Monthly Archives: styczeń 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Wiedząc jaką popularnością cieszą się recenzje przewodów zasilających specjalnie dla Was zaczynamy wygrzewać uroczą parkę amerykańskich Transparent XL Power Cord.

cdn…

  1. Soundrebels.com
  2. >

S-10 to bezpośredni następca najpopularniejszego streamera Ayon Audio – modelu S-3. Nowy model jest połączeniem wysokiej klasy odtwarzacza sieciowego PCM-DSD, analogowego przedwzmacniacza oraz DACa. Austriacy zastosowali tu najnowszą platformę streamingową SDK 820 firmy Stream Unlimited, z której korzystać będzie ponad 85 % producentów high-endowych streamerów. S-10 współpracuje z serwisem Tidal, a w przyszłości będzie gotowy na platformę Roon. W środku S-10 siedzi w pełni zbalansowany DAC Burr Brown DSD1792A, pracujący w układzie dual mono. S-10 dysponuje oczywiście lampowym stopniem końcowym (6H30) pracującym w klasie A, z osobnymi wyjściami RCA i XLR. W stosunku do poprzednika poprawiono układ zasilający: zastosowano komponenty z wyższej półki, położono większy nacisk na filtrację napięcia zasilającego oraz wyprowadzono osobne uzwojenia transformatora z filtrami dla poszczególnych stopni, dzięki czemu są one całkowicie odseparowane. S-10 umożliwia odczyt plików WAV, FLAC i AIFF o dużej gęstości (384 kHz / 24 bit), a modułowa konstrukcja umożliwia upgrade do wersji Signtature. W tym ostatnim przypadku przedwzmacniacz wyposażony jest w poczwórny analogowy regulator głośności i 2 pary wejść RCA, a także DAC z opcją konwersji wszystkich sygnałów PCM do postaci DSD.
Wersję standardową wyceniono na 22 900 zł, a Signature na 31 900 zł.

Dystrybucja: Nautilus / Ayon

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Trochę to rwało, ale wreszcie są – topowe interkonekty i przewody głośnikowe Audiomica Laboratory Pearl Consequence + Miamen Consequence.

cdn…

  1. Soundrebels.com
  2. >

Mimo, że cała historia powstania marki, której logotyp widnieje na bohaterach dzisiejszego testu  brzmi jak misternie uknuty przez przebiegłych PR-owców książkowy przykład „american dream” i swój początek ma … oczywiście w garażu, to z tego, co przynajmniej mi wiadomo nie ma w tym ani grama ściemy. Żeby jednak chociaż jeszcze przez chwilę utrzymać bajkowo – marketingowy klimat pozwolę sobie kolejne zdanie rozpocząć od … Dawno, dawno temu, czyli prawie dekadę temu a dokładnie w 2008 r. Sankar Thiagasamudram i Alexander Rosson poznali współpracującego z NASA inżyniera Pete’a Uka a w wyniku nader owocnej współpracy opracowali materiał idealny do systemów nagłośnieniowych PA. Jednak już w trakcie prac nad pierwszymi prototypami ww. dżentelmeni uznali, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby ten sam budulec wykorzystać w … słuchawkach. Szaleństwo? Na pierwszy rzut oka tak to mogło wyglądać, lecz właśnie w tym szaleństwie krył się pomysł na sukces. Jednak zanim nadszedł (sukces, nie pomysł) do teamu dołączył posiadający ponad trzydziestoletnie doświadczenie w projektowaniu przetworników planarnych Dragoslav Colich. I tak właśnie w kalifornijskim garażu, na ścianie którego wisiał plakat „Odysei kosmicznej 2001” Stanleya Kubricka powstała marka Audeze. A potem już poszło z górki – premierowe LCD-1 zostały entuzjastycznie przyjęte zarówno na  Can-Jam 2009, jak i przez społeczność Head-Fi.org a po wprowadzeniu na rynek LCD-2 słuchawkofilów ogarnęło istne szaleństwo. Od tamtego czasu w Audeze zaszło kilka zmian, firma z garażu przeniosła się do zdecydowanie bardziej reprezentacyjnej siedziby w Costa Mesa, jej szeregi w czerwcu 2015r. opuścił Alexander Rosson (obecnie Shinola Audio) a status brandu z przysłowiowego beniaminka ewoluował do poziomu niemalże legendy i jednego z najsilniejszych, jeśli wręcz nie najsilniejszego gracza na rynku high-endowych i to nie tylko planarnych słuchawek. Brzmi nieźle? Zdecydowanie. Mogliśmy się z resztą o tym przekonać testując LCD-3 wraz z dedykowanym przedwzmacniaczem Deckard. Tym razem jednak na warsztat wzięliśmy coś nie mniej intrygującego i wysublimowanego, lecz zamkniętego w zdecydowanie mniej angażującej zarówno finansowo, jaki gabarytowo formie. Oto pierwsze w historii dokanałowe słuchawki planarne iSine 20, które zadebiutowały jesienią ubiegłego roku wraz z niżej usytułowanym w firmowej hierarchii modelem iSine 10.

Mając cały czas świadomość, że iSine 20 są konstrukcjami dokanałowymi i mniej więcej wiedząc jakie rozmiary przetworników w tzw. „pchełkach” są stosowane proponuję tym razem odrzucić nabyte doświadczenie, otworzyć się na nowe doznania i po prostu przyjąć do wiadomości, iż 20-ki mogą pochwalić się drajwerami o średnicy … 30 mm.  Dla porównania tylko wspomnę, że np. nauszne – „walkmanowe” Ultrasone HFI 15G wyposażone są w 40 mm membrany. Żeby było ciekawiej o ile przy pełnowymiarowych modelach Audeze chwali się ile razy montowane przez nich diafragmy są większe od używanych przez konkurencję przetworników, to tym razem dali sobie najwidoczniej spokój, gdyż  iSine (10 i 20) są przynajmniej na razie jedynymi na świecie planarnymi słuchawkami dousznymi a co za tym idzie porównywać, przynajmniej na razie nie ma ich z czym. Patrząc jednak na powyższe zagadnienie niejako od drugiej strony można za to wysnuć w pełni z prawdą zgodny wniosek iż w 20-kach zastosowano membrany o najmniejszej owierzchni ze wszystkich dostępnych na rynku konstrukcji planarnych. Idąc za ciosem nie mogło zabraknąć autorskich rozwiązań w stylu wysokowydajnych magnesów Fluxor, czy membran Uniforce. Zgodnie z zapewnieniami producenta zaimplementowane rozwiązania zaowocowały 99,9% niższymi aniżeli w jakichkolwiek innych słuchawkach zniekształceniami, co automatycznie powinno przekładać się na możliwie wierne oryginałowi brzmienie.
Oprócz iście kosmicznych technologii zadbano o równie intrygujący wygląd – już na pierwszy rzut oka trudno nie odnieść wrażenia, że projektując iSine 20 ich twórcy (wspierani przez BMW DesignWorks) nie inspirowali się myśliwcami (Tie Fighter) Imperium z „Gwiezdnych Wojen”. Całe szczęście pomimo dość pokaźnych, jak na dokanałówki rozmiarów iSine są niezwykle lekkie – ważą zaledwie 20g, a ich ażurowe niczym pajęcze sieci obudowy dodatkowo potęgują wrażenie zwiewności. Oczywiście dla zapewnienia jak najlepszego „trzymania” się w/na uszach wyposażono je w wymienne (transparentne i czarne) pętle wokółuszne, EarLocks®, plus silikonowe i piankowe wkładki umożliwiające dopasowanie słuchawek do własnych preferencji. Korpusy, biorąc pod uwagę „piórkową” wagę wykonano z mieniącego się przyprószonym patyną brązem plastiku
Oprócz wersji ze standardowym przewodem sygnałowym iSine dostępne są również w komplecie z wyposażonym w mikrofon, 24-bitowy cyfrowy DAC i układ DSP przewodem CIPHER Lightning. Z jego pomocą jesteśmy w stanie ominąć wewnętrzy przetwornik i wzmacniacz sygnowanych nadgryzionym jabłkiem iZabawek a sygnał obrabiać i amplifikować dopiero „w kablu”. Dodatkowo po zainstalowaniu aplikacji Audeze iOS użytkownik może w czasie rzeczywistym zmieniać charakterystykę brzmienia słuchawek za pomocą 10-pasmowego korektora graficznego.
Producenta pochwalić należy również za dbałość o takie, poprawiające zarówno wartość postrzegana, jak i zwykłą ergonomię detale, jak eleganckie, miękkie etui oraz niezwykle czytelne oznaczenie prawej i lewej żyły przewodów sygnałowych. Jeśli wydaje się Państwu oczywiste, to dla porównania proszę zerknąć np. na q-JAYS Reference.

