską marką Stealth Audio rozpoczęliśmy dość niezobowiązująco, gdyż od z jednej strony topowego a z drugiej, szczególnie patrząc przez pryzmat dzisiejszego obiektu testu, o którym dosłownie za chwilę, wręcz „budżetowego” przewodu cyfrowego Octava AES/EBU. Jeśli komuś w tym momencie zapaliła się ostrzegawcza lampka, że określenie budżetowości pojawia się w kontekście bądź co bądź pojedynczej łączówki za bagatela 30kPLN, to bardzo dobrze i chwała mu za czujność, bowiem jest ku temu powód. Powód tyleż elegancki i wręcz biżuteryjny, co szalenie kontrowersyjny. W dodatku powód wywodzący się nie z domeny cyfrowej a analogowej. Mowa o interkonektach Stealth Audio Śakra v.16 XLR, których to pojawienie się w naszych skromnych progach zawdzięczamy łódzkiemu Audiofastowi a jeśli kogoś interesują kwestie finansowe, to z pewną nieśmiałością w głosie jedynie wspomnę, iż chętny przy kasie zostanie poproszony o mniej więcej równowartość ww. Octavy za … każde dodatkowe 0,5m, o ile tylko metrowy komplet za drobne 106 370 PLN okaże się niewystarczający. Szaleństwo? Nie przeczę, jednak od czasu do czasu warto nieco owego szaleństwa zakosztować, tym bardziej, że od testu operujących na podobnie stratosferycznych pułapach Siltechów Triple Crown upłynęło siedem lat.
Jak sami Państwo widzicie Stealth Audio Śakra v.16 XLR to dostarczane w firmowym, zapinanym na suwak okrągłym mięsistym etui przewody o plecionych, opalizujących perłowo-białych koszulkach i czarno/czarno-srebrnej konfekcji łapiącej za oko charakterystycznych kevlarowymi korpusami. Pomimo dość znacznego przekroju przy kontakcie organoleptycznym okazuje się, że amerykańskie łączówki są zaskakująco wdzięczne w aplikacji, gdyż nie dość, że charakteryzuje je niezwykła wiotkość, to również i ich ciężar nie będzie wymagać żadnych prewencyjnych działań nawet przy połączeniach lekkich, mało stabilnych i łatwo „przesuwalnych” komponentów. Mała rzecz a cieszy. Podobnie jest ze wspomnianymi pokrowcami, które po wysmyknięciu z nich drogocennej zawartości zajmują tyle miejsca co nic i o ile dla części z Państwa wydaje się to kwestią pomijalną i błahą, to warto mieć świadomość, iż wraz z każdym kolejnym stadium audiophilii nervosy rośnie również sterta wszelakiej maści skrzyń, kartonów i pudeł, które gdzieś składować trzeba a tu owa kolejna cegiełka wypełniającego garderobę, piwnicę, bądź też garaż muru, jest w wersji nie tylko slim, co wręcz skinny.
Zgodnie z zapewnieniami producenta „nowy” flagowiec, znaczy się aktualna edycja v.16 Śakry w porównaniu z wersją pierwotną o oznaczeniu v.12, która piastowała to zaszczytną funkcję w latach 2009 – 2013 jest przewodem w pełni kierunkowym a przekrój poprzeczny przewodów zmienia się na ich długości. Wszystkie wiązki wykonano z idealnie amorficznego stopu, pierwotnie opracowanego do zastosowań lotniczych w formie ultracienkich drucików o grubości 0,001″ (0.0254 mm). Liczba owych drutów i dokładna geometria jest zależna od konkretnej wersji (rewizji) Stealth Sakra i waha się od 7 (w „oryginalnej Sakrze”) do 17 (w najwyższej Sakra V17). We wszystkich Sakrach podstawową geometrią jest „STEALTH Distributed LITZ”, która choć wykazuje podobieństwo do uzwojenia bifilarnego, jest nieco bardziej zaawansowana, bowiem jest przewód charakteryzuje wielowarstwowość. Poszczególne druty są indywidualnie izolowane i delikatnie zwijane spiralnie, aby biegły w przeciwnych kierunkach warstwami, które są obok siebie. Średnica spirali i skok są różne dla każdej warstwy, tj. dla każdego pojedynczego drutu. W ten sposób przewody wewnątrz kabla dzieli znacznie większa odległość w porównaniu do ich średnicy, żadne przewody nie biegną równolegle do siebie i żaden regularny wzór nie jest powtarzany w całym kablu. Taka geometria zapewnia znaczną redukcję interakcji elektromagnetycznych między żyłami, redukcję sprzężeń pojemnościowych i indukcyjnych, oraz spadek poziomu rezonansów elektrycznych do wartości nieosiągalnych dla konwencjonalnej geometrii. To radykalnie zmniejsza zniekształcenia intermodulacyjne związane z rezonansem RF będące głównym problemem przy projektowaniu okablowania.
W roli dielektryka zdecydowano się na zastosowanie elastycznych hermetycznie zamkniętych rurek para-próżniowych stealth wypełniona helem. Nie zachodzi w nich zjawisko magazynowania – akumulowania energii, co z kolei przekłada się na niższe zniekształcenia i „szybszy” dźwięk. Ponadto hel jest obojętny i nie zawiera ozonu i innych zjonizowanych cząsteczek, a zatem nie ma absolutnie żadnego upływu prądu wewnątrz wypełnionych nim rur a jednocześnie jest zdecydowanie łatwiejszy w aplikacji niż charakteryzująca się podobnymi parametrami próżnia. Ciśnienie helu wewnątrz rurek jest bowiem dokładnie takie samo jak ciśnienie atmosferyczne, a zatem nie zachodzą warunki mogące doprowadzić do wycieku helu z rurek, w których się znajduje. Sam proces „komponowania” Śakr polega na ręcznym owijaniu poszczególnych drucików paskami porowatego teflonu, wsunięciem ich w teflonowe rurki, aplikacji plecionego ekranu na każdej takiej rurce i następnie wsunięciu takiej wiązki w półelastyczną rurkę, która jest następnie wypełniana helem i uszczelniana na obu końcach. I tu od razu pozwolę sobie rozwiać wątpliwości związane z trwałością/stabilnością takiej konstrukcji. Otóż skoro hel wewnątrz takiej tuby ma dokładnie takie same ciśnienie jak panujące na zewnątrz, to nawet jeśli cząsteczki helu, które są bardzo małe, dyfundują z tej tuby przez jej ścianki, to w jej wyniku stężenie cząsteczek helu spada a wewnątrz rurki powstaje podciśnienie w stosunku do atmosferycznego, tworząc „szorstką próżnię”. Ponadto skoro cząsteczki powietrza (tlen, azot itp.) są znacznie większe niż cząsteczki helu, to nie mogą dostać się do ww. „rurki para-próżniowej” z zewnątrz poprzez jej ścianki.
Interkonekty zakonfekcjonowano firmowymi, opatentowanymi wtykami o wysokociśnieniowo zaciskanych (spawanych na zimno bez pośrednictwa lutów) stykach z litego srebra, modyfikowanego dielektryka PTFE (Teflon®), korpusach z kompozytu Kevlaru i zewnętrznego płaszcza z włókna węglowego i tytanu. Pomimo niezaprzeczalnej solidności i zaawansowanej budowy same etyki również zaskakują swoją niewielką masą.
Najogólniej rzecz ujmując Śakra v.16 wydaje się być nie tylko zaprzeczeniem stereotypów i mniej, bądź bardziej zasłużenie przyczepianych high-endowi łatek, co łączy wydawać by się mogło zupełnie przeciwstawne i wykluczające się cechy. Niemożliwe? Cóż, niby logika parakonsystentna poprzez dopuszczenie sprzeczności też jest de facto wbrew prostej logice i chłopskiemu rozumowi a jednak właśnie pod względem logicznym się „spina” i tak też jest z tytułowymi interkonektami. Jednak po kolei, czyli o co chodzi z tymi łatkami. Otóż czy to z racji kontaktów z niezbyt udanymi konstrukcjami, czy też li tylko bazowania na wynaturzonych samplerach części odbiorców high-end kojarzy się z wyolbrzymieniem, przejaskrawieniem i taką intensywnością doznań spowodowanych ogromem bodźców, że oglądane na sklepowych wystawach telewizory ustawione w trybie demonstracyjnym wydają się wyblakłe i mdłe niczym ikony lomografii. A po wpięciu Stealthów Śakra niczego takiego nie zaobserwujemy. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że niektórzy z Państwa z pewnością uznają je za zaskakująco stonowane, czy wręcz wycofane i zachowawcze pod względem dynamiki. Problem w tym, iż będą to pierwsze a zarazem całkowicie błędne wrażenia, bowiem z łączówkami Stealtha jest jak z konsumpcją potrawy doprawionej jedynie naturalnymi ziołami po latach diety obfitującej w nafaszerowane intensyfikatorami smaku junk-foody. Aby odkryć prawdziwe bogactwo smaku musimy przejść swoiste catharsis i detox pozbywając się szkodliwych przyzwyczajeń i nawyków. Dopiero wtedy wszystkie elementy tej misternej układanki zaczną układać się w logiczną całość. Nagle okaże się, że nawet na wymuskanym przez 2L nagraniu trio Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen („Tartini Secondo Natura”) wcale nie musi ścigać się pod względem ekspresji i dynamiki z Apocalypticą („Cell-0”), gdyż po pierwsze to zupełnie inna bajka a po drugie po prostu nie musi, by oddać pełnię informacji o nagraniu. Proszę się jednak nie martwić – nie oznacza to uspokojenia, czy wręcz spowolnienia dźwięku, lecz jedynie zachowanie wierności oryginałowi a nie autorską interpretację i perfidne granie pod spragnioną „chleba i igrzysk” publikę. Co ciekawe nawet na Tartinim nie czuć spodziewanego zubożenia ładunku emocjonalnego w stosunku do dotychczasowych, bardziej „napompowanych” prezentacji a jedynie, pomimo większego spokoju i zrelaksowania, zdecydowanie bardziej angażujący „wykon” i zupełnie nieosiągalną dotychczas … dynamikę. Oczywiście w skali mikro, ale skoro to kameralne nagranie barokowego repertuaru to nie sposób oczekiwać iście infradźwiękowych tąpnięć siedmiomanuałowych Boardwalk Hall Auditorium Organ (z Atlantic City Convention Hall, New Jersey, USA), czy stadionowego rozmachu. Akcent z efektu Wow! zostaje przesunięty na właściwe oddanie maestrii muzyków i ducha – flow panującego podczas sesji, czyli tego co dla danego repertuaru jest ze wszech miar właściwe.
