Opinia 1
O tym, że przewrotny los pisze dość zaskakujące scenariusze zdążyliśmy przekonać się nie raz i nie dwa. Podobnie sprawy mają się z markami, które choć doskonale znamy, to znamy z … widzenia, z czysto przypadkowych, niezobowiązujących odsłuchów, bądź też recenzencką przygodę z nimi rozpoczynaliśmy od mało oczywistego dla nich asortymentu. Ot , wystarczy wspomnieć o Sonus faberze, który przecierał u nas szlaki swymi … słuchawkami (Pryma Carbon). Jednak tym razem, choć nadal pozostaniemy na Półwyspie Apenińskim, będzie nieco normalniej, gdyż po wzbogaceniu swojego portfolio m.in. o znaną i lubianą, acz do tej pory nieobecną na naszych łamach markę Opera Loudspeakers stołeczny Horn był na tyle miły, by zaproponować nam zapoznanie się z uroczymi, dość mało absorbującymi gabarytowo i co ważne nader przyjaznymi portfelom nabywców podłogówkami Opera Quinta V2 na których test serdecznie zapraszamy.
Wbrew temu co mawiał klasyk – „Components, American components, Russian components, all made in Taiwan!” („Armagedon”) Opera cały czas dzielnie broni się przed podstępnym i dyskretnym urokiem globalizacji, oraz jakże miłej uszom księgowych optymalizacji kosztów własnych, więc siedziba firmy nadal znajduje się w Dosson di Casier nieopodal Treviso a tytułowe podłogówki na swych kartonach (vide unboxing) kuszą deklaracją, iż wykonano je ręcznie w słonecznej Italii („Handcrafted in Italy”). Abstrahując jednak od tego gdzie, kto i jak je zmontował uczciwie trzeba przyznać, że Quinty v2 prezentują się nad wyraz atrakcyjnie i to pomimo tego, że dostarczoną na testy parkę wykończono okleiną dębową a nie szlachetnym palisandrem. Nie ukrywam, że spora w tym zasługa legendarnemu wręcz włoskiemu poczuciu smaku i wzornictwa przejawiających się w tym przypadku łagodnymi zaokrągleniami trapezoidalnych korpusów, których fronty, plecy, górę, oraz spód pokryto miłą w dotyku mięsistą czarną (eko?)skórą. Dodatkowo całość posadowiono na łukowatych, ażurowych cokołach uzbrojonych w eleganckie, niemalże biżuteryjne, regulowane kolce. Uzyskano w ten sposób lekkość, jak i ponadczasowa elegancję formy wobec których nie sposób przejść obojętnie. Co prawda ich poprzedniczki – wykończony drewnem wiśniowym, bądź mahoniowym model Quinta SE pod względem elegancji miał nieco więcej do powiedzenia, to już ich ciężar „optyczny” był zdecydowanie bardziej absorbujący.
Pomijając kwestie natury estetycznej Quinty są zgrabnymi, trójdrożnymi, czterogłośnikowymi konstrukcjami wyposażonymi w komplet Scan Speaków – 26mm tekstylną kopułkę wysokotonową, 15cm średniotonowiec z włókna szklanego i przesuniętą ku podstawie parą 18 cm aluminiowych basowców. Zdublowany układ bas refleks umieszczono na ścianie tylnej a tuz pod nim wylądował aluminiowy szyld z pojedynczymi, solidnymi terminalami. Od strony elektrycznej Opery mogą pochwalić się 91 dB skuteczności, co przy deklarowanej 6 Ω (min.4,3 Ω) impedancji dobrze wróży ich kompatybilności z niekoniecznie najmocniejszymi lampowcami. Jednak nie ma co się temu dziwić, skoro takowe (znaczy się lampowce Unison Research) powstają pod tym samym dachem.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych dzisiejszych bohaterek pozwolę sobie na oszczędzający czas miłośnikom stereotypowego włoskiego romantyzmu mały spoiling i przynajmniej na razie nie wdając się w szczegóły zdradzę, iż w naszym systemie Quinty v2 niespecjalnie chciały się w ów kanon piękna wpasować. Ba, pół żartem, pół serio można byłoby przypisać im zaskakująco wiele cech jeszcze jakiś czas temu nierozerwalnie związanych z kolumnami pochodzącymi sąsiedniej … Francji. Mówiąc wprost a zarazem nieco upraszczając całą złożoność zjawiska tytułowym Operom bliżej estetyką grania do dawnych Triangli aniżeli współczesnym, powstającym w Villeneuve Saint-Germain wypustom do swych protoplastów. Czy to źle? Absolutnie nie, po prostu lojalnie o owej volcie informuję, by jednostki bazujące na wspomnieniach i swego rodzaju stereotypach nie doznały zbyt mocnego szoku poznawczego podczas mniej, bądź bardziej przypadkowego odsłuchu.
Wracając jednak do meritum warto podkreślić, że Quinty V2 grają … świetnie – dynamicznie, żywiołowo i z niepozwalającą na nudę werwą. Mówiąc w telegraficznym skrócie szalenie angażująco, wprowadzając do systemu w którym grać im przyjdzie orzeźwienie i świeżość prezentacji. Wystarczyło bowiem na playliście umieścić „Terra Mater” Maleny Ernman, L’Arpeggiaty i Christiny Pluhar, by uznać, iż dawne opactwo benedyktynów – L’Abbaye de Saint-Michel en Thiérache stało się azylem lokalnego ptactwa, które w dowód wdzięczności wypełnia je radosnym świergotem i godowymi trelami. Co ciekawe, pomimo dość oszczędnej aury pogłosowej, która z racji kubatury sakralnego lokum z powodzeniem mogłaby grać tu pierwsze skrzypce, włoskie kolumny z powodzeniem informacje o wysokości zawieszenia stropu, czy samej przestrzeni w jakiej artyści postanowili dokonać realizacji dostarczają w pełnym spectrum dyskretnie „rozwibrowując” strunowe instrumentarium. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Tu nie chodzi o to, że źródła pozorne tracą na precyzji definicji, bądź lądują poza głębią ostrości użytej na potrzeby tegoż nagrania optyki, lecz jedynie to, że jeśli tylko Quinty v2 „dostaną” do reprodukcji dźwięk szarpanej, bądź smyranej smykiem struny, to możemy mieć pewność, że oprócz samego dźwięku uda się im przemycić również wielce namacalną mechanikę pracy takowego, wykorzystującego ostrunowanie, instrumentu. Podobnie sprawy mają się z wszelakiej maści perkusjonaliami, które we włoskim wydaniu ewidentnie zyskują na atrakcyjności a tym samym awansują w „zespołowej” hierarchii.
Czymże jednak byłby test bez zapuszczenia się w rejony niespecjalnie tak przez prezenterów, jak i samych producentów preferowane. Dlatego też po audiofilskich uniesieniach z repertuarem delikatnie pieszczącym zmysły słuchaczy przyszła pora na coś, co może nie tyle po gombrowiczowsku „zgwałci przez uszy”, co zawiesi poprzeczkę złożoności, dynamiki i skomplikowania na zdecydowanie wyższym pułapie. Ot chociażby takie „Among the Fires of Hell” Sakisa Tolisa, gdzie może próżno doszukiwać się ekstremów doskonale znanych m.in. z „The Battle of Yaldabaoth” Infant Annihilator, czy też ciężaru, potęgi i brutalności głównego projektu Sakisa, czyli Rotting Christ („Pro Xristou”), lecz tuż za/pod epickimi riffami i wzniosłymi melodeklamacjami mamy „samo geste” – począwszy od iście apokaliptycznych spiętrzeń dźwięków, poprzez obłąkańcze partie perkusji po odzwierzęcy growl, czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej i zarazem coś, co nader skutecznie „wietrzy” wystawowe pokoje z nieprzywykłej do takiego łomotu publiczności. I proszę mi wierzyć, że również w takich klimatach Opery świetnie się odnalazły grając z werwą, świetnym timingiem i otwartością z jednoczesnym, zdroworozsądkowym umiarem jeśli chodzi o podkreślanie tak ostrości, jak i ofensywności, dzięki czemu nie przekraczały cienkiej czerwonej linii, za którą dźwięk mógłby stać się nazbyt męczący i jazgotliwy. Jak łatwo się domyślić pod względem potęgi, wolumenu i eksploracji najgłębszych zakamarków Hadesu Opery nie mogły równać się nie tylko z dyskretnie stojącymi za ich plecami majestatycznymi Gauderami , jak i rezydującymi u mnie AudioSolutions Figaro L2, więc jeśli ktoś liczy na obezwładniające infradźwiękowe uderzenia, to raczej nie ten adres, lecz bądźmy szczerzy – chyba nikt przy zdrowych zmysłach patrząc tak na gabaryty samych tytułowych kolumn, jak i średnice wykorzystywanych przez nie przetworników takowych doznań nie oczekiwał. Ba, jeśli do powyższej charakterystyki dodamy jeszcze zaskakująco przystępną cenę, to śmiem twierdzić, że i tak końcowy odbiorca otrzymuje zaskakująco wiele a i sami Włosi albo operują na granicy opłacalności, albo chcąc wyeliminować konkurencję perfidnie poszli w dumping.
W ramach podsumowania jedynie pozwolę sobie stwierdzić, że jeśli tylko lubicie Państwo otaczać się rzeczami po prostu ładnymi i świetnie wykonanymi a jednocześnie jesteście miłośnikami wysokiej jakości brzmienia przy rozsądnych nakładach finansowych, to tytułowe kolumny Opera Quinta V2 spełniają wszystkie powyższe kryteria i pokładane w nich nadzieje. Są przy tym wielce ciekawą alternatywą dla swych podobnie wycenionych, równie „rustykalnych”, rodaczek czyli m.in. Chario Cygnus MkII czy Amelia przy wyraźnie przyjaźniejszej współczesnemu wzornictwu lekkości brył. Dlatego też jeśli tylko dysponujecie 18-25 metrowym pomieszczeniem a jednocześnie niespecjalnie gustujecie w ciemnej i lepkiej od przesłodzenia estetyce grania, to odsłuch ww. Włoszek wydaje się ze wszech miar wskazany.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Choć pośród sporej populacji audiomaniaków tytułowa włoska marka jest dość dobrze rozpoznawalna, to dotychczas nie mieliśmy okazji przyjrzeć jej się w stricte testowym starciu. Naturalnie kilka spotkań na wystawach i podobnych im imprezach zaliczyliśmy, jednak co innego niezobowiązująco rzucić uchem, a co innego spróbować ocenić w wartościach bezwzględnych. Na szczęście idąc za przysłowiem co się odwlecze, to nie uciecze, po owocnych rozmowach z warszawskim Hornem udało nam się przerwać dotychczasową flautę i w nasze skromne progi zawitały z pozoru nieduże, jednak wielkie duchem kolumny podłogowe. Jakie konkretnie i spod jakiego znaku towarowego? Panie i panowie oto pochodzące z Italii, pięknie prezentujące się zespoły głośnikowe Opera Quinta V2.
