Opinia 1
Skoro od minionego Audio Video Show minęło ponad pół roku wydawać by się mogło, że wszystko, co tam udało nam się wypatrzyć zdążyliśmy już nie tylko przesłuchać, co wręcz o tym zapomnieć. Jak jednak dowodzi niniejsza epistoła niektóre rzeczy muszą dojrzeć i trafić na swój czas. Tak też było z intrygującą nowinką w portfolio rodzimej manufaktury WK Audio, która choć złapała nas za oko i ucho, to już uzgadniając termin dostawy a to trafiała na przedświąteczne zamieszanie, istną klęskę urodzaju wszelakiej maści zalegających u nas kabliszczy, czy też wymagającą pilnego rozładowania kolejkę. A że nie mamy zwyczaju brać czegokolwiek na testy tylko po to, by zarastało gdzieś w kącie kurzem i pajęczynami umówiliśmy się z Witkiem Kamińskim (założycielem i właścicielem marki), że gdy tylko na horyzoncie pojawi się jakieś „okno pogodowe” wrócimy do tematu. I skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, że takowe okoliczności przyrody koniec końców nadeszły, a tym samym pierwszy i zarazem topowy przewód głośnikowy TheRed Speakers z katalogu WK Audio trafił pod nasze dachy i finalnie możemy się z Państwem podzielić naszymi wybitnie subiektywnymi refleksjami.
Jak mam nadzieję zarówno z powyższych zdjęć, jak i stosowanej przez plichtowskiego wytwórcę nomenklatury jasno wynika TheRed Speakers są … czerwone. Znaczy się takie umaszczenie posiada tekstylna plecionka z której wykonano ich zewnętrzny peszel ochronny. Na tle dotychczas przez nas testowanego ich zasilającego rodzeństwa uwagę zwraca odejście od masywnych aluminiowych muf i splitterów na rzecz zdecydowanie lżejszych – drewnianych odpowiedników. W dodatku producent w celu przeciwdziałania pasożytniczym wibracjom sięgnął po nad wyraz rzadko stosowaną w Hi-Fi a świetnie radzącą sobie np. w modelarstwie balsę, więc kończące krwiste przebiegi kostki warto traktować z odpowiednią troską i atencją, gdyż jest to bardzo miękki gatunek drewna a tym samym charakteryzujący się dość iluzoryczną odpornością na wszelakiej maści wgniecenia i zadrapania. A właśnie, skoro o drewnie mowa, to wypada wspomnieć, iż TheRed do końcowego odbiorcy docierają w imponujących rozmiarów, suto wyściełanych szarą gąbką skrzyniach ze sklejki, które na powyższą sesję zdjęciową z racji pozyskania na testy demonstracyjnego, krążącego w okolicy na testach, zestawu się nie załapały, lecz które można było podziwiać m.in. na ostatnim Audio Video Show. Pod względem budowy TheRed Speakers oparto o miedź wysokiej czystości i 4 mm² przekroju żył roboczych. Co istotne żyły dodatnią i ujemną nie tylko odseparowano stosując ich osobne przebiegi („+” i „-” są odrębnymi przewodami), lecz posiadają również różną budowę. Pod względem ergonomicznym TheRed-y są nad wyraz wdzięczne do układania a na tzw. macanta da się wyczuć, iż pod czerwoną koszulką żyły sygnałowe prowadzone są wewnątrz jakiejś niezwykle lekkiej i sprężystej otuliny (wata poliestrowa lub jedwabna, jaką w swojej ofercie ma np. Acoustic Revive – PSA-100?). Przewody zakonfekcjonowano topowymi widłami Furutech CF-201 NCF (R) a na życzenie możliwa jest dowolna konfiguracja końcówek widły/banany.
Skoro tytułowe okablowanie dotarło do nas prosto z placu boju, gdzie potencjalni nabywcy wyciskali z niego ostatnie soki, uznaliśmy iż sam proces akomodacji i wygrzewania możemy ograniczyć do niezbędnego minimum. Ot dzień-dwa na ostudzenie emocji, wyrównanie potencjałów i oswojenie się z dość absorbującym kolorystycznie, jakże różnym od dyżurnego, kłębowiskiem za kolumnami. Kiedy jednak z głośników popłynęły pierwsze nieśmiałe dźwięki iście apokaliptycznego w swej dalszej części albumu „Modern Primitive” szalonych Greków z Septicflesh jasnym stało się, że TheRed-y jeńców brać nie zamierzają, jak i w sposób niezwykle bezpardonowy wytrącają z rąk kablosceptyków dyżurny argument, jakoby kabli nie słychać, bo obecność „czerwieńców” WK Audi była słyszalna na równi z ich fizyczną i widoczną gołym okiem egzystencją w moim systemie. W telegraficznym skrócie ową obecność potwierdzały niezwykła ekspresja i żywiołowość przekazu, podkreślenie niższej średnicy i istne turbodoładowanie najniższych składowych. A było co podkręcać, gdyż warto mieć na uwadze fakt, iż na ww. krążku otrzymujemy potężną dawkę bezkompromisowego Death Metalu suto okraszonego nie wygrzebanymi z pamięci syntezatorów samplami a najprawdziwszą symfoniką w wykonaniu FILMharmonic Orchestra of Prague i chórów tak złożonych z dorosłych, jak i dzieci. Krótko mówiąc to materiał, który niezbyt często ma szansę gościć na wszelakiej maści targach, wystawach i innych tego typu audiofilskich prezentacjach. A szkoda, bo co jak co, ale działa niczym potężne sito odsiewające ziarno od plew i zasługujące na miano high-endu systemy zdolne zagrać wszystko od zwykłych ładnie opakowanych wydmuszek, których kres możliwości dynamicznych wyznaczają wymuskane smęty, gdzie bas kończy się na partiach tamburynu a fortepian zazwyczaj zastępuje pianola, bądź klawesyn. A tu mamy pełne spektrum dynamiki, odważne skraje pasma, szeroki wachlarz krzyków i wrzasków, rozmach wielkiej symfoniki połączony z brutalnością ostrych gitarowych riffów i perkusyjnych blastów zdolnych przytkać każde słabe ogniwo nie do końca przemyślanych systemów. A z TheRed-ami nie dość, że o żadnej katarakcie mowy nie było, to jeszcze wzrosła drożność systemowego krwioobiegu a z głośników dobiegały dźwięki o takiej spontaniczności, że profilaktycznie zacząłem sprawdzać, czy przypadkiem dostawca energii w ramach weekendowej promocji nie zwiększył napięcia. Co ciekawe, wzrost „wygaru” nie szedł w parze czy to z ofensywnością, czy też przybliżeniem pierwszych planów, więc nie trzeba było profilaktycznie cofać zastawy z obawy o zbytnie zainteresowanie serwowanymi smakołykami ze strony wykonawców. Scena kreowana była od linii głośników w głąb a gradacja planów przebiegała nad wyraz harmonijnie bez zbytniego podkreślania konturowości ulokowanych tamże źródeł pozornych. Nie oznacza to co prawda iście impresjonistycznych plam i mazajów zamiast muzyków z krwi i kości, ale rodzime przewody dalekie są od zbytniego wyostrzania w stylu najnowszych wielkoekranowych wyświetlaczy ustawionych w trybie demonstracyjnym.
Zmiana repertuaru na nieco bardziej cywilizowany, czyli „The Gathering” Geri Allen z jednej strony pokazała liryczne oblicze tytułowych głośnikówek a z drugiej jasno dawała do zrozumienia, że jeśli tylko w reprodukowanym materiale jest sekcja rytmiczna, to nie ma opcji, by jej w autorski i co tu dużo mówić atrakcyjny sposób nie wyeksponować. I tak też było tym razem, gdzie zarówno zestaw perkusjonaliów, bas, jak i fortepian leaderki charakteryzowały się wręcz zaraźliwą motoryką i świetnym timingiem a dęciaki czarowały złotą soczystością brzmienia. Pojawiła się jakaś niezwykła, niemalże „lampowa”, koherencja i świadomość, że choć dźwięk śmiało można uznać za nieco może nie tyle przyciemniony, co skupiony na średnicy i basie, to przecież górnych rejestrów wcale nie brakuje. Ba, są wręcz podane z odwagą i świetną rozdzielczością, lecz z racji swej gładkości i kremowości nie ranią uszu i nie wyrywają się przed szereg.
Może i TheRed Speakers są debiutantami w dotychczas zdominowanym przez okablowanie zasilające i akcesoria antywibracyjne portfolio WK Audio pod względem przesyłu sygnałów audio, jednak absolutnie nie dziwi mnie fakt, że zamiast nieśmiało przebijać się do świadomości odbiorców z mniej, bądź bardziej budżetowego poziomu Witek Kamiński postanowił od razu zaatakować audiofilski Olimp. Bowiem, po tym, co dane mi było usłyszeć w trakcie ich testowania śmiało można uznać, iż TheRed Speakers są do szpiku kości high-endowymi przewodami tak pod względem dynamicznego a zarazem wyrafinowanego brzmienia, jak i detali konstrukcyjnych począwszy od dobranego na drodze odsłuchów gatunku drewna do antywibracyjnych „kostek” po iście biżuteryjną konfekcję topowymi Furutechami.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jeśli w miarę regularnie śledzicie nasze zmagania z materią audio, z pewnością znacie tytułowego plichtowskiego producenta okablowania WK Audio. W swoim portfolio ma już kilka ciekawych pozycji z działu zasilania serii The Air, The One oraz The Red, które w lwiej części znakomicie sprzedają się na świecie. Jednak nie oszukujmy się, świat światem, ale dobrze byłoby, gdyby podobny stan rzeczy nabrał odpowiednich rumieńców również na rodzimym rynku. Dlatego też gdy do życia zostaje powołana kolejna konstrukcja, producent nie zapomina o rodakach i organizuje stosowne sesje testowe. Takim to sposobem po ciekawym mitingu z nowatorsko wyglądającym, bo równolegle do siebie prowadzącym poszczególne wiązki kablu sieciowym, tym razem zmierzymy się z kontynuującym szkarłatną linię produktową przewodem kolumnowym WK Audio TheRed Speakers.
Jak obrazują fotografie, ww. model nie jest typową, zintegrowaną w jedną całość konstrukcją. W tym przypadku mamy do czynienia z prowadzeniem sygnału plusa i minusa osobnym przebiegiem. Mało tego. Każda z żył oprócz zastosowania autorskich rozwiązań splotu wysokiej czystości miedzi, sposobu izolowania oraz zabezpieczenia antywibracyjnego może pochwalić się dodatkowo nieco innym konstrukcją wewnętrzną. Jak to dokładnie wygląda, jest słodką tajemnicą producenta, jednak jedno jest pewne, obydwie żyły nie są bliźniacze. Każdy z drutów w miejscu zmiany średnicy przewodu z grubego w kolorze wyrazistej czerwieni na cienki w opalizującej czerni został uzbrojony w wygaszającą wibrację kostkę z balsy. Jeśli chodzi o terminację, w przypadku testowego modelu widać najnowszą wersję widełek japońskiego Furutecha CF-201 NCF (R). Tak prezentujące się przewody w drogę do klienta pakowane są w wyściełaną gąbką, elegancką sklejkową skrzyneczkę ze stosownym certyfikatem oryginalności.
