Opinia 1
Pół żartem, pół serio pozwolę sobie stwierdzić, iż wystawy audio mają zaskakująco wiele wspólnego z … kasynami. Nie da się bowiem ukryć, iż niezależnie od tego kto i co zaprezentuje / obstawi, to i tak i tak finalnie wygrywa organizator / kasyno. Oczywiście to spore uproszczenie i spłycenie tematu, jednak bądźmy szczerzy – marek które liczyły na to, że pochlebne opinie zebrane na którejś z wystaw przyczynią się do ich rozkwitu i sukcesu o światowym zasięgu i owa sztuka się im udała jest jak na lekarstwo. Tak samo jak tych, łudzących się, że obecność do niedawna w Las Vegas (CES), na monachijskim High Endzie, czy stołecznym Audio Video Show pozwoli złapać im wiatr w żagle i utrzymać się na powierzchni. Całe szczęście od powyższych, mało napawających optymizmem, statystyk są wyjątki i właśnie takim, niemalże klinicznym przypadkiem w ramach dzisiejszej, stricte metaforycznej, wiwisekcji przyjdzie nam się zająć. Mowa o warszawskiej manufakturze BonaWatt, której debiut podczas Audio Video Show 2023 niczego takiego nie zwiastował. Zaprezentowany wtedy może nie tyle prototyp, co wczesnoprodukcyjny Tamesis zwrócił moją uwagę, lecz po kurtuazyjnej wymianie uprzejmości i wizytówek kontakt się urwał, a i z obserwacji lokalnego audio światka nic nie wskazywało na to, by nie był to typowy „jednostrzałowiec” jakich wiele. Tymczasem mniej więcej na miesiąc przed zeszłorocznym AVS Krzysztof Lewandowski – właściciel i główny konstruktor ww. bytu wychynął z podziemi i z oczywistym entuzjazmem powróciliśmy do tematu testów. A kiedy wszystko było już na najlepszych torach, by stosowny wzmacniacz do nas trafił w tzw. międzyczasie wydarzył się właśnie coroczny, stołeczny spęd złotouchych, czego pokłosiem była istna … klęska urodzaju i takie ssanie rynku, że na luźną sztukę zmuszeni byliśmy poczekać do Gwiazdki. Skoro jednak czytacie Państwo te słowa, to znak, iż BonaWatt Tamesis nie tylko do nas dotarł, lecz i wnikliwe testy przeżył, z których to ekstraktem właśnie się z Wami dzielimy.
Kiedy pierwszy raz w oko i co tu dużo mówić, również w ucho, wpadł mi nasz dzisiejszy gość, skojarzenia jakie wywołał jego projekt plastyczny były tyleż pozytywne, co zaskakujące. Bowiem z jednej strony odejście od schematycznego powielania lampowych archetypów na bryłę Tamesisa podziałało nad wyraz odświeżająco a z drugiej delikatna inspiracja serią STR Anthema mogła budzić pewne zdziwienie. Niemniej jednak tytułowa integra prezentuje się świetnie – elegancko, nowocześnie i jednocześnie na tyle uniwersalnie, by nie wywoływać swą obecnością niepotrzebnych kontrowersji. Ot, klasyczny prostopadłościenny korpus z frontem wykonanym z płata szczotkowanego aluminium i zajmującą mniej więcej 1/3 jego powierzchni taflą czernionego szkła mieszczącego wielofunkcyjną gałkę i ukryty za nim szalenie czytelny błękitny wyświetlacz. Płytę górną również przykryto czarną „szybą”, w której nawiercono otwory umożliwiające osadzenie zestawu pięciu lamp – patrząc od przodu – prostowniczej 5AR4, pary triod 6SL7GT (6N9S) i dwóch KT77. Powierzchnie ścian bocznych szczelnie zakrywają ostre pióra radiatorów, które delikatnie rzecz ujmując nie ułatwiają przenoszenia wzmacniacza. Ściana tylna to oaza spokoju i logiki. Obie flanki zajmują standardowe terminale głośnikowe z osobnymi odczepami dla 4 i 8Ω obciążenia a centrum zintegrowany z komorą bezpiecznika i gniazdem zasilającym włącznik główny, wyjście z przedwzmacniacza (XLR 3pin), wejście na zewnętrzne sterowanie, przełącznik uziemienia oraz zestaw trzech par złoconych wejść RCA. Zamiast standardowych nóżek całość uzbrojono w cztery imponujące i zarazem piekielnie ostre kolce, więc warto mieć to na uwadze, gdyż zwyczajowe / spontaniczne postawienie wzmacniacza na półce/drewnianej podłodze tak podłoże, jak i my (jak tylko Gromowładna oceni skalę zniszczeń) zapamiętamy na bardzo długo. Całe szczęście na wyposażeniu jest komplet stosownych podkładek, lecz jak łatwo się domyślić trzymając oburącz wzmacniacz szans na ich samodzielną aplikację pod kolcami raczej mieć nie będziemy. Opcją jest pomysłowy pilot, który zamiast standardowego zestawu przycisków łapie za oko pojedynczą, wielofunkcyjną gałką.
Zgodnie z materiałami dostępnymi na stronie producenta, jak i zawartością potężnej skrzyni z MDF-u w jakiej wzmacniacz do nas dotarł (co unaocznia sesja unboxingowa) w zestawie znajduje się również ochronna klatka na lampy do samodzielnego montażu. Skoro jednak nijakiego nieletniego potomstwa, ani równie destruktywnego zwierza na stanie już/jeszcze nie posiadam jej składanie sobie darowałem, tym bardziej, że jej (klatki znaczy się) obecność urody Tamesisowi nie dodaje.
Warto również wspomnieć, iż pracujący w klasie A wzmacniacz o pozornie (na papierze) niewielkiej mocy 2 x 11W wyposażono w funkcje autobiasu, wstępnego nagrzewania lamp oraz ich studzenia po wyłączeniu, które może i nieco wydłużają rozruch/usypianie, lecz dbają o dobrostan elektryczno-termiczny urządzenia a tym samym wydłużają żywotność lamp.
Prawdę powiedziawszy zabierając się za testy i wpinając Tamesis w swój system zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać i jak potoczą się jego losy. Niby zapobiegliwie, niejako prewencyjnie, zadbałem o możliwie przyjazne niezbyt imponującej mocowo lampie obciążenie w postaci mogących pochwalić się 92 dB skutecznością AudioSolutions Figaro L2, jednak deklaracja producenta, jakoby tytułowa integra była „najlepszym wyborem dla muzyki akustycznej, wokalnej i elektroniki” nie do końca pokrywała się z gatunkowym profilem moich playlist. I choć zarówno Tom Araya, jak i Nergal bezsprzecznie wokalnie się udzielają, lecz coś czułem w kościach, że o nie taką „muzykę wokalną” Krzyśkowi chodziło. No nic, w końcu jako plan B miałem na podorędziu Esprit Audio Amelia, z których korzystał Jacek i nieco uprzedzając fakty bardzo sobie taki mariaż chwalił. Jak się jednak okazało nie taki diabeł straszny jak go malują i jedynie strach ma wielkie oczy, gdyż rodzimy lampiszon z postawnymi Litwinkami robił co chciał i to nie tylko na barokowych plumkaniach, gdzie bas kończy się na partiach tamburynu a i wokaliści częściej stawiają na egzaltowane pienia w stylu tego, co Jakub Józef Orliński popełnił w Villi San Fermo we włoskim Lonigo na „Anima Aeterna”, aniżeli zarejestrowany w stołecznym Sound Division Studio odzwierzęcy growl Adama Darskiego na „I Loved You at Your Darkest” Behemotha. Oczywiście o ile tylko nie próbowałem zmuszać Tamesis-a do gry z iście stadionowymi poziomami głośności, licząc przy tym na pełną kontrolę najniższych składowych na poziomie 300W tranzystora. Niemniej jednak niezależnie od gęstości i brutalności materiału źródłowego polska integra oferowała zaraźliwy timing, świetną rozdzielczość i tak angażującą średnicę, że jedynie dla niej całkiem poważnie zacząłem się zastanawiać, czy nie znalazłaby się jakaś wolna półka, by przygotować na niej przytulne gniazdko dla BonaWatta i używać go zamiennie z dyżurnym Vitusem RI-101 MkII. Czarujący Michael Bublé i George Michael w okamgnieniu topili niewieście serca a nawet niekoniecznie będące ucieleśnieniem stereotypowych div i scenicznych heroin Alissa White-Gluz i Carla Harvey / Heidi Shepherd sprawiały, iż i potraktowani jakże urokliwym wrzaskiem panowie stawali się zaskakująco potulni i posłuszni. Jednak główną i zarazem wiodącą cechą tytułowej integry były swoboda i nieskrępowanie prezentacji szalenie odległe do stereotypowej lampowej lepkości i przesaturowania jakich niektórzy od rozżarzonych baniek nie tyle oczekują, co wręcz wymagają i to niezależne od tego, czy na scenie urzędował jakiś skromny osobowo jazzowy projekt, jak daleko nie szukając Ulf Wakenius z grupką znajomych na „Vagabond”, czy też do głosu dochodził wielki aparat wykonawczy (Berliner Philharmoniker pod batutą Claudio Abbado plus Schwedischer Rundfunkchor) na „Requiem” Mozarta. A tu owych oznak ocieplenia i karmelowości było jak na lekarstwo, lecz i nie sposób było mówić o jakichkolwiek oznakach ochłodzenia, czy też zbytniej analityczności. Po prostu nasz dzisiejszy gość trafiał w punkt i zupełnie nie miało znaczenia czy jest to punkt tranzystorowy, czy lampowy, gdyż w High—Endzie a do tego elitarnego grona Tamesis bezsprzecznie należy, technologia wykorzystywana przez daną konstrukcję jest praktycznie zupełnie pomijalna i pełni rolę wybitnie służebną będąc środkiem w dążeniu do określonego celu a nie celem samym w sobie.
W ramach podsumowania napisze tylko tyle, że na bazie tego, co pod względem sonicznym BonaWatt Tamesis pokazał w moim dyżurnym systemie śmiało można brać pod uwagę podczas konfiguracji systemów nawet dla bardzo wymagających odbiorców i to niezależnie od preferowanego przez nich repertuaru. Jest przy tym w pełni oczywistym krokiem w górę / przód dla wszystkich tych, którzy do tej pory uważali, wręcz okopali się i zapuścili korzenie na stanowisku, że nic lepszego od 300-ki Lebena na rynku w rozsądnej kwocie nie znajdą. A tu proszę – przyszedł Krzysztof Lewandowski, posłuchał owych deklaracji, pokiwał głową, pobłażliwie się uśmiechnął, poprosił o przysłowiowe „potrzymanie piwa” i popełnił Tamesis … przenosząc słuchaczy na dramatycznie wyższy poziom muzycznych doznań.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio; AudioSolutions Figaro L2
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdyby ktoś z Was nie był do końca zorientowany, z przyjemnością informuję, że dzisiejsze spotkanie jest kolejnym, po wyjazdowym do sopockiego salonu Premium Sound z tytułową marką. I muszę powiedzieć jedno, to było znakomite jak na występy w obcym środowisku granie. Bez wyczynowości, za to z wielkim naciskiem na przyjemność obcowania z muzyką. Co to oznacza i czym się dziś będziemy zajmować? Otóż mam przyjemność przedstawić zainteresowanym dostarczony własnym sumptem przez producenta nietuzinkowy od strony designu i brzmienia, polski wzmacniacz zintegrowany BonaWatt Tamesis. Jak wypadnie? Czy obroni podniesione przed momentem tezy? Jak zwykle po odpowiedź zapraszam do zapoznania się z poniżej opisaną sesją testową.
Tytułowy „lampiak” w kwestii wyglądu znakomicie łączy będącą pochodną zastosowania lamp elektronowych wintydżowość ze sposobem opakowania układów elektrycznych w nowoczesnym stylu. Nie będę owijał w bawełnę i bez skrupułów stwierdzę, iż sukces w tej materii to wielka rzadkość, ale jedno jest pewne, mocodawcy marki BonaWatt pokazali, jak to się robi. Dostajemy konstrukcję, która w moim odczuciu znakomicie ozdobiłaby tak salony melomanów z ery lampy, jak i obecnych kojarzonych nawet z D-klasą. A wygląda to tak. Bryła obudowy Tamesisa, to średniej wielkości prostopadłościan jako platforma nośna dla szklanych baniek. Jednak ciekawostką jest fakt podjęcia decyzji rozbudowania jej na wysokość, a nie popularne rozpłaszczenie przy niskim wzroście. Już to pokazuje, że panowie poszli innym tropem, aniżeli znakomita większość producentów. Tym bardziej zrozumianym, że na górnej płaszczyźnie mieli do aplikacji jedynie 5 lamp, które dzięki użyciu tafli czernionego szkła udanie wyeksponowali. Jeśli chodzi o front, wykonano go z grubego płata aluminium, w który z prawej strony wkomponowano sporej wielkości czarną wstawkę z akrylu skrywającą czytelny nawet z pięciu metrów, błękitny wyświetlacz i wielofunkcyjne, dające możliwość sterowania wszelkimi funkcjami wzmacniacza pokrętło. Kreśląc kilka zdań na temat panelu przyłączeniowego bardzo istotną informacją jest możliwość dostosowania konstrukcji za pomocą odpowiednich zacisków do współpracy z kolumnami 4 i 8 Ohm, kolejną oferta 3 wejść liniowych, a także jednego wyjścia Pre Out oraz włączenie lub nie uziemienia. Naturalnie zapewniając dopływ do urządzenia energii elektrycznej pakiet przyłączy wieńczy zintegrowane w włącznikiem gniazdo zasilania. Finalnie w celach dobrej stabilizacji na podłożu tę czułą na wibrację konstrukcję posadowiono na czterech stalowych kolcach, natomiast od strony obsługi w zestawie jest przyjemny w użytkowaniu, pozwalający obsłużyć wszelkie funkcje pilot zdalnego sterowania. Co do technikaliów, moim zdaniem najważniejsze to fakt realizacji głośności za pomocą logarytmicznej drabinki rezystorowej oraz oddawanie mocy 11W przy obciążeniu 8 i 4 Ohm w klasie A. Po resztę danych ewentualnych zainteresowanych zapraszam do zwyczajowej tabelki pod testem, tymczasem skupmy się na brzmieniu naszego bohatera.
