Opinia 1
Chcąc nieco podkręcić poziom emocji niesionych przez dzisiejsze spotkanie, bez naciągania faktów powiem, że poniższy test daje mi dwa powody do zadowolenia. Pierwszym jest fakt spotkania z konstrukcją rodzimą, zaś drugim kolejne wcielenie niegdyś opiniowanego przez nas produktu, co świadczy nie tylko o jakże cieszącym mnie utrzymaniu się firmy przez lata na tym trudnym rynku, ale również konsekwentnym rozwoju swojego portfolio. Jak pewnie znakomicie się orientujecie, ostatnimi czasy polskich podmiotów audio pojawia się sporo, jednak ich byt często jest bardzo krótki. Dlatego jeśli polski brand może pochwalić się kilkuletnią działalnością i do tego pokazać nowość w swojej ofercie, dla mnie jest to duży sukces. I takim niewątpliwym przedstawicielem tego stanu dla mnie jest pochodząca z Warszawy marka Ciarry. Marka, która po latach z sukcesem produkowanych kolumn KG-5040 postanowiła wzbogacić je o kilka zdobytych w tym czasie na tak zwanym „żywym organizmie” doświadczeń, czego skutkiem jest powołanie do życia modelu obecnie sygnowanego dopiskiem „mkII”.
Na potrzeby skrócenia dzisiejszego opisu budowy tytułowych kolumn przywołam najważniejsze informacje z poprzedniego testu, z którego wiemy, iż rzeczone kolumny to często poszukiwana przez znających się na rzeczy melomanów konstrukcja OB, czyli odgroda. To zaś oznacza, że zamiast typowej, najczęściej strojonej portem BR, nieco rzadziej zamkniętej skrzynki mamy do czynienia z pionową połacią w roli nośnika przetworników, czyli tłumacząc z polskiego na nasze, prozaiczną deską z głośnikami. Jednak wszelkich malkontentów proszę o wstrzymanie narzekań, gdyż jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. A w tym przypadku jest nimi bogactwo wyposażenia wspomnianej „deski”, które opiewa na 5 niebagatelnych przetworników. Znajdziemy na niej usytuowane na dole pionowo nad sobą dwa papierowe basowce 15 cali każdy, całkiem na górze również papierowy, jednak tym razem już 10 calowy średniotonowy oraz pomiędzy wspomnianymi sekcjami dwa poziomo obok siebie usadowione, obsługujące różne częstotliwości gwizdki – jeden wstęgowy i jeden tekstylny. Ale uwaga, ostatnie dwa przetworniki z uwagi na symetryczne ustawienie w stosunku do siebie w każdej z kolumn determinują pracę każdej z nich jako lewa i prawa. Tak pokrótce wyglądające zespoły głośnikowe w celach estetycznych, czyli skrycia baterii przetworników i elementów zwrotnicy, od przodu i od tyłu okryto rozpostartym na prostokątnym stelażu, na ile to możliwe minimalnie wpływającym na propagację fal materiałem maskującym. Wieńcząc opis warto jest również wspomnieć, iż sekcję terminali przyłączeniowych znajdziemy w dolnej części tylnego panelu, całe konstrukcje lekko pochylając ku tyłowi zamocowano na wyposażonej w kolce, zwiększającej rozstaw punktów podparcia platformie, a w kwestii technikaliów istotnych dla dobrania odpowiedniego wzmocnienia zdradzę, iż mamy do czynienia z impedancją na poziomie 91 dB przy obciążeniu 4 Ohm. Gdzie zatem są różnice powodujące powołanie do życia tej wersji kolumn Ciarry KG-5040 mkII? Z informacji od konstruktora wiem, że przy kosmetycznych różnicach w budowie stelaża kolumny, gro zmian dotyczy modyfikacji zwrotnicy. Jak to wypadło w starciu z muzyką? Po odpowiedź na to pytanie zapraszam do lektury kolejnego akapitu.
Jak zagrały nasze bohaterki? Naturalnie w estetyce tego typu konstrukcji, czyli z jednej strony bez podbarwień popularnym bass-refleksem, a z drugiej z nieosiągalną dla konstrukcji zamkniętych szybkością i wielobarwnością niskich rejestrów. Zapewniam, to całkowicie inne podejście do tematu budowania realiów sonicznych, dlatego w poprzednim akapicie wspominałem o pewnego rodzaju dorośnięciu potencjalnego nabywcy do takiej prezentacji. I nie chodzi o jakość jako taką, tylko o zamierzoną eliminację tak lubianych przez wielu z nas artefaktów masowania trzewi „gumowatym” basem tudzież przesadnie lepką średnicą. Na to nie ma szans. Za to jak w przypadku tytułowych kolumn Ciarry nie mówimy nawet o bardzo wielkich szansach, ale mamy pewność doznania rzadko spotykanego w innych rozwiązaniach technicznych braku siłowego podania muzyki. Co to oznacza? Pop pierwsze – przekaz cechuje znakomita szybkość narastania sygnału, a przez to reakcji na zmienność odtwarzanego materiału. Po drugie – dostajemy bardzo ważną w oddaniu istotnych cech dla wielu nurtów muzycznych swobodę pokazania mnogości odcieni każdego, powtarzam każdego, nawet pochodzącego z palety najniższych rejestrów, często ledwo słyszalnego, pojedynczego dźwięku. A po trzecie – z uwagi na ową wpisaną w kod DNA lekkość wypełniania pomieszczenia fajnym dźwiękiem (oczywiście nie mówimy o odchudzeniu, tylko braku efektu tak zwanej „pompki”) aplikacja takich kolumn jest znacznie łatwiejsza od reszty rozwiązań (nawet zamkniętych) nawet w bardzo trudnych akustycznie pomieszczeniach (najczęściej z podbitym basem). Ktoś powie, że to można osiągnąć z każdym rodzajem kolumn. Nie mówię nie, tylko nie z taką łatwością i co bardzo istotne, nie w tak wyśrubowanym poziomem każdego z aspektów. Ale jedna uwaga, bez krzty podbarwień. Za to z istotnym dla pełnego emocjonalnego wejścia w dosłownie każdy rodzaj muzyki drive-m, co podczas testu sprawiało, że opiniowane kolumny wyszły z tarczą nawet ze starć z trudną muzyką typu rockowych popisów zespołu Metallica na ostatniej płycie „72 Seasons”, czy agresywnych wynurzeń Rammsteina „Zeit”. O co konkretnie chodziło? Otóż w opowieści panów od spraw około-metalowych najważniejszym dla tej płyty jest utrzymanie transowego rytmu z niebagatelnym dla uzyskania odpowiedniego efektu ponadprzeciętnej motoryki utworów, sygnalizowaniem ataku każdego z szaleńczo następującego po sobie uderzenia stopy perkusji. Jeśli kolumny zbytnio się ociągają, efektem nie będzie przyprawiająca słuchacza w arytmię serca kawalkada kopnięć, tylko zlana w jeden płynnie modulowany puls, daleka od zamierzeń artystów, w końcowym efekcie nudna magma. Natomiast w przypadku Rammsteina celem było sprawdzenie, czy nieco agresywnie nagrana płyta z racji braku podkręcania esencji przekazu nie wypadnie zbyt boleśnie dla ucha. Na szczęście nie z Ciarry takie numery, gdyż w obydwu przypadkach nie tylko bez najmniejszego problemu utrzymały istotny dla muzyki rytm, ale również dbając o odpowiednią wagę pozwalały jej brylować przyjemną w odbiorze wielobarwnością. A co z muzą z drugiej strony barykady?
Cóż, odpowiedź na to pytanie jest banalna. Naturalnie opierając się na poprzedniej opinii podczas występów z trudnym materiałem dodam tylko kilka istotnych aspektów. Pierwszym jest niezaprzeczalnie naturalnie odbierana przez nasz ośrodek słuchu będąca feedback-iem zastosowanych przetworników papierowa estetyka dźwięku. Drugim spójność brzmienia kolumn za sprawą wykorzystania wspomnianej celulozy na membrany tak w głośnikach basowych, jak i średnio-tonowych. A trzecim będąca myślą przewodnią tego rodzaju konstrukcji, oczywiście jak mantra od samego początku wywoływana do tablicy swoboda wizualizowania świata muzyki. Te trzy kwestie sprawiają, że wszystko co ma dotrzeć do naszego wnętrza robi to z dziecinną łatwością. Inaczej niż typowe zespoły głośnikowe, jednak jeśli raz się tego spróbuje, słuchanie muzyki już nigdy nie będzie takie samo. Powód? Otóż nawet jeśli po próbie na własnym podwórku jakimś trafem się na przykładowe Ciarry nie zdecydujemy, zawsze będziemy wiedzieli, że jest co prawda inna, ale również dająca wiele radości ze słuchania muzyki opcja. Ale dla jasności, inna, a nie gorsza.
No dobrze. Po sporej dawce informacji przyszedł czas na określenie potencjalnej grupy nabywców dla naszych bohaterek. Na szczęście w tym przypadku jak rzadko kiedy z dwóch powodów nie będzie z tym problemu. Pierwszym jest najbliżej jak się da opisany przeze mnie powyżej sposób na muzykę. Kiedy trzeba niezobowiązujący, innym razem szybki i agresywny, ale zawsze dobrze pokazujący powody tworzenia danego rodzaju muzyki przez artystów. A drugim? Znających się na rzeczy melomanów pewnie nie zaskoczę, gdy powiem, że drugim pozytywem tytułowych kolumn jest dziecinna łatwość wysterowania – wysoka skuteczność i dzięki budowie typu odgroda z braku czasem trudnych do opanowania podbarwień oraz szkodliwych podbić niektórych części pasma akustycznego, bezproblemowa aplikacja w dosłownie każdym pomieszczeniu. Mało? Wolne żarty. Spróbujcie znaleźć podobnie reagujące kolumny w tradycyjnej konstrukcji. Życzę powodzenia.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kiedy latem 2018 r. recenzowaliśmy próbujące zaistnieć na szerokich wodach rodzime Ciarry KG-5040 po raz kolejny zastanawialiśmy się z Jackiem, czy ten stołeczny byt jest klasycznym jednostrzałowcem i chwilowym rozbłyskiem audiofilskiej pasji, czy też pociągnie nieco dłużej niż sezon. Niby uczestnictwo w Polskim Klastrze Audio dawało pewien, czysto iluzoryczny bufor bezpieczeństwa, jednak warto pamiętać, iż w tzw. międzyczasie ludzkość zaliczyła pandemię, lockdown, pozrywane łańcuchy dostaw i jakby tego było mało wojnę za naszą wschodnią granicą. Skoro jednak czytają Państwo ten tekst, to znak, że stojący za ww. manufakturą Jacek Barejka nie tylko nadal dysponuje zapałem, co wszystko wskazuje na to, że proponowane przez niego kolumny co i rusz znajdują nabywców. Po czym wznoszę? Ano po tym, że nie dość, że Jego portfolio wzbogaciło się o mniejsze KG-4030 oraz dwa, już klasyczne – uzbrojone w bas refleksy modele – podłogowe C8X2 i podstawkowe C8, to trafiła do nas najnowsza odsłona wcześniej goszczących u nas „parawanów”, czyli KG-5040 mkII, na których recenzję serdecznie zapraszamy.
Nie będę ukrywał, że już podczas unboxingu poczułem zarówno delikatną obawę, jak i lekki zawód. Obawę, gdyż dostarczona parka wydawała się bliźniaczo podobna do wcześniej przez nas opisywanych wersji startowych, więc wisiało nad nią odium „odgrzewanego kotleta”, a zawód wynikający z braku wykorzystania przez producenta szansy na pokazanie nieco bardziej lifestyle’owego (weselszego?) oblicza, co np. z powodzeniem stosują np. Amerykanie z Zu Audio. Najwidoczniej jednak taka unifikacja i kurczowe trzymanie się asekuracyjnej czerni ma głębszy sens, gdyż z jednej strony nie budzi nawet najmniejszych kontrowersji a i nasze obserwacje dowodzą, że zaskakująco liczna grupa odbiorców właśnie takiego „zgrzebnego” malowania oczekuje. Nic to. Grunt, że rodzime odgrody nadal wyróżniają się zaskakującą, jak na konstrukcje otwarte, kompaktowością. Ponadto zgodnie z tradycją wszystkie umieszczone na frontach drajwery, podobnie z resztą jak i obciągnięte dokładnie tą samą tkaniną plecy, ukryto za niezdejmowalnymi maskownicami. Nici zatem z seksownych zbliżeń i wyłuskiwania intrygujących niuansów. Terminale głośnikowe są solidne (WBT), umieszczone tuż nad stabilizującymi całość cokołami i rozstawione na tyle szeroko, że z łatwością podołają nawet masywnym i sztywnym przewodom.
