Stworzenie tego wzmacniacza jest wynikiem wieloletniego doświadczenia w projektowaniu, dogłębnej znajomości lamp próżniowych oraz naszej pasji i chęci tworzenia unikalnych komponentów audio o wyjątkowej jakości, w których tradycyjne rzemiosło łączy się i płynie integruje z zaawansowaną technologią.
Nowy Simply 845 swoją konstrukcją nawiązuje do flagowego wzmacniacza zintegrowanego, modelu ABSOLUTE 845. SIMPLY 845, podobnie jak ABSOLUTE 845, również wykorzystuje słynne bezpośrednio żarzone triody 845, lampy dobrze znane z niezwykłej trwałości i zapewniające doskonałe właściwości dźwiękowe.
Ogromną zaletą wzmacniaczy zintegrowanych jest posiadanie w jednej obudowie przedwzmacniacza i końcówki mocy. Pozwala to wyeliminować potrzebę stosowania drogich kabli połączeniowych, które nigdy nie są całkowicie neutralne dla odtwarzanego dźwięku. Warto zaznaczyć, że w nowej wersji Simply 845 zmniejszono jego gabaryty poprzez przeniesienie wszystkich pozłacanych złączy wejściowych i wyjściowych nowego typu, na tył wzmacniacza.
Transformator
Podobnie jak we wszystkich wzmacniaczach lampowych Unison Research, transformatory wyjściowe w Simply 845 są naszego autorstwa i zostały wykonane ręcznie, jeden po drugim.
Dobry transformator wyjściowy jest nie tylko rezultatem rygorystycznego projektu, ale także doboru materiałów umożliwiających bezproblemowe funkcjonowanie z oddziałującymi w nim intensywnymi polami magnetycznymi i elektrycznymi.
Simply 845 wykorzystuje bardzo cienkie izolatory z mylaru i polipropylenu, odpowiednie do maksymalnego ograniczenia pojemności pasożytniczej i rozproszenia strumieni magnetycznych, uzyskując w ten sposób rozszerzone pasmo przenoszenia i bardzo niski poziom zniekształceń harmonicznych.
Ponadto, zastosowany rdzeń ferromagnetyczny znacznie różni się od rdzeni powszechnie spotykanych w produktach audio i składa się ze stosu cienkich warstw specjalnego stopu żelaza i krzemu, wszystkie izolowane od siebie, których cząsteczki są zorientowane i unieruchomione w stabilny sposób ułatwiający liniowy przepływ sił pól magnetycznych.
Obwody
W Simply 845 obydwie sekcje audio, zarówno przedwzmacniacz, jak i końcówka mocy, pracują w czystej klasie A. Obwody przedwzmacniacza są zasilane przez stabilizowane zasilacze elektroniczne typu liniowego, zaprojektowane specjalnie w celu zminimalizowania zakłóceń sieciowych.
W obwodach elektronicznych wszystkie kondensatory, które obsługują sygnał audio, są antyindukcyjne, a zworniki są izolowane dielektrykami polipropylenowymi, co stanowi szczyt współczesnej technologii.
Zastosowane płytki obwodów drukowanych nie są typowymi układami przemysłowymi, różnią się tym, że mają podłoże z włókna szklanego i ścieżki z czystej miedzi elektrolitycznej oraz są trzykrotnie grubsze niż standardowe.
Potencjometr regulacji głośności odgrywa bardzo ważną rolę w wysokiej jakości dźwięku. Z tego powodu nasz wybór padł na słynny japoński moduł ALPS RK27.
Specyfikacja techniczna
Typ: Zintegrowany wzmacniacz lampowy
Lampy: 2 x 845
4 x ECC 82 / 12AU7
Klasa: Klasa A
Topologia sekcji wyjściowej: Single-ended
Maksymalna moc: 23W
Pasmo przenoszenia: 20Hz-50kHz, +0dB -1dB @ 12W
Poziom wzmocnienia: 14 dB
Impedancja wyjściowa: 6 omów
Impedancja wejściowa: 47k omów / 100 pF
Wejścia: 4 pary RCA
Wyjścia: 1 Tape, 1 Subwoofer
Pobór energii: 300VA
Wymiary ( S x W x G ) : 37 x 26 x 57 cm
Waga: 30,5 kg
Bezpieczniki główne: 5x 20mm – 6.3 AT 100V-120V, 5x 20mm – 3.15 AT 220V-240V
Graphite Audio wprowadza na rynek nową linie platform antywibracyjnych: CLASSIC Line
W 2020 roku, polska marka Graphite Audio weszła na rynek wypuszczając akcesoria antywibracyjne wykonane z rewolucyjnego polimeru: Stożki Antywibracyjne Isolation Cones IC-35 oraz IC-35 Premium, podkładki pod kable CIS-35 Cable Isolation Stands oraz podkładki pod kolce ISSB-40 Isolation Speaker Spike Bases. Dzięki bardzo naturalnemu i neutralnemu charakterowi brzmienia zdobyły dużą popularność na całym świecie.
W tym miesiącu, po ponad 2 latach intensywnych prac rozwojowych oraz próbach z wykorzystaniem ogromnej liczby przeróżnych materiałów, Graphite Audio z dumą ogłasza wprowadzenie do oferty platform antywibracyjnych z linii CLASSIC line. Tak jak wszystkie akcesoria Graphite Audio, platformy antywibracyjne zostały zaprojektowane by uniknąć wszelkich metalowych elementów by zapewnić brzmienie jak najbardziej zbliżone do naturalnego.
Platformy antywibracyjne Graphite Audio CLASSIC Line zostały wykonane z najwyższej jakości unikalnej sklejki, w której każda warstwa forniru ma zaledwie 0,5mm grubości, wyposażonej w nóżki wykonane z naszego wyjątkowego polimeru. Platformy wzniosą na jeszcze wyższy poziom komponenty klasy Hi-Fi, High-End oraz Ultra High-End poszerzając scenę, poprawiając rozdzielczość bez uwypuklania jakiegokolwiek pasma oraz tworząc niemal intymną atmosferę przenosząc słuchacza wprost do sali nagrań lub na koncert.
Seria CLASSIC Line składa się z czterech platform: CLASSIC 40, CLASSIC 40 ULTRA, CLASSIC 100 oraz CLASSIC 100 ULTRA. Platforma CLASSIC 40 o grubości 40mm (łącznie nóżkami) została zaprojektowana do używania na stolikach i półkach, natomiast CLASSIC 100 o grubości 10cm (łącznie z nóżkami) została zaprojektowana głównie do pracy na podłodze np. jako platforma dla ciężkich wzmacniaczy zintegrowanych lub końcówek mocy.
Referencyjna wersja ULTRA platformy CLASSIC 40 oraz CLASSIC 100 została wyposażona w płytę polimerową Graphite Audio. Platformy ULTRA są rozwiązaniem bezkompromisowym, w którym zastosowaliśmy wszystkie rozwiązania technologiczne, nad którymi pracowaliśmy w ostatnich latach, by stały się punktem odniesienia w systemach klasy High-End oraz Ultra High-End.
Dzięki dużej ilości dostępnych wykończeń oraz minimalistycznemu designowi, platformy idealnie wpasują się do każdego systemu i wnętrza.
Rekomendowane ceny detaliczne:
CLASSIC 40 – 1999€ (Paleta RAL); 2629€ (Naturalny fornir)
CLASSIC 40 ULTRA – 4429€ (Paleta RAL); 5059€ (Naturalny fornir)
CLASSIC 100 – 3569€ (Paleta RAL); 4199€ (Naturalny fornir)
CLASSIC 100 ULTRA – 5999€ (Paleta RAL); 6629€ (Naturalny fornir)
Pierwsze egzemplarze trafią do dealerów i dystrybutorów na całym świecie na przełomie maja i czerwca 2023.
Platformy zostaną po raz pierwszy zaprezentowane podczas wystawy High End 2023 w Monachium. W związku z tym gorąco zapraszamy do odwiedzenia naszego pokoju H4/ S17, który będziemy dzielić z naszymi partnerami: AudioNec, Riviera Audio Labs oraz Espirit Cables. Do zobaczenia!
Opinia 1
W świecie idealnym, bądź jak kto woli w warunkach laboratoryjnych (wszystko zależy od tego, czy aspirujemy do iście rajskiego życia, czy też egzystencji szura laboratoryjnego) akustyka pomieszczeń odsłuchowych dopracowana jest do perfekcji a z gniazdek płynie idealny sinus. Problem w tym, że mało komu udaje się załapać się do pierwszej grupy a z tego co mi wiadomo chętnych na drugą pulę brak. Niby sytuację nieco ratują szukający zarobku, zgłaszający się na testy medyczne studenci, ale to jedynie ułamek populacji, w dodatku niekoniecznie skażony audiophilia nervosą, więc de facto zupełnie nam nieprzydatny. Wspominam o tym nie bez powodu, bowiem o ile z akustyką bez dość poważnych działań polegających na jej okiełznaniu z użyciem mniej (dywany, meble tapicerowane, półki z książkami, etc.), bądź bardziej wyspecjalizowanych (vide dyfuzery/absorbery np. Vicoustic, Artnovion, etc.) i świadomego doboru proporcji wymiarów pomieszczenia raczej sobie nie poradzimy, to już z prądem powinno pójść nieco łatwiej. Oczywiście przy dwużyłowej, aluminiowej instalacji próżno oczekiwać cudów, ale świadomość w narodzie rośnie i coraz częściej nawet developerzy sami z siebie zestaw gniazdek RTV potrafią podpiąć do osobnej linii z dedykowanym bezpiecznikiem. I wtedy już zdecydowanie jest o co powalczyć, gdyż nawet kosmetyczne zmiany (vide gniazdo ścienne) i dedykowana zastosowaniom audio listwa/kondycjoner są w stanie zdziałać dużo dobrego. A gdy mamy okazję i możliwość pojechać po przysłowiowej bandzie, to tym lepiej, gdyż na scenę wkraczają najpoważniejsi gracze mający w swych katalogach specjały zdolne usatysfakcjonować najbardziej wybrednych konsumentów. I właśnie z owego topu, dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu, udało nam się na kilkutygodniowe testy pozyskać referencyjny kondycjoner zasilania Shunyata Research Everest 8000, na którego recenzję serdecznie zapraszamy.
Jak widać na powyższych zdjęciach Everest, zapewne zgodnie z nadaną mu nazwą, zamiast operować w orientacji poziomej pnie się ku górze zarazem nieco się ku niej zwężając, przez co wszystkie gniazda wyjściowe właśnie w takiej orientacji zostały rozmieszczone. Wbrew pozorom taka transpozycja powszechnie stosowanego układu okazuje się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, gdyż niejako z automatu porządkuje zwyczajową plątaninę przewodów zasilających za systemem a dodatkowo szalenie ułatwia ich prowadzenie oraz odsprzęgnięcie od podłoża za pomocą wielopółkowych instalacji w stylu NCF Boosterów Furutecha (wystarczy dokupić odpowiednią ilość Extension Shaft Mix i Cradle Flat). Front z biegnącą przez całą wysokość wyfrezowaną nazwą modelu wykonano z anodowanego na srebrno masywnego płata aluminium a korpus z solidnych (ok.2mm) blach stalowych. Całość posadowiono na firmowych stopach antywibracyjnych Shunyata SSF-50, więc po stronie nabywcy pozostaje zapewnienie jedynie w miarę stabilnego lokum. Ścianę tylną przecina rząd podzielonych na cztery sekcje ośmiu pomarańczowych gniazd zasilających Schuko a tuż przy podstawie ulokowano włącznik główny, cztery terminale CGS pozwalające na podłączenie do nich max. 12 komponentów audio, oraz chronione dedykowanym ciężkim przewodom usztywniającym kołnierzem wejściowe gniazdo zasilające na 20A wtyk IEC C19.
Jak jednak widać na dwóch ostatnich ujęciach Everest pojawił się w naszych skromnych progach w towarzystwie kuszącego elegancką czernią wieczorowego boa, czyli firmowej Sigmy V2 XC, więc szukając jakiś sensownych analogii wypadałoby go zestawiać bezpośrednio z Furutechem Pure Power 6 NCF & PROJECT-V1, bądź nieco niżej urodzonym i niestety już wycofanym z produkcji Kecesem BP-5000 wraz, z którym dotarła Shunyata Research Alpha v2 NR. Jak jednak warto mieć na uwadze każda z powyższych konstrukcji opierała się na diametralnie innym podejściu do tematu, bowiem tak po prawdzie „japońska 6-ka” była „nicniemającym” rozgałęziaczem a tajwański kondycjoner bazował na monstrualnym toroidzie. Z kolei nasz tytułowy bohater podąża własną, ściśle zdefiniowaną przez swoich protoplastów ścieżką opartą na zaawansowanych układach filtrujących, więc de facto najbliżej mu do niedawno przez nas opisywanego duetu Signal Projects Poseidon & UltraViolet Power.
Od strony elektrycznej Everest 8000 podzielono na sześć niezależnych stref izolacji zapewniających nie tylko redukcję szumów z zewnątrz, lecz również eliminację od wzajemnych interferencji urządzeń wpiętych w samą Shunyatę. Dodatkowo dzięki opatentowanej (US 8,658,892 i US 10,031,536) technologii QR/BB kondycjoner posiada zdolność magazynowania a następnie uwalniania mikroimpulsów elektrycznych zwiększając tym samym własna wydajność prądową. Z kolei układy redukcji szumu CCI pochodzą z siostrzanych urządzeń Shunyaty (Clear Image Scientific) kierowanych na rynek medyczny, co zapewnia ponad 60dB redukcję zakłóceń wysokoczęstotliwościowych a filtr CMode minimalizuje poziom szumu generowanego przez zniekształcenia współbieżne i to bez jakichkolwiek strat natury dynamicznej, czyli przekładając to z polskiego na nasze nie powodują one kompresji i mówiąc wprost nie mulą.
Skoro sam producent idzie w zaparte i twierdzi, że nawet z mocnymi końcówkami Everest nie powinien powodować spadku dynamiki i poluzowania najniższych składowych, limitacji dynamiki, etc., to choć zazwyczaj tego nie lubię i nie robię, wbrew zdrowemu rozsądkowi i bądź co bądź wieloletniemu doświadczeniu wraz z resztą elektroniki wpiąłem w obiekt niniejszej recenzji również swój, standardowo zasilany bezpośrednio ze ściennego gniazda Furutech FT-SWS-D (R) NCF dysponujący mocą 300W na kanał wzmacniacz Bryston 4B³ a następnie dodałem do playlisty suto okraszony psychodelią islandzki post-metal, czyli „Berdreyminn”, jak i nieco świeższy „Endless Twilight of Codependent Love” Sólstafir. I …? I z niemałym zdziwieniem a zarazem w pełni uzasadnionym szacunkiem musiałem przyznać ekipie Caelina Gabriela rację. Okazało się bowiem, że zarówno iście garażowym riffom, perkusyjnym blastom, jak i zapuszczającym się w najgłębsze czeluści piekieł (posłuchajcie Państwo co dzieje się na pozornie sennym „Her Fall from Grace”) syntetycznym pomrukom nie brakowało ani definicji, ani konturu, ani tym bardziej zróżnicowania. To wszystko jednak nie było pisane na nowo a sam materiał nie podlegał rozbiciu na atomy i autorskiej rekonstrukcji, lecz do głosu dochodziły elementy cały czas w nim obecne a jedynie poprzez niedoskonałości dotychczasowej magistrali zasilającej bądź to maskowane, bądź spychane na dalszy plan. Wreszcie można było w pełni rozkoszować się zarejestrowanymi w zlokalizowanym w Mosfellsbær kameralnym Sundlaugin Studio (tak, tak, to ta sama miejscówka, gdzie nagrywał Sigur Rós) dźwiękami, z których używając górnolotnych i hiperbolicznych zwrotów udało się zdjąć semi-transparentną woalkę.