Rozpoczynając część poświęconą brzmieniu posłużę się cytatem z „Boskiej Komedii” Dante Alighieriego – napisem widniejącym u wejścia do piekła -„ Porzućcie wszelką nadzieję Wy, którzy tu wchodzicie”. Jeśli dla kogoś to zbyt patetyczne, napuszone i teatralne od razu spieszę z wyjaśnieniem, że wcale nie wkraczamy piekielną czeluść a raczej musimy niejako na wstępie zredefiniować własne wyobrażenia o słuchawkach jako takich a modelach dokanałowych w szczególności. Tym razem mamy bowiem do czynienia z dość porażającą w swej skali koincydencją na skutek której w pierwszej chwili zbieramy własną żuchwę z podłogi a następie błędnym wzrokiem wodzimy po zgliszczach mozolnie budowanej przez lata słuchawkowej układanki. Chodzi bowiem o to, że słuchawkową edukację można w większości przypadków podzielić na tę przed i tę po odsłuchu iSine 20. Powodem takiego stanu rzeczy jest kontakt z dźwiękiem tożsamym rasowym konstrukcjom planarnym, z tą tylko różnicą, że dochodzącym znikąd. Są zatem mało słuchawkowe (mowa o przypadłości sporej części modeli konwencjonalnych) hektary przestrzeni, holograficznie odwzorowana scena i niesamowita swoboda idąca w parze z rozdzielczością, lecz gdyby nie zwisające z naszych małżowin przewody moglibyśmy przysiąc, że owym dźwiękiem jesteśmy otoczeni a nie, że generowany jest on bezpośrednio do przewodów słuchowych. Do powyższych wniosków nie doszedłem jednak wtykając sobie w uszy Audeze prosto z pudełka, lecz po zaserwowaniu im kilkudniowej rozgrzewki, do której wykorzystałem daleki od stereotypowego audiofilskiego wzorca materiał z albumu „Machine Messiah” Sepultury, który dziwnym trafem pojawił się na Tidalu w … piątek trzynastego. Po prostu bosko, znaczy się szatańsko, nieprawdaż? Potępieńcze ryki i obłąkańcze partie gitarowo perkusyjne umarłego postawiłyby na nogi, więc nie mając wiedzy, co do przebiegu dostarczonych przez dystrybutora – warszawski Audio Klan 20-ek uznałem to za całkiem niezły szerokopasmowy burrn-in track. Oczywiście odmówiłem sobie niekłamanej przyjemności odsłuchu całości po okresie akomodacyjnym, co dało mi niejako wstępne pojęcie o zdolnościach dynamicznych a tak po prawdzie braku jakichkolwiek ograniczeń w tej materii testowanych maluchów. Nie dość, że wszystko działo się w zapierającym dech w piersiach tempie a me zmysły smagane były piekącymi siarkowymi wyziewami riffami, którym wtórował agonalny growl Derricka Greena.
Nieco mniej kakofoniczne „The Division Bell (HD 24/96 Download Version)” Pink Floyd przeniosło nas za to do krainy łagodności a pastelowe i rozmarzone muzyczne pejzaże kreowane przez Gilmoura z kompanią sprawiały, że można było zapomnieć o otaczającym nas świecie. O ile oczywiście nie był on zbyt głośny, gdyż dokanałowe Audeze jedynie dość symbolicznie izolują nas od dźwięków otoczenia. Z jednej strony ma to swoje zalety, gdyż bez problemu usłyszymy zadane nam pytanie, bądź dzwoniący telefon, lecz jednocześnie starając się skupić na muzyce nieustająco jesteśmy narażeni na „psucie klimatu” przez czynniki zewnętrzne. Warto też wspomnieć, że jeśli tylko nie przesadzamy z głośnością, to i naszemu otoczeniu prowadzony przez nas odsłuch niespecjalnie powinien przeszkadzać.
Skupiając się na szczegółach i przyglądając się zarówno charakterystyce tonalnej, jak i temperaturze przekazu śmiało możemy uznać, iż mamy do czynienia z nad wyraz liniowym i zrównoważonym przypadkiem. Nic nie wyrywa się przed szereg i nic nie zostaje w ogonie, przez co mamy zachowaną niezwykle spójny, neutralny i stabilny obraz sytuacji. Coś jak świadectwo z czerwonym paskiem z piątkami od góry do dołu. Ot „nudne” bdb. Jednak aby to docenić warto sięgnąć po coś nieco bardziej wymagającego – np. referencyjnie nagraną klasykę w stylu „The Nordic Sound” 2L. Otrzymamy wtenczas niebywałą możliwość zarówno wniknięcia w niuanse samego nagrania, jak i leniwą kontemplację całości. Brzmienie każdego z instrumentów jest nieprzyzwoicie wręcz dopieszczone i wymuskane. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że na upartego da się poczuć nawet woń kalafonii jaką pociągnięto smyczki. Świetnie odwzorowywana jest też przestrzeń sceniczna, która zmienia się wraz z kolejnymi nagraniami, co pokazuje, że nie ma mowy o graniu wszystkiego na jedno kopyto, lecz możliwie bliską oryginałowi wierność i jakże miłą naszym uszom organiczną homogeniczność. Dlatego też wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza otrzymujemy dość bezpardonowe różnicowanie nagrań. I tak przypominające w początkowej fazie odgłos spadającego ze schodów worka wypełnionego sztućcami, czy też innym żelastwem „Nordheim: Colorazione (Excerpt)” lśni i błyszczy miriadami półtonów, to na otwierającym “Hail to the King” Avenged Sevenfold „Shepherd of Fire”  niezaprzeczalnie słychać, że komuś za konsoletą podczas realizacji po prostu niczego się nie chciało (był przed poranną kawą?), dzięki czemu talarze potrafią irytująco zacykać zamiast wybrzmiewać właściwą sobie masą. Powyższe anomalia nie wynikają jednak z ułomności Audeze a mankamentów materiału źródłowego, gdyż wystarczy poczekać do tytułowego „Hail to the King” aby wszystko wróciło do normy. Dlatego też jeśli coś w danym kawałku, czy repertuarze nam nie pasuje, bądź irytuje, to dla pewności zweryfikowałbym źródło szkodliwych artefaktów w jakimś innym systemie, gdyż w większości przypadków może się okazać, iż wina leży po stronie materiału a nie samych słuchawek.

Patrząc na iSine 20 możliwie obiektywnie trzeba przyznać, że są produktem tyleż innowacyjnym i przełomowym, co kontrowersyjnym. Z jednej strony oferują bowiem fenomenalne neutralne – krystalicznie czyste brzmienie i komfort, jakich trudno szukać wśród nie tylko podobnie, ale i znacznie wyżej wycenionej konkurencji, lecz trzeba też mieć świadomość ich oczywistych ograniczeń. Jakich? Nie trzeba posiadać dedukcyjnych zdolności  Sherlocka Holmesa, by domyślić się dość iluzorycznej izolacji akustycznej iSine’ów, co istotnie ogranicza ich użyteczność podczas podróży środkami komunikacji zbiorowej, spacerów po zatłoczonych centrach miast, czy nawet pracy w będących przekleństwem dzisiejszych czasów openspace’ach. Jeśli jednak poszukujecie Państwo czegoś o ponadprzeciętnych walorach sonicznych a przy tym zupełnie pomijalnej wadze i mało angażujących gabarytach to tytułowe słuchawki powinny sprawdzić się jak żadne inne. Oferując bowiem 99,9% zalet najlepszych pełnowymiarowych modeli planarnych pozbawione są ich głównych mankamentów, czyli rozmiarów i ciężaru. Aha, i jeszcze jedno – na początek, do prawidłowego wysterowania wystarczy nawet AudioQuest DragonFly, a potem … The sky is the limit. Słowem mała rzecz a cieszy.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audio Klan
Cena:
Audeze iSine 20 kabel standard: 2 645 PLN
Audeze iSine 20 kabel standard oraz Apple Lightning: 2 895 PLN

Dane techniczne:
Typ: douszne
Konstrukcja: Planarna, pół-otwarta
Magnetic structure Fluxor
Magnet type High-grade neodymium
Rodzaj membrany: Ultra-cienka Uniforce
Średnica przetworników: 30mm
Maksymalna moc wejściowa: 3W
Max. SPL: >120dB
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 50kHz
Zniekształcenia THD: <0.1% @ 100dB
Impedancja: 16 Ω
Waga: 20g para (bez przewodu)

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini; AudioQuest DragonFly Red
– Słuchawki: Brainwavz HM5; Meze 99 Classics Gold; Monster Roc Black Platinum; q-JAYS; Audeze LCD-4
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+

  1. Soundrebels.com
  2. >

Magico, lider w projektowaniu i produkcji najbardziej zaawansowanych kolumn głośnikowych, prezentuje najnowszą konstrukcję S3 Mk II.

S3 Mk II w całej gamie produktowej Magico zajmuje miejsce pomiędzy kolumnami głośnikowymi S1 Mk II i S5 Mk II. Model ten wyposażony jest we wszystkie zaawansowane elementy, które wykorzystywane są w konstrukcjach z serii S, w tym nowy 230-milimetrowy przetwornik niskotonowy. Ta wyróżniająca się najniższymi mierzalnymi zniekształceniami jednostka powstała w oparciu o inżynierię i wzornictwo pierwotnie wprowadzone w limitowanej edycji, przygotowanej z okazji 10-lecia M-Project.

Doskonałe wysokie tony, jakie zapewnia S3 Mk II, to zasługa 25-milimetrowego przetwornika Magico z berylową membraną pokrytą diamentową powłoką. Jednostka ta, w porównaniu z oryginalnym głośnikiem z serii S, charakteryzuje się wysoką czułością, szeroką dyspersją i większą mocą. Nowa aluminiowa obudowa dla struktury magnetycznej minimalizuje całkowity rezonans i poprawia parametry izolacyjne jednostki wysokotonowej. Cewka typu long-throw gwarantuje niższe zniekształcenia i zapewnia optymalną częstotliwość odcięcia, która poprawia zharmonizowanie przetwornika z głośnikiem średniotonowym.

Nadzwyczajne odwzorowanie zakresu średniotonowego jest konsekwencją zastosowania opatentowanego 150-milimetrowego przetwornika, który wyznacza nowy standard pod względem możliwości i wydajności. Membrana głośnika wykonana jest z wielościennych nanorurek węglowych i warstwy nanografenu XG. Materiał ten jest 20 proc. lżejszy i 300 proc. sztywniejszy niż dotychczas stosowany w serii S. Specjalnie opracowana wewnętrzna obudowa z opatentowanego polimeru tworzy odizolowaną i zoptymalizowaną przestrzeń, wewnątrz której pracuje przetwornik średniotonowy.
Głęboki, mocny i precyzyjny bas dostarczają dwa nowo opracowane głośniki (230 mm), powstające przy użyciu zaawansowanych technik produkcyjnych, które wykorzystują taką samą membranę z nanografenem i wielościennym karbonem. Potężny układ magnetyczny napędza 127-milimetrową cewkę z tytanu, która porusza się liniowo w amplitudzie 12,7 milimetra, zapewniając czysty, niezniekształcony dźwięk z ciśnieniem sięgającym 112 dB przy 50 Hz/1 m.

Obudowa S3 Mk II typu monocoque uformowana została z pojedynczego kawałka tłoczonego aluminium o grubości 9,5 mm i średnicy 30,5 cm. Nowa, znajdująca się na szczycie aluminiowa płyta ma wypukły kształt 3D, dzięki czemu minimalizuje dyfrakcję obudowy i  rozprasza pionowe fale stojące. Masywna podstawa wykorzystuje nowo opracowany 4-punktowy system wsporników, który obniża środek ciężkości całej kolumny głośnikowej i zwiększa jej stabilność, co skutkuje niższym poziomem szumów i zwiększonym zakresem dynamiki.

Wszystkie cztery przetworniki w S3 Mk II zostały akustycznie zintegrowane za pośrednictwem unikatowego rozwiązania opracowanego przez Magico – Elliptical Symmetry Crossover – wykorzystującego najnowocześniejsze komponenty firmy Mundorf. Zwrotnica głośnika maksymalizuje pasmo przenoszenia przy jednoczesnym zachowaniu liniowości fazy i minimalizowaniu zniekształceń intermodulacyjnych. Indywidualna wydajność przetworników i kolumny głośnikowej w jej ostatecznej postaci były testowane i optymalizowane pod kątem akustycznego, mechanicznego, elektromagnetycznego i termicznego zachowania przy użyciu najnowocześniejszego urządzenia do symulacji metodą elementów skończonych.

Najnowsze kolumny głośnikowe Magico w sprzedaży pojawią się pod koniec I kwartału 2017 r. Model S3 Mk II dostępny będzie w dwóch wersjach wykończenia: M-Cast (teksturowana warstwa satynowa) oraz M-Coat (gładki lakier na wysoki połysk).

