Monthly Archives: luty 2024


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Thrax Yatrus

Opinia 1

Gdy przy pomocy portalowej wyszukiwarki spojrzymy wstecz, dość szybko okaże się, iż z portfolio tytułowego Thrax-a na recenzenckim tapecie mieliśmy praktycznie wszystko. Od bogato reprezentowanej lampowej i hybrydowej sekcji wzmocnienia, przez kilka rodzajów kolumn, okablowanie, po nawet step-up wzmacniający sygnał z wkładki gramofonowej, jak oferta długa i szeroka profil brzmieniowy każdej konstrukcji bułgarskiego producenta mamy w przysłowiowym małym palcu. I gdy wydawałoby się, że nic nas specjalnie nie może zaskoczyć, sprawy mają się zgoła inaczej. Co mam na myśli? Otóż ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu ze wspomnianej stajni dzięki katowickiemu dystrybutorowi w nasze progi trafił kompaktowy, uzbrojony w dedykowane 9” ramię od współpracującego z Thraxem Franka Schrödera gramofon. Jednak niech nie zmyli nikogo będąca celem samym w sobie jego zgrabna aparycja, gdyż to, co zaoferował w kwestii brzmienia, stawia go na bardzo wysokim szczeblu segmentu High End. O czym mowa? Panie i panowie oto bułgarski analogowy konglomerat Thrax Audio Yatrus.

W przypadku naszego bohatera mamy do czynienia z konstrukcją miękko zawieszonego mass-loadera, czyli ciężkim i sztywnym werkiem w pływający sposób stabilizowanym na dedykowanym podłożu. Jaki jest cel takiego zabiegu? Korzyści są dwie. Jedną jest osiągnięcie zwartego, a drugą esencjonalnego brzmienia, czyli tłumacząc na nasze, uzyskanie dźwięku soczystego i zarazem dalekiego od rozmycia w kwestii kreski rysującej źródła pozorne. Owszem, to można uzyskać na kilka innych sposobów typu: całkowicie sztywny napęd (choćby niemiecki Transrotor) i miękka reszta toru lub odwrotnie, czyli bardzo miękko zawieszone i lekkie chassis (w tym przypadku mam na myśli angielskiego Linn-a) korygowane transparentną końcową konfiguracją. Jednak jak to zwykle bywa, zawsze znajdzie się osobnik chcący na starcie mieć cos w miarę uniwersalnego, co przy pomocy docelowego uzbrojenia skieruje finalne brzmienie zestawu w jedną ze stron – większej lub mniejszej miękkości, a przez to różnorodnej plastyki i dźwięczności. I myślę, że właśnie do takich melomanów skierowany jest nasz bohater. Jak jest zbudowany? Główna platforma nośna jest kanapką miękko scalonych ze sobą prostokątnych połaci aluminium. Na niej w miejscach głównego podparcia całej konstrukcji osadzono trójnożną, również kanapkową podstawę dla napędzanego bezpośrednio (Direct-Drive) talerza. Jak to zwykle bywa, w prawym tylnym rogu znalazło się miejsce dla ramienia. Zaś z lewej tylnej strony wyznaczono lokalizację sterowanego sporej średnicy pokrętłem, znajdującego się pod plintą, bezszczotkowego, elektronicznie kontrolowanego silnika prądu stałego. Jak widać, budowa Yatrusa jest dość skomplikowana, jednak dzięki zastosowanym pomysłom mimo wagi na poziomie 24 kg przyjemnie dla oka zwarta, a przy tym jako feedback scalenia kilku warstw aluminium wespół z miękkimi stopami pod główną plintą odporna na szkodliwe wibracje. Wieńcząc opis budowy wspomnę jeszcze o wykorzystany podczas testu ramieniu. Te pochodzi od znanego sporej grupie piewców analogu Franka Schrödera i wersji testowej była to wersja 9” oparta o rurkę z Karbonu. Jego najważniejsze cechy, to zastosowanie hybrydowych łożysk ceramicznych, realizowane za pomocą magnesów tłumienie w płaszczyźnie poziomej oraz konstrukcyjna łatwość ustawiania wszelkich niezbędnych parametrów kalibracyjnych. Zwyczajowo resztę informacji o obydwu współpracujących ze sobą produktach znajdziecie w tabelce pod obiema recenzjami, dlatego z premedytacją przejdę do opisu procesu odsłuchowego.

Czym ugościł mnie tytułowy gramofon? Jak sugerują fotografie, w tym przypadku na czas testu założyłem swoją, czyli bardzo dobrze znaną od strony brzmienia wkładkę Dynavector DV-20X2H. To rylec pokazujący mocne wypełnienie, ale przy tym pazur krawędzi w dolnym i górnym zakresie, co sprawia, że wielu początkujących melomanów czasem ma problem okiełznaniem jego zalet. Tak zalet, gdyż w swym działaniu jest wyrazisty, tak jak powinna wybrzmiewać dobrze wykreowana przez gramofon muzyka. To, że obcujemy z torem analogowym, nie oznacza pławienia się w nudnym syropie. Owszem, estetyka analogowa to podstawa, jednak uderzenie energią i drapieżność dźwięku powinny być równe torowi cyfrowemu. A niestety wiele razy zderzyłem się z tą drugą opcją zestrojenia gramofonu, co w wartościach bezwzględnych w moim mniemaniu jest lekkim błędem. Jednak to wolny kraj i każdy robi to, co sprawia mu przyjemność. Na szczęście w przypadku testowej konfiguracji w odniesieniu do przed momentem opisywanej sytuacji siłowego lukrowania muzyki sprawy miały się zgoła inaczej. Jak? Tak jak sugerowałem, mass-loader Thrax-a nie tylko z premedytacją wykorzystał zalety mojej wkładki, ale znakomicie podkręcił jej brzmienie w wielu aspektach. To oznacza, że dolny zakres i środek epatowały rzadko spotykanym, skądinąd zjawiskowym, bo dźwięcznym i do tego wielobarwnym wypełnieniem, jednak cały czas wszelkie wydarzenia sceniczne miały swój znakomicie wykreowany kontur. W sobie tylko znany sposób tak soczyście podana muzyka ani razu nie przekroczyła cienkiej linii rozmycia źródeł pozornych lub ich przebasowienia. Za to zaczynając się minimalnie przed linią kolumn, w ten sposób stając się bardziej namacalną, zajmowała całość dostępnego za kolumnami i pomiędzy nimi metrażu. A to nie koniec ciekawych informacji, gdyż w sukurs takiej prezentacji szła zapisana w kodzie DNA japońskiej wkładki dźwięczność, co przekładało się nie tylko na czytelność wysokich tonów, ale ogólną rozdzielczość każdej położonej na talerzu gramofonu produkcji płytowej.
Pierwszą z brzegu wręcz pełnymi garściami czerpiącą był najnowszy, podwójny album grupy Metallica „72 Seasons”. Energia bardzo mocno grającej, a przy tym dobrze określonej w domenie ataku perkusji, wspierana podobnie reagującymi na niesione przez testowany set dobro w postaci zwartej masy, szaleńczo goniącymi poczynania bębniarza gitarami, na koniec wszystko dobrze doświetlone i zaakcentowane górnym zakresem powodowały nieodzowne ciarki na plecach. Słuchałem tej płyty już wielokrotnie, jednak nigdy w wydaniu z takim pakietem rockowych emocji. Było zjawiskowo tłusto, ale przy okazji agresywnie i z wykopem, co zazwyczaj mocno cierpi z uwagi na sporą kompresję tego materiału. Tymczasem gramofon Thrax-a przeszedł nad tym do porządku dziennego. A zapewniam, takie rozdanie soniczne z tym materiałem jest bardzo rzadkim zjawiskiem.
Innym ciekawie wypadającym krążkiem był wydany w epoce winylu materiał okazjonalnie spotykającej się niegdyś grupy The Art Ensemble Of Chicago „Urban Bushmen”. To po trosze folkowa, a trosze zahaczająca o free, ogólnie radosna, wielu artystom dająca wolną rękę muzyka instrumentalno-wokalna. Raz swawolna, innym razem melancholijna, jednak za każdym razem epatująca dźwięcznością każdej wydobytej czasem z bardzo nietypowych instrumentów nuty. I gdy wydawałoby się, że serwowana przez tytułowy gramiak zjawiskowa esencja raczej jej zaszkodzi, finalnie okazało się, że była to tak zwana woda na młyn tej produkcji. Powód? Jak pisałem, myślą przewodnią opiniowanej konfiguracji oprócz wagi, była dobra krawędź dźwięku. To zaś przy co prawda dodatkowym, ale nadal w dobrym tonie, a przez to fajnym nasyceniu powodowało, że w każdej pojawiającej się w eterze nucie mogłem się wręcz zatopić. Tak zatopić. W długości jej wybrzmiewania, dźwięczności i soczystości. Muzyka aż kapała esencją, ale ani krzty nie traciła na transparentności. Nic, tylko puścić wodzę fantazji i udać się w duchu na kreowany jak nigdy wcześniej w moim pokoju, odbywający się w 1980, a wydany na płycie w 1982 roku koncert. Oczywiście tak też zrobiłem. Ba, nawet dwa razy, gdyż posiadam dwie pozycje tego wspaniałego składu muzyków – druga, już studyjna, ale swą nieoczywistością równie intrygująca to „Nice Guys”. To była uczta, jakiej życzę każdemu z Was. Z uwagi na zastosowanie bogatej w masę wkładki nieco przesunięta w stronę większego body, ale nadal zjawiskowa. A przypominam, wiele w konfiguracjach gramofonu zależy od zastosowanego rylca. I jeśli z gęstym dla kogoś tak podana muzyka brzmiałaby zbyt rubasznie, do zmiany priorytetów w finalnym brzmieniu całości zestawu mamy bardzo krótką drogę w postaci szczodrzejszej w nasycenie igły. Zapewniam, po tym, co usłyszałem podczas kilkunastu dni zabawy z bułgarskim werkiem analogowym, Thrax Yatrus z inaczej określającą swoje priorytety wkładką również spokojnie dałby sobie radę.

Jak spuentuję powyższy opis tytułowego gramofonu? Otóż to bardzo uniwersalna konstrukcja. Dobrze odseparowana od szkodliwych wibracji podłoża i do tego masywna, co dzięki zastosowaniu odpowiedniej wkładki – takie działanie podczas procesu tworzenia sygnału jest znacznie lepsze, niż podbarwianie lub odchudzanie dźwięku resztą zestawu – przekłada się na jej łatwość w finalnym ustaleniu brzmienia. Ja za sprawą grającego gęsto i wyraziście w kwestii krawędzi Dynavectora uzyskałem świetne połączenie krągłości i blasku dźwięku, co sprawiało, że każdy rodzaj muzyki brzmiał dobrze, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze. Czy zatem to jest propozycja dla każdego? Z wyjątkiem jednej grupy osobników kochających muzykę naturalnie tak. Kogo mam na myśli pisząc o potencjalnych oponentach? Chodzi o ortodoksyjnych audiofilów rozdrabniających przysłowiowy włos na czworo. Na to Bułgar nawet z ostro grającym rylcem nie pójdzie. Owszem, pokaże iskrę i szybkość, jednak wszystko doprawi odpowiednią wagą. Niestety kaleczyć muzyki nie pozwoli. Nie po to jest miękko zwieszonym mass-loaderem.

Jacek Pazio

Opinia 2

Początkowo w ramach przedstawienia naszego dzisiejszego bohatera chciałem zacząć od klasycznego „do trzech razy sztuka”, gdyż przynajmniej tak mi się wydawało, że właśnie dwa razy mieliśmy z nim kontakt wcześniej i finalnie dopiero trzecie podejście zaowocowało pojawieniem się wiadomego „czegoś” w naszych skromnych progach. I dobrze, tknięty podprogowym przeczuciem, że tego nie napisałem, bowiem jedynie potwierdziłbym postępującą sklerozę. A tak, robiąc użytek z wyszukiwarki okazało się, iż wokół gramofonu Thrax Yatrus, bo to nad nim w ramach niniejszej epistoły się pochylimy, krążymy od bagatela niemalże … sześciu lat, czyli od Audio Video Show 2018. Jak się z pewnością Państwo domyślacie w tzw. międzyczasie mieliśmy z nim również kontakt podczas kolejnych stołecznych AVS-ów w 2019, 2022, 2023, jak i monachijskich High Endów 2019, 2022, 2023, czyli widywaliśmy się na tyle regularnie by wystarczająco się na siebie napatrzeć, opatrzeć, czy wręcz zobojętnieć. Skoro jednak czytacie Państwo te słowa, to znak, że nic nawet zbliżonego do obojętności nas nie dotknęło a jedynie utwierdziło w słuszności pozyskania owego osobnika na przeprowadzone już w kontrolowanych warunkach, do których wystawowym szalenie daleko, testy. I do takowych, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – katowickiego RCM-u, koniec końców doszło.

Doprawdy nie wiem o co chodzi z tym pocienianiem i odchudzaniem wszystkiego co się da, bo po slim-fitowych (oczywiście z lekkim przymrużeniem oka) Dream Petit-ach również i gramofon Thraxa wręcz idealnie wpisuje się w powyższe trendy. Nie da się bowiem ukryć, że Yatrus, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jest zaskakująco niskoprofilową konstrukcją i to zaskakuje tym bardziej, że mamy do czynienia z „klasycznym” direct drivem, czyli modelem o napędzie bezpośrednim, więc gdzieś, w tej cienkiej jak opłatek plincie silnik trzeba było ukryć. Jak się jednak okazuje cała sztuka maskowania realnej wysokości wynoszącej całkiem standardowe 10 cm opiera się na wielowarstwowości szalenie przemyślanego projektu plastycznego. Jeśli tylko dobrze przyjrzycie się Państwo zarówno naszej relacji z procesu unboxingu, jak i powyższym zdjęciom, to odkryjecie, iż Yatrus składa się z uzbrojonej w trzy antywibracyjne nóżki plinty o grubości 20 mm (biegnące wokół nacięcie imituje jej kanapkową budowę), na której posadowiono trójramienne subchassis o dokładnie takiej samej grubości z centralnie umieszczonym silnikiem, oraz dość cienki, lecz tym razem rzeczywiście warstwowy (dolna część jest aluminiowa, górna z POM-u a na niej naklejono jeszcze gumową „slipmatę”) talerz. Głównym budulcem jest oczywiście aluminium, którego to obróbkę stojący za ww. projektem Rumen Artarski już lata temu opanował do perfekcji. Jeśli chodzi o obsługę to jest ona bajecznie prosta i intuicyjna, bowiem zarówno włączenia/wyłączenia, jak i wyboru stosownych obrotów dokonujemy usytuowanym w lewym tylnym narożniku, uzbrojonym w niewielki wyświetlacz pokrętłem.
Z kolei dedykowane 9” ramię, to już sprawka Franka Schrödera, choć jego (ramienia, nie Franka ;-) ) produkcja odbywa się w fabryce Thraxa w Sofii. Nie wdając się zbytnio w szczegóły wspomnę tylko, że zbudowano je z włókna węglowego i aluminium. Zawieszenie ma budowę krzyżową i posiada ceramiczne łożyskowanie z magnetycznym tłumieniem drgań.
Dostarczony na testy egzemplarz został uzbrojony przez nas w dyżurną, popularną i zarazem przystępną cenowo wkładkę Dynavector DV 20X2H a w trakcie testów w roli docisku wykorzystywaliśmy korygujący niecentryczność płyt DS Audio ES-001.