Jakby tego było mało świetnie oddana została aura pogłosowa i długość wybrzmień, co wcale nie jest takie oczywiste, gdyż dla większości regeneratorów i uzdatniaczy prądu, które zazwyczaj wylewają dziecko z kąpielą i wraz z szumami oraz pasożytniczymi artefaktami eliminują również „audiofilskie powietrze” i rozwibrowane drobiny otaczające muzyków jest to poziom szalenie trudny do osiągnięcia. Począwszy od zachowania oryginalnej charakterystyki akustycznej pomieszczeń – po raz kolejny czułem się wręcz w obowiązku sięgnąć po nasz dyżurny „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, jak i ten pochodzący z konsolety (vide partie wokalne Grażyny Dramowicz na „Noc jak owoc” ze stareńkiego albumu „Numero Uno” Dżemu i Tadeusza Nalepy) po właściwą uczestnictwu na żywo wieloplanowości wszystko miało swoje określone miejsce i czas. A więc właściwą koherencję czasowo-przestrzenną. I to było to. Precyzja kreślenia poszczególnych źródeł pozornych ewoluowała w stronę bycia tam i wtedy, co szczególnie nostalgicznie wypadało przy nagraniach artystów, którzy w tzw. międzyczasie niestety przenieśli się na drugi koniec tęczy. Shunyata sprawiła bowiem, że znów mogliśmy mieć ich niemalże na wyciągnięcie ręki, że zniknęła oddzielająca nas od nich nie zawsze pierwszej czystości szyba a emocje wreszcie przestały być tłumione, czy po prostu trzymane na wodzy.
Wszelakiej maści symfonika wreszcie przestała być li tylko przysłowiową ścianą dźwięku, lecz nawet wielkie aparaty wykonawcze zachwycały i fascynowały misterną strukturą tkanki i wzorową organizacją na wzór potężnego mrowiska, gdzie każdy doskonale zna swoje miejsce i przydzieloną mu rolę. I tu drobna uwaga, bowiem o ile w tutti kwestę ewentualnej homogenizacji z racji wcześniejszych prób z ciężkimi brzmieniami mamy niejako z głowy, bo Everest obsesyjnie wręcz dba o zachowanie pełnej rozdzielczości, to warto zwrócić uwagę, iż podczas jego panowania również i te, operujące w skali mikro wydarzenia, a tych np. na „Strauss, R.: Also sprach Zarathustra, Op. 30; Tod und Verklärung, Op.24” w wykonaniu New York Philharmonic pod batutą Giuseppe Sinopoliego jest co niemiara nic a nic nie straciły na znaczeniu. W dowolnym momencie i przy praktycznie dowolnym poziomie głośności można było zapuścić żurawia w najdalsze rzędy i z dokładnością godną snajpera Navy SEALs upolować konkretnego muzyka.
Jak z pewnością zdążyliście się Państwo domyślić głównymi beneficjentami obecności Everesta 8000 w moim systemie były wszelakiej maści źródła cyfrowe i peryferia wykorzystujące w swych trzewiach, bądź na zewnątrz (stanowiące utrapienie moduły wtyczkowe) zasilacze impulsowe. Chociaż … nie. No może nie do końca nie, ale też i nie tak, bowiem nie dość że im samym pojawienie się topowego kondycjonera Shunyaty kolokwialnie mówiąc „zrobiło dobrze”, to tak samo dobrze, a może nawet i lepiej zrobiło ich „zniknięcie” z pola widzenia pozostałych komponentów / składowych mojego systemu. Warto mieć bowiem na uwadze, że „amerykańska wieża” nie tylko dostarczyła im krystalicznie czysty prąd, lecz i zapobiegła „cofce”, czyli sianiu wokół ich sekcji zasilania a tym samym zapewniła dobrostan pozostałym urządzeniom. Jeśli dodamy do tego brak jakichkolwiek anomalii natury dynamicznej przy końcówce mocy jasnym będzie, że w ramach finalnego podsumowania jedyne co mogę zrobić, to wyrazić swoją – wybitnie subiektywną a zarazem szczerą, rekomendację. W dodatku rekomendację pozbawioną jakichkolwiek „ale”, wykluczeń i klauzul pisanych drobnym drukiem. Krótko mówiąc, jeśli szukacie Państwo bezkompromisowego kondycjonera, którego obecność przyniesie wyłącznie korzyści a nie będzie li tylko kompromisem, gdzie poprawa jednego aspektu odbywać się będzie kosztem innego, to posłuchajcie Shunyaty Research Everest 8000 i zapomnijcie o temacie. A jak kiedyś najdzie Was ochota na wypięcie tytułowego ustrojstwa z systemu, to równie dobrze możecie przytrzasnąć sobie palce drzwiami. Serio, serio. Trauma będzie podobna a roboty zdecydowanie mniej.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem wręcz pewien, że dosłownie każdy z Was w kwestii zasilania swojego systemu audio w pewnym momencie doszedł do tak zwanej ściany. Chodzi oczywiście o prozaiczny problem braku wolnych gniazdek do nakarmienia prądem kolejnego zasilacza, switcha, routera tudzież innego akcesorium pomagającego nam dotrzeć do sedna słuchanej muzyki. Jednak myli się ten, kto myśli, że piję jedynie do tematu podjęcia decyzji zakupowej stosownej pierwszej z brzegu wielogniazdkowej „złodziejki”, bowiem oprócz tego często stajemy przed nie lada problemem, jak ją usadowić w i tak już od dawna zagospodarowanym po brzegi zaszawkowym galimatiasie. I gdy dla wielu temat wydaje się nie do przeskoczenia, oprócz znakomitego wyniku sonicznego – o tym skreślę co nieco w kolejnych akapitach – z pomocą w temacie lokalizacji przychodzi on, dystrybuowany przez łódzki Audiofast referencyjny kondycjoner prądowy amerykańskiej marki Shunyata Research Everest 8000, którego w testowym boju wspierał zakończony wtyczką C-19 kabel sieciowy Shunyata Research Sigma V2 XC.
Jak prezentuje się nasz bohater? Oczywiście na tle światowej konkurencji całkowicie odmiennie, gdyż swój potencjał przyłączeniowy rozbudowuje nie wzdłuż bardziej lub mniej rozlazłej w poziomie konstrukcji, tylko w pionie zwężająca się ku górze wykonana z aluminium, prostopadłościenna bryła. To zaś z automatu sprawia, że niezbędny do posadowienia tego swoistego sarkofagu wycinek podłogi, mimo oferty aż 8 gniazdek ograniczony jest do przysłowiowego minimum. A przecież prawdopodobnie dla wielu z Was to bardzo istotny punkt decyzyjny. Jeśli chodzi o widziane gołym okiem, czyli wyeksponowane na zewnątrz kwestie techniczne, jak wspominałem, na tylnym panelu mamy do dyspozycji osiem gniazd separowanych w 6 osobnych strefach, dwa podwójne zaciski masy oraz hydrauliczny włącznik elektromagnetyczny. Natomiast te tworzące z naszego dystrybutora prądu pełnoprawny kondycjoner, skryte w trzewiach konstrukcji opiewają na kilka opatentowanych technologii. Pierwszą z nich jest poważnie brzmiący pomysł o nazwie QR/BB, czyli tworzenie czegoś na kształt magazynu ładunków elektrycznych z umiejętnością szybkiego oddawania impulsu, powodując w ten sposób wzrost natężenia dostarczanego prądu. Kolejnym tweakiem jest system redukcji szumu wysokoczęstotliwościowego (ponad 60dB) CCI produkowany przez medyczną gałąź firmy Shunyata Research. Następnym filtr CMode redukujący szum powstały przez zniekształcenia współbieżne bez szkód typu niechciana kompresja dynamiki. Idąc dalej tropem technikaliów mamy jeszcze system redukcji szumu uziemienia CGS, czyli cztery terminale pozwalające podłączyć aż 12 znajdujących się w systemie urządzeń. Wyposażenie omawianej konstrukcji w firmowe patenty wieńczy system wspierania ciężkich przewodów, w postaci okalających ciężką wtyczkę dwóch półokrągłych kołnierzy. Jak wynika z powyższej wyliczanki, sekcja inżynieryjna amerykańskiego producenta mocno się postarała, dlatego jeśli jesteście zainteresowani, jak to przełożyło się na wynik brzmieniowy zasilanego przez Everest 8000 systemu, zapraszam na kilka skreślonych poniżej spostrzeżeń.
Gdybym miał określić ogólny rys brzmieniowy mojego zestawu po zmianie dystrybutora prądu na topową Shunyatę, powiedziałbym, iż cechowało go bardzo dobre zwarcie się w sobie, a przez to zaskakująco pozytywnie odbierane krystalizowanie się w przestrzeni pomiędzy kolumnami słuchanej muzyki. Jednak w tym wszystkim najistotniejszy był fakt unikania nachalnego utwardzania dźwięku, tylko raczej pilnowania go przez niechcianym poluzowaniem. To naturalnie natychmiast przełożyło się na świetne oddanie ataku i zwiększonej zamianą nadmiaru basu na impuls energii. Bez najmniejszych oznak osuszania lub kastrowania go z ważnego dla wybrzmiewania słuchanego materiału napowietrzenia przekazu. Owszem, to czasem powodowało jakby minimalnie krótsze zawieszenie poszczególnych nut w eterze, jednak zapewniam szukających sensacji osobników, nie jest to z mojej strony próba zakomunikowania jakiegokolwiek przytyku Everestowi, tylko pokazanie, jak temat kontroli wygląda na tle swawolnie prezentującej bas konkurencji. I nawet nie chodzi o zwyczajowe coś za coś, tylko o dobitne pokazanie, iż na pewnym poziomie jakościowym jakiekolwiek rozmycie informacji nie ma racji bytu, byleby nie przekładało się na ograniczenia ich percepcji, czego naturalnie tytułowy terminal prądowy bez najmniejszych problemów unikał.
To było na tyle umiejętnie zrobione, że nic a nic nie stracił na tym zapis opery Giuseppe Verdiego „La Traviata” pod Jamsem Levinem z 1991r. Nie zgubił nic na muzykalności oraz płynności pokazania wielu znakomicie odśpiewanych przez Luciano Pavarottiego wespół z resztą składu artystów, rozpoznawanych chyba nawet przez niezorientowanych w tym dziale muzyki osobników arii, a przy okazji jakby większego drive’u dostała orkiestra ze szczególnym uwzględnieniem wybrzmienia tutti pełnego składu. Na początku po takim popisie myślałem, że wspominana kontrola dźwięku za którymś razem przekroczy cienką linię pomiędzy trafieniem w dziesiątkę, a nadgorliwością rysowania konturu źródeł pozornych, jednak nim się obejrzałem, a tak naprawdę obudziłem z zadumy nad nieco inaczej brzmiącą niż mam na co dzień, za to o dziwo nadal bezproblemowo trafiającą do mnie muzyką, soczewka lasera odtwarzacza powrotem do stanu zero brutalnie zakomunikowała finał odsłuchu tego często słuchanego przeze mnie krążka.
Podobnie do operowych uniesień wypadł rockowy popis szaleńców spod znaku AC/DC z jednej z najbardziej znanej z ich płyt „Back In Black”. Zapisana w ich portfolio agresja połączona z wyrazistością podania ataku każdego gitarowego riffu lub popisów pełnego składu, jak rzadko wzniosły się na wyżyny dobrze rozumianej poprawności urealnienia iście masochistycznego świata wespół ze mną wielbiących te grupę odbiorców. Tak mocne uderzenie pełnego składu i wyraziste popisy solistów dotychczas nawet w moim codziennym zestawieniu nie dawały aż tyle radochy. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli, radochy nie pokroju umilanie świata, tylko rozdzieranie go na w pewien sposób pobudzające mnie do codziennego działania dźwiękowe strzępy. Zaskoczeni, że częsty piewca muzyki sakralnej i jazzowej napawa się takim rodzajem artystycznego wyrazu – oczywiście piję do mnie? Jeśli tak, cóż mogę powiedzieć. Chyba tylko tyle, że człowiek otwarty na coś ciekawego, nie samym plumkaniem żyje.
Na koniec coś z repertuaru jazzu w wykonaniu Tomasza Stańki w kwartecie „Suspended Night”. Wbrew pozorom mimo kilku balladowych kawałków, to również nie jest tak zwany usypiacz. Jednak ta pozycja wylądowała na liście odsłuchowej w konkretnym celu. Chodzi o sprawdzenie, czy pewna kontrola wydobywających się z kolumn nutowych zbiorów nie wpłynęła na istotne w tej muzyce ich wybrzmienia. Efekt? Nie powiem, kilka razy słyszałem bardziej rozwibrowane popisy tych czterech muzyków, jednak bez uzyskania takiego timingu i utrzymania PRAT-u, co suma summarum w końcowym rozliczeniu pokazało, że odebrałem ten krążek li tylko jako inaczej podany, a nie obarczony jakimkolwiek niedomaganiem. Przez lata myślałem, że lepiej niż miałem zapisane w swoim dotychczasowym wzorcu się nie da, co skłaniało mnie do snucia teorii, iż można tylko gorzej. Tymczasem starcie z amerykańskim kondycjonerem pokazało, że jednak można inaczej, ale równie dobrze. Mocniej trzymać dźwięk w cuglach, przy okazji nie tracąc istoty zawartych w nim zamierzeń muzyków.
Spajając powyższy opis w jedną myśl z przyjemnością powiem tak. Jeśli poszukujecie tego rodzaju akcesorium prądowego i oczekujecie dobrej kontroli nad pełnym energii dźwiękiem, kondycjoner Shunyata Research Everest 8000 powinien być jednym z pierwszych na liście odsłuchowej. Nie ma gwarancji, że to będzie trafienie w serce, gdyż jak wiadomo, jeden lubi mocniejszą nutkę okupionego poluzowaniem krawędzi rozwibrowania dźwięku, a drugi powodujące pękanie szkliwa na zębach ostre cięcie, jednak jedno jest pewne, tytułowa „złodziejka” ma w sobie coś z obydwu wspomnianych światów, co sprawia, że ma sporą szansę na dozgonny ożenek z Waszą elektroniczną zbieraniną.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, Furutech e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Shunyata Research
Ceny:
Shunyata Research Everest 8000: 54 800 PLN
Shunyata Research Sigma V2 XC: 17 990 PLN / 1,75 m
Dane techniczne
Maksymalne napięcie: 220-240 V AC, nieregulowane
Natężenie prądu – wejście: Maksymalne natężenie ciągłe 16A
Natężenie prądu – wyjście: Maksymalne natężenie 16A/gniazdo
Supresja transjentu: Maksymalny impuls 40000A @ 8/50ms
Ochrona przed przeciążeniem: Hydrauliczny wyłącznik elektromagnetyczny
Redukcja szumu: Wejście/Wyjście [100kHz – 30MHz] > 50dB redukcji
Strefa/strefa [100kHz – 30MHz] > 60dB redukcji
Okablowanie:
– 8AWG ArNi VTX – magistrala
– 10AWG ArNi VTX – przewody
Tłumienie zakłóceń: Wejście/wyjście > 50dB [100kHz – 30MHz]
Strefa/strefa > 60dB [100kHz – 30MHz]
Gniazda : 6 stref izolacji
Wejście: gniazdo 20A na wtyk IEC C19
Wyjścia: 8 gniazd CEE 7/3 (Schuko, na wtyk C15)
Stopki: Shunyata SSF-50
Budowa: Obudowa z aluminium i stali
Anodyzowany, szczotkowany panel frontowy
Rozmiary [S x G x W]: 20,32 u podstawy x 37,47 z uchwytami na kable x 52,71 cm
Waga: 16 kg
Firma Rotel ogłosiła wprowadzenie na rynek trzech modeli sygnowanych jako Michi Series 2. Jest to nowa generacja cenionych na całym świecie audiofilskich komponentów Michi by Rotel, stworzonych z myślą o wykorzystaniu w zaawansowanych systemach stereo. Wśród nowości znalazły się: przedwzmacniacz P5 Series 2 oraz wzmacniacze zintegrowane X3 Series 2 i X5 Series 2.