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Fezz Audio Mira Ceti

Opinia 1

Dziwnym trafem za każdym razem, gdy próbujemy znaleźć urządzenie łączące ponadprzeciętną jakość brzmienia z równie atrakcyjną ceną koniec końców lądujemy z lampą w torze. Tak było w przypadku iście biżuteryjnie i bibelotowo wykończonej najnowszej inkarnacji Lebena 300F, jak i zarazem designerskiego, jak i purystycznego, rodzimego G•LAB Design Fidelity BLOCK. Prawdę powiedziawszy nawet najtańszy w tym towarzystwie Cayin CS-55A potocznie mówiąc „dawał radę”. Idąc dalej tym tropem czas na kolejnego przedstawiciela rodzimej myśli technicznej w niejako legendarnej, wyśnionej i otoczonej aureolą audiofilskiej odsłonie, czyli klasyczny układ SET oparty na lampach 300B. Zaraz, zaraz, czyż nie wspomniałem, że ma być niedrogo a „niedrogi SET na 300B” to oksymoron równie trafny jak „dobra zmiana”, czy „żywe trupy”? Teoretycznie tak, ale nadwiślańska rzeczywistość rządzi się swoimi prawami i nie takie rzeczy na przestrzeni ostatnich lat widzieliśmy i słyszeliśmy. Jednak tym razem zamiast pojawiającego się znikąd objawienia mamy do czynienia z trwającymi blisko dwa lata „podchodami” prowadzonymi zarówno przez samego producenta, jak i nas samych co jakiś czas sondujących grunt i klimat do finalnego spotkania na szczycie. O kim mowa? O Fezz Audio czyli marce, z którą nie tylko pierwszy kontakt, ale i kolejne mieliśmy jedynie w warunkach wystawowych. Żeby było ciekawiej wszystko zaczęło się wiosną 2016r. w Monachium, gdy podczas przygotowywania relacji z High Endu natrafiliśmy na ich współdzieloną z Pylon Audio ekspozycję. Jak to zwykle bywa po kilku kurtuazyjnych zdaniach przeszliśmy do konkretów, jednak gdy okazało się, iż nic z ówczesnego portfolio nie zbliża się do ustalonego przez nas dolnego pułapu 10 000 PLN chwilowo odpuściliśmy temat, tym bardziej, że warunki odsłuchowe (gips-kartonowa budka) i ścisk panujący wewnątrz nie pozwalały na wyciągnięcie żadnych konstruktywnych wniosków. Kolejna okazja nadarzyła się na zeszłorocznym AVS i tutaj już z wielką przyjemnością spędziliśmy kilka dłuższych chwil łowiąc wielce intrygujące dźwięki. Logicznym był zatem powrót do wcześniejszych rozmów i wzięcie „małego co nieco” na warsztat. Jednak tym razem postanowiliśmy niejako upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i dokonując wyboru kandydata na testy cały czas z tyłu głowy mieliśmy dochodzące do nas od lat pytania o możliwie przystępne cenowo a jednocześnie dające wstęp do ekskluzywnego klubu 300B konstrukcje. Dlatego też nie dziwi fakt, że gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność to właśnie po oparty na tejże lampie model sięgnęliśmy. Tym oto sposobem serdecznie zapraszamy do lektury naszych wrażeń zebranych podczas użytkowania integry Fezz Audio Mira Ceti.

Mirka, bo tak pozwolę sobie pieszczotliwie nazywać tytułowego lampowca, już na pierwszy rzut oka zjednuje sobie potencjalnych nabywców, gdyż po pierwsze jest nieduża, po drugie niezbyt ciężka, co akurat przy konstrukcjach lampowych powinno zapalać ostrzegawczą lampkę, ale biorąc pod uwagę, że zamiast klasycznych traf mamy toroidy, to nie ma co dramatyzować, no i najważniejsze – ze względu na zaimplementowany układ autobiasu powinna być praktycznie bezobsługowa. Jest jeszcze niedroga, ale to już zaznaczyliśmy na wstępie. Posiadacze małoletnich pociech i wszelakiej maści mniej lub bardziej udomowionej zwierzyny też nie powinni skreślać jej z listy do odsłuchu, ponieważ na wyposażeniu znajduje się nad wyraz solidna, chroniąca lampy metalowa klatka, oraz fikuśny pilot pozwalający na regulację głośności a więc od biedy można ją ustawić w mało dostępnym dla małych rączek/łapek miejscu.
Front wzmacniacza zdobi centralnie umieszczone na finezyjnie wyfrezowanej aluminiowej płytce firmowe logo po którego lewej stronie ulokowano gałkę głośności a po prawej selektor źródeł. Wersja dostarczona do testu wzbogacona została o opcjonalne, bezpośrednie wejście na końcówkę, które umieszczono na lewej ściance wraz z dedykowanym przełącznikiem hebelkowym. Tuż za lampami pysznią się dwa niewielkie, wykonane z polerowanej kwasówki kubki skrywające trafa. Ściana tylna, jak na niezbyt imponującą powierzchnie została zagospodarowana całkiem rozsądnie. Nabywca do dyspozycji otrzymuje bowiem trzy pary wejść RCA, pojedyncze terminale głośnikowe z dedykowanymi odczepami dla 4 i 8 Ω, oraz zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC. Oczom wnikliwych obserwatorów nie powinny też umknąć solidne nóżki, na jakich posadowiono całą konstrukcję. Estetów pragnę jeszcze uspokoić, że oprócz białej wersji kolorystycznej dostępne są jeszcze opcje czarna, czerwona i … nazwijmy to umownie brązowo-śliwkowa, więc jest w czym wybierać.
Za to przy opisie budowy pozwolę sobie nadmienić, iż początkowa wymiana korespondencji z Panem Maciejem Lachowskim z Fezza daleka była od laurkowego cukrowania i wzajemnego spijania sobie z dziubków, jak to często osobom postronnym mogło by się zdawać, gdyż pierwszą rzeczą na jaką pozwoliłem sobie zwrócić uwagę, był już poprawiony na stronie www, jednak nadal obecny w instrukcjach i materiałach promocyjnych (niezaprzeczalna wyższość mediów cyfrowych nad papierem) błąd, lub używając poprawnej politycznie nomenklatury pewna, poniekąd wynikająca z niezbyt wnikliwego przeczesania rynku, nieścisłość dotycząca topologii tytułowego wzmacniacza. Chodzi mianowicie o to, że najwidoczniej byłem pierwszym na tyle skutecznym upierdliwcem i tetrykiem, który nie dość, że znał, to jeszcze pamiętał czasy dostępności takich specjałów, jak dajmy na to CR Developments Woodham, żeby spowodować zmianę zdania zawierającego sentencję stwierdzającą, iż Mira Ceti jest „jedynym na świecie wzmacniaczem lampowym Single Ended wyprodukowanym w oparciu o toroidalne transformatory głośnikowe” na „Jeden z niewielu na świecie wzmacniacz lampowy Single Ended wyprodukowany w oparciu o toroidalne transformatory głośnikowe.” Mała rzecz a cieszy. Skoro zatem wiemy już, że w trzewiach Mirki siedzą toroidalne trafa, nomen omen pochodzące z Toroidy.pl, warto rzucić okiem na widoczne na froncie lampy. Jak widać na załączonych zdjęciach w stopniu wyjściowym pracują popularne i stosunkowo niedrogie rosyjskie Electro-harmonixy 300 B Gold a w roli lamp sterujących użyto Tung-Soli 6SN7GTB.

Pozornie i czysto teoretycznie 8W to niezbyt dużo i na zdrowy rozsądek decydując się na tak oszczędną w mocy amplifikację warto czym prędzej rozejrzeć się za jakimiś wysokoskutecznymi a przy tym charakteryzującymi się łagodnym przebiegiem impedancji zespołami głośnikowymi. To tylko jednak czysto akademickie gdybanie, gdyż już wspomniany wcześniej, oferujący „oszałamiające” 5,5W G•LAB Design Fidelity BLOCK pokazał, że lampowe Waty warto traktować z należytym szacunkiem i czasem dopiero mające być przysłowiowym gwoździem do trumny kolumny potrafią wprowadzić wzmacniacz na właściwe obroty. Jak przebiegały testy u dysponującego zdecydowanie łatwiejszymi do wysterowania ISISami Jacka przeczytacie Państwo poniżej, jednak u mnie, gdzie uparcie rolę dyżurnych kolumn pełnią wywołujące u sporej części producentów stany lękowe Gaudery Arcona (4Ω i „wystarczająca”, przynajmniej według dr. Roland Gaudera, efektywność) sprawy nie zapowiadały się zbyt optymistycznie. Koniec końców uznaliśmy, że jeśli Mirka po prostu nie da rady i będzie się wyraźnie męczyła jej bytność w moich skromnych progach ograniczy się li tylko do sesji fotograficznej a wrażenia nauszne będę kolekcjonował w OPOSie. Całe szczęście w tzw. międzyczasie dotarły do mnie przeznaczone do „zewnętrznej” recenzji idealnie pasujące kolorem (vide również białe) Taga Harmony Coral F-120, które nie dość, że mogły pochwalić się łatwiejszą impedancją wynoszącą 6Ω, to w dodatku całkiem sensownie prezentowała się ich skuteczność, w zależności od źródła wynosząca od 90 do nawet 93 dB. Krótko mówiąc był też nie tylko plan B, ale i C. Cóż jednak z tego, skoro Mirka podpięta pod Gaudery jak gdyby nigdy nic po prostu zaczęła grać a w pełni satysfakcjonujący poziom głośności osiągnąłem zaledwie nieco przekraczając godzinę dziewiątą – dziesiątą, czyli 3-3,5 na firmowej skali Fezza. Cuda? Niekoniecznie, jednak nie chcąc zbytnio stresować tytułowego lampowego dziewczęcia na pierwszy ogień poszedł lekki i niezobowiązująco POPowy „Faith” George’a Michaela. Pierwszy utwór, drugi, kurczę, ależ „fajnie” się tego słucha. Jest drajw, niesamowite nasycenie barw i właściwa 300B homogeniczność. Nic nie „boli”, nic nie denerwuje. Nawet nieco plastikowy do tej pory bas dostaje nieco pogrubioną i misiowatą postać, ale taka transformacja działa ewidentnie in plus i nie ma co się krzywić, bo bardzo często właśnie o podobnym „robieniu” dźwięku spora część audiofilskiej populacji marzy. Zmiana repertuaru na nieco bardziej minorowy, czyli nieodżałowanego króla romantycznej depresji – ostatni album Leonarda Cohena „You Want It Darker” pokazał drugie oblicze Mirki. Głos wokalisty został z niezwykłą atencją podkreślony, zaakcentowany i nieco bardziej niż zwykle wysunięty przed szereg. W tego typu prezentacji było coś niezwykle magicznego, intymnego i zjawiskowego. Nie mówię, że towarzyszący nieodżałowanemu bardowi muzycy zostali odsunięci w cień i tylko nieśmiało brzdąkali w tle, ale tym razem jasnym było komu podporządkowany jest cały show. Na ciepłe słowa zasługiwała również przestrzeń, która nie wykazywała tendencji czy to do spłycania, czy to do skupiania się jedynie w centrum kadru. Nic z tych rzeczy. Wszystko było na swoim miejscu a jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to byłoby nim lekkie pogrubienie konturów źródeł pozornych i wierność oddania aury pogłosowej właściwej niektórym nagraniom akustycznym i jazzowym („Vägen” Tingvall Trio). Zakładam jednak, że sporo można „wyciągnąć” z Fezza zmieniając lampy – na początek sterujące na np. 6SN7 Full music Gold a jeśli brzmienie będzie ewoluowało w oczekiwanym przez nas kierunku to potem już na spokojnie zająć się 300B. Nie mówię, żeby od razu rzucać się na Sophia Electric Royal Princess, ale jest sporo ciekawych 300-ek na rynku i jest z czego wybrać.
Dalsza żonglerka płytami tylko potwierdziła uniwersalność testowanej konstrukcji i zamiast zastanawiać się, czy wzmacniacz podoła po prostu sięgałem po to, na co w danym momencie miałem ochotę aż na talerzu gramofonu wylądował album „Ray Of Light” Madonny. Chwila konsternacji przed opuszczeniem ramienia i … Może nie będę przeginał? No to pstryk, chwila przerwy, zmiana kolumn na Tagi i … jest w 2/3 dobrze, ale basu jest zdecydowanie za dużo. Po prostu ilość przysłoniła jakość a i górze pasma dostało się po tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, gdyż konwencjonalnym, niezbyt wyszukanym kopułkom daleko było do rozdzielczości i finezji zaimplementowanych w Gauderach AMT. No nic, możliwe, że dla Fezza iście subsoniczne syntetyczne pomruki okazały się ponad siły. Jednak po pierwszej stronie postanowiłem kontrolnie wrócić do swoich dyżurnych kolumn. I to była słuszna decyzja, gdyż wszystko wróciło do normy a to, co wcześniej zlewało się w bezkształtną masę teraz miało całkiem realne kontury i równie rozpoznawalną fakturę.
Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z sytuacją, gdy im gorzej (teoretycznie), tym lepiej (w praktyce)? Aby zweryfikować powyższą tezę w roli materiału testowego wykorzystałem „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy. Mogą mi Państwo w tym momencie nie wierzyć, ale Mirka i tym razem dała radę, oczywiście przy nieprzesadzonej – dalekiej od koncertowej, głośności, ale dała. Jeśli tylko nie korciło mnie do zbytniego połomotania, ani kompresja, ani zniekształcenia nie stanowiły najmniejszego problemu, za to soczystość i energetyka przekazu nie mogły się nie podobać. Po tym eksperymencie przestałem już kombinować i zacząłem traktować Fezza jak najzwyklejszy wzmacniacz, którego zadaniem jest amplifikacja dostarczanych sygnałów i prawidłowe wysterowanie podłączonych do niego kolumn. W dodatku przez czas, gdy Mira Ceti gościł w moim systemie ani przez chwilę nie stosowałem wobec niego taryfy ulgowej, co oznacza mniej więcej to, że pracował dzień w dzień nie po kilka a kilkanaście godzin.