Jak brzmi tytułowy wzmacniacz? Już w relacji z Trójmiasta pisałem, że zaskakująco dobrze. Płynnie, barwnie i mimo niedużej mocy dość dobrze kontrolując kolumny. Wówczas pracował z litewskimi monitorami AudioSolutions i poniekąd miał z górki, ale czysto teoretycznie, gdyż mały i niski pokój mógł generować problemy z falami stojącymi. A, że ich nie odczuwałem, – mimo podprogowego oczekiwania takowych w podobnych pomieszczeniach – dlatego docierająca do mnie muzyka nie tylko fajnie brzmiała, ale wręcz czarowała. Tak było wówczas, a jak teraz? Cóż, moje lokum jest kilkukrotnie większe, dlatego nie chcąc skrzywdzić Tanesisa nie mogłem iść na skróty i podłączyć go do Berlin RC 11. Po krótkim reserach-u spełniając podstawowe zalecenia zorganizowałem może nie dedykowane, ale bez problemu przez niego akceptowalne obciążeniowo, niedawno oceniane przez nas francuskie panny Esprit Amelia. Kolumny podłogowe w graniu bez szkodliwej maniery w stylu podpompowanego basu, brzmiące swobodnie i przyjazne dla niezbyt mocnych wzmacniaczy, czyli bez problemu spełniające założenia stworzenia dobrych warunków do wiarygodnego procesu testowego. Jak zakończył się ten mariaż? Bez większego zaskoczenia opisywany piecyk ponownie pokazał, że estetyka dobrze zaaplikowanej lampy jest jego cechą szczególną. Chodzi o przyjemną dla ucha płynność bardzo dźwięcznie zwieszonego w eterze materiału muzycznego, czyli tłumacząc z polskiego na nasze unikanie zbytniej ostrości i krawędziowania poszczególnych akcentów sonicznych. Ale z drugiej strony mimo wspomnianej płynności przekaz był daleki od uśredniania lub zbytniego ugładzania. Jednym słowem lampa robiła li tylko za przyprawianie spektaklu jej najlepszymi cechami, ale bez siłowego naginania brzmienia konstrukcji do estetyki często lubianego, jednak bez dwóch zdań monotonnego, na dłuższą metę nudnego przeciążania i przesładzania. Dzięki temu muzyka bez problemu podążała drogą naznaczoną przez pomysły artystów. Z naturalnych względów typu: aplikacja szklanych baniek w układach elektrycznych i nieduża moc bez poszukiwania podobnych do mocnych tranzystorów trzęsień ziemi i zawsze z nutą lampowego piękna na górze, ale przecież każdy rozsądny meloman nie będzie krytykował tego typu rozwiązań technicznych za spełniane wyznaczanych przez nie celów. Lampa, do tego niezbyt mocna, ma swoje zalety oraz ograniczenia i gdy się na nią decydujemy, bierzemy to na przysłowiową klatę. Najważniejsze jednak, aby to co robi, czyniła z gracją, a nie siłowo i z odpowiednim oddawaniem energii w wektorze czasu. I jak można się spodziewać od pierwszej wygłoszonej przeze mnie opinii na temat Tamesisa, polski pomysł na aplikację lamp znakomicie się w tym odnajdywał. Czasem poczynania mocnych nurtów rockowych lekko słodził, zaś innym razem produkcje jazzowe i barokowe nie tylko znakomicie emocjonalnie podkręcał, ale wręcz wyciągał na szczyty dla mnie ciężkich do uzyskania poziomów oczekiwań. Czyli? Nad pograniczem rocka i progresywnego rocka spod znaku Mariusza Dudy z zespołem Riverside i jej materiałem zatytułowanym „Wasteland” z wynikających ze zrozumienia sposobu na muzykę lampowych konstrukcji nie będę zbytnio się rozwodził. Nie powiem, całość została zaprezentowana z fajnym wykopem, ale przy okazji wyczuwalnie poddana lampowemu upiększeniu. W żadnym wypadku nie w sposób degradujący odbiór, tylko ogólnie w łagodniejszym stylu, ale nie ma co deliberować, do tego rodzaju twórczości potrzebne jest mocne kopnięcie. To co pokazał Tamesis, dla kogoś słuchającego takich klimatów okazjonalnie wypadło fantastycznie, bo przyjemnie gładko i z werwą, jednak dla konesera to może być zbyt mało. Ale zaznaczam, dla wiernego słuchacza, reszcie bez najmniejszych problemów to wystarczy. Za to polski wzmacniacz swoje prawdziwe ja pokazał w wykonaniu interpretacji zapisów barokowych formacji Kapsberger „Labirinto d’Amore”. To jest muzyka stworzona dla tego typu konstrukcji. Czerpiąca pełnymi garściami z pięknych rozwibrowań dźwięku, plastyki i zarazem nośnego wizualizowania pojedynczej nuty na bezkresnej wirtualnej scenie. I taki tez spektakl zapewniła mi testowa konfiguracja. To był spektakl przez duże „S”. A zapewniam, z uwagi na bardzo wymagającą gładkości prezentacji wokalizę to jest pewnego rodzaju kiler dla większości zestawów. Na szczęście nasz bohater nie utożsamiał się z niechlubną większością i umiejętnie niektóre nuty podkręcił w kwestii dźwięczności, inne przeciągnął w esencjonalnym pomruku, a całość okrasił nadal pełną witalności plastyką. Bez naciągania faktów to znakomite zaprezentowanie tej płyty.
Komu poleciłbym tytułowy wzmacniacz? To proste jak rzadko kiedy. Ale prawdopodobnie ku zaskoczeniu wielu z Was powiem, że widzę co najmniej dwie potencjalne grupy. Pierwsza to oczywista oczywistość, czyli wielbiciele konstrukcji lampowych i nie ma sensu się tym zajmować. Drugą zaś są umiarkowani tranzystorowcy, gdyż sposób na muzykę według BonaWatt Tamesis jest daleki grania gęstym i nieco upośledzonym w domenie szybkości narastania sygnału dźwiękiem. Owszem, przekaz jest barwny, ale również żywy, co pozwala domniemywać, że przy odpowiedniej konfiguracji reszty systemu nawet wielbiciele krzemu dadzą się oczarować. Nie, nie przesadzam, bo kolejny raz mimo bycia wyznawcą wielkich tranzystorowych końcówek dałem się mu się wodzić za nos. Co prawda nos romantyka, a nie rockowego buntownika, ale fakt jest faktem, że dałem.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R),
Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent /Dystrybucja: BonaWatt
Cena: 8 790 € Netto
Dane techniczne
Zastosowane lampy: 2 x KT77 + 2 x 6SL7GT (6N9S) + 5AR4 (GZ34, U77)
Układ pracy końcówek mocy: klasa A, Single Ended Ultralinear + Parabolic Power Bias™
Regulacja głośności: logarytmiczna drabinka rezystorowa 128 x 0.5dB = 64dB (±0.15dB),
Wejścia: 3 pary RCA.
Wyjścia: PRE-OUTPUT (XLR 3pin unbalanced), REMOTE
Impedancja wejściowa: 20kΩ
impedancja wyjściowa: 3.5Ω
Stosunek sygnału do szumu: 94dB (±1dB)
Ciągła moc wyjściowa @1kHz, 8Ω: 2x 11,5W || 2x 8Wrms (±1%)
Ciągła moc wyjściowa @1kHz, 4Ω: 2x 11,5W || 2x 8Wrms (±1%)
Pasmo przenoszenia @8Wrms, -3dB: 6Hz – 40 kHz (±1%)
Pasmo przenoszenia @8Wrms, -1dB: 15Hz – 31 kHz (±1%)
Pasmo przenoszenia @8Wrms, 0dB: 20Hz – 25kHz (±1%)
Zniekształcenia nieliniowe THD+N, @8Wrms, 1kHz: < 2.8% (±0.5%)
Zniekształcenia nieliniowe THD+N, @8Wrms, 32Hz: < 4.2% (±0.5%)
Czułość wejściowa @8Wrms: 540mVpp
Pobór mocy w trybie pracy / rozruchu: 130 W / 220 W (max)
Pobór mocy w trybie uśpienia („STANDBY”): < 1 W
Wymiary (S x W x G): 450 x 300 x 350 mm
Waga urządzenia: 27 kg
Pilot zdalnego sterowania: RC-2 (opcjonalny)
Po śnieżnobiałych 16-kach przyszła pora na ich następczynie – kruczoczarne Stealth Audio Śakra V.17 XLR.
cdn. …
Opinia 1
Jak z pewnością nawet nie tyle się Państwo domyślacie, co po prostu doskonale wiecie, wzorem innych obszarów ludzkiej działalności, również i w szeroko rozumianym audio z łatwością można znaleźć marki niemalże na każdym kroku podkreślające swoją wyjątkowość, ekskluzywność i high-endowość mające kolokwialnie mówiąc parcie na szkło i prężenie się na ściankach, jak i takie, które nic nikomu udowadniać nie musząc, po prostu robią swoje, niespecjalnie zabiegając o błysk flashy i okładki branżowych periodyków. Nie mi osądzać który z ww. modeli biznesowy jest słuszny, więc jedynie z czysto kronikarskiego obowiązku nadmienię, iż nasz dzisiejszy bohater należy do drugiego ze wspomnianych obozów. Nie okupuje zatem rozkładówek, nie wyskakuje z lodówek i nie posiłkuje się legionami ślepo oddanych mu akolitów walczących o jego dobre imię, lecz zajmuje się tym co umie najlepiej, o czym dosłownie za moment, ocenę własnych poczynań pozostawiając odbiorcom. I tu ciekawostka, bowiem w jego portfolio można znaleźć zarówno ogólnodostępną budżetówkę, jak i propozycje dla najbardziej wyrafinowanych smakoszy wymuskanych dźwięków. O kim i o czym mowa? O niemieckiej marce in-akustik, której to niezwykle bogatego portfolio, dzięki uprzejmości stołecznego Horn-a udało nam się tym razem pozyskać na testy wielce urodziwy (a to, nieco spoilując, nie jedyna jego zaleta) … przewód zasilający Referenz AC-2405 AIR.
Referenz AC-2405 AIR to drugi od góry przewód zasilający in-akustika ustępujący pola jedynie flagowemu AC-4005 AIR tak pod względem średnicy (25 vs 40mm), ilości zastosowanych przewodników (4 vs 16), ich sumarycznej średnicy (2 x 3 mm² vs 2 x 4 mm²) i jak łatwo się domyślić również … ceny. Niemniej jednak reszta jest już wspólna. I tak pierwsze, co rzuca się w oczy, choć bardziej odpowiednim i bliższym prawdzie określeniem byłoby „na ręce”, to fakt, iż pomimo wspomnianej 25mm średnicy in-akustik jest szalenie wiotkim, niemalże „lejącym się” przewodem. Tę jakże pożądaną z czysto ergonomicznego punktu widzenia cechę zawdzięcza autorskiej budowie, którą nie tylko można, przez ażurową, zewnętrzną koszulkę, podejrzeć, lecz również wymacać. Zacznijmy jednak od początku, czyli od aparycji. A ta jest nad wyraz elegancka i z racji pochodnej anatomii koronkowości uroczo eteryczna. Zewnętrzną powłokę stanowi semi-transparentna koszulka, która w przeciwieństwie do siostrzanych głośnikowców LS-2404 i LS-4004 nie jest białą, a czarną „wylinką” pod którą umieszczono ekran w postaci gęstej plecionki z cynowanej miedzi szczelnie otulającej plastikowe „kręgi” – specjalne przelotki utrzymujące pożądaną geometrię prowadzonych przez nie przewodników. Satynowe aluminiowe tuleje pełnią nie tylko rolę ozdobną, lecz również informacyjno – funkcjonalną. Redukują bowiem średnicę przewodu przed biżuteryjnymi, carbonowymi wtykami, oraz informują o producencie, modelu, nr. seryjnym, oraz … przeznaczeniu danego egzemplarza. A właśnie, warto również wspomnieć, iż 2405 dostępny jest zarówno „goły” – jedynie z „zarobionymi” końcówkami przewodów, w konfekcji wtykami C15, jak i C19, co jasno wskazuje, że nie boi się wysokomocowych wzmacniaczy (vide nasz redakcyjny Gryphon Apex) i kondycjonerów (np. firmowy Reference Power Station AC-4500 Full 6F, czy Keces BP-5000) w takowe gniazda wyposażonych.
Co do budowy wewnętrznej, to cztery miedziane żyły multi-core o wysokiej czystości i przekroju 1,5 mm² każda prowadzone są we wspomnianych przelotkach – tworzących swoisty szkielet przegubowo zespolonych ze sobą „klipsach”, zgodnie z autorską technologią AIR Helix Point-to-Point piątej generacji, w której głównym izolatorem jest powietrze, więc ośrodek eliminujący konieczność sięgania po inne materiały mogące chłonąć transmitowaną przez przewodniki energię niczym gąbka. Piąta żyła PE biegnie centralnie i choć producent dyskretnie ów fakt pomija śmiało można założyć, iż ma ona taką samą średnicę, co otaczające ją rodzeństwo.
Przechodząc do opisu wrażeń nausznych zebranych w trakcie testów tytułowego przewodu jedynie nadmienię, iż z racji nieznanego mi przebiegu dostarczonego do „zabawy” egzemplarza i zarazem mając na uwadze zalecany przez producenta czas wygrzewania wynoszący 20-50h przez pierwszych kilka dni bytności in-akustika w moim systemie dałem mu czas na „rozprostowanie kości” i zadomowienie. Jak z pewnością domyślacie się Państwo ów okres akomodacji dotyczył również i mnie, mając na celu możliwie skuteczną eliminację czynnika ekscytacji. A tak, kiedy niemiecki łącznik wzmacniacza ze ścianą osiągnął zakładany dobrostan, a i ja przestałem na niego co i rusz zerkać zastanawiając się czy to już a może jeszcze trochę, jasnym stało się, że Referenz AC-2405 AIR broni się nie tylko ponadprzeciętną ergonomią i ponadczasowym wzornictwem, co przede wszystkim … brzmieniem. Reprezentuje bowiem wielce elitarne grono przewodów, które dyskretnie usuwając się w cień pozwalają muzyce płynąć własnym tempem, niezależnie od tego jakie by ono nie było. Dziwne, czy może raczej oczywiste? Niekoniecznie, gdyż z pewnością spotkaliście Państwo na swojej audiofilskiej drodze przewody, które coś poprawiały – windowały jakiś konkretny aspekt prezentacji na iście stratosferyczny poziom, tym samym wprawiając Was w niemy, bądź wywołujący artykulację kilku popularnych partykuł wzmacniających, zachwyt. Tymczasem in-akustik zgodnie z deklaracją swych twórców nie tyle niczego nie poprawia, gdyż oryginału poprawić nie sposób, co po prostu stara się jak najmniej … popsuć. Tak, tak moi mili audio-czytacze. Trzeba sprawę postawić jasno i Niemcy z wrodzoną sobie delikatnością i finezją (w końcu jak słodko i poetycko brzmi w języku Goethego niewinny „motylek” (der Schmetterling)) przyznają, iż każde połączenie, w tym prądowe, jest stratne, więc nadrzędnym celem jest zasilanie bez opóźnień czasowych, z minimalnymi stratami i w możliwie najkrótszym czasie. I tak właśnie „gra” tytułowy przewód – bezstratnie, dając tym samym oręż kablosceptykom idącym w zaparte, że „kable nie grają”. Sęk w tym, iż owe „niegranie” nie jest domeną umownych „kabelków od lampki” / „komputerowych” zazwyczaj dorzucanych do urządzeń wraz z instrukcją i w co wyższej klasy przypadkach nakładkami na nieużywane terminale, co stricte high-endowych, do których to grona nasz gość niewątpliwie się zalicza. Czyli to mniej więcej tak, jakby żyć w błogim przekonaniu, iż pieniądze szczęścia nie dają, będąc jednocześnie reprezentantem tzw. „old money” – rodu, gdzie owe środki były jeśli nie niemalże od zawsze, to przynajmniej od kilku pokoleń.
