Opinia 1
Choć od inauguracyjnej wizyty sprawcy całego zamieszania w naszych skromnych progach minął niemalże rok a dopiero od kilku tygodni, dzięki uprzejmości wrocławskiego Audio Atelier, ponownie możemy cieszyć się jego brzmieniem i funkcjonalnością, to prawdę powiedziawszy w tzw. międzyczasie bynajmniej nie narzekaliśmy na brak zajęć a i sam status „nowości” dzisiejszego gościa nic a nic nie stracił ze swojej aktualności. Ba, śmiem wręcz twierdzić, iż nawet same okoliczności przyrody, czyli nasze redakcyjne systemy, obecnie są bardziej mu sprzyjające aniżeli wtenczas, gdyż pojawiły się w nich switche zdolne komunikować się z otoczeniem po optycznych złączach Gigabit SFP. Dlatego też z autentycznym entuzjazmem pragniemy się z Państwem podzielić obserwacjami z testów niemalże wszystkomajacego a zarazem nad wyraz kompaktowego kombajnu multimedialnego Lumïn P1 Mini.
Jak z pewnością nasi wierni czytelnicy pamiętają Lumïn podobne od względem funkcjonalności urządzenie jakiś czas temu światu zaprezentował. Mowa oczywiście o P1-ce, która nie dość, że zauważalnie wykraczała poza niskoprofilową rozmiarowkę swego rodzeństwa, to i przy kasie intensywniej drenowała kieszenie. Niby była i nadal jest firmowym flagowcem łączącym funkcjonalność streamera, DAC-a i przedwzmacniacza, wiec może sobie na to pozwolić, lecz jeśli komuś to nie w smak, to jeszcze do niedawna szczęścia można było szukać u konkurencji (Auralicu), bądź cierpliwie czekać na przychylność niebios. A te się w końcu zmiłowały i za niemalże 50% ceny flagowca zaproponowały niemalże tożsamy funkcjonalnie P1 Mini. Ale, zaraz, zaraz, czy nasza dzisiejsza nowość czegoś Państwu nie przypomina? Jeśli nie, to nieśmiało podpowiem, że przynajmniej na moje astygmatyczne oko bez trudu można zauważyć głęboką inspirację bryłą niejakiego all’in’one – M1. I nie, nie chodzi o sieć podmiejskich centrów handlowych, lecz o wzmacniacz streamingujacy potrzebujący do pełni jedynie zasilania i wpięcia w domową siec Ethernet. Całe szczęście projektanci nie ograniczyli się jedynie do odkurzenia niemalże dziesięcioletniego projektu, lecz jedynie bazując na nim li tylko w roli luźnej inspiracji zaproponowali zdecydowanie bardziej estetyczne i „elastyczne” pod względem użytkowym urządzenie. I tak, wykonany z grubego płata szczotkowanego aluminium front zdobi nie tylko charakterystyczny zielonkawo-niebieski wyświetlacz, lecz również dwie rozmieszczone po jego bokach gałki (wyboru źródła i regulacji głośności) i włącznik, którego obecność optycznie równoważy oko czujnika IR. Korpus wykonano z giętych blach a nie pojedynczego bloku jak w przypadku pełnowymiarowego protoplasty, ale nie ma co grymasić, gdyż przy tych gabarytach i wadze 7 kg jest to w zupełności satysfakcjonujące rozwiązanie. Rzut oka na plecy i jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem niemalże wszystko (wszystko ma P1) czego tylko dusza zapragnie. Wyjścia analogowe (regulowane) są w formacie RCA i XLR, wejścia analogowe to złocona para RCA a domenę cyfrową reprezentują wejścia optyczne, koaksjalne, USB i HDMI. Z kolei wyjścia cyfrowe to USB, BNC i HDMI ARC, wiec o integrację ze smart-TV nie trzeba się martwić. Sprawę komunikacji również potraktowano poważnie, gdyż oprócz standardowej RJ-ki – 1000Base-T Gigabit Ethernet P1 Mini może pochwalić się optycznym złączem Gigabit SFP i możliwością podpięcia zewnętrznych dysków HDD. Wyliczankę zamyka zwyczajowy w Lumïnach zacisk uziemienia, zintegrowane z komora bezpiecznika trójbolcowe gniazdo IEC oraz włącznik główny. W zestawie znajdziemy również firmowy, nad wyraz elegancki pilot zdalnego sterowania.
Od strony konstrukcyjnej podobieństwa do starszego brata P1 Mini też się nie wyprze. Bazuje bowiem na parze takich samych kości przetworników (ES9028PRO) i co prawda nie podwójnym a pojedynczym toroidzie w zasilaniu, ale co liniówka, to liniówka, więc wypada się z tego powodu cieszyć a nie marudzić. Uproszczono też sekcję analogową, gdyż na wyjściu mamy kondensatory a nie transformatory Lundhala. Dzięki wykorzystaniu najnowszej platformy sprzętowej P1 Mini oferuje możliwość upsamplingu wszystkich sygnałów do PCM 384kHz/32bit lub DSD256 a za regulację głośności odpowiada Leedh Processing.
Niejako na wstępie części poświęconej walorom sonicznym naszego gościa pozwolę sobie nadmienić, iż wraz z nim dotarła do nas firmowa „cyfrowa biblioteka” L2, więc w trakcie testów mogłem nie tylko wpiąć P1 Mini do dyżurnego switcha QSA Red po SFP, lecz również wykorzystać ten kanał komunikacji z potężnym repozytorium muzyki, za co Audio Atelier należą się w pełni zasłużone podziękowania. Kolejną kwestią jest z racji wykorzystywania w systemie intregry niemożność weryfikacji funkcjonalności przedwzmacniacza, choć biorąc pod uwagę, iż dba o nią ww. Leedh Processing, to śmiało możemy uznać, iż po prostu jest i działa jak fabryka chciała. A co do samego brzmienia, to … już od pierwszych taktów „Smith/Kotzen” Adriana Smitha i Richie Kotzena słychać, że ekipa Lumïna pomimo oczywistych ograniczeń finansowych solidnie przysiadła do pracy i postanowiła maksymalnie wykorzystać drzemiący w projekcie potencjał. I śmiem twierdzić, że efekty tej pracy są tyleż zauważalne, co … zachwycające. P1 Mini gra bowiem dźwiękiem zaskakująco dużym i zarazem charakteryzującym się nie tylko firmową soczystością i dystyngowaniem, co również motoryką i zaraźliwym timingiem. Czyli de facto tym, o czym większość zintegrowanego rodzeństwa przynajmniej do tej pory może i pamiętała, lecz niespecjalnie tymi cechami epatowała. A tym razem, zamiast nieco je wycofywać właśnie drajw i swoboda artykulacji dostały zielone światło do zawalczenia o uznanie odbiorców. I walczą! Bluesrockowy materiał pozwolił pokazać zarówno śpiewność ognistych riffów, jak i nieco sfatygowane wokale obu jegomości którym towarzyszą przyjemnie dźwięczne blachy i solidna praca sekcji rytmicznej. No i najważniejsze – słychać rockowego pazura i czuć serce do grania, więc jest nie tylko atrakcyjnie – ładnie, ale z życiem, autentycznie i namacalnie. Przesiadka na „Nu Delhi” Bloodywood pokazała również, że tytułowy maluch nie ma najmniejszych problemów z zachowaniem pełni energii nawet przy najniższych składowych, więc jeśli tylko zostaną one odpowiednio zarejestrowane, to P1 Mini nie będzie czuł się w obowiązku ich przycinać, czy tonizować. Jak więc widać i słychać jest dobrze, choć jak się okazuje może być jeszcze lepiej.
Wystarczy bowiem zrezygnować z popularnej skrętki i przesiąść się na komunikację po SFP, by w tzw. okamgnieniu osiągnąć kolejny, oczywiście wyższy, poziom wtajemniczenia. Okazuje się, że da się jeszcze poprawić rozdzielczość i otwartość prezentacji przy jednoczesnym zachowaniu firmowej gęstości i pewnego pozornego przyciemnienia. Czemu pozornego? Cóż, z jednej strony tytułowy kombajn wzorem swoich protoplastów nader zgrabnie unika zarzutów o podkreślanie sybilantów, lecz przecież z drugiej jest daleki od siłowego ograniczania górnych rejestrów, czy też nadmiernego epatowania bezpiecznymi krągłościami. Po prostu gra nieco gęstszym i bardziej wysyconym dźwiękiem od mojego dyżurnego zestawu i tyle. Ponadto nawet przez myśl mi nie przeszło uznawanie tego za wadę a jedynie w pełni świadome przemycanie własnej sygnatury. I to sygnatury, za którą lwia część wiernych akolitów marki gotowa dać się pokroić, tym bardziej, że jej obecność jest ewidentnym dowodem na to, że P1 Mini jest owocem ewolucji a nie rewolucji w obrębie azjatyckiej marki. Dlatego też zamiast szukać dziury w całym zdecydowanie lepszym pomysłem jest zarezerwowanie sobie niemalże godzinnej sesji z Chantal Chamberland („Temptation”) i ze szklaneczką bursztynowego destylatu oddanie się czysto hedonistycznej kontemplacji, do czego Lumïn P1 Mini wydaje się oczywistym kompanem.
Z tego co mi wiadomo ekipa Lumïna w P1 Mini upatruje szansy na trafienie do szerokiego odbiorcy i na bazie dotychczasowych z nim doświadczeń śmiem twierdzić, iż ta wcale niełatwa sztuka może się im udać. P1 Mini jest bowiem szalenie intuicyjny, daje się obsłużyć tak z poziomu tabletu/smartfonu jak i pilota, bądź frontowych pokręteł, więc łączy w sobie ergonomię do jakiej przyzwyczajeni są starsi odbiorcy z rozwiązaniami w których bryluje najmłodsze pokolenie. Podobnie jest z praktycznie bezobsługową aplikacją w posiadany system i integracją ze współczesnymi smart-TV. Klasyczne plug&play bez konieczności habilitacji z robotyki i fizyki kwantowej. Jeśli dodamy do tego ponadprzeciętne walory brzmieniowe i wsparcie dla najpopularniejszych serwisów streamingowych będziemy jedynie o krok od tego, by uznać, iż Lumïn P1 Mini jest po prostu skazany na sukces. Czego z resztą szczerze mu życzę.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy podczas rozmowy pomiędzy interlokutorami padnie hasło Lumïn, jedno jest pewne, wszyscy dobrze wiedzą, iż mowa o specjaliście od obcowania z muzyką na bazie plików. I nie ma znaczenia, czy posiłkując się zasobami zgromadzonymi na twardym dysku, czy platformami streamingowymi, bowiem w jego portfolio do tego rodzaju zabawy znajdziemy dosłownie wszystko. Od wspomnianych banków muzyki, przez transporty obsługujące wszelkie portale ją serwujące w formie streamu, po zasilacze do swoich urządzeń Lumïn oferuje dosłownie wszystko. A jeśli tak, naturalną koleją rzeczy wydaje się być rozszerzanie oferty w odniesieniu do zamożności klientów. Dlatego też po bardzo dobrym odebraniu przez rynek zintegrowanego wszystkomającego kombajnu P1 zaproponowano szerszemu gronu odbiorców pozwalającą zaoszczędzić nieco grosza tańszą wersję przed momentem wspomnianej konstrukcji. Przyznacie, że pomysł znakomity. Na tyle, że po pojawieniu się takiego urządzenia wspólnie z dystrybutorem postanowiliśmy przyjrzeć się tematowi bliżej. Takim to sposobem dzięki zaangażowaniu wrocławskiego Audio Atelier dziś zmierzymy się z najnowszą propozycją ww. producenta dla zwykłego Kowalskiego, czyli kolokwialnie mówiąc uniwersalnemu plikograjowi Lumïn P1 Mini.
Jak prezentuje się miniaturowa wersja P1? Oczywiście naturalnym następstwem cięcia kosztów elektronika została ubrana w nieco skromniejszą obudowę. Ale spokojnie, to nadal bardzo dobrze wyglądająca bryła. Mamy do czynienia ze średniej wielkości wykonaną z aluminium prostopadłościenną skrzynką z charakterystycznym masywnym frontem, który dążąc do maksymalizacji łatwości obsługi urządzenia oprócz standardowo dodawanego do kompletu pilota został wyposażony w dwie gałki pozwalające na ręcznie sterowanie wszelkimi funkcjami oraz centralnie umieszczony wyświetlacz pokazujący aktualny stan podczas czy to procesu kalibracji, czy informacji technicznych o słuchanym materiale muzycznym. Tak wygląda awers, a co dzieje się na rewersie? Jak można się spodziewać, w odpowiedzi na swą wielofunkcyjność P1 Mini jest na bogato. Dlatego też mimo typowej dla Lumïna obsługi plików muzycznych oprócz pary wejść LAN (RJ45 i SFP) dodatkowo mamy serię wejść i wyjść cyfrowych i analogowych dla źródeł zewnętrznych – COAX, OPTICAL, BNC, USB, LAN, HDMI, RCA. Oczywiście będąc źródłem z regulowanym wyjściem analogowym, pozwalającym na bezpośrednie podłączenie do końcówki mocy może pochwalić się także wyjściami analogowymi w standardach RCA oraz XLR. Listę uzupełniają zacisk masy, gniazdo zasilania IEC i główny włącznik. Jak wspominałem, w pakiecie startowym P1-ki Mini mamy także pilota zdalnego sterowania.
