Począwszy od stycznia 2017 na naszym rynku będą dostępne najmniejsze kolumny marki Trenner&Friedl, monitory Sun. Ich cena została ustalona na 10.990 złotych za parę.
Sun to konstrukcja dwudrożna wykorzystująca koncentryczny zespół głośnikowy. Według opisu producenta wykorzystano przy projekcie zasadę złotej proporcji, podobnie jak w większym modelu Ra. W zakresie wysokich tonów pracuje 1-calowa, jedwabna kopułka. Niskie i średnie częstotliwości odtwarza sekcja z aluminiową, anodyzowaną na czarno membraną o rozmiarze 12 cm. Głośnik jest produkowany przez firmę Seas.
Zastosowano obudowę wentylowaną z czterema niedużymi portami na tylnej ściance. Skrzynka jest wykonana drewna brzozy (sklejka z warstw o różnej gęstości). Standardowo dostępne są trzy rodzaje wykończenia bazujące na okleinie z orzecha (nature, amaranth, mocca). Inne warianty są dostępne na indywidualne zamówienia. Wykorzystywane jest siedmiowarstwowe lakierowanie.
Filtry zwrotnicy dają akustyczne zbocza 4 rzędu Linkwitza-Riley’a. Zwrotnica jest produkowane przez firmę Mundorf z wykorzystaniem wysokiej jakości podzespołów. Zastosowano okablowanie wewnętrzne i terminale marki Cardas.
Według opisu producenta dzięki wykorzystaniu głośnika koncentrycznego Sun bardzo dobrze odtwarza zjawiska przestrzenne. Duża jest też swoboda w ustawieniu zestawów, można je umieścić blisko tylnej ściany czy nawet na półce.
Dane techniczne zestawów głośnikowych Trenner & Friedl Sun:
Efektywność …. 82dB (2,83V/1m)
Impedancja nominalna …. 4Ω
Pasmo przenoszenia …. 55 Hz – 25 kHz (0, -3dB)
Wymiary WSG …. 210 * 160 * 140 mm
Masa …. 3.2 kg
Dystrybucja: Moje Audio
Opinia 1
O ile pamięć mnie nie zawodzi, to od momentu powołania do życia SoundRebels o marce Townshend wspomnieliśmy jedynie dwukrotnie. Pierwszy raz z okazji reportażu z monachijskiego High Endu w 2014 r. i drugi – w ramach relacji z zeszłorocznego AVS. Jak więc widać nie dość, że lakonicznie, to w dodatku wyjazdowo i w mocno przypadkowych okolicznościach przyrody. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, gdyż o ile dwa lata temu jeszcze nikt z polskich dystrybutorów Townshenda nie miał, to już na minionym AVSie ww. marka widniała w portfolio CORE trends a więc i szansa na pozyskanie „małego co nieco” na testy gwałtownie wzrosła. Korzystając zatem z nadarzającej się okazji czym prędzej poczyniliśmy stosowne ustalenia i już od połowy listopada mogliśmy do woli pastwić się nie tylko nad antywibracyjnymi nóżkami Seismic Isolation Pods (test wkrótce), lecz również nad … brytyjskim okablowaniem. Tak, tak, nie przewidziało się Państwu – Townshend w swoim katalogu, oprócz wytrzymujących próby z użyciem sejsmografu (link) wszelakiej maści akcesoriów, może pochwalić się również całkiem sensowną ofertą okablowania, przedwzmacniaczem (Allegri) oraz … supertweeterem. Jednak, jak już zdążyłem nadmienić na pierwszy ogień poszły przewody – interkonekty F1 Fractal XLR i głośnikowe Isolda.
Nie wiem jak Państwo, ale my już zdążyliśmy się przyzwyczaić, że nawet przy odbiorze dostarczanych nam na testy kabli czasem można się nieźle nagimnastykować, co udowodniły zarówno nasze rodzime Bauta Power, jak i biżuteryjne Triple Crowny Siltecha. Tymczasem komplet Townshenda, i to w firmowych – filmowych puszkach, nie dość, że nie przekroczył wagi dużej pizzy, to w dodatku po rozpakowaniu prezentował się równie skromnie. Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że to proste i mało przemyślane rozwiązania mające na celu przysłowiowe wydojenie naiwnych audiofilów jedynie dzięki firmowej metce. Nic z tych rzeczy. Przykładowo w zakonfekcjonowanych solidnymi Neutrikami i wykonanych z nieznanej czystości miedzi łączówkach F1 Fractal™ sygnał biegnie pokrytym cienką warstwą poliestru drutem nawojowym, okręconym wokół zdecydowanie grubszego, „gołego” przewodu masy. Są one niejako wpuszczone w koncentrycznie ułożone warstwy izolacji w postaci dwóch wewnętrznych rurek z PTFE (Poli(tetrafluoroetylen) potocznie zwany Teflonem) i zewnętrznej osłony z PVC. Równie ciekawie prezentują się trzewia głośnikowej Isoldy, gdyż do ich budowy wykorzystano cienkie, biegnące jedna nad drugą, miedziane taśmy izolowane poliestrem, wokół których rozpięto zewnętrzną, elegancką czarna plecionkę. Cechą wspólną tytułowego seta jest bardzo wysoka odporność na zakłócenia RFI a interkonektów również zdolność likwidacji przydźwięku pochodzącego od urządzeń lampowych. O ile w przypadku zbalansowanych łączówek niezachowanie kierunkowości raczej nie wchodzi w grę o tyle przewody głośnikowe stosowne informacje posiadają na pełniących rolę splitterów, wykonanych ze szczotkowanego aluminium prostopadłościennych puszkach. Dla ułatwienia dodam, że te z napisami powinny znaleźć się od strony wzmacniacza.
Nie mając nawet śladowych informacji zarówno na temat przebiegu, jak i ewentualnej sygnatury brzmieniowej dostarczonych do testu przewodów po sesji fotograficznej i wpięciu w system dałem im kilka dni na ułożenie. Oczywiście podczas akomodacji co jakiś czas rzucałem uchem i im częściej owe podsłuchiwanie miało miejsce, tym szerzej otwierały mi się oczy ze zdumienia. Nie wiem jak wyglądałem pod koniec rozgrzewki, oczywiście kabli, nie mojej, ale Małżowinka coś przebąkiwała o uderzającym wręcz podobieństwie do Sméagola (pewnie przez wytrzeszcz). Uznałem to jednak za zwykłą złośliwość a że już dawno przestałem zwracać uwagę na tego typu docinki wolałem wrócić do powodów mojego zdziwienia. Biorąc powiem pod uwagę dość mało absorbujące przekroje wykorzystywanych przez Townshenda przewodników spodziewałem się właściwego dla takich konstrukcji pewnego ograniczenia zarówno wolumenu generowanego dźwięku, jak i wypełnienia konturów, czy idąc dalej tym tropem również limitacji dynamiki. Powyższe zjawiska nie są jednak przejawem mojej, podobno wrodzonej, złośliwości, lecz bagażem doświadczeń zdobytych z wszelakiej maści taśmami, czy „włosopodobnymi” drucikami. To po prostu cechy natywne Nordostów, Slinkylinksów, czy Crystal Cable i choć w pewnych konfiguracjach potrafią się świetnie sprawdzać, to w momencie, gdy z amplifikacji oferującej kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt Watów przechodzimy powyżej „magicznej” setki osobiście wolę sięgać po nieco grubsze okablowanie. Tymczasem w czasie weryfikacji sonicznych możliwości tytułowego seta posiadane przeze mnie wzmacniacze najoględniej rzecz ujmując do najsłabszych nie należały, gdyż peleton rozpoczynał mój dyżurny Electrocompaniet ECI5 a tuż za nim zaczynało się istne szaleństwo pod postacią Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0 (100 W / 8Ω , 200 W / 4Ω), Primare Pre60 & A60 (2x250W / 8 Ω, 2x500W / 4 Ω), czy Accuphase C-3850 + P-7300 (125 W / 8Ω , 250 W / 4Ω). Jak widać w powyższym gronie zabrakło choćby jednej „słabowitej” jednostki mogącej, przynajmniej na papierze stać się idealnym towarzystwem dla Townshendów. Pomimo jednak pozornie niesprzyjających okoliczności przyrody brytyjskie kabelki nic sobie z tego nie robiły i grały tak, jakby za wszelką cenę chciały zadać kłam krążącym o wszelkich niepozornych drucikach stereotypom. Oferowany przez nie dźwięk był bowiem zadziwiająco gęsty, mięsisty i na pewno nie pomniejszony. Do dynamiki przejdziemy za chwilę, bo na jej postrzeganie zauważalny wpływ miało zaokrąglenie skrajów pasma, ale skupiając się na wspomnianych przed chwilą aspektach uczciwie trzeba przyznać, że tego typu niespodzianki nie zdarzają się zbyt często. Nawet w elektronicznym sosie Depeche Mode („Violator (Remastered)”) trudno było doszukać się prób wyszczuplania i sprawiania, by całość nabrała sztucznej witalności i rześkości. Nic z tych rzeczy. Tym razem bowiem mieliśmy do czynienia z wielce sugestywnym faworyzowaniem średnicy, przez co poprawie uległa komunikatywność, oraz delikatnym podkreśleniem przełomu ww. pasma z wyższy basem, co z kolei przełożyło się na pozorny wzrost motoryki, energetyczności nagrań. I tak odpowiednio zaznaczony na albumie DM drajw dostał dodatkowego kopa i stał się po prostu zaraźliwy – nie sposób było wysiedzieć spokojnie, bez podrygiwania w jednym miejscu. Wracając zatem do samej dynamiki warto było zwrócić uwagę na to, że przy całkiem dobrym rozciągnięciu pasma jego skraje zostały zaokrąglone a najwyższe składowe nie tracąc zbyt wiele ze swojej rozdzielczości pokazywane były raczej w złotych promieniach zachodzącego słońca niżeli olśniewającej bieli alpejskich szczytów. Dlatego też syntetyczne cyknięcia, szelesty i szumy nabierały swoistej, wręcz analogowej gładkości. Krótko mówiąc spójność postawiono nieco ponad natychmiastowością i spektakularnością.
Zmieniając repertuar na co prawda niepozbawiony elektronicznych partii, lecz idący w kierunku zdecydowanie bardziej wymagającego bigbandowego instrumentarium, odkryłem kolejne oblicze Townshendów. Otóż Herbie Hancock na „Then And Now: The Definitive Herbie Hancock” zabrzmiał nad wyraz dystyngowanie, organicznie i z iście spendorowo – harbethowską homogenicznością. Wiedzą Państwo o czym mówię? O swoistym uspójnieniu, zagęszczeniu przekazu i skupieniu uwagi na niezwykle atrakcyjnej średnicy. Stereotyp brytyjskiego grania w stylu BBC? Jeśli nawet nie we wszystkich aspektach, to z tytułowym setem idziemy właśnie w tym kierunku. Te kable ewidentnie „robią” dźwięk i „robią” do z niezwykłym wyczuciem, taktem i … smakiem. Oczywiście za zaletę uznamy ten zabieg tylko wtenczas, gdy jesteśmy miłośnikami szeroko pojętej muzykalności a nie chłodnej i beznamiętnej, niemalże laboratoryjnej analizy zapisu nutowego. Tutaj mamy do czynienia z muzyką i to muzyką pisaną przez duże „M” a nie ze zlepkiem pojedynczych dźwięków nijak nie mogących spiąć się w logiczną całość. Czy jest to zatem odstępstwo od neutralności? W pewnym sensie tak, jednak z drugiej strony osiągamy w ten sposób większą naturalność. To, co do tej pory potrafiło irytować, czy wręcz doprowadzać do szewskiej pasji staje się całkiem akceptowalne, a czasem nawet pokazywać swoje drugie, dotąd nieznane, bardziej ludzkie oblicze.