Pomimo dość zauważalnego wzrostu ceny porównując parametry aktualnego „wypustu” z protoplastami łatwo zauważyć, iż o ile rozmiarówka pozostała praktycznie w nienaruszonym stanie, to nasze gościnie w tzw. międzyczasie i po drodze zgubiły po 10 kg. Za ową kurację odchudzającą stoi zastąpienie dotychczasowych stalowych cokołów ich odpowiednikami wykonanymi z MDF-u. Oszczędności i tzw. optymalizacja kosztów własnych? Nie mi to oceniać, jednakowoż sam producent w ramach prowadzonej z nami dość ożywionej korespondencji nie krył, że w 2-kach skupił się przede wszystkim na „tuningu” zwrotnic i to poprzez poprawę ich możliwości postanowił uzyskać większy przyrost jakości aniżeli inwestując poważne środki w tzw. żelastwo. Na czym ów tuning polegał? A na uzyskaniu większej specjalizacji każdego z użytych przetworników w reprodukcji przydzielonych im podzakresów reprodukowanego pasma, wyrównaniu fazowym i linearyzacji przebiegu impedancji – m.in. poprzez zastosowanie stosownych filtrów wygładzających. Oczywiście proszę się nie spodziewać, że zdradzimy co, jak i na co zostało zmienione i poprawione, gdyż skoro nawet samych przetworników nie dane nam było zobaczyć, to o rzucie gałką na trzewia mowy nie było. Ot lakoniczna dyplomacja sugerująca zainteresowanym skupianie się na dźwiękach dobiegających ich uszu a nie niepotrzebne nakręcanie się suchymi danymi i technikaliami. Wystarczy, że będziemy mieli świadomość, iż mamy do czynienia z czterodrożnymi konstrukcjami otwartymi w których za bas odpowiadają po dwa 15” woofery, średnica przypadła w udziale 10” przetwornikowi a wyższą średnicą i górą podzieliły się 2” i wstęga. Od strony elektrycznej tytułowe Ciarry są, przynajmniej na papierze, całkiem przyjazne dla towarzyszącej im elektroniki, gdyż przy 4Ω impedancji oferują wysoką, 91 dB skuteczność.
Dysponując doświadczeniami zebranymi podczas odsłuchu pierwszych wersji z mkII tym razem mieliśmy niejako z górki i nie próbowaliśmy wynajdywać koła na nowo, jak i wyważać już otwartych drzwi. Po prostu delikatnie dogięliśmy je w kierunku słuchacza i to było to. Uzyskaliśmy bowiem wielce satysfakcjonującą równowagę pomiędzy trójwymiarowością kreowanej sceny, jak i precyzją ogniskowania źródeł pozornych. Tylko od razu zaznaczę, że miłośnicy iście chirurgicznej precyzji i zabawy laserowym dalmierzem, przynajmniej przy pierwszym kontakcie z naszymi gościniami mogliby czuć się cokolwiek skonfundowani. Ciarry tworzą bowiem obraz nad wyraz obszerny lecz i organicznie zespolony – pozbawiony słyszalnych szyć pomiędzy poszczególnymi drajwerami, co oczywiście niezmiernie cieszy, lecz z drugiej nieco inaczej aniżeli konwencjonalne kolumny głośnikowe budujący narrację, w której prym wiodą swoboda i rozmach a już same bryły tak instrumentów, jak i wokalistów materializują się z uroczą … nonszalancją. Nie oznacza to bynajmniej, że zamiast aparatu wykonawczego z krwi i kości mamy do czynienia z impresjonistycznymi mazajami, bądź dziwadłami w stylu Picassa o fasolkowatych Muminkach nawet nie wspominając, bowiem na „SulaMadiana” zarówno operujący perkusjonaliami Mino Cinelu, jak i mieszający trąbkę z niemalże klubową elektroniką Nils Petter Molvær mają swoje ściśle określone miejscówki i prezentują się bezdyskusyjnie naturalnie i to właśnie naturalność w tym opisie jest kluczowa. W końcu obserwując ich na żywo – zasiadając na widowni, też nie widzimy faktury ich odzienia, czy wręcz porów skóry. A z pewnością tak Państwo, jak i my jesteście/jesteśmy wymienić kilka kolumnowych przykładów taki stopień rozdzielczości i precyzji oferujący. Pytanie tylko, czy właśnie taka drobiazgowość jest Wam / nam potrzebna. Śmiem twierdzić, że niekoniecznie, bowiem przynajmniej ja wolę słuchać muzyki a nie rozbijanych na atomy pojedynczych dźwięków ją tworzących. I Ciarry podobny punkt widzenia ewidentnie reprezentują serwując pomysł na brzmienie znany m.in. z twórczości Enyi (polecam „Box of Dreams”, czyli „Oceans”, „Clouds” i „Stars”) aniżeli idąc w kierunku wyznaczonym przez klinicznie antyseptyczne samplery Stockfischa. Chociaż, nie. To nie do końca trafne porównanie, gdyż graniu KG-5040 mkII zaskakująco blisko do koncertu Benny Goodman „Live in Hamburg 1981” nomen omen właśnie ww. wytwórni. Mamy wręcz organiczną koherencję idącą w parze z porządkiem na scenie i szalenie trudną do uzyskania z większości konwencjonalnych kolumn niewymuszonością – brakiem wysilenia i znamion wyczynowości. Miłym zaskoczeniem jest też wielce humanitarne traktowanie nagrań niekoniecznie mogących uchodzić za dobrze zrealizowane. Ot chociażby album „Stranger In This Town” Richiego Sambory, który zazwyczaj wypada płasko i mało angażująco, nad czym szczerze ubolewam, bo typa lubię a jego szycie na wiośle wręcz uwielbiam. I nie wiedzieć jak, ale Ciarry były w stanie z tej pozornie papierowej głębi zbudować wielce udany trójwymiarowy spektakl z soczystymi riffami, głębokim wokalem i powodującym samoistne podrygiwanie kończyn drajwem. W dodatku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki może nie tyle zdjęta, co tonizowana została irytująca metaliczność a blachy zamiast cykać wreszcie zaczęły lśnić. Może dynamika nie wyrywała z butów, ale prawdę powiedziawszy pomimo ponad trzydziestu lat od premiery jeszcze nie dane mi było usłyszeć potęgi brzmienia tego wydawnictwa. W przeciwieństwie do „Ultimate” Pet Shop Boys, gdzie syntetyczne beaty miały okazję w pełni pokazać swe oblicze raz leniwie i onirycznie snując się po OPOS-ie a raz sucho trzaskać w międzykolumnowej przestrzeni. I tu kolejna niespodzianka, bowiem rodzime dipole z łatwością oddawały niemalże dyskotekowy klimat nagrań a jednocześnie nawet nie zbliżały się do plastikowej tandety, czy wydawać by się mogło natywnej kompresji prezentując prawdziwą i wręcz liryczną odsłonę ww. duetu.
Na pytanie, czy Ciarry KG-5040 mkII są dla każdego odpowiedź może być tylko jedna. Oczywiście, że … nie. Jeśli jednak macie Państwo możliwość ustawienia ich tak, by miały wokół siebie przynajmniej metr – półtora, dysponujecie odpowiednio mocnym i wydajnym prądowo wzmocnieniem i przede wszystkim kochacie muzykę w całej jej spoistości a nie obsesyjnym dążeniu do hiperrozdzielczości i granulacji, to ich odsłuch wydaje się koniecznością. A jeśli zdecydujecie się na nie, to może będziecie mieli dźwięk nieco inny aniżeli większość Waszych znajomych, lecz zdradzę Wam pewien sekret. Otóż to Wam ma się podobać, bo system konfigurujecie pod siebie i tylko pod siebie. Tylko tyle i aż tyle.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent: Ciarry
Cena: 54 900 PLN
Dane techniczne
– Konstrukcja: 4-drożna, otwarta/dipole
– Pasmo przenoszenia +/- 3dB: 34 – 40 000 Hz
– Impedancja nominalna: 4Ω
– Skuteczność: 91 dB
– Moc maksymalna (sinus/peak): 200/300 W
– Głośniki: 2 x 15 cali (basowy), 1 x 10 cali (średniotonowy), 1 x 2 cale (średnio- wysokotonowy), 1 x wstęga (wysokotonowy)
– Obudowa: mdf 25mm, lakier czarny matowy z powłoką antypalcującą
– Wymiary bez podstawy (W x S x G): 1200 x 450 x 190 mm
– Wymiary z podstawą i kolcami (W x S x G): 1260 x 450 x 400
– Waga: 41 kg (z podstawą z mdf)
Po wielce udanym transporcie Aries G2.2 przyszła pora na jego nieco bardziej zintegrowane rodzeństwo, czyli dysponujący sekcją przedwzmacniacza streaming-DAC Auralic Vega G2.2.
cdn. …
Po niezobowiązujących odsłuchach w Audiomagicu przyszła pora na zapoznanie się z filigranowymi podłogówkami Børresen 02 Cryo Edition we własnych ośmiu kątach …
cdn. …
Opinia 1
Pół wieku wystarczy, by przedstawiciel homo sapiens dramatycznie zmienił swoje emploi i wcale nie mam na myśli skutków mniej, bądź bardziej udanych zabiegów z obszaru medycyny estetycznej a w przypadku producentów nie tylko wielokrotne zawirowania właścicielskie, co nieraz idzie w parze z obejmującą nazwę i logotyp rebrandingiem, ale i nie mniej dramatyczne zmiany designu, co z perspektywy rozwoju technologii wydaje się raczej oczywiste. Historia zna jednak przypadki niejako genetycznie zaimpregnowane na upływ czasu. I nie, nie mam na myśli Krzysztofa Ibisza a z racji nadrzędnej tematyki naszego sieciowego periodyku markę, której chyba nikomu choćby śladowo interesującego się audio przedstawiać nie trzeba, czyli angielskiego Naima. Tak, tak to już 50 lat odkąd w. 1973 r. światło dzienne ujrzał NAP 200, więc skoro nadarza się okazja do świętowania oczywistym jest, że warto ją wykorzystać. Tym oto sposobem, dzięki uprzejmości FNCE – opiekuna marki, do naszej redakcji trafił jubileuszowy zestaw z serii New Classic 200 – przedwzmacniacz strumieniujący NSC-222 z dopieszczającym go opcjonalnym zasilaczem NPX-300 i stereofoniczna końcówka mocy NAP-250.
Cały tytułowy, niekoniecznie egzotyczny, tercet prezentuje się wielce elegancko i ponadczasowo. Zunifikowane, masywne i wykonane z grubych płatów szczotkowanego aluminium dość niewysokie korpusy uzbrojono w zastępujące klasyczne boki radiatory a w centralnej części przecięto taflą czernionego akrylu ozdobionego charakterystycznym logotypem. I tu od razu pozwolę sobie na małą retrospektywną dygresję, bowiem ostatni raz do czynienia z Naimami mieliśmy ponad cztery lata temu – przy okazji testu kompletnego brytyjskiego systemu uzupełnionego o eleganckie Focale Kanta N°1. Przez ten czas w pozornie stałych pryncypiach ekipy odpowiedzialnej za design kolejnych inkarnacji wyspiarskiej elektroniki zmieniło się naprawdę sporo, w tym pomysł na iluminację firmowych logotypów, która z charakterystycznej zieleni ewoluowała w chłodną biel. Z jednej strony możemy uznać to za podprogowe nawiązanie do flagowego Statementa, choć z drugiej, już czysto subiektywnej i wynikającej z przyzwyczajenia, wolałem stare nieco mnie dziwi, że producent czyniąc ukłon w kierunku takich dinozaurów nie zaimplementował możliwości wyboru z poziomu apki, umieszczonego gdzieś na plecach przełącznika (bliźniaczego do regulacji intensywności iluminacji), czy nawet jak to mam w swoim Brystonie 4B³ umieszczonej na płycie głównej zworki. Białe aureole otrzymały również wszelkie przyciski, więc wypada chociaż pochwalić konsekwencję działania.
Wracając do meritum na froncie preampu uwagę zwraca na prawej flance masywna gałka regulacji wzmocnienia której towarzystwa dotrzymują wyjście słuchawkowe i port USB A do szybkiego podpinania pamięci masowych. Z kolei zewnętrzną krawędź prawego skrzydła we władanie objęły cztery przyciski odpowiedzialne za uruchomienie/uśpienie urządzenia, sterowania odtwarzaczem, wyboru źródła, szybkiego dostępu do ulubionych – wcześniej dodanych stacji radiowych. Obsługę ułatwia spory i całkiem czytelny wyświetlacz prezentujący od ikon przypisanych pełnej liście wejść i funkcji, jak i okładek odtwarzanych albumów / stacji radiowych. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, iż odsetek chętnych do obsługi 222-ki z tzw. palca będzie nader znikomy, bowiem nie dość, że na wyposażeniu jest wielce solidny a przy tym urodziwy pilot, to całością najwygodniej zawiaduje się z użyciem dedykowanej apki na smartfony i tablety pracujące pod kontrolą Androida i iOSa. I właśnie z racji wsparcia zarówno dla Roona, jak i najpopularniejszych serwisów stremingowych sugeruję opcję numer trzy. Z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o braku wsparcia dla MQA, choć z racji zawirowań nad tym formatem nie ma co drzeć szat, tym bardziej, że nawet Tidal przechodzi na FLAC-i a z nimi (do 24bit/384Hz), podobnie jak z DSD (128Fs) NSC-222 radzi sobie wybornie.