Wbrew wcześniejszym obawom Fezz Audio Mira Ceti nie tylko ma potencjał i stanowi świetny punkt wyjścia do dalszego rozwoju, to niejako prosto z pudełka reprezentuje kompletny i skończony projekt mogący dostarczyć wiele radości i muzycznych doznań. Na standardowych, dołączanych przez producenta lampach jest propozycją bezpieczną i niejako zdolną zadowolić zarówno melomanów, jak i audiofilów, lecz o ile ci pierwsi raczej nie będą kombinowali, tylko skupią się na czysto hedonistycznych aspektach odsłuchów o tyle złotoucha, skażona audiophilią nervosą brać z pewnością nie odmówi sobie przyjemności przysłowiowej żonglerki lampami wprowadzając Mirkę na zupełnie inny poziom jakościowy. A jeśli chodzi o samego Fezza, to niezmiernie cieszy mnie fakt, że z całkowicie spokojnym sumieniem mogę wpisać Mirę Ceti na listę produktów z dopiskiem „Polak potrafi!”.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz: Accuphase C-3850
– Końcówka mocy: Accuphase P-7300
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Rozpoczynając dzisiejsze spotkanie z przyjemnością chciałbym oświadczyć, że mimo dobijania naszego „soundrebelsowego” statku do liczby czterech lat intensywnej, związanej z prowadzeniem portalu o urządzeniach audio pracy, nadal bez problemu jestem w stanie stwierdzić, iż owa działalność czasem będąc wyczerpującą od strony logistycznej niesie ze sobą bardzo wiele przyjemności. I nie jest prawdą, że taki stan osiągam tylko dzięki opisywaniu bardzo drogich międzynarodowych „sław”, gdyż wbrew mogącym dominować w naszym portfolio pozorom jesteśmy żywo zainteresowani produktami rodzimymi, co znakomicie dokumentuje nasz dotychczasowy dorobek kilkunastu wprowadzonych na recenzencką wokandę polskich producentów. Owszem, abyśmy przyjrzeli się danemu wyrobowi, bohater musi dobrze rokować i jeśli tak jest, temat recenzji bywa tylko kwestią dogadania terminu przysłania owego pretendenta do laurów na adres redakcji. Aby nie być gołosłownym, wręcz  idealnym dowodem obrony powyższej tezy eksploracji krajowej oferty jest właśnie prezentowany dzisiaj producent wzmacniaczy lampowych. Ale ale, jak wspomniałem, sam status wyrobu znad Wisły nie jest wyczerpującym nasze oczekiwania czynnikiem. W tym momencie argumentując drugie założenie przed-testowe (rokowania weryfikowane odbiorem przez rynek konsumencki) bez owijania w bawełnę zdradzę, że mimo bardzo miłego zeszłorocznego spotkania na wystawie w Monachium, stojący na szczycie oferty dzisiaj prezentowanego wytwórcy wzmacniacz lampowy w królewskiej odmianie 300B SE dopiero teraz, czyli po ponad ośmiu miesiącach okraszonego sukcesami bytu na rynku zaszczycił moje skromne progi. Zatem po krótkim wprowadzeniu na rodzime podwórko, zapraszam wszystkich na kilka akapitów ze spotkania ze wzmacniaczem marki FEZZ AUDIO w postaci aspirującego do miana lampowej arystokracji modelu MIRA CETI. Dla formalnego uzupełnienia informacji dodam, iż urządzenie do testu dostarczył sam producent.

Tytułowa integra jest typowym przedstawicielem sztuki budowania konstrukcji opartych o szklane bańki. Bez sztucznego szukania opisowego piękna trzeba powiedzieć, iż jest to dość prosta w formie, będąca nośnikiem dla ważnych, tak od strony konstrukcyjnej, jak i wizualnej lamp elektronowych i ubranych w połyskujące srebrem kubki transformatorów bryła w formie platformy. Jednak myliłby się ten, kto sądzi, iż jest to oklepany, wręcz  zalatujący nudą projekt, gdyż mimo jego pewnej standaryzacji, właśnie owa, okraszona bursztynową poświatą lampek prostota jest jego najmocniejszą stroną. Bredzę? Bynajmniej. Podobnych konstrukcji gościłem u siebie już bez liku i nigdy nie zaznałem odczucia znudzenia, a przecież to były bardzo podobne do siebie urządzenia. Nie zdziwiłbym się, gdybyście tym momencie próbowali  zarzucać mi stetryczałość, ale sądzę raczej, że winę za ciągły pozytywny odbiór ponosi wymuszona warunkami aplikacji podzespołów ponadczasowość bryły. Ale zostawmy rozważania na temat piękna nastroszonej szklankami i kubkami prostopadłościennej „płaszczki” i zajmijmy się jej sprawami przyłączeniowo – manualnymi. Z racji ograniczenia tematu wykorzystania dachu Miry Ceti dla usytuowania na nim lamp i traf, na początek wspomnę o panelu frontowym. Ten bez zbytniego przeładowania, na zewnętrznych rubieżach okupują jedynie dwie karbowane gałki (lewa wzmocnienie, prawa wybór wejść) i w centrum wykonane w technice połyskującego emblematu logo marki.  Krocząc ku tylnej części wzmacniacza na jego lewym boku znajdziemy tajemniczy zestaw terminali RCA z inicjującym ich wykorzystanie przełącznikiem hebelkowym. Jest to bezpośrednie wejście na końcówkę mocy, co jak na tak prostą konstrukcję trąca pewnego rodzaju ekstrawagancją. Nie wiem, ilu klientów będzie to wykorzystywać, ale lepiej jest mieć niż nie mieć dodatkowych funkcji. Puentując akapit opisem tylnej ścianki należy dodać, iż konstruktor zaproponował nam trzy wejścia liniowe w standardzie RCA, zaciski kolumnowe dla wartości 4 i 8 Ohm i zespolone z włącznikiem głównym gniazdo zasilające. I gdy dodam, iż w komplecie otrzymamy ciekawie prezentującego się designersko, dobrze leżącego w ręce pilota, okaże się, że mimo wstępnej surowości, całość przedsięwzięcia zatytułowanego Mira Ceti okazuje się nader ciekawym wizualnie produktem.

Gdy doszliśmy do części merytorycznej tekstu, dla wszelkich zainteresowanych zakupem rzeczonego wzmacniacza parafrazując przełożonych Cezarego z kultowego filmu „Psy” mam dwie wiadomości: dobrą i dobrą. Pierwsza dobra jest taka, że Mira potrafi poradzić sobie nawet z założenia niedopasowanymi do niej pod kątem skuteczności kolumnami (pamiętajmy, że wzmacniacz generuje jedynie 8 W mocy, co na starcie wymusza na nas staranne podejście do wyboru zespołów głośnikowych), a druga dobra jest taka, że jeśli mariaż z aktualnie posiadanymi nie do końca spełni Wasze oczekiwania, za sprawą kabelkologii można „trochę” podszlifować uzyskane efekty brzmieniowe. Jak prawdopodobnie zauważyliście, słowo „trochę” wziąłem w cudzysłów. Dlaczego? Choć już kilkukrotnie słyszałem, bądź czytałem o zwalających z nóg audiofilów metamorfozach po roszadzie w połączeniach kablowych, to u siebie owe zmiany odbieram jako większą lub mniejszą kosmetykę, a nie windowanie zestawu o kilka klas wyżej. Koniec kropka. To w takim razie, gdzie jest ta druga dobra informacja? Ano jest nią właśnie fakt wyraźnego różnicowania dźwięku po wymianie wszelkiej maści odrutowania, o czym nie omieszkam wspomnieć w dalszej części naszej prelekcji.