A tak już na serio, to AC-2405 AIR oferuje niezwykle zrównoważone i dojrzałe brzmienie dające pełen wgląd w nagranie, lecz nie poprzez atakowanie słuchacza poszczególnymi jego składowymi, a taką klarowność, rozdzielczość i stabilność obecnych na scenie źródeł pozornych, by odbiorca, gdy tylko najdzie go ku temu ochota, mógł ją dowolnie intensywnie eksplorować, nie bojąc się, że tuż za plecami pierwszoplanowych, wyciętych z żurnala – z laserową precyzją i ostrymi jak brzytwa krawędziami postaci, natknie się na muminkopodobnych, obłych statystów. I to nie tylko w małych, kameralnych składach („TARTINI Secondo Natura” trio Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen), lecz i wielkim aparacie wykonawczym („Rhapsodies” pod Stokowskim), na którym to można na własne uszy i na własnej skórze przekonać się, że prawdziwa dynamika to nie sztuczne podkręcanie tempa i nerwowe skoki głośności, lecz zdolność panowania i to ze stoickim spokojem nad całością rozgrywających się na scenie wielowątkowych wydarzeń z głośnością zarówno na poziomie szeptu, jak i ryku startującego odrzutowca a także umiejętność natychmiastowego przełączenia się między wspomnianymi stanami. Wielce udanie wypadają również z udziałem in-akustika wszelakiej maści chropowatości i niemalże garażowe przybrudzenia, dzięki czemu mając go w torze bez obaw można sięgać czy to ostre i bezpardonowe thrashe w stylu „Garage Inc.” Metallici , jak i surowe bluesy („The Heroines” Tony’ego Joe White’a ) mając jedynie na uwadze, że niemiecki przewód sam z siebie dodatkowej granulacji i rdzawej chropowatości nie dołoży a jeśli już, to równocześnie zadba o to, by żaden brud nie skalał aksamitnie czarnego, nieprzeniknionego tła. Dlatego też na tle nieco bardziej ekspresyjnych „drutów” in-akustik może, przynajmniej początkowo, jawić się jako nazbyt grzeczny i uładzony, co jest odczuciem tyleż błędnym, co krótkotrwałym. Czym innym jest bowiem przyciemnianie przekazu i wygładzanie faktur, czego AC-2405 AIR nie robi, a czym innym dbałość o to, by operować jedynie na sygnałach użytecznych – obecnych na nagraniu i nie kalać ich pasożytniczymi artefaktami, co właśnie Referenz opanował do perfekcji. Dlatego też jedynie ortodoksyjnie miłośnicy suchych jak pieprz cyknięć talerzy, chrupkiej niczym faworki perkusyjnej stopy i jazgotliwych riffów mogą uznać, iż nasz dzisiejszy gość nie do końca oddaje surowość dalekich od referencji wydawnictw w stylu „Best Of The B-Sides” Iron Maiden i jemu podobnych. Cóż, skoro jednak to nadal wolny kraj i każdy ma prawo do własnych opinii, gorąco zachęcam do własnousznej weryfikacji i samodzielnego wyrobienia sobie zdania. A jeśli chodzi o mnie i moje ucho, to 2405 może nie „wyciąga” za uszy takich archiwalnych (w końcu ów album jest składową box-u „Eddie’s Archive”) wykopalisk, ale też i nie piętnuje wspomnianej surowości, więc nawet kilkugodzinny odsłuch jak najbardziej jest możliwy a dla fanów gatunku wręcz wskazany.
W ramach podsumowania pozwolę sobie przewrotnie stwierdzić, że in-akustik Referenz AC-2405 AIR to przewód z jednej strony – z racji swej „bezstratności” na wskroś high-endowy, a z drugiej niezwykle „bezpieczny”. Bowiem jego obecność ani nie zmienia równowagi tonalnej podpiętej nim elektroniki, ani nie uwypukla, eksponuje jakiś nieprzewidywalnych podzakresów, składowych, lecz jedynie uwalnia drzemiący w „sprzęcie” potencjał udrażniając przepływ życiodajnej energii. Ponadto świetnie sprawdza się zarówno z prądożernymi wzmacniaczami tranzystorowymi, jak i dysponującymi zdecydowanie mniejszym apetytem kilkunastowatowymi lampowcami, czy źródłami, więc niejako z automatu odpada potencjalnym nabywcom dylemat, czy w przypadku przyszłych roszad mogą nim operować w obrębie całego posiadanego systemu, czy też ograniczać się do jakiejś konkretnej dedykacji.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio; AudioSolutions Figaro L2
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy zajrzałem do portalowej wyszukiwarki, trochę ze zdumieniem – zaznaczam, iż mamy bardzo dobry kontakt z dystrybutorem tytułowej marki i zorientowałem się, że ostatnie spotkanie z produktem tej stajni mieliśmy półtora roku temu. Jak wynika z historii, wówczas zajmowaliśmy się kondycjonerem sieciowym, ale jak się okazuje, wcześniej gościliśmy u siebie kilka modeli okablowania kolumnowego z jednym z pierwszych na świecie modelem stabilizującym odległość przewodników od siebie na ażurowym stelażu Air na czele, a nawet akcesoria audio w postaci podstawek pod okablowanie. Niby sporo, jednak znając portfolio marki … bez przysłowiowego szału. Dlatego chyba nikogo nie zdziwi fakt naszej aprobaty propozycji warszawskiego Horna by wziąć na tapet coś z dotychczas niemającej swojego przedstawiciela w serii testów sekcji zasilania. Co ciekawe, czegoś dla zwykłego Kowalskiego, gdyż mimo zajmowania drugiego miejsca w cenniku marki dostarczony do testu niemiecki In-Akustik Referenz AC-2405 Air nieco przekracza kwotę 10 tys złotych. Przyznacie, że w obecnych czasach to dość rzadki, warty odnotowania przypadek, dlatego ze zdwojoną ochotą zapraszam zainteresowanych do zapoznania moimi spostrzeżeniami z procesu testowego wspomnianej sieciówki.
Jak sugeruje nazwa rzeczonego kabla, przewodniki sygnału w znakomitej większości przebiegu nie są skręcone w jakiś wymyślny splot, tylko w stosunku do siebie lewitują w powietrzu. Naturalnie aby zrealizować takie ułożenie sporej grupy miedzianych przebiegów kabli, najpierw w równych odstępach zastosowano równolegle ułożone do siebie jako prowadnice, wykonane z tworzywa sztucznego krążki, a finalnie dla utrzymania całości w odpowiednim kształcie całość otulono stabilizującą siatką. Dzięki temu kabel jest stosunkowo giętki, a przez to łatwy w aplikacji nawet w trudnych warunkach zaszawkowych. Z pozoru temat budowy banalny w wykonaniu, jednak jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli chodzi o garść informacji technicznych, najważniejsze to całkowita średnica kabla to 25 mm, prowadzenie sygnału odbywa się czterema wielożyłowymi splotami drucików o przekroju 1.5 mm² z wysokiej czystości miedzi, z naturalnych i oczywiście zaplanowanych względów dielektrykiem jest powietrze, ekran wykonano z ocynowanej siatki miedzianej, a całość zaterminowano wtykami ze złoconymi pinami. W drodze do klienta tytułowy Air pakowany jest w eleganckie, czarne, dodatkowo ozdobione wytłoczonym na górnej powierzchni logo marki oraz informacją o pochodzeniu pudełko, w którym znajdziemy odezwę od producenta i certyfikat oryginalności produktu.
Czym w sensie brzmienia ugościł mnie niemiecki kabelek? Otóż wbrew przez lata utartym opiniom na temat wyrobów tego landu nie był nadpobudliwy w sensie grania skrajami pasma. Zadając kłam tego rodzaju insynuacjom okazał się orędownikiem gładkiej, a przez to przyjemnej w odbiorze prezentacji. Jednak bez obaw, cały czas trzymał bardzo dobry poziom energii w pełni kontrolowanych, może nie rysowanych skalpelem, ale również nierozmytych uderzeń dźwiękiem, a z drugiej strony z łatwością budował odpowiednio dużą dla danego materiału wirtualną scenę. Jednym słowem pokazywał i drive i rozmach muzyki, tylko w estetyce umiejętnie dozowanej plastyki najwyższych rejestrów. To ostatnie działanie wbrew pozorom niesamowicie istotne, gdyż często podobne formowanie górnego zakresu zabija jego witalność, czego w tym przypadku perfekcyjnie udało się uniknąć. Wszystko co lądowało w napędzie CD brzmiało z dużą kulturą, jednak nadal w ramach potrzeb nieobliczalnie. Na dowód takiego stanu rzeczy posłużę się stadionową produkcją zespołu Metallica „S&M”. To jest wielkie przedsięwzięcie realizacyjne nie tylko z racji koncertu, ale również ogarnięcia wielkiej liczby muzyków ze składem symfonicznym włącznie. Czyli system musiał oddać wielkość całego wydarzenia, energię i muzykalność sekcji orkiestrowej, a wszystko nie mogło przykryć poczynań agresywnych rockmenów. I moim zdaniem za sprawą wspominanego utrzymywania drapieżności prezentacji i tylko lekkiego ugładzania górnego zakresu się udało. Owszem, muzyka nosiła cechy wszechobecnej gładkości, ale bez większego wpływu na wyrazistość popisów muzyków spod znaku Metallica – mowa o mocnych riffach gitar i pełnej ekspresji wokalizie, a także bez uśredniania czytelności projekcji akompaniującej rockowym popisom rozbudowanej ilościowo orkiestry. I nie to nie byle jakiej, gdyż z mocnym udziałem sekcji kontrabasów, które zlane w jeden pomruk brzmiałyby nudno, a dzięki dobremu różnicowaniu może nie ciętych żyletką, tylko nieco luźniejszą kreską pociągnięć strun fajnie podkręcały wydarzenie fajnym rozwibrowaniem. Do tego doszedł realizm wielkości goszczącej muzyków kubatury i nawet nie zorientowałem się, kiedy skończył się pierwszy z dwóch krążków tego wydawnictwa. Równie ciekawie prezentowały się nurty łagodniejsze. A to dlatego, że cały czas wspominana szczypta gładkości nie była siłowym naginaniem świata na swoją modłę, tylko jakby przyprawianiem danego materiału tego typu smaczkiem. W przykładowej interpretacji muzyki dawnej Christiny Pluhar i jej formacji L’apreggiata z krążka „Via Crucis” bez względu na sznyt grania kabla wszystko zostało podane w dobrych proporcjach. Instrumenty dawne i często sakralne teksty pokazywały odpowiednią wyrazistość i esencjonalność wybrzmień, dzięki czemu bez problemu mogłem zatopić się w kontemplacji tą muzyką. Muzyką która albo się kocha, albo nienawidzi, nawet jeśli ją się zna, dlatego tak ważne jest jej prawidłowa prezentacja przez system. Jeśli coś niedomaga, wystarczy jeden utwór, aby zrozumieć, iż nie ma szans na nić duchowego porozumienia. Oczywiście z uwagi na fakt raczej pozytywnego wpływu delikatnego uplastyczniania przekazu podczas sesji testowej nie było najmniejszego problemu z uzyskaniem pełnej zgodności zamierzeń artystów z moimi oczekiwaniami, dlatego także ta pozycja płytowa wypadła w zazwyczaj odbierany przeze mnie jako sukces, czyli interesujący sposób.
Gdybym miał określić potencjalnych użytkowników naszego bohatera, bez większych problemów poleciłbym go wszystkim poszukującym minimalnego ucywilizowania posiadanego zestawu. Kabel In-akustik Referenz AC-2405 Air utrzymuje bardzo dobry pakiet energii, nie gorszy jej zwarcia, a to co robi w najwyższych rejestrach, jest jedynie kosmetyką natury lekkiego makijażu. Na tyle bezpiecznego w skutkach, że jedynymi osobnikami nie do końca lubiącymi tego typu zabiegi będą wielbiciele ostrości przekazu ponad wszystko. Jeśli zatem nie idziecie tą drogą, temat zakupu lub choćby sprawdzenia w swoim środowisku rzeczonej sieciówki jest jak najbardziej zasadny.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Horn
Producent: in-akustik
Cena: 7 999 PLN / 1m; 9 299PLN / 1,5m; 10 499 PLN / 2m
Opinia 1
Tytułowy serbski Karan Acoustics dzięki corocznym wizytom na wystawach w Monachium w mojej świadomości zaistniał już kilka lat temu. Niestety z uwagi na panującą w naszym kraju dystrybucyjną ciszę podczas weryfikacji zdjęć zawsze spadał z relacyjnej wokandy. I gdy żyłem w przekonaniu, że nic w tej materii się nie wydarzy, okazuje się, że wreszcie znalazł się chętny do współpracy z nami rodzimy opiekun Karana. Jaki? Spokojnie, znacie go z działań na naszym portalu, a jest nim warszawski Hi-Fi Club. Ten chcąc zrobić pierwsze i zarazem dobre wrażenie nie rozdrabniał się i zaproponował do zaopiniowania zestaw pre-power w postaci flagowego przedwzmacniacza liniowego Master Collection LINEa i drugiej od góry w cenniku stereofonicznej końcówki mocy Master Collection POWERb. Jak widać, zestaw zacny, a że do tego to pewnego rodzaju nowość na naszym rynku, potencjalnych chętnych na kilka informacji o jego osiągach brzmieniowych zapraszam do lektury poniższej testowej epistoły.
