Opinia 1
Niby świadomość istotności jakości zasilania w zainteresowanej zagadnieniami audio populacji homo sapiens nieustająco wzrasta, to jednak wystarczy kilka dni pogodowych anomalii, by nawet ci, którzy do tej pory udawali, iż nic ich ww. kwestie nie dotyczą/interesują boleśnie przekonali się o nich na własnej skórze a dokładnie uszach. Czemu? Otóż, gdy za oknem mamy iście tropikalny skwar w ruch idą wszelakiej maści klimatyzatory, klimatyzery i wentylatory a fotowoltaika aż skwierczy. Z kolei gdy zmagamy się z trzaskającym mrozem na popularności zyskują farelki a elektrownie pracują pełną parą. Czyli i tak źle i tak niedobrze. Dlatego też, żeby ustrzec nasze drogocenne zabawki przed zgubnym wpływem „śmieci z sieci” warto zadbać o odpowiednio skuteczną dystrybucję i filtrację życiodajnej energii je zasilającej. I w tym momencie na scenę wkracza wielce urodziwy reprezentant francuskiej myśli technicznej, czyli sygnowana przez po raz trzeci pojawiającą się na naszych łamach manufakturę Esprit Audio listwa zasilająca Volta S, która trafiła do nas dzięki uprzejmości konińskiej ekipy Audio-Mix.
Już sesja unboxingowa dała przedsmak słuszności i zarazem aktualności powiedzenia „Francja – elegancja”, gdyż mówiąc wprost Volta S cieszy oczy nieprzesadzoną a zarazem właśnie elegancką formą z jednej strony zapewniającą wzorową ergonomię a z drugiej niekoniecznie wymagającą wstydliwe ukrywanie jej za stolikiem ze sprzętem. Przyjemnie zaokrąglone krawędzie, jedwabista satyna srebrnej anody aluminiowego korpusu przyozdobionego chromowanym szyldem plus osiem, umieszczonych parami gniazd schuko niejako wyczerpuje temat aparycji. Oczywiście warto również wspomnieć o terminalu zasilającym na froncie i niewielkich silikonowych nóżkach na spodzie zapobiegających przesuwaniu listwy.
Co do budowy, to wiadomo niewiele więcej aniżeli to, co widać gołym okiem. Ot, mamy do czynienia z 8-gniazdową listwą zasilającą, której korpus wykonano z satynowo wykończonych grubych płatów aluminium a wewnętrzne okablowanie poprowadzono przewodami z posrebrzanej miedzi o przekrojach 6mm². Zgodnie z materiałami informacyjnymi pełnej filtracja obejmuje każdą z żył (uziemienia, fazy i neutralnej) oraz obudowy, która jest również uziemiona i odpowiednio wytłumiona. Ponadto wszystkie złącza są z posrebrzanej miedzi. Co bardziej dociekliwi czytelnicy z pewnością zwrócili również uwagę, iż w katalogu Esprita jest jeszcze dwukrotnie tańsza wersja Volty, tym razem bez „S” (jak niejaki Psikuta), którą wyróżnia nie tylko złoty a nie chromowany szyld, co cieńsze okablowanie wewnętrzne (3mm²) i filtracja ograniczona jedynie do uziemienia.
Jak widać na powyższej galerii wraz z listwą otrzymaliśmy znany z naszego wcześniejszej spotkania z okablowaniem Esprit Audio przewód zasilający Lumina o którym tym razem pozwolę sobie jedynie napisać, że jest opalizująco czarny i wyposażony w autorski system polaryzacji dielektryka pracujący z napięciem 12V a po resztę technikaliów zaproszę zainteresowanych do ww. recenzji. Przesada spinać tak drogi przewód z dość rozsądnie wycenioną listwą? Niekoniecznie. Po prostu im lepszy – wyższej klasy przewód, tym więcej będziemy w stanie z owej listwy wycisnąć. W końcu testując wszelakiej maści dystrybutory i filtry używamy swojego dyżurnego okablowania, którego przecież każdorazowo do obiektu badanego nie dostosowujemy. I jeszcze jeden, wart wspomnienia niuans. Otóż Esprit Audio Volta S objęta jest dwuletnia gwarancją, lecz wystarczy ją „zarejestrować” u producenta a ta (gwarancja, nie listwa) automatycznie przejdzie w opcję „dożywotnią”.
A co do brzmienia, to już wielokrotnie dywagowaliśmy o tym, że z jednej strony najbardziej pożądany jest maksymalnie wydajny rozdzielacz, który niczego nie limituje a z drugiej możliwie zaawansowana/skuteczna filtracja i regeneracja pozyskiwanego „ze ściany” prądu, przynajmniej teoretycznie. powinna dawać najlepsze efekty i zarazem spokojny sen. Tyle teorii, bowiem praktyka vide proza życia pisze własne scenariusze gdzie szalenie trudno znaleźć nie tylko transparentną sonicznie „gołą” listwę, co niezubażający przekaz kondycjoner / filtr. I nie jest to klasyczne żerowanie na audiofilskich lękach w celu sztucznego wytworzenia popytu, czy też pielęgnacja własnych, urojonych fobii a jedynie refleksja wynikająca z doświadczenia – empirii. Dlatego też znając możliwości i co tu dużo ukrywać sygnaturę zasilającej Luminy mogłem z nieukrywaną, acz podszytą zdziwieniem, satysfakcją stwierdzić, iż tytułowa, posiadająca zdolność gruntownej filtracji, listwa przede wszystkim nie „muli”. Czyli nie tylko nie limituje dynamiki, co nie degraduje przestrzenności reprodukowanych przez zasilany z niej system nagrań. Nie jest to może ten sam poziom transparentności, co Furutecha Pure Power 6 NCF, jednak już w kategoriach alternatywnego do „nicniemającej” e-TP60 ER uzdatniacza zdecydowanie warto o niej pomyśleć. Ponadto w porównaniu do budżetowego, japońskiego konkurenta Esprit „czyści” przepływający przez nią prąd, co szczególnie na niskoprądowych źródłach i „infrastrukturze sieciowej” (switche) procentuje świetną czystością, nie mylić z kliniczną sterylnością i precyzją ogniskowania źródeł pozornych. Zanim jednak przejdziemy do wyselekcjonowanych pod względem wyrafinowania wydawnictw niejako na rozgrzewkę postanowiłem nieco połomotać i potwierdzić wcześniejszą deklarację o „niemuleniu”. Dlatego też na playliście wylądowały całkiem niewinnie rozpoczynający się „Juggernaut: Alpha” i „Omega” formacji Periphery, gdzie zawieszone na ambientowych basowych mazajach eteryczne gitarowe intro „A Black Minute” płynnie ustępuje miejsca niemalże kakofonicznym spiętrzeniom djentowych dźwięków osiągających swoiste ekstremum w utworze „Hell Below”. Jeśli dodamy do tego operujący pomiędzy w pełni czytelnie, czysto wyśpiewanymi frazami a deathcore’owym screamem wokal jasnym powinno stać się, że jest to materiał niespecjalnie cieszący się popularnością podczas wszelakiej maści audiofilskich spędów i targowisk próżności, znaczy się wystaw i ekskluzywnych pokazów. Powód? Oczywisty – nie dość bowiem, że niespecjalnie wpisuje się w nurt asekuracyjnego plumkania, co bezlitośnie obnaża wszelkie wąskie gardła i najsłabsze ogniwa wymuskanych systemów. A z Voltą S w torze nagle okazało się, iż góra choć otwarta i napowietrzona może kusić zarówno rozdzielczością, jak i … gładkością, czystością (?). Chociaż nie, to nie o gładkość czy czystość chodzi, bo przecież tak wokalowi Spencera Sotelo, jak i gitarowym riffom (a w składzie mamy trzech szarpidrutów i basistę) bynajmniej nie brakuje właściwej chropowatości i iście garażowego brudu więc tu raczej chodzi o wierność temu, co zebrały mikrofony w studiu. Jest to zatem niezbity dowód na to, że francuska listwa niespecjalnie ma ambicję ingerowania w reprodukowany materiał a tym samym stara się usunąć w cień i udawać, że jej nie ma. Jednak uczciwie trzeba przyznać, że przynajmniej z firmowym przewodem delikatnie swoją sygnaturę przemyca nieco energetyzując dół pasma i dosaturowując średnicę. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie by efekt finalny modelować według własnego widzimisię i jeśli tylko komuś owa saturacja nie wydaje się konieczna a zamiast niej wolałby skupić się na rozdzielczości, to zawsze może z gniazda ściennego wyjść np. uzbrojoną w topowe 50-ki „landryną”, czyli Furutechem DPS 4.1 a Volta z pewnością mu w tym przeszkadzać nie będzie.
Z kolei niewielkie jazzowe składy, jak daleko nie szukając „Sweet And Lovely” saksofonistki Sophii Tomelleri wspomaganej przez Massimo Farao’ Trio pokazały, że nasza dzisiejsza bohaterka nie ma najmniejszych problemów zarówno z oddaniem obecnego między muzykami flow, jak i trudnej do podrobienia swobody, czy wręcz zabawy granymi dźwiękami. Próżno szukać tu nerwowości, czy sztywnej matematycznej precyzji właściwej bardziej rzemiosłu a nie sztuce, która muzyka być powinna. Nie brakuje więc blasku blach, dźwięczności fortepianu, ciepła i swoistej zamszowości saksofonu oraz powietrza wokół muzyków i … ciszy, gdy tylko takowa w kompozycji miała się znaleźć. I tu od razu pozwolę sobie na osobistą uwagę. Otóż pomimo studyjnej sesji nagraniowej (w turyńskim Riverside Studio) i dość ciemnego a zarazem „organicznie” spójnego nagrania Volcie udało się zachować zarówno naturalny czas wygasania poszczególnych dźwięków a tym samym aurę pogłosową, więc nie ma mowy o zbytnim zgaszeniu przekazu. Krótko mówiąc znów mamy do czynienia z niezwykłą autentycznością i namacalnością bez jakichkolwiek zabiegów czy to upiększających, czy też eliminujących wraz z niechcianymi, pasożytniczymi artefaktami część audiofilskiego „planktonu”.
Reasumując, Esprit Audio Volta S to świetna propozycja dla wszystkich tych, którzy chcieliby zjeść ciastko i nadal je mieć, czyli osób pragnących możliwie wydajnie dystrybuować energię elektryczną w nawet dość rozbudowanych (pamiętajmy, że do dyspozycji mamy osiem gniazd) systemach a jednocześnie cieszyć się spokojnym snem wynikającym z faktu filtracji/uzdatniania rozsyłanego medium. Dodając do tego możliwość dopieszczenia finalnej sygnatury odpowiednim przewodem zasilającym naprawdę trudno będzie znaleźć system w którym Volta S nie mogłaby zagościć na długie lata.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Będąca tematem tej pogadanki francuska marka Esprit Audio zaliczyła u nas już dwa występy. Jeden z działu poprawiania atmosfery podczas słuchania muzyki za pomocą polaryzatora pomieszczenia, zaś drugim razem mieliśmy okazję spróbować kompletnego zestawu okablowania od zasilania, przez sygnałowe, po głośnikowe. Gdy zapoznacie się z naszymi relacjami z tamtych potyczek, przekonacie się, że obydwa starcia okazały się obfitować w ciekawe wnioski. Na tyle intrygujące, że w kolejnym kroku padło na początkowy odcinek sekcji zasilania. Co to oznacza? Otóż dzięki konińskiemu dystrybutorowi Audio-Mix jako trzeci testowy pakunek dotarła do nas listwa sieciowa Esprit Audio Volta S z testowanym ostatnio kablem Esprit Audio Lumina Power.
W kwestii budowy tytułowej złodziejki jej najważniejszym aspektem jest skuteczne ekranowanie, filtrowanie i uziemienie każdego z gniazd z obudową. Wspomniane terminale w często poszukiwanej przez klientów z rozbudowanym torem audio, ilości ośmiu sztuk osadzono w fajnie prezentującej się wizualnie, ozdobionej błyszczącym srebrem logo marki oraz nazwą modelu, posadowionej na czterech stopach aluminiowej skrzynce. Okablowanie pomiędzy gniazdami wykonano na bazie posrebrzanej miedzi o średnicy 6 mm². Posrebrzane są również wszystkie złącza w listwie, a sama obudowa w celach eliminacji szkodliwych wibracji została wewnątrz wytłumiona.