Na ścianie tylnej oczy cieszy ład i porządek. Od lewej mamy zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, następnie sekcje obejmujące interfejsy komunikacyjne (Ethernet, USB A i przelotkę pilota) i cyfrową – z wejściami BNC, koaksjalnym i dwoma Toslinkami. Domenę analogową reprezentuje wejście RCA na phonostage’a dla wkładek MM z dedykowanym zaciskiem uziemienia, firmowe wejście DIN i para wejść RCA. Wyjścia sygnałowe są zarówno w formacie RCA, jak i XLR. Listę uzupełniają dwie firmowe magistrale zasilające i przełącznik masy. A właśnie, ciekawostką jest spinanie źródła z zasilaczem dwoma i w dodatku różnymi przewodami. Zatem podejrzenia o osobne zasilanie kanałów odpada a zgodnie z informacjami producenta rozwiązanie to podyktowały zupełnie inne względy. Otóż NPX-300 w NSC-222 osobno zasila sekcję cyfrowa i analogową, które pracują z różnymi napięciami i właśnie stąd podwójne okablowanie. Regulacja głośności jest oparta na drabince rezystorowej, sekcja wzmacniacza słuchawkowego to efekt transplantacji z malucha Uniti Atom Headphone Edition. Generalnie wszystkie sekcje posiadają własne płytki drukowane, choć jeśli miałbym się czegoś czepiać, to z pewnością byłby to brak choćby śladowego ekranowania, bądź choćby oddzielenia jakąś „blaszką” modułu phono od DAC-a o „rondlu” alienującym potężne toroidalne trafo jakiego NSC-222 mogłaby pozazdrościć niejedna integra nie wspominając.
Skoro niejako przy okazji wypłynęła obecność zasilacza NPX-300 to pozwolę sobie pokrótce opisać jego aparycję, która obejmuje pozbawiony poza firmowym logotypem i w centrum i włącznikiem po prawej jakichkolwiek wodotrysków korpus. Na ścianie tylnej umieszczono jedynie zintegrowane z komora bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, przełącznik jasności podświetlenia i przeznaczony do aktualizacji oprogramowania port USB a po prawej dwa wielopinowe wyjścia prądowe.
Podobne walory wizualne en face prezentuje końcówka mocy NAP-250. Oczywiste różnice widać dopiero na plecach, gdzie po lewej mamy gniazdo zasilania, sekcję z regulacją podświetlenia, trybu pracy standby, portu USB do upgrade’u. przelotką pilota i pojedyncze terminale głośnikowe. Chociaż … pardonne-moi, ale terminale w tym akurat przypadku to zwrot rażąco na wyrost w stosunku do plastikowych otworów akceptujących wyłącznie wtyki bananowe i BFA. Zmierzając ku prawej napotkamy okrągły otwór wentylacyjny i parę wejść XLR. I tu pora na kolejną dygresję, gdyż wydawać by się mogło, że radiatory we wszystkich komponentach serii w tym źródle, jak i zasilaczu wynikają z unifikacji i optymalizacji kosztów własnych (wytwarzania, magazynowania, etc., gdzie skala produkcji automatycznie redukuje cenę) to już ich obecność w pracującej w klasie AB 100W końcówce mocy wydają się całkiem oczywiste. Przynajmniej do czasu gdy nie zerkniemy najpierw na plecy a później do trzewi 250-ki. Okazuje się bowiem, że mniej więcej przez środek korpusu biegnie umieszczony wewnątrz kolejny radiator i to właśnie do niego przytwierdzono osiem (po cztery na kanał), zapożyczonych ze Statementa tranzystorów wyjściowych NA009 wspomagając całość sterowanym mikroprocesorem niewielkim i całe szczęście bezszelestnym coolerkiem pracującym z ośmioma dostosowanymi do warunków termicznych prędkościami. Nie wdając się zbytnio w szczegóły każde z ww. urządzeń posiada solidnie przewymiarowaną sekcję zasilania opartą na dużym w przypadku pre i imponujących w końcówce i zasilaczu toroidach oraz odpowiedniej baterii kondensatorów.
Dotychczasowa, stereotypowo oparta na drajwie i timingu opinia o szkole brzmienia Naima w przypadku naszych bohaterów również wymaga uaktualnienia. Zamiast bowiem skupienia na dźwiękach bezpośrednich pochodzących wprost z nagranych instrumentów przekaz wzbogacony został o aurę je otaczającą, pojawił się większy oddech i powietrze. Od razu jednak zaznaczę, że scena nadal kreowana jest bardziej w domenie szerokości aniżeli swej wieloplanowości. Oczywiście gradacja planów jest na wysoce satysfakcjonującym poziomie, jednakże zarówno porównywalna cenowo końcówka Brystonie 4B³, jak i zbliżona do równowartości … całego kompletu Vitus Audio RI-101 MkII potrafiły przekazać nieco więcej informacji o charakterystyce akustycznej pomieszczeń w jakich dokonano nagrań. Czy to stawia Naimy w niekorzystnym świetle? Bynajmniej, po prostu jest to inne spojrzenie i pomysł na dźwięk. Tu pierwsze skrzypce gra motoryka i pierwszy plan, przez co intensyfikowany jest aspekt namacalności i uczestnictwa w spektaklu i to niezależnie od reprodukowanego repertuaru. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że Naimy w unikalny dla siebie sposób są w stanie wycisnąć bezmiar pozytywnych doznań z albumów, przy których ich pozornie bardziej wyrafinowana i rozdzielcza konkurencja wywołuje jedynie irytację wynikającą z miernej jakości realizacji serwowanej strawy. Nie wierzycie? No to polecę próbę zmierzenia się z „Keeper of the Seven Keys” Helloween od pierwszej do ostatniej nutki na posiadanym przez Was systemie. Powodzenia. Tymczasem z Naimów całość może nadal odbiega od audiofilskiej referencji, jednak staje się akceptowalna a proszę mi wierzyć, że to spore zaskoczenie. Pół żartem, pół serio mógłbym powiedzieć (napisać?), że tytułowy tercet zachowuje się nieco podobnie do Kossów Porta Pro, które również znanym jedynie sobie sposobem są w stanie wyciągnąć za uszy takie realizacyjne buble. Jednak brytyjski zestaw idzie w swych staraniach zdecydowanie dalej i dokonuje cudów na zdecydowanie wyższym poziomie zaawansowania i wyrafinowania. Jest drajw, sprężysty bas, koherentna i soczysta średnica i idealnie uzupełniająca całość góra. Liczą się emocje i szaleńcze tempo, gdzie tak po prawdzie nie ma ani czasu ani ochoty na przysłowiowe dzielenie włosa na czworo. Ot klasyczna rock and rollowa jazda bez trzymanki. Wystarczyło jednak sięgnąć po bez porównania lepiej zarejestrowany i wcale nie mniej pikantny „Sermons of the Sinner” KK’s Priest, by tytułowy zestaw nie musiał przelewać z pustego w próżne, lecz po prostu dać prawdziwego ognia z jadowitymi gitarowymi riffami, kanonadą bezlitośnie okładanych garów, smaganych smaganych i ekstatycznymi partiami opętańczo drącego się Tima „Rippera” Owensa. Zrobiło się szybciej, czyściej i mocniej. Zwróćcie Państwo uwagę na pracę stopy, która tym razem już ma siłę uderzenia niczym Chuck Norris za młodu i Naim nie ma skrupułów, by nas o tym fakcie powiadomić. Nie owija niczego w bawełnę, nie robi przymiarek, podchodów i nie bawi się w dyplomację, które przynajmniej w ostrzejszych i cięższych odmianach Rocka nie maja racji bytu dostarczając przy tym bezmiar radości, adrenaliny i iście koncertowej energii. Takie granie „do przodu” może wydawać się zbyt ofensywne, ale … nic bardziej mylnego. Po prostu mamy bliższy, bardziej intensywny kontakt z ulubionymi artystami i to bez żadnego ale, gdyż nawet wspomniane blachy, choć zagrane mocno i odważnie nie ranią uszu, lecz budują klimat mając właściwą sobie energię i fakturę.
Na budzącym zdecydowanie mniejsze kontrowersje „wsadzie” w postaci „Child Of Sin” Kovacs wokal holenderskiej artystki został świetnie dopalony i to na nią skierowana została większość świateł odseparowując ją optycznie od akompaniującego jej składu. Podkreślona został intymność nagrań, choć zamiast nudnego snucia sekcja rytmiczna nie pozwalała zapomnieć nie tylko o sobie, lecz i naszych kończynach bezwiednie podrygujących w takt dobiegających uszu dźwięków. Co istotne owo dopalenie dalekie było od lepkiej słodyczy i sztucznego wygładzenia. Dzięki temu zachowana została natywna szorstkość i zadziorność wokalistki a prezentacja zamiast na dłuższą metę nudzić i usypiać cały czas utrzymywała uwagę słuchaczy na takim samym, dodajmy wysokim, poziomie. Ponadto jeśli komuś brakowałoby nieco wspomnianego oddechu i holograficznej trójwymiarowości zawsze można zastąpić zaskakująco akceptowalne interkonekty zdecydowanie wyższej klasy okablowaniem. A już zupełnie poza konkursem spieszę donieść, iż dosłownie parę dni temu Chord pochwalił się nowym okablowaniem zasilającym Naimom dedykowanym, w dodatku nie zwykłym – „ściennym” a właśnie wielopinowymi BurndyX & BurndyT. Skoro więc „cywilne” druty słychać, to i te po uzdatnieniu przez NPX-300 powinny dorzucić swoje przysłowiowe trzy grosze.
Podsumowując powyższy słowotok powiem/napisze tylko tyle, że jeśli ktokolwiek będzie Państwu próbował wmawiać, że im wyższej klasy sprzęt tym mniej płyt, których z racji upośledzonych walorów brzmieniowych daje się słuchać, to wskażcie mu w ramach kontrargumentu tytułowy zestaw. Nie dość bowiem, że Naim NSC-222 & NAP-250 & NPX-300 jest w stanie wycisnąć muzykę z pozornego jazgotu, to jeszcze owa muzyka nosić będzie nad wyraz oczywiste znamiona realizmu a przecież w całej tej naszej zabawie w Hi-Fi i High-End właśnie o maksymalne zbliżenie się do muzyki wykonywanej na żywo chodzi. A to, że owej autentyczności i realizmowi bliżej będzie do koncertu Soen w Progresji aniżeli barokowych miniatur wystawianych na deskach Polskiej Opery Królewskiej, to już zupełnie inna kwestia. Dlatego też jeśli lubicie jak odsłuch działa na Was niczym espresso doppio, to śmiem twierdzić, że raczej nie przejdziecie obok tytułowego zestawu obojętnie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nareszcie. Nareszcie, bowiem od ostatniego spotkania z produktami tytułowej marki – pełen set z flagowym wzmocnieniem Statement w tandemie z drugimi od góry w cenniku kolumnami Focal Stella Utopia minęło niemalże pięć lat. Marki, która swego czasu za sprawą serii 5i była moją bramą do pełnego wtajemniczenia w zabawę w zaawansowane audio. Na tyle mocno ugruntowująca pewien sposób postrzegania dobrego dźwięku, że gdy dochodzi do podobnych do dzisiejszego spotkań, zawsze kręci mi się w oku przysłowiowa łezka. O czym mowa? O od lat z bardzo mocnym graczu na światowym rynku, czyli angielskiej marce Naim Audio. Ta dzięki działaniom warszawskiego dystrybutora Horn na dzisiejszy sparing zaproponowała kompletny zestaw elektroniki od źródła po wzmocnienie, jednak tym razem już bez kolumn i nie ze stratosfery cenowej, a z poziomu cenowego dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego w postaci streamera wspomaganego zewnętrznym zasilaczem i stereofonicznej końcówki mocy – NSC-222 + NPX-300 & NAP-250. Zainteresowani? Jeśli tak, zapraszam na kilka strof na temat mojego postrzegania brzmienia testowanego konglomeratu.