Co prawda wraz z całym powyżej opisanym dobrodziejstwem inwentarza odfiltrowaniu ulega pewna część audiofilskiego planktonu odpowiedzialna za kreowanie nieraz spektakularnych doznań przestrzennych, jednak całe szczęście zarówno na „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, jak i na „Quiet Winter Night – an acoustic jazz project” Hoff Ensemble trudno było odczuć ich niedobór. Niby przy bardziej oszczędnych w tego typu doznania nagrania scena sprawia wrażenie nieco bardziej skupionej w swoim centrum i odrobinę intensywniej zaciemnionej na swych skrajach, ale to po prostu taki urok Townshendów i ich firmowy pomysł na muzykę.
Townshend F1 Fractal XLR i Isolda pokazują magiczny świat dźwięków może nieco gładszym i piękniejszym aniżeli jest on w rzeczywistości, ale dzięki temu są spore szanse, że zamiast na siłę szukać sobie jakiegoś zajęcia zdecydowanie częściej będziemy włączać nasz system audio. Wystarczy, że w trakcie przysłowiowego gonienia króliczka i mniej, bądź bardziej udanych prób osiągnięcia audiofilskiej nirwany zadamy sobie fundamentalne pytanie. Pytanie dotyczące tego, czy za wszelką cenę dążymy do wręcz matematycznej analizy dobiegającej do naszych uszu muzyki, czy też wolimy poznawać ją w sposób zdecydowanie bardziej romantyczny – skupiając się na barwach, emocjach, melodiach. Jeśli to pierwsze, z Townshendami może nie być Wam po drodze, jednak jeśli wybraliście drugą opcję F1 Fractal XLR i Isolda zdecydowanie powinny znaleźć się na liście do odsłuchu. Na zakończenie tylko nieśmiało zwrócę uwagę, że tym razem mieliśmy do czynienia z kompletnym setem wycenionym w granicach 10 000 PLN, co biorąc pod uwagę jego walory brzmieniowe stawia go w niezwykle korzystnym świetle.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Przedwzmacniacz/DAC/Streamer: Primare PRE60
– Przedwzmacniacz: Accuphase C-3850
– Końcówka mocy: Primare A60; Accuphase P-7300
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Thixar Eliminator; Thixar Silent Feet Basic
Opinia 2
Ogólnie wiadomym jest, iż bez kompletu okablowania większość systemów audio nie jest w stanie wygenerować z siebie dźwięku. Dlaczego użyłem słowa większość? W dobie intensywnego rozwoju działu odtwarzania muzyki z będących centrum operacyjnym kolumn (wewnętrzne przetworniki D/A i wzmacniacze) łączących się ze źródłem sygnału jedynie przez protokół Wi-Fi sprawę drutów ograniczamy do niezbędnych sieciówek. Nie wierzycie? Niektórym trudno w to uwierzyć, ale dla wielu firm takie rozwiązania stanowią trzon portfolio. Na szczęście jest to tylko pewną opcją, na którą z pożytkiem dla Was nie jestem przygotowany mentalnie. Z pożytkiem? Oczywiście. Przecież dzięki mojej obojętności w stosunku do opisanego nurtu, co jakiś czas bez najmniejszego problemu mogę pobawić się wchodzącymi na rynek nowościami kablowymi, a wiem, iż wielu stałych czytelników oczekuje od nas bieżących informacji co w trawie piszczy. I gdy przewrotnie dzisiejsze spotkanie rozpoczynałem od uświadamiania Was, że idzie nowe, w gruncie rzeczy przygotowywałem podwaliny pod ciekawe spotkanie z dotychczas niezbyt rozpoznawalnym na naszym rynku angielskim brandem Townshend. Nie powiem, choć słyszałem i testowałem już wiele zestawów kabli, owa zaproponowana do oceny marka jak dotąd nie przewinęła się przez mój ośrodek magazynowania informacji potocznie zwanym mózgiem. Dlatego też, z dużą przyjemnością zapraszam na bratobójczy sparing (obecnie używane przeze mnie kable Tellurium Q również pochodzą ze Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii) zestawu redakcyjnego z podopiecznymi łódzkiego dystrybutora Core Trends, czyli interkonektami XLR F1 Fractal i kablami głośnikowymi Isolda.
Część opisowa proponowanych do odsłuchu drutów nie będzie ociekać fajerwerkami wizualnymi, gdyż tak prawdę mówiąc ich organoleptyczna skromność nie daje szans na nawet sztuczne rozdmuchanie tekstu. To zaś w pewnym sensie może oznaczać, że zajmujący się zagadnieniem okablowania systemów audio konstruktorzy główny nacisk kładą na jakość dźwięku, a nie podobający się wielu melomanom zewnętrzny blichtr, co podczas tekstu postaram się skonfrontować z rzeczywistością. Tak więc w telegraficznym skrócie. Po przestudiowaniu odezwy do nabywców mogę powiedzieć jedno, łączówki są litymi drutami, gdzie masa ma zdecydowanie większy przekrój niż biegnący spiralnie wokół niej sygnał audio. Temat tego kabla zamyka ubranie go w trzy koncentryczne rurki, z czego dwie wewnętrzne wykonano z PTFE a zewnętrzną z PVC i zaterminowanie go w naszym przypadku wtykami XLR. Jeśli chodzi o głośnikówkę, byt przewodnika załatwiają oddzielone od siebie izolatorem z poliesteru taśmy, na które naciągnięto czarną, opalizującą plecionkę. Zauważalnymi od pierwszego kontaktu z Isoldą elementami są zaimplementowane tuż przed końcem każdej ze stron aluminiowe puszki. Nie wiem, czy znajdziemy tam jakieś rodem z audio voodoo dodatki, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, to jest punkt przejścia przewodników z taśm w okrągłe, zakończone umożliwiającymi połączenie biwiringowe bananami druty. Kończąc opis taśm dodam jeszcze, że na wspomnianych płaskich pojemnikach znajdziemy ważną dla zachowania zalecanej przez producenta kierunkowości informację. Wiem, wiem, teraz wszyscy znają angielski, ale jeśli ktoś nie do końca dobrze się w nim porusza, zdradzę, że te opisane mają być od trony wzmacniacza. Jedyną mającą nieco podnieść prestiż designerski produktów ekstrawagancją konstruktora są ich imitujące szpule taśm filmowych opakowania. Nie powiem, wygląda to co najmniej ciekawie. Jak widać, opis nie zawiera wylewu pobożnych życzeń konstruktora wizualnego wbicia się w pamięć nabywców, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak namówić Was do dalszej lektury tekstu.
Proces oceniania produktów z Anglii swój co prawda skromny, bo kilkudziesięciominutowy start miał w znanym z moich wcześniejszych zmagań z materią związaną z działem audio „Warszawskim Klubie Audiofila I Melomana”. I muszę powiedzieć, że prezentacja na wyjeździe w stosunku do występów domowych była zaskakująco inna. Nie wiem, gdzie szukać przyczyn takiej wypadkowej, ale chyba tylko w tym, że sprawa dopasowania poszczególnych komponentów rządzi się swoimi trudnymi w okiełznaniu, a przez to bardzo zaskakującymi w końcowym efekcie prawami. Co zatem stało się w KAIMI-ie? Nie wiedzieć czemu, ale podpięcie łączówek (XLR) spowodowało efekt wyostrzenia się dźwięku. Nastąpiło coś w rodzaju zwiększenia jego szorstkości z tendencją do szkodliwego pobudzania wyższych tonów. Ktoś może pomyśleć: -„To po co więc o tym pisać? Chcesz zaszkodzić marce?”. Uspokajam, że zamiar mam wręcz odwrotny. Chodzi bowiem o to, że wszelkie, nawet nieudane próby konfiguracyjne zawsze należy przefiltrować przez ich przypadkowość, co idealnie pokazała przywoływana akcja w klubie.
A jak było u mnie? Diametralnie inaczej. Set Townshendów wprowadził do dźwięku dodatkową szczyptę wygładzenia i homogeniczności muzyki. Niestety, natychmiastowym kosztem takiej ingerencji było tonizowanie oddechu na wirtualnej scenie muzycznej. Co jednak ciekawe, to nie była degradująca przekaz nawałnica artefaktów dociążenia i uspokojenia góry, tylko wprowadzenie swojego punktu widzenia na poszczególne składowe pasma w konsekwencji stawiając na przyjemność słuchania, a nie analizę zapisanych na płycie informacji. Muzyka nabrała dostojności, a przez to bardzo zbliżyła się do wzorca audiofilów stawiających na muzykalność przez duże „M”. Ja co prawda od jakiegoś czasu odchodzę od tego typu wizualizacji na rzecz pakietu świeżości, ale byłem bardzo zdziwiony, że klubowicze hołubiący takiemu sznytowi grania, przez dziwny zbieg nieprzychylnych okoliczności konfiguracyjnych nie mieli szans na usłyszenie prawdziwego oblicza testowanej konfekcji kablowej. Ale zostawmy KAiM i przyjrzyjmy się możliwościom sonicznym FRACTALa i ISOLDY w mojej odsłonie. Wystartujemy od znanej wszystkim wokalnej divy, czyli Diany Krall z jej krążkiem „All For You”. W porównaniu do posiadanego wzorca głos artystki nabrał dystynkcji, przez co był bardziej intymny i zniewalający. Owszem, gdzieś w pięknie takiego grania straciliśmy kilka smaczków gardłowych, jednak biorąc pod uwagę, że zawsze jest coś za coś, jak i zdecydowanie innego rzędu rozdzielczość systemu odniesienia w stosunku do docelowego dla tych kabli, nie odbierałbym tego w wartościach utraty, tylko stawiania na ewidentnie inną grupę docelową, w której ów aspekt w ogóle nie wystąpi. Ale powiem Wam, jeśli nawet coś utracicie, to w konsekwencji może okazać się, iż na niższym poziomie jakościowym była ta likwidacja zniekształceń, gdyż reszta źródeł pozornych typu skrzypce, fortepian, czy gitara prawdopodobnie okażą się największymi pozytywnymi beneficjentami rysu brzmieniowego produktów z Wysp Brytyjskich. Nie wierzycie? Liczę więc na to, że sprawdzicie sami. Po kilku pozycjach około jazzowych przyszedł czas na elektronikę. Tutaj końcowy efekt odbierałem dwojako. Dla wielu mainstreamowa grupa Massive Attack z jednej strony pokazała, że owszem, pokłady dociążenia dźwięku są często bardzo pożądanymi, ale już na delikatnie zmniejszoną przenikliwość elektronicznych pisków i przesterów wielu fanów z pełnym usprawiedliwieniem mogłoby trochę narzekać. Oczywiście nie był to jakiś bardzo daleki od oryginału punkt widzenia, ale jednak miał miejsce. Ale przypominam, moja układanka już na starcie każdemu testowanemu produktowi stawia pewną barierę w postaci własnych pokładów koloru i ciężaru generowanej muzyki, dlatego dodatkowe wspomaganie jej w tych aspektach wprowadza pewien wymuszający na nas odpowiednią filtrację wniosków tok przemyśleń.
Puentując testowe występy marki Townshenda wspomnę jeszcze o szaleńczym materiale muzycznym piątki free-jazzmenów, czyli Marschalla Allena, Hamida Drake’a, Kidda Jordana, Williama Parkera i Alana Slivę z zarejestrowanym na płycie „The All-Star Game”. Fakt, tempo nieco zwolniło, ale plastyka i masa dźwięku saksofonów bez najmniejszych problemów potrafiły wynagrodzić mi owo delikatne, spowodowane powielaniem barwowych niuansów „oszustwo” – w dobrym tego słowa znaczeniu. Trochę to dziwne, ale mimo utraty przejrzystości powietrza wokół muzyków jakimś trafem nie zaznałem zmniejszenia udziału blach perkusisty w muzyce. Nie wiem, co się stało, ale w tym nawale fraz dźwiękowych ich cofnięcie było wręcz pomijalne. Jednak bez względu na wszystko muszę powiedzieć, przy całej otoczce ponadprzeciętnej koherentności dźwięku zestaw bez problemu oddawał rozmiar i czytelność wirtualnej sceny muzycznej. I według mnie to z odbioru tej płyty jest najważniejsze. Dlaczego? Proszę bardzo. Przecież pełnia informacji o szerokości i głębokości sceny z czytelną lokalizacją każdego z występujących na niej artystów daje zapowiedź, że gdy docelowy zestaw nie obciąży opisywanych kabli swoimi przypadłościami – w domyśle wstępną szczyptą muzykalności, sprawa równowagi tego, co podczas masteringu zamierzał realizator płyty i to, co pokaże dana konfiguracja sprzętowa będą bardzo zbliżone. A przecież przebieg mojej historii pozwala wysnuć bardzo bliskie tej tezie wnioski. Zatem czegóż chcieć więcej?
