Opinia 1
Dzisiaj będzie nieco wspominkowo, sentymentalnie i tak jak Zbigniew Wodecki lubił wracać do miejsc, w gdzie już był, tak i my uznaliśmy, iż warto sprawdzić cóż w tzw. międzyczasie się wykluło i co słychać u jednego z coraz lepiej rozpoznawalnego nie tylko nad Wisłą, ale i poza naszymi granicami rodzimego wytwórcy. Krótko mówiąc, po chili przerwy od testów integry A200, dzielonki P300 & M200 i dokładce w postaci zestawu z dwiema końcówkami przyszła pora na krakowską propozycję skierowaną do miłośników czarnej płyty. Mowa o przedwzmacniaczu gramofonowym Circle Labs V1000, który w swych trzewiach skrywa kilka autorskich ciekawostek i z tego co wieść gminna niesie nader skutecznie konkuruje ze zdecydowanie bardziej utytułowaną konkurencją. A jak wypadł u nas o tym już za chwilę.
Na razie skupmy się jednak na jego wielce atrakcyjnej aparycji, bo ta, choć zgodna z obranym u zarania działalności marki kluczem, z racji ściśle wyspecjalizowanej funkcji do jakiej go przydzielono, uległa delikatnej transformacji. O ile bowiem tak integra, jak i przedwzmacniacz na swych charakterystycznych czarnych taflach szklanych frontów mogły pochwalić się dwiema gałkami a końcówkę całkowicie takich atrakcji pozbawiono, o tyle w V1000 liczbę gałek podwojono. Do selektora źródła i typu wkładki dołożono bowiem parkę pokręteł o nieco mniejszej średnicy odpowiedzialnych za wybór krzywych korekcji. Tak, tak. Circle Labs dołącza tym samym do elitarnego grona phonostage’y (jak daleko nie szukając Air Tight ATE-3011, czy Gold Note PH-10) zgodnych nie tylko ze współczesnym standardem RIAA, ale również umożliwiających dopasowanie parametrów pracy do nieco bardziej egzotycznych / historycznych (używanych przed 1954r.) krzywych. Zgodnie z tradycją włącznik zintegrowano z ozdobnym mosiężnym szyldem.
Ściana tylna oferuje dwie pary wejść RCA i wyjścia zarówno w standardzie RCA, jak i XLR. Parametry właściwe używanym wkładkom (10 – 1000 Ω / 0-320 pF) ustawiamy za pomocą stosownych mikroprzełączników a listę zamyka wielopinowe gniazdo zasilania, w które należy wpiąć przewód łączący jednostkę sygnałową z sekcją zasilającą rezydującą w osobnym, mniejszym korpusie. I tu miła niespodzianka, bowiem o ile większości przypadków dołączane przez konkurencję (vide VdH) zasilacze najdelikatniej rzecz ujmując nie należą do najbardziej urodziwych, to ten dołączany do V1000 bez najmniejszych obaw możemy śmiało umieścić na widoku, gdyż mówiąc wprost, choć nie ma szklanej tafli na awersie, to urodą dorównuje swemu pełnowymiarowemu rodzeństwu.
Od strony technicznej mamy do czynienia z topologią dual mono bazującą na czterech lampach e88cc / 6922. Z zasilacza do jednostki sygnałowej trafia napięcie zmienne, które prostowane jest dopiero „na miejscu”. Żeby było jeszcze ciekawiej przed sekcją wzmacniającą MM zaimplementowano nie któryś ogólnie dostępnych step-upów, lecz własnej konstrukcji i wykonania transformator dopasowujący o podwójnym rdzeniu nanokrystalicznym i jednocześnie nawiniętych uzwojeniach wtórnym oraz pierwotnym.
Biorąc pod uwagę, iż do tej pory V1000 dane mi było jedynie słyszeć w dość przypadkowych okolicznościach przyrody podczas minionego monachijskiego High Endu, to do jego testów podchodziłem z zupełnie spokojną głową. W końcu wystawy są od oglądania a nie słuchania, więc skład mniej, bądź bardziej przypadkowych zestawów z reguły wynikają z oferty danego dystrybutora / zależności owej, dystrybucyjnej natury, etc. aniżeli bezkompromisowego dążenia do jak najwyższej jakości dźwięku. Jedyne, czego mogłem się spodziewać, to wynikającej z poprzednich redakcyjnych występów ponadprzeciętnej muzykalności i delikatnego ocieplenia, gdyż właśnie tymi walorami czarowało jego starsze rodzeństwo. Jak się jednak okazało także i te oczekiwania przyszło mi dość poważnie zrewidować, gdyż stojący za tytułową konstrukcją Krzysztofowie (Wilczyński i Lichoń) chcąc nieco przystopować wzrost zawartości cukru w cukrze w „monoteistycznych” układankach lwiej części swej klienteli postawili położyć nieco większy nacisk na liniowość i może nie tyle analityczność, co emocjonalne wyważenie i neutralność. W rezultacie zaaplikowane w trzewiach V1000 lampy pełnią jedynie czysto techniczną rolę wzmocnienia a nie elementów mających odciskać jakiekolwiek piętno, sygnaturę na finalnym brzmieniu. Jak łatwo się domyślić tym sposobem otrzymujemy bardzo rzetelne, dalekie od siłowego zabiegania o atencję słuchacza brzmienie bliższe wzorowej transparentności aniżeli przypisywanym lampom czarowi i magii. Nie oznacza to bynajmniej wyzucia z wszelkich emocji, czy też zdystansowania, lecz raczej dyskretne znikanie w torze i pozwolenie, by reprodukowana muzyka zabrzmiała dokładnie tak, jak została nagrana. Mamy zatem do czynienia właśnie z wierną reprodukcja a nie autorską interpretacją wzmacnianych sygnałów, więc „Hardwired…To Self-Destruct” Metallici z „Cyrklem” w torze dalekie będzie od słodyczy i gładkości a „Vägen” Tingvall Trio od przesadnego ciepła. Wystarczy jednak tylko sięgnąć po „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby, by dać się ponieść pulsującej latynoskimi rytmami estetyce przedwojennych szlagierów. Pojawia się urocza elegancja, pogodna melancholia i pewien sznyt podprogowej patyny. Powyższa repertuarowa przesiadka pokazuje nam również jak różne potrafi być brzmienie fortepianu, który w Tingvall Trio potrafi wręcz oscylować w okolicach szklistości, by pod palcami Rubacalby operować w zdecydowanie niższych rejestrach i bardziej mięsistej konsystencji. Mamy zatem niezbity dowód na to, że rodzimy phonostage nawet nie próbuje czegokolwiek uśredniać i ujednolicać, lecz cały czas trzyma rękę na pulsie i niczym kameleon dostosowuje się do klimatu i estetyki nagrań trafiających na jego wejścia. Podobne różnicowanie zaobserwowałem podpinając pod niego, z czystej ciekawości, oprócz swojego dyżurnego Denona DP-3000NE z założoną firmową wkładką DL-103R goszczący u mnie na gościnnych występach Triangle Lunar 3 z zawieszonym na lekkim carbonowym ramieniu Pro-Jecta reprezentującym obóz MM Goldringiem 1042. I tu różnice były widoczne jak na dłoni, gdyż angielski rylec wyraźnie stawiał na głębokie i soczyste brzmienie w porównaniu do nastawionego na rockowy drajw i timing Denona. Jest to niejako wskazówka dla użytkowników, którzy bądź to posiadają, bądź noszą się z zamiarem dołożenia drugiego ramienia / gramofonu do rezydującego u nich zestawu, że z pomocą V1000 zmiana źródła ograniczać się będzie li tylko do przekręcenia jednej/dwóch (gdy zmieniamy typ wkładki) gałek, więc odpadnie cała ekwilibrystyka z przepinaniem okablowania, o mozolnej wymianie wkładki i jej kalibracji nawet nie wspominając. Warto też poeksperymentować z wyjściami, gdyż jak zdążyłem w części opisowej jego budowy nadmienić Circle Labs oprócz RCA dysponuje również XLR-ami i przynajmniej u mnie potrafił na nich pokazać nieco bardziej otwarte i witalne brzmienie.
Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż Circle Labs bardzo z wielką pieczołowitością operuje dynamiką tak w skali mikro, jak i makro, więc zdolny jest oddać zarówno dyskretną pracę sekcji rytmicznej w niewielkich jazzowych składach, jak i rozmach stadionowych live’ów dinozaurów rocka („Live At River Plate” AC/DC). I tu od razu pozwolę sobie na pewna obserwację, bowiem bas oferowany przez V1000 zazwyczaj jest wzorowo trzymany w ryzach i bardziej kopie aniżeli dudni, więc słuchacze przyzwyczajeni do jego lekkiego poluzowania, czy wręcz niesubordynacji mogą początkowo odnieść wrażenie pewnej jego oszczędności. To jednak jedynie następstwo własnych przyzwyczajeń a nie obiektywna ocena zastanych realiów.
Jak łatwo zauważyć Circle Labs V1000 z jednej strony zachowuje pod względem wzornictwa pełną zgodność z firmowym DNA, a z drugiej – brzmieniowo bezdyskusyjnie ewoluuje ku większej transparentności i liniowości prezentacji. Dlatego też decydując się na weryfikację jego walorów sonicznych we własnym systemie zalecam niespecjalne sugerowanie się jego lampowymi trzewiami, lecz skupienie się na dźwięku bez powyższych obciążeń. Dzięki czemu łatwiej będzie Wam przejść do porządku dziennego nad faktem, że to po prostu niezwykle prawdomówne urządzenie, które robi dokładnie to, do czego zostało zaprojektowane, interpretację reprodukowanej muzyki zostawiając słuchaczom. Czyli Wam. Tylko tyle i aż tyle.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
To, że tytułowa marka mimo dość krótkiego stażu na rynku komercyjnym – naturalnie jak większość tego typu podmiotów na świecie wywodzi się z DIY – zdążyła już skonsumować spory kawałek rodzimego tortu segmentu audio, wie prawdopodobnie większość z Was. A jeśli tak, orientuje się także, iż na obecną chwilę w jej portfolio znajdziemy jedynie konstrukcje z działu wzmacniania sygnału. Naturalnie wszystkie urządzenia testowaliśmy osobiście i był to wzmacniacz zintegrowany A200 oraz sekcja dzielona na bazie przedwzmacniacza liniowego P300 oraz jedynej w trybie stereo lub dwóch (w trybie mono) końcówek M200. I gdy wydawało się, że stacjonujący w Małopolsce panowie spod znaku „Cyrkla” spokojnie mogą odcinać kupony, nie spoczęli na laurach i idąc za ciosem zaproponowali szerokiej rzeszy gramofoniarzom autorski phonostage. Tak tak, jeśli ktoś posiada urządzenia tej marki i w swoim zestawie używa „drapaka”, teraz będzie mógł skompletować sobie niegdyś będącą marzeniem każdego adepta naszego hobby firmową „wieżę”. Sam tak mam z innym producentem i wiem, że mimo, iż wygląd nie gra, spójność wizualna całości zestawu audio na dłuższą metę w kwestii codziennego obcowania wzrokowego jest nie do przecenienia. Jednak zapewniam, myliłby się ten, kto sądziłby, że będąca dzisiejszym punktem zapalnym konstrukcja powstała li tylko jako ładny gadżet uzupełniający firmową piramidkę. To według producentów konstrukcja spokojnie konkurująca z największymi tuzami świata w tej materii, a dowodem na to ma być zaproponowanie nam przeprowadzenia kolejnego z rzędu testu. Takim to sposobem po kilku spotkaniach z sekcją wzmacniającą zapraszam na kilka akapitów o najnowszym dziecku krakowskiej marki Circle Labs w postaci przedwzmacniacza gramofonowego V1000.
Próbując opisać wygląd naszego bohatera. nie będę jakoś szczególnie odkrywczy, bowiem jak pisałem, to zamierzone powielenie pomysłu na resztę oferty Circle Labs. Oczywiście mamy do czynienia ze znakomicie zaprojektowaną od strony estetycznej prostopadłościenną skrzynką z czernionym szklanym frontem. Ten ostatni zaś oprócz zorientowanych na zewnętrznych rubieżach dwóch średniej wielkości oraz w nieco węższym ustawieniu nieco mniejszych gałek pozwalających dokonać wybranych ustawień dla wykorzystywanej wkładki, w celach designerskich na dolnej i górnej krawędzi ubrano dodatkowo dwa akcenty wykończone w złocie. A to nie koniec fajnych zabiegów sprzyjających dobremu wizualnemu postrzeganiu konstrukcji, gdyż reszta obudowy, a w szczególności jej górna połać również idą tropem ciekawego wyglądu. A zrealizowano go przedłużeniem z frontu na górny panel, będącej platformą dla włącznika urządzenia złotej wyspy, wytłoczeniem w centrum dachu urządzenia wielkiego logo marki i okalaniem go w tylnych parcelach bokami różnej długości blokami ażurowych otworów wentylującymi trzewia konstrukcji. Być może słowa tego nie oddają, ale zapewniam, na żywo projekt prezentuje się znakomicie. Jeśli chodzi o kilka informacji technicznych, bardzo istotną, a myślę, że dla wielu z Was najistotniejszą jest fakt użycia w układach elektrycznych lamp elektronowych oraz na wejściu sygnału autorskiej wersji step up-a. Naturalnie będąc konstrukcją aspirującą do miana przedstawiciela High End-u V1000 oferuje nabywcy możliwości obsługi dwóch w pełni uzbrojonych ramion oraz dwóch rodzajów wkładek, czyli MM oraz MC, co dobitnie udowadnia bogate wyposażenie tylnego panelu przyłączeniowego. Na koniec dla purystów technicznych jeszcze jedna ważna kwestia, a jest nią wydzielenie zasilania naszego bohatera do osobnej, łączonej dedykowanym kablem z sekcją sygnałową, opatrzonej złotym logo, czarnej skrzynki. Jak widać, pomysł od strony wzrokowej jest bardzo przemyślany. Czy podobnie jest w temacie brzmienia? O tym skreślę kilka zdań w kolejnej części testu.