Jak prezentuje się opisywany Naim? Wolne żarty. Naim to od lat znana szkoła ubierania elektroniki w z pozoru bardzo proste, jednak przyjazne nie tylko dla oka, ale z uwagi na kompaktowe gabaryty mile widziane u wielu posiadających skromne lokum melomanów obudowy. To zawsze są stosunkowo płaskie skrzynki, jednak tym razem w odróżnieniu do starszych modeli dla ortodoksyjnych użytkowników nieco kontrowersyjnym może wydawać się zmiana podświetlenia półokrągłego logotypu z zieleni na biel. Jednak zaznaczam, tylko dla zatwardziałego elektoratu, bowiem tak naprawdę rozprawiamy o kosmetyce, a nie wywracaniu tematu do góry nogami Jak to konkretnie wygląda? Już zdradzam. Wspomniane przed momentem, zunifikowane gabarytowo i wizualnie dla każdego urządzenia płaskie aluminiowe prostopadłościany przyjemnym dla oka, do tego przełamującym wizualną monotonię od frontu przez górną powierzchnię, aż po plecy przedzielono szerokim, połyskującym czernią akrylem. Naturalną koleją rzeczy wykonane z grubego płata glinu fronty oraz plecy każdego z produktów jako odpowiedź na zadania do wykonania zostały inaczej wyposażone. I tak streamer z funkcją przedwzmacniacza NSC-222 z przodu oprócz znanego wszystkim logo marki może dodatkowo pochwalić się usytuowaną z lewej strony podświetlaną okręgiem na zewnętrznej rubieży gałką wzmocnienia i tuż obok wejściem USB oraz na prawej flance sporym gabarytowo, a przez to czytelnym kolorowym wyświetlaczem wraz z całkiem na prawej stronie pionowo zorientowanymi czterema okrągłymi przyciskami funkcyjnymi. Zasilacz dla streamera NPX-300 wraz z końcówką mocy NAP-250 natomiast poza mieniącym się w centrum obecnie białą poświatą barowym banerem dzierżą jedynie pojedyncze włączniki z prawej strony. Jak widać, lubiana przez wielu z nas prostota nie odnosi się li tylko do designu, ale również przemyślanego ubierania elektroniki w niezbędne manipulatory. Jak sytuacja wygląda na przeciwległym biegunie – czytaj tylnych panelach przyłączeniowych? Otóż w źródle znajdziemy kilka rozlokowanych na całej połaci czytelnych sekcji – zasilania, wejść cyfrowych, wejść i wyjść analogowych oraz dwa wielopinowe gniazda łączące urządzenie z dodatkowym zasilaczem. Sam zasilacz NPX-300 może pochwalić się gniazdem zasilania i podobnymi do źródła gniazdami oddającymi życiodajną energię. A piecyk NAP-250 oprócz gniazda IEC jest ostoją wejść analogowych w standardzie XLR, pojedynczego zestawu typowych dla Naima akceptujących jedynie banany gniazd kolumnowych, sekcji triggerów i wejść serwisowych oraz okrągłą kratką wentylującą trzewia wzmacniacza. Wniosek? Również bez zbędnych wodotrysków, tylko spełnienie wymogów kompatybilności produktów z resztą potencjalnego systemu. Wieńcząc akapit o budowie, ważną informacją jest, iż w standardowym wyposażeniu streamera znajduje się intuicyjny pilot zdalnego sterowania.
Mam nadzieję, że przeczytawszy akapit rozbiegowy, dla wielu z Was jasne jest, z jakim nastawieniem zasiadałem do testu. To naturalnie miał być okraszony lepszymi osiągami sonicznymi, ale jednak powrót do jakże przyjemnej przeszłości – mowa o starej serii 5i. Oczekiwałem znakomitego drive’u i nieposkromionej energii, co zawsze było mocną stroną elektroniki tego producenta, teraz – czyli na tle poprzedników – z większym zaangażowaniem w pokazaniu swobody i witalności kreowanych na wirtualnej scenie wydarzeń muzycznych. Naim zawsze mnie pociągał, jednak za „uszami” miał zbyt mocne faworyzowanie środka pasma kosztem oddechu. Wszystko było ok., jednak gdy tylko spojrzało się na przekaz z perspektywy poczucia często wymaganej przez materiał muzyczny niewymuszoności jego podania, okazywało się, że całość brzmiała ciężkawo. Esencjonalnie, z łatwością masowania trzewi, atakiem, ale jakby bez odpowiedniej radości w fajnie wzbogacających pakiet informacji w centrum górnych rejestrach. Ta (radość) oczywiście nieco stonowana, ale była, jednak na dłuższą metę – czytaj podczas wielogodzinnych odsłuchów – odczuwałem coś na kształt mocowania się z muzyką, a nie obcowania z nią na poziomie partnerskim. Na szczęście dzisiejszy zestaw pokazał, że inżynierowie z tej stajni odrobili lekcje i temat bardzo pozytywnie ewaluował w stronę tchnięcia w przekaz niezbędnego pierwiastka lotności. Ale spokojnie, to nadal jest mocarny na polu oddania muzycznej energii Anglik, jednak tym razem wiedzący, kiedy i jak dać słuchaczowi odrobinę niezbędnego luzu. Z całym pakietem lubianej przeze mnie ciemności grania oraz zawsze będącej znakiem rozpoznawczym marki energii tak środkowego, jak i w pełni kontrolowanego najniższego pasma, jednakże całościowo znacznie dojrzalszy. I za to właśnie kocham tę markę. Wszystko co robi, robi tak, aby wdrażając jakąś korektę, finalnie nie zatracić tak lubianego przez szerokie grono melomanów ducha starej szkoły. Dlaczego? Powód jest banalny. Chodzi o to, że gdy wcześniej sprzęt spod znaku półokrągłego logo z pubu prężąc muskuły, w moim odczuciu znakomicie wypadał tylko we wszelkiego rodzaju rocku – choćby podczas przygody z grupą AC/DC „Highway To Hell”, to po modyfikacji ogólnego brzmienia nie dość, że to nadal został rockowym kilerem, to znakomicie zaczął radzić sobie z pokazaniem świata nieskończenie zawieszonych w powietrzu pojedynczych dźwięków spod znaku jazzu – przykładowa formacja Paul Motian Trio „Le Voyege”. Pierwszy płytowy przykład bazuje na mocnym kopnięciu, ataku i energicznym potrząsaniu ciałem słuchacza, co Angielski zestaw od zawsze ma wpisane w kod DNA i nie ma odmiany rocka, z którą również w obecnym wcieleniu by sobie nie poradził. Natomiast drugi z pozoru agresywny – to stosunkowo lekkie free, ale jednak każde, nawet najmocniejsze od strony twardości, najbardziej esencjonalne, czy szybkie uderzenie kontrabasu ma cechować zróżnicowanie wielobarwności tudzież modulowania wolumenu zawartej w nim energii, na co wbrew pozorom pozwalają obecnie odpowiednio dozowane przez system, poprawiające rozdzielczość ogólnej prezentacji, a przez to udanie zawieszające w przestrzeni pojedyncze nuty, bogate w alikwoty wysokie tony. Mam nadzieję, że wszyscy wiecie co mam na myśli. Naim to ikona pewnych cech prezentacji i jakiekolwiek, nawet rozwojowo nieodzowne działania w kwestii jakości dźwięku – świat idzie do przodu i klienci są coraz bardziej wymagający – nie mogą ich zatracić. Na szczęście oprócz nas – potencjalnych nabywców – zdają sobie z tego sprawę również mocodawcy marki, dlatego kolejna odsłona konstrukcji tego brandu jest konsekwentną kontynuacją dawnej estetyki, a nie szkodliwą ogólnemu wizerunkowi próbą przypodobania się bezwzględnemu ogółowi melomanów. Co mam na myśli wygłaszając ostatnią frazę? Oczywiście to, że w prezentacji naszego bohatera tak kiedyś, jak i w wersji testowej zawsze kryje się w dobrym tego słowa znaczeniu agresja. Bez zbędnego szukania niedomówień – nadmierna lekkość dźwięku, tylko odpowiednio uformowana, teraz niosąca znacznie lepszy pakiet informacji praca nad pokazaniem wszystkich emocji wyrażanych w naszym kierunku przez muzyków z wirtualnej sceny. I żeby było jasne, nie tylko tych pełnych buntu, ale także zdroworozsądkowego romantyzmu. Tak tak, podczas obcowania z dzisiaj opisywanym zestawem również romantyzmu. Wiem to na pewno, bo mimo wychowania na formacjach typu Black Sabbath, Led Zeppelin, czy wspomniane AC/DC, w duchu jestem niepoprawnym romantykiem.
Czy tytułowy zestaw Naima jest ofertą dla każdego pozytywnie zakręconego na muzyce audio-freeka? Powiem tak. Jeśli kocha muzykę za całokształt, jak najbardziej. Przysłowiowe schody zaczynają się w momencie wyrobienia sobie bardzo osobistego, często operującego na granicy poprawności jakości dźwięku widzimisię słuchacza co do finalnej estetyki brzmienia posiadanego systemu. Ale spokojnie. To tak naprawdę będą schodki, bowiem przysłowiowe „nie po drodze” będzie jedynie osobnikom kochającym tak zwane lampowe granie. Z jednej strony pełne przyjemnego rozwibrowania muzycznych opowieści, za to z drugiej oparte o tak lubiane przez nasze zmysły zniekształcenia. Reszta populacji jeśli tylko na siłę nie będzie szukać problemów, ma duże szanse na znalezienie nici porozumienia z Naim-em. A pierwszym z brzegu przykładem jestem ja. Na co dzień gram na topowych zabawkach innych producentów, ale gdy do mojego domu wkracza nawet tak niepozorny Naim, jak wynika z powyższego słowotoku, dziwnym trafem miękną mi kolana.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: FNCE S.A.
Producent: Naim
Ceny:
Naim NSC-222: 33 499 PLN
Naim NAP-250: 33 499 PLN
Naim NPX-300: 33 499 PLN
Dane techniczne
Naim NSC-222
Wejścia cyfrowe: 2 x USB A (obsługa pamięci masowych); 2 x Optyczne TOSLINK (do 24bit/96kHz); koaksjalne (do 24bit/192kHz, DoP 64Fs); BNC (do 24bit/192kHz, DoP 64Fs)
Wejścia analogowe: para phono MM RCA (47k/470pF, 5mV, 23dB); 8-pin DIN (kompatybilne z 5-pinowymi przewodami DIN); para RCA liniowe
Wyjścia: para XLR, para RCA, słuchawkowe 6,35mm
Łączność: Ethernet (10/100Mbps), Wi-Fi (802.11 b/g/n/ac); Bluetooth (AptX)
Przesłuch: 90dB @ 1kHz
Wzmocnienie: 15.5dB
Odstęp sygnał/szum: 80dB MM; 104dB liniowe; 102dB cyfrowe
Pasmo przenoszenia: 3Hz – 40kHz (liniowe); 3Hz – 27kHz (cyfrowe)
Obsługiwane pliki: DSD (128Fs), WAV (32bit/384kHz); FLAC, ALAC (24bit/384Hz); MP3, AAC, M4A (16 bit/48kHz, 320kbit); OGG, WMA (16bit/48kHz)
Obsługiwane serwisy streamingowe: Spotify, TIDAL, Qobuz, Apple Music
Pobór mocy: <0.5w (Standby); 25W
Wymiary (W x S x G): 9.15 x 43.2 x 31.75cm
Waga: 11kg
Naim NAP-250
Wejścia: para XLR
Moc wyjściowa: 2 x 100W / 8 Ω; 2 x 190 / 4 Ω
Wzmocnienie: +29dB
Pasmo przenoszenia: 1.4Hz – 100kHz
Przesłuch: 60 dB
Współczynnik tłumienia: 25
Odstęp sygnał/szum: 111dB
Pobór mocy: <0.5W (Standby); 26W (bezczynny)
Wymiary (W x S x G): 9.15 x 43.2 x 31.75cm
Waga: 16.8kg
Naim NPX-300
Wymiary (W x S x G): 9.15 x 43.2 x 31.75cm
Waga: 14.4kg
Opinia 1
Choć ostatnie lata przyzwyczaiły nas do tego, że lato kończy lepka szarówka i generalnie mało zachęcająca do wyściubienia nosa z domowych pieleszy aura, to dziwnym zbiegiem okoliczności tegoroczna równonoc jesienna przypadła w okresie, gdy temperatury skłaniały bardziej do leniwego plażingu aniżeli zalegania na kanapie z kubkiem gorącej herbaty. Pech jednak chciał, że planowana na 22-23 wrzesień prezentacja w bielskim HiFi Studio ekstraktu portfolio katowickiego RCM-u musiała zostać przesunięta na kolejny weekend, gdyż na skutek działań lokalnego dostawcy energii elektrycznej owego medium miało w pierwotnym terminie zabraknąć. Całe szczęście co się odwlecze, to … i tak nadejdzie, więc może już nie w pierwszych promieniach letnio-jesiennego słońca a mniej, bądź bardziej rzęsistego deszczu bladym świtem wyruszyliśmy w kierunku „Małego Wiednia”, by na własne oczy i uszy przekonać się, cóż tym razem postanowiła pokazać ekipa RCM-u na gościnnych występach.
Zanim przejdę do bardziej wnikliwej wiwisekcji prezentowanego systemu na wstępie pozwolę sobie na kilka słów o Gospodarzach, czyli bielskim, mieszczącym się na ul. Cieszyńskiej 86 HiFi Studio, w którym to gościć było nam po raz pierwszy. Od razu w tym miejscu posypię głowę popiołem, bowiem szczerze nam przykro, iż tak późno trafiliśmy do tego istniejącego od 1991r. audiofilskiego przybytku, który nie tylko onieśmiela wielce urodziwymi wnętrzami (walory XIX w. budynku) i kusi aromatyczną kawą, lecz również dysponuje ofertą jeśli nie wszystkich, to z pewnością przeważającej większości polskich dystrybutorów, w tym własnej (Black Rhodium). Oprócz oczywistej części ekspozycyjnej z uginającymi się od wszelakich audiofilskich delicji półkami do dyspozycji zainteresowanych jest duża, dedykowana systemom stereo sala odsłuchowa, oraz nieco mniejsza, uwieczniona na zdjęciach Jacka, dysponująca ekranem – dostosowana do prezentacji instalacji wielokanałowych. Rozstrzał cenowy dostępnego asortymentu również może przyprawić o zawrót głowy, więc jedynie zaznaczę, iż w przybytku tym powinien znaleźć coś dla siebie zarówno stawiający pierwsze kroki nieopierzony, jak i wytrawny miłośnik dobrego brzmienia. Nie można też zapomnieć o ofercie płytowej dostępnej we wszelakich obecnych na rynku formatach.