Jak widać na zdjęciach, tytułowe konstrukcje to średniej wielkości podłogówki. Jednak nie są to proste, zazwyczaj nudne wizualnie i sprawiające wiele problemów z wewnętrznymi rezonansami prostopadłościany. Ich obudowy to dość skomplikowane, bo unikające sytuacji powstawania fal stojących pomiędzy dwoma równoległymi płaszczyznami skrzynki, co oznacza, że każda ze ścian kolumny w stosunku do przeciwległej z wyjątkiem awersu i rewersu jest pod pewnym kątem. Sposób znany od lat, jednak stosunkowo rzadko wykorzystywany. Aby tę walkę wesprzeć, potencjalnie problematyczne narożniki obudów przyjemnie dla oka zaoblono. Jeśli chodzi o ich ogólną aparycję, front i tylny panel Włosi ubrali w pięknie prezentującą się czarną skórę, zaś boczne ścianki w kontrastujące ze wspomnianą czernią dębowe panele. Kreśląc kilka zdań o wyposażeniu technicznym V2-ek najistotniejszą jest informacja o współpracy sekcji inżynierskiej Oper ze Scan Speakiem. Owocem tego posunięcia jest widoczna z przodu aplikacja dwóch zorientowanych w dolnej części basowców oraz w górnej pojedynczego średniaka i tuż nad nim wysokotonówki. Ale to nie jedyny front działań marki na polu uzyskania jak najlepszego brzmienia tej konstrukcji, gdyż z równie dużym zaangażowaniem panowie podeszli do konstrukcji zwrotnic, gdzie nie szczędząc kosztów zastosowano rezystory Vishay i kondensatory Mundorf. Powoli zbliżając się ku końcowi akapitu o technikaliach nie mogę nie wspomnieć o umieszczonych w dolnej części tylnego panelu kolumn dwóch portach bass-refleks, pod nimi pojedynczym zestawie terminali przyłączeniowych oraz posadowieniu tych smukłych wież na przykręcanych do podstawy, zwiększających rozstaw punktów podparcia, wyposażonych w regulowane kolce stalowych stelażach. Wieńcząc opis budowy podam jeszcze kilka danych o osiągach Oper, które jako feedback opisanych przed momentem zabiegów mogą pochwalić się pokryciem pasma przenoszenia na poziomie 42 Hz – 21 kHz oraz skutecznością 91dB przy nominalnym obciążeniu 6 Ohm – maksymalny spadek określono na poziomie 4.3 Ohm. Jak widać, nasze bohaterki są dość przyjazne dla sekcji wzmacniającej, co sprawia, że są nad wyraz uniwersalne.
Gdy podłączałem rzeczone kolumny w swoim systemie, po zapoznaniu się z odezwą producenta do potencjalnego nabywcy byłem ciekawy, co oznacza jego zapewnienie o łatwości ich wysterowania. Spora skuteczność często skutkuje świetną swobodą prezentacji już przy o wiele niższych poziomach wzmocnienia, aniżeli podczas napędzania tak zwanych słupów telegraficznych – czytaj potworków ze skutecznością poniżej 85 dB, na co oczywiście liczyłem. I jak się finalnie okazało, mocodawcy marki nie kłamali, a ja potwierdziłem swoje nabyte przez lata oczekiwania. W efekcie mariażu z moim A-klasowym wzmocnieniem muzyka tryskała niepohamowaną radością i rozmachem budowania realiów scenicznych nawet podczas słuchania muzyki na poziomie niezobowiązującego plumkania. Chodzi o to, że już sporo przed zwykle stosowanym przeze mnie punktem głośności brzmiała nader lekko, ale nie anorektycznie w górnym i środkowym pasmie oraz oferowała ciekawie podparcie uderzeniem muzyki mocnym kopnięciem w dolnych częstotliwościach. To było pewnego rodzaju granie bez szukania siłowego przegrzania prezentacji, tylko raczej jej napowietrzania w celu pokazywania zawartej w muzyce radości. Oczywiście roszadą okablowania efekt soniczny można było lekko podkręcić w stronę większej propagacji energii w środku pasma, jednak uzyskany sposób wizualizowania słuchanych projektów płytowych był na tyle ciekawy, że dodatkowo nie chcąc zaburzać prawdziwego „ja” naszych bohaterek, opisany stan pozostawiłem na pełen okres testu. A zapewniam, nie był to lekki spacerek po parku pełnym wiosennych woni czasu rozkwitania zieleni, tylko rasowa wspinacza na wymagające zdolności radzenia sobie z przeciwnościami losu Rysy. Nie muszę chyba wyjaśniać, iż w tej przenośni chodzi mi o serię użytych płyt, bowiem oprócz serwowania systemowi muzyki będącej dla niego wodą na młyn, niejednokrotnie stawiałem go przed brutalną ścianą. Naturalnie ścianą w postaci zapewnienia odpowiedniej ilości energii i nieprzewidywalności w siermiężnym rocku. Jak to wypadło?
Początek okazał się dla kolumn bułką z masłem, gdyż w napędzie odtwarzacza CD wylądowała Christina Pluchar ze swoją formacją L’arpegiata i produkcją „Monteverdi: Teatro D’amore”. Ale żeby nie było, wbrew pozorom nie jest to dziecinnie łatwy do pokazania zamierzeń artystów materiał. Chodzi mianowicie o odpowiednie oddanie unikalnego głosu Philippe Jaroussky’ego, którego z jednej strony nie można zrobić zbyt dziecinnego jak na mężczyznę, a z drugiej ma zdradzać wiele cech kobiecych. Do tego nie należy zapominać o oddaniu estetyki grania nierzadko oryginalnych instrumentów dawnych z ich specyficznym tembrem brzmienia i ogólnej aury goszczącego muzyków pomieszczenia. Na szczęście Quinty V2 brylowały w tym materiale jak mało która konstrukcja. Swoboda, lotność, rozwibrowanie, ale kiedy wymagał tego materiał fajne kopnięcie energią dźwięku dawały poczucie oczekiwanej namacalności kreowanych wydarzeń. Nic, tylko słuchać, co z ostentacyjnym zadowoleniem z użyciem kilku posiadanych płyt tego producenta z premedytacją uczyniłem.
A co brutalnym brzmieniem choćby mającej w tym roku w Birmingham wykonać ostatni koncert w oryginalnym składzie sprzed lat formacją Black Sabbath? Powiem tak. Owszem, swoistemu hymnowi „Iron Man” z płyty „Paranoid” w moim odczuciu przydałoby się większa szczypta nasycenia wspomagającego drapieżne brzmienie nie tylko gitar, ale także pełnego samczych cech wokalu – co ciekawe perkusja z uwagi na wspominane wcześniej kopniecie na samym dole się broniła. Jednak i w tym przypadku mimo moich oczekiwań biorąc pod uwagę słabość realizacji materiału dało się przy tym wpaść w zadumę z powodu brutalnie mijającego czasu. Może z lekkim pragnieniem podkręcenia krytycznego dla naszego słuchu centrum pasma, ale jednak bez problemu się dało. Nie był to naturalnie pokaz satysfakcjonujący w stu procentach całą populacji maniaków tej formacji, ale pamiętajmy, że specjalnie zarzuciłem próby sztucznego podkręcania emocji w domenie esencjonalności, aby pokazać prawdziwą twarz kolumn. A ta według mnie mimo niezłego finału ze zderzeniem ich ze specjalistami od czarnych zlotów, raczej faworyzowała muzykę pełną radości. Rzekłbym nawet, że są dla takowej stworzone, co udowodniła wizualizacja twórczości z okresu Baroku. To oczywiście nie wyklucza słuchania na Quintach V2 pełnego spektrum repertuaru, ale jednak moim typem jest materiał unikający brutalnych brzmień. W tych czuły się jak ryba w wodzie.
Puentując powyższy opis nie będę się zbytnio rozwodził na temat możliwości sonicznych rzeczonych zespołów głośnikowych, gdyż to po lekturze tekstu jest jasne jak słońce. Powiem tylko, że nawet będąc umiarkowanym piewcą mocnego grania nie skreślałbym ich z listy odsłuchowej. Dlaczego? Otóż bazując na wyartykułowanych również w tekście informacjach, czyli dokonując odpowiednich ruchów konfiguracyjnych są duże szanse na uzyskanie finalnie nieco bardziej dociążonego brzmienia. A, że warto o to powalczyć niech świadczy ich znakomity występ z muzyką wymagającą oddania zawartej w niej magii. Tego byle „grajpudła” nie będą w stanie zapewnić, dlatego mając na uwadze tę cechę nasze bohaterki poleciłbym dosłownie i w przenośni całej populacji melomanów. Jest jednak jeden warunek. Muszą mieć świadomość, co tak naprawdę im w duszy gra. Co? Podpowiem, w ten sposób. Rock będzie raczej jedynie fajną przygodą, aniżeli wodą na młyn. Za to reszta repertuaru gwarantem wulkanu pozytywnych emocji.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Horn Distribution
Producent: Opera Loudspeakers
Cena: 26 998 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: trójdrożna, bass-reflex, podłogowa
Zastosowane przetworniki
– głośnik wysokotonowy: 26 mm miękka kopułka wysokotonowa, podwójny magnes ferrytowy, aluminiowa płyta przednia
– głośnik średniotonowy: 150 mm powlekany stożek z włókna szklanego, magnes ferrytowy
– głośnik niskotonowy: 2 x 180 mm anodyzowany na czarno stożek aluminiowy, magnes ferrytowy
Skuteczność (2,83 V / 1 m): 91 dB
Impedancja: 6 Ω (nominalna); 4,3 Ω (minimalna)
Pasmo przenoszenia (-3 dB): 42 Hz – 21 000 Hz
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 250 – 2 300 Hz
Moc max.: 200 W
Zalecana moc wzmacniacza: 25 – 150 W
Wymiary : 237 x 1100 x 440 mm (tylko obudowa, bez podstawy); 319 x 1158 x 529 mm (kompletny głośnik, z podstawą)
Waga: 39,00 kg / szt.
Dostępne wersje wykończenia: Cement Gray, Oak, Rosewood
Opinia 1
Jak z pewnością wierni i zarazem uważni czytelnicy pamiętają plichtowskie WK Audio nie tylko od przewodu zasilającego swoją radosną twórczość zainaugurowało – od modelu TheAir, co praktycznie każdą kolejną serię właśnie przynależną jej „sieciówką” otwierało . Wystarczy wspomnieć chociażby flagową TheRed, czy budżetową TheOne – w ramach kontrolowanego przecieku zdradzę, że lada moment światło dzienne ujrzą / na sklepowe półki trafią interkonekty, na które już mieliśmy okazję rzucić niezobowiązująco uchem. Wyjątkiem potwierdzającym powyższą regułę okazała się linia TheRay, której forpocztą były przewody … głośnikowe Speakers, które co prawda po testach odesłałem do producenta, lecz mniej więcej po dwóch tygodniach irytująco bolesnej rozłąki uznałem, że bez nich może nie tyle żyć, co słuchać się nie da i uprzejmie poprosiłem o ich zwrot, by na stałe wpiąć do redakcyjnego systemu. Wracając jednak do meritum, czyli do rodziny TheRay na stosowny, zasilający model trzeba było poczekać do ostatniej edycji Audio Video Show, podczas której takowym specjałem Witold Kamiński – założyciel, konstruktor i właściciel marki raczył był się pochwalić. Skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, że koniec końców i do nas ów przewód dotarł a tym samym możemy podzielić się zebranymi podczas jego odsłuchów obserwacjami.