Tytułowa „Mirka” prawie zwyczajowo dla moich starć z testowanymi produktami miała dwie odsłony. Jednak tym razem z racji niedużej mocy i jeszcze mniej skutecznych niż moje kolumn w klubie KAIM musiałem sprawdzić najpierw, czy jest jakikolwiek sens występów wyjazdowych. Nie powiem, na przestrzeni kilku lat bywało różnie, jednak zdecydowana większość doświadczeń pozytywnych z tak małymi mocami pozwoliła mi na bezstresowe wpięcie jej w mój tor. Efekt? Trochę zaskakujący. Dlaczego? To bardzo ciekawe, ale moje – jeśli już występowały – obawy raczej kierowały się ku niepanowaniu pieca nad wielkimi bo prawie 40-to centymetrowymi głośnikami basowymi pochodzących z Austrii kolumn, gdy tymczasem generowany bas był zaskakująco twardy z dobrą kontrolą. Co więcej, byłem przygotowany na częste skutki użycia lamp 300B, jakim jest zbyt obficie miodem płynący przekaz muzyczny. I szczerze mówiąc nawet nie widziałbym w tym nic złego, gdyby nie  skutki w postaci zabijania witalności dźwięku. Ale o dziwo idąc tropem grania skrajami pasma – przynajmniej w moim zestawieniu – generowana przez wzmacniany polskim lampiakiem set muzyka była nader świeża w obiorze. To delikatnie chłodziło przekaz, ale jawiło się jako ciekawe stawiające pytania typu: „czy to do końca mój dźwięk” doświadczenie. Nie było to granie na poziomie duńskiego Gryphona, choć przyznam, że to również w jakimś stopniu mnie pociąga, ale od pierwszych chwil zdałem sobie sprawę, że bohater dzisiejszego testu przeciera nieco inne niźli mam zakodowane gdzieś w pamięci szlaki barwowe. Owszem, po zastosowaniu interkonektów HIJIRI  w całym torze sprawy koloru muzyki nabrały nieco  rumieńców, ale wpinając wzmacniacz w japońską układankę liczyłem się raczej z odchudzaniem, a nie podbarwianiem całości. Suma summarum po okiełznaniu docelowej konfiguracji sprawy malowania świata przez polski produkt wyglądała na tyle ciekawie, że efekt zaprezentuję na kilku przykładach płytowych. Przegląd srebrnych krążków rozpocznę od Diany Krall i jej produkcji „All For You”. Tutaj mam nie do końca sprecyzowane odczucia. Z jednej niestety głos artystki stracił nieco na intymności, ale za to drugiej dostałem dodatkowe wzmocnienie wielu informacji o jej mimice twarzy podczas wydawania dźwięków gardłowych. Nie wiem, jak to odbierzecie, ale każdy słuchacz i jego zestawienie audio lubią co innego, dlatego sądzę, iż linia podziału pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami takiego sznytu grania przebiegać będzie w okolicach zera absolutnego. Dlatego decyzja w sprawie dobrze, czy źle należy do Was. Oczywistym efektem ostrej kreski w kreowaniu spektaklu muzycznego była dobra definicja źródeł pozornych, jednak wspomniane przeniesienie masy dźwięku o oczko wyżej powodowało wyraźnie spłycenie się wirtualnej sceny muzycznej. Na szczęście nie w domenie utraty wglądu w jej tylne parcele, tylko zbliżenie się do siebie poszczególnych formacji. W podobnym tonie odbioru wypadła muzyka dawna. Niestety, z racji utraty masy przez bardzo ważny ośrodek dźwięku, jakim jest często pojedynczy wokalista, brakowało mi trochę energii w jego głosie. Idąc dalej tym tropem również opierające się o wysycenie w tym nurcie muzycznym instrumentarium podobnie do wokalisty pokazywało się raczej z chłodniejszej niż oczekiwałbym od lampki strony. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przy całym moim punktowaniu maniery grania trzeba jednak pamiętać o grupie docelowej dla tego wzmacniacza. Tutaj zderzył się z „Palcem Bożym”, a przecież jego środowisko bardzo często cierpi na braki w rozdzielczości. Owszem, powiew świeżości wnoszony przez Mirę jest raczej doświetleniem dźwięku niż dawką czystych informacji, jednak w konsekwencji takiego potraktowania zbyt ciemnego zestawienia meloman otrzyma pewnego rodzaju zwiększenie swobody na scenie, a to może być krokiem milowym w kierunku pozytywnego postrzegania tego co dotychczas  jego bolączką. Na koniec zmagań z polską myślą techniczną przywołam jeszcze jej czysto wytrzymałościowy w zakresie panowania nad kolumnami podczas głośnych odsłuchów sparing z grupą Percival Schuttenbach. Wiadomo, folk-metal nie wróżył sielanki, jednak test na wytrzymałość zasilania musiał się odbyć. Efekt? Przyznam szczerze, w moim odbiorze pozytywnie zaskakujący. Wzmacniacz dzielnie walczył do sporego wychylenia gałki wzmocnienia, ale oczywistym jest, że około godziny 11-tej zaczynał zgłaszać lekką zadyszkę. Jednak w najmniejszym stopniu nie będę go potępiał, gdyż mimo, iż nie grał w optymalnym zestawieniu, do naprawdę wysokich, jak dla 8W, na co dzień nie osiąganych przeze mnie poziomów głośności bardzo czytelnie realizował poczynania artystów włącznie z pełnym zrozumieniem wykrzyczanego przez front mena tekstów. Jedynym, idącym tropem maniery grania i dlatego pozwalającym ponarzekać niuansem podczas słuchania tego krążka było spowodowane utrata masy wycofanie się riffów gitarowych. Owszem byli na scenie, ale wykonali zdecydowany krok do tyłu. Ale o dziwo, wspomniana na wstępie kontrola i twardość basu ku mojemu zaskoczeniu tutaj sprawiła mi wiele radości.

Na koniec przygody z polskim wzmocnieniem przywołam kilka wyjazdowych zdarzeń z klubu. Jak zaznaczałem na początku, piec potrafi czynić cuda. Ale nie z racji prowadzenia kolumn na smyczy bez względu na ich skuteczność, tylko czasem nieoczekiwanego zgłoszenia problemu z łatwymi, a dogadania się z teoretycznie bardzo trudnymi. Nie wiedzieć czemu, z założenia dedykowanymi do lampy, posiadającymi uczciwe 88dB skuteczności grał jak przysłowiowy przytłoczony życiem tetryk, by z paczkami mogącymi pochwalić się jedynie 84 decybelami zagrać na tyle żywo i dźwięcznie, że resztę wieczoru spędziliśmy na dostrajaniu jego brzmienia przywiezionymi przeze mnie kabelkami, w których zbiorze znalazły się osiągające stratosferę cenowa Siltechy Triple Crown. Ja wiem, że to był mezalians, ale bez względu na poziom cenowy kompilowanych komponentów dostaliśmy jasny przekaz, że w razie drobnych problemów mamy pewien margines dostrajania wzmacniacza do swoich preferencji.

Jak to bywa ze słabymi mocowo wzmacniaczami, sprawa ich wpisania się w dane środowisko nie jest taka oczywista. Jeśli ktoś uważa inaczej, powinien jeszcze raz prześledzić, co napisałem. To naprawdę są zaistniałe fakty, a nie pisane na potrzeby pomocy producentowi wyimaginowane w wyobraźni wydarzenia. Dlatego biorąc pod uwagę przytoczone koleje losu w sprawie dobrego zgrania się wzmacniacza Mira Ceti z zastanym systemem słowo „na pewno” mogę powiedzieć tylko w jednym przypadku: – to jest idealna propozycja tchnięcia życia w nazbyt zgaszone i ociężałe układanki. Reszta spraw związanych z synergią całości w dużym stopniu będzie zależeć od skuteczności kolumn. Ale tutaj małe zaskoczenie, gdyż gdy od 90-ciu decybeli wzwyż naprawdę nie widzę najmniejszych problemów, to przywołując opisaną historię klubową w walce o posiadanie „Mirki” nie skreślałbym również zespołów nieco trudniejszych. Zbliżając się do końca opowieści i patrząc z perspektywy mojego zestawienia trzeba jasno zaznaczyć, iż testowana integra nie jest audiofilskim Olimpem. Ale spoglądając na jej cenę nigdy do tego nie aspirowała, dlatego bez problemów wewnętrznego spokoju ducha mogę powiedzieć, że mimo innego niż ogólnie panujący wzorzec grania, jest bardzo ciekawą za te pieniądze propozycją. I według mnie od zaproszenia testowanej konstrukcji do siebie nie dzieli Was łatwość napędzenia Waszych paczek, a jedynie decyzja, czy lampa w torze jest czymś, z czym chcecie pobyć na dłużej.

Jacek Pazio

Producent: Fezz Audio
Cena: 8 900 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa : 2 x 8W
Typ układu : Single Ended klasa A
Lampy : 300b x 2 (stopień wyjściowy), 6N8S x 2 (przedwzmacniacz & sterujące)
Impedancja wyjściowa : 4Ω / 8Ω
Wejścia : 3 x RCA
Zniekształcenia THD : < 0,4%
Pasmo przenoszenia : 20Hz-45kHz (-3dB)
Pobór mocy : 80W
Bezpiecznik : 3,15A T
Waga : 14 kg
Wymiary : 340x360x215mm
Sposób ustawiania biasu: automatyczny
Wyposażenie opcjonalne: pilot, HT (pre-in) input

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Już są … pachnące fabryką i syropem klonowym ultra nowoczesne kolumny Paradigm Persona 3F.

cdn …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

I will start this text in a different way than usual, with a low quality charade. So please concentrate and think about the response. What is red and bad for your teeth? Do you know? It is a brick. I know, this is not funny, and in addition a bit contrived, but taking into account the topic of my review, very fitting. But before I continue to the main topic, a short introduction is required. To date we have fought with vibrations at the basis, below the electronics, testing different platforms, supports, feet, cones, and whatever people have invented. But this time, we have the opportunity, to look at things from above and put … a brick to fight vibration. But not an ordinary brick, or even a more exclusive looking one, but a more “technologically” and most of all visually advanced version of a brick, in addition being a German product, the Thixar Eliminator.

In the section about the looks and technologies employed by the tested product, there is not really much to brag about. I mean, when we are talking about the looks of the Thixar, then we cannot say one bad word about it. Not only it comes in a nicely looking wooden box, with the company logo on top of it, and with the interior covered with grey sponge, it looks very elegant, you might say exclusive. The chromed carcass with rounded edges is a kind of cover, an external coat for a company created gel mixture with complicated composition, described by the manufacturer as matrix. On one hand it feels a bit like sorbotane, a material used in anti-vibration supports made by IXOS for example, but it is much harder and inside its rubbery structure you can see some particles of another material. But enough about what it actually is, what matters is, that it clings perfectly even to very rough surfaces, leaving no dirt or oily traces behind. In terms of technology and theory the influence of the Eliminator covers frequencies below 100Hz, where it lowers vibration by around 20dB.

According to the manufacturer the Eliminator is the third and last element of the fight with vibration, so you should take care of the first two elements beforehand. You should start with isolating the electronic device from the ground/support it is placed on. This was not so difficult, as together with the “brick” we received to sets of Thixar Silent Feet Basic (the test will be published shortly) – anti-vibration feet. So we can cross out one element. Another stage is to minimize the vibration of the support itself, meaning the rack on which our beloved stereo is standing. This was also easy, as I use the Rogoz Audio 4SM3 rack, as well as a very heavy commode made from solid wood, which has a decorative and expositional task, and both are not prone to vibrate. So we can start with the main ceremony of the evening and with the fanfares sounding place the Eliminator on the chosen piece of my equipment. In my case I could only use the amplifier for the test, as my sound source (or sources – Ayon CD-1sx / Ayon CD-35) do not allow to place anything on it/them, unless you want to have some toast. In addition, it turned out, that the biggest influence of the Eliminator was heard, when it was placed on top of the potential source of vibration, in this case the transformer, so it was the place I decided to put it for testing.