Zanim przejdziemy do opisu możliwości sonicznych naszego bohatera, kilka istotnych informacji na temat ogólnych aspektów elektroniki spod znaku Circle Labs. Spokojnie, nie jest to jakiekolwiek rozwadnianie tekstu tudzież ratowanie sytuacji, tylko nakreślenie kontekstu, który przyświecał konstruktorom w ustaleniu ostatecznego sznytu grania 1000-ki. Otóż sekcja wzmacniająca „Cyrkli” w każdej konfiguracji w zależności od rozbudowania stawia na mniej lub bardziej kontrolowaną energię i soczystość brzmienia systemu. To zawsze jest poszukiwanie w muzyce piękna za pomocą fajnie podanej krągłości, co z jednej strony jest bardzo pożądane, ale z drugiej wymaga uwagi w konfiguracji reszty toru. Jednak zanim przeszyje Was dreszcz zaniepokojenia, zalecam spokój, gdyż mimo osobistego zetknięcia się z kilkoma konfiguracjami tej marki ani razu nie spotkałem się jakimkolwiek problemem brzmieniowym takiego konglomeratu. Po prostu grają esencjonalnie, ale są na tyle wydajne prądowo, że naprawdę trzeba się postarać, aby zmarnować ich ciekawie wdrożone w życie podejście do świata muzyki. Jak zatem na tym tle wypadł phonostage? Oczywiście w lekkiej, powtarzam lekkiej kontrze. Przekaz stawiał na większą szybkość narastania sygnału i przy tym mniejszą krągłość, a co za tym idzie lekkie utwardzenie oraz mniejsze rozmycie w domenie czasu brzmienia wirtualnych bytów. Czy to źle? Dla mnie wręcz odwrotnie, gdyż dodatkowa dawka opisanej na samym początku, wprowadzanej już przez wzmocnienie krągłości mogłaby spowodować efekt utraty czytelnego umiejscowienia różnie interpretowanych w kwestii energii i ostrości wirtualnych bytów. A tak jako feedback dobrego posunięcia konstruktorów zyskujemy wyraźniejsze ogniskowanie i skupienie w rysunku poszczególnych muzyków, co wespół z lepszą kontrolą dźwięku pozwala usłyszeć więcej wirtuozerii w kreowaniu przez nich świata muzyki i co dla mnie jest bardzo istotne, dzieje się to bez strat w rozdzielczości, co bez szkód dla jakości powala podnieść poziom odsłuchu do granic przyjemnej w odbiorze wytrzymałości słuchu, co jak pewnie pamiętacie, bardzo lubię. Reasumując wpięcie testowanego przedwzmacniacza gramofonowego spowodowało u mnie ważne dla zachowania atrakcyjności prezentacji pilnowanie drive’u wydarzeń scenicznych, które w ciekawy sposób zostały okraszone posmakiem zastosowanych w układach szklanych baniek. A ciekawy dlatego, że oprócz wprowadzenia do dźwięku fajnej dawki plastyki nie odczułem wrażenia jego zbytniego rozwibrowania oraz przegrzania, co z pewnością zniweczyłoby wspominany przeze mnie prawdopodobny plan zapewnienia synergii pełnego kompletu krakowskich konstrukcji. A będąc szczerym pozyskując podczas telefonicznej rozmowy informację, że zderzę się z pojemnikami próżniowymi, byłem prawie pewny, że puszczone samopas w niektórych przypadkach w stylu rockowych popisów mogą być problemem, tymczasem życie pokazało całkowicie inną stronę takiego rozwiązania. Lampy nie narzucały sznytu nawet najprzyjemniejszego, ale jednak przegrzania prezentacji, tylko bez strat w szybkości narastania sygnału umiejętnie ją koloryzowały, co w moim odczuciu idealnie wpisuje się w pomysł zafundowania sobie firmowego kompletu ze wzmocnieniem włącznie.
Przybliżając nieco efekt działania Circle Labs V1000 na bazie słuchanych płyt, pierwszym z brzegu bez najmniejszych problemów może być widoczny na zdjęciach najnowszy krążek Joe Lovano z naszym jazzowym teamem Marcina Wasilewskiego „Homage”. Materiał ma kilka zwrotów w kwestii szybkości grania i bardzo często mamy do czynienia z solidną dawką zmieniającej się w domenie czasu, dzięki specyfice obrabiania sygnału przez polski phonostage bardzo dobrze różnicowanej ilościowo energii. Jednak to nie jedyny fajny feedback jego aplikacji, bowiem gdy do głosu dochodziły popisy solowe, przywołane przed momentem pilnowanie rytmu i niezbędnej agresywności ataku w najmniejszym stopniu nie przeszkadzały w pokazaniu nie tylko finezji pracy artystów, ale także zjawiskowości wybrzmiewania wszelkiej maści instrumentarium. Owszem, po korekcie wprowadzonej przez dzisiejszego bohatera na tle testowanych wzmacniaczy z nieco krótszym czasem zawieszenia w eterze i z mniej soczystym impulsem, ale bez obaw, w imię idealnego strojenia systemu wszystko wypadło bardzo dobrze.
Jeśli chodzi o mocne uderzenie, w tej roli wystąpił mój konik w postaci grupy AC/DC „Back in Black”. Tym razem wszystko było na swoim miejscu. Dostałem odpowiednio akcentowaną agresję, szybkość i uderzenie wespół z bardzo dobrze słyszanym sznytem uplastyczniania całości przez zastosowany zestaw lamp elektronowych. A jeśli tego ostatniego dla kogoś byłoby nazbyt mało, firmowe rozwiązanie kilku stopni dopasowania urządzenia do wymaganego brzmienia używanej wkładki gramofonowej pozwalało zmniejszyć lub zwiększyć tak szybkość, jak i soczystość prezentacji. Ja z uwagi na zbyt mocną zmianę sygnatury grania systemu niż bym tego oczekiwał, osobiście pokusiłem się jedynie na inny poziom obciążenia, czyli zamiast 100 ustawiłem 200 Ohm, co zaowocowało zwiększeniem body, a tak naprawdę zastrzyk dźwięcznej soczystości, gdyż na tle mojej codziennej konfiguracji ustawienie fabryczne wartości w V1000 było zbyt oszczędne w ważne dla mnie aspekty pozwalające dojść do sedna muzyki. Ale po to są właśnie tego typu możliwości, aby z nich bez oglądania się na poprawność polityczną świadomie korzystać. Ja tak zrobiłem i zespół z mojej młodości kolejny raz wypadł bardzo dobrze.
Czym zachęcę Was do jeśli nie nabycia w ciemno, to choćby wypróbowania testowanego w tym rozdaniu rodzimego phopnostage’a Circle Labs V1000? Po pierwsze dzięki możliwości podłączenia dwóch wkładek oferuje poszukiwaną przez wielu wielofunkcyjność. Po drugie mnogość regulacji teoretycznie mających wpływ tylko na wkładki MM, ale znakomicie słyszalnych także w wersji MC sprawiają, że można idealnie dobrać interesujący nasz sznyt grania systemu. A po trzecie nawet przy zalecanych „fabrycznych” nastawach to co oferuje, dzięki umiejętnemu wkomponowaniu w układy elektryczne lamp elektronowych jest znakomitą ofertą brzmieniową nawet dla najbardziej wymagających melomanów. Z jednej strony dostajemy odpowiednio szybki i agresywny, a z drugiej naznaczony nienachalną plastyką lampy przekaz. Jednym słowem krakowski przedwzmacniacz gramofonowy oferuje nam muzykę przez duże „M” na bardzo wysokim poziomie jakości. To naprawdę świetna propozycja, której podczas poszukiwań tego typu urządzeń. nie należy lekceważyć nawet w zderzeniu ze światowymi tuzami.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent: Circle Labs
Cena: 43 900 PLN
Dane techniczne
Wzmocnienie: 65/70dB (MC); 45 dB (MM)
Wejścia: 2 pary RCA
Regulacja obciążenia wkładki: 10-1000 Ω; 0-320 pF niezależna dla każdego z wejść
Wyjścia: para RCA; para XLR
Zakresy krzywych korekcji: 230; 318(riaa); 400; 630(μs); 100; 75 (riaa); 50; 25 (μs)
Długość kabla zasilającego: 1,2 m
Lampy: 4 x e88cc / 6922
Wymiary (W x S x G): 130 x 430 x 365 mm (przedwzmacniacz); 83 x 98 x 210 mm (zasilacz)
Waga: 9,5 kg (przedwzmacniacz); 2,8 kg (zasilacz)
Opinion 1
I already had the opportunity to have a successful test session with the eponymous Polish brand Destination Audio. And this brand has already a fair share of success on the market. Diehard users of analog know very well, that the hero of that sparring was, in my opinion, one of the best phonostages available on the market. It used the WE417A tubes throughout. As befits a responsible representative of extreme High End, the design is very elaborate, because it consists of an uncompromising power supply and an equally meticulously constructed amplifying section, that works with the delicate signal from the phono cartridge. And this is not all the important information about it, because for fans of this type of technical solutions, an additional flavor is the fact that in the bowels of this phono preamplifier the manufacturer uses only selected NOS (New Old Stock) tubes. I did not delve into the subject of how it deals with this challenge, but the important thing is that it is a kind of standard, that gives a design certain uniqueness. Why do I elaborate so strongly on the issue of the components used by this manufacturer already in the opening paragraph? I assure you that it is very important, because this company, located near Warsaw, also applied the same approach in the case of today’s meeting hero. And the tested hero are the highly effective Destination Audio Nika horn speakers. And those are not typical run-off-the-mill loudspeakers, because the drivers used in them are also NOS, but in a technology known only to the brand’s owners, they are properly technically refined or appropriately regenerated in order to achieve the desired sound. This, of course, means that, just like the mentioned electronics, the speakers are made to individual order, which begins the arduous search for components, which, after appropriate „rejuvenation”, would be suitable for use in the ordered product. And the best thing is, that despite such restrictions, there is no shortage of orders. Intriguing? Do not worry, this is a rhetorical question, because I am sure it is. And if I am not mistaken, I have no choice but to invite you to a few paragraphs about what happened to me during a dozen or so days of communing with the already mentioned Destination Audio Nika.
Let us not fool ourselves, Nika is a huge loudspeaker. Maybe not high compared to my German ones, but being forced to neatly fit a bass speaker with a large diameter and at the same time secure sufficient volume to offer a good quality lower range, they are unnaturally wide and deep. Fortunately, the designer civilized them a bit and from the wide obverse of their casing, decorated with vertical rubber bands a la Sonus Faber, they relatively quickly converge in a smooth arc to a single sharp edge of the reverse. That is why I have to admit, that at the beginning, the Nika slightly intimidated me, even though I am in contact with large loudspeakers on a daily basis, but they also quite quickly gained my recognition thanks to the described design. Probably a very important role in such a metamorphosis was played by the beautiful natural veneer finish, of not only the main box, but also the large enclosure on top of the main chassis, rounded similar to the side walls, horn enclosure for the midrange section. An additional curiosity is the application of the tweeter under the rubber bands above the bass driver. As for the connections, each loudspeaker is equipped with single terminals on the inside of the box. Of course, following the number of vintage, but revived, drivers used, as I mentioned in the opening paragraph, we are dealing here with a 3-way design with an sensitivity of 99 dB at 8 Ohm.
What did the slightly squat Polish speakers, but equipped with large-diameter bass drivers desired by the majority of music lovers, treat me to? Of course, what I expected, i.e. a pleasant to the ear and very desirable by a large group of instruments flavor of cellulose in the creation of virtual entities. You could hear it from the first note. However, what is very important, everything is served with great taste and coherently as rarely before. The point is, that despite the large size of the horn waveguide for the midrange section, a significant part of this band was also reproduced by the lower range driver, and the tweeter in the center of these two sound generators, in order not to spoil the great consensus between them, did not jump ahead of the line with excessive expression. I will not say, sometimes I had the impression that perhaps it was a bit too conservative, but during a telephone consultation with the constructor, I found out that this was intentional. The treble is supposed to be a properly integrated spice, not self-paced, and thus degrading, to the aesthetics of equal sound. After such an explanation of the matter, everything became clear and after accommodating with the proposed look at music in the aesthetics of the splendor of this type of construction, I was happy to start verifying the capabilities of the tested Nika. And I will not say, thanks to the described aesthetics I had many interesting reproduction of music that I seemingly knew inside out, but as it turned out, with one small „but” – it was completely alien to me, when looked at from this side. What is the deal with this „but”? Well, the speakers are large and with a large horn reproducing the center of the band, so due to the too small distance to the listening position, caused by the limitations of my premises, building the reality of the virtual stage in the domain of depth suffered a bit. The sound simply had no chance to fully consolidate the sources. Of course, you could hear a nice depth, but I had the opportunity to meet these speakers in a different reality, and I know that developing vast amounts of space behind them is something they master with ease. But I can assure you, what they presented clearly showed why many of you like in such constructions. A large bass driver meant a fast impulse of the lower range, which allowed the music to maintain the right timing even in the most demanding passages of the double bass and the contour of the projections of the instruments playing in this band, and the cellulose coating gave the music a touch that has long been considered a model of the natural school of playing of a system. Of course, taking into account my amplification section in the form of a powerful transistor, not entirely fitting in the ideal canon of configuring effective speakers with a delicate tube, but the presentation that was the result of the marriage of what I have at home with those phenomenal speakers was top notch.
To confirm that, I did not have to look long, because the first thing I saw was Michel Godard’s album with an arrangement of C. Monteverdi’s baroque music „A Trace of Grace”. Naturally, I am thinking first of the excellent performance of the serpent (a multi-coil horn) used by the frontman, with a specific timbre of sound, with its nasality and phenomenal depth of decay. I have admired it many times, but in the performance of the Nika speakers it was a masterpiece. As for other aspects, the saxophone showing the wood of the reed and the fully controlled bass guitar, phenomenally floating on the floor with the modulation of each sound, but without any signs of blurring, sounded equally excellent. I have heard them in many hardware adaptations, but this one was like coming from a different fairy tale. Analyzing this album, I could write paeans for a dozen or so sentences on literally every topic of this production, but knowing that I mentioned the most important aspects, I will move on to another repertoire, take from the opposite side of the barricade, a strong hit with rock madness.
What landed in the player? Of course, AC/DC with my favorite album „Highway To Hell”. Effect? Well, the coating of paper and the use of it on the speaker diaphragms created a kind of feedback, that resulted in the hardness of the presentation of the lower and the mid ranges, and the clear toning down of the treble did not allow for perfect saturation and rendering the juiciness of the energy of guitars or screaming vocals. The speed of the signal rise was very good, but paper and rock or electronic music tirades unfortunately do not go hand in hand, because the latter are too sparse in the domain of roundness, juiciness and sonority. And we all know that without a strong depth of energy supported by a slight madness of the upper range, such music simply will not strike us in the good sense of the word, and this is one of the conditions for its good reception. So is this a problem for our heroines? In my opinion, nothing of the sort. You cannot blame a given design for not rising to the heights of presentation quality in a material that it was never really intended for. But so that we understand each other well. This does not mean that you cannot commune with rock outlaws with a “paper style” of playing, because everything will depend on what is playing in someone’s soul. As far as I know, the manufacturer does not have the slightest problem with this, so there is really no problem as such, and the only variable affecting their reception is our taste.
Who would I recommend the Destination Audio Nika speakers to? It is obvious, is it not? Of course, to all fans of lax, but also fast and, in addition, with a taste of nicely applied cellulose sound of their system. Polish loudspeakers do what they do, they do so phenomenally, that I give potential interested parties literally a few bars of music to fall in love with them forever. And what about other freaks? Well, you will never know. Of course, a large group also has a great chance to get “cooked” by them. However, there will certainly also be those who will be completely out of step with the product, that is the source of today’s epistle. But as I mentioned, this will not be the fault of the speakers, but the final aesthetics of the sound, which is the result of premeditated choices made by the designer. Finally, I will only add that, in my opinion, the choices made were very successfully implemented.
Jacek Pazio
Opinion 2
Although the halfway point of May has just passed and we are slowly getting back on track after the Munich marathon, by a strange coincidence as part of today’s meeting we had to face a rather unexpected snapshot from … the past. Do you remember the 2023 Audio Video Show in Warsaw? I assume that, like us, at most so-so; rather on the basis of a general, collective impression and through a slight fog, than with a detailed virtual route and a precise list of visited rooms and systems heard. Meanwhile, out of nowhere, in the spring, almost together with the storks, we received the majestic Destination Audio Nika speakers, taken directly from the exhibition. This made us extremely happy, because despite the fact that in the High-end, which is our main area of interest, the concept of mass production has a decidedly different dimension than in the generally available Hi-Fi segment, i.e. instead of thousands, we talk about tens or hundreds of units at most, the perpetrator of today’s commotion operates on even smaller volumes. It is worth being aware that Destination Audio is in fact a micro-entity of almost boutique character, and thus usually making specific models to individual order. Therefore, since there was an oil-scented pair on the horizon, and the will of the manufacturer to provide it to us, we took the opportunity to find an appropriate place in our listening room to have a listen and share our impressions with you now.
As you can see in the photos above and on the standard teaser in the form of an application-unboxing session, the appearance of Destination Audio Nika is far from the contemporary, generally accepted standards, promoting slender, almost anorexic standards of beauty. Here we can rather talk about truly Rubenesque curves, because the squat shapes of the Polish speakers are undeniably absorbing, both in terms of style and size. However, they have a native beauty sewn into their DNA, identical to solid, timeless furniture, which is chosen not for a season or even years, but for decades. Much of this is due to the beautiful natural veneer and sexy curves that slightly soften the spaciousness of the structure. However, as you can easily guess, the dimensions are not a derivative of the complexes of their creator, but result directly from technical requirements. We are dealing with modular designs, i.e. a large box capable of accommodating a 16″ ALNiCo woofer and a compression tweeter hidden inside a small tube and a midrange horn mounted on it. Fortunately, instead of the standard, „rag” grilles, it was decided to use a string variation, known m.in. from the Sonus Faber speakers, so although the protection of the drivers can be safely considered purely illusory, the degradation of the sound through the above-mentioned accessory is almost negligible, and at the same time the „large-caliber” outlet of the bass-reflex channel located on the front does not breathe straight into our face and does not tempt the underage progeny to verify the possibility of feeding it with a toy, or God forbid, a sandwich or a banana. Both due to the roundness of the bodies, and probably for purely practical reasons, the speaker terminals will not be found „on the back”, but on the inner side walls, and thus we can confidently talk about the left and right speaker.
On the electrical side, we are dealing with three-way designs with an sensitivity of 99 dB and an impedance of 8 or 16 Ω, depending on the expectations of the recipient.
Moving on to the part devoted to the sound of our guests, I am once again tempted to reach for the famous sentence „Lasciate ogne speranza, voi ch’entrate” from Dante Alighieri’s „Divine Comedy” not so much as a precaution, but as a subliminal warning. There is no denying that the Destination Audio Nika sound in an aesthetic so different from modern standards, that it takes a long time to get used to this signature and only then start wondering whether we like what we hear or if it does not necessarily meets our expectations. To put it bluntly, we get something like the sound for which „pilgrimages” go to Munich every year to taste the specialties served by the Silbatone team from restored, usually cinematic, and over a hundred years old, tube speakers like the Western Electric 16A from 1928.
And just for the sake of clarification, I would like to mention that we conducted the auditions both with our working in class A Gryphon Apex, outputting 200W, and with the GM70 amplification waiting for its proverbial 5 minutes. Thanks to this, we were able to verify that although both the solid-state and the tube are able to get along with those speakers, in the long run they are more comfortable with vacuum tubes. Maybe you lose some control and dynamics, but the equivalent in the form of tangibility and organicity of the sound usually turns out to be fully satisfactory. However, to be clear – the aforementioned organicity should be looked at not through the prism of caramel stickiness and shiny icing, but through the texture of the „paper”, the signature of which is not subject to discussion even for a moment. Therefore, orthodox acolytes of both all kinds of hard membranes and polypropylene derivatives are asked to be a little more open than usual, and the other, much less disgusted, recipients can approach the subject without much prejudice. There is a certain undeniable old-school or even vintage style in the sound of Nika, but at the same time this apparent anachronism cannot be denied charm and nostalgic beauty. This is clearly the same as the aesthetics of Michael Bublé’s and Melody Gardot’s recordings, or the slightly harsher climates, thanks to which Greta Van Fleet turned the musical table, where we are supposedly dealing with an undeniably modern performer, and at the same time we evidently, thanks to a magic vehicle, commune with sounds that have been transferred to our times from the 50s or 70s of the past era. There is a strong, forward-fed midrange, a truly concert-like, proper bass, which you expect when looking at the size of the woofer, and a treble that complements the whole, which focuses mainly on communicativeness and only then at any audiophile refinement. And it is not about its offensiveness, but only about maintaining aesthetic consistency with the rest of the band reproduced by the tested speakers. That is why Greta Van Fleet’s distorted guitars sound so feisty and, contrary to appearances, authentic. In addition, on the level of authenticity and spontaneity of Led Zeppelin – with „crunchy” drums, where we have a hit and an attack, but at the same time no one expects a bass drum venturing into the deepest recesses of Hades. It is hard, with slight dryness, but at the same time the sound has extraordinary freedom and immediacy. And that is how it should sound, so there is no need to punch a hole in the whole thing. And if it is supposed to be denser and „nicer”, it is enough to go back to Bublé and Gardot, where both the orchestration and the vocal layer will take us back to the times when milk arrived at the door in glass bottles and it could be made „sour”; when in the (black and white) TV there was initially only one channel (2nd channel appeared only on October 2, 1970 in Poland), and only three channels on the radio (Radio Three was launched on 1 April 1962). Are we dealing with constructions modelled on the contemporary competition that is good all around? Well, I would not be so optimistic, because from the music genres that I would not necessarily get along with, I would mention heavy electronics in the style of Murkury, SIERRA, or Infected Mushroom, as well as extreme types of metal represented by our Polish Behemoth or Slayer. It seems that you can listen to the above repertoire if you are stubborn, but I must admit that it is a torture for the speakers themselves and for the listener, and I dare say that this is not necessarily what this game is about.
Nevertheless, it should be considered that the Destination Audio Nika loudspeakers are aimed not at a random recipient, but music lovers and audiophiles, perfectly able to define their own expectations, and at the same time exploring more civilized manifestations of musical creativity, more talented representatives of homo sapiens than the exceptions indicated in the previous paragraph. So if you show the above tendencies, with tubes on your way, and you also have at least a 25-meter listening room for listening, then … If only out of pure curiosity, take a look and listen to the tested speakers.
Marcin Olszewski
System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Distributor/Manufacturer: Destination Audio
Price: 55 500 €
Specifications
Frequency response: 25 – 20.000 Hz
Power capacity: 20 W
Sensitivity (1 W/ 1 m): 99 dB
Nominal Impedance: 8 or 16 Ω
Recommended minimum room size: 20 m²
Dimensions (W x H x D): 64 x 125 x 64 cm
Weight: 115 kg
Gdybyśmy na obecną część roku spojrzeli przez pryzmat utartej przez lata sztampowości, teoretycznie nie tylko lipiec i sierpień, ale także kojarzony z latem czerwiec dla będącej beneficjentką naszego hobby branży powinien być miesiącem ogórkowym. Chodzi oczywiście o to, że w salonach audio zapada wówczas handlowy i imprezowy marazm, bowiem spora grupa audiofreaków ten sposób spędzania wolnego czasu w mniejszym lub większym stopniu odkłada na przysłowiową półkę. A jeśli tak, chyba nikogo nie dziwi fakt, że większość podmiotów niegdyś zwanych ZURT-em bez specjalnych fajerwerków ów okres stara się zwyczajnie najmniejszym wysiłkiem jakoś przetrwać. Na szczęście dla w pełni zaangażowanych melomanów „większość” nie oznacza „wszyscy” i jeśli się dobrze poszuka, zawsze znajdzie się jakaś godna wycieczki nawet przez pół Polski impreza. Choćby taka, jaką udało mi się zaliczyć w zeszły weekend w Katowicach. Skądinąd w dwójnasób wydarzenie bardzo ciekawe, gdyż będące wynikiem połączenia prezentacyjnych sił dwóch prężnych podmiotów oferujących szeroki przekrój audio zabawek. Mowa o katowickim RCM-ie i poznańskim Koris-ie, które w dniach 5 – 7 czerwca wspólnym sumptem ugościły sporą grupę kochających muzykę gości.
Jak sugeruje tytuł dzisiejszej epistoły znany całej audiofilskiej braci poznański salon Koris postanowił zawalczyć o klienta wspólnie z katowickim salonem RCM. Powód? Z pewnością jest kilka, ale myślę, że analizując temat tak na szybko są co najmniej dwa. Pierwszym jest zrozumiana ekspansja najnowszej dystrybucyjnej oferty w oddalone od swojej lokalizacji rejony kraju. Drugim zaś zapewnienie jej najwyższej jakości zaplecza sprzętowego wraz z odpowiednio przygotowanym akustycznie lokalem prezentacyjnym. Co mam na myśli? Otóż całość wydarzenia to nic innego, jak przedstawienie szerokiemu gronu klientów przez Poznaniaków nowo wprowadzonych do oferty kolumn litewskiej marki Silent Pound w oparciu o niebudzącą jakichkolwiek złudzeń co do maksymalnego poziomu jakości brzmienia duńską elektronikę Vitus Audio. Moim zdaniem pomysł jest bardzo ciekawy tak od strony technicznej – kolumny to nowość na rynku wykorzystująca ostatnio modne rozwiązanie Open Baffle, jak i czasu realizacji – piję do ogólnego marazmu na rynku w kwestii tego typu spotkań tuż przed wakacjami, co pozwalało liczyć na spora frekwencję. Niestety, ile osób pojawiło się w trakcie 3 dni pokazu z uwagi na moje odwiedziny w piątkowych godzinach porannych nie jestem w stanie oszacować. Jednak już na temat brzmienia przygotowanej konfiguracji przetestowanej bez jakichkolwiek przeszkód spowodowanych natłokiem słuchaczy z przyjemnością coś skrobnę. Naturalnie biorąc pod uwagę odsłuch wyjazdowy z zachowaniem wstrzemięźliwości w ferowaniu ostatecznych ocen, ale ogólny sznyt grania z pewnością opiszę.
W prezentowanym systemie brały udział podłogowe kolumny Silent Pound Challenger II oraz dzielona elektronika Vitus Audio – cd, pre liniowe i końcówka mocy, a całość spięto stosownie dobranym okablowaniem japońskiego Furutecha. Naturalnie chcąc pokazać szerszy zakres oferty w głównej części salonu jako statyczna prezentacja stały jeszcze podstawkowe Bloom. Te bez problemu potwierdzały, że małe jest piękne. A dlaczego opiszę na przykładzie starszych sióstr. Otóż jak unaoczniają fotografie, w kwestii designu i wykończenia kolumny biorące udział w prezentacji to ostatnio modny High Tech. Nie ma się co oszukiwać, aluminiowa obudowa, układ średnio-wysokotonowy w układzie D’Appolito, na jego bokach ukryte za pionowymi modułami otworów komory strojące te zakresy oraz dolne pasmo zrealizowane na wspomnianym układzie Open Baffle jasno dawały do zrozumienia jedno, iż to produkt kierowany do klienteli w pierwszej kolejności stawiającej na nowoczesny design i technologię. Jednak co ciekawe, mimo takiego podejścia do tematu Litwinki wyglądały na tyle przyjaźnie wizualnie, że tak naprawdę powinny spodobać się dosłownie każdemu. Przynajmniej ja tak je odebrałem. Jednak wiadomym jest, iż aparycja to tylko przystawka, dlatego po krótkim zaprzyjaźnieniu się z wyglądem zatopiłem się w ich ofercie brzmieniowej. Jak wypadły? Bez dwóch zdań w estetyce wyglądu. To szybkie, nastawione na bardzo dobry atak, zjawiskową otwartość w kwestii szerokości i wysokości sceny, naznaczone lekkim sznytem brzmienia falowodu głośnika wysokotonowego granie. Granie bez prób siłowego koloryzowania świata muzyki, które mogłoby spowolnić ich zjawiskowy atak, za to bez problemu oddające ducha zawartej w muzyce agresji. Co bardzo istotne, taki sposób prezentacji serwowały od najniższych poziomów głośności, co dla wielu z nas jest bardzo ważną cechą, gdyż mieszkając w bloku dostajemy pełne spektrum dźwięku już przy tak cichym plumkaniu systemu – aby to dodatkowo dostroić, w podstawie znajdziemy dedykowane przełączniki ilości górnego i dolnego zakresu. Czy to oznacza, że kolokwialnie mówiąc potrafiły tylko „krzyczeć”? I tutaj mam dla Was ciekawostkę. Otóż pierwszym fajnym zabiegiem przybliżającym mnie do wizualizowanych wydarzeń scenicznych było lekkie wypchnięcie pierwszego planu przez tubkę głośnika górnego zakresu. Wirtualna scena wydawała się być na wyciągnięcie ręki, dzięki czemu zwiększało się poczucie bycia bliżej artystów. Drugim działaniem poprawiającym przyswajalność przekazu zaś było pozytywne w odbiorze nasycenie dolnego zakresu. Niby Open Baffle powinno uderzać słuchacza szybkim i suchym impulsem, ale w połączeniu z ogólnym sposobem na muzykę kolumn mogłoby to się skończyć przekroczeniem cienkiej linii pomiędzy zjawiskową ekspresją, a zwyczajnym bólem ucha podczas dłuższych odsłuchów. Na szczęście Litwini zdawali sobie z tego sprawę i w udany sposób połączyli bajeczną szybkość narastania sygnału z jego soczystością w dolnym zakresie. Przynajmniej tak to wyglądało podczas mojej wizyty w Katowicach. Z jednej strony było z werwą, a z drugiej z ciekawym podparciem całości sekcją basową. A jak wiadomo, konfiguracja wyjazdowa zawsze obciążona jest pewnymi problemami, dlatego z dużą dozą prawdopodobieństwa sądzę, iż kolumny Silent Pound Challenger podczas wizyty w Katowicach nie powiedziały ostatniego słowa i jeśli nad nimi popracujemy, pokażą się z jeszcze lepszej strony.
Wieńcząc opis mojej wizyty w Katowicach, z kolumnami poznańskiego Korisa w tle, chciałbym podziękować organizatorom za zaproszenie, miłą atmosferę, spełnianie moich muzycznych zachcianek oraz ciekawą brzmieniowo prezentację. Łącząc szybkość i krągłość pewien sposób ciekawie zaskakującą, ale po to są właśnie takie imprezy, aby pokazać, że nie ma jednej drogi na obcowanie z muzyką. Osobiście ten wyjazd zaliczam do bardzo udanych, co jasno pokazuje, że jeśli nawet pojawiają się takie zakusy, hołubienie sezonowi ogórkowemu jest zwyczajnym podcinaniem gałęzi, na której się siedzi. Na szczęście poznańscy i katowiccy przedstawiciele branży audio zdają sobie z tego sprawę i zorganizowali ciekawy miting z nowościami rynkowymi w jednej z głównych ról. Brawo.
Jacek Pazio
Opinia 1
Zakładam, że nawet jednostkom mającym choćby śladowe rozeznanie w tematyce Hi-Fi / High-End niderlandzkiej marki Van den Hul przedstawiać nie trzeba. W końcu to jeden z (naj)lepiej rozpoznawalnych, chociażby z racji stażu, producent wielce szanowanych wkładek gramofonowych oraz nieprzesadzonych pod względem cen a jednocześnie mających ugruntowaną pozycję przewodów audio maści wszelakiej. Jak się jednak okazuje w „pomarańczowym” portfolio można znaleźć nie tylko ww. asortyment, lecz również, na razie oceniając li tylko poprzez pryzmat cen, wysokich lotów … elektronikę. Zdziwieni? Cóż, przecież historia od dawien dawna zna przypadki podobnej niesubordynacji. Daleko nie szukając wystarczy wspomnieć o kojarzonym przede wszystkim z kolumnami Audiovectorze (Zero Compression Avantgarde Arreté), czy Xavianie (Mondiale), którym zdarzały się kablarskie a w przypadku German Physiks (Emperor Integrated), czy Sonus faber (Musica) elektroniczne incydenty. Podobne wycieczki w nieznane mają na swoim koncie również i producenci okablowania, jak chociażby próbujący szczęścia z kolumnami Acoustic Zen (Adagio Junior, Adagio, Crescento, Maestro, Allegro), Vermöuth Audio (Studio Monitor), czy Esprit Audio (Amelia, Lisa). Niemniej jednak elektronika VdH była dla mnie, przynajmniej do niedawna co najwyżej dość egzotyczną ciekawostką nad której obecnością przechodziłem do porządku dziennego widując i podsłuchując wystawowe systemy czy to w trakcie maratonów na monachijskich High Endach (2013, 2019), czy rodzimym AVS-ie. I właśnie niejako w następstwie stołecznego spędu wespół, zespół z Bartkiem z Szymański Audio – nowym dystrybutorem wiadomej marki, uznaliśmy za stosowne nadrobić zaległości i wziąć na redakcyjny tapet składający się przedwzmacniacza liniowego i dwóch monobloków zestaw. Tym oto sposobem w ramach niniejszego spotkania spieszymy podzielić się z Państwem stricte subiektywnymi wrażeniami i obserwacjami zebranymi podczas użytkowania Van den Hul The Emerald & The Excalibur w obu naszych redakcyjnych systemach.
Jak powyższa galeria unaocznia tytułowy tercet prezentuje się nad wyraz skromnie. Ot, trzy niemalże bliźniacze nisko-profilowe korpusy pozbawione jakichkolwiek manipulatorów plus niespecjalnie do nich pasujący wzorniczo zasilacz przedwzmacniacza. Najdelikatniej rzecz ujmując dość skromnie jak na wydatek uszczuplający nasze konto o drobne 150 kPLN. To jednak tylko pozory, bowiem wszystkie obudowy jednostek sygnałowych wykonano z masywnych 6 i 10mm płatów anodowanej na czarno stali. Z kolei boki, zamiast zwyczajowych radiatorów zdobią polakierowane na wysoki połysk drewniane klepki. W przypadku przedwzmacniacza za jedyny (okupujący lewy narożnik firmowy logotyp pozwolę sobie litościwie pominąć) element dekoracyjny możemy uznać centralnie umieszczony niewielki, acz kilkuwierszowy pomarańczowy wyświetlacz. Brak jakichkolwiek pokręteł i przycisków rekompensuje masywny, wycięty z bloku aluminium pilot zdalnego sterowania, z którego pomocą dokonamy nie tylko podstawowych nastaw, co po prostu zyskamy możliwość obsługi samego urządzenia. Rzut oka na nieco cofniętą względem obrysu korpusu ścianę tylną wyraźnie ubogaca wcześniejszy minimalizm. I tu od razu drobna uwaga natury użytkowej, bowiem choć The Emerald ma budowę symetryczną, to gniazda we/wyjściowe nie są ustawione względem wyznaczających oś gniazda zasilającego i zacisku uziemienia symetrycznie, lecz niejako ich układ jest zdublowany. Dlatego też od lewej napotkamy wyjścia liniowe XLR i RCA a następnie naprzemiennie po dwa zestawy wejść XLR/RCA i to z nieco zagmatwaną numeracją (pierwszy XLR ma nr. 2, drugi 1 a RCA odpowiednio 4 i 3), wspomniane interfejsy zasilająco/uziemiające i powtórkę z rozrywki, czyli sekcję wyjściową i wejściową. Niezbyt to logiczne i intuicyjne, więc lepiej gdzieś na podorędziu trzymać zdjęcie pleców w formie ściągawki przydatnej podczas późniejszego okablowywania systemu.
Nijakich kontrowersji nie budzą za to końcówki, których awersy zdobią jedynie centralnie zaaplikowane włączniki stand-by a z kolei plecy mogą pochwalić się pojedynczymi wejściami XLR, przelotką (również XLR) na kolejną końcówkę (przydatną przy bi—ampingu) parą terminali głośnikowych WBT i zintegrowanym z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdem zasilającym. Pewien niepokój może budzić widok dwóch kratek wentylacyjnych za którymi ukryto niewielkie, sterowane czujnikiem temperatury coolery chłodzące znajdujący się za nimi grzebień radiatora. Jednak spieszę wszystkich uspokoić, iż pomimo najszczerszych chęci i usilnych starań podczas odsłuchów nie udało mi się przyłapać Excaliburów na nawet najcichszym szumieniu ww. wiatraczkami, więc albo nawet nie wystartowały, albo zgodnie z zapewnieniami producenta rzeczywiście pracują całkowicie bezszelestnie.
Od strony technicznej przedwzmacniacz pracuje bez globalnego sprzężenia zwrotnego z kaskadowo zaprojektowanym stopniem wejściowym i MOSFET-ami na wyjściu. Sygnał prowadzony jest symetrycznie, więc nawet w 128 krokowej regulacji głośności każdy kanał ma własny układ. Z kolei końcówki dysponują mocą 100w przy 8 i 130W przy 4Ω obciążeniu.
Przechodząc do części poświęconej wrażeniom odsłuchowym pół żartem pół serio mógłbym uznać, iż serwuję sobie swoistą powtórkę z rozrywki – z minionego Audio Video Show, gdyż podczas ww. spędu tytułowy set grał z dokładnie tą samą parą majestatycznych AudioSolutions Figaro L2, która dziwnym zbiegiem okoliczności po wystawie nie dość, że wylądowała w moim dyżurnym systemie, to finalnie w nim została. Niemniej jednak, chociażby przez wzgląd na przypadkowość wystawowego odsłuchu, jak i trudną do pominięcia ilość zmiennych – jak sama nazwa wskazuje wystawa służy oglądaniu a nie słuchaniu, więc uznałem, że nie ma sensu zbytnio sugerować się zasłyszanymi wtenczas dźwiękami. Dałem zatem tercetowi Van den Hul-a carte blanche i bez niepotrzebnych, choćby podprogowych, oczekiwań wziąłem go pod lupę.
Jak bardzo szybko się okazało na tle swego, całkiem niedawno u nas goszczącego, kablarskiego rodzeństwa niderlandzka elektronika nie ma się czego wstydzić, gdyż niejako w swym DNA ma jasno sprecyzowane uwarunkowania i rolę, jaka przypada jej w firmowej układance. Ma możliwie wydajnie wzmacniać dostarczane jej sygnały i przy okazji niespecjalnie rzucać się tak w oczy, jak i uszy. I to właśnie robi, choć śmiem twierdzić, że o ile aparycyjnie rzeczywiście jest nad wyraz mało absorbująca, to brzmieniowo ma zdecydowanie więcej do zaoferowania aniżeli można byłoby po jej wyglądzie spodziewać. Otrzymujemy bowiem, z jej udziałem, niezwykle energetyczny i otwarty przekaz. Co ciekawe owo otwarcie nie opiera się na wypchnięciu, wzmocnieniu góry, lecz niezwykłej namacalności i witalności średnicy, która gra tu pierwsze skrzypce. Dzięki czemu wokale i to zarówno te jedwabiste („Songs” Plácido Domingo), jak i te chropawe („You Want It Darker” Leonard Cohen) a nawet szeleszczące („Quelqu’un m’a dit” Carla Bruni) mają taką siłę rażenia i namacalność, jakby Martin Kantola z Nordic Audio Labs na każdą z ww. sesji nagraniowych dostarczył mikrofony NU-24K. Rozumieją Państwo o co chodzi? To jest ten poziom realizmu i namacalności jakbyśmy stali/siedzieli z nimi (wokalistami, nie mikrofonami) twarzą w twarz, w związku z czym sposób wymowy, artykulacja, jakie by one nie były, są właściwe danemu interlokutorowi, więc przyjmujemy je i z automatu akceptujemy wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza bez szukania dziury w całym, dzielenia włosa na czworo i zastanawiania się, czy przypadkiem tembr nie mógłby być głębszy, sybilanty mniej/bardziej podkreślone a przypadkowe mlaśnięcia, zwilżanie warg głośniejsze/bardziej dyskretne. A tu słyszymy to, co niejako widzimy, mamy na wyciągniecie ręki i cały przekaz nie dość, że w pełni logiczny, to jest przede wszystkim niezwykle koherentny i do szpiku kości naturalny.
Dół pasma początkowo wydaje się pełnić rolę uzupełniającą, żeby nie powiedzieć służebną. Nie absorbuje, nie uzurpuje sobie praw do podzakresów jemu nieprzypisanych i nawet na dość ciemno, gęsto zrealizowanych krążkach („New Moon Daughter” Cassandra Wilson) nie czuje się w obowiązku dodatkowo owego klimatu potęgować podkreślając gabaryt kontrabasu, czy też pogrubiając jego struny. Wystarczy jednak, by na materiale źródłowym znalazł się odpowiednio treściwy energetycznie impuls, jak daleko nie szukając na „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, by na własnych trzewiach poczuć, iż pozornie mało imponujące „na papierze” 100 niderlandzkich watów to nie w kij dmuchał i potrafi zatrząść całym pokojem. Przy czym tercetowi Van den Hul-a udaje się zachować wzorową równowagę zarówno pomiędzy zróżnicowaniem i mięsistością, jak i wolumenem a kontrolą najniższych składowych, więc i tutaj zamiast analizy nasze zmysły bardzo szybko przechodzą w tryb syntezy i relaksu. Gwoli wyjaśnienia tylko wspomnę, iż również cięższy repertuar nie stanowi dla Emeralda z Excaliburami problemu, więc zarówno miłośnicy wyrafinowanych prog-metalowych wygibasów sygnowanych przez ekipy Toola i Dream Theater, jak i brutalnej młócki w stylu Whitechapel mogą z powodzeniem po swoje ulubione krążki sięgać.
No i jeszcze góra, która idealnie wpisując się w estetykę pozostałych podzakresów, w pełni zasługując na miano eleganckiej, czy wręcz wyrafinowanej, a tym samym dalekiej od zbytniej nadpobudliwości i ekspresji, o ile tylko takowe atrakcje na odsłuchiwanym materiale się nie znajdą. Dlatego też choć Roberta Mameli na „Anime Amanti” zachwycać będzie intensywnością i maestrią artykulacji podpartej krystaliczną czystością sopranu, to już drący się jakby sobie przyrodzenie suwakiem od spodni przyciął Marc „Zelli” Zellweger („CURSED” Paleface Swiss) zbliżać się będzie do granicy tolerancji większości ze słuchaczy. Jak jednak łatwo się domyślić ewentualne pretensje o serwowanie takowych ekstremów słuchacz może mieć jedynie do siebie (wybór repertuaru), jak i ewentualnie wykonawcy, jeśli owych wykrzyczanych rejestrów się po nim nie oczekiwał, a nie do tytułowej amplifikacji pełniącej w tym łańcuchu zdarzeń jedynie rolę pośrednika.
Jak mam nadzieję z powyższych wywodów jasno wynika zestaw Van den Hul The Emerald & The Excalibur powinien sprawdzić się wszędzie tam, gdzie poszukiwana jest szeroko-rozumiana muzykalność i swoboda prezentacji. Jeśli zatem średnica jest Waszym oczkiem w głowie a posiadane przez Was zestawy głośnikowe zdolne są oddać zarówno anielskie pienia, jak potępieńcze jęki i dochodzące z piekielnych czeluści infradźwiękowe pomruki, to możecie być Państwo pewnie, że niderlandzki tercet nie tylko niczego dla siebie nie zachowa, to jeszcze, niejako w gratisie, dorzuci podnoszącej przyjemność odbioru naturalnej organiczności i wysycenia. Krótko mówiąc Van den Hul reprezentuje bardzo „ludzkie” oblicze High Endu tak pod względem wzornictwa, brzmienia, jak i cen, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest takie oczywiste.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie oszukujmy się, tytułowy niderlandzki brand przez znakomitą większość populacji audiomaniaków rozpoznawany jest li tylko przez pryzmat okablowania audio. Przez jednych po zastosowaniu w pełnym komplecie bezgranicznie uwielbiane, przez innych przy punktowym użyciu w danym systemie uważane jako niezbędne do odpowiedniego strojenia jego finalnego brzmienia, ale przez symboliczną grupę właśnie ze względu na swój sznyt, o cechach którego możecie dowiedzieć się z niedawno opublikowanej recenzji na naszych łamach raczej omijane. Jednak myli się ten, kto twierdzi, że ów podmiot tylko kablami stoi. A dowodem na prawdziwość tej informacji jest dzisiejsze nasze spotkanie. Skądinąd bardzo ciekawe, bowiem będącą tematem przewodnim elektronikę, tak tak elektronikę spod znaku VDH wspierać będzie wspomniane przed momentem okablowanie z poprzedniego testu. Co zatem udało się ściągnąć na testowy sparing? Otóż miło jest mi poinformować zainteresowanych, iż po owocnych konsultacjach z łódzkim dystrybutorem Szymański Audio w nasze skromne progi zawitał zestaw sekcji wzmocnienia pochodzącej z Niderlandów marki Van den Hul w postaci przedwzmacniacza liniowego The Emerald i dwóch monofonicznych końcówek mocy The Excalibur. Naturalnie jak wspomniałem, całość okablowana została testowanymi niedawno konstrukcjami VDH.
Kreśląc kilka zdań o budowie tytułowych konstrukcji pierwszą istotną informacją jest potwierdzenie, iż tak przedwzmacniacz liniowy, jak i kocówki mocy bazują na tych samych, czyli zunifikowanych wizerunkowo i gabarytowo obudowach. To stosunkowo niskie, ale za to bardzo ciężkie, przy tym dość głębokie i osiągające typową szerokość dla tego typu urządzeń skrzynki, które różnią jedynie wyposażenie awersu i rewersu oraz ilość otworów wentylujących trzewia na ich górnej połaci – naturalnie monobloki z racji osiągania wyższych temperatur podczas pracy mają ich nieco więcej. Jeśli chodzi o fronty naszych bohaterów, pre liniowe może pochwalić się mieniącym się pomarańczową poświatą wielofunkcyjnym wyświetlaczem, zaś końcówki jedynie okrągłymi włącznikami inicjującymi ich pracę. Co tylnych paneli przyłączeniowych pre oferuje nam wielopinowy terminal dla zewnętrznego zasilacza, po dwa wejścia liniowe RCA i XLR, po jednym wyjściu liniowym RCA i XLR oraz zacisk masy, natomiast monosy po jednym wejściu i wyjściu XLR dla wzmacnianego sygnału, pojedyncze zaciski kolumnowe oraz zintegrowane z głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Naturalnie w zestawie przedwzmacniacza standardowo znajdziemy również pozwalającego obsłużyć jego funkcje z miejsca odsłuchowego pilota zdalnego sterowania.
Próbując wprowadzić Was w to testowe rozdanie z udziałem produktów pochodzących z w sporej części depresyjnej części Europy przypomnę najważniejszy wniosek ze spotkania z okablowaniem spod znaku VDH. Oczywiście chodzi o pewnego rodzaju ciekawe w odbiorze uplastycznianie przekazu, które z jednej strony go ukulturalniało, ale z drugiej nie powodowało jego wizualizacji w estetyce jak po zażyciu Pavulonu. Tłumacząc z polskiego na nasze chodzi o to, że muzyka brzmiąc przyjemniej i z większą gładkością nie traciła przy tym umiejętności pokazywania zawartych w niej wszelkiej maści emocji z agresją włącznie. Dlatego we wstępniaku pisałem, że jedni to kochają, inni dozują w swoich systemach wybranym modelem kabla, a jeszcze inni hołubiący latające w eterze żyletki w celu odpowiedniego połączenia ze sobą posiadanego zestawu raczej szukają gdzie indziej. Jak zatem na tle tych trzech opcji zakończył się mariaż tak brzmiącego okablowania z sekcją wzmocnienia pochodzącą od tego samego producenta? Przyznam szczerze, że będących wynikiem tego spotkania aspektów się spodziewałem, jednak nie w aż takim stopniu. Przypuszczałem, że aby dotrzeć do jak największej grupy audiomaniaków przekaz podryfuje w stronę otwarcia w sensie wzmocnienia krawędzi dźwięku przy pozostawieniu tak ważnych dla tej marki symptomów gładkości prezentacji, jednak nie w tak bardzo dużym i dla mnie osobiście znakomicie odebranym stopniu. Mam na myśli to, że owe zmiany przy zbyt małej ofensywności korekty ogólnego odbioru przeszłyby bez ważnego dla elektroniki echa. A tak wzrosła pewnego rodzaju pozytywnie odbierana twardość energii i wyostrzył się rysunek wirtualnych bytów, co zaowocowało tchnięciem w muzykę życia przez podniesienie zawartości w niej pozytywnie definiowanej adrenaliny. Poprawiła się szybkość narastania sygnału, jego puls i dzięki temu mikro oraz makro-dynamika. Dla mnie na tle odbioru samego okablowania to było znakomite powstanie przysłowiowego Feniksa z popiołów. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, to moje osobiste odczucie, a nie autorytatywny wniosek, bo wiem, za co ludzie kochają tę markę. Oprócz dużej dawki esencjonalności lubię pozytywną agresję przekazu, dlatego gdy w moim systemie kompletny set kabli na dłuższą metę jedynie mógłbym tolerować, to już mariaż firmowych frutów z elektronicznymi zabawkami wzbudził zaskakującą chęć pożądania. Dlatego na samym początku wspominałem o wysokim poziomie pozytywnego zaskoczenia po odpaleniu firmowego konglomeratu z Niderlandów.
Na potwierdzenie takiego stanu rzeczy wspomnę choćby o najnowszej kooperacji znakomitego saksofonisty Joe Lovano z naszą formacją Marcina Wasilewskiego, Sławomira Kurkiewicza oraz Michała Miśkiewicza zatytułowanej „Homage”. To może nie jest testowy killer, ale do ciekawego odtworzenia jest dość wymagający materiał, gdyż w sporej ilości utworów mamy do czynienia z tak zwanym graniem ciszą. A jeśli tak, wiadomym jest, że bardzo istotnym jest odpowiednie pokazanie źródeł pozornych w domenie ostrości rysunku podpartego stosownie dozowana energią. I gdy same kable zrobiły to w dość łagodny, a przez to dla mnie nieco zbyt spokojny sposób, to cały zestaw VDH bardzo mocno podniósł poprzeczkę jakości odbioru. Pokazała się niezbędna nieprzewidywalność obrazowania ekspresji poszczególnych instrumentalnych popisów, co tak naprawdę jest clou dobrego zagrania tego typu twórczości. Było po prostu z drive-m i dzięki temu z życiem i wciągająco od początku do końca płyty.
W podobnym stylu oczywiście zaprezentowała się mocniejsza muzyka w stylu choćby „Paranoid” Black Sabbath. W szczególności na pełnym skompletowaniu produktów VDH zyskał kultowy „Iron Man”. Zabrzmiała z wyraźnie mocniejszym akcentowaniem drapieżności i energii, co zaowocowało podkreśleniem w pozytywnym znaczeniu swoistej „komputerowości” kultowych słów z początku utworu oraz wzmocnieniem brzmienia wyraziście podkreślających ich moc brzmienia gitarowego riffu. Bez tego nie osiągniemy niezbędnego poziomu drapieżności tej produkcji, czego w moim odczuciu nieco brakowało podczas testowania samych kabli, a co teraz bez najmniejszych problemów zabrzmiało odpowiednio mocno. Naturalnie nie był to top topów odtworzenia tego krążka, ale na tle pierwszego zderzenia po okablowaniu mojej zbieraniny Van den Hul-em, a obecnie opiniowanym firmowym składem była znaczna różnica in plus. Po prostu chciało się słuchać i to tak jak powinno, czyli głośno.
Mam nadzieję, że z powyższego opisu jasno wynika, iż niderlandzka elektronika jest w pewnym sensie czymś na kształt, w pozytywnym znaczeniu, zneutralizowaniem fajnej, ale jednak maniery umilania świata muzyki przez okablowanie. Oczywiście i jedno, i drugie w znakomitej większości zestawów nie tylko ma szansę się sprawdzić, ale bardzo dobrze sobie radzi. Jednak nie ma się co oszukiwać, testowany dzisiaj konglomerat wzmacniający to ewidentna dawka adrenaliny, co sprawia, że nadal ze sporym spokojem, ale muzyka jest w stanie wzbudzić w nas większy poziom niezbędnej do pełnego wejścia w nagranie pozytywnej adrenaliny. Dla mnie to znakomity ruch, który po posłuchaniu pełnego seta konstrukcji VDH-la dla wielu z Was może być finałem poszukiwań odpowiedniego zestawu audio na długie lata. Naprawdę coś w tym jest.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Szymański Audio \ Van den Hul Polska
Producent: Van den Hul
Ceny
Van den Hul The Emerald: 61 799 PLN
Van den Hul The Excalibur: 45 999 PLN / szt.
Dane techniczne
Van den Hul The Emerald
– Wejścia: 2 pary XLR; 2 pary RCA
– Rezystancja wejściowa: 10 kΩ
– Wyjście: para XLR; para RCA (oba wyjścia są dostępne jednocześnie jeśli impedancja wejściowa końcówki mocy > 10 kΩ)
– Impedancja wyjściowa: ok. 350 Ω
– Napięcie wyjściowe: >= 6 Vss na wyjściu zbalansowanych
– Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 20 kHz, ± 0,2 dB
– Zniekształcenia: < 0,01% (1 kHz) przy 1 V RMS na wyjściu zbalansowanym
– Potencjometr: zdalnie sterowany, drabinka rezystorowa, 128-stopniowa regulacja, 0,75 dB / krok, stała rezystancja wejściowa, maksymalne tłumienie –95,25 dB, regulacja balansu i wyciszenie dostępne z pilota
– Wymiary (S x G x W): 45 x 33,5 x 10 cm
– Waga: 19 kg (bez zewnętrznego zasilacza)
Van den Hul The Excalibur
– Moc: 100 W / 8 Ω; 130 W / 4 Ω
– Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 380 kHz
– Wejścia: XLR
– Wyjścia: XLR (do bi-ampingu)
– Impedancja wejściowa: 33 kΩ
– Zniekształcenia: < 0,1% (1 kHz, 50 W / 8 Ω)
– Wymiary (S x G x W): 45 x 33,5 x 10 cm
– Waga: 26 kg
Opinia 1
Skoro podczas minionego Audio Video Show mogliśmy zapoznać się tak z walorami natury aparycyjnej, jak i z możliwościami brzmieniowymi Gauder Akustik Elargo 200 DV, a w trakcie ostatniego (tak w domenie czasowej, jak i lokalizacyjnej) monachijskiego High Endu dr. Roland Gauder rozbił szklany sufit prezentując najnowsze flagowce – Berliny RC-15, to kontynuując niemiecką sagę, w ramach dzisiejszego spotkania pod redakcyjną lupę weźmiemy ich młodsze, a tym samym mniejsze – łatwiejsze do wstawienia nawet do niezbyt dużych pomieszczeń rodzeństwo. Mowa o modelu Elargo 100 DV, który zgodnie z tradycją, wzorem swoich starszych sióstr pojawił się w naszych skromnych progach dzięki uprzejmości katowickiego RCM-u.
Jak już zdążyliśmy pochwalić się w ramach zwyczajowego unboxingu i co nieco dokładniej dokumentuje powyższa galeria tytułowe gościnie idąc śladami mających na minionym AVS swoje przysłowiowe pięć minut starszych sióstr mogą pochwalić się wielce eleganckim umaszczeniem Rosewood high gloss, choć wypada również wspomnieć, iż odbiorcy gustujący w nieco bardziej funeralnych klimatach mogą pozostać przy ponadczasowej fortepianowej czerni. Same kolumny prezentują się nad wyraz zgrabnie i jak na firmowe portfolio niezaprzeczalnie kompaktowo. Smukłe, liropodobne korpusy, solidny, masywny, poprawiający stabilność cokół z regulowanymi kolcami sprawiają bardzo pozytywne wrażenie. Owe napawające optymizmem doznania potęguje widok ściany przedniej z solidnym zestawem nie do końca oczywistych dla okazjonalnych, bazujących na niekoniecznie najświeższych informacjach, słuchaczy przetworników. Bowiem jeszcze do niedawna niepodzielnie królujących ceramicznych Accutonów tym razem w Gauderach nie znajdziemy, gdyż Dr.Roland uznał, iż górę pasma po raz kolejny obsłuży dobrze znana z serii Capello (np. z 40-ek i 100-ek) 25mm kopułka berylowa z żelazowo-neodymowo-boronowym układem magnetycznym, którą na zamówienie można zastąpić diamentowym odpowiednikiem. Z kolei średnica i bas to już domena powlekanych od spodu polimerem aluminiowych drajwerów XPulse, przy czym reprodukujący średnicę przetwornik otrzymał osobną, zamkniętą komorę a dwa 7” basowce wspomaga dmuchający w podłogę układ bas – refleks. Na chwilę uwagi zasługują będące z racji liropodobnych kształtów skrzyń w fazie zaniku plecy, bowiem zgodnie z tradycją na aluminiowym, anodowanym na czarno i zlokalizowanym tuż przy cokole szyldzie znajdziemy nie tylko podwójne terminale WBT NextGen, lecz również sekcję regulacji Bass Control w zakresie ±1,5db, oraz Bass Extension umożliwiającą aplikację dedykowanych modułów o nominałach +1,0dB, +2,0dB, +3,0dB i +3,5dB (fabrycznie założona zworka zapewnia pracę układu z wartością +4dB). W zestawie owych modułów jednak nie ma, więc podczas działań akomodacyjnych warto uśmiechnąć się do dystrybutora/sprzedawcy o stosowny demo-set i nausznie zweryfikować jego przydatność. Na liście standardowego wyposażenia nie przewidziano również maskownic, acz takowe – magnetycznie montowane bez najmniejszego problemu można również zamówić.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z układem trójdrożnym o 4 Ω impedancji i nieznanej (zakładam, że zgodnie z założeniami dr.Rolanda „satysfakcjonującej”) skuteczności. Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić zwrotnice są symetryczne i charakteryzuje je bardzo strome nachylenie zbocza przekraczające 50dB na oktawę.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu pozwolę sobie już na wstępie lojalnie ostrzec, iż tym razem przyszło nam zmierzyć się z kolumnowym odpowiednikiem jeśli nie Doktora Jekylla i pana Hyde’a to z pewnością Gremlinsami przed i po posiłku po północy. O co chodzi? A o fakt, że w zależności od poziomów głośności w jakich gustujemy Elargo 100 DV reprezentować będą dwojaką i to wyraźnie różną od siebie naturę. Okazuje się bowiem, że przy dość niskich natężeniach dźwięku niemieckie podłogówki wolą dyskretnie usunąć się w cień i zamiast usilnie zabiegać o atencję odbiorców skupiają się na kreowaniu przyjemnego, niezwykle koherentnego muzycznego tła, które niby z jednej strony tworzy nastrój i klimat, lecz z drugiej ciężar zaangażowania przenosi na słuchacza. Scena budowana jest za kolumnami, definicja źródeł pozornych nie pozostawia niedosytu, choć na pierwszy plan wysuwa się swoista eteryczność góry, delikatne emocjonalne wycofanie średnicy i dopełniający reszty dyskretnie pomrukujący bas. Krótko mówiąc to od nas zależeć będzie, czy poza słyszeniem dobiegającej nas muzyki zaczniemy jej słuchać i wejdziemy w nią głębiej, czy też wystarczy nam niezobowiązujące unoszenie się na powierzchni. Jak łatwo się domyślić druga opcja wydaje się oczywista przy wszelakiej maści spotkaniach towarzyskich i home-office’owych pracach koncepcyjnych, gdy cisza jest wysoce niewskazana a jednocześnie wypada skupić się na rozmówcach/zadaniach. I tak wrzucając na playlistę jakieś chilloutowe plumkania, Enyę, bądź „Tourist” St Germain zostaniemy dopieszczeni iście immersyjnymi doznaniami sonicznymi porównywalnymi do kojącego szumu spokojnego morza, lasu, bądź łamów zbóż. Istna sielanka lub jak kto woli mlekiem i miodem płynąca kraina łagodności.
Wystarczy jednak przekroczyć swoisty Rubikon, czyli indywidualny dla każdego systemu poziom głośności, by Elargo nie tyle obudziły się z poobiedniej drzemki, co przeistoczyły w prawdziwe rockowe bestie. I tu od razu drobna dygresja, bowiem bazując na autopsji – użytkowaniu 100-ek zarówno w swoich 4 kątach, jak i ich odsłuchach w OPOS-ie, śmiem twierdzić, że do metamorfozy czego jak czego, ale Watów i Amperów niemieckie podłogówki potrzebują naprawdę sporo. I piszę to z perspektywy (szczęśliwego) posiadacza 300W integry Vitus Audio RI-101 MkII, która przysłowiowy stół bilardowy potrafi nakłonić do grania. Jeśli jednak gałkę głośności przekręcimy odpowiednio mocno w prawo 100-ki przypinają wrotki i zaczyna się rock&rollowa jazda bez trzymanki. Dźwięki z nich dobiegające nie tyle ulegają wyswobodzeniu, co niemalże eksplodują witalnością, energią i swobodą operującymi w wolumenach zarezerwowanych dla zdecydowanie bardziej imponujących gabarytowo konstrukcji. Ot chociażby bardzo „przestrzennie” i niewinnie rozpoczynający się metalcore’owy „Afterglow” Rising Insane, już po chwili potężną dawką decybeli dosłownie wgniata nas w fotel. Tutaj nie ma nawet śladu wcześniej wspominanego wycofania, eteryczności, czy prób ograniczenia się li tylko do muzycznego tła. O nie, tutaj mamy istny cyklon gitarowych riffów, perkusyjnych blastów i odzwierzęcych wrzasków przeplatanych growlem, jedynie okazjonalnie przechodzących w czysty wokal. Berylowy tweeter gdy tylko ma ku temu sposobność udowadnia, że iście krystaliczna czystość bynajmniej nie musi oznaczać zaokrąglenia a więc potrafi ciąć nasze synapsy niczym ognista katana, bas wreszcie wykorzystuje potencjał dwóch par 7” wooferów a i średnica przestaje pełnić rolę lepiszcza obu skrajów pasma i wreszcie pokazuje swoją niezwykle atrakcyjną soczystą komunikatywność. Tak, tak. Soczystą, bowiem tytułowe Gaudery grają właśnie przyjemnie gładkim i wysyconym dźwiękiem zwieńczonym odważną i rozdzielczą górą, co dla jednostek uparcie przypisujących im „porcelanową matowość” może być nie lada niespodzianką. Na potwierdzenie powyższych obserwacji pozwolę sobie jeszcze sięgnąć po black-metalowy, acz niezwykle klimatyczny, krążek „四元素 (Shigenso)” japońskiej formacji Enterré Vivant, który zazwyczaj jeńców nie bierze a z 100-kami w torze wybrzmiał na niemalże koncertowych poziomach głośności od pierwszej do ostatniej nuty, budząc spore zainteresowanie domowników, bowiem poza oczywistymi spiętrzeniami black-metalowej kakofonii oferował sporo orientalnych smaczków i dźwięków rodem z programów National Geographic. Co istotne, zamiast ograniczania się li tylko do budowania umownej ściany dźwięków Elargo 100 kreowały wieloplanowy spektakl z niezwykłym wyczuciem operując tak jego głębią, jak i intensywnością artykulacji.
Nie mniej może nie tyle spektakularnie, co przekonująco Gaudery wypadają na nieco bardziej cywilizowanym repertuarze w stylu polifonicznego „Leçons de Ténèbres” Couperin & Lalande, gdzie z łatwością oddają zarówno złożoność i różnorodność samych partii wokalnych, jak i oddech oraz aurę pogłosową nagrań, przez co kolumny z łatwością znikają ze sceny pozostawiając nas sam na sam z wykonawcami. Zachowują przy tym w pełni zgodna z naturą rozmiarówkę „ażurowego” klawesynu a jednocześnie nie przykrywają go potęgą majestatycznych organów.
Jak mam nadzieję z powyższego tekstu wynika Gauder Akustik Elargo 100 DV zagrają tak, jak ich posiadaczy najdzie ochota. Przy niskich poziomach głośności niemieckie podłogówki śmiało mogą uchodzić za wcielenie niewielkich monitorów pełniących rolę niezobowiązujących uprzyjemniaczy i generatorów muzycznego tła. Jeśli jednak dostarczymy im odpowiednią dawkę prądu, to śmiało możemy myśleć o nich dysponując nawet 30-40 metrowymi pokojami stawiając w szranki ze zdecydowanie bardziej pokaźną gabarytowo konkurencją.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Dokładnie tego, czyli tytułowego modelu kolumn niemieckiego producenta Gauder Akustik przed nami jeszcze nikt oficjalnie nie przesłuchał, ale z jego starszym bratem Elargo 200 wszyscy odwiedzający zeszłoroczną wystawę AVS w Warszawie mieli okazję się zderzyć. Co ciekawe, mimo pozytywnego odbioru przez gości wówczas była to jeszcze na tyle gorąca nowość, że do końca nie było wiadomo, czy przed wprowadzeniem jej do oficjalnej sprzedaży konstruktor finalnie nie wprowadzi jakiś kosmetycznych zmian. Jak to się skończyło nie wiem. Wiem jednak, że w dzisiejszym mitingu zmierzymy się z ostateczną wersją kolumn stojących oczko niżej od tych ze wspomnianej imprezy. Także podłogowych, jednak aby pozwolić firmowym brzmieniem cieszyć się szerszemu gronu melomanów nieco mniejszych gabarytowo. Czym konkretnie dzisiaj się zajmiemy? Otóż dzięki staraniom logistycznym katowickiego RCM-u na kilkunastodniowe odsłuchy trafiły do nas przyjemne wzorniczo i równie ciekawe sonicznie Gauder Akustik Elargo 100.
Idąc za fotografiami widzimy, że bryła obudowy to bardzo modna wzorniczo, ale także mająca wiele pozytywnych cech związanych z walką z wewnętrznymi falami stojącymi skrzynka z płynnie schodzących się ku tyłowi bocznymi ściankami. Gro jej powierzchni, czyli awers oraz obłe boki wykończono pięknie prezentującym się, barwionym na burgund naturalnym fornirem. Reszta w postaci zwiększającej rozstaw punktów podparcia kolumny podstawy wyposażonej w regulowane kolce oraz tylnego panelu kolumny z usytuowaną tuż nad podłogą połacią uzbrojoną w podwojone terminale przyłączeniowe i nad nimi dwie sekcje zworek modelujących brzmienie dolnego zakresu są czarne. Jednak aby nadać naszym bohaterkom odpowiedniej aparycji, kolumny wykończono bezbarwnym lakierem w estetyce przyjemnej dla oka politury. Jeśli chodzi o garść technikaliów na temat setek Elargo, na ich froncie znajdziemy 4 głośniki – jeden wysokotonowy, jeden średniak i dwa basowce, dzięki czemu mamy do czynienia z konstrukcją 3-drożną, port bass-refleks skierowano w stronę podłogi, a impedancję określono na poziomie 4 Ohm. Niestety jak to Roland Gauder ma w zwyczaju, nic nie wiemy o ich skuteczności, co zazwyczaj radośnie określa jako wystarczającą. Jak wynika z opisu, co prawda kolumny nie są jakość specjalnie wielkie, ale za to mogą pochwalić się kilkoma ciekawymi dla potencjalnego nabywcy wizualno-technicznymi aspektami. Jak wypadły w kwestii brzmienia, postaram się w kilku strawnych zdaniach opisać w kolejnym akapicie.
Jeśli chodzi o estetykę prezentacji testowanego zespołu głośnikowego, w moim odczuciu występ u mnie był w pewnym sensie powieleniem usłyszanego na wystawie w wykonaniu starszych sióstr Elargo 200. To mocne w dolnym pasmie, w pozytywnym słowa znaczeniu wyczynowe na średnicy i odpowiednio doprawione w górnych rejestrach, przez to epatujące dużą dawką esencjonalności granie. Jednak pewnego rodzaju ciekawostką tańszego modelu kolumn jest fakt umiejętnego dozowania wspomnianego nasycenia. Chodzi mianowicie o to, że przy stosunkowo niewielkim poziomie głośności aby nie ulepić na dłuższą metę nazbyt soczystej opowieści, w kwestii wagi i krągłości średnicy grają odpowiednio mniej ekspresyjnie. To pozwala z wielką przyjemnością słuchać muzyki wręcz bez końca unikając przy tym efektu przegrzania przekazu. Niestety przywołane przegrzanie jest bardzo niebezpieczne, gdyż prowadzi do jakościowego uśrednienia wizualizowanych wydarzeń na scenie i na dłuższą metę efektu znudzenia słuchacza jednolitą papką. Dlatego też zdając sobie z tego sprawę Roland Gauder oprócz tego, że odpowiednio zaprojektował zwrotnicę, dodatkowo dał nam oręż strojenia ilości i soczystości basu w dwóch punktach. Na jaki postawiłem ja, widać na fotkach, ale jak wiadomo, każdemu w duszy co innego gra i zapewne nabywca wszelkie regulacje ustawi inaczej. Ale zostawmy potencjalne działania przyszłym posiadaczom i wróćmy do brzmienia dostarczonych do testu Elargo na średnich i wysokich poziomach głośności. Co takiego się dzieje? Dla mnie dopiero wówczas pokazywały prawdziwe „ja”. Otóż znacząco wzrastała energia oraz fajna krągłość każdego zakresu, jednak w finalnym efekcie nie przekładało się to nadinterpretację esencjonalności, tylko podkręcenie energii impulsu kreującego sceniczne wydarzenia. Owszem, nieco bardziej krągłego od moich Berlin RC-11, ale to naturalna kolej rzeczy spowodowana poszukiwaniem dużego dźwięku z mniejszych kolumn. Ważne jednak, że wspomniane impulsy były wyraźnie podane tak od ich inicjacji, przez trwanie, po w zależności od intencji artystów ich szybkie lub wolne zanikanie. W prostych słowach ów efekt określiłbym w ten sposób, że po podkręcaniu ilości decybeli muzyka dostawała jakby solidniejszego zastrzyku życia, który dodatkowo owocował wyraźnym zwiększeniem się wszerz i w głąb wirtualnej sceny. Sceny, na której dzięki dobrej rozdzielczości prezentacji dosadniej, przez to bardziej namacalnie ogniskowane są wszelkie byty. Wydawałoby się, że podnoszenie poziomu głośności przy podkręcaniu nasycenia prezentacji powinno zacierać jej czytelność, tymczasem dzięki wyrafinowaniu brzmienia kolumn jest odwrotnie. Na tyle, że o dziwo aż chciało się słuchać jeszcze głośniej, czyli de facto bliżej realnych występów artystów, o co przecież rozbija się nasza walka o prawdę o danym nagraniu.
Weźmy na tapet wydawałoby sią nazbyt spokojną aby porwać większość z nas płytę Leszka Możdżera w trio z Larsem Danielsonem i Zoharem Fresco „Time”. To rasowe plumkanie, które odtworzone bez szczególnego pietyzmu w domenie plastyki i esencjonalności przy zachowaniu odpowiedniego zebrania się prezentacji od strony rysunku krawędzi będzie zwyczajnie nudne. Oczywiście tytułowe Niemki ze spełnieniem tych aspektów nie miały najmniejszego problemu, dlatego była to nader przyjemna w odbiorze sesja odsłuchowa. Oferująca głębię każdego z instrumentu, ale na tyle bezpieczną, że ani razu nie złapałem kolumn na utracie czytelności podania choćby bardzo czułego na brak kontroli kontrabasu, czy niskich akordów fortepianu. Muzyka po prostu płynęła i czarowała, tak jak z pewnością oczekiwali tego muzycy.
Z innej muzycznej beczki spójrzmy na soundtrack filmu „Gladiator” R. Scotta. W tym przypadku kolumny miały kilka całkowicie innych zadań do spełnienia. Pierwszym była projekcja czystych, niskich, ale nie lejących się po podłodze, tylko jędrnych sejsmicznych pomruków. Drugie opiewało na barwne oddanie często używanych w tym materiale wschodnich instrumentów oraz zaśpiewów zjawiskowej Lissy Gerrard. To podobnie do wcześniejszego jazu bez umiejętnego zbilansowania nasycenia i określenia ram poszczególnych źródeł będzie rasowa porażka. Ale nie z Gauderami takie numery. Gdy wymagał tego materiał, muzyka spektakularnie próbowała zburzyć ściany mojego pokoju, by za moment czarować mnie wyszukanym instrumentarium i będącym miodem na uszy każdego melomana głosem wspomnianej wokalistki. Tym razem oprócz muzykalności dostałem także wykop, co pozwoliło z przyjemnością przesłuchać krążek do samego końca.
Czy nasze bohaterki są propozycją dla każdego? Patrząc na temat ogólnie jak najbardziej tak. Co prawda znajdą się wielbiciele znacznie bardziej oszczędnego w esencjonalność grania, ale ich wybór nie będzie feedbackiem problemów sonicznych tytułowych Gauder Akustik Elargo 100, tylko świadomych, czasem spowodowanych chęcią zmiany dotychczasowej temperatury grania systemu subiektywnych wyborów. W przypadku tytułowych zestawów jedno jest pewne, są orędownikami dobrego nasycenia odtwarzanej muzyki i nie ma szans na prezentację w estetyce latających w eterze żyletek. Zatem jeśli nie utożsamiacie się z podobnymi fajerwerkami i szukacie czegoś ciekawego do spędzania wolnego czasu z ulubioną muzyką, clou dzisiejszego spotkania są wręcz idealnymi propozycjami. Zaoferują dobry drive i muzykalność, co sprawi, że nie będziecie się nudzić. A chyba o to nam w tej zabawie chodzi.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: Gauder Akustik
Cena: 24 000 € (para); +2 000€ Double Vision; +8 000€ Diamond tweeters; +260€ maskownice
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana, podłogowa
Impedancja: 4 Ω
Moc: 280 W
Wymiary (W x S x G): 119 x 26 x 38 cm
Waga: 40 kg
Opinia 1
Pochodzącej zza wielkiej wody, czyli będących kolebką ekstremalnego High Endu Stanów Zjednoczonych marki VTL z pewnością nikomu nie trzeba przedstawiać. Naturalnie w pierwszej kolejności dlatego, że jest jednym z podstawowych beneficjentów przywołanego przed momentem określenia jakości oferowanego dźwięku, w drugiej z uwagi na bardzo udane posiłkowanie się uwielbianymi przez melomanów lampami elektronowymi, zaś w trzeciej prężnego jej promowania w naszym kraju przez rodzimego dystrybutora. Tak tak, frazę VTL w Polsce zna dosłownie każdy adept zabawy w zaawansowane audio i kojarzy ją z czymś godnym zaufania na każdym pułapie cenowym. Nie wierzycie? Cóż, to można sprawdzić nawet na naszym portalu analizując testy zestawu pre-power, wzmacniacza zintegrowanego i phonostage. Czy te epizody pozwalają wysnuć opinię, że jakość w połączeniu z solidnością zaoceanicznych konstrukcji jest standardem? Do tej pory tak było, a czy nadal tak jest, przekonamy się w dzisiejszym teście. Co udało nam się pozyskać do kolejnej już weryfikacji wspomnianego stanu? Zapewniam, będzie jazda i to bez trzymanki, gdyż warszawski dystrybutor HiFi Club pojechał po tak zwanej bandzie i ze sporym wysiłkiem logistycznym dostarczył w nasze progi mocarne jak na konstrukcje lampowe monobloki marki VTL MB-450 Series III.
Jak można się spodziewać, aby konstrukcja lampowa była w stanie oddać niebagatelną, a śmiało można powiedzieć, że rzadko spotykaną w takich topologiach moc na poziomie ponad 400W, musi być solidnych rozmiarów. I tak jest w tym przypadku. Jednak co jest bardzo ciekawe, mimo wykorzystywania aż 8 lamp mocy na kanał – nie licząc reszty szklanych baniek – konstruktorzy postanowili ukryć całość trzewi we w miarę zgrabnych obudowach. Naturalnie mocno wentylowanych grawitacyjnie poprzez bloki poprzecznych otworów tak na górnej, jak i na bocznych częściach skrzynek, ale dzięki temu uniknęli zastosowania mocno zdewaluowanych w oczach wielu użytkowników tego typu konstrukcji obudów typu platforma nośna z wyeksponowanymi lampami i transformatorami. Naturalnie taki vintage’owy pomysł także da się fajnie zrealizować, jednak Amerykanie stwierdzili, że nieco trąca tak zwaną myszką i zaproponowali ciekawy wzorniczo i do tego mimo sporych rozmiarów bardzo zgrabny wizualnie produkt. Nie tylko zgrabny gabarytowo, ale także wizualnie, gdyż sporą zasługą takiego odbioru jest ciekawy, ale nieprzytłoczony nadmiernymi designerskimi fajerwerkami front. Z pozoru prosty, jednakże daleki od nudny, bo bazujący na okoleniu zorientowanej w centralnej części wstawki z czarnego szkła poprzez cztery belki z grubych płatów aluminium. Płaskie pionowe w połowie swojego przebiegu płynnym łukiem lekko zapadają się ku tyłowi, a zaoblone górny i dolny lekkim łukiem delikatnie zbiegają się ku wspomnianemu szkle. Być może opis jest trudny do zrozumienia, ale gdy spojrzycie na fotografie, zobaczycie, że napisałem prawdę, która bez naciągania faktów sprawia, że tak wielkie konstrukcje w żaden sposób nie przytłaczają swoimi rozmiarami, a nawet rzekłbym, iż w pewnym sensie w odniesieniu do wielkości są nawet zwiewne. Jeśli chodzi o obsługę manualną opisywanych monobloków od strony awersu, na dolnej aluminiowej belce znajdziemy poprzeczne podfrezowanie z trzema guzikami funkcyjnymi – zmiana pracy trioda/tetroda, włącznik inicjujący pracę i wyciszenie. Natomiast patrząc na rewers oprócz kilku gniazd serwisowych i bezpiecznikowych widzimy pełen zestaw przyłączy do aplikacji naszych bohaterek w dowolny zestaw audio, a najważniejszymi są wejścia analogowe w wersji RCA i XLR, włącznik główny, pojedynczy zestaw terminali kolumnowych, gniazdo zasilania 20A oraz główny włącznik. Powoli zbliżając się do finału tego akapitu ważną informacją jest oferta mocy tytułowych końcówek na poziomie 425W w trybie tetrody i 225 w trybie triody, a w kontekście planowania ustawienia ich na dedykowanym meblu wzięcie pod uwagę drobne 42 kg każdej sztuki. Jak widać, konstrukcje są pod każdym względem poważne, a czy w tym samym tonie odwdzięczą się brzmieniem? Po kilka informacji na ten temat zapraszam do lektury dalszej części testu. Zanim jednak do tego przejdziemy w odniesieniu do finalnego brzmienia systemu testowego ważna informacja, iż zasilanie naszych bohaterek oparliśmy od zapewnione przez dystrybutora okablowanie Transparent XL Power Cord 20A, a same końcówki posadowiliśmy na testowanych niedawno platformach HRS M3XS2-1923-2-G7.
Nie ma się co oszukiwać, jak mocarnej sekcji wzmocnienia bym nie podłączył do moich wielkich kolumn, zawsze pierwszym zasadnym pytaniem jest, do jakich poziomów głośności sobie poradzi. Nie są jakoś dramatycznie trudne do napędzenia, co nawet przy średnim wolumenie pozwala fajnie zagrać niezbyt mocnym konstrukcjom. Problemy zaczynają się dopiero w momencie pofolgowania sobie wodzy fantazji w ilości generowanych decybeli, co jest u mnie standardem i tak naprawdę było zaczynem do nabycia tak dużych zespołów głośnikowych. A jeśli takie obawy pojawiają się w zderzeniu z nawet mocnymi konstrukcjami tranzystorowym, tym bardziej i do tego z jeszcze większą obawą dochodzą do głosu w momencie aplikacji w mój tor wzmocnienia lampowego. Te zazwyczaj pięknie czarują, ale jak kolokwialnie mówiąc trzeba przyłożyć w dolnym pasmie, zaczynają się problemy. Różne w zależności od solidności podpinanych wzmocnień, ale zawsze są. Jak zatem na tym tle wypadły VTL-e? To po trosze wyjaśnia oferowana przez nie moc na poziomie sporo ponad 400W w trybie tetrody, ale zagrały z rzadko spotykaną w podobnych rozwiązaniach swobodą oraz energią i to bez jakiegokolwiek oglądania się na poziom głośności słuchanej muzyki. Nie powiem, spodziewałem się w dobrym znaczeniu tego słowa „fajerwerków”, jednak nie w tak dobrym jakościowo wydaniu. Chodzi mi oczywiście o to, że często wzmacniacze lampowe przy głośnym graniu dostają jakościowej zadyszki w postaci zniekształceń, tymczasem w wydaniu Jankesów niczego takiego nie zanotowałem. Oferowały mocne i pełne zejście może nie kreowanej przysłowiowym skalpelem, ale zaskakująco kontrolowanej energii, barwną oraz jak to w dobrej lampie jest standardem rozwibrowaną, dzięki temu pełną ekspresji, budującą znakomitą głębię wirtualnej sceny średnicę i słodkie, na szczęście nie przesłodzone, za to dźwięczne i trwające w nieskończoność wysokie tony. Dzięki temu oparty o testowane końcówki mocy system grał dosłownie wszystko w pełnej skali decybeli, a najciekawsze było to, że z pokazaniem tak rozmachu, jak i najdrobniejszych niuansów słuchanej muzyki.
Jeśli chodzi o rozmach i kontrolę, poszedłem na całość i w odtwarzaczu wylądował krążek z muzyką filmową „Blade Runner 2049” duetu Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa. Wszyscy wiemy, że ten materiał aż kipi od dużej ilości mocnych zejść dolnego zakresu z rzadko spotykaną modulacją jego energii na przemian przecinaną pełnymi szaleństwa przebiegami elektronicznych popisów tak w domenie ilości, ich przenikliwości, jak i bezkompromisowym wypełnianiu pomieszczenia. Za sprawą tak agresywnie zmieniających się efektów sonicznych dla wielu zestawień choćby z racji braku kontroli lub ułomności w oddania szybkości narastania sygnału ta muza często jest typowym killerem. Niestety słabe konfiguracje za jednym zamachem potrafią położyć prezentację i w dolnym i górnym zakresie. Co mam na myśli? To proste, a chodzi o fakt, że obydwa zakresy zamiast oferować czasem bolesne dla ucha sejsmiczne z dołu oraz wyraziste na górze impulsy, zlewa przekaz w jeden monotonny pomruk okraszony zmuszającym mnie do zmniejszenia poziomu głośności zniekształconym krzykiem. To oczywiście efekt braku dobrze rozumianej, czyli nie ten na papierze, tylko realnie oddawanej mocy. Ta na szczęście w wydaniu amerykańskich piecyków była w stu procentach uczciwa, co sprawiło, że cały krążek zabrzmiał z odpowiednim wygarem, czyli mocno, wyraziście i pod niezbędną kontrolą.