Zgodnie z rodzinną unifikacją również i TheRay Power przyodziano w błękitny peszel oraz uzbrojono w pełniące rolę reduktorów średnicy aluminiowe tuleje z grawerunkiem informującym o pochodzeniu – logotyp producenta i przynależności do wiadomej linii. Z racji, iż mamy do czynienia z niższą aniżeli topowa TheRed serią jakoś trzeba przełknąć brak biżuteryjnej konfekcji, czyli 50-ek NCF Furutecha i przyjąć do wiadomości, że tym razem WK Audio zdecydowało się na nieco bardziej budżetową półkę z portfolio ww. Japończyków, czyli od strony „ściany” wylądował FI-E38R a od strony odbiornika FI-C15 NCF R. I tu od razu pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż może i 15-ka ani nie zachwyca swą aparycją, ani nie łapie za oko iście biżuteryjnym wykończeniem masywnego korpusu, lecz jej niskoprofilowość jest swoistym wybawieniem dla wszystkich posiadaczy wszelakiej maści wagopodobnych płaszczek w stylu Devialetów (np. zaprezentowanego na AVS 2024 Astra Opéra de Paris ), czy Linnów (Klimax), starszych inkarnacji Luminów, etc., gdzie w zadek normalnego wtyku – z okrągłym, pełnowymiarowym korpusem zaaplikować nie sposób, którzy niekoniecznie czują potrzebę dodatkowego drenażu kieszeni na CF-C15 NCF(R). Skoro przy oszczędnościach mowa, to cieszy iż „optymalizacja kosztów własnych” ominęła opakowanie i tytułowy przewód dociera do odbiorcy końcowego w suto wyściełanej gąbką eleganckiej sklejkowej skrzyneczce (vide unboxing).
Co do ukrytej przed oczami ciekawskich anatomii TheRay Power wzorem swojego rodzeństwa w całości wykonywany jest ręcznie z miedzi o bardzo wysokiej czystości i autorskim zaplocie. Żyły robocze posiadają przekrój 6 mm² a każda z nich posiada inną budowę. Widoczne na powyższych zdjęciach aluminiowe tuleje pełnią nie tylko dekoracyjno-informacyjną rolę, lecz również są „strojonymi” elementami antywibracyjnymi.
Zabierając się za odsłuchy naszego gościa doskonale zdawałem sobie sprawę, iż nawet podświadome oczekiwanie od niego tego, co zaprezentował TheRed będzie tylko i wyłącznie ze szkodą dla niego i pośrednio dla mnie. Cóż jednak z tego, skoro wbrew zdrowemu rozsądkowi a zarazem zgodnie z minionkową logiką („jeśli czegoś nie wolno, ale bardzo się chce, to można”) takowe kołaczące się z tyłu głowy pobożne życzenia się pojawiały. I … proszę mi wierzyć, że przekazując go na dalsze recenzenckie katusze Jackowi daleki byłem od poczucia czy to rozczarowania, czy też niedosytu. A to wszystko za sprawą zaskakującej energetyczności i witalności plichtowskiego przewodu, który nie mogąc równać się ze szlachetniej urodzonym pociotkiem z jednej strony darował sobie próby jego doścignięcia a z drugiej pewne ograniczenie (w porównaniu z TheRed) skali i wolumenu generowanej prezentacji rekompensował wielce atrakcyjną otwartością i swobodą. Bas charakteryzował się świetnym zróżnicowaniem i choć na „The Death of Slim Shady (Coup De Grâce)” Eminema nie zapuszczał się tak nisko jak rezydujące u mnie AudioSolutions Figaro L2 zejść potrafią, to bez zająknięcia i grymaszenia trzymał obłąkańcze tempa i zachowywał pełne zróżnicowanie na „The Reclamation of I” Imminence, którego do grona najłatwiejszych do odtworzenia albumów nie sposób zaliczyć. Całe szczęście zdolność oddania szaleńczych galopad to nie jedyna jego zaleta, gdyż na zdecydowanie bardziej cywilizowanym „Brushed” trio markusphilippe plus bischi pokazał, że i operowanie barwą, długością wybrzmień oraz różnicowanie strun od gry pudłem, czy umiejętne łączenie chrupkości werbla z mięsistością kontrabasu nie stanowi dla niego żadnego problemu. Części odbiorców z pewnością do gustu przypadnie również delikatne faworyzowanie przełomu wyższego basu i niższej średnicy, przez co przekaz proponowany przez TheRay Power na tle bardziej liniowej konkurencji jawi się jako bardziej energetyczny i namacalny, bezpośredni a jednocześnie pozbawiony podskórnej nerwowości, czy nadpobudliwości.
Tym oto sposobem docieramy do średnicy, która nader udanie łączy przyjemną uchu saturację z rozdzielczością i komunikatywnością, więc zarówno brylujący na ww. wydawnictwie saksofon, jak i ciepłe, jedwabiste wokale na „Shadow” Lizz Wright były jak na wyciagnięcie ręki – z krwi i kości. TheRay niczego też nie wyostrza i nie konturuje a jednocześnie kreśli bryły pozorne wyraźnie i precyzyjnie, przez co nie mamy wrażenia nadmiernej lepkości, czy wręcz przegrzania dźwięku i to pomimo faktu, że góra jest zarazem zaskakująco gładka, jak i bogata we wszelkie, nawet zazwyczaj upraszczane, bądź pomijane mikro-informacje. Dostajemy bowiem pełną pulę tzw. planktonu i aury otaczającej muzyków, najdrobniejsze szmery i pogłosy budujące holograficzną przestrzeń oraz zaskakująco dużo „powietrza” – tak „na górze”, jak i w głębi sceny. Proszę tylko sięgnąć po „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” Branforda Marsalisa a usłyszycie, czy wręcz poczujecie na własnej skórze. ogrom kubatury w jakiej dokonano realizacji.
Jak z pewnością zdążyliście się Państwo domyślić WK Audio TheRay Power nie jest ani najlepszym przewodem zasilającym w ogóle, ani nawet w obrębie portfolio plichtowskiej manufaktury. Jest fakt niepodważalny i niepodlegający dyskusji. I bardzo dobrze, bo nie taka jest jego rola i nie takie ambicje miał jego konstruktor. Chodziło bowiem o stworzenie modelu wymagającego mniejszego wsadu materiałowego, rezydującego oczko niżej od flagowego TheRed przy jednoczesnej redukcji ceny i zachowaniu możliwie wielu cech starszego rodzeństwa. Mission impossible? Cóż, śmiem twierdzić, że owa sztuka Witkowi jednak się udała i TheRay Power wstydu rodzinie nie przynosi. Ba, wydaje się świetnym uzupełnieniem sukcesywnie rozrastającego się katalogu i zarazem dość oczywistym jeśli nie partnerem, to wielce smakowitą przystawką przed zakosztowaniem walorów topowego modelu. A tak już zupełnie na serio i bez zbytnio poetyckich metafor – za godny polecenia tak pod względem brzmieniowym, jak i ekonomicznym uważam duet TheRay zaaplikowany w źródle i TheRed we wzmocnieniu, a tym samym gorąco Państwa zachęcam do nausznej weryfikacji takiej konfiguracji. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by przygodę z WK Audio rozpocząć od solowych występów TheRay Power, bądź też szarpnąć się na (prawie – brakuje jeszcze jakiegoś interkonektu) cały błękitny set i zamiast bezskutecznie gonić upragnionego króliczka wreszcie skupić się na muzyce.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio; AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Z zajmującą środek oferty linią TheRay plichtowskiej marki WK Audio jakieś 4 miesiące temu mieliśmy przyjemność już się spotkać. Wówczas było to ciekawie wypadające okablowanie kolumnowe, które dostając swoje pięć minut po świetnie brzmiącym flagowcu TheRed mimo naturalną koleją rzeczy skromniejszych nakładów finansowych bez najmniejszych problemów się obroniło. Z tego co pamiętam z tamtego testu, zagrało bez pogoni za wyczynowością, ale nie gubiąc przy tym niezbędnej iskry i odpowiedniej dawki energii, dzięki czemu muzyka zawsze tętniła fajnym życiem. Przy stosunkowo przyjaznej dla klienta cenie efekt był na tyle dobry, że po zakończonym teście nie omieszkaliśmy zapytać producenta, czy ma jakieś plany odnoście innego okablowania z tego modelu. Ku naszemu zadowoleniu odpowiedź była szybka i twierdząca. I gdy wydawało się, że jak to w życiu bywa, temat będzie długo dopieszczany, zaraz po nowym roku dostaliśmy telefon, iż działania konstruktorskie dobiegły końca. Takim to sposobem, za sprawą prężnego działania stacjonującego w Plichtowie WK Audio dziś przyjrzymy się przewodowi zasilającemu TheRay Power.
Jak i z czego zbudowany jest tytułowy kabel? Z uwagi na częste próby podkradania know how przez mistrzów od podrabiania wszystkiego co się da, informacji w sieci nie ma zbyt wiele. Dlatego bazując na informacjach zawartych na stronie producenta wiemy, że przewodniki wykonano z wysokiej jakości miedzi beztlenowej. Te uformowano w firmowy, testowany przez wiele miesięcy splot i w celach minimalizacji zewnętrznych zakłóceń finalnie ubrano w wysokiej jakości materiały izolacyjne i tłumiące wibracje. Jeśli chodzi o terminację naszego bohatera, mając na uwadze ukierunkowanie oferty do szerokiego grona użytkowników zastosowano niedrogie, jednak w światowym rankingu uważane za znakomite w zderzeniu ceny z jakością wtyki japońskiej marki Furutech – FI-C15 NCF R oraz FI-E38 R. Tak prezentujące się, finalnie ubrane w błękitny peszel kabel w drogę do klienta pakowany jest w wyściełaną profilowaną gąbką skrzynkę ze sklejki oraz zostaje opatrzony certyfikatem oryginalności.
