Ostatnio poszedł w eter przekaz, że niemiecka motoryzacja przechodzi na elektryki. Cóż, niemiecki High-End na prądzie „jedzie” od zarania dziejów i z tego co mi wiadomo nigdy nie musiał robić dedykowanych testom „trybów pracy”. A my, w ramach rekompensaty za brak Audio Video Show postanowiliśmy wziąć na warsztat jedną z gwiazd zeszłorocznej edycji warszawskiej wystawy – duet T+A PDT 3100 HV & SD 3100 HV.
cdn. …
Opinia 1
Z jednej strony media regularnie dbają o to, by psychoza związana z pandemią w społeczeństwie nie słabła, z drugiej antymaseczkowcy, płaskoziemcy i kablosceptycy idą w zaparte twierdząc, że cytując klasyka „nie ma niczego” i z każdym kolejnym dniem narasta w nas przeświadczenie, że do „wysadzenia korków” brakuje coraz mniej. A gdyby tak rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, albo jeszcze dalej – np. do znanego z agroturystyki i producentów-artystów specjalizujących się w winie i serach malowniczego Eastern Townships w Quebecu? Czemu akurat tam? Cóż alienacja i ucieczka od trosk życia w cywilizacji to jedno, ale obecność sąsiada, który niespiesznie i w zgodzie z naturą wykorzystuje wyłącznie naturalne materiały do skręcania i zaplatania mocno „undrergroundowych” przewodów może okazać się wielce kojącą alternatywą. Proekologiczna frakcja audio? Czemu nie, w końcu woskowany bawełniany dielektryk, bawełniane zewnętrzne oploty i miedź powlekana cyną, czyli technologie rodem z lat 30 i 40 ubiegłego tysiąclecia i w XXI w. mogą znaleźć swoich wiernych akolitów. Mowa oczywiście o Dannym Labrecque i jego, mieszczącej się w XIX-wiecznej, pięknie wyremontowanej i przystosowanej do tego celu … stodole, manufakturze Luna Cables. Czemu oczywiście? Cóż, uważni czytelnicy z pewnością pamiętają wielce udany debiut Kanadyjczyków na naszych łamach, kiedy to na chwilę obecną topowa łączówka USB z serii Rouge nader brutalnie namieszała w moim prywatnym rankingu. Minęły jednak dwa lata a dystrybutor marki – wrocławskie Audio Atelier/ Art & Voice postanowiło uraczyć nas, zapewne dla równowagi otwierającymi portfolio Luna Cables najtańszymi łączówkami RCA i przewodami głośnikowymi z serii Gris.
Wystarczy pobieżny rzut gałką, by z łatwością rozpoznać kanadyjskie przewody jedynie po opakowaniu, gdyż zamiast standardowych, zajmujących po rozpakowaniu miejsce pudełek ekipa Luna Cables stosuje charakterystyczne – wielce poręczne, uszate płócienne, wyposażone w solidne zamki błyskawiczne torby. Gdyby nie plastikowe suwaki byłoby 100% eco, choć nie zdziwiłbym się na wieść, iż i owa plastikowa konfekcja nie dość, że pochodzi z recyclingu, to jeszcze stanowi nie lada przysmak dla jakiejś egzotycznej ćmy w stylu widniejącej w logotypie marki Księżycówki Amerykańskiej (Actias luna), czy też innego wielce pożytecznego żyjątka.
Interkonekty RCA zbudowane są z dwóch wiązek cynowanych miedzianych przewodników Luna Cables Neo-Vintage (LCNV) o średnicy 24 AWG w izolacji z woskowanej bawełny, ekranie z cynowanej miedzi i szarym, również bawełnianym oplocie a konfekcję stanowią dość oldschoolowo wyglądające wtyki RCA.
Z kolei przewody głośnikowe to również dwie wiązki miedzianych cynowanych drucików miedzianych LCNV, tym razem o średnicy 14 AWG w podobnej do IC izolacji i oplocie z niebielonej i ręcznie farbowanej 100% bawełny. Dostarczona przez dystrybutora 2,5m para zakończona była widełkami, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by zażyczyć sobie np. banany BFA i bardziej pasującą do własnych wymagań długość.
Powiem szczerze, że uwielbiam takie micro-brandy i to niezależnie od tego, w jakiej branży działają. Patrząc nawet na nasz rodzimy rynek warto tylko wspomnieć coraz odważniej poczynające sobie w segmencie zegarków Balticusa, noży Kłosy, czy nart Monck Custom, a z naszego audiofilskiego podwórka o iście egzotycznej proweniencji Vermöuth Audio. W przypadku takich, bardzo często jednoosobowych bytów (akurat Luna Cables oprócz ww. Danny’ego Labrecque, tworzą jeszcze Erik Fortier i Rowan Smith plus czwórka współpracowników) kontakt jest praktycznie bezpośredni. Zero przebijania się przez zastępy PR-owców, handlowców i różnego szczebla product-managerów. Wysyła się maila, bądź dzwoni a odpowiedzi w 99,9% przypadków udziela człowiek, który własnoręcznie recenzowany / zakupiony przez nas produkt wykonał. Poświęcił mu swój czas, wiedzę i przede wszystkim pasję, gdyż nie da się ukryć, iż osoby decydujące się na oddanie się w 100% własnemu pomysłowi na życie muszą takimi pasjonatami być. A Danny Labrecque właśnie takim bezkompromisowym pasjonatem z krwi i kości jest. Jeśli bowiem w czasach powszechności teflonu, PVC i innych spienianych, granulowanych i walcowanych syntetycznych substancji ktoś uparcie twierdzi, że degradują one dźwięk i nie ma to jak woskowana bawełna i inne równie organiczne włókniny otulające cynowaną miedź pamiętającą niemalże pierwsze lata Western Electric, to wiedzcie, że „coś się dzieje”. W dodatku ów pozornie nieco archaiczny przewodnik charakteryzuje się transmisją sygnałów audio pozbawionych obecnego we „współczesnych” drutach szumu wysokoczęstotliwościowego. Szaleństwo? Może delikatne. Ekstrawagancja? Z pewnością. Jeśli jednak bierzemy na tapet takie „oldschoolowe rękodzieła” i na tle hi-techowych cudów sygnowanych przez olbrzymie korporacje sięgające po rozwiązania rodem z NASA, nie tylko nie mają się czego wstydzić, co często z ostatecznych sparingów wychodzą z tarczą, to ja taką ekstrawagancję akceptuję i szanuję. Jest to bowiem niezbity dowód na to, że laboratoryjne pomiary są istotne, lecz przysłowiowy „oscyloskop” o finalnym brzmieniu powie nam tyle, co odwołując się do fotograficznej analogii histogram o klimacie, artyzmie, czy emocjach uchwyconych w kadrze.
I tak też duet Gris należy odbierać – nie poprzez pryzmat suchych liczb i li tylko elektrycznych wartości a właśnie z czysto subiektywnego punktu widzenia. Czyli, czy podstawowe Luna Cables grają i czy ich granie mówiąc wprost nam się podoba, czy nie. W tym momencie mogę od razu zdradzić, iż wszyscy miłośnicy prosektoryjnej antyseptyczności i analityczności spokojnie mogą zrobić sobie wolne, gdyż dzisiejsza epistoła nie będzie dla nich. Otwartym tekstem i bez owijania nomen omen w bawełnę na pytanie, czy kanadyjski duet jest transparentny, odpowiedź brzmi … W moim systemie takim nawet nie próbował być. W zamian za to dość wyraźnie obwieścił swą obecność stawiając na urzekającą organiczność i ponadprzeciętną plastyczność przekazu. Nie była to jednak przysłowiowa kraina łagodności otulająca wszystko obciążeniowym kocem, lecz raczej w pełni świadome uwypuklenie średnicy, w tym wokali, na rzecz ponadnormatywnej namacalności artystów i trudnej do zignorowania, będącej myślą przewodnią eufonii. Nie byłbym jednak sobą, gdybym z czystej przekory nie próbował przekonać się, jak daleko sięgają uprzyjemniające przekaz kanadyjskie macki i nie sięgnął po album, któremu czego jak czego, ale chociażby śladowej ogłady, kultury, czy wręcz muzykalności zarzucić nie sposób. Znaczy się na playliście wylądował stareńki „Sacrament” Lamb of God i … musze przyznać, że spodziewałem się większego odstępstwa od znanego z mojego systemu status quo. Tymczasem duet Luna Cables znacząco wpłynął na dostojność i mroczność przekazu, lecz zamiast osłabić ładunek emocjonalny dodatkowo go wzmocnił. Całość zabrzmiała jeszcze ciężej i może nie tyle brutalniej poprzez podkręcanie tempa, co bardziej apokaliptycznie – ostatecznie. Obniżenie równowagi tonalnej i przyprószenie górnych rejestrów złotem zaowocowały iście piekielnym spektaklem kreślonym w wybitnie barokowych barwach. Potężny bas na przemian z gitarowymi riffami bezlitośnie smagał me drobne ponad 105 kg i niemalże 190 cm ciałko (taka mała autoszydera) jakbym był co najwyżej anorektycznym Pigmejem zmagający się z tropikalnym orkanem.
A właśnie, skoro o baroku wspomniałem, to podczas krytycznych odsłuchów nie mogło zabraknąć mojego dyżurnego „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen. Z premedytacją sięgnąłem po tę minimalistyczną referencję, gdyż kluczowe w jej przypadku jest namacalność poszczególnych instrumentów wynikająca nie tylko z ich precyzyjnego ogniskowania, lecz również wiernej rzeczywistości chropowatości faktury smyczków i niemalże natywnej brzdękliwości klawesynu. I tutaj kolejna ciekawostka, gdyż album zabrzmiał nieco „niżej” a smyczki stały się bardziej słodkie, lecz za największą zmianę a zarazem bezdyskusyjną poprawę można było uznać to, co stało się z klawesynem. Otóż ów nader niewdzięczny instrument nabrał body i soczystości, przez co z irytującego dodatku, reliktu minionych czasów, awansował do grona pełnoprawnych graczy. Czy ucierpiała na tym jego wrodzona eteryczność? Tutaj głosy będą pewnie podzielone, choć z mojego punktu widzenia została ona jedynie nieco przyobleczona w dodatkową warstwę szlachetnego jedwabiu.
Niejako na deser zostawiłem wokalistykę w wykonaniu przedstawicielek płci pięknej, gdyż to, co robią z damskimi głosami przewody z przypominam najtańszej serii Gris Kanadyjczyków jest wręcz niemoralne. Nawet zazwyczaj szeleszcząca na „Quelqu’un M’a Dit” Carla Bruni i dość niefrasobliwie traktująca na „Same Girl” swoje struny głosowe Youn Sun Nah zaśpiewały tak, że gdybym palił, to po każdym albumie wychodziłbym na papierosa. Wysycenie i zmysłowość ich partii była podkręcona na tyle sugestywnie, że powrót do bardziej zrównoważonego, transparentnego okablowania w pierwszej chwili mógł być odebrany jako mocno krzywdząca i niesprawiedliwa próba degradacji brzmienia naszego systemu.
Kwestię uniwersalności, czyli tego, czy interkonekt i głośnikowe Luna Cables Gris są dla wszystkich wyjaśniłem już wcześniej, więc teraz jedynie powtórzę, iż miłośnicy prosektoryjnego chłodu i latających żyletek spokojnie spotkanie z Kanadyjczykami mogą sobie darować. Jeśli jednak rozglądacie się Państwo za możliwie bezbolesnym finansowo i mało absorbującym gabarytowo ratunkiem dla Waszych, cierpiących z powodu zbytniej analityczności, szklistości, czy kanciastej napastliwości systemów, to coś czuję w kościach, że jeśli nie kompletny set, to nawet tytułowy interkonekt, bądź przewody głośnikowe mogą okazać się lekiem na całe zło. Jeśli zaś chodzi o konkretne przykłady, to „szare” (mówimy o umaszczeniu a nie walorach sonicznych) Luny świetnie dogadują się z elektroniką Marantza, Yamahy, starszymi modelami Octave czy nawet Audio Researcha, kolumnami Audiovectora, Avantgarde’a i wszelakimi wariacjami na szerokopasmowcach Fostexa i im podobnych. I jeszcze jedna, sugestia.Zanim jednak odrzucą Państwo Grisy Luna Cables, jako zbyt tanie do Waszych wysublimowanych i dopieszczonych systemów, sugerowałbym najpierw ich możliwości organoleptycznie – nausznie zweryfikować a nie wyrokować li tylko na podstawie zdjęć i cen, bo akurat w tym wypadku oba powyższe parametry są nad wyraz mylące.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Pewnie nie uwierzycie, ale osobiście uważam, iż coś drogiego – mowa o produktach związanych z naszym hobby – nie oznacza per se czegoś idealnie wpisującego się w potrzeby naszych zestawów audio. Myślicie, że ściemniam? Bynajmniej, bowiem sam jestem idealnym tego przykładem. Wspomnianych sytuacji zaliczyłem kilka, jednak na potrzeby obrony mojej tezy podam jeden. Chodzi o fakt zamontowania bardzo drogiej wkładki do taniego gramofonu. W teorii na danym poziomie cenowym powinienem złapać przysłowiowego Boga za nogi. Tymczasem w zamian otrzymałem feerię przekładających się na sygnał problemów z napędem i innych związanych z pracą drapaka artefaktów. To było bardzo bolesne, gdyż myślą przewodnią takiego zestawienia okazały się być „wyśmienicie” słyszalne za sprawą czułej wkładki odgłosy łożyskowania talerza i generowane przez znajdujący się pod nim silnik, pole magnetyczne jako wszechobecny brum. Oczywiście w konsekwencji takich koincydencji potencjalny polepszacz dźwięku natychmiast został zdemontowany. Dlatego też podczas udzielania ewentualnych porad zawsze zwracam uwagę na potrzeby danego zestawu, a nie na potencjalne możliwości nabywcze zainteresowanego. To w moim odczuciu jest elementarz, który bardzo często jest ignorowany. Jaki cel ma powyższy wywód? Bardzo istotny, gdyż w dzisiejszym odcinku pochylimy się nad niezbyt drogim, ale za to sonicznie ciekawym okablowaniem sygnałowym i kolumnowym. Jakieś konkrety? Być może dla wielu to będzie pewnego rodzaju nowość, jednak zapewniam, iż ów producent od bez mała dwóch lat osiąga na naszym rynku spore sukcesy. Ba, cyfrowy kabel Rouge USB z tej stajni Marcin z nieukrywaną przyjemnością miał już okazję przetestować. Tak, tak, mowa o kanadyjskim producencie Luna Cables, od którego, dzięki staraniom wrocławskiego dystrybutora Art & Voice udało nam się pozyskać do testu kabel sygnałowy RCA i kolumnowy linii Gris.
Kreśląc opis budowy nie zarzucę Was nazbyt rozbudowanym opisem, gdyż idąc za informacjami producenta w obydwu przypadkach kable wykonano w tego samego przewodnika i w oparciu o ten sam splot, z tą tylko różnicą, że kolumnowy składa się z wiązek cynowanych, miedzianych drucików o średnicy 14AWG, a sygnałowy 24AWG. Ich konfekcja i wszelkie użyte do wykonania materiały w głównej mierze promują produkty naturalne, co wespół z ww. cynowaną miedzią będącą nośnikiem sygnałów elektrycznych przekłada się na firmową nazwę Luna Cables Neo Vintage (LCNV). Wygląd obydwu konstrukcji jest identyczny. Zewnętrzna koszulka to ręcznie barwiony na ciemno-szary, z pozoru bez znaczenia, jednak z uwagi na swą miękkość, działający jako wygaszacz szkodliwych rezonansów, w 100% bawełniany oplot. Ciekawostką jest zastosowanie w sygnałówce dodatkowego ekranu plecionki z cynowanej miedzi, co pozwala stosować go nawet we współpracy z czułym na pole elektromagnetyczne sygnałem z wkładki gramofonowej. Wieńcząc zakres danych dodam, iż tak prezentujące się konstrukcje zgodnie z mottem producenta, dostarczane są do klienta w ekologicznych, ozdobionych logo marki bawełnianych woreczkach.
Jak wypadły tytułowe kable? Tak jak się spodziewałem, czyli bez najmniejszych wycieczek w kierunku zdobywania świata nadnaturalnymi walorami sonicznymi. To zaś przełożyło się na pełne dobrych wyników brylowanie w estetyce nasycenia, solidnego osadzenia w masie i idących z duchem unikania zbędnego doświetlania przekazu, lekko posłodzonych, ale z odpowiednim pakietem informacji wysokich tonów. A gdy to tej listy dodamy fakt, iż mój zestaw sam w sobie jest ostoją dobrego wyważenia dźwięku, który zmienił tylko swój punkt ciężkości i sposób kreowania wirtualnej sceny w domenie ostrości, okaże się, że kanadyjskie druty swoją robotę robiły nader umiejętnie. Owszem, na tle wypiętej kilkunastokrotnie droższej konkurencji przekaz lekko skręcił w stronę dosadniejszego malowania świata dźwięków, ale nie odebrałem tego jako szkodliwej, tak zwanej przyduchy, tylko pewnego rodzaju przemyślanego przez konstruktorów sposobu na zbyt ochoczo poczynające sobie z muzyką systemy audio. Tak tak, tytułowy, sygnałowo-kolumnowy tandem z pewnością będzie ratunkiem dla wielu nadpobudliwych konfiguracji, gdyż z jednej strony nieco pogrubiał kreskę rysującą źródła pozorne, serwując przy tym im dodatkową szczyptę body, a z drugiej robił to na tyle umiejętnie, że nie studził nadmiernie energii życiowej w wyrażających swoje emocje artystach.