Jak wypadł rzeczony terminal prądowy? Bardzo intrygująco, gdyż w estetyce niedawno testowanego pełnego zestawu okablowania, czyli bez zbędnego, często tłumaczonego nadawaniem muzyce esencji i przyjemnego odbioru zaokrąglania, finalnie uśredniającego dźwięk uplastyczniania dźwięku. To znaczy? Po prostu brzmienie wpinanych weń urządzeń cechuje dobry drive, krawędź źródeł pozornych i iskra na górze. Czy to oznacza, że cierpiał na tym środek pasma? Nic z tych rzeczy. Był odpowiednio dociążony i dzięki otwartości prezentacji bardzo komunikatywny, tyle tylko, że daleki od przywołanej nadmiernej miękkości. Inaczej nie wpisywałby się w zamierzenia konstruktorów i finalnie powodował brak spójności słuchanej muzyki. Nadmiernie obły miałby się nijak do jej wyraźnego rysunku i kontrolowanego temperamentu podania wysokich tonów. A tak mamy do czynienia z pełnym agresji, ale nie tylko dobrze zbilansowanym wagowo, ale również spójnym brzmieniowo pomysłem na zasilanie. Zasilanie, które stara się pokazać muzykę taką, jak została nagrana. Czyli tłumacząc na nasze, jak puścimy sobie Metallicę, czy AC/DC, to po aplikacji tytułowego duetu w tor nie dostaniemy nagle wykonań na poziomie esencjonalności muzyki barokowej spod znaku Jordi Savalla, tylko ostrą jazdę bez trzymanki z jej wszystkimi cechami dodatnimi i ujemnymi. To jest sól tego rodzaju zabawy w brzdąkanie na instrumentach i Volta S dba, aby wszystko odbyło się według z góry określonych reguł, co moim zdaniem jest bardzo dobrym ruchem. Wielu chce obcować z mocnym rockiem na jego zasadach, a nie przyjemnych dla ucha zwykłego melomana kolokwialnie mówiąc sonicznych flakach z olejem, dlatego fajnie, że marka Esprit nie zawahała się zaproponować nam produkt, który proponuje odważną wyrazistość tego, na co w danym momencie mamy ochotę. Co więcej. Bardzo dobrze odnajdujący się również w innego rodzaju zapisach nutowych, jak choćby jazz. Jest lotny, odpowiednio narysowany w domenie czytelności zawieszenia na wirtualnej scenie, a przy tym z odpowiednią wagą i zróżnicowaniem oddawanej energii przez współpracujące ze sobą instrumentarium. Nie dostajemy jednej płaskiej ściany muzycznej, tylko przekazujące sobie pałeczkę cichsze i głośniejsze byty, dzięki czemu nigdy nie mamy poczucia znudzenia. Naturalnie kij zawsze ma dwa końce i gdy coś jest słabo nagrane, tak zostanie pokazane. Jednak nie można mieć pretensji do czegoś, że dobrze wykonuje swoją pracę, dlatego też zanim wyda się wyrok, trzeba wziąć wszelkie za i przeciw. Ja ewentualne kontrowersyjne wyniki aplikacji listwy w tor bez naciągania faktów zaliczam do pozytywów, bo mówiących prawdę o nagraniu. Jak ktoś chce nudnego na dłuższą metę świata mlekiem i miodem płynącego, musi szukać gdzie indziej. Nie takie były założenia konstruktorów.
Gdzie widziałbym będące zarzewiem naszego spotkania zabawki prądowe? Po pierwsze – wszędzie tam, gdzie jakiekolwiek zmiękczanie przekazu jest odbierane jako zło. A po drugie – w momencie problemów z nadwagą brzmienia posiadanego zestawu jako próbę zebrania dźwięku w sobie. Tandem Volta S i Lumina Power oczywiście nie zachowają się jak brutalny tasak i nie wytną wszystkiego w pień, ale swoim unikaniem nazbyt mydlanych prezentacji mają szansę skorygować popełnione przez melomana błędy. Jak to finalnie wypadnie, oczywiście pokaże życie. Jednak jedno jest pewne, z pewnością będzie progres, dlatego w momencie walki ze swoimi zabawkami z tego typu materią, warto spróbować dostarczone do testu konstrukcje u siebie. Nie zaszkodzi, a może pomóc lub bezinwazyjne nakarmić energią dobrze zbilansowane zestawy.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio-Mix
Producent: Esprit
Ceny
Esprit Audio Volta S: 6 999 PLN
Esprit Audio Lumina Power: 17 499 PLN / 1,5m; 21 999 PLN / 2m
Oferta HiFi Rose, renomowanego producenta nowoczesnych urządzeń audio i audio-wideo, wzbogaciła się właśnie o nową pozycję. Wzmacniacz zintegrowany RA280 – bo o nim mowa – doskonale uzupełnia portfolio południowokoreańskiej marki.
Bogate wyposażenie i szereg innowacyjnych rozwiązań technicznych, które dziedziczy po bardziej zaawansowanym RA180, sprawiają, że doskonale sprawdza się w rozmaitych scenariuszach i pozwala słuchać muzyki dokładnie tak, jak lubisz. A jego dopracowane parametry techniczne przekładają się na czyste, naturalne brzmienie, maksymalnie zbliżone do oryginału. Dowiedz się więcej.
Prawdziwa uczta dla oczu
HiFi Rose RA280 zaprojektowano w taki sposób, by spełniał zarówno wygórowane oczekiwania co do jakości dźwięku, jak i wzornictwa. Vintage’owa obudowa nie tylko przykuwa wzrok, ale także skutecznie odprowadza ciepło i chroni starannie dobrane komponenty. Na froncie urządzenia umieszczono precyzyjne pokrętła i przełączniki, a także dwa wskaźniki wychyłowe, które podkreślają jego charakter.
Stabilna praca w klasie AD
HiFi Rose RA280 przekracza granice między technologiami cyfrowymi i analogowymi. Zbudowano go w oparciu o dwa oddzielne moduły wzmacniacza, które pracują jak dwie jednostki mono. Każda dostarcza do 250 W mocy, i to zarówno przy impedancji wynoszącej 4, jak i 8 omów. Co ważne, RA280 pracuje w klasie AD. To zmodyfikowana klasa D, w której zastosowano układ oparty na tranzystorach GaN FET (z azotkiem galu). Takie rozwiązanie sprawia, że wzmacniacz pozwala cieszyć się brzmieniem porównywalnym do tego, które oferują klasyczne konstrukcje analogowe. Jednocześnie jednak zachowuje wydajność, sprawność i moc, z których słyną konstrukcje klasy D. A to wszystko przy wyjątkowo niskim poziomie zniekształceń.
Bogata funkcjonalność
Dzięki szerokiej gamie złącz HiFi Rose RA280 umożliwia korzystanie z różnorodnych urządzeń źródłowych. Na tylnej ściance wzmacniacza znajdziesz wejście zbalansowane (2 × XLR) oraz 3 wejścia niezbalansowane (2 × RCA). Do tego dodaj wyjście na subwoofer oraz wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy kompatybilny z modelami wyposażonymi we wkładkę typu MM.
Brzmienie RA280 możesz łatwo dostosować do swoich preferencji. Wystarczy, że użyjesz korektora opartego na dwóch ergonomicznych pokrętłach umieszczonych na froncie urządzenia. W zestawie otrzymujesz także ergonomiczny pilot zdalnego sterowania, który pozwala wygodnie regulować głośność.
Przewidywana dostępność
Wzmacniacz zintegrowany HiFi Rose RA280 trafi do sprzedaży w dwóch wersjach kolorystycznych – czarnej i srebrnej. Jego dostępność u naszych partnerów przewidujemy już na luty bieżącego roku.
Opinia 1
Mam nadzieję, że nie tylko ja, ale również wielu z Was w duchu przypuszcza, iż mimo wielu zalet konstrukcji opartych o lampy próżniowe ilość melomanów zakochanych w tego typu rozwiązaniach jest zdecydowanie mniejsza od tych hołubiących rozwiązaniom tranzystorowym. Dlaczego nie większa lub choćby równa? Cóż, sprawa wydaje się być prozaiczna. Otóż owszem, lampa oferuje wiele fajnych tweaków sonicznych z oddaniem barwy oraz budowaniem przyjemnego dla ucha spektaklu muzycznego na czele, ale – z małymi wyjątkami – nie jest kierowana do współpracy z wymagającymi kolumnami. Naturalnie mam na myśli przysłowiowe słupy telegraficzne, które do pewnych poziomów głośności są nawet przyjazne, jednak gdy chcemy iść na całość, sprawiają, że wzmocnienie wykorzystujące szklane bańki rzuca biały ręcznik. Na szczęście jak wspomniałem z wyjątkami, bowiem niektórzy producenci wespół z dziś omawianym brandem wiedzą, jak temu zaradzić. Jak się bowiem okazuje da się dobrze poprowadzić trudne zespoły głośnikowe przy pomocy lampowego wzmocnienia. Czym? Markę znacie z kilku testowych starć na naszym portalu, jednak tym razem nie będzie to cherlawy umilacz obcowania z muzyką, tylko w pozytywnym tego sowa znaczeniu diabeł wcielony lekką ręką poskramiający moje dwumetrowe, siedmiogłośnikowe Gaudery Berlina RC-11 https://soundrebels.com/gauder-akustik-berlina-rc11-black-edition-2/ . Czyli? Ni mniej, ni więcej, tylko dystrybuowany przez warszawski podmiot EIC, set flagowych monobloków wespół z firmowym przedwzmacniaczem liniowym oraz dedykowanym okablowaniem sieciowym włoskiej marki Synthesis Metropolis NYC500 + Roma 117DC + PC 15EU.
Opis budowy naszych bohaterów rozpoczniemy od gwiazd dzisiejszego spotkania, czyli końcówek mocy. To rozmiarowe monstra skrywające wewnątrz ciekawej optycznie obudowy po 8 lamp KT120 na kanał. Tak, tak, to nie pomyłka, te piece w sumie zaprzęgają do pracy aż 16 mocnych lamp elektronowych. To zaś determinuje nie tylko wielkość każdej z końcówek, ale z uwagi na wydzielanie dużej ilości ciepła przez lampy, zastosowanie na tylnym panelu wiatraków wentylujących trzewia konstrukcji. Na tyle cichych, że podczas normalnego słuchania muzyki nie odczuwamy żadnego dyskomfortu, a słychać je jedynie podczas bardzo cichych pasaży dźwiękowych w porach nocnych i to dopiero ze stosunkowo bliskiej odległości. Ja przynajmniej z około 4 m niczego niepokojącego nie odnotowywałem. Jak ogólnie wyglądają 500-ki? Zapewniam, że znakomicie, gdyż wykorzystują lakierowane drewno na boczne ścianki i większą część frontu, pozwalające zajrzeć do środka konstrukcji, ozdobione podświetlanym logo, przezroczyste okienko na awersie oraz przyjemnie dla oka ponacinaną sekcjami chłodzenia grawitacyjnego, wykończoną w czerni górną połać obudowy. To jest pewnego rodzaju fenomen, gdyż monosy są naprawdę wielkie, a w żadnym przypadku nie przytłaczają wizualnie i co chyba ważniejsze, mimo designerskiego bogactwa nie zalatują wizerunkowym blichtrem. Jeśli chodzi o zakres przyłączy na rewersie, znajdziemy na nim podwójny zestaw terminali kolumnowych dla 4 im 8 Ohm, zestaw wejść RCA/XLR z pokrętłem wyboru pomiędzy nimi, okrągłą kratkę zabezpieczającą wspominany wcześniej wentylator, całość wieńczy gniazdo zasilania z bezpiecznikiem i głównym włącznikiem. Jako ciekawostkę pokazującą dbałość producenta o w dzisiejszych czasach rzadko spotykane odpowiednie podejście do klienta, z końcówkami mocy dostajemy solidne kable zasilające.
Co do przedwzmacniacza, z uwagi na mniejsze zapotrzebowanie mocy, a jedynie dobre zasilenie sekcji sterujących sygnałem, sprawy rozmiarów wracają do tak zwanej normy. To oznacza, że mimo aplikacji lamp w obudowie mamy do czynienia ze znacznie mniejszym, chłodzonym jedynie grawitacyjne, ale również ciekawym, bo podobnym wzorniczo prostopadłościanem. Tym razem jednak drewno zdobi jedynie front, w wycięciu którego z lewej strony zorientowano włącznik inicjujący pracę urządzenia, centralnie umieszczona duża gałka wzmocnienia, z prawej strony pięć guzików dla wyboru wejść liniowych i całkiem z prawej wyjście słuchawkowe. Reszta obudowy to proszkowo malowana połać z wyciętymi w tylnej części otworami wentylacyjnymi. Gdy dotarliśmy do pleców, te typowo dla tego rodzaju konstrukcji oferują nabywcy parę wejść XLR oraz cztery RCA, uzupełnionych po parę XLR-ów i RCA na wyjściu w raz z wyjściem RCA na zewnętrzny rejestrator, a temat wyposażenia zamyka bliźniaczy dla końcówek mocy zestaw terminali prądowych. Naturalnie w komplecie startowym znajdziemy również pilota zdalnego sterowania.
Na koniec kilka zdań o kablach zasilania. W tym przypadku mamy do czynienia z wykonywanymi ręcznie przewodami na bazie wysokiej czystości miedzi. Kwestię wtyków rozwiązują konstrukcje Schuko/Nema z pinami z pozłacanego mosiądzu. Od strony antywibracyjnej bazują na oplocie z papierowej folii i bawełny. Izolację zapewnia PCV. Ekranowaniem zajmuje się siatka miedziana. Zaś finalnie po ubraniu go w zewnętrzną, czarną, opalizującą plecionkę kabel osiąga średnicę 18 mm. W trosce o jego bezpieczeństwo na czas drogi do klienta kabel pakowany jest w pudełko wyściełane profilowaną gąbką.