Nowe modele wyróżniają się eleganckim i stylowym designem. Powstały zgodnie z przyjętymi przez firmę Rotel najwyższymi standardami jakości. We wszystkich trzech nowych urządzeniach Michi Series 2 zastosowano łącznie ponad 300 ulepszonych komponentów.
Wszystkie nowości zostały wyposażone w zaawansowane, 8-kanałowe przetworniki cyfrowo-analogowe firmy ESS Technology. Mamy tutaj na myśli 8-kanałowy DAC ESS Sabre ES98028PRO, który obsługuje przetwarzanie z częstotliwością próbkowania do 768 kHz i 32-bitową rozdzielczością. Co więcej, modele Michi Series 2 otrzymały certyfikat Roon Tested, co oznacza, że zostały przetestowane pod kątem współpracy z platformą Roon.
Obwody zasilania, a także ścieżki sygnałowe zostały przeprojektowane po to, aby zapewnić jeszcze lepszej jakości przetwarzanie sygnału audio – z większą precyzją i szczegółowością. Wprowadzone usprawnienia pozwoliły zredukować szum tła i zniekształcenia do absolutnego minimum. Wszystko po to, aby zapewnić słuchaczom wyjątkowe wrażenia dźwiękowe podczas odsłuchów nagrań z różnych gatunków muzycznych.
Przedwzmacniacz Michi P5 Series 2
W nowej wersji przedwzmacniacza Michi P5 wykorzystano dwa 8-kanałowe przetworniki ESS Technology Sabre ES98028PRO, które pozwalają na wydobycie najdrobniejszych szczegółów z odtwarzanego dźwięku.
Urządzenie wyposażono w 3 wejścia cyfrowe optyczne, 3 wejścia koaksjalne i 4 wejścia analogowe audio (2 x RCA). Przedwzmacniacz ma też zbalansowane wejście i wyjście XLR oraz wejście gramofonowe kompatybilne z wkładkami typu MM (Moving Magnet) i MC (Moving Coil). Dostępne jest również złącze PC-USB z obsługą takich formatów jak DSD/DoP 4X (11,2 MHz), PCM (32 bit/384 kHz) i MQA (24 bit/384 kHz). Model P5 Series 2 obsługuje ponadto łączność Bluetooth oraz kodeki aptX HD i AAC.
Wzmacniacz zintegrowany Michi X3 Series 2
Druga z nowości należących do Michi Series 2 to wzmacniacz zintegrowany, który jest następcą modelu Michi X3, wprowadzonego na rynek w 2020 roku. Nowa wersja ma ponad 90 usprawnień w porównaniu z pierwowzorem. Przełożyło się to także na poprawę precyzji przetwarzania. Pozwoliło uzyskać jeszcze bardziej szczegółowe brzmienie i niezwykle szeroką scenę dźwiękową.
Michi X3 Series 2 pracuje w klasie AB. Stylowa obudowa skrywa układ wzmocnienia o mocy 350 W na kanał (przy 4-omowym obciążeniu). Urządzenie umożliwia odtwarzanie dźwięku zarówno ze źródeł analogowych, jak i cyfrowych. Na tylnym panelu Michi X3 Series 2 znajdziemy 3 cyfrowe koaksjalne, 3 cyfrowe optyczne i 3 analogowe (2 x RCA) wejścia audio. Jest też zbalansowane wejście XLR oraz wejście gramofonowe kompatybilne z wkładkami typu MM. Wzmacniacz ma ponadto port PC-USB i zintegrowany moduł Bluetooth ze wsparciem dla kodeków aptX HD i AAC.
Wzmacniacz zintegrowany Michi X5 Series 2
X5 Series 2 to większy z dwóch wzmacniaczy zintegrowanych należących do nowej generacji modeli Michi by Rotel. Jest to potężna, ważąca blisko 44 kg konstrukcja zapewniająca 600 W mocy wyjściowej (przy 4-omowym obciążeniu). Podobnie jak model X3 Series 2, także to urządzenie pracuje w klasie AB. Za zasilanie odpowiadają dwa ponadwymiarowe, ekranowane, niskoszumowe transformatory toroidalne własnej produkcji.
W nowej generacji modelu X5 wprowadzono ponad 95 usprawnień. Wpłynęło to na poprawę jakości dźwięku, który przetwarzany jest z niezwykłą dokładnością. Dzięki różnorodnym wejściom audio Michi X5 Series 2 obsługuje rozmaite źródła dźwięku. Urządzenie wyposażono w 3 cyfrowe optyczne, 3 cyfrowe koaksjalne i 4 analogowe wejścia audio. Model ten ma ponadto zbalansowane wejście XLR oraz wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy kompatybilny zarówno z wkładkami typu MM, jak i MC. Podobnie jak w modelu X3 Series 2, tutaj również nie zabrakło modułu Bluetooth i złącza PC-USB.
Michi – więcej niż oczekujesz
„Jesteśmy podekscytowani i niezwykle dumni z wprowadzenia nowej generacji naszych modeli Michi X3, X5 i P5. Produkty te stanowią szczytowe osiągnięcie inżynierii audio Michi i zostały zaprojektowane tak, aby zapewnić jeszcze wyższy poziom wydajności, odzwierciedlający naszą pasję do wprowadzania innowacji, ulepszania i udoskonalania” – powiedział Daren Orth, Chief Technology Officer w firmie Rotel.
Modele Michi Series 2 będą dostępne w sprzedaży już pod koniec kwietnia 2023 r.
Po majestatycznych El Diablo przyszła pora na konstrukcje stanowiące niejako wstęp do duńskiego portfolio – dwudrożne i jak na Peak Consult nad wyraz kompaktowe kolumny podłogowe Sonora.
cdn. …
Opinia 1
Czas płynie nieubłaganie, technika idzie do przodu a apetyt rośnie w miarę jedzenia, czyli dość banalne i na tyle ogólnikowe stwierdzenia, ze wydają się pasować zawsze i wszędzie nie niosąc ze sobą zbyt poważnych konsekwencji. Ot klasyczne metafory filozoficznej maksymy „Panta rhei” nad którą mało kto ma nomen omen czas się zastanawiać. Co najwyżej bezrefleksyjnie pokiwa głową, zrobi mądrą minę i zanim nakaże mięśniom twarzy wrócić na swoje miejsce zapomni o temacie. Nieco inaczej sprawy się mają w High-Endzie, gdzie co prawda po osiągnięciu pewnego pułapu można osiąść na laurach i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku czerpać radość z konkretnej konfiguracji, jednak wystarczy jeden niewinny impuls, uwaga znajomego, wyłuskana z odmętów Internetu wzmianka i już cały spokój i satysfakcję szlag jasny trafia a świadomość istnienia czegoś nowego i w wiadomy sposób doskonalszego zaczyna uwierać niczym irytujący kamyczek w bucie podczas górskiej wędrówki. Niby posiadany set z dnia na dzień nie zaczął grać gorzej niż przedtem, ale fakt, bądź li tylko domniemanie, że mógłby zagrać jeszcze lepiej staje się nie tyle obsesją, co wwierca się w nasze mózgowie spokoju nie dając i sen z powiek spędzając. Takie właśnie są klasyczne objawy audiophilii nervosy, z którą co prawda można walczyć, by koniec końców jedynie osiągnąć krótsze bądź dłuższe okresy „zaleczenia”. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż o ile jeszcze do niedawna do pełni szczęścia plikowo zorientowanej złotouchej braci wystarczył odpowiednio wyrafinowany streamer i schowany gdzieś w domowych zakamarkach NAS plus oczywiście dostęp do Internetu by czerpać pełnymi garściami z dobrodziejstw serwisów streamingowych, to po jakimś czasie okazało się, że podobnie jak w przypadku innych połączeń również i okablowanie ethernetowe „gra”, więc i w nie wypada odpowiednie – znaczy się adekwatne do oczekiwanych efektów, środki zainwestować. I pewnie z takiego status quo większość z nas byłaby zadowolona, gdyby ktoś, czy to kierowany wrodzoną ciekawością, czy to przez przypadek nie odkrył, że „cywilne” routery niespecjalnie do zaawansowanych systemów audio pasują nie tylko wzorniczo, co przede wszystkim brzmieniowo i warto coś w tej materii zrobić odseparowując je od strefy doznań nausznych z pomocą dedykowanych takowemu hobby switchami. Kto i kiedy wsadził ów kij w mrowisko niestety nie wiem, jednak doskonale pamiętam, że marką, która u nas wparowała na audiofilskie salony otwierając drzwi nie tylko z kopa, co wręcz wyrywając je z futryny był ściągnięty przez wrocławskie Audio Atelier chiński Silent Angel. Tak, tak mili Państwo, to właśnie on i jego niepozorny switch Bonn N8 utorował drogę innym, zarówno jemu podobnym, jak i bardziej zaawansowanym „przełącznikom”. Pomijając jednak jego transplantacyjne klony w stylu NuPrime Omnia SW-8, czy chordowskiego English Electric EE 8 Switch do głosu doszły bezapelacyjnie wyżej mierzące, jak Melco S100 i SOtM sNH-10G, czy też stricte high-endowe konstrukcje, jak Telegärtner M12 SWITCH GOLD, Innuos PhoenixNet, czy Synergistic Research Ethernet Switch UEF. Jak jednak wspomniałem „Panta rhei”, więc i sprawca tego całego zamieszania uznał, że żarty się skończyły i najwyższa pora oddać „cesarzowi co cesarskie” i upomnieć się o należny kawałek najbardziej smakowitych potraw z górnej półki. Dlatego też, choć w tzw. międzyczasie kolejne jego propozycje sukcesywnie sięgały coraz wyżej (vide N8 Pro i N16 LPS), to dopiero teraz Chińczycy wytoczyli najcięższe działa wprowadzając do swojego portfolio od A do Z zaprojektowany do zastosowań audio flagowiec o oznaczeniu Bonn NX, na którego recenzję serdecznie zapraszamy.
Już unboxing NX-a jasno dał nam do zrozumienia, że Silent Angel odszedł od poręcznych acz niezaprzeczalnie utylitarnych form, których celem jest li tylko ochrona ukrytych w ich trzewiach podzespołów. W końcu mamy do czynienia z pełnokrwistym, rasowym High-Endem, gdzie oszczędności, w tym te na design i rozmiarówkę nie są zbyt mile widziane. Dlatego też bohater niniejszego odcinka zamiast pokrytych piecowym lakierem blach może pochwalić się iście pancernym korpusem z masywnych, piaskowanych aluminiowych profili dostępnych zarówno w naturalnym srebrze, jak i dystyngowanej czerni. Dopiero wewnętrzne chassis wykonano z galwanizowanej stali, dzięki czemu całość zapewnia skuteczne ekranowanie zakłóceń EMI i RFI. Co ciekawe na zaokrąglonym na skrajach froncie próżno szukać zwyczajowych diod informujących o pracy poszczególnych portów. Znajdziemy tam jedynie laserowo wycięte oznaczenie serii na lewej flance i modelu na prawej a błękitne podświetlenie ukryte za dolną krawędzią daje jedynie sygnał, że Bonn w ogóle działa. Płytę górną zdobi centralnie umieszczony logotyp. Krótko mówiąc minimalistycznie, ale z klasą. Wystarczy jednak rzut oka na zaplecze i już nie sposób mówić o braku bodźców. Patrząc od lewej do dyspozycji mamy bowiem dwa (!) gniazda zasilające – jedno standardowe IEC do podpięcia klasycznego przewodu „ściennego” dostarczającego życiodajną energię wbudowanej impulsówce podobno zapożyczonej z radaru i drugie – dedykowane zewnętrznemu zasilaczowi 12V (w domyśle liniowemu Foresterowi F2). Następnie zaimplementowano zacisk uziemienia i gniazdo BNC dla zewnętrznego zegara 25MHz z dedykowanym niewielkim hebelkowym przełącznikiem czy korzystamy właśnie z zewnętrznego World Clocka, czy z wbudowanych dwóch układów TCXO (Temperature Compensation Crystal Oscillator). Tuż przed i nieco nad rządkiem ośmiu złoconych portów RJ45 umieszczono przełącznik umożliwiający wyłączenie dedykowanych im diod, co dodatkowo może obniżyć poziom szumów całego urządzenia i tak prawdę powiedziawszy warto to zrobić już na samym początku, bowiem sens ich obecności byłby na ścianie przedniej, gdyż od zaplecza nie sądzę by ktokolwiek w trakcie codziennego użytkowania switcha zapuszczał żurawia weryfikując, czy łypią one na zielono w przypadku połączenia 1000Mbps, czy bursztynowo przy prędkości łącza 100Mbps.
Miła niespodzianka czeka na nas na płycie spodniej, bowiem oprócz trzech solidnych toczonych stalowych i uzbrojonych w gumowe oringi trzech antywibracyjnych nóżek o średnicy 160mm producent był tak miły, że w okolicach prawej tylnej ulokował komorę bezpiecznika T1A, więc jego wymiana na coś nieco wyższych lotów aniżeli pospolity rurkowiec nie powinna stanowić większego problemu.