Podobnie było z basem – początkowo można odnieść wrażenie, że jest zbyt lekki i nieśmiały, jednak im dłużej się Stealthów słucha, tym bardziej oczywistym staje się, że de facto jest go … więcej, lecz nie jest on kumulowany, podkręcany w wyższym podzakresie a perfekcyjnie liniowo schodzi tam, gdzie konkurencji nie ma już dawno nawet nie tyle za plecami, co w zasięgu wzroku. Proszę tylko posłuchać, najlepiej nieco głośniej niż dobrosąsiedzkie relacje na to pozwalają, albumu „Mother” formacji In This Moment, gdzie przy większości mniej wyrafinowanych konstrukcji otrzymujemy gęsty zbitek krzyków, riffów, elektronicznych pasaży i partii perkusji ze środkiem ciężkości ustawionym właśnie na wyższym basie, lecz poprzez jego wyeksponowanie można dać zwieść się pozorom i stwierdzić, że owego basu jest nie tylko dużo, lecz i zaskakująco nisko schodzi. To tylko jednak pozory, gdyż wpięcie Stealth’ów pokazuje, że można grać bez owej górki i bas zamiast kumulować tam, gdzie swoją pracę kończą podstawkowe monitorki a to co się dzieje poniżej jedynie sugerować, po prostu odtwarzać z właściwą energią i zróżnicowaniem. Do bardzo podobnych wniosków doprowadził mnie diametralnie inny, gdyż dubstepowy klasyk jeszcze intensywniej ekshumujący infradźwiękowe truchła syntetycznych tętnień, czyli „Untrue” Buriala. Ba to właśnie na nim udział dźwięków odczuwanych w formie wibracji otoczenia a nie słyszalnych częstotliwości stał się pełnoprawnym elementem poszczególnych kompozycji. Szukając bardziej namacalnej analogii na myśl przychodzi mi porównanie obu największych Gryphonów (oczywiście w bardzo mocnym uproszczeniu). Zestawiając Mephisto z Apex-em w pierwszej chwili można wskazać „mniejszą” konstrukcję jako lepiej, odważniej eksplorującą najniższe składowe, jednak o ile tylko dysponujemy odpowiednio nisko schodzącymi kolumnami okaże się, to jednak Apex pokazuje realne możliwości Duńczyków pod względem reprodukcji częstotliwości, których już praktycznie nie słychać a czuć fizycznie.
A jak z różnicowaniem nagrań? Cóż, pomimo całego swojego wyrafinowania i krystalicznej wręcz czystości idącej w parze z jedwabistą gładkością okazało się, że nawet inwestycja rzędu 100 kPLN w łączówki pewnych nagrań nie uratuje, więc tak jak wcześniej, z po wielokroć tańszym okablowaniem album „Metálbomba” węgierskiej formacji Pokolgép brzmiał płasko jak przysłowiowa decha i irytował kompresją, tak stan ten nawet o jotę nie uległ poprawie, by z kolei na referencyjnym „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen namacalność i materializacja muzyków była tak realistyczna, że gdybyśmy mieli do czynienia z rockmanami, to barek lepiej byłoby zabezpieczyć porządną kłódką. Stealthy nic bowiem od siebie nie dodadzą i niczego wcześniej zepsutego nie naprawią a jedynie skupią się na tym by samemu nic do reprodukowanego materiału nie tylko nie dodać, lecz i dla siebie nie zatrzymać. Tylko tyle i zarazem aż tyle, gdyż ta pozornie oczywista oczywistość udaje się bardzo, bardzo nielicznym.
W ramach zwyczajowego podsumowania pozwolę sobie na mało popularne z perspektywy marketingu i wszechobecnej chęci uszczęśliwienia – zaspokojenia potrzeb jak najszerszego spektrum odbiorców stwierdzenie, że Stealth Audio Śakra v.16 XLR nie są, o zgrozo, dla wszystkich. Jeśli bowiem ktoś oczekuje istnej eksplozji doznań, czy wręcz poniewierania nawet najdrobniejszym dźwiękiem, to tytułowe interkonekty Stealth Audio nie tylko nie spełnią jego oczekiwań, co wręcz wywołają rozczarowanie. Jeśli jednak zależy nam na właściwym różnicowaniu pomiędzy pianissimo a fortissimo, prawidłowym odwzorowaniem realnych rozmiarów poszczególnych źródeł pozornych i przede wszystkim zachowaniu właściwej, tożsamej z graną na żywo muzyką spójności, to odsłuch Stealth Audio Śakra v.16 XLR prędzej, czy później nas czeka.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Accuphase P-7500
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Przyznam szczerze, że mimo sporego zaangażowania wolnego czasu fajnie jest bawić się w ocenę wyrobów audio. Nie ma znaczenia, czy elektroniki, okablowania, czy akcesoriów, bowiem najważniejszym jest feedback w postaci poznawania co jakiś czas debiutujących na naszym rynku marek. Naturalnie raz mamy do czynienia z tak zwanymi jednostrzałowcami, którzy po krótkiej serii lub czasem nawet singlowym występie nie do końca radząc sobie z silną konkurencją, giną gdzieś w zalewie podobnych do siebie konstrukcji, zaś innym razem – na szczęście znacznie częściej – świetnie wypadając w pierwszym starciu nie poddają się i dzielnie trzymają gardę. Jednak aby nie wypaść ze zdobytego rynku, nie mogą zasypiać gruszek w popiele i co jakiś czas oprócz wdrażania w życie nowych projektów muszą poddać ocenie swoje dotychczasowe osiągnięcia. I z takim to podmiotem będziemy mieli do czynienia w dzisiejszej odsłonie testowej. Chodzi o będącą stosunkowo świeżym trofeum w portfolio łódzkiego Audiofastu, pochodzącą zza wielkiej wody amerykańską markę Stealth Audio, z oferty której dotychczas mieliśmy u siebie świetnie wypadający brzmieniowo flagowy kabel cyfrowy z serii Octava. Jak możecie się domyślać, po takim obrocie sprawy nie było dla innego wyjścia, niż podjęcie próby weryfikacji możliwości marki w innym sektorze sygnałów audio. Takim to sposobem po przywołanej cyfrówce, naszą ciekawość wzbudził okupujący szczyt oferty interkonekt Stealth Audio Śakra V.16 w wersji XLR. Jak wypadł? To okaże się w poniższym teście.
Jak rzadko kiedy, dzięki zrozumieniu potrzeb czytelników producent stanął na wysokości zadania i na ile to bezpieczne przed próbami kopiowania, budowę naszego bohatera zdradził dość obszernie. Co i jak dokładnie zostało użyte z najdrobniejszymi niuansami przeczytacie na stronie dystrybutora, dlatego ja z tej epopei przytoczę jedynie najważniejsze aspekty. Materiałem przewodzącym jest okryty milczeniem, w pierwotnych założeniach przewidziany do celów lotniczych stop amorficzny. Wykorzystane do przesyłu sygnału przewodniki są ultracienkimi drucikami o grubości jednej tysięcznej cala. W przypadku naszego bohatera na budowę każdej z izolowanych osobno żył przypada ich 16 zawiniętych w wiązki z własnymi rdzeniami. Bardzo istotną rolę wiedzie sam splot wspomnianych wiązek nazwany bezindukcyjnym uzwojeniem bifilarnym, bowiem ma za zadanie redukcję interakcji elektromagnetycznych pomiędzy żyłami. Oprócz tego dzięki swojej rozproszonej geometrii ów splot pozwala mechanicznie kontrolować rezonanse okablowania. Jednak to nie jest ostateczne działanie w kwestii kontroli rezonansów łączówki, gdyż ten temat dzięki zastosowaniu odpowiedniego, wypełnionego helem dielektryka wspiera odpowiednio dobrana i zastosowana otulina. Jeśli chodzi o użyte wtyki, te cechuje niska masa, wykonane z litego srebra piny, firmowe rozwiązania budowy na bazie kompozytu Kevlaru, modyfikowanego dielektryka PTFE oraz włókna węglowo-tytanowego. Przyznacie, że pakiet informacji niesie ze sobą wiele zaawansowanych terminów, co w mojej opinii w sobie tylko znany sposób miało przełożenie na finalne brzmienie okablowania.