Po tym co zaobserwowałem podczas testu, sądzę, iż tytułowe druty w głównej mierze kierowane są do odbiorców posiadających nieco wychudzone systemy. Nie wahałbym się również polecić je konfiguracjom bliskim neutralności, a nawet lekko podgrzanym. To nie będzie barwowe i masowe trzęsienie ziemi, ale z pewnością wniesie do danej układanki dawkę od dawna oczekiwanej homogeniczności, a przez to przyjemności podczas wielogodzinnego odsłuchu. Ja taki stan osiągnąłem bez propozycji Townshenda, dlatego efekt nie był do końca taki, jak zamierzał producent. Jeśli jednak nawet u mnie nie wywoływało to odruchów mimowolnego wyłączania zestawu, sądzę, że dla wielu z Was sprawa posłuchania na własnym podwórku może być czymś bardzo owocnym w pozytywne ustalenia zakupowe.
Jacek Pazio
Dystrybucja: CORE trends
Ceny:
F1 Fractal XLR: 5 174 PLN
Isolda:
DCT 2.5 (para 2 – 2,5 m): 4 843 PLN
DCT 3 (para 2,5 – 3 m): 5 968 PLN
Dane techniczne:
F1 Fractal XLR:
Indukcyjność: 0,24 µH
Pojemność: 90 pF
Rezystancja: 2,2 Ω
Impedancja: 47 Ω
Isolda:
Indukcyjność: 0,002 µH
Pojemność: 3 100 pF
Rezystancja: 8,4 mΩ
Impedancja: 8 Ω
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Wzmacniacz słuchawkowy McIntosh MHA150 to w linii prostej następca wielokrotnie nagradzanego modelu MHA100. Zastosowane w nim nowoczesne rozwiązania z zakresu konwersji sygnału cyfrowego poszerzyły funkcjonalność nowego modelu.
Największą zmianą w stosunku do poprzednika jest konwerter cyfrowo-analogowy obsługujący większą gamę sygnałów cyfrowych. Pozostałe możliwości funkcjonalne i parametry pozostały niemal dokładnie takie same.
Wykorzystano firmową technologię autoformerów zaadaptowaną do specyfiki obciążenia jakim są słuchawki. Do wyboru są trzy tryby pracy dopasowane do różnych impedancji słuchawek. Można wybrać zakres 8-40Ω, 40-150Ω lub 150-600Ω. Dzięki temu każde słuchawki podłączone do tego urządzenia zapewniają najlepsze wrażenia dźwiękowe. Wyjście słuchawkowe o średnicy 6,3 mm znajduje się na przedniej ściance.
Na wyposażeniu jest system HXD (Headphone Crossfeed Director), który przetwarza dźwięk tak by na słuchawkach uzyskać efekt lokalizacji podobny jak z kolumn. Barwę można dopasować przy pomocy pięciostopniowej regulacji basu (Bass Boost Control). Regulacja działa w zakresie 0-12,5dB ze skokiem 2,5dB dzięki czemu zapewnia dopasowanie poziomu natężenia niskich tonów do własnych preferencji.
Gama obsługiwanych sygnałów cyfrowych obejmuje DSD i DXD. Na wejście USB można podać sygnał PCM do 32-bitów/384kHz, DSD64, DSD128 and DSD256, a także DXD 352.8kHz i DXD 384kHz. Są jeszcze dodatkowo dwa wejścia cyfrowe: optyczne i koncentryczne. Na tych wejściach obsługiwane są sygnały PCM 16bitów, 24bity, 32-192kHz. Nowością, obecną w MHA150 jest firmowe wejście cyfrowe MCT, które przy współpracy z dedykowanym transportem SACD/CD MCT450 gwarantuje najwyższy poziom transmisji sygnału DSD.
MHA150 ma wbudowany 50-watowy wzmacniacz mocy i wyjścia głośnikowe. Jest też wyjście z przedwzmacniacza na gniazdach RCA. Wysokiej jakości gniazda głośnikowe umożliwiają podłączenie zestawów głośnikowych o 8-omowej impedancji.
Dla sygnałów analogowych jest zarówno wejście niesymetryczne RCA jak i symetryczne XLR. Na wyposażeniu jest wejście i wyjście dla sygnałów wyzwalaczy. Ze wzmacniaczem dostarczany jest pilot zdalnego sterowania.
W pełni automatyczny układ Sentry Monitor, zabezpiecza urządzenie przed możliwością wystąpienia zwarcia. MHA150 posiada również wbudowany układ Power Guard, będący opatentowanym wynalazkiem firmy McIntosh. Jego zadanie polega na nieustannym monitorowaniu mocy wyjściowej wzmacniacza i zabezpieczeniu urządzenia przed przesterowaniem.
Obudowę wzmacniacza stworzono z wykorzystaniem pięknie wypolerowanej stali nierdzewnej, która idealnie współgra z klasycznym szklanym panelem przednim McIntosha, stanowiąc ozdobę każdego salonu.
Mniejsza, bardziej kompaktowa obudowa MHA150, ułatwia ustawienie urządzenia w różnych nietypowych miejscach, zwiększając możliwość dopasowania wzmacniacza do istniejącego otoczenia. Szerokość jest taka sama jak odtwarzacza strumieniowego MB50 i wzmacniacza gramofonowego MP100 co pozwala stworzyć dopasowany wzorniczo system audio o wyjątkowo zgrabnym wyglądzie.
MHA 150 to także idealny partner dla firmowych słuchawek MHP1000.
Dane techniczne wzmacniacza słuchawkowego MHA150:
Wymiary (SxWxG, z gałkami, terminalami itd.): 29,2 x 14,9 x 45,7 cm.
Waga: 12 kg
Cena: 22 800 PLN
„Prog Noir” to piąty studyjny album tria Stick Men, które tworzą dwaj byli członkowie legendarnej formacji King Crimson – basista Tony Levin i perkusista Pat Mastelotto, oraz gitarzysta Markus Reuter. O ile trzyosobowe składy całkiem nieźle radzą sobie w jazzie, czy dość prostych formach rockowych o tyle w im bardziej progresywne klimaty się zapuszczamy, tym populacja pojawiających się czy to na scenie, czy w studiu muzyków wzrasta. Dlatego wydawać by się mogło, że i tym razem powinniśmy szykować się na pełne skupienia, w miarę oszczędne formy, bądź klasycznego, osadzonego w mainstreamie rocka. W najlepszym wypadku pewną uproszczoną (?) wersję Crimsonów. Nic bardziej mylnego. Już od samego początku słychać, że ta płyta będzie diametralnie inna aniżeli większość pojawiających się na rynku muzycznych propozycji. Pierwsze skrzypce gra bowiem gitara … „niezupełnie” basowa. Jest potężna, energiczna i ewidentnie to ona „robi nastrój”. Reszta instrumentarium, oraz co istotne również wokalne są nieco za nią, cofnięte i pełnią rolę akompaniamentu. Wraz z rozwojem wydarzeń robi się coraz gęściej, progresywniej, czasem wręcz czuć prog-metalową potęgę bliską twórczości Dream Theater i zaczyna coś nie pasować. Nie chodzi jednak o to, że coś jest nie tak pod względem realizacyjnym, czy muzycznym, lecz dźwięków jest zdecydowanie więcej aniżeli trzech facetów uzbrojonych w konwencjonalne instrumenty byłoby w stanie byłoby w stanie wygenerować. Wszystko jednak się zgadza i jest w jak najlepszym porządku, gdyż „Patyczaki” wcale nie są wcieleniami Nataradźy – czterorękiego wcielenia Śiwy a jedynie wykorzystują dość niecodzienne instrumentarium. Tony Levin gra bowiem na 12-strunowej odmianie instrumentu Chapman stick, stanowiącego połączenie gitary i gitary basowej będącym odmianą gitary dotykowej zwanej Grand Stick, Markus Reuter „obsługuje” modele U8 i AU8 Touch Guitar a Pat Mastelotto zasiadł za swoim rozbudowanym elektro-akustycznym zestawem perkusyjnym.
Od strony muzycznej bezsprzecznie mamy do czynienia z concept-albumem, którego inaczej aniżeli w całości słuchać nie tyle nie można, bo każdy robi co chce, lecz po prostu nie wypada. Przerywając w połowie, bądź robiąc sobie „highlighty” gubimy gdzieś po drodze stopniowo budowany nastrój, sukcesywnie gęstniejącą atmosferę. Rozpoczynający wydawnictwo tytułowy „Prog Noir” niejako na dzień dobry daje do zrozumienia, że na tzw. „grę ciszą” nie ma za bardzo co liczyć. Jest gęsto, dynamicznie a jednocześnie na swój sposób melodyjnie. Oczywiście nie ma mowy o nawet nieśmiałych próbach zanucenia któregoś z kawałków np. przy goleniu, ale spokojnie możemy mówić o prog-rockowej esencji i obliczonej z matematyczną precyzją wirtuozerii. Specjalnie o tym wspominam, gdyż spotkałem się już z reakcjami mniej obytych z taką estetyką słuchaczy nieco przytłoczonych tego typu zagmatwaniem i często uznających to za czystą, wręcz jazzową improwizację. Nic z tych rzeczy – tutaj wszystko zagrane jest w punkt, bo gdyby tak nie było cała misterna układanka wcześniej, czy później by się brzydko mówiąc rozjechała.
Biorąc pod uwagę muzyczny życiorys Stick Man trudno dziwić się „crimsonowskiej” melodyce utworów „The Tempest” czy „Mantra”, choć jeśli dobrze się wsłuchać, to można też się doszukać klimatu wczesnego Faith No More. Chwilę ukojenia przynosi ballada „A Rose In The Sand / Requiem” z rozmarzoną partią gitary a jej finał – „Requiem” dość jednoznacznie odwołuje się do estetyki żałobnej. Za to otwierający drugą płytę iście barokowo rozpoczynający się „Leonardo” to idealny przykład progresywnej wirtuozerii i umiejętności czerpania tego co najlepsze z praktycznie dowolnego gatunku muzycznego. Finałowa „Dystopia” to niepokojący i mroczny, iście apokaliptyczny muzyczny pejzaż pozostawiający słuchacza w zadumie i głębokiej refleksji.
Na tym tle oazą spokoju wydaje się warstwa tekstowa zawieszona gdzieś pomiędzy melodeklamacjami Davida Bowie i Lou Reeda , choć z drugiej strony trudno uznać Tony’ego Levina za jakiegoś szczególnie uzdolnionego i obdarzonego przykuwającym uwagę głosem wokalistę. Prawdę powiedziawszy, to na dobrą sprawę tam, gdzie go nie słychać jest chyba lepiej niż w momentach, gdy pochyla się nad mikrofonem. Piszę to zupełnie serio, zdając sobie sprawę, że z pewnością sporej części fanów Stick Men może się to nie spodobać, ale takie jest moje całkowicie subiektywne zdanie. Próbowałem się do tej oszczędnej, chropawej, kanciastej maniery przyzwyczaić, oswoić z nią a biorąc pod uwagę, że ww. wydawnictwo gości u mnie od początku listopada miało wiele okazji by w końcu „zaskoczyć” i zaskoczyło, tylko jakoś wokal cały czas wywołuje uczucie niedosytu. Jest to o tyle dziwne, że szorstkości Leonarda Cohena, Toma Waitsa, Barb Jungr, czy Marka Dyjaka lubię a w tym wypadku prawdopodobnie zabrakło choćby szczątkowego zaśpiewu.