Wręcz idealnym potwierdzeniem tego stanu rzeczy była wszelkiego rodzaju muzyka rockowa od AC/DC, przez Metallicę, po ekstrema w stylu Slayera, gdzie przywołane przed momentem aspekty brzmieniowe okablowania nieco przesuwającego ciężar wybrzmiewania tego typu twórczości deczko w dół, wszelkiego rodzaju instrumentom i obfitym w krzyk wokalom dostarczały przysłowiowego kopa. Kopa, który u mnie nie robił zbytnich szkód, a w systemach docelowych będzie ratował przez lata nieumiejętnie, bo zbyt ofensywnie konfigurowane zestawy audio. A zapewniam Was, takich jest całkiem spora liczba, czego dowodem jest bardzo duża popularność oferty Cardasa, Harmonixa, czy Oyaide. Tylko różnica pomiędzy przywołanymi tuzami tego wycinka działu audio, a dzisiejszymi bohaterami jest taka, że ci ostatni nie kosztują tak zwanych „oczu z głowy”, tylko nie przekraczając zdroworozsądkowych 2 tys. złotych są w swobodnym zasięgu nawet dla początkującego melomana. I co ważne, w zestawieniu cena/jakość niezbyt łatwo będzie znaleźć coś tak okazyjnego w ofercie konkurencji.
Jednak nie tylko ciężka muza była beneficjentem walorów sonicznych produktów Luna Audio, W takim samym duchu wybrzmiewały krążki z repertuarem jazzowym od Paula Bley’a w wielu produkcjach trio począwszy, a na muzyce wokalnych div pokroju Diany Krall i Youn Sun Nah skończywszy. Soczyście w środku, ale z odpowiednim oddechem na górze, solidnie na dole, jednak bez zbytniego spowolnienia i zagęszczenia. Rzekłbym, co komu potrzeba. Na koniec gdybym miał na siłę do czegoś profilaktycznie, czyli z braku organoleptycznego doświadczenia na stosownych systemach audio, ale jednak się przyczepić, to na tle wyników mojego zestawu przed zakupem sprawdziłbym je w repertuarze elektronicznym. Ale nie dlatego, że zabiły w nim efekt tryskania energią, tylko nieco go ugładziły. Nadal było nieprzewidywalnie, jednakże trochę za bardzo niż bym tego oczekiwał, kulturalnie. Z pewnością nie źle. Tylko proszę nie popadać w panikę. Temat może okazać się całkowicie nieaktualny, gdy takowych kawałków zwyczajnie nie słuchacie. Dlatego też do oceny tego aspektu zalecam próbę.
Mam nadzieję, że powyższy opis jasno daje do zrozumienia, iż kanadyjskie okablowanie Luna Cables Gris oferują potencjalnemu nabywcy świat muzyki malowany nieco bardziej nasyconymi kolorami. To naturalnie przekłada się na jego większy ciężar, lekkie przygaszenie światła na scenie, ale nigdy na zabicie ducha w muzyce. Komu zatem dedykowane są takie znaki szczególne? Już wspominałem, każdemu posiadaczowi ocierającej się o ADHD układanki audio. Ale nie tylko im. Otóż na bazie mojego starcia panowie z kraju klonowego liścia swoją ofertą są w stanie uprzyjemnić obcowanie z muzyką również w przypadku neutralnie dobrego systemu. A to pozwala domniemać, iż bez względu na obiegowe opinie nie powinniście skreślać ich z potencjalnej listy odsłuchowej, gdyż tak jak mnie, również Was mogą pozytywnie zaskoczyć.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audio Atelier/ Art & Voice
Ceny
Luna Gris RCA: 1190 PLN/1m kpl.
Luna Gris speaker: 1790 PLN/2×2,5m
Nie da się ukryć, że COVID 19 i związane z nim obostrzenia, w tym lockdowny i globalne odwoływanie imprez masowych nie napawają optymizmem. Rok 2020 audiofile zapamiętają jako bezwystawowy post i odcięcie od tradycyjnych źródeł inspiracji. Bez monachijskiego High Endu, bez mającego właśnie startować warszawskiego Audio Video Show i bez mniejszych – lokalnych imprez tematycznych. Dlatego też w tych trudnych dla wszystkich czasach postanowiliśmy przygotować kolejną, stanowiącą drobny wycinek naszych muzycznych fascynacji, kompilację – „SoundRebels Lockdown HiFi”. Miłego odsłuchu
Opinia 1
Aby zyskać szerszą perspektywę i pełen obraz sytuacji sugeruję cofnąć się o dwa lata i sięgnąć pamięcią do zorganizowanego przez dystrybutora marki – stołecznego Horna „fakultatywnego” – prasowego, jak się miało okazać ostatniego, spotkania z nieodżałowanym Kenem Ishiwatą. To właśnie wtedy Ken prezentował sygnowane przez siebie modele KI Ruby, które de facto stały się impulsem do powstania naszych dzisiejszych bohaterów. Zasadnym wydaje się w tym momencie pytanie po co mnożyć niemalże bliźniacze byty? Cóż, odpowiedź jest bardziej złożona aniżeli mogłoby się na początku wydawać, gdyż warto mieć na uwadze, iż jeszcze przed przeniesieniem się do Krainy Wiecznych Łowów drogi Kena i Marantza się rozeszły a ponadto ww. seria KI Ruby była z samego założenia jubileuszową limitacją. Wyprodukowano bowiem jedynie 1000 indywidualnie numerowanych, posiadających stosowne certyfikaty, zestawów, z których do Polski trafiło aż, lub tylko (wszystko zależy od punktu widzenia) 50 duetów. Dlatego też nie dziwi fakt iż na ich bazie, a poniekąd również nieco wcześniej mających swą premierę 10-ek, postanowiono zaoferować szerszemu gronu odbiorców „cywilne” wersje ww. urządzeń. I tym oto sposobem światło dzienne ujrzały odtwarzacz SACD/DAC SA-12 SE i wzmacniacz zintegrowany PM-12 SE, którymi w ramach niniejszej recenzji się zajmiemy.
Nie ukrywam, iż patrząc na powyższe zdjęcia i sięgając pamięcią do 10-ek i KI Ruby można poczuć lekką konsternację spowodowaną przemożnym uczuciem déjà vu, bowiem różnice pomiędzy wcześniejszymi i obecnymi modelami są nazwijmy to oględnie czysto kosmetyczne. Oczywiście śmiało możemy zrzucić to na karb firmowej unifikacji i trafionego za pierwszym razem designu, jednak zabierając się za opis ich aparycji czuję się jakbym popełniał swoisty autoplagiat. Tradycji jednak musi stać się za dość, więc … zaczynamy małą powtórkę z rozrywki. Masywny trzyczęściowy front zdobi centralnie umieszczony płat szczotkowanego aluminium, w który wkomponowano nader zgrabnie zintegrowaną z przyciskami otwierania/zamykania po lewej i startu, po prawej szufladę napędu, pod którą umieszczono czarny prostokąt akrylu chroniący wyświetlacz i cztery pozostałe przyciski nawigacyjne. Wzdłuż dolnej krawędzi w równym rządku przycupnęły niewielkie guziczki odpowiedzialne za pracę ww. displaya, wybór źródła, wyróżniający się posturą włącznik główny i złocone gniazdo słuchawkowe z dedykowanym pokrętłem głośności. Nie można też pominąć ukrytych za bocznymi krawędziami błękitnych diod.
Ściana tylna prezentuje się równie elegancko. Szeroko rozstawione wyjścia RCA uzupełniają interfejsy cyfrowe – wyjścia optyczne i koaksjalne, oraz wejścia – koaksjalne, optyczne, USB-B i USB-A. Nie zabrakło tez magistrali dla zewnętrznego sterowania i dwubolcowego gniazda zasilania IEC.
W przypadku PM-12 SE front jest swoistym Ctrl+C/Ctrl+V z tą tylko różnicą, że boczne, zbiegające się ku krawędziom, flanki okupują masywne gałki wyboru źródeł – lewa i regulacji siły głosu – prawa a centralny panel przypadł w udziale okrągłemu bulajowi wyświetlacza, włącznikowi głównemu, gniazdu słuchawkowemu i czujnikowi IR, który z zupełnie niezrozumiałych mi powodów nie został ukryty pod ww. szybką displaya. Rzut oka na ścianę tylną nie rozczarowuje. Wejście phono MM/MC z dedykowanym zaciskiem uziemienia, pięć wejść liniowych, pętla magnetofonowa i bezpośrednie wejście na końcówkę mocy, wszystkie w standardzie RCA,, plus rełcznik trybu pracy (stereo/bi-amp) powinny spełnić potrzeby 99,9% odbiorców. Terminale głośnikowe są pojedyncze i nader szczelnie otulone plastikowymi kołnierzami, jednak bez problemu udało mi się w nich umieścić uzbrojone w widły Vermöuthy Reference. W zestawie znajdziemy oczywiście systemowe piloty i tu niespodzianka, gdyż podobnie jak w niedawno testowanej Yamasze A-S3200, również i tym razem niezależnie od umaszczenia elektroniki „leniuch” jest srebrny.
Niby wszystko pięknie, ładnie, jednak nie wiem jak w Państwa mniemaniu, jednak w mojej ocenie widać pewne oszczędności w porównaniu do starszego rodzeństwa. Po pierwsze obudowy nie są już tak „pancerne” jak w 10-kach, zrezygnowano z XLR-ów a tylne ścianki nie wiedzieć czemu przestały kusić czerwono-złotym blaskiem miedzi. Co ciekawe małe, przeprowadzone przeze mnie śledztwo ujawniło, iż ostatnia z „degradacji” dotknęła jedynie (?) przewidziane na europejskie rynki egzemplarze, gdyż na japońskiej stronie producenta szampańskie wersje 12-ek nadal takowe – pokryte miedzią plecy posiadają. Z kolei po SA-KI Ruby będący obiektem niniejszej epistoły SA-12 SE odziedziczył brak puszki ekranującej toroidalne trafo obecne jeszcze w SA-10.
Skoro poruszyłem temat trzewi, to od razu wspomnę iż SA-12SE bazuje na własnym mechanizmie SACDM-3 opracowanym na potrzeby modelu SA-10, autorskim upsamplingu do formatu DSD (MMM-Stream) i analogowej konwersji 1-bitowego strumienia danych bez pośrednictwa typowego konwertera c/a (MMM-Conversion). Poprzez asynchroniczne wejście USB Marantza z powodzeniem można raczyć sygnałami PCM/DXD 384kHz/32bit i DSD11.2MHz a w sekcji wyjściowej znajdziemy firmowe układy HDAM-SA3 i HDAM-SA2 (obsługujący również wyjście słuchawkowe).
Z kolei integra PM-12SE, bliski krewny PM-KI Ruby, bazuje na zdolnych oddać 2 x 100 W przy 8 i 2 x 200 W przy 4 Ω modułach Hypex NCore NC500 współpracujących z zasilaczem impulsowym i sekcji przedwzmacniacza posiadającej własny toroid (tym razem szczelnie ekranowany). Oczywiście nie zabrakło modułów HDAM-SA3 i HDAM-SA2 a phonostage MM/MC doczekał się własnej płytki Marantz Musical Premium Phono EQ.
Po redakcyjnych testach SA-10 i kilku spotkaniach z PM-10-ką w Studiu U22 podchodząc do odsłuchu tytułowego duetu i mając gdzieś tam z tyłu głowy świadomość dokonanych cięć budżetu i związanych z nimi kompromisów, nieco obawiałem się efektów oczywistego obniżenia poprzeczki. I powiem szczerze, że pierwsze dźwięki, jakimi przywitały mnie chwilę po wyjęciu z kartonów i podłączeniu do prądu 12-ki nie napawały optymizmem. Przy symbolicznym wręcz przebiegu „nabitym” u dystrybutora ich brzmienie było zaskakująco asekuracyjne i … matowe. Takie nijakie granie, o którym zapomina się minutę po wciągnięciu płyty z odtwarzacza. Niby różnicowanie pomiędzy standardowymi i gęstymi plikami, czy tez płytami CD i SACD gdzieś tam próbowało się przebić, lecz z na tyle mizernym efektem, że chciał, nie chciał zapętliłem dostarczony wraz z zestawem sampler w odtwarzaczu i dałem Marantzom kilka dni na akomodację.
Całe szczęście drugie podejście już nie było tak traumatycznym przeżyciem. Prezentacja nabrała soczystości, po wspomnianej matowości nie został nawet ślad a i skraje pasma wreszcie trafiły na swoje miejsce. Nadal jednak całość operowała raczej w domenie spokoju i świetnie korespondującej z walorami zewnętrznymi elegancji, aniżeli buzującego testosteronu i żywiołowości. W powyższą estetykę świetnie wpisywała się twórczość Diany Krall, Cassandry Wilson, czy Patricii Barber, którym w czarowaniu tembrem głosu nie ustępowali Frank Sinatra, Nat King Cole i Michael Bublé. Wystarczyło usiąść na kanapie włączyć ich dowolny album i ani się człowiek zorientował, nie wiedzieć kiedy mijała godzina, bądź dwie. Nie było to jednak przysłowiowe smędzenie i granie wszystkiego na jedno kopyto, lecz propozycja swoistej intymno-klubowej maniery sprawiającej, że odnosiliśmy wrażenie większej aniżeli zazwyczaj kameralności odsłuchu. W dodatku bez wyraźnej, ze strony tytułowej elektroniki, zachęty do naszego zaangażowania, które następowało samoistnie. Pierwsze takty „Love Scenes” uroczej Kanadyjki a już automatycznie rozglądamy się jakby tu przyciemnić światło, wyłączyć telefon i nalać sobie czegoś dobrego do kieliszka. Krótko mówiąc pełen relaks. Podobnie do starszego rodzeństwa odtwarzacz w dość wyraźny sposób stara się pomóc zwykłym – „nieskażonym” gęstością formatom i poprzez zaimplementowany upsampling wycisnąć z nich nieco więcej oddechu i rozdzielczości. Ze zrozumiałych względów nieco brakuje mu pod tym względem do SA-10, jednak czuć pomiędzy nimi rodzinne więzy, których 12-ka się nie wyprze. Z kolei PM-12, dwukrotnie słabszy od 10-ki, bynajmniej nie próbuje się z nią ścigać. Bezstresowo gra w swoim, znaczy się zapisanym w materiale źródłowym tempie, jednak nawet przez moment nie udało mi się przyłapać go na chęci zaimponowania słuchaczom spektakularnością dołu pasma, czy ekspansywnością góry. O nie, tutaj wszytko ma swój ściśle określony czas, miejsce i wolumen, więc z jednej strony nic nie powinno nas zaskoczyć a z drugiej rozczarować.
Przesiadka na nieco bardziej mroczny, spektakularny a zrazem złożony repertuar w stylu ścieżki dźwiękowej do serialu „Belfer” autorstwa Atanasa Valkova, czy też mojej dyżurnej pozycji – „300: Rise of an Empire” Junkie XL pokazała, że kiedy trzeba to i 12-ki dają się nakłonić do potężnego łupnięcia na dole, czy też stworzenia prawdziwej ściany dźwięku. Musi jednak wtenczas zostać spełniony jeden warunek – owo spiętrzenie dźwięków i potężne basiszcze na materiale źródłowym musi być zapisane. Bez tego proszę się nie łudzić, że Marantze cokolwiek od siebie dodadzą, czy też domyślą się, że jednak oczekiwania słuchaczy są inne od zamysłu twórców i zagrają tak, jak nabywca sobie zażyczy. Co prawda można próbować zaklinać rzeczywistość dobierając do nich bądź to charakteryzujące się ewidentnie przesadzonym basem zespoły głośnikowe, bądź też okablowanie ów aspekt podkreślające, jednak takie leczenie dżumy cholerą mało kiedy sprawdza się na dłuższą metę, gdyż o ile w hollywoodzkich superprodukcjach i tzw. muzyce tanecznej dołu będzie dużo, to jego jakość pozostawiać będzie wiele do życzenia. Dlatego też skoro złoty duet Marantza stawia na umiar i rozsądek, to również i resztę toru wybierałbym na podobnych zasadach.
Czy będzie nudno? Absolutnie nie, gdyż przykładowo z moimi dość gęsto i dynamicznie grającymi Contourami dwunastki bez najmniejszego problemu były w stanie stworzyć wielce angażujący przekaz, nawet na tak karkołomnych albumach jak „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy, czy też irytująco cykającym – jak na mój gust zbyt plastikowym „Eccentric (feat. Floor Jansen)” After Forever, gdzie uspokojenie góry na całość prezentacji wpłynęło wybitnie korzystnie. Wszystko będzie bowiem zależało od tego z czym i jak Marantze zepniemy. Tak zupełnie od siebie i niejako poza anteną mogę tylko zasugerować, że skoro producent pozbawił nas możliwości eksperymentowania i indywidualnego wyboru pomiędzy połączeniami RCA i XLR, to lepiej na łączówkach w tym wypadku nie oszczędzać i przynajmniej na początku rozejrzeć się za takimi o możliwie bogatym i soczystym brzmieniu, w stylu wysokich modeli Cardasa (Clear Reflection), Vermöuth Audio (Reference), czy Tellurium Q (Silver Diamond), choć doskonale zdaję sobie sprawę, iż tak absorbująca kwotowo inwestycja w okablowanie nie wszystkim przypadnie do gustu. Proszę mi jednak nie tyle wierzyć na słowo, co przekonać się samemu i zweryfikować powyższą tezę nausznie, iż jest to jedna z bardziej skutecznych metod na uwolnienie potencjału drzemiącego w tytułowym duecie.