Jak wypadł nasz bohater podczas procesu testowego? Przyznam, że bardzo ciekawie. Pokazał się z esencjonalnej, pełnej energii, ale przy tym bogatej w informacje strony. Muzyka nabrała zjawiskowego body, jednak ani przez moment owa dodatkowa waga nie okazała się przysłowiową kulą u nogi tej konstrukcji. A powodem była nieposkromiona energia przekazu, co przekładało się na jego zaskakujący drive. Owszem, w stosunku do znacznie lżejszych barwowo, często od niego mniej zebranych w sobie drutów w pierwszym momencie odnosiłem wrażenie mniejszej obecności górnego zakresu, jednak po dosłownie kilkuminutowej akomodacji problem nie dość, że znikł, to natychmiast pokazywał jedną istotną rzecz. Chodzi o fakt jedynie mniejszego tak zwanego „cykania” najwyższych rejestrów, przy identycznym, a czasem nawet lepszym wglądzie w nagranie. Na początku myślałem, że to kwestia przypadku danego utworu, jednak po kilku płytach stawało się jasne, iż był to znakomicie wypadający zamysł konstruktora. Przecież zbyt żywa projekcja ulubionej muzyki na dłuższą metę zmęczy każdego, dlatego należy podać ją tak, aby „zjeść ciastko i mieć ciastko”. W teorii tego nie da się zrobić, jednak czasem, jak choćby w przypadku opisywanego kabla Stealth Audio zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę. Dźwięk podany był bez jakiegokolwiek uśredniania, a mimo to bez zbędnego doświetlania wszystko miałem na przysłowiowej tacy. Ba, tacy obfitującej z zwiększające namacalność odbioru używki typu: nieposkromiona, bo pełna życia, przy tym odznaczająca się znakomitym timingiem energia i wielobarwność dźwięku. To zaś sprawiało, że bez względu jaki materiał lądował na recenzenckim tapecie, system wychodził ze starcia z mocno dzierżoną tarczą w ręku.
Na początek zapragnąłem sprawdzić, jak poradzi sobie ze średnio zrealizowanym, ale przy okazji energetycznym materiale spod znaku najnowszego projektu Rammsteina „Zeit”. Jak wiadomo, artysta nie przebiera w środkach wyrazu. To jest ogień w najczystszej postaci. Mocno w dole pasma, nieco oszczędniej w środku i nad wyraz ochoczo na górze. Dlatego mimo mojej sympatii do niego, w połowie płyty mam zwyczajnie dość. Problemem jest męczące podanie muzyki z suwakami na mikserze w postaci uśmiechu. Jednak tak było do czasu wpięcia amerykańskiego kabla sygnałowego, gdyż ten swoją sygnaturą wzmocnienia energii całości przekazu bez forowania jego najwyższych zakresów zaproponował mi znakomitą koherentność tego wydarzenia. Oczywiście nadal miałem do czynienia z artystycznym wulkanem, jednak tym razem z odpowiednim wyważeniem pomiędzy zakresami. I co ciekawe, nie ucierpiał przy tym wcześniej już odpowiednio masywny bas – nadal był pod pełną kontrolą, za to wiele zyskał okraszony esencją środek i nie zgaszoną, a jedynie mniej „świecącą” górę. Muzyka została poddana na tyle dobrze wyważonym zbiegom korygującym wagę, szybkość i swobodę emanacji, że jak nigdy wcześniej bez obaw o utratę słuchu i co istotne, z wielką przyjemnością mogłem podkręcić jej wolumen do rzadko wykorzystywanego poziomu szaleństwa. I zapewniam, bez trwałych skutków ubocznych.
Kolejnym przykładem fajnego działania V.16-ki była płyta Cassandry Wilson „Another Country”. To jest mocno podkręcony materiał i jakiekolwiek przekroczenie dobrego smaku miało pokazać, czy opisywany kabel swym magicznym podnoszeniem esencjonalności i energii słuchanej muzyki nie spowoduje efektu domina. Piję oczywiście do ewentualnej porażki na tle nadinterpretacji basu i środka, które w tym przypadku są i tak już świetne. Na szczęście nic takiego się nie stało. A jedyne co się wydarzyło i to w rozumieniu pozytywnym, większy spokój w oddaniu czasem ocierającego się o przesadę rozmachu zapisanego na płycie materiału, czyli przekładając na nasze, bez szkód w rozdzielczości góra zaczęła idealnie współpracować z resztą zakresów. Niestety to dość rzadka umiejętność, gdyż zazwyczaj ukulturalnianie górnego pasma kończy się przysłowiowym muleniem całości.
Na koniec najnowszy krążek Enrico Ravy i Freda Herscha „The Song Is You”. Jak po analizie użytego instrumentarium można się domyślić, to spokojna, wręcz balladowa produkcja jazzowa. Powolne pasaże czy to pojedynczych instrumentów, czy ich rozmowy między sobą przy wiedzy, iż w wersji przedtestowej były dobrze osadzonymi w aspekty barwy, masy i spokoju prezentacji, kolejny raz miały dać odpowiedź, jak mocno w przekaz ingeruje nasz bohater. Teoretycznie ze wspomnianymi wcześniej walorami powinien kolokwialnie mówiąc „zabić” tę opowieść. Naturalnie zabić w rozumieniu zbytniej zawartości cukru w cukrze. I? Spokojnie, było dobrze. Owszem, fortepian stał się bardziej dostojny, a trąbka nieco masywniejsza, jednak nadal muzyka oferowała odpowiednią witalność. Na tyle minimalnie inną niż mam na co dzień, że bez problemu już w drugim kawałku zapomniałem o lekkiej zmianie priorytetów w jej wizualizacji. Co to oznacza? To proste. Sakra umiejętnie nie przekraczała dobrego smaku w malowaniu świata muzyki. A przypominam, że jej podstawową wartością dodaną jest zastrzyk energii i barwy.
Jak wynika z załączonych przykładów płytowych, niesione przez kabel marki Stealth Audio nadawanie muzyce większego wigoru w domenie kolorystyki i pulsu nie odbijało się na dynamice przekazu. Nadal słyszałem najdrobniejsze niuanse brzmieniowe, jednak w słabo zrealizowanym materiale lepiej osadzone w barwie, zaś w dobrym bez utraty ich transparentności. Czy to jest kabel dla każdego? Cóż, nie ma szans. Jednak tylko dlatego, że jest zbyt mocno przywiązany do pokazywania piękna, niż źle rozumianej agresji w muzyce. Ta ostatnia oczywiście również wypada znakomicie, jednak jest pozbawiona szkodliwych zniekształceń, co wielu wielbicieli szkodliwego ogłuszania się może odebrać jako krok ku niepotrzebnemu jej uspokojeniu. Dlatego też zanim weźmiecie tytułowy kabel na testy, musicie określić się, co tak naprawdę Was kręci. Działanie na rzecz muzyki bez sonicznego brudu, czy pełna niezamierzonych przez muzyków artefaktów jazda bez trzymanki? Ja oczywiście jestem za opcją numer jeden. A Wy?
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: Solid Tech Hybrid
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Stealth Audio Cables
Cena: 106 370 PLN / 1m; 28 620 PLN za dodatkowe 0,5m
Po ogólnopolskiej burzy w tematyce audio na praktycznie każdym związanym z nią forum chyba jasnym jest, iż powoli opada kurz po odbywającej się w dniach 28-30.10.2022r. wystawie Audio Video Show 2022. Nie byle jakiej wystawie, gdyż mającej swój finał po trzech latach przerwy spowodowanej obostrzeniami covid-owymi. Z zakulisowych informacji wiem, iż posucha była tak bolesna, że w połowie soboty został wyczerpany limit biletów kupowanych przez internet. Naturalnie bez problemu temat można było sfinalizować w hotelowych kasach, co znakomicie unaoczniały permanentnie wypełnione po brzegi pomieszczenia wystawców. I to od piątku do wczesnego popołudnia niedzieli. Czy warto było się wybrać? Dla mnie jak najbardziej. I to nawet nie z racji poszukiwania dźwięku życia, bo zapewniam Was, każdy ma swój w domu bez względu na cenę, tylko posmakowania różnych szkół dążenia do prezentacji muzyki jak najbliższej prawdzie. I nie zawsze chodzi tylko o skalę projekcji, tylko również o barwę oraz namacalność. I gdy wydawałoby się, że sprawa jest banalna, bo każdy kiedyś zderzył się z jakimś występem na żywo i producenci wiedzą, o co w tej zabawie chodzi, praktycznie każdy z nich na dotarcie do wspomnianej prawdy ma inny pomysł. To źle? Bynajmniej, bowiem tak samo jak oni, również my mamy wypracowane przez lata swoje wzorce i całe szczęście, że w teorii dążąca do tego samego wzorca jest tak bogata, gdyż na jej bazie możemy osiągnąć swój wymarzony sound. Lepszy, czy gorszy, nie ma znaczenia, ważne, że pozwala nam z przyjemnością obcować z ukochaną muzyką. Muzyką, bez której opisywane wydarzenie nie miałoby racji bytu.