Czym uraczył mnie młodszy brat Lumïna P1? Prawdę mówiąc tego starcia nieco się obawiałem. Sprawa jest banalnie prosta i rozbija się o poziom i skalę konsekwencji po decyzji zmniejszenia nakładów finansowych na daną konstrukcję. Naturalnym jest, że coś się wydarzy, jednak ważne, aby nie stracić przy tym pierwiastka zachęcającego do obcowania z muzyką w takiego urządzenia. Na szczęście i mówię to z pełną odpowiedzialnością, bowiem w tym teście pominąłem zwyczajowo wykorzystywany do plików przetwornik w Ethosie Gryphona i współpracujący z nim przedwzmacniacz liniowy Gryphon Commander, czyli urządzenia w sumie jakieś 20 frazy droższe, Lumïn P1 Mini bez problemu się obronił. Wróć, wypadł wręcz znakomicie. Dostałem bardzo dobry poziom wypełnienia dźwięku, zwartą energię i fajny oddech, dzięki czemu z naturalnych względów bez pogoni za wyczynowością w oddaniu najdrobniejszych niuansów sonicznych mogłem obcować z przyjemnie podaną muzyką. Żywą i namacalną, co przy cięciu kosztów produkcyjnych nie zawsze w tak fajnym wydaniu jest osiągalne. Zazwyczaj powstają problemy ze wzrostem zniekształceń, których efekt producenci pod płaszczykiem nadawania muzyce nutki analogowości często niwelują uplastycznianiem przekazu, czyli kolokwialnie mówiąc go „zamulają”. W przypadku rzeczonego Lumïna zaś nic takiego nie miało miejsca. Owszem, rozdzielczość po przesiadce z codziennych konstrukcji nieco zmalała, jednakże wydarzenia sceniczne nadal cechowała odpowiednia swoboda w rozplanowaniu całości w miedzy-kolumnowym eterze i należna danemu źródłu energia, czyli jednym słowem najważniejsze cechy pozwalające pokazać ją z interesującej strony.
Pierwszym z brzegu przykładem na projekcję nie tylko muzykalnego, ale również zaprezentowanego z dobrą swobodą materiału jest choćby twórczość stosunkowo dawno niesłuchanej przeze mnie, ale za to fenomenalnie zrealizowanej płyty „Same Girl” Youn Sun Nah. Dzięki umiejętnemu skorelowaniu masy, zwarcia i dźwięczności każdego z podzakresów przez tytułowy streamer wokal czarował barwą podaną w estetyce ciepła oraz nieźle akcentowanej mikrodynamiki. Efekt był na tyle udany, że mimo mniejszego niż mam na co dzień akcentowania najdrobniejszych niuansów, bez najmniejszego problemu dałem się oderwać od problemów codziennego życia celem ukojenia skołatanej wiecznymi problemami duszy. Muzyka wypełniała mój pokój, Joun Sun Nah czarowała zjawiskową wokalizą, a ja ładowałem życiowe baterie. Niestety tylko do pewnego momentu. Jakiego? Oczywiście wybrzmienia ostatniej nuty na tej płycie.
Kolejną, z premedytacją wybraną z przeciwległego bieguna sesję odsłuchową zaliczyłem przy taktach specjalistów od srogiego łomotu. Chodzi o Black Sabbath i ich zjawiskowy krążek „13”. Krążek, który podobnie do przed momentem wspomnianej Azjatki nie tylko nie zmusił Lumïna do rzucenia białego ręcznika, ale paradoksalnie za sprawą będącego feedbackiem cięcia kosztów minimalnego zmniejszenia mikrodynamiki projekcji z pozostawieniem pełni ekspresji dał się głośno słuchać. A zapewniam, to nie jest takie oczywiste, o czym nie raz i nie dwa podczas testów się przekonałem.
Jak spuentuję opisane powyżej spotkanie z nie tylko przyjaznym cenowo, ale przy okazji świetnie wpisującym się w poszukiwanie przeze mnie zawartych w muzyce emocji kombajnem? Cóż, będzie nad wyraz prosto i maksymalnie zwięźle. To znakomite źródło. Muzykalne, ale nie przegrzane. Grające z oddechem, jednak bez cienia krzykliwości. Plastyczne, a mimo to dobrze pokazujące najważniejsze niuanse soniczne. Niepozorne gabarytowo, za to bardzo wszechstronne. A wszystko w obecnych czasach za naprawdę nieduże pieniądze. Zatem jeśli szukacie czegoś ciekawego i do tego niedrogiego z zakresu słuchania muzyki z plików, Lumïn P1 Mini powinien być stuprocentowym pewniakiem potencjalnej listy odsłuchowej.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumïn U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Pixel Magic Systems Ltd.
Cena: 23 990 PLN
Dane techniczne
Obsługiwane częstotliwości: do DSD256 / 1-bit, PSM do 384kHz / 16–32-bit; pełne dekodowanie MQA
Zastosowany przetwornik: 2 x ESS SABRE32 ES9028Pro
Upsampling: do DSD256 i PCM 384kHz dla wszystkich plików
Obsługiwane formaty audio: DSF (DSD), DIFF (DSD), DoP (DSD), FLAC, ALAC, WAV, AIFF, MP3, MQA
Wsparcie serwisów streamingowych: UPnP AV, Roon Ready, TIDAL Connect, Spotify Connect, Flac lossless Radio stations, Audirvāna, AirPlay,QPlay (QQMusic)
Wejścia cyfrowe:
– USB Audio Class 2 (PCM 44.1–384 kHz / 16 – 32-bit; DoP 128)
– OPTICAL/SPDIF (PCM 44.1 kHz–192 kHz / 16–24-bit; DSD64 (DoP64))
– HDMI (PCM 2.0; 4K Video Passthrough)
Wejścia analogowe: para RCA
Wyjścia cyfrowe:
– USB (DSD512; PCM 44.1–384 kHz / 16–32-bit)
– BNC SPDIF (PCM 44.1–192 kHz / 16–24-bit; DSD64 (DoP64))
– HDMI (PCM 2.0; 4K Video Passthrough; ARC)
Wyjścia analogowe: Para XLR (6Vrms); para RCA (3Vrms)
Łączność: Gigabit SFP; 1000Base-T Gigabit Ethernet
Wymiary (S x G x W): 400 x 31 x 77 mm
Waga: 7 kg
Opinia 1
Sposobów na walkę z wibracjami degradującymi dźwięk naszych urządzeń mamy praktycznie tyle co ich wytwórców. Jedni „lecą w kulki” bądź parają się elastomerami, inni łączą sprężyny z silnymi magnesami a kolejni stawiają na wygaszanie drgań ponadnormatywną masą. Generalnie na tym polu panuje wolna amerykanka i jedynie od fantazji oraz zasobności portfela nabywcy zależy na jakim pułapie kończy się dopieszczanie posiadanego systemu. Jak jednak od dawien dawna wiadomo skuteczność konkretnego rozwiązania to jedno, lecz finalnie nie bez znaczenia okazuje się również aspekt użytkowo – wizualny, gdyż bądźmy szczerzy – nie wszyscy są miłośnikami granitowych katafalków, industrialnych instalacji, bądź dychotomicznie reagujących na najlżejszy dotyk stopek. I właśnie w tę niszę wpisuje się Graphite Audio CLASSIC 100 ULTRA, czyli rodzima platforma do „zadań specjalnych”, której niestraszne nie tylko niemalże ćwierćtonowe obciążenia, co przede wszystkim krytyczny wzrok Strażniczek naszych domowych ognisk, gdyż mówiąc wprost przez swą aparycję może stać się ozdobą niejednego salonu i systemu. Nie wierzycie Państwo? Cóż, jeśli sesja uboxingowa Was nie przekonała, to najwyższa pora na nieco bardziej sterylne ujęcia.
W przeciwieństwie do recenzowanego na naszych łamach jakiś czas temu podstawowego modelu Classic 40 tytułowa platforma CLASSIC 100 ULTRA nie jest monolitem, lecz wykonanym ze 140 warstwowej sklejki z fornirów o grubości 0,5mm każdy korpusem w którym niejako zatopiono polimerową platformę nośną i całość uzbrojono w firmowe, oczywiście grafitowe stopki, pod którymi można i jeśli nie chce się porysować podłoża wręcz należy zaaplikować stosowne podkładki. Standardowy rozmiar platformy to 495 x 465 x 100 mm, który zapewnia powierzchnię nośną 480 x 450 mm oraz nośność do 220 kg, co powinno zadowolić również posiadaczy potężnych końcówek mocy. Jak unaoczniają powyższe zdjęcia topowa wersja 100-ki prezentuje się wręcz obłędnie, gdyż satynowa czerń korpusu jedynie intensyfikuje miedzianą rudość płyty nośnej z naniesionym wzorem mozaiki złożonej z firmowych logotypów (molekuły grafitu). A właśnie, nie sposób nie wspomnieć o znacząco większym, metalizowanym firmowym oznaczeniu platformy umieszczonym w prawym narożniku. Znaczy się w dwóch narożnikach, więc niezależnie, czy ustawimy ja węższym, czy też szerszym bokiem jej pochodzenia raczej się nie wyprzemy.
Przechodząc do części poświęconej wpływowi Graphite Audio CLASSIC 100 ULTRA na posadowione na niej urządzenia w trakcie testów ze zdziwieniem odkryłem, iż jej sygnatura zmienia się wraz ze wzrostem masy lądującej na niej elektroniki. Dlatego też warto nieco z nią (platformą, nie masą) poeksperymentować i niezobowiązująco dać jej pograć w kilku miejscach systemu. A jak było u mnie? Cóż, począwszy od podkreślania aspektu plastyczności i muzykalności w przypadku „chodzącego” w wadze muszej i dodatkowo pozbawionego wewnętrznego zasilacza ok. 2 kg Lumïna U2 Mini po zdecydowane akcentowanie rozdzielczości i precyzji kreślenia źródeł pozornych 26 kg odtwarzacza Vitus Audio SCD-025 Mk.II, czy 40kg integry Vitus Audio RI-101 MkII. I to nie przy ustawianiu wszystkiego na podłodze, lecz na dyżurnym – sztywnym stoliku Solid Tech Radius Duo 3. Zacznijmy jednak od początku, czyli od dość nieoczywistego dopieszczenia transportu plików akcesorium droższym od niego samego, co z jednej strony przeczy nieco zdrowemu rozsądkowi i logice, lecz po pierwsze kto bogatemu zabroni, a po drugie ów przypadek pokazuje jakiż potencjał drzemie w tym niepozornym maluchu i ileż dobrego można z niego właśnie na drodze dopieszczania wycisnąć. A „Ultra 100-ka” wyciska z wrodzonym wdziękiem i elegancją pokazując, że da się zagrać pliki w sposób jeszcze bardziej organiczny i naturalny, jednocześnie nie tracąc nic a nic z ich natywnej rozdzielczości. Przykładowo, zazwyczaj dość jazgotliwy „Prophecy” Edge of Paradise nabrał przyjemnej ogłady, sybilanty przestały irytować swym szeleszczeniem a jednocześnie wgląd w nagranie i jego motoryka pozostały nienaruszone, więc nie ma tu mowy o tzw. efekcie „koca”. Można dzięki temu słuchać nie tylko głośniej, co przede wszystkim dłużej bez zmęczenia kąsającymi nasze synapsy dźwiękami.
Przesiadka na duński duet nieco zmieniła sytuację, albowiem aplikacja „Ultra 100-ki” pod znacząco cięższymi zawodnikami pokazała, że zamiast iść wydeptanymi wcześniej ścieżkami krainy łagodności można „otworzyć dźwięk” i zwiększyć jego wolumen energetyzując i zbierając w sobie jego najniższe składowe. Syntetyczny bas w „King” Lilith Czar (album „Created From Filth And Dust”) z platformą Graphite Audio nabrał tak mocy, jak i zróżnicowania a całość prezentacji zyskała na oddechu i przestrzenności. Nie było to jednak analityczne utwardzenie konturów, lecz jak już zdążyłem wspomnieć operowanie w domenie rozdzielczości poprzez eliminację pasożytniczych artefaktów zaburzających odbiór całości. Jak łatwo się domyślić owo otwarcie zaowocowało poprawą namacalności poszczególnych źródeł pozornych i to nie poprzez ich przybliżenie a właśnie precyzję zawieszenia w przestrzeni z zachowaniem właściwego dystansu od słuchacza. Nieoczywiste? Bynajmniej. Po prostu brak rozedrgania przełożył się na wewnętrzny spokój i stabilność pozycjonowania. Oczywistym beneficjentem takiego uporządkowania stały się wszelakiej maści wielkie aparaty wykonawcze i iście epicki repertuar, jak daleko nie szukając „Epic Orchestra – New Sound of Classical” w wykonaniu NDR Radiophilharmonie, gdzie swoboda artykulacji i brak limitacji pod względem dynamiki tak w jej odmianie mikro, jak i makro sprawiały, że raz sięgnąwszy po tego typu pozycję niejako z automatu dopisuje się do playlisty kolejne i z planowanego godzinnego odsłuchu robi się kilkugodzinny maraton a i tak na końcu pozostaje niedosyt, że z kolejną sesja trzeba będzie poczekać do dnia następnego, bądź dłużej.