Przechodząc do opisu walorów sonicznych „szlifierki” Thraxa pozwolę sobie już na wstępie rozczarować wszystkich tych, którzy bazując li tylko na jego niezaprzeczalnie współczesnej, żeby nie powiedzieć futurystycznej, aparycji niejako z góry założyli, że takiż też będzie jego sznyt grania. Czyli może nie tyle kliniczny, co dość techniczny i daleki od stricte analogowych stereotypów. Tymczasem Yatrus oferuje zaskakująco dostojne, gęste i będące kwintesencją muzykalności brzmienie wypadając pod tym względem nieraz bardziej klasycznie od swojej „kanonicznie skrzynkowej” konkurencji. Zdziwieni? Jeśli tak, to znak, że nigdy, choćby przelotnie i niezobowiązująco nie dane było Państwu rzucić uchem nie tylko na naszego gościa, co na którekolwiek z urządzeń sygnowanych przez bułgarska markę, gdyż w całym jej portfolio ultra-nowoczesny, oparty na odmienianym przez wszystkie przypadki aluminium design idzie w parze z wyrafinowaną muzykalnością i koherencją przekazu. I tak też jest również tym razem. Nie ukrywam, że taki sposób prezentacji skłania bardziej do delektowania się posiadaną płytoteką w ujęciu melomańskim aniżeli audiofilskim, ale po pierwsze nikt nie broni posiadaczowi tytułowego gramofonu zaopatrzyć się w jakiś stawiający na analityczny aspekt reprodukcji „rylec” a po drugie taka jest wyznawana przez Rumena szkoła grania i też nikt nikogo siłą do niej nie ciągnie. Mamy zatem budowanie spektaklu na absolutnie czarnym tle, gdzie próżno szukać wydawać by się mogło obowiązkowego „smażenia” czy też szumu „starej płyty”. Dzięki temu nawet dalekie od referencji tłoczenia w stylu ścieżki dźwiękowej do „Wiedźmina” autorstwa Grzegorza Ciechowskiego zyskiwały na spójności i wysyceniu. Jednak owe uspójnienie nie polegało na oblaniu całości gęstym syropem i uśrednieniu przekazu a jedynie eliminację wspomnianych przed chwilą pasożytniczych artefaktów przez co prezentacja nawet cichych, czy wręcz niezauważalnych, pomijalnych wcześniej dźwięków zyskała na komunikatywności, czyli de facto również rozdzielczości. Podobny progres odnotowałem na już natywnie, z założenia mrocznym i obfitującym w iście infradźwiękowe pomruki „AFR AI D” Mariusza Dudy, gdzie owe perfekcyjne zaczernienie tła sprawiło, że definicja najniższych składowych była bardziej nie tyle ostrzejsza, bo to nie o ostrość kreślonych konturów chodzi a raczej bardziej precyzyjna. Różnica może pozornie niewielka i czysto semantyczna, lecz w życiu codziennym aż nazbyt oczywista, gdyż Thrax jest niejako przeciwieństwem wyostrzania krawędzi i sztucznego podbijania dynamiki obrazowania w stylu automatycznych HDR-ów. Tutaj wszystko ma w pełni naturalne, organiczne i co tu dużo mówić po prostu analogowe podłoże, więc wspomniany progres w domenie rozdzielczości przypomina bardziej oczyszczanie powietrza z dotychczasowego smogu i zakładanie okularów korekcyjnych po latach mrużenia oczu i prób bądź to przybliżania, bądź oddalania czytanego tekstu.
Czy owe, wspomniane wcześniej dostojeństwo i wyrafinowanie połączone z czernią tła w jakikolwiek sposób wyklucza z repertuaru gatunki muzyczne niejako z założenia oparte na szorstkości czy wręcz brudzie? Okazuje się, że absolutnie nie i co ciekawe to właśnie one stają się największymi beneficjentami obecności Thraxa w naszym systemie. Przykładowo zarówno mający dla znawców tematu black-metalowe korzenie awangardowy, pełen połamanych rytmów i progresywnej złożoności „Das Seelenbrechen” Ihsahn, jak i klasycznie heavy-metalowy „Accident of Birth” Bruce’a Dickinsona dostały potężnego kopa energii. I wcale nie chodzi w tym momencie o jakieś sztuczne wyolbrzymianie, czy też gigantomanię w pompowaniu źródeł pozornych, lecz uwolnienie drzemiącego w nich potencjału energetycznego. Skoro bowiem szum tła został sprowadzony praktycznie do zera, tło zostało kompletnie zaczernione, to logicznym jest, że nawet najcichszy akord słychać lepiej a potężne riffy, bądź uderzenie stopy ma impet apokaliptycznej nawałnicy. W dodatku garażowy brud i ziarnistość czy to warstwy wokalnej (vide growl Vegarda Sverre’a Tveitana), czy instrumentalnej nie rani uszu a jedynie jest czytelnym i oczywistym środkiem artystycznego wyrazu i natywną składową konkretnych partii stanowiących integralną część koherentnej całości.

Idąc po linii najmniejszego oporu mógłbym napisać, że Thrax Yatrus to gramofon wręcz wymarzony dla każdego analogowo zorientowanego melomana. I byłoby w tym zarówno sporo prawdy, jak i jeszcze więcej uproszczeń oraz zakładam, że nie dla wszystkich zrozumiałych skrótów myślowych. Przyjęło się bowiem uważać, iż melomani delektują się muzyką niezależnie od jej jakości co śmiem twierdzić w znacznej części jest tak dla nich , jak i bułgarskiego gramofonu krzywdzące. O ile bowiem muzyka czy jak kto woli muzykalność jest jego jedną z wielu zalet, to Yatrus nie zapomina również o rozdzielczości, wglądzie w strukturę nagrań i bogactwie audiofilskich smaczków.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: RCM
Producent: Thrax
Ceny
Thrax Yatrus: 15 000€
Schröder CB tonearm 9: 5 850€
Dynavector DV 20X2H: 4 700 PLN

Dane techniczne
Thrax Yatrus
Napęd: Bezpośredni
Obroty: 33/45/78 RPM
Odległość montażu ramienia: 222mm +/- 20
Zasilacz:24V
Max. pobór mocy: 36W
Wymiary (S x G x W): 450 x 400 x 100mm
Waga: 24kg

Schröder CB tonearm 9
Type: CB
Długość ramienia: 9″
Długość efektywna: 239.3 mm
Odległość montażowa: 222.0 mm
Wysięg: 17.3 mm
Kąt prowadzenia ramienia: 23°
Masa efektywna z dołączoną płytą montażową wkładki: 14 g
Masa efektywna z opcjonalną ciężką płytą montażową dedykowaną ciężkim wkładkom: 19 g
Masa efektywna z opcjonalną ciężką płytą montażową dedykowaną ultra-lekkim wkładkom: 12.5g
Materiał z jakiego wykonano ramię: Włókno węglowe
Otwór montażowy: 24-25 mm z pojedynczym otworem gwintowanym M6
Tarcie hybrydowego łożyska ceramicznego: > 2mg pionowo, > 3.5mg poziomo
Odległość między powierzchnią montażową a poziomem talerza: 25-60mm, optymalne ~30-35mm
Regulacja: VTF, VTA, wysięg, Offset angle, Azimuth, Anti-skating
Wewnętrzne okablowanie: Poddane obróbce kriogenicznej, niskostratne okablowanie miedziane o wysokiej czystości. Pojedynczy przewód od zacisków wkładki do gniazd RCA. Długość 1 m od ramienia do gniazd RCA. (dodatkowe długości dostępne na życzenie)
Podwójna przeciwwaga: Dolną przeciwwagę można wymienić na opcjonalny lżejszy lub cięższy cylinder, co pozwala na zwiększenie/zmniejszenie całkowitej masy przeciwwagi bez zmiany ogólnego rozkładu masy ramienia. Ustawienie podstawowej częstotliwości rezonansowej wkładu ramienia na 8-12 Hz zapewnia optymalną wydajność systemu.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Do peletonu skandynawskich high-endowych cyfrówek, których co tu dużo mówić ostatnimi czasy mamy w bród  dołącza szwedzka Jorma USB Reference.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Stealth Audio Dream Petite V16-T

Opinia 1

Wygląda na to, że po latach udowadniania całemu światu, że jak coś ma być największe, to obowiązkowo powinno posiadać etykietkę „Made in USA”, również i za wielką wodą ktoś odkrył mrożące krew w żyłach zjawisko downsizingu. Tak, tak, świat jaki znaliśmy do tej pory po prostu się kończy. Nie dość, że kultowy Mustang oferowany jest z w niemalże małolitrażowej 2,3l wersji EcoBoost (jakby komuś klasyczne 4951 cm³ przeszkadzało), to jeszcze do portfolio Forda trafił elektryczny koszmarek Mach-E. Jak się jednak Państwo domyślacie nie będziemy zbytnio skupiali się na branży motoryzacyjnej, lecz na naszym od lat pielęgnowanym ogródku, gdzie wielkie A-klasowe piece ustępują miejsca D-klasowym naleśnikom a potężne kolumny miłym oczom dekoratorów wnętrz „słupkom” okazjonalnie wspomaganym subwoferem. O ile jednak trafienie pełnowymiarowych komponentów pod topór pocieniania i odchudzania można było przewidzieć, to już kable wydawały się dość bezpieczną niszą. Jak się jednak miało okazać płonne to były nadzieje, czego nader namacalnym dowodem jest sprawca dzisiejszego zamieszania, czyli dostarczony przez łódzki Audiofast przewód głośnikowy Stealth Audio Dream Petite V16-T będący de facto pocienioną o ¼ wersją topowego, pełnowymiarowego Dream-a.

Pół żartem, pół serio nie ma jednak co rozpaczać, bo i przysłowiowe ¾ potrafi znacząco poprawić samopoczucie, szczególnie gdy tylko jeden z zainteresowanych ma być … konsumentem. Ja jednak nie o tym, bo nie czas na heheszki. W końcu, jak na Stealth Audio przystało nadal operujemy na pułapie może nie ekstremalnego, ale czego by nie mówić pełnokrwistego High-Endu, bo co jak co, ale 50kPLN za zestaw dwuipółmetrowych głośnikowców to jednak pułap, gdzie żarty już dawno się skończyły a rozmowy prowadzą poważni i wytrawni gracze. Dlatego pozwolicie Państwo, że jednak przejdę do konkretów a te, jak mam nadzieję widać na powyższych zdjęciach są wielce atrakcyjne. Nie dość bowiem, że mamy do czynienia z zauważalnie absorbującymi gabarytowo „linami okrętowymi”, to jeszcze dominuje w nich opalizująca biel przeplatana złotymi żyłami a całość misternie otulono ażurową siateczką, więc o ile tylko nie gustujemy w minimalistyczno – prosektoryjnej estetyce wystroju wnętrz, białych marmurach i tym podobnych klimatach, to śmiem twierdzić, iż „małe marzenia” nie mają szans na wtopienie się okoliczności przyrody w jakich przyjdzie im egzystować. Niemniej jednak, dzięki oczywistym analogiom zarówno z umaszczeniem goszczących u nas jakiś czas temu interkonektów Śakra v.16 XLR, jak i geometrią splotu cyfrowej Octavy AES/EBU nie sposób odmówić im elegancji i wzorowej jakości wykonania. Za oko łapią również nader udanie kontrastujące z bielą przebiegów carbonowe splittery, korpusy wtyków (w dostarczonej parce były to zaskakująco poręczne widły, ale dostępne są również banany) oraz zarezerwowane dla opcji „T” tuleje tuningowe, znane z zasilającego Dream 20-20.
Jeśli chodzi o technikalia, to SDP (Stealth Dream Petite) V16-T ma dość ciekawą budowę, gdyż choć patrząc na jego przekrój można mówić o pewnej wariacji nt. koncentryczności, to wewnętrzny rdzeń stanowi jedynie siedem wiązek para-próżniowych, czyli de facto elastycznych przewodów wypełnionych helem, a dopiero wokół nich poprowadzono właściwe przebiegi sygnałowe. I tak, mamy tam cztery „przekładki” i dwanaście wiązek sygnałowych o średnicy 6mm w bezrezonansowej, rozproszonej konfiguracji LITZ, z których na każdą składa się osiem przewodów solid core – po cztery z miedzi o czystości 99,99% i 99,997% srebra a zarówno srebrne, jak i miedziane żyły występują w dwóch różnych grubościach.