Gdy przemierzałem bezkresne czy to hole, czy pomieszczenia wystawowe, przez cały czas zastanawiałem się, jak do tytułowego przedsięwzięcia podejść od strony relacji. Kolejny raz kreślić dłuższe akapity o swoich obserwacjach pod kilkudziesięcioma seriami fotografii? Wiedziony empirycznie potwierdzoną wiedzą, iż naród nie lubi czytać, tylko woli oglądać zdjęcia ze smartfonów, najnormalniej w świecie idąc na łatwiznę te same serie fotosów okrasić lakonicznym stwierdzeniem faktu kto na nich widnieje? Czy odejść od dotychczasowych standardów i na bazie swoich codziennych doświadczeń pokusić się o ocenę jakiegoś wycinka wystawy? Jak można się domyślić, pierwsza i trzecia opcja wymuszała pewne zaangażowanie się w napisanie ciekawego tekstu, dlatego w pierwszym obronnym ruchu prywatnego czasu stawiałem na bramkę numer dwa. Pójdzie szybko, łatwo i przyjemnie, a wygospodarowany czas poświecę na słuchanie muzyki. Niestety jak to u mnie bywa, staram się unikać robienia czegoś po łebkach, czego efektem jest wybór opcji, jak mawiał klasyk „z numerem numer trzy”. Powód? Pewnie się zdziwicie, ale to pokłosie obserwacji kilku forów i głoszonych w nich dramatycznie przeciwstawnych opinii na temat tych samych zestawów. Naturalnie z uwagi, iż żyjemy w wolnym kraju, nic do nich nie mam, jednak znając specyfikę brzmienia wielu urządzeń postanowiłem zabrać głos w obronie kilu z nich, zaś resztę jedynie zamieścić jako dowód, że „tam byłem, miód i wino piłem, a com widział i słyszał, niestety z przed momentem wspomnianego powodu w księgi nie umieściłem”. Oczywiście nie jako samozwańczy guru od oceny wszystkiego co się rusza, na drzewo nie ucieka i do tego generuje dźwięk, tylko luźne uświadomienie niektórym z czym tak naprawdę się zderzyli i jak dalekie to było od znanych mi występów na własnym podwórku. Na co padł wybór?
Cóż, pewnie wielu z Was zdążyło zorientować się, iż w kwestii posiadanego systemu audio od kilku lat obracam się w oparach absurdu. Mało tego. Większość zabawek dostępnych na naszym rynku z tak zwanej stratosfery cenowej miałem u siebie w domu, co pozwoliło mi nie tylko dogłębnie je poznać, ale również wyrobić sobie o nich pewne zdanie. Zdanie na tyle brzemienne w skutkach, że obecnie bawię się topowymi zabawkami CEC-a, dCs-a, Gaudera i Gryphona. Nie z powodu marności brzmienia konkurencji, tylko nie do końca korelowania jej grania z moimi oczekiwaniami. W wartościach bezwzględnych większość była znakomita, jednak ich sznyt brzmieniowy nie współgrał z tym, czego oczekuję od zabawek audio w swoim romantycznym świecie. Powtarzam, nie chodziło o jakość, tylko spełnienie melomańskiej próżności, czyli tłumacząc z polskiego na nasze, realizację wyimaginowanego w duchu wzorca muzyki z jaką chciałbym osobiście obcować. A pomysł jest taki. Plastyczny, ale rozdzielczy CEC TL 0 3.0 połączony z odpowiednio mocnym w krawędzi i oferującym niezbędną do rysowania czytelnych źródeł pozornych twardość dźwięku dCs-em Vivaldi DAC 2.0 karmią sygnałem sterowaną cyfrowo przez anglika, monstrualną, dzięki temu oddającą prąd na poziomie przemysłowej spawarki A-klasową końcówkę mocy Gryphon Apex, która napędza równie wielkie, wykorzystujące twarde głośniki kolumny Gauder Akustik Berlina RC-11 BE. Efekt? Dostałem nie tylko dobry wgląd w nagranie, ale przy tym jego zjawiskową esencję i brak ograniczeń w makro i mikro dynamice. W skrócie powiedziałbym, że gra to fajnie. Po co o tym piszę? Już zdradzam. Oczywiście spełniając założenie napisania relacji w oparciu o punkt numer 3 przygotowuję Was do zapoznania się z moimi obserwacjami na temat najbardziej przyciągających melomanów, naturalnie najdroższych systemów audio tego wydarzenia. Nie wszystkich, tylko kilku. Jednak z uwagi na goszczenie u siebie głównych komponentów z ich wystawowej konfiguracji, pozwalających mi zabrać poparty doświadczeniem głos.
Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26, Ayon
To zestawienie z całej opisywanej puli znam najlepiej. Miałem u siebie jakiś miesiąc i przez ten czas próbowałem go nie tylko z podobną do wystawowej ofertą Ayon-a, ale również z moim setem. To było na tyle zjawiskowe granie, że mimo wieloletniej alergii na kolumny tubowe, z pewnych powodów się nimi zauroczyłem. Po pierwsze – nie krzyczały. Po drugie – zjawiskowo zawieszały źródła pozorne na bezkresnej wirtualnej scenie. A po trzecie – dzięki dedykowanym modułom basowym – oczywiście najlepsze są flagowe basshorny, ale wystawowe pionowe maluchy w domu też dawały radę – można było je dostroić do wymaganego przez siebie poziomu nasycenia. To jest na tyle banalnie łatwe do zrealizowania, że przy woli zrobienia sobie cukierkowego dźwięku, po podłączeniu zestawu do strojenia trwa to dosłownie kilka minut. W efekcie możemy mieć nie tylko niekrzyczące, ale nawet grające z soczystą magią tuby. I taki stan wychwyciłem podczas odsłuchu w hotelu Sobieski. Bez agresji, za to z fajnym wglądem w nagranie i rozległą sceną. Osobiście w domu podkręciłbym transparentność, jednak biorąc pod uwagę potrzeby nagłośnienia wielkiej sali z gromadą ludzi, a przez to wykorzystywanie wysokich poziomów głośności wiedziałem, iż ów zabieg ustawienia raczej przyjemnego, aniżeli wyczynowego grania był zamierzony. Dlatego nie ma się co dziwić, że ktoś hołubiący bezkompromisowe tubowe zestawy czasem kręcił nosem. Ba, nawet miał do tego prawo. Jednak ważne jest, aby wiedział, iż to celowy zabieg, a nie brak „mocy przerobowych” tego zestawu. Każdy wystawca chce osiągnąć zamierzony, zazwyczaj zadowalający znaczną większość gości efekt i jeśli ktoś tego nie przyjmuje do wiadomości i odżegnuje system od czci i wiary, nie mamy o czym rozmawiać. Tytułowy zestaw AA Trio na wystawie grał bezpiecznie i przy tym zjawiskowo, a to zapewniam, tylko jedna z nieograniczonych opcji jego ostatecznej konfiguracji. Jest na tyle uniwersalny, że jeśli tylko zaakceptujemy specyfikę tubowej prezentacji, ciężko jest przejść koło niego obojętnie.
Focal, Naim
Internetowe opiniowanie tego przypadku zdziwiło mnie najbardziej. Kolumny Focala jakie są, każdy wie. To nie jest szkoła dla słuchaczy przysłowiowego „pitu pitu”, tylko pełnowymiarowa, dla mnie zjawiskowa, bo pozwalająca poczuć energię muzyki dobrze rozumiana agresja. Tymczasem spotkałem się z opiniami wystawowej porażki. Jeśli nie lubi się podobnego grania, po kiego grzyba wchodzić na takie prezentacje. Lepiej zaliczyć pokaz ze słabowitym lampowym wzmacniaczykiem wespół z kolumnami bazującymi na szerokopasmowym papierzaku – zaznaczam, że słyszałem świetne tego typu zestawienia – i tam się spełniać jako zatwardziały meloman-romantyk, a nie pchać się w okowy skądinąd znakomitej jazdy bez trzymanki. Wracając jednak do clou, informacyjnie przypomnę, iż oprócz znakomitego wzmacniacza Naim Statement gościłem u siebie kolumny Stella Utopia. To oferta oczko niżej, jednak natychmiast po wejściu na pokaz z Grand Utopiami przekonałem się, jak bliskie jest granie obydwu produktów i jak znakomitym rozwinięciem tamtej przygody było zaliczenie występów na PGE Narodowym. Nie było niedomówień, tylko atak, energia i kreowanie zarysowanych ostrym rysikiem, przez to pokazanych jak na dłoni scenicznych bytów, za co się kocha lub nienawidzi te paczki. Osobiście przyznam się, że przez cały czas trwania tej 3-dniowej imprezy nie mogłem dobić się do tego pokoju – od rana do wieczora były w nim masakryczne tłumy nie dające szans na rozsądne posłuchanie o zrobieniu fotografii nie mówiąc. Jednak przy wiedzy co potrafiły mniejsze siostry Grand Utopii – Stelle, postanowiłem nie odpuścić. W wyniku takiego zaparcia pomieszczenie zaliczyłem rzutem na taśmę, czyli koło 16.00 w niedzielę. A i tak tylko dzięki osobistej znajomości przedstawiciela dystrybutora, który nie tylko mnie wpuścił, ale również wygonił wszędobylskich oglądaczy z pola sesji zdjęciowej. Dla mnie pokaz okazał się być znakomity. Naturalnie w od lat rozpoznawalnym tego tandemu stylu, ale niezaprzeczalnie znakomity. Powiem więcej, bardzo bliski mojemu drugiemu „ja”. Jak blisko? O tym trochę później.