I tak, w ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko potwierdzić, że rodzima platforma antywibracyjna Graphite Audio CLASSIC 100 ULTRA intensyfikuje doznania związane z odbiorem muzyki reprodukowanej przez urządzenia na niej ustawiane. Warto jednak mieć na uwadze, iż obszar i intensywność zmian zależeć będzie przede wszystkim od wagi elektroniki na niej ustawianej, wiec stosowne testy w docelowych systemach są w jej przypadku tyleż mile widziane, co wręcz obligatoryjne.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Wszyscy na poważnie podchodzący do wyciskania z posiadanego systemu ostatnich soków wiemy, że odpowiednia stabilizacja elektroniki jest jednym z kluczowych tematów do rozwiązania. I tutaj pojawia się związany z wyborem konkretnej konstrukcji problem. Czy postawić nasze zabawki na czymś maksymalnie prostym i zazwyczaj stosunkowo niedrogim, ale w niepełnym stopniu realizującym powierzone zadania, czy pójść po tak zwanej bandzie i wybrać konstrukcję bardziej skomplikowaną, za to działającą w każdym założonym przez nas aspekcie. Jak widać na przykładzie dwóch pierwszych z brzegu pytań z niby prostej decyzji nagle robi się temat rzeka. Na szczęście dla Was rzeka, w której staramy się w miarę sprawnie poruszać. I właśnie realizując to zadanie w dzisiejszym spotkaniu wykonamy trzecie podejście testowe do produktu spod znaku Graphite Audio. Podejście, którego bohaterem po niegdysiejszych ocenach wszelakiej maści kolców i podstawek oraz „budżetowej” platformy Classic 40, tym razem będzie dostarczony przez producenta flagowy model platformy Graphite Audio Classic 100 Ultra.
Jaka jest budowa tytułowej platformy? Zapewniam, że wbrew pozorom mimo pojawienia się w opisie sformułowania „sklejka” konstrukcja może pochwalić się sporym skomplikowaniem technicznym. Chodzi o fakt wykorzystania sklejki najwyższej jakości, w której do wykonania jej odpowiedniej grubości w tym modelu wykorzystano aż 140 płatów naturalnego forniru o grubości 0.5 mm. To oczywiście informacja jedynie zdawkowa, ale mająca pokazać, determinację producenta do zaproponowania nam czegoś wyjątkowego. O tym jak wyjątkowego niech świadczy rozbicie tytułowego produktu na czynniki pierwsze. Pierwszym są autorskie polimerowe stopy stabilizujące konstrukcję osadzone w podobnym materiale w samej platformie. Kolejnym i oczywiście równie ważnym jest 70 mm grubości płyta nośna wykonana ze wspomnianych 140 warstw naturalnego forniru. którą na życzenie klienta w standardzie lakieruje się w kolorystyce RAL. Ostatni zaś czynniki bezkompromisowego podejścia do tematu to opcja wykończenia górnej połaci platformy zmieniającą finalny efekt tłumienia płytą polimerową z mozaikowym wzorem z wariacją nt. logo marki. Przyznacie, że produkt nosi znamiona nietuzinkowości. Jednak bez względu na wszystko najważniejszym dla nas jest, jak Classic 100 Ultra wpływa na posadowione na niej urządzenie, o czym skreślę kilka zdań w kolejnym akapicie.
Jak odebrałem aplikację źródła cyfrowego na rzeczonej platformie? Otóż ku mojemu zaskoczeniu efekt podążał całkowicie inną drogą, aniżeli w dwóch poprzednich przypadkach. Gdy wcześniej dźwięk ulegał ewidentnemu w dobrym znaczeniu tego słowa uspokojeniu, model Ultra owszem, również cechował fajny mir, jednak w pakiecie wyraźnie przyjemnie dla końcowego odbioru muzyki akcentował pewne składowe jej propagacji. Jak przystało na takie produkty, standardowo eliminował szkodliwe wibracje, co przekładało się na oczyszczenie prezentacji z jakby mgiełki w eterze, jednakże przy okazji muzyka w kwestii wagi jakby zebrała się w sobie. Jednak nie w sensie bolesnego odchudzenia, tylko poprawienia konturu, a przez to ataku i jako feedback ogólnego timingu. A to nie koniec ciekawych działań, bowiem oprócz przywołanych aspektów ze sfery kontroli dźwięku pozytywne działania platformy słychać było w lepszym oddaniu przestrzeni prezentacji i ogólnym zwiększeniu dźwięczności instrumentów. Gdybym miał określić to jednym, no może dwoma słowami, powiedziałbym, że muzyka jakby nabrała większej witalności i radości. Dlatego na wstępie napisałem o efekcie zaskoczenia. Najczęściej tego typu korygowanie brzmienia elektroniki kończą się popadaniem w zbytnie odchudzenie, czego w tym przypadku nawet na najmniejszym stopniu nie zanotowałem. Zanotowałem zaś efekt przyjemnego w odbiorze zachęcenia mnie do przesłuchania sporej kolekcji posiadanych płyt. Wszystkich nie będę dziś przywoływał, tylko na potrzeby pokazania wyniku sonicznego aplikacji dCS-a na Graphite Audio Classic 100 Ultra przywołam dwie pozycje z testu 40-ki.
Na początek wyrazisty w wygłaszaniu swojej wizji świata muzyki Rammstein z materiałem „Reise, Reise”. Wcześniej działania skutkowały jedynie wygładzeniem dźwięku w efekcie dającym lepszy wgląd w nagranie bez efektu przerysowania. Natomiast tym razem oprócz wcześniejszej eliminacji zniekształceń spowodowanych niestabilnością podłoża odbiór całości dodatkowo zyskał blask i zaliczył przysłowiowego, niezbędnego w tego typu muzie kopa. Po prostu pojawił się tożsamy z muzyką Rammsteina brzmieniowy ogień.
Drugim krążkiem z poprzedniego testu był jazz z repertuaru znakomitego trio Bobo Stensona „Cantando”. W tym przypadku efekt odczucia tchnięcia w muzykę dodatkowego pakietu witalności był ewidentny. Jednak w sobie tylko znany sposób kolejny raz odbierany jako duży pozytyw. To oczywiście pokłosie lepszej kontroli pracy kontrabasu i ogólnego wzmocnienia efektu rozmachu prezentacji, co dla tego rodzaju twórczości jest tak zwaną wodą na młyn. Nie wiem, jak to się stało, ale także tym razem podstawa zrobiła swoje bez żadnych skutków ubocznych.
Czy opisane przed momentem akcesorium spod znaku stabilizacji urządzeń elektronicznych może być propozycją dla każdego? Osobiście widzę dwie opcje związane z ofertą Graphite Audio. Pierwsza wymaga odpowiedzi na pytanie, czy swoje zabawki stawiacie na podłodze lub rachitycznych meblościankach? Jeśli tak, próba we własnym systemie powinna być wręcz obowiązkiem, gdyż z dużą dozą prawdopodobieństwa dopiero wówczas dowiecie się, co potrafią Wasze zabawki. Natomiast drugą opcję zweryfikuje odpowiedź na pytanie o poziom ciężkości brzmienia posiadanego zestawu? Jeśli przekaz jest soczysty, a nawet neutralny platforma Classic 100 Ultra również powinna znakomicie się sprawdzić. Jeśli natomiast brylujecie na krawędzi nadpobudliwości i zbytniej lekkości, wypróbujcie tańsze wersje oferty Graphite’a. Oprócz oczyszczenia dźwięku ze zniekształceń, dodadzą mu fajnego body. Ale żeby nie było, taki wybór będzie li tylko efektem Waszych błędów konfiguracyjnych, a nie problemem tytułowej podstawy antywibracyjnej.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent/dystrybutor: Graphite Audio
Cena: 27 000 PLN (paleta RAL)
Wymiary (ze stopami) S x G x W: 495 x 465 x 100 mm (+/- 3 mm)
Powierzchnia nośna: 480 x 450 mm
Stopy: 4 – regulowane (+/- 4 mm) + podkładki
Waga: 15 kg
Max. obciążenie: 220 kg
Audeze, marka znana z innowacyjnych rozwiązań w dziedzinie słuchawek planarnych, przedstawiła swój najnowszy model – LCD-S20. To pierwsze zamknięte słuchawki planarne wyposażone w innowacyjną technologię SLAM, która rewolucjonizuje reprodukcję niskich tonów i przestrzenność dźwięku. To propozycja skierowana do osób, które nie uznają kompromisów w kwestii jakości dźwięku – zarówno profesjonalistów, jak i pasjonatów dobrego brzmienia.
Przełomowa technologia SLAM
Inżynierowie Audeze zaimplementowali w LCD-S20 rewolucyjny system SLAM (Symmetric Linear Acoustic Modulator), który zadebiutował wcześniej w ich flagowym elektrostatycznym modelu CRBN2. Technologia ta wykorzystuje precyzyjnie dostrojone kanały akustyczne, które selektywnie wzmacniają niskie częstotliwości i optymalizują pracę membrany. W rezultacie otrzymujemy niezwykle głęboki i precyzyjny bas, zachwycający dynamiką i naturalnym uderzeniem nawet przy maksymalnych poziomach głośności.
Ergonomia i jakość wykonania
W projektowaniu LCD-S20 nie zapomniano o wygodzie użytkowania. Słuchawki zostały wyposażone w nietuzinkowy system zawieszenia z regulowanym, skórzanym pałąkiem i miękkie nauszniki z pamięcią kształtu wypełnione specjalnym żelem. Konstrukcję wykonano z wysokiej jakości materiałów, takich jak magnez, aluminium czy stal. Na szczególną uwagę zasługują magnetycznie mocowane poduszki nauszników, które można wymienić lub dopasować do indywidualnych preferencji.
Wszechstronne zastosowanie
Zamknięta konstrukcja LCD-S20 zapewnia wyjątkową izolację od otoczenia, co sprawia, że słuchawki doskonale sprawdzą się w warunkach studyjnych. Skutecznie eliminują zewnętrzne zakłócenia i zapobiegają przedostawaniu się dźwięku do mikrofonów podczas sesji nagraniowych. Marc Urselli, trzykrotny zdobywca nagrody Grammy, określił je jako „przełom dla słuchawek używanych podczas nagrywania w studio”.
LCD-S20 to również idealna propozycja dla wymagających słuchaczy poszukujących audiofilskiej jakości w wygodnej, zamkniętej formie. Jak trafnie ujął to dyrektor generalny Audeze, Sankar Thiagasamudram: „LCD-S20 to nie tylko kolejny produkt w naszym portfolio – to manifestacja naszej misji dostarczania najwyższej klasy dźwięku każdemu miłośnikowi muzyki, niezależnie od jego doświadczenia”.
Zaawansowane przetworniki planarne
Sercem słuchawek są potężne 90-milimetrowe przetworniki planarne. Nie zabrakło także flagowych rozwiązań Audeze – magnesów Fluxor™ i cewek Uniforce™, które gwarantują niespotykaną przejrzystość, trójwymiarową scenę dźwiękową i praktycznie zerowe zniekształcenia. Technologie znane dotąd z najdroższych modeli marki zostały teraz udostępnione w bardziej przystępnej formie.
Bezproblemowa współpraca
Model LCD-S20 charakteryzuje się przyjazną impedancją 18 omów. Przekłada się na doskonałą współpracę z szeroką gamą urządzeń – od wzmacniaczy słuchawkowych, przez interfejsy audio, po laptopy i urządzenia mobilne. Imponujące pasmo przenoszenia od 10Hz do 40kHz oraz minimalne zniekształcenia poniżej 0,1% przy 100dB SPL gwarantują wierną reprodukcję każdego detalu muzycznego.
Dostępność
Zapraszamy do salonów Top Hi-Fi & Video Design i innych punktów sprzedaży naszych partnerów handlowych, gdzie słuchawki Audeze LCD-S20 już wkrótce będą dostępne.
Opinia 1
O tym, że okablowanie audio najdelikatniej rzecz ujmując jest tematem nader istotnym i zarazem polaryzującym wiedzą chyba wszyscy. Chociaż nie, nie chyba – wszyscy, bez wyjątku, czyli włączając w to tych, którzy podobno w ich zbawienny wpływ nie tyle wątpią, co całkowicie negują. A o im droższym okablowaniu mowa, tym temperatura dyskusji wyższa. Dlatego też chcąc nieco ową temperaturę obniżyć i nie dolewać, jak to mamy w zwyczaju oliwy, tym razem przyjrzymy się i przysłuchamy wytworom tyleż niemalże budżetowym, co na wskroś egzotycznym a co za tym idzie, przynajmniej na razie wybitnie niszowym. Otóż w ramach niniejszego spotkania zajmiemy się przewodami pochodzącymi z egzotycznej, indonezyjskiej wyspy … Bali. Coś komuś świta? Jeśli nie, to służę małą podpowiedzią – Vermöuth Audio. Krótko mówiąc chodzi o charakteryzujące się ponadprzeciętną relacją jakość/cena przewody, które niejako za naszą sprawą pod postacią łączówek z serii Reference zawitały ponad sześć lat temu na polski rynek. Czas jednak nie stoi w miejscu, co z resztą nader zgrabnie w maksymie „Panta rhei” ujął niejaki Heraklit z Efezu, mozolnie budowana rozpoznawalność marki powoli zaczyna przynosić spodziewane rezultaty m.in. w postaci świadomości odbiorców a i w rodzimej opiece dystrybucyjnej co nieco się zmieniło, gdyż obecnie radosną twórczość Hendry’ego Ramli zaczął reprezentować sopocki Premium Sound. To jednak nie wszystko, bowiem w tzw. międzyczasie oprócz z ww. Vermöuth-a wypączkował kolejny byt – marka/córka VLAD Audio. W dodatku wypączkowała nad wyraz nieśmiało, albowiem przynajmniej na razie może pochwalić się jedynie profilem na Facebooku, choć z tego co udało mi się dowiedzieć powstanie stosownej strony internetowej również jest w planach. Niemniej jednak nie ma co ukrywać, iż z racji oscylującego wokół 40-ki grona followersów mowa o niemalże nie tylko w skali światowej, co wręcz li tylko balijskiej ewidentnym undergroundzie. Dlatego też niezmiernie miło nam zaprezentować Państwu sygnowany przez Hendry’ego najnowsze dziecko – zestaw okablowania VLAD Audio Epitome w skład którego weszły interkonekty XLR i RCa, przewody głośnikowe, oraz przewód zasilający.