Przechodząc do sekcji poświęconej brzmieniu od razu pozwolę sobie zaznaczyć, iż pomimo dość słusznych (z racji wspomnianego downsizingu, z premedytacją nie piszę o typowo amerykańskiej rozmiarówce) przekrojów i równie zauważalnej wagi Stealthy nie tylko dość bezproblemowo dają się układać, bezwładnie zalegając na podłodze/podstawkach, co oferują zaskakująco mało siłowe i nastawione na spektakularność walory soniczne. Idą więc poniekąd drogą Śakry jednak co nieco przemycają również z własnej sygnatury. Jest to bowiem granie niezwykle przestrzenne, lecz dalekie od jakichkolwiek oznak anemicznej lekkości, czy anorektycznego odchudzenia, gdyż tak dynamika, jak i bas są serwowane z właściwą intensywnością i idealnie dobranymi proporcjami a owa przestrzenność wynika jedynie z kreowania poszczególnych planów nie przed a za linią głośników. Dlatego też pierwsze chwile z SDP mogą zawieść oczekiwania tych, którzy liczą na efekt Wow i przysłowiowy szok poznawczy wynikający z usadawiania się nam na kolanach co bardziej atrakcyjnych szansonistek. Warto jednak mieć świadomość, że tytułowe przewody nie bazują na krótkotrwałej ekscytacji, która zazwyczaj nie jest najlepszym doradcą i potrafi okrutnie zemścić się na łapiących się na takie haczyki nabywcach. Niby zwykło się mówić, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i Stealthy na tle bardziej wyczynowej konkurencji mogą niczym specjalnym w takim, kilkuminutowym sparringu za ucho nie złapać, lecz im dłużej się ich słucha, tym bardziej się właśnie tę liniowość, zrównoważenie, dojrzałość i wyrafinowanie docenia. Nie oznacza to jednak emocjonalnego zdystansowania i energetycznej zachowawczości gdyż na melodyjnie heavymetalowym i wzbogaconym progresywnymi zawijasami „Heaven and Beyond” Knight Area gitarowym riffom nie brakuje nie tylko mocy, lecz i słodyczy a scena wcale nie przybiera postaci monolitycznej i majaczącej na horyzoncie ściany, gdzie gradacja planów operuje na przestrzeni kilku centymetrów, tylko ma właściwą owej progresywnej złożoności głębię i jak już zdążyłem wspomnieć kreślenie planów rozpoczyna nie przed a tuż za kolumnami. Jednak jeśli chodzi o złożoność, to V16-ki rozwijają skrzydła na zdecydowanie bardziej wyrafinowanym repertuarze. I wcale nie oznacza to, że trzeba wgryzać się we współczechę, bądź zakręcone jak baranie rogi free, gdyż nawet około-jazzowa ścieżka dźwiękowa do „Cowboy Bebop” Seatbelts pokaże o co tak naprawdę amerykańskim drutom chodzi. A chodzi o to, by dostarczyć maksymalnie kompletny zestaw informacji w nad wyraz koherentnej a zarazem rozdzielczej formie. Nie ma zatem co liczyć na sztuczne pompowanie źródeł pozornych i wgniatający w fotel basowy podmuch, gdy mikrofony zbierają jedynie barokowe plumkanie w stylu „TARTINI Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen. Wystarczy jednak sięgnąć po „Khmer” Nilsa Pettera Molvær, by przekonać się, że jeśli tylko w materiale źródłowym odpowiednie, infradźwiękowe tąpnięcie się znajdzie, to z pomocą tytułowych przewodów nie tylko usłyszymy je, ale i poczujemy z pełną mocą. Mamy przy tym gwarancję doświadczenia nie tylko samej mocy, poznania faktury i konsystencji samego dźwięku, lecz również przedstawione nam zostaną współrzędne i gabaryt ich źródła a więc instrumentu ją generującego. Oczywiście o ile tylko takowy w naturze istnieje, bowiem przy czysto syntetycznych wytworach ostatnia z wymienionych cech będzie czysto umowna. Aby jednak owo uderzenie nastąpiło musi zostać spełniony warunek jego zaistnienia w reprodukowanym materiale, bo „odchudzone” Dreamy same z siebie niczego nie wyczarują. Niczego również dla siebie nie zatrzymają, więc skoro na „Butterfly” Kari Sál realizator raczył był nieco podkreślić sybilanty i pozwolić górze od czasu do czasu poszeleścić, to z 16-kami w torze zostaniemy o tym fakcie poinformowani. Jednak nie na zasadzie piętnowania, czy dodatkowego podkreślania a jedynie wierności oryginałowi, ocenę pozostawiając słuchaczowi. I myliłby się ten, kto uznałby ów szczegół za element bądź to ograniczający grono słuchaczy, bądź wręcz eliminujący materiał z przyszłych reprodukcji. Nic z tych rzeczy, po prostu Stealthy trzymają się faktów a dzięki owej wierności i wręcz onieśmielającemu realizmowi pozwalają wejść, wgryźć się w nagranie na poziomie intensywności porównywalnej z uczestnictwem w sesji nagraniowej, bądź (w tym przypadku) kameralnym koncercie. Wspominałem z resztą o tej stricte high-endowej cesze nie raz, więc jedynie pokrótce przypomnę, iż od pewnego, zazwyczaj boleśnie wysoko zawieszonego pułapu granica pomiędzy stanowiącą sól naszego hobby reprodukcją a osobistym uczestnictwem w danym wydarzeniu muzycznym jest na tyle cienka, że fakt materializacji, obecności bądź to samych muzyków w naszych 4 ścianach, bądź nas na widownię / w studiu nagraniowym staje się czymś niemalże oczywistym i namacalnym. Znika umowna „szyba” oddzielająca nas od nich / ich od nas. I właśnie ową granicę Stealthy może nie całkowicie eliminują, co wyraźnie „pocieniają” sprawiając, ze staje się jeszcze bardziej transparentna i tak jak one same w systemie, tak i ona nosi znamiona pomijalności. A z resztą, zwróciliście Państwo uwagę, że jakoś niespecjalnie skupiałem się tym razem na opisach klarowności i dopalenia wokali, bądź warunkach akustycznych w jakich dokonywano poszczególnych nagrań? Jeśli tak, to spieszę z wyjaśnieniem, iż nie wynikało to z mojego lenistwa, bądź roztargnienia, lecz po prostu mijało się z celem i było nie na miejscu, bowiem skoro nadmieniłem, że Dream Petite trzymają się faktów i niczego od siebie nie dodając również nic dla siebie nie zachowują mamy do czynienia z odwzorowaniem 1:1, czyli wierną reprodukcją a nie interpretacją, więc jeśli chodzi o powyższe elementy misternej układanki zwanej muzyką, to proszę zapytania kierować do konkretnych realizatorów dźwięku, czemu wybrali takie a nie inne omikrofonowanie, bądź lokalizację sesji nagraniowej, bo na co, jak na co, ale na to nasze tytułowe przewody wpływu żadnego mieć nie mogły i nie miały.

Śmiało mogę stwierdzić, że Stealth Dream Petite V16-T łączą w sobie cechy precyzyjnego narzędzia, z którego pomocą zdolni będziemy dokonać dogłębnej wiwisekcji materiału muzycznego z niezwykle transparentnym i wyrafinowanym elementem audiofilskiego toru audio nastawionego na przyjemność odbioru. Pokazując wszystko niczego nie ukrywa, lecz i nie piętnuje błędów ich ocenę pozostawiając odbiorcy. Jeśli zatem dążycie Państwo w swej mozolnej drodze do osiągnięcia takiego stopnia realizmu, na którym wspomniana oddzielająca wykonawcę od odbiorcy „szyba” praktycznie nie istnieje, to wybór ww. Stealthów wydaje się nader oczywistym i logicznym posunięciem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak wiadomo, marki kablarskie dzielą się na dwie grupy. Jedną są tak zwani przebieracze gotowców – czytaj kabli z metra ewentualnie dodatkowo wzbogaconych własnymi drobnymi modyfikacjami typu sposób zaplecenia każdej z żył lub dodanie dodatkowych ekranów oraz izolacji, zaś drugą podmioty od podstaw produkujące je samodzielnie, tudzież zamawiające konkretne rozwiązania u podwykonawców według własnej specyfikacji. Naturalnie obie wspomniane grupy są w stanie zaoferować finalnie bardzo dobry efekt soniczny, jednak jestem święcie przekonany, iż dla wielu z nas tak zwany przebieraniec nie wchodzi w grę i chcąc być fair ze swoją życiową karmą szukamy czegoś nietuzinkowego. I jeśli optujecie za tym drugim rozwiązaniem, z przynależącym do drugiej grupy producentem spotkamy się dziś. Jakim? Otóż po testach dwóch wersji kabla sygnałowego i jednego sieciowego dla odmiany będziemy mieli okazję zderzyć się z głośnikowym. A będzie nim dystrybuowany przez łódzki Audiofast amerykański Stealth Audio Dream Petite V16-T.

Tytułowe okablowanie Petite zajmuje 3 miejsce w najwyższej serii Dream marki Stealth Audio. Jednak owa pozycja w żaden sposób nie deprecjonuje poziomu jego zaawansowania technicznego. Co prawda może pochwalić się mniejszą średnicą w stosunku do flagowca, jednak to nadal bardzo skomplikowany projekt. Dla zainteresowanych istotną informacją jest, że mimo, iż każdy z przebiegów dla lewej i prawej kolumny osiąga niezobowiązującą rozmiarowo średnicę ok.32 mm, wewnątrz znajduje się 12 wiązek przewodów sygnałowych 4 bloki po 3 w każdej grupie, przedzielonych okrągłymi piankowymi przekładkami. Każda z 6mm żył składa się z ośmiu indywidualnie izolowanych drutów ze stałym rdzeniem w antyrezonansowej, rozproszonej konfiguracji LITZ. W skład każdego z nich wchodzą dwa różnej grubości przebiegi miedzi (99,99%) i srebra (99,997%) typu solid-core. A to nie koniec istotnych technikaliów, bowiem tak zbudowane przekaźniki sygnału okalają wielordzeniowy, elastyczny, wypełniony Helem rdzeń. To brzmi trochę skomplikowanie, jednak gdyby ktoś chciał poznać dokładnie, jak to wygląda, na stronie dystrybutora znajdziecie stosowny poglądowy przekrój tytułowej konstrukcji. Kończąc ten akapit dość istotną informacją jest jeszcze fakt, że mimo wykorzystana w trzewiach kabli tylu patentów i użycia drutów typu solid-core dość łatwo dają się formować w zaszafkowej przestrzeni. Być może dla wielu to banał, jednak nie raz słyszałem od znajomych, iż sztywność kabla to zmora konfiguracyjna. Tymczasem tutaj temat jest pomijalny. Na koniec ciekawostka w postaci dostarczenia do redakcji wersji kabla z pierścieniem tuningującym brzmienie kabla w zależności usadowienia na jego przebiegu. Robimy to na słuch. I choć proces wymaga najpierw osłuchania się z kablem, a potem mozolnego przesuwania obrączki po jego obwodzie dla uzyskania idealnego brzmienia systemu, gra jest warta świeczki.

Co charakteryzuje brzmieniowo naszego bohatera? Po pierwsze serwuje bardzo dobry pakiet energii. Po drugie robi to w zwarty, unikający nadmiernej otyłości, a przez to uśredniania estetyki ataku sposób. A po trzecie całość prezentacji okraszona jest plastycznymi, acz dźwięcznymi, w końcowym rozliczeniu znakomicie współgrającymi z resztą zakresów wysokimi tonami. Czyli reasumując, aplikacja Petite V16 daje muzyce odpowiedniego kopa, a przy tym nie sprawia poczucia jej nadwagi i ospałości. A to wbrew pozorom jest bardzo istotne, gdyż mimo, że przekroczenie dobrego smaku w tej kwestii na krótką metę może się czasem nawet podobać – pozornie jest muzykalnie i soczyście, to w długoterminowym rozrachunku z pewnością zacznie sprawiać wrażenie znudzenia. Owszem, muzyka powinna nas czarować esencjonalnością i uderzeniem dobrego body, a przez to oczekiwaną namacalnością, tylko to musi być odpowiednio wyważone, I taki stan prezentował nasz punkt zapalny spotkania. Skąd to wiem? Otóż mimo grania mojego zestawu w takiej estetyce już przed aplikacją Amerykanina, po jego zastosowaniu zanotowałem jedynie fajne podkręcenie lubianych aspektów jego brzmienia, a nie przesunięcie odbioru w stronę nadmiernego syropu. Jakie aspekty? Takim najbardziej istotnym było zwiększenie udziału pełnego informacji środka pasma, co sprawiało, że bardzo zyskiwały na tym brylujące w niej źródła pozorne. Czy to gitary w muzyce rockowej, wokaliza nie tylko jazzowa, ale również barokowa wraz z wszelkim biorącym udział w danym projekcie instrumentarium, a nawet modulacje w twórczości elektronicznej, wszystkie te składowe danego wydarzenia scenicznego swą nieco mocniejszą ekspresją powodowały uczucie dosadniejszej obecności w moim pokoju. A co najważniejsze, podkręcenie kwestii średnicy dzięki dobrej kontroli najniższego pasma oprócz fajnego przysunięcia o pół kroku do przodu linii kreowania nadal szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny, nie powodowało żadnych szkód w domenie szybkości zmian tempa następujących po sobie fraz muzycznych, co jest szalenie istotne nawet w elektronice. Ogólnie testowo skonfigurowane brzmienie systemu było nieco cięższe i minimalnie mniej doświetlone w najwyższych rejestrach od mojego codziennego wzorca, ale suma summarum jego esencjonalny drive połączony z niby mniej błyszczącą, ale nadal bardzo rozdzielczą, czyli pełną informacji ogólną prezentacją dosłownie po kilku minutach akomodacji powodowały bezproblemową akceptację takiego stanu rzeczy. Od dołu, przez środek, aż po górę całość brzmiała jakby bardziej plastycznie, ale zawsze z oddaniem najdrobniejszych niuansów szerokiego repertuaru. Zazwyczaj jakakolwiek, nawet pozorna, bo będąca firmowym sposobem na pokazanie innej strony muzyki utrata blasku powoduje u mnie efekt odczuwania efektu kotarki, jednak w tym przypadku było całkowicie inaczej. Jaka była przyczyna takiego odbioru? Do końca nie wiem, jednak tak na szybko uniknięcie wspomnianego syndromu w pozytywnym tego słowa znaczeniu zwalam na karb utrzymania rozdzielczości w dolnym i środkowym zakresie. Było mocno i gęsto, jednak zarazem żywo, co bez problemu przekładało się na co prawda w ciemniejszym wydaniu, ale nadal dobrą witalność dźwięku, a ta na pokazanie zawartej w nim ekspresji. A jeśli system nie wiał nudą, chyba pewne jest, że bez problemu dotarłem do emocjonalnego sedna każdego słuchanego materiału. I nie było znaczenia, czy to rockowy bunt, czy sakralne pieśni, gdyż wspomniana radość prezentacji utrzymywała odpowiedni poziom wymowności każdego z ich. Pierwszy cały czas znakomicie stawiał na szaleństwo, zaś drugi nam melancholię i to przez cały proces testowy ze znakomitym raz podkręcaniem, a raz tonowaniem emocji. Żadnego siłowego przerysowania lub zbytniego umilania, tylko punktowe cyzelowanie odpowiednich bodźców w zależności od materiału. A przypominam, było gęściej niż mam na co dzień, a mimo na swój sposób ciekawie, żeby nie powiedzieć, iż mimo nieco innego poziomu światła na wirtualnej scenie tak jak lubię. Bo tak naprawdę najważniejszym w naszej zabawie nie jest sposób w jaki muzyka do nas dociera, gdyż to są tylko nasze pozornie wyimaginowane potrzeby, tylko jakie pokłady emocji wywołuje. A zestaw z opisywanym kablem głośnikowym w moim odczuciu w tej kwestii nie szczędził mi pozytywnych doznań.