I na koniec kolejna dobra wiadomość. Otóż SA-12 SE wybornie sprawdza się w roli nie tylko odtwarzacza, lecz również DAC-a a im gęstszy strumień danych mu dostarczymy, tym lepszej próby dźwięk osiągniemy. Najmniej przekonująco wypadają wszelakiej maści internetowe rozgłośnie radiowe, choć to w chwili obecnej chyba jedyny sposób, na goszczenie we własnych czterech ścianach głosów, na których większość z nas się wychowała. Mniejsza jednak z tym, gdyż z zewnętrznym streamerem, bądź nawet multimedialnym plikograjem oprócz dźwięku wysyłającym również wizję (oczywiście po HDMI i nie do Marantza a do projektora, czy mniej bądź bardziej „smart” płaszczki) jesteśmy w stanie stworzyć wielce satysfakcjonujące centrum zarządzania naszym cyfrowym mikrokosmosem.
Najwyższy czas na małe podsumowanie. Mówiąc wprost i nie owijając w bawełnę będąc zdecydowanym na zakup kompletnego zestawu Marantza i dysponując konieczną do jego nabycia kwotą 30 kPLN miałbym nie lada dylemat. Dylemat związany z jeszcze, oczywiście nie wiadomo jak długo, obecnością na rynku a tym samym możliwością nabycia limitowanego duetu KI Ruby. Duetu oczywiście droższego o 6 kPLN, jednak sygnowanego przez samego Ishiwatę i jeszcze posiadającego miedziane plecy. Wiem, że to pozornie nieistotny drobiazg, ale to w końcu hobby i czasem wręcz irracjonalne przesłanki potrafią być impulsem do nadwyrężenia domowego budżetu. Z drugiej strony różnica w cenie pomiędzy 12 SE i KI Ruby pozwala na całkiem sensowne uzupełnienie pierwszego zestawu o stosowne okablowanie, co wydaje się zdecydowanie sensowniejszą opcją. Krótko mówiąc „osiołkowi w żłobie dano”. Całe szczęście wybór będziecie podejmowali Wy, jednak na co byście Państwo się nie zdecydowali, to śmiało można uznać, iż będzie to całkiem bezpieczny zakup.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Prawdopodobnie wielu z Was zdążyło się już przyzwyczaić, iż zazwyczaj w batalii o znalezienie jak najlepszego dźwięku na naszej planecie zajmujemy się tak zwanymi grubymi rybami. Oczywiście w naszym przypadku oznacza to przemierzanie bezkresnej oferty rasowych przedstawicieli ekstremalnego High Endu. Jednak wiadomym jest, iż nie samymi ekstremami człowiek żyje, dlatego też okazjonalnie przyglądamy się również produktom dedykowanych szerokiemu gronu poszukujących piękna w muzyce, jednak rozsądnie wydających swoje pieniądze melomanów. Takim przykładem może być niedawno opiniowany, dodam, iż na tle konkurencji nader rozsądnie wyceniony, japoński wzmacniacz zintegrowany Yamaha A-S3200. Pamiętacie? Tak, nie? Tak prawdę mówiąc nie ma to znaczenia, gdyż nie czekając na feedback w tabelkach statystyk naszego portalu postanowiliśmy wziąć na tapet kolejnego przedstawiciela z tego środowiska. A żeby nieco podnieść temperaturę spotkania z przekąsem dodam, iż ów podmiot gospodarczy również pochodzi z kraju kwitnącej wiśni. Kto to taki? A jakże, w pełnej krasie rozpoznawalny przez praktycznie każdego miłośnika dobrej jakości dźwięku Marantz, który za sprawą warszawskiego Horna zaproponował nam stosunkowo niedawno mające swój rynkowy debiut – odtwarzacz płyt CD/SACD i wzmacniacz zintegrowany, czyli ukrywające się pod handlowymi oznaczeniami konstrukcje Marantz SA-12SE i Marantz PM-12SE.
Jak to zazwyczaj w tym segmencie produktów audio bywa, obudowy pochodzących z jednej linii urządzeń są mocno zunifikowane. To zaś oznacza, że praktycznie obydwa komponenty wykorzystują taką samą, jedynie delikatnie przearanżowaną do spełniania konkretnych zadań skrzynkę. Prawdopodobnie malkontenci będą szukać w tym spisku pod tytułem „poszukiwania oszczędności”, jednak pragnąłbym zwrócić uwagę na fakt częstego oczekiwania przez wielu użytkowników, tak zwanej spójności wizualnej zajmujących centralne miejsce w salonie poszczególnych elementów zestawu audio, co prezentowana oferta Marantza spełnia znakomicie. Jak obrazują fotografie, dostarczona do nas elektronika w kwestii kolorystyki wykorzystuje nadający jej dodatkowej atrakcyjności, przyjemny dla oka odcień szampana. Wykonane z grubych płatów aluminium fronty jako główny motyw wizualny, bardzo przyjemnie, bo podświetlanym kolorem błękitu podczas pracy, pionowym, do tego łukowatym frezem podzielono na trzy części. Jednak to nie koniec świetnej wizualizacji japońskich zabawek dla dużych chłopców, gdyż w ramach nadania całości delikatności dwie zewnętrzne połacie frontu od miejsca podziału płynnym łukiem opadają ku tyłowi. Naturalną koleją rzeczy każda z trzech płaszczyzn w zależności od zadania urządzenia, oferuje inne manipulatory. W przypadku źródła jako miejsce dowodzenia konstruktorzy wykorzystali jedynie część centralną. Analizując jej zawartość spieszę donieść, iż tuż pod znakomicie prezentującym się logo marki znajdziemy majestatycznie wysuwającą się szufladę transportu z rozlokowanymi obok niej dwoma podstawowymi przyciskami funkcyjnymi typu: Start i Eject. Poniżej swój byt oznajmia sporej wielkości, skryte pod czarnym akrylem, oferujące pozostałe, oczywiście niezbędne do manualnej obsługi kompaktu przyciski, okienko wielofunkcyjnego wyświetlacza. Zaś na samym dole pomysłodawcy tego modelu zaaplikowali resztę niezbędnych do poruszania się po Menu urządzenia guzików z głównym włącznikiem, gniazdem dla słuchawek i wyborem pracy jako CD lub DAC na czele. Przerzucając nasz wzrok na tylny panel mijamy w pełni skrywającą elektronikę jako szczelny płat aluminium górną część obudowy. Zaś sam rewers ze stu procentowym powodzeniem zadowoli nawet najbardziej wymagającego melomana. Znajdziemy na nim blok wyjść cyfrowych OPTICAL, COAXIAL, tuż obok cyfrowe wejścia COAXIAL, OPTICAL, USB, dwa terminale RCA jako dla obsługi zestawu ze wzmacniaczem jako jedna całość, gniazdo zasilania IEC i wyjście sygnału analogowego RCA. W komplecie startowym z rzeczonym odtwarzaczem znajdziemy w kartonie również pilota zdalnego sterowania.
Wzmacniacz zintegrowany przy takim samym ogólnym wyglądzie, spełniając inne funkcje w kwestii wyposażenia prezentuje się nieco inaczej. W tym przypadku każda z połaci frontu dzierży jakiś artefakt. Lewa centralnie umieszczoną, dużą gałkę selektora wejść. Środkowa pod identycznym jak w CD logo marki tym razem okrągłe okienko z informacjami o poziomie wysterowania i stanie urządzenia, a także tuż pod nim włącznik główny wraz z gniazdem dla słuchawek. Natomiast prawa identyczną jak na lewej flance gałkę regulacji poziomu głośności. Górna płaszczyzna wzmacniacza grawitacyjnie wentylując wewnętrzne układy elektryczne jest ostoją dla dziewięciu bloków poprzecznych otworów. Jeśli chodzi o temat oferty przyłączeniowej na plecach wzmacniacza, te realizują bogatą serię wejść liniowych RCA, dwa wyjścia liniowe RCA, wejście na wewnętrzny phonostage MM/MC wraz ze stosownym zaciskiem uziemienia, pojedyncze terminale kolumnowe, identyczny jak w CD blok wejść dla sterowania systemem, przełącznik ewentualnej pracy w bi-ampingu, oraz gniazdo zasilania IEC.
Część opisującą brzmienie opiniowanego zestawu rozpocznę od informacji, iż na potrzeby realnego sprawdzenia jego możliwości japoński tandem współpracował głównie z kolumnami o przyjaznych przebiegach impedancji marki Triangle Espirt Australe EZ. Naturalnie nie omieszkałem sprawdzić jego brzmienia przy użyciu prądożernych Dynaudio Consequence, z którymi notabene radził sobie dobrze, jednak chcąc być w miarę obiektywnym, postanowiłem wykorzystać stacjonujące w tym czasie u mnie przedstawicielki z Francji. W wyniku takiej konfiguracji dla potencjalnych użytkowników mam dobrą informację. Otóż tym złocistym setem potomkowie samurajów nie starali się zawojować świata wyczynowym dźwiękiem, co zazwyczaj z uwagi na zbyt mocne akcenty niektórych składowych kończy się mocnym ograniczeniem grupy docelowej. Tytułowe 12-ki oferują bardzo spójne, bo soczyste, a przy tym nastawione na dużą gładkość, jednak umiejętnie zdefiniowane w estetyce otwartości brzmienie. To oznacza, że w zależności od potrzeb słuchanego materiału dostajemy masywny, przyjemnie określony w domenie kontroli dolny zakres, fajnie osadzony w barwie, jednak bez oznak utraty rozdzielczości środek i idące z duchem spójności z resztą pasma, kulturalne, ale przy tym nadal pełne informacji wysokie rejestry. Muzyka bez szukania wartości granicznych jakości wybrzmiewania przez cały test zwyczajnie starała się sprawiać mi tylko i aż tylko wielką przyjemność.
Miting testowy rozpocząłem od intymnego spotkania z Dianą Krall w produkcji „The Girl In The Other Room”. Balladowe opowieści nie tylko magicznie, ale za sprawą wspomnianych cech gładkości brzmienia zestawu, wręcz emocjonalnie wypełniały kubaturę mojego pokoju. Co istotne, owa plastyka nie zaburzyła odbioru tej kompilacji jako płyty zrealizowanej w wielkim pietyzmem – tłumacząc na nasze, nie zdusiła jej zbytnim ugładzaniem, co dobitnie pokazało, że mimo lekko stonowanej w kwestii agresji oferty sonicznej Marantza obyło się bez zatracania przy tym najważniejszych cech danej realizacji płytowej. Co melomanowi po zbyt nostalgicznym dla ucha dźwięku, jeśli będzie on w pierwszej kolejności daleki od zamierzeń artystów, a z drugiej z racji zbytniego ukulturalniania przekazu nudny, bowiem w efekcie zbyt mocnego uśredniania przez elektronikę zawsze taki sam. W tym przypadku udało się przejść przez tę pułapkę suchą stopą. Wspomniana diva po raz kolejny czarująco błysnęła swoim kunsztem, w efekcie nadal pozostając moim mocnym tytułem testowym.
Drugim krokiem po typowej produkcji studyjnej był materiał koncertowy z krakowskiego klubu Alchemia. W tej roli w produkcji „Live@Alchemia” wystąpił znany z grania tak zwaną ciszą, ostatnimi czasy słuchany przeze mnie wręcz nałogowo zespół RGG z uprawiającym free-jazz na saksofonie Evenem Parkerem w roli gościa. Jak można się spodziewać, tym razem nasi rodacy musieli pokazać się z całkowicie innej strony. Nie dość, że trzeba było improwizować w wielu przypadkach unikając jakiegokolwiek kolokwialnie mówiąc „ładu i składu”, to jeszcze spróbować zagrać w pełnym zrozumieniu zamierzeń, tym razem będącego niekwestionowaną gwiazdą wydarzenia E. Parkera. Jednak dla mnie nie to było najważniejsze. Znam tę płytę i wiem, co i jak udało im się zrealizować. Interesowało mnie raczej, czy system dobrze odda atmosferę klubu z niskim sklepieniem i czy nazbyt gładko nie zaprezentuje pracy bębniarza z ważnymi dla jego występu przeszkadzajkami. Tylko tyle? Owszem, gdyż o barwę i energię instrumentów na tle poprzedniego krążka byłem dziwnie spokojny. Resumując, ten na tle zazwyczaj prezentowanej przez Evana energetycznej jazdy bez trzymanki, raczej spokojny koncert, jako całość wypadł znakomicie. Nie dość, ze instrumentarium zostało obdarowane odpowiednim pakietem nasycenia, barwy i przyzwoitego blasku, to jako przysłowiową kropę nad „i” odebrałem dość wierne oddanie klubowej, czyli gęstej atmosfery spotkania z ograniczeniami wybrzmień przez niski sufit włącznie.
Na koniec coś bez żadnych hamulców. Najnowsza, już druga odsłona twórczości zespołu Metallica z formacją symfoniczną „S&M2”. Ten występ jest jeszcze słabiej zrealizowany niż pierwsza tego typu próba połączenia wody z ogniem. Jednak muszę pochwalić konstruktorów Marantza, że gdy była potrzeba, raz gasił bolesne skutki kompresji materiału muzycznego w nader krytycznych partiach nieco tonizując, by innym razem wzmacniać wokalistę w walce z zagłuszającym go instrumentarium. Nie wiem jak, ale udało mu się sprawić, że mimo marności słuchanych zapisów nutowych, zapoznałem się z nimi ze sporą nutką przyjemności. A należy wspomnieć, iż japoński set nie szczędził przy tym informacji o wielkości sceny i rozstawieniu na niej nie tylko wielkich sekcji, ale również poszczególnych muzyków. Gdybym miał ocenić to starcie, bez naciągania faktów zaliczyłbym je do grona ciekawych.
Jak wynika z wymienionych w poprzednim akapicie spostrzeżeń, w przypadku zestawu Marantz SA-12SE/PM-12SE miałem do czynienia z przyjemnym, bo osadzonym w estetyce nasyconego i gładkiego grania, obcowaniem z muzyką. To naturalnie w przypadku ciężkich brzmień nie oznaczało wysysania z nich niezbędnej do wyartykułowania przez artystów swojego buntu przeciw systemowi, energii, tylko nieco ich delikatniejsze podanie. Co ciekawe, reszta nurtów muzycznych reagowała w bardzo podobny sposób, udowadniając tym pewną uniwersalność zestawu. Kto zatem powinien zainteresować się tytułowym tandemem? Myślę, że brak jest jakichkolwiek istotnych przeciwskazań. Jednak jedno jest pewne, opiniowany japoński team raczej nie zrani naszych uszu. To będzie czasem mocna, a czasem łagodniejsza, ale zawsze przyjemnie podana opowieść muzyczna.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence, Triangle Espirt Australe EZ
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Horn
Ceny:
SA-12 SE: 14 999 PLN
PM-12 SE: 14 999 PLN
Dane techniczne:
SA-12 SE
Wejścia cyfrowe: Coaxial, Toslink (max. 192 kHz / 24-bit), USB 384 kHz / 32-bit; DSD11.2
Wyjścia cyfrowe: Coaxial, Toslink
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 50 kHz
Zakres dynamiki (SA): 109dB
Stosunek sygnał / szum (SA): 112dB
Całkowite zniekształcenia harmoniczne (SA): 0.0008%
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 20 kHz
Zakres dynamiki: 98 dB
Stosunek sygnał / szum: 104 dB
Całkowite zniekształcenia harmoniczne: 0.000015
Pobór mocy: 47 W
Pobór mocy (czuwanie): 0.3 W
Wymiary (S x G x W): 440 x 419 x 123
Waga 16.4 kg
PM-12 SE
Moc wyjściowa (8 / 4 omy RMS): 100 W / 200 W
Pasmo przenoszenia: 5 Hz-50kHz
Całkowite zniekształcenia harmoniczne: 0.005%
Współczynnik tłumienia: 500
Czułość wejściowa MM: 2.3 mV / 39 kΩ
Czułość wejściowa MC: 250 mV / 100 Ω
Stosunek sygnał / szum MM/MC: 88 / 75 dB
Czułość wejściowa: wysoki poziom: 220 mV / 13 kΩ
Czułość wejściowa: zbalansowany wysoki poziom:
Stosunek sygnał / szum: wysoki poziom: 107 dB(2V input/Rated output)
Pobór mocy: 130 W
Pobór mocy (czuwanie): 0.2 W
Wymiary (S x G x W): 440 x 453 x 123 mm
Waga: 15.3 kg
Opinia 1
Co się stanie kiedy specjalista od analogu w high-endowym wydaniu weźmie się za cyfrę? W dodatku, gdy będzie to osoba otwarcie głosząca, iż „płyty winylowe, mimo ich ograniczeń, są najważniejszym i najlepszym nośnikiem muzyki na świecie” i to mając świadomość ciągłych postępów w cyfrowej obróbce? Dla ułatwienia podpowiem, że opcje są dwie – albo funkcjonalno-brzmieniowy koszmarek, albo urzeczywistnienie idei mówiącej, że od pewnego pułapu tak naprawdę nie ma znaczenia, czy poruszamy się w domenie cyfrowej, czy analogowej, gdyż liczy się wyłącznie dźwięk, czyli fakt możliwie realistycznej iluzji materializacji ulubionych artystów w naszych czterech, bądź jak to w przypadku naszego redakcyjnego OPOS-a ma miejsce, ośmiu ścianach. Skoro jednak czytają Państwo te słowa, to biorąc pod uwagę, iż na buble i generalnie urządzenia ewidentnie nam niepasujące nie mamy czasu, ani nawet chęci, by go w tak bezproduktywny sposób tracić, śmiało możecie założyć, że w ramach niniejszej epistoły przyjdzie nam się zmierzyć z bezsprzecznie pozytywnym przejawem implementacji analogowych zapatrywań „twórcy” (tę kwestię pozwolę sobie rozwinąć dosłownie za moment) na niwie przysłowiowych zer i jedynek. Nad kim, a raczej nad czym będziemy zatem się pastwić? Nad przetwornikiem cyfrowo-analogowym a operując możliwie precyzyjną nomenklaturą streaming-DAC-iem Brinkmann Audio Nyquist mk2.