Zarówno sesja unboxingowa , jak i powyższa galeria jasno unaoczniają, iż tytułowe VLAD-y na tyle znacząco różnią się od swojego Vermöuth-owego rodzeństwa, że powołanie dla nich nowej marki jest w pełni logiczne i zrozumiałe. Nie dość bowiem, że Hendry zrezygnował z zewnętrznych gęstych plecionek na rzecz przezroczystych „rurek” PVC, to jeszcze wielożyłowe wiązki i skomplikowane przekroje zastąpiono wielce atrakcyjnymi od stronny wizualnej i zarazem w pełni jawnymi konstrukcyjnie spiralnie skręconymi taśmami miedzianymi w izolacji powietrznej. O widocznej gołym okiem budowie i właśnie owe oko łapiącej aparycji wspominam nie bez powodu, bowiem tytułowe przewody po prostu swymi czerwono – niebieskimi w przypadku łączówek i głośnikowców oraz żółto-niebieskimi w zasilającym przebiegów oczy cieszą. Uproszczeniu uległ również materiał przewodników, gdyż tytułowe Balijki zamiast dotychczasowej miedzi UPOCC korzystają z klasycznej OCC poddanej zabiegom kriogenicznym. Wszystkie przewody cechują się wielce satysfakcjonującą giętkością, choć jednocześnie wyraźnie sprężynują, więc przy układaniu ich za systemem / kolumnami warto dać im dłuższą chwilę na rozprostowanie. Dzięki powyższym działaniom producenta cennik VLAD-ów okazuje się przystępny nawet dla wkraczających w audiofilskie odmęty świeżaków, bowiem interkonekty wyceniono na 330/396 $ (RCA/XLR), głośnikowce na 1 310$ a zasilający na 666$, co jak na współczesne standardy i realia raczej nie powinno budzić większych emocji , szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę wysokiej klasy konfekcję wtykami z własnej produkcji aluminiowymi korpusami i wsadami pochodzącymi m.in. od Furutecha. Optymalizacja kosztów własnych nie objęła swym rażeniem również opakowań, więc VLAD-y docierają do swych odbiorców w eleganckich pudełkach z czarnego kartonu a każdy przewód dodatkowo jest zabezpieczany lnianym woreczkiem a ich oryginalność potwierdzają stosowne certyfikaty. Jeśli zaś chodzi o kwestie natury anatomicznej, to jak już zdążyłem wspomnieć, cała tytułowa zgraja bazuje na kriogenizowanych taśmach z miedzi OCC prowadzonych w rurkach z PVC. I tak, interkonekty mogą pochwalić się 0,41mm², głośnikowce 4 mm² a zasilający 2,5 mm² przekrojami przewodników. Ot i cała filozofia – zero voo-doo.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu VLAD-ów, choć raczej wypadałoby ująć opisywane zjawisko mianem wpływu na brzmienie spiętej nimi elektroniki, z łatwością odnajdziemy kolejne argumenty potwierdzające wydzielenie ich poza portfolio Vermöuth-a. Jak się bowiem okazuje grają one na tyle inaczej od swoich poprzedników, że w pełni zasługują na własną nie tyle linię produktową, co po prostu markę. Tym bardziej, że historia doskonale zna takie przypadki, jak daleko nie szukając Argento Audio / Organic Audio, czy Nordost / Wyrewizard, więc taki model biznesowy nie jest, przynajmniej dla nas, żadnym novum. A wracając do meritum, już od pierwszych taktów „Temptation” Chantal Chamberland do głosu dochodzą iście zjawiskowe rozdzielczość i swoboda prezentacji balijskich łączówek idące w parze z brakiem jakichkolwiek oznak odchudzenia, czy desaturacji. Jest to o tyle istotne, że pozornie ułatwiający życie minimalizm, oszczędność formy powinien obniżyć poprzeczkę trudności i oczekiwań, lecz tak naprawdę jakiekolwiek limitowanie informacji, włącznie z jednej strony wyśmiewanym przez sceptyków a z drugiej demonizowanym przez bezrefleksyjnych akolitów „audiofilskim planktonem” powoduje zgaszenie i zduszenie nagrania. Tymczasem VLAD-y z zaskakującą na reprezentowany pułap cenowy rozdzielczością i pietyzmem nie tylko z aptekarską precyzją ogniskują źródła pozorne, lecz oddają pełnię wolumenu informacji o otaczającej je przestrzeni i właśnie owych drobinkach kurzu tworzących swoistą aurę migocącą wokół muzyków. Jeśli dodamy do tego wierność naturalnemu tembrowi głosu wokalistki operującej lekko zmatowioną barwą plasującą ją gdzieś pomiędzy Dianą Krall a Chie Ayado, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko uznać je, znaczy się sygnałowe VLAD-y, za perfidny dumping w stosunku do wycenionej na dziesiątki tysięcy konkurencję. Powyższe obserwacje potwierdza zmiana repertuaru na dalece mniej wyrafinowany, czyli moje codzienne łomoty, krzyki i wrzaski w stylu suto podlanego elektroniką „The Reckoning” Icon For Hire, czy też niewinnie rozpoczynającego się a następnie wściekle szarpiącego trzewia „The Return of The Black” Imminence, gdzie gęste i połamane aranże przeplatają się zarówno z czystymi, jak i niemalże zwierzęco wyrykiwanymi wokalami. Czyli mamy do czynienia z materiałem niezbyt często goszczącym tak na wystawach i publicznych prezentacjach, jak i na redakcyjnych półkach. No bo i po co po coś tak problematycznego sięgać, skoro audiofilskie smęty zna każdy a one potrafią dobrze wypaść nawet na „jamniku”. A tu szorstko, gęsto i jeszcze bas zapuszcza się w najgłębsze zakamarki piekieł, gitarowe riffy i bestialsko smagane blachy weryfikują rzeczywistą zdolność wysokotonowców do reprodukcji deklarowanych przez swoich wytwórców kHz-ów. Same problemy. Jednak nie dla VLAD-ów, które wzorem rumuńskiego dawcy swej nazwy jeńców brać nie zamierzają i może nie aplikują im w tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę zaostrzonego pala, lecz po prostu grają / transmitują wszystko co do nich trafi niezależnie od złożoności, potęgi i ładunku emocjonalnego zawartego w materiale źródłowym. Mówiąc wprost na odpowiednio wysokokalorycznym wsadzie Epitome udrażniają systemowy krwiobieg nie poprzez dyskretne w nim znikanie, co raczej wtłaczając weń płynny ogień i to pod takim ciśnieniem, że nieprzygotowani na taką (szokową) terapię słuchacze mogą obawiać się nie tylko o własne serca, co również o posiadane kolumny, których basowe drajwery wydają się być skłonne do wyskoczenia z koszy.
Podobnej estetyce i bezkompromisowości prezentacji hołduje przewód zasilający, co jest o tyle ciekawe, że wyraźnie ustępując przekrojami żył mojemu dyżurnemu od blisko dekady Acoustic Zen Gargantua II na „Kin” Whitechapel ani myślał oddawać mu pola tak pod względem spektakularności, jak i energii najniższych składowych. Ba, ewidentnie szedł w ślady mojego ostatniego wzorca, czyli niedawno przez nas skomplementowanego i finalnie zamówionego po testach przez Jacka ZenSati Angel Power. Oczywiście pod względem soczystości i „energetycznej ciągłości” w całym reprodukowanym paśmie nieco mu ustępował, ale już sam fakt podołania wytłukiwanym przez Alexa Rüdingera blastom i wspominania o obu przewodach w jednym zdaniu jasno powinien dać Państwu do zrozumienia z jak niebezpiecznym zawodnikiem może nie tyle Wy, co kablarska konkurencja lada moment będzie miała do czynienia. Proszę się jednak nie martwic, że Epitome Power nawet z kameralnego monodramu zrobi widowisko w stylu ostatnich szczęści „Szybkich i Wściekłych”, czy „Mission: Impossible”, gdyż wystarczy sięgnąć, po pozbawiony nadmiernej adrenaliny materiał w stylu operującego raczej w domenie mikro aniżeli makro-dynamiki „Where Do You Start” Brad Mehldau Trio, by wszystko nie tylko wróciło na swoje miejsce i do normy, co przede wszystkim zagrało tak, jakbyśmy zajmowali miejsca przy pierwszych stolikach rozstawionych wokół sceny w przytulnym jazzowym klubie. To niby tylko trzy instrumenty, w dodatku prowadzone z taką maestrią i wirtuozerią, że żaden z muzyków nikomu niczego udowadniać nie musi grając niemalże od niechcenia, oszczędnie, pozostawiając sporo miejsca swoim kompanom. I całą tę maestrię oraz panujący między składem flow VLAD podaje nam nie tyle na srebrnej tacy, co mogłoby sugerować pewne rozjaśnienie dźwięku, co po prostu mistrzowsko wplecione w sączącą się z głośników muzykę. Muzykę soczystą, pulsującą rytmem i pozbawioną jakiejkolwiek informacyjnej limitacji, wiec wgląd w strukturę nagrań, wnikniecie w muzyczną tkankę zależeć będzie wyłącznie od chęci samego słuchacza.
Najspokojniejszymi z całego rodzeństwa Epitome są zostawione niejako na deser przewody głośnikowe, które z jednej strony wpięte wespół – zespół z ww. firmowym okablowaniem pozwalają zachować umiar i równowagę nieco uspakajając przekaz a z drugiej podczas solowych występów urzekają muzykalnością i krągłością kreowanych brył. Może nie są tak otwarte na górze jak interkonekty, czy też nie niosą ze sobą takiej energii na dole pasma jak zasilający, lecz jeśli tylko nie szukamy w przekazie swoistych ekstremów, to to, co głośnikowe VLAD-y potrafią pokazać na średnicy i to co robią z wokalami (vide „It’s Time” Michael Bublé) dla wszelkich miłośników „środka pasma” i szerokopasmowych drajwerów może być wystarczającym powodem do tego, by raz wpięte zostały tam na długie lata. Jeśli bowiem lubicie Państwo słodycz wysokich Cardasow, bądź Signal Projectsów, to ten niepozorny kabelek idzie w ich ślady, lecz czyni to nieco żwawiej aniżeli ww. poprzednicy. Dlatego też z jego udziałem nie sposób nie sposób mówić o zbytniej lepkości, czy też delikatnym spowolnieniu prezentacji.
No i się porobiło. Zakładam, że genezą powstania, powołania do życia serii Epitome VLAD Audio miała być chęć zaoferowania przewodów rozsądnie wycenionych i dobrze, jak na swoją „półkę” grających. I zupełnie szczerze powiem, nie pozostaje mi nic innego napisać, że cały ten misterny plan Hendry’ego Ramli nie tylko spalił na panewce, co wręcz poszedł w pi…, mniejsza z tym gdzie, bowiem VLAD-y Epitome grają … wybitnie. I to wybitnie nie tylko w swojej klacie, co generalnie – w „kategorii Open”. Rozdzielczo, świeżo, dynamicznie, swobodnie, muzykalnie i soczyście. Ale, że co? Że wszystkich ww. cech „w normalnych pieniądzach” , w nienormalnych bardzo często też, nie da się połączyć? Cóż, najwidoczniej nikt Hendry’emu tego nie powiedział, bo dziwnym zbiegiem okoliczności owa sztuka mu się udała.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Od naszego pierwszego kontaktu z balijskimi przewodami minęło ładnych parę lat. Co istotne, to niejako za nasza sprawą a dokładnie po dostarczonych bezpośrednio przez samego producenta testach serii Reference w postaci przewodu zasilającego, interkontektów RCA/XLR oraz głośnikowcow jasnym stało się, że warto znaleźć dla niego poważnego lokalnego przedstawiciela. Takim to sposobem w polskich realiach dystrybucyjnych pojawiła się marka Vermöuth Audio. Nie najtańsza, jednakże na tle obecnego szaleństwa cenowego dla końcowego klienta w konfrontacji cena – jakość bardzo rozsądnie wyceniona. Czas mijał, my konsekwentnie penetrowaliśmy kolejne pomysły tego podmiotu, aż stosunkowo niedawno dotarła do nas informacja o powołaniu do życia nowego projektu Hendry’ego Ramli. Oczywiście z chęcią przystaliśmy na propozycję przeprowadzenia testu, czego wynikiem jest ocena najnowszego dziecka mocodawcy przywołanej marki w postaci bytu Vlad Audio, z portfolio którego w nasze ręce trafił zestaw składający się z kabla prądowego, dwóch sygnałowych RCA i XLR oraz głośnikowego z serii Epitome.
Z uwagi na status bycia jeszcze bardzo gorącą nowością opisywanych konstrukcji rzeczonego okablowania na temat budowy wiemy niewiele. Jednak niewiele nie oznacza nic. Co zatem wyłuskaliśmy od producenta? Otóż w bardzo skrótowym pakiecie informacji dowiedzieliśmy się, iż w każdym przypadku przewodnikiem są kriogenizowane taśmy z miedzi OCC. Tak przygotowane przebiegi sygnału prowadzone są w przezroczystych rurkach z PVC, a średnica każdego z nich zależy od zadania każdego kabla. I tak sygnałowe XLR i RCA mogą pochwalić się przekrojem 0.41 mm², głośnikowe 4 mm², a sieciowy 2.5 mm². W drodze do docelowego klienta jak widać na serii fotografii, każdy z nich pakowany jest w estetyczne kartonowe pudełko opatrzone certyfikatem oryginalności.