Całe szczęście prog-rockowo – jazzowe linie melodyczne intrygują, wciągają w wir wydarzeń i nie pozwalają nawet na chwilę dekoncentracji. Jednak wysiłek intelektualny jaki niejako wymusza chęć podążania za krętymi ścieżkami linii melodycznych jest zarazem ukojeniem dla skołatanych codzienną harówką nerwów. To coś w stylu odpoczynku przy rozwiązywaniu krzyżówek, czy grze w szachy – niby nasze szare komórki pracują na najwyższych obrotach a jednak po skończonej partii czujemy się zaskakująco zrelaksowani.
Od strony brzmieniowej za to żadnych uwag nie mam. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik i każdy z muzyków ma swoją własną przestrzeń, w której świetnie się czuje i realizuje. Dźwięk jest gęsty, soczysty i chociaż cały czas obracamy się w nazwijmy to umownie „strefie cienia” nic nam nie umyka i nie zlewa ze stopniowo przechodzącą w czerń szarością dalszych planów, które biorąc pod uwagę dość ograniczony skład kończą się raptem 2 – 3m za linia kolumn. Tutaj jednak nie chodzi o hektary przestrzeni i niemalże nieskończony pogłos sakralnej kubatury, lecz raczej skupiony na źródłach pozornych a momentami wręcz klaustrofobiczną, czarną wizję przyszłości (vide „Dystopia”). Uwagę zwraca świetnie zarejestrowany dół pasma charakteryzujący się nie tylko wzorową kontrolą, lecz również złożonością i różnorodnością a całość trzyma wysoki poziom tak komunikatywności, jak i spójności. Warto też wspomnieć, ze pomimo rockowej proweniencji próżno szukać tu garażowej siermiężności i chropowatości. Mamy bowiem do czynienia z produktem wymuskanym, dopracowanym i skończonym, tworzonym na spokojnie, bez pośpiechu i z pełną świadomością tego jak ma finalnie wyglądać. I to po prostu słychać i widać, bo samo tłoczenie, szata wzornicza i jakość poligrafii są na najwyższym poziomie za co wielkie brawa należą się … naszej rodzimej Audio Anatomy.
Marcin Olszewski
Tracklista:
A1 Prog Noir 5:37
A2 Mantra 5:46
A3 Plutonium 4:48
B1 The Tempest 5:42
B2 Schattenhaft 4:31
B3 A Rose In The Sand / Requiem 4:36
C1 Leonardo 4:56
C2 Trey’s Continuum 4:03
C4 Embracing The Sun 4:54
D1 Never The Same 6:09
D2 Dystopia 11:04
Despite rumors about the death of the CD format dwelling around for some time, the silver disc does not care about them and still holds its position. Although sales are going down slowly and new issues are selling better on vinyl and as files, or in streaming, but we cannot deny, that there are hundreds or even thousands of Red Book compatible discs in our home libraries, and we will for sure keep on listening to those. So it might be the case, that during the coming years, our libraries will not grow as quickly as before, but we will still be interested in extracting the best of what we have already stored. Of course you can pour out the baby with the bathwater and like Linn stop manufacturing players capable of reproducing music from the silver disc (they still manufacture turntables though), yet continue to propose music on such carriers, which is not a very consistent approach to the topic, is it? Another, and much less controversial, idea on how to stay on the market is to induce the buyers emotions and suggest, that if you want to buy a CD player, then it is the last possibility to do so and later it will be to late … and introduce to market the (last) Mohican, like the Norwegian Hegel did.
But there are such manufacturers, who did not scrap anything, they do also not foresee the end of the world as we know it or pronounce digital apocalypse, but just want their newest products to combine the past with the present and the future. To this last set of manufacturers we must count the Austrian company Ayon, which’s owner – Gerhard Hirt, carefully observes the changing reality we live in and draws conclusions from it, from time to time putting the cat to the pigeons when presenting a new product. And this is exactly the thing we deal with now. Ladies and Gentlemen, let me present the Ayon CD-35, the “all having” CD/SACD player, DAC and preamplifier, introducing the fourth generation of Austrian players to the market.
Concentrating on the design of the CD-35 it is hard to add anything to what was already said, written and seen during the tests, listening sessions and touching of the previous models. Because you do not change things that is absolutely immediately recognizable, and in addition, due to the really armored build quality, also sympathy of its customers. This is the reason, that we have again the same kind of chassis, with rounded edges, and made from perfectly matching aluminum profiles, with a top-loading mechanism covered by a massive acrylic top.
Inside the chassis we have some tubes, not only in the output stage (one 5687 and 6H30 per channel) but also in the power supply (rectifying GZ30), so we should not be surprised, that there are venting holes in the plating, secured with silver plated grates. Talking about things we can find inside the player, I will just mention, that this time the DAC chip is the AKM “Verita” AK4490EQ, which provides support not only for PCM 768kHz/32 bit, but also DSD 256 (11.2MHz). Power is supplied by two R-Core transformers, one of which is dedicated to digital circuitry. Additionally the Signature version, we received for testing, is equipped with Mundorf Silver/Gold capacitors. But most work and time went into the programming of the unit, the creation of the firmware by StreamUnlimited took almost three years.
Going back outside it is worth mentioning, that besides the acrylic top, the disc is kept on the drive by a small and light magnetic puck, covered with the SACD emblem. You can also see the name of the format on the top, near the navigational buttons, which are traditionally placed there.
The front panel, as usual with the Austrian top-loaders, has only a centrally placed, red, display, the company logo on the left and the model name on the right. Full minimalism, not even distorted by the power switch, as this is located on the bottom, close to the left front foot. However no restrictions are to the back panel, which overwhelms with the amount of available connections and functions. So we have analog outputs in RCA and XLR version, a section of analog inputs, where instead of three RCA pairs like in the CD-3sx there are two such pairs and a XLR pair. There is only a single coaxial digital output, but there are a lot more digital inputs. We can choose from a coaxial, AES/EBU, BNC, I2S, USB and triple BNC dedicated to DSD. There are also dip switches allowing to select gain (high/low), input stage mode (Normal/Direct Amp) and the analog output mode (RCA, XLR and XLR/RCA). However the good news ends there, as I noticed that the unit is lacking a characteristic red LED, an indicator of proper polarization, something that is very helpful when reconfiguring the system. The manufacturer informed me with grief, that this was the result of implementing the EU law, or more precisely, the CE certification. Although it seems absurd, it turned out, that the EU bureaucrats decided, that this sensor, which operates on 230V, may pose a risk for the user. Incredible! What do you need to have between your ears to think of something like that? I do not know, what the bureaucrats responsible for the certifications are taking, but they should change their supplier quickly, as they may come with the idea, that a disc rotating in the drive also poses a deadly threat.
To dry our tears we get a few very useful functions, among which we need to distinguish the sixty step volume control done in the analog domain, which can be bypassed with one click of a button on the remote. There is also a choice between two available filters – with shallow slope (Filter 1) or steep slope (Filter 2) and upsampling of all signals to DSD 128 or DSD 256. There are also two switches hidden from full sight, located on the bottom plate, which allow to lower the output signal by 6dB, what can be welcomed with joy by people, who found the Ayon players being too loud compared to competition.
Before we continue to the part devoted to the description of the sound I would like to turn your attention to one thing. Unlocking the ability to read SACD discs resulted in the drive becoming much more noisy. This is not unexpected, as the CD rotates at a moderate 200-500 RPM, while with SACD this increases up to 1500 RPM. And this is something you can clearly hear. Interestingly when we tested the conventional drive C.E.C TL 0 3.0 this could be heard even more clearly, while the hybrid Accuphase players operate completely noiseless. On the other hand no one is sitting with his ear on the chassis, as this would not be very sensible, and furthermore you would probably burn your ear, as the unit gets significantly hot.
This time I want to mention upfront, that this review will be very subjective (as if the previous ones were not), but in addition it carries the burden of my over six years of “marriage” with players from the Ayon brand. But if you would think I always tackled the upper shelf of the catalog, then you are mistaken. When in 2011 I started my “romance” with Ayon players, then when I got to choose between the CD-07s and the CD-1sc, I consciously chose the 7, as I liked it better. The 1 sounded better, but the 7 enchanted me with incredible musicality, for its price. However this state did not last long, as on the turn of 2012/2013 the new version of the 1sc changed my mind completely and I replaced my player with that model. For the next two years there was a certain quiet, but in February 2015 I invited the CD-1sx which lasted until I got for testing the CD-3sx, the top model at the time (January 2016). This sparring turned out very interesting, as both models were from the third generation, the last one at the time, so the spotted differences were to show, where the evolution will go further. Or to cure my audiophila nervosa showing, that this is more a step sideways than forward. But when I became enchanted with the volume of the sound, resolution and nobleness I could not achieve in my player, and I was thinking about another change, I heard from the manufacturer to wait. I probably do not need to tell you, that this patience was rewarded, although my beginnings with the CD-35 cannot be described as nice and easy.
My first contact with the player was during the opening of the new Warsaw Nautilus shop, but listening there was absolutely not possible. Another chance was during the Audio Video Show, but meeting with people made listening not really possible. Fortunately things got better from there, and almost the complete set that was showcased during the Audio Show arrived in our listening room (minus the turntable).
The first listenings we did with Gerhard Hirt, who was so kind to visit us in person, we ended around 2 am, and next sessions made me more and more convinced, that the 35 sounds worrisomely good. Comparisons with the company streamer S-10, but also with our separated source Reimyo, only confirmed that, so after a few days, when the CD-35 was borrowed to our competition, I plugged it into my system and … I was completely sold. The CD-1sx was good and I liked it, especially as it was my fourth (I believe I had two 07s) Ayon player in a row, but it had to acknowledge superiority of the CD-35, as it was the case with the CD-3sx. However with the 3 I was thinking very hard about the change, here with the 35 there was absolutely nothing to think about.
But enough of that – now is time to continue to the most important part. Plugging the CD-35 into the system and you can immediately hear, that there is more sound, that it is better compared to the 1sx and 3sx, and the difference is audible even on the factory settings, without all the sound improvers switched on. However choosing the upsampling to DSD 256 is like engaging “nitro” in a sports car, we jump to another, to date unachievable on most price levels, musical galaxy. Interestingly the process is not limited to SACD discs, what would seem obvious, but also CDs and … files provided to the player by any of the digital inputs. In the last case we can notice another thing. The Ayon gets the best out of all file transports and streamers connected to it, minimizing its influence on the final quality of the sound, what turns out to be beneficial in 99.9% of the cases, as it allows to minimize additional expenditure, as you do not need anything from the offering of Bluesound, Auralic, Lumin or similar, not even mentioning a dedicated NW-T/DSD.
Let us start with the silver and “dense” discs, as this what the 35 extracted from the SACS resulted in most people hearing the new product of Gerhard Hirt not believing their ears. Unfortunately I do not own any heavier repertoire on discs recorded in this format, so I needed to start with items available in the catalogs of Linn and Alia Vox – folk and classical music. As you can make the first impression only once, I put everything on one card and placed the disc “Dixit Dominus” Jordi Saval under the acrylic cover. This is a seemingly not very “blockbuster” recording, but it can show the truth about the device playing it back, and due to the use of natural instruments and vocals, which were not computer treated, it can immediately show, if there are attempts to manipulate the signal. The sound was dark, but perfectly airy and full of internal calmness, what negates the common opinion, that the Austrian CDs sound with a strung sound, on the verge, or even surpassing, the border of nervousness. Nothing of that kind. Those are two different kind of things – a vulgar brightening, flashing contours of the sound on your eyes is something completely different than resolution, native to the 35, which gives a fully natural, and more or less truthful insight into the recording. Why only “more or less”? Well … this aspect was explained during the last meeting at the U22 by Maestro Maksymiuk himself. On “commercial” recordings everything can be heard better than live, and despite the fact, that live sound is the unreachable master, yet resolution and better, more precise insight into the performing apparatus is allowed during home listening. Of course if we have appropriate audio system to allow that.