A teraz najważniejsze, czyli najwyższa pora na opis walorów sonicznych naszego gościa a raczej jego wpływu na brzmienie dyżurnego źródła w moim systemie, czyli transportu Lumina U2 Mini. I to, w jaki sposób zabrzmiał album „Reimagining Opera” tria Dario Savino Doronzo, Pietro Gallo i Michel Godard było dość niepokojące, gdyż w pierwszym odruchu zacząłem sprawdzać, czy przypadkiem nie wrzuciłem na playlistę jakiegoś innego „mastera”, bądź zamiast z chmury – Tidala nie gram z lokalnego dysku Soundgenica HDL-RA4TB pełniącego u mnie rolę NAS-a. Zmiany po przesiadce z mojej zasilanej Foresterem F1 kompaktowej N8-ki na NX-a przybrały bowiem charakter nie miejscowy, czyli poprawiający jedynie „coś” a globalny – wprowadzający reprodukowany dźwięk na stopień, bądź nawet dwa wyżej. Nie była to jednak rewolucja, odcinanie się od młodszego rodzeństwa grubą kreską, lecz w pełni zrozumiała ewolucja rozwijająca i udoskonalająca cechy swych protoplastów. Począwszy od rozdzielczości, poprzez redukcję już i tak pomijalnego szumu tła po holograficzną przestrzeń i zdolność wywołania u słuchacza stanu pełnej atencji nie tylko dla najbardziej dynamicznych fragmentów, lecz również tych rozgrywających się w skali mikro. Jeszcze lepiej było to zauważalne na nieco bardziej skomplikowanym, dla co poniektórych miłośników windzianego smooth jazzu ciężkostrawnym i już nie takim melodyjnym albumie „Touch” kwartetu Ulrich Süße, Patrick Bebelaar, Mike Rossi, Michel Godard, gdzie wspomniana rozdzielczość powodowała budowanie zdecydowanie bardziej misternej i bardziej rozpostartej w przestrzeni pajęczyny dźwięków tak klarownych i namacalnych jakbyśmy zyskali możliwość uczestnictwa w samej sesji nagraniowej siedząc cichutko tuż przed nimi, mając ich na wyciągniecie ręki a jednocześnie zdając sobie doskonale sprawę, ze każdy, nawet najmniejszy szmer z naszej strony jest w stanie zburzyć z takim pietyzmem budowany klimat. To co, każdy utwór na jednym wdechu? Szczerze odradzam, bo są tam dwa ponad sześciominutowe kompozycje, przy których próba zaprzestania naszej podstawowej funkcji życiowej mogłaby oznaczać, że byłyby naszymi ostatnimi. Fakt jednak pozostaje faktem a materializacja muzyki przenosi nas na czas jej trwania do rzeczywistości tyleż równoległej, co nad wyraz bogatej w doznania.
Całe szczęście do pełni szczęścia wcale nie trzeba ograniczać się do połamanych jazzów, bo i elektronika spod znaku „The Assassination of Julius Caesar” Ulvera okazała się kolejnym beneficjentem. Pozornie proste i niezobowiązujące synth-popowe kompozycje z dość dwuwymiarowego tła muzycznego codziennej krzątaniny nagle zyskały oddech i trójwymiarowość. Oczywiście oniryczność muzycznych plam pozostała taka sama, lecz już ich zawieszenie w przestrzeni i gradacja planów z poziomu domniemania przeistoczyły się w fakt tyleż oczywisty, co w pełni definiowalny i mierzalny. Nadal było słychać, że to elektronika, lecz elektronika pozbawiona taniej plastikowej skorupki – bardziej mięsista, soczysta, wręcz analogowa.
A jak z typowym łojeniem, które nie tylko niespecjalnie cieszy się uznaniem wyrafinowanych odbiorców, lecz i szerokim łukiem omijane jest na wszelakich publicznych prezentacjach i audiofilskich nasiadówkach mających na celu pokazanie najmocniejszych stron drogocennych komponentów. Przewrotnie stwierdzę, że zupełnie wbrew obiegowym opiniom i stereotypom powielającym bajki z mchu i paproci, jakoby wysokiej klasy systemy dyskwalifikowały tego typu obrazoburczy jazgot i kakofoniczne ekscesy. Tzn. nie wątpię, że taki daleko nie szukając „I Loved You at Your Darkest” Behemotha, bądź nawet jedną papryczkę mniej palący siarkowymi wyziewami „Foregone” In Flames potrafią wywlec na światło dzienne najgłębiej skrywane słabości największych legend i ikon audiofilskich uniesień, jednakże potrafią również zagrać na swój sposób jeśli nie pięknie, to intrygująco i wręcz perfekcyjnie jeśli chodzi o pewne – dotyczące skomplikowania i iście ekstremalnych spiętrzeń dźwięków aspekty. I takież właśnie było ich brzmienie z topowym Silent Angelem w torze. Nic nie zginęło, nic nie zostało uproszczone, przykryte kolejnym, bądź wcześniejszym – jeszcze niewybrzmiałym do końca akordem i jedynie od reszty toru zależało, czy i jak z takim natłokiem informacji sobie poradzi. Jednocześnie oczyszczenie przekazu przy jednoczesnym pogłębieniu aksamitności czerni sprawiły, że może nie tyle tonizacji, co uszlachetnieniu poddana zastała maniera owej radosnej twórczości do podkreślania pozornie natywnej kanciastości i brudu stosowanych środków artystycznego wyrazu, które tym razem miały okazję odkryć karty a tym samym całą prawdę o własnej, nad wyraz złożonej naturze.
Szukając porównań i punktów odniesienia umiejscowiłbym gdzieś pomiędzy stanowiącym na chwilę obecną mój prywatny wzorzec rozdzielczości Telegärtnerem a będącym kwintesencją muzykalności Innuosem. Z premedytacją użyłem sformułowania „pomiędzy”, bowiem Silent Angel z jednej strony jedynie zbliżając się do głównych, sztandarowych cech obu ww. konstrukcji ich poziomu nie osiąga, lecz łącząc je w jedną ideę, w jeden wspólny model własnego wzorca pozwala czerpać pełnymi garściami radość z obu estetyk grania stając się tym samym niezwykle uniwersalną i zarazem wielce pożądaną propozycją na rynku high-endowych switchy dedykowanych najbardziej wymagającym odbiorcom. A to przecież jeszcze nie finał, bowiem w odwodzie Silent Angel trzyma jeszcze Word Clock Genesis GX a i zastąpienie wbudowanego układu impulsowego liniowym zasilaczem powinno przynieść dalszą poprawę. Reasumując, piłka nadal jest w grze i tylko od naszych, znaczy się odbiorców, czyli de facto Państwa, fantazji i co tu ukrywać możliwości finansowych zależeć będzie ile jeszcze z Silent Angel Bonn NX wycisnąć zdołacie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie wiem, czy pamiętacie, ale jeszcze dość niedawno coś takiego, jak switch poprawiający jakość grania z plików w momencie wkraczania na rynek audio dla wielu był w czymś na kształt średniowiecznej wiary w gusła. Tak, tak, do dzisiaj pamiętam zatwardziałe boje na forach internetowych, że to czysta hochsztaplerka. minęło ledwie kilkanaście miesięcy, a jak widać po coraz częściej ukazujących się recenzjach, nie tylko owa oferta tych urządzeń znakomicie się przyjęła, ale wzorem dzisiejszego bohatera po zdobyciu rynku dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego – Silent Angel Bonn N8, dzięki wyrafinowanemu działaniu stała się jednym z podstawowych komponentów systemów z poziomu ekstremalnego High Endu. Co mam na myśli? Naturalnie mowa o finalizacji wieloletniego rozwoju wspomnianego brandu w zakresie obsługi domowej sieci internetowej, czyli dystrybuowanym przez wrocławskie Audio Atelier switch-u Silent Angel Bonn teraz w specyfikacji NX.
Tytułowy switch NX jak na tego typu atrybut sieciowy jest duży. To wykonana z grubych płatów aluminium, stosunkowo niska, za to głęboka i szeroka, zaokrąglona na rogach, prostopadłościenna płaska skrzynka. Jednak nie jest to byle jaki, nudny projekt, tylko z uwagi na możliwość potencjalnego wyeksponowania przez nabywcę fajnie wykończony pomysł na bryłę. Chodzi oczywiście o ciekawie wzorniczo zachodzące na boczne ścianki, ostatecznie niestykające się, tylko kończące się od siebie w pewnej odległości, połacie awersu i rewersu. Niestety opis tego zabiegu nie oddaje rzeczywistości, jednak zapewniam, w kontakcie organoleptycznym temat bardzo mocno nabiera na znaczeniu, gdyż tworzy coś na kształt niebagatelnie prezentującego się sarkofagu dla elektronicznych trzewi. Jeśli chodzi o wyposażenie manualno-przyłączeniowe, mamy dwa przeciwstawne światy. Na symbolicznie uzbrojonym froncie znajdziemy jedynie mieniącą się w dolnej części jego centrum niebieską poświatę oznajmiającą pracę urządzenia oraz dwa rozrzucone na przeciwległe flanki wyfrezowane oznaczenia – z lewej strony seria, a z prawej specyfikacja modelu. Natomiast na kipiącym bogactwem terminali przyłączeniowych tylnym panelu producent zastosował nawet więcej, niż współczesny audiofil mógłby zapragnąć. Co mam na myśli? Otóż oprócz zwyczajowych gniazd zasilania – standard dla prądu przemiennego IEC oraz stałego, zacisku uziemienia, włącznika hebelkowego i spełniających potrzeby rozbudowanego systemu 8 gniazd LAN, mamy do dyspozycji jeszcze wejście dla zewnętrznego zegara wzorcowego 25 MHz. Myślicie, że ten ostatni terminal to przerost formy nad treścią? Bynajmniej, bowiem na własnej skórze przekonałem się – używam zewnętrznego zegara w dzielonym odtwarzaczu CD, że na poziomie High Endu nie ma drogi na skróty. Być może wielu z Was tego nie wykorzysta, jednak podobni do mnie miłośnicy dobrej jakości muzyki po przekonaniu się z czym to się je, z pewnością z tego skorzystają. Zapewniam, gra jest warta przysłowiowej świeczki.
Dlaczego? Ano warta dlatego, że posiadany przeze mnie najprostszy switch tego producenta N8 został dosłownie zamieciony pod dywan. To był nokaut w najczystszej postaci. Naturalnie startowa 8-ka na ile mogła, spełniała swoje zadanie, jednak dopiero testowany model NX pokazał, na czym polega porządne granie z plików. Bez jakichkolwiek szkodliwych zniekształceń, szumu tła, czy rozmycia obrazu muzycznego, tylko z pełną swobodą, oddechem oraz precyzją, co pozwala uzyskać odpowiednie zróżnicowanie energii poszczególnych źródeł pozornych, dzięki czemu dostajemy na tacy ich znakomitą czytelność oraz rozlokowanie na zjawiskowo szerokiej, głębokiej i wysokiej wirtualnej scenie. W konsekwencji wpięcia NX-a dotychczas pozornie niesłyszane ograniczenia jakości – przecież zastosowałem już odpowiedni „oczyszczacz” – okazały się niekoniecznie mile widzianym, niestety wcześniej pełnoprawnym bytem słuchanej muzyki. Na szczęście po roszadach testowych startowego z flagowym Bonn-em wszystkie niekorzystne artefakty odeszły w soniczny niebyt, w zamian pozwalając muzyce tętnić oczekiwanym od danego nurtu muzycznego raz bardziej, innym razem mniej drapieżnym życiem. Nic, tylko usiąść i zatopić się w dosłownie każdym gatunku zapisów nutowych z oczywiście zapisaną w ich kodzie DNA specyfiką brzmienia – piję do nie tyko różnego rodzaju realizacji każdej muzyki, ale również zadań do spełnienia.
Przykładowa Patricia Barber na znakomicie zrealizowanej płycie „Cafe Blue” bardziej niż zwykle czarowała swoim zmysłowym głosem, a wtórujące jej instrumentarium wirtuozerią nie tylko grania, ale również za sprawą dotychczas nieosiągalnej przejrzystości dobrze osadzonego w barwie i swobodzie projekcji zjawiskowego wybrzmiewania. I żeby była jasność, tę płytę wybrałem z premedytacją. Jednak nie dlatego, że jest majstersztykiem w każdej postaci – wykonanie oraz realizacja i spokojnie się obroni, tylko dlatego, że przy takiej jakości jakakolwiek nadinterpretacja któregoś aspektu brzmienia – zbytnia jasność projekcji, nadmierne osadzenie w masie, czy powodująca skracanie wybrzmień nadmierne zebranie się w sobie basu – natychmiast byłyby znakomicie słyszalne, a przez to w najlepszym wypadku uśredniające odbiór całości lub w najgorszym zabijające zawarty w niej pakiet emocji. I szczerze powiedziawszy, trochę się tego obawiałem, gdyż wydawało mi się, że już przed testem było dobrze. Niestety jak się okazało, pojęcie „dobrze” niejedno ma imię, które w tym przypadku ewidentnie brzmiało Silent Angel Bonn NX.
W podobny sposób wypadła muzyka z drugiego bieguna pobudzania naszych emocji. Jednak tym razem emocji opartych o w dobrym tego słowa znaczeniu pozwalającą obudzić się z letargu agresję. Do tego posłużył mi koncertowy materiał wymagającego od systemu minimalizacji zniekształceń zespołu Nirvana „Unplugged In New York”. To jak wiadomo popis wokalizy wspartej gitarowymi riffami. Jednak w odróżnieniu do pani Barber, przy tym repertuarze dla uzyskania odpowiedniego kontekstu przedsięwzięcia muzycznego powinno być ostro, krzykliwie i drapieżnie, za co kocham ten niestety od lat nieistniejący już zespół. I ku mojej uciesze tak było. Bez mogącej wystąpić po dodatkowym oczyszczeniu materiału źródłowego przez testowany switch sterylizacji, gdy Kurt kolokwialnie mówiąc darł ryja, system pokazywał to z niezbędną tej sytuacji charyzmą, zaś gdy do głosu dochodziło obsługiwane przezeń wiosło, brzmiało i dosadnie i o dziwo zawsze dźwięcznie. Żadnych odczuwanych przegięć sonicznych, tylko pełne oddanie zamierzeń powstania tego „bez-prądowego” przedsięwzięcia, czyli jak tego oczekują wszyscy fani Nirvany ze mną włącznie oczekiwanie drapieżnie.