W jaką brzmieniową stronę podryfowała tytułowa seria Epitome? Otóż od pierwszych chwil słychać było, że co prawda z nieco innym nastawieniem na kilka akcentów, ale jest to bardzo podobna estetyka do starszych braci. Nadal w centrum uwagi znajduje się mocny środek pasma, energetyczne dolne rejestry i otwarta góra, ale jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Jakie to szczegóły? Po pierwsze wpięcie otrzymanego zestawu spowodowało jakby ogólne wzmocnienie wolumenu dobiegającej do mnie muzyki. Wszystko podane zostało bardziej bezpośrednio, co oczywiście spowodowało lekkie uśrednienie mikrodynamiki. Jednak malkontentów zawczasu uspokajam, to naturalny finał takiego podejścia do prezentacji, które ma za zadanie zbliżyć nas do muzyki poprzez większe odczuwanie jej energii z wkalkulowanym w takie działania kosztem mniejszego rozdrabniania jej na najdrobniejsze składowe. Przypominam, iż mamy do czynienia z niedrogim okablowaniem, a to z naturalnych względów jest nastawione na granie mniej wyczynowe od strony audiofilskiej, ale w zamian jak najbardziej spójnie, co skądinąd znakomicie było słychać. To w kwestii odczucia jakby głośniejszej prezentacji. Kolejnymi szczegółami jakie forsowało tytułowe okablowanie, było fajne w odbiorze podkręcenie emocji w środku pasma. Jego lekkie wypchnięcie dawało większe poczucie obcowania z danym materiałem. Scena zrobiła drobny kroczek w przód, co dodatkowo zwiększyło obecność muzyki w moim pokoju. Naturalnie następnym niuansem specyfiki odbioru Vlad-ów było podobne podejście do sprawy basu. Stał się obszerniejszy, nieco tłustszy, ale w sobie tylko znany sposób daleki od monotonności lub rozlewania się po podłodze. Mimo estetyki solidności cały czas pokazywał prezentowany przez muzykę drive. Może bez poszukiwania najdrobniejszych rozwibrowań brylujących w tym zakresie instrumentów, ale z dobrym zwarciem w czasie. Ostatnim elementem układanki była góra. Pełna ekspresji, a przez to żywa, ale biorąc pod uwagę działania w sąsiednich podzakresach moim zdaniem zamierzenie, gdyż cofnięta burzyłaby efekt spójności brzmienia systemu. A tak mimo bogactwa ilości odpowiednio doświetlała całość prezentacji. Tak wyglądał pomysł na dźwięk według Vlad-ów z rozbiciem na szczegóły. A jak w starciu z konkretną muzą?
Pierwszy z brzegu materiał z twórczości Claudio Monteverdiego w aranżacji Michela Godarda „A Trace of Grace” zabrzmiał inaczej niż obcuję z im na co dzień, ale równie ciekawie. Po pierwsze często występująca w tej produkcji gitara basowa może mniej pokazywała dosłowność użycia palca na strunie i była bardziej krągła, ale nie traciła na zwarciu, co pozwalało dobrze wizualizować ją w pełnej echa klasztornej kubaturze. Po drugie wspomniana większa ekspozycja środka podkreślała bardzo istotną dla tej muzyki, pełną emocji, zazwyczaj jako wolno śpiewane frazy wokalizę – oczywiście poza energetycznym i śpiewanym z pełnych płuc 5 utworem zatytułowanym „Zefiro Torna”. Całości interesującego pokazu zaś dopełniały swobodne górne rejestry. Z jednej strony podkreślały nośność w eterze wszelkich generatorów dźwięku, zaś z drugiej dając efekt naturalnego pogłosu dawały im fajnie w nim zaistnieć. Prezentacja niosła jakby mniejszy pakiet mikroinformacji, ale w najmniejszym stopniu nie straciła na bezproblemowym wciągnięciu mojego zmysłu słuchu w to wydarzenie.
Jeśli chodzi o mocniejsze brzmienie, w tym przypadku także zanotowałem podobny, a często lepiej odbierany feedback działania serii tytułowych kabli. Muza typu „Master Of Puppets” formacji Metallica nie jest jakimkolwiek majstersztykiem jakościowym od strony realizacji, zatem wszelkie działania na polu zwiększenia przyjemności odbioru poprzez podniesienie poziomu nasycenia, czy odczuwalnej głośności są wręcz pożądane. Dlatego też chyba nie muszę nikogo utwierdzać w przekonaniu, iż Vlad-y ze swoimi walorami sonicznymi wręcz brylowały w starciu z takim materiałem. Było i agresywnie i soczyście, co może poza zmniejszeniem wymaganej w idealnej prezentacji zapisanej w tej muzie szorstkości bezproblemowo pozwalało się mi nim bawić. Co więcej, odczucie wzrostu poziomu wolumenu muzyki sprawiało, że nie musiałem nawet dotykać pilota, aby dać emocjom niekrępowanego upustu.
Czy opisany zestaw okablowania Vlad Epitome Cables jest w stanie zadowolić każdego melomana? Myślę, że jeśli umiejętnie, czyli spójnie skonfigurował swój zestaw jak najbardziej tak. To co oferuje tytułowy pakiet kablowy nie zmieni tego stanu, a jedynie w odmiennym świetle ukaże niektóre aspekty. Jednak jak pisałem, całość nadal będzie cechować równouprawnienie każdego zakresu, co kolokwialnie mówiąc nie „wykoślawi” odbioru słuchanej muzyki, a jedynie lekko zmieni estetykę jej podania. Na ile w oczekiwanym przez odbiorcę kierunku zależeć będzie od konkretnej konfiguracji. Niestety na to pytanie może odpowiedzieć jedynie sam zainteresowany roszadami w swoim systemie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Premium Sound
Producent: Vermöuth Audio / VLAD Audio
Ceny
VLAD Audio Epitome Loudspeaker Cable: 1 310 $ / 2 x 1.8 m + 162 $ / dodatkowe 30 cm
VLAD Audio Epitome IC RCA: 330 $ / 1m para + 50 $ / dodatkowe 25 cm
VLAD Audio Epitome IC XLR: 396 $ / 1m para + 50 $ / dodatkowe 25 cm
VLAD Audio Epitome Power: 666 $ / 1.2 m + 88 $ / dodatkowe 30 cm
Opinion 1
Admittedly, both logic and experience suggest that since we were lucky enough to feast our eyes and ears on the top #X, we could safely skip further attempts to explore the Danish portfolio. If there is not even a shadow of a chance that anything „lower fidelity” that came out of Mark Johansen’s hand would sound better, then why waste time, not even mentioning electricity, on this type of activity? However, as it happens in life, not everyone feels the need for a drastic drain of their pockets, and even if they can afford such madness, it seems reasonable to verify whether by chance a slightly lower-born model will not only meet expectations, but also fit into the current hardware configuration. It is also worth mentioning the audience who are keenly interested in a discounted ticket to audiophile forums, for whom, in addition to sound, a properly ennobling „nametag” also counts. And so, a bit twisted way, we got to our „budget”, at least when compared to its older siblings, today’s (collective) hero, the cable equivalent of the legendary Moonwatch (Speedmaster Moonwatch to be exact) signed by the OMEGA x Swatch duo – a complete ZenSati Razzmatazz demo set.
I do not know why, although the Razzmatazz could already be seen and tasted at last year’s (a year earlier Mark appeared only with pre-production prototypes) Munich High End, you cannot find any mention of them on the manufacturer’s website. Nevertheless, we do know a little about them, such as the fact that it is supposed to be … a sales hit, with an above-average price performance ratio, offered at a surprisingly affordable price for ZenSati. And seriously, the tested series is based on copper litz conductors in an artificial silk braid, on which PVC insulation was threaded, and the whole thing was wrapped in a damping material held in check by a tight braid screen and an outer green jacket made of 92% recycled materials, and having the previously mentioned, charming, metallized green color is to further emphasize this pro-ecological character. However absolutely nothing is known about the diameters of the conductors themselves, and the only thing that can be determined with the naked eye – non-invasively – is the use of Furutech FI-E11Cu/FI-11Cu plugs. In addition, similar to the higher models, the bodies of the garments are aluminum sleeves decorated with company logos and model designation. The cables themselves have very standard thicknesses and are pleasantly flaccid, so there should be no problems with positioning them behind the system. After all, this is a proposal for the average „Joe”, so the ergonomics of the Danish cabling cannot differ too much from the usual „shoelaces”. The demo set is delivered in a single, collective box, in which the interconnects are placed in dedicated smaller boxes, while the power and speaker cables are gently arranged around. As the unboxing session showed, the plugs of each cable are additionally protected with a net to protect them from the hardships of travel.
And how do the „green frogs” from Blistrup fare in terms of sound? I dare say that it is adequate to their joyful color, because from the very first notes of „Time Out” The Dave Brubeck Quartet are so successful in emotionally boosting and adding saturation to the midrange, that as if by magic, it simply becomes more pleasant and somehow more „communicative”. This does not mean cutting off the edges, or softening the feistiness of Joe Morello’s cymbals or smoothing out the roughness of Paul Desmond’s saxophone along with the crude pushing out of the midrange, but, as I mentioned, skillful saturation and warming of the midrange, which begins to have some features that can be associated with tube-like sound. And again, not the overheated and „sticky” one, but of the juicy and coherent type, not devoid of resolution and openness. Just take a look at the album „Soul” by Seal, which may be far from the momentum and spectacular orchestrations known from George Michael’s „Symphonica”, but it is with the Razzmatazz in the sound path, that his hitherto slightly toned, vitality and pulsating soul motorics can be heard. In addition, Seal’s vocals retains its native satin matte and becomes silkier and warmer, as if a higher-end and more „organic” microphone was used during the session. At the same time, the backing vocals are surprising, as they come to life here and there with clear positioning on the virtual stage, and having a distance from the foreground in-line with stage reality. And right away, for the sake of clarification, I will mention that both the above and the following observations were made while using the entire set of cabling provided by Piotr from Audiotite, because during the initial verification of individual cables, and then the full wiring of my system with them, was so similar that I did not see the point of breaking down the conclusions into each type separately, in order to, de facto point out the same features. The only thing worth mentioning is the fact that there is no intensification of the Razmatazz signature when increasing their number in the sound path.
Fortunately, the above-mentioned attractiveness and plasticity of the sound proposed by the cables, which are the introduction to the Danish portfolio, does not mean mediocrity or lack of sensitivity to the quality of the source material; and although the tested ZenSati do not abuse any „defective” recordings with sadistic satisfaction, as they are always trying to focus on the melody, they accept the change to a higher quality material with clear gratitude. Thanks to this, even such seemingly casual items as „Vapaa ja yksin” by Chisu or „Dark Days Exit” by Felix Laband surprise with openness, freedom and holographic palpability. Compared to a similar set of the ruby Zorro cables, you can see slightly smaller emphasis on drive and energy, but it is not that the Razzmatazz weaken anything, but the Zorro clearly stands out in this aspect. Therefore, it would be wise to start exploring the catalogue with Mark Johansen’s products from the emerald wires, in order to determine possible further expectations and climb to the next levels of metallurgical advancement. It should also be mentioned, that the set that is the subject of these observations seems to be a great option wherever in the pursuit of uncompromising fidelity, transparency and referential resolution, somewhere along the way you have lost musicality and pleasure of listening, and instead of music you get a cluster of single sounds. And by „greening” such an antiseptic/dissecting fallow land, we have a good chance of restoring its proper bloodiness and getting rid of emotional voidness, thanks to which even the aforementioned „Dark Days Exit”, which quite uncompromisingly explores both ends of the reproduced sound spectrum, instead of chirping on the treble and crunching on the bass like angel dust, will give us a full insight into the structure of the recording, while maintaining care for the comfort of listening by gently gilding the treble and pulling the lowest frequencies with a thicker line.
As you have surely guessed, the ZenSati Razzmatazz are not the best „sounding” cables signed by Mark Johansen. And I dare say that this is their biggest … advantage. First of all, this was not supposed to be the case, and de facto is not their role, secondly, this was not the ambition of their creator, and thirdly, if it was, the sense of existence of both #X and intermediate, albeit higher than Razzmatazz series would be debatable. And so, from the very beginning and at a very bargain price, we get an extremely organic and naturally „sounding” cable, which fits perfectly with both budget and high-end electronics; can intimidate with its sophistication on reference recordings and not discourage those treated by the engineers with a little less attention, and in addition its application does not require their buyers to completely rearrange their system. Therefore, taking into account their above-average price/quality ratio, I can recommend them to you with full responsibility, being somewhat aware that if only their sound qualities meet your requirements, it may not be the end of your search, but the beginning of a longer acquaintance and more or less regular upgrades as part of the company’s program of replacing lower models with higher ones.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
There is no need to beat around the bush, because at least in theory, if we want to skillfully grade the level of emotions in the style of Alfred Hitchcock, we should start our contacts with the tested cable model. Unfortunately, or maybe fortunately, the distributor took the opportunity to make a good first impression on us and, against all odds, decided that the product that would start our contacts would be the Zorro model, highly praised by many users. After that, it was different. Once higher on the price ladder with the set of top #X, once lower, with the Angel series, but there was never an opportunity to check the entry level series. What was the reason for this turn of events? Is it so banal in its sound, that it is better not to show it to avoid an unnecessary blunder? Or maybe it beats its older siblings in terms of price/quality ratio? Well, as the title of this meeting indicates, the time has finally come for it. What am I talking about? Of course, the Danish ZenSati Razzmatazz cabling set, in the form of speaker cables, power cords and XLR interconnects, supplied by the Warsaw distributor Audiotite. This is the entry to the catalog and therefore very affordable. Intrigued? I think that after reading the tests of the previous constructions, you should be. So if you want to know what a set of green Scandinavian cables offers, I invite you to read the following reflections.