W jakich systemach widziałbym tytułowy przewód głośnikowy? Z pewnością wszędzie tam, gdzie nie została przekroczona tak zwana masa krytyczna prezentacji. Nasz bohater w każdym przypadku tchnie w przekaz nieco większy entuzjazm w domenie energii, ale nie sprowadzi go na manowce typu nadwaga lub uśrednienie wizualizacji muzyki. Owszem, odbiór sonicznych bodźców będzie bardziej werbalny, ale najczęściej tylko wówczas, gdy będzie wymagał tego materiał. Zatem jeśli szukacie zastrzyku umiejętnie dozowanej masy w środkowym paśmie – czytaj z odpowiednim oddaniem zawartych w niej informacji, okablowanie kolumnowe Stealth Audio Dream Petite V16-T jest idealnym kandydatem do prób na własnym podwórku. Wzmocni puls muzyki, jednak bez popadania w nadinterpretację tego aspektu, co ewidentnie udowodnił jego mariaż z moim, już samym w sobie soczystym zestawem.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Stealth Audio
Cena: 41 860 PLN / 2 x 2m; + 11 090 PLN / dodatkowe 0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po zamieszaniu jakie wywołała wizyta Super10-ki przyszła pora na jej mniejsze rodzeństwo. Jednak żeby było ciekawiej tym razem oprócz dopieszczenia switcha Silent Angel Bonn N8 pod nóż (dosłownie) trafił również jeden z naszych redakcyjnych … Lumïnów U2 Mini.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Canton Reference GS Edition

Opinia 1

Myślę, iż tytułowego niemieckiego specjalisty o zespołów głośnikowych Canton Elektronik GmbH chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. I nie dlatego, że to podmiot z sąsiedniego landu, tylko nie ma co się oszukiwać, oferta z tej stajni w szeregach kochających muzykę melomanów ze średniej półki cenowej jest jedną z najważniejszych pośród konstrukcji tak zwanego pierwszego wyboru. Powód? Pierwszym jest wysokiej jakości wykonanie. Zaś drugim będąca feedbackiem technicznej wiedzy zespołu konstruktorskiego jakość grania wypuszczonych pod ich egidą kolumn. W teorii sytuacja wręcz idealna. Coś konstruujemy, dobrze się sprzedaje, czyli wystarczy zwyczajnie odcinać kupony. Ale taka polityka Cantona nie zadowala. O co chodzi? Już zdradzam. Otóż mając za sobą wspomnianą, jakże bogatą w sukcesy historię trwania na rynku mocodawcy rzeczonej marki postanowili powołać do życia model flagowy. Jednak nie jako podniesienie jakościowego prestiżu będącej w ofercie konstrukcji, tylko zbudowanie modelu w dotychczas raczej unikanych przez nich rejonach jakościowych, a co za tym idzie również cenowych. Takim to sposobem dzięki niebagatelnemu wysiłkowi logistycznemu warszawskiego Horn-a w redakcyjnym OPOS-ie pojawiły się monstrualne jak na markę, do tego drogie i co chyba najistotniejsze, wyprzedając nieco fakty, zjawiskowo grające kolumny z segmentu High End Canton Reference GS Edition.

Jak sugerują fotografie, nasze bohaterki są nie tylko pokaźne gabarytowo, ale również atrakcyjne wizualnie. I całe szczęście, że są przyjazne dla oka, gdyż owa aparycja pozwala delikatnie zminimalizować słuszną wysokość na poziomie 163 cm i szerokość frontu 46 cm o głębokości 72 cm nie wspominając. A udało się to dzięki wykonaniu obłej obudowy z łukowato zbiegającymi się od frontu ku tyłowi ściankami bocznymi i otuleniu boków dodatkowymi, kontrastującymi z matowym grafitem skrzynek, okleinowanymi orzechowym fornirem płaszczami. Być może zdjęcia tego nie oddają, ale zapewniam, dzięki zabiegowi zastosowania dodatkowych połaci na bokach oprócz większej stabilności obudowy zyskał jej wygląd. Jeśli chodzi o kilka informacji stricte technicznych, w przypadku tego modelu mamy do czynienia z ważącą bagatela 155 kg / szt. konstrukcją 3-drożną na bazie czterech głośników basowych (218 mm) – trzy na dole i jeden na górze pod opadającą górną połacią kolumny, jednego średniotonowca (174 mm) i pierwszy raz zastosowanej kopułki diamentowej DCC (25 mm). Co wydaje się być ciekawym, to fakt istnienia w każdym przypadku pewnego rodzaju wymuszonego krągłościami bryły falowodu wokół każdego przetwornika, co finalnie znakomicie przekładało się na wyniki brzmieniowe naszych bohaterek. Jak można się spodziewać, w celach stabilizacji te dwie wielkie wieże posadowiono na również owalnych podstawach, nad którymi za sprawą prześwitu pomiędzy nimi, a dolną częścią obudowy z wylotami do przodu i tyłu zostały zrealizowane porty bass-reflex. Jeśli chodzi o wieńczący tył kolumn panel, ten został wykonany z aluminium i poza skrywaniem zaawansowanych zwrotnic, oprócz zastosowanych zacisków WBT w dolnej części wraz z firmowymi zworkami, na trzech wysokościach oferuje nabywcy dodatkowe dostrajanie pracy każdej z sekcji (dla każdego pasma osobna w zakresie +/- 1.5 dB) za pomocą odpowiednio przykręcanych zworek. Jak wynika z opisu, od wyglądu, przez zastosowanie odpowiedniej technologii i wyszukanych półproduktów, po osiągi soniczne, wszystko zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. A jak grało?

Odpowiadając na zadane pytanie bez kozery powiem, że w najśmielszych snach nie spodziewałem się aż tak wyrafinowanego dźwięku. Dostojnego i co bardzo ważne na tym poziomie cenowym, równego od samego dołu, przez środek, po górne rejestry. Z niskim zejściem, nasyconym, acz pełnym informacji centrum pasma i jako wisienka na torcie dźwięcznymi, z uwagi na wykorzystanie głośnika diamentowego, zarezerwowanymi jedynie dla najlepszych wysokimi tonami. Znając zaplecze techniczne Cantona gdzieś podskórnie czułem, iż ta konstrukcja może zaoferować fajny dźwięk, ale to było coś na zasadzie wygranej w Totka. Już pierwsze dźwięki spowodowały moje pozytywne osłupienie, a im dalej w las tym było tylko lepiej. A lepiej dlatego, że do naszej redakcji kolumny trafiły prosto od producenta, co oznaczało mozolne wygrzewanie. Jednak co innego wygrzewanie czegoś na początku grającego średnio, a co innego czegoś, co gra w mojej estetyce nie tylko osadzenia w masie, barwie i energii, ale również z wysoką jakością. Tak, tak jakością, której może pozazdrościć wiele konkurencyjnych a przy tym po wielokroć droższych konstrukcji. To zaś sprawiło, że jak rzadko kiedy cały proces testowy był bezkrytycznym napawaniem się muzyką nie tylko od pierwszych minut, ale również dosłownie każdym rodzajem muzyki. Taką sytuację umożliwiał dobrze skrojony w domenie wagi i energii, a przy tym rozdzielczy przekaz, który dolnym zakresem dawał oparcie muzyce rockowej, natomiast za sprawą swobodnie poruszającego się po meandrach informacyjności przekazu średniego zakresu nie zabijał lotności i oddechu w wykonaniach jazzowych oraz barokowych rodem z występów w kubaturach kościelnych. To nieczęste umiejętności, bowiem zazwyczaj jest tak, że gdy jeden rodzaj muzyki zyskuje, inny nieco cierpi. Niby nieznacznie, jednak prawie zawsze. Tymczasem w tym przypadku rozmiar kolumn, a przez to swobodne dostarczanie zwartej energii zdawało się temu przeczyć. W kluczowych momentach Niemki z jednej strony niezauważalnie pozwalały odpowiednio nakarmić gitarowe i perkusyjne popisy grupy AC/DC „Back in Black”, a z drugiej dzięki zachowaniu odpowiedniej szybkości narastania dźwięku wszystko podawały z niezbędną iskrą i kopnięciem. Nic, tylko w dobrym tego słowa znaczeniu masakrować swoje narządy słuchu fajnie doprawioną hard-rockową muzyką, co z uwagi na dorastanie w czasach jej powstawania z premedytacją uczyniłem. Nie inaczej, czyli znakomicie bawiłem się z twórczością z przeciwnego bieguna. Jaz spod znaku braci Oleś „Komeda Ahead”, czy zapisy sesji nagraniowych w klasztorach Jordi Savalla „El Cant de la Sybil.la” wypadły niebezpiecznie blisko poziomu oferowanego przez moje zespoły głośnikowe. W pierwszym przypadku porażała precyzja oddania soczystości i krawędzi każdego instrumentu oraz blask zawieszonych w bezkresnym eterze perkusjonaliów, zaś w drugim oprócz uzyskania znakomitej barwy popisów wokalnych i często wykorzystywanych instrumentów z epoki, zjawiskowo wypadała aura goszczących muzyków wielkogabarytowych budowli. Naturalnie to również był feedback rozmiarów kolumn i operowania niezbędnymi technikaliami sonicznymi, które raz pozwalały tchnąć w dźwięk duże pokłady masy, a innym razem podać go z rozmachem budującym nie tylko szeroką i głęboką, ale również odpowiednio wysoką wirtualna scenę. Nasze bohaterki podobnie do moich pokazały dobitnie, że w pewnych aspektach bez odpowiedniego rozmiaru generatorów dźwięku nie da się pokazać prawdy o muzyce. A przynajmniej nie z takim wynikiem w kwestii wielkości kreowanego obrazu oraz bez najmniejszego poczucia wymuszenia. Gdy raz się tego zazna, ciężko jest potem wrócić do stanu przed doświadczeniem, gdyż zawsze będzie się odczuwać niedosyt. Niedosyt, który notabene był zaczynem do nabycia przeze mnie jeszcze większych od testowanych Canton-ów, również niemieckich kolumn spod znaku Gauder Akustik. To jest jak narkotyk, który z pełną świadomością i co najważniejsze, w pełni zgodnie z prawem unijnym swą prezentacją muzyki serwują opiniowane panny. A trzeba wspomnieć, że na swój sposób bardzo uniwersalne panny, gdyż konstruktorzy w dbałości o potencjalnego klienta zastosowali w nich możliwość dostrojenia danego pasma za pomocą zworek na tylnym panelu do zastanych warunków. Wiem, że to sporo daje, bo podczas wizyty znajomego na jego prośbę sam tego spróbowałem. I może nie uwierzycie, ale gdy dotknąłem jedynie zakresu średnich tonów – dodałem 1.5 dB, w wyniku czego niby niedużo, ale zauważalnie to pasmo stało się bardziej esencjonalne, znaczącej poprawie uległy najniższe rejestry. Zebrały się w sobie rysując wyraźnie lepszą krawędź. Cuda? Nic z tych rzeczy. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że manipulowanie przy jednym zakresie sporo miesza w całym strojeniu, co w tym przypadku w dwójnasób skończyło się sukcesem. Czy w każdym systemie i konfiguracji, to pokaże dane podejście, jednak nie mogłem wspomnieć o z pozoru niewielkim, jednak finalnie bardzo mocno przewartościowującym ogólne postrzeganie brzmienia kolumn dodatku od producenta. Dla mnie to bardzo dobry ruch.

Jak spuentuję powyższy proces testowy? Powiem tak. W przypadku wiedzy na czym polega high-end-owy dźwięk, jedynym, powtarzam jedynym problemem dla tych kolumn może być pochodzenie. Niestety znakiem rozpoznawczym naszych czasów jest metka. Tymczasem to, co oferuje zestaw kolumn Canton Reference GS Edition spokojnie wymyka się możliwościom dogonienia przez sporą grupę starych wyjadaczy z najwyższej ligi. Generowana i co najważniejsze, umiejętnie dozowana energia, w pełni relaksująca swoboda oraz nadający muzyce radości, pozbawiony zniekształceń blask góry są na tak wysokim poziomie, że nasze bohaterki wskakują na moją bardzo krótką listę produktów, które gdybym nie miał obecnego zestawu, zaraz po drugich od góry Klipsch-ach 75 Anniversary (niestety ze zdecydowanie słabszymi wysokimi tonami, ale w połączeniu z dobra lampą również były znakomite) byłyby kandydatem numer dwa do potencjalnego ożenku. Co w moim rankingu łączy konstrukcje tak bardzo różniące się podejściem do tematu projekcji dźwięku? Cóż, patrząc na posiadane przeze mnie zabawki z tak zwanego cenowego sufitu być może to niedorzeczne, ale obie wspomniane pary zespołów głośnikowych na tle szeroko rozumianej konkurencji przy jakości prezentowanego brzmienia kosztują tyle, co przysłowiowe waciki. Tak, w odniesieniu do możliwości to naprawdę są waciki. Na razie jestem wydolny w spełnianiu swojego szaleństwa, ale zawsze trzeba mieć plan awaryjny. I tworzenie takiej listy, na której od dzisiaj znalazła się druga para kolumn, jest właśnie takim planem. Jeśli zatem takie postrzeganie naszych bohaterek do Was nie przemawia, to nie mam więcej nic do dodania.

Jacek Pazio

Opinia 2

Do niedawna żyłem w błogim przekonaniu, że przynajmniej w audio mało rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć. W końcu po blisko ćwierćwieczu w branży człowiek impregnuje się na wszelakiej maści sensacje a wyskakujące jak grzyby po deszczu jednosezonowe byty obserwuje jeśli nie ze znudzeniem, to stoickim spokojem, mając graniczącą z pewnością świadomość, że za rok, góra dwa z ich grona pozostanie jeden, może dwa niedobitki rozpaczliwie łapiące oddech byleby tylko utrzymać się na powierzchni. Jednak patrząc z perspektywy czasu pewien z trendów zwrócił moją nie tylko uwagę, co dość zauważalnie podniósł ciśnienie, bowiem ni stąd ni zowąd marki niekoniecznie kojarzone z High-Endem w owe, stricte ekskluzywne rejony zaczęły się zapuszczać i to nie tylko z ciekawości, co z zamiarem i o dziwo sporymi szansami na uszczknięcie dla siebie kawałka lukratywnego tortu. W tym momencie wystarczy wspomnieć o Rotelu i jego wielce udanej inkarnacji Michi, czy podobnie „trafionej” propozycji Cambridge Audio (Edge NQ & M). O ile jednak w elektronice takie aberracje może i początkowo zaskakiwały, to biorąc pod uwagę zaplecze technologiczne i know-how były do racjonalnego wytłumaczenia. Tymczasem wśród kolumn przez lata śmiało można było mówić o przysłowiowym szklanym suficie, przez który wielu próbowało, niestety bezskutecznie, się przebić. Jednak do czasu i momentu, gdy m.in. Dynaudio, jak i Triangle nie mają tak naprawdę żadnego rozbudzającego rządzę posiadania flagowca, do gry włączyło się … Dali wprowadzając do swego portfolio zjawiskowe Kore i gdy wydawało się, że zgodnie z zasadą mówiącą, że „jedna jaskółka wiosny nie czyni” podczas zeszłorocznego monachijskiego High Endu mą uwagę i przy okazji serce skradły zupełnie niekojarzone z interesującym nas segmentem niemieckie … Canton Reference GS Edition, które wespół z elektroniką AVM dość brutalnie zburzyły mój misternie budowany porządek. Owo zupełnie przypadkowe i zarazem niezobowiązujące spotkanie wywarło na mnie na tyle piorunujące wrażenie, że od razu po powrocie z wojaży zakomunikowałem rodzimemu dystrybutorowi marki – stołecznemu Hornowi, że jeśli tylko parka takowych nad Wisłą wyląduje, to zgłaszamy pełną gotowość przyjęcia ich pod swój dach. A skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, że marzenia czasem się spełniają i tytułowe Cantony koniec końców u nas wylądowały.