Similar impressions were provided by “The Devil’s Trill”, what convinced me, that in terms of creating the climate and reproducing the timbre of the instruments as faithfully as possible, it will be very hard to find any reason, to criticize the Ayon even symbolically. So we search on. This is the reason I reached for the album “Notes From A Hebridean Island” William Jackson and Sisters Mackenzie, which is very good with Scottish distilled products, and allowed me to assess how the tested player handles at time very shrill music, where the vocal part, quite far from the esthetics of Italian melody and fluency, gives quite good impressions of sibilants. But also in this case everything was very good, so instead of searching for any flaws I just listened on, putting the tablet I use for making my notes to the side.
Going over to CDs and files should be, as it often is, a very painfull, even traumatic, thing. Yet with switched of upsampling it was noticeable, and clearly a downgrade, but the emotions connected to this switch were far from hysteria and tearing of your robes. The sound was just more focused in the center and without the freedom it had. But the saturation of the timbres and motoric did not produce a grimace of distaste. You might say those were the limitations of the format. But were they? Well, not really, as it was enough to press the PCM-DSD button activating the upsampling, to live through a jaw breaking experience. The difference for better was colossal, and it was not limited to one or two aspects, but had a deep and global character, or shortly speaking, the conversion to DSD was a good thing.
Most improvement was observed in terms of space, especially in depth of the stage and resolution. And at the same time the improvement of the latter did not result in the sound becoming overly analytical, known from digital samplers, but something completely opposite – going closer to the analog fabric and dynamics as known from vinyl discs. If you ever had the opportunity to listen to a professional reel-to-reel tape recorder and well maintained tapes (preferably one of the first copies of the master tapes) then please believe me, or better listen for yourselves, it goes in the direction of the Austrian player. To experience that you do not need to reach for the reference recordings like “Tartini secondo natura” , as it is absolutely sufficient to use something far from audiophile perfection like “Hardwired… To Self-Destruct” Metallica or “Dystopia” Megadeth. For the part of population not directed toward this kind of repertoire it may seemingly only be the sound of a working scrap-heap, but it is art to show such kind of rumble in proper way and allow the listener to find the beauty hidden in such sound. And the Ayon not only gives that possibility, but serves this beauty on a golden plate. But it does this job without any rounding off, smoothing down or softening or sweetening, but due to the mentioned analog touch makes even the rough guitar riffs to enchant with juiciness and might, while the bass kicks push you into the listening chair, but at the same time do not allow us to sit there without moving to the rhythm.
Although due to its multitasking nature the Ayon CD-35 should be performing each of its functions more or less good and be very well perceived against competition due to this multitude of functions, called universality, yet in reality things are a bit different. It turned out, that Gerhard Hirt had enough time, when working on the fourth generation of his players in the form of the CD-35, that each of the available options was brought to perfection. What does this mean? I do not know what you think, but for myself, I can say, that due to the Ayon we might become not only witnesses, but also the main role players, of the exhumation of the CD discs, already buried by some. You do not believe me? Then please listen for yourselves. But please do not blame me, if your plans of limiting expenditure on audio gear just got shot.
Marcin Olszewski
Distributor: Nautilus / Ayon
Price: 39 900 PLN (Preamp + Signature ver.)
Technical Details:
Conversion rate: 768kHz / 32 bit & DSD 256
DAC confirguration: Fully symmetrical– AKM “Verita” AK4490EQ
DSP module (option): PCM→DSD & DSD→DSD
Tube complement: 6H30 & 5687
Dynamic range: > 120dB
Output level Low: 2.5V fixed or 0 – 2.5 V rms variable
Output level High: 5V fixed or 0 – 5V rms variable
Output impedance: ~ 300 Ω (RCA & XLR)
Digital output: 75 Ω S/PDIF (RCA)
Digital input: 75 Ω S/PDIF (RCA), USB, I2S, BNC, AES/EBU,3 x BNC for DSD
S/N ratio: > 119 dB
Frequency response: 20Hz – 50kHz +/- 0.3dB
Total harmonic distortion: THD (na 1kHz): < 0.001%
Output complement: RCA & XLR
Dimension (WxDxH): 48 x 39 x 12 cm
Weight: 17 kg
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Digital player: Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Digital source selector:: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Phonostage: Abyssound ASV-1000
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Wbrew temu, co twierdzi producent Fezz Audio Mira Ceti nie jest „jedynym na świecie wzmacniaczem lampowym Single Ended wyprodukowanym w oparciu o toroidalne transformatory głośnikowe” a jednym z niewielu tego typu konstrukcji. Wystarczy bowiem wspomnieć np. o CR Developments Woodham. Mniejsza jednak z tym. Grunt, że do redakcji dotarła konstrukcja nie dość, że rodzima a więc i nad wyraz rozsądnie wyceniona, to w dodatku najmilsza sercu ortodoksyjnych lampowych pasjonatów – klasyczny SET z parą 300B na pokładzie. Jak się sprawdzi w naszych systemach czas pokaże a na razie zapraszamy na unboxing.
cdn…
Opinia 1
Uważni czytelnicy naszych zmagań czy to testowych, czy wystawowych, prawdopodobnie z łatwością przypomną sobie fakt moich bardzo zależnych od warunków lokalowych obiorów będącego dzisiejszym bohaterem zestawienia. Jednak jeśli ktoś z Was nie do końca przypomina sobie wyniki owych występów, napomknę, krytycznym dla zestawu Ayona + Lumen White jest goszczące go pomieszczenie. Nie wiem jak to odbierzecie, jednak za każdym razem, gdy pokaz odbywa się w nie do końca optymalnej kubaturze, sprawa jakości dźwięku, jest co najmniej pozostawiająca wiele do życzenia. I gdyby ktoś chciał zadać kłam moim wynurzeniom, natychmiast przywołuję dwie okoliczności i dwa oblicza naszego bohatera, czyli wystawę monachijską i warszawską, z tym, że zagraniczna najczęściej jest tą mniej atrakcyjną. Dlaczego tak się dzieje? To proste. niemiecka odsłona zmusza Gerharda Hirta (właściciel marki) do zmieszczenia się z co by nie mówić sporymi kolumnami w przysłowiowej, zbudowanej na wielkiej hali z karton-gipsu budce – niestety, nawet tak znanym producentom ciężko jest przebić się do tuzów okupujących samodzielne loże, a w Warszawie dzięki prężnemu dystrybutorowi temat pokazu udaje się zrealizować w dużych salach konferencyjnych, co natychmiast pozwala omawianym produktom rozwinąć skrzydła. I gdy gdzieś w kuluarach rozmawialiśmy z ekipą Nautilusa i producentem elektroniki na ten trochę dziwnie wyglądający z naszego punktu widzenia temat, z ust Gerharda padła zaskakująca i szalenie łechtająca nasze ego propozycja posłuchania całości na własnym podwórku. Mało tego, zestaw mieli rozstawiać sami szefowie, czyli Gerhard Hirt (Ayon, Lumen White) i Robert Szklarz (krakowsko-warszawski Nautilus). Powiem szczerze, w początkowej fazie przyswajania tej informacji obsada siły roboczej brzmiała trochę niedowierzająco, jednak koniec końcem, gdy nadeszła godzina „zero”, obaj panowie krzątali się u nas do późnej nocy, by o godzinie drugiej nad ranem oficjalne ogłosić wykonanie zadania i gotowość „Zestawu marzeń” do testu. Dla uzupełnienia informacji na temat konkretnych produktów dodam, że austriacką elektronikę Ayona reprezentowały:
– źródła w postaci najnowszego odtwarzacza CD/SACD CD-35 i będący również nowością streamer S-10,
– pachnący jeszcze fabryką, mogący pochwalić się wydzielonym do osobnej obudowy zasilaczem monstrualny przedwzmacniacz liniowy Conquistador,
– końcówki mocy Vulcan EVO.
Brzemię kolumn na barki przyjęła marka Lumen White z modelem White Light Anniversary. W trosce każdy szczegół prezentacji dystrybutor zaproponował dodatkowo spełniające wysokie wymagania prezentowanego zestawienia okablowanie marek Siltech (łączówki i sieciówki) i Acrolink (sieciówki). Niestety, z racji mnogości modeli kabli, pominę całą wyliczankę i z dużą dozą przyjemności zapraszam wszystkich na kilka w miarę strawnych akapitów, co takiego udało się wykrzesać z tego spokojnie przekraczającego magiczny milion złotych zestawienia.
Oszczędzając Wasz czas sprawy opisowe poszczególnych komponentów na ile to jest możliwe, postaram się wyłożyć dość zwięźle. I tak, rozpoczynając batalię od elektroniki wspomnę, że produkty marki Ayon są dość mocno zunifikowane. Wszelkie wzmacniacze i końcówki mocy proponują w zależności od danego modelu większe lub mniejsze platformy nośne dla lamp i ukrytych w fantastycznie wyglądających chromowanych kubkach transformatorów, a źródła i przedwzmacniacze ubrano w sporej wysokości płaskie, zaoblone na narożnikach korpusy. Bardzo ważną dla bytu danej marki sprawą jest kolorystyka urządzeń. Nie wiem, jak widzicie to Wy, ale ja mimo posiadania muśniętego szampanem i matowym srebrem zestawu Reimyo proponowany przez Austriaków mariaż połyskującego srebra i czerni drapanego aluminium bardzo pozytywnie przyswajam od pierwszego kontaktu. Nie wiem, jak to się dzieje, ale mimo całkowicie innego podejścia do tematu designu oba brandy dobrze wpisują się w mój wzorzec estetyki. Ale zostawmy osobiste preferencje, gdyż w tytułowym zestawie nie to jest najważniejsze. Zapytacie co? Proszę bardzo. Począwszy od źródeł, a skończywszy na końcówkach mocy, wszystko jest pewnego rodzaju nowościami. Przykładowo CD-35, lecz nie chcąc przedłużać dzisiejszego spotkania po wszelkie informacje o budowie i wyglądzie odeślę wszystkich do jeszcze ciepłej recenzji Marcina . Jednak bez względu jak odbierzecie jego kompleksową recenzję, jedno co jest bardzo ważne, 35-ka obsługuje format SACD i oferuje upsampling wszelkich sygnałów do DSD 256. Ale to nie koniec dobrych informacji, gdyż takie zabawy z zagęszczaniem sygnału umożliwia również kolejny grajek, czyli streamer S-10. Z racji zajmowania nieco niższej pozycji w cenniku jest trochę mniejszy, ale idąc śladami odtwarzacza oprócz bycia samowystarczalnym źródłem, przyjmuje dodatkowo wszelkie podane z zewnątrz sygnały cyfrowe i analogowe. Tak tak, to obecnie jest bardzo oczekiwane i trendy. Kontynuując przemarsz po zabawkach Ayona i zatrzymując się na moment przy przedwzmacniaczu liniowym mogę powiedzieć tylko jedno, konstruktor zastosował w nim naprawdę monstrualne lampy, a to wymusiło scalenie dwóch takich samych owalnie wykończonych na rogach obudów, przez co produkt nabrał dostojnej wysokości. Mało tego, lampy są tak wysokie, że w trosce o równowagę temperaturową zdecydowano się wykonać nad nimi pozwalające na wentylację grawitacyjną specjalne otwory, co uniemożliwia wstawienie produktu na półkę w meblościance (taki żart). Dobrym krokiem dla jakości fonii przedwzmacniacza jest wydzielenie z obudowy głównej wykorzystującego standardową skrzynkę zasilacza, który z sercem, czyli układami elektrycznymi połączono wielopinowymi terminalami. Kończąc temat urządzeń opartych o szklane bańki przywołam jeszcze będące najnowszą propozycją piece VULCAN EVO – pracujące na specjalnej edycji lamp. Niestety, mimo najszczerszych chęci, o większości prezentowanych urządzeń nie mogę nic więcej napisać, gdyż często nie występują one jeszcze w oficjlnej ofercie, a na dogłębniejsze rozmowy nie pozwoliła ograniczona czasowo, nocna wizyta konstruktora. Na koniec tego, jednak mimowolnie rozdmuchanego akapitu zostawiłem sobie majstersztyk z działu zespołów głośnikowych. Jak widać na fotografiach, prezentowane kolumny są próbą ujarzmienia fal morskich, które rozpoczynając swój rysunek od szerszego przodu obudowy płynnym łukiem zbiegają się ku tyłowi. Tyłowi, który według zeznań konstruktora dzięki widocznej na zdjęciach przykręcanej „duszy” umożliwia strojenie zespołów głośnikowych do współpracy ze pomieszczeniem i zastaną elektroniką. Jednak wspomniany pomysł na bryłę jest tylko preludium dla całości projektu, gdyż najważniejszą rolę odgrywa użyty do wykończenia skrzynek naturalny fornir. Rozmawiałem gdzieś w kuluarach na jego temat, ale sprawa jest tak zagmatwana, że w celach głębszej analizy co i jak, musicie sami przewertować otchłań Internetu. Ostatnim i zarazem bardzo ważnym elementem konstrukcji Lumen White’ów jest możliwość zaprzęgnięcia do pracy z nimi wykorzystującej algorytmy DSP zwrotnicy aktywnej, jak i w pełni pasywnej, na co pozwala zorientowana wewnątrz obudowy odpowiednio podpięta zworka. W kontekście dalszej części tekstu zdradzę, że my mieliśmy przyjemność pobawienia się zestawem opartym o zwrotnicę pozwalającą płynnie dostroić zestaw do zastanego pomieszczenia. Tak w dużym skrócie prezentuje się clou programu.