What do we know about the construction of this model? Not much, but we know the most important features. First of all – the signal is carried by copper conductors of the Litz type. Secondly – the wires were braided with rayon. Thirdly – in the next step they were insulated with PVC-based insulation. Fourthly – in order to combat resonances, the structure was stiffened with a special damping material. Fifthly – the whole thing is kept in check by a stabilizing shielding braid. Sixthly – the cable is finally wrapped in a translucent green sleeve made of 92% recycled materials, reminiscent of joyful spring. Seventhly – as is standard with ZenSati, each cable is packed in a box covered with artificial leather with a certificate of originality inside. And when we add years of experience, it is safe to assume that the adventure with it, despite its common-sense price, has a chance to last for years.
What was the result of plugging Razzmatazz into my system? I admit that it is surprising. And rather positive, because the overall projection of music was one of the good ones. Not the best, because it is an entry level product and due to limited financial outlays in relation to the top of the brand, it has some shortcomings, but also it is fully reflecting its spirit. When I started with the listening sessions, I was afraid of an attack of distortion or lack of control, or at best a very safe, unremarkable sound, and therefore boring in the long run, but things turned out quite different. Building a virtual stage while maintaining the appropriate momentum of a given recording in breadth and depth, and being the result of not favoring any part of the sound spectrum, surprising consistency of sound clearly showed that the purpose of bringing this model to life was not to possibly save a potential buyer from his previous bad choices, but to show the recorded material as it is. The cables sounded very even, and when they landed in my stereo, they did not break anything. They simply sounded with lower resolution and less advanced macro and micro-dynamics, but it was not a problem, but a natural course of events after changing the more expensive, and selected for a specific place after years of testing, cable to not only a cheaper one, but also one that is placed there completely random, because it was plugged in that place just to define the general outline of the sound. For me, it was a kind of checkmate. Relatively inexpensive, yet without mannerisms and having a nice joy. Joy expressed by good reproduction of controlled bass, dense midrange and resonant treble. Without averaging or bumping out anything, just maintaining freedom and avoiding the intrusiveness of projection. Theoretically, such information was provided to me by the distributor, trying to lobby slightly in favor of the title Danes, but at the time I treated it as wishful thinking of the main interested party. Fortunately, everything was confirmed and, most importantly, this state allowed me to explore my record library with pleasure. And this in its entirety, because the system did not turn any sound aspect in any direction, but sounded with similar temperature and energy, only with a less high quality of sound finish. Rock albums in the style of AC/DC „Highway to Hell” sounded with proper oomph in relation to the madness of vocals and brilliance of drums, and appropriate aggression in terms of presenting guitar passages, which are the hallmark of this formation. It was supposed to be a frenzy and it was. And the fact that it has a lower level of chiseling of individual notes is the result of design assumptions, and not the problem of cables as such. If you reach to a higher price shelf of this brand, it will be better. But this is how it should be, completely normal. Jazz also performed in a similar spirit. The contemplative one, like Keith Jarrett’s trio „Inside Out” and Ken Vandermark’s free edition „Projekt Resonance – Alchemia”. Both of them showed appropriate for a given album, states of mind and, most importantly, a noticeable differentiation of its involvement in calming or waking up the listener, which is how it should be. As I mentioned, there were no feats in chiseling the quality of even the trio’s solo performances, but I can assure you, with a very good result of the perception of the whole musical project. For me, taking into account the prices of the tested cables, it was really – in a positive sense – a big surprise.
How do I finish the above test? With a very clear statement. Well, the cables presented today in my opinion are definitely worth their price. And the reason for this statement is their way of making music. And probably many of you will be surprised when I say that not because of offering this or that audiophile manner, but because of an even, and thus avoiding coloration and distortion of the presentation, approach to music, which is not so obvious at this price level. Whether they fit into every potential system, can only be verified by tests on a living organism of your stereo. However, regardless of the result, the time with music in the ZenSati Razzmatazz edition will result in rather cool experience. And if so, it is probably worth to at least taste them.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Distributor: Audiotite
Manufacturer: ZenSati
Prices
ZenSati Razzmatazz XLR: 6 900 PLN / 2 x 1m; 7 900 PLN / 2 x 1,5m
ZenSati Razzmatazz Speaker: 9 900 PLN / 2 x 2m; 10 900 PLN / 2 x 2,5m; 11 900 PLN / 2 x 3m
ZenSati Razzmatazz Power: 6 900 PLN / 1m; 7 900 PLN / 1,5m; 8 900 PLN / 2m
Opinia 1
Parafrazując klasyka, praca (w naszym przypadku hobby) recenzenta audio jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz na co trafisz. I tak też było tym razem, gdyż choć początkowo zakładaliśmy dwa odrębne testy, to finalnie skończyło się na jednym, acz podwójnym/dwuetapowym. Powód zmiany planów wyszedł bowiem w praniu, znaczy się w trakcie działań przygotowawczo – aplikacyjnych, gdyż dostarczone przez sprawcę całego zamieszania – dystrybutora marki, czyli stołeczny Hi-Fi Club, podstawki antywibracyjne niejako wymusiły użycie dedykowanej im platformy, albowiem widząc ich stożkowo zakończone wierzchołki z oczywistych względów wykluczyłem bezrefleksyjną, równoznaczną z dewastacją okleinowanych półek, aplikację amerykańskiego kwartetu na swym stoliku Solid Tech Radius Duo 3. Krótko mówiąc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Państwa na spotkanie z firmowanym przez Harmonic Resolution Systems (HRS) zestawem stopek Vortex V-150 i platformy M3X2.
Dokonując krótkiej charakterystyki amerykańskiej delegacji warto nadmienić iż o ile Vortexy docierają w eleganckiej i zarazem poręcznej walizeczce (vide unboxing), to już przytaszczenie z garażu zabezpieczonej sklejkową skrzynią platformy jest zdecydowanie bardziej absorbującą czynnością. Jeśli jednak owemu wyzwaniu podołamy później powinno pójść już z górki, bowiem zaskakująco ciężkie, blisko kilogramowe (914-916g) 150-ki wystarczy wyłuskać z przeznaczonych im komór ze sztywnej gąbki, choć jeśli mógłbym cokolwiek zasugerować, to zdecydowanie rozsądniej w pierwszej kolejności wyswobodzić z poskręcanej blacho-wkrętami „jesionki” niemalże 25 kg platformę.
Zgodnie z deklaracją wytwórcy Vortexy V-150/150A zaprojektowano z myślą o urządzeniach o sztywnych obudowach, co już niejako na starcie eliminuje wszelakiej maści gnące się pod własnym ciężarem „blaszaki”. Wynika to m.in. z faktu, iż należy je (150-ki) umieścić pod urządzeniem tak, by przylegały do płyty dolnej całą swoją powierzchnią. Jak łatwo się domyślić wyklucza to często popełniany przez użytkowników błąd podkładania ich bezpośrednio pod fabryczne nóżki. Korpusy Vortexów wykonano z metalowych (stal nierdzewna) cylindrycznych kęsów wewnątrz których umieszczono element rozpraszający energię. Jak na powyższych zdjęciach można zauważyć Amerykanie oferują dwa rodzaje tytułowych stopek – standardowe, monolityczne V-150 i ich regulowane – z wykręcanym trzpieniem wersje V-150A. Z racji iście pancernej budowy Vortexy mogą być używane z urządzeniami o dowolnej masie, choć wtedy warto rozważyć zastosowanie nie 3, bądź 4 a 5 stopek, podkładając dodatkowego Vortexa pośrodku płyty dolnej.
Z kolei trwające ponad dekadę prace badawcze zaowocowały powstaniem platformy M3X2, która pomimo pozornej prostoty okazuje się zaskakująco złożoną konstrukcją wykorzystującą aż sześć różnych materiałów. Z tego co widać gołym okiem rolę platformy nośnej powierzono czarnej płycie granitowej o grubości ¾” (1,905cm) i twardości 9 w dziesięciostopniowej skali Mohsa spoczywającej na odsprzęgającym ją od wykonanej z anodowanego szczotkowanego aluminium lotniczego ramy systemie tłumiącym. Ponadto całość uzbrojono w firmowe masywne stopki antywibracyjne G7 a w zależności od gabarytu i masy docelowego obciążenia można dobrać tak rozmiar, jak i obciążalność konkretnej wersji platformy. W związku z powyższym jedynie nadmienię, iż stołeczny Hi-Fi Club był łaskaw dostarczyć nam na testy przyozdobiony czerwoną kropką (RD) egzemplarz M3X2-1923 – 2-G7-Black o wymiarach 58,4 x 48,3 x 7,6 cm a więc zoptymalizowany dla obciążeń do max. 16 kg.
Przechodząc do części odsłuchowej też zmuszony byłem nieco zrewidować wcześniejsze plany, gdyż stosując się do rekomendacji optymalnego obciążenia tytułowej platformy większość sesji przeprowadziłem z usadawiając na niej transport plików Lumïn U2 Mini z zewnętrznym zasilaczem liniowym Farad Super3, choć nie omieszkałem też, w ramach recenzenckiej samowolki ustawić na niej zdecydowanie poważniejszy 26 kg odtwarzacz Vitus Audio SCD-025 Mk.II. Całe szczęście wpływ M3X2 był tożsamy w obu przypadkach i dotyczył zarówno poprawy rozdzielczości, jak i precyzji ogniskowania źródeł pozornych bez z reguły idącym w parze z powyższymi obserwacjami odchudzeniem przekazu. O ile bowiem gęstemu „New Moon Daughter” Cassandry Wilson takie taliowanie z pewnością by nie zaszkodziło, o tyle z „Enki” Melechesh zrobiłoby całkowicie niesłuchalnego jazgotnika. A tak, zarówno oddana jest właściwa postura i równowaga pomiędzy udziałem strun i pudła rezonansowego otwierającego „Strange Fruit” kontrabasu, jak i bezpardonowa ognistość piekielnie szybkich riffów i perkusyjnych galopad Melechesha. Co ciekawe HRS nieco utwardzając prezentację zachował natywną dźwięczność i szorstkość perkusjonalii, więc nie ma obaw co do zbytniej ofensywności i ziarnistości najwyższych składowych za co amerykańskiej platformie należą się w pełni zasłużone komplementy. Jest jednak jedno „ale”. Otóż M3X2 sama z siebie owej dźwięczności nie wyczaruje i nie doda, więc musi być ona na materiale źródłowym zawarta. Co za tym idzie jej, znaczy się platformy, aplikacja wraz z poprawą różnicowania nagrań niesie ze sobą oczywistą selekcję posiadanej płyto/pliko-teki na pozycje regularnie goszczące w komorze odtwarzacza/playlistach i takie owej regularności umykające, a tym samym nieuchronnie pokrywające się kurzem i zarastające pajęczynami, jak daleko nie szukając koncertowo spaprany realizacyjnie „The End of Life” Unsun, czy szklisto – cykający „Pump” Aerosmith.
Z kolei dokooptowanie Vortexów V-150 spowodowało delikatne, acz doskonale zauważalne może nie tyle dociążenie, co lepsze ukrwienie, soczystość tkanki wypełniającej owe precyzyjnie kreślone kontury. Zrobiło się nieco bardziej „analogowo” a dotychczasowa, priorytetowa akuratność i kontrola dopuściły do głosu mięsistość i aksamitność średnicy. Co ciekawe bas ani o jotę nie osłabł w swym zróżnicowaniu i timingu, więc nie sposób było mówić o zmiękczeniu przekazu a jedynie pewnym jego dosaturowaniu. W rezultacie, nieco za uszy daje się wyciągnąć z odmętów zapomnienia ww. „Pump”, co niewątpliwie powinno również ucieszyć wszystkich fanów „…And Justice for All” Metallici, gdzie jak wiadomo partie basu Jasona Newsteda są praktycznie niesłyszalne. A na materiale, którego siłowo ratować nie trzeba jest tylko lepiej. Może sugerowanie, że np. na „Theory of Mind” Kiko Loureiro (jeśli ktoś nie wie, to ów jegomość w latach 2015-2023 szarpał struny w Megadeth) pojawia się „lampowy pierwiastek” byłoby zbyt daleko posuniętą hiperbolą, ale soczystość i bardziej organiczna koherencja stają się po prostu faktem, przez co równolegle wzrasta emocjonalność i siła rażenia przekazu. Pół żartem, pół serio można nawet stwierdzić, że Vortexy wespół z M3X2 na „Feeling Good” z Michaela Bublé Franka Sinatry Jr. , czy Sammy’ego Davisa Jr. nie zrobią, ale … nadadzą mu pewnego ciężaru gatunkowego i przyprószą złotem. Ba, właśnie na powyższym przykładzie wyszła na jaw kolejna przypadłość zamorskiej gromadki. Otóż mając do czynienia z tak wyborną rozdzielczością i brakiem tendencji do dramatycznych przejaskrawień podprogowo HRS-y zachęcają do spontanicznie prowadzonych eksploracji odmętów Internetu w poszukiwaniu różnych wydań i wykonań naszych ulubionych utworów a tym samym zapewniają zajęcie na może już nie zimowe, lecz nie zawsze zachęcające do outdoorowej aktywności wieczory.