Wilson Audio Chronosonic XVX, Gryphon Apex & Commander
Jeśli chodzi o to zestawienie, również nie mogę zrozumieć, o co ludziom chodzi. A nie rozumieć mogę dlatego, że z tej zbieraniny – notabene najdroższej na wystawie – na co dzień używam końcówki mocy. Jednak żeby być bardziej wiarygodnym dodam, iż w swej przygodzie z tą marką kolumnową miałem przyjemność bawić się u siebie modelem Alexia 2 i zaliczyć wyjazdową sesję odsłuchową do salonu dystrybutora z modelem Alex 5 w roli głównej. To naturalnie pozwoliło mi zrozumieć, iż granie Wilson Audio jest graniem amerykańskim. Z rozmachem, raczej szybciej i lżej, niż wolniej i gęściej, za to nigdy nie w źle rozumianej przez Jankesów audiofilskości, czyli ocierające się o granice dobrego smaku ogólne nasycenie przekazu oraz mocny, niestety przez swą masę w ich rozumieniu lekko spowolniony bas. Co to to nie. A dodatkowym potwierdzeniem założeń zwarcia i szybkości przekazu jest użycie przetworników papierowych, które przy całej wspomnianej batalii o brzmienie kolumn nadają im dodatkowo unikający rozlazłości soniczny posmak szybkiej w działaniu celulozy. A jeśli tak, oczywistością jest, że taki stan rzeczy rodzi marce wielu wrogów. Jednak jeśli się wie, o co danemu producentowi chodzi, nie można ferować dramatycznie negatywnych opinii. Tym bardziej, że to co system pokazał w sali TVP2 i tak dzięki pracy zestawu pre-power Gryphona było nieźle pokolorowane oraz ku mojej uciesze, mimo to znakomicie trzymane na wodzy. Panowie malkontenci, to jest Wilson Audio, a nie Harbeth, dlatego w opiniach należy wziąć pod uwagę wszelkie aspekty danej konfiguracji, a nie strzelać focha, bo nie grało z oczekiwaną polewą waniliową. Dla mnie ten pokaz był idealnym potwierdzeniem zdobytych wcześniej doświadczeń o Wilsonach z lekko podkręconymi przez Duńczyków aspektami muzykalności i nieskrępowanej energii. Dzięki temu muzykalności podanej z rzadko spotykanym w świecie audio rozmachem i swobodą.
Estelon, Accuphase
Jedno jest pewne, poczciwy japoński brand zna praktycznie każdy z Was. Jednak znać to jedno, a mieć doświadczenie z praktycznie całą wierchuszką cennika w swoim lokalu i do tego w zestawieniu wystawowym to drugie. Ja na szczęście miałem tę przyjemność i wiem, że co jak co, ale mocy najnowszym końcówkom P-7500 w opcji monobloków z pewnością nie brakuje. Po co o tym wspominam? Otóż spotkałem się z opiniami słabo kontrolowanego basu podczas napędzania flagowych kolumn Estelon Extreme MKII. Na szczęście były to wyjątki, ale jednak były. Co było przyczyną takiego odbioru? Mam kilka teorii. Pierwsza związana jest z brakiem doświadczenia w obcowaniu z tak nisko schodzącymi kolumnami, które gdy coś ma być lekko pogrubione to takie jest, z czym dany delikwent u siebie z kolumnami ograniczonymi do praktycznego, a nie tabelkowego w instrukcji zejścia na poziomie 50Hz nigdy nie miał do czynienia. Druga to przymus nagłośnienia wielkiej sali czasem powodującego powstawanie niechcianych fale stojących w kilku miejscach pokoju. Trzecia złe miejsce do odsłuchu blisko co prawda cienkich, ale jednak psujący jego jakość ścianek działowych. Zaś czwarta to brak doświadczenia z zastosowanymi przez Estelona kanapkowymi głośnikami basowymi. To jest inna szkoła grania. Mamy znacznie bardziej miękko grające przetworniki Accutona, czego akurat producent moich kolumn Roland Gauder nie akceptuje i nie stosuje, jednak znakomita większość nie tylko konstruktorów, ale również odbiorców nowej odsłony tych głośników uwielbia. I jeśli ktoś ma w głowie stare rozdanie tego brandu, może odnieść wrażenie braku dobrej krawędzi dźwięku i znanego z dawnych występów zwarcia basu. Co było przyczyną owych wspomnianych nieprzychylnych opinii, nie mam pojęcia. Jednak jak widać na przykładzie tych kilku opisanych naprędce niuansów, podczas podobnych pokazów z uwagi na częste nakładanie się ich na siebie można odnieść mylne finalne wrażenie o zestawie. Ja byłem w tej sali kilka razy, za każdym starałem się zająć dobre miejsce i biorąc pod uwagę specyfikę konstrukcji i warunki wystawowe, znakomicie rozumiałem, o co konstruktorowi powołaniem do życia modelu Extreme MKII chodzi. Krótko mówiąc o muzyczną, znakomicie zawieszoną, bo dzięki mocnej prądowo elektronice bez jakichkolwiek oznak wysiłku w bezkresnym eterze, namalowaną płynną kreską bajkę.
Marten, Tenor Audio
Kolumny Marten to kolejny produkt z cenowej stratosfery. Niestety u nas jest jeszcze na tyle egzotycznym bytem, że moje doświadczenia bazują jedynie na pokazach w Monachium i chwilowych mitingach u znajomego ze znacznie mniejszym modelem. Na szczęście mam na koncie sporo przygód z towarzyszącą im sekcją wzmocnienia, dlatego spokojnie pozwoliłem pokusić się o zabranie głosu w ich sprawie. Powód? Podobny do całej puli omawianych zestawów, czyli na szczęście nieczęste, ale jednak narzekanie. Tymczasem w przypadku Martena mamy podobny temat jak z Estelonem. Chodzi oczywiście o kanapkowe głośniki basowe. Wszystkie kolumny je wykorzystujące oferują podobny sznyt grania i tego nie da się uniknąć. Jedynym co może to lekko zmienić, jest zastosowana elektronika, a i tak basu nie da się oszukać. Będzie zawsze pełny i wielobarwny, tylko w zależności od sekcji wzmocnienia, bardziej lub mniej zwarty. Nie bułowaty, tylko krąglejszy, co zapewniam jest wielką różnicą. Po to zresztą konstruktorzy po te głośniki sięgają. Tak tak, jeśli je się dobrze zaaplikuje, z uwagi na ich większą esencjonalność, a nie pozorną magię opartą o monotonna magmę. A gdy do tej esencjonalności dodamy tryskające czarem lamp, ale mocne prądowo kanadyjskie hybrydy marki Tenor Audio, świat nie może być inny niż piękny. Czasem dla kogoś zbyt piękny, jednak to już kwestia muzycznego gustu, a nie problemem natury jakości grania zestawu. A w tym przypadku mieliśmy esencję dźwięku w najczystszej postaci. Barwną, z niepohamowaną energią i do tego znakomicie ćwierkającą w środkowych i górnych rejestrach. Dlaczego akurat w tych? Jak widać na obrazkach, ten model Martena zastosował identyczny układ przetworników wspomnianej sekcji jaki mam. w swoich 11-kach. Diament na górze i wyższym środku oraz ceramika w jego niższych patiach oferują feerię nieskazitelnie czystych informacji. Jednak dla jasności dodam, iż dalekich od nachalności, tylko pokazujących najdrobniejszy niuans z zachowaniem jego ważności i energii w danej frazie muzycznej. Gdy kilka lat temu usłyszałem taką projekcję w obecnie posiadanych Gauderach Berlina RC-11, wiedziałem, że jeśli tylko będzie mnie stać, nie odpuszczę, muszę to mieć u siebie. Jak widać los sprawił, że udało się tego dokonać, dlatego gdy tylko coś podobnego ma do zaoferowania konkurencja, wiem, że będzie się działo. A u Martena się działo. Bardziej miękko i słodko niż mam na co dzień – przypominam o hybrydowej elektronice na pokazie na stadionie i soczyściej grających głośnikach niż aluminiowe basowce w Berlinach, ale ze znakomitym wglądem w nagranie, co w zależności od mojej decyzji pozwalało delektować się raz każdą nutą z osobna, zaś innym razem całym wydarzeniem muzycznym.