Przejdźmy jednak do sedna, czyli obecnej na gościnnych występach ekipie katowickiego RCM-u, która w bielskich, wielce klimatycznych wnętrzach postanowiła zasiać nieco zamętu w głowach, sercach i coś czuję w kościach, że finalnie również portfelach lokalnej braci audiofilskiej, prezentując pozornie mało imponujący, acz jak to miało się okazać w trakcie spotkania, drastycznie przewartościowujący wyobrażenia o High-Endzie zestaw. Zestaw w skład którego weszły: minimalistyczny gramofon Kuzma Stabi S New uzbrojony w 12” ramię Stogi S 12 VTA i firmową wkładkę CAR-20, docisk DS Audio ES-001, przedwzmacniacz gramofonowy RCM Theriaa, odtwarzacz C.E.C. CD5, wzmacniacz zintegrowany Vitus Audio RI-101 MkII i kolumny Gauder Akustik Capello 40 Be Double Vision. Całość okablowano przewodami Furutecha (m.in. DAS-4.1), Organic Audio, Thrax (Istrum) a o zasilanie zadbał równie minimalistyczny, co skuteczny Furutech e-TP60ER wpięty w „ścianę” Furutechem FP-3TS762. Krótko mówiąc, przynajmniej z racji, iż większość z ww. komponentów bądź to testowaliśmy, bądź korzystamy z nich na co dzień, nic nowego. Czyli co – nuda i odgrzewanie kotletów? Nic z tych rzeczy mili Państwo, bowiem nie od dziś wiadomo, że system systemem a i tak swoje, bynajmniej dalekie od przysłowiowych „trzech groszy”, dorzuca do efektu finalnego pomieszczenie.
Tak też było i tym razem, gdyż bielska sala swą kubaturą znacznie przekraczała zarówno moje 24 m², jak i 38 m² OPOS-a, więc zasadną wydawała się obawa, czy nie dość, że niewielkie i w dodatku zamknięte 40-ki podołają wyzwaniu. Jak się jednak okazało z postawionym im wyzwaniem poradziły sobie z wrodzonym wdziękiem i zupełnie bezstresowo, gdyż 300W z Vitka nie tylko trzymało je w ryzach, lecz zapewniało wystarczającą ilość energii do osiągnięcia niemalże koncertowych poziomów głośności w trakcie ostrego, rockowego grania („Immortalized” Disturbed). Choć w powyższej wyliczance nie zabrakło źródła cyfrowego, to przynajmniej w sobotę w Bielsku Białej królowały winyle. Trudno się jednak temu dziwić, skoro Roger Adamek praktycznie co płytę udowadniał co potrafi niwelujący błędy niecentryczności DS Audio ES-001. A udowadniać było trzeba, gdyż już sama informacja o cenie ww. ustrojstwa powodowała wśród obecnych wydawać by się mogło w pełni zrozumiały sprzeciw. Jak się jednak okazało usłyszeć znaczy uwierzyć a gdy bezpośrednie porównanie na praktycznie dowolnym repertuarze i tłoczeniu pokazywało ile złego do dźwięku wprowadza niecentryczność odtwarzanego nośnika „opór materii” topniał niczym pierwszy śnieg w promieniach słońca. Jasnym bowiem stało się, że nawet przesiadka na zdecydowanie wyższej klasy źródło w tej kwestii niewiele by pomogła i wręcz mogła sytuację pogorszyć, bo lepsza rozdzielczość i większe wyrafinowanie tylko uwypukliłyby błędy samego nośnika. Czyli de facto zamiast dwadzieścia kilka kPLN przeznaczać na nową „szlifierkę” tak słuch, jak i rozsądek podpowiadają inwestycję w ww. akcesorium, o czym obecni podczas weekendowych prezentacji słuchacze chciał/nie chciał mieli okazję na własne uszy się przekonać a czego chodzącym przykładem jest Jacek przynajmniej na razie grający z podstawowego Clearaudio, który z ww. wspomaganiem z łatwością dorównuję po wielokroć droższemu torowi cyfrowemu.
Wracając jednak do samej muzyki, to zamiast okołojazzowych smętów (Patricii Barber oczywiście nie zabrakło) na talerzu „zemsty hydraulika” gościły najprzeróżniejsze i niekoniecznie kojarzone z audiofilskim plumkaniem gatunki muzyczne. Był wspomniany Disturbed, Yello, Kraftwerk, przeurocze The Hot Sardines a i jazzu oraz klasyki z monofonicznych placków nie zabrakło. Grało zatem wszystko, czego tylko zażyczyli sobie obecni goście, jak i czym chciała uraczyć ich ekipa RCM-u. A grało wybornie – dynamicznie, rozdzielczo i niezwykle żywiołowo, z zaskakująco, jak na rozmiary kolumn niemalże ginących w pokaźnej kubaturze, podstawą basową i sceną ściśle związaną z akurat reprodukowanym materiałem. A właśnie scena, czyli de facto pochodna prawidłowego, bądź nie, ustawienia samych kolumn, czyli temat, który wypłynął przy okazji pytań o dość wąski, jak na dostępną bazę, i na wprost rozstaw Gauderów. Wystarczyło jednak tylko delikatnie je dogiąć, by przekonać się, że to, co do tej pory wydawało się całkiem naturalne nagle delikatnie rzecz ujmując „wzięło i się rozjechało”. Ogniskowanie źródeł pozornych przeszło w tryb impresjonistycznych plam z dość przypadkowymi znamionami stereofoniczności. Wniosek? Do bólu prozaiczny – nie ma złotego środka a każde pomieszczenie ma swoje wymagania, więc zamiast sztywno trzymać się czysto teoretycznych wytycznych producentów kierujmy się tym co sami słyszymy.
Serdecznie dziękując Gospodarzom z HiFi Studio, jak i ekipie RCM-u za gościnę i mile spędzone kilka godzin przy muzyce i rozmowach szczerze zachęcamy Państwa do wizyt w bielskim salonie. Czy coś Wam wpadnie w oko i ucho, tego nie wiemy, jednak okazja do zapoznania się z ich pomysłem na dźwięk, jak i choćby przegląd oferty płytowej może okazać się wielce przyjemnym początkiem Waszej audiofilskiej przygody, bądź po prostu pozyskaniem jakże cennego źródła wszelakiej maści nowości sprzętowo/muzycznych.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie o zbliżającym się wielkimi krokami audiofilskim święcie nie można powiedzieć, że ćwierkają o nim jaskółki, tylko wręcz kraczą wrony. Chodzi oczywiście coroczną wystawę AVS, która w dobrym tego słowa znaczeniu podnosi ciśnienie nie tylko potencjalnym gościom, ale również szeroko pojętej branży. Na tyle mocno, że w tym podgrzanym do czerwoności okresie nie czekają bezczynnie na przysłowiowych walizkach na październikowy warszawski finał, tylko starają się emocjonalnie przygotować melomanów do tego momentu różnego rodzaju eventami z muzyką w roli głównej, odtwarzaną na ciekawie zestawionym sprzęcie audio. I z tego typu spotkania w bielskim salonie Hi-Fi Studio będzie dzisiejsza relacja. Kto był bohaterem? Nie przesadzę, gdy określę go analogowym mentorem polskiego obozu miłośników poczciwych gramofonów, czyli lokalizacyjny sąsiad gospodarza spotkania (Hi-Fi Studio), ponad wszystko wierny analogowi, bowiem i tym razem w roli źródła wystąpił drapak, katowicki RCM.
Co było tematem spotkania? I tutaj Was zaskoczę, gdyż owszem, gramofon jako dawca sygnału jak najbardziej był, jednak nie jako główny aktor programu. Dystrybutorowi bardziej chodziło o to, aby pokazać możliwości z pozoru niedrogiego systemu z niedużymi kolumnami monitorowymi w starciu z teoretycznie zbyt dużym dla tak skonfigurowanego konglomeratu pomieszczeniu. I co najciekawsze, bez oglądania się na wykorzystywany podczas prezentacji poziom głośności. Jak to możliwe? Dla RCM-u to banał. Wystarczyło postawić najtańszy gramofon Kuzmy – werk, ramię, wkładka, phono RCM Theriaa Mk II, podstawową integrę Vitus Audio RI 100 Mk II, pozwalające na nieco więcej w kwestii głośnego grania kolumny podstawkowe z obudową zamkniętą Gauder Akustik Capello 40, a wszystko okablować drutami Furutecha i Organic Audio. Naturalnie należało popracować nad pozwalającym rozwinąć systemowi skrzydła ustawieniem kolumn i temat zamknięty. Co z tego wynikło? Nie skłamię, gdy powiem, że dźwięk pełen rozmachu i energii w dosłownie każdym gatunku muzycznym. Owszem, poziomu energii w dolnym zakresie rodem z podłogówek nie było szans osiągnąć, jednak konia z rzędem temu, kto pokaże tak minimalistyczny zestaw grający bez zadyszki przy rockowym repertuarze na wysokich poziomach głośności z tak mocnym, ku mojej i nie tylko uciesze pozbawionym podbarwień uderzeniem. Gdzie jest haczyk? Tak naprawdę są dwa. Pierwszy to kolumny Gaudera. Monitory z obudową zamkniętą pozwalające na mocne odkręcenie gałki Volume bez poczucia przebasowienia prezentacji, za to z dobrą szybkością i ekspresją. Do tego strojone firmowymi modułami dopasowującymi poziom ilości oraz jakość niskich tonów w danej kubaturze – bawiliśmy się tym podczas testu opisywanych monitorów, naprawdę te zabawki robią robotę. Zaś drugim był przyrząd japońskiej marki DS Audio ES 001 do idealnego wycentrowania osi obrotu rowka płyty winylowej w stosunku do osi obrotu talerza, czyli całkowita likwidacja zniekształceń powodowanych dodatkowym bujaniem się na boki zawieszonej na ramieniu wkładki gramofonowej. Uwierzcie mi, to co dzieje się po kalibracji płyty na talerzu, niektórzy określają jako cuda, tymczasem to prosta fizyka. Fizyka, wykorzystanie której w tym przypadku powodowało idealnie sfokusowanie źródła pozornego, dzięki temu podniesienie poziomu głośności słuchania muzyki dawało pozbawiony zniekształceń wzrost jej energii. Nie robiła się głośniejsza w znanym wszystkim sensie stricte, tylko epatowała większym wolumenem, a to sprawiało, że przy naprawdę głośnym słuchaniu można było swobodnie prowadzić rozmowę z siedzącym obok innym gościem. Nie wierzycie? Powiem tak. Na sobotniej prezentacji na początku kilku stałych bywalców salonu również nie wierzyło. Jednak zaznaczam, ze szczególnym uwzględnieniem frazy „na początku”. Czy byłem zdziwiony początkowym niedowierzaniem? Nic z tych rzeczy. Sam to przeszedłem, dlatego wiedziałem, że to tylko kwestia pokazania werbalnego, co moim zdaniem dla wielu było chyba clou tego sobotniego przedpołudnia.
Reasumując powyższą relację, chciałbym podziękować organizatorom oraz przybyłym gościom za miłą atmosferę, a przedstawicielom RCM-u za kolejny pouczający pokaz. Co prawda przez lata powinienem się już do tego przyzwyczaić, jednak jak to zwykle w życiu bywa, nawet podczas najbardziej dopracowanego pokazu czasem coś może nie zabanglać. Całe szczęście parafrazując klasyka: „Nie z RCM-em takie numery”.
Jacek Pazio
Opinion 1
We all know that currently a turntable in a system of a music loving homo sapiens is not an extravagant add-on, but a fully-fledged, and I would even be inclined to say, a fundamental sound source. Yes, this is often associated with trying to follow the trends of certain groups, with being a hipster, but a turntable is something spiffy, and that is it. And if so, then it should not be considered strange, that such devices are proposed by each and every audio manufacturer, at least those who have some visibility in the market, even if they are not really associated with being able to create a turntable from scratch. Is this a good thing? Yes and no. In the first case, it is nice, that this makes the offering on the market bigger, but on the other hand, it is known, that those products were manufactured by some other companies upon order, what often results in making something visually appealing, with a desired name tag, but in context of true sound quality, not especially satisfying. But why am I mentioning this? For a very simple reason, a turntable provided to us by the Sopot based company Premium Sound, completely designed, made and measured by a Polish audio passionate. But what is it? With very big pleasure, I would like you to invite you to a meeting with the vinyl discs, something that is always a big spiritual sensation for me, played by the complete analog setup – and I am talking here about the deck and the tonearm – the BennyAudio Immersion II.