Jak zaprezentował się nasz bohater w znanych mi warunkach lokalowych? Ogólnie rzecz biorąc we wszystkich aspektach bardzo dobrze. I piszę to nie dlatego, żeby być „fair” w stosunku do producenta, czy dystrybutora, tylko w wartościach bezwzględnych tytułowy set naprawdę godnie reprezentował swój segment cenowy. To co, sprawa zamknięta, gdyż chwytamy przysłowiowego „Boga” za nogi? Owszem, dla wielu tak, ale znając życie chyba każdy zdaje sobie sprawę, iż nie ma rzeczy idealnych dla wszystkich, a każda konfiguracja niesie ze sobą różny sposób zbliżania nas do ideału sonicznego, jakim jest dźwięk na żywo. Jaki więc przepis na dźwięk proponują nam Austriacy? Powiem tak, dzięki kalibracji reakcji pokoju z generowanymi przez tytułowy set falami dźwiękowymi, nawet w najbardziej dociążonych pasażach muzycznych nie notowałem efektu wzbudzania się szkodliwego w moim pomieszczeniu pika na poziomie 69Hz. To zaś pozwalało zatopić się w muzyce bez najmniejszych ograniczeń wolumenowych. Ja co prawda słucham dość cicho, ale kilku odwiedzających mnie w tym czasie gości potrafiło czasem przyłoić i ku ich zdziwieniu przekaz spokojnie mieścił się w pomieszczeniu. Ale to nie jedyna zaleta aktywnego strojenia kolumn, gdyż dzięki temu wirtualna scena dźwiękowa be problemu budowała się już od linii kolumn, a jej zasięg ograniczała jedynie będąca łukiem, oddalona od frontu głośników o jakieś dwa metry tylna ściana. Mało tego, to co zaprezentował ten czuły na kubaturę pomieszczenia set, bardzo dobrze wypadało również na kolorystykę przekazu. Owszem, do moich austriackich „papierzaków” trochę brakowało, ale gdyby nie fakt typowej dla przetworników Accutona pracy w wyższej średnicy (nieco zbyt żywiołowo), trudno byłoby mi się do czegoś przyczepić. Jednak uprzedzam utyskiwania i proszę tego niuansu grania swoim przez lata wypracowanym sznytem nie brać za jakiekolwiek problem jakościowy. Nieuprawnionym jest karcenie czegoś za fakt prezentacji swoich walorów . I proszę się nie wzdrygać, gdyż na obronę dodam, iż pośród sporej ilości gości zanotowałem dwa przypadki osobników homo sapiens, którzy właśnie za sposób informowania słuchacza przez kolumny Lumen White o spornym paśmie bardzo pozytywnie ocenili końcowy dźwięk. Tak więc, wszystko zależy, od tego, co komu w duszy gra. Aby nieco przybliżyć świat Made In Austria, posłużę się kilkoma przykładami płytowymi. Na pierwszy ogień pójdzie Jordi Savall z krążkiem „El Cant De La Sibil-La” ze wspaniałą małżonką Montserrat Figueras w roli solistki. Efekt? Dzięki możliwości odtworzenia materiału zapisanego w formacie SACD dostałem ciężką do osiągnięcia przez zwykłe CD głębię i namacalność sesji nagraniowej z jej wszelkimi związanymi z wielkością budowli sakralnej artefaktami. To był spektakl, który na długo pozostanie pośród moich wzorców. Czytelność przekazu z idealną lokalizacją poszczególnych artystów mimo sporej ilości dotychczasowych odtworzeń bez problemu pozwoliła mi na kolejne przesłuchanie tego krążka od dechy do dechy w duchu oczekiwania na każdą nutę. Ale dla wielu będzie to tylko preludium, gdyż z ten podobno umierający format mogłem zagęścić do protokołu DSD 256. Choć było to bardzo ciekawe doznanie, osobiście niespecjalnie przepadam za dodatkowym post-produkcyjnym mieszaniem w sygnale, ale wielu znajomych zamierało w bezdechu. Jak by na to nie patrzeć, bardzo sprytnym zabiegiem konstruktora było pozostawienie decyzji jak chcą słuchać odbiorcy, co teoretycznie w pełni zadowala wszystkich potencjalnych zainteresowanych. Kolejną dobrze pokazująca pokazującą sznyt grania Accutonów propozycją płytowa będzie Leszek Możdżer w interpretacji utworów Jana Kaczmarka. Od razu ostrzegam, że biorąc poprawkę na zastosowane w kolumnach przetworniki w najmniejszym stopniu nie narzekałem na sposób zaznaczania swojego bytu w eterze mocno uderzanych generujących wyższe częstotliwości klawiszy, jednak dla kogoś mocno osadzonego w barwie ponad wszystko, sprawa może być lekko nie wpisująca się w jego audiofilską karmę. Według oponentów, te energetycznie wykorzystywane, a przez to bardzo dźwięcznie brzmiące klawisze zbyt intensywnie penetrowały ich małżowiny uszne, ale jak wspomniałem, zdania na ten temat były podzielone. Gdybym miał spuentować ten typowo fortepianowy materiał muzyczny, to chyba jedynie owa przez niektórych nazwana szklistością maniera była delikatną kwestią sporną. Reszta podobnie do próby z muzyką dawną osiągała wymagane na tym poziomie wtajemniczenie w dziedzinie rozdzielczości, ciekawego osadzenia w barwie i namacalności. Na koniec zmagań z naszym „Zestawem marzeń” przywołam jeszcze muzykę elektroniczną spod znaku Depeche Mode z projektu „Exciter”. To podejście nie pozostawiało niedomówień. Panowanie nad niskimi, sztucznie generowanymi sygnałami, umiejętne podawanie informacji o wysokich tonach i brak punktu zaczepienia do narzekań w również sztucznie wykreowanej środkowej części pasma pozwoliły na ocenę samego materiału nie w domenie jakości – ta nie pozostawiała najmniejszego marginesu do utyskiwań, tylko ogólnej przyswajalności tego typu muzyki. To był test zero-jedynkowy. Lubisz, albo nie lubisz elektroniki, a nie jest dobrze, czy źle. Po prostu wszystko było na swoim sonicznym miejscu. W takim razie, czy to był dźwięk na całe życie? Z pewnością dla większości populacji melomanów tak. A czy dla mnie? I tutaj zaczynają się schody. Nie ze względu na ogólną jakość prezentowanego dźwięku. Ta była fantastyczna, nawet z przywołaną naleciałością głośników ceramicznych. To o co chodzi? Jak zaznaczyłem we wstępniaku, zestaw przez cały czas testu pracował ze zwrotnicą aktywną. I w samej zwiększającej elastyczność konfiguracyjną idei nie wiedzę najmniejszych problemów, gdyż słyszałem bardzo dobrze wypadające zwrotki aktywne, raczej chodzi mi o użycie w niej układów DSP. Ja wiem, że w większości przypadków jest to niezaprzeczalne dobro (szczególnie przy problemach natury akustycznej), jednak przez cały czas przyglądania się poczynaniom mariażu AYON/LUMEN WHITE odczuwałem coś na kształt wprowadzenia do dźwięku delikatnego czynnika dozującego oddech. Niby wszystko było idealnie, ale znam swoje pomieszczenie i wiem, co pozbawiony obróbki cyfrowej zapisanego na płytach CD zestaw jest w stanie u mnie pokazać. Dlatego też, gdy powróciłem do stacjonującego na co dzień Japończyka, natychmiast powtórzyłem prezentowany zestaw płytowy. Puenta? Wszelka muzyka rockowa i elektroniczna nie wykazywała szczególnych różnic. Jednak gdy w napędzie wylądował Jordi Savall, a potem John Potter, sprawa natychmiast znalazła swój finał. Owszem, bas nie był tak sprężysty, a nawet nieco się poluzował, ale prawie natychmiast powróciła tak uwielbiana przeze mnie witalność dźwięku ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Bredzę? Bynajmniej. Jestem w stanie się nawet założyć, że gdyby testowana układanka nie korzystała z cyfrowego strojenia kolumn, dźwięk przy prawdopodobnie luźnych niskich tonach podryfowałby w tę, hołubioną przeze mnie stronę trafiając w punkt najwyższych oczekiwać. I tutaj dla konstruktora opisywanych paczek należy się mała pochwała, gdyż dostarczone do testów konstrukcje po małej przepince zworek oferują obie opcje. To zaś podczas odsłuchu przed-decyzyjnego pozwala nam spróbować obydwu w pełni zaspokajając komfort dobrania estetyki grania do swoich preferencji.
Zabawa w audio jest jednak bardzo fascynującym hobby, gdyż nigdy nie znamy końcowego efektu sonicznego słuchanej w różnych warunkach konfiguracji sprzętowej. Przykładem na obronę tej tezy jest czytana przez Was recenzja. Przecież sygnalizowałem, że małe kubatury szkodzą testowemu tandemowi. Tymczasem okazało się, że odpowiedni mix sprzętowo – kablowy wspomagany zaawansowanymi układami korekcji jest w stanie sprawić cuda. Powiem więcej. Podczas strojenia całości Gerhard Hirt potwierdził przypadłość mojego pokoju (pik na 69 Hz), ale jak poprzedni prezenterzy możliwości działania układów DSP potwierdził, że do tylko drobny niuans i przy kalibracji w ogóle nie ruszał tego wycinka pasma. Czy jest to dźwięk dla wszystkich? Moim zdaniem, jeśli kochacie swobodny, niczym nieograniczony przekaz tak. Jest jednak jedno „ale”. Musicie sami zweryfikować, czy to co wyartykułowałem w sprawie zbytniej spontaniczności ceramików w środku pasma, jest dla Was jakimkolwiek problemem, czy zwyczajnym szukaniem przez niektórych dziury w całym. W tym momencie dodam jeszcze, że ten niuans można delikatnie skompensować okablowaniem, dlatego bez względu na osobisty stosunek do wszelkich prawd objawionych polecam zapoznanie się z propozycjami Austriaków. Ale lojalnie ostrzegam, w konsekwencji bliskiego kontaktu z dzisiejszym bohaterem możecie wpędzić się w drobny problem rodzinny. Jaki? Niestety, oprócz sporego pliku banknotów NBP na sprzęt będziecie musieli wyasygnować dodatkowe środki płatnicze na przeprosinowy pierścionek z dużym brylantem dla żony. Dlaczego? Cóż, z racji mnogości i gabarytów urządzeń, nie da się przed nią tego ukryć. Mam jednak i dobrą wiadomość – wszystko w nawet najbardziej wymuskanym designersko salonie zaprezentuje się fantastycznie.