Co potrafią tytułowe monstra? Powiem tak. Od pierwszych chwil słychać, że drzemie w nich nieprzebrana moc. Według producenta na poziomie 500W na kanał, ale dla mnie istotne jest, że tak zwanych prawdziwych Watów. Co mam na myśli? Otóż jakiś czas temu miałem przyjemność gościć w swoim systemie tranzystorową integrę oferującą 2 x 1.5 kW mocy, ale gdy w myślach porównuję tamten występ z dzisiejszymi lampiakami z trzy raz mniejszymi osiągami, odbieram to jako dwa światy. Poprzedni jako walkę o przetrwanie – mowa o jakości oferowanego dźwięku, zaś drugi jako swobodne brylowanie w wysterowaniu posiadanych przeze mnie kolumn. Owszem, będące tematem spotkania starcie cechowała odmienna estetyka, bo stawiająca na lekką krągłość krawędzi źródeł pozornych i ogólne ciepło muzyki, ale w kwestii oddania energii przekazu i dobrego prowadzenia najniższych rejestrów przekaz był znacznie lepszy. Jak to możliwe? Obiegowo mówi się, że Waty z lampy to „inne” Waty, ale bez względu na tę maksymę myślę, iż jest to kwestia topologii oraz konstrukcyjnej solidności układu, co w przypadku flagowców opisywanego dzisiaj Synthesisa pokazuje, że jak ma się wiedzę, nie ma rzeczy niemożliwych i lampowy set w temacie doboru kolumn wydaje się nie mieć ograniczeń. To w tym przypadku było na tyle znamienne, że gdy zazwyczaj opisując tego typu konstrukcje ostrzegałem przez pewnego rodzaju problemami w projekcji dolnego zakresu, w tym przypadku biorąc pod uwagę naturalną estetykę takich rozwiązań technicznych – unikanie ostrego rysowania świata muzyki – nie miałem najmniejszych podstaw do narzekania nawet w przypadku mocnego grania mongolskiego folk-rockowego zespołu The Hu „The Gereg”. Mówię o produkcji, w której podstawowym akcentem jest mocny dolny zakres. Czasem kopiący, innym razem modulowany, a jeszcze innym bardzo esencjonalny, dlatego bardzo ważny jest zapas mocy odtwarzającej go elektroniki, aby nie mieć problemów ze sprostaniem jego zapotrzebowaniu. Na szczęście jak cały czas zaznaczam, co jak co, ale tę cechę NYC500-ki miały w małym palcu, dlatego ten wydawałoby się gwóźdź do trumny dla lampowego wzmocnienia Synthesis przekuł w świetny występ. Było agresywnie i energetycznie nie tylko od strony pokazania różnorodności oddawanej energii i dźwięczności przez poszczególne instrumenty, ale również mroczno za sprawą solidnie podbudowanych krągłością i wagą śpiewanych techniką gardłową fraz wokalnych. To powinno być ciągłe smaganie słuchacza nieobliczalnymi zwrotami sytuacji dźwiękowej i takie też było. Może mniej wyraziste w domenie ostrego cięcia poszczególnych ataków niż potrafi zrobić to mój tranzystorowy Gryphon, ale to jedyna różnica, co jak na zderzenie lampy z mocnym tranem tak naprawdę było niuansem, a nie jakimkolwiek problemem. I nie byłbym szczery, gdybym nie oznajmił, iż takim obrotem sprawy byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. A to nie jedyny pozytywna niespodzianka, gdyż tak dobrym występem mogły pochwalić się również produkcje z drugiej strony barykady, czyli stawiające na emocje związane z romantyzmem zawartego w muzyce piękna tak merytorycznego, jak i wykonawczego, którego fajnym przykładem był krążek „Sacrum Profanum” Adama Bałdycha. Płyta melancholijna, naszpikowana popisami pojedynczych artystów i ku mojej uciesze z obydwu tych stron świetnie pokazana przez testowo skonfigurowany system. To był swoisty majstersztyk, A to dlatego, że gdy w poprzednim przypadku prym w prezentacji wiodła swoboda oddania przez lampę odpowiedniej mocy, w tym muzycznym rozdaniu najważniejszym czynnikiem kreującym finalny odbiór były właśnie lampy z ich niekwestionowanym czarem. Każdy najdrobniejszy dźwięk z jednej strony kwitł milionem odcieni, a z drugiej był lekki, swobodny i zjawiskowo lotny, dzięki czemu jeśli artysta sam go nie wygasił, mógł brzmieć w nieskończoność. Zaś wisienką na torcie wydawało się być zjawiskowe zagospodarowanie scenicznymi bytami szerokiej i naturalnie głębokiej wirtualnej sceny. Zapewniam, w tego rodzaju twórczości to sól dobrej prezentacji, dlatego jak uda się to osiągnąć, tak wielu z nas idzie drogą szklanych baniek. Dlaczego nie wszyscy? W moim mniemaniu cała zabawa rozbija się o pozwalające sprostać każdemu zadaniu bardzo wyśrubowane osiągi tego typu konstrukcji. Jak widać, muszą być mocne i przy okazji nie utracić umiejętności czarowania dźwiękiem, a niestety nie wszyscy wiedzą, jak temu zaradzić oraz często ma to swoje reperkusje cenowe. Na szczęście mocodawca włoskiej marki na bazie zdobytej przez lata wiedzy z prostszymi konstrukcjami dogłębnie poznał problem i nie bacząc na drugi wspomniany aspekt postanowił powołać do życia będące sercem opiniowanej konfiguracji monobloki NYC500. Owszem, wielkie, ciężkie, nietanie, ale za to odpowiednio mocne i dzięki temu mimo grania w estetyce lampy bez dwóch zdań w pełni uniwersalne.
Czy rozwijając myśl wieńczącą ostatnie zdanie z poprzedniego akapitu są to zabawki dla każdego? Jak wynika z powyższego opisu, jeśli chodzi o swobodne radzenie sobie z dowolnymi kolumnami jak najbardziej. Natomiast sprawy ostatecznego wyboru mogą rozbić się o dwa aspekty. Pierwszym jest naturalna estetyka lampowej prezentacji zestawu Synthesisa, czyli planowane przez producenta odcięcie się od na dłuższą metę męczącej ostrości pokazywania świata muzyki, czego często oczekują ortodoksyjni wielbiciele rozwiązań tranzystorowych. Natomiast drugim nawet nie cena, gdyż na tle konkurencji w stosunku do możliwości dźwiękowych jest wyjątkowo rozsądna, tylko rozmiary konstrukcji. Na szczęście tytułowy zestaw jest naprawdę przyjazny wizerunkowo i ma duże szanse przekonać do siebie zazwyczaj przeciwną naszej zabawie ukochaną żonę. A jeśli się to uda, problem może okazać się wręcz pomijalnym. Reasumując. Jeśli szukacie czegoś z segmentu próżniowego sposobu na muzykę, tytułowy konglomerat z małymi niuansami jest niemal idealnym rozwiązaniem. Jeśli chodzi zaś o piewców obcowania z tranzystorem, sprawa również nie jest całkowicie przesądzona, gdyż to, co i jak robi włoski tandem, niejednego z nich spokojnie będzie w stanie zauroczyć. I mówię z w pełni świadomy swojego zdania.
Jacek Pazio
Opinia 2
O tym, że nie od razu Rzym zbudowano wiedzą nawet przedszkolaki. Może nie wszystkie i nie wszędzie, ale te bardziej rozgarnięte z pewnością. W końcu nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuca się z motyką na słońce, lecz krok po kroku dąży do obranego celu. Podobną strategię warto stosować również w ramach poznawania możliwości interesujących nas wytwórców, przygodę z ich produktami rozpoczynając od podstawowych modeli, by następnie sukcesywnie piąć się po kolejnych stopniach technologicznego zaawansowania. I tak też było w przypadku włoskiego Synthesisa, który na naszych łamach przecierał szlaki dość budżetowymi integrami (Roma 27 AC i ROMA 96DC+), by finalnie, za sprawą potężnego wzmacniacza zintegrowanego Metropolis NYC 200i osiągnąć stricte high-endowy pułap. I gdy wydawałoby się, że jesteśmy niejako skazani na eksplorację znajdującego się pomiędzy ww. konstrukcjami asortymentu rodzimy dystrybutor – stołeczny EIC, raczył był zgłosić się do nas z pytaniem, czy przypadkiem nie mielibyśmy ochoty rzucić okiem i uchem na topowy, prezentowany podczas minionego Audio Video Show zestaw pre/power ww. producenta, w skład którego weszły przedwzmacniacz liniowy Roma 117DC i monobloki Metropolis NYC500. Skoro czytacie Państwo te słowa, to jasnym jest, że takową gotowość zgłosiliśmy a tytułowa amplifikacja, wraz z łapiącymi za oko przewodami zasilającymi PC-15EU zawitała w naszych skromnych progach.
Jak już co wierniejsi czytelnicy zdążyli zauważyć zerkając zarówno na zapowiadającą niniejszy test sesję unboxingową, jak i wspomnianą relację z AVS 2023, o powyższej galerii nawet nie wspominając nasi dzisiejsi goście pojawili się w swym chyba najbardziej asekuranckim i zarazem najmniej łapiącym za oko umaszczeniu. Znaczy się czerni, która z jednej strony podobno wyszczupla i jest najbezpieczniejszą kolorystycznie opcją, lecz z drugiej wiedząc, jak Synthesisy potrafią wyglądać z „rudymi” (wood) frontami nieco żal pewnej ekstrawagancji. Niemniej jednak zarówno przedwzmacniaczowi, jak i monoblokom trudno odmówić elegancji. I tak, 117-ka w porównaniu do towarzyszących monosów wydaje się nad wyraz filigranowym urządzeniem, co jednak nie wynika z jej anorektycznej postury a ponadnormatywnych gabarytów rodzeństwa. Mamy bowiem do czynienia ze klasycznym – standardowym korpusem z solidnych czernionych blach stalowych z ułatwiającą cyrkulację powietrza gęstą perforacją na płycie górnej oraz eleganckim drewnianym frontem. W jego centrum umieszczono toczoną gałkę regulacji głośności po której lewej stronie znalazł się włącznik główny i czujnik IR a po prawej pięć niewielkich przycisków i przyporządkowanych im diod wyboru wejść oraz gniazdo słuchawkowe. Ściana tylna to również oaza spokoju i intuicyjności. Lewą flankę okupują wejścia – para XLR-ów i cztery pary RCA a prawą wyjścia z dwiema parami RCA, XLR-ami i dodatkowym kompletem RCA na zewnętrzny rejestrator. Listę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika trójbolcowe gniazdo zasilające IEC.
Z kolei Metropolis NYC500 to powielenie projektu plastycznego 200-ki z w pełni zrozumiałą redukcją wszelakiej maści manipulatorów. Mamy zatem drewniany płat frontu z centralnym, przydymionym oknem przyozdobionym firmowym logotypem i oznaczeniem modelu oraz dyskretny włącznik w lewym dolnym narożniku. Ściany boczne również wzbogacono finezyjnie pofalowanymi drewnianymi panelami a płytę górną oprócz firmowego logotypu zdobią cztery sekcje otworów wentylacyjnych. Widok ściany tylnej nieobeznanych z włoskim portfolio może nieco zdziwić, gdyż wzrok automatycznie ściąga pokaźnych rozmiarów wentylator a tuż obok niego zdublowane gniazda głośnikowe dedykowane 4 i 8Ω obciążeniu. Wejścia są w obu standardach (RCA i XLR) a wyboru między nimi dokonujemy obrotowym selektorem. Gniazdo zasilające zintegrowano z włącznikiem i komorą bezpiecznika, lecz na tyle niefortunnie, że włącznik i gniazdo bezpośrednio sąsiadują ze sobą, więc aplikacja przewodów z masywnymi wtykami jest równoznaczna z częściowym nachodzeniem na włącznik.
Co do trzewi, to sprawa jest jasna – obie konstrukcje są od A do Z lampowe. W przedwzmacniaczu mamy cztery 6DJ8/ECC88 pracujące w dwóch stopniach wzmocnienia, natomiast w każdej z końcówek lamp znajdziemy aż dwanaście – na wejściu parę 12AU7/ECC82, w roli sterujących dwie 12BH7 a na wyjściu osiem KT120 zdolnych oddać 500W.