Pomysł na bryłę obudów tej serbskiej marki jest zunifikowany dla całego opisywanego zestawu. To wykonane z grubych aluminiowych płyt, przez to ciężkie i przy okazji sztywne skrzynki, a ich rozmiar determinują potencjalne zadania, rozbudowanie konstrukcyjne i związana z tym ilość elektroniki do ubrania. W pełni spójny jest również wygląd frontu, który jest płatem aluminium ze zlokalizowaną w jego centrum wstawką z czarnego akrylu będącego bazą dla czerwonokrwistych wyświetlaczy z logo marki i w przypadku przedwzmacniacza istotnych informacji o jego aktualnym stanie pracy. A to nie koniec rodzinnych konotacji, bowiem w tym duchu prezentują się także górne połacie obudów, gdzie na środku wertykalnie zorientowanego gładkiego pasa mamy wyfrezowane logo marki, a na bokach ciekawie, bo otwory wentylujące trzewia każdej konstrukcji. Listę podobieństw zamyka posadowienie każdego urządzenia nie na czterech, ale trzech antywibracyjnych stopach. Tyle na cech wspólnych, zatem przyszedł czas na równice. Na początek weźmy dzielony przedwzmacniacz liniowy jako dwie średniej wielkości bryły, czyli zasilacz i serce pre w postaci układów sterujących. Ich awersy oraz ogólny rys wizerunkowy opisałem przed momentem, zatem teraz przyjrzymy się jedynie rewersowi. W przypadku zasilacza znajdziemy jedynie elementy związane z dostarczaniem energii elektrycznej dla sekcji sterującej. A są nimi gniazdo zasilania IEC, główny włącznik, włącznik wyboru uziemienia oraz wielopinowy terminal prądowy łączący obydwa komponenty. Jeśli chodzi o centrum sterowania, w kwestii wyposażenia frontu na bocznych flankach mamy do dyspozycji po jednej gałce sterującej wyborem wejścia i głośności, zaś pisząc o tylnym panelu tutaj jest na bogato. Co ciekawe, wszystko rozmieszczono symetrycznie względem osi obudowy, a do dyspozycji mamy w centrum gniazdo odbierające energię elektryczną od zasilacza, dwa wyjścia analogowe XLR i sześć wejść liniowych – 2 x RCA i 4 x XLR. W komplecie z pre dostajemy fajny, bo designerski, okrągły pilot zdalnego sterowania z dostępem do regulacji wolumenu dźwięku, wyciszenia i … zmiany polaryzacji.
Jaki jest pomysł na muzykę według serbskiej manufaktury? Otóż śmiem twierdzić, że prawdopodobnie zamierzenie zgodny z obecnymi oczekiwaniami braci melomańskiej. Czyli z bardzo dobrą podstawą niskich rejestrów, nasyconą, acz lekko doświetloną średnicą, i dźwięcznymi, jednakże bez wycieczek w nadpobudliwość wysokimi tonami. Dzięki takiemu postawieniu priorytetów mamy do czynienia z ciekawym, bo pełnym ekspresji podaniem muzyki. W każdym aspekcie potrafiącej pokazać istotę zamierzeń artysty, ale dzięki wspomnianemu ożywieniu średnicy cały czas tętniącej radością. A jeśli do tego dodamy dobre wizualizowanie wirtualnej sceny w wektorach szerokości i głębokości, chyba nikogo nie zaskoczę, gdy powiem, iż nie ma szans na jakąkolwiek nudę. I bez znaczenia czego słuchamy, gdyż dodanie przekazowi szczypty witalności nie szkodzi żadnemu gatunkowi. Owszem, te ekstremalnie ekspansywne w postaci rocka będą dosadniejsze. Ale natychmiast uspokajam, dzięki dobremu osadzeniu dźwięku w masie tak na dole, jak również w niższej średnicy mimo mocniejszego operowania pakietem informacji w najważniejszym dla nas wycinku pasma całość wypadnie po prostu bardziej żywo, a nie męcząco. Jeśli zaś chodzi drugą stronę muzycznego medalu, choćby bardzo czuły na przekraczanie dobrego smaku jazz, również spokojnie się obroni. Naturalną koleją rzeczy będzie oferował większy poziom dźwięczności instrumentów, jednakże za sprawą utrzymania masy i kontroli przekazu całość będzie jedynie zwiewniejsza, co w wielu wypadkach jest dla niej niezmiernie istotne. Będzie więcej otwarcia i błysku, ale nadal z mocnym akcentem dosadności wagowej każdego wirtualnego bytu. I właśnie to pewnego rodzaju połączenie wody z ogniem, czyli dobre granie w dolnych partiach i mające podnieść witalność prezentacji fajne ożywienie wyższej średnicy skłoniło mnie do podniesienia tezy, iż konstruktor ze swoim dziełem idzie z duchem czasu. I nie jest to próba siłowego naciągania faktów, tylko wniosek poczyniony na bazie dziesiątek testów czy to elektroniki, czy okablowania, które jasno pokazywały tendencję znakomicie wdrożoną w życie przez Karana. Melomani w sporej ilości osobników obecnie odchodzą od dźwięku ulepionego w estetyce nadmiernej plastyki i esencjonalności, na rzecz większej swobody prezentacji, na co rynek natychmiast reaguje. Niestety jedne marki robią to ryzykownie wyszczuplając przekaz, a inni natomiast w stylu serbskiego zestawu fajnie podkręcają ilość światła w średnicy. Dzięki temu zachowują zdrowy konsensus pomiędzy wagą, barwą oraz transparentnością podania materiału i tak jak w przypadku tytułowego zestawu pre-power marki Karan bez problemu radzą sobie z pokazaniem pazura w materiale typu Black Sabbath „13” oraz wirtuozerii spod znaku teamu Bobo Stensona na płycie „Cantando”. Powód ten sam, który starałem się wyłożyć w przed momentem. Prosty i skuteczny, czyli mimo wynikłego z konkretnych rozwiązań technicznych sznytu grania dbałość o odpowiednią wagę i rozdzielczość dźwięku dając pewność, że nie przekroczymy dobrego smaku projekcji. Karan realizuje to z wielką konsekwencją i z tego powodu dostajemy fajne, nie oszukujmy się nowoczesne, dlatego mające powodzenie u wielu z naszych pobratymców pokazanie ulubionej muzyki.
Czy analizując powyższy opis można wnioskować, że to propozycja dla każdego? Wiecie mi, jak rzadko kiedy, ale nie mam problemu stwierdzić, iż nikogo bym nie dyskwalifikował. Jak wspominałem, muzykę odtwarzaną przy pomocy Karan-a LINEa & POWEb cechowała dobra waga, kontrola, dynamika i ciekawe dopieszczenie wyższej średnicy, co daje bardzo duże szanse na wpisanie się w gusta melomanów tak lubiących odpowiednią energię, jak i swobodę prezentacji dźwięku. I co ciekawe, piszę to po wpięciu zestawu w mój tor bez jakiegokolwiek naginania rzeczywistości kabelkologią lub akcesoriami, co pokazuje, jak wiele można jeszcze zrobić umiejętnym dopieszczeniem swojej układanki. Zaintrygowani? Cóż, teraz ruch jest po Waszej stronie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Jak się z pewnością Państwo domyślacie nawet dla siedzących po uszy w audio-biznesowej tematyce bajkopisarzy, do grona których jak by nie patrzeć się zaliczamy, sama świadomość istnienia jakiejś marki niekoniecznie idzie w parze z trzymaniem ręki na pulsie i regularnym odświeżaniu stanu jej portfolio. I choć głośne zmiany właścicielskie, bądź lokalne roszady dystrybucyjne nie umykają naszej uwadze, to z lwią częścią wytwórców znamy się co najwyżej widzenia i przelotnego „słyszenia” z okazji któregoś z audiofilskich spędów. Tak też było z naszym dzisiejszym gościem, z którym właśnie gdzieś, kiedyś nasze ścieżki się przecięły, lecz z tego, na co odmęty redakcyjnych archiwów wskazują, dopiero dwa lata temu, podczas stołecznego Audio Video Show, udało mi się dłuższą chwilę rzucić tak okiem, jak i uchem na jeden z sygnowanych przez Milana Karana „wytworów”. Co ciekawe, zaproponowany przez krakowskie Studio999 zestaw ze źródłem dCS-a, kolumnami Stenheim Alumine Three i wzmocnieniem … sprawcy dzisiejszego zamieszania nie wywołał u mnie najdelikatniej rzecz ujmując jakiś euforycznych doznań. Minął rok, i choć sam założyciel marki – Milan w kwietniu zmarł, firma trafiła w ręce jego syna – Emila, to rodzimy dystrybutor – ekipa Hi-Fi Clubu tematu nie odpuściła i tym razem już na PGE Narodowym pojawiła się z kompletnym serbskim setem, do którego zaprzęgła Rockporty Lynx, co nie umknęło naszej uwadze. A skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, że owe – wystawowe, wielce pozytywne wrażenia miały nader namacalne następstwa. Nie przedłużając zatem wstępu serdecznie zapraszamy na spotkanie z duetem pre/power Karan Acoustics Master Collection LINEa & POWERb Stereo.
O ile na powyższych zdjęciach bez trudu można dostrzec wzorniczą spójność i niemalże bliźniacze podobieństwo pomiędzy dzielonym przedwzmacniaczem i końcówką, to warto mieć na uwadze iż o ile LINEa jest topowym centrum zarządzania, to POWERb zaledwie wstępem do serbskich wzmacniaczy mocy. Jak jednak nadmieniłem oba, znaczy się wszystkie trzy elementy, pasują do siebie jak ulał optycznie a i cenowo są wręcz idealnie zgrane.
Front jednostki sygnałowej LINEa oferuje tylko to co konieczne – ukryty za centralnym akrylowym panelem czerwony wyświetlacz i dwie toczone gałki – po lewej selektora źródeł i po prawej (sprzężoną z encoderem) odpowiedzialną za regulację głośności w 64-ech 1db krokach. Dodatkowo jej wciśnięcie uaktywnia/wyłącza wyciszenie (Mute). Płytę górną zdobi firmowy logotyp i drobna perforacja zapewniająca wentylację wnętrza. Ściana tylna jest oazą spokoju i funkcjonalności. W równym rządku umieszczono symetrycznie względem centralnego terminala zasilającego cztery pary wejść zbalansowanych, dwie RCA, oraz dwie pary wyjść XLR. Z kolei bliźniaczy gabarytowo zasilacz, z wiadomych względów awers ma nieskalany jakimikolwiek manipulatorami. Jego płyta górna to powtórka z jednostki sygnałowej, za to plecy, patrząc od lewej mieszczą włącznik główny, gniazdo zasilania IEC, przełącznik uziemienia, oraz 7-pinowy terminal zasilania jednostki sygnałowej.
W zestawie znajdziemy również designerski, wykonany na CNC z masywnego bloku aluminium dyskopodobny pilot zdalnego sterowania zabezpieczony od spodu zapobiegającym tak przesuwaniu, jak i rysowaniu gumowym oringiem. Na jego płycie wierzchniej ulokowano cztery krzyżowo rozmieszczone przyciski, którymi co prawda zwiększymy/zmniejszymy (górny, dolny), wyciszymy (lewy) i … odwrócimy polaryzację (prawy), lecz już źródła nie wybierzemy, więc w celu dokonania takowej operacji czekać nas będzie spacer. Niby ruch to zdrowe, lecz z czysto ludzkiej ciekawości zachodzę w głowę cóż nakłoniło projektanta owego leniucha do aplikacji właśnie przełącznika polaryzacji zamiast sekwencyjnego selektora wejść, bądź chociażby stand-by. Ergonomia? Statystyki częstotliwości kliknięć beta testerów? Nie sądzę. Już bardziej prawdopodobny jest jakiś przegrany zakład, lub coś w stylu „Ja nie zrobię? Potrzymaj piwo …”. Oczywiście to niewinny żart, gdyż zakładam, iż ktoś jakiś (lepszy?) powód ku temu miał.
Wnętrza obu modułów szczelnie wypełniają purpurowe laminaty, przy czym sekcja sygnałowa posiada budowę piętrową a zasilająca może pochwalić się bezlikiem tak własnych, jak i pochodzących od Audyn-a (z linii Plus oraz Reference) kondensatorów i trzema zasilaczami liniowymi. W dodatku producent stosuje różne grubości miedzianych ścieżek – w sekcji wzmocnienia mają one 75 µm a zasilania 120 µm. Warto również w wspomnieć, iż tytułowy preamp nie tylko pracuje w czystej klasie A, lecz również jest konstrukcja w pełni zbalansowaną, włączając w to sekcję regulacji głośności będącą czterokrotnym nie tylko zbalansowanym, lecz i symetrycznym tłumikiem opartym o ultra szybkie przekaźniki i customowymi niemagnetycznymi rezystorami dobieranymi z 0,1% tolerancją.