Nie wiem, jak niektórzy z Was odbiorą serię powyższych wywodów, dlatego chciałbym tylko zaznaczyć, iż podjęta rola Reytana prezentowanych na wystawie drogich systemów audio nie była bezmyślną obroną tychże urządzeń. Bardziej chodziło o pokazanie, że każdy ze znanych mi komponentów grał w estetyce znanej mi z osobistych spotkań w domu. To jak ostatecznie wypadły na wystawie, to już inna para kaloszy. Wiadomym jest, ze od drogiego urządzenia wymaga się więcej. Niestety to więcej można uzyskać zazwyczaj w kontrolowanych warunkach i przy normalnych poziomach głośności, na co pod czas takich imprez nie ma szans. Dla mnie wszystkie pokazy potwierdziły swoje poszczególne walory. Czy zatem na bazie opisanej puli zestawów usłyszałem dźwięk życia? Naturalnie. Jaki? To co prawda będzie ekwilibrystyka, ale zdradzę. Otóż ze wszystkich pokazów wybrałbym projekcję góry i środka Martenów, swobodę i rozmach Wilson Audio Chronosonic XVX, lekkość zawieszenia muzyki w eterze Estelonów i bezkompromisowość muzycznej wypowiedzi Focala. Dlaczego? To chyba banał, bo podobnie jak pewnie większość z Was taki dźwięk mam w domu. Najlepszy bez względu na wszystko.
TR Audio
Ostatnim wydarzeniem jakie postanowiłem opisać, jest prezentacja systemu TR Audio. Nie będę ukrywał, iż to bardzo mocno „zmanierowany” dźwięk – konstruktorzy stawiają na vintage sound i tak w 100 procentach jest – jednak najistotniejsze, że jest jakiś. Nie jeden z wielu znanych mi powielaczy nowoczesnego, czyli maksymalnie kulturalnego podejścia do kwestii aplikacji tak zwanych megafonów, tylko będąca myślą przewodnią tego – podobno hobbystycznego – projektu pogoń za najlepszymi czasami tego typu konstrukcji. To jest na tyle inny niż dotychczas słyszałem sposób na muzykę, że mimo braku chemii z podobnymi wynalazkami na spotkania z ofertą TR Audio zawsze chodzę z niekłamaną ciekawością. Raz wiedziony chęcią przypomnienia sobie tego nietuzinkowego brzmienia. Innym razem planowanym spotkaniem z muzyką graną z taśmy. By w najgorszym razie zamiast magnetofonu szpulowego nacieszyć się muzyką z będącego ich głównym źródłem gramofonu. Tym razem, czyi podczas wystawy głównym bodźcem była taśma, człowiek legenda i większa część zespołu jazzowego. Czyli? O materiale muzycznym ze szpuli nie będę pisał, bowiem panowie mają bezkresną „taśmotekę”, tylko przejdę do osobowego clou wspominanego soboru. A było nim spotkanie z właścicielem analogowego studia nagraniowego w Rogalowie Wojciechem Czernem dla znajomych „Wojckiem” oraz dwoma muzykami z formacji PKP Trio w osobach Piotra Łyszkiewicza – saksofon i Karola Gacało – kontrabas. Jak przebiegł ów miting muzyczny? Ciekawie. Najpierw pan Wojciech zgrabnie wprowadził nas w meandry swojej analogowej zabawy i związanej z tym pewnego rodzaju bezsilności spowodowanej brakiem zaangażowania w takie wymagające skupienia projekty wielu polskich artystów. Następnie po luźnej pogadance wspomniani artyści zagrali na żywo przed stłoczoną w pokoju publicznością. By na koniec posłuchać pracy „Wojcka”, czyli zrealizowanych przez niego nagrań z kilkoma utworami wspomnianych muzyków włącznie. Wrażenia? Znakomite. Dwojakie, ale znakomite. Co to oznacza? Po pierwsze – gra na żywo ze swoją nieprzewidywalnością wydobycia idealnego dźwięku nie daje szans nawet najlepszym sesjom nagranym w studiu. Po drugie – taśma jest niesamowicie blisko gładkości, barwy i namacalności instrumentów na żywo. Zaś po trzecie „dwojakie” – uważane przez niektórych za jedynie prawdziwie oddające muzykę kolumny tubowe bardzo mocno ingerują w jej finalny odbiór. Chodzi oczywiście o podkolorowanie tubą. Owszem, to w pewien sposób może się podobać, bo daje poczucie większej obecności i żywotności dźwięku, ale pokaz muzyki na żywo vs za moment ten sam materiał z zestawu audio z tubami, na piewcach teorii jej projekcji jeden do jeden z tego typu zestawów głośnikowych nie pozostawił suchej nitki. Saksofon wzmocniony – w przypadku TR Audio kwadratowym kielichem – zwyczajnie świecił. Gdy tymczasem na żywo był nasycony drewnem, a przez top lekko nosowy. Czy to źle? Nic z tych rzeczy, tylko w dobrym tonie jest, nie naciągać zbytnio faktów, o czym na szczęście gospodarze spotkania dobrze wiedzą i nigdy podobnych herezji z ich ust nie słyszałem. Za to na zorganizowanym jakiś czas temu moim pierwszym spotkaniu z nimi słyszałem do czego dążą i z przyjemnością przyznaję, że robią to znakomicie. Co? Owszem, powielają, jednak dawne wspaniałe analogowe czasy, a nie obecnie popularną tubową papkę. Niestety w całej ich zabawie jest jedno „ale”. Ze względu na swoistą specyfikę oferowanego przez konstrukcje TR Audio dźwięku, trzeba do niego dojrzeć. Czy to dla nich problem? Pewnie się zdziwicie, ale żaden. Ba, realizują swój projekt tylko temu, kto ich do siebie przekona. Żartuję? Nic z tych rzeczy, gdyż to jest ich hobby, a nie sposób na życie i w masówkę wejść nie mają zamiaru. Czy to oznacza, że w czasach pogoni za pieniądzem są zwyczajnie nienormalni? Co do wszystkich nie mam pewności. Jednak jeden znany mi Sebastian wygląda na świadomego swoich czynów, co pozwala domniemywać, że reszta zespołu również wie co robi.
I tym optymistycznym akcentem zakończę to wystawowe rozdanie. Naturalnie winien wielu wystawcom podziękowania za miłe przyjęcie i swobodne rozmowy na koniec zamieszczam serię zdjęć pokoi, w których byłem. Przepraszam za pominięcie w szczegółowych opisach, ale jak wspominałem na początku, w dobie „oglądactwa” ludzie nie lubią czytać. Tym bardziej zniechęca ich pojawienie się opisów kilka dni po imprezie. Na szczęście w Soundbrebels jest nas dwóch pomyleńców i jeśli ktoś chce bliżej poznać opinie o kilkudziesięciu odwiedzanych pomieszczeniach, może zajrzeć do pisanych po nocach relacji Marcina. On nie szanuje swojego zdrowia i pierwsze jaskółki wylądowały na stronie już w niedzielę. Ja natomiast optując za szacunkiem dla swojego jestestwa na tym ziemskim padole, piszę swoje wnioski na końcu. A, że banalne opisy po kilku dniach dla wielu odwiedzających naszą stronę są passe, w tym roku postanowiłem przybliżyć Wam spotkania z najdroższymi, znanymi mi prawie od podszewki zestawami. Co z tego wywnioskujecie, nie ma znaczenia. Ja chciałem tylko pokazać, że każdy z nich mniej więcej grał swoim sznytem. Nic więcej. Do zobaczenia za rok.
Jacek Pazio
Po dwóch hotelowych przystawkach najwyższa pora na danie główne, czyli główną lokalizację i perłę w koronie stołecznego Audio Video Show – PGE Narodowy. Nie da się bowiem ukryć, iż zarówno pod względem dojazdu, jak i przestronności trudno znaleźć choćby zbliżony klasą obiekt, co skwapliwie organizator AVS wykorzystuje dwojąc się i trojąc by z roku na rok jeszcze wygospodarować dodatkową przestrzeń dla spragnionych stadionowych wygód wystawców. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro nawet podczas największego oblężenia w bodajże żadnej z lóż nie było problemów z klimatyzacją a i przeciskając się przez nieprzebrane rzesze spragnionych nausznych wrażeń audiofilów na szerokich ciągach komunikacyjnych tlenu nie brakowało. W dodatku na liście objętych wystawowym polem rażenia pomieszczeń znalazło się przygotowane wzorem m.in. monachijskiego High Endu centrum prasowe, gdzie można było we względnej ciszy nie tylko chwilę odzipnąć, co np. uporządkować zebrane materiały, czy nawet odładować akumulatory w aparacie, bądź lampie. Mała rzecz a cieszy.