Jak już sesja unboxingowa pokazała Canton Reference GS Edition nie należą ani do najmniejszych, ani tym bardziej najlżejszych kolumn, więc zaprzyjaźniona, wykwalifikowana czteroosobowa ekipa, która podjęła się zadania wstawienia ich do naszego OPOS-a nie narzekała na brak wrażeń, tym bardziej, że tytułowe podłogówki, z racji dostarczania jedynie w dość wiotkich kartonach, wymagają transportu w pionie. Czego jednak się nie robi, żeby zaznać rozkoszy w objęciach uroczych Niemek? A tak już zupełnie na serio to 155 kg kolumny o wysokości ponad 160 cm są nad wyraz ambitnym wyzwaniem logistycznym, więc jeśli najdzie kogokolwiek z Państwa na nie ochota lepiej zawczasu odpowiednio się przygotować. Jeśli jednak pokonamy problemy z ich aplikacją w czterech (w przypadku OPOS-a ośmiu) kątach, to naszym oczom ukażą się wielce imponujące obeliski z popielato-czarnymi, satynowymi wsadami otulonymi fornirowanymi naturalnym orzechem i lakierowanymi na wysoki połysk „płaszczami”. I tu miła niespodzianka, gdyż pomimo nader absorbujących gabarytów Cantony dzięki seksownym krągłościom zwężających się ku tyłowi korpusów i schodzącym skosem w tym samym kierunku płytom górnym dalekie są od zwalistości. Ba, śmiało można mówić o pewnej, intrygującej dynamice formy bliższej włoskim mistrzom lutnictwa aniżeli twardo stąpającym po ziemi Niemcom. Czasy jednak się zmieniają a na przykładzie GS-ek widać, że ich wzornictwo dalekie jest od przypadkowości i ktoś nad nimi pochylił się nie tylko pod kątem parametrów fizycznych, lecz również intensywnie łapiącego oko designu. Nie sposób bowiem przejść obojętnie obok tych pyszniących się sześciogłośnikową baterią 500W kolumn. Jak z resztą na powyższych zdjęciach widać Canton bynajmniej nie poszedł w ślady chcącej przypodobać się dekoratorom wnętrz konkurencji i nie próbował niezbyt imponujących średnic przetworników rekompensować ich ilością, więc patrząc od góry mamy pierwszy z kwadry 218 mm wooferów, poniżej 174mm średniotonowiec z membraną BTC, następnie 25 mm diamentowy (!!) tweeter i pozostałą trójkę 218 mm wooferów BCT wspieranych autorskim –„dmuchającym” do dołu i rozpraszanym do przodu i tyłu przez masywny cokół układem bass reflex typu Downfire. Od razu w tym momencie warto wspomnieć, iż ów tajemniczy skrót BTC to de facto aluminium, którego 25 struktury molekularnej zostało przekształcone w strukturę ceramiczną, uszlachetnione wolframem i dodatkowymi cząstkami metalu. Z pewnością wprawne oko dostrzeże, iż wszystkie przetworniki umieszczono w niewielkich falowodach, lecz o ile basowce dopieszczono amorficznie uformowanymi pierścieniami z nisko rezonansowego POM-u, to sekcja wysoko-średniotonowa otrzymała własny szyld i osobną komorę.
Nie mniej intrygująco prezentują się wykonane z masywnych aluminiowych profili ściany tylne na których oprócz podwójnych terminali głośnikowych WBT nextgen z solidnymi zworkami CantoLink 600 (zamawianych w in-akustik-u) znajdziemy zestaw regulatorów autorskiego systemu RC (Room Compensation) umożliwiającego dopasowanie każdej z sekcji w zakresie ± 1,5dB. Jakby tego było mało ukrytą za ww. panelem zwrotnicę zamknięto w dedykowanej komorze, dzięki czemu jest chroniona przed zmianami ciśnienia akustycznego powstającego podczas pracy przetworników.
Obudowy o grubości 81 mm wykonano na 5-osiowych obrabiarkach CNC i dodatkowo wzmocniono nie tylko stosownymi przegrodami, lecz również zewnętrznym 30 mm wielowarstwowym płaszczem pokrytym naturalnym fornirem. W roli wytłumienia posłużono się specjalną włókniną a dokładnie 40 mm warstwą waty z poliwłókna o gęstości 8.75 kg/ m³. Jak już zdążyłem nadmienić na wstępie od strony elektrycznej mamy do czynienia z konstrukcją trójdrożną z częstotliwościami podziału ustalonymi na 160 i 3100 Hz oraz efektywności 89dB przy dość niefrasobliwie deklarowanej impedancji 4 – 8 Ω, co niejako z automatu sugeruje zainteresowanie się nie tylko mocną, ale i wydajną prądowo amplifikacją.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu zapobiegliwie sugeruję zapiąć pasy i mocno trzymać się foteli, bowiem śmiem twierdzić, iż zarówno Państwo nie jesteście, tak jak i my nie byliśmy przygotowani na to, co dobiegło naszych uszu. A dobiegły dźwięki podane w tak wyrafinowany a zarazem bezpośredni i dynamiczny sposób, że w pierwszej chwili zastanawialiśmy się, czy w ferworze walki przy sesji unboxingowej w ogóle Cantony podłączyliśmy, czyli czy przypadkiem dalej nie słuchamy … naszych dyżurnych Gauderów. Jednym słowem „grubo”, choć akurat wtenczas z naszych ust wyrwała się dość popularna partykuła wzmacniająca, której pozwolę sobie jednak nie przytaczać. Po prostu realizm, holografia i rozmach brzmienia Reference GS Edition wymykał się prostej i wydawać by się mogło całkiem logicznej, gdyż skorelowanej z ich ceną ocenie. One po prostu grały zjawiskowo nie na 224 kPLN za parę, nie za dwukrotność ww. kwoty, lecz w skali bezwzględnej, bądź jeśli komuś jakieś ramy i punkt odniesienia są do szczęścia potrzebne, to jedynie przypomnę, iż patrzyliśmy na nie z perspektywy ww. „mrocznych 11-ek” za niemalże „bańkę”, z którymi to tytułowe kolumny nawiązywały całkowicie pozbawioną kompleksów i tremy rywalizację. Cantony po prostu spowodowały zbiorowy opad szczęk i w pełni uzasadnione niedowierzanie powodujące natychmiastową weryfikację ich ceny katalogowej u źródła czy przypadkiem zamiast PLN za oczekiwaną za nie kwotą nie powinien przypadkiem znaleźć się symbol „€”, co i tak stawiałoby je nie tyle w wybitnie korzystnym świetle, co wręcz nosiło znamiona dumpingu. Pomińmy jednak kwestie natury finansowej i skupmy się na dźwięku. W dodatku dźwięku, z którym kontakt dłuższy niż kwadrans oznacza konieczność chirurgicznej interwencji w celu usunięcia z twarzy słuchaczy bądź to zastygłych na nich (twarzach, nie słuchaczach) uśmiechów, bądź pozbierania z podłogi żuchw.
Zacznijmy zatem od początku, czyli od właściwej pełno-pasmowym, a więc dużym konstrukcjom skali a co za tym idzie realizmu serwowanej przez nasze bohaterki prezentacji. I tu zaliczamy pierwsze liczenie po prawym podbródkowym, gdyż zarówno gabaryty i kubatura sceny, jak i obrazowanie umieszczonego na niej aparatu wykonawczego pozbawione są jakiegokolwiek przeskalowania. Począwszy od intymności niewielkich jazzowych składów, jak m.in. „How Long Is Now?” tria Iiro Rantala, Lars Danielsson, Peter Erskine, poprzez rozmach wielkiej symfoniki w stylu „Dziadka do orzechów” w wykonaniu Berliner Philharmoniker pod batutą Sir Simona Rattle’a, na apokaliptycznej kakofonii serwowanej przez chorzowski Hegeroth na „Disintegration” skończywszy za każdym razem dostawaliśmy dokładnie to, co powinniśmy w dokładnie takiej rozmiarówce, jaką znamy, bądź znać powinniśmy, ze świata realnego, czyli z uczestnictwa w wydarzeniach muzycznych na żywo – w roli widzów i słuchaczy. Tutaj nie było za grosz przeskalowywania, dopasowywania do rozstawu kolumn, czy też kubatury lokum w jakim tytułowym kolumnom grać przyszło a jedynie porażająco wierne odwzorowanie 1:1 tego co zarejestrowały mikrofony. Proszę tylko wsłuchać się w przepiękny cover hendrixowskiego „Little Wing” z urzekająco dźwięcznym fortepianem Iiro Rantali, oszczędną perkusją (dyskretnie wybrzmiewające blachy) Petera Erskina i dystyngowanym kontrabasem Danielssona, gdzie pomimo minimalizmu formy wcale nie brak swobody, oddechu i dynamiki. Choć tej ostatniej z wiadomych względów raczej w skali mikro aniżeli makro, co tylko dobrze świadczy o samych kolumnach, które pomimo wręcz nieograniczonych możliwości energetyczno – wolumenowych potrafią utrzymać drzemiące pod maską konie i nie „pompować” źródeł pozornych, bądź niepotrzebnie nie podkręcać tempa w poszukiwaniu taniej sensacji i adrenaliny. Z kolei na wyrafinowanej klasyce Cantony onieśmielają … naturalnością i oczywistością przekazu budując go niejako od podstaw, czyli prezentując aparat wykonawczy przede wszystkim jako precyzyjnie zestrojony ze sobą, skomplikowany, choć koherentny i zespolony nawet nie mechanizm lecz organizm a jednocześnie oferując w pełni oczywisty wgląd w jego tkankę. Jednak najlepsze jest to, że owe zawężenie pola widzenia, czyli de facto skupienie się na konkretnej grupie instrumentów, pojedynczej partii, czyli detalu nie odbywa się na zasadzie ekstrakcji i siłowego wyodrębnienia owego elementu a więc niejako zaburzenia integralności całości, lecz jedynie ustawienia na nim pola wyboru ostrości a tym samym to my operujemy przysłoną regulując ową głębię. Mamy zatem pełen detali i niuansów, niemalże poddawany umownej wiwisekcji, obiekt obserwacji a jednocześnie cały czas egzystuje on w swym naturalnym otoczeniu, czyli nie jest zawieszony w bezkresnym mroku próżni lecz nadal zachowuje energetyczne więzy ze współwykonawcami. W rezultacie nie odnotowujemy ani pływania samej głębi sceny, ani podobnych zaburzeń perspektywy, co wraz z bezdyskusyjną dematerializacją samych kolumn daje niebezpiecznie bliskie prawdzie poczucie uczestnictwa w spektaklu.
Może na papierze wygląda to nieco pokrętnie, ale proszę mi wierzyć, że „na ucho” wszystko się idealnie spina, gdyż jak się okazuje dla GS-ek kluczowe i nadrzędne jest panowanie nad całością, lecz nie w pojęciu ogólnego wrażenia a raczej dbałości o to, by słuchaczowi nic a nic nie umknęło, nie zginęło w natłoku przekazywanych informacji. Czyli z jednej strony mamy priorytet koherencji a z drugiej, podawaną z taką samą wagą i istotnością rozdzielczość i to nie zasadzie albo/albo, lecz jako nierozerwalnie zespolone ze sobą yin i yang.
Jeśli zastanawiacie się Państwo jak do tej niezwykłej harmonii i wyrafinowania budowanego na autentyczności i realizmie a nie pseudoaudiofilskiej antyseptyczności ma się wspomniane ekstremum w postaci operującego w dramatycznie przeciwstawnej estetyce „Disintegration” Hegeroth, to spieszę z wyjaśnieniami, że wręcz … idealnie. Wato jednak pamiętać, iż nie sztuką jest zagrać materiał wymuskany, dopieszczony i idealnie wpasowujący się w wyrafinowane gusta zblazowanych słuchaczy. Schody zaczynają się w momencie gdy wsad muzyczny takich znamion nie tylko nie nosi, co wręcz im zaprzecza. Gdzie zamiast gładkości i blasku mamy chropawą ziarnistość i garażowy brud a zamiast iście anielskich, kryształowo czystych fraz niemalże zwierzęcy ryk i potępieńcze wycie przechodzące w agoniczny growl. Nie da się bowiem czegoś takiego zagrać „ładnie” a wszyscy, którzy tego próbują wykładają się jak niejaki Jacek.S na wyborach kopertowych. Podobny los czeka również śmiałków bezlitośnie obnażających czy to post-produkcyjną mizerię, czy też nawet niespełnianie ogólnie przyjętych standardów piękna. Tu chodzi o coś zupełnie innego – o zdolność oddania nagromadzonych, zazwyczaj negatywnych emocji, które ujście znajdują właśnie w tak brutalnych środkach artystycznego wyrazu. I właśnie ową autentyczną agresję trzeba umieć oddać z całą właściwą jej niszczycielską siłą i wgniatającą w fotel energią. I sztuka ta Cantonom się udaje. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pokazują swe mroczne i niszczycielskie oblicze. Z dziką radością oddają najbardziej bestialskie blasty, tną gitarowymi riffami jak rozpaloną do białości krajzegą i krzyczą wokalami donośniej aniżeli sąsiadka z dołu na swego małżonka z powodu stłuczenia ślubnego kryształu. Nie oznacza to jednak poluzowania wodzy prowadzących bas, czy bezrefleksyjnej jazdy bez trzymanki w stylu „byle szybciej, byle głośniej”. O nie. Tu nadal mamy pełną kontrolę nad całością. Spora w tym zasługa świetnego różnicowania i definiowania najniższych składowych zarówno pod względem ich energetyczności, jak i konsystencji, więc nawet w najbardziej karkołomnych momentach spiętrzenia dźwięków nie ma najmniejszego problemu z wychwyceniem szarpnięcia basu, uderzenia w tomy’ego, czy podwójnej stopy (świetna okazja do odkurzenia „Archangel” Soulfly). Warto jednak mieć na uwadze, że dysponujące czterema basowcami GS-ki na takim wkładzie materiałowym potrzebować będą odpowiedniej elektrowni i z byle integry ich nie „pogonimy”. Całe szczęście redakcyjny Apex radził sobie z nimi jak chciał i prowadził ów danse macabre trzymając potężne Niemki w stalowym uścisku. A one same z siebie również nie próbowały się w tegoż kieratu wyswabadzać, więc ani o ponadnormatywnej ekspresji góry, co biorąc pod uwagę krzyki i wrzaski tam obecne nie byłoby wskazane, ani próbie sztucznego dosaturowywania średnicy mowy nie było. Wszystko zostało podane tak jak należy a więc przecząc obiegowej opinii jakoby w wysokiej klasy systemie takich nagrań reprodukować nie sposób.