So how does the placement of the Eliminator in the system show itself? Well, the sound of the stereo becomes better, and that in a way, that allows to define it. This is not something on the verge of perception and self-suggestion, but something true and repeatable. Although… I might have exaggerated with the decisively positive influence, because I know people loving flowing, shapeless and mudded bass, and the Thixar is fighting exactly such pathologies. “The brick” disciplines, contours the lower octaves, and at first due to that it might seem, that there is less of it. However in a moment you will realize exactly the opposite, that there is more bass. A paradox? Not really, as due to squeezing the volume loses some content, the spongy nature is lost, but it gains on density and reaches deeper. To put it more picturesque – it becomes less fuzzy and undefined in the lowest registers. The same thing happens, when we are active during summer. Seemingly we weigh the same, but instead of sitting behind a desk and eating junk food we spent the days swimming, diving, playing beach ball, walking or cycling and our diet was full of fruit, fish and other healthy food, what burned our fat and converted it into muscle.
To feel the difference you do not need to reach for “Khmer” Nils Petter Molvaer, because the changes will be clearly audible even on the live album “Pulse” Pink Floyd. Thanks to the “brick” we will be able to feel the pulse of the crowd gathered during the concert. This is a kind of sub-sonic base giving us the feeling, that we are not lone listeners, but among a crowd of thousands more, evenly mad about music as we are. And David Gilmour himself can also sing a tad lower and enchant more with the timbre of his voice, what was a very positive experience, I must confess.
Also with recordings where bass is the lead and skeleton of the whole event the improvement cannot go unnoticed, as it was with the album “Afrodeezia” Marcus Miller. The precision of the presentation of how the leader plays his instrument, all the little things hidden somewhere in the back, everything gains freshness and palpability. But this is not artificial, there is no “sampler-like” sharpening, as I tend to call this effect, only an improvement of clarity, resolution of the sound picture, done not by interpolation, but by removal of the to date “almost” transparent layer of artifacts and distortions. The difference might not be big, but the effect is much better.

I am absolutely aware, that for the people wanting to stay firmly on the ground, the described accessory is pure voodoo, and just another try to gain money from audiophiles, to have them spend money on completely useless items. But before those of you, who are in this group, start to think of us as charlatans, fairytale writers and touts, like the legendary “Mr. Tambourine Man”  from the Bob Dylan song, I propose you a small experiment. Please listen to your beloved piece of music, and then place on your amplifier (but not on a tube one!), or another device from your sound chain, a heavy book, like a cookbook or similar, and listen to the same piece again. If you hear any difference, then… please do not thank me, but please believe me, that the Thixar Eliminator will fare much better as an elegant ennobler.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx; Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Digital player: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Phonostage: Abyssound ASV-1000
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinion 2

The game with audio-voodoo products has a few levels of madness, different than you might think. Why? Well, for many music lovers, even something that seems the basis of the synergy of a system, juggling with cables, power or loudspeaker ones, is already a sign of mental disorder. So please imagine what happens, when we deal with more underground accessories, like fuses, power sockets, cable supports or loudspeaker spikes. And when someone thinks, that there is no bigger absurd than the list just mentioned – I am talking here about audio-sceptics, we come with a test of something, that looks like a heavy brick of metal, and according to the manufacturer, can influence the final sound of a system. Impossible? Not at all, as I have the pleasure to invite you to the test of a magic cube, coming from Germany, from the company Thixar and called Eliminator. Finishing this introductory chapter I will only mention, that the company is represented on the Polish market by the Lodz based company Core Trends.

The description part of the product will be quite short, as the construction is quite simple. The thing I received is composed of two parts, not very complicated visually. The main – internal – part is a rubber-like brick, with dimensions of 14 by 9cm, rather heavy, to which an external, chrome plated carcass is mounted. The final dimensions are 15 by 10cm. I must confess, that those two modules bring a significant weight on the counter. And this is what those two parts, combined together, should do, they should eliminate vibration using their significant mass, and by that perform some sonic wonders. What wonders? About that in a moment, as before I finish this part of the text, I must tell about the final visual finish of our “brick”, which is a perfectly milled logo of the manufacturer, and a nice wooden box which was used for transportation packaging.
Before I start ennobling the Japanese set with the received weight, I need to ask myself one question: “Can this contraption work, and if yes where?”. If it does not have any emitters/absorbers of magnetic fields, the only concept that seems feasible, is to place the Eliminator close to objects vibrating inside your gear, like transformers, or on top of not so heavy devices. Of course those are only considerations of a not very technical oriented representative of the homo sapiens, and might not be too close to the intentions of the manufacturer, so it might not be bad to borrow it from the distributor and put on anything we want. Maybe you will hear something, but having many better ideas for spending my free time, I tested the brick on the places I suspected of having any influence on the sound. So the first place I put the silver brick on was the DAC. I will not be very original when I tell you, that the list of further devices was closely related to their weight, so those were the drive, the preamplifier and finally the power amplifier. And what was the effect? Here I need a little introduction. It is about the fact, that not very resolving systems might experience the influence of the Thixar on the verge of perception. Fortunately, my Reimyo system, which I set up for years, has a substantial package of information at its disposal, so I heard a bit more, than in the Audiophile and Music Lover’s Club. It was not an avalanche of changes, but just a bit more of that, what I heard before. And what was that? Colloquially speaking, the performance became heavier. But please do not think that this was a derivative of putting a weight on an enclosure of a device – that would be an unauthorized malice; it was an increase of the amount of lower midrange and bass in the music reaching my ears. What was important, is that while in the club changes in drums and percussion were the only perceivable nuance, at home, I could hear, that lower vocals are gaining on that too. And this resulted in the music I heard becoming more to the point and putting more emphasis on the first plane. It was not that the breath of the stage suffered on that, but I felt clearly, that the vocalist – in this case John Potter in the compilation “Being Dufay” became more privileged. Indeed, all the electronic overdrives and low murmurs, there in the project – yes, this side of Potter is not well known – also gained on that. But as John was the front man, he gained most of the effects of the silver brick. Interestingly, this happened despite him being the vocal artist of the session, what placed his colleague, Ambrose Fiedl, manning the keyboards, to be only in an accompanying role. Frankly speaking, each change of repertoire brought the same changes, with the shortcoming, that the lesser quality of the source material, the less changes were heard. Finishing this review, a bit finger-pointing review, I will just mention, that the further we went, the heavier the device the Thixar was placed on, the lesser was its influence. So with the pre it was already minimal, while with the power amp it was close to none. Conclusion? As I mentioned, the weight of the device played here the biggest role. My DAC weights about 6kg, and when it was nailed to the rack with a brick weighing about half of it, then it started singing. However when the unit has the size and mass of a body builder, then things start to fade. Of course, when thinking about the pros and cons you need to consider the vibration cancelling of the device you want to put the tested German product upon, but this topic is very broad, and I stopped thinking about it quickly. Will there be more in-depth and longer descriptions of the changes introduced? As I am having lots of esteem for all of the readers I will not go that far, and I will finish my text here and now. I hope, however, that this will be a good starting point for you to dig deeper in all the nuances by yourselves. It is up to you.

I do not know if I encouraged any of you to play around with the Thixar Eliminator, but that what I heard might be an interesting experience for many. I will even say more, it might be the final touch of a system in the direction of its full synergy. But I repeat, a touch, and not a putting an anorectic on steroids. Why am I emphasizing this so much? Not that I want to defend myself upfront, but that what wrote is just a final touch. For some it might be worthwhile, for others not. But only if you check it for yourself, you can respond to the question, if the manufacturer’s claims are true, or just nice words, with which he tries to lure us. One thing I know for sure, borrowing the Eliminator for testing you lose nothing.

Jacek Pazio

Distributor: CORE trends
Price:  1786 PLN

Technical details:
Dimension (WxHxD): 150x100x25 mm
Weight: 1,6 kg

System used in this test:
– CD: ReimyoCDT – 777 + ReimyoDAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: TRELLURIUM Q Silver Diamond
– IC XLR: TELLURIUM Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po „cegle” i podstawkach przyszła pora na pełnowymiarowe akcesoria antywibracyjne, czyli platformy Thixar Silence Plus w ekskluzywnym carbonowym wykończeniu.

cdn …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Z reguły jest tak, że większość producentów elektroniki / kolumn po ugruntowaniu swojej pozycji zaczyna się rozglądać co by tu jeszcze swoim wiernym i bezgranicznie oddanym akolitom zaoferować i jeśli tylko nie wsiąkną w gąszcz akcesoriów w 99% przypadków kończy na kablach. Nie jest to jednak droga na skróty, lecz krok zgodny z logiką i przynoszący obopólne korzyści. Chodzi bowiem o wyeliminowanie kolejnej zmiennej w docelowych systemach a co potrafią zdziałać dobrze, bądź z drugiej strony błędnie dobrane kable nikogo chyba przekonywać nie trzeba. Tymczasem Geoff Merrigan odbył niejako wędrówkę w przeciwnym kierunku, niejako pod prąd – najpierw zyskując rozpoznawalność (i zaufanie) tworząc kompletne portfolio okablowania a dopiero później próbując szczęścia na polu stosownej elektroniki. O jakiej marce mowa? Oczywiście o brytyjskim Tellurium Q, którego wyroby dane nam było poznać w … odwrotnej do rozwoju katalogu firmy kolejności. Nie mam na tę chwilę bladego pojęcia, czy był to wtenczas zwykły zbieg okoliczności, czy też świadome działanie dystrybutora – wrocławskiego HiFi Elements, ale eksplorację audiofilskich specjałów z Somerset rozpoczęliśmy od ultra purystycznej, A klasowej, pracującej w układzie Single Ended … tranzystorowej końcówki mocy Iridium 20 II, by dopiero po ponad dwóch latach pochylić się nad tym, z czego Tellurium Q słynie czyli kablami i to w swojej topowej odsłonie – pod postacią pełnego seta Silver Diamondów (odsłona 1, odsłona 2).  Przeglądając odmęty internetu natrafiłem jeszcze na integrę Claymore i wzmacniacz słuchawkowy, ale ich niestety na żywo nie było mi dane zobaczyć. Mniejsza jednak z tym, gdyż skoro czytają Państwo niniejszy tekst, to cytując jednego obłąkanego kaznodzieję „wiedzcie, że coś się dzieje”. I zaiste dzieje się i to w jakże miłej naszym sercom domenie analogowej a sprawcą dzisiejszego zamieszania jest dość nietypowy – wyposażony w regulowany stopień wyjściowy przedwzmacniacz gramofonowy Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp.