Z jakiej strony pokazał się tytułowy TheRay? Otóż z bardzo dobrej, gdyż uzupełniając ofertę tej linii poszedł drogą głośnikówki. To zaś oznacza dobre operowanie blaskiem, energią oraz niezbędną do zbudowania ciekawego spektaklu muzycznego, czyli nienachalną, acz wyraźnie kreślącą byty na wirtualnej scenie krawędzią dźwięku. Bez niebezpiecznej wyczynowości, aby uniknąć efektu żyletki, za to bez problemu oddającą nawet najbardziej wyczynowe popisy będącego dla mnie Palcem Bożym kontrabasu. Tak tak, ten instrument mimo swojej pozornej prostoty grając soczystym dźwiękiem w szybkich pasażach jest bardzo trudnym do oddania. Z jednej strony nazbyt konturowy będzie ubogi w artefakty tworzone przez pudło rezonansowe, a z drugiej miękko określony w domenie krawędzi zacznie grać tylko pudłem. Tak źle i tak niedobrze. Dlatego tak ważny jest odpowiedni konsensus pomiędzy ostrością rysowania i wypełniania soczystym impulsem danego dźwięku, który podczas tego testu został odpowiednio ustalony. Pierwszym z brzegu materiałem udowadniającym tę tezę jest chociażby dość często przywoływany przez mnie koncert Keith’a Jarretta (fortepian), bębniarza Jacka DeJohnette’a i szalonego basisty Gary’ego Peacocka „Inside Out”. W znakomitej większości to ballady, jednak jak to zwykle w improwizowanym jazzie jest standardem, co jakiś czas każdy z muzyków ma swoje pięć minut. Powiem tak, cała płyta jest świetna. Ba, każdy z muzyków to mistrz w swojego instrumentu. Ale prawdopodobnie wbrew większości z Was dla mnie najbardziej spektakularna jest praca kolokwialnie mówiąc przerośniętych skrzypiec. I tak naprawdę odbiór tej płyty zawsze determinuje poziom mojej akceptacji gry Gary’ego. A, że będący punktem zapalnym tego spotkania TheRay poradził sobie z tym tematem bardzo dobrze, od samego początku piszę o nim, jak o godnym uzupełnieniu oferty również świetnie brzmiącego, dokładnie w tej samej estetyce kabla kolumnowego. Ale, że by nie było. Oczywiście nie samym wyraźnym rysowaniem wirtualnych bytów człowiek żyje i oprócz przed momentem opisanego radzenia sobie z kontrabasowym torem przeszkód, przez cały czas zwracałem uwagę na ogólną specyfikę prezentacji tej płyty. Naturalnie chodzi o sposób podana tego koncertowego wydarzenia. W tym przypadku mam na myśli dobrą wizualizację rozmiarów otoczenia z nagradzającą artystów gromkimi brawami publiczność, a także odpowiednie zawieszenie oraz rozwibrowanie w tym bezkresie pojedynczych dźwięków. W pierwszym przypadku chodziło o gradację planów wszechobecnych oklasków, zaś w drugim o unikanie nazbyt szybkiego znikania delikatnie brzmiących nut, co często jest pokłosiem szaleńczej pogoni za konturowością przekazu i nieadekwatnie wyczynowym do danej chwili w domenie czasu atakiem kolejnej frazy. W tym aspekcie plichtowski kabel także wyszedł z tarczą. Zagrał swobodnie, z dobrym timingiem i oddechem, co przez cały testu dzięki umiejętnie wdrożonym w życie, artykułowanym od samego początku niuansom brzmieniowym było gwarantem fajnego obcowania z wszelkiego rodzaju muzyką. Nie tylko jazzem, ale także tą agresywniejszą. Czy da się lepiej? Owszem i nawet nie trzeba daleko szukać, bo lepszy produkt znajdziemy choćby w portfolio WK Audio z serii TheRed. Ale po pierwsze – jest to okupione innymi kosztami zakupu. A po drugie – zanim zaczniecie odsłuchy z wysokiego „c”, zalecam przymierzyć się do naszego bohatera. Jest tańszy, a przy tym pełen witalności i energii, co z pewnością wielu z Was w pełni usatysfakcjonuje.
Jak na koniec zachęcę Was do prób z tytułową konstrukcją? Spokojnie, nie będę się zbytnio kajał, bo kabel znakomicie sam się obroni. Powiem tylko, abyście nie przykładali zbytniej wagi do zastosowanych wtyków. Wiem od wielu znajomych, że ocena wykorzystanych do produkcji komponentów dla niejednego audiomaniaka jest jednym z pierwszych kryteriów ustalania potencjalnej listy. W testowym modelu nie są z najwyższych serii Furutecha i sam na początku byłem zaskoczony takim wyborem. Jednak zapewniam, w najmniejszym stopniu nie degradują dźwięku, w zamian zaś pozwalają zaproponować rozsądną cenę, co w dzisiejszych czasach szaleństwa wielu producentów na tym punkcie jest rzadkością. I małe sprostowanie frazy „nie degradują”. Chodzi o fakt maksymalnego wykorzystania potencjału zastosowanych przewodników i ich wewnętrznej konstrukcji przy rozsądnej wycenie oferty. Dla producenta i jak wynika z testu dla mnie takie bez problemu wystarczą. To zaś pokazuje, że WK Audio The Ray oferując ciekawe brzmienie już przy niedrogich wtykach, Jakie? To musicie sprawdzić sami. Dla mnie warte każdej żądanej złotówki.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiopunkt
Producent: WK Audio
Cena: 3 000 € /1,5m (wyłącznie dla Europy i USA)
Choć nazwa może sugerować jakiś wypasiony dwuślad o typowo sportowym zacięciu, to tym razem aż tak daleko od głównego nurtu naszych zainteresowań odchodzić nie będziemy. Ba, nie ruszymy się nawet o krok, brodząc w owym nurcie zanurzeni nawet nie po kolana czy pas a po samą szyję. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że granie z plików, niezależnie od tego czy zgromadzonych na lokalnych dyskach, czy też strumieniowanych z najpopularniejszych serwisów stało się obecnie na tyle powszechne, że niekorzystanie z ich dobrodziejstw uznawane jest na dziwactwo porównywalne z tym, jak na plikolubów patrzono w czasach, gdy dedykowany złotouchym programowy odtwarzacz Lilith dostępny był na Windows jedynie w wersji japońskiej, czyli wszelkie komunikaty i oznaczenia były w … Kanji. Całe szczęście, jak to mawiał klasyk „panta rhei”, więc i realia oraz nasze muzyczne przyzwyczajenia ewoluowały ku nowemu, które wbrew pozorom wcale nie musi być gorsze od tego co kiedyś, choć spotykając się w gronie podobnych sobie dinozaurów coraz częściej słyszę, że „kiedyś to było …”. Wracając jednak do meritum, to granie z plików, jak wszem i wobec wiadomo, nie tylko z mody nie wyszło a rozgościło się na audiofilskich salonach i, co całkiem zrozumiałe, bez większych problemów umościło się również na samym audiofilskim Olimpie. Wystarczy tylko wspomnieć takie konstrukcje jak Pink Faun 2.16 ULTRA, Taiko SGM Extreme, czy też daleko pozostawiającego w tyle konkurencję tak pod względem gabarytów, jak i … ceny (brzmienie to rzecz czysto subiektywna, jednak Ci co mieli szczęście go słyszeć wypowiadają się o nim w samych superlatywach) majestatycznego Wadaxa (Atlantis Reference Server i Reference DAC). Schodząc jednak na ziemię, lecz nadal pozostając w wybitnie bezkompromisowym towarzystwie w ramach dzisiejszego spotkania, dzięki uprzejmości stołecznego SoundClubu, mam przyjemność podzielić się z Państwem obserwacjami poczynionymi w trakcie testów nieco mniej oczywistego i mainstreamowego gracza, czyli topowego serwera 432 EVO Master.
O ile w przypadku często goszczących na naszych łamach, przykładających dużą wagę do budującej rozpoznawalność firmowej unifikacji oferowanych urządzeń wytwórców od czasu do czasu pozwalamy sobie na żartobliwe frazesy w stylu „koń jaki jest …” itp., gdyż wprawne oko od razu rozpozna nowy model Accuphase, Marantza, McIntosha, Vitusa, etc., to tym razem na redakcyjny tapet trafił byt dopiero debiutujący na naszych łamach i w dodatku o wybitnie mało audiofilskiej, bo osadzonej w stricte komputerowych „kanonach piękna” estetyce. Mówiąc wprost 432 EVO Master wygląda jak najzwyklejszy w świecie tzw. media center pc, czyli pełniący rolę centrum domowej rozrywki komputer a dokładnie dwie takie maszyny – jedna ze slotem umożliwiającym nakarmienie jej srebrnym krążkiem (serwer) i druga takowej fanaberii pozbawiona (zasilacz). Przesadzam? Cóż, jeśli ktoś ma co do moich obserwacji i skojarzeń wątpliwości, to dobrze jakby w wolnej chwili zerknął np. do katalogu Streacoma i przyjrzał się m.in. obudowie FC5. Niemniej jednak „budy” są solidne, aluminiowe, ich fronty mają budzącą zaufanie centymetrową grubość a o sztywność konstrukcji dbają pełniące rolę ścian bocznych groźnie nastroszone radiatory. Jest to też również (czysto umowna) wskazówka, że 432 Evo stawia na chłodzenie pasywne, co potwierdza widok perforowanych płyt górnych. I są to cechy wspólne całej, liczącej pięć modeli rodziny 432, w której skład wchodzi zintegrowane, dysponujące wyjściami analogowymi, źródło Essence DAC & music server, oraz będące jedynie transportami/serwerami Standard, HIGH-END, AEON a nasz dzisiejszy gość – Master zajmuje zaszczytne, topowe miejsce. Wracając jednak do meritum nie można również zapomnieć o kilku drobiazgach, bowiem moduł serwera, oprócz wspomnianej, zlokalizowanej po lewej szczeliny napędu (cieszący się dobrą opinią TEAC) i włącznika oraz przypisanej mu diody, może pochwalić się firmowym logotypem oraz opisem roli jaką pełni a sekcja zasilająca jedynie włącznikiem wraz z diodą informującą o statusie pracy. Przenosząc się na zaplecze komputerowe konotacje jeszcze nabierają na sile, gdyż lewą sekcję serwera zajmuje klasyczny zestaw przyłączy mini-ITX-owej płyty głównej (ASRock) a prawą dodatkowy śledź z dwoma portami USB przeznaczonymi do komunikacji z zewnętrznymi przetwornikami cyfrowo-analogowymi. Całość uzupełniają trzy gniazda zasilania DC do spięcia z modułem zasilającym stosownymi przewodami SBoostera. Z kolei tylny panel zasilacza otrzymał potwierdzający jego funkcje grawerunek, zintegrowane z włącznikiem gniazdo zasilające oraz trzy (jeden 9 i dwa 12V) terminale wyjściowe DC w standardzie XLR.