Na zorganizowanej godzinę przed oficjalnym otwarciem konferencji prasowej Adam Mokrzycki – sprawca tego całego zamieszania sprawiał wrażenie, jakby po spowodowanej Covidem dwuletniej przerwie nie tyle nie dowierzał w skalę całego przedsięwzięcia, co wydawał się nieco oszołomiony ogromem przygotowanych przez wystawców atrakcji. Pół żartem, pół serio można byłoby wręcz stwierdzić, że tym, co pokazano w tym roku spokojnie można byłoby obdzielić kilka kolejnych edycji i też byłoby po co się na nich pojawić. Czyli co? Klęska urodzaju? Aż tak bym nieprzebranej obfitości atrakcji nie demonizował, bo po pierwsze akurat w tym przypadku głowa nie boli, bo jak wiadomo audiofil to wybredny stwór i zawsze coś mu może nawet w ekstremalnym High-Endzie nie podpasować, więc to nie jest tak, że wszystko naj musi trafiać w jego gusta a ponadto jakaś rekompensata za permanentny brak wystaw od 2019 r. nam się należy. Nie przedłużając zatem wstępu serdecznie zapraszam na ostatnią moją epistołę z tegorocznego, jednak prosiłbym o zbytnie nieoddalanie się od „radioodbiorników”, gdyż lada moment swoimi wrażeniami podzieli się z Państwem Jacek, któremu zaraz po postawieniu ostatniej kropki przekażę „mikrofon”.
No to zaczynamy z wysokiego C, czyli od systemu wycenionego na drobne 4 (słownie cztery) miliony PLN i choć zwykło się mówić, że pieniądze nie grają, to z przykrością muszę stwierdzić, że akurat w tym przypadku ewidentnie było je słychać. Chodzi oczywiście o kolumny Wilson Audio Chronosonic XVX współpracujące z flagowcami Gryphona – przedwzmacniaczem Commander, stereofoniczną końcówką mocy Apex i reprezentantem nieco mniej imponującego rodzeństwa, czyli DAC-a Kalliope obsługującym sygnał cyfrowy otrzymywany z serwera Taiko Extreme. Od razu zaznaczę, że z racji nader pokaźnych gabarytów prezentowanych kolumn osoby zasiadające w pierwszym, bądź nawet dwóch-trzech pierwszych rzędach niekoniecznie trafiały w „golden circle”, gdyż dopiero z większej odległości można było doświadczyć pełnej koherencji przekazu i swoistej perfekcji na długo pozostającej w pamięci.
A tuż za ścianą zaprezentowano nieco skromniejszy zestaw z szeroko rozstawionymi Wilsonami Alexia V zasilanymi parą monobloków Dan D’Agostino Momentum M400 MxV sterowanymi z regulowanego wyjścia DAC-a dCS Vivaldi APEX obsługującego serwer Grimm Audio MU1. Oczywiście przesiadka z ww. setu początkowo bolała, ale bądźmy szczerzy – gdyby nie obecność Chronosoniców, to i tak większość z nas w ciemno brałaby Alexie i nawet przez myśl nie przyszłoby nam grymasić.
Skoro było coś zza wielkiej wody, to dla równowagi proponujemy coś ze starego kontynentu, czyli niespecjalnie mające powody do kompleksów zjawiskowe Focale Grande Utopia EM Evo, nad którymi troskliwą opiekę roztoczył katafalkowy Naim Statement wespół ze streamerem ND 555 i gramofonem Solstice Special Edition. I tu drobna uwaga, gdyż jak się okazało system ów budził skrajne opinie a to wszystko za sprawą pewnej niekonsekwencji ze strony prowadzących prezentacje odnośnie poziomów głośności. Gdy zachowywany był zdrowy rozsądek i umiar wszystko brzmiało jak z bajki i nie było się do czego przyczepić, jednak wystarczyło by operator pilota poczuł ułańską fantazję wraz z kolejnymi dawkami decybeli ulatywała cała magia i wyrafinowanie a do głosu dochodziła ofensywność i dość wyraźne faworyzowanie górnych rejestrów.
W tym roku stołeczny SoundClub pojechał po przysłowiowej bandzie. Jeśli bowiem weźmiemy pod lupę ich główny system, bardzo szybko okaże się, że oprócz pyszniących się nie tylko strzelistych (dwa metry wzrostu/240kg szt), trzynastoprzetwornikowych (!!!) Martenów Coltrane Momento 2, światową premierę jubileuszowa seria 20th Anniversary Limited Edition znanej i lubianej marki Tenor Audio, którą raczyły były reprezentować monobloki 350MHP 20ALE, stereofoniczna końcówka 175SHP 20ALE, przedwzmacniacz liniowy Line1/Power1 20ALE oraz phonostage Phono1 20ALE współpracujący z uzbrojonym we wkładkę Airtight Opus-1 gramofonem Brinkmann Audio Taurus. To jednak nie wszystko, gdyż powyższy opis byłby skandalicznie niekompletny bez toru cyfrowego, którego panem i władcą okazał się zestaw … WADAX Atlantis Reference Server i Reference DAC.
Jeśli Focale wydały się Państwu nieprzewidywalne, to wizyta w Studio TV4, gdzie na odwiedzających czaiły się Blumenhofery Gioia XXL zasilane elektroniką Ypsilon i streamera Cary Audio DMS-700 zapewne (niestety nie załapałem się na zamianę warty) ustępującemu co jakiś czas miejsca gramofonowi Bergmann Audio Magne mogła zostać uznana za nagły atak rozdwojenia jaźni, bądź incepcję w incepcji. O ile bowiem część słuchaczy padała z zachwytu niemalże na kolana, to mi niestety trafiły się dwie sesje permanentnego krzyku a że delikatnie rzecz ujmując nie przepadam jak ktoś się na mnie wydziera, to trzecie podejście sobie darowałem. Za to jeśli chodzi o wykonanie, to stolarka palce lizać.
Skoro poruszyliśmy kwestie stolarki, to nietaktem byłoby pominięcie smukłych jak trzcina Raidho TD6 grających z topowym setem Classé Audio Delta Pre & Delta Mono. Perfekcja ich wykonania wręcz onieśmielała, lecz porównując dzień po dniu ich zaskakująco ewoluujące w trakcie trwania AVS brzmienie coś podejrzewam, że na stołeczną wystawę trafiła bądź to niewygrzana, bądź długo niegrana parka, bo tak naprawdę bas i wypełnienie średnicy zaczęło dochodzić do głosu dopiero w sobotę po południu a specjalnie zaglądałem do nich kilkukrotnie by sprawdzać rozwój wypadków.
Wracamy do SoundClubu a to za sprawą może nie tak spektakularnego jak wyżej opisany systemu, ale za to takiego, przed którego wstawieniem nie trzeba wzmacniać stropów i mieć dochodów na poziomie rodzimego miłośnika dworków i pałaców. Mowa bowiem o zestawie składającym się z futurystycznych, modułowych kolumn AudioNec EVO 2 (z autorskim driwerem Duopole), które zasilała elektronika Bouldera ( znane z występów na naszym „podwórku” przedwzmacniacz 1110 i stereofoniczna końcówka mocy 1160), przetwornik Brinkmann Audio Nyquist II oraz zbierający ekstatycznie pozytywne opinie serwer/transport plików 432 EVO Master. Oczywiście nadal poruszamy się na stricte high-endowym pułapie i śmiem twierdzić, że mając luźne 200 kPLN a tyle właśnie Francuzi winszują sobie za swoje kolumny raczej długo bym się nad nimi nie zastanawiał.
Dali Kore dane nam było posłuchać w Monachium, jednak tam z D-klasowymi NAD-ami zachodziło podejrzenie, że amplifikacja nieco ograniczała potencjał kolumn. I to był dobry trop, gdyż Classé Audio Delta Pre & Delta Mono znacznie podniosły poprzeczkę doznań i to pomimo zdecydowanie mniejszego pomieszczenia niż w MOC-u. Dali zaoferowały bowiem niezwykle energetyczny i soczysty przekaz grając praktycznie każdy repertuar od ciężkiego rocka po równie problematyczną elektronikę, z którą stojące za ścianą ww. Raidho TD6 przynajmniej w piątek poradzić sobie za bardzo nie mogły.
Sopocki Premium Sound wespół z gliwickim 4HiFi w tym roku również postanowili pokazać pazurki prezentując zestaw z nawiązującymi kolorystyką do moto-sportu AudioSolutions Vantage M i nie mniej postawną dzieloną amplifikacją Pilium, przy której recenzowana przez nas integra Odysseus wydawała się niemalże desktopową zabawką.
Najwyższa pora na klasykę, czyli Bowers&Wilkins 803D4, które choć ustępowały tak pod względem rozmiarów, jak i ceny powyżej opisanym konstrukcjom nie miały zbytnio czego się wstydzić. Tym bardziej, że ich aplikacja nawet w „blokowym” M3, czy M4 nie powinna nastręczać większych problemów a i do ich prawidłowej pracy nie trzeba sięgać po kilkuset watową spawarkę, bo do pełni szczęścia wystarczy im np. taka jak na zdjęciach nader kompaktowa integra Luxmana.