Mam cichą nadzieję, że nie będą mieli mi Państwo za złe, iż w dalszej części posługiwać się będę nieco skrócona nomenklaturą, gdyż akurat tym razem (jakby kiedykolwiek i ktokolwiek na łamach SoundRebels to robił) nikt mi za wierszówkę nie płaci i nie widzę sensu w sztucznym pompowaniu tekstu. Przechodząc jednak do sedna, czyli do bohatera dzisiejszego spotkania uczciwie trzeba przyznać, że o jego wyglądzie też za dużo napisać się nie da. Ot niewielki, zaoblony na krawędziach czerniony korpus od frontu zamyka solidny płat szczotkowanego i anodowanego na naturalny kolor aluminium z nieco uciekającą na prawo gałką regulacji głośności i czterema niewielkimi wgłębieniami po lewej stronie pomiędzy którymi widnieją firmowe inicjały. W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż porównując otrzymany na testy egzemplarz ze zdjęciami (jeszcze) dostępnych sztuk sklepowych okazało się, iż dziwnym trafem my mamy wersję z czarną gałką regulacji głośności a „reszta świata” ma w pełni srebrne rodzeństwo.  Z elementów mogących uchodzić za informacyjno – dekoracyjne wypadałoby jeszcze wspomnieć o nazwie modelu zlokalizowanej w lewym górnym rogu i umieszczonej po przeciwległej stronie, całe szczęście mało jaskrawej, czerwonej diodzie wskazującej na stan urządzenia. Całość usadowiono na czterech, niewysokich, wykonanych z twardej gumy nóżkach przyklejonych do obudowy, które prędzej, czy później (zalecałbym pierwszą opcję) warto byłoby zastąpić czymś bardziej wyszukanym.
Ściana tylna zawiera wszystko to co niezbędne i konieczne. Oprócz włącznika głównego i gniazda IEC będących miłą odmianą dla coraz bardziej panoszących się nawet na dalekich od budżetowych pułapach cenowych zasilaczy impulsowych nie zabrakło dwóch par wyjść liniowych. Pierwsze z nich, opisane jako „Vol” jest regulowane, więc jeśli tylko pragniemy złożyć minimalistyczny system z gramofonu i końcówki mocy, to do pełni szczęścia wystarczy nam właśnie tytułowe 2w1. Druga para RCA  – „Buffer” jest już standardowa – o stałym poziomie wyjściowym. Wejść też są dwie pary – dedykowane odpowiednio wkładkom MM i MC a wyboru między nimi dokonujemy stosownym przełącznikiem hebelkowym, co pozwala całkowicie bezinwazyjnie – bez jakiegokolwiek przepinania i kablowej ekwilibrystyki korzystać z dwóch gramofonów, lub jednego, lecz za to dwuramiennego napędu. Zacisk uziemienia nie dość, że jest poręczny i dostosowany nawet do niezbyt szerokich widełek, to dodatkowo posiada elegancko radełkowaną nakrętkę zapewniającą pewny chwyt.
Jak z pewnością Państwo zauważyliście do tej ani słowem nie zająknąłem się o jakichkolwiek przełącznikach, mikro switchach, zworkach, czy innych ustrojstwach umożliwiających ustawienie parametrów wejściowych i wyjściowych tytułowego phono. Trudno bowiem wspominać o czymś, czego ewidentnie nie widać na zewnątrz. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z sytuacją, gdy każdorazowa zmiana wkładki oznaczać będzie  wiwisekcję trzewi i tamże dokonywanie stosownych nastaw, jak miało to miejsce w Octave Phono Module? Okazuje się, że też nie i TQ rozkręcać nie ma po co, chyba, że ktoś lubuje się wpatrywać w czerwony laminat i klasyczny 30 VA toroid, bądź  scalaki  Analog Devices OP276. Krótko mówiąc Iridium jest równie bezobsługowy co iście high-endowy Phasemation EA-1000. Jak to mówią technologiczne nerdy prawdziwe plug&play i to out of the box. Słowem ideał … przynajmniej w teorii.

Przejdźmy zatem do walorów sonicznych. Nie da się ukryć, że Iridum daje nam wybór kochaj lub rzuć, gdyż trudno mówić tu o detaliczności jako takiej – czysto laboratoryjnie analitycznej, za to o rozdzielczości już jak najbardziej. Niby różnica niewielka, ale jak to zwykle w Hi-Fi bywa diabeł tkwi w szczegółach i aby je wyłapać nie ma sensu prowadzić czysto akademickich dyskusji, tylko najzwyczajniej usiąść i posłuchać. W przypadku tytułowego phonostage’a jest to o tyle łatwe, że już od pierwszych taktów słuchacza ogarnia obezwładniająca niechęć do zmiany czegokolwiek. Po prostu włączamy dowolną płytę z naszej kolekcji i jest pięknie. Absolutnie w tym momencie nie przesadzam, bo TQ z właściwym sobie wdziękiem i rozbrajającym entuzjazmem sprawia, ze do tej pory nieco szare, bezbarwne a i nieraz wyprane z emocji albumy nagle zaczynają mienić się feerią barw, lśnić złotym blaskiem, czarować niuansami tonacji i chwytać za serce. Piszę to jednak z punktu widzenia melomana – hedonisty a nie karykaturalnego trzypłytowego (samplerowego) audiofila dzielącego przysłowiowy włos na czworo, więc proszę wziąć na to stosowną poprawkę.
Pozornie spokojne, ponadprzeciętnie swingujące i po prostu epokowe „Kind Of Blue” Milesa Davisa zabrzmiało dostojnie i swobodnie zarazem. Trąbka „Czarnego Księcia” czarowała, przykuwała uwagę i swobodnie eksplorowała wysokie rejestry pozostając cały czas jedwabiście gładką i pozbawioną nawet najmniejszej ziarnistości. Dół pasma był nieco zaokrąglony, lecz niezaprzeczalnie trzymany w ryzach i nie było mowy o jakimś poluzowaniu. Co najwyżej struny kontrabasu były nieco grubsze a pudło rezonansowe dostało w promocji kilka dodatkowych cm. To wszystko było jednak nic przy koherencji i realizmie kreowanej sceny, oraz namacalności samego spektaklu. Wszystko zostało podane w niemalże kinowej kolorystyce i wielkoekranowej magii. Była w niej jakaś lampowa gładkość i słodycz jakże odmienna od stereotypowej tranzystorowej techniczności. Pozostając w klimatach „wizyjnych” można powiedzieć, że TQ prezentuje obraz niczym wysokiej klasy laserowy projektor a wyceniona podobnie do niego konkurencja osiąga pułap cienkich niczym opłatek ekranów „ciekłokrystalicznych”. W pierwszej chwili może się wydawać, że ich jakość jest lepsza, bo wszystkiego pozornie jest więcej i wszystko jest wyraźniejsze, lecz po kilku minutach na własne oczy się przekonujemy, iż długo z tak przejaskrawionym i przekontrastowionym obrazem nie wytrzymamy. Oczywiście bez trudu można trafić na konstrukcje serwujący ciepły i miły, lecz tak naprawdę przykryty kocem przekaz, lecz tym razem tego typu „wypadkami przy pracy” zajmować się nie zamierzam.
Dzięki wspomnianemu zaakcentowaniu kolorytu i soczystości dodatkowym dostojeństwem, spektakularnością i rozmachem mogą pochwalić się również nagrania, którym i bez tego trudno byłoby pod ww. aspektami cokolwiek zarzucić.  Przykładowo przepięknie zagrany i równie troskliwie wydany „Surge Propera” Józefa Skrzeka swym wolumenem i monumentalnością wręcz wgniatał w fotel nie będąc przy tym przesadnie zwalisty i bezwładny. Spora w tym zasługa niezwykle rzadko spotykanej na tych pułapach cenowych umiejętności zachowania równowagi pomiędzy jakże przez melomanów ubóstwianym wysyceniem a rozdzielczością. Do tej pory sztuka ta udawała się urządzeniom klasy niemalże dwukrotnie droższego Trilogy Audio 907. Piszę to z pełną świadomością, gdyż właśnie z droższym phonostagem sygnowanym przez Nica Poulsona TQ warto porównywać a nie z podobnie do tytułowego malucha wycenionej 906-ki, ponieważ dzisiejszy gość ma nieco więcej do powiedzenia od okupującego tę samą co on półkę sparingpartnera zarówno pod względem barwy, jak i szeroko rozumianej muzykalności. Podobnie wypada jego porównanie z naszym rodzimym Abyssoundem ASV-1000, co niejako jasno daje do zrozumienia, iż mamy do czynienia z produktem o zaskakująco korzystnej relacji jakości oferowanego brzmienia do sugerowanej za niego ceny. W tym świetle trudno znaleźć zatem jakiś racjonalny powód, dla którego Tellurium jakiś czas temu, mam cichą nadzieję, że jedynie uśpiło a nie całkowicie zlikwidowało swój dział sprzętowy i  tym samym skazało miłośników wysokiej klasy brzmienia za rozsądne pieniądze bądź to na polowanie na resztki stanów magazynowych, bądź wręcz na śledzenie ofert z rynku wtórnego.
Na koniec nie odmówiłem sobie przyjemności sprawdzenia jak TQ radzi sobie w mało cywilizowanych klimatach i sięgnąłem nie tylko po najnowszy krążek Metallicy – „Hardwired…To Self-Destruct”, lecz również i „Das Seelenbrechen” Ihsahn. Powiem tylko tyle, że był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Z TQ w torze zrobiło się ciężej, mocniej i brutalniej. Wcześniej „tonizujące” wysycenie nadało całości dodatkowej krwistości i soczystości, co biorąc pod uwagę wykorzystywane w nagraniach instrumentarium spowodowało zintensyfikowanie doznań a lekkie przyprószenie złotem najwyższych składowych pozwoliło na podjechanie z gałką głośności w rejony, w jakie nieczęsto się zapuszczam. Co istotne nawet w kulminacyjnych momentach, gdy na słuchacza waliła się prawdziwa ściana dźwięku nie odnotowałem najmniejszych problemów z wyselekcjonowaniem poszczególnych partii wokalnych, czy instrumentalnych, lecz bądźmy szczerzy – akurat wtedy zajęty byłem chłonięciem całości spektaklu, w czym akurat TQ sprawdzał się wybornie.

Na chwilę obecną trudno mi wyrokować jakie będą dalsze losy „sprzętowej” aktywności Tellurium Q, ale na podstawie wspominanej końcówki mocy Iridium 20 II i dzisiejszego bohatera – Iridium MM/MC Phono Pre Amp śmiem twierdzić, że mamy do czynienia ze  swoistym fenomenem. Fenomenem kwintesencji muzykalności podanej w sposób niezwykle finezyjny a zarazem pozbawiony lukrowej polewy sprawiającej, że po pierwszym zachwycie przychodzi znudzenie. W tym przypadku nuda nie ma racji bytu, gdyż w Tellurium pierwsze skrzypce grają emocje serwowane z iście lampową gładkością a tuż za nimi kroczy całkowicie naturalna i niewymuszona – klasycznie analogowa rozdzielczość. Słowem duża klasa za naprawdę rozsądne pieniądze. Nie wierzycie? To posłuchajcie sami, tylko lepiej się pospieszcie, bo niestety nic nie wskazuje na to, żeby stany magazynowe miały zostać w najbliższej przyszłości uzupełnione.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz: Accuphase C-3850
– Końcówka mocy: Accuphase P-7300
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Thixar Eliminator; Thixar Silent Feet Basic

Opinia 2

Przypatrując się mechanizmom rynku konsumenckiego bez problemu jesteśmy w stanie zauważyć, iż każdy producent bez względu na obszar w jakim się obraca, będąc na fali sukcesu najczęściej stara się rozszerzać portfolio swojej marki. To teoretycznie jest standard, ale jak to zwykle bywa, wyjątki potwierdzają regułę i dla odmiany w dzisiejszym spotkaniu przy muzyce zajmiemy się produktem, którego produkcja nie wiedząc czemu jakiś czas temu została wstrzymana skazując tym sposobem potencjalnych nabywców na przeszukiwanie półek współpracujących z dystrybutorem salonów audio. Nie znam genezy takiego postawienia sprawy – może to zasługa dużego sukcesu rynkowego niedawno testowanego na naszych łamach okablowania i przerzucenie wszelkich sił do działu metalurgicznego, jednak bez względu na przyczyny takiej, a nie innej decyzji właściciela marki, po ciekawym odbiorze jej A-klasowej końcówki mocy postanowiliśmy z Marcinem przyjrzeć się pewnemu maleństwu z segmentu analogowego. O co chodzi? Ano o przedwzmacniacz gramofonowy z funkcją pre liniowego angielskiego TELLURIUM Q, który w nasze spragnione wszystkiego co jest związane z analogiem ręce trafił za sprawą wrocławskiego Hi-Fi Elements.