Jacek Pazio
Opinia 2
O tym, że od momentu powołania do życia SoundRebels przez nasze skromne progi przewinęło się prawdziwe multum tak urządzeń, jak i kompletnych systemów po prostu obłędnych i ekstremalnie high-endowych nikomu przypominać nie trzeba. Niemniej jednak … Czegóż to u nas nie było. Począwszy od purystycznych lampowców Audio Tekne poprzez unikalną (jedyną wtenczas) parę Gauderów Berlina RC8 i monstrualne Avantgarde Acoustic Trio, po jedną z pierwszych, dostarczonych po Polski par Bowers&Wilkins 802D3 i sprowadzoną praktycznie wyłącznie ku naszej hedonistycznej uciesze topową amplifikację Octave Jubilee . Ot audiofilski raj na ziemi. Wiadomo jednak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i jeśli tylko nadarza się ku temu sposobność, to nie mamy absolutnie żadnych skrupułów, by ją wykorzystywać i przygarniać pod swój dach kolejne przykłady brzmieniowego absolutu. Nie bez powodu wspomniałem jednak o okazjach, gdyż z naszego punktu widzenia jedną z bezpieczniejszych metod „polowania” na recenzenckie zdobycze są wszelakiej maści prezentacje, pokazy i targi, gdzie mniej, bądź bardziej pobieżnie można rzucić nie tylko okiem, ale i uchem na małe co nieco a następnie przystąpić do działań mających na celu pozyskanie konkretnych „eksponatów” do bardziej wnikliwej analizy. Traf chciał, iż podczas tegorocznego AVS naszą uwagę zwróciły dwa zaprezentowane w Hotelu Golden Tulip sety, z których jeden – Thraxa przejęliśmy bezpośrednio po wystawie a drugi – będący iście wybuchową mieszanką elektroniki Ayona i niejako dedykowanych jej kolumn Lumen White niniejszym mamy zaszczyt zaprezentować.
O skali całego przedsięwzięcia mogli Państwo naocznie przekonać się zerkając na udostępniony przez nas wcześniej unboxing, jednak tak naprawdę samo rozpakowanie i podłączenie całości w grającą całość nie było końcem a dopiero wstępem do właściwych przygotowań do odsłuchów. O czym mówię? O fachowej i profesjonalnej (w końcu wykonanej przez samego Gerharda Hirta !!!) kalibracji systemu i dopasowania – akomodacji charakterystyki wyposażonych w aktywne zwrotnice kolumn do zastanych w naszym OPOSie warunków akustycznych. Tak, tak, nie przewidziało się Państwu. Wraz z załadowaną szczelnie po sam dach furgonetką sprzętu zjawił się właściciel Ayona i współwłaściciel Lumen White’a w jednej osobie – Gerhard Hirt, co bezdyskusyjnie podniosło rangę i tak przyprawiającego o palpitacje serca wydarzenia.
O CD-35 zdążyłem się w tzw. międzyczasie już rozpisać i poświęcić mu odrębną recenzję, więc pozwolę sobie zainteresowanych odesłać bezpośrednio do niej i nie powtarzając się niepostrzeżenie przejdę do kolejnej gorącej nowości, czyli odtwarzacza strumieniowego a tak naprawdę streamera, DACa i przedwzmacniacza w jednym o symbolu S-10. Oprócz zunifikowanej bryły widać jednak w stosunku do ww. dyskofonu niewielkie, acz znaczące różnice. Przede wszystkim zamiast konwencjonalnego wyświetlacza front plikograja zdobi centralnie umieszczony 5” dotykowy ekran QVGA TFT ukryty za czernionym akrylem nieopodal którego umieszczono gniazdo USB. Sięgając nieco głębiej do trzewi okazuje się, iż oprócz znanego z CD35 mechanizmu upsamplingu do DSD128/DSD256, oraz tym razem nieco „przyciętej”, gdyż ograniczonej do DSD128 (update do DSD256 ma być dostępny online w tym roku) obsługi DSD i akceptowania sygnałów PCM do 384kHz/24bit dostajemy, co wydaje się być w dzisiejszych czasach oczywiste, kompatybilność z internetowymi rozgłośniami radiowymi (vTuner), Tidalem i Roonem. W tym wypadku mamy również do czynienia z konstrukcją modułową umożliwiającą zakup wersji podstawowej i potem dalszą, już bezstresową jego rozbudowę. Niezmiernie cieszy fakt, iż w dobie schlebiania pseudoekologom i decydowania się na zasilacze impulsowe ekipa Ayona nadal wykazuje się zdrowym rozsądkiem i stawia nie tylko na sprawdzone, co przede wszystkim lepiej „brzmiące” rozwiązania. Dlatego rzut oka do wnętrza 10-ki nie powoduje grymasu a jedynie uśmiech zadowolenia. Powodów takiego stanu jest kilka, ale pierwsze co zwraca uwagę to solidny transformator R-Core z odrębnymi odczepami dla sekcji cyfrowej, oraz analogowej. Jest to o tyle istotne, że w stopniu wyjściowym znajdziemy parę lamp 6H30 produkcji rosyjskiego Sovteka. Główny moduł streamera pochodzi oczywiście od Stream Unlimited a w roli DACa występuje para kości Burr-Brown 1792.
To wszystko jednak jedynie wstęp do tego, co w dostarczonym na występy u nas systemie znajdowało się dalej. Trudno bowiem bez chociażby lakonicznego wstępu przejść do przynajmniej na razie nieobecnego w katalogu i prezentowanego wyłącznie podczas wysokiej rangi wystaw flagowego przedwzmacniacza Conquistador. O ile przy końcówkach mocy nawet najbardziej absurdalne gabaryty już dawno przestały kogokolwiek dziwić, to uczciwie trzeba przyznać, że tym razem Ayon poszedł po przysłowiowej bandzie i nie dość, że zasilanie zostało umieszczone w osobnej obudowie to moduł sygnałowy otrzymał podwójny korpus, który i tak ledwo zmieścił budzące respekt cztery lampy AA45 Mesh. Podobnie sprawy się mają w przypadku opartych na specjalnych wersjach lamp AA62B monobloków Ayon Vulcan Evo, które nie należą ani do najmniejszych, ani tym bardziej najlżejszych konstrukcji z jakimi mieliśmy ostatnimi czasy do czynienia. Słowem moc radości i jeszcze więcej noszenia, ale umówmy się – jakość w High-Endzie waży a w przypadku amplifikacji waży podwójnie i nikt jakość z tego powodu szat nie rwie.
Kolejny specjał jaki dane nam było zakosztować to przepiękne, smukłe i pokryte obłędnym fornirem zaprezentowane po raz pierwszy podczas monachijskiego High Endu w 2015 r. jubileuszowe kolumny Lumen White White Light Anniversary. Te ważące ponad 85 kg i mierzące 140 cm piękności nie dość, że przykuwają wzrok niebanalną formą, to w całkiem konwencjonalnej bryle udało się zastosować rozwiązania właściwe obudowom otwartym, gdyż śladowa ściana tylna jest tak naprawdę szczeliną zapobiegającą zjawisku kompresji. Frontom też nie sposób zarzucić banalność. Śnieżnobiałe przetworniki Accutona przełamują ciepło naturalnej okleiny a przy okazji łączą znane i lubiane, ukryte za charakterystycznymi czarnymi siatkami modele porcelanowe (1” tweeter i 5” średniotonowiec) z najnowszej generacji, trzema wypukłymi 7,5” basowymi sandwichami. Żeby było ciekawiej do OPOSa dotarły wersje wzbogacone o aktywne zwrotnice pozwalające odpowiednio dopasować charakterystykę pracy kolumn do zastanych warunków akustycznych, choć po raz kolejny okazało się, że po dokonaniu stosownych pomiarów nic korygować nie trzeba było. Ot magia oktagonu po raz kolejny zadziałała jak należy.
Wielkim nietaktem byłoby pominięcie obecności niewyobrażalnej wręcz mnogości wszelakiej maści przewodów Siltecha, Acrolinka i Ayona, plus niewielkiej domieszki naszych redakcyjnych „drutów” umożliwiających spięcie powyższej maszynerii w grającą całość, oraz nie mniej istotnych akcesoriów Acoustic Revive.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowego systemu chciałbym niejako na wstępie zaznaczyć, że poruszać się będziemy na iście stratosferycznych pułapach zarówno brzmieniowych, jak i niestety cenowych. Dlatego też do momentu zakończenia wstępnej korekty notatek z odsłuchów nie poruszałem z dystrybutorem tematyki finansów z jednym małym wyjątkiem. Owym odstępstwem od założonej reguły był CD-35, którego recenzją już się z Państwem podzieliłem. Czemu o tym piszę? Cóż, powód wydawać się może błahy, bądź wręcz absurdalny, ale jeśli tylko mogę staram się oceniane urządzenia / zestawy rozpatrywać w kategoriach bezwzględnych, bez ewentualnych obciążeń związanych ze świadomością „kosztowności” dostarczonych do naszej redakcji komponentów. Jeśli jednak w tym momencie zaczynacie się Państwo zastanawiać, czy przypadkiem nie próbuję się asekurować i szukać usprawiedliwienia dla, nazwijmy to lapidarnie i zgodnie z polityczną poprawnością, kontrowersyjnością serwowanego przez austriacki zestaw brzmienia to pragnę Was uspokoić, że nic takiego nie ma miejsca a powyższy wstęp pełni jedynie rolę „rozbiegówki” przed iście epickim spektaklem w jakim dane nam było uczestniczyć dzięki obecności elektroniki Ayona i kolumn Lumen White w naszym salonie. Możecie się jednak zastanawiać, czy niemalże na co dzień obcując z nieraz irracjonalnie drogimi ultra-highendowymi „zabawkami” jestem jeszcze w stanie doznać czegoś na kształt poznawczego szoku i poczucia osiągnięcia audiofilskiej nirwany. Odpowiedź jest nadal twierdząca, gdyż wraz z poznawaniem kolejnych wybitnych konstrukcji i dzięki temu poszerzaniu własnych horyzontów, o ciągłym przesuwaniu w górę wzorców i punktów odniesienia cały czas czuję głód wiedzy doznań i chęć przekraczania kolejnych, zdawałoby się nieprzekraczalnych granic. I właśnie taki entuzjazm uruchomił we mnie tytułowy zestaw. Jeśli czytaliście Państwo moje wynurzenia o CD-35, to mam cichą nadzieję, iż wyekstrahowaliście z niej esencję świadczącą o tym, że jest to urządzenie na wskroś wybitne, przełomowe i wymykające się wszelkim, standardowym ocenom. Gra ponadprzeciętnie wybitnie przywracając wiarę w podobno konający w męczarniach format CD, ekshumujące dawno pogrzebane SACD i pozwalające za jednym zamachem stać się posiadaczem odtwarzacza, przetwornika i przedwzmacniacza. Po blisko dwóch tygodniach obcowania z austriackim setem chciałoby się napisać dokładnie to samo, jednak z drobnym „ale”. Tym razem nie jest okazyjnie tanio, nie jest nawet mniej drogo, lecz na sto a nawet tysiąc procent wybitnie. Czemu? A temu, że wszystkie opisane przy indywidualnych testach 35-ki zostały tym razem zintensyfikowane i jeszcze bardziej dopieszczone. Jak na dłoni widać, znaczy się słychać było dystans dzielący ww. odtwarzacz od operującej głównie na plikach S-10ki. Niby nada pozostawaliśmy z głowa w chmurach, ale gdzieś umykała swoboda, otwartość i przede wszystkim obłędna rozdzielczość prezentacji. Pojawiało się lekkie przygaszenie i utrata oddechu jakie udawało się osiągnąć nawet ze zwykłych płyt CD poddanych firmowemu upsamplingowi do DSD256.