Jak z pewnością nasi wierni Czytelnicy pamiętają przez ostatnią dekadę mieliśmy okazję przyjrzeć się kilku naprawdę mocnym lampowcom. Począwszy od 120W Air Tightów ATM-3211, oraz Ayonów Triton Evo Mono, poprzez 140W Audio Researcha Ref 160S i 180W Ayony Audio Epsilon Evo Mono na 400W Octave Jubilee Mono SE skończywszy za każdym razem na własne uszy mogliśmy przekonać się, iż stereotypową „słabowitość” pyszniących się rozżarzoną szklarnią wzmacniaczy śmiało możemy włożyć pomiędzy inne bajki z mchu i paproci i jeśli tylko ich walory soniczne wpisują się w czyjeś gusta, to z powodzeniem może napędzać nimi przysłowiowy stół bilardowy. Jak się jednak miało okazać, a dokładnie jak tytułowe Synthesisy pokazały, da się osiągnąć jeszcze wyższy poziom energetyczności i swobody przekazu wzbijając się na pułap, na którym sama technologia jaka została wykorzystana do wzmocnienia nie ma już najmniejszego znaczenia. Jeśli bowiem niekoniecznie należące do grona najłatwiejszych do wysterowania Berliny już od pierwszych taktów „Black Market Enlightenment” Antimatter „chodziły” na włoskiej smyczy niczym szkolone owczarki, to jasnym było, że z bardziej przyjaznym obciążeniem Synthesisy zrobią dosłownie wszystko co tylko będą chciały. Może i w kategoriach bezwzględnych kreska, jaką kreślone były źródła pozorne miała nieco większą grubość aniżeli z A-klasowego Apex-a, jednak tu raczej chodzi o nieco bardziej wysyconą estetykę i plastykę prezentacji aniżeli pochodną pracujących w trzewiach monobloków i preampu lampy. Po prostu zamiast H4-ek konstruktorzy do szkicowania woleli ołówki H2 i tyle. Grunt, że zarówno wolumen, jak i ładunek energetyczny prezentacji wgniatały w fotel a jedynym ograniczeniem był zdrowy rozsądek i troska o własny słuch aniżeli zdolność włoskiego zestawu do zupełnie bezstresowej pracy na iście koncertowych poziomach głośności. Bas, pomimo firmowej mięsistości i przyjemnej sprężystości schodził piekielnie nisko nic a nic nie tracąc ze zróżnicowania i jedynie miłośnicy faworkowej chrupkości mogą kręcić nosem, bo czego jak czego, ale anorektycznego osuszenia nie udało mi się na nim, nawet z pomocą zadomowionego w melodyjnym death metalu „Asian Chaos” japońskiej formacji RYUJIN wymusić. Przy okazji powyższe, groźne growlowe porykiwania potomków samurajów jasno pokazały, że i z utrzymaniem iście szaleńczych temp i zaraźliwego drajwu monosy nie mają problemu a przecież biorąc pod uwagę stricte techniczne podejście do tematu, czyli niezbyt imponujący damping factor właściwy konstrukcjom lampowym ewentualne spowolnienie przy tego typu repertuarze nie byłoby niczym niezwykłym, czy dyskwalifikującym. A tymczasem Synthesisy pędziły nie tyle na złamanie karku, gdyż jak już nadmieniłem z kontrolą wypluwanych z szybkością Miniguna M134 dźwięków nie miały najmniejszego problemu, co niczym ognisty rollercoaster z bliską światłu prędkością tak wypychając, jak i cofając membrany Gauderów. Myliłby się jednak ten, kto posądziłby ww. zestaw o zbytnią chęć epatowania posiadaną mocą a co za tym idzie pewna nadpobudliwość właściwą muscle-carom, bowiem wystarczy zmienić estetykę serwowanej mu strawy i zamiast drących się wniebogłosy szarpidrutów sięgnąć po wyrafinowaną kameralistykę w stylu naszego dyżurnego papierka lakmusowego „TARTINI Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen, czy oparty na grze ciszą jazz, jak daleko nie szukając „Italian Love Songs” Massimo Farao’ Trio. I? I nagle zawieszone w aksamitnej czerni instrumenty będą na wyciągnięcie ręki, ich barwa operować będzie w lekko ocieplonej tonacji, lecz bez nudnego i uśredniającego przekaz przegrzania. Dzięki temu smyczkom nie zabraknie chropowatości a blachom blasku. Ba, nawet perkusyjne miotełki, które wydawać by się mogło operują gdzieś tam w tle i nawet nie próbują aspirować ponad mało znaczący akompaniament, bądź wręcz szum tła mogą pochwalić się fenomenalną rozdzielczością. Jednak budowaną na wiernym oddaniu ich „smyrania” po naciągu bębnów i blachach a nie wypychaniu przed szereg i podkreślaniu samego procesu „szurania” nimi po zestawie perkusyjnym.
I już zupełnie na koniec, korzystając przy tym z okazji poruszania się w dość kameralnych klimatach pragnę uspokoić wszystkich tych, którzy na widok pleców Metropolis NYC500 obawiają się trudnego do zignorowania szumu pracujących tamże wentylatorów. Otóż nawet w momentach ciszy pomiędzy utworami tak z samych głośników, jak i z zakrystii końcówek nijakie niepokojące szumy nie dochodzą. Za to, niejako w bonusie otrzymujemy nad wyraz skuteczne … farelki, które świetnie sprawdziły się w czasie ostatnich siarczystych mrozów nader udanie zastępując kominek. Oczywiście powyższe porównanie jest mocno przesadzone, jednakże pod względem termicznym obecności Synthesisów w nawet blisko czterdziestometrowym pomieszczeniu nie da się nie zauważyć, więc latem warto pomyśleć o klimatyzacji.
Jak mam nadzieję z powyższej epistoły jasno wynika, że przedwzmacniacz liniowy Roma 117DC i monobloki Metropolis NYC500 to zestaw nie tylko ultra high-endowy, co śmiało można rozpatrywać w kategoriach dożywocia. Nie dość bowiem, że wygląda (szczególnie z rudymi frontami) tak, że raczej znudzić się nim nie sposób, każdorazowa wymiana lamp będzie działała na niego niczym pięciogwiazdkowe SPA, to przede wszystkim gra tak, że klękajcie narody. Nic tylko słuchać, słuchać, słuchać …
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: EIC
Producent: Synthesis
Ceny
Synthesis Roma 117DC: 19 900 PLN
Synthesis Metropolis NYC500: 125 000 PLN/szt.
Synthesis PC-15EU: 2 800 PLN
Dane techniczne
Synthesis Roma 117DC
Wejścia: 4 x RCA; 1 x XLR
Czułość wejściowa:5V RMS Max
Impedancja wejściowa: 100 kΩ XLR; 47 kΩ RCA
Zastosowane lampy: 4 x 6DJ8/ECC88
Wyjścia: 1 × XLR; 2 × RCA; 1 × REC OUT (RCA)
Impedancja wyjściowa: 1 KΩ balanced XLR; 470Ω RCA
Napięcie wyjściowe: 36 V RMS XLR; 18 V RMS RCA
Wzmocnienie:+ 22,5 dB XLR;+ 16,5 dB RCA
Pasmo przenoszenia: 5Hz – 40 kHz (– 3 dB)
Zniekształcenia:< 0,1% (20 Hz – 20 kHz @ 1V RMS)
Odstęp sygnał/szum: > 90 dB “A” weighted
Przesłuch: > 80dB
Wyjście słuchawkowe:
– Impedancja wejściowa:16Ω
– Moc wyjściowa: >300mW (32Ω)
– Pasmo przenoszenia: 5Hz – 40 kHz (– 3 dB)
– Zniekształcenia:< 0,1% (20 Hz – 20 kHz)
Pobór mocy: 60W Max (< 0,5 W St-by)
Wymiary (S x G x W): 410 × 390 × 95mm
Waga: 10 kg
Synthesis Metropolis NYC50
Zastosowane lampy
Stopień wejściowy: 2 X 12AU7/ECC82
Sterujące: 2 X 12BH7
Stopień wyjściowy: 8 x KT120
Impedancja wejściowa: 100kΩ
Czułość wejściowa: 2,4V RMS (RCA);4,8V RMS (XLR)
Konstrukcja: Push-Pull Ultra linear
Moc wyjściowa: 500W RMS @ 4/8 Ω (THD 1%); 550W RMS @ 4/8 Ω (THD 3%)
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz (± 0dB); 2Hz – 70kHz (- 3dB)
Zniekształcenia: 1% @ 1kHz (przy pełnej mocy)
Odstęp sygnał/szum: >90dB (średnio-ważone)
Wejścia: 1 szt. RCA; 1 szt. XLR
Regulacja biasu: manualna – dla każdej z lamp
Pobór mocy: 1500W Max
Wymiary (S x G x W): 470 x 620 x 260 mm
Waga: 60 kg
Opinia 1
Jeśli ktoś nieco sumienniej aniżeli li tylko okazjonalnie i pobieżnie śledzi modele biznesowe sprawdzające się w branży audio, to z pewnością doskonale orientuje się, że oprócz wielkich korporacji, czy też holdingów nawet nie tyle zrzeszających, co czasem w trudny do logicznego wytłumaczenia kompletujących własne portfolio marek lwią część branży stanowią niewielkie manufaktury. Co ciekawe mają one formę zarówno klasycznych, kilkuosobowych spółek, jak i typowo rodzinnych przedsięwzięć. Czasem jednak bywa tak, że młode pokolenie, choć swymi zainteresowaniami i umiejętnościami sięgając po owocową metaforykę „niedaleko pada” od swych rodziców, to próbuje również szczęścia na własną rękę i pod własnym szyldem. Tak było w przypadku Alexandra Vitusa Mogensena, który co prawda powołał do życia lifestylowe Alluxity, jednak finalnie i tak i tak wylądował „na świeczniku” ojcowskiego Vitusa i tak też jest w przypadku … Alexandra Bladeliusa (syna Mike’a), który również pod własną banderą AB-Tech postanowił zaistnieć na audiofilskiej scenie. O ile jednak w przypadków Duńczyków mieliśmy, znaczy się mamy, do czynienia z operowaniem obu marek w tym samym segmencie asortymentowym, czyli elektronice o tyle u Szwedów senior rodu skupia się głównie na wzmacniaczach a z kolei junior poszedł w kable i akcesoria. I właśnie z jego, dość skromnego, bo liczącego zaledwie trzy pozycje katalogu, dzięki uprzejmości wrocławskiego Audio Atelier, mogliśmy sprawdzić w naszych redakcyjnych systemach wielce intrygujący produkt – Ethernet Isolator, na którego recenzję serdecznie zapraszamy.
Zarówno zerkając na unboxingową migawkę , jak i na powyższą galerię mogliście Państwo zauważyć, że choć sam przewód tak z racji solidności wykonania, jak i samej budowy wydaje się dość odporny na trudy podróży dostarczany, to czy to z przesadnej troski, czy też dmuchania na zimne dostarczany jest do odbiorcy końcowego, podobnie jak Kimbery w szczelnie wyściełanym gąbką iście pancernym kufrze Peli. Jakby tego było mało wraz z REN-em szczęśliwy nabywca otrzymuje stosowną epistołę potwierdzającą słuszność dokonanego wyboru, szmatkę i specjalny płyn do … „impregnacji” (ochrony przed utlenianiem) / polerowania aluminiowego bloczku stanowiącego tak dekoracyjny (to właśnie na nim wygrawerowano firmowy logotyp), jak i konstrukcyjny (o czym dosłownie za chwilę) element zespolony z przewodem.
Choć opis funkcji naszego dzisiejszego gościa może wydawać się nieco mylący, to tak naprawdę mamy do czynienia z przewodem Ethernet klasy Cat8 z zamontowanym nań filtrem zakłóceń. Jak łatwo się domyślić filtracja odbywa się wewnątrz wykonanej z bloku niemagnetycznego aluminium prostopadłościennej „puszce”. To właśnie w niej następuje izolacja galwaniczna zarówno sygnału, jak i masy a sam izolator zatopiono w materiale antywibracyjnym. Skuteczność działania powyższego układu producent obrazuje stosownym wykresem.

Jeśli chodzi o budowę wewnętrzną to każda skręcona ze sobą para miedzianych przewodników jest ekranowana folią aluminiową PETP a wszystkie cztery pary otula materiał termoplastyczny i redukująca szumy czarna koszulka. Całości dopełnia odpowiednio wyrafinowana konfekcja wtykami (Telegartnera?) o odlewanych korpusach. Generalnie mamy do czynienia z przewodem z „robiącą dobrze” puszką, co w audiofilskich realiach nie jest niczym niezwykłym, gdyż nawet ograniczając się do łączówek Ethernet do takiej formy zdążyły nas przyzwyczaić m.in. Synergistic Research Galileo SX, SOtM (dCBL-CAT7) i rodzima Audiomica (Arago Excellence, Artoc Ultra Reference, Anort Consequence). Przy czym w Audiomice filtry były opcjonalne to w REN-ie, podobnie jak w Synergisticu i SOtM dCBL-CAT7, ów element jest obligatoryjny.