Jeszcze przed opisem walorów estetyczno-brzmieniowych warto wyjaśnić jeden, dość istotny z perspektywy dzisiejszej tematyki, szczegół. Otóż, choć Brinkman Audio kojarzony jest przede wszystkim z postacią założyciela – Helmuta Brinkmanna, czyli wiernego akolity czarnej płyty, to od 2015 r. za cyfrową część portfolio marki odpowiada znany naszym Czytelnikom m.in. z analogowej relacji z SoundClubu, pomysłodawca i współtwórca obiektu dzisiejszego zamieszania, a wcześniej prawdziwy psycho-fan dokonań i wierny klient pana Helmuta Brinkmanna, Matthias Lück. Wspominam o tym byście mieli Państwo jasność sytuacji, czyli, że nie jest to tzw. wypadek przy pracy i siłowa próba zaistnienia na polu, którego się ewidentnie nie czuje, jednak wypada coś na nim pokazać, lecz przykład równie bezkompromisowego podejścia, co w przypadku wcześniejszych – analogowych propozycji Brinkmanna. Jeśli ktoś w powyższe zapewnienia wątpi, to mam dla niego całkiem mocny argument, bowiem Matthias jest odpowiedzialny wyłącznie za sekcję cyfrową Nyquista a jego stopień analogowy, bazujący poniekąd na rozwiązaniach znanych z phonostage’a Edison, to dzieło Helmuta Brinkmanna.
Z elektroniką Brinkmann Audio sprawa jest prosta – widzieliście jedno urządzenie, to o ile tylko „złośliwy Niemiec” nie chowa Państwu zbyt często rzeczy, których dosłownie przed chwilą używaliście, to resztę rozpoznacie bez trudu. Pomijając bowiem nomen omen dość charakterystyczne gramofony reszta portfolio jest na tyle zunifikowana, że jeden rzut gałką oczną i wszystko wiadomo. Solidne, z reguły (wyjątek stanowią końcówki mocy) niskoprofilowe aluminiowe obudowy i charakterystyczne szklane płyty górne, plus obowiązkowe granitowe podstawy, to znak rozpoznawczy wyrobów tej niemieckiej, zatrudniającej raptem kilkanaście osób manufaktury. Podobnie jest z Nyquistem. Wykonany z solidnej szczotkowanej aluminiowej sztaby front zdobi centralnie umieszczony, niewielki niebiesko-biały wyświetlacz i tuż pod nim firmowy logotyp, z obu stron optycznie „zamknięte” bliźniaczymi gałkami – lewą odpowiedzialną za regulację wzmocnienia (od 0 do 10 dB dla wyjść liniowych i od 0 do 99 dla słuchawek), oraz prawą odpowiedzialną za wybór źródeł. Ponadto na lewej flance znajdziemy jeszcze gniazdo słuchawkowe 6,3mm ze stosownym aktywatorem a na prawej włącznik główny i przycisk wyciszenia. Ściany boczne to równolegle rozmieszczone płaty radiatorów z wydrążonymi „tunelami” dla czterech (po dwie na kanał), pracujących w stopniu wyjściowym lamp.
Niezwykle elegancko prezentują się również symetrycznie rozplanowane plecy niemieckiego DACa, gdyż zdublowane – oferujące zarówno gniazda RCA, jak i XLR wyjścia liniowe ulokowano po bokach, po lewej stronie skromnie przycupnęło wielopinowe gniazdo dedykowane zewnętrznemu, niewiele ustępującemu solidnością jednostce głównej, zasilaczowi a centrum zajęła „szuflada” – wymienny/upgrade’owalny moduł z interfejsami cyfrowymi – Ethernet, Toslink, USB, Coaxialnym i AES/EBU. Jednostkę sygnałową tradycyjnie ustawia się na płask na dołączonej granitowej płycie a zewnętrzny zasilacz gdziekolwiek tylko miejsce i zamontowany na stale przewód pozwalają.
Skoro jesteśmy przy złączach cyfrowych to pozwolę sobie wspomnieć o funkcjonalności streamingu zaimplementowanej w Nyquiście, którą da się okiełznać z pomocą wielce przydatnej appki mControl. Jej konfiguracja została dokładnie, krok po kroku opisana w instrukcji obsługi przetwornika, więc nawet nie czując się zbyt pewnie w temacie zostaniemy poprowadzeni za rączkę. Bezproblemowo działa również m.in. Bubble UPnP, bądź JRiver. Biorąc pod uwagę współczesne realia i wymagania konsumentów nie dziwi fakt możliwości całkowitego przekazania sterów Roonowi (Roon Remote). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by nawigację po zakamarkach domowych NAS-ów i bezkresach platform streamingowych scedować na oprogramowanie audiofilskich magazynów danych w stylu Melco N1Z/2EX-H60, czy transportów, jak daleko nie szukając mój dyżurny Lumin U1 Mini. Na wyposażeniu znajduje się również elegancki, aluminiowy pilot zdalnego sterowania.
Jeśli chodzi o trzewia, to w porównaniu z pierwszą odsłoną poprawiono zasilanie części analogowej i stopnia wyjściowego. Wykorzystując firmową topologię zastosowano sześć stabilizatorów wysokonapięciowych i sześć standardowych, czyli łącznie dwanaście – o jeden więcej niż wcześniej i właśnie ten dodatkowy dedykowano wyłącznie zegarowi taktującemu, co przyniosło korzyści zwłaszcza przy odtwarzaniu z wejść USB i LAN. Sercem urządzenia są niezmiennie ośmiokanałowe chipy ESS Technology ES9018S – po jednym na kanał, w które wybrano ze względu na możliwość pominięcia filtrowania cyfrowego i praktycznie brak stabilizatorów napięcia, co z kolei pozwoliło zastosować zewnętrzne, wyższej klasy stabilizatory. Ponadto ES9018S dysponują wyjściem prądowym, więc sygnał z nich został skierowany bezpośrednio do transformatora. Warto jednak podkreślić, iż w Nyquiście sygnały PCM i DSD dekodowane są niezależnie od siebie – natywnie, tzn. bez konwersji. Sygnał DSD poddawany jest najpierw przetaktowaniu, następnie trafia do minimalistycznego, zbudowanego z elementów dyskretnych DAC-a, przechodzi przez oparty na transformatorze Lundahla łagodny filtr analogowy, by wreszcie trafić do stopnia wyjściowego. Z kolei PCM i MQA fundowany jest ośmiokrotny upsampling w procesorze (352 kHz lub 384 kHz), w trakcie którego MQA jest dekodowane. Tak uzdatniony sygnał jest poddawany przetaktowaniu i doprowadzeniu do przetwornika (gwoli ścisłości dwóch) ESS Technology ES9018S. I tutaj kolejna mała dygresja z mojej strony, gdyż Matthias Lück jest kolejną znaną mi osobą z branży audio otwarcie przyznającą, iż sam wybór konkretnej kości przetwornika ma zdecydowanie mniejszy wpływ na finalne brzmienie DAC-a aniżeli się powszechnie uważa, gdyż przede wszystkim liczy się jej aplikacja i umiejętne dopracowanie kilku innych detali, w tym zasilania. Stopień wyjściowy oparto na czterech NOS-ach Siemensa PCF803 opracowanych w latach 60-ych do zastosowań w odbiornikach TV, w których miały pracować przez co najmniej dekadę, więc w DAC-u, ze zdecydowanie mniejszymi obciążeniami można założyć, iż ich żywotność będzie jeszcze większa. Na wyjściu nie zabrakło również transformatorów Lundahla. Tyle teorii, a jak się ona przekłada na praktykę?
Z Nyquistem, a dokładnie nawet nie z jego pierwszą, lecz wręcz prototypową wersją, której dane mi było posłuchać w 2016 r. podczas odbywającej się w ramach monachijskiego High Endu prasowej prezentacji wiążą się moje wielce przyjemne wspomnienia. Otóż to właśnie wtedy Matthias był na tyle miły, by w ramach małego „koncertu życzeń” odtworzyć na wystawowym systemie moje ulubione „Riders On the Storm” The Doors. Czy było dobrze? Nie, nie było. Było … magicznie i to na tyle, że tak jak wtedy miałem ciarki, tak po ponad czterech latach ze stereofonicznego, konwencjonalnego systemu, jeszcze nie udało mi się usłyszeć ww. nagrania odtworzonego bardziej realistycznie i namacalnie. Z premedytacją napisałem o stereo i konwencjonalności, gdyż rok później, również w Monachium, ów utwór zabrzmiał równie zjawiskowo, lecz John Herron posiłkował się wtenczas elektroniką Trinnov Audio i sześciokanałowym zestawem głośnikowym Vivid. Mniejsza jednak z prehistorią, gdyż kluczową i oczywistą kwestią było nie czy, a kiedy Nyquist się u mnie pojawi. I kiedy tylko pierwszy egzemplarz pojawił się w stołecznej siedzibie SoundClubu wydawać by się mogło, że będzie już z górki, gdyż wystarczy tylko poczekać aż demonstracyjna sztuka się wygrzeje, zaliczy kilka prezentacji i koniec końców trafi w moje ręce. Niestety przewrotny los miał nieco odmienne zdanie w tym temacie, gdyż wszystko co tylko przyszło do naszego rodzimego dystrybutora albo schodziło na pniu, albo właśnie się wygrzewało, by koniec końców opuścić salonowy pokój wraz ze szczęśliwym nabywcą. Jakby tego było mało otrzymałem pocztą pantoflową krótką, acz wielce istotną informację od samego producenta, by jednak jeszcze chwilę poczekać, gdyż właśnie kończy prace nad wersją … mk2 wygaszając jednocześnie produkcję „jedynki”. A jak Matthias coś powie, to powie, więc skoro najnowsza inkarnacja Nyquista z dopiskiem mk2 ujrzała … w 2018 r. (oczywiście podczas monachijskiego High Endu) światło dzienne, to najwyższa pora, żebyśmy i my mogli przygarnąć ją na dłuższą chwilę pod nasze skrzydła.
No to cytując klasyka „nadejszła wiekopomna chwila” – Nyquist mk2 wylądował w moim systemie i … Tak, to jest to. Wreszcie mogę odetchnąć z ulgą i spuścić powietrze z pompowanego przez ostatnie cztery lata balonika wspomnień i coraz bardziej rosnących oczekiwań. Wiecie Państwo o co chodzi? O budowanie wyimaginowanego i idealizowanego wzorca, z którym finalne i wyczekkiwane zetknięcie bardzo często wywołuje nader bolesne rozczarowanie, gdyż rzeczywistość ma się nijak do mocno podkolorowanych wspomnień. Tymczasem nasz dzisiejszy bohater po prostu spełnił pokładane w nim nadzieje a wręcz je przekroczył. Ale o tym już dosłownie za chwilę, a na razie bardzo przepraszam za brak budowania napięcia, stopniowania superlatyw i wielki finał, ale to jest brzmienie w stylu kochaj, albo rzuć.
Trudno bowiem przejść obojętnie obok wybitnej wręcz analogowości tego urządzenia. Aby jednak ów imperatyw w ujęciu „brinkmannowskim” zrozumieć trzeba na początku nieco doprecyzować samo pojęcie „analogowości”, gdyż nie chodzi mi w tym momencie o jej stereotypowe – kojarzone głównie z winylem oblicze, lecz o to o poziom wyższe – oferowane przez wysokiej klasy magnetofony szpulowe. Oblicze nie dość, że zdecydowanie bardziej dynamiczne, to w dodatku o nieporównywalnie bliższej wydarzeniom na żywo rozdzielczości. Dźwięk jest bowiem mocniejszy, ale bez ofensywności a jedynie na poziomie zgromadzonego w nim ładunku energetycznego i bardziej namacalny, realny, choć jakże daleki od sztucznego podbijania kontrastu.
Co ciekawe jest to granie bezsprzecznie inne od tego, z jakim obcuję na co dzień, gdyż o ile w moim Ayonie preferuję opcję permanentnej konwersji wszystkich sygnałów do możliwie wysoko próbkowanego DSD, o tyle Brinkmann wyraźnie różnicował sygnały PCM i DSD, grając te drugie w sposób zdecydowanie bardziej … analogowy. W dodatku operując nieco ciemniejszą estetyką prezentacji potrafił zejść jeszcze niżej, głębiej w eksploracji muzycznych odmętów. Wystarczyło tylko sięgnąć po pozornie minimalistyczny album „SulaMadiana” Mino Cinelu i naszego dyżurnego Nilsa Pettera Molværa, by zrozumieć jak precyzyjny, jednak nie w ujęciu pomiarowo-laboratoryjnym a czysto ludzko-percepcyjnym jest niemiecki przetwornik. Bogactwo blaszanych przeszkadzajek i innych „fizycznych” perkusjonaliów z łatwością materializowało się w przestrzeni międzykolumnowej a z kolei syntetyczne loopy i plamy dźwiękowe li tylko sygnalizowały swoją niematerialną bytność. Różnice pomiędzy nimi dotyczyły dosłownie wszystkiego, począwszy od definicji brył, konturów poprzez ich wypełnienie, fakturę a co najważniejsze sam rozmiar i zawieszenie, umiejscowienie w przestrzeni. Jednak owa, czysto pozorna, drobiazgowość bynajmniej nie wynikała z wręcz obsesyjnego dzielenia włosa na czworo i rozbijania każdego dźwięku na atomy, lecz była czymś całkowicie oczywistym i tożsamym z odsłuchem na żywo, gdzie chyba nikt mający choćby odrobinę słuchu nie ma problemów z odróżnieniem dźwięków generowanych przez fizyczne instrumentarium od tych kreowanych li tylko komputerowo.
Podobnie na ścieżce do kultowego „The Fifth Element / Le cinquième élément” Érica Serry przepiękna aria „Lucia di Lammermoor” / „The Diva Dance” bez trudu można wyłapać fragmenty, gdzie naturalny wokal Invy Mula-Tchako jest nieco „wspomagany” cyfrową obróbką. Czy to źle? Absolutnie nie, przynajmniej w moim skromnym mniemaniu, gdyż docierając do źródeł otrzymujemy pełniejszy, bardziej spójny obraz tego, co dany artysta, kompozytor miał na myśli poruszając się w obrębie własnego mikrokosmosu określanego nader pojemnym mianem „Licentia poetica”. O ile tylko nikt nie próbuje zaklinać rzeczywistości, że nic przy konkretnych ścieżkach nie było „majstrowane”, choć wiadomo, że było. Czy zatem należy złożyć, że wszelakiej maści syntezatory i generowane komputerowo dźwięki na Brinkmannie zagrają gorzej aniżeli ich „analogowi” pobratymcy? Też nie, a jedynie … inaczej. W końcu organy Hammonda, czy Moogi charakteryzuje tak brzmienie jak i sama „konsystencja” dźwięku diametralnie inna aniżeli tego, co oferują w pełni cyfrowe „klawisze” i jakoś nikt o to kopii nie kruszy.
Wróćmy jednak do meritum. Obecność lamp w stopniu wyjściowym naszego dzisiejszego bohatera części z Państwa może, niejako podprogowo, narzucać dość oczywistą, opartą na wysyceniu i lekkim zmiękczeniu narrację. Tymczasem, choć Brinkmann niezaprzeczalnie operuje nieco bardziej soczystą paletą barw aniżeli dCS Vivaldi DAC2 a i linie konturów rysuje nieco mocniej aniżeli swój angielki konkurent, to nie sposób zarzucić mu czy to przegrzania atmosfery, bądź przesady w kreśleniu poszczególnych brył. Proszę tylko posłuchać „Vägen” Tingvall Trio, by stwierdzić, iż delikatny chłód nagrania cały czas jest tam obecny a blachy pomimo swojej zwiewności mają odpowiednia masę i „body” . Z kolei na „Tribute to Tomasz Stańko” Piotr Schmidt Quartet & Wojciech Niedziela oczywistym staje się fakt fenomenalnego operowania przez niemiecki przetwornik mikro-dynamiką. Delikatnie muskane przez Krzysztofa Gradziuka blachy, z równą finezją wygrywane partie na werblu, czy operujący z tyłu kontrabas Macieja Garbowskiego na swój sposób uzupełniają niezwykle liryczny dialog fortepianu Niedzieli z trąbką lidera, lecz zamiast stanowić dla nich li tylko tło tworzą misternie utkany klimat, ekosystem, w którym jesteśmy świadkami prawdziwego misterium.