Prawdę powiedziawszy przechodząc do podsumowania po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy ewidentnie brakuje mi słów. Po prostu Canton Reference GS Edition nie tylko zdewastowały i zrównały z ziemią mój mozolnie budowany porządek audiofilskiego świata, lecz przede wszystkim zbezcześciły i ośmieszyły dotychczas świetnie sprawdzający się prywatny ranking referencji. Czy to źle? Absolutnie nie. Jestem wręcz tym faktem zachwycony, ponieważ to, co wydawało się przed GS-kami niemożliwe, możliwym się stało. Okazało się bowiem, iż ekstremalny High-End wcale nie jest dostępny wyłącznie za „miliony”, gdyż o ile tylko dysponuje się odpowiednim metrażem, można posiąść go poniżej ćwierci owej „bańki”. Mogę też wybitnie subiektywnie stwierdzić, iż Reference GS Edition są może nie najlepszymi, lecz na pewno jednymi z najlepszych (spokojnie łapią się na podium) kolumn jakie dane mi było słyszeć. Nie zdziwiłbym się zatem, jeśli również dla Państwa, o ile tylko nie grają Wam „metki” i na tak mało kojarzonego z high endowym Olimpem producenta przymkniecie oko, kontakt z topowymi Cantonami okazał się końcem drogi ku audiofilskiej nirwanie.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Horn Distribution
Producent: Canton
Cena: 223 998 PLN

Dane techniczne
– Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana (bass reflex typu Downfire)
– Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 1 x 25 mm tlenek ceramiki aluminiowej DLC (diamentowy)
– średniotonowy: 1 x 174 mm wolframowo – ceramiczny (Wave surround)
– niskotonowy: 4 x 219 mm czarny wolframowo – ceramiczny
– moc: 500 W (nominalna); 950 W (muzyczna)
– Pasmo przenoszenia: 18 – 40 000 Hz
– Częstotliwość podziału: 160 / 3100 Hz
– Efektywność (2,83 V / 1 m): 89 db
– Impedancja: 4 – 8 Ω
– regulacja poziomu: tak
– Wymiary (S x W x G): 460 x 1630 x 720 mm
– Waga: 155 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Myślę, że dla wielu z Was już zawarta w tytule testu nazwa producenta sygnalizuje, iż w tym mitingu będziemy mierzyć się z okablowaniem systemu audio. To bardzo ważny segment naszej zabawy, dlatego nie stronimy od tego typu spotkań. Tym razem będzie to ocena coraz częściej pojawiających się na naszych łamach pełnych zestawów od zasilania, przez sygnał pomiędzy urządzeniami, po połączenie wzmocnienia z kolumnami. Jednak wbrew pozorom największą wartością tego spotkania nie będzie ilość zebranych w jednym czasie komponentów, tylko oprócz spojrzenia na brzmienie bez względu na jak zaskakująco to zabrzmi, dwa bardzo istotne aspekty natury. Jakie? Pierwszym naturalnie jest rodzime pochodzenie brandu, co z perspektywy zwyczajowego kibicowania naszym naturalnie bardzo cieszy. Zaś drugim wyrazista, gdyż konsekwentnie trwająca przy swych przekonaniach osobowość pomysłodawcy i producenta dostarczonych artefaktów w jednym. Do czego piję? Oczywiście do myśli przewodniej pomysłu na kablarski biznes w postaci iście obsesyjnego podejścia do kwestii kierunkowości każdej powoływanej do życia konstrukcji. To znaczy? Spokojnie, to wstępniak, a przez to nie miejsce na konkrety. Teraz mogę jedynie zdradzić, iż dzięki staraniom sztumskiego dystrybutora HiFi Ja i Ty w nasze progi trafiło okablowanie gdańskiego producenta Sulek Audio z serii RED (listwa zasilająca, kable sieciowe, sygnałowe XLR i głośnikowe) oraz model 9X9 (kable sieciowe do końcówki mocy z wtykami C19). Intrygujące? Zapewniam, takie powinno być, o czym przekonacie się podczas lektury poniższego tekstu.

Akapit o budowie nie będzie jakoś specjalnie obfity w suche technikalia, jednak obiecuję, za sprawą w miarę strawnej próby przybliżenia istoty działania naszego bohatera, bardzo ciekawy. Według uzyskanej od producenta wiedzy w przypadku okablowania mamy do czynienia z przewodnikami na bazie miedzi. Jak widać na fotografiach, są to wielożyłowe wiązki, których sumaryczny przekrój roboczy osiąga poziom 9 mm². Co jest istotne i z premedytacją wdrażane w życie – coś na zasadzie życiowej mantry, kable w finalnym wykończeniu pozbawione są wizualnego, zazwyczaj zbędnie zwiększającego nieuzasadnione koszty produkcji wizualnego blichtru. W efekcie podczas ich aplikacji gołym okiem jesteśmy w stanie zrobić im zgrubną wiwisekcję. Jednak jak wspominałem, to cel sam w sobie i nie ma co nad tym deliberować, tylko albo się to akceptuje, albo omija z daleka. Jednak zanim wykonacie ten drugi ruch, dość dobrze znając przebieg procesu produkcyjnego oraz uzyskane w ten sposób wyniki brzmieniowe zalecam chwilę uwagi. O co chodzi? Już wyjaśniam. Jak wspominałem, życiowym mottem działalności W.Sułka na polu okablowania jest ustalenie odpowiedniego przebiegu sygnału – bez względu czy plusa, czy minusa – zgodnie z będącym efektem wewnętrznej budowy każdego drucika kierunkiem najlepszego przepływu przezeń prądu. Jak to robi? Może wydać się to ekstrawaganckie, ale każdy, powtarzam, każdy element podłączając raz w jedną, a potem w drugą stronę sprawdza na słuch. Nawet izolację i jej podobne składowe powstającego okablowania. Mało tego. Taki proces obejmuje również dobór wykorzystywanych wtyków sieciowych i sygnałowych oraz gniazdek zasilania w produkowanych listwach. Niczego nie pozostawia przypadkowi, tylko zawsze wszystko osłuchuje i jeśli coś jest nie tak, w miarę możliwości rozbiera dane komponenty na części pierwsze – wyjmuje z obudów blaszki, piny lub bolce i dopiero po ustaleniu kierunku spełniającego jego wymagania dźwiękowe (mowa o roszadzie wszystkich składowych między sobą nawet na bazie kilkunastu różnych wtyków sygnałowych lub gniazd zasilających) aplikuje zgodnie z planowanym oznaczeniem danego kabla, czy listwy (w tej ostatniej są widoczne oznaczenia, gdzie ma pojawić się faza). Jestem święcie przekonany, że wszyscy zetknęliście się z wyrobami opatrzonymi strzałkami podłączenia w systemie audio, jednak zapewniam, proces ustalania kierunkowości nie był wykonany z taką dyscypliną sprawdzania najdrobniejszych szczegółów. Na tym punkcie bez kozery powiem, iż w dobrym znaczeniu tego słowa Sulek jest lekko skrzywiony. Coś nie spełnia założeń, ląduje w koszu. I nie ma znaczenia, czy próby nie przeszedł wtyk sieciowy, RCA lub XLR od światowego potentata. Nie osiąga założonych efektów, idzie do utylizacji. I tak do skutku. A jak się okazuje, oczekiwania zazwyczaj spełniają nie markowe, za to solidnie wykonane wtyki mniej znanych wytwórców. To trochę się na nim mści, bo towar nie wygląda jak milion dolarów, jednak w ostatecznym rozrachunku tak naprawdę jest bez znaczenia, gdyż liczy się efekt końcowy, a nie piękna, niestety nieistotna dla niego i co najważniejsze dźwięku otoczka wizualna. Tym bardziej, że w trosce o bezpieczeństwo potencjalnego użytkownika po zakończeniu procesu produkcyjnego każdy przewód zasilający sprawdzany jest na przepięcia dedykowanym przyrządem UNI-T 531A. Myślę, że to kolejny dowód na traktowanie zabawy z zasilaniem bardzo serio. A to chyba ważny aspekt.
Gdy z grubsza opis istotnego dla producenta procesu powstawania jego konstrukcji mamy już za sobą, jestem zobligowany wspomnieć o jeszcze jednej bardzo ważnej sprawie. Chodzi mianowicie o fakt oferowania przez markę Sulek Audio kabli sieciowych lewych i prawych. Co to oznacza? Otóż wbrew pozorom bardzo wiele. Naturalnie takie rozróżnianie każdej sieciówki jest pokłosiem ich kierunkowości. Ta zaś powoduje, że każdy typ kabla w kodzie DNA ma zapisane, na który bolec z listwy faza powinna wejść i na których blaszkach przy urządzeniu się pojawić. Co prawda przyjmuje się, że mając przed sobą korpus wtyczki od strony elektroniki sygnał podajemy na prawą flankę, ale nie raz i nie dwa spotkałem się, że automatyczne działania mają się nijak do pomysłów konstruktorów. Bardzo częsty jest fakt odwrotnego od standardów doprowadzania fazy do urządzenia. Wówczas powinniśmy zastosować tak zwany kabel sieciowy lewy. Dlaczego? Przecież w teorii wystarczy obrócić o 180 stopni wtyk w listwie. W teorii, a nawet najczęściej stosowanej praktyce tak. Ba, urządzenie będzie działać. Niestety z małym jakościowym „ale”. Czyli? Od początku tłumaczę, że kable made by Sulek to konstrukcje kierunkowe. A jeśli tak, biorąc pod uwagę fakt ogólnie przyjętego przepływu prądu od plusa do minusa i zamierzone ustalenie w ten sposób przez konstruktora sztywnego kierunku przepływu prądu w kablu, gdy obrócimy wtyk w listwie, faza popłynie pod tak zwany „prąd”. Czyli? Najprościej jak się da tłumacząc z polskiego na nasze, energia do elektroniki popłynie w założeniu kierunkiem dla „minusa”, czyli dany przebieg zamiast odbierać ją od żyły gorącej, stanie się jej dawcą. Jak zaznaczyłem, z pozoru wszystko będzie ok., ale tylko z pozoru, gdyż zmarnujemy włożoną przez producenta mrówczą pracę nad ustaleniem kierunkowości wykorzystywanego kabla. Pracę, którą miałem okazję usłyszeć. Może nie była to transformacja dźwięku na poziomie wymiany kolumn, ale spokojnie dało się usłyszeć różnorodność brzmienia systemu w zależności od zastosowania lewego i prawego kabla sieciowego bazując jedynie na obracaniu wtyczki w listwie sieciowej. Gra nie jest warta świeczki? Cóż. Na poziomie Hi-Fi być może. Jednak w segmencie High End niwelowanie kompromisów to chleb powszedni i temat urasta do rangi obowiązku. Tym bardziej, że czuć było lekką utratę rozdzielczości, a przez to ogólne osłabienie wyrazistości przekazu. Bajki? Cóż mam powiedzieć. Najlepiej sprawdzić samemu.

Jak odebrałem szkołę grania trójmiejskiego okablowania? Nie powiem, mając wiedzę, że dystrybutor wygoni z mojego systemu przez lata dobierany komplet drutów z listwą zasilającą włącznie, byłem pełen obaw. Tymczasem sprawy potoczyły się ciekawym torem. I to bardzo ciekawym, bowiem aplikacja produktów Sulek Audio zbiegła się z przygotowywaniem do testu kompletnego toru analogowego. Toru, który wrzucony w przypadkowy system najzwyczajniej w wiecie miał swoje wady i zalety. Co prawda nawet bez dodatkowych działań konfiguracyjnych dałoby się z nimi żyć, ale po to zaprosiłem do siebie fachowca, aby oprócz wykazania wiedzy co z czym połączyć i dzięki temu ucięcia jakichkolwiek pretensji w momencie średniego wyniku sonicznego (gdybym stawiał gramofon sam), pokazał dodatkowo zalety będących zarzewiem dzisiejszego spotkania komponentów prądowych. I w moim odczuciu bez problemu sobie poradził. Chodzi mianowicie o fakt zbyt lekkiego, czasem nawet nieco agresywnego grania zestawu z tendencją do dzwonienia przy fortepianowym staccato. W pierwszej chwili wydawałoby się, że z takim problemem łatwo sobie poradzić. Jednak chcąc spełnić wysokie wymagania jakości brzmienia finalnie zestrojonego zestawu przed konfiguratorem pojawiły się wysokie schody. Oczywiście mówię o feedbacku pozornie prostego działania na zasadzie brutalnego dociążania dźwięku, jakim w tym przypadku mogłaby być utrata oddechu i swobody prezentacji. Owszem, oczekiwałem zwiększenia body wydarzeń scenicznych, ale za nic na świecie nie zgodziłbym się na spadek poziomu rozdzielczości oraz szybkości narastania sygnału, co w momencie wykorzystania mało wyrafinowanego okablowania w najlepszym wypadku skończyłoby się przyduchą, a być może nawet śmiercią tak ważnej do pokazania radości w muzyce witalności. W efekcie wszystko mogłoby grać tak samo, ospale i w konsekwencji nudno. A przecież bawimy się na poziomie jakościowego Olimpu, gdzie nie ma miejsca na półśrodki. Na szczęście parafrazując klasyka „nie z Sulkiem takie numery”. Przybyli panowie zadziałali tak, że muzyka bez problemu nabrała odpowiednich proporcji pomiędzy esencjonalnością i zebranym w sobie uderzeniem, dzięki czemu wręcz carowała różnorodnością oddawania energii poszczególnych źródeł pozornych. Do tego umiejętnie przesunięcie jej wagi w dół powiększyło głębię wirtualnej sceny i poprawiło namacalność kreowanych na niej bytów. Naturalnie uzyskanie owego efektu było nie było pokłosiem wymiany jednego kabla, tylko odpowiedniego dobrania pełnego zestawu z uwzględnieniem na słuch najważniejszej dla producenta kierunkowości każdego z nich. To w pierwszej chwili wydawało się szaleństwem – mowa o karmie producenta, jednak byłem na to przygotowany i czekałem na efekt końcowy, który był bardzo dobry, gdyż każdy kolejny ruch mimo nadawania przekazowi coraz większej wagi, nie zabijał jego oddechu i witalności. I tak do samego końca. Z każdym podłączeniem nowego kabla system grał muzykalniej, jednak nadal swobodnie. To moim zdaniem jasno pokazało, że owszem, tytułowe akcesoria cechuje estetyka dociążania przekazu, jednak bez efektu zabijania jego lotności. Nic nie zamulało sceny pod płaszczykiem naprawiania problemów z natarczywością, tylko umiejętnie ukulturalniało brzmienie zastanego zestawu pokazując w ten sposób drzemiące w okablowaniu zalety soniczne. Przynajmniej taki obraz zapamiętałem podczas przygody z konstrukcjami Sulek Audio. Wspomniany fortepian zaczął fajnie grać mocnym i zwartym dołem i w sobie tylko znany sposób nie tylko, że przestał „dzwonić” podczas staccato, to w wyższych partiach stał się dźwięczniejszy – mimo, że wcześniej był nienaturalnie jasny, to przy okazji bardzo oschły i matowy. Zapewniam, to nie jest łatwe do uzyskania. A już na pewno nie przez bezmyślne zamulanie dźwięku przypadkowym okablowaniem. Ktoś zapyta: „A co z innym materiałem muzycznym?” Powiem tak. Jeśli wiecie, jak wymagającym zadaniem dla systemu jest poprawne oddanie gry dostojnego fortepianu, przed momentem podany przykład w pełni wyczerpuje odpowiedź – gra na dobrym poziomie, to reszta jest tak zwaną bułką z masłem. Jeśli natomiast nie wiecie, cóż, spróbujcie na bazie materiału z nim dokonać kilku przypadkowych roszad w okablowaniu, a przekonacie się, w czym rzecz. To naprawdę jest instrument pokazujący palcem, na jakim poziomie jakości gra dany system. Tylko żeby było jasne, przysłowiowy „forteklap” niestety nie bierze jeńców.