Zarówno zgodnie z instrukcją, do lektury której serdecznie zachęcam, jak i widniejącymi pod naszą radosną beletrystyką danymi technicznymi jasno wynika, iż LINEa oferuje możliwość zmiany gainu, czyli wzmocnienia. Fabrycznie ustawiona jest wartość 6dB, jeśli jednak komuś byłoby mało, to samodzielnie można ją zwiększyć do 9dB. Jednak zamiast, jak to zazwyczaj się odbywa kilku kliknięć w menu, którym de facto tytułowy Karan nie dysponuje, konieczne jest dostanie się do wnętrza przedwzmacniacza i przestawienie czterech DIP switchy. Całe szczęście takowych działań nie podejmuje się zbyt często, ba śmiem twierdzić, że zdecydowanie rzadziej aniżeli np. w przypadku phonostage’a ( podobną funkcjonalnością mógł się „pochwalić” Octave Phono Module https://soundrebels.com/octave-phono-module/ ), więc większość użytkowników pewnie nawet z owej opcji nie skorzysta, bądź co najwyżej przestawi raz, przy pierwszym uruchomieniu, i zapomni o temacie
Podobnie do modułu zasilającego przedwzmacniacza, również i stereofoniczna końcówka mocy zachowuje daleko posuniętą wzorniczą wstrzemięźliwość, więc gładką połać jej aluminiowego frontu przecina jedynie pionowy pas czernionego akrylu z ukrytym za nim rubinowym logotypem, równie nieskalane są także ściany boczne i jedynie na płycie górnej odnajdziemy charakterystyczny logotyp i drobniutką perforację, która nieco pomaga w wentylacji trzewi. A właśnie, skoro o nich mowa, to nie da się ukryć, iż o ile „zauważalne” i dość absorbujące gabaryty POWERb wydają się całkiem nieźle skorelowane z deklarowaną przez producenta mocą urządzenia (2 x 450W/8Ω – 2 x 1350W/2Ω), to lekkie zdziwienie, czy wręcz niepokój może budzić brak widocznych radiatorów pozwalających oddać powstałe w czasie pracy ciepło. Oczywiście historia zna takowe przypadki, gdzie nawet podobną moc da się wycisnąć (bez usmażenia) z dwóch „naleśników” (vide Devialet Expert 440 Pro https://soundrebels.com/devialet-expert-440-pro/ ), niemniej jednak dotyczy to jedynie D-klasowych rozwiązań a Karan jednak mocno trzyma się korzeni, pozostając wierny pracującym w klasie AB tranzystorom. Zagadka rozwiązuje się sama po zdjęciu pokrywy głównej, kiedy to okazuje się, iż gładkie boki są jedynie zewnętrznymi połaciami gęsto, pionowo ponawiercanych radiatorów, czyli de facto jest to rozwiązanie z jakim dane nam było się zaprzyjaźnić m.in. podczas testów Kinki Studio EX-M1+ https://soundrebels.com/kinki-studio-ex-m1-2/ . Jednak zanim zajmiemy się wnętrznościami proponuję zerknąć jeszcze na ścianę tylną, gdzie oprócz standardowego zestawu wejść analogowych w postaci złoconych gniazd RCA i XLR oraz pojedynczych terminali głośnikowych uwagę zwraca obecność nie dwóch, adekwatnych ilości gniazd zasilających, a trzech włączników głównych. Wystarczy jednak dokładniej się przyjrzeć, by odkryć, iż włączniki de facto są dwa a trzeci – środkowy przełącznik odpowiada jedynie za dez/aktywację DC blockera – sekcji filtra/kondycjonera eliminującego stałą składową z sieci elektrycznej mogącą przyczyniać się do drgań mechanicznych i rezonansów rdzeni transformatorów zasilających. A tych POWERb na pokładzie ma parę, znaczy się dwa – każdy po 1500VA, umieszczone jeden nad drugim w centrum obudowy i wspomagane imponującą baterią kondensatorów o imponującej łącznej pojemności 180 000 µF. W ramach dbałości o dobrostan pozostałych komponentów sekcję zasilania zamknięto w zbudowanym z masywnych aluminiowych płyt katafalku. Pozostałą przestrzeń nader skutecznie wypełniają układy we- i wyjściowe z przytwierdzonymi do ww. radiatorów bi-polarnymi tranzystorami Sankena. Z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, iż również i w tym przypadku mamy do czynienia z konstrukcją w pełni zbalansowaną, więc rekomendacja grania po XLR-ach jest jak najbardziej na miejscu.
I już zupełnie na koniec mały, acz jakże miły ukłon w stronę obsesyjnie dbających o nawet najmniejsze detale audiofilów, czyli wewnętrznego okablowania, do którego użyto przewodów Cardas Audio oraz … stopek – nóżek. Otóż zamiast mniej bądź bardziej standardowych stożków, walców, czy kolców wszystkie serbskie urządzenia posadowiono na trzech antywibracyjnych nóżkach pochodzących od amerykańskiego specjalisty Critical Mass Systems https://criticalmasssystems.com/ – CS2-1.0 w przedwzmacniaczu i CS2 w przypadku końcówki.
Powiem szczerze, że przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowego terceto – duetu początkowo nie wiedziałem jak podejść do tematu, gdyż z pomocą elektroniki Karan Acoustics de facto nie słuchaliśmy urządzeń a wyłącznie … muzyki przez nie reprodukowanej. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli – muzyki, nie sprzętu, więc de facto każdy z odtwarzanych albumów mógł zostać poddany ocenie nie tylko pod kątem artystycznym, lecz i realizacyjnym z niemalże całkowitym pominięciem toru go reprodukującego. Tym razem mamy bowiem do czynienia z ucieleśnieniem przysłowiowego drutu ze wzmocnieniem, czyli mitycznego Świętego Grala poszukiwanego (niekoniecznie ze świecą) przez wszystkich ortodoksów dla których jakiekolwiek odejście od bezwzględnej i gołej prawdy w studiu / na scenie zarejestrowanej jest jeśli nie świętokradztwem, co ewidentnym zbrukaniem jej czystości. A Karany tak po prawdzie odpowiadają jedynie za to z jakimi poziomami głośności gramy i jak mocno w daną kompozycję chcemy wniknąć, bowiem oferują tak holograficzne obrazowanie wydarzeń na scenie się rozgrywających, że nie sposób po ich – Karanów, nie wydarzeń, włączeniu zajmować się czymkolwiek innym aniżeli skupianiem się na rozgrywającym się przed nami spektaklu. Co ciekawe owa transparentność okazuje się zaraźliwa, gdyż POWERb Stereo z tak bezwzględną kontrolą prowadził nasze redakcyjne Gaudery, że i one, pomimo swoich dwóch metrów wzrostu i blisko ćwierćtonowej wagi (sztuka) były uprzejme zniknąć ze sceny. Cuda? Raczej fizyka, której nie opłaca się oszukiwać, więc mowa w tym momencie o pełnej synergii 800W wzmocnienia (właśnie tyle przy 4Ω oddaje serbski wzmacniacz) z gustującymi z taką – nie tylko mocną, lecz i wydajną prądowo amplifikacją strzelistymi niemieckimi wieżami.
Jak łatwo się domyślić początkowo kontakt z takim „znikniętym” sonicznie systemem jest mocno deprymujący, gdyż patrząc chociażby na samą końcówkę i podpięte pod nią kolumny i mając choćby blade pojęcie o ich osiągach niejako podświadomie spodziewamy się porażającej potęgi i iście hollywoodzkich efektów specjalnych a tymczasem czego byśmy na playliście / talerzu gramofonu/ w komorze transportu nie umieścili dostaniemy dokładnie to i tylko to, co … zostało na nośniku zapisane. Dziwne? Bynajmniej, raczej oczywiste, choć w dzisiejszych – nastawionych na tanią sensację i krótkotrwałe acz spektakularne doznania niezbyt, że tak to delikatnie ujmę „modne”. Dlatego też kameralny i niezwykle intymny album „Quelqu’un m’a dit” Carli Bruni brzmi tak, jakbyśmy siedzieli wraz z Nią w przytulnym paryskim buduarze i leniwie sącząc jakiś zacny rocznik Château de Beaucastel Châteauneuf du Pape, mając tak samą Artystkę, jak i jej instrument na wyciągnięcie ręki. Dźwięk gitary jest zatem niezwykle intensywny, praca ręki na gryfie i strunach w pełni oczywista, wręcz namacalna a i udział pudła rezonansowego trudny do pominięcia. Każdy zagrany akord i każdą zaśpiewaną frazę nie tylko słychać, ale i czuć poprzez transmisję energii, więc taką sesję śmiało możemy skategoryzować jako … randkę.
Jeśli komuś mało adrenaliny i gustuje w nieco mniej nastrojowych klimatach, to gorąco polecam chociażby rejestrację jeśli nie tegorocznego „Neujahrskonzert”, podczas którego Wiener Philharmoniker zagrali pod batutą Riccardo Muti to zeszłorocznego (gdzie batutę dzierżył Christian Thielemann), bądź zapuszczając się w mroczne ekstrema wizytę w kultowym studiu i odsłuch „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects. I tu od razu wychodzi druga natura Karanów, czyli niezwykła prawdomówność dotycząca różnicowania jakości materiału wsadowego. Nie da się bowiem ukryć, iż „noworoczniaki” brzmią nieco nazbyt anemicznie i niezbyt namacalnie – trzymając słuchaczy na dystans, a z kolei wydawać by się mogło, że niespecjalnie zabiegające o iście audiofilską jakość groźne porykiwania szarpidrutów zachwycają precyzją, rozdzielczością i iście holograficzną prezentacją. Nie jest więc tak, że z serbską elektroniką w torze każdorazowo osiągniemy upragnioną nirwanę, bo tak nie jest, lecz jeśli happy endu z danym albumem nie będzie, to winą za porażkę Karanów obarczać nie należy a przyczyn szukać w samym materiale/jego realizacji. Niemniej jednak warto nadmienić, że tytułowy zestaw nie grymasi pod względem repertuarowym i jest w stanie zagrać praktycznie wszystko – od wielkiej symfoniki pod death metalową kakofonię i jeśli tylko na nośnik trafił odpowiedni wolumen informacji o satysfakcjonującej jakości, to możecie być Państwo pewni, że nie skapituluje ani przy orkiestrowym tutti, ani podczas apokaliptycznych blastów i obłąkańczo szybkich riffów.
O ile działania personifikacyjne i antropomorfizacja zazwyczaj świetnie sprawdzają się w opisach pojawiających się na naszych łamach urządzeń i akcesoriów, to tym razem w podsumowaniu wolałbym takich zabiegów językowych unikać. No bo jak tu w pozytywnym świetle przedstawić będący praktycznie pozbawiony własnego charakteru zestaw Karan Acoustics Master Collection LINEa & POWERb Stereo. Jako audiofilski odpowiednik niejakiego „Obatela” i mistrza kilometrówek, który przyklejał się chyba pod każdą frakcję? Już pewnie lepiej byłoby sięgnąć po analogie odzwierzęce upatrując w nich, znaczy się Karanach podobieństw z kameleonami, choć i w tym przypadku kontrast aparycyjny (kostropate zauropsydy vs minimalistyczne aluminiowe bryły) mógłby być nie do przyjęcia. Dlatego też możliwie kondensując powyższe wywody jedynie stwierdzę, iż jeśli dążycie Państwo do maksymalnego zbliżenia się do natywnej, nieskalanej postaci, formy Waszych ulubionych nagrań, to powyższy, tytułowy zestaw z powodzeniem owe pragnienia powinien spełnić, praktycznie nic od siebie nie dodając, jak i nic z zawartych w materiale źródłowym informacji nie zachowując dla siebie, czy też ich nie interpretując.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Karan Acoustics
Ceny
Karan Acoustics Master Collection LINEa: 178 000 PLN
Karan Acoustics Master Collection POWERb STEREO: 182 500 PLN
Dane techniczne
Wejścia liniowe: 4 pary XLR; 2 pary RCA
Wyjścia liniowe: 2 pary XLR
Impedancja wejściowa: 30 kΩ (zbalansowane/niezbalansowane)
Impedancja wyjściowa: 90 Ω
Poziom wyjściowy: 1,55 V/RMS (nominalne); 18,0 V/RMS (maksymalne)
Maks. poziom wejściowy: 5,4 V/RMS (wzmocnienie 6 dB); 3,6 V/RMS (wzmocnienie 9 dB)
Wzmocnienie: +6dB lub +9dB (regulowane)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz do 20 kHz, +/-0 dB; (1,5 Hz do 3 MHz, -3 dB)
Zniekształcenia THD: 0,003%
Zniekształcenia IMD: 0,003%
Stosunek sygnału do szumu: >120dB
Pobór mocy: 60 W Max.
Wymiary (S x W x G): 504 x 126 x 390 mm (jednostka sterująca i zasilacz)
Waga: 16,2 kg (jednostka sterująca); 17,1 kg (zasilacz)
Karan Acoustics Master Collection POWERb STEREO
Wejścia: para XLR; para RCA
Impedancja wejściowa: 30 kΩ
Czułość wejściowa: 2,0 V/RMS
Wzmocnienie: +30dB
Moc wyjściowa: 2×450 / 2×800 / 2×1,350 W przy 8/4/2 Ω (moc szczytowa: 600 W przy 8 Ω)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz do 20 kHz, +/-0 dB; (DC do 300 kHz, -3 dB)
Zniekształcenia THD: 0,03%
Zniekształcenia IMD: 0,03%
Stosunek sygnału do szumu: >120dB
Zasilacz: 2 x 1500VA; 180 000 µF
Wymiary (S x W x G): 504 x 292 x 521 mm
Waga: 81 kg
Opinia 1
Choć nasz dzisiejszy gość zadebiutował na (jeszcze – niezorientowanym przypominamy, że w przyszłym roku czeka nas przeprowadzka do Wiednia) Monachijskim High Endzie w 2022 r., to tak sam producent, jak i rodzimy dystrybutor – katowicki RCM jednogłośnie uznali, że zgodnie z zasadą mówiącą, iż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, rzeczone urządzenie zawita do nas dopiero w swej finalnej – kompletnej, znaczy się zgodnej z Roonem wersji. Polityka ze wszech miar słuszna i zrozumiała, choć przynajmniej dla nas – najdelikatniej rzecz ujmując do ww. platformy mających mocno ambiwalentny stosunek, a przy tym z niej niekorzystających, zupełnie obojętna. Niemniej jednak w tzw. międzyczasie eksplorując wyższe rejony skandynawskiego cennika (MP-L201 mkII & MP-S201, SCD-025 Mk.II, SD-025 Mk.II) cierpliwie czekaliśmy na finalizację stosownych działań certyfikacyjnych i skoro czytają Państwo te słowa, to znak, iż wnuk blisko dwanaście lat temu recenzowanego na naszych łamach RD-100, czyli Vitus Audio RD-101 MkII nie tylko do nas zawitał, co zdążyliśmy mu się w dokładnie przyjrzeć i przysłuchać.
Jak to Duńczycy mają w zwyczaju masywna płyta czołowa Vitusa jest prawdziwą oazą spokoju pod względem opartego na „dwuskrzydłowym” masywnym aluminiowym froncie designu. W dodatku oazą w pełni spójną z pozostałymi modelami i co ważne nie tylko reprezentowanej przez 101-kę serii Reference, lecz i wyższych, więc i ze szlachetniej urodzonym rodzeństwem komponować się będzie idealnie. Zlokalizowany na lewym skrzydle tercet przycisków oferuje wybór wejść, dostęp do menu i wybudzenie/uśpienie urządzenia a bliźniaczy – po przeciwległej stronie ukrytego za czerniona taflą bursztynowego wyświetlacza, wyciszenie, regulację głośności i nawigację po menu. A to jest nad wyraz rozbudowane, gdyż to właśnie w nim sparujemy pilota, aktywujemy/dezaktywujemy tryb AutoStb, zdefiniujemy początkową głośność (-90.0 dB – 0 dB) z jaką urządzenie ma się włączać (o ile oczywiście wybierzemy regulowany stopień wyjściowy), intensywność podświetlenia wyświetlacza, włączymy/wyłączymy firmowy logotyp, ustawimy terminale wyjściowe, nazwę i offset dla poszczególnych wejść (+/- 12 dB), przy czym nieużywane można dezaktywować, etc.