Idźmy jednak dalej. Na wielkie brawa zasługuje iście holograficzne kreowanie sceny dźwiękowej z aptekarską dokładnością ogniskowania źródeł pozornych i perfekcyjną gradacją planów. „Misa Criolla” Ramireza porażała zadumą, spontanicznością i dostojeństwem sacrum a stojący za nieodżałowaną Mercedes Sosą chór przybrał nie tylko w pełni realny rozmiar, co również wielostopniowe ustawienie, przez co głosy śpiewaków nie dobiegały z jednej wysokości, lecz rozplanowane zostały również w wektorze pionowym. Spora w tym zasługa operujących na górze i średnicy porcelanowych przetworników zaimplementowanych w Lumen White’ach, choć i dół pasma nie miał się czego wstydzić. Wspominam o tym, gdyż mając podczas ubiegłorocznego High Endu okazję posłuchać kilku konstrukcji opartych na kanapkowych Accutonach zwróciłem uwagę na wspólną im wszystkim delikatne zamglenie – semitransparentną matowość basu. Tymczasem w White Light Anniversary owa cecha została może nie całkowicie wyeliminowana, co zminimalizowana do niemalże niemierzalnego – niezauważalnego poziomu. Jest to o tyle istotne, że odsłuchy prowadziliśmy przy użyciu zwrotnic aktywnych a po drugie z niby lampową, dzieloną amplifikacją lecz też możliwie daleką od stereotypowego zaokrąglenia i wysycenia przypisywanego próżniowym bańkom. Pojawia się zatem pytanie, czy aby taki sposób spojrzenia na reprodukowaną muzykę nie odzierał jej z miękkości i nie emanował klinicznym chłodem. Absolutnie i po trzykroć NIE. Proszę nie mylić rozdzielczości z ordynarnym osuszaniem i napastliwością dźwięku, bo to diametralnie inne klimaty. Po prostu tytułowy zestaw mając taką możliwość jedynie pokazuje nam niezwykle wiele z niuansów, które konkurencja bądź to podaje w bardzo zawoalowany sposób, bądź czasem wręcz pomija ukrywając je w mroku własnych niedomagań i anomalii. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w pierwszej chwili można poczuć się przytłoczonym, zszokowanym takim bogactwem informacji, lecz proszę mi wierzyć na słowo, że po kilku dniach obcowania z takim dźwiękiem powrót do systemu mniej rozdzielczego i mającego zdecydowanie mniej nam do przekazania będzie nad wyraz bolesny. Nie dość, że odczuwać będziemy chroniczny niedosyt informacyjny, to w dodatku odniesiemy wrażenie, że wszystko gra jakby w zwolnionym tempie, z pewnym rozleniwieniem i nonszalancją.
Ponadto próżno doszukiwać się zarówno w brzmieniu Ayonów, jak i Lumenów jakichś odstępstw od neutralności, czy zachowawczości przy barwowym nasyceniu, gdyż próby przeprowadzane przy użyciu płyty SACD „Dixit Dominus” Jordi Savalla dobitnie pokazały, że wszystko jest nie tylko w najlepszym porządku, co wręcz perfekcyjne. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z ucieleśnieniem ideału i ziszczeniem się audiofilskich marzeń? Powiem szczerze, że jesteśmy niebezpiecznie blisko a sięgając po „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena mamy ów absolut na wyciągnięcie ręki, gdyż baśniowość tejże realizacji wręcz materializuje się wokół nas z niespotykana dotychczas intensywnością. Jeśli jednak pójdziemy w kierunku mrocznej i nieraz agresywnej estetyki w jakiej niczym ryba w wodzie czuje się np. Metallica i włączymy „Hardwired…To Self-Destruct (Deluxe)” po kilkudziesięciu minutach może nastąpić tzw. zmęczenie materiału a my powoli zaczniemy się zastanawiać, czy przypadkiem kosztem ilości dostarczanych informacji i ich iście studyjnej „realności” nie można byłoby nieco bardziej poczarować. Pytanie tylko ilu zamożnych melomanów mogących pozwolić sobie na zakup tytułowego zestawu sięga po podobny repertuar a nawet jeśli, to jaki procent(promil”) z nich stara się w domowych warunkach jeśli nawet nie osiągnąć, to chociaż się zbliżyć do koncertowych poziomów głośności.
Firmowy system Ayona z Lumen White’ami przekroczył wydawać by się mogło nieprzekraczalne granice dotyczące natychmiastowości i holograficznego realizmu reprodukowanego materiału muzycznego. Pozbawiony znamion techniczności, czy cyfrowości dźwięk z niezwykłą swobodą był w stanie przykuć słuchacza do fotela na długie godziny, po upływie których wciąż miało się ochotę na więcej. Nie wiem, czy to wina zaszytych w aktywnych zwrotnicach logarytmów, czy magia niezaprzeczalnej synergii panującej wewnątrz austriackiego systemu, ale z pełną świadomością własnych słów śmiem twierdzić iż okres recenzowania tytułowego seta był jednym z bardziej uzależniających doznań jakich przyszło mi doświadczyć. Dlatego też jeśli tylko będziecie mieli Państwo okazję posłuchać tego zestawu w optymalnych warunkach lokalowych zróbcie to bez chwili wahania, tylko pamiętajcie o jednym – o „przyzwoitce”, która kontrolując przebieg wydarzeń prewencyjnie kopnie Was w kostkę zanim do końca zatracicie się w audiofilskim absolucie.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Nautilus
Ceny:
– odtwarzacz CD/SACD Ayon CD-35 (Preamp + Signature): 39 900 PLN
– streamer Ayon S-10: 22 900 PLN
– przedwzmacniacz Ayon Conquistador: 50 000 €
– końcówki mocy Ayon Vulcan Evo: 156 000 PLN
– kolumny Lumen White White Light Anniversary: 70 000 €
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
If someone from our faithful readers would feel a slight déjà vu, then the feeling is right, he or she does not need to visit a doctor, the audiophile passion did not make a doctor’s visit necessary, it is just that I decided to tackle the British cable manufacturer products again. Why? This is simple. Although last time, as well as now, I have got a full set of cables for review, but due to the big spades of the cables not being compatible with my loudspeaker’s cable terminals, I could review only the interconnects. But the manufacturer was determined, especially as my review of the XLR cable was rather positive, to provide me again with the full set of cables, with the loudspeaker cable terminated especially for me with different spades and fully burned-in. This is a true example, that with some determination everything is possible, and the British manufacturer should be praised for this. So I will not delay any longer and invite you to read on about the sparring between the Japanese Harmonix I use in my system and the tested British Tellurium Q Silver Diamond. I will just add, that in Poland the distributor of the brand is the company HiFi Elements based in Wrocław.
Looking at the pictures of the Tellurium Q products, it is hard to find any external, visual fireworks. Despite that, due to nicely looking plugs and white sleeves placed next to them we get a product, that does not look like it should be immediately buried. In addition covering the cables with a black, slightly opaque braid, results in a look, that can be satisfying for many people, even compared directly with competitive products. Digging deeper, the conductor is silver plated copper, and the only difference between the cables is the external size determined by the thickness of the used conductor and dielectric. And while the signal cables seem quite thin, the loudspeaker variant has the form of a wide, stiff, but quite well foldable tape. Reading company materials we can learn, that all interconnects are directional (including the digital ones). And while XLR cables do not allow for different connecting, the RCA variants have the direction noted on the sleeves near the plugs. The case with the loudspeaker cables is different. Those also have appropriate arrows painted on the sleeves, but their intention is different. I conducted a hefty email exchange with the constructor about those, as in my opinion those markings were obsolete, but he insisted, that those arrows have a different meaning: they should allow the user to know, how the cable was connected, as when the cable is reverted 180 degrees, then the conductor must form again to achieve the same quality of sound, and it can take a few days. I must say, that for a reviewer this makes sense, as we are plugging and unplugging the cables many times each day. So this is a brief description of how the British cables look like, and I invite you to read on to find out, how the idea of “fighting phase distortion” is translated into reality of my Japanese-Austrian system.
This description will not be very long. Why? For once because we have recently described the Tellurium Q for the first time, and secondly, because there were no findings that would completely change things I we heard during the previous test. Then why all this ado? Against appearances the case is quite important, as it did happen, and not once, that I heard negative consequences of a system being cabled completely with one product line. This is not a rule, but when some individual element brings the desired changes into our system, its way of sounding, when we copy this effect many times, the final effect might not be acceptable. Am I telling rubbish? I do not think so, as during my reviewer life I observed such undesired reaction at least a few times. So what did happen, when I amended the XLR interconnect with the loudspeaker cable? Before I reveal that, I will just remind you, that this model from the British manufacturer caught me with introducing freshness to the upper registers, without artificial increase of their amount and with a detectable increase of energy of the lower registers while keeping their contouring. It was interesting, that the tested cable did not touch the midrange of my system, what resulted in the effect of levelling out the coherence of the sound, or putting it clearer, you could feel a slight withdrawal of this overly dense subrange. Some might say: “You lose palpability”. And I will say, that in the name of music recorded in churches, so important to me, I have enough of it and can give some away. The set of Reimyo and Trenner & Friedl is a refuge of dense, paper and loaded with midrange energy sound, and even if my perception of the quality of sound evolves, without the slightest harm to the vocal music, then even with slight thinning of the sound I can still fit within the canon of musicality with a big “M”. And all that avoidance of sharpening, with a big opening of the musical stage, was the thing I searched for since I changed my loudspeakers. Of course, before reaching that, I needed to understand my needs, and once I did, only the tested cables could bring me an answer, how to achieve that. Like I mentioned, most of the good influence of the Tellurium Q I saw with ancient music. It is not that it was not there in other genres, but in case of the human voice flowing through churches or monasteries, every piece of light – not brightening, but just transparency – is comparable to a jump a few rows closer to the stage, in terms of readability of the musical event, while sitting in the same place. Of course this does not mean, that the British brand was successful on all fronts (please refer to the part in the club in the previous test), but judging based on the reviews of Marcin and some other colleagues, the case is interesting enough to be tested by all thinking about this product. OK, I am talking and talking, but as yet, I have not let you know what happened. So going over to the specifics and slowly approaching the end of our meeting with the Silver Diamond Tellurium Q, I will probably ease down everybody mentioning, that including the loudspeaker cables into the system I received a slight underlining of what happened using the interconnect; another opening of the readability of the sound. What was very important, this extra air did not take on the form of over brightening. The treble and bass remained untouched, and the only, I confess still wanted, change (without losing any mass of the sound) was the additional freeing of vitality from the music, perceived as a kind of lifting. For many people this might be not enough, but for me this was very tempting. But I will repeat again, that the most important thing is, that the second attempt with the TQ cables showed they do not have this kind of dreadful cumulation while using the full set. This might be a small thing, but important when you are trying to go for a full synergy of your system, so I would even say, it is vital.
Commenting my comeback to the British products, I will just mention, that the amendment of tested cable combination with the loudspeaker cable resulted in dotting the “i” of the marriage. Without searching for any fireworks, just working on releasing the reserves of your audio system. In the beginning of the test I mentioned, that it was not so obvious, but without the wow factor, the second approach to the TQ cables showed them in a very good light. I do not know, how the full set will fare in your system, but if you are searching for an unobtrusive extra lighting of your sound stage, and the British cabling would not help, then you have a serious problem in your system. In such case it might be so, that the first set of cables would help, but subsequent fighting of the heaviness of your system might not be successful anymore. Unfortunately those cables are not making a lifting of a system by thinning and brightening, they just increase the readability of an already well resolved sound picture. There is no liposuction of a whale there.
PS. To better understand the current text, I would recommend for all interested readers to make yourself acquainted with the previous test, a double look at the same set of cables.
Jacek Pazio
Distributor: HiFi Elements
Prices:
Silver Diamond Speaker Cable: 4 650 PLN (per meter mono)
Silver Diamond Jumpers: 2 800 PLN
Silver Diamond XLR: 13 250 PLN (1 m), each extra 0,5m stereo + 1 300 PLN
System used in this test:
– CD: ReimyoCDT – 777 + ReimyoDAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: 聖HIJIRI HGP-RCA “Million”
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Najnowsze komentarze