Wieńcząc powyższy opis jestem zobligowany odpowiedzieć na jednio zasadnicze pytanie – czy jest sens zastosowania aż tak zaawansowanego oczyszczacza sieci streamującej muzykę? I wiecie co? Mimo na chwilę obecną obcowania z plikami raczej jako z coraz lepszą jakościowo ciekawostką, to to, co pokazał flagowy model switcha Silent Angel Bonn NX, po raz kolejny skłania mnie do przemyśleń na temat maksymalnego podniesienia jakości posiadanego toru. A w tym wszystkim najciekawszy jest fakt w pozytywnym znaczeniu obawy przed starciem z tytułowym produktem w maksymalnej specyfikacji. Co mam na myśli? Pamiętacie wyliczankę przyłączeniową na rewersie i wspominany wówczas terminal dla zewnętrznego zegara? Otóż wiem, co taki set potrafi zrobić z poczciwym CD-kiem, dlatego jestem prawie pewien, że będzie się działo. Co konkretnie oczywiście opiszę po zapoznaniu się z takim zestawem w stosownym teście. Jednak bez względu na potencjalny pozytywny feedback przyszłego starcia, już teraz mogę powiedzieć jedno, nawet bez zegara nasz bohater robi rzeczy, bez których nie ma szans na obcowania z pełnią emocji zawartych w muzyce. Z jakiego powodu? Banalnego. Po prostu będzie zniekształcony pozornie niesłyszalnymi naleciałościami, które zaciemnią jej idealną projekcję.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Silent Angel
Cena: 16 490 PLN
Dane techniczne:
Wejścia: 8 złoconych portów 1GbE RJ45; BNC 25MHz dla zewnętrznego zegara
Dostępne kolory: srebrny, czarny
Wymiary (S x W x G): 439 x 63 x 250 mm
Waga: 6.4 kg
Opinia 1
Choć trudno mówić o spadku popularności winyli bez trudu można zauważyć, iż jeszcze niedawny „hype” jaki otaczał (nie tylko) czarne płyty nieco zelżał. Promocje w dyskontach spożywczo-przemysłowych zeszły z pierwszych stron gazetek a i samo posiadanie nawet budżetowej „szlifierki” przestało oznaczać towarzyskie być albo nie być. Ma to swoje dobre strony, gdyż pozwala odsiać ziarno od plew i słomiany zapał od nieco bardziej świadomego zainteresowania tematem, co tym samym oznacza niewątpliwe ustabilizowanie rynku. To wszystko jednak wierzchołek góry lodowej, której większość ślizgających się li tylko po powierzchni obserwatorów może nawet nie tyle nie zauważać, co wręcz nie mieć świadomości jej istnienia. Jednak trzymając rękę na pulsie i co jakiś czas odświeżając stan posiadanej wiedzy ową świadomość nie tylko się posiada, co nawet podświadomie pogłębia, dochodząc do poziomu automatycznego wyławiania z wszechobecnego szumu informacyjnego ciekawostek zdolnych może nie tyle zrewolucjonizować, co znacznie udoskonalić – wyeliminować/zminimalizować błędy samego procesu odtwarzania. Do grona tego typu akcesoriów z pewnością można zaliczyć wszelakiej maści szablony pozwalające możliwie najdokładniej ustawić zawieszoną na ramieniu wkładkę (vide Dr.Feickert Protractor NG), bądź też i same ramiona pozbawione większości dolegliwości standardowego rodzeństwa, jak daleko nie szukając futurystyczny Dynavector DX-507 MkII, czy Thales Simplicity MkII (o błędzie kątowym prowadzenia wkładki wynoszącym 0,006º). O ile jednak samą „aparaturę” można dostrajać niemalże w nieskończoność, to dość niewygodną kwestią pozostaje nazwijmy to delikatnie wrodzona ułomność samych nośników, które nie dość, że na skutek nawet niezwykle troskliwej eksploatacji się zużywają, to jeszcze potrafią znacznie odbiegać swym kształtem od idealnego „placka”. Niby z pomocą przychodzą wszelakiej maści obręcze, bądź też same gramofony zdolne przyssać nośnik do talerza (TechDAS), jednak do niedawna były to działania eliminujące jedynie część – li tylko „pionowych” anomalii. A co z poziomymi – wynikającymi z niecentryczności? Ano nie tyle nic, co niewiele. Niby w ekstremalnych przypadkach w grę wchodziła zabawa wiertarką a następnie mocne dokręcenie tak rozwierconej płyty dociskiem do talerza, jednak większość takich działań odbywała się „na oko”. A jak wiadomo, na oko, to chłop w szpitalu umarł, więc jak już coś robić, to lepiej z głową i oprzyrządowaniem o nieco większej precyzji od lewej, bądź prawej gałki. I w tym momencie wchodzi on – (prawie) cały na … srebrno – DS Audio ES-001. Czyli? Czyli docisk korygujący wspomnianą niecentryczność płyt, który pojawił się w naszych skromnych progach dzięki uprzejmości katowickiego RCM-u a po dwumiesięcznych testach koniec końców doczekał się niniejszej epistoły.
Na pierwszy rzut oka ES-001 wygląda całkiem zwyczajnie. Ot klasyczny, nieco obciosany na górze, wyposażony w obrotową podstawę i posiadająca stosowny – pozwalający na osadzenie go na gramofonowym szpindlu otwór aluminiowo – wolframowy walec o całkiem rozsądnej wadze 620g. Próżno doszukiwać się w jego bryle rustykalnej nomen omen harmonii Harmonixa TU-812MX Million Maestro, czy też iście biżuteryjnego przepychu złoto-platynowego a (nie)skromnego Omicrona Turntable Clamp Luxury. Uwagę jedynie zwraca umieszczony na płycie górnej 2,4” dotykowy ekran z pomocą którego przeprowadzamy cały proces kalibracji. Dokonując nieco bardziej skrupulatnych oględzin tuż przy podstawie natrafimy na dwie pary otworów w których ukryto diody podczerwieni oraz centralnie umieszczony włącznik główny a po przeciwnej stronie niewielką (1,5mm Allen) śrubkę umożliwiającą wymianę ukrytych w trzewiach baterii (dwa standardowe paluszki AA), oraz dostęp do portu USB przydatnego w przypadku pojawienia się nowszej wersji oprogramowania (do pobrania ze strony producenta). Jeśli zaś chodzi o samą obsługę i zasadę działania, to są one proste i intuicyjne. Wystarczy bowiem włączyć ES-a po uruchomieniu gramofonu z założoną płytą. Przytrzymując górną część jego korpusu poczekać aż sobie spokojnie wszystko pomierzy. Zatrzymać talerz i patrząc na ekran ustawić płytę celując krzyżykiem tak aby znalazł się jak najbliżej centrum. Zakręcić talerzem i jeśli wszystko jest OK wygodnie rozsiąść się w fotelu i zacząć słuchać.
Zabierając się za odsłuchy co nieco o możliwościach naszego dzisiejszego gościa było mi wiadome, gdyż przez pierwsze tygodnie obecności w naszej redakcji był nader intensywnie eksploatowany przez Jacka, więc chciał, nie chciał – nawet mimochodem i okazjonalnie było mi dane rzucić na niego uchem. Ba, śmiem twierdzić, że właśnie na skutek takich zupełnie niezobowiązujących spotkań pomimo początkowego sceptycyzmu doszedłem do wniosku, że koniec końców i tak muszę posłuchać go u siebie, bo to co robi owe ustrojstwo nie tylko burzy ale i wywraca do góry nogami znany mi porządek rzeczy. Po pierwsze bowiem jasnym od dawien dawna było, że w analogu robotę robi duet napęd + ramię a i wkładka ma co nieco w kwestii finalnego brzmienia do powiedzenia. Phonostage’a na razie pomijam, bo to nieco inna bajka, gdyż skupiamy się w tym momencie przede wszystkim na maszynerii zapisane w wytłoczonych rowkach informacje wyłuskującej. Po drugie nikt nikogo nie musiał uświadamiać w kwestii ważkości prawidłowego ustawienia całości, a po trzecie doskonale pamiętaliśmy o tym, by naszym szlifierkom zapewnić dobrostan tak antywibracyjny jak i energetyczny. Czyli wszystko zapięty na ostatni guzik. Dokładnie guzik z pętelką, bo aplikacja DS Audio ES-001 okazała się na znacznej części płyt po które w tzw. międzyczasie sięgaliśmy progresem porównywalnym z wymianą wkładki / ramienia o oczko, bądź nawet dwa wyższych. I nie, to nie żart, ani też nie jest to próba zaklinania rzeczywistości na potrzeby niniejszej recenzji, lecz fakt i to w dodatku ewidentny, oczywisty i bezdyskusyjnie słyszalny z … jednym małym „ale”. Otóż o ile zmiany wprowadzane przez tytułowy docisk osobiście, a więc de facto wybitnie subiektywnie, odbieram jako jednoznaczny progres, to zarazem przyjmuję do wiadomości i dopuszczam taką ewentualność, że dla kogoś innego owe zmiany mogą być nie tylko krokiem w bok, co wręcz w tył względem jego dotychczasowych dążeń i wzorców. Chodzi bowiem o to, że DS niesamowicie „czyści” reprodukowane nagrania z wszelakiej maści zniekształceń wynikających z niecentryczności nośników, więc i dobiegające nas z głośników / słuchawek dźwięki takowych pozbawione również zostają. Definicja i lokalizacja źródeł pozornych staje się niekiedy wręcz porażająca, konturowość i zróżnicowanie basu, w tym tego zapuszczającego się w rejony odcięcia przez filtr subsoniczny phonostage’a wywołuje zdziwienie nawet u starych wyjadaczy a głębia sceny onieśmiela największych malkontentów. To wszystko wpływa oczywiście na rozdzielczość w ujęciu globalnym i poprzez jej pryzmat postrzeganie całości. Problem w tym, że jeśli tylko ktoś uzależnił się od mdłych i rozmytych onirycznych plam oraz będącej zaprzeczeniem owej rozdzielczości i timingu lepkiej muzykalności początkowo, bądź też (o zgrozo) permanentnie, może nie godzić się na takie, będące ewidentną rewolucją status quo. W końcu nie każdemu do gustu może przypaść przesiadka z „pływającego okularnika” (Mercedes E W210) do błyskawicznie reagującego tak na ruchy kierownicą, jak i muśnięcie pedału przyspieszenia GTR-a. Od razu jednak zaznaczę, iż w tym miejscu nieco dramatyzuje i przejaskrawiam, ale tu chodzi o ewidentne przedefiniowanie pozornie znanych płyt. Pół żartem pół serio można byłoby uznać iż aplikacja DS-a zbliża nawet średniej klasy gramofony do tego sposobu prezentacji jaki znamy ze szpulaków. Poprawie ulega bowiem nie tylko wspomniana rozdzielczość, ale i bezpośredniość dźwięku, dynamika i poczucie bycia tam i wtedy. Co ciekawe ów wzrost „ostrości widzenia” bynajmniej nie oznacza pseudo-samplerowego, iście karykaturalnego przekontrastowienia i dążenia do bijącego po oczach/uszach HDR-a. Ba, nawet dość szkliste i chłodne w swej wymowie krążki, jak „Vägen” Tingvall Trio, czy wręcz jazgotliwe thrashe (vide „Rust In Peace” Megadeth) zamiast spodziewanego przegięcia i skrętu w kierunku prosektoryjnej, bezlitosnej ostrości zabrzmiały oczywiście czyściej ale właśnie przez ową czystość bardziej wyraziście, lecz i szalenie mniej ofensywnie. Okazało się bowiem, że da się pogodzić krystaliczną czystość z iście jedwabistą gładkością. Nie da się jednak ukryć, iż największym beneficjentem pojawienia się w moim systemie ES-001 okazała się klasyka i to ta wykorzystująca możliwie bogaty i zarazem liczny aparat wykonawczy. Wgląd w nagrania typu „Tchaikovsky: Symphony No. 6 „Pathétique”” (Leopold Stokowski/London Symphony Orchestra na japońskim tłoczeniu RCA) początkowo wręcz onieśmielał swą misterną ażurowością, by po chwili wcisnąć w fotel niszczycielskim tutti. Jednak zamiast bezkształtnej masy wylewających się z głośników fal decybeli całość podana została nadspodziewanie precyzyjnie. Niczym w wyrafinowanym chronografie każdy instrument pełnił rolę trybiku mającego swoje ściśle zdefiniowane nie tylko miejsce ale i czas, więc oprócz wolumenu udało się zachować pełną różnorodność właściwą wielkiej orkiestrze symfonicznej począwszy od podziału na sekcje poszczególnych instrumentów i oczywistą gradację planów po zdolność wyłuskiwania poszczególnych muzyków. Śmiem wręcz twierdzić, że DS Audio wycisnął z mojej bądź co bądź dość „rockowo” grającej 10-ki Dynavectora takie pokłady rozdzielczości, że zasadnym wydawało się jej porównanie do znacznie starszego i szlachetniej urodzonego rodzeństwa w stylu DV XX-2 MkII. Oczywiście mowa o sytuacji, gdy takowy sparingpartner pozbawiony byłby wspomagania ww. japońskiego akcesorium. Cuda i przejaw myślenia życzeniowego? Nic z tych rzeczy. Po prostu efekt wyeliminowania jednej z kluczowych i jak mam nadzieję jasno wynika z powyższych dywagacji dramatycznie degradujących efekt końcowy niedoskonałości samych nośników. Tylko tyle i aż tyle.
Tak, tak. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, iż część z Państwa puka się w głowę nerwowo zerkając do rubryki z ceną i zastanawiając się co u licha w DS Audio ES-001 warte jest niemalże 27 kPLN. Przewrotnie odpowiem, że nie mam bladego pojęcia, gdyż to nie ja brałem udział w pracach zespołu R&D, jednak oceniając progres brzmieniowy, jaki obecność tytułowego docisku wniosła w moim systemie śmiem twierdzić, że w jego trzewiach mogłoby być równie dobrze nic, jak i stado upalonych holenderskimi specjałami krasnoludków a i tak nie miałoby to najmniejszego znaczenia. Skoro bowiem działa i co najważniejsze jego działanie zgodne jest z moimi prywatnymi preferencjami a oczekiwaną przy kasie cenę jestem w stanie zaakceptować patrząc na nią poprzez pryzmat skali zmian wprowadzanych przez dane ustrojstwo, to raczej nie ma powodów do niepotrzebnego strzępienia języka. W końcu High – End to zabawa dla dużych dzieci i każdy z nas jest w stanie określić do jakiego pułapu może jeszcze licytować a kiedy będzie zmuszony powiedzieć pas. Jedno jednak warto mieć na uwadze. Otóż zanim postanowicie Państwo zmienić posiadany gramofon na lepszy i zarazem dysponujecie budżetem pozwalającym zainteresować się najnowszym akcesorium DS Audio postarajcie się przetestować je we własnych czterech kątach, bo bardzo możliwe, że jeszcze nie wiecie na co tak naprawdę stać Wasz system i jak potrafią zagrać płyty, które podobno znacie niemalże na pamięć. Nie wierzycie? Posłuchajcie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Być może zabrzmi to niecenzuralnie, jednak z uwagi na fakt, iż portal Soundrebels nie jest kierowany do nieletnich, myślę, że spokojnie mogę przypomnieć najważniejszą w naszym hobby maksymę – „Shit in, shit out”. Niestety to jest sól naszej zabawy w audio, w ogarnięciu której budując tor cyfrowy byłem zmuszony pójść po tak zwanej bandzie. Chodzi oczywiście nie tylko o rozdzielenie odtwarzacza CD na transport i przetwornik D/A, ale dodatkowo zastosowanie do taktowania sygnału w każdym z urządzeń zewnętrznego zegara wzorcowego 10MH ze stosownym dzielnikiem do obsługiwanej przez CD częstotliwości. Naturalnie to pociągnęło za sobą dodatkowo dobranie odpowiedniego jakościowo okablowania zasilającego i zegarowego, co bez dwóch zdań pokazuje, iż w tym temacie otarłem się o szaleństwo w najczystszej postaci. A wszystko w służbie uzyskania jak najlepszego sygnału ze źródła. Jednak bez względu na ewentualne pukanie się w głowę zapewniam niedowiarków, przebyta walka o jak najlepszy odczyt sygnału z płyty CD w każdym calu była warta przysłowiowej świeczki. Jaki cel ma powyższy wywód? Być może wielu z Was się zdziwi, ale wbrew pozorom dzisiejszy odcinek będzie poświęcony podobnej sytuacji tylko w sekcji analogowej. Tak, tak, głównym rozdającym będzie źródło, czyli gramofon. I co w tym wszystkim jest najciekawsze, poniższa epistoła przybliży Wam synonim czegoś na kształt wspomnianego przed momentem tandemu zegara wzorcowego z reclocker-em. Jednak różnica jest taka, że gdy w cyfrze błąd zwany iitter-em zwalczaliśmy synchronizując sygnał zegarów nadajnika z odbiornikiem, w przypadku płyty analogowej w zwalczaniu błędu odczytu będziemy działać na poziomie ustawienia wytłoczonego rowka w stosunku do idealnej osi jego obrotu działając przy tym w wydawałoby się symbolicznym, jednak jak się okazuje, dającym zaskakujące wyniki zakresie luzu osadzenia płyty na szpindlu talerza. Cóż to za cudo? Otóż dzięki zaangażowaniu katowickiego RCM-u tym razem przyjrzymy się będącemu, przynajmniej moim zdaniem, analogowym Świętym Graal-em, bardzo skomplikowanemu w budowie wewnętrznej dociskowi spod znaku japońskiego specjalisty DS Audio ES 001.