Gdy spojrzycie na fotografię, możecie doznać szoku, gdyż to, co dotarło do mojej mekki audio, jest tak małe, że nawet nie próbowałem robić panoramicznej fotki poglądowej. To coś ginie nawet na blacie eksponującego je stolika, a gdzie tu mówić o rodzinnej fotce z pełnym testowym setem. Ale ad. rem. Rzeczony przedwzmacniacz gramofonowy jest małą, w wektorze głębokości mocno zaobloną na krawędziach czarną skrzynką, której front dla ożywienia wizualnego konstrukcji wykonano z drapanego aluminium. Niestety, na tym kończy się szaleństwo designerskie, gdyż ów przedni panel bez przeładowania ornamentyką ubrano jedynie w delikatnie przesuniętą na prawą flankę gałkę wzmocnienia sygnału, usytuowaną w prawym górnym rogu diodę sygnalizującą pracę urządzenia i z lewej strony nazwę marki wespół z oznaczeniem produktu, pod którymi swe miejsce znalazło jeszcze otulone zmyślnymi frezami logo brandu. Temat pleców, a w szczególności rozlokowanie jego sporej oferty przyłączeniowej bardzo mocno determinuje niewielka powierzchnia. Na szczęście, mimo wspomnianego minimalizmu, zgodnie z obietnicami dodatkowej obróbki sygnału w domenie pre liniowego , oprócz typowych dla phono wejść MM i MC, hebelkowego przełącznika pomiędzy nimi, zacisku masy i gniazda zasilającego z włącznikiem głównym dostajemy dodatkowo dwa wyjścia sygnału: – jedno jako typowy przedwzmacniacz gramofonowy, a drugie jako sygnał przygotowany do pracy z końcówką mocy. Wiem, patrząc na gabaryty urządzenia wydaje się być tego sporo, co może powodować wzajemne zakłócanie się układów wewnętrznych, ale nie sądzę, aby konstruktor robił coś, co w konsekwencji obróciłoby się przeciwko niemu. Kończąc ten akapit dodam, iż produkt uwalnia nas od jakichkolwiek regulacji, gdyż wszelkie obciążenia dla posiadanej wkładki dobiera sam. Zdaję sobie sprawę, że to wygląda jak mała Zosia samosia, ale kilka wcześniejszych pozytywnych kontaktów z podobnymi rozwiązaniami bez uczucia niepewności pozwalało mi spokojnie przyjrzeć się poczynaniom Tellurium Q Phono.

Na wstępie rozważań na temat bohatera spotkania przyznam się szczerze, iż z powodu potraktowania pracy produktu TQ jako przedwzmacniacza liniowego w kategoriach funkcji dodatkowej, podczas okresu testowego przyjrzałem się jedynie jego możliwościom wzmacniania sygnału z wkładki gramofonowej. A co takiego proponuje nam angielski maluszek? Powiem szczerze, że bardzo piękny, kolorowy, bez specjalnej utraty świeżości świat muzyki. Od pierwszych chwil obcowania z takim brzmieniem okazuje się, że mimo wielu przeciwności losu jakimi obarcza nas egzystencja na tym padole ziemskim, muzyka jest w stanie zrekompensować nam wszelkie życiowe niepowodzenia. Jak? To proste. Wpinasz w tor tytułowy produkt i zatapiasz się w dobrze osadzonej w kolorystyce opowieści muzycznej danego artysty. To jest na tyle wyraźnie odczuwalne, że nawet moja, już w pakiecie startowym niosąca spore pokłady ciepła układanka wyraźnie dała mi do zrozumienia, iż można tym aspekcie jeszcze sporo zrobić. Owszem, odczuwałem pewne uspokojenie górnego pasma i delikatne poluzowanie niskich rejestrów, jednak wszystko było na tyle wysmakowane, że biorąc pod uwagę dzielącą porównywane konstrukcje odległość cenową jestem w stanie życzyć wszystkim konstruktorom, by na pułapie ok. 6 kz wykreować tak ciekawy spektakl muzyczny. Ale ciekawy nie z racji podbarwiania bez zahamowań, czego Anglik wspaniale unika, tylko umiejętnego dozowania poszczególnych artefaktów muzykalności. I w tym momencie chciałbym dotknąć clou tematu dobrego odbioru muzyki, czyli bardzo ważnej dla oddania jej witalności muzyki świeżości. Ta o dziwo – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – przy sporej pracy phonostage’a w domenie wysycania jest zaskakująco dobra. Nie odczuwałem większych uśrednień w odtworzeniu materiału wydrapanego na czarnym krążku, a to bez problemów pozwalało mi zapomnieć o wspomnianym w porównaniu do punktu odniesienia lekkim przesunięciu ciężaru dźwięku o oczko niżej. Co ciekawe, wbrew często powtarzającym się w kilku testowanych konstrukcjach obserwacjom, praca TQ w sferze dociążania przekazu nie powodowała zmatowienia spektaklu muzycznego, na co jestem bardzo wyczulony. Oczywiście na niższych pułapach cenowych, a przez to z założenia jakościowych nigdy nikogo za to nie ganię, ale gdy podczas testu tego nie doświadczam, zawsze warto jest o tym wspomnieć. Aby postawić kropkę nad „i” w opisie angielskiej konstrukcji dodam, że owa pozwalająca wybrzmieć każdej nucie swoboda dźwięku dawała pełny wgląd w tworzącą się przede mną wirtualną scenę. Wszyscy obecni na niej artyści zajmowali wytypowane przez realizatora miejsca, a przejrzystość panującej na niej aury pozwalała czytelnie zdefiniować nawet najgłębiej zlokalizowane postacie i ich instrumenty. Na obronę wyartykułowanych opinii przywołam kilka pozycji płytowych rozpoczynając proces od koncertowego wydarzenia, jakim jest gra Antonio Forcione w quintecie zarejestrowanego przez oficynę Naim Label. Idąc tropem obrazowania zapisu nutowego przez produkt z Anglii dostałem bardzo smakowicie podkreślony w środku pasma spektakl muzyczny ze szczególnym naciskiem na ciężar i kolor strun front mena. To w stosunku do znanego mi ze swojego phono odtworzenia lekko pogrubiło jego riffy i minimalnie spowolniło ich atak, ale nie dostałem przysłowiowej papki, tylko gęstszy punkt widzenia na ten sam aspekt. Będąc do bólu szczerym w wartościach bezwzględnych można uznać to za uśrednianie, ale proszę pamiętać o pozycji jakościowej kontrpartnera tego sparingu. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż reszta artystycznej braci specjalnie nie narzekała na zbyt obfitą masą swoich atrybutów czerpiąc z takiej maniery wszystko co dobre. Kolejnym, również koncertowym spektaklem muzycznym, przez jaki udało się naszemu bohaterowi przeprowadzić mnie w pozie wyczekiwania co będzie dalej, był zapis kilku tras koncertowych Kena Vandermarka zatytułowany „Four Sides To The Story”. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że saksofony aż kipiały od dobrodziejstwa niesionej przez TQ plastyki dźwięku, a stopa za sprawą szczypty masy dostawała nieco więcej wypełnienia, gdyż są to naturalne konsekwencje operowania danego urządzenia w środkowej części pasma. Jednak w tym przypadku, czyli już nie tak realizacyjnie wycyzelowanym materiale jak przez oficynę Naim okazało się, iż na scenie zrobiło się trochę mroczniej. Nadal czuć było bijącą od muzyków energię, ale bez znanej mi świeżości. Na poprawę humoru dodam, że mimo to, zaprezentowany zapis bez najmniejszych problemów informował mnie o niezbyt wielkiej kubaturze goszczącego muzyków pomieszczenia krakowskiego klubu „Alchemia”. To zaś, po akomodacji ze sznytem grania wyspiarza pozwalało przejść nad wspomnianym zagęszczeniem powietrza do porządku dziennego. Przecież nikt nie oczekuje, że phono za tak niewygórowaną cenę będzie walczyć jak równy z równym z kilkukrotnie droższym od siebie przeciwnikiem. A mimo to, według mnie z pojedynku wyszło co najmniej bez nokautu, momentami tocząc walkę (kolorowanie świata), bez najmniejszej tremy.

Gdy rozpakowywałem rzeczony przedwzmacniacz gramofonowy i zdumiony zapoznawałem się z nikłą listą – czytaj żadną – jego możliwości dopasowująco-regulacyjnych do posiadanej wkładki, gdzieś w duchu naszła mnie myśl: „To narobiłem sobie nieszczęścia”. Jednak z każdą przesłuchaną czarną płytą z przyjemnością oddawałem mu należyty honor. Owszem, ma swoje za uszami, ale wyartykułowane w tekście nasycanie przekazu dla wielu melomanów jest przecież clou analogu. Wiadomo, że nawet przy takim ciężarze grania można wyostrzyć krawędzie i nadać świeżości dźwiękowi, jednak najczęściej jest to okupione znacznym przyrostem końcowej ceny. Dlatego analizując co w danym przedziale kwotowym zostało zrealizowane uważam, iż to bardzo dobry za te pieniądze przedwzmacniacz. Jedyną uwagą przed-zakupową z mojej strony jest sprawdzenie, czy aby to, co już posiadamy, czyli docelowy zestaw audio nie jest zbyt ociężały. U mnie mimo startowej barwy i masy współpracujących z Anglikiem Japończyków nie było większych  problemów, ale testowanemu mariażowi pomagała rozdzielczość mojego systemu. W innym wypadku podkręcanie muzykalności choć nie jest to regułą, czasem może się zemścić. Ale, ale, na poprawienie humoru jedno jednak mogę powiedzieć na pewno, wszelkie stare, cierpiące na niedostatki w ciężarze i barwie dźwięku tłoczenia – moja płytoteka w większości składa się właśnie z takich wydań – będą dziękować Wam za wpięcie Tellurium Q PHONO w swoją układankę . Powiem więcej, jestem w stanie za to ręczyć.

Jacek Pazio

Dystrybucja: HiFi Elements
Cena: 6 790 PLN

Dane techniczne:
Liniowość RIAA: +/- 0.5dB
Czułość wejściowa: 2.5mV (MM), 0.25mV (MC)
Impedancja wejściowa: 47 kΩ (MM), 100 Ω (MC)
Pojemność wejściowa: 100 pF (MM), 1000pF (MC)
Wzmocnienie na wyjściu Buffer: 46dB (MM), 66dB (MC)
Regulowane wzmocnienie: 0dB – 53dB (MM), 0dB – 73dB (MC)
Pasmo przenoszenia: 1 Hz – 100 kHz
Separacja między kanałami: 80 dB
Szum: 0.5 µV (MM), 0.34 µV (MC)
THD: 0.003%
Przeciążenie: 14.6 V na wyjściu dla  MM przy 70mV, 14.6V  na wyjściu dla MC przy 7mV
Zasilanie: toroidalny zasilacz 30 VA, pojemność filtrująca 2 x 4700 µF
Pobór mocy: < 10W  (ok. 9.6 W)
Wymiary : 170 x 185 x 55 mm
Waga: 1.3kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA