Tag Archives: przewody głośnikowe


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewody głośnikowe

In-akustik LS-804 Air

Opinia 1

Po przywodzących swą ażurową aparycją wylinkę jakiegoś groźnego węża topowych modelach LS-2404 & LS-4004 AIR Pure Silver przyszła pora na czerpiący pełnymi garściami ze starszego rodzeństwa, lecz zdecydowanie łaskawszy dla naszych portfeli przewód głośnikowy niemieckiego In-akustika. Mowa o LS-804 Air w przypadku którego, z oczywistych względów, w przeciwieństwie do ww. modeli misterna, powietrzna spirala musiała ulec uproszczeniu, więc zamiast swoistej instalacji przestrzennej otrzymujemy jej wypłaszczoną wersję. Jednak skoro sam producent zapewnia, że obecność LS-804 w jego referencyjnej serii daleka jest od przypadkowości, to gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność, pozyskaliśmy od rodzimego dystrybutora marki – stołecznego Horna, demonstracyjną parkę na redakcyjne odsłuchy.

Zmiana umaszczenia z bieli i satynowej barwy naturalnego srebra na głęboki, przetykany miedzianym złotem brąz i czerń, jasno dają nam do zrozumienia, iż mamy do czynienia ze zmianą medium przewodzącego ze srebra na miedź. Każdy z przewodów składa się z czterech wiązek, które łączą się w pary dopiero w firmowych splitterach, z których wychodzą już dwie żyły, dzięki czemu aplikacja in-akustików nie powinna nastręczać większych trudności nawet przy śladowej ilości miejsca. Warto jednak pamiętać, by tytułowych przewodów zbyt mocno nie zginać a tym bardziej skręcać, gdyż możemy przez taką niefrasobliwość naruszyć wewnętrzny „egzoszkielet” utrzymujący wiązki w zalecanej od siebie odległości.
Jak już zdążyłem wspomnieć we wstępniaku w odróżnieniu od wykorzystujących geometrę Air Helix modeli LS-1204, 2404 i 4004 AIR dzisiejsi goście bazują na nieco mniej skomplikowanym przebiegu Air-Ribbon, czyli popularnej wstążki, w której cztery żyły biegną równolegle obok siebie, a nie spiralnie. Nadal jednak obsesyjnie kontrolowane i wzajemnie do siebie dopasowywane są wpływające na brzmienie parametry elektryczne jak pojemność i indukcyjność, a dzięki odseparowaniu poszczególnych przebiegów udało się zminimalizować efekt naskórkowy. Nie bez znaczenia jest też niemalże całkowita eliminacja absorbującej energię izolacji, której rolę pełni w tym modelu powietrze. Chodzi bowiem o to, iż standardowe dielektryki magazynują i oddają zgromadzoną energię w sposób niekontrolowany przez co zaburzają przesył sygnałów użytecznych, degradując charakterystykę transmisji. Izolator powietrzny takich anomalii nie powoduje, przez co jego zastosowanie uwalnia przewody In-akustika od wad jakimi obarczona jest większość produktów konkurencji. Podobnie do modeli Air Helix, Reference LS-804 AIR składa się z zaplecionych na rdzeniu PE drutów miedzianych o wysokiej czystości pokrytych cienką warstwą lakieru chroniącą nie tylko przed utlenianiem, lecz również prądami wirowymi. Kolejną istotną zaletą dźwiękową jest bifilarna struktura przewodników, która jest również realizowana w technologii taśmy powietrznej, co przyczynia się do częściowej kompensacji powstających wewnątrz pól magnetycznych.

Przystępując do części odsłuchowej dość intensywnie zachodziłem w głowę jak zmiana geometrii i przewodnika wpłynęła na brzmienie tytułowych przewodów w porównaniu do niezwykłej precyzji i szybkości ich srebrnego rodzeństwa. Oczywiście powyższe dywagacje miały charakter czysto teoretyczny i nawet przez myśl mi nie przeszło wydawanie jakichkolwiek osądów li tylko na podstawie wrażeń zdobytych na tzw. „macanta”, czyli poprzez możliwie dokładny, acz bezinwazyjny kontakt organoleptyczny. Szybka aplikacja w systemie, na playliście ląduje „Reise, Reise” Rammstein a do mnie powoli zaczyna docierać, że gdybym nie słuchał wcześniej LS-2404 i LS-4004 AIR Pure Silver, to niniejszych przewodów pewnie bym już dystrybutorowi nie oddał. Bardzo przepraszam wszystkich z Państwa, którzy liczyli na misterną intrygę i stopniowanie napięcia, jednakże możliwość „obcowania” z wyrobami takimi jak właśnie LS-804 Air nie dość, że przywraca wiarę w High End, ale też i w najzwyklejszą ludzką uczciwość. Po prostu jest to nader namacalny przykład jak można zaoferować konsumentom pełnokrwisty, i tu się niestety powtórzę high-endowy przewód za zupełnie normalne pieniądze, a nie np. równowartość kawalerki na stołecznej Starówce, bądź wypasionej bulwarówki. Po pierwsze mamy bowiem do czynienia z tak na ucho/oko 90% szybkości topowych przewodów in-akustika i równie wysokim udziałem rozdzielczości, co już wskazuje na ponadprzeciętne walory soniczne dzisiejszych gości. Co do wolumenu i masy generowanego dźwięku, to LS-804 zdecydowanie depcze po piętach LS-2404 a gdy w ramach firmowego tuningu dopieścimy go Reference Cable Base’ami, to relacja jakość/cena jeszcze się poprawia. Wspomniana kilka wersów wyżej germańska odmiana industrial-metalu nie jest może szczytem marzeń większości audiofilów, jednak jeśli się dobrze poszpera i wygrzebie japońskie wydanie, to nie ma co kręcić nosem. Co prawda szorstko-kanciastemu wokalowi Tilla Lindemanna sporo brakuje słodkiej jedwabistości Michaela Bublé, jednak na potrzeby niniejszego testu był jak znalazł. Chodziło bowiem o nauszną weryfikację, czy aby niemieckie przewody zbytnio nie podkreślają sybilantów i nie popadają przy tym w analityczność, co znacznie ograniczyłoby ich zastosowanie. Całe szczęście nic z powyższych anomalii nie zaobserwowałem a jedyne na co zwróciłbym uwagę przy aplikacji tytułowych in-akustików, to unikanie zbyt szczupłych i zwiewnych systemów, oraz nieco ofensywnych w górnych partiach kolumn. Nie chodzi bynajmniej o to, iż LS-804 ów zakres również podkreślają, lecz raczej o ich neutralność i niechęć do poprawiania czegoś, czego one same nie zepsuły. Jeśli więc sądziliście Państwo, że coś nimi zamaskujecie i przypudrujecie to niestety, ale to zły adres.
Całość pasma potraktowana została bardzo liniowo, dzięki czemu żaden podzakres nie wyrywa się przed szereg. Bas z powodzeniem możemy określić mianem chrupkiego, oczywiście o ile tylko został tak zarejestrowany. Użyłem jednak owej chrupkości z premedytacją, gdyż ostatnim grzechem, jaki moglibyśmy przypisać 804-kom jest zmiękczenie i poluzowanie dołu pasma. O nie, panują tu bowiem wzorowy porządek i zróżnicowanie a jakakolwiek niesubordynacja, czy uśrednianie nie mają po prostu racji bytu. Podobnie jest ze średnicą, gdzie próżno szukać faworyzowania soczystości, czy zbytniej eufonii. Jest akurat, czyli zgodnie z prawdą, czy to się komuś podoba, czy nie. Warto w tym miejscu podkreślić, iż jest to świadoma decyzja producenta, który niejako w swe credo wpisał możliwie największą transparentność i jak najmniejszy wpływ okablowania na transmitowany sygnał, skupiając swoją uwagę na tym, by jak najmniej z owego sygnału utracić. Może to i oczywistość, jednak słuchając co poniektórych konkurencyjnych przewodów odnoszę nieodparte wrażenie, że ich twórcy przypisują im zdecydowanie inną rolę.
Dość jednak teoretycznych dywagacji. Wróćmy do konkretów. Owa neutralność i transparentność wcale jednak nie oznacza odarcia przekazu z piękna, czy zalotności. Wystarczy bowiem sięgnąć po jazzująco-klasyczną mieszankę w stylu „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” Roberty Mameli, bądź powstałą na otwarcie karnawału w roku 1719 r. operę „Vivaldi: Teuzzone” w wykonaniu Jordi Savalla i Le Concert des Nations, by zrozumieć, iż właśnie w tym tkwi siła niemieckich przewodów. Docieramy bowiem do sedna, źródeł i dostajemy muzykę zagraną dokładnie tak, jak została ona zapisana. Bez interpretacji, sygnatury okablowania i innych niekoniecznie przewidywalnych i pożądanych artefaktów. Może i naturalne instrumentarium nie kusi bogactwem wybrzmień i soczystością, jednak wystarczy posłuchać skrzypiec „na żywo”, by przyznać in-kustikom rację w ich dążeniu do prawdy. Bez trudu bowiem można zagrać, a raczej odtworzyć taki materiał efektowniej, jednak z pewnością nie wierniej. Dzięki temu różnice pomiędzy siłą emisji i barwą głosu poszczególnych śpiewaków są oczywiste i nie pozostawiają niedomówień co do tego, kto w konkretnej scenie jest postacią dominującą a kto jedynie tłem do pierwszoplanowych rozgrywek. Dochodzimy w tym momencie do precyzji z jaką kreowane są poszczególne plany i ustawieni na nich muzycy/wokaliści. Cały czas mamy bowiem kontrolę nad całością, lecz bez najmniejszego problemu możemy śledzić poszczególne partie tak wokalne jak i instrumentalne.

In-akustik LS-804 Air jest wielce namacalnym dowodem, że przewód z segmentu High-End wcale nie musi kosztować przysłowiowych „oczu z głowy”, swym wyglądem przypominać strażackiego węża, a podatnością na układanie pręta zbrojeniowego. Nasi dzisiejsi bohaterowie są ażurowi, lekcy i wiotcy, oferując ponadprzeciętną rozdzielczość będącą receptą na dotarcie do prawdy.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Cardas Clear Reflection
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Stopy antywibracyjne: Finite Elemente Cerabase compact, Cerapuc, Ceraball
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Przyznam się szczerze, że mimo testowego przekładania się w naszej zabawie droższych i tańszych komponentów, co powinno uodpornić mnie na problemy związane z doszukaniem się zalet w tych tańszych i zazwyczaj tak faktycznie jest, czasem mam problem. W czym rzecz? Chodzi mi o sytuację, gdy przygodę z danym producentem rozpoczniemy z wysokiego C, które często okazuje się być topową konstrukcją z portfolio marki, a po niedługim czasie dostajemy do zaopiniowania coś pozycjonowanego znacznie niżej. I nie chodzi o brak weny, czy problemy z wychwyceniem zalet lub przypadłości, tylko o sposób przedstawienia mniej wyrafinowanej konstrukcji na tle cały czas tkwiącej w pamięci perełki oferującej maksimum możliwości danego wytwórcy. Naturalnie nie jest to problem natury załamania nerwowego, a jedynie w poczuciu obowiązku napisania ciekawego tekstu szukanie jakiegoś klucza. Taki też, że tak powiem zgryz, miałem w dzisiejszym starciu, gdyż do po znakomicie prezentujących się kablach głośnikowych niemieckiego producenta in-akustik Referentz LS-2404 & LS-4004 AIR PURE SILVER, dzięki warszawskiemu dystrybutorowi Horn tym razem do redakcji na testy dotarł model Referentz LS-804 AIR. Jak sobie poradziłem? Po odpowiedź na to pytanie zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Jak wskazuje nazwa omawianego modelu kabla LS-804 AIR, mamy do czynienia z konstrukcją na bazie miedzi, jako izolator każdego z czterech biegnących równolegle przez całą długość drutów wykorzystującą otaczające nas powietrze. Cel? Minimalizacja strat spowodowanych szkodliwym wpływem na dźwięk przez absorbującą energię płynącego sygnału izolację. Przekładając na nasze, kabel pozbawiony ingerencji przechowującej ładunek elektryczny otuliny, z pozytywnym skutkiem dla brzmienia zestawu audio lepiej odzwierciedla zawarte w sygnale szybkie impulsy. Oczywiście w celach zabezpieczenia konstrukcji przez prozaicznym zwarciem sąsiadujących ze sobą biegunów każda z żył została osadzona w owalnej, wykonanej z tworzywa sztucznego skuwce, na którą naciągnięto estetyczną w wyglądzie, czarną siatkę. Ale to nie koniec technikaliów, bowiem jak wiadomo, kiedyś każdy z drutów musi się do siebie zbliżyć celem obsłużenia kolumny w sygnał plusowy i minusowy. Dlatego też równoległy ich przebieg kończy się kilkanaście centymetrów przed ostateczną długością całości przewodu, wspomniane żyły (+ i -) najpierw są krzyżowo połączone, a po spleceniu w izolowany już warkoczyk zaterminowane w firmową konfekcję, którą w przypadku zestawu testowego były banany.

Co ciekawego wprowadziły do dźwięku tytułowe głośnikówki? Gdy przyjrzycie się fotografiom, a w szczególności kolumnom, okaże się, że nasze bohaterki współpracowały z kolumnami Dynaudio, które wielu miłośników bezkompromisowego w domenie ostrości rysunku i szybkości narastania sygnału grania, uważa za nazbyt stonowane. I tak faktycznie jest, gdyż one stawiają na przyjemność obcowania ze spokojnym i przy tym kolorowym światem muzyki, a nie siłową pogonią za zapisaną na płytach rzeczywistością. Tymczasem po wpięciu kabli głośnikowych LS-804 Air zestaw przyjemnie, bo bez przekraczania dobrego smaku zebrał się w sobie. Muzyka lekko przyspieszyła, bas zaczął rysować się nieco bardziej konturowo, środek przyjemnie się otworzył, a góra dostała zastrzyku witalności. To oczywiście już nie było tak lubiane przez znaczą populację osobników homo sapiens milusie granie, ale zapewniam, nadal okraszone nutką barwy z dobrym body. Co ważne, wirtualna scena nie straciła na rozmachu w domenach szerokości i głębokości. Niestety nie jest takie łatwe do utrzymania, gdyż większa bezpośredniość grania zazwyczaj skutkuje przybliżeniem pierwszego planu, a to powoduje zepchnięcie tylnych parceli danej prezentacji do roli tła. Na szczęście niemieccy producenci w tym aspekcie zdali egzamin celująco.
Jak na taką konfigurację odpowiedziała muzyka? Jak wspominałem, przyspieszyła i stała się bardziej energiczna. To zaś było wodą na młyn wszelkich produkcji rockowych, elektronicznych i bez najmniejszych problemów dodałbym jeszcze free jazz-owych. Weźmy na tapet choćby pierwsze krążki grupy Coldplay, która niestety obecnie trochę zalatują pop-em. Świetne gitarowe riffy teraz stały się bardziej wyraziste. Ani trochę nie straciły masy, w zamian oferując nieco więcej palca na strunie. Lekki zastrzyk adrenaliny otrzymała również stopa perkusji. Ale chyba najbardziej spektakularne efekty osiągnęła wokaliza, gdyż nie musiała przebijać się przez gąszcz lekko nachodzących na siebie, bo sztucznie przedłużających się dźwięków, tylko dzięki zebraniu się w sobie przekazu – wyraźne zaznaczenie początku i końca nierozmazanego akordu instrumentów – idealnie wybrzmiewała na ich tle. Dotychczas musiałem mierzyć się ze zrozumieniem tekstu, gdy tymczasem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki frontman stał się rozdającym karty podmiotem. W tym tonie, czyli czytelnie, zwarcie, ale również z dobrym uderzeniem brylowały produkcje spod znaku Depeche Mode, czy Yello. Ostre przestery na przemian z wokalem pokazywały, że sztuczna muza nie zawsze oznacza niemiłosierne niszczenie naszych ośrodków słuchu, tylko oferując niezły drive, spokojnie radząc sobie z niskimi pomrukami, potrafi również pokazać w dobrym świetle ludzki głos. Zauważyłem podczas testu jakieś potknięcia? Nie, nie potknięcia, tylko książkowe coś za coś. Ale jak powiedziałem, aplikacja tytułowego kabla w tor nie skutkowała wywróceniem brzmienia systemu do góry nogami, tylko wprowadziła drobne korekty, które swoje piętno odcisnęły na muzyce klasycznej, sakralnej i wokalistyce jazzowej. Jednak zapewniam, to była jedynie lekka utrata oferowanej przez duńskie kolumny magii tworzonej przez zjawiskowe nasycenie każdej nuty. Jednak co istotne, to są moje, nie zawsze równoznaczne z Waszymi odczucia, dlatego też zanim się do okablowania in-akustik szkodliwie zrazicie, zalecam dogłębny odsłuch, gdyż nawet ja nie odebrałem tego sznytu grania jako ułomne, tylko wspominam o danych efektach ubocznych z racji zaserwowania czytelnikowi pełnego spektrum wpływu okablowania na zastany system.

Mam nadzieję, że zrozumieliście, co w powyższym tekście chciałem przekazać. Otóż zderzyłem się z kablami, które to co robią, robią w sposób delikatny. Jeśli miałbym określić ich specyfikę grania, powiedziałbym, iż to są idealne druty dla zestawu trącającego otyłością. Jednak nie miałem do czynienia z przysłowiowymi, oferującymi krew z uszu kilerami, gdyż w testowej układance przesunęły jedynie środek ciężkości przekazu i nadały mu szczypty szybkości. Oczywiście z jednej strony wpłynęło to na lepszy drive, ale z drugiej spowodowało lekkie ostudzenie emocji podczas wsłuchiwania się w brzmienie naturalnych instrumentów, Ale zaznaczam, mój system wręcz stroiłem do wyczynowego w grania pełnych romantyzmu produkcji, dlatego tak łatwo było mi wychwycić zmiany. Zmiany, które w najmniejszym stopniu nie były szkodliwe, tylko kierując dźwięk w stronę większej neutralności, przez to powodując odejście brzmienia zestawu od znanego mi wzorca, w żadnym razie nie kaleczyły słuchanej muzyki. Czy to jest oferta dla każdego? Jak wspominałem, raczej dla poszukiwaczy życia w swojej układance. Reszta owszem, może spróbować, jednak uczulam już mogących się pochwalić zestawami nastawionymi na szybkość ponad wszystko, melomanów, że ożenek z in-akustik Referentz LS-804 Air może być niezbyt szczęśliwym połączeniem.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Dynaudio Contour 60
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Cena:
4 799 PLN / 2x3m konfekcja Air Easy Plug
5 999 PLN / 2x3m konfekcja Air Bfa Banana
6 299 PLN / 2x3m konfekcja Air spades

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewody głośnikowe

Struss S-2

Opinia 1

Im dłużej interesuję się i wygląda na to, że coraz bardziej integruję z branżą audio, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w szeroko rozumianych kręgach Hi-Fi i High- End nie tyko wszyscy się ze sobą znają, lecz stanowią mniej bądź bardziej dosłownie jedną wielką rodzinę. Co prawda stopień wzajemnych relacji znacznie odbiega od tego, co znamy np. ze sceny rockowej, ale spokojnie można byłoby spędzić kilka długich zimowych wieczorów śledząc losy poszczególnych bohaterów. Mamy bowiem do czynienia, nie tylko z wielopokoleniowymi firmami w stylu VPI, czy Wilson Audio, lecz również z bytami równoległymi jak VTL i Manley Labs, czy też Vitus Audio i Alluxity. Nie inaczej jest też na naszym rodzimym podwórku, wystarczy bowiem wspomnieć o znanej od lat marce Struss Audio prowadzonej przez prawdziwego weterana – pana Zdzisława Hrynkiewicza-Strussa, jak i dopiero pracującej na swoje konto i swoją renomę firmie Struss pana Jacka Hrynkiewicza-Strussa – syna ww. pana Zdzisława. Pozwolą Państwo, że faktu zbieżności nazw, z dość oczywistych względów, komentować nie będę, jednak niejako na wstępie jedynie nadmienię, iż powiązania rodzinne spokojnie możemy zostawić na boku, gdyż zdecydowanie istotniejszym, przynajmniej z naszego punktu widzenia, jest oferowany przez owe byty asortyment. I tak, mająca już swoje przysłowiowe pięć minut na naszych łamach Struss Audio zajmuje się wyłącznie zagadnieniami wzmocnienia, co nader namacalnie udowodniła integra DM 250, natomiast Struss skupia się okablowaniu audio i kolumnach. W dodatku, operując na zdecydowanie bardziej przystępnych pułapach cenowych, swoje portfolio podporządkowuje dewizie „najlepszy produkt za rozsądne pieniądze”. Proszę się jednak niepotrzebnie nie stresować, gdyż bynajmniej nie postanowiliśmy brać pod lupę otwierających ofertę łączówek z pułapu 200 – 250 PLN, lecz dzięki uprzejmości producenta mogliśmy przyjrzeć się i przysłuchać jego topowemu przewodowi głośnikowemu o symbolu S-2.

Pomimo rangi flagowca S-2 dostarczany jest w dość skromnym, standardowym kartonowym pudełku a przynajmniej naszą, testową parę przed przeciwnościami losu i trudami podróży dodatkowo chroniły torebki strunowe. Skromne i praktyczne, a zarazem dość jasno dające do zrozumienia posunięcie, że już i tak ograniczony budżet nie jest trwoniony na niemające żadnego wpływu na brzmienie bibeloty. Gwoli przypomnienia z podobnego założenia wyszła Melodika pakując swojego topowego głośnikowca Brown Sugar w foliową „kopertę” podobną do tych, w jakich można nabyć drób z rusztu. No dobrze, żarty na bok.
S-2 ma formę dość wiotkiej taśmy ukrytej wewnątrz eleganckiego, czarnego równie płaskiego warkocza zakończonego plastikowymi puszkami prostopadłościennych splitterów, z których wychodzą żyły dodatnie i ujemne. Na ww. puszkach umieszczono nie tylko logotyp producenta, lecz również trudne do przeoczenia strzałki sygnalizujące kierunkowość przewodu. Całość zaterminowano dość minimalistycznymi, złoconymi wtykami BFA zabezpieczonymi czarnymi i czerwonymi termokurczkami.
Uchylając nieco rąbka tajemnicy i zaglądając pod zewnętrzny peszel odkryjemy, iż owa taśma składa się tak naprawdę z dwunastu, biegnących naprzemiennie dla bieguna dodatniego i ujemnego, przewodów z wysokogatunkowej miedzi OFC o przekroju 0,75 mm² każdy. Zgodnie z materiałami firmowymi S-2 charakteryzują się zarówno niską rezystancją, jak i indukcyjnością, lecz nie znając ich wartości musimy uwierzyć na słowo.

A skoro już o wierze mowa, to grając w otwarte karty – deklarację o klasie „Top High-End!” pozwolę sobie włożyć pomiędzy bajki z mchu i paproci, bądź uznać za przedwczesny żart primaaprilisowy. I bynajmniej nie piszę tego z (podobno wrodzonej) złośliwości, a jedynie starając się zawczasu przekłuć pompowany balonik marketingowego samozachwytu. Powód? Dość oczywisty, bowiem jeśli miałbym zaliczyć S-2 do owego topu, to zasadnym byłoby porównanie go do Siltechów Triple Crown, Skograndów Beethoven, czy też in-akustików Reference LS-4004 AIR Pure Silver, a proszę, tym razem mi uwierzyć na sowo, że ani Państwu, ani tym bardziej producentowi, o takiej epickiej, utrzymanej w konwencji gore „masakrze piłą mechaniczną” niezbyt miło by się czytało. Dlatego też proponuję nieco spuścić z tonu, zejść na ziemię i uznać, de facto zgodnie z rzeczywistością, iż poruszać będziemy się na pułapie zdroworozsądkowego Hi-Fi, gdzie ceny poszczególnych komponentów niezbyt często zapuszczają się w rejony powyżej 3-5 kPLN.
Mając zatem już nieco urealnione oczekiwania śmiało mogę stwierdzić, że Struss S-2 gra z niewymuszoną swobodą i pozornie zaskakującą liniowością. Czemu pozornie? Otóż podczas testów kilkukrotnie z panem Jackiem rozmawiałem i praktycznie za każdym razem w naszych dywagacjach przewijał się temat „grania” kabli, którego to grania podwarszawski producent starał się unikać. Bowiem na podstawie wieloletnich obserwacji doszedł do wniosku, iż przewodów niczego nie zabierających jest na rynku całkiem sporo, za to tych dorzucających od siebie do sygnału źródłowego już zastraszająca większość. Dlatego też za punkt honoru postawił sobie skonstruować „druty” pozbawione obu ww. przypadłości. I stąd właśnie owe pozorne zaskoczenie, gdyż właśnie w początkowych sektorach Hi-Fi wytwórcy dwoją się i troją, by ich przewody właśnie „grały” wyróżniając się tym samym na tle konkurencji. Oczywiście w tym szaleństwie jest całkiem nieźle sprawdzająca się w praktyce metoda leczenia Dżumy Cholerą, czyli niwelowania jednych wad drugimi. A Strus tego nie robi. On nie maskuje, nie naprawia, ale też nie piętnuje i nie wywleka na światło dzienne schowanych po kątach brudów. Ot, przesyła sygnał ze wzmocnienia do kolumn i tyle. Poprzestając na tym, teoretycznie moglibyśmy uznać, że mamy do czynienia z prawdziwie high-endową transparentnością. Moglibyśmy, gdyby nie fakt, iż poza podobnie wycenionymi sparring-partnerami istnieje prawdziwy bezlik przewodów robiących to nie tyle inaczej, co po prostu lepiej. Ale po kolei.
Oczywiście liniowość jest jak najbardziej pożądana i stanowi świetny punkt wyjścia, będąc swoistym synonimem uniwersalności, a więc zwiększając szanse na wpasowanie się w praktycznie każdy system. Dzięki temu wpinając S-2 w nasz tor nie musimy obawiać się jakiejś drastycznej zmiany jego charakteru, chyba że do tej pory graliśmy na jakiś mocno podkolorowującym i modelującym brzmienie okablowaniu. Bas nie zacznie dudnić a góra ciąć na oślep niczym pijany samuraj, co początkowo może powodować jedynie wzruszenie ramion na taką „nijakość”, jednak powrót do bardziej odciskających swą sygnaturę konkurentów bardzo szybko da nam odpowiedź, gdzie tak naprawdę leży prawda. Co ciekawe, brak podkolorowań wcale nudy nie oznacza, gdyż należy pochwalić S-2ki za dobry timing i równie satysfakcjonujące różnicowanie dźwięków w całym reprodukowanym paśmie. W dodatku do głosu dochodzi sugestywna wierność materiałowi źródłowemu, przez co na przykładzie „The Very Best of the Doors” The Doors bez trudu można zrozumieć, czemu wszelakiej maści składanki cierpią na brak ewidentny realizacyjnej spójności. A że kończyny bezwiednie zaczynają podrygiwać w rytm klubowych beatów, to już zupełnie inna bajka.
Na nieco mniej przetworzonym materiale akustycznym, czyli naszym dyżurnym „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda ogniskowanie źródeł pozornych nie pozostawia niedosytu a i klimat samego nagrania w sakralnych wnętrzach został zachowany w niezbyt naruszonej formie. Jedyne o czym czuję się w obowiązku wspomnieć, to pewna redukcja głębokości samej sceny i ograniczenie aury pogłosowej, przez co „wirtualna” kubatura sali w Opactwie Noirlac przybrała nieco bardziej „kameralną” postać. Proszę się jednak zbytnio nad powyższym faktem nie roztkliwiać, gdyż wynikł on z bezpośredniego porównania z moim dyżurnym Vermöuthem Reference, który operuje na „nieco wyższych” pułapach cenowych.
Tytułowe przewody również dość oszczędnie operują saturacją i uatrakcyjniającym przekaz wypchnięciem średnicy, przez co początkowo mogą wydawać się dość zdystansowane. Jednak im dłużej będziemy z ich pomocą słuchać ulubionych i znanych niemalże na pamięć płyt, tym bardziej utwierdzać się będziemy w przekonaniu, że właśnie w tej zachowawczości tkwi może nie cały, jednak z pewnością znaczna część jego uroku. Chodzi bowiem o to, iż S-2 wszystkich traktuje dokładnie tak samo – nikogo nie faworyzuje i nikogo nie deprecjonuje, przez co z łatwością będziemy w stanie śledzić nie tylko zachodzące na przestrzeni dziesięcioleci zmiany w sile i barwie głosu Franka Sinatry („Ultimate Sinatra: The Centennial Collection”), lecz równeż sukcesywne rozgrzewanie się strun głosowych Sharon den Adel podczas koncertowego nagrania „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation.

Najwyższa pora na podsumowanie, w ramach którego jeszcze raz podkreślę, że pomimo dość zagadkowych prób pozycjonowania przewodów głośnikowych Struss S-2 jako „Top High-End” lepiej kierować się zdrowym rozsądkiem i własnym słuchem, aniżeli marketingiem rodem z rodzimych serwisów aukcyjnych. Jeśli bowiem zignorujemy owe, trudne do zrozumienia, aspiracje okaże się, że S-2 to świetne rozwiązanie dla wszystkich szukających zdroworozsądkowo wycenionych i rzetelnie, bez zbytniego upiększania – vide neutralnie, grających przewodów głośnikowych klasy Hi-Fi.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Pewnie zdążyliście zauważyć, iż dzisiejszy test jest kolejnym z co jakiś czas wykonywanych ukłonów w stosunku do rodzimych producentów z segmentu audio. Co to oznacza? Nic nadzwyczajnego. Otóż patrząc na cenę opiniowanego produktu teoretycznie nie z racji naszego snobizmu, tylko z założenia poświęcania z trudem wygospodarowanego wolnego czasu – przypominam, iż to jest nasza dodatkowe zajęcie – ofercie raczej z tak zwanego segmentu premium, przez co tytułowy kabel głośnikowy nie miałby szans na pojawienie się na naszych łamach. Dlatego też w przypadku bohatera dzisiejszej rozprawki głównym graczem nie była cena, tylko proweniencja i naturalnie zapowiadająca ciekawy wynik soniczny rozmowa telefoniczna ze wspomnianym producentem. O kim mowa? Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale w tym podejściu testowym zmierzymy się z kojarzącym się z dostarczycielem testowanego niedawno na naszych łamach wzmacniacza Struss Audio DM 250, jednak bez dodatku „Audio” w nazwie marki, czyli stacjonującą w Warszawie, młodszą pokoleniowo, produkującą okablowanie i zespoły głośnikowe manufakturą Struss, która biorąc na swe barki logistykę produktu dostarczyła do zaopiniowania flagowy kabel głośnikowy S-2.

Jak sugeruje cena prezentowanej konstrukcji, mamy do czynienia z tak zwanym segmentem budżetowym. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, iż w przypadku modelu S-2 nie możemy pokusić się o próby testowe ze znacznie wyższym segmentem elektroniki, gdyż nie jest to domowym sumptem zakonfekcjonowany i ubrany w ładne wdzianko, zakupiony w Castoramie kabel z tak zwanego metra, tylko pełnia realizacji autorskich założeń projektowych konstruktora. Tak po krótce idąc za informacjami ze strony internetowej w przypadku rzeczonego okablowania mamy do czynienia z walką o odpowiednie korelowanie ze sobą trzech parametrów: indukcyjności, rezystancji i pojemności. W czym swój znaczny udział ma zastosowana jako przewodnik czysta miedź, naprzemienne ułożenie biegunowe dwóch żył w formie złożonej z dwunastu drucików taśmy i wysokiej jakości izolacja poszczególnych przebiegów żył. A dokładniej? Niestety, to jest być, albo nie być każdego producenta, dlatego też w przypadku zainteresowania bardziej szczegółowymi informacjami zalecam kontakt z właścicielem opisywanego przybytku audio. Zakładam, iż skończy się to jedynie ciekawą pogadanką, jednak jeśli ktoś żywi chęć nabycia tego lub innego modelu okablowania marki Struss, taka przeprowadzona z pomysłodawcą użytkowanego przez siebie produktu rozmowa zawsze będzie miłym akcentem. Wieńcząc akapit znaną mi dawką technikaliów, dodam jedynie, iż kabel jest kierunkowy, co sugeruje strzałka usytuowana na każdej, dzielącej pełen przebieg kabla na dwa bieguny (plus, minus) tuż przy terminalach kolumn i wzmacniacza, prostokątnej skuwce. Zaś dla celów estetycznych i pokusiłbym się o tezę, że również sonicznych zewnętrzny oplot wykonano z opalizującej materiałowej plecionki.

Jak wypadł tytułowy bohater? Przyznam, że zaskakująco ciekawie. Mianowicie chodzi o fakt bardzo równego potraktowania całego pasma akustycznego. Żadnego chadzania samopas poszczególnych podzakresów, tylko realizacja założonego w fazie projektowej dobrego nasycenia dźwięku. Co to oznaczało w zderzeniu z muzyką? Począwszy od dołu otrzymałem mocną podstawę basową, w środku fajne nasycenie, a na górze dopełniające całość prezentacji nieprzesadnie naświetlające przekaz wysokie tony. Wszystko skrojone na miarę i dobrze przemyślane, bowiem nie zaburzało realiów kreowania satysfakcjonującej w szerz i głąb wirtualnej sceny. Naturalnie postawienie na solidny punkt ciężkości muzyki i trzymanie na wodzy, czyli umiejętne dozowane najwyższych rejestrów sprawiło, że rozgrywające się w moim pokoju wydarzenia sceniczne odbywały się prze nieco przygaszonym świetle. Jednak uspokajam, ów zabieg równego prowadzenia pasma w całym zakresie był wartością nadrzędną, a sam sznyt sugerował jedynie celowanie konstruktora w nieco jaśniej, aniżeli mój punkt odniesienia, grające zestawy. A przecież nie od dzisiaj wiadomo, że gro układanek z tak zwanego segmentu Hi-Fi często gra albo na pograniczu nerwowości, albo nawet krzykliwości. Przesadzam? Niestety nie. Zapewniam, jestem daleki od obrażania kogokolwiek, jednak z doświadczenia wiem, iż taka, czyli nastawiona na ilość informacji bez oglądania się na ograniczanie zniekształceń elektronika obecnie jest przez producentów bardzo hołubiona. A to w przypadku niezbyt szczęśliwego dopasowania poszczególnych komponentów nierzadko okazuje się być prostą drogą do nadpobudliwości systemu, zamiast zbliżania się do prawdy odtwarzanej muzyki.
I wówczas przychodzi z pomocą kabel Struss S-2 charakteryzujący się nasyceniem i fajną barwą. Nawet u mnie ewidentnie było to czuć. Owszem, muzyka dostała dodatkowej szczypty wypełnienia, co naturalną koleją rzeczy pogrubiło kreskę rysującą obraz źródeł pozornych i jak wspomniałem wprowadziło efekt lekkiego ograniczenia naświetlenia słuchanego przedstawienia, jednak biorąc pod uwagę zależność jakość/cena, był to dobry kompromis. Kompromis z którym podczas testu o dziwo wiele pozycji płytowych nawet u mnie nie miało jakiegoś dramatycznego problemu, gdyż bezczelnie czerpało z niego co najlepsze. Oczywiście w głównej mierze mam na myśli muzykę wokalną, ale bez najmniejszych problemów zaliczyłbym do tego zbioru nawet słabo zrealizowany rock. Powód? Po prostu przedstawiany dzisiaj kabel ograniczał smaganie moich uszu zniekształceniami w wątpliwej jakości realizacjach, co jawiło się jako bezwiednie oczekiwany, pokazujący piękno muzyki, ukulturalniający balsam. Tak tak, takiej muzy wbrew pozorom jest sporo. A co z resztą? Powiem tak. Jedynym, no może dwoma nurtami, które z racji pracy kabla nad wypełnieniem i mocną kontrolą wybrzmiewania górnego zakresu, w moim zestawieniu czuły ewidentne ograniczenia, były elektronika i nagrywane w wielkich kubaturach kościelnych pieśni sakralne. Jak to możliwe w przypadku mojego wspominania dobrych występów wokalnych? W pierwszym przypadku sztuczne twory bardzo często z założenia mają prawie ranić uszy słuchacza, do czego S-2 z premedytacją nie dopuszczał. Zaś w drugim, za sprawą ukulturalniania dźwięku przez kabel – walka o spójność przekazu, lekko zacierały się bardzo istotne dla podobnych realizacji artefakty typu mające swój udział w odbiorze muzyki echo goszczących artystów kościołów. Ale zaznaczam, rozmawiamy o produkcie przeznaczonym do innego segmentu cenowego i znacznie jaśniej grającego, co pozwala sądzić, że albo u siebie w ogóle nic nie zauważycie, a jeśli nawet coś z zasłyszanych przeze mnie aspektów usłyszycie, będzie to objaw na granicy percepcji. Powód? Słowo klucz, to rozdzielczość. Jednak wyjaśniam, rozdzielczość nie ma nic wspólnego z rozjaśnieniem, z czym akurat Struss Loudspeaker Cable S-2 aplikując dawkę wypełnienia znakomicie sobie poradzą.

Jak wynika z powyższego testu, wpinając flagowe kable kolumnowe marki Struss musimy liczyć się z ich sznytem grania. To w większości przypadków powinno być co najmniej ciekawym doświadczeniem, jednak należy pamiętać, iż stawiają na tchnięcie w system szczypty spokoju. Zatem, czy są jakieś przeciwwskazania? Jak zawsze. Są nawet na poziomie cenowej stratosfery, zatem dlaczego miało by ich nie być na tym pułapie. Jakie? W tym przypadku uważałbym na ożenek S-2 ze zbyt ociężałymi zestawami. Mój również nie jest anorektyczną soniczną baletnicą, jednak poradził sobie w starciu, gdyż jest rozdzielczy. Niestety tańsze mogą tego nie udźwignąć. Jednak w takim przypadku nie będzie to wina naszego bohatera, tylko słabej wiedzy posiadacza docelowej konfiguracji. Zatem reasumując, jeśli Wasze przez lata dobierane układanki odznaczają się nie tylko zbytnią lekkością, ale nawet oscylują na poziomie odbieranej jako idealna neutralności, po aplikacji flagowego kabla głośnikowego S-2, mogą nabrać zaskakująco fajnego barwowo, być może od lat oczekiwanego w duchu feelingu. Zaintrygowani? Jedno jest pewne, w przypadku próby na własnym podwórku nic nie tracicie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Producent: Struss
Cena: 2 500 PLN / 2 x 3m