Co do zawartości trzewi, to z jednej strony sam producent na swojej stronie chwali się całkiem szczegółowymi zdjęciami poszczególnych komponentów a z drugiej nader niechętnie patrzy na recenzencką samowolkę uwieczniającą co smakowitsze rozwiązania. Dlatego oprę się na tym, co gołym okiem widac i tyle. Czyli na będącej platformą sprzętową płycie głównej ASRock z czterordzeniowym, chłodzonym pasywnie (radiator nie jest w żaden sposób połączony z obudową urządzenia, więc jej boki pełnią jedynie rolę usztywniająco/dekoracyjną) procesorem Intela, 8GB RAM-u i 2TB SSD-kiem Samsunga (opcjonalnie można zdecydować się na większe – 4 lub 8TB jednostki) zamontowanym na sprężynowym zawieszeniu i dodatkowo zabezpieczonym dodatkowym materiałem antywibracyjnym. Całość, przynajmniej od strony programowej, jest mocno „autorska”, bowiem począwszy od własnego BIOS-u a skończywszy na bazującym na popularnej dystrybucji Linuxa (Fedorze) środowisku skompilowanym stricte pod zastosowania audio (będący spirytus movens 432 EVO Frederic Vanden Poel ma ponad 20-lenie doświadczenie w IT i właśnie Linuxie) całość ma za zadanie zaspokoić gusta najbardziej wymagających odbiorców. Całe szczęście nie na samych solennych deklaracjach producenta musimy bazować, gdyż poza „cywilną” płytą główną zadbał on o odrębną, pracującą pod kontrolą precyzyjnego zegara SOtM sCLK-10EX, również sygnowaną przez SOtM (USB tX-USBexp) sekcję obróbki sygnału z dwoma wyjściami USB (układ portów wskazuje na SOtM tX-USBhubIN). Chociaż nie będę ukrywał, że mam z tym co widzę w ww. trzewiach pewien problem natury estetyczno-poznawczej, gdyż z jednej strony wiem z czym mam do czynienia i tak naprawdę spokojnie mogłaby tam być pojedyncza drukowana płytka a z drugiej, niemalże wniebogłosy drze się moje mroczne alter ego domagające się przyznania racji, że jak na razie opisuję nieco bardziej zaawansowany PeCet oparty na ogólnodostępnych komponentach. Całe szczęście jak to zwykle w życiu bywa diabeł tkwi w szczegółach – „własności intelektualnej” producenta potrafiącego zrobić coś z czego ktoś inny owego czegoś jednak zrobić nie podoła i … zaskakująco rozbudowanym zasilaniu, gdzie znajdziemy trzy solidne toroidalne trafa – każde z własną sekcją filtrującą zapewniające w pełni niezależne magistrale energetyczne poszczególnym sekcjom serwera.
Krótko mówiąc, pod względem funkcjonalnym mamy do czynienia z hybrydą Roon Core’a i Rip-NAS-a, czyli przekładając to na zrozumiały dla ogółu język z połączeniem streamera /serwera multimedialnego/zgrywarki płyt i magazynu plików. Do pełni szczęścia będziemy potrzebowali zatem sieci LAN, zewnętrznego przetwornika cyfrowo-analogowego, resztę toru na razie pozwolę sobie pominąć, oraz konta w którymś z popularnych serwisów streamingowych i/lub własnej plikoteki na jakimś dysku sieciowym/USB zgromadzonej, bądź czasu na zripowanie posiadanej płytoteki. Ponadto całość konfiguruje się poprzez www., wprowadzając widoczne w apce ROON-a (dostępny na iOS i Androida Roon Remote) IP wpiętego w domową sieć 432 EVO. Sam interfejs VortexBox, choć surowy jest w pełni intuicyjny i oferuje możliwość nie tylko standardowych nastaw zapewniających dekodowanie bit-perfect, lecz również szeroki wachlarz strojeń począwszy od obowiązującego obecnie, znaczy się od 1959 stroju 440Hz, poprzez zalecane przez producenta 432Hz po zakres 415 – 444, oraz nie mniej rozbudowane opcje SQi (Sound Quality Improved) i Bass Authority. Oczywiście spokojnie można przeklikanie wykonać raz – na samym początku i zapomnieć o temacie, bądź ewentualnie przypominać sobie o dostępnych opcjach przy okazji wymiana DAC-a na nowszy – akceptujący wyższe częstotliwości wejściowe a całością, podczas codziennego użytkowania zawiadywać z poziomu agregującego wszelkie serwisy streamingowe i zasoby lokalne Roona. No i jeszcze drobiazg. Otóż przynajmniej w trakcie testu 432 EVO nie wspierał Tidal Connect a proces ripowania odbywa się całkowicie automatycznie – użytkownik musi jedynie płytę w szczelinie transportu umieścić a po zakończeniu zgrywania odebrać.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu od razu na wstępie pragnąłbym zaznaczyć, że jeśli ktoś po źródle plikowym oczekuje od pierwszych taktów jakichkolwiek porażających fajerwerków, to trafił pod zły adres. Tym razem otrzymujemy bowiem niezwykle dojrzałe i zrównoważone brzmienie, które choć dalekie od asekuracyjności, czy wręcz nudy, przy bezpośrednim, acz krótkotrwałym porównaniu z podobnie wycenioną konkurencją nie ma szans na złapanie czymkolwiek za ucho. Żeby jednak była jasność – wszystko jest w jak najlepszym porządku, czyli jest dobrze, lecz jak doskonale wiemy z autopsji dla większości złotouchej braci „dobrze” to zdecydowanie, przynajmniej w High-Endzie, za mało. Po prostu lwia część wkraczających w świat audio dotychczas postronnych obserwatorów uważa, że skoro jest drogo, to musi być efekt Wow! Musi być jakiś aspekt, który wskazując będziemy w stanie tak sobie, jak i postronnym słuchaczom usankcjonować sens kolejnej, nader poważnej inwestycji w tor audio. A tu? Emocje jak na grzybobraniu. Niby dobiegające nas dźwięki tworzą niezwykle miły uszom koherentny przekaz, wszystko jest na swoim miejscu i jedyne co można o dźwięku powiedzieć to to, że na pewno nie sposób określić go tak mianem stereotypowo „cyfrowego”, jak i wyczynowego. To jednak wszystko jedynie pozory, bowiem przyzwyczaiwszy się do tego wydawać by się mogło „letniego” przekazu i przesiadając się na inne źródło nagle i to nad wyraz boleśnie przekonamy się, że owe równe i bez-fajerwerkowe granie nie wynikało z uśrednienia a wręcz przeciwnie – szalenie ambitnych poziomów każdej ze składowych. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, gdy brak nierównomierności, różnic pomiędzy klasą podzakresów powoduje złudzenie pewnej powszedniości a tymczasem mając możliwość jego zestawienia, po wspomnianym okresie akomodacji, z konkurencją natychmiastowo unausznia nam na jakim pułapie wyrafinowania nieświadomie operowaliśmy. To tak, jakbyśmy przez dłuższy czas operowali średnioformatowym aparatem a potem przesiedli się nawet nie na pełną klatkę a Micro 4/3. 432 EVO oferuje bowiem zupełnie inną plastykę i rozdzielczość obrazowania, które ani nie zabiegają o naszą atencję, ani nie biją po oczach, znaczy się uszach. One po prostu są, jednak ich jestestwo okazuje się tożsame z tym, co znamy z życia codziennego – otaczającej nas rzeczywistości i dlatego z taką łatwością przechodzimy nad nimi do porządku dziennego i uznajemy za coś absolutnie naturalnego. Dokładnie jak z powietrzem, a dokładnie z tlenem, którym zupełnie nie zaprzątamy sobie głowy do czasu aż nie zaczyna go brakować. A tu, znaczy się z 432 w torze, mamy go pod dostatkiem, więc oddychamy i to zupełnie bezwiednie pełną piersią. Warto przy tym wspomnieć, że o ile przy standardowym (440Hz) stroju uzależnienie przychodzi powoli i z autopsji mogę powiedzieć, że idzie z nim w parze pewna nerwica natręctw dotycząca zabawy upsamplingiem i dostępnymi filtrami, no bo a nuż zagra jeszcze lepiej (inaczej?), to po zmianie stroju na 432 zmiana „optyki” pod względem plastyki jest oczywista, natychmiastowa i mówiąc wprost staje się przysłowiowym biletem w jedną stronę. Pojawia się bowiem niepodrabialna organiczność i naturalność, dzięki czemu szczególnie niewymagające prądu instrumentarium brzmi na tyle realistycznie, że przestajemy się zastanawiać nad tym, czy obcujemy ze źródłem cyfrowym, czy analogowym, gdyż np. orkiestra na naszych dyżurnych „Rhapsodies” pod Stokowskim nie tylko budzi respekt swym wolumenem, co pokazuje co tak naprawdę oznacza nieprzesadzona paleta barw, czy prawidłowa – właściwa rozdzielczość, czyli fakt, że doskonale widzimy/słyszymy poszczególne sekcje i składających się na nie muzyków, bez trudu jesteśmy w stanie zaobserwować gradację planów a jednocześnie nikt ani nic nie próbuje zaśmiecać przekazu nadmiarowymi w tym momencie informacjami dotyczącymi splotu wełny z jakiej uszyto marynarki, czy rodzaju kalafonii wykorzystywanej przez „smyczki”. W dodatku aura pogłosowa, która początkowo wydaje się dość oszczędna finalnie okazuje się całkowicie na miejscu – ani nie jest zbyt wcześnie tłumiona, ani też zbyt długo „wyciągana”. Chociaż akurat ją, jak i budowanie głębi sceny można w granicach zdrowego rozsądku, programowo – za sprawą dostępnych filtrów (Archimago’s imp + evo stage, Extremus stage) modelować a efekty takowych działań niejednokrotnie odebrałem jako nad wyraz satysfakcjonujące i na niektórych nagraniach wręcz zbawienne.
Podobnie jest z partiami wokalnymi. Zarówno krystalicznie czysty sopran Roberty Mameli („’Round M: Monteverdi Meets Jazz”), jak i niski, nieco sepleniący Cassandry Wilson („Thunderbird”) onieśmielały ekspresją i zmysłowością. Ponadto pomimo diametralnie różnej estetyki łączył je wspólny mianownik – namacalność. Jednak nie taka „zrobiona” – wykreowana przez sztuczne wypchnięcie pierwszego planu, lecz zdecydowanie bliższa studyjnej namacalności uchwyconej przez jeden z topowych mikrofonów Martina Kantoli z Nordic Audio Labs.