Jakimi cechami może pochwalić się tytułowy kabel kolumnowy? Zanim do tego dojdę, pragnę zaznaczyć, iż w mojej opinii jest to najlepsza konstrukcja rodzimego producenta. A powodem jest zadbanie o otworzenie się dźwięku na dole i górze. Sieciówka z tej serii również była bardzo dobra, jednak na tle głośnikowców w znacznie większym stopniu skupiała się na pokazaniu centrum pasma. Tymczasem dzisiejsza konstrukcja konsekwentnie krocząc drogą przyjemnego w odbiorze podkręcania emocji w projekcji średnicy – naturalnie odnoszę się do kabla zasilającego, dorzuciła do prezentacji oddech i konsensus ilościowy basu w stosunku do wspomnianej średnicy. Dla mnie granie zrobiło się bardziej równe, czyli każdy podzakres miał swoje tak sam udział w pokazaniu spektaklu muzycznego. To było znakomite posunięcie, bowiem w momencie podkręcania energii samej średnicy czasem dobrze zrealizowane płyty mogłyby pokazać się ze strony lekkiej nadwagi. Spokojnie, nie w stylu męczącego buczenia lub buły, tylko delikatnego uśrednienia zawartych w nim informacji. Tymczasem puszczenie wodzy w prezentacji najwyższych rejestrów pozwoliło nawet najbardziej dopieszczonemu materiałowi pokazać się z pełnią witalności. A to dopiero połowa fajnego feedbacku wpięcia tytułowego kabla, gdyż podobne, czyli pozytywne ruchy zauważyłem na drugim biegunie pasma akustycznego. Otóż bas nie tylko zyskał na zejściu, to przy okazji oferował niezbędną wielobarwność i szybkość. Dzięki temu system nie miał najmniejszych problemów z pokazaniem najważniejszych cech jakiejkolwiek muzycznej opowieści. Czy to pełne natchnienia jazzowe misteria spod znaku Adama Bałdycha „Brothers”, gdzie dobrze doprawiony w całym pasmie zestaw znakomicie pokazywał nie tylko targające muzykiem emocje podczas przelewania na pięciolinię nawet pojedynczej nuty, ale również zjawiskową wirtuozerię obsługi przecież niełatwych do opanowania skrzypiec, czy brutalne ataki rozwydrzonych, skądinąd bardzo lubianych przeze mnie, dosłownie walczących o swoje pięć minut na scenie z charyzmatycznym wokalem frontmena gitar grupy AC/DC „Highway To Hell”, każdy sposób wyrażania swojego ja za pomocą zapisów nutowych, dzięki estetyce grania testowanych kabli głośnikowych bez problemu wprowadzały mnie w najdrobniejsze meandry swojego bytu. To dwa różne światy, które według prawd objawionych potrzebują nieco innego dopieszczenia, tymczasem nasz bohater udowodnił, że wystarczy zagrać równo w całym pasmie, by być spokojnym o dobry wynik soniczny. Dlatego na samym wstępie zaznaczałem, że dla mnie z całej rodziny ten model kabla jest najlepszy. To nie oznacza oczywiście, ze reszta jest zła lub słaba, tylko nie tak uniwersalna. Stawianie na konkretne cechy dźwięku – nawet delikatne, finalnie w niektórych zestawach może wypaść różnie, tymczasem jak tytułowy TheRed Speakers równe pokazywanie pełnego spektrum częstotliwości sprawia, że potencjalna porażka oscyluje w granicach błędu statystycznego. Na tyle małego, że nawet moja układanka po wypięciu japońskiego Furutecha nie zgłaszała najmniejszych problemów jakościowych, a jedynie informowała o nieco innym, a nie gorszym podejściu do drobnych aspektów prezentacji.
Czy wyartykułowane w powyższym opisie cechy pozwalają mi polecić naszego bohatera każdemu miłośnikowi muzyki? Powiem tak. Gdybym tak nie sądził, nie sformułowałbym aż tak tendencyjnego pytania. Pytania, które w tej lub innej formie i tak musiałoby paść. A że te kilkanaście dni z WK Audio TheRed Speakers jasno pokazało, że równe granie zawsze się obroni, z wygłoszeniem takiej formy zachęty nie miałem z najmniejszego problemu. Czy każda próba będzie sukcesem? Niestety nie. Powód? Banalny. Po prostu czasem tak pokrętnie zestawimy swoje zabawki, że bez ratunku w stylu dociążania tudzież odchudzania dźwięku się nie obejdzie. Niestety – w dobrym tego słowa znaczeniu – najważniejszą cechą naszego bohatera jest równe granie, co wielu „kwadratowym” dźwiękowo zestawom może nie wyjść na dobre. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, wina będzie leżeć po stronie gospodarza, a nie gościa.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiopunkt
Producent: WK Audio
Cena: 12 000 € / 2 x 2,5m
Opinia 1
Po dawnym flagowcu (BP-5000) oraz jego nieco niżej urodzonym rodzeństwie ze „starego katalogu” (BP-2400) przyszła pora na przedstawiciela najnowszej generacji tajwańskich kondycjonerów. W dodatku mowa o najmniejszym z ww. stawki, acz przypisanym do mającej być niejako „nową jakością” linii Ultimate – IQRP-1500. Od razu jednak nadmienię, iż o ile na tle wcześniej u nas goszczących uzdatniaczy pozyskiwanego „ze ściany” prądu spod znaku Balanced Isolation Power Conditioner nasz dzisiejszy gość prezentuje się nad wyraz mało absorbująco, to w rodzinie Isolated Quantum Resonance Power Conditioner znajdziemy jeszcze mniejszy model – IQRP-800, oraz większy IQRP-3600. Krótko mówiąc przyjdzie nam się zmierzyć z tzw. ofertą środka. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo czymże tym razem uszczęśliwiła nas ekipa łódzkiego Audiofastu nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaprosić Was do dalszej lektury.
Na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, że IQRP-1500 po swoim protoplaście – BP-1200 odziedziczył, z drobnymi, wręcz kosmetycznymi zmianami, masywny korpus ze szczotkowanych aluminiowych profili. Jeśli jednak mielibyśmy oba modele porównywać z iście aptekarską dokładnością wypadałoby wspomnieć iż młodszy gagatek jest o niemalże 5cm głębszy od swojego poprzednika. Ponadto, co z resztą od razu rzuca się w oczy, wzbogacenie płyty frontowej nie tylko o złoty, ozdobny szyld, lecz również informujące o napięciach w obu strefach, o których dosłownie za chwilę, trzyznakowe czerwone wyświetlacze. Całe szczęście i zgodnie z logiką nic a nic nie kombinowano z ergonomią, więc urządzenie uruchamiamy ulokowanym w lewym dolnym narożniku niewielkim przyciskiem a status jego pracy odczytamy z pomocą dwóch niewielkich diod. Pozytywne zmiany można zaobserwować również na plecach, gdyż zamiast tak jak u poprzednika czterech, tym razem do dyspozycji mamy sześć gniazd wyjściowych podzielonych na dwie strefy – pierwszą (300VA) dwugniazdową dedykowaną odbiornikom cyfrowym i drugą (1200VA), czterogniazdową przeznaczoną do obsługi urządzeń analogowych. Rozbudowa wachlarza interfejsów wpłynęła na główne gniazdo zasilające, które ze standardowej 16A wersji ewoluowało do akceptującej większe obciążenia postaci IEC 320 / C20 (20 A).
Za zmianami natury aparycyjnej poszły oczywiście modyfikacje trzewi, które objęły nie tylko serce Kecesa, czyli odpowiedzialny za symetryzację napięć wyjściowych, mocniejszy (1500 vs. 1200VA), zamknięty w szczelnym sarkofagu transformator toroidalny, lecz również objawiają się pojawieniem pewnego novum, czyli przywracający naturalną częstotliwość ziemi generator Schumanna. Jeśli kogoś w tym momencie ów moduł zainteresował i zastanawia się z czym to się je i co owe ultra niskie częstotliwości, poza ogólnym błogostanem domowników ich działaniu poddawanym, dają odsyłam do naszych wcześniejszych wynurzeń o Acoustic Revive RR-777.
Przechodząc do opisu wpływu na brzmienie mojego systemu tytułowego kondycjonera jasnym było, iż z racji obsługiwanych przez niego obciążeń aplikacja w jego zadek przewodu prowadzącego do mojego dyżurnego 300W, a ponadto charakteryzującego się silną reakcją alergiczną na wszelakiej maści filtrację, Vitusa niekoniecznie owocować będzie postrzeganiem zachodzących zmian w kategoriach wartości dodanych, dlatego też amplifikację pozostawiłem w spokoju bezpośrednio (znaczy się z użyciem Gargantui II) wpiętą w gniazdo ścienne Furutech FT-SWS-D (R) NCF a resztę mojej misternej układanki przepiąłem z listwy Furutech e-TP60ER w Kecesa. Efekt? Przede wszystkim bezsprzecznie zauważalny i na tyle jednoznacznie definiowalny, że od pierwszych taktów wiadomo, czy będzie nam z azjatyckim kondycjonerem po drodze, czy też kontynuować będziemy poszukiwania i pogoń za metaforycznym króliczkiem. Chodzi bowiem o to, że IQRP-1500 nawet nie próbuje ukrywać własnej obecności i tak jak raczej nikt z użytkowników nie będzie go wstydliwie chował za szafką, tak on sam po uruchomieniu komunikuje odbiorcy fakt swej egzystencji. Podążając zgodną z poprzednikiem drogą koherencji, wysycenia i przyjemnej , synonimicznie „analogowej” krągłości idzie jednak w jeszcze większą gęstość i aksamitność. W rezultacie wszelkie krzyki i wrzaski, jakże umiłowane przez wiernych słuchaczy najbardziej brutalnych odmian metalu nabierają ogłady, seksownej zmysłowości a większość dotychczas raniących zmysły dźwięków prezentowana jest w zaskakująco ucywilizowanej formie na tle piekielnie czarnego i pozbawionego najmniejszych oznak zaszumienia tła. Czy taka metamorfoza jest zgodna z oryginałem? Niekoniecznie. Czy może się podobać? Zdecydowanie tak, gdyż zwiększając komfort odsłuchu jednocześnie wydłuża jego czas i poszerza, bądź wręcz odkurza repertuar do tej pory, z racji swej realizacyjnej ułomności obrastający pajęczynami w najgłębszych zakamarkach naszych płytotek, lub znajdujący się poza obszarem zainteresowań. Skoro bowiem black/thrash/punkowy album „Sociopathic Regression” litewskiego one man bandu Fuck Off And Die! był w stanie wybrzmieć od pierwszej do ostatniej nuty, to przynajmniej jeśli chodzi o muzykalność tajwańskiego uzdatniacza możemy być pewni, że w rubryce z oceną finalnie wyląduje celująca. Podobne, w pełni zasłużone superlatywy należą mu się za ww. aksamitnie czarne tło, dzięki czemu gradacja planów w głąb sceny prowadzona jest nad wyraz spójnie aż do najdalszych rzędów. Jak się łatwo domyślić jest i druga strona medalu, czyli pewien kompromis jeśli chodzi o witalność, konturowość i otwartość dźwięku, więc jeśli ktoś przyzwyczaił się do nieco chłodniejszego, czy wręcz analitycznego sposobu prezentacji w stylu świetnego „Vägen” Tingvall Trio i tożsamego z nim brzmienia własnego systemu, to aplikacja Kecesa nie tylko znacząco podniesie temperaturę i stopień saturacji, lecz również nieco z mniejszym pietyzmem będzie akcentować aurę pogłosową i efekty przestrzenne. Całe szczęście do typowego efektu „koca” na głośnikach będzie jeszcze daleko, lecz osoby dysponujące nieco przetłumionymi pomieszczeniami powinny mieć się na baczności. Nie ma też co się spodziewać znanego z BP-5000 efektu turbodoładowania i przyrostu dynamiki, więc nie jest to panaceum na zbytnią ospałość, czy misiowatość najniższych rejestrów.
W ramach podsumowania wypada mi tylko napisać, iż KECES IQRP-1500 powinien świetnie sprawdzić się zarówno w towarzystwie urządzeń o niezbyt imponującym apetycie energetycznym, jak i tam, gdzie niemalże „wieje chłodem” a w dążeniu do transparentności nieopatrznie ktoś wdepnął w zbytnią analityczność. Tytułowy kondycjoner zapewni tamże nie tylko prądowy dobrostan wpiętym weń urządzeniom, lecz i dociąży oraz umuzykalni ich brzmienie, co w większości przypadków powinno im wyjść na dobre.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak wiadomo, bez dobrego zasilania możemy zapomnieć o dobrym dźwięku. To jest segment naszej zabawy na tyle determinujący finalny wynik brzmieniowy zestawu audio, że stawiam go na równi – jeśli nawet nie wyżej – z akustyką i wszelkimi akcesoriami towarzyszącymi całemu procesowi strojenia naszych układanek. Zarzucając dopieszczenie tej sprawy zwyczajnie będziemy błądzić we mgle. Jak o to zadbać? Jestem wręcz pewien, iż w pierwszej kolejności wielu z Was prawdopodobnie wywoła do tablicy okablowanie. Tymczasem zanim dotarłbym do doboru sieciówek dla poszczególnych komponentów, jako startowego dawcę energii elektrycznej widziałbym odpowiednią listwę zasilającą, lub tak jak w dzisiejszym spotkaniu kondycjoner zasilania. I nie chodzi o niezbędną ilość gniazdek – choć i to w wielu przypadkach jest jednym z najważniejszych tematów do rozwiązania – tylko ustalenie pewnego poziomu jakości życiodajnych elektronów już u źródła. Tym bardziej, że tak, jak w przypadku naszego bohatera będziemy bawić się kondycjonerem, czyli mówiąc kolokwialnie „poprawiaczem” prądu. Czym konkretnie? Markę znacie, gdyż mieliśmy u siebie jej dwa modele z nieprodukowanej już serii, czyli Keces Audio. Ten natomiast podążając za rozwojem technologicznym, ostatnimi czasy powołał do życia nowe konstrukcje kondycjonujące prąd, z portfolio których, dzięki łódzkiemu AudioFastowi do naszej redakcji trafił model Keces Audio IQRP-1500.