Nie będę zaklinał rzeczywistości i szedł w zaparte, że stóp antywibracyjnych Vortex V150, czy też platformy M3X2 nie można stosować osobno, bo jak najbardziej, szczególnie drugą z ww. propozycji, w dodatku bezinwazyjnie dla posiadanego umeblowania, można. Jednakże nie da się też ukryć, iż właśnie wespół/zespół ww. akcesoria tworzą nad wyraz zgrany zespół. Potrafią bowiem uwolnić drzemiąca w nagraniach rozdzielczość a jednocześnie odpowiednio dopieścić słuchacza pierwiastkami wysycenia i jedwabistej koherencji. Są zatem niezbitym dowodem na to, że pomimo dość industrialnego wyglądu są w stanie oddać niemalże organiczną naturalność reprodukowanej z ich pomocą muzyki.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak z pewnością zdążyliście zauważyć, że na redakcyjny tapet, staramy się brać pełne spectrum wchodzących w szeroko rozumiany High-End elementów – od elektroniki, przez kolumny, okablowanie, po konstrukcje antywibracyjne. I właśnie idąc tym tropem w ramach dzisiejszego spotkania przyjrzymy się dwóm sposobom walki z niepożądanymi wibracjami. W pierwszym przypadku będzie to platforma antywibracyjna, zaś w drugim zmierzymy się z jej wzbogaceniem o dodatkowe stopki. Co konkretnie mam na myśli? Otóż dzięki staraniom warszawskiego Hi-Fi Clubu pochylimy się nad pochodzącą ze Stanów Zjednoczonych platformą HRS M3XS2-1923-2-G7 oraz stopkami HRS Vortex V150. W teorii już sama platforma robi robotę, ale zainteresowanym polecam również zapoznać się z wynikiem współpracy obydwu akcesoriów.
Jeśli ktoś sądzi, że budowa tytułowej platformy to tak naprawdę aluminiowo-granitoowy banał, to jest w wielkim błędzie. Zapewniam, to tylko pozory, bowiem projekt opiera się na drobiazgowych wyliczeniach współpracy czterech sposobów walki z wibracjami na drodze zastosowania różnych materiałów i ich połączenia. Główną częścią jest oczywiście celowo zaoblona na krawędziach, aby odpowiednio kierować rozpraszanie rezonansów, niezbyt wysoka, anodowana na czarno aluminiowa obudowa. Tak przygotowana swoista kuweta jest bazą dla usadowionego na niej czarnego polerowane granitu. Ale ten ostatni oczywiście nie leży na niej bezpośrednio, tylko dzięki stałemu połączeniu elastycznym separatorem tworzy z nią antyrezonansową, działającą na konkretne częstotliwości kanapkę, której nośność dobieramy w zależności od wagi mającego być dopieszczonym urządzenia (max.67,7 kg).
Jeśli chodzi o stopki Vortex V150, mamy do czynienia ze sporej średnicy krążkami z walcowanej stali nierdzewnej. Te z jednej strony uzbrojono w elastyczną powierzchnię styku z urządzeniem, a z drugiej w delikatnie wyeksponowane z bryły, w większości przypadków będące integralną częścią całej konstrukcji stożki. W ostatniej informacji chodzi o to, że jedna stopka podczas wymuszenia zastosowania czterech sztuk pod dość ciężkie urządzenie została wyposażona w regulowany gwintowo stożek. Powodem jest oczywiście możliwość wyregulowania na docelowym podłożu. Tak, wiem, Wasze zabawki są idealne. Ale zapewniam, życie płata figle i gdy podparcie urządzenia w 3 punktach zawsze jest idealne, to cztery przy nawet minimalnie zwichrowanej obudowie mogą stworzyć już lekki problem. Wiem, bo nie raz i nie dwa miałem takie przypadki. Na koniec istotna informacja, czyli zalecenie producenta do stawiania urządzenia na stopach bezpośrednio na obudowie a nie oryginalnych podporach. Vortex-y mają mieć bezpośredni kontakt ze stabilizowaną konstrukcją, inaczej nie zadziałają zgodnie z założeniem producenta.
W pierwszej kolejności opiszę działanie samej platformy. Skądinąd bardzo ciekawe, gdyż idące nieco inną, acz suma summarum bardzo pozytywną, aniżeli tego typu konstrukcje drogą. Chodzi o to, że granit, jest elementem wprowadzającym sporą twardość i pewnego rodzaju kliniczność prezentacji. Owszem, to czasem to jest remedium na bolączki typu mocna nadwaga danej konfiguracji, jednak zawsze posadowiona na nim elektronika lub kolumny krystalizują brzmienie systemu. Tymczasem zaproponowana przez Amerykanów, opisana w poprzednim akapicie kanapkowa budowa sprawiła, że choć sygnaturę granitu było słychać, to w sukurs konkretnemu wynikowi sonicznemu szła kompilacja reszty zastosowanych materiałów i ich aplikacja. O jaki wynik chodzi? Otóż posadowienie czułego na miejsce spoczynku źródła cyfrowego na bohaterce tego testu poskutkowało zmianą prezentacji dwóch fajnych aspektów. W pierwszej kolejności słychać było otwarcie się dźwięku na skutek użycia kamienia, ale przy okazji dół zamiast zwyczajowo stracić na impecie, a czasem nawet dramatycznie na soczystości oferował dobry pakiet body i zwarcia. Nie był rysowany skalpelem, co spowodowałoby jego karykaturalność, a w dobrym znaczeniu był krągły i soczysty. Dzięki temu muzyka nie dość, że nie męczyła zbytnią wyrazistością, to przywołanym otwarciem prezentacji wręcz wciągała. Dostała efektu napowietrzenia bez strat w wadze środka i dolnego pasma, co odebrałem jako powiew przyjemnej bryzy. Przyznam, iż byłem tym pozytywnie zaskoczony. Spodziewałem się wniesienia do przekazu swoich trzech groszy przez zastosowanie kamienia w konstrukcji, jednak zazwyczaj było to li tylko odchudzenie. W tym przypadku zaś finał zespojenia elastycznym materiałem kamienia z aluminium i posadowienie całości na masywnych stopach pozwoliło utrzymać nasycenie dolnego i środkowego pasma przy zwiększeniu frywolności kreowania słuchanego materiału. Zabieg uważam za bardzo udany w odniesieniu do spójności prezentacji, co nie tylko zmieniło mój utarty przez lata pogląd na sprawę niebezpiecznego użycia kamienia w służbie stabilizacji podłoża pod sprzętem, ale pozwoliło napawać się fajnie oddaną muzyką przez cały proces testowy. I to w każdym wydaniu od barokowych zapisów sakralnych, po szaleństwo rockowych gigantów.
Co wydarzyło się po zastosowaniu zestawu separatorów Vortex pomiędzy widniejącym na zdjęciach źródłem, a opisaną powyżej platformą? Wspominałem wcześniej, że efekt był pozytywny. Naciągałem fakty? Nic z tych rzeczy. Otóż podłożenie stopek V150 pod dCS-a poskutkowało symboliczną, ale ciekawą korektą brzmienia systemu. A sprawa rozbiła się o dodatkowy zastrzyk swobody wizualizowania wydarzeń scenicznych. Owszem, kosztem minimalnego zmniejszenia masy dźwięku, jednakże uspokajam, muzyka nadal miała odpowiednie proporcje barwy, wagi i lotności z tą tylko różnicą, że pozytywnie wzrósł parametr szybkości narastania sygnału. Czyli lekko przyspieszyła, a mimo to nadal niosła ze sobą przyjemne pokłady muzykalności. W wartościach bezwzględnych zmiany podryfowały w stronę większej neutralności, zapewniam jednak, iż nadal były dalekie od nadinterpretacji powodującej zmęczenie słuchu. Wszystko co lądowało w CD-ku, dotykane było jedynie małą korektą, a nie trudnym do zaakceptowania przewartościowaniem wcześniejszej estetyki brzmienia. Efekt zaskakujący, acz z tych pozytywnych.
Gdzie zastosowałbym tytułowe akcesoria antywibracyjne? Nie będę się specjalnie rozwodził, bo produkty to co robią, robią z umiarem, dlatego bez zbędnego koloryzowania powiem, iż samą platformę bez problemu polecam sprawdzić dosłownie wszędzie. Pokaże muzykę z innej, swobodniejszej perspektywy, ale nie zabije jej płynności. Jeśli zaś chodzi o dodatkową aplikację stopek Vortex V150, tutaj może nie ostrzegam, jednakże trzeba wiedzieć, iż zmiany podążą w kierunku wzmocnienia efektu działania samej platformy. Jednak ciekawostką jest uzyskanie korektu ma poziomie tylko kosmetycznym, a nie dramatycznym, co w wielu wypadkach może być także bardzo pożądane. Na koniec od siebie powiem jedno, działanie zabawek zza wielkiej wody było tyle przyjazne, że nawet w ekstremalnej muzyce przy zastosowaniu obydwu testowanych produktów muzyka brzmiała przyjemnie. Świeżo i swobodnie, ale przyjemnie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Harmonic Resolution Systems
Ceny
HRS Vortex V150 set (3 x V-150 + V-150A): 9 450 PLN
HRS M3X2: 17 300 – 28 400 PLN ( 25 600 PLN – M3X2-1923)
Dane techniczne:
HRS Vortex V-150 (o stałej wysokości)
Wysokość: 3,8 cm
Średnica: 8,89 cm
Waga: 914 g
HRS Vortex V-150A (o regulowanej wysokości)
Wysokość: 3,8 cm
Średnica: 8,89 cm
Waga: 916 g
HRS M3X2-1923–B (Czarny)
Wymiary: (S x G x W) 58,4 x 48,3 x 7,6 cm.
Waga: 24,9 kg
Obciążalność
RD (Czerwony): 0-16 kg
GRN (Zielony): 16,1-34,2 kg
BL (Niebieski): 34,3-68,2 kg
Po wielce udanych głośnikowcach i nie mniej atrakcyjnym brzmieniowo przewodzie zasilającym rodzina błękitnych TheRay właśnie wzbogaciła się o zbalansowaną łączówke. Panie i Panowie oto WK Audio TheRay XLR.
cdn. …
Opinia 1
Choć za oknem wiosna i cytując klasyka „a w sercu ciągle maj” zamiast polować na pierwszą opaleniznę, chcąc przed majówką i zbliżającym się wielkimi krokami ostatnim monachijskim High Endem wyjść na prostą z beletrystycznymi zaległościami, dzięki uprzejmości wrocławskiej Galerii Audio kontynuujemy eksplorację katalogu Tara Labs. Dlatego też idąc za ciosem, po „wąsatym” The Master USB z zewnętrzną stacją uziemiającą EVO Ground Station, na redakcyjny tapet postanowiliśmy wziąć nieco przyjaźniejszy dla kieszeni nabywców i oszczędzający im dodatkowej plątaniny kabelków model The Artist USB.
Wzorem swego szlachetniej urodzonego pociotka również i The Artist niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot, czarna plecionka zewnętrznej koszulki, zabezpieczone ozdobionymi firmowymi logotypami termokurczliwymi koszulkami złocone, wykonywane na zamówienie, wtyki i wielce pożądana w ciasnych zasprzetowych przestrzeniach wiotkość. Brak za to wspomnianych we wstępniaku „wąsów” umożliwiających podpięcie zewnętrznego uziemienia a i opakowanie w jakim tytułowe przewody docierają do końcowego odbiorcy wydaje się bardziej adekwatne swym gabarytem do chronionej zawartości. Krótko mówiąc Tara pakowana jest w klasyczne, niewielkie czerwone kartonowe pudełko.
Jeśli zaś chodzi o anatomię, to Amerykanie oba modele swych cyfrowych łączówek traktują niemalże na równi. Znaczy się nie wnikając w szczegóły przewodniki wykonano z posrebrzanej monokrystalicznej miedzi o czystości 99.999999% w izolacji z polipropylenowego polimeru o wysokiej trwałości i odporności na zgniatanie. Ww. przewodniki są z niezwykłą precyzją skręcane aby zapewnić ujednolicenie ich parametrów pojemnościowo-impedancyjnych. Nie zabrakło również potrójnego ekranowania, czyli podwójnego ekranu z posrebrzanej miedzianej plecionki uzupełnionego srebrno-mylarową folią. Coś to Państwu przypomina? Ano właśnie. Przecież to dokładnie to samo co w Masterze, więc można domniemywać, iż tak naprawdę oba modele różni możność, bądź niemożność skorzystania z dobrodziejstw uziemienia.