Zanim przejdziemy do części poświęconej brzmieniu naszego dzisiejszego bohatera pozwolę sobie na mała dygresję wspominając iż obecność REN-a miała również swoje następstwa natury wizualnej. Nie, nie chodzi o to, że z racji swojej sztywności, czy innych anomalii, których bynajmniej nie wykazywał, gdyż jest nader wdzięcznym do układania i podatnym na zginanie przewodem nie dane było mi schować go za systemem, bo tam właśnie spoczął, lecz jego wpięcie było każdorazowo sygnalizowane przez mojego dyżurnego switcha Silent Angel Bonn N8 zmianą koloru diody informującej o stanie połączenia. Ot zamiast kojącej oczy zieleni przypisanej 1000Mbps łączówka AB-Tech-a obniżała przepustowość łącza do 100Mbps, co automatycznie pociągało za sobą zmianę iluminacji na bursztynowy pomarańcz. I nie było to zdarzenie jednostkowe, lecz niejako stała (natywna?) cecha szwedzkiego przewodu – występowała na wszystkich gniazdach jak i z najprzeróżniejszymi urządzeniami począwszy od transportu Lumïn U2 Mini, poprzez streamer Lumïn T3, wszystkomający Auralic Vega G2.2 po wielokanałowy amplituner Denon AVR-S770H, więc najwidoczniej ten typ tak ma, tym bardziej, iż podobny „lejek” przepustowości zanotował w swoim systemie również Jacek. Niby producent w dołączonych materiałach wspomina, iż z racji zaimplementowanego w „puszce” modułu izolatora połączenie zespolonych REN-em urządzeń może nastąpić nawet po minucie, jednakowoż o limitacji/niezgodności z 1Gb specyfikacją dziwnym zbiegiem okoliczności cicho sza. Nie ma jednak powodu do darcia szat, gdyż daleko nie szukając jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) na rynku switch Innuos PhoenixNet oferuje jedynie 100Mbit-owy transfer danych i ujmy na honorze mu to nie przynosi, tym bardziej, że „gra” tak, że klękajcie narody. Niemniej jednak nawet z czysto kronikarskiego obowiązku o takim zachowaniu tytułowego przewodu należy wspomnieć.
Jeśli zaś chodzi o walory soniczne to AB-Tech REN reprezentuje nader udane połączenie rozdzielczości z iście analogową gładkością doprawioną delikatną nutką przyciemnienia w czym wydaje się być połączeniem cech Next Level Tech NxLT Lan Flame z Fidatą HFLC. Nie jest może tak energetyczny jak Synergistic Research Galileo SX, czy tak soczysty jak David Laboga Custom Audio Ruby, więc summa summarum jego obecność w systemie należy rozpatrywać w kategoriach może nie tyle kosmetycznych, co ewolucyjno-dopieszczających aniżeli rewolucyjnych. Po wpięciu REN-a przede wszystkim poprawie ulega nie tylko spójność, ale i komunikatywność przekazu. Jednak zamiast syropowej lepkości mamy tym razem do czynienia z jednej strony kompletnym i stanowiącym koherentną całość spektaklem muzycznym w ujęciu globalnym a z drugiej zupełnie naturalną zdolnością zanurzenia się w nagranie, gdzie namacalność dotyczy nie tylko frontmanów, lecz pełni aparatu wykonawczego. I tu dość istotna uwaga, bowiem ów wgląd nie polega na przybliżaniu dalszych planów a jedynie zachowaniu ich pełnej rozdzielczości, więc to nie dalszoplanowi muzycy prą do przodu by zostać zauważonymi lecz my sięgamy wzrokiem/słuchem dalej. No i ta głębia robi niesamowite wrażenie. Ba, śmiem twierdzić, iż niczego szerokości sceny nie zarzucając to właśnie jej głębokość niejako definiuje zdolności przestrzenne szwedzkiej łączówki. Dźwięki zamiast wyskakiwać przed głośniki i próbować sadowić się słuchaczom na kolanach egzystują w większości przypadków za linią głośników i jedynie, gdy realizator postanowił nieco pobawić się fazą wychodzą przed szereg a czasem nawet odzywają się za naszymi plecami. Całe szczęście konstruktor nie zapomniał o trzecim wymiarze, więc i wysokość pojawiania się poszczególnych wokali i instrumentów jest zaskakująco zbieżna z rzeczywistością, więc jak na dłoni widać/słychać, że chórzyści na „Misa Criolla” Ariela Ramireza nie dość, że stoją w półokręgu, to jeszcze na różnych poziomach. Oczywiste? Jak udowadnia praktyka i proza życia niekoniecznie. Jeśli dodamy do tego zdolność iście holograficznej zdolności materializacji solistki (nieodżałowana Mercedes Sosa) śmiało możemy mówić o pełni szczęścia. Podobny progres odnotowała reprodukcja „S&M” Metallici gdzie potencjał dynamiczny metalowego bandu wspartego składem symfonicznym został oddany z właściwym rozmachem i impetem a i z precyzyjnym wskazaniem poszczególnych muzyków nie było najmniejszego problemu. Ponadto nie czuć było żeby sam projekt muzyczny był swoistą sklejką, gdzie San Francisco Symphony Orchestra sobie a Meta sobie, lecz szwedzka łączówka nie tyle zachowała, co wręcz odkreśliła panującą na scenie synergię. I tu od razu kolejna uwaga. Otóż nacisk na spójność i harmonię pod żadnym pozorem nie oznacza w przypadku REN-a czy to uśredniania, czy też usilnego dążenia do bezrefleksyjnego wygładzania dźwięków. Wystarczy bowiem sięgnąć po „Kvitravn – First Flight of the White Raven” Warduny, by na własne uszy przekonać się, iż natywna szorstkość i surowość materiału źródłowego nic a nic nie straciła ze swojej natury.
Jak już zdążyłem wspomnieć wcześniej AB-Tech REN jest na tyle neutralnym przewodem, że z powodzeniem może zadomowić się zarówno w systemach miłośników wszelakiej maści ekstremów, jak i tych operujących w obrębie krainy łagodności. W obu przypadkach niczego z zamysłu ich twórców nie zepsuje a jedynie zhomogenizuje przekaz i wprowadzi do niego miłe uszom wyrafinowanie. Dlatego też należy rozpatrywać go w kategoriach ewolucji a nie rewolucji a samą, oferowaną przez niego filtrację traktować jako miły bonus i poniekąd substytut tego, co wnoszą do bazujących na streamingu i graniu z plików zestawów audiofilskie switche.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem przekonany, iż wbrew teoriom spiskowym tropicieli audio-woodoo wszyscy zainteresowani uzyskaniem jak najlepszego dźwięku ze swojego systemu audio melomani zdają sobie sprawę, iż kabel Ethernetowy ma wpływ na finalne brzmienie wykorzystującego go urządzenia. A jeśli tak, naturalnym zjawiskiem jest bardzo szeroka oferta tego rodzaju okablowania. Poszczególne rozwiązania różnią się zastosowanym materiałem przewodników, ich izolacją, wykorzystanymi akcesoriami przyłączeniowymi, ale również tak jak w przypadku naszego bohatera zastosowaniem firmowych filtrów. Jaki jest tego cel? Jak to zwykle bywa, w myśli maksymy, „Nasz klient, nasz Pan” danie wyboru pewnego sznytu grania w zależności od potrzeb docelowego zestawienia. Jak to wygląda w realu, możecie sprawdzić choćby w recenzjach rodzimego producenta Next Level Tech NxLT Lan Flame tudzież Synergistic Research Galileo SX Ethernet. Dlatego bez zbędnej we wstępniaku słownej ekwilibrystyki zapraszam do przyjrzenia się kolejnemu produktowi z tej puli okablowania, w postaci dostarczonego przez wrocławskie Audio Atelier kabla ethernetowego z sekcją filtrującą REN pochodzącej ze Szwecji marki AB-Tech.
Kreśląc kilka zdań na temat budowy REN-a jestem zobligowany wspomnieć, iż kabel spełnia kryteria Cat 8 i wykonano go z miedzianej skrętki. Jego budowa opiera się o pomysły rodem z zastosowań wojskowych i medycznych mających minimalizować szumy w sygnale. Każda skręcona ze sobą para przewodników jest otoczona aluminiową folią FETP. Tak przygotowane przebiegi sygnału w kolejnym kroku umieszcza się materiale termoplastycznym oraz finalnie lokuje w używanej zazwyczaj lotnictwie tulei redukującej hałas, którą finalnie otulono przyjemną dla oka czarną plecionką. Jeśli chodzi o wtyki, te są firmowym projektem na bazie ciśnieniowego odlewu z wysokiej jakości zabezpieczeniami zatrzaskowymi. Temat filtrowania producenci rozwiązali skrywając je w prostopadłościennym aluminiowym korpusie, a jego główną cechą jest całkowita izolacja galwaniczna tak sygnału, jak i masy. Tak prezentujący się kabelek trafia do klienta w zapewniającej mu bezpieczeństwo podczas logistyki wyściełanej gąbką skrzynce z tworzywa sztucznego.
Nie będę owijał w bawełnę, tylko na początku przyznam się, że wszelkie czyszczenie lub kondycjonowanie jakiegokolwiek sygnału – nie ma znaczenia, czy prądowego, czy sygnałowego już na starcie napawa mnie lekkimi obawami. Chodzi o fakt zwyczajowej mniejszej lub większej utraty energii, swobody lub blasku jako skutek procesu teoretycznej krystalizacji danych z potencjalnych śmieci. Owszem, niektóre pochodne działania w wielu przypadkach – czytaj w zestawieniach nadpobudliwych – mogą być pewnego rodzaju lekarstwem na zastane zło, ale nie oszukujmy się, to teoretycznie jest leczenie jednej choroby drugą. Chyba, że wspomniany efekt uboczny jest naprawdę symboliczny, wówczas nawet w tak wyśrubowanych systemach jak mój nie jest to specjalnym problemem, a jedynie dopuszczalną zmianą priorytetów w prezentacji muzyki. I z takim występem miałem do czynienia podczas testu tytułowego kabla AB-Tech. Natychmiast po wpięciu złapałem go na minimalnej ingerencji w blask przekazu, jednak ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, na przeciwległym biegunie wręcz skokowo wzrosła jego energia i działanie na kształt minimalnego podkręcenia gałki głośności. Na początku pomyślałem, że obserwacją zmian w mocy impulsu chcę jakoś wytłumaczyć naszego bohatera, ale nie, kolejne przełączenie potwierdziło pierwszy usłyszany efekt. Efekt z tych ewidentnych, gdyż zmiany in plus we wspomnianym temacie były słyszalne mimo wskazania przez switch lekkiego osłabienia obsługiwanego sygnału. To prawdopodobnie skutek pracy zastosowanego w tej konstrukcji filtra na bazie galwanicznej separacji sygnału i masy, ale co z tego, gdy mimo takiego stanu rzeczy muzyka zaczęła tryskać nieco inaczej wartościowanym w kwestii blasku, ale za to nadal niezbędnym do pokazania jej piękna życiem. A słuchałem od ciężkiego metalu w wydaniu Black Sabbath z płyty pod tym samym tytułem, po pieśni do Sybilli interpretowane przez niestety już nieżyjącą żonę Jordi Savalla Montserat Figuerras „El Cant De La Sybil-La”. Całkowicie inne klimaty i wydawałoby się, że potrzebujące innych działań podczas potencjalnych roszad w systemie, a tymczasem i rock i muzyka sakralna po aplikacji REN-a w tor bardzo zyskiwały. W pierwszym przypadku wszelkie instrumentarium nabierało body i dzięki temu stawało się oczekiwanie bardziej dosadne, natomiast w drugim kabel znakomicie wzmacniał wyrazistość i ekspresję często śpiewanych przez artystkę z pełnych płuc, unoszących się pod sklepienie klasztoru mistycznych fraz. Dwa światy i dwa sukcesy. Jak to możliwe? Moim zdaniem kluczem jest wspomniany przyrost pełnej informacji energii, który nawet w momencie lekkiego ugładzenia najwyższych rejestrów przyjemnie dla ucha uwypuklając najważniejsze aspekty danego materiału, fajnie radził sobie ze zwiększeniem plastyki dźwięku. To było na tyle umiejętnie przeprowadzone, że po kilkunastu minutach temat nawet dla mnie opisany niuans w najwyższym pasmie stawał się wręcz marginalny. A trzeba zaznaczyć, że moja elektronika raczej jeńców nie bierze, a tutaj pozytywne zaskoczenie.
Czy nasz bohater sprawdzi się w każdym zestawie? Stu procent pewnie nie będzie w stanie ukontentować, gdyż z pewnością zdarzą się sety naprawdę mocno przegrzane. Jednak jeśli coś nie przekracza linii dobrego smaku, warto AB-Tech REN wypróbować, gdyż nie dociąża brzmienia bliżej nieokreśloną krągłą masą, tylko karmi zebranym w sobie gęstym impulsem. Dzięki temu jest duża szansa, że finalnie będzie to bardzo dobry ożenek na lata. Tak na lata, bo to fajnie wypadający dźwiękowo kabelek.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: AB-Tech
Cena: 1 100€ / 0,5-2m; 1 400€ / 2,5 – 4m
Sonus faber z dumą ogłasza wprowadzenie na rynek Suprema, przełomowego systemu głośnikowego bazującego na luksusie, niezrównanej doskonałości dźwięku i skrupulatnym rzemiośle. Z okazji 40-lecia marki, system Suprema, składający się z dwóch głównych kolumn, dwóch subwooferów i jednej elektronicznej zwrotnicy, reprezentuje przyszłość kultowej marki audio i zaangażowanie Sonus faber w ustanawianie granic doskonałości dźwięku.