Szybkie porównanie ściany tylnej naszego gościa z protoplastą unaocznia wyraźną zmianę koncepcji i priorytetów jaka dokonała się na przestrzeni minionej dekady. Co prawda trzymając się faktów należy wspomnieć, iż całkowita rezygnacja z wejść analogowych i pojawienie się łączności bez/przewodowej miały miejsce już przy okazji pojawienia się na rynku RD-101, jednak skoro takowego egzemplarza nie dane nam było testować, to wspominamy o tym teraz. Wracając jednak do meritum, plecy najświeższej inkarnacji najtańszego przetwornika Vitusa prezentują się wprost wybornie. Lewa połowa przypadła w udziale cyfrze reprezentowanej przez parę wejść koaksjalnych, duet AES/EBU, Toslink, wejście USB B (do połączenia z transportem) i USB A (do Wi-Fi Dongle’a) oraz port Ethernet RJ45. Wyjścia analogowe są zarówno w standardzie RCA, jak i XLR a wyliczankę zamykają zacisk uziemienia i zintegrowane z komorą bezpiecznika (2A) gniazdo zasilające IEC.
Warto też zerknąć pod „podwozie”, bowiem tuż przy prawej przedniej nóżce znajdziemy … serwisowe gniazdo USB z pomocą którego dokonać można samodzielnego update’u firmware’u. Cała procedura jest banalnie prosta i dokładnie (w sześciu krokach) opisana w instrukcji, więc nie będę się nad nią w tym momencie rozwodził, jednak jeśli choć raz przegrywali Państwo jakieś pliki na pendrive’a, to z pewnością i z nią sobie poradzicie.
W zestawie jest oczywiście apple’owski, aluminiowy pilot zdalnego sterowania a dzięki modułowi streamera oprócz wspomnianego Roona da się z powodzeniem Vitka nakarmić plikami z pomocą Tidal Connect, Spotify Connect, bądź też innych aplikacji wspierających DLNA/UPnP (MConnect, JPLAY, etc.).
W trzewiach jest niejako po staremu, czyli panuje wzorowy porządek – lewą część zajmuje zasilanie z dwoma klasycznymi transformatorami i baterią sześciu solidnych kondensatorów a część sygnałową umieszczono na zajmującym mniej więcej ¾ powierzchni odizolowanym aluminiowymi ekranami od reszty komponentów laminacie z charakterystycznymi, zamkniętymi w przyozdobionych firmowymi logotypami katafalkami. Sercem przetwornika jest 8-kanałowa kość Sabre ES9038PRO (w poprzedniej odsłonie był ES9028PRO), w porównaniu z wcześniejszą generacją przeprojektowaniu uległ moduł streamera ze szczególnym akcentem na jego zasilanie, oraz karta sieciowa (100Mbps).
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu wypadałoby na początku odnieść się do deklaracji producenta, jakoby Duńczykom udało się wcisnąć do mniejszej i przede wszystkim znacząco lżejszej obudowy jeśli nie całą, to przynajmniej lwią część magii SCD-025 Mk.II i to bez jakościowych kompromisów. Odważne, nieprawdaż? Co ciekawe dziwnym zbiegiem okoliczności odwołano się do odtwarzacza CD a nie wydawać by się mogło zdecydowanie bliższego tak ideologicznie, jak i funkcjonalnie przetwornika SD-025 Mk.II. Wystarczy jednak wpiąć 101-kę w tor i nakarmić znanym materiałem, by wszystko stało się jasne i ułożyło w logiczną całość. W dodatku całość potwierdzającą słuszność sugestii wytwórcy dotyczących brzmieniowego powinowactwa. O ile bowiem wspomniany SD-025 Mk.II na tle SCD-025 Mk.II brzmiał nieco ciemniej i gęściej, to RD-101 MkII plasuje się niejako po przeciwległej stronie skali, czyli idzie w kierunku nieco wyraźniej zaakcentowanej konturowości i lekkiego może nie tyle odchudzenia, co delikatnej redukcji wolumenu prezentacji. Tylko żeby była jasność. Z oczywistych względów wspomniane różnice pozwalam sobie nieco hiperbolizować, gdyż po pierwsze cały czas operujemy w dobrze znanej i odpornej na sezonowe mody nieprzesadzonej muzykalności a z drugiej powyższe obserwacje dotyczą bezpośrednich porównań z droższym, szlachetniej urodzonym rodzeństwem, czego raczej nikt celujący w serię Reference z racji dbałości o własne samopoczucie robić nie będzie i z Signature poczeka do kolejnego upgrade’u. Dlatego też proszę się nie spodziewać, że nagle San Francisco Symphony („Berlioz: Symphonie Fantastique”) zabrzmi jeśli nie jak katarynka, to chociaż Le Concert des Nations / La Capella Reial de Catalunya („Charpentier: Baroque Christmas”). Tu raczej chodzi o wielce umiejętną roszadę pewnych akcentów w obrębie firmowej estetyki. Ot, w pełni świadome doświetlenie pierwszego planu z nieco szybszym zaciemnianiem dalszych planów, czy też zwracanie uwagi słuchaczy w pierwszej kolejności na kontury a nie definicję i soczystość wypełniającej źródła pozorne tkanki. Wbrew pozorom taka zmiana optyki narracji świetnie sprawdza się przy niewielkich składach, gdzie owa „oświetleniowa atencja” bardzo służy solistom nadając całości dyskretny urok pewnej intymności, gdzie zawężenie padającej na scenę wiązki światła pozwala ograniczyć wolumen mogących rozproszyć odbiorcę elementów i wyłuskać z nieprzeniknionej czerni tła tylko to, co naprawdę w danym momencie istotne. Co ciekawe nie oznacza to niemożności odtwarzania repertuaru z ową intymnością niewiele mającego wspólnego, gdyż sięgnięcie po pełen krzyków i wrzasków oraz ostrego gitarowego łojenia „The Reclamation of I” Imminence, czy też nieco bardziej mainstreamowo-cywilizowany „POST HUMAN: NeX GEn” Bring Me The Horizon budzi w 101-ce groźne demony. Duński przetwornik jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z wyrafinowanego demiurga precyzyjnie komponującego muzyczne mikrokosmosy przeistacza się w ziejącego ogniem demona destrukcji. Wściekle atakuje nasze zmysły odartymi z jakichkolwiek przejawów łagodności brutalnymi seriami blastów, tnie i szarpie nerwowe synapsy ognistymi riffami a całość okrasza iście agonalnym, niemalże zwierzęcym – nieludzkim rykiem. Tutaj nie ma miejsca na choćby chwilę ciszy i wytchnienia, jest za to obłąkańcza galopada i lawina dźwięków z której uporządkowaniem mało które urządzenie zdolne jest sobie poradzić. A tymczasem Vitus Audio RD-101 MkII nad powyższą kakofonią jest w stanie bez problemu nie tylko zapanować, co ujarzmić ją i wtłoczyć w ramy logiki oraz porządku. Nie mamy zatem do czynienia z bezmyślną nawalanką, lecz z brutalną, acz prowadzoną z matematyczna precyzją i zarazem przy zachowaniu świetnej rozdzielczości logiczną i zarazem spójną opowieścią. I tylko od nas – słuchaczy zależeć, czy z taką intensywnością i bezpośredniością doznań nausznych będzie na, po drodze, czy też poszukamy nieco bardziej asekuracyjnego przetwornika, który może i będzie dalszy od prawdy, ale za to zagra „ładniej”.
Jak z powyższego tekstu jasno wynika sięgając po Vitus Audio RD-101 MkII nie należy spodziewać się działań naprawczych mających na celu zwiększenia dawki słodyczy, czy nadmiernej saturacji przekazu. Dlatego też jeśli ktoś zastanawiał się, czy tytułowy przetwornik zagęści i złagodzi nazbyt kliniczne brzmienie jego systemu, to spokojnie może rozglądać się za czymś innym. Jeśli jednak Państwa system nie wymaga właśnie takich – niwelujących poprzednio popełnione błędy konfiguracyjne korekt a jedynie triggera uwalniającego drzemiące w nim pokłady motoryki i rozdzielczości, to śmiem twierdzić, że 101-ka w swej najnowszej odsłonie ma szanse idealnie wpasować się w Waszą układankę.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio; AudioSolutions Figaro L2
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak wynika z tytułu spotkania, konsekwentnie kontynuujemy weryfikację sonicznych dokonań niekwestionowanego gracza segmentu High End. I to nie byle jakiego, bowiem chodzi o rozpoznawany dosłownie i w przenośni przez każdego adepta zabawy w zaawansowane audio duński brand Vitus Audio. Jednak gdy wydawałoby się, że tym razem ponownie na tapet trafiło coś spoza zasięgu zwykłego Kowalskiego, uspokajam i mam dobre wieści. Otóż w nasze progi jako dowód, iż marka jednak nie zapomina o mniej zamożnych klientach, trafił rozpoczynający ofertę przetwornik D/A z funkcją streamera RD-101 MkII. Dlatego jeśli jesteście ciekawi, czym w kwestii jakości dźwięku zaowocuje zejście w te progi cenowe będącej clou spotkania skandynawskiej myśli technicznej, z przyjemnością zapraszam na kilka poniższych strof omawiających przebieg tego zaskakująco dla mnie testu.
Kwestia obudowania trzewi omawianego dziś Vitusa standardowo opiewa na rozpoznawalną od pierwszego kontaktu wzrokowego, ciekawą od strony designu, bo niby prostą, ale jednak wizualnie zapadającą w głowie bryłę. To średniej wielkości, wykonany z aluminiowych blach prostopadłościan, jednak wisienką na torcie jest front. Niby bez szczególnych wizualnych fajerwerków, ale moim zadaniem to bardzo duży atut duńskich konstrukcji. Jak widać na zdjęciach, mamy do czynienia z dwoma grubymi płatami wykończonego w srebrnej satynie glinu, po środku których usadowiono lekko zagłębioną, zorientowaną pionowo niezbyt szeroką połać z czarnego akrylu jako miejsce implementacji mieniącego się bursztynową poświatą wielofunkcyjnego wyświetlacza i pod nim logo marki. Wiadomym jest, iż do ewentualnego sterowania urządzeniem bez pilota niezbędne są również stosowne przyciski. Te oczywiście w stylu Duńczyka po trzy w pionowych rzędach umieszczono i czytelnie opisano na każdym ze „skrzydeł”. Chyba zgadzacie się ze mną, iż projekt prosty, jednak na tle częstej wzorniczej nudy lub z drugiej strony nadmiernego blichtru ze wszech miar intrygujący. Jeśli chodzi o tylny panel, spokojnie można uznać, że jest na bogato. Powodem takiej oceny jest umieszczenia na nim sekcji wejść cyfrowych w standardach: 2 x SPDIF, 2 x AES/EBU, TOSLINK, USB i ETHERNET, wyjść analogowych: RCA, XLR, zacisku uziemienia i naturalnie gniazda zasilania IEC. W pakiecie startowym nie zapomniano również o nowoczesnym, pochodzącym z portfolio fachowców od komputerów spod znaku jabłka pilocie zdalnego sterowania. Na koniec kilka danych w kwestii uniwersalności obsługi różnych protokołów zapisu muzyki, a w szczególności możliwości bardzo popularnego terminala USB, które jest w stanie poradzić sobie Native DSD do 128 i PCM do 384 kHz przy próbkowaniu 32 bitów. RD-101 MkII pozwala na współprace z protokołami sieciowego audio od DLNA / UPnP, przez Tidal Connect, po Spotify Connect i oczywiście kompatybilność z Roon.
Jak wypadł startowy model przetwornika D/A Vitusa? Otóż zaproponował w pozytywnym słowa znaczeniu od lat forsowaną przez ekipę Vitusa estetykę grania mocnym i gęstym drive-m. Z naturalnych względów cięcia kosztów na tle starszych braci bez poszukiwania ekstremum jakości, jednak ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu nadal z dobrymi wynikami w poszczególnych podzakresach. Na dole potrafił solidnie, ale z dobrą kontrolą kopnąć, w środku umiejętnie, czyli bez nadmiernego uśredniania przekazu zaprezentować najistotniejsze dla naszego ośrodka przyswajania fonii informacje na temat brylujących weń źródeł, a na górze bez wycieczek w stronę w nadinterpretacji przyjemnie doświetlał całość prezentacji. Jednym zdaniem grał barwnie, z odpowiednią motoryką, co pokazywało go jako orędownika poszukiwanej przez nas muzykalności. I jak to w tej stajni jest typowym zjawiskiem, pozwalającej zatopić się w pełnym katalogu słuchanego materiału. Powiem więcej, z bardzo podobnym do droższych konstrukcji tej manufaktury sposobem na muzykę. I może Was zaskoczę, ale nie będę pod niebiosa wychwalał jego sonicznych możliwości, bo to i tak sami musicie zweryfikować w prywatnych spotkaniach, tylko powiem, co mam na myśli pisząc o wielkim podobieństwie do rodziny. Niby nie robił niczego szczególnego, ale mimo znacznie niższych nakładów produkcyjnych żadna muzyka nie nosiła znamion jakiejkolwiek utraty swoich cech. Owszem, była okraszona większą nutą nasycenia i w trosce o utratę spójności mniej iskrząca w górnych rejestrach, jednakże w jakiś sposób każdy krążek brzmiał w znanej mi z codziennych odsłuchów estetyce. Powiem więcej. Może to dziwne, ale rockowe popisy Zeppelinów w kawałku „Kashmir” dzięki wspomnianym artefaktom niesionym przez testowaną konstrukcję zabrzmiały jakby przyjemniej. Pełniej, z mocniejszym zaznaczeniem hipnotycznego rytmu i fenomenalnie przeszywającym moją duszę, długim wykończeniem z pełnego gardła przeszywającej przestrzeń pomiędzy kolumnami frazy pod koniec utworu. Uwielbiam ten moment – oczywiście całość to majstersztyk, bo pokazuje, że oprócz zwyczajowego darcia się na scenie, wokalista potrafi dość długo utrzymać dźwięk, który spina opowieść w jedna całość. Teraz był soczysty i z mocniejszym pakietem energii, co dodatkowo wzmocniło jego wydźwięk. Dla mnie wypadło to znakomicie. Nie mówię, że najlepiej z dotychczasowych spotkań z tym kawałkiem, ale znakomicie, bo przecież zajmujące dolne szczeble cennika produkty wielu marek często mają za zadanie zagrać jedynie przyzwoicie, tymczasem przetwornik Vitusa w moim odczuciu wręcz błysnął. A to dlatego, że przekaz nie tylko nie stracił dużo na animuszu, ale bez problemu potrafił podkreślić jeden z najważniejszych akcentów tej produkcji. Co ciekawe, w tym samym tonie wypadała muzyka łatwa lekka i przyjemna, czyli dla mnie jazzowe, koncertowe popisy dream-teamu pod przewodnictwem Keitha Jarretta „Inside Out”. Kolejny raz zmniejszenie ostrości rysowania spektaklu również nie miało wielkich skutków złej natury. Nic nie straciła wielkość wirtualnej sceny, system konsekwentnie pilnował utrzymania stosownego rytmu – to jest oczko w głowie każdego Vitusa, a jedyną pochodną wpięcia 101-ki w tor było podniesienie esencjonalności instrumentów. Nadal dobrze usadowionych na scenie, tylko z większym nastawieniem na krągłość dźwięku. Dodam, że suma summarum przyjemną, bo bez efektu podążania w stronę zbyt mocnej otyłości. W innym wypadku wiałoby zwykłą nudą. Takowej ani krzty nie zanotowałem.