Proszę się jednak nie obawiać, że w skali makro napotkamy jakieś anomalie, gdyż zarówno symfonika, w tym podparta równie imponującym aparatem wokalnym, jak genialne „Mozart: Requiem in D Minor, K. 626” MusicAeterna, Teodor Currentzis, New Siberian Singers, jak i zdecydowanie mniej uduchowione, za to bezsprzecznie bardziej bezpardonowo podane ciężkie brzmienia w stylu świetnie zmasterowanego w skądinąd znanym mi z osobistej wizyty studiu Chartmakers albumu „Vredesvävd” Finntroll wypadają wybornie. Tak przez sakralno – funeralne, podniosłe misterium, jak i przez „skoczne”, folk-blackmetalowe opętańcze pląsy i iście zwierzęce porykiwania Nyquist przeszedł jak burza z iście mistrzowską precyzją operując tak ciszą, jak i kruszącą mury kakofonią i trudnymi do ogarnięcia spiętrzeniami dźwięków nie roniąc z nich nawet najmniejszych mikro-wybrzmień. Wydawać by się jednak mogło, iż na tak wysokim poziomie wyrafinowania trafienie w punkt z Mozartem dziwić nie powinno, jednak już fińscy blackmetalowcy znaleźli się w powyższym zestawieniu przez najdelikatniej mówiąc przypadek. Tymczasem ich obecność jest tutaj w pełni zamierzona, gdyż wychodząc z założenia, że o ile danego gatunku muzycznego można nie lubić, to już ocena poprawności, bądź braku jego odtworzenia nie powinna budzić absolutnie żadnych wątpliwości. I proszę mi wierzyć na słowo, a najlepiej umówić się na odsłuch ww., bądź podobnego krążka i własnousznie ocenić. Sam nie miałem się do czego przyczepić. Było piekielnie szybko, równie rozdzielczo i nad wyraz brutalnie (szczególnie jeśli chodzi o partie wokalne Mathiasa „Vreth” Lillmånsa), lecz efekt ten nie był pochodną przesterowania, bądź „wypłaszczenia” skompresowanej sceny i pójścia w stronę ogłuszającego jazgotu, lecz przy zachowaniu pełnej czytelności operowania wieloplanowo rozmieszczonymi źródłami plującymi ogniem i iście piekielnymi wyziewami, a dokładnie ich nieskrępowanym potencjałem dynamicznym. To tak, jakby jadąc 730-konnym Mercedesem AMG GT Black Series (M178 LS2) z pedałem przyspieszenia wciśniętym w podłogę mieć jeszcze świadomość, że to jeszcze nie koniec atrakcji, bo jakby nam zabrakło wrażeń zawsze możemy sięgnąć po „mokre nitro”, czyli podanie podtlenku azotu z dodatkową porcją paliwa i coś mi się wydaje, że prędzej słuchacze stracą kontrolę nad ogromem dostarczanych informacji, aniżeli pogubi się w nich Nyquist.
Wszystko co dobre niestety kiedyś się kończy, więc i moja przygoda z aktualną, oznaczoną dopiskiem mk2, inkarnacją streaming DAC-a Brinkmann Audio Nyquist dobiegła swojego finału. Finału niestety pozbawionego happy-endu, gdyż z niekłamanym żalem zmuszony byłem spakować go do firmowego kartonu i przekazać Jackowi, który z kolei po swojej turze odsłuchów zwrócił go dystrybutorowi. Boli, bardzo boli brak Nyquista w moim systemie, jednak warto pamiętać o pozytywach tego spotkania, gdyż dzieło Helmuta Brinkmanna i Matthiasa Lücka nie tylko zwycięsko wyszło ze starcia z moimi wyidealizowanymi wspomnieniami, to wręcz całkowicie rozłożyło mnie na łopatki swoją wielce uzależniającą mieszanką wyrafinowania, rozdzielczości i dynamiki sprawdzającą się zarówno przy tzw. „grze ciszą”, jak i bezpardonowej black-metalowej kakofonii. DAC idealny? Cóż, z pewnością istnieją lepsze alternatywy, jednakże na tę chwilę nie dane mi było doświadczyć ich geniuszu we własnych czterech kątach. A Nyquist się pojawił, zagrał i odszedł pozostawiając po sobie bolesną wyrwę i kiełkujące twarde postanowienie, że jeszcze, tym razem już na dobre, do mnie wróci.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Być może dla wielu z Was będzie to nieco zaskakujące twierdzenie, ale granicząc ze stanem pewności jestem święcie przekonany, iż w temacie wiedzy o tytułowej marce pewna grupa miłośników dobrej jakość dźwięku jest w sporym błędzie. Chodzi mianowicie o fakt najczęstszego kojarzenia naszego bohatera – pochodzącej z Niemiec manufaktury Brinkmann Audio, jedynie z konstrukcjami analogowymi – gramofonami, dedykowanymi im przedwzmacniaczami i od jakiegoś czasu z pietyzmem przygotowywanymi sonicznie, wydawnictwami płytowymi. Tymczasem panowie ze wspomnianego teamu oprócz szerokiej palety konstrukcji poświęconych czarnej płycie w swoim portfolio oferują również produkty pozwalające obcować z muzyką zapisaną mówiąc kolokwialnie kodem zero-jedynkowym. Powiem więcej, oferta tego typu produktów jest istotnym elementem ich oferty od wielu lat, czego potwierdzeniem jest dostarczone do naszej redakcji przez warszawski SoundClub, drugie wcielenie przetwornika cyfrowo-analogowego Brinkmann Audio Nyquist Mk II. Zaskoczeni? Bez względu na powód – czy z racji dotychczasowego braku wiedzy o działalności marki na polu cyfrowym, czy też pojawienia się już kolejnej odsłony tej zbierającej świetne opinie konstrukcji, zapraszam wszystkich na kilka obfitujących w ciekawe wnioski akapitów o tytułowej, bazującej na zapisach cyfrowych niemieckiej myśli technicznej.
Jak obrazują fotografie, przetwornik Nyquist Mk II w kwestii gabarytów przy dość niedużej wysokości osiąga typowe rozmiary szerokości i głębokości dla tego typu konstrukcji. Jednak wbrew pozorom zestawiony w pełnym firmowym rynsztunku w kontrze do gabarytów może pochwalić się sporą wagą. Powodem jest dostarczana w komplecie startowym granitowa płyta, stanowiąca stabilne podłoże dla delikatnych układów elektrycznych. Naturalnie zdaję sobie sprawę, iż w materii izolowania urządzeń audio od szkodliwych drgań podłoża wielu konstruktorów może mieć inne zdanie, jednak w moim odczuciu zastosowanie granitu miało dodatkowy, w końcowym rozrachunku dźwiękowym, bardzo istotny cel – o tym później. Idąc dalej tropem budowy, a przy tym przybliżając nasz punkt zapalny, nie sposób nie zauważyć, iż konstruktor pomyślał o przyjemności obcowania ze swoim dziełem nie tylko od strony sonicznej, ale również wzrokowej, gdyż w odpowiedzi na zapotrzebowanie wielu użytkowników, jak na panujące standardy opakował swój projekt dość nietypowo. Chodzi mianowicie o dającą wgląd w elektronikę, przezroczystą górną część obudowy. Przyznam szczerze, iż wizualnie pomysł prezentuje się fenomenalnie, a oprócz tego pokazuje dbałość projektanta o każdy szczegół wykonania i uzbrojenie płytek PCB, czym nie oszukujmy się, zazwyczaj bardzo lubimy się napawać. Na wykonanym z grubego płata aluminium froncie Nyquista znajdziemy kilka manipulatorów symetrycznie rozlokowanych wokół mieniącego się błękitem dwuwierszowego wyświetlacza. Patrząc od lewej strony dostajemy do dyspozycji zorientowane w pionie: włącznik inicjujący pracę słuchawek i stosowne dla nich gniazdo. Tuż obok dużą gałkę regulacji wzmocnienia sygnału wyjściowego. Zaś po drugiej stronie niebieskiego okienka symetrycznie rozstawione: bliźniaczą do lewej flanki gałkę, tym razem wyboru wejścia i całkiem na prawej flance pionowo zaimplementowane MUTE i włącznik główny. Przerzucając wzrok na tylny panel przyłączeniowy po drodze mijamy wspomnianą połać przezroczystej pokrywy urządzenia i boczne ścianki w formie kilku pionowych plastrów aluminium jako radiatory. Natomiast rewers oferuje użytkownikowi zaaplikowany w centrum pakiet wejść cyfrowych typu: Ethernet, Toslink, AES/EBU. SPDIF i USB, a także rozlokowane na zewnętrznych rubieżach wyjścia sygnału analogowego w standardach RCA i XLR oraz wielopinowe gniazdo dla wydzielonego z głównej obudowy zasilacza. Ten ostatni jest niedużą, aluminiową skrzynką z diodą sygnalizującą jego pracę na froncie i gniazdem zasila IEC wraz z wyprowadzonym na stałe kablem do połączenia go z przetwornikiem na plecach. Wieńcząc opis budowy istotną informacją dla potencjalnego nabywcy jest fakt obsługi przez Nyquist-a Mk II praktycznie każdego dostępnego sygnału cyfrowego od MQA, do częstotliwości próbkowania 384 kHz, przez PCM do 384 kHz/32 bitów, po DSD 64/128 włącznie. Na koniec warto dodać, iż niekwestionowanie miłym dodatkiem od producenta jest dostarczany w komplecie startowym pilot zdalnego sterowania.
Rozpoczynając opis brzmienia rzeczonego DAC-a odniosę się do sygnalizowanego w poprzednim akapicie, celowym użyciu granitu jako podstawy dla całej konstrukcji. Oczywiście to są moje przypuszczenia. Jednak na bazie wielu lat zabawy w opiniowanie różnych produktów niosące ze sobą sporo zweryfikowanych racji. Otóż w moim mniemaniu konstruktor aplikując twarde podłoże pod przecież bardzo czułe na tego typu zabiegi urządzenie miał w zamyśle na ile to możliwe, precyzyjnie namalować świat muzyki. To co prawda stoi w opozycji do zazwyczaj stosowanej przez konkurencję miękkiej izolacji elektroniki od stolika. Jednak wówczas bardzo prawdopodobnym jest, iż lekkim zawoalowaniem przekazu poprzez aplikację weń dodatkowej szczypty miękkości, coś chcemy ukryć. Najczęściej powodem brak rozdzielczości, co na końcu przekłada się na sporą ilość męczących zniekształceń. Tymczasem panowie z Brinkmann Audio znakomicie zdając sobie sprawę jak dobrze poradzili sobie z obróbką sygnału, postanowili narysować wydarzenia muzyczne fenomenalną, bo z jednej strony ostrą w górnych rejestrach, ale nic a nic nieraniącą uszu nawet podczas najdłuższych odsłuchów, zaś z drugiej w dolnych partiach przyjemnie dociśniętą kreską. I według mnie to, czyli fenomenalny wgląd w nagranie, przy dobrej masie, nasyceniu i witalności przekazu, jest największą zaletą tego przetwornika.
Próbując udowodnić moją opinię, pokazując przy tym ową zaletę dosłownie palcem na początek przywołam świetnie oddany w kwestii nie tylko emocji i poczucia feelingu przez muzyków, ale również idealnego zawieszenia i bezkompromisowej wizualizacji każdego, powtarzam każdego instrumentu, projekt rodzimego zespołu RGG „Memento”. To była feeria w dobrym tego słowa znaczeniu, zaskakujących mnie każdym dotknięciem czy to zrównoważonego w domenie ilości struny i pudła rezonansowego, kontrabasu, majestatycznie, bo mocno na dole i dźwięcznie w wyższych rejestrach, wybrzmiewającego fortepianu, czy też wręcz fenomenalnie rozbłyskujących w eterze perkusjonaliów, fraz nutowych. Owa płyta wybrzmiała tak magicznie, że z racji niedawnego jej zakupu jako uzupełnienia płytoteki przesłuchałem ją dwa razy z rzędu, a zaraz po niej przypomniałem sobie nausznie projekt zatytułowany „Szymanowski” i „True Story – In Two Acts”. Jednym słowem w wyniku zjawiskowej prezentacji jednego z moich ulubionych nurtów jazzowych w estetyce tak zwanego grania ciszą, zaliczyłem całkowicie pochłaniającą moje zmysły dosłownie kilkugodzinną sesję bez oznak jakiegokolwiek zmęczenia materiału. I co ciekawe, mimo lekkiego odejścia przekazu od minimalnie większej niż mam na co dzień miękkości dźwięku, nawet przez moment nie poczułem dyskomfortu, tylko zdziwienie, że można tak wyraziście, ale również zaskakująco przyjemnie.
Po serii płyt z małymi składami przyszedł czas na wokalistykę. Specjalnie dobrze zrealizowaną, żeby w razie przerysowywania spektaklu przez opiniowany przetwornik złapać go na gorącym uczynku. Niestety misterny plan, w którym brała udział Koreanka Youn Sun Nah z nową, trącającą nieco nurtem popowym, ale również jak poprzednie dobrze zarejestrowaną płytą „Immersion”, nie zdołał podkopać pierwszych odczuć na temat Nyquista. To oczywiście była konturowa jazda bez trzymanki, jednak w przyjemnym, bo pozbawionym słyszalnych zniekształceń, pełnym najdrobniejszych niuansów mimiki twarzy artystki, wydaniu. Osobiście, już z taką prezentacją bez najmniejszych problemów mógłbym żyć, jednak na swoje potrzeby drobną roszadą kablową pewnie próbowałbym nadać jej tembrowi głosu nutkę soczystej intymności w środku pasma. Ale zaznaczam, tylko dlatego, że jestem orędownikiem lekkiego przeciągnięcia przysłowiowej struny barwy w stronę większego koloru, a nie z racji problemu odbioru testowego poziomu nasycenia.
Na koniec coś, co powinno położyć pretendenta do laurów na łopatki. Raczej mało przywiązujący uwagę do jakości, a raczej starający się oddać przez lata zbierające się w umysłach artystów emocje spod znaku Sabatona w około-wojennej kompilacji „Heroes”. Wydawałoby się, że bezpośredniość prezentacji wpłynie negatywnie na odbiór. Tymczasem nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, gdyż w wyniku czytelnego przetworzenia danych z transportu między kolumnami zawisł owszem mocno dosadny przekaz, ale pełen energii i przy tym świetnej dynamiki. I powiem szczerze, że wystarczyło w końcówce mocy Mephisto zmniejszyć poziom BIAS-u na średni – dźwięk nabiera stosownego body i lekko tłumi szaleństwo rozmachu prezentacji, by w pełni ukontentowanym zaliczyć tę pozycję płytową bez szwanku dla jakości oceny brzmienia Brinkmanna. Atak, energia minimalnie zmniejszyły wolumen, ale akurat w tym przypadku była to oczekiwana zmiana. Przecież nie samą bezpardonowością grania zestawu człowiek żyje.
Na koniec kilka zdań o elektronice mojej młodości Depeche Mode w stosunkowo nowej produkcji „Exciter”. W tym przypadku żadne ruchy osłabiające atuty testowanego przetwornika nie były potrzebne, gdyż dosłownie wszystko brzmiało w sposób, jaki prawdopodobnie planowali artyści. Gdy było trzeba szybko. Innym razem mocno na dole. A gdy dochodziło do prób zabawy z przesterem, może zabrzmi to dziwnie, ale przyjemnie boleśnie. Sam nie przypuszczałem, że przy pewnego rodzaju skrajnościach – otwartość wysokich tonów wespół z przyjemną, bo minimalną krągłością na basu, ta płyta może wypaść tak dobrze.
Jak wynika z powyższego pochwalnego słowotoku, ciekawa różnorodność – w zależności od pasma przenoszenia – w oddaniu dokładności kreski rysującej ulubioną przez nas muzykę nie musi oznaczać wypływającej z uszu krwi. Przy założeniu grania z rozmachem w domenie oddechu i bezpośredniości wystarczy dobrze zbilansować nasycenie, W tym przypadku inżynierom z Brinkmann Audio udało się nadać muzyce niezbędnego, ale niemulącego całości body w dolnych rejestrach, dlatego mimo unikania przegrzania przekazu na średnicy, DAC bez problemu sprawdził się nawet w tak lubianym przeze mnie jazzie i intymnej wokalizie. Czy to jest oferta dla każdego? Biorąc pod uwagę swobodę grania i łatwość delikatnego przeciągnięcia go na swoją czy to muzykalniejszą, czy bardziej neutralną stronę, jak najbardziej tak. Czy z każdego starcia wyjdzie z tarczą? To już będzie zależeć od zastanych warunków i oczekiwań nabywcy. Jednak jedno jest pewne, tytułowy niemiecki przetwornik jest wart każdej poświęconej na dogłębne zapoznanie się z nim, minuty.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: SoundClub
Cena: 64 000 PLN
Dane techniczne
Wejścia: USB 2.0, SPDIF, AES-EBU, Ethernet RJ45
Obsługa formatów cyfrowych: MQA i PCM do 384kHz [DXD], DSD64 i 128 przez DoP [DSD over PCM], DSD256 natywnie
Obsługa serwisów streamingowych: DLNA, Tidal, Deezer, Qobuz, vTuner, Roon
Zniekształcenia THD/IM: < 0,01%
Odstęp sygnał/szum:> 100dBA
Regulacja wzmocnienia:-20 … +10dB
Napięcie wyjściowe: maksymalnie ± 12V, symetryczne
Impedancja wyjściowa: 10 Ω, symetryczna
Wyjście słuchawkowe: 30 – 600 Ω
Wymiary
DAC (S x W x G): 420 x 95 x 310 mm
Zasilacz (S x W x G): 120 x 80 x 160 mm
Waga: 12 kg DAC, 3.2 kg zasilacz, 12 kg granitowa podstawa
Możliwy upgrade modułu cyfrowego
Opinia 1
Bez względu na moje osobiste postrzeganie prezentowanego dzisiaj producenta, jednego nie można mu odmówić – konsekwencji wprowadzania w życie w praktyczne każdym modelu kolumn, leżących u podłoża buntu założyciela marki – Dave’a Wilsona – przeciwko światowej tendencji, fundamentalnych założeń konstrukcyjnych. Jakich? Pośród wielu dwa wydają się być pewnego rodzaju kredo marki. Są nimi wykorzystanie jako materiał na obudowy opracowanego własnym sumptem, znacznie lepiej od innych materiałów panującego nad szkodliwymi wibracjami kompozytu i bez względu na wariant obudowy – skonsolidowana lub modułowa – eliminującą elektryczną ingerencję w układach zwrotnic dbałość o mechaniczne wyrównanie czasowe współpracujących ze sobą przetworników. W szczególności ten ostatni aspekt jest na tyle istotny, że chcąc zostać dystrybutorem tej marki, by potem wprowadzić ją na lokalny rynek, a przy tym w pełni wykorzystać potencjał oferowanych produktów, trzeba pofatygować się za ocean na specjalistyczne szkolenie w zakresie aplikowania regulowanych w niektórych modelach z dokładnością do jednego milimetra – więcej informacji na ten temat nieco później – poszczególnych sekcji głośnikowych. O kim mowa? O będącym obiektem westchnień dla wielu z nas, stacjonującym w USA producencie kolumn głośnikowych Wilson Audio. Ten zaś, dzięki łódzkiemu Audiofastowi na potrzeby dzisiejszego spotkania dostarczył do zaopiniowania zbierający bardzo dobre opinie nie tylko pośród branży, ale również sporej rzeszy użytkowników, model Alexia Series 2.