System głośnikowy Suprema to bez wątpienia najbardziej ambitny projekt w historii Sonus faber. Zrodzony z dziedzictwa nieustannego dążenia do perfekcji, Suprema jest uosobieniem doskonałości audio, na nowo definiując granice najwyższej jakości dźwięku. Ta jedyna w swoim rodzaju konstrukcja reprezentuje zwieńczenie 40 lat działalności marki, w której wykwintne detale, luksusowe materiały i najwyższej jakości rzemiosło wykraczają poza koncepcję systemu głośnikowego.
ESTETYKA
Cztery kolumny systemu Suprema zostały zaprojektowane jako nawiązanie do tradycyjnego dziedzictwa marki. Dwie główne kolumny mają kształt lutni, stanowiąc ukłon w stronę pierwszych Guarneri, co zapewnia płynną integrację i możliwość wtopienia się w wirtualną scenę dźwiękową, podczas gdy dwa subwoofery posiadają eliptyczny kształt, zaczerpnięty z modelu Stradivari, co pozwala na wykorzystanie dużych przetworników zapewniających potężne uderzenie energii.
Najlepszej jakości materiały zostały wybrane w oparciu o indywidualne cechy każdego z nich i zdolność do wzajemnego uzupełniania się w celu wzmocnienia ich najlepszych właściwości – włókna węglowego ze względu na jego wyjątkową odporność, drewna ze względu na jego właściwości harmoniczne i litego aluminium obrabianego metodą CNC ze względu na jego właściwości statyczne. Wielowarstwowe drewno zastosowane w panelach bocznych głównych kolumn systemu Suprema tworzy iluzję „skrzydeł” dzięki unikalnemu, trójwymiarowemu kształtowi wygięcia.
Suprema posiada skórzany panel przedni, zgodnie z tradycją Sonus faber, jednak dla tego specjalnego projektu marka nawiązała współpracę z renomowaną marką luksusowych mebli Poltrona Frau. Każdy system głośnikowy Suprema jest wykończony prawdziwą włoską skórą wyprodukowaną przez najbardziej utalentowanych rzemieślników w kraju, dodając produktowi jeszcze więcej zmysłowości.
TECHNOLOGIA
Oprócz wyrafinowanego systemu czterech kolumn Suprema, składającego się z dwóch głównych kolumn i dwóch subwooferów, system zawiera zewnętrzną zwrotnicę elektroniczną. Projekt systemu Suprema ma na celu wykroczenie poza konwencjonalne granice pokrycia pasma przenoszenia i zwiększenie wydajności akustycznej do nowych poziomów doskonałości.
Każda główna kolumna systemu Suprema jest konstrukcją 4/5-drożną i zawiera osiem przetworników skierowanych do przodu, a także dwa przetworniki skierowane do tyłu. The Voice of Sonus faber, konfiguracja przetworników wysokotonowych i średniotonowego, oferuje trzy nowe, innowacyjne elementy – zupełnie nowy przetwornik średniotonowy Camila z membraną z pulpy celulozowej, nowy przetwornik średnio-wysokotonowy z jedwabną kopułką oraz nowy superwysokotonowy z jedwabną kopułką. Podczas gdy materiały są zgodne z tradycyjnym rzemiosłem Sonus faber, elementy elektroakustyczne zostały całkowicie przeprojektowane, jak opisano poniżej.
• Nowy przetwornik średniotonowy Camila, odpowiedzialny za najważniejszą część spektrum akustycznego, został opracowany przez nasz zespół inżynierów w celu zapewnienia maksymalnej rozdzielczości, przy jednoczesnym zachowaniu legendarnego naturalnego brzmienia Sonus faber. Inspirowana naturą, nowa membrana nie jest okrągła ani nie jest maskowana przez zawieszenie, oferując słuchaczowi całą swoją powierzchnię i unikając powstawania rezonansów związanych z okrągłymi kształtami.
• Nowy system magnetyczny z podwójną cewką przetwornika średniotonowego zapewnia doskonałą kontrolę i równomierną dynamikę, a zarządzanie przepływem powietrza jest utrzymywane przez organiczny kosz. Wcześniej zastosowany w przetwornikach niskotonowych modelu Stradivari, ten oryginalny projekt Sonus faber będzie obecny we wszystkich kolumnach Sonus faber nowej generacji.
• Specjalna kombinacja przetworników średniotonowych Camila i wysokotonowych została umieszczona w unikalnej, dedykowanej przestrzeni wewnętrznej, zaprojektowanej w celu zwiększenia wydajności. Obudowa ta i jej wewnętrzne ściany posiadają organiczny kształt, który został w całości wykonany z korka pochodzącego z recyklingu – dzięki czemu Sonus faber jako pierwszy producent wykorzystuje naturalny i ekologiczny materiał do tworzenia komory akustycznej, jednocześnie zwiększając rozdzielczość i naturalność brzmienia średnich tonów.
• Aby zapewnić optymalną reprodukcję najniższych częstotliwości, oddzielny system subwoofera został zaprojektowany w celu optymalizacji responsywności niskich tonów niezależnie od położenia głównych kolumn w środowisku odsłuchowym.
• Subwoofer wykorzystuje dwa potężne 38 centymetrowe przetworniki z membranami z formowanego włókna węglowego i układem napędu z magnesem neodymowym, aby zapewnić niezakłócone odtwarzanie do 16 Hz.
• Kontrolowanie powierzchni styku kolumny z podłożem ma kluczowe znaczenie dla osiągnięcia najczystszego poziomu dźwięku w muzycznej teksturze. System antywibracyjny, stworzony we współpracy z IsoAcoustics, pozwala systemowi Suprema osiągnąć niezrównany poziom dynamiki i mocy, przy jednoczesnym zachowaniu zawartości energii i uniknięciu występowania niepożądanych wibracji w środowisku odsłuchowym.
ZWROTNICA
• Czas i równowaga: Filtry zwrotnicy, częściowo widoczne po bokach głównej kolumny, wykorzystują najlepsze połączenie rozwiązań elektroakustycznych opracowanych przez nasz zespół R&D w ciągu ostatniej dekady.
o Poprzez liczne sesje symulacji, testów i odsłuchów, Sonus faber dąży do osiągnięcia idealnej równowagi tonalnej i najbardziej rygorystycznej kontroli faz akustycznych, odpowiedzialnych za nienaganny timing i doskonałą wydajność sceny dźwiękowej we wszystkich trzech wymiarach.
• Najnowocześniejsza elektronika: Elektroniczna zwrotnica, w pełni zbalansowana konstrukcja dual mono, zarządza integracją pomiędzy głównymi kolumnami Suprema i subwooferami oraz oferuje wszechstronność użytkowania przy maksymalnym poszanowaniu sygnału elektrycznego.
o Wszystkie obwody kontroli fazy i sterowania są w 100% analogowe i stworzone przy użyciu wyselekcjonowanych komponentów, podczas gdy obudowa odzwierciedla podwójną istotę tego urządzenia – zasilacz jest zamknięty w solidnej aluminiowej osłonie, a sygnał audio jest chroniony przez ekskluzywną obudowę z lakierowanego drewna.
SPECYFIKACJA TECHNICZNA
Kolumna główna:
• System: 4-drożny, zamknięty
• Głośniki:
o SUPER TWEETER: Jedwabna kopułka 20 mm z dedykowanym falowodem, magnes neodymowy
o TWEETER: Jedwabna kopułka 38 mm z dedykowanym falowodem, magnes neodymowy
o ŚREDNIOTONOWY: 6.5” przetwornik z podwójnym napędem i neodymowym magnesem pierścieniowym
o LINK MIDWOOFER: 8″ membrana z papieru warstwowego, magnes neodymowy, cewka Ø 65 mm
o NISKOTONOWE: 4 x 8” przetwornik z podwójnym napędem z neodymowym magnesem pierścieniowym, cewką o średnicy 50 mm i membraną z papieru warstwowego
o EMISJA PRZEDNIA TW: Jedwabna kopułka 28 mm, magnes neodymowy
o EMISJA TYLNA MD: 4″ przetwornik z papierową membraną, magnes neodymowy
• Zwrotnica:
o EMISJA PRZEDNIA: 360, 430, 1700, 6700 Hz
o EMISJA TYLNA: 500, 2300 Hz
• Pasmo przenoszenia:
o EMISJA PRZEDNIA: 45 Hz – 40 kHz
o EMISJA TYLNA: 50 0Hz – 20 kHz
• Czułość: 91dB 1m/2.83V
• Nominalna Impedancja: 4 omy
• Sugerowana moc wyjściowa wzmacniacza: 100 W – 700 W
• Wymiary (HxWxD): 1905 x 650 x 880 mm
• Waga: 110 kg/szt.
Subwoofer:
• System: Pasywny subwoofer z zamkniętą obudową
• Głośniki:
o NISKOTONOWE: 2 x 38 cm membrana z włókna węglowego
• Pasmo przenoszenia: 16 do 30/80 Hz – zmienne w oparciu o ustawienia zwrotnicy elektronicznej
• Czułość: 92dB 1m/2.83V
• Nominalna impedancja: 4 omy
• Sugerowana moc wyjściowa wzmacniacza: 500 W – 2000 W
• Wymiary (HxWxD): 1451 x 850 x 525 mm
• Waga: 103 kg/szt.
Zwrotnica:
• System: Analogowa aktywna zwrotnica stereo/mono
• Kanały wejściowe: 2 Niezbalansowane – 2 Zbalansowane
• Kanały wyjściowe: 8 Niezbalansowane – 8 Zbalansowane
• Pasmo przenoszenia:
o MAIN: 25 Hz – 150 kHz
o PROC: 5 Hz – 150 kHz
• Impedancja wejścia:
o NIEZBALANSOWANE: 20 kΩ
o ZBALANSOWANE: 10 kΩ
• Wyjściowa zdolność napędowa:
o NIEZBALANSOWANE: 6 V rms (+15,5 dBv) @ 490 Ω
o ZBALANSOWANE: 11 V rms (+20 dBv) @ 980 Ω
• Napięcie zasilania (częstotliwość): 115V (60 Hz) lub 230V (50 Hz), ustawione fabrycznie
• Wymiary (HxWxD): 110 x 451 x 424 mm
• Waga: 17 kg
CENY DETALICZNE
• Suprema 2.2: 800 000 EUR (dwie kolumny główne, dwa subwoofery i jedna zwrotnica elektroniczna)
• Suprema 2.1: 725 000 EUR (dwie kolumny główne, jeden subwoofer i jedna zwrotnica elektroniczna)
Suprema uosabia szczyt luksusu i najlepsze doświadczenie dla entuzjastów audio i designu. System jest dostępny na całym świecie od dziś, 9 stycznia i będzie produkowany wyłącznie na zamówienie.
Opinia 1
To, że phonostage jest nieodzownym elementem obcowania z gramofonem, wie praktycznie każdy adept zabawy w drapanie płyt winylowych. Bez niego sygnał z wkładki bez względu czy będzie to MM, czy MC będzie zbyt niski. I gdy wydawałoby się, że temat jest banalnie prosty i do ogarnięcia zakupem pierwszej z brzegu konstrukcji, tak naprawdę dopiero w tym momencie zaczynają się tak zwane schody. Powód? Przecież to on w dużej mierze decyduje, co trafi do dalszego procesu wzmocnienia sygnału przez sekcję pre-power. Jak kolokwialnie mówiąc zmasakruje jakościowo delikatny sygnał z wkładki gramofonowej, potem wszelkie potknięcia będą tylko wzmacniane i nic już z tym nie da się sensownego zrobić. Owszem, czasem można coś podratować resztą konfiguracji, ale to już będzie coś na kształt leczenia dżumy cholerą, co na poziomie ekstremalnego High End-u zazwyczaj kończy się spektakularną soniczną antyczną tragedią. Naturalnie w całej zabawie spore znaczenie mają również inne składowe analogowego konglomeratu typu werk, ramię i penetrująca rowek płyty winylowej wkładka, ale zapewniam, przedwzmacniacz gramofonowy w moim odczuciu jest sercem analogowego zestawu. Skąd to wiem? Naturalnie z testowej autopsji. Autopsji, na którą tak naprawdę czekałem kilka lat, gdyż zawsze gdy ze stołu produkcyjnego katowickiego producenta schodził gotowy egzemplarz testowanego dzisiaj urządzenia, natychmiast trafiał na odsłuchy do potencjalnego klienta, od którego ku mojemu wewnętrznemu niezadowoleniu niestety już nie wracał. O czym konkretnie mowa? Naturalnie zdrada to tytuł poniższej epistoły, czyli kultowym w niektórych kręgach, bo pozwalającym dotknąć atak zwanego analogowego sufitu, produkowanym z powodzeniem od kilku lat przez katowickiego specjalistę od techniki analogowej, w przeciwieństwie do światowej konkurencji w każdym aspekcie zaprojektowanym i wykonanym bez ograniczeń finansowych, przez to słusznie sporym gabarytowo, dwuczęściowym phonostege The Big Phono RCM.