I … prawdę powiedziawszy, przechodząc do części odsłuchowej wynikające z anatomicznych podobieństw przypuszczenia niejako się potwierdzają. To znana z solowych (pozbawionego peryferii) wyżej pozycjonowanego modelu nader udana kooperacja dystyngowanego (pozornego) przyciemnienia z wyśmienitą rozdzielczością pozwalająca z dowolną intensywnością eksplorować najdalsze zakamarki reprodukowanych nagrań. Tylko pozwolę sobie podkreślić – mowa o rozdzielczości a nie detaliczności, czy analityczności, których co prawda niektórzy używają w roli synonimów, lecz w audio nie sposób uznać za tożsame. A The Artist jest rozdzielczy – daje możliwość odkrycia poszczególnych niuansów i detali bez jednoczesnego nimi atakowania i epatowania, czyli bez jakże irytującej krzykliwości. Niby drobiazg a podczas odsłuchu dramatycznie zmieniający narrację. Szczególnie gdy na playliście ląduje deathcore’owy album „CURSED” Paleface Swiss, gdzie eksploatowane do granic swych możliwości instrumentarium wespół z ekstatycznymi partiami wokalnymi tworzy iście kakofoniczny Armagedon dźwięków z którymi większość dedykowanej złotouchej braci aparatury niespecjalnie sobie radzi. Jeśli jednak podejmiemy próbę złożenia systemu zdolnego prawidłowo odwzorować coś więcej aniżeli lirę korbową, czyli również, gdy wymaga tego sytuacja, bezpardonowo przyłoić, to jakiekolwiek wąskie gardło, w tym okablowanie nie ma w nim racji bytu. I Tara owej drożności nie tylko nie ogranicza, co sprawia, iż strumień danych płynie nad wyraz wartkim, niczym nieskrępowanym nurtem. Nie mniej przekonująco wypadł mocno przetworzony, chropawo syntetyczny i nieco jazgotliwy „Nu Delhi” formacji Bloodywood , gdzie niekoniecznie oczywista dla naszych zmysłów indyjska melodyka miesza się z na wskroś hi-tech-owym szaleństwem. Wystarczy bowiem wspomnieć niezwykle eklektyczny, ubogacony przez Babymetal „Bekhauf”, by uświadomić sobie iż poprzeczka stawiana przed muszącym zmierzyć się z takim wyzwaniem systemem zawieszona jest na budzącym w pełni zrozumiałe obawy pułapie. Tymczasem jedynie znanym sobie sposobem The Artist był w stanie nie tylko oddać wieloplanowość i ewidentną logikę panującego na scenie pozornego szaleństwa, lecz i zachować spójność pomiędzy naturalnym, jak i cyfrowym instrumentarium, czy groźnymi porykiwaniami i dziewczęcym szczebiotem.
Doskonale jednak rozumiem tych z Państwa, dla których odsłuch powyższego materiału testowego może przywoływać równie miłe wspomnienia, co leczenie kanałowe, więc nie przedłużając waszych katuszy sięgnę po coś zdecydowanie mniej kąsającego synapsy. Ot chociażby „Composities” Leszka Możdżera & MACV, gdzie nasz główny „eksportowy” pianista gra, w głównej mierze improwizując, na fortepianie Fazioli w obniżonym do 432 Hz stroju a tym samym zachowuje pełną koherencję z niższym strojem Orkiestry Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej. I właśnie ową nieoczywistość stroju tytułowy przewód świetnie unausznia oferując pełną paletę barw i fraz w sposób jakże bliski naszym, niemalże atawistycznym, instynktownym oczekiwaniom sonicznym. Jest zatem wyraźnie inaczej aniżeli gdyby przewodnim był współcześnie (od 1959r.) obowiązujący strój 440Hz, lecz zamiast owej inności na pierwszy plan wychodzi jego, owego stroju, niemalże „analogowa” naturalność i wspominana wcześniej równie naturalna rozdzielczość, gdzie skupienie podąża za wzrokiem obserwatora/słuchacza a nie jest siłowo aktywowane, nagabywane przez przejaskrawione i wypychane przed szereg bodźce. Mówiąc wprost Tara Labs The Artist USB był w stanie uwolnić w powyższym nagraniu to, co dotychczas można było osiągnąć m.in. za pomocą nomen omen źródła 432 EVO Master. Miło, nieprawdaż? Mamy zatem niezbity dowód wierności przekazu amerykańskiej łączówki a tylko od nas, choć de facto samej sygnatury skompletowanego przez nas systemu, zależeć będzie, czy owa naturalność i wierność zostanie odpowiednio doceniona, czy też zostanie zamaskowana mającymi zdecydowanie większe parcie na szkło i chęć odciśnięcia własnego piętna komponentami. Od siebie tylko dodam, że ww. Tary warto posłuchać chociażby dla swobody i realizmu z jaką jest w stanie oddać złożoność i piękno tak samego fortepianu, jak i naturalnego dawnego instrumentarium.
Tara Labs The Artist USB tak od strony aparycyjnej, jak i z racji swej nad wyraz niezobowiązującej fizyczności jest pozornie najzwyklejszym przewodem jakich bezlik na rynku znajdziemy. To jednak tylko pozory, bowiem wystarczy wpiąć ją w tor, by na własne uszy przekonać się ileż niuansów konkurencja maskuje, czy to transmitowanym szumem, czy to poprzez „autorską” żonglerkę poszczególnymi podzakresami. A tutaj nie dość, że kluczowe okazują się koherencja i rozdzielczość oraz nieskalana czystość przekazu, to jeszcze następuje niemalże automatyczne przestawienie się odbiorcy z analizy poszczególnych dźwięków na syntezę muzyki z nich, owych dźwięków, tworzonej. Czy można lepiej? Oczywiście. Udowodniło to w końcu starsze rodzeństwo, jeśli jednak niekoniecznie chcecie Państwo aż tak głęboko zapuszczać się w las audiofilskiego szaleństwa śmiem twierdzić, iż i z The Artist można ze spokojem ducha i pełnią szczęścia żyć przez długie lata, co w dzisiejszych, pełnych pośpiechu i nerwowości czasach wydaje się nie do przecenienia.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Co prawda w obecnie jestem na etapie finalnej konfiguracji prywatnego toru gramofonowego, ale doskonale zdaję sobie sprawę, iż w świecie audiomaniaków króluje całkowicie inny trend. Oczywiście chodzi o sferę obcowania z muzyką na bazie plików. To tak naprawdę bez dwóch zdań jest niekwestionowany numer jeden ogólnych ruchów na rynku audio, dlatego jeśli nadarza się okazja spojrzenia na ten temat od strony oceny postępu w tej materii, z przyjemnością pochylam się nad dostarczanymi do testu konstrukcjami. I nie ma znaczenia, czy będzie to elektronika, czy okablowanie, bowiem cel jest jeden, zgrubna pomoc zainteresowanym tym tematem osobnikom w przebrnięciu przez przeogromną ofertę produktową. Co tym razem trafiło na nasz tapet? Jeden produkt z tej stajni stosunkowo niedawno już u siebie gościliśmy i był nim wyposażony w moduł uziemiający kabel The Master USB & Evo Ground Station. W odniesieniu ceny do jakości wypadł znakomicie, dlatego finałem tamtego spotkania było wystosowanie prośby do wrocławskiej Galerii Audio o coś bardziej przyjaznego dla kieszeni zwykłego Kowalskiego. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać, a wynikiem naszego monitu jest dzisiejsza próba oceny pozycjonowanej niżej od poprzednika sygnałówki cyfrowej w postaci pochodzącego ze Stanów Zjednoczonych kabla Tara Labs The Artist USB.
Kreśląc garść zdobytych ze strony dystrybutora informacji na temat budowy naszego bohatera pospiesznie donoszę, iż w kwestii przewodnika mamy do czynienia z posrebrzaną miedzią monokrystaliczną o czystości 99.999999%. Wspomniane magistrale sygnału zostały jednolicie odizolowane i skręcone. W celach zapewnienia odporności na szkodliwe zewnętrzne warunki elektryczne ten niepozorny wizualnie kabel może pochwalić się potrójnym ekranowaniem – zastosowano dwa przebiegi plecionki z posrebrzanej miedzi oraz jeden pełny ekran srebrno-mylarowy. W jego budowie zastosowano również elastyczne dielektryki PTFE, a także polimery polipropylenowe odporne na zgniatanie. Tak skonstruowany The Artist z jednej strony finalnie terminuje się niestandardowymi – co by to nie oznaczało – pozłacanymi złączami USB 2.0 oraz z drugie do wyboru złączami USB typu A lub B. Jak widać na fotografiach od strony wizualnej, tytułowa cyfrowa sygnałówka wykonana jest bez specjalnych wodotrysków, za to z dbałością o zagadnienia techniczne, a to pozwala snuć wnioski, iż tak zwana inżynierska „para” nie poszła w przysłowiowy gwizdek w postaci designu, tylko najważniejszą z sonicznego punktu widzenia ofertę brzmieniową kabla. A jak ma się to do rzeczywistości, postaram się strawnie wyłożyć w kolejnym akapicie.
Czym jako feedback wpięcia w system odwdzięczyła mi się rzeczona magistrala zer i jedynek? Powiem szczerze, że nie wygląda jakoś szczególnie pięknie, ale ku mojemu zaskoczeniu zagrała. I to świetnie. Oferowała mocne dolne pasmo, nasyconą średnicę i fajny blask górnych rejestrów, co sprawiało, że muzyka nawet przez moment nie nudziła, tylko w dobrym znaczeniu tego sowa bez problemu pozwalała oderwać się codziennej rzeczywistości. To mniej więcej szkoła prezentacji starszego brata The Master, ale z mniejszym zaangażowaniem w oddanie mikro-dynamiki. Ale żebyśmy się dobre zrozumieli, nieco przejaskrawiam objawy, aby pokazać różnice pomiędzy nimi, bo tak naprawdę są nieduże. Na tyle, że po czasie staja się nieoczywiste, dlatego tak łatwo dawałem się rozkochać może mniej wyczynowej w domenie ostrości rysunku źródeł pozornych, ale esencjonalnej i pełnej oraz dobrze zwartej w czasie energii muzyce. Przyjemnie krągłej, jednak dzięki otwartości rozdzielczej średnicy i dźwięcznych wysokich tonów zawsze intrygującej. Powiem więcej, uzyskanym konsensusem pomiędzy ilością muzyki w muzyce i otwartością wręcz stwarzającej problemy z wyrwaniem się ze zgłębianego w moich okowach muzycznego świata na rzecz rozwiązywania wyzwań codziennego życia. Zaskakujące było to, że przekaz był daleki od wyczynowości w sposobie prezentacji, ale paradoksalnie wyczynowy w kwestii przykuwania mnie do muzyki na długie godziny. Naturalnie w każdy jej rodzaj wnosząc nutę estetyki brzmienia opisywanego kabla, ale odbierałem to jako coś dobrego, a nie problematycznego nawet w odniesieniu do ciężkiego rocka.
W przykładowym jazz-ie często lądującego u mnie podczas testów na liście odsłuchowej Gary Peacocka „Tangents” system zabrzmiał niesamowicie barwnie, ale przy okazji także z niezbędną swobodą. Owszem, z lekko zaokrągloną krawędzią rysującą źródła pozorne, jednak cały czas z dobrą szybkością narastania sygnału oraz może lekko pogrubionym, ale nadal czytelnym konturem kontrabasu. To wbrew pozorom bardzo istotne, bowiem jeśli wspomniany instrument z braku wyraźnej krawędzi – nawet luźniejszej, ale wyczuwalnej oraz konkretnego impulsu uderzenia dźwiękiem rozleje się w eterze, ta w założeniach spokojna muzyka w odbiorze będzie przypominać stan jak po spożyciu Pavulonu. A przecież nie oto chodzi. Tak, stawia na granie niewinnym wypełnianiem wirtualnej sceny soniczną niespiesznością, ale z ważnymi dla zachowania porządku w taktowaniu raz mniejszą, a raz większą impulsywnością. I w takim, duchu zagrał nasz bohater. Niby bez napinania muskułów, ale gdy wymagał tego materiał, z fajnym, bo szybkim i mocnym kopniakiem.
Z drugiej strony muzycznych doznań spod znaku rockowego buntu na bazie choćby płyty „Highway To Hell” grupy AC/DC także zaliczyłem fajny feedback wpięcia The Artist-a. Mocniejsze operowanie nasyceniem i lekkie zmniejszenie pokazywania w tym przypadku efektu kompresji materiału – czytaj zmasakrowanej przez realizatora mikrodynamiki – spowodowało znacznie przyjemniejszy odbiór tego krążka. Gitary dostały mięcha, perkusja mocniejszego tąpnięcia, a charyzmatyczna wokaliza wypełnienia, co finalnie dało efekt zwiększenia płynności prezentacji. Płynności, która z automatu pozwalała podkręcić bardzo mocno wpływający na pełne wejście w materiał podniesienie poziomu głośności. Ten pozytywny efekt słychać było od pierwszego taktu i nawet nie wiem, kiedy odruchowo sięgnąłem po pilota, aby podnieść wolumen nie tylko planowanego, ale naznaczonego wielką przyjemnością wyniszczania swojego słuchu. Zapewniam, jeśli taka muza Was kręci, po aplikacji tytułowego USB zwyczajowy poziom jej słuchania znacznie się podniesie. Wiem, bo to mój konik i właśnie w ten sposób zareagowałem.
Komu poleciłbym naszego bohatera? W pierwszej kolejności wszystkim kochającym muzykalność posiadanego systemu. Tytułowa Tara Labs The Artist tchnie weń pokłady esencji nie tracąc swobody wypełniania przez muzykę pomieszczenia odsłuchowego. W drugiej nie widzę żadnych przeciwwskazań także dla osobników kochających neutralność prezentacji. Być może posiadana układanka mimo fajnego odbioru jednak posiada pewne niedostatki barwowe, które zostaną pozytywnie skorygowane. Zaś grupą mogącą nadawać na całkowicie innych falach niż Tara Labs jest jedynie obóz piewców szybkości i wyrazistości podania muzyki ponad wszystko. Tym topem amerykańska konstrukcja niestety nie podąży. Dlatego jeśli nie utożsamiacie się z tą ostatnią bandą, w momencie poszukiwania okablowania cyfrowego w standardzie USB powinniście pochylić się nad dzisiejszym bohaterem. Nie jest drogi, za to przyjemny w brzmieniu, a przez to warty nawet niezobowiązującego rzucenia uchem.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Galeria Audio
Producent: Tara Labs
Cena: 7 400 PLN / 1m + 860 PLN za dodatkowy metr
Najnowsze komentarze