Gdy spojrzymy na naszego bohatera, wydaje się on być niewinnym, jednym z wielu proponowanych przez konkurencję, ładnie wyglądającym, bo dwukolorowym walcem. Jednak myli się ten, kto myśli, że to pracujący jedynie wagą zwykły puc aluminium. To tylko pozory, gdyż w trzewiach tego ustrojstwa znajdziemy skomplikowany miernik, który uzyskane podczas pomiarów wyniki – przed i po kalibracji – pokazuje na zorientowanym na górnej płaszczyźnie dotykowym wyświetlaczu. Co dokładnie jest w środku, tak naprawdę nie ma znaczenia, gdyż z pewnością jest to zaawansowany układ elektroniczny i nie ma co się w to zagłębiać. Ważniejsze dla nas jest informacja, jak to działa. A w skrócie wygląda to tak. Gdy przyjrzycie się dokładniej, tuż pod włącznikiem zobaczycie poziomy prześwit łożyskowego odseparowania głównego (górnego) modułu z elektroniką od płaskiej, solidnie stabilizującej całość konstrukcji na szpindlu talerza podstawy. Ta bardzo istotny temat, bowiem przy kręcącej się płycie w celu dokonania pomiaru pozwala zatrzymać górny blok wysyłający na boki wiązki IR. Po kilku obrotach od startu gramofonu wyświetlacz eliptycznie błądzącym, zazwyczaj czerwonym, czasem zielonym lub na przemian zmieniającym kolor z czerwieni na zieleń krzyżykiem pokazuje nam stan przypadkowego ułożenia się płyty. Wówczas zatrzymujemy werk i delikatnymi ruchami – przypominam o naprawdę minimalnym luzie na osi talerza – staramy się ustawić krzyżyk w idealnym centrum, co zazwyczaj powoduje stałą zmianę jego barwy na zieloną. Czasem jednak otwór jest tak źle wybity lub zaskakująco mały, bo ledwo pozwalający ułożyć na talerzu płytę, że po prostu bez dodatkowych działań nie da się go idealnie wycentrować. Mimo to zalecam spokój, gdyż z kilkutygodniowej autopsji wiem, iż już zmiana barwy z czerwieni na stałą zieloną bez idealnego trafienia w „dychę” lub poprawienie ustawienia nawet w zakresie samej zieleni daje znakomite wyniki. A i to nie koniec możliwości dokonania działań regulacyjnych, jakie daje japoński zestaw ES 001? Otóż dla w pełni zaangażowanych winylo-maniaków producent przewidział zestaw ratunkowy w postaci znajdującego się w komplecie rozwiertaka otworów wytłoczonych w płycie. Niby banał, gdyż rozmiar powiększamy symbolicznie, ale nie raz przekonałem się, że taki ruch bez problemu pozwala na idealną kalibrację pracy tandemu rowek vs igła wkładki gramofonowej. Osobiście kilka razy z tej opcji korzystałem i wiem, że czasem warto powalczyć o uzyskanie idealnego punktu „G”. Wieńcząc skrótowy opis budowy i działania tytułowego „dynksa” z przyjemnością dodam, iż całość oprzyrządowania w postaci docisku, rozwiertaka, zestawu baterii, kabla USB do upgrade’owania wewnętrznej elektroniki oraz imbusowego klucza pozwalającego wymienić znajdujące się wewnątrz baterii pakowana jest w elegancką aluminiową walizeczkę z piankową wytłoczką, stabilizując z osobna każde z przywołanych akcesoriów. Na koniec tej części testu jeszcze jedna ważna informacja. Otóż jeśli chcecie obejrzeć DS Audio ES 001 w akcji, bez problemu możecie obejrzeć film poglądowy zamieszczony na stronie producenta. Naprawdę warto.
Co tak po ludzku robi DS Audio ES 001 i co z owych działań wynika? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest bardzo prosta, bo oparta o zasady fizyki. Otóż wiadomym jest, że otwór wybity w płycie winylowej nie oznacza z automatu idealnej osi obrotu rowka z zapisanym sygnałem. To robią bardziej lub mniej dokładne maszyny i często mają sporą odchyłkę. Owszem, nierzadko bywa, że nawet ciasny otwór jest dobrze wycentrowany, jednak po kilkunastu tygodniach użytkowania 001-ki przekonałem się, iż jest to ułamek ogółu. Większość ma z tym problem. Niby nieduży, który wydaje się, nie powinien wpłynąć na finalne brzmienie, jednak jak udowadnia nasz bohater, robi to dramatycznie in minus. Powód? Banalny. Przecież igła odczytując rowek przez cały czas skacze po min jak głupia na prawo i lewo oraz w górę i dół, przez co wszystkie nasze kalibracyjne działania kierowane są w stronę idealnego prowadzenia jej w odpowiednim spektrum będących dawcą informacji odchyłek. Jednak co z tego, gdy nie zadbawszy o idealne obracanie się rowka płyty w stosunku do osi jego wirowania wprowadzimy do układu dodatkowe, wynikające z błędu produkcyjnego, wymuszone niewidocznym gołym okiem balansowaniem rowka, bujanie się igły na boki. Toż to nic innego, jak pozbawione jakiejkolwiek korekcji zniekształcenia w najczystszej postaci. Taki stan powoduje, że igła dostaje rytmicznego, niestety nie tylko nic niewnoszącego od strony sfokusowania jej działań, ale przy okazji siejącego zbędnymi impulsami, niechcianego kopniaka. Niby niezauważalnego, bo muzyka gra, czasem nawet pięknie, jednak jak miałem okazję się przekonać, mocno ograniczającego możliwość pokazania przez nią pełni swoich zalet. Jakich? I tutaj zaczyna się odpowiedź na drugie, związane z sonicznymi skutkami użycia DS-a pytanie.
Próbując przybliżyć efekt działań podyktowanych wykonaniem pomiaru przez ES 001 być może dla wielu brutalnie, ale powiem tak. Żadne wspinanie się po drabince jakości toru analogowego w moim mniemaniu bez tego akcesorium nie ma najmniejszego sensu. Owszem, gdy żyjemy w niewiedzy co tracimy, bez problemu odczujemy progres jakościowy wprowadzanych zmian. Jednak co z tego, gdy cały czas w sygnale mamy notorycznie wprowadzane błędy odczytu. Jest niby lepiej, jednak z systemowo zapisanymi w kodzie DNA błędnie odczytywanej muzyki zniekształceniami. A jeśli tak, to gdzie tu sens walki o okupiony gigantycznymi wydatkami Olimp, gdy zawsze jesteśmy skazani na przysłowiowe powielanie błędów wejściowych. Pozwolicie, że nie będę odpowiadał na to pytanie, gdyż do niedawna wiele tracąc sam w ten sposób błądziłem. Co konkretnie traciłem?
Opisując to w prostych słowach pierwsze co po zastosowaniu clou spotkania rzuca się w uszy, to całkowicie inna projekcja wydarzenia muzycznego. Źle usadowiona płyta daje obraz nieco rozmyty, z pozoru pełen powietrza, dzięki temu jakby eteryczny, ale w konsekwencji nie do końca osadzony w ramach określonych przez wirtualne byty. Niby wszystko jest podane jak na tacy, tylko bez konkretnego – piję do realnej prezentacji – konturu i z nie do końca oddającym prawdę o danym medium poziomem energii. I nie chodzi o mniej lub bardziej ostrą kreskę, więcej lub mniej basu, czy środka, tylko wyrazistsze, przez to bliższe prawdy wirtualne postawienie muzyka na dobrze zbudowanej we wszystkich wymiarach scenie. I na uzyskanie takiej projekcji pozwala właśnie użycie japońskiego urządzenia. Nagle po wyzerowaniu celownika na wyświetlaczu Ds-a każde źródło dźwięku nabiera energii. Odczuwamy coś na kształt zamiany okalającej go poświaty w przyrost masy skierowanej na mocniejsze oddanie drive-u. Ale dla jasności, nie w służbie pogrubienia dźwięku, tylko zwiększenia impulsu jego wybrzmienia. Dzięki temu każdy wirtualny bohater znacznie lepiej pokazuje się w domenie 3D, przy okazji oferując zwiększoną dawkę naturalnie brzmiących niuansów. Co więcej, dzięki takiemu postawieniu sprawy bardzo zyskuje czytelność i swoboda kreowania wydarzeń muzycznych. Wcześniej ową swobodę określali rozdmuchani – coś na kształt duchownych z aureolką wokół głowy na obrazach sakralnych i jakby powiększeni, przez to odbierani jako bardzo lotni – bohaterowie sceniczni. Tymczasem po kalibracji płyty poczucie rozmachu prezentacji nie tylko nie zmalało, ale jakby w efekcie wszystkiego nieco inaczej pojawiło się w przestrzeni międzykolumnowej, oprócz tego, że nabrało energetycznego, jakby bliższego rozmiarowo do realnego świata wigoru, to jeszcze wzrosło. Mówiąc wprost to jakby trąceni anorektycznymi symptomami muzycy po konsultacji lekarskiej nagle nabrali realnych, czyli naturalnych dla siebie, bardziej ludzkich artefaktów. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi jak zaklinanie rzeczywistości, jednak jak rzadko kiedy, w obronie powyższego opisu jestem w stanie położyć rękę na przysłowiowym pieńku. Tym bardziej, że taką projekcję uzyskiwałem na dosłownie każdym materiale muzycznym, od źle nagranego rocka począwszy – Led Zeppelin III, przez chóralną wokalizę – coś z kilku posiadanych na winyli zapisów Mandrygałów, po ostatnio wydaną elektronikę spod znaku Depeche Mode. Tak, tak, nawet muzyka na bazie krzemu kipiała oczekiwaną estetyką nie zwalistej buły, tylko sprecyzowanej konkretnym dźwiękiem, raz fajnie kopiącej, a innym razem wyraźnie modulowanej, często przedłużającej się, ale zawsze rozwibrowanej nuty. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu owa wyliczanka to zwykłe banały, jednak zapewniam, nigdy nie zaliczyłem aż tak wciągającego efektu brzmieniowego popularnych „Depeszów”, jak po korekcji usadowienia płyty. Nagle na tle niegdysiejszych, wówczas odbieranych jako znakomite prezentacji, podobnie do popisów rockmenów i wokalnych soborów stali się – jakby ciekawsi. Jak to możliwe? Normanie, oni tak ekscytujący byli zawsze, tylko oszpeceni zniekształceniami, których jak się okazuje, z łatwością można się pozbyć.
Jak widać na załączonym obrazku, dzisiejszy tekst nie jest typową recenzją popartą mocno rozbudowanymi przykładami płytowymi, tylko okraszonym osobistymi przemyśleniami swoistym słowotokiem. A jeśli tak i na przestrzeni lat zdążyliście mnie poznać, z pewnością domyślacie się dlaczego. Chodzi oczywiście o mój rozgrzany do czerwoności stan emocjonalny po użyciu tytułowego DS Audio ES 001. Gdy coś w podobny sposób mnie ruszy, zazwyczaj ma dwie konsekwencje. Pierwszą jest opis zdarzenia w estetyce jak najbliższego doznanym uczuciom, przelania emocji na klawiaturę bez owijania w muzyczną bawełnę. I w tym przypadku mam nadzieję, iż niesiony euforią w miarę jasny i przystępny sposób wyłożyłem kawę na ławę. Natomiast drugą jest uruchamiająca posiadane zasoby środki płatnicze decyzja zakupowa. Być może wielu z Was zerkając na obecnie posiadany set analogowy – podstawowy werk Clearaudio Concept, wkładka Dynavector DV20X oraz phono RCM Sensor MK II – z politowaniem popuka się w głowę. Jednak zapewniam nawet najzatwardzialszych przeciwników mojego pomysłu, tego, co pozwala wycisnąć z toru analogowego tytułowy docisk, nie uzyskacie nawet najlepszą wkładką, czy całym konglomeratem analogowym. Jak pisałem, na tle wcześniejszego seta będzie lepiej, jednak w starciu z DS-em polegnie. Powód? Banalny. Po prostu walczymy ze zniekształceniami na poziomie ich powstawania – o to samo walczyłem w torze cyfrowym, a nie jak to zwykle bywa, próbujemy je w taki, czy inny sposób tuszować lub przesuwać poza słyszalny zakres. Dlatego też bazując na wieloletnim doświadczeniu z topowym gramofonem SME, wkładką Mijajima Madake i phonostage-m Theriaa doskonale wiedziałem, że rozsądniej jest podnieść jakość grania chwilowego taniego zestawu japońskim produktem, niż wykładając podobne pieniądze do DS-a brnąć w wymianę na droższy, że tak brutalnie powiem nadal karmiony sonicznymi „fekaliami”. To nawet z czysto teoretycznego punktu widzenia nie ma sensu. A gdy się tego spróbuje, w ogóle nie ma czym gadać. Oczywiście jeśli do kogoś to nie przemawia, to wolny kraj i może temat odpuścić. Jednak ze swojej strony przed jakąkolwiek decyzją zalecałbym choćby chwilowy, nawet w okowach salonu dystrybutora sparing. Ale ostrzegam, analogowy świat już nigdy nie będzie taki sam.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: RCM
Producent: DS Audio
Cena: 26 900 PLN
Dane techniczne:
Wymiary: φ80 × H 70mm
Waga:620g (w tym baterie)
Obudowa: Aluminium i wolfram
Zasilanie: 2 x bateria AA
Musical Fidelity wprowadza do swojej oferty znaną od kilkudziesięciu lat, kultową podstawkową kolumnę głośnikową LS3/5A.Mini-monitor został zaprojektowany do użytku w miejscach odsłuchowych, w których przestrzeń była ograniczona np. mobilne studia kontrolne dla TV. Najważniejszymi właściwościami konstrukcji musiała być także liniowość charakterystyki częstotliwościowej powyżej 100Hz i doskonała jakość dźwięku. Dzięki zastosowaniu obudowy zamkniętej uzyskano bardzo szybkie i czyste brzmienie, z niezwykle szczegółową i realistyczną średnicą co idealnie pasowało do zastosowania monitorów w studiach radiowych i telewizyjnych. LS3/5A zapewnia reprodukcję sceny dźwiękowej, wokali i instrumentów na niezwykle wysokim poziomie, mogąc stawać w tym zakresie w szranki z wielokrotnie droższymi konstrukcjami. Monitory sprawują się najlepiej przy wykorzystaniu ich w bliskim i średnim polu w odległości od dwóch do czterech metrów od słuchacza.
Z biegiem lat kolumny LS3/5A stały się standardem w branży i w studiach muzycznych, zwłaszcza przy nagraniach muzyki klasycznej. Dzięki niespotykanym właściwościom reprodukcji dźwięku uzyskały też szybko zainteresowanie w sektorze audiofilskim. Ze względu na niewielkie rozmiary LS3/5A, doskonale nadają się do małych pomieszczeń mieszkalnych, gdzie z łatwością rozsuwają ściany. Nie dajcie się zwieść rozmiarom. Kolumny zaskakują dużą ilością informacji z zakresu niskich częstotliwości, a dzięki konstrukcji zamkniętej bas, w porównaniu z kolumną wyposażoną w tunel bass reflex, jest nadzwyczaj szybki i doskonale zdefiniowany.