W jakich systemach ulokowałbym tytułowego dac-a RD-101 MkII spod znaku Vitus Audio? Pierwsze skojarzenie jest oczywiste, czyli wszędzie tam, gdzie mamy niedobory w esencjonalności przekazu. Tchnie w nie fajny, bo nienachalny, a za to pełen drive’u pakiet esencji, co ubarwi prezentację, ale nie zabije w niej agresji. I gdy wydawałoby się, że reszta układanek powinna na niego uważać, przypominam, że proces testowy został przeprowadzony w konglomeracie już samym w sobie gęstym i plastycznym, a mimo to nawet rockowe popisy wywołały u mnie przysłowiową gęsią skórkę. Zatem sprawa jest jasna jak słońce, tylko wielbiciele latających w eterze żyletek mogą nie mieć z nim po drodze. Reszta stawki melomanów bez naciągania faktów ma zielone światło.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: Vitus Audio
Cena: 15 000 €(Jet Black, Pure White, Warm Silver); 18 000€ (na zamówienie: Dark Champagne, Titanium Grey, Titanium Orange)
Dane techniczne
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Impedancja wyjściowa: 75Ω
Pasmo przenoszenia: +800kHz
Odstęp sygnał/szum: >110dB @ 1kHz
Zniekształcenia: <0.01%
Master clock: 24.576 MHz +/- 5 ppm
DAC: ES9038PRO
Wejścia cyfrowe: USB B (384kHz/24bit, DSD128); 2 x AES/EBU, 2 x S/PDIF Coax (192kHz/24bit); RJ45 (192kHz/24bit, DSD64)
Łączność: Ethernet RJ45; Wi-Fi (USB dongle)
Kompatybilność: DLNA/UPnP, Tidal Connect, Spotify Connect, Roon.
Pobór energii: 25W; <1W Standby
Wymiary (W x S x G): 103 (ze stopami) x 435 x 396 (431 z gniazdami) mm
Waga: 12 kg
Po wielce udanych głośnikowcach przyszła pora na kolejnego przedstawiciela serii TheRay – zasilający przewód WK Audio TheRay Power.
cdn. …
Opinia 1
Niejako idąc za ciosem i nieśpiesznie kontynuując eksplorację głównego nurtu działalności naszego dzisiejszego gościa, dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu, po raz kolejny dane nam było przyjrzeć i przysłuchać się nie jakże popularnym i na czasie audio-bibelotom w postaci bezpieczników, czy też okablowania, co pełnoprawnemu i niemalże pełnowymiarowemu kondycjonerowi zasilania Synergistic Research PowerCell 8 SX. Czemu „niemalże”? Cóż, szukając taniej sensacji, wystarczy tylko sięgnąć pamięcią do maja i porównując goszczący wtenczas w naszych skromnych progach dwunasto-gniazdowy PowerCell SX z tytułową 8-ką by dojść do wniosku, że co jak co, ale miniaturyzacja kosztuje, bądź ceny w High-Endzie ani myślą o zaprzestaniu tendencji wzrostowej. Bowiem dziwnym zbiegiem okoliczności przy 30% redukcji przyłączy cena bynajmniej nie spadła, co o zgrozo nieco podskoczyła. Rozbój w biały dzień? Bynajmniej, jedynie logika i to w swej nie tyle parakonsystentnej, co najczystszej i zarazem najprostszej postaci, gdyż wspomniane uszczuplenie wolumenu gniazd wyjściowych łódzka ekipa postanowiła zrekompensować oczko wyżej w firmowej hierarchii usytuowanym przewodem zasilającym, więc zamiast skąd inąd świetnego SRX-a otrzymaliśmy SRX XL AC. Dlatego też, jeśli zastanawiacie się Państwo czym tym razem Amerykanie próbują uwieść świadomych istotności energetycznego dobrostanu swych drogocennych „ołtarzyków” audiofilów i melomanów nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.
Jak już zdążyłem nadmienić we wstępniaku i co potwierdzają powyższe zdjęcia przy swoich 30,5 szerokości, 11,4 wysokości i 15,2 cm głębokości Synergistic Research PowerCell 8 SX jest zauważalnie bardziej poręczny od swojego poprzednika. W dodatku zachowując właściwą marce pancerność – obudowę wykonano z aluminium lotniczego i włókna węglowego, urządzenie zyskało na … funkcjonalności. A to wszystko za sprawą rezygnacji z górnego, zajmującego niemalże całą powierzchnię pokrywy okna, dzięki czemu niniejszego PowerCella 8 SX można już bez większego żalu wstawić na półkę a jednocześnie nadal cieszyć się widokiem designersko podświetlonych trzewi pyszniących się przez frontowy bulaj. I tu kolejna uwaga, bowiem o ile poprzednik onieśmielał jednostki cierpiące na nerwicę natręctw 13 (słownie trzynastoma !!) opcjami podświetlenia (różne intensywności bieli Galileo, czerwieni Dante, błękitu Synergistic Research i błękitu McIntosh) dbając jedynie o walory estetyczne i wzorniczą koherencję z resztą systemu o tyle tym razem iluminację nie dość, że ograniczono do dwóch opcji, to jeszcze podpięto pod nie różne kombinacje częstotliwości. Niebieską opracowano z myślą o idealnym dopasowaniu do instrumentów akustycznych, wokali i kameralnych występów, oraz czerwoną – zapewniającą perfekcyjnie odwzorowanie występów na dużą skalę i muzyki elektronicznej.
Zanim jednak zagłębimy się w zaawansowane technikalia i dywagacje niemalże zahaczające o fizykę kwantową proponuje jeszcze profilaktycznie rzucić okiem na ścianę tylną, gdzie szczęśliwy nabywca do dyspozycji otrzymuje oprócz wspomnianych ośmiu gniazd wyjściowych z oznaczeniem prawidłowej polaryzacji (o czym za chwilę), włącznik główny, złącze do opcjonalnego Ground Blocka, selektor podświetlenia / częstotliwości i charakterystyczny zasilający terminal wejściowy power-con. Wracając jeszcze na dosłownie moment do ww. gniazd wyjściowych z jednej strony cieszy oznaczenie zalecanej polaryzacji, jednakowoż weryfikację takowej dość poważnie utrudnia zabezpieczenie „otwierające” dostęp do wejść jedynie przy równoczesnym nacisku na oba otwory i piny uziemiające (mechanizm znany m.in. z biurowych gniazd DATA z kluczem uprawniającym).
Jeśli zaś chodzi o same trzewia, to w 8-ce znajdziemy m.in. autorski, nowo zaprojektowany Ultra Low-Frequency RF bias oraz tę samą zaawansowaną technologię zasilania, którą zastosowano w najnowszym kondycjonerze Galileo SX PowerCell, udoskonalone opatentowane ogniwo elektromagnetyczne o dwukrotnie większej powierzchni i mocy kondycjonowania aniżeli poprzednia generacja a także zapożyczony z Galileo SX PowerCell zaawansowany zasilacz EM Cell i wieloczęstotliwościowy generator ULF Schumanna.
Uff, jeśli ktoś z powyższego wywodu i natłoku autorskich rozwiązań niewiele zrozumiał, to proszę się nie przejmować, pamiętając jedynie, że liczy się nie długość litanii, lecz finalny efekt soniczny, a ten w przypadku Synergistic Research PowerCell 8 SX jest zaskakująco … zgodny z deklaracjami producenta solennie zapewniającego o najczystszym i najgłębszym tle spośród wszystkich modeli PowerCell. Mówiąc wprost wpięcie 8-ki owocuje nie tylko nieprzeniknioną czernią, co wręcz mroczną otchłanią zionąca za ostatnimi rzędami muzyków biorących udział w nagraniu. Jeśli dodamy do tego kolejną spełniona obietnicę, tym razem dotyczącą braku jakichkolwiek limitacji przy przepływie prądu, to jasnym jest, iż największym beneficjentem takowych walorów staje się symfonika z całą swoją wieloplanowością i generalnie problematycznością właściwego oddania złożoności oraz zróżnicowania nader rozbudowanego aparatu wykonawczego operującego pełną skalą dynamiki. Proszę tylko sięgnąć po „Berlioz: Symphonie Fantastique” w wykonaniu San Francisco Symphony pod batutą Esa-Pekka Salonena, by doświadczyć zbawiennego wpływu amerykańskiego oczyszczacza. I tu od razu pozwolę sobie na drobną uwagę, bowiem o ile przy tak wyrafinowanym repertuarze i znamienitym wykonaniu nie sposób doszukać się niczego poza samymi zaletami oraz oczywistą poprawą wszelkich aspektów stricte high-endowej reprodukcji, to już przy mniej cywilizowanym „wsadzie” w pierwszej chwili po wpięciu tytułowego akcesorium można odnieść, jak się później można przekonać, mylne wrażenie, jakby przekaz uległ zbytniemu zaciemnieniu i przygaszeniu. To jednak tylko pozory, bowiem eliminacja wszelakiej maści pasożytniczych artefaktów i powodujących tak nerwowość, jak i chropawą korozję najwyższych składowych anomalii z takich pozycji jak suto podlany elektroniką „Concrete Jungle” Bad Omens, czy też zazwyczaj fatygujący zmysły odbiorców swą natywną szorstkością i hałaśliwością gitarowych riffów „POST HUMAN: NeX GEn” Bring Me The Horizon sprawia, iż zazwyczaj operujące na granicy tolerancji, bądź wręcz bólu dźwięki nagle nabierają krystalicznej czystości i jedwabistej gładkości, lecz choć nadal operują na tych samych pasmach i częstotliwościach, to z racji swego uszlachetnienia i ucywilizowania nie wywołują reakcji obronnych u słuchaczy. Z kolei bas i średnica dostają w gratisie zauważalny zastrzyk wysycenia i mięsistości, które nader udanie korespondują z górą pasma a jednocześnie nie powodują ospałości w domenie motoryki, czy też pogrubienia konturów definiujących źródła pozorne. Jest jednak i druga strona tego medalu, bowiem brak niepokojących, spowodowanych zniekształceniami i ww. brudem ukłuć sprawia, że automatycznie, chcąc operować na znanej z wcześniejszych odsłuchów granicy komfortu mniej, bądź bardziej świadomie zwiększamy głośność niejako mimochodem serwując sobie (i często również sąsiadom) niespotykane do tej pory dawki decybeli. Dlatego też z autopsji radzę dać sobie nieco czasu na akomodację do nowej rzeczywistości, bo szkoda raz – słuchu, a dwa – dobrosąsiedzkich relacji.
A tak już pół żartem / pół serio Synergistic do perfekcji opanował sztukę „czyszczenia bez zarysowań” i niewylewania dziecka z kąpielą, gdyż eliminując „śmieci z sieci” z niezwykłą atencją podchodzi do jakże kluczowego dla audiofilsko zorientowanej populacji odpowiedzialnego za klimat i wierne odwzorowanie akustyki nagrań tzw. „planktonu” , aury pogłosowej, oraz tej charakterystycznej „poświaty” otaczającej wykonawców. Szalenie zyskują na tym wszelakiej maści zarówno polifoniczne projekty w stylu „YULE” Trio Mediæval, jak i te bardziej rozbudowane i zelektryfikowane, jak daleko nie szukając fenomenalnie pulsujący „Bringing It Down to the Bass” Tony’ego Levina, czy nawet niemalże „windziano – hotelowe” jazzy (vide „Romance in the Dark”), w rezultacie czego przestajemy się wsłuchiwać a zaczynamy słuchać ulubionej muzyki.
Dlatego też zamiast szukać dziury w całym, w ramach podsumowania pozwolę sobie uznać, iż trudno będzie znaleźć aspekt, no może poza finansowym, który mógłby nie tylko ucierpieć, co nie ulec poprawie po aplikacji Synergistic Research PowerCell 8 SX w praktycznie dowolnym systemie. A jeśli wraz z tytułowym kondycjonerem (słowo filtr zupełnie nie oddaje zarówno złożoności i zaawansowania samego PC 8 SX, jak i jego zbawiennego wpływu na brzmienie zasilanych urządzeń) zaopatrzycie się Państwo w przewód SRX XL AC, to śmiało będziecie mogli mówić o pełni szczęścia.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio; AudioSolutions Figaro L2
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem pewien, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z bardzo szybko postępującego rozwoju technologicznego otaczającego nas świata. To oczywiście znakomita sytuacja, bowiem z jednej strony pozwala na konstruowanie coraz lepszych produktów, a z drugiej uzyskując podobny efekt jakościowy znacznie zmniejszyć gabaryty protoplasty. Jaki cel ma powyższy wywód? Naturalnie wprowadzający w dzisiejsze spotkanie testowe. Spotkanie, które jak na dłoni pokaże, że wykorzystując postęp nauki przy minimalizacji gabarytów, za sprawą najnowszych osiągnięć da się skonstruować produkt bez problemu nie tylko konkurujący, a nawet znacznie lepiej wypadający brzmieniowo od teoretycznie bardziej rozbudowanego gabarytowo, ale z mniejszym wkładem najnowszych pomysłów technicznych poprzednika. Jak to możliwe? Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, które są pokłosiem wspominanego przeze mnie, z powodzeniem zastosowanego w dzisiejszym bohaterze rozwoju techniki. To znaczy? Spokojnie, markę i jedną z konstrukcji spod tego znaku towarowego znacie, gdyż stosunkowo niedawno gościła w naszych progach ze swoim kondycjonerem Power Cell SX. Co tym razem wpadło na tapet? Jak pisałem, beneficjent ewolucji technicznej czyli dystrybuowany przez łódzki Audiofast pochodzący ze Stanów Zjednoczonych, od niedawna jeden z zastępujących starsze modele kondycjoner zasilania Synergistic Research Power Cell 8 SX, którego w boju wspierać będzie firmowy kabel zasilający Synergistic Research SRX XL AC.