Przybliżając budowę rzeczonych kolumn w pierwszej kolejności jestem zobligowany potwierdzić, iż Alexia Series 2 idąc za myślą przewodnią całej oferty jako materiał do budowy korpusów wykorzystuje najnowszą inkarnację opracowywanego na bazie własnych doświadczeń, za sprawą dodatkowych wewnętrznych użebrowań znacznie lepiej od poprzednich wcieleń rozpraszającego energię, oznaczonego symbolem W jako powiązanie z rozwojem flagowych kolumn WAMM, łatwo formowalnego na potrzeby eliminacji dyfrakcji fal, tudzież innych tym podobnych, zazwyczaj niechcianych zjawisk kompozytu. Jak przystało na poważną propozycję ze środka oferty, w tym przypadku mamy do czynienia już z budową modułową. Główna, dolna, jak wspomniałem znacznie udoskonalona w domenie sztywności skrzynka jest delikatnie zaokrągloną wariacją na temat prostopadłościanu. Jej front stał się ostoją dla dwóch otulonych filcopodobnym materiałem, przetworników niskotonowych – 8 i 10 cali z membraną z papierowej pulpy. Jednak to nie jest najciekawszy aspekt tego modułu. Otóż jego rewers wbrew zwyczajowemu zadaniu jedynie wyeksponowania w tym przypadku na aluminiowej platformie, pojedynczych terminali kolumnowych i w połowie wysokości również otulonego kształtką z aluminium portu bass-reflaxu, tuż przy górnej płaszczyźnie pod przezroczystą zaślepką daje potencjalnemu klientowi możliwość dostrojenia do zastanej konfiguracji ilość najwyższych rejestrów. W jaki sposób? Skrywa połączone firmowymi opornikami – w pakiecie startowym otrzymujemy kilka wartości – dodatkowe terminalne. Jednak to nadal nie jest pełen pakiet informacji. Chodzi o znajdujące się na górnej płaszczyźnie skrzynki łoże dla modułu średnio-wysokotonowego. To tak prawdę mówiąc poza dobraniem wielkości kolumn do pomieszczenia jest idée fixe producenta na dopasowanie ich nie tylko do docelowego miejsca odsłuchowego, ale również konkretnej postury miłośnika muzyki, o czym wspomnę więcej w kolejnym akapicie. Znajdziemy tam zlokalizowane na bokach dwa podłużnie łoża i centralnie ustawioną, płynnie regulowaną w wektorze odsunięcia ku tyłowi serię schodków jako punkty podparcia dla koców stawianego na tym monumencie górnego modułu z przetwornikami. Naturalnie przy całej komplikacji tej części kolumny nie zapomniano również o wyprowadzeniu kabli do spoczywającej w tym miejscu swoistej główki. Tak prezentującą się i jak wynika z opisu mocno uzbrojoną w technikalia bryłę, posadowiono na wkręcanych zamiast transportowych kółek bezpośrednio w kompozyt – z pominięciem dodatkowych, zazwyczaj metalowych gwintów – sadowione na podkładkach solidne kolce.
Jeśli chodzi o nadstawkę dla górnych (jedwabna kopułka) i średnich tonów, (kompozyt celulozy i papierowej pulpy), ta swoimi kształtami z grubsza przypomina piramidy z mocno ściętymi stożkami. Jednak wbrew sprawiającym przez boczne ścianki obudowy pozorom obydwa głośniki zostały od siebie płynnie odseparowane jako osobne byty. Jednak płynnie w tym przypadku nie oznacza miękkiego usadowienia jednego na drugim, tylko zastosowanie umożliwiających odsuwanie wysokotonówki w tył lub przód i odpowiednie jej pochylenie w stosunku do miejsca odsłuchu, kilku regulacyjnych rozwiązań. Wieńcząc opis tej części kolumn należy dodać, iż pracujące w tych sekcjach głośniki również okala zaczerpnięty z zakresu basu filcopodobny materiał, na zagłębionym tylnym panelu producent nie zapomniał zaaplikować stosownych dla każdej z sekcji zacisków kolumnowych, a w celach odpowiedniego strojenia dodał zorientowany w poziomie, wąski i długi otwór stratny dla przetwornika średniotonowego. Ostatnią techniczną informacją na temat bohaterek dzisiejszego spotkania jest wiedza, iż po pierwsze – są pakowane w solidne, drewniane skrzynie. Zaś po drugie – całość procedury aplikacji u klienta wykonuje przeszkolony przedstawiciel sklepu bądź dystrybutora, co klientowi pozostawia jedynie możliwość śledzenia procesu z filiżanką kawy w ręku.
Zanim przejdę do konkretów odnośnie brzmienia tytułowych kolumn, skreślę kilka słów o ich aplikacji według zaleceń producenta. Jak wspominałem, to jest ściśle określona procedura. Na tyle ważna, że proces rozpisany jest w stosunku do każdego głośnika w formie tabel. Jego przebieg trochę obrazują załączone fotografie. Po prostu mierzymy odległości siedziska od kolumn. Potem wysokość naszych uszu od podłogi. By na koniec z dokładnością do milimetra według przelicznika na dostarczonych przez producenta zestawieniach, wybrać optymalne ustawienia promieniowania głośników w stosunku do miejsca odsłuchowego. I nie chodzi li tylko o ruchy góra dół osi ich pracy, tylko również przód i tył samego średniaka i analogicznie kopułki w stosunku do średniaka. Powód? Wręcz maniakalne podejście do tematu mechanicznego wyrównania czasowego współpracujących ze sobą głośników, które znacznie upraszcza budowę i tak często skomplikowanych układów zwrotnic.
Po dość długim wstępie czas na kilka wniosków z procesu oceny jakości oferowanego dźwięku drugiej odsłony modelu Alexia. Otóż bez dwóch zdań miałem do czynienia ze znacznie lepszym, bo dalekim od kilka lat temu oferowanym brzmieniem. Głównym powodem było odejście od bezpardonowego, w moim odczuciu mocno przewartościowanego w estetyce bezpośredniości, grania. Oczywiście nie mam tutaj na myśli utraty namacalności, tylko znaczną poprawę przekazu w domenie kultury jego podawania. Nie jako przysłowiową wolną amerykankę, czyli mocno i obszernie na basie, równie gęsto, ale bez zwracania uwagi na czytelność na środku i bezkompromisowo, czyli ile fabryka dała w górnych rejestrach, tylko wszystko skrojone praktycznie na miarę. W wyniku ciężkiej pracy projektowej podczas testu otrzymałem dobrze osadzone przy pełnej kontroli poczynania w zakresie niskich tonów. Co prawda z lekkim, ale z doświadczenia wiem, że bardzo pożądanym przez wielu melomanów nalotem papieru, co istotne gładką i rozdzielczą średnicę. I jako bonus regulowane przy pomocy rezystorów, jednak tym razem znacznie wyższej klasy wysokie tony. To po aplikacji w mój tor było tak znamienne w skutkach, że aby przestawić się z przed-testowego nastawienia na jazdę bez trzymanki na przekaz pełen zarezerwowanych dla kolumnowej elity emocji, potrzebowałem kilku dobrze zrealizowanych płyt.
Wszystkiego jakby było mniej. Jednakże to mniej w konsekwencji okazało się znacznie być znacznie lepiej, a to wprost proporcjonalnie przekładało się na mniejszą ilość zniekształceń i możliwość śmiałego podkręcania gałki głośności bez poczucia rozmywania się prezentowanych wydarzeń muzycznych. Owszem, to powinien być chleb powszedni konstrukcji z poziomu High Endu, jednak czym innym są pobożne życzenia producenta, a czym innym realny występ na tle stawiającej bardzo wysoko porzeczkę jakości konkurencji. W tym przypadku koncern Wilson Audio modelem Alexia Series 2 nie pozostawiając nic przypadkowi bez problemu sięgnął poziomu jakości zarezerwowanej dla najlepszych. Konkretnie jakiej? Już pisałem, bez wyskoków w bok, tylko naszpikowanej emocjami równowagi tonalnej. Muzyka brzmiała szybko i zwarcie, a przy tym z niezbędną dawką nasycenia i swobody. Naprawdę mimo usilnych prób nie udało mi się złapać Amerykanek na potknięciu. Zawsze, nawet z najcięższych starć wychodziły z tarczą. W swoim stylu, czyli bez zbytniego podkręcania atmosfery rozgrzaną do czerwoności średnicą, raczej oscylując w estetyce symbolicznego kolorowania ogólnej neutralności, bez skrupułów nakazywały mi bezwiednie zmieniać krążek za krążkiem. A zaznaczam, że po trwającej około roku, gruntownej zmianie elektroniki coraz częściej z przyjemnością strzelam sobie w ucho głośnym graniem. Niestety w dobrym tego słowa znaczeniu Jankeski z dziecinną łatwością każdą pozycję płytową przekuwały w sukces.
Tak było np. w przypadku występów Johna Zorna w projekcie Masada „First Live 1993”. Wiem, posługuję się tym krążkiem dość często. Jednak zazwyczaj tylko w momencie świetnego wykonu, czego idealnym przykładem był obecnie opisywany proces testowy. Bez względu na różne tempo grania zespołu w poszczególnych kawałkach – z uwagi na występ koncertowy w celach odsapnięcia robią to raz wolniej, a raz szybciej – wręcz nadrzędnym aspektem odbioru poczynań tego składu jest rytm. Ten oczywiście dzięki świetnemu zwarciu i energii dźwięku, a w szczególności szybkości narastania sygnału, bez wykorzystania używek, z alkoholem włącznie, z dziecinną łatwością wywołał we mnie coś na kształt pożądanego przez artystów transu. Muzyka przez cały czas tętniła odpowiednim PRAT-em, świetnie kreując tym sposobem znakomicie zawieszone w estetyce 3D na budowanej z rozmachem wszerz i głąb wirtualnej scenie liczne instrumentarium, ze szczególnym uwzględnieniem spierających się często ze sobą saksofonu i trąbki. To był spektakl przez duże ”S”. W odniesieniu do moich preferencji jakby odrobinę mniej nasycony w środku pasma, co prawdopodobnie dałoby się skorygować stosownym okablowaniem, ale za to dla wielu w wersji pobawionego ruchów kablowych wrzucenia kolumn w zastany tor znacznie prawdziwszy. Taki stan odbioru potwierdzała każda, nie tylko rockowa, ale również oparta o materiał elektroniczny płyta. Był atak, moc i swoboda, za każdym razem pozwalając zadać systemowi dowolną głośność słuchania, co w wielu przypadkach nawet w tych rejonach cenowych nie jest takie oczywiste.
Jako zaplanowaną kontrę dla świetnego odbioru muzyki opartej o czasem nadmiar energii, postanowiłem zmierzyć zestaw z czymś eufonicznym. W tej roli wystąpiły różne sceniczne divy pokroju Cassandry Wilson, Diany Krall i Youn Sun Nah. Mnie najbardziej interesowało starcie z tą ostatnią. Posiada kilka intymnych piosenek, które pozwalają wręcz zajrzeć jej bezpruderyjnie do gardła, co notabene często z premedytacją czynię. Byłem ciekawy, jak wypadnie w oferowanej przez Wilsony, muśniętej papierem, a przy tym bez nacisku na mocne nasycenie estetyce grania. Czy przekaz nie starci na emocjonalności? Czy nadal uda mi się wytworzyć miedzy mną a artystką nić duchowego porozumienia. I czy na koniec pewna poprawność polityczna kolumn na rzecz bliskości neutralności dźwięku nie wpłynie zbyt dobitnie na artykulację przełykania śliny, łapanie oddechu, czy pokazanie sposobu frazowania każdej wybrzmiewającej między kolumnami zgłoski. W efekcie tego podejścia nie wiem, czy w wartościach bezwzględnych, na szczęście, czy dla potencjalnych nabywców z racji przymusu kupna wyśmienitego produktu, nieszczęście, ale nic z przywołanych potencjalnych negatywów nie miało miejsca. Pani po raz kolejny błysnęła swoim czarem i mimo śpiewania z innym aniżeli mam na co dzień poziomem plastyki w środku pasma, znanych mi od kilku lat utworów, nie udało mi się zdobyć na brutalne zakończenie jej występu przyciskiem STOP na pilocie, tylko przeżyłem jej opowieść do końca enty, acz przyjemny raz. Reasumując, było minimalnie mniej intymnie, ale nadal emocjonalnie, z czym mógłbym bez najmniejszych problemów zostać na stałe. To zaś ewidentnie pokazało, iż diabeł przyjemnego odbioru tego typu twórczości nie tkwi w malowaniu świata jedynie słusznym dla wielu, bardzo głębokim kolorem, tylko w umiejętnym zrównoważeniu barwy, rozdzielczości i oddechu danej prezentacji.
Na koniec w napędzie CD-ka wylądował przysłowiowy palec Boży. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż sięgnąłem po lubianą przeze mnie interpretację „Requiem” W.A. Mozarta pod Teodorem Currentzisem. Dlaczego tak potraktowałem tę pozycję? Miała pokazać wszystko w jednym. Budowanie z rozmachem realiów wielkiego spektaklu symfonicznego. Kolorystykę nie tylko występów solowych, ale również chóralnych i instrumentalnych. I jako zwieńczenie całości spróbować wywołać we mnie związane przecież z materiałem żałobnym głębsze, niż zakochanie się w pięknej piosenkarce, emocje. Nie mówię już oczywiście o tak podstawowych aspektach, jak skoki dynamiki i czytelność prezentacji często wykonywanych w tylnych sektorach sceny partii muzycznych. Oczywiście chyba nikogo nie zaskoczę, gdy przyznam, iż pewne obawy podczas słuchania tego materiału podczas testów mam zawsze. A to tylne plany bywają niedoświetlone. A to wokaliza okazuje się brzmieć zbyt nudo, bo oschle. Tymczasem wzorem kilka linijek wcześniej przywoływanej Koreanki amerykańskie kolumny kolejny raz sprawiły mi wiele radości. Praktycznie w stylu wybitnych monitorów zniknęły z delikatnie przyciemnionego pokoju, by nuta po nucie, raz z pierwszej, innym razem z tylnej sekcji muzyków, fraza po frazie, ze stosowną akcentacją najważniejszych partii wokalnych, przeprowadzić mnie przez tę mroczną opowieść, na koniec pozostawiając w zamierzonym, bo w pełni satysfakcjonującym smutku.
Nie wiem, ilu z Was zamierza spróbować swoich sił z tytułowymi kolumnami. Jednak uprzedzając rodzące się w Waszych myślach przed odsłuchem domysły typu za i przeciw, solennie zapewniam, iż Wilson Audio Alexia Series 2 to inna liga gania niż poprzedniczki. Nie oferują jak jedynki siłowego grania. Za to w pełni panują nad generowanym dźwiękiem. To natomiast zaowocowało ofertą mocnego dołu, dobrze oddanymi, bo malowanymi bez oznak przegrzania średnimi tonami i na potrzeby zastanego zestawu regulowanymi, ale przy tym wyśmienitymi wysokimi rejestrami. Czy to jest brzmienie dla każdego? Powiem tak. Jedynym osobnikiem, który może, choć znając kilka przypadków nawrócenia na kolumny konwencjonalne nie musi skreślać ich z listy odsłuchowej, jest piewca brzmienia tubowego. Niestety podkolorowania dźwięku wielkimi lejkami, ba żadnego mocnego podkolorowania Wilson Audio Alexia Series 2 nie zaoferują. Za to zaproponują zainteresowanemu pełen emocji, równy od dołu, przez centrum pasma, po wysokie tony, muśnięty posmakiem papieru zastosowanych membran, przez to świetnie wpisujący się w oczekiwania naszych receptorów słuchu świat muzyki. A przecież o to w naszej zabawie chodzi.
Jacek Pazio
Opinia 2
Jeśli ktoś z Państwa nie dość, że uważnie śledzi nasze losy a w dodatku jeszcze większość naszych okołorecenzenckich perypetii jest w stanie spamiętać, to widok tytułowych Alexii może u niego wywołać lekkie déjà vu. I poniekąd będzie miał rację, gdyż ponad siedem lat temu, dokładnie w sierpniu 2013 r., mieliśmy okazję z ich poprzednim wcieleniem spędzić ładnych parę godzin w ramach zorganizowanego przez SoundClub porównania pierwszej odsłony Alexii z ich młodszym rodzeństwem, czyli modelem Sasha W/P. Zebrane wtenczas doświadczenia okazały się dla nas nad wyraz ubogacające, choć nie ukrywam, tak jak wtedy też nie ukryłem, iż pomimo niezaprzeczalnego, stricte high-endowego rodowodu i drzemiącego w nich potencjału do obu konstrukcji mieliśmy pewne uwagi. Jak to jednak przy wyjazdowo – salonowych odsłuchach bywa na taki a nie inny efekt finalny składa się taka ilość zmiennych, że trudno przewidzieć, czy wszystkie elementy nader misternej audiofilskiej układanki w danym momencie trafią na swoje miejsce i mówiąc wprost się zgrają. Dlatego też cierpliwie czekaliśmy i gdy tylko nasze redakcyjne warunki lokalowe na to pozwoliły a dystrybutor marki – łódzki Adiofast był na tyle miły, by z niemałym zaangażowaniem natury logistycznej, stosowną parkę amerykańskich kolumn do nas dostarczyć z niekłamanym zainteresowaniem powitaliśmy je w naszym OPOS-ie. Warto jednak odnotować pewien, dość istotny szczegół, gdyż w tzw. międzyczasie – na jesieni 2017 r., światło dzienne ujrzała aktualna inkarnacja Wilsonów i właśnie z taką przyszło nam się zmierzyć. Nie przedłużając zatem wstępniaka, nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Państwa na spotkanie z majestatycznymi Wilson Audio Alexia Series 2.