What can I tell you about our tested hero? In terms of the chassis we deal here with an interesting design, on one hand massive, but on the other not overly imposing, becoming a nicely looking forecast of a good sound, free from distortion introduced by parasitic vibration to the plinth. To be able to master that function, the plinth was made from a few layers of beech plywood, initially glued, but later also bolted together to increase the rigidity of the construction. Finally from top and bottom, this massive plywood element was encapsulated in 10mm thick aluminum sheets. But this is not everything that was done to stabilize the turntable and the tonearm. Inside this this support platform, between the mentioned aluminum plates and the top part of the chassis we have another damping layer in the form of a 3mm thick stainless steel element. As you can see, the stability and protection of the gramophone against unwanted artefacts was the main issue the designer of this device wanted to address. To allow the potential clients to perceive this in an even more positive way, the plinths can be veneered in any of the available patterns. Moving on to the tonearm, also being a proprietary development, preceded with may years of measurements and fine-tuning, I need first to mention, that it is placed in a thick layer of POM, which allows for ideal calibration. The arm itself has a length of 12.5”, is equipped with a exchangeable headshell, made from carbon fiber, and is of the unipivot type. The tonearm is made from a conglomerate of carbon fiber, similar to the one used for the headshell, aluminum and stainless steel. It’s cabling was done with monocrystal silver strands from Albedo and terminated with Furutech RCA plugs. The platter also does not leave any doubts that it is a significant element of the whole construction and was turned from 65mm thick POM and weighs 7.5kg. The bearing is a hydro-dynamic inverted ball bearing, with the ball made from tungsten carbide. The platter is belt driven by a brushless DC motor, placed inside the plinth. So this is how the Polish idea for a turntable presents itself, and for the test we used the Hana Umami Red cartridge, which lately does stir up the market.
So how did the tested turntable place its mark in my memory? Before moving on to the details, let me remind you, that I already had a meeting with one of the products of this manufacturer, albeit on a trip and a short one, but still. And I must tell you, that it already showed some interesting characteristics there, like ease of creating a very vast virtual stage. It was so intriguing, that I had hoped to be able to recreate this experience in a setting I know much better, in my system and in my listening room. And also allow it to show any other interesting nuances. Of course this was not a requirement that would determine good or bad assessment, because already during the first contact the music really enchanted with its projection, but it was just waiting for it to happen. And you know what, the Immersion II did not disappoint when it finally came to be. This time, to the mentioned ease of presentation we could add good support in mass and reaching down to the lowest registers. But let me mention that the level of saturation and weight of the sound did not cause something often liked by rookie amateurs of this sound source, a kind of sticky bass goop, overly sweet and round, but it was designed in such a way that the music was vivid, but had proper support, and yet did not lose any of the speed required to create that music. And it is not that I just like sound that way, but each and every music genre, even the most difficult to digest, to be interesting and enchanting must be appropriately ethereal and heavy in certain moments. And unfortunately, even the most appealing sweetness, or “obesity”, will turn it into a caricature. Of course, we live in a free country, so everybody can set her or his system in a way that she or he want it to, but when I try to describe the relevant elements of the sound, I need to refer to absolute values, as those are the same for analog and digital sources. And in this, very balanced sound esthetics, our hero remained. It was joyous, ethereal if needed, so there was no effect of putting an effort in playing, but also with good punch and saturation where required. Compared to my Clearaudio deck with a Dynavector cartridge, the sound had a minimally lower energy of attack, but with better fluidity and at a much higher quality level overall. But the latter should be obvious, as this is a completely different refinement league. However this difference could also be the result of different sound of the cartridges, but anyway did not present any issue when listening, it was just a tad different approach to reproducing tiny nuances. But how did this translate into the listened material?
I started the listening session from the jubilee edition of a compilation of may years of music of Aerosmith. Those are rock rebels from the time of my youth, what immediately means, that such a compilation will present different sound quality of pieces played one after another. And I am not writing this to complain, or critique them, but to show you, that the BennyAudio turntable was able to brilliantly differentiate this. Of course it kept the agility and aggressiveness of the sound, presented with a nice package of weight, but also presented that each and every piece, often even from the same long play, but recorded in a different session, had different characteristics. But please do not be alarmed, I am telling you about this, just to show, how this gramophone is able to show you the truth about recordings. The key aspect to its existence is the way of showing the played material, and with the set of characteristics I mentioned, it was able to involve me completely into listening to a band from days past through all three red vinyl discs, and did it absolutely hassle-free. It had the required drive, kick and rapacity, but also all the coherence attributed to this kind of sound source. And I assure you, everything happened at the highest level of attractiveness.
Another thing was the performance of Nick Cave in “Tender Prey”. This time it was about showing the timbre of the vocals of this charismatic artist. Just to verify what the mentioned earlier lighter approach to energy of the midrange and bass will do. And? Again, rest assured, everything was fine. Confirming my expectations, being the result of time spent with this turntable, the only difference I spotted in comparison to my setup, was, that everything was presented with a much better insight into the recordings, what only increased the expression of Nick’s vocals.
And finally the timeless standard in the form of the jazz story “Kind of Blue” by Miles Davis. How did that sound? In one word I could say it was a fairytale. Ever present mysticism, cut by the conversation of the brass instruments, sounded truly magical, due to the very well placed timbre, saturation and airiness of each individual sound. Was it just how it was recorded years ago? This is a completely different story, occluded by another mastering, that brought my edition to the market – I have this recording on tape and I know, that it is a different world. But the most important thing is, that even a recording, so robbed from its initial sound esthetics, can recall a similar joy, like a recording played from a Studer A80. And this only due to the engineering work put into the turntable by the owner of the BennyAudio brand. With slightly differently placed accents, resulting from different mastering approaches, it still recalls that magic aura from the time of recording. Palpable and withing reach, and this is why I so love this way of storing and reproducing music.
Does this approach to the vinyl world, coming from Poland and described above, have a real chance of being accepted by every music lover? In my opinion absolutely yes. And the reason for that would be the ability to avoid extremes, in the likes of overly accenting or even overloading the transparency of the virtual presentation in our homes. Additionally, I would like to add the skillful way of showing the technical nuances, very important to all kinds of music, including the work of the recording and mastering engineers, to its assets. And everything happens on such a high quality level, that I will not be exaggerating in telling you, that we are facing it directly, eye to eye, oops, ear to ear. But summarizing, the BennyAudio Immersion II is brilliant, in terms of design – I remind you about the feeling of solidity due to the nice proportions of the chassis – and in terms of the reproduced sound – this is what the last paragraph is about – a turntable, that I place in the High End segment without any doubts, after spending a dozen days with it.
Jacek Pazio
Opinion 2
It is not, and never has been, a secret that in our two people editorial office, Jacek is the go to person for all analog, while I fancy the files. But this does not mean, that files are not played by Jacek, and that I would not have an analog sound source, because it is quite the opposite, and we do try to convey that with what we write for SoundRebels. However each one of us does have his specialty field, but with higher or lesser regularity wanders off to other pastures, while sharing experience gained. So in the boundaries of this text, I would like to invite you to such a wandering, as during our vacation voyages, we encountered, in the Sopot based Premium Sound, a truly authorial, and fully Polish, turntable, the BennyAudio Immersion II, which finally arrived also in our test system. But when you are reading this introduction, this means that you have already gone through the “confessions” of Jacek, which I will just try to amend with my 2 cents, completely non-bindingly telling you what was captivating for me in the tested turntable from Gliwice.
The BennyAudio, which was presented three times (1, 2, 3) in Sopot, caught the eye a bit more efficient with its natural veneered plinth, but I must confess, that also in plain black, our tested hero is quite well fitted. In addition, due to the different color scheme, it was easier to avoid some subconscious similarities with the recently tested Dr. Feickert Analogue Woodpecker. Moving on to the main dish, it is worth noting that we deal here with a completely authorial construction, encompassing not only the deck, but also the tonearm, something you do not see often, as usually small manufacturers, putting their first outings on the market, prefer to put their confidence in well renowned constructions. So to keep things short, we deal here with a very compact and minimalistic design, which, due to the total mass, as well as the weight of the platter alone, can easily be qualified to the mass loader group of turntables.
The Immersion II is not a spontaneous variation of any “commercial” models, neither was it ordered in any OEMs (like Clearaudio to not look too far away), which would concentrate on the looks, but under the umbrella of sublime elegance, we have a full load of solid engineering knowledge and years of hand made prototyping, measurements and listening sessions. This is the reason the final plinth is a massive sandwich of CNC cut, glued and bolted together beech plywood, placed between two 10mm thick aluminum plates. In addition, below the top aluminum plate a 2mm damping layer and 3mm thick steel plate was placed. The tonearm, which was equipped with the MC Hana Umami Red for the testing, is a 12.5” unipivot, proprietary construction, with the wand made from non-magnetic steel, aluminum and carbon fiber, damped with oil and allowing for on-the-fly VTA adjustment. The internal cabling is made from monocrystal silver, and was provided by another Polish specialist, the Bydgoszcz based Albedo. The proprietary headshell was cut from 4mm thick carbon fiber. In the base of the tonearm we have the gold plated RCA terminals, of course accompanied by a ground pin, so the final sound of the BennyAudio can not only be modeled by using a different cartridge, but also using different interconnects. The platter, based on an inverted, hydrodynamic bearing, is really massive, as it weighs about 7.5kg and is 65mm thick. It is made from Polyacetal (also called POM or Delrin). It is turned by a round belt, placed around a puck of a brushless DC motor embedded in the plinth, and efficiently damped. The external PSU is very solid, and of the line kind, which is understandably important.
Moving on to the description of the sound of our guest, I must tell you, that was not disappointed with it, because it sounded exactly like I prefer, and at that, better than during the visit in Sopot, which did become the pretext for this encounter. So it was free from any irritating blurring of the lowest registers, which it held in tow appropriately for even the heavy sounds, with swing and great palpability, and a slightly sweetened, open and silky treble. But it does not go as far into the quite sticky and smoothening caramel like sound, like the Transrotor Dark Star Silver Shadow did (a turntable also using POM), the sound was akin that of the La Roccia Reference, if we are to compare to something else from the catalog of the German company, at least in terms of mass and energy of the sound. It has splendid drive and timing, inaccessible for the soft suspended competition, which may fare well in slower climates like “Minione” of Anna Maria Jopek, but are not able to catch up with the mad tempos driven by Metallica on “Hardwired… to Self-Destruct” or “72 Seasons”, really not allowing to follow the ideas and playing of the musicians. But this does not mean that the bass of the Immersion II is too contoured, and thus too crispy, or too light, because it is not. Its mass, energy and differentiation deserve high praises, and the true cherry on top is the ability to reproduce the immediacy of even the most neck-breaking damming of the sounds. I also did not notice any tendency to an artificial upping of the lower frequencies, or searching for speed where there is none. When a drummer reached for the drum brushes and started to delicately caress the snare drum or the cymbals, then the tested turntable did not try to harden or add weight to them, reproducing the ethereal airiness of such parties. But when a double kick came to sound, then we were informed about that without mercy. Additionally, regardless of the played repertoire, and actually when listening to it more and more, after a few hours of listening I came to the conclusion that the BennyAudio is very quiet, it is absolutely silent in the sound path, with which I mean, that it does not add anything to that, what comes from the speakers, so when something starts to hum in the speakers, then this is the hum of the disc itself, and not the result of a not well damped motor or a mediocre tonearm. Well, the tonearm. Here I will allow myself a very subjective digression, as being used to the “armored revenge of the plumber”, or the Kuzma Stabi S with the Stogi tonearm, moving to another turntable usually makes me wonder, if the tonearm fitted there is not too delicate, or even too rickety. And with the BennyAudio I did not have this dissonance, so kudos to the designer of this thing.
Equally intriguing is the midrange, which manages to favor the vocals, both female and male, due to a slight touch of extra saturation. The mentioned A.M.J. with the Immersion does rustle a little less, and in the voice of Diana Krall (“Turn up the Quiet”) the sweet, honey notes dominate above the raspier, whiskey ones, and Gregory Porter (“Take me to the Alley”) enchants with a velvet timbre, without becoming too bear-like. On one hand we could now mention about the stereotypical, “analog” coherence, but on the other I am aware, that such mental shortcuts can be very well suited to my own expectations, or even habits, so lovers of over-darkening, leading towards loss of resolution, as well as the opposers of such sound would be able to think, that this confirms their own expectations. Yet the Immersion II emphasizes on realism and strives towards reproducing the full extent of the timbres and energies dormant in each sound, so the final effect will depend on the cartridge it will be equipped with, as well as cabling, not even mentioning the phonostage. This is why the final lifting depends on the customer, and I will only add, that the highest frequencies do not give any reason for criticism. They are resolved, well accented, very clear and present the full picture, including information about the quality of the recording and the pressed disc, although the latter is in part (a significant part) attributable to the Hana Umami Red. However the riffs, drilling like a dentist’s drill, can reach the threshold of comfort, but if somebody did his or her best during recording, mastering and pressing, then the BennyAudio will inform us about that with a true feast of flashes and particles dancing in the light of the setting sun.
Maybe the BennyAudio Immersion II is a niche and almost boutique construction, which came to be only by the passion and stubbornness of its creator, Tomasz Franielczyk, but in terms of construction, and most of all the sound, it does not have any complexes compared to the more renowned competition, but it can sound in such a way that having the BennyAudio and something with a more recognizable label to choose from, we would be inclined to put our money where the sound is better, with a higher class. In short, this is another proof, that we do not know our own, Polish products, and I truly recommend to use your common sense, and when you are looking for a high quality turntable, please turn your attention to the tested unit. Listening is free, and the contact with BennyAudio Immersion II can become a shortcut to your audio nirvana, saving you not only time, but also money, which you can then spend on buying vinyl records. Which I wholeheartedly wish you would do.