LS3/5A były produkowane na przestrzeni ponad pięćdziesięciu lat przez kilkunastu producentów kolumn głośnikowych. Ale w drugiej połowie lat ’80 to Musical Fidelity A1 był dla nich zawsze idealnym partnerem. Wzmocnienie w klasie A połączone ze wspaniałymi cechami monitorów zapewniało przestrzenny dźwięk o zadziwiającej czystości, szczegółowości i cieple.
Cena: 11.999 PLN
Specyfikacja techniczna:
– Typ: Dwudrożne, obudowa zamknięta
– Pasmo przenoszenia: 80Hz-20KHz +/-3dB
– Impedancja nominalna: 15 Ohm
– Czułość: 82.5dB/W/M
– Głośnik niskotonowy: membrana 110mm
– Głośnik wysokotonowy: kopułka 19mm
– Zalecany wzmacniacz: 20-150W
– Obudowa: 12mm sklejka brzozowa
– Wykończenie: Fornir palisandrowy
– Wymiary: 305 x 190 x 165mm (WxSxG)
– Waga: 4.9Kg (każdy głośnik)
Opinia 1
Przyznam się szczerze, że mimo zwyczajowego uczucia przyjemności z możliwości oceniania wszelkiego rodzaju komponentów znanych producentów audio, w momencie, gdy na tapet trafia coś stawiającego swoje pierwsze kroki na naszym rynku, wspomniany stan emocjonalny wręcz eksploduje. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, w żadnym wypadku nie chodzi o jakiekolwiek znudzenie się znanymi na rynku podmiotami, tylko o automatyczny wzrost poziomu adrenaliny powodowany zderzeniem z czymś na wskroś nieznanym, a przez to przyjemnie zagadkowym. To jest silniejsze ode mnie i nic na to nie poradzę. Do tego stopnia, że jak widać, nie mam problemu się tym nawet pochwalić. Dlaczego akurat dzisiaj? Oczywiście dlatego, że z takim przypadkiem będziemy mieli do czynienia. O czym mowa? Otóż dzięki staraniom białostockiego Rafko na występy w naszych okowach trafiły pochodzące za wielkiej wody, amerykańskie kolumny podłogowe Perlisten. I to nie byle jakie, bowiem mogący pochwalić się jakże istotnym do pracy w systemach kina domowego certyfikatem THX Dominus, u nas jednak oceniany podczas pracy w zestawie stereo, czterodrożny model S7t.
Nasze bohaterki to konkretnej wysokości – około 130 cm, dość ciężkie – 56 kg, przyjemnie szczupłe – 240 mm, za to dość głębokie – 400 mm, lekko pochylone do tyłu, wykończone w kolorze fortepianowej czerni skrzynki. Jednak jak to zwykle bywa, w kwestii wyjątkowości danego produktu diabeł zazwyczaj tkwi w szczegółach. A te w modelu S7t opiewają na uzbrojenie kolumn w aż siedem osadzonych w specjalnie wyprofilowanym froncie przetworników i usadowienie tej co by nie powiedzieć wysokiej konstrukcji na szerokich, wyposażonych w regulowane kolce poprzecznych łapach. Co ciekawe, według pomysłodawców s7-ki są czterodrożne. Jak uzyskano cztery drogi z niełatwo dostrzeganych gołym okiem 7 głośników? Otóż oprócz 4 typowych przetworników średnio-niskotonowych, na awersie znajdziemy jeszcze umieszczone w falowodzie, obsługujące wybrane częstotliwości 3 wysokotonowce. To na tle typowych kolumn jest dość oryginalna topologia czterech dróg, ale fakt jest faktem, że w przypadku tytułowych Perlistenów mamy do czynienia z takim właśnie układem elektrycznym. A to nie wszystko w temacie technikaliów, bowiem amerykańskie panny w celach uzyskania dobrego zejścia niskich rejestrów i skuteczności na poziomie 92 dB są dodatkowo wentylowane portami bass refleks, które w celach stabilności działania skierowano w dół i usytuowano pomiędzy podstawą, a nieco wyżej wieńczącą konstrukcję komory głośnikowej dolną połacią obudowy. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale jak się przyjrzycie, tuż nad łapami stabilizującymi widać metalowe siatki chroniące wyloty wydmuchiwanego podczas pracy głośników powietrza. Całość opisywanych konstrukcji wieńczą zorientowane w dolnej części tylnej ścianki podwojone terminale przyłączeniowe.
Co w kwestii brzmienia wydarzyło się po kilkudniowej akomodacji z tytułowymi kolumnami? Powiem tak. Bałem się wpływu zastosowanego falowodu, gdyż czasem nawet najmniejszy mocno determinuje odbiór prezentacji kolumn jako tubowe. Jednak nie żebym miał przeciw temu jakieś obiekcje, gdyż kilka świetnie grających „kapeluszy” z jubileuszowymi AA Trio Luxury Edition 26 na czele miałem nawet u siebie, jednak zbyt mocny nalot efektu tuby w kolumnach raczej aspirujących do grania mniej ekspansywnym dźwiękiem nie zawsze dobrze wypada. Na szczęście dość szybko przekonałem się, iż owszem, minimalne doświetlenie źródeł pozornych przez wspominaną kształtkę było słychać, jednak odbierałem to jedynie jako delikatne, co ciekawe w konsekwencji z łatwością zaskarbiające moją duszę melomana podkreślenie ich ogniskowania. Bez siłowego, na dłuższą metę męczącego wzmacniania ich bytu, tylko w służbie dogłębniejszego wglądu w nagranie. A co z resztą prezentacji? Spokojnie, wszystko zgodnie z założeniami, czyli podane energetycznie, z dobrym osadzeniem w masie i lekkością realizacji informacji w górnych rejestrach. Jednak w tym wszystkim bardzo istotne było również, że opisywane kolumny przy całej otoczce trzymania fasonu barwowego i wagowego w wartościach bezwzględnych stawiały bardziej na szybkość, niż na spowalniające atak i uśredniające pakiet podanych informacji milusińskie granie. Ale zaznaczam, w żadnym wypadku nie były analityczne, ani suche, co uczyniłoby je beznamiętnymi. Co to to nie, gdyż mimo otaczania się na co dzień mocno pokolorowaną prezentacją, z Perlistenami od pierwszych chwil złapałem znakomitą nić sonicznego porozumienia. Porozumienia, które wzmacniała dodatkowo swoboda budowania przez nie szerokiej i głębokie wirtualnej sceny.
Znakomitym potwierdzeniem tej sytuacji był odsłuch pierwszego zapisu koncertu zespołu Metallica „S&M”. Z jednej strony muzyka kipiała typową dla tej formacji nieprzewidywalnością następujących po sobie wydarzeń z dużymi sekcjami smyków w roli pełnoprawnych bytów, ale z drugiej mimo pewnej, dla mnie zbytniej lekkości nagrania tego koncertu, skierowana przez kod DNA kolumn uwaga na szybkość kreowania świata nie spowodowała uczucia zmęczenia. Nadal po słyszalnej korekcie przez realizatora suwakami na konsoli w trakcie partii muzyków, gitary grały z dobrym body oczekiwanie łechcąc moje rockowe ego mięsistymi riffami, ale ku mojej uciesze ani na moment nie zwalniały tempa i agresji grania. Dostałem ostrą jazdę bez trzymanki w estetyce zaplanowanej przez aranżera tej koncertowej fuzji dwóch światów, na co oczywiście w duchu liczyłem.
Równie pozytywnie zaskoczył mnie czas spędzony przy jazowej zadumie z płytą Torda Gustavsena Trio „Opening” w tle. Znakomicie narysowane i rozlokowane instrumenty, pełnia informacji o pracy tandemów artysta i jego atrybut oraz pewnego rodzaju lekkość podania całości sprawiły, że mimo zmanierowanej chęci minimalnego pogrubienia środka pasma celem nadania większego zaangażowania wybrzmieniu kontrabasu, nawet nie po kilku utworach, tylko już pod koniec pierwszego okazało się, że moje oczekiwanie nie jest jakimkolwiek problemem kolumn, tylko chęcią naginania ich sposobu na muzykę do przez lata wypracowanego widzimisię. Po prostu wyszło na to, że nieco lżej, ale nadal z dobrą energią zmienia li tylko ostrość akcentowania akordów, co przy odpowiednim do Perlistenów zbilansowaniu jako spójnej całości prezentacji bez najmniejszych problemów staje się bardzo naturalnym w odbiorze.
Na koniec wokaliza spod znaku Nicka Cave’a & The Bad Seeds „The Boatman’s Call”. I nawet nie chodzi o tematykę związaną z pracą całego zespołu, gdyż wypadła podobnie do jazzu, czyli dobrze, a o pokazanie tembru głosu Nicka. Czy nie był zbyt lekki, dzięki czemu nie niósłby ze sobą tyle dobrze rozumianego artystycznego mroku, który nie oszukujmy się, jest solą tej formacji i jej postrzegania przez szeroką rzeszę fanów. I? Spokojnie, wszystko było w normie. Ba, powiem więcej. Zachęcony otrzymanym startowym wynikiem pokusiłem się o drobną korektę kablową i okazało się, że temat obawy o cokolwiek był irracjonalny. Po wspomnianym działaniu występ przytoczonego składu artystów z poczuciem spełniania zakorzenionego w kolumnach obowiązku konsekwentnie krążył wokół hołubienia dobrej szybkości prezentacji, jednak wyraźnie słychać było spełniające zmanierowane oczekiwania co do nasycenia ruchy kablowe. Czyli z sukcesem w ciekawy sznyt grania kolumn tchnąłem nieco lubianej przeze mnie tłustości.
Gdy dotarliśmy do clue spotkania, w zrozumiały sposób nasuwa się pytanie, czy tytułowy amerykański zestaw kolumn jest dla każdego? Oczywiście jak to w życiu bywa, ręki na pieniek nie położę, gdyż do specyfiki brzmienia choćby angielskich Harbeth-ów im daleko, ale zapewniam, już przy odrobinie otwartości na ciekawy sound kolumny Perlisten S7t są w stanie rozkochać w sobie znaczną większość populacji poszukiwaczy świetnego sposobu na wielogodzinne obcowanie z muzyką. Czy to w wersji sauté, czyli wpięte bez zmian konfiguracyjnych, czy po drobnych korektach kablowych w docelowym systemie, zawsze zadbają o zasadniczą kwestię naszej zabawy, jaką jest gwarancja niezanudzania nas muzyką. A zapewniam, to nie jest takie oczywiste.
Jacek Pazio
Opinia 2
Oprócz starych wyjadaczy i jeszcze starszych legend High-Endu od czasu do czasu naszą uwagę zwracają wyroby marek bądź to biorących się znikąd, bądź za takowe mogące uchodzić. Jednak wystarczy nawet pobieżny i niezobowiązujący research, by okazało się, że za pachnącą nowością i zupełnie anonimową fasadą kryją się ludzie, którzy na audio zjedli zęby a jeśli chodzi o samą konsumpcję to i z niejednego pieca chleb jedli. I taki też właśnie scenariusz ma miejsce w przypadku bohatera, a raczej bohaterów (i zarazem bohaterek) niniejszego spotkania, gdyż obaj w audio siedzą od ponad dwóch/trzech dekad. Niepotrzebnie nie przedłużając i nie trzymając Państwa w niepewności zdradzę, iż chodzi o powstały w 2016 a debiutujący na światowych rynkach dopiero cztery lata później byt o dość skandynawsko brzmiącej a tak naprawdę będącej skrótem zwrotu Perceptual Listening (percepcyjne słuchanie) nazwie Perlisten. Za tytułową marką stoi bowiem dwóch doświadczonych jegomości, czyli Daniel Roemer i Lars Johansen, którzy mają, jak to np. Fyne Audio ma w zwyczaju podawać, ponad 55 lat stażu w branży audio. Co prawda łącznie, ale to tylko mało istotny szczegół, którym niespecjalnie warto zaprzątać sobie głowę. Staż to staż i nie ma co drążyć. Zdecydowanie bardziej krytyczny jest jednak fakt, iż obaj Panowie zamiast snuć bajki z mchu i paproci, których kwiecistości pozazdrościłby sam Paulo Coelho do sprawy podeszli całkiem na serio i z iście inżynierskim zacięciem definiując swoje wyroby czysto mierzalnymi parametrami i wyśrubowanymi, rygorystycznymi certyfikatami, w tym THX Dominus. Ba, jakby tego było mało nie tylko udostępniają wyniki pomiarów, lecz i chwalą się niuansami konstrukcyjnymi, słowem grają w otwarte karty, czyli robią wszystko … źle i wbrew audiofilskim standardom. No bo gdzie tu miejsce na nimb tajemniczości czy wręcz baśnie z mchu i paproci, gdzie miejsce na ekstrawagancję i konieczność uwierzenia na słowo, że „będziecie Państwo zadowoleni”? Ano nie ma, gdyż tu się liczy „mędrca szkiełko i oko” a nie romantyczne „czucie i wiara”. Nie da się nawet zbudować odpowiednio romantycznej narracji o lokalizacji siedziby głównej PerListen Audio, LLC, gdyż co prawda mieści się ona w Veronie, lecz nie tej włoskiej, znanej z tragicznej historii pary młodocianych kochanków, lecz … amerykańskiej, leżącej w stanie Wisconsin. Skoro jednak białostockie Rafko przystało na naszą prośbę i raczyło było topowe podłogówki S7t do OPOS-a dostarczyć nie pozostało nam nic innego jak zakasać rękawy, rozstawić sprzęt fotograficzny, skomponować odpowiednio wredne playlisty i brać się do roboty, co też z wrodzonym entuzjazmem uczyniliśmy a wynikami poczynionych obserwacji w ramach niniejszej publikacji się z Państwem dzielimy.
Skoro, zgodnie z powyższymi deklaracjami Perlisteny mają być przykładem dążenia do „pomiarowej” perfekcji nieco dziwi zaskakująco klasyczny projekt obudów, gdzie niby zastosowano seksowne krągłości i taliowania wokół przetworników, jednak już same „skrzynie” są zwykłe – prostopadłościenne a nie, jak można byłoby się spodziewać zaokrąglone chociażby na bokach jak dopiero co przez nas opisywane Gaudery Capello 100 Be, czy pochylone niczym Audio Physic Midex 2. Chociaż … zaraz, zaraz … przecież S7t są lekko odchylone ku tyłowi, więc prostopadłościenności ścian udało się jednak uniknąć, choć już kąt pod jakim „uciekają” od pionu jest nazwijmy to wprost natury dość kosmetycznej. Czyżby zatem walka z falami stojącymi, czy też wyrównaniem czasowym poszczególnych drajwerów, a jest ich trochę nie były aż tak krytyczne? Pożyjemy, zobaczymy, jednak jak na model aspirujący do miana High-Endu przynajmniej na razie prezentuje się dość konwencjonalnie. W dodatku czarny lakier fortepianowy w jakim wykończono dostarczoną na testy parkę też nie wzbudzał w naszych oczach zbytniej ekscytacji. Co prawda Amerykanie oferują kilka opcjonalnych fornirów i malowań z palety Pantone, jednak perspektywa konieczności oczekiwania na takowy „custom” od 4 do 6 … miesięcy (!!!) jest w stanie wystawić na ciężką próbę cierpliwość niejednego mistrza Zen, o kąpanych w gorącej wodzie audiofilach nawet nie wspominając. O ile jednak korpus jest w „hajglosie”, to już ścianę przednią uspokojono satynowością, więc niejako z automatu odpada obawa, że podczas odsłuchów będziemy przeglądali się w nich niczym w czarnych/białych zwierciadłach. Dodatkowo w przeciwieństwie do samych skrzyń fronty mają ponadnormatywną grubość a zaimplementowane w nich przetworniki chronią dedykowane im (przetwornikom, nie frontom) okrągłe, montowane na magnesy maskownice.