Nie ma się co oszukiwać, już fotografie dobitnie pokazują, iż w przypadku tytułowego phono mamy do czynienia z projektem od początku do końca skutecznie opierającym się jakimkolwiek oszczędnościom. To dwie prostopadłościenne, wykonane z bloków aluminium, wykończonych na CNC w satynowej czerni, mogące pochwalić się rozmiarem solidnego wzmacniacza zintegrowanego skrzynki. Mało tego, z uwagi na pozbawione ograniczeń trzewia są bardzo ciężkie – sam zasilacz oparty jest o 200W transformatory na kanał, gdyż serce bazujące na układach scalonych waży 20 kg, a zasilacz ze wspomnianymi trafami aż 30 kg. Ich manualno-przyłączeniowe wyposażenie jest typowym dla tego rodzaju produktów. I tak zasilacz na froncie otrzymał diodę informującą o pracy urządzenia zaś na plecach trzy wielopinowe terminale zasilające z osobna każdy z kanałów i sekcję logiki oraz zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilania. Temat awersu phono natomiast opiewa na mieniący się zielenią wyświetlacz pokazujący wybrane wartości obsługiwania wkładki na przemian z logo marki, a także cztery okrągłe przyciski – lewy inicjujący pracę, a trzy prawe pozwalające na skonfigurować urządzenie. Jeśli chodzi o rewers, producent daje nam do dyspozycji dwa wejścia w standardzie RCA, po jednym wyjściu RCA i XLR, podobnie do zasilacza złącza dostarczające życiodajną energię elektryczną, zacisk uziemienia oraz hebelkowy włącznik masy. Miłym dodatkiem opisywanego Big Phono jest zapożyczony od Aple’a, zgrabny pilot zdalnego sterowania do obsługi podstawowych komend typu standby, włączanie lub zmiana obsługiwanego wejścia. Co potrafi nasz bohater? Otóż umożliwia obsługę czułości wkładek od 0.3 do 5 mV oraz impedancji wejściowej w zakresie 20 – 4,7 kΩ. Jak mona się spodziewać dbałość o jak najlepsze, będące oczkiem w głowie producenta zasilanie, ma swoje reperkusje w poziomie poboru mocy, która w wartościach granicznych oscyluje w okolicach 250W. Co więcej? Cóż, dokładna tabelka jak zwykle znajdzie się na końcu naszych opowieści, dlatego unikając rozwadniania tekstu zainteresowanych drobiazgową wyliczanką odsyłam do stosownej tabeli, a oczekujących na kilka strof relacji z kilkutygodniowej przygody z dzieckiem spod znaku RCM Audio zapraszam do kolejnego akapitu.
Jak wypadł nasz bohater? Czy widoczne gołym okiem drwienie z poniesionych kosztów produkcji było warte przysłowiowej świeczki? A jeśli tak, co to oznacza w wartościach sonicznych? Otóż przyznam szczerze, że takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. A to dlatego, że gdy na co dzień używam najtańszej konstrukcji z tej stajni Sensor 2 MkII, naturalną koleją rzeczy spodziewałem się li tylko drobnych, choćby minimalnie tłumaczących finalną cenę, skierowanych na poprawę jakości prezentacji muzyki korekt sonicznych. Bardziej kontrolowany, a przy tym mocniejszy bas, może oferująca większy pakiet informacji średnica tudzież bardziej wyrafinowane najwyższe pasmo, wszystko lub choćby jeden aspekt wydawały się być naturalnym kierunkiem ewolucji. A jak było? Otóż zanim dojdziemy do clou, kilka informacji o punkcie odniesienia. Znany w naszym światku chyba wszystkim Sensor, bez względu na jego wersję od zawsze jest ostoją dobrego drive’u, fajnego, bo esencjonalnego kopnięcia dźwiękiem, a przy tym nienachalnego, acz bardzo dobrze uzupełniającego przekaz napowietrzenia przekazu. To taki energetyczny diabeł, który z jednej strony jest daleki od natarczywości w rozumieniu dosadnego podania informacji, a z drugiej dzięki pewnego rodzaju nieobliczalności w najmniejszym stopniu nie pozwala na pojawianie się jakichkolwiek objawów nudy. Owszem, gra swoim, czyli gęstym, a przy tym pełnym energii, tranzystorowym sznytem, a nie mami nas feerią tak lubianych przez nasze zmysły lampowych zniekształceń – wiem, to było złośliwe, ale raczej w celu pokazania odmienności prezentacji obydwu technik przetwarzania sygnału audio, aniżeli deprecjonowania konstrukcji lampowych, ale zawsze pokazuje zawartą w muzyce radość. I gdy wydawałoby się, że od pełni szczęścia dzieli nas naprawdę niewiele, z drugiej strony barykady jakościowej okupionej znacznie większymi wydatkami – mówimy o dziesięciokrotnej różnicy w cenie pomiędzy tymi dwoma konstrukcjami – staje będący naszym punktem zainteresowania The Big Phono. Co to oznacza dźwiękowo? Krótko? To nie trochę, ale całkowicie inny jakościowo świat. Nagle okazuje się, że można poruszać się w podobnej estetyce, czyli stronić od sztucznego doświetlania przekazu, ale przy tym podać wszystko w rzadko spotykanej, aż tak wyśrubowanej jakości. Od zejścia dźwięku do znacznie niższych poziomów częstotliwości z pokazaniem wielobarwności wspomnianych dolnych rejestrów, przez prezentację bardziej nasyconej, dzięki czemu mogącej pochwalić się soczystszym impulsem, a mimo to czytelniejszej średnicy, po nadal stroniące od sztucznego świecenia, jednakże w sobie tylko znany sposób pokazujące znacznie więcej – czytaj bez często odbieranych jako informacje, a finalnie zwyczajnych zniekształceń, przez to pozwalające słuchać muzykę z dowolnym poziomem głośności wysokie tony. Po przejściu na flagowy phonostage RCM-u dźwięk jest bardziej dostojny oraz pozbawiony uczucia wysilenia, co wespół z przywołanym wyśrubowaniem jakości wszystkich aspektów prezentacji muzyki pozwala podnieść jakość finalnego soundu do granic obecnych możliwości tego typu konstrukcji. To jest na tyle zjawiskowe, że w pierwszym kontakcie odnosimy wrażenie, jakby wszystkiego było nienaturalnie więcej. Jednak w momencie przekonania się – wystarczy kilka minut z muzyką, iż obcujemy nie ze sztucznym czarowaniem, a jedynie z jakością pozwalającą znacząco zbliżyć się do prawdy, zdajemy sobie sprawę, jakie ograniczenia fundują nam tańsze konstrukcje. Co istotne, ów efekt nie jest na poziomie niuansów, tylko innego level-u obróbki sygnału z wkładki gramofonowej. Do tego potrafiący przekonać do siebie nawet od zarania dziejów zakochanego w lampach mojego znajomego, który po próbnej przesiadce na testowane phono RCM z innej znakomitej konstrukcji z podobnego pułapu jakościowo-cenowego na bazie szklanych baniek Destination Audio, ze zdumieniem podnosząc głowę znad telefonu najpierw zapytał, czy to ta sama płyta, a potem po potwierdzeniu faktu krótko oznajmił „Jacek, jeśli możesz, nie oddawaj go do dystrybutora”. Banał? Zapewniam, że nie, gdyż to stały bywalec mojego przybytku, do tego osłuchany z najznakomitszymi konstrukcjami i co w tym przypadku najważniejsze piewca lampowych konstrukcji, czym tym bardziej przekonał mnie o fenomenie Big Phono. Tak, tak fenomenie, gdyż przypominam, test odbył się przy użyciu stosunkowo niedrogiej wkładki, która mimo swoich ograniczeń pokazała palcem wielu droższym analogowym zestawom na bazie niższych jakościowo phono, o co w tej zabawie tak naprawdę chodzi. O co dokładnie według TBP? Po pierwsze – odtworzenie wszelkich zarejestrowanych na płycie niskich rejestrów z ich odcieniami, szybkością narastania, czasem miękkością, a czasem twardością. Po drugie – prezentację tak drobiazgowo opisywanej przeze mnie esencjonalności średnicy nie jako ogólny, zazwyczaj tworzący ścianę jednorodnej papki umilacz, tylko sposób na oddanie różnorodności energii wytwarzanej przez każdy z instrumentów. A po trzecie – brak oznak rozjaśnienia, a wręcz uczucie lekkiego zaciemnienia przekazu, czyli w estetyce ogólnego spokoju pokazanie to, czego nie potrafią nawet najbardziej transparentne, często rozjaśnione brzmieniowo produkty. Zapewniam, dzięki takiemu postawieniu sprawy zderzamy się z czymś wyjątkowym. Muzyka dostaje odpowiedniego body, potrafi pobudzać emocje słuchacza wyciętym na płycie, sięgającym czeluści Hadesu impulsem, a nie jego harmoniczną, dosadnie pokazać krawędź pojedynczego, nawet najbardziej krągłego dźwięku oraz zabudować przestrzeń międzykolumnową rzadko spotykaną paletą wcześniej gubionych gdzieś w zalewie zniekształceń informacji. Do tego epatować cały czas zaskakującą słuchacza zmianą tempa. A w tym wszystkim najbardziej ujmujące jest to, że taki stan osiągamy z każdym rodzajem muzyki – tym słabo nagranym i tym wycyzelowanym. Naturalnie w estetyce jaką oferuje dany nurt muzyczny, jednak opisana przed momentem rozdzielczość, spójność w domenie fajnego nasycenia oraz ogólny spokój sprawiają, że marne produkcje są strawne, a tak zwane cukierki nie przesadzają z lukrem. Jak to możliwe? Gdy zapytałem o to producenta, bez namysłu odpowiedział, iż clou w osiągnięciu takiego stanu rzeczy to zasilanie, które w tej obrabiającej sygnał na poziomie mV konstrukcji opiera się o dwustuwatowe transformatory na kanał z poziomu wzmacniaczy zintegrowanych. To teoretycznie zakrawa na szaleństwo. Jednak jeśli uzyskujemy opisany powyżej wynik brzmieniowy, a do tego poruszamy się w segmencie mającym za nic kompromisy, moim zdaniem gra warta jest każdej włożonej złotówki. Na tyle warta, że w obecnej sytuacji – od jakiegoś czasu jestem na etapie uzbrajania się w docelowy set analogowy – mam niemały problem. Jaki? Otóż na zdrowy rozum najpierw powinienem nabyć docelowy werk z ramieniem i wkładką, aby potem ewentualnym zakupem Big Phono wyciskać z nich ostatnie soki. Inne działanie wydaje się trochę nielogiczne. Niestety w moim przypadku sprawy mają się nieco inaczej, gdyż na chwilę obecną nawet podczas najlepszej prezentacji analogowej w moim systemie nie spotkałem niczego tak odpowiadającego moim oczekiwaniom tak pod względem jakości, jak i estetyki podania muzyki. Nie powiem, gościłem wiele znakomitych układanek gramofonowych wielu producentów. Kilka razy nawet do nich w duchu wzdychałem. Jednak żadna z nich nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia jak dzisiejszy bohater. A przecież źródłem podczas testu był kawałek paździerzowej deski z metalową rurką zwieńczoną dość prostym rylcem, a mimo to zaliczyłem stan przedzawałowy. To co wydarzy się, gdy w tandemie z The Big Phono RCM stanie analogowy Olimp? Spokojnie, to pytanie retoryczne. Wydaje mi się, że wszyscy znamy odpowiedź. Ja przynajmniej znam. Jak zakończy się dla mnie powyższa przygoda? Na razie próbując zachować choćby krztę zdrowego rozsądku rozpatruję wszelkie za i przeciw.
Gdy dotarliśmy do finału tego testu, przyszedł czas na konkrety. Pierwszym jest informacja, czy i dlaczego warto zainteresować się tytułowym phonostage-m. Zaś drugim wytypowanie potencjalnych nabywców. Dla mnie jak rzadko kiedy sprawa zakończenia tej opowieści jest prosta. Odpowiedź na pierwsze pytanie zawiera opis brzmienia Big Phono. To kwintesencja dobrego dociążenia, wykonturowania, rozdzielczości oraz zjawiskowej swobody podania słuchanej muzyki. A jeśli tak, mam nadzieję, że nikogo nie zdziwi fakt braku z mojej strony jakichkolwiek przeciwskazań przed próbami na swoim podwórku dla całej populacji melomanów. To jest na tyle wyrafinowany produkt, że naprawdę musi zdarzyć się trzęsienie ziemi lub trzeba być diabelnie ortodoksyjnym wielbicielem lamp – przypominam o moim znajomym z opisu, aby nie znaleźć nici porozumienia z katowicką konstrukcją. Zdaję sobie sprawę, że to możliwe, ale zapewniam, jeśli wiecie, o co w oddaniu ukochanej muzyki chodzi, ilość potencjalnych niezadowolonych będzie na poziomie statystycznego marginesu błędu. A, że margines to naprawdę symboliczny wynik, droga do zjawiskowego, bo bliskiego prawdzie grania jest otwarta praktycznie dla każdego z Was.