Marcin Olszewski
System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Essence MC
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder Studer A80
Distributor: Premium Sound
Manufacturer: BennyAudio
Prices
BennyAudio Immersion II: 56 900 PLN
Hana Umami RED: 16 990 PLN
Specifications
BennyAudio Immersion II:
Tonearm: 12.5″ unipivot, oil damping, VTA on tle fly
Motor: BLDC motor is embedded in the plinth
RPM: 33.3 / 45
Speed accuracy: +/- 0.35%
Platter: 65mm thick Polyacetal (POM)
Bearing: Inverted, hydrodynamic
Plinth: made by hand from several layers of carefully selected beech plywood, steel and aluminium
Power supply: 12V DC ultra linear
Dimensions (H x W x D): 20 x 49 x 30 cm
Weight: 29 kg (one arm, without power supply)
Available finish: natural veneer in matt or gloss finish; any vinyl veneers from an extensive colour and texture range; microplasma-anodized aluminum arm parts
Hana Umami RED
Body: Duralumin (A7075), gloss Urushi lacquer
Stylus: Boron cantilever, Microline nude diamond
Coil Impedance: 6 Ω
Output: 0,4 mV
Load impedance: > 60 Ω
Frequency response: 15-50 000 Hz
Output Balance: 0,5 dB / 1 kHz
Channel Separation: 30dB / 1KHz
Tracking weight: 2 g
Trackability: 70μm / 2g
Dynamic Compliance: 10 x 10(-6) cm/dyne (100Hz) Estimated: 16 x 10(-6) cm/dyne (10Hz)
Cartridge weight: 10,5 g
Opinia 1
Trochę z żalem, bowiem za sprawą konsekwentnego w swym działaniu dystrybutora tym spotkaniem doszliśmy do potencjalnie dostępnej na naszym rynku mety, a trochę z niekłamaną radością, gdyż to swoista nowość i do tego drugi od góry model znanej do niedawna jedynie z opowieści na naszym podwórku marki, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, przed poznaniem dzisiaj ocenianej konstrukcji warto było przejść wszystkie stopnie wtajemniczenia – czytaj tańsze modele z jego portfolio. Naturalnie powodem jest dogłębne poznanie sposobu pokazania ukochanej przez nas muzyki. To zawsze jest działanie skierowane na wydobycie zawartego w niej piękna. Piękna opartego na plastyce, nasyceniu i nienachalnej transparentności, co sprawia, że nabywając coś z tej stajni, mamy pewność dotarcia do sedna zawartych w niej emocji. Oczywistym jest, że wyrafinowanie podejścia do realizacji tego zadania jest wprost proporcjonalne do zajmowanej pozycji w cenniku każdego modelu, jednak co najważniejsze, sznyt grania całej rodziny jest bliźniaczy. O czym mowa? O duńskiej manufakturze Peak Consult, z oferty której dzięki staraniom chełmżyńskiego opiekuna marki Quality Audio w nasze progi trafił niedawno mający swój światowy debiut model kolumn Peak Consult Dragon Legacy.
Budowa duńskich piękności opiera się na zintegrowaniu ze sobą pięciu uzbrojonych w przetworniki modułów – od góry i od dołu widzimy po jednej sekcji basowej, podążając ku środkowi napotykamy sąsiadujące z nimi dwie dla zakresu średniotonowego, zaś w centrum tego konglomeratu pojedynczą ostoję tweetera. Jednak bardzo istotnym jest, że nie są to nudne prostopadłościany, tylko sprytnym podcinaniem każdego z nich w kierunku przetwornika wysokotonowego ich wizualizacją przy okazji walki z falami stojącymi udało się osiągnąć coś na wzór klepsydry. To z automatu sprawia, że kolumny swoją wagą – 225 kg każda oraz znaczącym wzrostem ok. 170 cm nie przytłaczają, a oprócz tego pozwalają na ciekawą realizację działań konstruktorów w kierunku wyrównania odległości promieniowania wszystkich przetworników względem siebie – nachylenie skrajnych skrzynek względem poziomej osi kolumny oraz niezbędne cofnięcie w stosunku do nich pozostałych. Jednak to nie koniec dbałości o stworzenie im najlepszych możliwych warunków pracy, bowiem w tym celu front Dragonów podobnie do reszty rodziny, nie tylko ubrano w nadającą im wizualnej dystynkcji, ale także zmniejszające niechciane zniekształcenia skórę, ale dodatkowo chcąc zminimalizować szkodliwe dyfrakcje fal, każdą połać goszczącą głośnik odpowiednio uformowano stosownymi skosami. Jeśli chodzi o resztę informacji na temat budowy skrzynki, tę jak to w zwyczaju marki jest standardem, wykonano z czterech warstw materiału o wysokim współczynniku tłumienia, co daje wynik na poziomie 46 mm grubości ścianki. Boki i górną płaszczyznę wspomnianych konstrukcji finalnie wykończono płatami z litego orzecha z fajnie łamiącymi wizualną monotonność pionowymi czarnymi wręgami, zaś plecy taką samą jak awers skórą. Uwierzcie mi, nawet jeśli zdjęcia tego nie oddają, na żywo to naprawdę świetnie wygląda. Kreśląc kilka zdań o zagadnieniach technicznych, należy wspomnieć, iż mamy do czynienia z konstrukcją strojoną widocznymi z tyłu skrzynek basowych portami bass-refleks, komplet przyłączy dla okablowania kolumnowego znajdziemy w dolnej części spodniego modułu niskotonowego, a całość monumentu z uwagi na rozmiar i wagę posadowiono na trzech dla każdej kolumny zwiększających rozstaw punktów podparcia, wyposażonych w owalne, płasko zakończone stopy aluminiowych łapach. Co do samych przetworników, z informacji producenta wynika, iż zostały zaprojektowane we współpracy z inną firmą kolumnową Fink Audio-Consulting w Essen. Pokrótce temat wygląda tak. Basowce to 28 centymetrowe monstra z membranami wykonanymi z wielowarstwowej kompozycji impregnowanego papieru i pianki, wykorzystujące cewki 75 mm z długim skokiem liniowym. 15 cm średniaki bazują na gumowym zawieszeniu oraz membranie wykonanej z miksu polipropylenu i papieru. Natomiast gwizdek, wykorzystuje membranę tekstylną umieszczoną w falowodzie. Wieńcząc opis budowy, istotną informacją jest również, iż ostateczne strojenie idealnej spójności fazowej poszczególnych przetworników (jako dopełnienie odpowiedniego usadowienia ich w obudowie) zapewnia wykonana z najlepszych dostępnych na rynku komponentów zwrotnica. Banał? Spokojnie, to tylko najważniejsze, ale nie chcąc zbytnio rozwadniać tekstu bardzo skrótowo podane informacje – resztę z zachowaniem know how producenta znajdziecie na jego stronie, gdyż wiadomym jest, iż w końcowym rozrachunku decydują zazwyczaj przemilczane w odezwie do potencjalnego nabywcy niuanse. Jakie? Nie wiem. Jednak co z nich dla nas wynika, postaram się przybliżyć w kolejnym akapicie.
Jak wypadły tytułowe duńskie wieże? Bez owijania w bawełnę powiem, iż znakomicie. Po pierwsze – duża kolumna to odpowiednio duży, zbliżony do realnych warunków scenicznych dźwięk. Po drugie – przekaz zawsze jest pełen zawartej w muzyce, odpowiednio dozowanej energii. A po trzecie – przy utrzymaniu każdego pasma w ryzach unikamy efektu wysilenia prezentacji, co w końcowym rozrachunku nawet podczas obcowania z muzyką pełną artystycznego szaleństwa, daje bardzo relaksujący przekaz. Zapewniam, powiedzenie „duży może więcej” w przypadku dobrze skonstruowanych kolumn jest nie do podważenia. Ale uwaga, tak jak nasze bohaterki dobrze skonstruowanych, czyli wizualizujących słuchaną muzykę z zawartym w niej pakietem ekspresji, energii i wyrafinowania, a nie w postaci jednego wielkiego napadania na słuchacza bliżej nieokreśloną ścianą artefaktów kakofonicznych, czego podczas kilkunastodniowego pobytu u mnie Dragony znakomicie się wystrzegały. Gdybym – na ile to możliwe – zwięźle miał określić okres testu, powiedziałbym, że to były soniczne igrzyska. Raz pełne duchowości podczas napawania się muzyką barokową z naciskiem na twórczość Claudio Monteverdiego spod znaku Johna Pottera „Care-charming sleep”. Innym razem czarujące zawieszeniem pojedynczych, jakby nigdy niekończących się, przecinających wszechobecną ciszę pojedynczych dźwięków jako feedback zgłębiania repertuaru rodzimej grupy RGG „Szymanowski”. A jeszcze innym nacechowane szaleństwem, mrocznością i agresją sceniczną spod znaku grupy Black Sabbath zatytułowanej „Black Sabbath”. Za każdym razem otrzymywałem inaczej formułowany pakiet doznań. Naturalnie stosowny do słuchanego nurtu muzycznego. A co najciekawsze, wszystko to działo się z konsekwentnym zachowaniem słyszalnej od najniższego modelu kolumn Peak Consult estetyki grania. Jak wspominałem, estetyki pełnej nasycenia, plastyki i dobrze kontrolowanej, ale nastawionej na przyjemną krągłość energii. Jak to możliwe, że Dragony nie wyłożyły się na mocnym uderzeniu? To wynika z powyższego opisu, czyli realizacji maksymy, iż duży może więcej. Po prostu eliminacja poczucia wysilenia dźwięku, dobrze prowadzona linia nawet lekko podkręconego w domenie ilości, dzięki temu przyjemnie realizującego zapisany na płytach materiał basu oraz rozmach projekcji ze zjawiskową bożą iskrą całości na poziomie wielkości naturalnych koncertów powodowały, że tytułowe Peaki tak w spokojnym, jak i w awanturniczym materiale brylowały jak ryba w wodzie. Na tyle skutecznie, że nie dość, że trudno było kończyć słuchanie późną nocą w środku tygodnia mimo wczesnej pobudki rankiem do pracy, to jeszcze nie zważając na późną porę, chciało się wręcz podkręcać gałkę wzmocnienia, a tym samym zasiąść jeszcze bliżej wirtualnej sceny. Myślicie, że tak macie? Zapewniam, że prawdopodobnie nie, gdyż w przypadku dużych, dobrze prowadzonych przez wzmocnienie kolumn dźwięk wbrew pozorom nie robi się głośniejszy, tylko jakby rósł. Co to oznacza? Po prostu podnosząc poziom głośności nie zwiększamy poziomu zazwyczaj w pewnym momencie generowanych przez małe kolumny, wynikłych z uwagi na wysilenie prezentacji zniekształceń, tylko zmieniamy ilość wizualizującej muzykę, podanej bez skrępowania energii. Efekt jest taki, że gdy przy głośnym słuchaniu „maluchów” nie mamy szans na zrozumienie przekazywanych przez znajomego potencjalnych obserwacji, to w momencie obcowania z kolumnami na poziomie jakości grania tytułowych Peak Consult Dragon Legacy bez najmniejszych problemów rozmawiamy z nim na wszystkie tematy bez względu na poziom generowanych decybeli. I to dlatego w materiale nastawionym na wszechobecny spokój – John Potter oraz RGG – z dziecinną łatwością potrafiły wydobyć z niego zawsze zawarte, zazwyczaj odkrywane jedynie podczas najlepszych odtworzeń w okowach naszych domostw drugie dno w postaci kojącej ducha melancholii, a z drugiej strony barykady zaś, czyli rockowym buncie za sprawą minimalizacji zniekształceń i wpisanego w kod DNA trwania w pokazywaniu muzyki od jej przyjemnej strony, dały popis nie tylko zjawiskowego uderzenia, ale również swobody wypełniania pokoju feerią mimo, że powoływanych do życia przez wściekłych rockmenów, a przez to pełnych ekspresji, raz melodyjnych, a innym razem zamierzenie bolesnych kawalkad sonicznych. To jak wspominałem, były pełne zaskakujących zmian igrzyska. Jednak nie w sensie li tylko nacisku na jak największą ilość powołanych do życia decybeli, tylko bez względu na ich poziom jakość ich podania. Zapewniam, to potrafią tylko najlepsi, do których nasze bohaterki w stu procentach należą. To było na tyle zjawiskowe, że na długo pozostanie w mej pamięci. A to o tyle mocne doznanie, że bazując na wiedzy o bardzo zrównoważonej prezentacji mniejszych modeli, nie spodziewałem się, że opisywane Dragony okażą się ewidentnym wilkiem w owczej skórze. Z pozoru tworem pięknym i milusim – tak wizualnie, jak i dźwiękowo, ale gdy wymagał tego sytuacja wręcz bezlitosnym. Szacun.