Gdy spojrzymy na naszego bohatera, w pierwszym odruchu aż trudno uwierzyć, że według specyfikacji w nazwie jest w stanie zasilić aż 8 urządzeń. A oprócz gniazd wyjściowych na tylnym panelu musi znaleźć się też terminal przyłączeniowy urządzenie do ściany i główny włącznik. Ale spokojnie, mimo stosunkowo skromnych gabarytów wszystko jest zgodnie z deklaracjami. A wygląda to tak. Obudowa 8-ki SX, to owalnie wykończona, niewielka, prostopadłościenna, w znakomitej większości aluminiowa skrzynka. Jej front zdobi podświetlane na dwa kolory okienko pozwalające napawać się widokiem zastosowanych w trzewiach rozwiązań technicznych – każda z barw informuje o wyborze konkretnej wersji kondycjonowania dostarczanej energii. Górna połać wykonana została z elegancko wyglądającego karbonu. A awers oprócz wąskiego, pionowego paska aluminium z dedykowanym złączem dla kabla zasilającego, włącznikiem głównym i przyciskiem zmiany trybu pracy urządzenia, po brzegi zagospodarowany jest serią ośmiu gniazd IEC. Tak prezentujący się terminal posadowiono na izolujących go od podłoża czterech stopkach. Pisząc o wyposażeniu startowym, z dużym zadowoleniem informuję, iż wybór określa nabywca decydując się jeden dostępnych, zróżnicowanych jakościowo i cenowo kabli zasilających. To miły gest ze strony producenta, bowiem w momencie chęci użycia czegoś lepszego jakościowo nie skazuje nas na przymusowe kupno niedrogiego kabla w standardowym komplecie i potem odsprzedaż ze stratą, tylko na starcie daje sporą paletę możliwości wyboru. My na czas testu dostaliśmy w komplecie topowy kable SRX XL AC. Jeśli chodzi o garść technikaliów, najważniejszymi informacjami są, że nasz bohater czerpiąc z rozwoju technologicznego w tej kompaktowej obudowie zmieścił znacznie bardziej wydajne od większego gabarytowego poprzednika, dlatego w mniejszej ilości sztuk ogniwa elektromagnetyczne w postaci kryjących się za okienkiem cylindrów, oraz nadal stosuje poprawiający odbiór muzyki wieloczęstotliwościowy generator fal Schumanna. Po dokładniejsze informacje co i jak, aby sztucznie nie rozwadniać tekstu oczywiście również skrótowo, zapraszam na stronę dystrybutora lub producenta.
Gdy dotarliśmy do opisu działania 8-ki, zasadna wydaje się odpowiedź na prozaiczne pytanie: Czy przywoływany od samego początku, pozwalający zmniejszyć gabaryty urządzenia – przy według producenta lepszych osiągach – rozwój technologii pokazał, że jest realnym progresem? Powiem krótko, nie ma co deliberować, ale tak. Otóż wdrożone w życie w stosunku do poprzednich konstrukcji inne rozbudowanie topologiczne wraz za zaawansowaniem konstrukcyjnym bezapelacyjnie skończyło się poprawą aspektów prezentacji w wielu zakresach. Naturalnie nie było to tak zwane wywrócenie stolika do góry nogami, bo nie miało takim być, tylko choć drobne to ewidentne poprawienie jakości słuchanej muzyki. Ogólnie patrząc na sposób operowania przekazem moją uwagę zwróciło uczucie jakby mniej technicznego grania systemu. Oczywiście nie twierdzę, że wcześniej było to drażniące, jednak wówczas walka o jak najczystsze tło wirtualnej sceny stawiała na mocne rysowanie świata ostrą kreską i zebranie dźwięku w solidny impuls w domenie jego trwania, co czasem w awanturniczej muzyce mogło skutkować nazbyt dosadnym utwardzeniem przekazu. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, specjalnie przerysowuję opis, aby pokazać ewidentne, teraz pokazujące wydarzenia sceniczne w bardziej płynnym stylu różnice. Różnice dające muzyce bardziej niż wcześniej w pewien sposób przyjemnie płynąć, co jestem dziwnie spokojny, większości z Was mocniej przypadnie do gustu. Nadal dostajemy znakomity drive, wyraźny i mocny atak, ale przy okazji lekkiego podkręcenia esencjonalności dźwięku i kolokwialnie mówiąc wyczyszczenia teraz mocniejszego w aspekcie czerni, a przez to pokazującego więcej drobnych informacji tła, przekaz oferuje solidniejsze pokłady homogeniczności z feedbackiem w postaci prawdziwszej namacalności. Gdybym miał to określić wprost, powiedziałbym, że zastosowanie tytułowego kondycjonera tchnęło w muzykę bardziej ludzkie, bo fajne zrównoważenie pakietu agresji i płynności. Bez wycieczek w stronę nienaturalnego krawędziowania źródeł pozornych, ale również z pełną kontrolą nad zbytnim dociążaniem. Dzięki temu jeśli dany system jest dobrze skonfigurowany, będzie potrafił zagrać każdego rodzaju muzykę. Tak mocne akordy wyrazistego w podnoszeniu pobudzających nas do szybszego życia emocji Rammsteina z krążka „Zeit”, jak również spokojne ballady dla mnie rodzimego skrzypka numer jeden Adama Bałdycha w materiale „Brothers” . Jak to możliwe, gdy dostajemy więcej płynności? Spokojnie, ja wiem, że teoretycznie cywilizowanie karkołomnego rysowania wydarzeń scenicznych w projektach Rammsteina może skończyć się utratą niezbędnej nieobliczalności i agresji jego popisów, ale przypominam, działania amerykańskiego kondycjonera na poziomie podkręcania emocji były jedynie szlifowaniem ogólnej jakości prezentacji w służbie oczyszczania tła ze zniekształceń, a nie działaniem mającym na celu podgrzanie atmosfery jako ratunek dla błędnie skonfigurowanych zestawów. Jak pisałem, specyfikacja soniczna Power Cell 8 SX z powodzeniem zachowywała istotne aspekty zrównoważenia podania danego projektu płytowego. Dlatego gdy niemiecki muzyk w postaci upłynnienia wokalizy i odbieranego jako wielki plus uplastycznienia całości nie tylko niczego nie stracił, ale raczej sporo na tym zyskał, polski skrzypek został potraktowany wręcz jak król. Konsekwentnie słychać było jego wspaniałą wirtuozerię gry na tym niełatwym instrumencie, co w przypadku balladowych, czyli wolnych utworów dla muzyka nabiera znaczenia w stylu być albo nie być, ale przy tym z uwagi na wzmocnienie poziomu ogólnej gładkości poszczególnych nut w brzmieniu jego atrybutu słychać było więcej zabawy, istotną dla oddania nastroju utworu barwą i jej natężeniem. Nie ilości samej w sobie, tylko jako budulca nastroju. Kto lubi grę skrzypiec, te wie, że wbrew obiegowym opiniom skrzypce nie zawsze mają boleśnie i jednostajnie skrzypieć. Czasem mają nieść spore pokłady nosowości, a czasem ostrości, co w tym przypadku wypadło świetnie.
Czy widzę sens stosowania podobnych do dziś opisywanego urządzeń? W większości przypadków z racji na problemy z marnej jakości energią w wielorodzinnych domostwach naturalnie tak. Ale może Was zaskoczę, nie wykluczam tez sytuacji w przypadku zabudowy jednorodzinnej, gdyż pozwalające nam egzystować urządzenia typu lodówka, czy zmywarka w kwestii czystości prądu w gniazdku są wielkimi szkodnikami. Jednak nie oszukujmy się, bez względu na fakt zamieszkania w grupie lub osobno jeśli zrozumiemy potrzebę ruchu w tym temacie, wówczas zaczyna się prozaiczny problem natury uniknięcia wpadki. Oferta rynku jest przeogromna i trzeba uważać na marne konstrukcje. Pewnego rodzaju pomocą są podobne do dzisiejszego testy urządzeń, które choć wstępnie, to jednak dają pewien pogląd na dany produkt. Czy zatem idąc tropem pomocy poleciłbym i ewentualnie komu naszego bohatera? Bez dwóch zdań jak najbardziej. I moim zdaniem nie mam przeciwskazań dla nikogo, gdyż oferta brzmieniowa Synergistic Research Power Cell 8 SX jest na tyle zrównoważona pomiędzy wagą i wyrazistością przekazu, że tylko mocno przekraczające dobry smak prezentacji zestawy mogą mieć problemy z wykorzystaniem potencjału amerykańskiej konstrukcji. U mnie mimo niewielkich gabarytów przy mocnym rozdmuchaniu rozmiarowym elektroniki wypadł bardzo dobrze, dlatego jeśli myślicie o czyścicielu energii elektrycznej dla ukochanego zestawu audio, powinniście wziąć go na tapet. Naprawdę jest tego wart.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati Silenzio
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Synergistic Research
Cena (PowerCell 8 SX / SRX XL AC 1.8m): 71 590 PLN
Dane techniczne
Gniazda wyjściowe: 8 gniazd Purple 2.0 UEF Schuko (dwustopniowy Quantum Treatment)
Gniazdo zasilające: 32A PowerConn
Okablowanie wewnętrzne: 12AWG Silver Matrix
Moduły EM: 1 x płaski; 2 x SRX UEF EM drugiej generacji
Powierzchnia łączna modułów EM: 1806,34 m²
Szyna uziemienia: 6N czyste srebro
Wymiary (W x S x G): 11,4 x 30,5 x 15,2 cm
Waga: 5 kg
W High-Endzie zazwyczaj jedna metoda walki z pasożytniczymi wibracjami nie wystarcza, dlatego Solid Tech w swoich Feet of Balance łączy mechaniczne zawieszenie sprężynowe z tłumieniem magnetycznym.
cdn. …
Z pewnością wiecie – widać to na wielu relacjach z sesji testowych, że w drodze przez ukochaną muzykę cały czas posiłkuję się dla mnie nadal najbardziej zbliżającym do prawdy o niej gramofonem. Na przestrzeni lat było ich kilka, jednak najbardziej zapamiętanym przeze mnie jest uważany za ikonę tego typu źródeł topowy werk angielskiej marki SME30.2. Dla wielu drapak marzeń i do tego nadal znajdujący się w ofercie marki, jednak nie ma się co oszukiwać, świat nie tylko w kwestii technologii i wprowadzania nowych rozwiązań, ale również oczekiwań klientów idzie do przodu. To jest nieuniknione i nie ma co nad tym deliberować, dlatego ostatnimi czasy coś w temacie projektu następcy popularnej 30-ki drgnęło. Co prawda na bazie zdobytej przez lata rozpoznawalności oraz wysokiego zaawansowania przywołanej konstrukcji bez jakichkolwiek kosztownych ruchów można było spokojnie odcinać kupony, jednak po pierwsze – to dość szybko może się zemścić, a po drugie – kilka lat temu zmienił się właściciel tego podmiotu. I prawdopodobne te dwa aspekty spowodowały zainicjowanie od jakiegoś czasu oczekiwanego przez rynek, przy okazji mającego przywrócić rozpoznawalność brandu do niegdysiejszego poziomu tak zwanego pierwszego wyboru, programu powołania do życia nowego modelu gramofonu spod znaku SME. Trochę to trwało, ja cały czas z wypiekami na twarzy cierpliwie czekałem, aż tu nagle, tuż po nowym roku dostałem informację od katowickiego RCM-u, że wreszcie jest. Kto? Dostojny, mający pokazać, że marka ma się dobrze, spychający w hierarchii popularną 30-kę na drugie miejsce werk SME Model 60.
Jak obrazują fotografie, sam pomysł na zwieszenie i stabilizację dwuczęściowej plinty jest pewnego rodzaju bardzo ogólnym powieleniem działań poprzednika. Jednak myli się ten, kto sądzi, że to tylko ubranie wcześniejszych gumek i olejowych amortyzatorów w łapiące za oko cylindry. Owszem, gramofon nadal zawieszony jest na bazie elastycznych wieszaków i płynnie stabilizowanych tłoków, jednak według dystrybutora to całkowicie inne rozwiązanie. Co ciekawe, a gołym okiem tego nie widać, dodatkową innowacją jest zmiana konstrukcji ramienia, w którym obecnie stożkowa rurka zamiast lekkiego metalu wykonana jest z tworzywa sztucznego. Zaskoczeni? Cóż, ja jak się później okazało niesłusznie, ale też trochę byłem. Jednak jakby na to nie patrzeć, jedno jest pewne, tak jak wcześniej, również w tym przypadku mamy do czynienia z mającym swoje ciekawe reperkusje brzmieniowe, miękko zawieszonym mass-loaderem. Spokojnie, naturalnie pozytywne, czego mogłem doświadczyć podczas udokumentowanej serią zdjęć, niezobowiązującej sesji odsłuchowej. Skądinąd bardzo ciekawej, bowiem obydwa przygotowane tego dnia gramofony były bardzo zbliżone konfiguracyjnie od strony ceny. Naturalnie nie dawało to podstaw do wyciągania wiążących wniosków, jednak pozwalało przekonać się, na czym polega granie dwóch pomysłów na obcowanie z muzyką na bazie czarnej płyty. Jak widać, chodzi o sparingowe starcie tytułowego czarno-srebrnego SME Model 60 ze złoto-czarnym, przysysającym winyl do talerza podciśnieniem Air Force 3. Werdykt? Obydwa pokazały najwyższą klasę, jednak z naciskiem na nieco inne niuanse. Jakie? Japończyk brylował przepięknie pokolorowaną i naszpikowaną mikrodynamiką oraz przyjemnie plastyczną średnicą, zaś dla uproszczenia powiedzmy Anglik – choć obecnie właścicielem jest podmiot z Indii – dbając o dobrą masę oraz rozwibrowanie odpowiednio detalicznego centrum pasma błyszczał oddaniem energii i szybkości prezentacji dolnego zakresu wespół ze znakomitym rozmachem wizualizowania wirtualnej sceny. To były dwa, jak wspominałem znakomite, ale jednak z uwagi na zastosowanie różnych rozwiązań walki z wibracjami inne światy. Z obydwoma spokojnie mógłbym żyć, ale nie ma się co oszukiwać, to odmienne granie. I gdy przyznam się, iż tego się spodziewałem, najistotniejszym dla mnie nie było potwierdzenie swojej wiedzy na temat wpływu pewnych technologii na finalny sznyt grania konstrukcji, tylko słuszności podjęcia działań przez właściciela marki w kierunku podniesienia swojej pozycji na światowym rynku zaprojektowaniem nowego flagowca.
Dla mnie opisany gramofon z jednej strony unikając często szkodliwej wizualnej nadinterpretacji wygląda dostojnie, a z drugiej nawet w obcych mi warunkach lokalowych i konfiguracyjnych bez problemu broni się brzmieniem. Na tyle skutecznie, że bez jakiegokolwiek naciągania faktów określiłbym go mianem udanego kontynuatora starej dobrej szkoły spod znaku SME bez problemu pozwalającego marce wrócić do gry o najwyższą stawkę.
Jacek Pazio
Najnowsze komentarze