O tym, jak kluczowym parametrem oceny jest bądź co bądź szalenie subiektywny punkt widzenia każdego z nas i nie mniej indywidualna skala porównawcza, wspominaliśmy wielokrotnie i czynimy to również teraz. Powód? Dość oczywisty, namacalny i widoczny na powyższych zdjęciach, czyli jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć całkiem pokaźnych gabarytów, blisko 150-centymetrowej wysokości i niemalże 120-kg kolumny. Tymczasem w materiałach promocyjnych można natrafić na deklarację producenta, iż „Alexia na nowo definiuje audiofilskie wymagania dotyczące niewielkich kolumn podłogowych.” Niewielkich …. serio? Nie ma się jednak co dziwić, ani tym bardziej obruszać, lecz popatrzeć na Alexie nie z punktu widzenia posiadacza standardowego M-3, czy M-4, a właśnie producenta, który w swym portfolio ma takie konstrukcje, jak 190 cm, ponad 310 kg Chronosonic XVX i „nieco” większe 215 cm i blisko 410 kg WAMM Master Chronosonic. Teraz rozumiecie Państwo o czym mowa? Mam cichą nadzieję, że tak, gdyż takową mieliśmy przy wstępnych przymiarkach „niewielkich” Alexii do naszego zaledwie 38-metrowego OPOS-a. Całe szczęście Amerykanie przewidzieli ewentualność akomodacji tytułowych podłogówek w europejskich metrażach wyposażając je nie tylko w kolce, lecz również autorski system precyzyjnej regulacji pozycjonowania modułów wysoko- i średniotonowego pozwalający na zachowanie pełnej spójności reprodukowanego pasma w ściśle określonym punkcie, czyli w naszym miejscu odsłuchowym. Jak to wszystko działa i z czym się to je dokładnie zostało opisane w nader szczegółowej instrukcji i właśnie do niej odsyłam wszystkich zainteresowanych, a teraz pozwolicie Państwo, że przejdziemy do konkretów, czyli do opisu naszych dzisiejszych bohaterek.
Jak już podczas sesji unboxingowej https://soundrebels.com/wilson-audio-alexia-series-2-2/ zdążyliśmy pokazać kolorystyka dostarczonej z Łodzi parki utrzymana była w bezpiecznych i zarazem eleganckich beżach określanych zgodnie z firmową nomenklaturą jako Desert Silver E.F., przełamaną czernią kojących umieszczonych na przednich ścianach, okalających głośniki mat. A właśnie, skoro jesteśmy przy samych drajwerach to za górę odpowiedzialna jest calowa (2.54 cm) jedwabna kopułka Convergent Synergy piątej generacji opracowana dla kolumn WAMM Master Chronosonic. Tuż pod nią, w osobnym sub-module zaimplementowano 7″ (17.78 cm) średniotonowca o membranie z kompozytu celulozy i pulpy papierowej. I tu od razu smaczek, gdyż w przedniej ściance modułu głośnika średniotonowego zastosowano tajemniczy materiał S, posiadający doskonałe właściwości tłumiące zoptymalizowane pod kątem wymagań reprodukowanego przez ww. jednostkę zakresu pasma. Odsprzęgnięta od nadstawki skrzynia basowa może z kolei pochwalić się układem przetworników złożonym z duetu 8″ (20.32 cm) i 10″ (25.4 cm) przetworników o membranach z pulpy papierowej. Co ciekawe do budowy skrzyni basowej użyto podobnie, jak przy wysokotonowej „kostce” kolejnego autorskiego materiału o symbolu X.
Terminale głośnikowe są pojedyncze i usytuowane dość blisko podłogi, dzięki czemu nie ma problemu nawet przy aplikacji ciężkiego i sztywnego okablowania. Całość dostarczana jest już z zamontowanymi, ułatwiającymi logistykę i ustawianie kółkami, które jednak radzimy czym prędzej, czyli po znalezieniu optymalnego miejsca, zastąpić dołączanymi w komplecie kolcami. Jak możecie się Państwo sami zorientować zarówno moduł średnio, jak i nisko tonowy są wentylowane, wyloty aluminiowych tuneli bas refleks, ulokowano na ścianie tylnej a sekcja wysokotonowa pracuje w obudowie zamkniętej. Na plecach zamontowano również niewielki wykusz chroniony stosowną, przeszkloną klapką o aluminiowych ramkach, pod którą umieszczono przykręcane oporniki dzięki którym można regulować ilość wysokich tonów. Zmiany nie należą może do drastycznych, jednak zstąpienie fabrycznych oporników czterema 0.5Ω podnosi ilość wysokich tonów o 1dB a z kolei czwórka 1.26Ω obniża ich ilość również o 1dB.
Jeśli zaś chodzi o same korpusy, to próżno dopatrywać się w ich kształcie nudnych prostopadłościenności i wszechobecnego MDF-u. W zamian za to znajdziemy w nich sporo, zapożyczonych z wyższych modeli rozwiązań. Zastosowano m.in. technologię opracowaną na potrzeby topowych WAMM Master Chronosonic, pozwalającą na redukcję koniecznych połączeń elementów składowych modułów. Wyeliminowano również konieczność tworzenia izolowanej komory dla zwrotnicy, co zaowocowało, bez zmiany rozmiarów zewnętrznych, zwiększeniem objętości wnętrza modułów- o 26,4% średniotonowego i o 10,8% niskotonowego. W obu ww. modułach gruntownie przeprojektowano również układ wewnętrznych wzmocnień. Wewnętrzne powierzchnie ścian sekcji średniotonowej pokryto skomplikowanymi geometrycznymi wyżłobieniami, poprawiającymi rozpraszanie fal akustycznych i znacząco zmniejszającymi poziom niepożądanej energii kumulowanej przez obudowę.
A teraz najważniejsze, czyli brzmienie i od razu uwaga natury użytkowej pozwalająca zaoszczędzić sporo czasu, nerwów i przy okazji pieniędzy. Otóż nigdy, ale to przenigdy nie dajcie się Państwo namówić na odsłuch Alexii ustawionych na kółkach. Irracjonalność takiego set-upu jest równa propozycji przejażdżki Bentleyem Continental GT V8 z założonymi czterema dojazdówkami zamiast wypasionych 22-ek 275/315 (przód/tył). Serio, serio, bowiem Alexie na kółkach i na kolcach to dwie, kompletnie różne kolumny o drastycznie różnych osiągach, coś jakby Messiemu zamiast korków dać wrotki. Niby można, pytanie tylko po co, gdyż bycie widzem takiego widowiska wydaje mi się równie bezsensowne jak zasiadanie na widowni większości naszych rodzimych kabaretów. Mniejsza jednak z tym. Skoro już Wilsony mamy wygrzane, uzbrojone w kolce i ustawione – odpowiednio dogięte i z po precyzyjnej kalibracji zarówno sekcji średnio-, jak i wysokotonowej zoptymalizowanym do naszego miejsca odsłuchowego można zacząć pierwsze, oczywiście czysto subiektywne wnioski.
Okazuje się, że odpowiednio dopieszczone tak ustawieniem, jak i amplifikacją Alexie wymykają się nie tylko kanonom stereotypowego amerykańskiego grania, lecz również i naszym wcześniejszym doświadczeniom. Próżno bowiem doszukiwać się w nich przesadzonego, zawłaszczającego pozostałe podzakresy i idącego pół kroku za nimi basu, czy też przesady w kreowaniu rozmiarów źródeł pozornych. Powiem szczerze, że pierwsze wrażenie jakie odniosłem rozpoczynając finalne, krytyczne odsłuchy, było wręcz odwrotne – patrzyłem na potężne podłogówki a słyszałem typowo monitorowe granie oparte na punktowych źródłach dźwięku, koherencji, liniowości i raczej konturowości, aniżeli rozdmuchaniu. Niespodzianka? I to jaka! Zakładałem, że będziemy mieli do czynienia z czymś utrzymanym w estetyce naszych redakcyjnych Dynaudio Consequence Ultimate Edition a tymczasem, choć nadal pozostawaliśmy w Danii, to ze Skanderborga przenieśliśmy się o jakieś 170 km do Pandrup – siedziby … Raidho.
Jeśli jednak ktoś w tym momencie sądzi, że tytułowe Wilsony grają lekko i zwiewnie, to poniekąd ma rację o ile tylko ograniczy repertuar do wydawnictw w stylu onirycznej elektroniki „Healing Is A Miracle” https://tidal.com/browse/album/142363201 Julianny Barwick, czy też barokowych treli „Benedetto Ferrari: Musiche Varie a voce sola, libri I, II & III” https://tidal.com/browse/album/82526391 Philippe’a Jaroussky’ego i Ensemble Artaserse czyli pozycji, gdzie czego jak czego, ale basu się nie uświadczy. W ramach rekompensaty otrzymamy jednak niezwykle holograficzną prezentację sceny na której Wilsony już przy pierwszych taktach ulegają kompletnej dematerializacji. Zostajemy zatem sam na sam z muzyką i wielce sugestywną przestrzenią w jakiej dokonano nagrań a kontury instrumentów i postaci wokalistów kreślone są z niezwykłym pietyzmem i precyzją.
Wystarczy jednak tylko zmienić repertuar i sięgnąć po „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena, bądź „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, by Alexie pokazały swoje drugie, zdecydowanie bardziej spektakularne oblicze. Czy to subsoniczny, syntetyczny bas, czy monumentalne partii kościelnych organów sprawiały, że amerykańskie kolumny z łatwością były w stanie wgnieść niczego niespodziewającego się słuchacza w fotel. I teraz najlepsze, bowiem o ile poprzednie wersje, ilekroć ich słuchałem w mniej, bądź bardziej znanych konfiguracjach, raz lepiej a raz gorzej radziły sobie z reprodukcją najniższych składowych generalnie stawiając na zauważalnie pogrubioną kreskę i operowanie bardziej na poziomie wolumenu aniżeli detalu, to Series 2 wypadają pod tym względem co najmniej o klasę lepiej. Śmiało można bowiem mówić w ich przypadku o świetnej rozdzielczości oraz zróżnicowaniu wszelakiej maści partii basowych, perkusyjnych i organowych. Co istotne owa zdolność operowania różnorodnością nie dotyczy jednak li tylko określenia ich gabarytów, czy też wolumenu, lecz z równą uwagą potraktowana została kwestia barwy i faktury poszczególnych dźwięków. Proszę tylko sięgnąć po fenomenalny krążek dwóch gigantów współczesnego jazzu, czyli „SulaMadiana” Mino Cinelu i wspominanego już Nilsa Pettera Molværa, by poznać bogactwo niuansów i mikrodetali pojawiających się pod palcami Cinelu okraszonych elektronicznymi loopami Molværa. Album ten przyda mi się jeszcze w jednym celu – do skomplementowania finezji i niezwykłej gładkości góry reprodukowanej przez Wilsony pasma. Góry, która choć gładka i soczysta ani przez moment nie próbuje asekurować się zbytnim zaokrągleniem, czy wycofaniem. Jest mocna, lśniąca i śmiem wręcz twierdzić, że, gdy tylko podkręcimy ją nieco wymieniając oporniki na zestaw dodający jej 1dB, to trudno pozostać na jej wdzięki obojętnym. Blachy i dzwonki Cinelu plus trąbka Norwega dają taką feerię barw, refleksów i perlistości, że trudno powstrzymać się przed podkręceniem głośności o oczko, bądź dwa wyżej niż zazwyczaj.
Rocka, włącznie z jego najcięższymi odmianami również można i wręcz należy na Wilsonach posłuchać. Począwszy od melodyjnego „Prism” Jeffa Scotta Soto na apokaliptycznym „I Loved You at Your Darkest” Behemoth amerykańskie kolumny jasno dawały do zrozumienia, że jeńców brać nie zamierzają i o ile tylko realizator nie miał gorszego dnia to dostaniemy pełen pakiet potężnego ładunku energetycznego, soczystych riffów i demolujących misternie poukładane w kredensie rodowe skorupy pasaże podwójnej stopy. Ofensywnie i wściekle? Owszem, jednak ani o jotę nie więcej od tego, co zostało zapisane w materiale źródłowym. Po prostu trafione w punkt, jeśli chodzi o zachowanie równowagi pomiędzy potęgą i atakiem a kakofonicznym łomotem po kilku utworach wywołujących efekt znużenia.
Nie da się jednak ukryć, że Wilson Audio Alexia Series 2 nie są kolumnami dla każdego. Pomijając aspekt finansowy, chodzi głównie o to, że śmiało można je określić mianem idealnej propozycji dla świadomych a przede wszystkim cierpliwych i wręcz pedantycznych audiofilów. Aby je okiełznać trzeba bowiem spełnić kilka krytycznych kryteriów, począwszy od posadowienia ich na kolcach, poprzez precyzyjne ustawienie sekcji średnio – wysokotonowej, po zapewnienie odpowiedniej amplifikacji. I nie, nie łudźcie się Państwo, że deklarowane przez producenta minimum na poziomie 20W cokolwiek ciekawego z Alexii wykrzesze. Chcecie poznać drzemiący w nich potencjał, to pomnóżcie ową wartość razy pięć a najlepiej dziesięć i dopiero wtedy zaczynajcie zabawę. Ze swojej strony dodam tylko tyle, że gra jest warta świeczki i o ile do tej pory przy ewentualnych upgrade’ach Wilsonów nie brałem pod uwagę, to Alexie sprawiły, że zmuszony byłem dość radykalnie zweryfikować swój światopogląd.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Cena: 299 200 PLN
Dane techniczne
Czułość: 89 dB @ 1 W @ 1 m @ 1 kHz
Impedancja nominalna: 4 Ω / minimum 2,54 Ω @ 85 Hz
Pasmo przenoszenia: 19 Hz – 32 kHz +/- 3 dB Room Average Response [RAR]
Minimalna moc wzmacniacza: 20 W na kanał
Przetwornik wysokotonowy: 1″ (2.54 cm) kopułka jedwabna
Przetwornik średniotonowy: 7″ (17.78 cm) kompozyt celulozy i pulpy papierowej
Przetworniki basowe: 8″ (20.32 cm) pulpa papierowa, 10″ (25.4 cm) pulpa papierowa
Wymiary (W x S x G): 134.68 (bez kolców) x 38.74 x 58 cm
Waga: 117.93 kg /szt.
Opinia 1
Na początek miałbym do Państwa ogromną prośbę. Choć na chwilę zapomnijcie wszystko to, co do tej pory słyszeliście i z czym kojarzy Wam się Yamaha. No może poza instrumentami muzycznymi, silnikami do łodzi motorowych i … motocyklami, bo prostu są świetne i tyle. Zapomnieliście, osiągnęliście głębokie stadium pomroczności jasnej porównywalne do kompletnej niewiedzy kardynała Dziwisza podczas ostatniego wywiadu z red. Kraśko? Jeśli tak, to … wyobraźcie sobie, że któregoś pięknego dnia, ni stąd ni zowąd, owa nikomu nieznana na rynku zaawansowanego Hi-Fi i High-Endu Yamaha, wypuszcza super-integrę, którą niejako z automatu można stawiać w szranki z tak poważnymi graczami z Kraju Kwitnącej Wiśni jak Accuphase, czy Luxman. A teraz przyjmijcie do wiadomości, że właśnie coś takiego stało się faktem. Szok, niedowierzanie i kpiące uśmieszki? Proszę się nie krępować, tylko, żeby potem nie było, że nie mówiłem, żeby posłuchać i samemu się przekonać a nie patrzeć na ww. markę przez pryzmat jej budżetowych dokonań. Krótko mówiąc w ramach niniejszej epistoły zajmiemy się swoistym powrotem Yamahy do high-endowego stolika pod postacią topowego wzmacniacza zintegrowanego o jakże wpadającym w ucho firmowym oznaczeniu A-S3200.
Wykonany z grubego płata szczotkowanego aluminium front od razu przywodzi na myśl bądź to klasyki z lat 70-ych ubiegłego tysiąclecia, bądź wspomnianą we wstępniaku szanowną konkurencję. Dzieje się to oczywiście za sprawą centralnie umieszczonego okna chroniącego oblane szampańsko – zieloną (coś w stylu orzeźwiającego vinho verde) wychyłowe wskaźniki zwane potocznie „wycieraczkami”. Tuż pod owym prostokątnym bulajem w równym rządku ustawiono włącznik główny, gniazdo słuchawkowe 6,3mm z czteropozycyjną (−6 dB, 0 dB, +6 dB, +12 dB) regulacją wzmocnienia, selektor wyjść głośnikowych, przełącznik odpowiedzialny za pracę i iluminację wskaźników, trzy regulatory barwy (bas, wysokie) i balansu , gałkę selektora wejść, przełącznik obciążenia wejścia phono (MM/MC) i hebelek wyciszenia. Wyliczankę zamyka okupująca prawą flankę masywna gałka regulacji głośności. Ekskluzywność i vice – topowość (wyżej jest już tylko zestaw dzielony C-5000 & M-5000) podkreślają pokryte lakierem fortepianowym kruczoczarne boki oraz zaskakująco masywna – 6 mm (!!!) grubości aluminiowa płyta górna. To jednak dopiero wstęp do tego, co czeka na nas „na zakrystii”.