Tytułowy bank energii elektrycznej jest sporej wielkości, wykonanym z grubego, wykończonego w czerni, szczotkowanego aluminium prostopadłościanem. Na tle typowej elektroniki nieco węższym i nieco płytszym, ale za to stosunkowo wysokim, co czyni go naprawdę postawnym. Front w celach wizualnych lekko zaoblono, a chcąc wykorzystać go jako dawcę istotnych dla nas informacji co dzieje się w danym momencie w urządzeniu, wyposażono w dwa wyświetlacze poziomu V w sieci dla każdego z dwóch wewnętrznych obwodów dedykowanych cyfrze i analogowi, guzik inicjacji pracy, dwie diody – stan włączenia i poprawność pracy urządzenia. Ale to nie koniec atrakcji na awersie, bowiem znajdziemy na nim prostokątne, złote logo marki oraz oznaczenia modelu i pełnej nazwy urządzenia. Jeśli chodzi no rewers, ten oferuje nam 6 gniazd schuko oddających już odpowiednio uformowaną energie elektryczną do konkretnych urządzeń, jedno C-20 pobierające ze ściany prąd do obróbki oraz przycisk bezpiecznika. Co bardzo istotne, IQRP-1500 daje do dyspozycji dwie sekcje zasilania, w postaci całkowicie odizolowanych od siebie, wspomnianych przed momentem dedykowanych cyfrze i analogowi (300VA i 1200 VA) – każda z innego, separowanego galwanicznie i filtrowanego uzwojenia wtórnego. Całość oferty dopina wbudowany wewnątrz generator fal Schumanna.
Dotarłszy do akapitu o działaniu rzeczonego ustrojstwa należy zadać dwa pytania. Pierwsze brzmi – „Czy zastosowanie omawianego kondycjonera miało sens?” Zaś drugie – „A jeśli tak, jaki soniczny feedback wniosło do prezentacji?”. Otóż odpowiadając na nie bez jakiegokolwiek naciągania faktów powiem, że to był dobry ruch. Ruch, który co prawda naturalną koleją rzeczy wypięcia dobieranej kilka lat temu idealnie brzmiącej dla mnie listwy, nieco przesunął finalne akcenty grania posiadanego zestawu w stronę większej esencjonalności, ale suma summarum nie sprawił przekroczenia dobrego smaku prezentacji. Muzyka pokazała więcej body, przez to stała się bardziej krągła, jednakże nadal był to spektakl pełen emocji. Na tyle fajnie kreujący świat słuchanych płyt, że kilka razy zderzyłem się z lepszym spojrzeniem na dotychczas bardzo dobrze znany mi materiał. Naturalnie w głównej mierze były to realizacje cierpiące na zbyt lekkie potraktowanie przez realizatora od strony masy, co powodowało braki w uzyskaniu odpowiedniej energii – choćby płyty grupy Slayer z przykładowym krążkiem „World Painted Blood”, ale o dziwo fajnie wypadały również płyty nagrane i zrealizowane dobrze – nie będę daleko szukał, tylko wspomnę ostatnio wydany rodzimy duet Leszek Możdżer & Adam Bałdych „Passacaglia”. Powodem takiego stanu rzeczy było umiejętne dozowanie rozmachu prezentacji i jej oddechu, co finalnie obydwu przywołanym przykładom pozwalało zachować pierwiastek drapieżności, a dzięki podkręceniu esencjonalności zyskać dodatkowy zastrzyk namacalności. Przybliżając grupę thrashmetalową chyba jasnym jest, że najwięcej dobrego omawiany kondycjoner wniósł w aspektach nasycenia wokalu i wszelkiego instrumentarium, które po tym działaniu stały się dobitniej wyraziste i niosące odpowiednie pokłady energii. Owszem, wcześniej muzycy również potrafili mnie do siebie przekonać, gdyż po serii jazzowych plumkań lubię czasem się obudzić i gdy emocjonalnie zatracę się w materiale, jego jakość nie ma znaczenia, ale jak udowodnił nasz bohater, po co się męczyć, gdy po nakarmieniu zestawu odpowiednio przygotowanymi elektronami od startu dostajemy coś fajnie brzmiącego. Z kopnięciem, plastyką i energią, dzięki czemu muzyka, a w tym przypadku wykrzyczany, wydrapany na strunach i wybity na bębnach z wirtualnej sceny bunt bardziej prawdziwie do nas przemawia. Nadal jest zamierzenie niemiły, bo taki powinien być, za to nosi cechy znacznie bliższe prawdziwego wykonu od strony namacalności źródeł pozornych. Odnosząc się zaś do wspomnianego duetu fortepianowo-skrzypcowego pierwszym na co chciałem zwrócić uwagę, było uniknięcie zbytniego rozpasania atrybutów artystów w domenie krągłości. Tak były bardziej soczyste, rysowane minimalnie grubszą kreską na bezkresnej scenie, ale dzięki utrzymaniu przez zestaw niezbędnego poziomu otwartości prezentacji nie traciły na mikrodynamice. To było działanie na tyle w punkt, że wizualizowały się w pokoju jakby na przysłowiowe wyciągnięcie ręki. A to tylko dodatek, gdyż w takiej muzyce najważniejsze są detale, czyli lotność i pokazanie najdrobniejszego niuansu wizualizowania w eterze każdego instrumentu, co mimo podkręcania atmosfery nasycenia przez ten model kondycjonera Kecesa nadal wypadało bardzo dobrze. Panowie cały czas popisywali się wirtuozerią swoich poczynań scenicznych i ani przez moment nie odniosłem wrażenia, że coś tracę. Estetycznie całość podania tej płyty w wersji cd i analogowej była inna niż mam na co dzień, jednak to było jedynie odmienne, a nie w jakimkolwiek stopniu ułomne spojrzenie na ten sam materiał. A przyznam szczerze, że po pierwszych minutach z ostrą jazdą bez trzymanki trochę bałem się tego krążka. Chodzi oczywiście o utratę rozwibrowania pojedynczych dźwięków, a tutaj pozytywne zaskoczenie. Jednak nie oszukujmy się, jeśli ktoś taki, jak tytułowy podmiot od lat konstruuje kondycjonery wręcz rozchwytywane przez wiedzących czego chcą od życia nabywców, znakomicie wie, gdzie jest granica dobrego smaku i zwyczajnie jej nie przekracza.
Komu poleciłbym opiniowaną sekcję prądową? Pierwszą grupę jasno określa estetyka działania Kecesa, czyli wszystkim poszukującym dodatkowego pierwiastka nasycenia prezentacji. Zapewniam, dostaną ją w odpowiedniej ilości, co sprawi, że świat muzyki wybuchnie feerią esencjonalnych barw i odcieni. Ale może zdziwi Was fakt zachęcenia do prób również posiadaczy teoretycznie dobrze osadzonego w estetyce masy i plastyki zestawu. Pełna zgoda, poziom wagi przekazu się podniesie. Jednak nie zdziwię się, gdy dotychczas uważny przez Was za idealnie zestrojony set nagle pokaże, że jednak kilka detali w kwestii barwności było jedynie na średnim, czyli odstającym od reszty składowych danego wydarzenia muzycznego poziomie. Dlatego też, również w tym segmencie odbiorców widzę bardzo duże szanse dobrego występu Kecesa IQRP-1500. Jaki będzie finał prób, naturalnie pokaże osobiste zderzenie. Jednakże jedno jest pewne, z użyciem rzeczonego „poprawiacza” prądu świat muzyki będzie intrygująco barwny.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: KECES
Cena: 11 160 PLN
Dane techniczne
Wejściowe gniazdo zasilania: IEC 320 / C20 (20 A)
Gniazda wyjściowe: 6 pozłacanych gniazd Schuko – 2 cyfrowe (300VA) i 4 analogowe (1200VA)
Sekcje wyjściowe: 2 separowane galwanicznie uzwojenia: 300 VA (2 gniazda) i 1200 VA (4 gniazda)
Budowa wewnętrzna: Wysokiej jakości transformator toroidalny wykonany na zamówienie; Rezonans kwantowy + zintegrowany generator Schumanna
Wskaźniki: 2 wskaźniki pokazują wartość napięcia na obu sekcjach uzwojenia wtórnego
Obudowa: Obudowa aluminiowa 4 mm; całkowicie ekranowane wpływy EMI / RFI. Brak promieniowania do innych urządzeń dzięki ekranowaniu i całkowicie metalowej obudowie wykonanej z aluminium
Zabezpieczenie: Główny bezpiecznik magnetyczny z możliwością resetowania; (UVP) ochrona podnapięciowa; (OVP) ochrona przeciwprzepięciowa zintegrowana
Moc: 1500 VA
Zniekształcenia THD: < 0.3%
Impedancja wyjściowa: < 0.008 Ω
Wymiary (S x G x W): 300 x 279 x 133mm
Waga: 14kg
Od dawien dawna wiadomo, że przyswajanie wiedzy najskuteczniej przebiega, gdy opiera się na empirii, jednak bez chociażby minimalnego podkładu teoretycznego (klasyczny casus RTFM) może obfitować w dość nieprzewidywalne a czasem i bolesne doświadczenia. Niby stara ludowa mądrość mówi, że „jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”, ale nie da się ukryć, że lepiej uczyć się na błędach cudzych a nie własnych. Zgodnie zatem z powyższym i przy okazji logiką jeśli się na czymś sparzymy, to drugi raz danego błędu popełnić raczej nie powinniśmy, gdyż „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”. Po co zatem po dość kontrowersyjnym odsłuchu „Kind of Blue” Milesa Davisa i „Sary” Agi Zaryan w Filmotece Narodowej – Instytucie Audiowizualnym po raz kolejny postanowiliśmy zakosztować uroków technologii Dolby Atmos w ramach zorganizowanego przez Apple, Warner Music Poland i team Dolby w ekskluzywnych wnętrzach „Kinogram” spotkania „The Future of Music”? Jak z pewnością Państwo się domyślacie kierowała nami przede wszystkim stanowiąca pierwszy stopień do piekła ciekawość, oraz … chęć weryfikacji. Weryfikacji, czy przypadkiem z racji przeznaczenia dla słuchaczy o zazwyczaj mało audiofilskich ambicjach odsłuch w FINIE nie był obarczony błędem przypadkowości i swoistej beztroski. Czyli zmienną, której w dedykowanym twórcom i generalnie branży realizatorsko-masteringowej czwartkowym, prowadzonym przez ludzi de facto za ww. technologią stojących, evencie być nie powinno.
Nie powiem, początki były wielce obiecujące. Świetna organizacja, sprawna weryfikacja obecności na liście zaproszonych gości, błyskawiczne „zaobrączkowanie” umożliwiające swobodne poruszanie się po wydzielonej części Kinogram, kieliszek prosecco i rozkosznie wygodne fotele z imponującą przestrzenią na nogi sprawiły, że poprzeczka naszych oczekiwań niejako z automatu została wywindowana na stricte high-endowy poziom. Dalej też było obiecująco – tele-most z Cupertino, jasne deklaracje co do tego, co za materiały oznaczone Dolby Atmos w Apple Music może być uznane, w tym wykluczenie z powyższego grona materiałów natywnie mono/stereofonicznych, a więc niejako automatycznie relegujący ze swojego grona ww. „KoB”. I po tym wszystkim, w ramach potwierdzenia (?) wyjątkowości wspomnianej technologii słuchaczy uraczono fragmentem „Everywhere” z pochodzącego z … 1987 r. albumu „Tango in the Night” Fleetwood Mac serwując sample mono/stereo/Dolby Atmos. Efekt? Nie dość, że wręcz idealnie pasujący do „Little Lies” na tymże wydawnictwie się znajdującego, co będący klasyczną powtórką z rozrywki, czyli tego, co dane nam było usłyszeć w FINIE. Za każdym razem, kiedy do głosu dochodziła wielokanałowość „automagicznie” scena windowana była o co najmniej piętro w górę, 3 główne kanały przednie szły w niepamięć a ich rolę przejmowała strefa wyższa, czyli FHL + FHR a entuzjazm intensywności podkreślania obecności sygnałów skierowanych do głośników sufitowym można było porównać chyba tylko do spontaniczności z jaką szczerbaty rzuca się na suchary. Przypadek, maniera? Niby powinienem czekać na trzecią próbkę, w końcu do trzech razy sztuka, ale nie uprzedzając wypadków, coś czuję w kościach, że to pokłosie ewidentnego zachłyśnięcia się twórców i (re)masteringowców możliwością lokowania dźwięków w przestrzeni dotychczas dla nich zazwyczaj niedostępnej. Niestety efekt takich działań przypomina raczej jazdę rollercoasterem po zażyciu środków psychoaktywnych i to w ciężkim stadium choroby lokomocyjnej aniżeli uczestnictwo w muzycznym spektaklu. Żeby jednak nie popadać w zbytni pesymizm z niekłamaną przyjemnością pozwolę sobie skomplementować „koncertowy” materiał reklamowy z udziałem Eda Sheerana, gdzie może i źródła pozorne zostały zauważalnie powiększone, ale całość brzmiała po prostu logicznie i adekwatnie do prezentowanych na ekranie okoliczności przyrody, czyli nader udanie oddawała koncertowe realia umieszczając słuchacza/widza w centrum wydarzeń. I w tym momencie, bez nawet najmniejszych oznak złośliwości, śmiem twierdzić, że właśnie na takich materiałach, pomijając udźwiękowienie filmów, gdzie jest to oczywista oczywistość, zastosowanie technologii Dolby Atmos ma jakikolwiek sens i może zostać uznane za bezdyskusyjną wartość dodaną.
Podobnie mieszane uczucia wzbudził u mnie słuchawkowy odsłuch na zestawach Apple przygotowanego na tę okazję materiału, gdzie dziwnym trafem znalazł się „Riders on the Storm” z powstałego w 1971 r. albumu „L.A. Woman” The Doors. Reklamowana jako unikalna i wyjątkowa, sygnowana nadgryzionym jabłkiem, przestrzenność dźwięku Immersive Audio, pomiar uszu i śledzenie ruchów głowy osobom nieobeznanym z tematem mogła się podobać, lecz o ile w grach okazują się wielce przydatne, to w muzyce są jednym z bezliku gadżetów, które po chwili zainteresowania przez większość swego żywota obrastają kurzem a udostępnione na czas eventu przez ekipę iSpot Apple AirPods Max najdelikatniej rzecz ujmując na tle oferujących podobną funkcjonalność Audeze Mobius, które miałem okazję testować w … 2018 r., wypadły nadspodziewanie mało przekonująco.
Chociaż w ramach pewnej może nie tyle autokorekty, co pewnego złagodzenia wydźwięku niniejszej relacji pozwolę sobie na ww. kwestie spojrzeć z nieco innej perspektywy. Otóż zarówno na podstawie krótkiej prezentacji znanego naszym Czytelnikom Jacka Gawłowskiego, jak i reprezentanta wrocławskiej delegatury Dolby – Maksymiliana Górskiego, szczególnie z wizualizacji przestrzennego lokowania poszczególnych ścieżek jasno wynikało, że im mniejszą nerwicę natręctw miał artysta/masteringowiec i im mniej majstrował przy scenie dźwiękowej, tym efekt bliższy był normalności. Oczywiście moje uwagi dotyczą materiałów bazujących na naturalnym instrumentarium w stylu Atom String Quartet („Universum”), Haliny Mlynkovej, czy London Symphony Orchestra, gdyż radosna i oparta głównie na samplach i loopach twórczość współczesnych gwiazd tzw. muzyki tanecznej podobna jest zupełnie do niczego, więc nie ma do czego jej odnieść, a to jak finalnie brzmi wynika wyłączę z kreatywności samego twórcy, jak i ekipy odpowiedzialnej za mix i mastering. Jeśli więc wokalista/twórca uważał, że powinien krążyć wokół głowy słuchacza niczym sęp nad rozkładającym się truchłem, bądź coś mamrotać za jego plecami a całe cyfrowe instrumentarium ma ekstatycznie pląsać po całej scenie obijając się o wirtualne ściany jak piłki w maszynie losującej popularnej gry losowej, to takie jego zbójeckie prawo i nic mi do tego. Jeśli jednak londyńscy symfonicy brzmią tak, jakby ktoś scenę z klasyczną gradacją planów potraktował jako metaforyczny, prostokątny arkusz, złapał za jego tylne narożniki i uniósł w górę tak, że pierwszy plan wylądowałby ma łączeniu ściany frontowej z sufitem a tym samym na sufit trafiła reszta muzyków, to nie wiem jak Państwa, ale do mnie taka wizja bądź co bądź w pełni weryfikowalnego w codziennej rzeczywistości wzorca zupełnie nie przekonuje.
W ramach podsumowania i zarazem refleksji wynikającej z obserwacji zaskakującego entuzjazmu widocznego zarówno wśród obecnych na czwartkowym evencie twórców jak i wydawców muzyki wszelakiej (kilkukrotnie słyszałem w kuluarach ochy i achy porównujące pojawienie się Dolby Atmos do zastąpienia mono przez stereo), o dostarczycielu hard- i software’u powyższe atrakcje zapewniającego, pozwolę sobie sięgnąć po nader aktualny, oczywiście w mym wybitnie subiektywnym mniemaniu, cytat Mistrza Stefana Kisielewskiego – „To, że jesteśmy w du**e, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”. Krótko mówiąc, jeśli tak ma wyglądać przyszłość muzyki, to pozwolę sobie wysiąść z pociągu w owym kierunku zmierzającego, gdyż zdecydowanie bardziej wolałem czasy, gdy muzycy zamiast śnieżnobiałych zębów, i za przeroszeniem „zrobionych” cycków okraszonych iście kuglarskimi sztuczkami musieli posiadać coś, co dzisiaj wydaje się równie rzadko spotykane jak uczciwość wśród polityków a nazywało się to talent. Niestety podczas tytułowej prezentacji takowego nie dane mi było za sprawą większości prezentowanych „sampli” doświadczyć, choć jeśli zamiast muzyki uwagę skupimy na samych technicznych wodotryskach, marketingu i autopromocji, to prowadzącym umiejętności i samozadowolenia odmówić nie sposób. Całe szczęście, cicho bo cicho, ale jednak pojawiały się głosy (rozsądku?) osób w branży muzycznej nie tylko działających, co również z Dolby Atmos komercyjnie korzystających na co dzień, że jest to ślepa, przynajmniej dla muzyki studyjnej (nagrania koncertowe rządzą się innymi prawami), uliczka i wcześniej, bądź później podróżujących ową drogą czeka znane z obecnie już martwych formatów i nośników (daleko nie szukając LaserDisc, DVD Audio, czy nawet zmierzający po równi pochyłej MQA) nader bolesne zderzenie ze ścianą. Żeby jednak finał nie przypominał narzekań zmanierowanego tetryka jako kwestię otwartą pozostawię przydatność Dolby Atmos w zastosowaniach car-audio, gdzie pełna cyfrowa kontrola nad budową sceny dźwiękowej do nader trudnej do zaadaptowania przestrzeni może na dobre się zadomowić o ile tylko ceny takich rozwiązań nie poszybują w typowo audiofilskie rejony. I tym delikatnie zabarwionym nutą optymizmu akcentem pozwolę sobie zakończyć niniejszą porcję refleksji z naszego drugiego zderzenia się technologią Dolby Atmos. Czy dam jej kolejną szansę, tego niestety zagwarantować Państwu nie mogę, więc jeśli owa tematyka kogoś zainteresowała, to jedyne co mogę zrobić, to zachęcić do osobistej weryfikacji i indywidualnego wyciągnięcia wniosków co do jej przydatności.
Dziękując Organizatorom i Gospodarzom „The Future of Music” za zaproszenie i gościnę zdaję sobie również sprawę z odmienności moich prywatnych opinii, które prosiłbym traktować z lekkim przymrużeniem oka, gdyż zdążyłem się przyzwyczaić, iż audiofilski punkt widzenia niekoniecznie jest zbieżny z kierunkiem obserwowanych przez nas zmian zachodzących na rynku muzycznym i audio. W końcu, jak to mówią „… karawana idzie dalej”. 😉
Marcin Olszewski
Opinia 1
Kiedy w lutym podzieliliśmy z naszymi czytelnikami refleksjami i obserwacjami poczynionymi podczas testów nad wyraz licznej gromadki duńskich przewodów Dyrholm Audio z topowej serii Vision wydawać by się mogło, że do czasu odświeżenia portfolio, ot choćby za sprawą zmiany konfekcji, będziemy mieli chwilę przerwy. Tymczasem czy to za z racji przewrotności losu, czy też zwykłego roztargnienia okazało się, że w ww. dream-teamie zabrakło jednego kabelka. Jakiego? USB, a skoro zabrakło, to wraz z Prestige Audio – dystrybutorem marki uznaliśmy, iż jak najszybciej ów wakat należy obsadzić a tym samym przyjąć na solowe występy wiadomą łączówkę. I tym oto sposobem możemy w ramach niniejszej epistoły zdradzić cóż takiego ma do zaproponowania Dyrholm Audio Vision USB, na test którego serdecznie zapraszamy.
Jak widać na powyższych zdjęciach tytułowe przewody posiadają podwójny przebieg – jeden sygnałowy i drugi zasilający. W sekcji sygnałowej ich przewodniki wykonano z miedzi UPOCC w bawełnianym oplocie i chroniącym przed korozją uszczelnieniu. Z kolei żyły zasilające są z posrebrzanej miedzi OFC i podobnie do sygnałowych tak samo je zaizolowano i uszczelniono. Oba przebiegi są ekranowane, dzięki czemu zminimalizowano gromadzenie się na nich ładunków i wzajemne interferencje. W przeciwieństwie do Acoustic Revive USB-1.0SP, czy iFi Gemini zamiast dwóch wtyków po stronie nadawczej, a wzorem Curiousa duński wytwórca zdecydował się na bez porównania wygodniejszą od zdublowanej – pojedynczą konfekcję sięgając po złocone i z racji charakterystycznych, łezkowatych nacięć na swych aluminiowych korpusach, dość łatwo rozpoznawalne wtyki Viborga (UA201/UB201). Z widocznych gołym okiem detali warto również zwrócić uwagę na zunifikowaną w obrębie linii szaro-czarną plecionkę zewnętrznego peszla, oraz niewielką, dyskretną tuleję z firmowym logotypem, oznaczeniem modelu oraz numerem seryjnym. Podobnie jak ww. rodzeństwo również i tytułowa łączówka dostarczana jest odbiorcy w suto wyściełanej szarą gąbką czarnej walizce.
Jak się jednak miało okazać nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a absencja w grupowych występach wcale nie poszła na marne, gdyż w tzw. międzyczasie nasz dzisiejszy gość intensywnie pracował, a tym samym wygrzewał się w innych systemach i kiedy do nas dotarł testowy egzemplarz zostaliśmy zapewnieni, że swoje ma już pograne, więc śmiało możemy uznać, iż do pełni szczęścia wystarczy mu li tylko dwudniowa rozgrzewka. I rzeczywiście, Dyrholm Audio Vision USB praktycznie od razu po wpięciu nie wykazywał żadnych niepokojących cech mogących świadczyć o jego niewystarczającym przebiegu. Ba, zaledwie już po dobie grania uznałem, że śmiało mogę zakończyć jego okres ochronny a tym samym przestać patrzeć na niego przez palce i z przymrużeniem oka. Bowiem skoro z głośników dochodziły wielce intrygujące dźwięki, to i powodów do dalszej pobłażliwości z mojej strony nie widziałem. Przechodząc zatem do meritum pierwsze co staje się oczywiste, to fakt, szczególnie na tle pobratymców, zauważalnie wyższej energetyczności przekazu przewodu USB i choć nadal nie jest to siłowe parcie na szkło, czy też rozpaczliwe zabieganie o atencję, to jednak cyfrowa łączówka w kwestii drajwu i dynamiki zarówno w ujęciu mikro, jak i makro najwyraźniej uznała za stosowne mieć najwięcej z rodzeństwa do zakomunikowania. Dzięki temu nie sposób doszukać się w jej sygnaturze oznak zdystansowania i pewnej egzaltacji, które wyewoluowały w stronę przyjemnie ożywiającej przekaz żywiołowości i spontaniczności. Jak z łatwością można się domyślić oczywistymi beneficjentami takiego status quo stają się wszelkie odmiany rocka, bluesa, czy nawet jazzu, gdzie prym wiedzie sekcja rytmiczna. Oczywiście miłośnicy wielkiej symfoniki też nie powinni czuć się rozczarowani, gdyż właśnie na imponujących liczebnością składach wykonawczych Dyrholm był w stanie pokazać pełnię swoich możliwości. Co ciekawe w jego sposobie kreowania przestrzeni i umiejscawiania w niej poszczególnych źródeł pozornych nie było nic ze sztucznej przesady i pseudoaudiofilskiej gigantomanii, gdyż producent litościwie darował odbiorcom wątpliwą przyjemność mierzenia się z kilkumetrowym instrumentarium, czy przypominającymi Hulka wokalistami. Począwszy od melodyjnego „Belly Of The Beast” Joe Lynn Turnera poprzez pulsujący gorącym rytmem bluesowy „Young Blood” Marcusa Kinga, nie mniej porywający jazzowy „Free Fall” chilijskiej saksofonistki i kompozytorki Melissy Aldany na „Rimsky-Korsakov: Scheherazade” w wykonaniu Orchestra dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia pod batutą Antonio Pappano skończywszy, wszystko zostało pokazane we właściwej skali, z właściwej perspektywy i co istotne z adekwatną aparatowi wykonawczemu dynamiką. Bez przejaskrawień, sztucznego podkręcania tempa i irytującej na dłuższą metę podskórnej nerwowości, ale i bez asekuranctwa i limitacji motoryki. W pełni zasłużone superlatywy należą się również rozdzielczości cechującej duńską łączówkę, gdyż Johnowi Dyrholmowi udało się znaleźć wręcz idealną równowagę pomiędzy precyzją a muzykalnością z jednej strony nie popadając w zbytnią konturowość i analityczność a z drugiej nie próbując oczarować słuchaczy zacierającą krawędzie i gubiącą niuanse lepką gęstością. Podobnie sprawy mają się z nasyceniem – saturacją a co za tym idzie komunikatywnością. Sięgając do kulinarnych metafor śmiało można uznać brzmienie Vision USB za synonim „al dente” i „medium rare” (średnio krwisty), gdzie doskonale czuć konsystencję i soczystość tkanki, lecz bez ewidentnych przejaskrawień czy też nadmiernej granulacji. Ot idealne trafianie w punkt, przez co słuchaczowi odpada żmudny proces analizy i zastanawiania się, czy to, co dobiega uszu jest takie jakie być powinno, czy też któryś z aspektów wymaga mniej, bądź bardziej świadomej autokorekty. Skoro bowiem nic nie trzeba poprawiać i akomodować do własnych – znanych z życia wzorców niejako z automatu przechodzimy ze stadium wysilonej analizy w tryb relaksującej syntezy i dajemy skołatanym nerwom odpocząć.
Dyrholm Audio Vision USB jest idealnym dowodem na to, że cyfra niejedno ma imię i w ramach autorskich eksperymentów a więc czysto empirycznych doświadczeń da się odbiorcom zaoferować wielce atrakcyjne brzmienie będące połączeniem muzykalności i rozdzielczości. Duński przewód ma jednak w zanadrzu jeszcze rozkoszną gładkość przy jednoczesnym braku tendencji do popadania w mdłe przesłodzenie. Jeśli zatem Państwa cyfrowe źródła nie próbują nieudolnie udawać analogu nazbyt intensywnie romansując z gęstością i lepkością, to z jednej strony tytułowa łączówka uwolni drzemiący w nich energetyczny potencjał a z drugiej z pewnością nie odchudzi i anorektycznie nie wykonturuje pojawiających się w międzygłośnikowej przestrzeni artystów. Dlatego też w poszukiwaniach wysokiej klasy przewodu USB warto uwzględnić naszego dzisiejszego gościa i dać mu szansę we własnym systemie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Mam nadzieję, że nie tylko dla nas, ale również dla Was naturalnym jest, że gdy jakiś zestaw analogowego okablowania wypadnie ciekawie, automatycznie staramy się zgłębić sekcję cyfrową danego producenta. Tak było z francuskimi Espritami, czy duńskimi ZenSati, co z łatwością można sprawdzić za pomocą wyszukiwarki. I mniej więcej taka sytuacja miała mieć miejsce w przypadku teamu Dyrholm Audio. Niestety w ferworze pakowania okablowania do testu grupowego – sygnałowego, sieciowego i kolumnowego – przez dystrybutora przez przypadek „przypałętał się” jeden cyfrowy LAN. Naturalnie wykorzystując sytuację wpięliśmy go w tor, dlatego głównym tematem dzisiejszego spotkania będzie nie pełen zestaw cyfrówek, a jedynie zaginiony w akcji, dystrybuowany przez olsztyńskiego opiekuna marki Prestige Audio kabel Dyrholm Audio Vision USB.
W kwestii budowy naszego bohatera wiemy, że za przesył cyfrowy odpowiadają dwie żyły z miedzi UPOCC zmontowane w sposób gwarantujący uzyskanie założonej impedancji na poziomie 75 Ohm. Tak ułożone miedziane nici zabezpieczono przed korozją i opleciono włóknami z bawełny. Jeśli chodzi o napięcie 5V, te przesyłane jest już miedzią srebrzoną OFC, którą najpierw spleciono z włóknami bawełnianymi i finalnie uszczelniono. Wspomniana na początku sekcja cyfrowa biegnie dwoma osobnymi, oddzielnie ekranowanymi linkami, chroniąc w ten sposób przewód przed gromadzeniem się ładunków statycznych i przy okazji działając antywibracyjnie. Kabelki na drogę pakowane są w wyściełane gąbką zgrabne kartonowe kuferki i opatrzone drukowaną odezwą do klienta.
Jak wypadł rzeczony kabelek, a tak naprawdę z racji przynależności do testowanej wcześniej linii pytanie powinno brzmieć: „Jak wypadł na tle swojego rodzeństwa?”. Dla mnie bardzo ciekawie. Na tyle interesująco, że gdybym był na etapie poszukiwań tego typu akcesoriów, z całej palety serii Vision u mnie największe wrażenie zrobił właśnie USB. Ale proszę o spokój. Nie chodzi o to, że reszta rodziny grała źle, czy słabo, wręcz przeciwnie, wypadła znakomicie. Po prostu poprzednie okablowanie miało lekko pod górkę, gdyż zastępowało idealnie wpisujące się w moje gusta propozycje innych producentów, przez co wypadało inaczej niż mój zestaw, a nie znacznie lepiej. Mam nadzieję, że to rozumiecie. Natomiast USB swoją jakością wręcz rozjechał posiadaną przeze mnie japońską Fidatę. Fajną, ale jak się okazało, mającą wiele problemów. Nagle dostałem oczekiwany zastrzyk kontrolowanej energii. Dźwięk zyskał dosłownie w każdym aspekcie. Od mocnego uderzenia na basie, przez poprawę esencjonalności średnicy, po pełne swobody, dźwięczne, ale nienachalne wysokie tony. Do tego w pakiecie zyskałem ciemniejsze tło. Dzięki temu muzyka nie tylko była wyraźniej wizualizowana, ale przy okazji bardziej namacalna. Przyjemnie krąglejsza, ze znacznie lepiej wyczuwalnym pulsem i w sobie tylko zanany sposób, mimo wpisanej w rodzinne konotacje wyraźniej plastyki, ewidentnie dźwięczniejsza. A przypominam, że mój zestaw sam w sobie gra we wspomnianym przed momentem stylu, co w przypadku zwyczajowego dociążania dźwięku przez konkurencję zabiłoby jego ekspresję. Dyrholm USB Vision jednak wiedział, jak pogodzić wodę z ogniem, czyli tchnąć w już esencjonalny system dodatkowy zastrzyk barwy i soczystości, a mimo to nie utracić niezbędnej dla utrzymania poziomu jakości brzmienia witalności i wyrazistości. Dlatego na początku pisałem o bardzo pozytywnym zaskoczeniu jako finał tego procesu testowego. Nieczęsto zdarza się sytuacja pokazania przez pretendenta do laurów tak łatwo przyswajalnych przeze mnie aspektów sonicznych. Na szczęście „nieczęsto” nie oznacza nigdy, co tytułowy Duńczyk dobitnie udowodnił.
Gdzie bazując na powyższym opisie widziałbym USB Vision? Myślę, że bez problemu odnajdzie się wszędzie. Czy po próbach testowych zostanie na stałe, naturalnie będzie zależeć już od konkretnych oczekiwań nabywcy, a nie jego samego. Otóż najpewniej powodem nie będzie brak kompatybilności z potencjalnych zestawem, tylko ewentualne niewpisanie się w wysublimowane oczekiwania danego melomana. Te niestety często stoją w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem określającym poprawność brzmienia muzyki i zawsze komuś czegoś może być zbyt mało. Jednak aby się o tym przekonać, trzeba spróbować. Z mojej strony mogę powiedzieć tylko, że naprawdę warto.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Prestige Audio
Producent: Dyrholm Audio
Cena: 2 000 € / 0,6m; 2 269 € / 1m; 2 538 € / 1,5m; 2 806 € / 2m
Opinia 1
Święta, święta i po świętach, czyli wreszcie powinniśmy móc odpocząć od przewalających się przez prasę, media społecznościowe i mass media bezliku tzw. reklam porównawczych i świętych wojen pomiędzy zwolennikami konkretnego majonezu, producenta napojów gazowanych, czy np. bezpośrednimi starciami popularnych dyskontów. To jednak tylko pobożne życzenia, gdyż przecież na naszym, audiofilskim podwórku ortodoksyjni akolici cyfry i analogu, słyszenia, bądź niesłyszenia kabli a nawet dostawców układów przetworników wcale nie potrzebują jakiejś konkretnej okazji do rozpoczęcia kolejnej krucjaty udowadniającej, że cytując klasyka „Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!” (dla niezorientowanych „Dzień świra”). I właśnie do ostatniej kwestii w ramach niniejszej epistoły pragnę nawiązać, gdyż zgodnie z zasadą mówiącą, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, coraz odważniej na rynku poczynają sobie ci producenci, którzy mając dość puszczania oka czy to do zwolenników „brzmienia” AKM, czy Sabre postanawiają iść własną drogą i przy okazji uniezależniając się od widzimisię ww. hegemonów wybierają trzeci wariant, czyli mniej bądź bardziej autorskie rozwiązania w stylu Ring DAC – dCS), bądź drabinek R2R – m.in. Aqua Acoustic Quality, Esoteric (Master Sound Discrete DAC), Rockna, Sonnet Audio. I właśnie do tego chadzającego własnymi ścieżkami grona dołącza znany nam z pomarańczowego zestawu pre/power Extraudio, który za pośrednictwem i dzięki uprzejmości Quality Audio – dystrybutora marki, raczył był uszczęśliwić nas na kilka ostatnich tygodni swym topowym przetwornikiem cyfrowo – analogowym o wszystko mówiącym oznaczeniu DAC2, na test którego serdecznie zapraszamy.
Jak doskonale na powyższych zdjęciach widać tytułowy DAC-zek, w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, dotarł do nas w nieco mniej „cytrusowym” malowaniu, czyli zamiast łapiącej za oko pomarańczy jego korpus pokryła dystyngowana czerń, która też zastąpiła wcześniejszą srebrzystość frontu. Całość wykonano z precyzyjnie obrobionego aluminium lotniczego pokrytego specjalną powłoką ceramiczną. Żeby nie było jednak zbyt monotonnie i nudno Holendrzy postanowili nieco ożywić projekt złocąc nie tylko zlokalizowaną na lewej flance gałkę selektora źródeł, lecz również centralną „nerkę” włącznika i niewielki wybierak filtrów po prawej. Oprócz nich, szczególnie po włączeniu, uwagę zwraca obecność siedmiu mini-diod przypisanych konkretnym wejściom, wielokolorowej informującej o wybranym filtrze i kolejnych sześciu oznajmujących z jaką częstotliwością próbkowania dekodowanego sygnału mamy do czynienia. Biszkoptowy motyw włącznika przeniesiono na płytę górną w postaci gęstej perforacji zapewniającej swobodną cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy.
Nie mniej dystyngowanie i elegancko, co wcale nie jest regułą nawet na stricte high-endowym pułapie, prezentują się plecy zaskakując nie tylko bogactwem wszelakiej maści cyfrowych wejść, lecz również zdublowanymi zestawami wyjść … analogowych. Owa klęska urodzaju nie wynika jednak z usilnych prób potwierdzenia własnej wyjątkowości, co jest pochodną topologii samego przetwornika i co za tym idzie możliwości zaoferowania odbiorcy zarówno purystycznych – wyprowadzonych bezpośrednio z układu R2R wyjść XLR i RCA, jak i bliźniaczych im par, lecz tym razem już, dzięki zastosowaniu pracującego w klasie A tranzystorowego stopnia typu BJT, w wersji wysokopoziomowej. Wracając jednak do interfejsów dedykowanym cyfrze Extraudio kusi potencjalnych nabywców nie tylko standardowymi wejściami – optycznym, BNC, koaksjalnym i AES/EBU, wraz z obowiązkowym w dzisiejszych czasach USB, lecz również I²S w standardzie LVDS (HDMI) oraz RJ45, czy też łącznością bezprzewodową Bluetooth 5.0 wspierającą Aptx HD i nowsze.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to na wstępie warto zwrócić uwagę, iż DAC2 zbudowano w technologii modułowej, więc jest przystosowany do przyszłych, ewentualnych upgrade’ów. Ponadto, o czym wspomniałem już wcześniej oparto go na autorskim układzie Quad R-2R Ladder, czyli de facto czterech drabinkach zawierających około 600 najwyższej jakości rezystorów foliowych Vishay Foil Resistors® o tolerancji 0,01% zapewniających 32-bitową rozdzielczość. Całość pracuje pod kontrolą kilku układów FPGA odpowiedzialnych za konwersję, korektę liniowości, częstotliwość próbkowania, wybór wejść i kondycjonowanie sygnałów cyfrowych (to już zajęcie dla FPGA ARM). A właśnie, wszystkie wejścia cyfrowe są separowane galwanicznie. Ponadto USB oraz I²S radzą sobie zarówno z sygnałami PCM do 76kHz/32bit i DSDx8 (DSD512) a pozostałe działalność kończą na 192 kHz/24bit. Do dyspozycji użytkownika dostępne są jeszcze filtry cyfrowe – czerwony, pomarańczowy, zielony, które można oczywiście wyłączyć.
Z podobną atencją potraktowano zasilanie, gdzie znalazły się trzy niskoszumne, opatentowane poczwórne transformatory klasy medycznej, 18 diod Schottky’ego i imponująca bateria kondensatorów o łącznej pojemności … 60 000 µF. Całkiem nieźle jak na wydawać by się mogło mało prądożernego DAC-a, nie sądzicie?
Przechodząc do części poświęconej odsłuchom wypada nam tylko podziękować dystrybutorowi za dostarczenie na testy już gruntownie wygrzanego egzemplarza, dzięki czemu proces akomodacyjny mogliśmy skrócić do niezbędnego minimum i niemalże już od pierwszego uruchomienia cieszyć się pełnią możliwości tytułowego urządzenia. Oczywiście dla świętego spokoju i utartych zwyczajów pierwszych kilka dni upłynęło na oswajaniu gościa i zapewnieniu mu swoistego błogostanu na drodze mniej bądź bardziej spontanicznych roszad okablowania w poszukiwaniu optymalnej konfiguracji. Było to o tyle istotne, że mając do wyboru dwie wersje (standardowe i wysokopoziomowe) wyjść koniec końców na którąś opcję musiałem się zdecydować i finalnie padło na bezpośrednio połączone z R2R, gdyż przy wysokopoziomowych dźwięk może i stawał się wyraźnie żywszy, aczkolwiek nie do końca sam DAC dogadywał się z moją integrą Vitusa, która niespecjalnie lubi jak ktoś/coś próbuje przesterować jej stopień wejściowy. Kwestie natury komunikacyjnej dotyczyły również łączówek USB, gdyż autorski, na szczęście programowalny, kontroler ww. magistrali też potrafił zaznaczyć swoją obecność np. nie rozpoznając francuskich przewodów Esprit. Kiedy jednak przyszło co do czego i całość osiągnęła jako-taką stabilność (co w przypadku systemu recenzenckiego ma zazwyczaj charakter wybitnie chwilowy) jasnym stało się, że cyfrowe oblicze Extraudio zachowując znaną z analogowego rodzeństwa słodycz i muzykalność wyraźnie zwraca się w kierunku rozdzielczości i wręcz zaraźliwej motoryki. Dzięki czemu z jednej strony nie mamy pogłębiania maniery firmowej amplifikacji, co mogłoby prowadzić do zbytniego przegrzania przekazu, a z drugiej zyskujemy pełną dowolność konfiguracyjną z systemami firm trzecich. Dlatego też niezwykle realistycznie i emocjonalnie zabrzmiał nastrojowy „Asfâr” Le Trio Joubran, gdzie intrygujący klimat palestyńskich melodii budują wysmakowane partie oud i lokalnych perkusjonalii. Jest w tych kompozycjach jakaś magiczna transowość, swoboda i zachwycająca wielowarstwowość budująca narrację, lecz również wciągająca słuchacza skuteczniej aniżeli chodzenie po bagnach trudna do zdefiniowania nostalgiczność. O ile jednak ze stawiającymi głównie na aspekt melodyczny urządzeniami dość szybko dochodzimy do wniosku, że jest to przyjemny dla ucha, acz mocno niezobowiązujący podkład, wręcz idealny do degustacji specjałów arabskiej kuchni, o tyle DAC2 z łatwością daje słuchaczowi nie tylko dostęp do niezwykłego bogactwa dźwięków, lecz również pokazuje wirtuozerię samych muzyków. Nie jest to jednak forma swoistego studium nad bezrefleksyjną perfekcją a niezwykle emocjonujący obraz z wielce namacalnym flow, radością wynikającą ze wspólnego muzykowania i synergią obecną pomiędzy braćmi a gościnnie pojawiającym się (m.in. na „Douja”) Dhaferem Youssef’em. Jest oddech, swoboda i niezwykła precyzja ogniskowania źródeł pozornych z wyraźnie zaznaczoną gradacją planów, swobodnymi wybrzmieniami i aż kipiącą zarówno w skali mikro, jak i makro dynamiką.
Warto jednak zaznaczyć, że brylowanie w eterycznych klimatach rodem z krainy łagodności bynajmniej nie oznacza, że Extraudio nie potrafi pokazać pazurów na dalece mniej cywilizowanym repertuarze, gdyż jeśli tylko takowy „wsad” trafi na jego wejścia z łatwością jest w stanie rozpętać prawdziwe piekło. Ot chociażby jak miało to miejsce na „AfterLife” Five Finger Death Punch, radosnej twórczości dziewczyn z Black Spikes, czy nie mniej ekspresyjnej Alissy White-Gluz z ekipą, czyli Arch Enemy („Deceivers”) , gdzie ton nadają ostre gitarowe riffy i perkusyjne blasty a przechodzące w growl krzyki i wrzaski mrożą krew w żyłach. Jasnym stało się, że DAC2 zamiast kiziać nasze zmysły delikatnymi akordami oud bez żadnych skrupułów zdolny jest zachować pierwotną agresję i niszczycielską siłę ciężkich odmian rocka (o ile za takową można uznać np. melodyjny death-metal) nawet przez moment nie próbując w jakikolwiek sposób ich łagodzić, bądź cywilizować. Tzn. może nie do końca, gdyż wybór „zielonego” filtra nieco zaokrąglał i wygładzał chropawą górę, ale to nie była natywna i permanentna cecha samego przetwornika a jedynie świadomy wybór jego użytkownika, więc wystarczyło tylko przełączyć się na inną opcję, by wszystko zabrzmiało tak jak powinno. W dodatku ani razu nie udało mi się holenderskiego rezydenta przyłapać na nawet najmniejszych oznakach zbytniej ofensywności, czy też sztucznie wyostrzającej przekaz szklistości. Ot, nawet jeśli z głośników wręcz buchała agresja, to pochodziła ona wyłącznie z materiału źródłowego a nie z podkolorowań i (nad)interpretacji DAC-a.
W ramach podsumowania, pół żartem, pół serio, mógłbym przewrotnie stwierdzić, że pomimo nader poważnego i dystyngowanego umaszczenia w brzmieniu DAC2 można odnaleźć zaskakujące pokłady witalności w pełni zasługujące na znane z XP5 & XP-A1500 malowanie. A tak już na poważnie, to logicznym wydaje się, że posiadacze ww. duetu Extraudio niejako z automatu powinni sprawdzić jak w ich zestawach sprawdzi się DAC2 a wszyscy pozostali złotousi rozglądający się za stricte high-endowym przetwornikiem, o ile tylko nie gustują w iście rubensowskich krągłościach i „puchatkowych” ospałościach, również nie powinni o nim zapominać. Warto bowiem mieć świadomość, iż choć Extraudio, przynajmniej na razie, nie jest marką pierwszego wyboru, to po raz kolejny udowadnia, że nawet w tym jakże wymagającym segmencie nie ma najmniejszych powodów do tremy i kompleksów stając jak równy z równym przy zdecydowanie bardziej utytułowanej konkurencji.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak z pewnością część naszych wiernych czytelników pamięta nieco ponad rok temu z tym wytwórcą mieliśmy już okazję skrzyżować przysłowiowe szpady. Naturalnie mam na myśli bardzo mocno nawiązujący wówczas swoim wykończeniem do narodowych barw reprezentacji piłkarskiej – piję do radosnego w odbiorze odcienia pomarańczy obudów – niderlandzki zestaw pre-power Extraudio XP5 & XP-A1500. Zestaw bardzo ciekawy, bowiem oferująca monumentalne 1.5 kW na kanał, stereofoniczna końcówka mocy dawała jasny przekaz, że co jak co, ale nie ma na tym ziemskim padole kolumn, których nie byłaby w stanie wysterować. Test okazał się być na tyle intrygującym, że natychmiast podjęliśmy rozmowy na temat zgłębiania reszty portfolio. Tym bardziej, że według informacji dystrybutora sekcja inżynierska kończyła pracę nad najnowszym wcieleniem przetwornika cyfrowo-analogowego. I gdy wydawało się, że sprawy potoczą się szybkim tempem, do finału owych rozmów, czyli dzisiejszego spotkania minął nieco ponad rok. Na szczęście, a tak naprawdę z perspektywy przemijania naszego jestestwa na szczęście czas szybko mija i zanim zdążyliśmy się zorientować, dzięki prężnemu działaniu chełmżyńskiego dystrybutora Quality Audio w nasze skromne progi trafił pachnący najnowszymi pomysłami technicznymi przetwornik Extraudio DAC2 QUAD R-2R Ladder.
Co w kwestii wyglądu i technikaliów należy nadmienić o naszym bohaterze? Jak można się spodziewać, rzeczony przetwornik pomysł na obudowę elektronicznych trzewi zaczerpnął od poprzedników. To przyjemnie wyglądająca, zaoblona na bocznych ściankach, tym razem pomalowana na połyskującą czerń skrzynka. Co ciekawe, wykonany z grubego płata aluminium front również pomalowano na ten sam kolor, z tą tylko różnicą, że zorientowaną na lewej flance gałkę selektora wejść wykończono w nadającym wizualnego szyku konstrukcji złotym kolorze. Na wspomnianym awersie znajdziemy jeszcze podświetlany w kształcie logo marki, w tym przypadku przypominający kształt biszkoptowego ciastka włącznik, serię oznajmiających wykonywane zadanie, stosownie podpisanych diod – różne wersje wejść cyfrowych oraz częstotliwość próbkowania sygnału, a także guzik wyboru jednego z czterech firmowych filtrów i trójkolorową diodę sygnalizującą dany wybór – kolor zielony, pomarańczowy, czerwony lub brak iluminacji. Bliźniaczo do poprzedników górna połać obudowy jest ostoją dla serii „biszkoptowych” otworów wentylujących układy elektryczne. Natomiast rewers spełniając zadnia obróbki różnych standardów sygnału cyfrowego, oferuje potencjalnemu nabywcy zestaw gniazd cyfrowych w wersji Optical, USB, AES/EBU, SPDiF, BNC, HDMI, I2S, dwa rodzaje wyjść analogowych – High Level oraz Direct R-2R Ladder oraz życiodajne gniazdo zasilania IEC. Kreśląc finalnie dla tego akapitu kilka zdań o technikaliach, które z uwagi na nowoczesność konstrukcji byłyby powodem do wyartykułowania bardzo długiej listy ciekawych informacji, jak to zazwyczaj bywa, napiszę jedynie o kilku najistotniejszych. A są nimi zastosowany autorski silnik cyfrowy o wysokiej precyzji, zastrzeżona koncepcja modułowa, programowalne oscylatory audio, wykorzystanie trzech poczwórnych transformatorów medycznych, opatentowany moduł zasilania USB 2.0 oraz autorski moduł z dwoma wejściami I2S oraz Bluetooth, LDAC, APTX-HD, APTX-LL. Nie ma co się oszukiwać, temat zaawansowania technicznego wygląda poważnie, a to tylko bardzo skrótowa wersja danych technicznych. Dlatego jeśli jesteście zainteresowani najdrobniejszymi niuansami, zapraszam do tabelki pod naszymi tekstami. Zapewniam, jest nad czym się pochylić.
Gdy dotarliśmy do części opisującej brzmienie tytułowego przetwornika, nadszedł czas odpowiedzieć na najbardziej nurtujące pytania. Czy wdrożenie wyartykułowanych w poprzednim akapicie nowalijek technicznych warte było tak zwanej świeczki? A jeśli tak, jak to wypada w kwestii estetyki grania wykorzystującego go zestawu audio. Szczerze? Tak naprawdę nie mam pojęcia, które zabiegi techniczne wpłynęły na dany aspekt prezentacji muzyki, dlatego powiem, że patrząc na ten temat jako całość, warto było czekać rok, aby zapoznać się z najnowszą propozycją Holendrów. A powodem jest ogólna swoboda prezentacji, którą dzięki dwóm rodzajom wyjść analogowych High Level i Direct R-2R oraz czterem krokom filtrowania sygnału w dużym stopniu bez roszady okablowania i towarzyszącej elektroniki można było przekuć na swoją modłę. Skąd to wiem? Otóż na początek bez wiedzy co jak brzmi, wypróbowałem obydwa wyjścia analogowe, które potem korygowałem odpowiednią filtracją. W efekcie okazało się, że moje zafiksowanie na raczej esencjonalne i nieco spokojniejsze pokazanie świata muzyki docelowo skierowało testowe kroki na obsługę sygnału przez protokół R-2R. High Level również pokazał się z bardzo dobrej strony, jednak dla mnie okazał się być zbyt wyrazistym. Bez przekraczania dobrego smaku, czyli bez bolesnego krzyku i nerwowości, jednak głównym akcentem była szybkość i ofensywność prezentacji. Jak pisałem, nie było to żaden dramat, jednak R-2R na tym tle wnosił oczekiwaną szczyptę spokoju i krągłości, co z automatu wyłoniło go jako głównego bohatera tego starcia. W takim wydaniu przekaz oferował dobrą wagę, rozdzielczość, energię i wspominany rozmach w kreowaniu wirtualnych bytów. Bez nadmiernego podkręcania żadnego aspektu, tylko pokazanie materiału z nieco pełniejszym poziomem esencjonalności równouprawnieniu każdego z podzakresów. Czy to źle, że tak delikatnie? Przecież wielu z nas wręcz kocha kapiącą średnicę. Bynajmniej, gdyż działania na polu przesadnego zwiększania jej udziału często sprawia, że dany komponent staje się mniej uniwersalny. Tymczasem podstawowym założeniem tego typu projektów powinno być unikanie sytuacji narzucania swojego sznytu reszcie konfiguracji. I w moim odczuciu to właśnie jest największa zaleta naszego bohatera. Umiejętnie dozuje ilość muzyki w muzyce, aby całość nawet jeśli dla kogoś będzie nieco bardziej podgrzana, mieściła się w dobrym tonie. Jak pisałem na początku akapitu tonie, który w Extraudio DAC2 możemy lekko aranżować na dwa sposoby, czyli wykorzystać jedno z dwóch wyjść analogowych lub pobawić się sekcją filtrowania sygnału cyfrowego. U mnie stanęło na R-2R i filtrze o kolorze z zielonym, czyli najspokojniej i najpłynniej jak udało się uzyskać podstawowymi regulacjami. W efekcie uzyskałem dobry konsensus pomiędzy odbiorem muzyki spokojnej i buńczucznej. Spokojnej w rodzaju kultowego trio: K. Jarrett, Gary Peacock i Jack DeJohnette z koncertu „Live At Montreux”, w której system nie tylko znakomicie pokazywał zrozumienie się muzyków na przecież wymagającej pełnego skupienia przed popełnieniem błędu scenie pośród chłonących każde dotknięcie instrumentu odbiorców, ale również wirtuozerię samych muzyków oraz wielobarwność i lotność brzmienia każdego z generatorów dźwięku. Zbyt mocne potraktowanie średnicą tego rodzaju muzyki może skończyć się niechcianą nadwagą często pochłaniającą niezbędny do zaakcentowania każdego instrumentu blask i pazur, zaś zbyt lekkie wynaturzeniem w postaci pokazania jedynie ataku bez bardzo istotnych wybrzmień. Nasz „DACzek” oczywiście wyszedł z tej batalii z podniesioną głową. Zagrał odpowiednio lekko, ale fajną barwą i swobodą, dzięki czemu płyta zabrzmiała znakomicie. A co z materiałem spod znaku buntu? Spokojnie, również było dobrze. Fakt, nawet zbyt mocne zwiększenie wagi nagrań rockowych typu Metallica „Master Of Puppets” często nie sprawia większych problemów, bo są po prostu przyjemniejsze w odbiorze, jednak prawdą jest również to, że traci na tym odpowiednią wyrazistość oddania zamierzeń artystów z szybkością narastania sygnału i drapieżnością ataku na czele. Dlatego lepiej w stylu Extraudio nasycić przekaz delikatniej, niż zbyt mocno, bo odbiór i tak będzie przyjemniejszy, a przy tym nie starci na nieobliczalności. Osobiście wolę sposób prezentowany przez Skandynawów, dlatego bez naciągania faktów twierdzę, że podobnie do jazzu, także rock wypadł oczekiwanie dobrze.
Czy pochodzący z Niderlandów przetwornik Extraudio DAC2 ma szansę na pozytywne występy w każdej potencjalnej konfiguracji sprzętowej? Być może zabrzmi to zbyt odważnie, ale jestem skłonny sądzić, że prawdopodobieństwo sukcesu jest bardzo duże. Powodem oczywiście jest spora uniwersalność w kształtowaniu finalnego brzmienia. Brzmienia raz wyrazistszego, innym razem pełniejszego w masie, ale każdym wariancie kroczącego drogą rozsądnego konsensusu pomiędzy wagą i natychmiastową reakcją na zawarty w muzyce pakiet informacji. Opisywany projekt jest na tyle ciekawie pomyślany, że w dużym stopniu powinien poradzić sobie z udźwignięciem pakietu oczekiwań dosłownie każdego nabywcy. I tego otyłego i tego anorektycznego. A jeśli tak, grzechem jest tego nie zweryfikować. Zatem jeśli w sekcji obróbki sygnału cyfrowego szukacie czegoś nietuzinkowego, jednym z mocnych kandydatów moim zdaniem powinien być będący clou naszej pogadanki czarno-złoty Niderlandczyk.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Extraudio
Cena: 102 000 PLN
Dane techniczne
Rodzaj przetwornika: Opatentowana przez Extraudio topologia R-2R DAC.
Pasmo przenoszenia: +/-0dB 5Hz do 750Khz
Odstęp sygnał/szum: >132dB
THD @ -1dB: <0,004%
Obsługiwane formaty
– SPDIF: do 24 bitów / 192 Khz
– USB/I2S: do 24 bitów / 384 / 768 Khz
– DSD-DXD: do DoP DSD64/DSD128/DSD256/DSD512
Filtry cyfrowe: czerwony, pomarańczowy, zielony, wyłączony
Obsługa serwisów streamngowych przez Bluetooth i USB: Spotify; Apple Music; Tidal; Qobuz; Amazon Music HD; Deezer; Pandora i inne
Selektor wejść: optyczny 18 krokowy enkoder obrotowy ALPS
Wejścia cyfrowe (separowane galwanicznie):1 RCA SPDIF; 1 BNC SPDIF; 1 XLR AES EBU; 1 optyczne; 1 Audio Class USB 2.0 / Typ B; Bluetooth 5.0 Aptx HD lub nowszy; RJ-45 / HDMI LVDS (I2S)
Wyjścia:
– para RCA (50 Ω / 2,3 V) i XLR ( 3Ω / 4.6V ) bezpośrednio z drabinki R2R
– para RCA (50 Ω / ≥ 6V) i XLR (3 Ω / ≥ 12V ) z tranzystorowego stopnia typu BJT w klasie A
Wymiary (S x W x G): 44 x 12 x 40 cm
Waga: 22 kg
Opinia 1
Kontynuując żmudny proces niesienia kaganka oświaty w iście średniowieczne mroki zastanawiającej i niczym nieusprawiedliwionej niewiedzy tych, dla których cyfra to „same zera i jedynki”, po przekraczającym psychologiczną granicę 10 kPLN duecie ZenSati Zorro przyszła pora na kolejny europejski duet zapewniający łączność po interfejsach Ethernet i USB. W dodatku duet sygnowany przez markę, która choć na naszym rynku, dzięki operatywności konińskiego Audio-Mix, obecna jest od niedawna i dopiero się rozgaszcza zdobywając zaufanie i uznanie wśród kolejnych nabywców, to zdążyła za sprawą polaryzatora pomieszczeń Nova nie tylko namieszać, co serią Lumina pokazać, że „umie w kable”. I to kable z autorskim – aktywnym systemem polaryzacji. Dlatego też po drobnym akcesoryjnym przerywniku w postaci wielce udanej listwy zasilającej Volta S uznaliśmy za stosowne przyjrzeć się i przysłuchać dość rozsądnie wycenionym propozycjom Francuzów dedykowanym wszystkim tym, dla których współczesne Hi-Fi i High-End streamingiem stoi. Dlatego też, jeśli jesteście Państwo ciekawi jaki pomysł na domenę cyfrową ma ekipa znad Loary nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na spotkanie z Esprit Audio Aura Ethernet & USB.
Skoro to już kolejne spotkanie z francuską myślą techniczną, to raczej nikogo nie powinna dziwić lakoniczność producenta w dzieleniu się własnym know-how i danymi dotyczącymi tego, co skrywają czarne, bądź białe (dostępne są obie wersje umaszczenia) plecionki ochronnych oplotów. Dlatego też jedyne co może działać na wyobraźnię tych, którzy li tylko na podstawie użytych przewodników, czy też ich geometrii są w stanie wysnuć jakiekolwiek mniej, bądź bardziej (bez)sensowne wnioski ograniczono do niezbędnego minimum. Krótko mówiąc z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę, iż przewód Ethernet charakteryzuje symetryczne ułożenie zarówno przewodników, jak i dielektryka oraz poczwórne ekranowanie z posrebrzanej miedzi, całości dopełniają dwie ferrytowe baryłki z oznaczeniem modelu, serii oraz kierunkowości a do konfekcji użyto dobrze znanych wymagającym odbiorcom wtyków Telegärtnera. Z kolei łączówka USB może pochwalić się pojedynczym ferrytowym pierścieniem, asymetrycznym ułożeniem tak przewodników, jak i dielektryka, powietrzną izolacją, pełnym, progresywnym podwójnym ekranowaniem, oraz własnymi wtykami. I to by było na tyle – cicho sza o średnicach, ilości przewodników, ich czystości etc. Chociaż … na upartego można jeszcze dodać, iż podobnie jak w przypadku wyżej urodzonych reprezentantów serii Lumina analogowe interkonekty i głośnikówki zostały dopieszczone pracującym z napięciem 12V autorskim system polaryzacji dielektryka, który z oczywistej – znaczy się cyfrowej proweniencji Ethernetowego i USB przewodu nie dotyczy. Co ciekawe AudioQuest takiej dyskryminacji względem własnego potomstwa nie stosuje. Jak widać co kraj, to obyczaj.
Po nad wyraz energetycznych Luminach zastanawiałem się jak obniżenie o jeden szczebelek poprzeczki wpłynie na brzmieniową sygnaturę francuskich łączówek. W końcu nie raz i nie dwa jasno komunikowaliśmy, iż zdecydowanie rozsądniej i zgodnie z logiką, o błogostanie dystrybutora/producenta nawet nie wspominając, jest zaczynać kontakty z wyrobami danego producenta od dołu cennika, by przy kolejnych okazjach sukcesywnie piąć się po dalszych stopniach zaawansowania. Oceniamy wtenczas dokonujący się progres weryfikując niejako przy okazji zasadność wzrostu cen. Jak jednak widać na niniejszym obrazu powyższa procedura została odwrócona, więc zamiast eksplorować portfolio w kierunku jego szczytu tym razem robimy mały, bo mały, jednak niezaprzeczalny krok w dół. Całe szczęście ekipa z Confolens najwidoczniej wzięła taką ewentualność pod uwagę, gdyż Aury już od pierwszych taktów „Uthuling Hyl” Osi And The Jupiter nie tylko nader czytelnie nawiązywały swymi walorami sonicznymi do szlachetniej urodzonego rodzeństwa, co pokazały, że drogi do firmowej szkoły brzmienia mogą biec różnymi szlakami. O co chodzi? O to, że o ile Luminy działały niemalże na zasadzie turbodoładowania, to Aury pod tym względem są nieco mniej ekstatyczne. Oczywiście nadal słychać, że drajw, rytm i energia są dla nich wodą na młyn, więc jeśli tylko na Waszych playlistach królują wszelkie odmiany rocka, bluesa, skocznego folku, czy nawet jazzu, to pojawienie się w torze tytułowych łączówek powinno wywołać błogi uśmiech satysfakcji i zadowolenia. Tutaj nie ma co kombinować – jest sekcja rytmiczna, jest zabawa. I to bez trzymanki, jeśli materiałem źródłowym jest np. „Anthesis” Suldusk, ale bez sztucznego podkręcania tempa, czy też usilnego szukania emocji, czy też basu, tam gdzie ich nie ma, jak dajmy na to na polifonicznym „Nova” Kammerkoret Nova. Nie chodzi jednak o jakąś autorską kurację odchudzającą, bądź wręcz kastrację najniższych składowych a jedynie o trzymanie się faktów. A fakty są takie, że na ww. albumie główną rolę odgrywają przepiękne wokalizy i akustyka Ris church w Oslo, a nie wszechobecne basiszcze, więc jakiekolwiek majstrowanie przy równowadze tonalnej sprawiłoby, że całość byłaby zbyt ociężała a przy tym niezbyt czytelna. A tu tak rozdzielczość, jak i precyzję gradacji planów śmiało możemy określić mianem wybornych. Aury nie są przy tym, zgodnie z rodzinną tradycją, obojętne na kwestie barwowe i parzyste harmoniczne, więc z wrodzonym wdziękiem nie tylko kwalifikują się do grona jednych z bardziej muzykalnych przewodów na rynku, to jeszcze sprawiają, że partie wokalne łapią za ucho skuteczniej niż można by sądzić bazując jedynie na kwotach, o jakich wyasygnowanie zostaniemy przy kasie. Tylko jedna uwaga – owe łapanie nie polega na powiększaniu i przybliżaniu pierwszoplanowych solistów, lecz wyraźniejszym ich definiowaniu na scenie. Jak łatwo się domyślić nawet przy kameralnych sesjach, jak te popełnione na „Supreme Sessions 1”, nikt nie próbuje pakować się nam na kolana, tylko zaprasza do niezobowiązującego zajęcia miejsca w pierwszych rzędach, umoszczenia się w mięsistym Chesterfieldzie i śledzenia ich poczynań ze szklaneczką pełnoletniego single’a w dłoni.
Patrząc na francuski duet z perspektywy mojego dyżurnego okablowania łączówkę Ethernet pozwolę sobie określić jako nieco dostojniejszą i operującą w delikatnie ciemniejszej estetyce aniżeli rodzimy Next Level Tech NxLT Lan Flame. W rezultacie zachowując pełną zdolność różnicowania nagrań jest ona łaskawsza w stosunku do pozycji nieco po macoszemu potraktowanych pod kątem realizatorskim i o ile coś na Flame potrafi zakłóć, bądź wręcz wwiercić się w synapsy, to choć na Aurze informacje o bezkompromisowości przekazu nie zostaną złagodzone, bądź wręcz pominięte, to sam problematyczny pik i zgrzyt przybiorą nieco bardziej cywilizowaną formę, więc nawet „Palace For The Insane” Shrapnela może okazać się całkiem intrygującym a nie jak dotychczas stricte traumatycznym doświadczeniem dla jednostek niekoniecznie obeznanych z tak kakofonicznymi środkami artystycznego wyrazu. W podobnej estetyce operuje również łączówka USB grając może nie tyle miększymi, co kreślonymi odrobinę grubszą kreską dźwiękami aniżeli mój ZenSati Zorro. Jest przy tym zauważalnie bardziej energetyczna od swojego ethernetowego rodzeństwa. Robi to jednak z niezwykłym wyczuciem godnym ekskluzywnej limuzyny skrywającej pod swą maską potężną V12-kę dla której przyspieszenie od 0 do 100-ki nie różni się zbytnio od tego w przedziale 100-200 km/h, lecz zamiast płoszyć okoliczną zwierzynę irracjonalnym rykiem robi to od tak, niemalże od niechcenia – płynnie i bez wysiłku. Dlatego też z taką samą atencją oddaje najdelikatniejsze szmery z trudem zarejestrowane na „Sounds of Mirrors” Dhafera Youssefa, jak i adekwatny aparatowi wykonawczemu rozmach wielkiej symfoniki („The Nutcracker”) Berliner Philharmoniker
W ramach podsumowania napiszę tylko tyle, że choć na tle ostatnio testowanych, zdecydowanie droższych przedstawicieli wyższej serii Esprit, jak i konkurencji wydawać się może, że Aury będą miały pod przysłowiową górkę, to finalnie wypada uczciwie przyznać, że obie łączówki poradziły sobie nadspodziewanie dobrze. Nie wykazując żadnych zauważalnych kompromisów oferowały nie tylko uzależniającą muzykalność, co zaraźliwą motorykę i świetną rozdzielczość. Nie faworyzowały przy tym żadnego podzakresu potwierdzając tym samym własną uniwersalność. Jeśli zatem szukacie Państwo okablowania mogącego w ramach finalnego dopieszczenia tchnąć w Wasze systemy nieco życia i energii to gorąco zachęcam do wypożyczenia Esprit Audio Aura Ethernet & USB w duecie, bądź solo.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie wiem, jak widzicie to Wy, ale wedle mojej opinii pochodzący z Francji producent okablowania i akcesoriów audio Esprit Audio wszedł na nasz rynek z tak zwanym przytupem. A twierdzenie to opieram nie na wróżeniu z fusów, tylko ilości dotychczas przetestowanych przez nas komponentów i związanych z tym zapytań kierowanych na naszą skrzynkę mailową. A jak udowadnia portalowa wyszukiwarka, było tego sporo. Od okablowania, przez polaryzator pomieszczenia, po listwę zasilającą, co świadczy o sporej prężności w działaniu tego brandu w dosłownie każdym segmencie naszego hobby. A jeśli tak, chyba nikogo nie zdziwi dzisiejszy punkt zapalny, którym będzie sekcja zajmująca się przesyłem sygnału cyfrowego. Co udało nam się pozyskać? Otóż dzięki staraniom konińskiego dystrybutora Audio-Mix w nasze ręce trafiły dwa kable cyfrowe w postaci łączówek Esprit Audio Ethernet i USB z serii Aura.
Kreślenie kilku symbolicznych zdań o budowie naszych bohaterów rozpoczniemy od przewodu USB, którego zarówno przewodniki, jak i dielektryk ułożono asymetrycznie asymetryczna. Jeśli chodzi o izolację, ta jest powietrzna, zaś ekranowanie jest pełne i progresywnie podwójne. Finalnie kabelek ubierany jest w czarną opalizującą plecionkę i terminowany firmowymi wtykami Esprit-a.
W temacie budowy kabla Ehternetowego wiadomo, że jest symetryczna a całość czterokrotnie zaekranowano posrebrzaną miedzią. Zaś na koniec rzeczony LAN ubrano w podobną do USB błyszczącą plecionkę i uzbrojono w solidne wtyki Telegärtnera.
Co pokazały tytułowe łączówki? Jak to zwykle u Esprita bywa, podobnie do reszty rodzeństwa dostałem konkret. Co to oznacza? Po pierwsze – dobrą wagę dźwięku. Po drugie – jego zebranie w sobie fundujące fajnego kopniaka energią. Po trzecie – swobodę prezentacji. W tym przypadku nie było niedopowiedzeń, tylko pokazanie muzyki taką, jaka jest. Z przysłowiowym plumkaniem z powodzeniem poradzi sobie każdy system, jednak gdy potrzebne jest uderzenie kontrolowaną, pełną wigoru ścianą dźwięku, tak zwane umilacze słuchania muzyki natychmiast polegną. Dlatego oprócz esencjonalności przekazu, tak ważny jest jego drive. A tego bez podejścia w stylu Esprita nie uświadczysz. Kabelki przez cały czas dbały o utrzymanie kontroli i rozmachu dobiegających do mnie wydarzeń scenicznych. Co ciekawe, opisywane druty wpinałem pojedynczo i opisywany przed momentem sposób na muzykę co prawda nie aż tak zdecydowany, ale w mniejszym stopniu słychać było już z jednym z nich. I tak naprawdę gdyby ktoś potrzebował jedynie delikatnej korekty brzmienia w tym kierunku, można byłoby na tym pozostać. Jednak gdy do zaopiniowania dostałem dwa, nie było wyjścia i po sesji z jedną sztuką, przyszedł czas na dwóch francuskich muszkieterów w torze. Efekt? Spokojnie, żadnych niechcianych artefaktów. Owszem, przekaz podryfował w jeszcze bardziej wyrazistą estetykę malowania świta muzyki, ale w sobie tylko znany sposób nie odchudził go, tylko poprawił kreskę rysującą źródła pozorne i oczyścił tło z wcześniej niby niesłyszalnego, ale jak się finalnie okazało, jednak istniejącego kocyka. Kocyka, bez którego w minimalnej ilości często nie da się słuchać muzyki – jest zwyczajnie zbyt sterylna, jednak w sobie tylko znany sposób tytułowy tandem mimo kilkudniowego procesu testowego umiejętnie stronił od wspomnianego uczucia zmęczenia. Było wyraźnie, ale przy okazji esencjonalnie, dzięki czemu znakomicie wypadała muzyka nie tylko kontemplacyjna pokroju Keitha Jarretta „Still Live”, ale również rockowa spod znaku Motörhead „1916”. I jedna i druga czerpały z estetyki grania kabli Esprita pełnymi garściami, z tym, że jazz znakomicie pokazywał bardzo istotne dla pokazania kunsztu gry artystów wibracje najcichszej nuty, a występ buntowników dzięki czystości prezentacji i otrzymaniu energetycznego drive’u nie zlewał się w jedną niestrawną papkę. I gdy pierwszy album jest w stanie ciekawie pokazać zdecydowana większość nawet średnio zestawionych konfiguracji sprzętowych, to już z panami rockmenami nie jest tak łatwo. Owszem, przekaz musi być pozbawiony kocyka, bo zabije urok tego typu muzyki, ale przy okazji nie może być zbyt lekki tudzież rozlazły. I takiemu stanowi rzeczy bez problemu sprostały testowane druty. Pozwoliły pokazać pazur słuchanego materiału bez bolesnego przerysowania. A wszystko dzięki wyartykułowanym na samym początku zaletom typu: dobra kreska rysująca źródła pozorne i zebrana w sobie, odpowiednio osadzona w wektorze masy, krągła energia dźwięku. Jak pisałem, bliski temu stan uzyskałem już przy użyciu jednego kabla, ale ku mojemu zaskoczeniu podwojenie składu trójkolorowej drużyny nie tylko nic nie popsuło, ale w wielu przypadkach dodatkowo podkręciło istotne dla danego nurtu muzycznego aspekty. A to nie jest takie oczywiste, żeby nie powiedzieć rzadko spotykane.
Gdzie widziałbym naszych bohaterów? Otóż wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba kontrolowanego wykonturowania przekazu. Ale nie tylko. Mianowicie chodzi o to, że cyfrowe kable Esprita fajnie sprawdzają się nawet w systemach dobrze radzących sobie z wyrazistością prezentacji. Tak, podkręcają aspekty bezpośredniości, jednak nie przekraczają cienkiej linii agresywności. Wiem, bo opisuję mój przypadek, co chyba jasno pokazuje, że coś jest na rzeczy. Zatem, czy to kable uniwersalne? Naturalnie nie, gdyż w momencie problemów zastanego zestawu z konsensusem pomiędzy esencjonalnością i wyrazistością projekcji muzyki brutalnie to pokażą. Czy jeśli już się na nie zdecydujemy, zawsze należy stosować obydwa? Jak pisałem, nie ma przymusu, gdyż już jeden pokazuje klasę. Czy wystarczającą, to już zależeć będzie od konkretnych przypadków. Jedno jest jednak pewne, kable Esprit Audio Ethernet i USB z serii Aura to fajna propozycja ożywiająca zastany konglomerat audio.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio-Mix
Producent: Esprit
Ceny
Esprit Audio Aura Ethernet: 6 199 PLN / 1,2m
Esprit Audio Aura USB: 6 999 PLN / 1m; 7 999 PLN / 1,5m; 9 199 PLN / 3m
Najnowsze komentarze