Jak już jesteśmy przy zestawach, które nie będą wymagały salonów o powierzchni sali balowej w podmiejskim pałacyku, to warto również wspomnieć o debiutujących w dystrybucji białostockiego Rafko intrygujących i niezwykle wyśrubowanych pod względem technologicznym kolumnach Perlisten, które reprezentowały podłogowe S7t o wielce intrygującej potrójnej sekcji wysokotonowej składającej się z 28mm kopułki berylowej i pary, również 28mm tweeterów TPCD podpięte pod zestaw topowych Canorów.
Jeśli pomimo wysokiej (92,2dB) skuteczności Perlisteny nie pasują komuś ze względu na zbyt trudną (4 Ω), to podobnymi parametrami, lecz już 8Ω obciążeniem charakteryzują się rodzime hORNS Symphony 10”, które na tegorocznym AVS grały z węgierską dzieloną amplifikacją Audio Hungary z serii Qualiton – preampem C200 oraz 100 W uzbrojoną w kwadrę KT150-ek stereofoniczną końcówką mocy P200 i okablowaniem Dawida Labogi.
Z kolei zdecydowanie trudniejsze do napędzenia Magico A5 można było usłyszeć z elektroniką MSB w pokoju Dwóch Kanałów.
Wśród wystawowych atrakcji nie sposób pominąć jubileuszowej edycji Triangle Magellan 40th prezentujących swe wdzięki w towarzystwie zestawu NuPrime.
Z kolei równie „cywilne” i łatwe w aplikacji w europejskich metrażach Audiovectory R8 Arreté otrzymały wsparcie ze strony pary potężnych subwooferów REL No.31 i nie mniej imponujących monobloków Moon 888. Przerost formy nad treścią? Cóż, jeśli ktoś uważa, że obecność suba jest równoznaczna z dudniącym i wszechobecnym basem a mocne końcówki służą jedynie do sprawdzania szybkości reakcji dzielnicowego na skargi sąsiadów, to jest w błędzie. Tym razem akcent postawiony został na niezwykłą zwrotność i timing dźwięku z perfekcyjną kontrolą każdego z podzakresów. Może całości nieco brakowało czaru i zmysłowości, ale prawdopodobnie wystarczyłoby zastąpić zastosowane okablowanie Nordosta czymś w stylu wysokich Cardasów a i takowe walory powinny się pojawić.
Nieco z innej strony swój punkt widzenia przedstawił Innuos zwracając uwagę na jakość sygnału jaki pobieramy z sieci Internet prezentując swój topowy streamer STATEMENT z zasilaczem Next-Gen PSU i bardzo miło przez nas wspominanym switchem PhoenixNET.
Jest AVS, są Sonus fabery, które nawet z elektronika Marantza potrafiły złapać nie tylko za oko, ale i ucho.
Jak już jesteśmy przy systemach „dla ludzi”, to podczas tegorocznej wystawy warto było zwrócić uwagę na zestaw wspieranych przez Rose RS150 Roteli (DT-6000 & RA-6000) z Bowersami 702S3.
Kolejna propozycją dla zdecydowanie szerszego aniżeli Top 100 Forbesa grona odbiorców był designerski zestaw Gato Audio.
Powrót na wyżyny High-Endu zapewniły nam z kolei JBL-e Everest DD67000 (460 000 zł/para) z monoblokami Mark Levinson ML-50 (51 000 €/para) i resztą elektroniki ww. producenta.
Mariaż współczesnej ultra-technologii z klasyką rodem ze studiów nagraniowych? Czemu nie, choć w wydaniu elektroniki CH Precision (C1.2 DAC, przedwzmacniacz L1 i stereofoniczna końcówka mocy A1.5) oraz kolumn ATC SCM100 wypadł zaskakująco asekuracyjnie.
Podobny pod względem kontrastów natury designerskiej mix zaproponował Voice zestawiając futurystyczną elektronikę Chord-a, w tym monobloki Ultima 3, z do szpiku kości klasycznymi Spendorami SP100. I podobnie jak u poprzedników również i tu z trudem przyszło mi doszukać się większych emocji. Ot poprawne granie, chociaż na dłuższą metę taka zachowawczość może się okazać największa zaletą … Miłym akcentem była utrzymana w tonacji navy-blue listwa zasilająca Acoustic Dream Cu0 z gniazdami Cardasa.
To chyba jakaś retrospekcyjno – nostalgiczna seria, bo w kolejnym systemie napotkałem lampowe monobloczki (przy zajmującym pierwszy rząd wzmacniaczu mocy BAT REX500 wyglądały jak zabawki) Synthesisa napędzające niedawno debiutujące Tannoye … a nie, wróć Fyne Audio Vintage Classic XII. Oj, dawno nie słyszałem takiej ilości uwielbianego przez miłośników „brzmienia BBC” papieru w dźwięku.
Zejdźmy jeszcze na chwilę na ziemię, gdyż stołeczny Horn w dwóch sąsiadujących ze sobą lożach zaprezentował ofertę dwóch dedykowanych szerokiemu odbiorcy marek – własnej Wilson i pochodzącej zza wielkiej wody Polk Audio.
Jeśli jednak chodzi o budżetówkę, to nie ma co owijać w bawełnę – znajdująca się pod opieką SoundClubu Emotiva praktycznie zmiotła konkurencję pod względem relacji jakość dźwięku/cena. Tłumnie odwiedzający pokój Emotivy słuchacze najpierw entuzjastycznie reagowali na dobiegające ich uszu dźwięki a potem z niedowierzaniem orientowali się, że to co gra kosztuje mniej więcej tyle, co porządne wtyki zasilające w prezentowanych nieopodal systemach. Po prostu szach-mat i po zawodach, bo niepozorne monitorki Emotiva Airmotiv B2+ w cenie bodajże 3kPLN (za parę!) zagrały tak, że nic tylko kupować je chociażby po to, by jak tylko najdzie nas ochota na poważne wydatki włączać je i uświadamiać sobie na czym powinna polegać frajda z obcowania z prawdziwym Hi-Fi i samą muzyką a nie za przeproszeniem sprzętowy onanizm.
Auralic też postanowił pójść w gabarytowy minimalizm, jednak pomimo niepozornych obudów koszty takiej zabawy nieco mocniej są w stanie nadwyrężyć domowy budżet. Choć patrząc z perspektywy naszych ostatnich odsłuchów serii 1.1 jeśli tylko ktoś może sobie na to pozwolić, to zrobi krok w dobrą stronę.
Może nie jest to wyważanie już otwartych drzwi i wynajdywanie koła na nowo, ale Tentogra nie próżnowała podczas covidowej przerwy i w tym roku zaprezentowała model WoWo oraz nową odsłonę OSCAR MK III.
Kolejną z rodzimych manufaktur tradycyjnie pojawiająca się na AVS jest Horn Acoustic, która zaprezentowała podłogowe kolumny FERRIA napędzane monoblokami M845. Szkoda tylko, że przed wystawą nie uznali za stosowne wymienić lamp w przedwzmacniaczu, przez co przyjemność odsłuchu psuł irytujący pisk.
Pewnym novum był „stacjonarny” a nie jak to zwykle było słuchawkowy system z rodzimą elektroniką Ferrum.
Kontynuując a już tak po prawdzie zbliżając się ku finiszowi tegorocznego maratonu wspomnę jeszcze wielokrotnie goszcząca na naszych łamach manufakturę Audiomica Laboratory, która nie tylko nadal działa, choć lwia część produkcji trafi na export, lecz z tego co mi się udało dowiedzieć właśnie kończy prace nad nowymi produktami.
Wyposzczona pandemią strefa słuchawkowa na tegorocznym AVS okazała się być jeszcze większą i bogatszą w atrakcje aniżeli w poprzednich latach. Nie dość, że ogrom wszelakiej maści dokanałówek potrafił wprawić w zakłopotanie nawet największych fanatyków, to jeszcze oliwy do ognia dolał dCS wypuszczając na rynek swoja słuchawkową „miniwieżę” Lina za drobne … 156 kPLN. Jak się Państwo domyślacie stoisko Rafko z nim na stole śmiało można było uznać za jeden z najniebezpieczniejszych pod względem prawdopodobieństwa stratowania punktów na mapie PGE Narodowego a przecież wokół nie brakowało atrakcji chociażby pod postacią Finali D8000 Pro, rodzimego wzmacniacza Fulianty Audio ST-18 w nowej, bardziej „zardzewiałej” odsłonie, czy bodajże pełnego portfolio HiFiManów.
Trzecią część relacji z tegorocznego Audio Video Show pozwolę sobie zamknąć nietypowo, bo telewizorami. Skoro bowiem w nazwie wystawy Video się znalazło, to chciał/nie chciał wypadałoby o nim wspomnieć. Co też niniejszym czynię i choć od lat telewizji nie oglądam bo i takowego ustrojstwa nie posiadam, to jednak oferta Philipsa wydała mi się na tyle atrakcyjna by na nią przelotnie zerknąć, albowiem na tle obecnej na AVS konkurencji ani razu nie próbowała wypalić mi gałek ocznych nazbyt przejaskrawionymi kolorami, czy też oślepiająca jasnością, za co na ręce osób odpowiedzialnych za ustawienie i kalibrację ww. odbiorników TV składam najserdeczniejsze podziękowania.
Do zobaczenia za rok.
Marcin Olszewski
Najnowsze komentarze