W centrum każdego frontu umieszczono dość pokaźnej średnicy falowód z centralnie umieszczoną 28mm kopułką berylową i … dwiema 28mm kopułkami Textreme TPCD – wszystkie rozmieszczone w osi pionowej. I tu od razu pozwolę sobie na dygresję natury użytkowej. Otóż ww. przetworniki berylowe nie są niczym zabezpieczone przed finalnie zazwyczaj destrukcyjnymi działaniami ciekawskiej progenitury, bądź domowego zwierzyńca, więc choć nigdy nie byłem zbytnim entuzjastą maskownic, to tym razem dla świętego spokoju akurat na wysokotonowych falowodach Perlistenów takowe bym zalecał. Po co bowiem kusić los i generować niepotrzebne wydatki. Z kolei para najbliższych wysokotonowcom 18 cm wooferów odpowiada za reprodukcję średnicy i basu a skrajne, o takiej samej średnicy, wyłącznie za najniższe składowe. Uwagę zwracają charakterystyczne szachownice membran owych 18-ek wykorzystujących materiał TexTreme, czyli sandwich dwóch warstw włókien karbonowych zapewniający nie tylko mniejszą o 30% masę, lecz również większą sztywność od konwencjonalnych karbonowych przetworników. Na potrzeby niniejszej recenzji nie próbowaliśmy wydłubywać maskownic chroniących tweetery, ale wierzymy na słowo producentowi, że również i one (tweetery, nie maskownice) z takowego przekładańca wykonano.
Ściany tylne niczym specjalnym nie intrygują. Ot bardzo porządne i zarazem na swój sposób biżuteryjne podwójne terminale głośnikowe plus tabliczka znamionowa wyczerpują temat. Za to uwagę zwraca biegnący wokół podstawy pas wykonany z metalowej siatki, gdyż choć na pierwszy rzut oka tego nie widać S7t są konstrukcjami wentylowanymi i właśnie tam ukryto dwa 8cm średnicy ujścia 50 cm kanałów bas refleks, które w razie potrzeby można zatkać dołączonymi w zestawie gąbkami. Jednak aby tego dokonać należy odkręcić płytę je zasłaniającą, do której po dokręceniu uzbrojonych w eleganckie kolce cokołów dostępu niestety nie ma. Jak się z pewnością Państwo domyślacie taka ekwilibrystyka rodzi pewne komplikacje, co z jednej strony wyklucza weryfikację wpływu zatyczek niejako „w locie”, lecz z drugiej nader skutecznie zniechęca zbyt nadpobudliwe jednostki do ciągłego kombinowania.
Skrzynie wewnątrz są bardzo mocno wytłumione i dodatkowo wzmocnione kilkoma wieńcami w obu wymiarach, co biorąc pod uwagę gabaryty samych obudów przy jednoczesnym braku ich podziału na dedykowane poszczególnym sekcjom komór wydaje się nie tyle logiczne, co wręcz konieczne.
Niezwykle ciekawie przedstawia się rozkład częstotliwości obsługiwanych przez poszczególne drajwery, bowiem już w sekcji wysokotonowej mamy pierwszy podział przypadający na 4,5kHz powyżej którego pracuje główna – berylowa jednostka, dopiero od ww. wartości wspierana do 1,3 kHz parą TPCD. Mid-wooferom przypadł zakres 1,3kHz – 700Hz a poniżej do akcji wkraczają już basowce i nie wypuszczają pałeczki aż do samego dołu. Od strony elektrycznej Perlisteny dalekie są od egzotyki i kontrowersji, co z jednej strony szalenie cieszy a z drugiej jest nader jasną wskazówką, że podczas ich projektowania konstruktorzy w ramach grupy docelowej, znaczy się potencjalnych odbiorców brali pod uwagę nie tylko dysponujących przysłowiowymi „spawarkami” ortodoksyjnych – stereofonicznych audiofilów, lecz również wielokanałowo zorientowaną brać kinodomowców, gdzie jak wiadomo może i Waty są liczone w setkach, jednak już wydajność prądowa ma w sobie więcej z marketingu aniżeli fizyki. Dlatego też mamy w tym wypadku do czynienia z 92.2dB skutecznością przy 4Ω (3.2Ω min.) impedancji, czemu powinny podołać nawet zintegrowane amplitunery A/V ze średniej półki, choć warto mieć na uwadze rekomendacje producenta sugerującego napędzanie 7-ek piecami dysponującymi mocą z przedziału 100 – 600W i nieco uchylając rąbka tajemnicy śmiem twierdzić, że jest do baaardzo słuszna koncepcja. Dlatego też przymierzając się do budowania wielokanałowego systemu uciech wszelakich rozsądnym wydaje się dokooptowanie do pracujących na froncie 7-ek przynajmniej czegoś w stylu topowych dzielonek ze stajni Denona, Marantza, czy Yamahy.
Dość jednak teorii i pozwalających ledwie, bądź wręcz wcale nie określić sygnatury brzmieniowej Perlistenów, czysto akademickich dywagacji. Nieważne bowiem co i w jakiej ilości w nich siedzi, ile czasu poświęcono na dogłębne analizy, wirtualne modele i obliczenia zdolne zawstydzić jajogłowych z NASA, lecz jak grają, bądź są w stanie zagrać. A są nie tylko w stanie, co z dziką radością grają dosłownie wszystko – od cyzelowania każdego, powolnie sączonego, eterycznego dźwięku na onirycznym „Aerial Objects” Simona Goffa i Katie Melua, poprzez pulsujący soczystym rytmem i sprofanowany „plastikowymi klawiszami” dość trudny do strawienia dla mnie – starego wiernego fana „ID.Entity” Riverside, po powodujący stany lękowe „Colors II” Between The Buried And Me, czyli iście karkołomne połączenie death, metalcore i progresywnego rocka. Jak na dłoni, czy wręcz srebrnej tacy widać / słychać różnice w realizacji, gdzie i komu suwak z kompresją poleciał za bardzo w górę a gdzie próbowano sklejać nie do końca pasujące do siebie nuty. Jednak zamiast piętnować i epatować potknięciami Perlisteny obiektywnie i bez złośliwości informują o fakcie ich istnienia, ocenę pozostawiając słuchaczowi. Są przy tym onieśmielająco prawdomówne i transparentne. Wydają się wręcz nie posiadać własnej sygnatury, gdyż góry jest dużo o ile tylko obfity w nią materiał im dostarczymy i mało, gdy takowej strawy zabraknie. Średnica zachwyca komunikatywnością, lecz zarazem nie sposób mówić o jej wypychaniu przed szereg, bądź „magicznym” dopaleniu wzorem co poniektórych lampowców, czy A-klasowych tranzystorów. Na dobrych i bardzo dobrych realizacjach doskonale odwzorowana zostaje siła emisji oraz artykulacja wokali z pełną paletą wszelakich ozdobników, oraz ekspresją sybilantów a na tych „dobrych inaczej” ich namacalność przechodzi w nienachalność. Posłuchajcie Państwo chociażby „Symphonici” George’a Michaela, czy highlightów z „Verdi: Il Trovatore” z Pavarottim a nagle odkryjecie, że do pełni szczęścia bynajmniej nie jest potrzebna słodycz i wspomniana „magia” a realizm na możliwie najwyższym poziomie. Podobnie sprawy mają się z basem, bo nie sztuką jest przekonywać naiwnych, że liczy się jakość a nie ilość, albo wręcz przeciwnie, że to właśnie ilość robi efekt Wow! Nic z tych rzeczy. Kolumny bowiem nie są od tego, by cokolwiek interpretować, coś od siebie dodawać, bądź dla siebie zatrzymywać, gdyż nie taka jest ich rola i ową tajemną wiedzę ekipa z Verony nie tylko posiadła, co zdołała wdrożyć w życie. Proszę tylko sięgnąć po „Tsuzumi” Kodo, by odkryć jak zróżnicowany i jak niezwykle barwny a zarazem w jakże odmienny sposób może być definiowany bas. Jak na długość jego wybrzmienia wpływa zarówno średnica samego bębna, jak i siła z jaką i czym potraktujemy jego naciąg. Aby jednak tej różnorodności nie tylko doświadczyć, lecz również sam fakt istnienia przyjąć do wiadomości i uznać za swoisty standard a może wręcz konieczność trzeba na spokojnie i najlepiej kilkukrotnie powyższego i podobnych mu wydawnictw na tytułowych kolumnach posłuchać a potem spróbować konkurencyjnych rozwiązań. Dopiero wtedy jasnym stanie się jak mocno ingerują one w natywny materiał i jak niewiele z nimi wspólnego mają dające „świadectwo prawdy” S7t. Zamiast bowiem monotonnie łupać przewalonym basiszczem, bądź po odfiltrowaniu najniższych składowych skupiać się li tylko na wyższych częstotliwościach oferują one (niemalże) pełne, prowadzone z restrykcyjną liniowością pasmo. Nie będę w tym momencie zaklinał rzeczywistości i twierdził, że niżej już zejść się nie da – stąd owe „niemalże”, bo jak najbardziej da, co nader bezpardonowo udowadniają m.in. nasze redakcyjne Gaudery, jednak jak na tak bądź co bądź kompaktowe podłogówki osiągi tytułowych gościń muszą budzić i budzą w pełni zrozumiały podziw i szacunek. Ponadto pomimo swoich mało „monitorowej” rozmiarówki nie mają najmniejszych problemów ze znikaniem z wirtualnej sceny. Ba, robią to na tyle skutecznie, że są w stanie zawstydzić niejedną, właśnie podstawkową konstrukcję, co tylko dobrze świadczy o ich niezwykle przemyślanym i precyzyjnym zestrojeniu.
Dzięki swej niezwykłej rozdzielczości i precyzji Perlisteny wydają się być audiofilską metaforą, odpowiednikiem szwajcarskiego bądź japońskiego (oba obozy mają swoich zagorzałych zwolenników i nie mi decydować któremu obozowi należy się palma pierwszeństwa) czasomierza w wersji skeleton, gdzie każdy, nawet najmniejszy trybik jest widoczny, lecz nie skupia na sobie uwagi, gdyż karnie przyjmuje rolę niezbędnej, acz li tylko jednej z wielu składowych większej całości. Śmiało można wręcz uznać, iż S7t niejako na nowo definiują rozdzielczość na tym i nie tylko na tym pułapie cenowym, bo lepiej oczywiście się da, jednak aby owo lepiej osiągnąć trzeba (niestety) szukać wśród konstrukcji uzbrojonych w diamentowe tweetery i to bynajmniej nie te stosowane np. przez B&W a m.in. Rolanda Gaudera w serii Berlina. Chodzi bowiem o możliwość usłyszenia dosłownie wszystkiego takim jakim faktycznie jest – zarówno bez jakichkolwiek oznak zmiękczenia i uplastycznienia, jak i sztucznego wyostrzenia, przejaskrawienia. O trafienie w punkt z definicją konsystencji i konturu źródła pozornego z iście laserową precyzją zawieszonego w przestrzeni, czyli poza wymiarem szerokości i głębokości do głosu dochodzi również wysokość i to nie liczona od podłogi naszego pokoju odsłuchowego a tej wirtualnej – kreowanej w ramach sceny na jakiej rozgrywa się muzyczny spektakl. Dlatego też perfidnie posłużyłem się dwoma diametralnie różnymi pod względem umiejscowienia orkiestry przykładami, bowiem George Michael raczył był występować przed towarzyszącą mu orkiestrą a z kolei Lucciano Pavarotti za i w dodatku nad orkiestronem, czego S7t nie omieszkały wiernie odwzorować odpowiednio ustawiając optykę obu spektakli. Trzeba jednak otwarcie i szczerze powiedzieć, że powyższe informacje dotyczące niuansów realizacyjno – wykonawczych nie są rzucane nam prosto w twarz, nie są ekstrahowane i wyrywane z kontekstu i serwowane w postaci suchych danych. O nie, wbrew pozorom Perlisteny pomimo całej swojej liniowości nawet na moment nie zbliżają się do laboratoryjno-prosektoryjnej analityczności i choć można zauważyć u nich zdolność iście studyjnej prawdomówności, co akurat w tym wypadku uznaję za jedną z ich głównych zalet, to udaje im się zachowywać wręcz idealną równowagę pomiędzy yin i yang, gdzie detal nie może istnieć bez melodii a muzyka bez pojedynczych dźwięków.
Reasumując. Perlisteny S7t nie są ani najlepszymi, ani tym bardziej najdroższymi kolumnami jakich dane mi było na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza czy to li tylko słuchać, czy też mieć przyjemność testować. Są jednak jednymi z najrzetelniej – najprawdziwiej brzmiących a tym samym wręcz obsesyjnie przeze mnie pożądanych. Oferują bowiem brzmienie tak realistyczne, że przekraczają magiczną barierę rozdzielającą obserwację reprodukcji danego materiału od uczestnictwa, tzn. broń Boże nie chodzi o nieudolne próby brzdąkania na gitarze, czy fortepianie a jedynie bierne śledzenie jego powstawania, lecz z poczucie bycia tam i wtedy. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo jak to jest, gdy każdy album brzmi jak „na żywo” niezależnie od tego, czy jest to klasyczna koncertówka, czy też zbiór studyjnych sesji, to zainteresujcie się Perlistenami S7t. Tylko lojalnie ostrzegam, że jest to bilet w jedną stronę, po którego zakupie nie ma już powrotu. I w tym momencie nie pozostaje mi nic innego jak tylko podziękować za uwagę i bardzo przepraszam, ale muszę kończyć, gdyż właśnie rozglądam się za kolejnym etatem, dzięki któremu S7t w wykończeniu Ebony Natural w … bliżej nieokreślonej przyszłości będą mogły zagościć u mnie na stałe.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Rafko
Producent: PerListen Audio, LLC
Cena: 95 990 PLN (black/white piano); 109 990 PLN (Piano Ebony); wersje na zamówienie (czas realizacji 4-6 miesięcy): forniry Cherry Natural, Black Cherry Natural, Ebony Natural, Ebony High Gloss, lakiery z palety Pantone
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dane techniczne:
Konstrukcja: 4-drożna, bass reflex / acoustic suspension
Zastosowane przetworniki:
– DPC-Array: 28mm kopułka berylowa; 2 x 28mm kopułka TexTreme TPCD
– Woofery: 4 x 180mm TexTreme TPCD
Skuteczność: 92.2dB / 2.83v / 1.0m
Impedancja: 4Ω nominalna / 3.2Ω min.
Pasmo przenoszenia (+/-1.5dB): 80 – 20kHz
Pasmo przenoszenia (-10dB): 22 – 37kHz (Bass reflex); 32 – 37kHz (Acoustic suspension)
Rekomendowana moc wzmacniacza: 100 – 600W RMS
Wymiary (W x S x G): 1295 x 240 x 400mm
Waga: 55.7 kg
Najnowsze komentarze