Jacek Pazio
Opinia 2
Po drugiej i trzeciej inkarnacji podstawowego a zarazem najpopularniejszego Sensora, oraz wydawać by się mogło trudnej do pobicia TheRII przyszła pora na prawdziwe opus magnum katowickiego RCM-u, czyli projekt, który mieliśmy przyjemność śledzić od stadium tzw. deski. O ile jednak wcześniejsze propozycje Rogera Adamka – sprawcy całego zamieszania, kierowane były do wyrafinowanych, acz dość rozsądnie zarządzających swoimi środkami smakoszy audiofilskich delicji, to nasz dzisiejszy gość dość brutalnie z powyższą polityką zrywa od razu i bezpardonowo nie tylko atakując audiofilski Olimp, co wyprzedzając ewentualnych pretendentów i bezczelnie moszcząc się na królewskim tronie. Zbyt górnolotne i uprzedzające fakty wnioski? Bynajmniej, bowiem wkraczając w stricte ultra high-endowe rewiry i zawieszając poprzeczkę oczekiwań na adekwatnym im pułapie, czyt. mogąc wreszcie pofolgować wrodzonemu czepialstwu, przez ostatnich kilka tygodni bezskutecznie próbowałem jakikolwiek mankament w owym mrocznym obiekcie pożądania znaleźć i … nic. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo co w poniższych akapitach przyszło mi obcmokiwać i komplementować nie będę Was dłużej trzymał w niepewności i zdradzę, iż chodzi o przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono.
The Big Phono kontynuuje rodzinną tradycję, więc jak łatwo się domyślić jest konstrukcją dwumodułową – z rozdzieloną sekcją sygnałową i zewnętrznym zasilaniem. O ile jednak zasilacze Sensorów i TheRII były wyraźniej mniejsze od jednostek sygnałowych, to tym razem oba korpusy pod względem gabarytów są praktycznie bliźniacze a z racji, że wykonano je ze złożonych ze sobą wyfrezowanych z bloków aluminium skorup i poddano procesowi anodowania (specjalność bułgarskiego Thraxa) nie ma powodu, by cokolwiek chować za szafką w obawie przed niezbyt atrakcyjną aparycją. Bo wstydzić nie ma się czego – jednostkę sygnałową wyposażono w centralnie umieszczony żółto-zielony, czytelny wyświetlacz OLED, z włącznikiem głównym po lewej i trzema przyciskami nawigacyjnymi po prawej a zasilacz może pochwalić się jedynie dyskretną, informującą o stanie pracy urządzenia diodą.
Rzut oka na zaplecze nie przynosi żadnych niespodzianek i jedynie potwierdza profesjonalizm oraz dbałość wytwórcy o detale. Mamy zatem dwie pary wejść RCA (topowe Furutechy) i zestaw wyjść w Standardzie RCA (Furutech) i XLR (Neutrik), zacisk uziemienia, hebelkowy przełącznik GND i trzy wielopinowe złącza zasilające. Z kolei w zasilaczu znajdziemy jedynie stosowny zestaw trzech wyjść zasilających i zintegrowane z włącznikiem głównym oraz komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC Furutecha.
I tu od razu pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż patrząc na rynek Hi-Fi/High-End choć stosowanie precyzyjnie wyciętych z aluminiowych bloków obudów staje się dość powszechne, to jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach. Jak się bowiem okazuje samo wyżłobienie korpusu i dokręcenie do niego spodu/płyty górnej niby zapewnia odpowiednią sztywność, ale wcale nie eliminuje „dzwonienia” całości. Dlatego w Big Phono zdecydowano się obie połówki zespalać ze sobą w połowie wysokości urządzeń za pomocą potrójnych połączeń śrubowych.
Jeśli chodzi o trzewia, to podobnie do młodszego rodzeństwa mamy do czynienia z konstrukcją półprzewodnikową opartą na niskoszumnych, pracujących w czterech stopniach wzmocnienia wzmacniaczach operacyjnych Texas Instruments. Komponenty zamontowano na dwustronnych płytkach drukowanych FR4 z grubymi, złoconymi ścieżkami miedzianymi. W sposób absolutnie bezkompromisowy potraktowano zasilanie, które oparto o dwa 200W transformatory El (każdy zasila osobny kanał) i dedykowaną układom logicznym oraz wyświetlaczowi trzecią, już „tylko” 15VA, jednostkę. Całość posiada ponadto 12-stopniową stabilizację a chłodzenie odbywa się w pełni pasywnie – poprzez dwie miedziane płyty zespolone z obudową.
Przechodząc do akapitu poświęconego brzmieniu naszego gościa chciałbym lojalnie Państwa uprzedzić, że dla własnego dobra warto mieć gdzieś z tyłu głowy świadomość, iż operować będziemy na tak absurdalnych stanach audiofilskiego uzależnienia, że jeśli tylko nie mieliście do tej pory do czynienia z phonostage’ami w stylu Ypsilona VPS-100, czy Audio Tekne TEA-9501, to pierwsze kontakty z flagowcem RCM-u lepiej sobie, przynajmniej początkowo dawkować, gdyż to, co docierać będzie do Waszych uszu może nie tylko przewartościować „winylowy światopogląd”, co skazić Was na zawsze. Niby tak w audio, jak i w życiu warto pamiętać o maksymie inopinatum expectes, czyli spodziewać się niespodziewanego, jednakże pierwszy kontakt z Big Phono niesie ze sobą tak potężny ładunek niespodziewanych a zarazem pozytywnych doznań, że śmiało można owe doświadczenie porównać do hiszpańskiej inkwizycji w wydaniu Monthy Pythona, której też się przecież nikt nie spodziewał. Krótko mówiąc już po kilkunastominutowej sesji uśmiech słuchaczowi trzeba zdejmować niemalże chirurgicznie. Jednak ad rem, czyli najpierw nieco celebracji z wyborem konkretnego, ustawiającego optykę sesji albumu, uruchomienie myjki, umieszczenie wypucowanej płyty na talerzu gramofonu, kalibracja z użyciem DS Audio ES-001 i jedziemy.
Na pierwszy ogień poszedł „Satchmo Plays King Oliver” Louisa Armstronga a tuż za nim nóżkami przebierał Frank Sinatra z „Come Fly With Me”. Tak, tak. Wiem, że to niemalże omszałe starocie, których zdigitalizowanych wersji dostępnych w popularnych serwisach streamingowych z racji szeleszczenia i płaskości słuchać praktycznie się nie da. Tymczasem katowicki phonostage z poczciwych rowków wycisnął „samo gęste” nie tylko wysycając wokale, co w zaskakujący sposób definiując i materializując towarzyszących obu panom muzyków, którzy wreszcie mogli przybrać w pełni namacalną formę a nie stanowić jedynie płaskie i mało angażujące tło. Wprost zniewalająca stała się bezpośredniość i ekspresyjność przekazu, w dodatku bez śladu jakiegokolwiek rozjaśnienia, czy nużącego na dłuższą metę jego utwardzenia. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że dla większości odbiorców przynajmniej początkowo TBP (The Big Phono) może wydawać się wręcz ciemny i zastanawiająco gęsty. Jednak wystarczy dłuższa chwila na akomodację, by przekonać się, że o ile owe lekkie przyciemnienie, choć zdecydowanie bliższe prawdzie byłoby określenie „stronienie od jaskrawości” rzeczywiście jest natywną cechą ww. przedwzmacniacza, to już gęstość finalnie okazuje się wręcz nieosiągalną dla większości konkurencji iście organiczną koherencją. W dodatku energetyczność dotyczyła nie tylko sekcji rytmicznej ale generalnie całości pasma. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż im dłużej z taką estetyką obcowałem, tym silniej utwierdzałem się w przekonaniu, że wpięcie w tor tytułowego phono niebezpiecznie zbliżyło bądź co bądź nieprzyzwoicie wręcz podstawowy gramofon do formuły wydawać by się mogło zarezerwowanej dla … szpulowców w stylu naszego redakcyjnego Studera A80. Powyższe obserwacje tylko potwierdziło sięgnięcie po współczesny jazz i świetnie zrealizowany minimalistyczny album „How My Heart Sings” Massimo Farao’ Trio gdzie holografia kreowanej sceny niebezpiecznie zbliżyła się do poziomu przy którym odbiorca zaczyna zastanawiać się nie tylko czy jest odpowiednio na taką sesję ubrany, co czy wypada mu chociażby delikatnie odkaszlnąć, by przypadkiem nie narazić się na karcący wzrok któregoś z muzyków. Krótko mówiąc kwestię rozdzielczości mamy z głowy, gdyż zupełnie się nad nią nie zastanawiamy – przyjmujemy jako coś absolutnie naturalnego i jeśli tylko nie będziemy zmuszeni spuścić z tonu i zadowolić się czymś niżej urodzonym, to spokojnie możemy żyć w przekonaniu, że tak właśnie być powinno, co niestety jest jedynie przejawem tzw. myślenia życzeniowego a nie obowiązującą zasadą.
A jak z „nieco” mniej wyrafinowanym repertuarem w stylu „Hardwired…To Self-Destruct” Metallici, czy „Accident of Birth” Bruce’a Dickinsona? Powiem szczerze, że cudów zbytnio nie oczekiwałem, lecz jak pokazało życie a raczej sam TBP byłem człowiekiem niezwykle małej wiary. Niby z jakże dalekiego od audiofilskich referencji materiału niczego ponad to, co zostało w masterze zapisane wycisnąć się nie da, lecz w tym akurat przypadku wszystko zależy nie od tego, co a jak zostanie podane, a RCM-owski flagowiec niczym nie tyle najlepszy kucharz, co włoska nonna z dość prostych składników wyczarował prawdziwą ucztę. Po pierwsze wspomniane wcześniej gęstość i „przyciemnienie” zrobiły fenomenalną robotę dodając całości jakże oczekiwanej masy i wypełnienia a po drugie ww. energetyczność jedynie podkręciła natywny ognisty „wygar”. Zrobiło się jeszcze ciężej i potężniej a jednocześnie nic z nic nie straciliśmy z właściwej agresji a jakby tego było mało zamiast bezkształtnej ściany dźwięku wreszcie pojawiło się prawidłowe ogniskowanie źródeł pozornych. Jednak zamiast sztucznego ich wykonturowania TBF po prostu materializował poszczególnych szarpidrutów na adekwatnej konkretnej aranżacji scenie po stronie słuchacza pozostawiając jedynie ogarnięcie odpowiednich „popepszaczy percepcji” zarówno dla siebie, jak i odwiedzających go zespołów. Może to i mało poważne podejście, ale tytułowy phonostage nader brutalnie rozprawił się z tezą mówiącą, że im wyższej klasy sprzęt, tym mniej płyt do słuchania, bowiem z nim w torze słuchalne było absolutnie wszystko. Ba, przyjemność odsłuchu zazwyczaj okazywała się boleśnie wyższa aniżeli z bądź co bądź świetnego i wyrywającego z butów Sensora 2mkII, który rozprawiał się z nimi w zdecydowanie mniej humanitarny sposób.
No dobra, dość tego cukrowania. Reasumując, RCM The Big Phono z jednej strony wywraca stolik z high-endowymi sterotypami, zgodnie z którymi liczy się oszołomienie i wręcz pornograficzne epatowanie szczegółami a z drugiej daje tak namacalny i realistyczny kontakt z ulubionymi muzykami, że z reguły już po drugim utworze jesteśmy z nimi na ty a po trzecim zaczynamy traktować jak członków rodziny. Jeśli zatem zechcecie Państwo stłuc umowną szybę dzielącą Was od rozgrywających się z studiu nagraniowym bądź scenie wydarzeń, to właśnie RCM-owski flagowiec taką bezpośredniość Wam zapewni. Jest jednak jedno „ale”, czyli to, co z reguły w umowach pisane jest najdrobniejszym drukiem. Otóż pod żadnym pozorem nie należy sięgać po The Big Phono jeśli nie możemy sobie nań pozwolić, gdyż powrót do szarej rzeczywistości jest regresem porównywalnym z przesiadką z Business Class w Air Emirates do rozklekotanego Oltcita Club 11 RL. Dlatego też kontakt z tytułowym phonostagem należy rozpatrywać w kategorii podróży z biletem w jedną stronę z której nie ma już powrotu.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja / Producent: RCM
Cena: 39 000€
Dane techniczne
Czułość wejściowa: 0,3 – 5 mV (regulowana)
Regulacja czułości: 0,3 – 5 mV w 7 krokach
Wzmocnienie: 52 – 76 dB (2V rms wyjście)
Impedancja wejściowa: 30 – 47 000 Ω
Regulacja impedancji: 30 – 47 000 Ω w 8 krokach
Pojemność wejściowa: 150 pF
Wejścia: 2 pary RCA
THD: >0,01%
S/N: 87dB
Liniowość RIAA: +/- 0,1dB (20Hz-20kHz)
Impedancja wyjściowa: 70Ω
Wyjścia: XLR, RCA
Nominalny poziom wyjściowy: 2V rms
Maksymalny poziom wyjściowy: 9V rms
Pobór mocy: max 25W
Wymiary (S x G x W): 430 x 410 x 145 mm – przedwzmacniacz; 430 x 410 x 145 mm – zasilacz
Waga: 20 kg – przedwzmacniacz; 30 kg – zasilacz
Najnowsze komentarze