Zwyczajowo po każdej sesji testowej jestem zobligowany określić przydatność danego komponentu – w tym przypadku zestawu – w potencjalnym zestawie. Otóż powołując się na powyższy słowotok mam nadzieję, że jasnym jest, iż tytułowy konglomerat w pierwszej kolejności znakomicie sprawdzi się w konfiguracjach zbyt lekkich brzmieniowo. Jednak po tym, jak delikatnie przesuwała się waga dźwięku w zależności od ilości zastosowanych drutów, sugerowałbym nie zniechęcać się do konstrukcji Sulek Audio również osobnikom posiadającym dobrze skonfigurowane układanki. Ręki na pieniek nie położę, jednak nie zdziwiłbym się, gdyby te teoretycznie idealne po zastosowaniu czegoś z tytułowej stajni nagle zaczęły fajniej brzmieć w wyższej średnicy i górze pasma. Bez zmian w dociążeniu, tylko z większą ochotą do pokazywania z pozoru drobnych, jednak wcześniej ukrytych, a przecież ważnych w odniesieniu do pokazania prawdy o danym zapisie muzycznym niuansów. Może być ciekawie. A jeśli tak, jak to mówią, grzech nie spróbować.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Opinia 2

Zakładam, że znacie Państwo powiedzenie „nie ważne jak wygląda, tylko jak gra”? To w końcu kluczowy argument w dyskusji gdy nasz, oczywiście dobrany „na ucho”, wybór niekoniecznie wpisuje się w gusta … domowników, znaczy się przede wszystkim jednego z domowników, to jest …, no sami doskonale wiecie o kogo chodzi. O ile jednak przy źródłach, wzmacniaczach, czy kolumnach z racji ich zazwyczaj nader absorbujących gabarytów przy odrobinie dobrej woli ewentualne sprzeciwy można uznać za uzasadnione, to wydawać by się mogło, że z okablowaniem powinno być nieco łatwiej. Może i powinno, lecz owe pobożne życzenia nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością i prozą życia, które z reguły wykluczają wszystko co nazbyt odstaje od ogólnie przyjętych standardów tak pod względem przekrojów, jak też wtapiającej się otoczenie kolorystyki. Tymczasem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż rodzimi producenci owych jakże istotnych składowych naszych systemów wręcz zachęcają potencjalną klientelę do kursu kolizyjnego i pójścia na zwarcie z zaskakującą niefrasobliwością sięgając po trudne do ukrycia formy i równie mało neutralną kolorystykę jak daleko nie szukając … czerwień. Niech za przykład posłużą przewody zasilające Bauty, czy WK Audio The Red do których dołączyła kolejna polska manufaktura – Sulek Audio z kompletną linia produktową o wszystko mówiącej nazwie … Red, na przegląd której serdecznie zapraszam.

Jak można zauważyć na powyższych zdjęciach najdelikatniej rzecz ujmując wygląd tytułowego okablowania tak pod względem samych przebiegów, jak i konfekcji jest dość daleki od „komercyjnych” standardów. Wielożyłowe, dość luźno zaplecione przewody zakończono autorskimi wtykami a w przypadku głośnikowców dodatkowo przyozdobiono drewnianymi splitterami z oznaczeniem kierunku, kanału i logotypem producenta. W powyższy kanon piękna wpisuje się również firmowa listwa, czyli de facto „marketowy” korpus obłożony dobieraną … na słuch (?!) „boazerią” i zamontowanym na stałe przewodem. Co do bardziej szczegółowej budowy, to nie będę się powtarzał i wszystkich zainteresowanych odsyłam do opisu zamieszczonego przez Jacka a tej części czytelników której wystarczą li tylko podstawowe informacje wspomnę, iż Redy wykorzystują miedziane przewodniki a przy ich doborze, ułożeniu i konfekcji wręcz obsesyjną wagę konstruktor przywiązuje do kierunkowości.

No dobrze, skoro kwestie natury organoleptyczno – estetycznej mamy za sobą, to najwyższa pora na odsłuchy a więc weryfikację, czy rzeczywiście walory brzmieniowe będą w stanie wynagrodzić doznania wizualne. Od razu jedynie zaznaczę, że choć każdy z rodzajów przewodów testowałem zarówno osobno, jak i sukcesywnie wymieniając całe dyżurne okablowanie na tytułowy zestaw, to już finalne refleksje pozwoliłem sobie skondensować do formy obejmującej swym zasięgiem całość, bowiem zarówno solo, jak i wespół/zespół Redy zachowywały firmowy sznyt a jedynie co się zmieniało, to intensywność ich sygnatury. Dlatego też, nieco uprzedzając fakty, jeśli tylko któryś z przewodów wpadłby Państwu w ucho, bo przecież nie w oko, to spieszę donieść, że każdy kolejny Sulek tylko pierwsze wrażenia pogłębi zgodnie z zasadą mówiącą, iż im dalej w las, tym więcej drzew. A o jaką sygnaturę chodzi? Najogólniej i najprościej rzecz ujmując o muzykalność i homogeniczność przekazu, pod względem których Sulki są nad wyraz szczodre. Nie oznacza to bynajmniej oblania całości reprodukowanego materiału grubą warstwą lukru, bądź lepkiego karmelu, czy też otulenia kocem kolumn, lecz raczej operowanie w estetyce „klonowych słodkości” i atłasowych, mięsistych faktur. Przykładowo soundtrack do „Babylon” Justina Hurwitza z jednej strony stracił nieco z ekspresji i twardości górnych rejestrów, jednak poprzez postawienie akcentu na średnicy i saturacji barw stał się przyjemnym wytchnieniem dla skołatanych całodzienną szarpaniną nerwów. Zachował przy tym właściwy sobie rozmach i zaraźliwą motorykę motywu przewodniego, o uwodzicielskiej słodyczy damskich wokali nawet nie wspominając.
Jak łatwo się domyślić oczywistymi beneficjentami takiej sygnatury stały się wszelakiej maści jazzy w których przed mikrofonem stanęły przedstawicielki płci pięknej i prawdę powiedziawszy nie miało znaczenia, czy akurat miałem „fazę” na niepozorną, acz wybuchową Youn Sun Nah („Same Girl”), naszą rodzimą królową sybilantów, czyli Annę Marię Jopek („Id”), czy niby operującą niskimi rejestrami, lecz zarazem nieco sepleniącą Cassandrę Wilson („Thunderbird”) za każdym razem traciłem poczucie czasu i zanim się orientowałem dodany do playlisty album dobiegał końca a ja zastanawiałem się, czy nie odtworzyć go ponownie, bądź po prostu włączyć losowe odtwarzanie highlightów z płytoteki artystki. Było gęsto, ale nie duszno, gładko, ale nie mdło i co najważniejsze rodzime przewody nie majstrowały tak z równowagą tonalną, jak i rozmiarami sceny, co przy wspomnianych tendencjach do pewnego polerowania dźwięków nie jest wcale takie oczywiste.
A jak z repertuarem stojącym niejako w opozycji do cywilizowania i tonizacji wszelakich ostrości i kanciastości? Śmiem twierdzić, że ciekawie i na swój sposób niespodziewanie, gdyż patrząc a raczej słysząc to, co Sulki robiły wcześniej miałem w pełni uzasadnione obawy, iż podziałają na „Awaken the Fire” Like A Storm i „metanoia” Persefone niczym Pawulon (Pankuronium) zwiotczając zazwyczaj napięte do granic wytrzymałości mięśnie. Tymczasem może i całość odrobinę zwolniła, ale nabrała nawet nie tyle wyrafinowania co komunikatywności i energii na średnicy, co tylko zintensyfikowało partie wokalne a tym samym zwiększyło już i tak potężny ładunek energetyczny. Całe szczęście bas nadal pozostawał czytelny a gitarowym riffom nie brakowało ognia. Jednak na tak gęstym i bezkompromisowym materiale, szczególnie jeśli chodzi o radosną twórczość Andorczyków (Persefone) pozwoliłem sobie na pewne odstępstwo od „sulkowej” monotematyczności akcesoryjno – przewodowej eliminując z toru ichniejszą listwę zasilającą, do której niespecjalnie miałem zaufanie. Dzięki temu uzyskałem poprawę rozdzielczości i zarazem spokój ducha idący w parze z satysfakcją, że jednak da się pogodzić ostre, metalowe łojenie z gładkością i eufonicznym wysyceniem cywilizującymi przekaz.

Jak się z pewnością Państwo domyślacie podsumowując dzisiejsze spotkanie jedyne co mogę zrobić, to zachęcić Was do własnousznej weryfikacji możliwości tych wybitnie butikowych (bynajmniej nie z racji wyglądu a jednostkowości produkcji) przewodów. Bowiem nie tylko nie da się obok nich przejść obojętnie z racji samej konstrukcji, co też ich obecność w systemie okazuje się trudna do ukrycia i jeśli tylko ponad wszystko cenicie sobie muzykalność i organiczność przekazu, to choćby z czystej ciekawości warto rzucić na nie uchem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: HiFi Ja i Ty
Producent: Sulek Audio
Ceny:
Sulek Audio Red XLR: 40 000 PLN / 2 x 1m
Sulek Audio Red Speaker: 57 000 / 2 x 4m
Sulek Audio Red Power: 35 000 / 2m
Sulek Audio 9×9 Power: 25 000 / 2m
Sulek Audio Red Power z listwą zasilającą: 40 000 PLN / 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Za Tadeuszem Chyłą:
„Cysorz to ma klawe życie
Oraz wyżywienie klawe!
Przede wszystkim już o świcie
Dają mu do łóżka kawę, …”

Znaczy się dostąpiliśmy zaszczytu ugoszczenia w naszych skromnych progach integry German Physiks Emperor.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Farad Super10

Opinion 1

We know for a fact, that nature abhors a vacuum. With age we also do gain experience and knowledge about the basic aspects of the market, for example about the mechanisms of creating demand for something. But while the first statement is probably affirmed by everybody, I have the gut feeling, that not all are convinced to the second one. This why I will allow myself to reach for a quite obvious and, unfortunately, very common example. Smartphones. Do you know what they are? Small, getting more and more expensive, eating away your spare time and deteriorating your eyesight, but being something that when you do not have it in your hand, you will get anxiety and lose grip on reality. But I wanted to turn your attention to something else, something even more important, and something that is not found in many boxes of new phones, joining the earbuds in this trend, the phone charger. But what is the problem here? Well, without this accessory, the lifespan of a modern smartphone does not surpass a day or maybe two, in best case, and the sight of people swarming around all kinds of charging points or power outlets in airports and malls is a very common sight. So common, that we stopped noticing it some time ago. In short, looking at the scale of sales of smartphones, you do not need a doctorate in economics to understand, where demand for quick and efficient chargers came from. Am I exaggerating and what does this have to do with audio? I am not, and commonalities with the market we are interested in are quite obvious, and I am not talking about inductive charging appearing in some products (like the Yamaha MusicCast 200). The analogy must be searched for on a different level, but the mechanism of being powered by scale and volume of sales is exactly the same. What am I talking about? About the all present wall wart switching power supplies, sometimes also placed inside all kinds of DACs, streamers, phonostages, turntables, switches, etc., the majority of our low-voltage (5-24V) powered elements of our systems. I assume that I do not need to explain to anyone the issues those cheap power supplies bring with them, offering very little and limiting the capabilities of the devices they power, not even mentioning the noise sent to all the neighboring devices plugged into the same power line. So everybody, or at least those who know what they are doing, replace those rubbish PSUs with units dedicated to audio, low noise line power supplies, usually available as upgrades in the catalogs of the companies selling the electronics, or purchased as third-party products. To not look unfounded, we mentioned the assets of such approach during testing of the Telegärtner M12 Switch Gold, with which we received the Polish Jcat Optimo 3 Duo, both Foresters (Silent Angel Forester F1, Forester F2) or the SOtM sNH-10G + sCLK-EX, which we received together with the SOtM SPS-500. And when it would seem, that the top tier of acceptance (or common sense) is the Jcat Optimo 3 Duo priced at 1750 Euro (yes, yes, we know there is a version of the Ultimo for 3500 Euro and the monstrous Keces Audio P28 passing the 13 000 PLN threshold, but we did not host them yet, so we will not talk about them now), we were surprised to get correspondence from a Dutch manufacture Farad power supplies, located in a small town of Rhenen, if maybe we would be interested to test their top power supply Farad Super10. As you can easily imagine, you are reading this text now, we were interested. We just agreed on the specs that would allow to test it in our systems and voila – below you will read some of our thoughts below. I will just mention, that together with the PSU we got the Level 3 cables, in copper and silver version, instead of the standard Level 2.