Próbując udowodnić dobre radzenie sobie z aspektem oddawania najdrobniejszych niuansów przez testowane wzmocnienie, posłużę się swoistą nowością z oficyny ECM w postaci jazzu w znakomitej większości granego tak zwaną ciszą z udziałem wielkich bębnów, saksofonu, fortepianu, perkusji oraz w brzmieniu czegoś na kształt tybetańskich mis Arve Henriksena w kwartecie na płycie „Arcanum”. To jak można się spodziewać w wielu przypadkach przyjemnie snująca się muzyka. Z jednej strony wymagająca od słuchacza pełnego zaangażowania emocjonalnego, a z drugiej wyrafinowania od odtwarzającego ją systemu. I gdy wydawałoby się, że wystarczy li tylko nasze błogie oddanie zapisanym na płycie opowieściom, aby poznać jej dogłębny przekaz, zapewniam z całą stanowczością, jakość odtworzenia to druga, bardzo istotna, a rzekłbym nawet najważniejsza, bo pozwalająca łatwiej wejść w nagranie strona medalu tej produkcji. Chodzi oczywiście o rozdzielczość przekazu, który pozwalał na odpowiednie różnicowanie impulsów, a potem modulacji efektu ich działania kreowanych na wirtualnej scenie choćby wspomnianych mis. Tej mniejszej i tej większej wykorzystywanych z osobna lub przecinających się nawzajem całkowicie inną ekspresją oraz długością i energią wybrzmiewania. Naturalnie nie samymi misami ta płyta żyje, gdyż w sukurs tym instrumentom szedł znakomicie prowadzony w powolnych frazach saksofon oraz krótkimi uderzeniami przecinająca hipnotyzujące brzmienie gongów perkusja, ale w moim odczuciu udane pokazanie w eterze wspomnianych „krążków z mosiężnej blachy” to clou umiejętności testowanej elektroniki zza wielkiej wody. Dały radę i mocnym i wysublimowanym popisom artystów, co biorąc pod uwagę karmienie sygnałem wielkich siedmiogłośnikowych kolumn pokazało, że tak naprawdę nie ma dla nich rzeczy nie do udźwignięcia. Nie powiem, byłem tym faktem bardzo mocno zaskoczony. I żeby nie było w dwójnasób, gdyż pierwszym pozytywnym Zonkiem była łatwość prowadzenia moich Niemek, a drugim zachowanie przy tym znakomitej jakości prezentacji. To naprawdę rzadkość w obecnych czasach. Szacunek.
Czy bazując na powyższym, jasnym jest, że bardzo pozytywnym odbiorze testowanych końcówek mocy poleciłbym je każdemu osobnikowi kochającemu muzykę? Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że tak. Po pierwsze bez problemu poradzą sobie z każdymi dobrze skonstruowanymi kolumnami – niestety czasem powstają potworki z impedancją spadającą do poziomu do 1.5 Ohm i z braku doświadczenia empirycznego nie wiem, jak się VTL-e się zachowają, co sprawia, iż są bardzo uniwersalne, a to z automatu eliminuje jakiekolwiek podejrzenia problemów z dobrym wysterowaniem akurat posiadanych przez potencjalnego zainteresowanego. Po drugie mimo posiłkowania się układów elektrycznych lampami elektronowymi przekaz nie jest nadmiernie przegrzany, dzięki czemu nie ma strat dobrze rozumianej agresji w muzyce. A po trzecie jak na tak mocne konstrukcje naprawdę są bardzo kompaktowe, dzięki czemu problem z wygospodarowaniem stosownej ilości miejsca do ich ustawienia obok systemu spada do naprawdę symbolicznego poziomu. Jak widać, nasze bohaterki powinny poradzić sobie w każdej sytuacji oferując nam przy tym maksimum radości obcowania z muzyką. I zapewniam, że tak jest. Ale czy są w stanie przekonać do siebie także ortodoksyjnych piewców mocnego uderzenia? Cóż, w tym przypadku jak w życiu, czyli zawsze znajdzie się audio-freak, który będzie wolał spojrzeć na muzykę nie przez pryzmat wolnych elektronów, tylko bazując wzmocnieniu tranzystorowym. Jednak nie dlatego, że będzie lepiej, a jedynie inaczej w odniesieniu do dosadności każdego aspektu prezentacji. Nie, nie pomyliłem się, to wybór na poziomie inności, a nie jakości projekcji wydarzeń scenicznych, bowiem ta ostatnia cecha w wydaniu Amerykanek jest na najwyższym poziomie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć zasiadający w skórzanym fotelu ustawionym pod oknem owalnego pokoiku niekoniecznie małego „białego domku” z piosenki Mieczysława Fogga toksyczny niczym wiadomy preparat „Agent Orange” dwoi się i troi, by uprzykrzyć wszystkim wokół życie swymi irracjonalnymi decyzjami, czystą głupotą byłoby obrażanie się i ignorowanie wszystkiego, co zza wielkiej wody do Europy przypływa i przylatuje. Tym bardziej, że rynek audio na wszelakie zmiany czy to natury własnościowej (vide przejęcie Sound United przez należącego do Samsunga Harmana), czy też wspominanych stawek celnych reaguje ze zdecydowanie większą bezwładnością aniżeli właściciele stacji benzynowych na nawet czysto kosmetyczne wzrosty cen paliwa. Dlatego też, dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Club-u, po zjawiskowych monosach McIntosh MC3500 Mk II przyszła pora na kolejną amerykańską i zarazem lampową legendę – VTL-a i jego kontrpropozycję w postaci również monofonicznych wzmacniaczy mocy MB-450 SERIES III.
Może i narracja serwowana przez najwyższe kręgi władzy i kanały dyplomatyczne uległa radykalnej zmianie, ale całe szczęście portfolio ekipy z Chino mocno trzyma się tradycji, co też widać na załączonych zdjęciach. Po co bowiem zmieniać to, co dobre, sprawdzone i w dodatku rozpoznawalne w skali globalnej. Dlatego też wzorem swego stereofonicznego poprzednika (S-200 Signature) łapią za oko charakterystycznym „opiekaczopodobnym” designem z pokaźnych rozmiarów szklanym oknem na masywnym aluminiowym froncie za którym, zamiast zapiekanek, bądź obracającego się na rożnie kurczaka, nieśmiało przezierają rozżarzone lampy. Oprócz przyozdobionego firmowym logotypem ww. bulaja na płycie czołowej 450-ek znajdziemy jeszcze trzy niewielkie przyciski odpowiedzialne za tryb pracy, włączenie/wyłączenie oraz wyciszenie wzmacniacza. Z kolei na plecach dzieje się zdecydowanie więcej. I tak patrząc od lewej mamy włącznik główny, gniazdo zasilające, pięć komór bezpieczników, blok interfejsu triggera, wejścia sygnałowe RCA/XLR wraz z hebelkowym selektorem i pojedyncze wyjścia głośnikowe. Mamy zatem do czynienia z zamkniętymi bryłami metalowych, gęsto perforowanych korpusów, które choć podczas pracy urządzeń wyraźnie się nagrzewają, to jednak z racji niemożności dostania się do ich wnętrza bez stosownych narzędzi stanowią wielce ciekawą propozycję dla posiadaczy małoletniej progenitury i udomowionych zwierzaków.
Za to wspomniane trzewia są królestwem usytuowanych od frontu lamp, czyli w stopniu wyjściowym mamy osiem 6550 lub KT-88 oraz po jednej 12AT7 i 12BH7 w sąsiedztwie których znalazły się przełączniki odpowiedzialne za DF (cztery wartości współczynnika tłumienia). A przy ścianie tylnej rozlokowano dwa trafa i parę postawnych kondensatorów. Od strony elektrycznej każdy z monobloków może pochwalić się w zależności od trybu pracy (tetroda/ trioda) mocą 425 bądź 225 W przy 5Ω obciążeniu, co jasno daje do zrozumienia, że amerykański duet z powodzeniem powinien poradzić sobie z wysterowaniem nawet stołu bilardowego.
I tak też jest w rzeczywistości, bowiem nawet z redakcyjnymi Berlinami RC11, które pomimo najszerszych chęci trudno uznać za łatwe do prawidłowego wysterowania, już od pierwszych taktów „Night Verses” The Man-Eating Tree jasnym stało się, że tym razem nie będziemy musieli zaprzątać sobie głowy absolutnie żadnymi limitacjami repertuarowymi. Po prostu zawarta w materiale źródłowym energia z ćwierćtonowych niemieckich dwóch wież wręcz buchała przy każdym uderzeniu stopy, bądź szarpnięciu basowej struny bestialsko wgniatając w fotel. Nie było to jednak monotonne dudnienie zarezerwowane dla bezkarkich miłośników najniższych częstotliwości dobiegających z ich podrasowanych dwuśladów, lecz w pełni kontrolowane i świetnie zróżnicowane kanonady nie tylko nadążające za resztą pasma, co nadające mu zaraźliwy timing i motorykę. Co ciekawe ani przez moment nie udało mi się przyłapać VTL-i na choćby śladowych próbach utwardzenia, bądź z przeciwległego krańca skali zbytniego rozmiękczenia definiujących bryły i dźwięki konturów. Niezależnie od złożoności i zagmatwania kompozycji cały czas brzmienie było akuratne, trzymające się faktów, lecz jednocześnie z przyjemną, właściwą dobrze zaaplikowanym lampom, soczystością. Tu jednak pozwolę sobie jedynie zaznaczyć, że jest to jedynie ze smakiem i pełną świadomością podana nuta smakowa a nie oblanie całości lepkim i gęstym syropem na dłuższą metę trudnej do zniesienia słodyczy.
Jak łatwo się domyślić oczywistą beneficjentką owej sygnatury stała się wszelakiej maści muzyka wokalna począwszy od mrocznej polifonii z „Tomba sonora” Stemmeklang / Kristin Bolstad, poprzez operową klasykę („Verdi: Il Trovatore”), na współczesnych zachrypniętych bardach (Cohen, Dyjak) skończywszy. Z VTL-ami w torze słucha się jej intensywniej, poczucie obecności artystów w naszych skromnych progach staje się doznaniem wręcz metafizycznym, tym bardziej, że dzięki fenomenalnej rozdzielczości amerykańskich końcówek słychać nie tylko nawet najmniejszy szmer i ruch sceniczny, co mimikę samych wykonawców. Warto jednak wspomnieć, iż 450-kom nie brak też, oczywiście jedynie gdy wymaga tego reprodukowany materiał, koniecznej do oddania autentyzmu i zapewnienia odpowiedniej uniwersalności zadziorności. Ba, śmiem twierdzić, iż przejście z wyrafinowanej słodyczy do iście garażowej siermiężności przychodzi im z większą łatwością aniżeli wspomnianym we wstępniaku odrobinę bardziej „aksamitnym” McIntoshom MC3500 Mk II. Nasze gościnie zagrały też z większą werwą i intensywniejszą motoryką aniżeli monstrualne Octave Jubilee Mono SE. Dlatego też miłośnicy przedkładający emocje ponad elegancję i spontaniczność ponad wyważone wyrażanie własnych myśli w pierwszej kolejności powinni zainteresować się tytułowym duetem oszczędzając nie tylko swój drogocenny czas, jak i przynajmniej na tle niemieckiej konkurencji, dość poważne środki finansowe. Jak jednak wszem i wobec wiadomo nie tylko nie jest regułą, że „pieniądze nie grają”, co również nie sposób pominąć kwestii wpasowania się konkretnej amplifikacji tak w sam system, jak i gusta potencjalnego nabywcy. Dlatego jedynie nadmienię, iż wiernym akolitom kapel operujących ekstatycznymi krzykami, wrzaskami i growlem suto okraszonych ognistymi riffami i perkusyjnymi blastami duet 450-ek może niejako na starcie spełnić wszelkie oczekiwania a tym samym na tyle skutecznie zniechęcić do dalszych poszukiwań, że zostaną z nim jeśli nie na stałe, to na dłuższą chwilę. Powyższe rekomendację opieram również na fakcie zaskakująco pobłażliwego traktowania przez VTL-e niedoskonałości produkcyjnych i masteringowych, przez co zazwyczaj obrastające kurzem albumy mają zdecydowanie większe szanse na powrót do łask aniżeli z bardziej wybrednym wzmocnieniem. Co prawda nawet potężne monosy czegoś z niczego nie wyczarują, więc i tym razem nie ma co liczyć na pojawienie się basu na „…and Justice for All” .
Nie będę ukrywał, że tak pod względem aparycji, ergonomii, jak i przede wszystkim brzmienia nie jestem w stanie do tytułowego duetu VTL MB-450 SERIES III nie tylko się przyczepić, co po prostu go nie polubić. Amerykańskie lampiszony reprezentują bowiem ten poziom solidności i połączenia potęgi dźwięku z jego swobodą i realizmem, że sama technologia w jakiej zostały wykonane staje się praktycznie drugo-, bądź trzecio-rzędnym drobiazgiem. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za końcówkami zdolnymi zagrać praktycznie z dowolnymi kolumnami i to na poziomie tak teatralnego szeptu, jak i stadionowego ryku, to weryfikacja walorów 450-ek we własnych czterech kątach jawi się jako jedno z pilniejszych zadań na najbliższą przyszłość.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: VTL Amplifiers, Inc.
Cena: 165 000 PLN (para)
Dane techniczne
Zastosowane lampy: 8 x 6550 lub KT-88, 1 x 12AT7, 1 x 12BH7
Moc wyjściowa (20 Hz – 20 kHz < 2,5% THD): tetroda: 425 W, trioda: 225 W / 5Ω
Czułość wejściowa: 1-2 V (w zależności od ustawienia DF)
Impedancja wejściowa: 45kΩ
Zakres obciążenia wyjściowego: 4Ω – 8Ω
Stosunek sygnału do szumu (tetroda 450 W, trioda 200 W): -110dB, 120Hz
Pobór mocy: 300W (bezczynność), 1000W (pełna moc)
Wymiary (S x G x W): 47 x 45,7 x 23 cm
Waga: 42kg
Najnowsze komentarze