Jak zatem finalnie oceniam 432 EVO Master? Nad wyraz pozytywnie, gdyż jest on ewidentnym dowodem na to, że to nie (w większości) ogólnodostępne komponenty grają a jedynie umiejętność ich właściwego zespolenia, aplikacji i wyciśnięcia z nich, m.in. za pomocą autorskiego oprogramowania, wszystkiego co najlepsze. Nie ulega jednak wątpliwości, że topowa inkarnacja 432 przeznaczona jest raczej dla wysmakowanych i świadomych własnych oczekiwań melomanów, którzy niespecjalnie zwracają uwagę na wyszukany design grających w ich systemach urządzeń, czy krótkotrwałą ekscytację a skupiają się wyłącznie na dźwięku, który jakby nie patrzeć w naszej zabawie powinien być najważniejszy. Jeśli zatem chcecie Państwo zasmakować „organicznego” High-Endu a do pełni szczęścia wystarczy Wam dysponujące jedynie wyjściami USB źródło, to kontakt ze spécialité de la maison belgijskiego mistrza kuchni Frederica Vanden Poela wydaje się jak najbardziej wskazany. A odpowiedź na pytanie, czy da się jeszcze lepiej z pewnością znacie. Wystarczy bowiem wspomnieć ww. WADAX-a, choć to już temat na zupełnie inną historię i dramatycznie wyższy budżet …
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio; AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: SoundClub
Producent: 432 EVO
Cena: 69 500 PLN
Dane techniczne:
Wyjścia cyfrowe audio: 2 x USB 2.0
Wyjście Video: VGA, DVI, HDMI
Komunikacja: 1x RJ45
Obsługiwane formaty audio: MP3, WAV, WAV64, AIFF, FLAC, Apple Lossless, OGG, AAC max 32 bit / 768kHz; DSF i DFF max. DSD512
Upsampling: do max. 32 bit / 768kHz
Dostępne strojenie: 415 Hz; 426 Hz; 430.5 Hz (Equal Tone Temperament); 432 Hz (Verdi’s A, Pythagorean Temperament); 440 Hz (today’s Concert Pitch); 444 Hz
Pojemność wbudowanego dysku SSD: 2TB (opcjonalnie 4 lub 8TB)
Wymiary (S x G x W): 435 x 325 x 60 mm (zarówno serwer, jak i zasilacz)
Waga: 5 kg (serwer); 8,2 kg (zasilacz)
To date we have only explored accessories from the Swedish company’s portfolio – either for the purposes of publications on the pages of SoundRebels (vide Base of Silence) or out of pure curiosity, for our own / other publishers’ use (Feet of Silence, Discs of Silence) – that concentrated on silence, hence their names, however this time I have been given the opportunity to focus on the manifestation of Scandinavian technical thought concerning – as the name itself suggests – balance. However, as you can easily guess, one does not exclude the other, so also in the bowels of our today’s heroines, provided by the brand’s Polish distributor – Sopot’s Premium Sound, we will find a lot of what we can also encounter in the „silents”. Therefore, I cordially invite everyone interested in the topic to continue reading.
Assuming that one photo is worth more than a thousand words, based on both the unboxing session and the gallery above, I could perversely say that „that is it” and close the topic. However, as life and empirically gained experience teach, the art of defining the impact on the sound based only on looking at photographs has been the main domain of Internet trolls, for whom nothing is ever sounding right anyway, so basically they do not even need any photos to spit their venom in comments. Therefore, in order to find out how, or even at all, a given something affects a specific system, there is no other choice than to insert/apply this gizmo into it and catch, define and finally evaluate any possible changes with peace of mind.
However, before we get to that, it should be mentioned that the Feet of Balance reach the end user in collective packages of four pieces with a set of necessary springs and a combination wrench that allows them to be screwed into a loudspeaker (M6 and M8 threads are available, and from what can be found on the website, there are adapters up to M12 as an option). The whole thing is enclosed in a neat cardboard box, tightly filled with gray sponge with precisely cut chambers for the feet and other small items. And for the tested feet, they are shaped in the form of stubby barrel-like creations with a fancifully protruding „antenna” of a threaded pin on the upper surface, used to mount them on the speakers being decoupled, or any other element of the system. It turns out that Feet of Balance are also recommended as replacements for standard spikes and feet in audio racks. Unfortunately, due to the fact that I used the 6-legged version of the Solid Tech Radius Duo 3, which is being quite unevenly loaded in addition to that, during this test I limited myself to assessing their impact on the speakers.
As it is usually believed, which in itself is unquestionably the correct approach, usage of specialized accessories can not only be recommended, but actually should be commonplace to squeeze the last juices and fine tune your stereo system. And items exactly like the tested FoB (Feet of Balance) make this tuning take on a real shape and form. And this in its most precise version, where the tuning itself does not only mean the application of some audio-trinket to a system, but also the calibration of this element to the setup in question. To put it bluntly, following the example of the siblings from the Silence family, the Balance feet should be configured for a specific load using one of three sets of springs and remembering to position the feet correctly after screwing them into the speakers – that is, with inscriptions straight ahead, so that everything works according to the manufacturer’s assumptions and calculations. Therefore, despite the perfectly understood male reluctance to read all kinds of manuals, I strongly encourage you to overcome this truly atavistic disgust and at least a quick glance at the one-page cheat sheet attached to the feet or on the manufacturer’s website and follow the guidance in the table of loads and the spring configurations assigned to them. In the case of the 75 kg AudioSolutions Figaro L2 used during the tests, I used the F configuration with four HD springs, a single, centrally placed HD+ spring and two MD springs embedded in the outer chambers, which provided slightly better rigidity and stability than the E option, which did not have the MD springs included. The loudspeakers could still be quite easily pushed away from the fully upright position, but the return to it, and the damping of the oscillations themselves, happened much quicker and easier than with, for example, the Townshend Audio Seismic Podium, with which we had to deal with during the listening sessions of the Audiovector SR6 Avantgarde Arreté and YG Acoustics Carmel 2. However, in order for the speakers to gain the ability to rock, they first had to be armed with FoBs, and this, as it turned out, is not so easy, because first each of the eight feet has to be opened, reconfigured, reassembled and, once we have the set done, screwed into the speakers, which at least in the case of the Figaro L2 took me quite a few dozen minutes, during which any listeners had the opportunity to significantly expand their vocabulary with a set of sophisticated curse words. There is no denying that two people are needed for this type of activity, and if you do not want to / cannot lay down the speakers, so the replacement has to be done „vertically”, the wrench operator, tightening the legs, must lay flattened on the floor like a frog run over by a truck.
The principle of operation of the FoB is as clear as it is logical after “surgery” of each foot, and is based on mechanical and magnetic decoupling of the speakers from the ground due to the rotating spike, integrated with the upper part of the body (it rests on a brass washer) and minimizing the contact area with the base of the speaker, a spring suspension and the cooperating system of seven strong neodymium magnets located above the steel cover of the spring chamber. In addition, the whole thing was equipped with a layer of rubber-like damping material based on polyterpenoids.
Moving on to the part devoted to the influence of the FoB on the sound of the above-mentioned AudioSolutions Figaro L2, I will immediately point out, that I did not assume anything before listening, I expected nothing and did not try to forecast any conclusions, because the photo session, as well as the paragraph devoted to their construction, clearly showed, that the number of components/variables in the tested feet is such, that it is impossible to unambiguously categorize them as representatives of devices that provide point contact with the ground, spring, magnetic, elastomeric damping, etc., because in fact we are dealing with a proprietary cocktail of all of the above solutions.
In short, Solid Tech Feet of Balance „sound” in their own way and do it … masterfully. Visiting me since last year’s edition of AVS, so far playing on standard cones and brass supports with felt pads, used to provide them with some kind of mobility, heavy Lithuanian speakers, after the change, showed their perhaps not completely new, but noticeably more attractive, at least from my – purely subjective point of view, face, manifested by the improvement of the resolution of the fully reproduced sound band and the precision of handling and differentiation of the lowest frequencies. As I already mentioned during their, I mean the loudspeakers, tests, even with the factory accessories, they „fitted” in my 24-sqare meter living room, but after replacing the hard cones with spring-magnetic Swedish feet, the whole thing became more precise and that without even the slightest sign of slimming down or drying out. As a result, not only was the „disappearance” of the speakers even more effective, but also the richness of the volume of information they conveyed was more legible. In addition, access to this wealth was open from surprisingly low volume levels, so even on symphonies („Mahler: Symphony No. 7” performed by the Bavarian Radio Symphony Orchestra under the baton of Sir Simon Rattle) you did not have to shoot yourself in the ear with huge doses of decibels to try to guess whether you could already hear literally everything that was in the source material, or will you still have to reach for the remote control again. I am not saying that suddenly, as if by magic, Audio Solutions started to impersonate the Perlisten S7t, but the observed changes of the Figaro L2 directed a bit towards their cousins from Verona, although looking at these observations from the perspective of time, I would see the reason for that not so much in sharpening the very edges of the virtual sources, but in eliminating their barely noticeable serrations and the, previously present in the surrounding air and disturbing the clarity of the image, parasitic small, post-resonant artifacts. For example, on the extremely distant from audiophile models, but phenomenal in terms of music, dark and melancholic „The Light the Dead See” by Soulsavers, you can usually hear a dark, „making an atmosphere” background, occasionally illuminated by piano parts, guitar riffs or strings. Meanwhile, with the FoB, the bass, which had been glued together so far, suddenly showed that it is not a monotonous hum, but an area of extraordinary differentiation. Hitting the drum head is not one sound, but consists of several different ones, responsible for documenting the contact of the stick with the membrane, its deflection and return to the starting point after the drummer’s hand is withdrawn. On top of that, there is a greater expression of the vocal parts. As if Dave Gahan worked on the strength of his emission, got a better, more sensitive microphone, and someone sitting at the mixing table put a little more effort into it, thanks to which the harshness of the Depeche Mode frontman’s voice sounded more natural – as native, and not like granulation created at the mixing stage.
However, when it comes to bass reproduction, I decided that if the test is not going to be a shortcut, then the Swedish „suspension” should be treated with something as uncompromising as the almost 56% Bårelegs Battle Axe, in which smoky aromas are intertwined with the smell of iodine, tar and a smokehouse. Sounds intriguing? Well, that is why I did not fail to reach for the appropriate background music in the form of … „The Battle of Yaldabaoth” by Infant Annihilator with programmable drum parts, which probably could only be mastered by an octopus after getting schooled by Mike Portnoy, and injected intravenously with a hellishly strong espresso. And while earlier I had turned a blind eye to certain simplifications and the sticking of the blasts together, this time I got a full, conducted with truly mathematical precision, spectrum of mercilessly fired punctual series of blows treating my slightly fat body like a jackhammer necessary to remove the surface of a residential street. As if the Vitus team provided a mysterious upgrade to the 101, using wireless means and carried out in the background, without my, the user’s, knowledge, increasing the damping factor and doubling the power and current efficiency. Miracles, auditory hallucinations, or a manifestation of wishful thinking? Well, I would love to, but the effect of installing the FoB is as addictive as it excludes a return to the usual spikes/cones, and this despite the fact that the application of the Solid Tech Feet of Balance, which immediately stick to the floor, somehow automatically immobilized the AudioSolutions Figaro L2 permanently, so that not even „riding” them on the floor, but just moving them by a few/a dozen centimeters may be so laborious and annoying, if not impossible, that after the acrobatics related to the application and precise positioning of the speakers, I will try to minimize any changes in their position to an absolute minimum.
Reaching the shore, i.e. the end of today’s unexpectedly lengthy arguments, let me consider the Solid Tech Feet of Balance to be one of the most effective and at the same time universal accessories that an audiophile and music lover, aware of their beneficial impact on the sound of their system, could be interested in. Leaving aside the extremely positive, at least in my purely subjective opinion, sonic aspect, which practically completely makes the speakers independent of the usually destructive influence of the ground, through the possibility of similar decoupling of the rack with a myriad of combinations depending on the load (the load capacity of the feet can decrease/increase with the changing hardware configuration), everything points to the fact that the FoB are the proverbial one-way ticket. It is extremely difficult for me to imagine a situation, where anyone with a properly functioning sense of hearing and at the same time not showing strictly masochistic tendencies, after using them, would honestly say that the game is not worth it, or the sound without these feet is better. That is, he may like it more/less, because tastes are not open for discussion, although on the other hand, facts are also discussed, and these irrefutably prove that Solid Tech knows exactly what it does and does it great.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms; AudioSolutions Figaro L2
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Polish distributor: Premium Sound
Manufacturer: Solid Tech
Price: 2 749 / 4 pcs.
Specifications
Dimentions (Diameter x H): 65 x 53 mm
Weight: 1,5 kg
Load of the set 4 pcs.: Max 10-180kg
Including in package: 4 isolators; 4 adapter screws in selected thread size; 16 Medium density springs; 16 high density springs (already installed in the isolators); 20 High density + springs; 1 unit Hex key
Opinia 1
O ile, przynajmniej w teorii, idealne, wzorcowe pomieszczenie odsłuchowe powinno być odizolowane tak pod względem akustycznym, mechanicznym, jak i … elektrycznym od reszty naszych domostw / „zakładów pracy”, etc., to raczej nikogo nie muszę uświadamiać, iż powyższa lista dogmatów jest jedynie zbiorem pobożnych życzeń, o realizacji których, poza nielicznymi wyjątkami (vide. główna sala Martena), można co najwyżej pomarzyć. Nie chcąc jednak całkowicie odpuszczać tematu trzeba sobie jakoś, na miarę mniej bądź bardziej skromnych możliwości, radzić. I w tym momencie na scenę wkraczają producenci wszelakiej maści akcesoriów umożliwiających zdecydowanie mniej aniżeli „laboratoryjny model” by wymuszał inwazyjną adaptację akustyczną, filtrację prądu, czy też walkę z pasożytniczymi wibracjami. I właśnie z grona ostatniego z ww. obszarów, dzięki uprzejmości chełmżyńskiego Quality Audio, udało nam się pozyskać z przepastnego portfolio włoskiej Omicron Group trzy rodzaje stóp antywibracyjnych – X5 Reference, New X2 i New X4, na test których serdecznie zapraszamy.
Pod względem budowy X5 Reference bazują na rozwiązaniach znanych z używanych przeze mnie na co dzień Magic Dream Classic, czyli ich cylindryczne korpusy wykonano z polimeru Derlir a w trzewiach ukryto stalową, złoconą kulkę o średnicy 10mm. Różnice dotyczą dwóch aspektów – pierwszym jest zewnętrzny, chromowany, bądź złocony pierścień a drugim, kluczowym pod względem ergonomii, jest nierozbieralność konstrukcji. I proszę w tym momencie uwierzyć mi na słowo, że owa kluczowość nie jest przesadą, gdyż mając blisko roczny staż z wcześniejszą, niższą rangą, trzyelementową wersją, gdzie najpierw należy w podstawie, umieścić we wklęsłym łożu kulkę a następnie nałożyć górną część korpusu i na takiej, dość chybotliwej konstrukcji (dokładnie czterech) ustawić finalnie urządzenie owe zespolenie było pierwszą rzeczą o jakiej przy każdej aplikacji marzyłem.
Zdecydowanie cięższego kalibru są z kolei modele New X2 i New X4, gdzie korpusy wykonano z chromowanych mosiężnych pierścieni, z których górny ma postać ściętego stożka na którego wierzchołku umieszczono nie tylko nagwintowany otwór pozwalający zarówno na dokręcenie X-ów do urządzenia, jak i umieszczenie w nim np. „kolumnowego” kolca, lecz i chroniącą przez porysowaniem podstawy urządzenia gumowy oring. Polimerowy materiał tłumiący umieszczono również od spodu X-ów. Jeśli zaś chodzi o różnice pomiędzy ww. rodzeństwem to X2-ki mają pojedynczy poziom odsprzęgający z 3 kulkami, natomiast X4-ki mogą pochwalić się dwoma takimi poziomami a co za tym idzie zdublowaną ilością kulek.
Z racji braku jakichkolwiek informacji co do zalecanych / dopuszczalnych obciążeń każdego z ww. modeli w trakcie testów weryfikowałem ich wpływ zarówno pod 26 kg odtwarzaczem Vitus Audio SCD-025 Mk.II, jak i chodzącym w wadze muszej 2,5 kg Lumïnem U2 Mini. Jak jednak miało się okazać poczynione obserwacje były na tyle zbieżne, że finalnie, na potrzeby niniejszej publikacji, pozwoliłem sobie je skondensować do postaci zbiorczych wniosków. A te, wbrew pozorom nie są wcale takie oczywiste, gdyż pomimo wykorzystania w roli elementu odsprzęgającego kulki/kulek tak materiał korpusów, jak i różnice w złożoności każdego z modeli sprawiły, że każdy z zestawów stopek „zagrał” zauważalnie inaczej od swojego rodzeństwa.
I tak, idąc zgodnie zarówno z cennikiem, jak i wagą/masywnością stopek X5 Reference oferują przyjemne dosaturowanie średnicy zahaczające swym polem rażenia również o górę, oraz lekkie podkreślenie przełomu niższej średnicy i wyższego basu, przez co brzmienie ustawianych na nich urządzeń nabiera swoistej „organicznej” krągłości i umownej „analogowości”. Przykładowo zazwyczaj wypadający dość chłodno i detalicznie „Vägen” Tingvall Trio zyskał może nie tyle lampowy, co nieco bardziej krągły sznyt i lekko ozłoconą ornamentykę najwyższych składowych. Taki sposób narracji świetnie sprawdził się również w ostrzejszym materiale, gdzie np. na „The Machinations Of Dementia” Blotted Science bardzo udanie tonizował i humanizował zbytnią techniczność prog-metalowej prezentacji. Można było zatem słuchać nie tylko dłużej, co i nieco głośniej bez oznak irytacji, bądź też zmęczenia atakującymi nasze zmysły dźwiękami.
Przesiadka na New X2 pokazała za to, że zachowując muzykalność poprzedników da się z reprodukowanego materiału wycisnąć jeszcze sporo rozdzielczości i motoryki dając słuchaczom zaskakujący wolumen informacji dotyczących przestrzeni i precyzji zawieszenia w niej brył pozornych. Przykładowo melancholijny, niespieszny i uroczo minimalistyczny „Norwegian Recordings” Hanne Boel The Trio zabrzmiał na wskroś audiofilsko i to w dobrym tego słowa znaczeniu – ze smyrającymi uszy perkusjonaliami, rozświetloną „Dobro” (gitarą rezofoniczną) i tak namacalnie podanymi wokalami, że parząc espresso odruchowo wyciągnąłem dodatkowe trzy filiżanki. Z kolei zapuszczenie się w pełne krzyku i pozornego chaosu „The Reclamation of I” Imminence uwolniły kolejne pokłady zapisanych tak w niskich składowych, jak i w dalszych planach informacji. Kontury zyskały na ostrości, lecz jednocześnie udało się uniknąć osuszenia i zbytniej kanciastości.
Prawdziwa jazda bez trzymanki zaczęła się jednak dopiero po podłożeniu X4, na których nawet tak ekstremalny pod względem szybkości i bezpardonowości wsad muzyczny jak „The Battle of Yaldabaoth” Infant Annihilator nie robił najmniejszego wrażenia. A przecież programowalne blasty, tnące powietrze połamane gitarowe riffy i niemalże zwierzęcy growl to nie jest coś, co przewidywaliby producenci tworzonych z myślą o wyrafinowanych audiofilach urządzeń, czy też dedykowanych złotouchym spędów w stylu monachijskiego High Endu, czy stołecznego Audio Video Show. Tymczasem z X4 w torze owa pozorna kakofonia nabierała całkiem uporządkowanej postaci, gdzie tak wieloplanowość, jak i niemalże matematyczna precyzja artykulacji każdego z dźwięków były niemalże wzorcowe i w pełni logiczne – składając się na spójne kompozycje, które może z racji swej ciężkostrawności nie wszystkim mogą przypaść do gustu, lecz nie sposób zarzucić im przypadkowości, czy też bezmyślnego łomotania. Jeśli jednak dla kogoś to nieco zbyt paląca podniebienie strawa aby docenić tytułowe Omicrony wystarczy sięgnąć po pulsujący funkowym rytmem i zaraźliwą motoryką „Funk the Mall” Chris Grey & The BlueSpand, gdzie przyrost tak mikro-, jak i makro- dynamiki zarówno w porównaniu do firmowych stopek, jak i powyżej opisanego przeze mnie rodzeństwa jest tyleż oczywisty, co wręcz onieśmielający. Mówiąc wprost dostajemy potężny informacyjno-energetyczny zastrzyk i to bez nadmiernej nerwowości, czy sztucznego „pompowania” dźwięku. Same „włoskie” witaminy, zero irytujących na dłuższą metę „sterydów”.
Podsumowując nasze dzisiejsze spotkanie z trzema tytułowymi propozycjami Omicron Group, czyli stopami antywibracyjnymi X5 Reference, New X2 i New X4 mogę jedynie ze swojej strony szczerze je zarekomendować, lecz tym razem bez autorytatywnego wskazania najlepszej opcji. Po prostu przy finalnym dostrajaniu zarówno każdy z systemów, jak i poszczególne jego składowe, o gustach ich posiadaczy nawet nie wspominając, wymaga zindywidualizowanych kroków, więc bardzo mi przykro, ale bez samodzielnej weryfikacji będę szalenie wdzięczny jeśli potraktujecie Państwo moją radosną twórczość li tylko jako niezobowiązującą wskazówkę a nie jednoznaczną receptę. A na fakt, że w moim dyżurnym systemie New X4 wypadły najbliżej moich prywatnych upodobań proszę patrzeć przez pryzmat najczęściej goszczącego na playlistach repertuaru, który niekoniecznie wpisuje się uznawany za cywilizowany mainstream. Niemniej jednak warto podkreślić, iż po raz kolejny Włosi udowodnili, że znają się na rzeczy i widzą co i jak zrobić, by nasze urządzenia po prostu grały lepiej.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio; AudioSolutions Figaro L2
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jeśli śledzicie nasze perypetie testowe, z pewnością wiecie, że z włoskimi Omicronami nie raz i nie dwa mieliśmy okazję się już zmierzyć. Gościliśmy u siebie aplikowany bezpośrednio na rządzeniu regulator hasającego pola magnetycznego – Omicron Power Boost, a także podstawki pod okablowanie wzbogacone o nieco mniej zaawansowane, ale jednak bliźniacze regulatory pola magnetycznego – Omicron Magic Dream Power & Tesla. Za każdym razem ich wpływ był ewidentny, co jasno pokazywało, gdzie we wszelakiej maści układankach audio tkwią jeszcze możliwości poprawy wyniku sonicznego. A jeśli takowe są, chyba nikogo nie dziwi fakt konsekwentnego rozwoju technologicznego tych akcesoriów. Tak tak, poważni producenci nie spoczywają na laurach, tylko na ile wystarcza im pomysłów, drążą temat. I właśnie ich najnowszymi, naturalnie będącymi rozwinięciem wcześniejszych konstrukcji produktami będziemy dzisiaj się zajmować. Czym konkretnie? Otóż dzięki zaangażowaniu chełmżyńskiego dystrybutora Quality Audio dostaliśmy szansę weryfikacji najnowszych działań marki Omicron na polu wygaszania szkodliwych drgań elektroniki. A będą to trzy rodzaje podstawek wykorzystujących stabilizację kulkową Omicron Magic Dream Reference X5, Omicron X2 oraz Omicron X4.
Jak i z czego zbudowane są tytułowe „odsprzęgacze” elektroniki od podłoża? Po krótce wygląda to tak. Otóż Omicron Magic Dream Reference 5 to sandwich w kształcie walca składający się z trzech warstw sprzęgniętych ze sobą za pomocą systemu kulkowego. Dwie skrajne o nieco innych parametrach wysokości wykonano z Delrinu i w celach zabezpieczenia przed uszkodzeniem powierzchni styku stawianych urządzeń uzbrojono w estetyczne gumowe oringi. Środkowa zaś to wykończony w kolorze złota mosiądz. Co bardzo istotne w tego typu przypadkach rozwiązań kulkowych, konstrukcja została scalona w jeden moduł, co ułatwia aplikację i zabezpiecza przed przypadkowym rozczłonkowaniem podczas zbyt mocnej, często przypadkowej ingerencji w dany komponent, jakim jest choćby zazwyczaj odruchowe potrącenie. Zapewniam, mała rzecz, a cieszy.
W przypadku stopek Omicron X2 podobnie do poprzedniego modelu również mamy do czynienia z metodą odsprzęgania kulowego z tą tylko różnicą, że jedynie dwóch członów. Jednak w odróżnieniu od X5-ek tym razem jako budulec producent w całości wykorzystał wykończony w połyskującym graficie mosiądz. Inny jest również kształt. W początkowej fazie, czyli w dolnej części mamy do czynienia przyjemnie dla oka karbowanym walcem, jednak górna platforma nośna jest już stożkiem z lekko ściętym szczytem zakończonym oringiem przeciwdziałającym uszkodzeniu obudowy stawianego urządzenia. Ten model z powodów opisanych nieco wyżej również jest jedną całością. Naturalnie z uwagi na mniejszą ilość separowanych od siebie płaszczyzn stabilizacja realizowana jest na bazie mniejszej ilości kulek.
Jeśli chodzi o model Omicron X4, jest to rozwinięcie X2-ki, czyli wykorzystanie pomysłu X5-ki z trzema warstwami nośnymi. Powód? W przypadku pierwszego zestawu o tym nie wspominałem, ale chodzi o coś w rodzaju płynniejszego, bardziej progresywnego działania konstrukcji. Uzyskujemy to poprzez lekkie opóźnienie reakcji pomiędzy podłożem, a urządzeniem, co realizowane jest właśnie poprzez dodanie pośredniej (środkowej) platformy dzielącej dwie nośne (górną i dolną). Dzięki temu reakcja rozciąga się w czasie, co z automatu zmienia moc impulsu działającego na dany komponent. Jak można wnioskować, z racji rozwinięcia prostszego konstrukcyjnie projektu aparycja X4 również jest połączeniem walca i stożka przedzielonych płaskim separatorem. Oczywiście zwiększenie ilości współpracujących platform wymusiło zastosowanie większej ilości kulek.
Na koniec przydatna informacja. Pewnie sami zauważyliście, ale to bardzo istotne, dlatego dodam, iż każdy model opisanych powyżej stopek w górnej płaszczyźnie ma gwintowany otwór. Wbrew pozorom to niezwykle istotny szczegół. Po pierwsze chodzi o to, że jeśli ktoś ma takie życzenie, za pomocą połączeń gwintowych może zastosować Omicrony w miejsce oryginalnych stopek urządzenia, a nie stawiać je gdzieś w przypadkowym miejscu pod dolną płaszczyzną obudowy. A po drugie taki system montażu pozwala zastosować je także pod kolumnami, które nie oszukujmy się, są równie czułe na szkodliwe wibracje jak elektronika. Jak widać, Włosi w kwestii zagadnień technicznych podeszli do tematu kompleksowo. Ale nie byliby sobą, gdyby przy tym nie zadbali o fajną wizualizację naszych bohaterów. Zdjęcia tego nie oddają, jednak zapewniam, że Omicrony na żywo spełnią oczekiwania nawet najbardziej wymagających estetów.
Jak na aplikację na naszych bohaterkach zareagował przetwornik D/A Vitus Audio RD-101 MkII? Aby zachować chronologię ustaloną w akapicie o budowie, zacznę od Omicronów X5. Te zaś spowodowały, że przekaz muzyczny dostał dodatkowej esencjonalności. Stał się nieco bardziej krągły, dzięki czemu przy braku ograniczeń w projekcji górnych rejestrów oferował większą dźwięczność i kolorystykę, a przez to lepszą namacalność. To było na tyle znamienne w skutkach, że wizualizacja źródeł pozornych dawała nieodparte odczucie jakby osobistej wizytacji danej produkcji płytowej. Oczywiście tchnięty w muzykę zastrzyk dodatkowego body naturalną koleją rzeczy spowodował minimalne osłabienie ataku oraz lekkie pogrubienie rysunku dźwięku, ale w żadnym wypadku nie było to działanie na poziomie utraty radości ze słuchania, tylko przyjemne dla ucha podkręcanie emocji związanych z soczystością i rozwibrowaniem wielowymiarowo zawieszonych w eterze projektów muzycznych. Czy wszystkich i dla wszystkich? Już tłumaczę. Twórczość stawiająca na muzykalność przekazu, czyli jazz, muzyka wokalna i barokowa jak najbardziej na tym zyskiwała i to w odniesieniu do wszystkich słuchaczy. Zaś nurty nastawione na agresję mogą mieć swoich zwolenników i może nie zatwardziałych, ale jednak przeciwników. Powód chyba jest jasny, wszelkie odmiany rock-a i czasem elektronika dla wielu ich piewców muszą być kolokwialnie mówiąc kwadratowe, a jak wynika sprzed momentem wyartykułowanych wniosków, zastosowanie X5-ek lekko to łagodziło. Ale zalecam spokój, gdyż potencjalnymi niezadowolonymi w mojej opinii z automatu mogą być jedynie, choć wcale nie muszą ortodoksyjni słuchacze tego typu muzyki. Dlatego zanim skreślicie wykonane z Delrinu stopki z potencjalnej listy odsłuchowej, zalecam osobisty sparing, gdyż mimo teoretycznego niedopasowania charakterów możecie się mile zaskoczyć.
W kolejnym kroku pod ten sam przetwornik postawiłem stopki oznaczone symbolem X2. I? Oczywiście zmiany w stosunku do poprzedniego modelu były ewidentne. Niby ten sam sposób odsprzęgania, ale przypominam o innym materiale konstrukcji. Zamiast dość elastycznego Delrinu mamy znacznie twardszy mosiądz. I oczywiście w tym przypadku dodatkowo nie potrójny, a podwójny zestaw izolowanych kulkami platform nośnych. Taki system dał bardzo ciekawy wynik brzmieniowy. Zaskakujący, bo z drobnymi zmianami, ale podobny do poprzedniego występu. Mianowicie chodzi o konsekwentne podkręcenie esencjonalności przekazu, jednak z lekkim zebraniem się w sobie dźwięku. Nie był już tak bajecznie krągły, za to dla wielu być może bardziej przyjazny, bo rysowany ostrzejszą kreską i nieco twardszy. Nadal pełny, jednakże dzięki utwardzeniu dosadniejszy w uderzeniu. Na tyle wyraziście, że opisane zmiany skierowały wizualizację przekazu w kierunku poprawy drive’u, co w moim odczuciu czyni model X2 jakby bardziej uniwersalnym od X5. Ale tak jak w poprzednim przypadku zalecam próby na własnej audiofilskiej skórze.
Co wydarzyło się po zastosowaniu bardziej skomplikowanego konstrukcyjnie, kontrolowanie chwiejącego się „stożka” X4? Dla mnie sprawa przewidywalna, bo zgodna z opisem w akapicie o budowie. Otóż wspominana, skądinąd dobrze odbierana w prostszym Omicronie X2 twardość została, natomiast jako feedback progresywności działania trzech platform podzielonych kulkami muzyka brzmiała płynniej. Jakby z większym wolumenem energii oraz jej esejcjonalności, a przy okazji minimalizacji pewnego rodzaju szarpnięć dźwiękiem spójniej. Zniknęły nerwowe ataki poszczególnych impulsów, w zamian dostałem oazę soczystego spokoju. Czy dla każdego zestawu audio i jego właściciela tak samo oczekiwanego, to już sprawa konkretnych korelacji sprzętowo – roszczeniowych, ale jedno jest pewne, ten model włoskiego sposobu wygaszania drgań był najbliższy mojemu sercu.
Mniemam, iż z powyższego opisu jasno wynika, że każdy model serii stopek Omicron powodował oczekiwaną poprawę jakości prezentacji muzyki. Muzyki pozbawionej akcentów szorstkości i krzykliwości będących wynikiem szkodliwego poziomu zniekształceń w dźwięku. Zrozumiałym jest, że skomplikowanie danej konstrukcji determinowało nieco inny poziom oraz estetykę wpływu na finalną projekcję wydarzeń scenicznych, dlatego każda konfiguracja brzmiała nieco inaczej. Jedno jednak jest pewne, cel był ten sam, czyli zapewnienie jak najlepszych warunków pracy naszym audio-zbieraninom. Która wersja stopek podejdzie Wam? Niestety na to pytanie możecie odpowiedzieć sobie sami. Ale jedna uwaga, musicie podnieść rękawicę. A o tym, że warto, świadczy spora paleta ciekawych obserwacji.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Omicron Group
Ceny:
Omicron X5 Reference: 1 750 PLN /3 szt.; 2 200 PLN / 4 szt.
Omicron New X2: 1 900 PLN / 3 szt; 2 500 PLN / 4 szt.
Omicron New X4: 3 800 PLN / 3 szt; 4 990 PLN / 4 szt.
Dane techniczne
Omicron X5 Reference
Średnica: 55 mm
Wysokość: 42 – 48 mm
Omicron New X2
Średnica: 60 mm
Wysokość: 30 mm
Omicron New X4:
Średnica: 65 mm
Wysokość: 44-50 mm
Najnowsze komentarze