Dotarłszy do finału spotkania z kolumnami Peak Consult Dragon Legacy przyszedł czas na wytypowanie dla nich potencjalnej grupy docelowej. Niestety z jednego, szkoda, że bardzo prozaicznego, gdyż totalnie przyziemnego powodu będzie bardzo symboliczna. Naturalnie mam na myśli mocno ograniczającą liczbę zainteresowanych, skąd inąd w pełni rekompensowaną brzmieniem cenę. Nie oszukujmy się, ta jest dość zaporowa. Jeśli jednak pełne nieobliczalnych zwrotów akcji życie pozwoli Wam na wejście na tak wysoki poziom zaawansowania technicznego i jakościowego, jaki niewątpliwie prezentują tytułowe Dunki, w temacie szukania Świętego Graala w audio nie widzę żadnych przeciwwskazań dla praktycznie nikogo. Powód? Dostajemy rozmach i spokój w jednym bez względu na repertuar i poziom realizującej jego byt w naszych domach głośności. A to sprawia, że tylko nasze, często spowodowane brakiem wiedzy jak powinna brzmieć prawdziwie odtworzona muzyka, „widzi mi się” może sprawić, że między Peakami, a nami coś nie pyknie. Ale, żeby nie było. To nie będzie ich lub nasza wina, tylko zwyczajna, jakże częsta pośród osobników homo sapiens niezgodność charakterów. Po prostu życie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Śmiem twierdzić, że jeśli nie wszyscy, to przeważająca większość z nas doskonale zna zarówno powiedzenie „czym skorupka za młodu nasiąknie …”, jak i przynajmniej ze słyszenia ma świadomość istnienia akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Jeśli tak, to trudno znaleźć w obu powyższych … na potrzeby niniejszej epistoły użyję określenia mechanizmach jakieś mankamenty, czy nie do końca przewidywalne skutki uboczne. W końcu czytanie bezdyskusyjnie poszerza horyzonty a w relacji dziecko-rodzic dodatkowo ową więź na początku wkraczania w życie małoletniej progenitury zacieśnia. Podobnie jak przykłady obserwowanych a następnie „wynoszonych z domu” zachowań. Tyle przynajmniej pisanej w różowych okularach teorii, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że o ile u nas cienką czerwoną linię za którą rozpoczyna się strefa mroku wyznaczały baśnie braci Grimm, to w Danii od maleńkości dzieciarnię karmi się jeśli nie ograniczonymi do „Piekła” higlightami z „Boskiej komedii” Dante Alighieri’ego, to z pewnością nawet nie muśniętą choćby śladową cenzurą mitologią Wikingów pełną soczystych opisów dokonań Thora, Lokiego, Sygurda, Brunhildy, czy nieuchronności Rangaröka, bądź opowieściami o „eksploracyjnych” wyprawach brodatych przodków. Skąd te przypuszczenia? Ano stąd, czyli z naszego audiofilskiego podwórka. Wystarczy spojrzeć na portfolio Gryphona, gdzie pysznią się Diablo i Mephisto, czy Peak Consult kuszący przeuroczo rustykalnymi podłogówkami El Diablo. I właśnie drugiemu z ww. wytwórców postanowiliśmy po raz kolejny poświęcić dłuższą chwilę, gdyż dzięki uprzejmości reprezentującego Duńczyków chełmżyńskiego Quality Audio zagościły u nas debiutujące podczas minionego High Endu … Peak Consult Dragon Legacy. Jeśli więc ciekawi Państwa, a jak wiadomo ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła, cóż też wykombinowała, pozbawiona tym razem surowej kontroli księgowych, ekipa z położonego nad Małym Bełtem (Lillebælt) malowniczego Middelfart nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.
Jak już zdążyliśmy się pochwalić w sesji unboxingowej swymi gabarytami, oraz co czujemy do dziś w plecach również i wagą, Dragon Legacy w sposób oczywisty wyróżniają się na tle odwiedzającego OPOS-a (Oficjalny Pokój Odsłuchowy SoundRebels) rodzeństwa. O ile bowiem zarówno Sonory, jak i El Diablo przy odrobinie dobrej woli można było określić mianem dość kompaktowych, to już blisko 175 cm „smoki” o nader słusznej wadze 225 kg (szt.) za takowe uznać nie sposób. Całe szczęście zamiast zwalistych obelisków otrzymujemy wielce urodziwe i zalotnie taliowane konstrukcje łapiące za oko zarówno satynową czernią mięsistej skóry pokrywającej fronty i plecy, oraz a raczej przede wszystkim, organicznym ciepłem orzechowych klepek pokrywających ich boki, podstawy i ściany górne.
Na frontach pysznią się symetrycznie rozmieszczone, skonstruowane na potrzeby tytułowego projektu przetworniki. Dolne i górne skraje okupują potężne 28 cm basowce o 75 mm cewkach i kanapkowych membranach z impregnowanego papieru i pianki a umieszczonemu w centrum miękkiemu tweeterowi z falowodem towarzyszy para 15 cm średniotonowców o gumowych zawieszeniach o niskiej histerezie i symetrycznych napędach magnetycznych wykorzystujących miedziane pierścienie. Z kolei na ścianie tylnej oprócz ulokowanych w pobliżu podstawy podwójnych terminali głośnikowych na wysokości modułów obsługujących najniższe składowe znajdziemy dwa ujścia kanałów bas refleks wspomagających pracę obu sekcji.
Przechodząc do technikaliów nie sposób nie uśmiechnąć się nad skandynawskim poczuciem humoru, którego przejawem jest wartość podawana przy zazwyczaj dość mało kontrowersyjnym parametrze, jakim jest pasmo przenoszenia. Wiadomo bowiem nie od dziś, że większość producentów mierzy tak, żeby wyszło dokładnie tyle ile powinno a i tak nawet jeśli metodyka samych pomiarów nie budzi zastrzeżeń, to i tak każde pomieszczenie ma własną charakterystykę akustyczną odciskającą potężne piętno na wynikach końcowych, więc pomiary pomiarami a życie pisze własne scenariusze. Dlatego też Wilfried Ehrenholz i Karl-Heinz Fink (tak, tak, dokładnie chodzi o tego jegomościa, którego mogliście Państwo spotkać na Audio Video Show 2018 stojącego m.in. za KIM-ami) dołączają ze swoim „imponującym” pasmem przenoszenia do dr. Rolanda Gaudera uparcie twierdzącego, że jego konstrukcje cechują „wystarczająca” skuteczność i „akceptowalna” impedancja. Jednak pomimo nieco humorystycznej lakoniczności coś jednak duńsko-niemiecka kooperacja ciekawskim nabywcom zdradza. I tak, uchylając rąbka tajemnicy warto z pewnością wspomnieć o iście pancernej solidności obudów, których 46mm ściany boczne wykonano w formie czterowarstwowych sandwichy o wysokim współczynniku tłumienia a z kolei grubość łączeń pięciosegmentowych konstrukcji osiąga aż 82 mm. Z zewnątrz pysznią się 14 mm klepki z litego orzecha włoskiego. Ponadto zwrotnice umieszczono w dedykowanej, wypełnionej piaskiem komorze izolującym czułe komponenty a cała konstrukcja opiera się na sześciu regulowanych nóżkach zamontowanych na masywnych stalowych sztabach.
Skoro w przypadku naszych bohaterek mamy do czynienia z niemalże flagowcem (stanowisko to piastują 188 cm Dragon Legend) a zarazem niejako nowym rozdaniem w Peak Consult zasadną wydaje się kwestia ile w ich brzmieniu jest tego, do czego przyzwyczaiło nas jego niżej urodzone rodzeństwo, czyli podanego w lekko nastrojowych barwach elegancji i wyrafinowania a ile żywiołowości i rześkości znanej z sygnowanych przez Karl-Heinza Finka konstrukcji. Na tyle zasadną, że gdy Dragon Legacy doprowadziły się do ładu i składu po podróży i zadomowiły w naszym systemie zamiast niezobowiązującego plumkania pole position mojej playlisty zajął obfitujący w szaleńcze tempa i oparty o ostre gitarowe riffy album „Sermons of the Sinner” formacji KK’s Priest, czyli niejako bytu równoległego (gabinetu cieni?) Judas Priest operującego dokładnie w bliźniaczych klimatach co kapela macierzysta połowy składu KK’s. Jest klasycznie – ciężko, szybko i ostro, choć zarazem melodyjnie, jednak nie jest to materiał choćby ocierający się o stricte audiofilską referencję. Ot kawał ognistego metalu mający sprawiać dziką przyjemność i powodować automatyczne wciskanie pedału przyspieszenia w podłogę, gdy tylko nieopatrznie włączymy go podczas jazdy samochodem. Krótko mówiąc, przynajmniej teoretycznie, wsad mogący zdyskwalifikować dowolny high-endowy zestaw z jednej obnażający siermiężność i płaskość samego materiału a z drugiej dający oręż wszystkim, chcącym danej legendzie za setki tysięcy monet dokopać. Jak się jednak okazuje teoria teorią a Peak Consult sobie, bowiem Dragon Legacy pokazały pazury i jeńców brać nie zamierzały. Zamiast bowiem nieco gasić metalową ekspresję, co delikatnie, bo delikatnie, jednak mniejsi ich bracia i siostry czynili niezaprzeczalnie tym razem postawiły na swobodę i niewymuszoność przekazu, dzięki czemu całość cechowała dalece większa ekspresja i otwartość. Na bezlitośnie smagane blachy skierowane zostały dodatkowe światła, gitarowe riffy zacieklej kąsały a i drący się wniebogłosy Tim „Ripper” Owens pokazał, że wiek jest tylko mało znacząca liczbą. Niby nie ma w jego partiach tak wysokich rejestrów z jakich słynie (słynął?) Halford, ale trudno się nie zgodzić, że idealnie wpisuje się w image nowej kapeli. Co ciekawe Peaki podołały również kwestiom natury przestrzennej, czyli zamiast stereotypowej ściany dźwięku były w stanie pokusić się o właściwą wieloplanowość. Oczywiście złożoności sceny daleko było do tego, czego można doświadczyć na prog-rockowym i w dodatku świetnie zrealizowanym „Delusion Rain” Mystery o klasycznym „Quena Barroca” Rodrigo Sosy nawet nie wspominając. O ostatnim z wydawnictw należy jednak wspomnieć z racji napowietrzenia samego nagrania, który to aspekt mniejsze Peaki może i oddawały, jednak nie traktowały z takim pietyzmem i realizmem co tytułowe podłogówki, które z równą atencją co szerokość i głębokość sceny kreowały również jej wysokość z wszelkimi smaczkami dotyczącymi pogłosu włącznie. Ewidentnie czuć, znaczy się słychać było, że ekspresji repertuaru dopięto nie tylko wrotki, co dodano skrzydeł, dzięki czemu duńskie podłogówki wciągają w wir rozgrywających się na scenie wydarzeń bardziej aniżeli chodzenie po bagnach. Kontury źródeł pozornych kreślone są mocną i pewną a zarazem unikającą tak pogrubienia, jak i zbytniej – sztucznej ostrości kreską, dzięki czemu mamy zapewnioną fenomenalną wręcz rozdzielczość a z drugiej stopień granulacji nie zaburza koherencji, spoistości całości dzieła. W rezultacie Dragony wybór odbioru pozostawiają odbiorcy, więc to de facto od nas zależeć będzie, czy do reprodukowanego materiału podchodzić od ogółu do szczegółu, czy też na odwrót. Jest to też wskazówka, że ów aspekt możemy determinować poprzez resztę toru z akcentem postawionym na możliwie najwyższej klasy amplifikacji. Nie da się bowiem ukryć, że Peaki tak ampery, jak i waty chłoną jak śródziemnomorska gąbka, więc bez rasowej „spawarki” raczej nie ma co się do nich przymierzać. Jeśli jednak takową „elektrownią” dysponujemy to efekt finalny może uzależnić od pierwszych taktów a w trakcie dalszych odsłuchów tylko owe uzależnienie pogłębiać. Mają bowiem czym „dmuchnąć” a jednocześnie najniższe, świetnie zróżnicowane i zapuszczające się w najgłębsze zakamarki Helheim a gdy tego tylko wymaga repertuar stają się niezwykle taktowne i wyrafinowane znikając ze sceny niczym rasowe monitory.
W ramach finalnego podsumowania napisze tylko tyle i przewrotnie zarazem, że Peak Consult Dragon Legacy może nie są najlepszymi kolumnami jakie kiedykolwiek powstały, bądź nawet pod pewnymi względami ustępują Dragon Legend Ultimate edition, jednak skoro jeszcze nie dane nam było ich walorów zasmakować, to przynajmniej jeśli chodzi o to, co gościliśmy u siebie, to bronią się na tyle, że bez dłuższego zastanowienia jestem w stanie zakwalifikować je do ścisłej czołówki (5-ki?) najlepszych kolumn, nad jakimi przez ostatnią dekadę mogliśmy się pochylić. Mają bowiem w sobie to coś, co sprawia, że poprzez brak jakichkolwiek ograniczeń tak dynamicznych, dotyczących rozdzielczości, jak i z racji ponadprzeciętnej kultury i równowagi pomiędzy żywiołowością a słodką muzykalnością chce się ich słuchać. A dokładnie nie tyle ich, co muzyki z nich dobiegającej, co wbrew pozorom wcale nie jest takie oczywiste.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Peak Consult
Cena: 850 000 PLN
Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: Imponujące …
Skuteczność: 89dB
Impedancja: 4 Ω
Wymiary (W x S x G): 172 x 40 x 58 cm
Waga: 225 kg
Najnowsze komentarze