In the beginning let me explain, that although I was tempted to go all out and make a complete revolution, taking apart my Lumin U2 Mini and applying the Super10 in it’s back, but I came to my senses, and refrained from doing so. Because let us be frank – every time we mechanically interfere with a device, aside from just adding feet or changing the fuse, it usually means we lose any kind of warranty on it, not even mentioning the value loss when trying to sell it. Additionally, most refined audiophiles detest DIY, so such a test would be only of value for users of the mentioned transport, while only a negligible amount of them would be interested in making a similar interference in their own unit. This is why we decided to use a somewhat safe approach, and completely reversible at that, ordering a variant that could power our switches, the Silent Angel Bonn N8. But to make things more interesting, my switch is powered by the Forester F1, while Jacek’s is using the supplied wall-wart one, so you will have two different reference points.

 

Already during the unboxing, we noticed that Farad really had an uncompromising approach to its flagship product, and the Super 10 can hardly be seen as just an accessory; it has the size and weight of some compact power amplifiers in the likes of Teddy Pardo TeddyAmp ST60 or Chord Electronics Étude. It is hard to be surprised by that, because the chassis is made from thick aluminum plates, anodized black, and the side panels are replaced with menacing looking combs of radiator fins. This is amended by almost half a centimeter thick front and back panels, so at least at first glance, especially from the front, the tested devices mimics a power amplifier (like a miniature Abyssound ASX-2000 ). This impression is strengthened by a minimalistic front with a nicely incorporated letter “F” into its fitting halves, and a centrally placed LED indicator. Besides the mentioned radiators, the temperature inside is controlled by ventilation holes, extending almost through the whole top plane, and the only decorative element is the milled logo and model name, close to the fascia. The uncompromising approach can also be seen on the back plate, where not only the top power socket from Furutech was mounted, the FI-09 NCF IEC C13/C14 with a built-in fuse holder, but the used fuse is the Synergistic Research Purple 6.3A 5x20mm (!!!), and at additional cost you can have Quantum Science Audio fuses (Violet – 408 €, Red – 1068 €, Red-Black – 2168 €). But the show is stolen by the monstrous, especially considering the output voltage, four-pin, bolted GX25-4 DC socket. To the left of it, we can find a reset button, which allows to restart the controlling microprocessor, required when switching between different receivers, running the procedure adjusting the output parameters to match the attached device. Next to it there is a switch controlling the trigger mode selector and a 3.5mm socket for that interface. To the right there is also a switch controlling grounding (Flow/Earth) and a dedicated clamp for the ground wire and the mentioned earlier power socket IEC C13.
When looking at the inside of the device, then … you will find only the best. Half of the chassis is occupied by hand-wound, toroidal transformer, enclosed in a dedicated pan, double isolated. It is accompanied by a coil eliminating any kinds of hum and EM fields. Then we have a battery of capacitors with a total capacity of … 72 000 µF and an additional bank of supercapacitors (EDLC) with a capacity of 16.7F (!!!). On the output we have a low-noise regulator with current compensation and a low-pass filter (HF) with foil capacitors with very low ESR. The whole is controlled with a microprocessor, protecting from short circuit, overcurrent, surge and managing thermals. And what is the final effect of all that? Well, full resistance to all kinds of distortion present in the powerlines and thus the ability to plug it directly into the wall, without any filters or conditioners in-between.
Interestingly, the manufacturer quotes in the operating manual, that the optimal time for burn-in of the Super10 is about 500h and acknowledges the influence on the sound by power cables, encouraging to search for synergies and reminds to make sure, the polarity is correct.

OK, enough of the introduction. It is now time to roll-up your sleeves, prepare a pot of aromatic Wako Cha Benifuki (espresso must wait until Sunday), sit down on the couch, load your playlist and start listening. And let me put it this way. I thought I knew what the Silent Angel Bonn N8 can do, because already with the standard switching PSU “it did well” to streaming, it spread its wings with the F1 and seeming reached the limit of its capabilities with the F2. And I was 100% right, as … I thought I knew. Because that what was provided by the Farad reached far beyond my expectations. Yes, yes, I am aware of the strange mesalliance of connecting a 2000 PLN switch to a 16 000 PLN plus power supply (with the level 3 cable), but … there is reason for this madness. And the reason would be, that with such kind of disproportionate setup, we will not be able to squeeze more out of the switch. That is it. But what was the result? First of all, an overwhelming growth of dynamics, resolution, holographic three-dimensionality and palpability of the sound. You could easily assume that the appearance of the Super10 in the system was maybe not like a supernova, because its influence was not so short, but rather like removing a dam in the flow of a river, which was limiting the flow of energy and information. And please do not worry, that the result of this uncorking will be a suicidal race to a concrete wall, no, we will have just further progress of those aspects, when compared to what the Forester F2 offered. And let me underline this – while going from F1 to F2 was noticeable, but far from any drama, the sparring of the F1 with the Farad was very short and ended with the Dutchman giving a knock-out. And I am writing this with true pain, but there was really not much to pick-up from the F1, and the perspective of going back from the Super 10 after testing was as exciting as waiting at the dentist for another session of root canal treatment. Please do not misunderstand me – I have absolutely no reservations to the Silent Angel power supply, but moving to the tested device gave such a boost to the file part of my system, that any regress, and that is how going back should be described, I perceived as an assault on my audiophile priorities. But let me go back to the main topic. With the Farad connected, both the “Nord” and the fresh off the press “Vandar” from the Norwegian band Gate stopped resembling a meeting of rural housewives’ circle, where the dancing is accompanied by sounds generated on broken folk instruments, but started to catch your ears with the native beauty of Scandinavian folk, flirting with strictly hard-rock, or even gothic, esthetic. It was spacious (the stage was extended in all directions, no doubt about that), with momentum and, most importantly, the more precise focus of virtual sources, made possible by the increased resolution, allowed to dive better into the material, bite in deeper. The sound offered fully palpable textures of natural instruments, shocking expression of the vocals of Gunhild Sundli and oneiric clouds of samples. While we touched Scandinavian climates, then I would also propose moving to Oslo and an hourly meeting with “Eight Ways” by Madder Mortem, where the stoner-melancholic vocal of Agnete M. Kirkevaag does not shy away from truly screaming inserts, boldly supported by a schizophrenic combination of lyrical plucking with an explosive composition of thrash and black metal. As you can imagine, this is not an easy piece of music, and also not very nice to showing off the refinement of audiophile systems, but if we are able to digest it, it will show us the truth about music and the reproducing system. However to reach this moment of truth, everything must come well together, because if this synergy is not present, the whole comes over as either too earthily and offensive, or has the consistency of overcooked pasta, where you cannot see any details. And with the Farad the differentiation did not leave any doubt of how the structures are made, and how the pieces were put together, giving the listener full insight into the recording, while simultaneously keeping the overarching coherence intact.
Now as a kind of dessert, and in clear opposition to the above mentioned screamers, yet still not leaving Scandinavia (this time it is Copenhagen) I reached out for a true minimal, “LULO the Restless” by Rued Langgaard reimagined – for those not in the picture – this is a transcript for viola and contrabass of the highlights of late romantic creations of Rued Langgaard. So we have two instruments with a timbre, which is very difficult to perceive, especially in the long run, as it does resemble sawing of damp timber, and a repertoire which is quite far away from mainstream. So you really need to overcome yourself to reach for something like that, but also concentrate on the music, to be able to find some kind of logic in those sounds, so distant for most listeners, not even talking about beauty and melodics. In short this is the ideal disc to thin the crowd during audiophile meetings. Surprisingly the Farad manage also this neck breaking challenge, moving from the level of mechanical reproduction to the realism of a live performance, materializing the duo in front of us, just behind the speaker line. This is why the larger brethren of the violin could sound with appropriate dynamic, keeping their true volume and size, managing their assigned sound spectrum brilliantly. In a flash everything became obvious, accurate and palpable – without any artificiality, overbrightness, sharpening or completely unnecessary gigantomania.
Oh, I completely missed a detail related to the Super 10 we received, the DC level 3 cabling. After the initial back and forth with both versions, I conducted all listening using the copper version, which provided better saturation and juiciness of the sound. The silver one did accent the contours a bit more and was able to shine more light on the top end with heavier rock, what taking into account the aggression present in that subrange, turned out to be too strong in my system. But it is worth to check both versions in your system, because only after this sparring you can make the informed choice, or decide to keep both and change them out depending on the repertoire listened to. This is why with the quite dark recorded, and almost Rubenesque definition of virtual sources in “New Moon Daughter” by Cassandra Wilson you will be able to use silver, while when listening to the brutal and offensive “Tangaroa” by Alien Weaponry use copper to enjoy the euphonic saturation it brings.

Now I will write something, for what I will probably get bashed by the distributor of Silent Angel, but what can I do, when the truth, or let us replace that with “in my humble opinion”, and to my ears, corrupted with howling of tattooed musicians, the Silent Angel Bonn N8 with the Farad Super10 PSU sounded better, in all aspects, than the top of the line, and very good, NX. And if this is not a sufficient recommendation for you, then please allow me to share another, very politically incorrect, idea. After experiencing what the Farad Super 10 was able to do with the switch, I am considering more and more seriously the option I mentioned in the beginning, which I initially rejected due to many unknowns, to do the vivisection of my Lumin U2 mini, which will probably result in it becoming sentenced for life in my system, but on the other hand, I will provide it with an energetic comfort zone, which should translate into improving its sound. But only time will tell what will happen, but to all of you, who are not tempted to do such radical interference, I would recommend to plug it into devices like Silent Angel Munich M1T, or think about a 12V version (Rhein Z1, some models of Clearaudio turntables, etc), or 24V (McIntosh MT10 will be thankful) – those are very universal and the upgrade to your devices will be completely not invasive. But to not be all pro and to not make the whole text be too sweet, it is worth mentioning that compared to the named and unnamed competition (like the Keces Audio P28) the Farad Super 10 has only a single output, what will generate a steep cost increase in some systems, where you would like to eliminate all external switching PSUs.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

For most of us it is not a secret that good power supply is the basis for everything. But theoretical knowledge of the academic kind is one thing, and taking care of it for real by the electronics manufacturers is something completely different. Of course each device must be fed with electric energy to work at all, but often the final calculation of costs, or the approach taken by the engineers, often results in a setup where the toroidal transformer is barely meeting the requirements, or a switching PSU was used, which seeds noise, or even worse, a wall-wart type plug PSU was employed, which is the worst of them all. Fortunately there are companies that specialize in external power supplies, so such practices are currently easily reversed. Either with some small changes inside the device, or using an external unit – even if something was not treated well in terms of supplying power initially, all is not lost. But where am I going to with all this writing? This is the introduction to the Dutch brand Farad, which supplied us with an external PSU the Farad Super10.

The tested Super 10 is of medium size, but compared to other products of this kind, the chassis is really quite big. And to remove any potentially generated heat – I have not noticed this to be an issue, but it is good the manufacturer has foreseen any potential borderline situation – there are solid radiators mounted on both sides. The main element of the construction is a big toroidal transformer, taking over more than half of the insides. It was wound by the company itself, is double isolated and has a choke to minimize distortion. The rest of the chassis is filled with a PCB containing an active current compensation circuitry. An interesting touch is the use of a foil capacitor instead of the electrolytic one in the output section. And as it turns out, for the company quality seems to truly be key, as they used a Furutech FI-09 NCF socket and Synergistic Research Purple fuse. The device was accompanied by very solidly made, and thus not cheap, quality DC cables from level 3 series, one based around copper, the other around silver conductors.

Was connecting a 12 thousand PLN power supply to a 2 thousand PLN switch worth the hustle? Frankly speaking, initial information about such a mesalliance did make me genuinely wonder at first. But having the experience to never say never, especially when things are about something as important as supplying power to our devices, I waited patiently to hear what is going to happen. Will anything change? And if yes, will it be purely symbolic, or very evident?
So what was the result of using the tested product? It was somehow expected, because I know what it means, to have good quality power supplied to a device, but I was not prepared for it to be so surprisingly positive. Suddenly, the most basic Silent Angel Bonn N8, which was already doing a lot for file playback even with the wall-wart plug, showed itself from a completely different side. It not only cleaned the projection of the virtual stage from sonic rubbish, showed the edges of the virtual sources much clearer, but also injected a package of essentiality into the music, and that not in symbolic terms, but really adequate to the genre played. This translated into not only sonority, but also into the length of suspension and vibration of each note in the ether. This is something that I am always lacking when playing from files, yet here things got much better, like touched with a magic wand. But to understand what I am trying to tell you, I do not want saturation in the form of mindless thickening of the sound, but a kind of essentiality, which gives it the required amount of energy to increase its pulse, and which, in contrast to the first way of increasing weight, does not result in averaging of the sound. And those were the changes I got when using the tested power supply Farad Super 10. So I probably do not need to convince anyone, that the result of such situation was the improvement of palpability of the played music, and the momentum of how the stage was created. I expected something going in that direction, because such changes were already introduced when I started using the switch, but even in the most optimistic expectations I did not fathom that appropriately prepared power can improve the performance by so much. A performance which was decent to start with.

Reaching the finale of this confrontation, I need to answer the question for you, if this is worth your while? Truly? Absolutely yes, because the improvement was not like a small step of a Geisha, but a leap in the kid of giant leaps for mankind, like the first step on the moon done by Neil Armstrong. I am of course exaggerating a little, to alleviate the tension of the expectations, but without a doubt, that what the Farad was able to do, was brilliant. Finally I will also add, that the test was done in two incarnations, as the silver cable did somewhat sharpen the sound, but in both cases it was a clear improvement of the reproduced music. This is why without any stretching of the facts, I would recommend any music lover using files or streaming to check out the tested power supply. Especially as Farad is making power supplies for a wide range of different devices, what makes their offering very universal. It is really worth trying it out.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Essence MC
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder Studer A80

Distributor: Audiosource
Manufacturer: Farad power supplies
Prices:
Farad Super10: 2889 € (Level 2 copper cable (connectors GX25-4; Oyaide 5.5/2.1) included) + free courier shipping worldwide
Level 3 copper cable (connectors GX25-4; 5.5/2.1): 810 € / 80 cm
Level 3 silver cable (connectors GX25-4; 5.5/2.1): 1010 € / 80 cm

Specifications:
Dimensions (W x D x H): 260 x 320 x 70 mm
Weight: 7,6 kg
Output voltage: 5V
Capacitance: 16.7F
Max power consumption: 150W