Rzut oka na ścianę tylną i … O Mamusiu! Widok terminali głośnikowych wywołuje uśmiech zadowolenia u potencjalnego nabywcy i stan głębokiej konsternacji u zdecydowanie bardziej utytułowanej konkurencji. Nie ma bowiem co owijać w bawełnę, gdyż daleko nie szukając zarówno Luxman L-509X, jak i Accuphase E-800 prezentują się pod tym względem zaskakująco „skromnie”, że tak to ujmę dyplomatycznie. Tymczasem podwójne, wycięte z jubilerską precyzją masywne terminale w 3200 wyglądają jakby Japończycy na czas ich projektowania i uwzględniania w kosztorysie wysłali całą księgowość na kwarantannę bez dostępu do sieci korporacyjnej. Nie dość, że duże, to jeszcze nader sensownie wyprofilowane, dzięki czemu nawet dokręcanie uzbrojonych w szerokie widły przewodów nie stanowi najmniejszego problemu.
Złotem ociekają również pozostałe przyłącza, lecz warto zwrócić uwagę na fakt, że choć A-S3200 jest konstrukcją w pełni zbalansowaną, to jej konstruktorzy użytkownikom końcowym zaoferowali jedynie dwie pary wejść XLR i pięć niezbalansowanych (w tym dedykowane gramofonom uzbrojonym we wkładki MM/MC). Powód takiego postępowania wydaje się oczywisty – zbalansowanych źródeł większość z audiofilów ma z reguły jedno, bądź właśnie dwa i taki asortyment interfejsów w zupełności 99,9% nabywców usatysfakcjonuje a jak ktoś będzie kręcił nosem zawsze może spróbować swych sił z Boulderem 862, gdzie nijakich gniazd RCA się nie uświadczy. Wracając jednak do naszego bohatera nie sposób pominąć obecności pętli magnetofonowej, oraz wyjścia z przedwzmacniacza i wejścia na końcówkę. Do tego dochodzą dedykowane XLR-om przełączniki fazy i wzmocnienia (możliwość obniżenia sygnału o 6dB, które świetnie sprawdziły się przy połączeniu z moim Ayonem). Z niezobowiązujących dodatków warto wspomnieć o hebelkowym dezaktywatorze proekologicznej funkcji auto-standby (sami musicie Państwo wybrać, czy liczy się dla Was, przynajmniej w czasie początkowej fazy wygrzewania dźwięk, czy ocieplenie klimatu), wejście triggera, przelotka dla zewnętrznego pilota i serwisowy port micro USB. Jak to w większości japońskich urządzeń gniazdo zasilające IEC jest dwu a nie trzy-pinowe.
Co do trzewi, to nie ma się co zbytnio rozpisywać, gdyż sam producent był na tyle miły, że udostępnił szczegółowe zdjęcia poszczególnych elementów na swojej stronie, więc nie będziemy się z nim dublować. O w pełni zbalansowanej topologii wspomniałem, więc ze swojej strony tylko dodam, iż w dysponującej 100W na kanał przy 8 Ω, pracującej w klasie AB z MOSFET-ami na wyjściu 3200 zadbano o maksymalną sztywność konstrukcji w ramach idei Mechanical Ground Concept. Otóż potraktowane z niezwykłą atencją zasilanie pod postacią masywnego 623 VA toroidu, jak i baterii czterech 22 000 μF kondensatorów przekręcono bezpośrednio do ramy. Ów szkielet jest również nośnikiem ukrytych wewnątrz korpusu gęsto użebrowanych radiatorów. No i deser, czyli cztery srebrzone, mosiężne, antywibracyjne stopki na jakich posadowiono A-S3200, które początkowo zaprojektowano dla topowego duetu C/M 5000 a dzięki wspaniałomyślności ich twórców trafiły również do tytułowej integry.
Wraz ze wzmacniaczem dostarczany jest systemowy pilot zdalnego sterowania, który nieco odstaje i to nie tylko klasą, lecz również kolorem od jednostki głównej. Nie wiedzieć bowiem czemu Yamaha, niezależnie od umaszczenia swojej topowej integry, zdecydowała o produkcji owych sterowników wyłącznie w srebrnej wersji. O ile zatem posiadacze srebrnych egzemplarzy nie będą widzieli żadnego problemu, o tyle Ci, którzy wybrali ponadczasową czerń mogą poczuć lekki dysonans natury estetycznej. Pomijając powyższy fakt uczciwie trzeba stwierdzić, iż sam „leniuch” działa jak należy, ergonomia jego obsługi stoi na wysokim poziomie a, że składa się głównie z plastiku, to już zupełnie inna bajka i okazja do rozszerzenia przez Yamahę swojego portfolio o oferowane opcjonalnie nieco bardziej ekskluzywne akcesorium.
A jak gra tytułowa Yamaha? Mówiąc wprost i w telegraficznym skrócie … dokładnie tak jak wygląda – dystyngowanie, elegancko i potężnie. Oczywiście aby dojść do powyższych wniosków należy uzbroić się w odrobinę cierpliwości i pozwolić Yamasze przez przynajmniej tydzień nawet nie tyle postać pod prądem, stąd wzmianka o przynajmniej chwilowej dezaktywacji trybu auto stand-by, co być intensywnie eksploatowaną. Wyjęta prosto z kartonu, A-S3200 gra bowiem może i miło, jednak nieco zbyt asekuracyjnie i zbyt miękko, jednak wraz z upływem czasu dokonuje się w niej wielce pożądana transformacja z co prawda uroczego, jednak nieco ospałego misia, w budzącą respekt czarną panterę. Proszę wybaczyć powyższe metafory, jednak umaszczenie i walory brzmieniowe dzisiejszej bohaterki w dość naturalny sposób wywołują takie a nie inne, mam cichą nadzieję, że dość czytelne, skojarzenia.
Co ciekawe, aby poczuć na własnej skórze potencjał drzemiący w naszej dzisiejszej bohaterce wcale nie musiałem jakoś specjalnie jej nadskakiwać i dobierać pod jej widzimisię odpowiedni repertuar. Okazało się bowiem, że Yamaha łyka nad wyraz urozmaiconą muzyczną strawę niczym młody pelikan szprotki. Począwszy od rozmarzonego na „Ballads & Blues 1982-1994” Gary’ego Moore’a, poprzez gorący, pulsujący syntetycznym rytmem i zmysłowym głosem Malii „Convergence”, na surowych brzmieniach chińskich perkusjonaliów Hok-man Yima na „Master of Chinese Percussion” skończywszy, zawsze było coś, co złapało za ucho, przykuło uwagę i nie pozwalało odejść dopóty nie wybrzmiały ostatnie nuty konkretnego albumu. U Moore’a był to niezwykle sugestywnie dosaturowany przełom średnicy i dołu gitary nieodżałowanego mistrza, u Malii i Blanka namacalność i soczystość wokalu okraszona syntetycznym sosem, za to Hok-man Yim zaserwował nam prawdziwą podróż w czasie i niezwykłą równowagę pomiędzy jazgotliwością blaszanych przeszkadzajek a głębokim basem wielkich bębnów. Za każdym razem Yamaha z niezwykłą łatwością i naturalnym niewymuszeniem wyłuskiwała temat przewodni, solową partię, czy niuans, który „robił klimat” i po prostu podawała go na złotej tacy cały czas mając baczenie na iście zjawiskową homogeniczność przekazu.
Czy jest to granie analityczne i neutralne? Absolutnie nie, jednak jeśli na muzykę patrzymy jako na dzieło – misterną układankę a nie przypadkowy zbiór pojedynczych dźwięków bez najmniejszych wątpliwości uznamy A-S3200 za świetny przykład urządzenia niezwykle rozdzielczego a przy tym naturalnego. Niby różnice pomiędzy analitycznością a rozdzielczością i neutralnością a naturalnością są pozornie li tylko kosmetyczne, jednak w audio stanowią swoisty, fundamentalny dogmat dzielący złotouchą brać na poszukiwaczy bezwzględnej prawdy i miłośników koherencji oraz harmonii, czyli idąc na skróty i stosując dalece posunięte uproszczenia na audiofilów i melomanów.
Proszę jednak nie podejrzewać, że Yamaha gra wszystko „ładnie” i na „jedno kopyto”, gdyż pod żadnym pozorem tego nie robi. Warto bowiem rozgraniczyć ideę iście prosektoryjnej antyseptyczności od szeroko rozumianej muzykalności, która sama w sobie bynajmniej uśrednieniem nie jest i być pod żadnym pozorem nie powinna. Dlatego też świetna realizacja „Convergence” w sposób elegancki, acz stanowczy pokazała miejsce w szeregu „Keeper of the Seven Keys” Helloween, której nadal, pomimo ogromnego sentymentu, jaką ją darzę słuchało się po prostu z bólem. I nie, to wcale nie chodzi, że tu mamy wysmakowaną elektronikę podlaną soulem, która zawsze wypadnie lepiej od ostrego łojenia, bo zarówno utrzymany w podobnych klimatach, raptem trzy lata młodszy „Rust In Peace” Megadeth, o reprezentującym już półmetek pierwszej dekady XXI w. „The Funeral Album” Sentenced nie wspominając, wgniatały w fotel tak dynamiką, jak i skalą reprodukowanych dźwięków. Warto również podkreślić, że dla Yamahy nigdy, a przynajmniej mi się nie udało takich poziomów osiągnąć, nie było za głośno, za ciężko, czy też za szybko. Utrzymując tonację po ciemniejszej stronie mocy i kreśląc kontury nieco grubszą niż mój dyżurny Bryston kreską pilnowała timingu, z uwagą i biegłością operowała nawet najbardziej zagmatwanymi aranżacjami i co najważniejsze dawała praktycznie nieograniczony wgląd w dalsze plany. Gitarowe riffy wściekle szarpały moje synapsy, podwójna stopa co i rusz przypuszczała atak na trzewia a wokaliści uparcie próbowali zamienić ostatki powietrza w swych płucach w niemalże zwierzęcy ryk. Czuć było energię, drive i spontaniczność, jednak ani razu nie przekroczona została cienka czerwona linia, za którą rozpoczyna się ofensywność. Oczywiste były też różnice pomiędzy poczynaniami samotnego i purystycznego Hok-man Yima a zrealizowanym ze zdecydowanie większym rozmachem, choć niewątpliwie utrzymanym w podobnym klimacie „TaTaKu Best of Kodo II 1994-1999” , na którym japońscy bębniarze uzyskiwali zdecydowanie głębsze i bogatsze w wybrzmienia – bardziej zróżnicowane, dźwięki. Yamaha potrafiła również zaakcentować inny sposób prezentacji, głębi sceny, czy też aury otaczającej poszczególne instrumenty, dzięki czemu pomimo dość pozornej monotonni cały czas coś się na scenie działo. To nie był statyczny kadr z podkładem muzycznym w stylu grającej pocztówki z wbudowaną pozytywką, tylko wielowymiarowy i iście holograficzny spektakl rozgrywający się na dalece wykrzaczającym poza obrys kolumn planie.
Na koniec pozwolę sobie jeszcze na kilka uwag natury użytkowej. Po pierwsze warto wziąć sobie do serca zbalansowaną konstrukcję A-S3200 i o ile tylko dysponujemy źródłem wyposażonym w XLR to w pierwszej kolejności powinniśmy zrobić z nich użytek. Zyskamy dzięki temu nie tylko na rozdzielczości, ale i swobodzie prezentacji a przy okazji, jeśli użyjemy obniżenia wzmocnienia o ww. 6dB, to dodatkowo będziemy mogli Yamahę bardziej „podkręcić”, przez co zacznie ona pracować bliżej środka skali, a to z kolei pozwoli jej złapać przysłowiowy wiatr w żagle i swobodniej operować tak mikro, jak i makro dynamika unikając jednocześnie problemów z ewentualnym przesterowywaniem stopnia wejściowego. Kolejną kwestią jest pełna użyteczność zarówno wyjścia słuchawkowego, które świetnie dogadało się z moimi okazjonalnie zakładanymi nausznikami Meze, jak i przedwzmacniacza gramofonowego, przy czym z tego drugiego bardziej zadowoleni z pewnością będą posiadacze wkładek MM i wysokopoziomowych MC. Dźwięk oferowany przez 3200-kę jest tożsamy z tym uzyskiwanym z wejść liniowych, choć zbyt „gęste” i lubujące się w iście subsonicznych pomrukach wkładki mogą okazać się w połączeniu z ww. amplifikacją zbyt euforyczne w swej analogowości. Niemniej jednak komplementy w tym miejscu japońskim konstruktorom wydają się w pełni zasłużone, gdyż wkraczając w świat czarnej płyty mamy wielce sensowny punkt wyjścia do własnych poszukiwań a poza zakupem samego gramofonu zaoszczędzone na phonostage’u środki z powodzeniem możemy przeznaczyć na wiadome nośniki.
W ramach podsumowania powiem tylko tyle, że jestem równie wstrząśnięty i bynajmniej niezmieszany, jak Martini Vesper Agenta 007. Powodem takiego status quo jest bowiem nie tyle fakt, co rozmiar, skala przepaści dzielącej tytułową integrę od pozostałych, niżej urodzonych, modeli japońskiego giganta. Powiem szczerze, że nie wiem, jak zostanie to odebrane przez dystrybutora i resztę zainteresowanych, niemniej jednak dla mnie różnica pomiędzy A-S3200 a niższymi modelami jest porównywalna do tej pomiędzy „cywilnymi” Pioneerami a portfolio TAD-a, bądź aktualnymi „maluchami” TEAC-a a Esotericiem.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Tytułowego, co bardzo istotne z punktu widzenia dbałości o dobrą jakość słuchanej muzyki, japońskiego producenta nie sposób nie traktować jako jednego z głównych graczy na światowym rynku audio. Tak tak, to od lat jest pewnego rodzaju aksjomat, z którym chyba nikt nie próbuje dyskutować. Jednak przyglądając się jego nad wyraz szerokiemu spektrum do głosu dochodzi jedno drobne „ale”. Otóż co prawda, mówimy o wielkim koncernie, jednak raczej stawiającym na urządzenia dedykowane statystycznym domostwom i zwykłym Kowalskim, czyli ponad 90% rynku audio, niż często niewiedzącym czego chcą od życia z muzyką w tle, rozdygotanym emocjonalnie, chadzającym na poziomie ekstremalnego High Endu audiofilom. Oczywiście nie oznacza to całkowitego zaniechania budowania oferty dla najbardziej wymagających słuchaczy. Powiem więcej, ostatnimi czasy ewidentnie widać, iż coraz mocniej się do tego przykłada. Żeby nie być gołosłownym spieszę donieść, że wręcz idealnym przykładem jest clou dzisiejszego spotkania, czyli dostarczony do zaopiniowania przez Sieć Salonów Top Hifi & Video Design wzmacniacz zintegrowany Yamaha A-S3200, który z jednej strony na tle dotychczasowych dokonań nieco odmienił swój finalny sznyt grania, a z drugiej wypadł na tyle dobrze, że w zestawieniu cech typu: jakość/wyposażenie/cena ze szczególnym wskazaniem owej jakości dźwięku, jawi się jako mocny sparingpartner nawet dla bardziej utytułowanej i posiadającej ugruntowaną pozycję konkurencji.
Pierwszym, co po kontrakcie organoleptycznym z opiniowaną integrą rzuca się w oczy, to jej słuszne nie tylko gabaryty – przy typowej szerokości i głębokości tego rodzaju komponentów audio obudowa jest dość wysoka, ale również pozwalająca snuć przypuszczenia o równie solidnym dźwięku, nader pokaźna waga. Front z grubego, wykończonego w szczotkowanej czerni płata aluminium jak przystało na japoński piecyk, został dość skrupulatnie zagospodarowany. W jego centrum konstruktorzy zaaplikowali, skryte pod nieco wystającym poza płaszczyznę panelu, ciekawie ściętym na krawędziach, grubym, szklanym okienkiem, dwa wielkie wskaźniki wychyłowe. Jednak dla celów designerskich nie podświetlono ich typowo dla tego rodzaju dodatków od spodu, tylko tworząc ciekawie prezentującą się podczas wieczornych odsłuchów poświatę na tle czerni, źródła światła zorientowano nad nimi. To zaś w połączeniu z czerwonymi pręcikami wskaźników daje widoczny z nawet daleka, w moim odczuciu planowany i do tego ciekawy w odbiorze efekt unikania wizualnej nachalności. W jakim celu? Choćby w kontrze do bogatego wyposażenia urządzenia w różnego rodzaju manipulatory. Ich lista opiewa na zlokalizowaną na prawej flance wielką gałkę wzmocnienia i patrząc od lewej strony pod wspomnianymi UV-metrami hebelkowy włącznik, nad nim diodę sygnalizującą pracę, gniazdo słuchawkowe, 3 okrągłe przy płaszczyźnie frontu, a spłaszczone w miejscu współpracy z palcami użytkownika pokrętła – podbicie lub obniżenie sygnału słuchawkowego, wybór lub wyłączenie zestawu kolumn A/B, sposób pracy wskaźników, tuż obok trzy pionowo ustawione podłużne pokrętła – BASS, TREBLE, BALANCE, dalej niedużą gałkę wyboru wejścia liniowego, a całkiem na prawej stronie ponownie dwa hebelki jako wybór obsługiwanej wkładki gramofonowej MM/MC i całkowite wyciszenie.
Idąc dalej tropem budowy wzmacniacza nie sposób nie wspomnieć o mocno wentylującej grawitacyjnie trzewia piecyka poprzez serię otworów, górnej płaszczyźnie obudowy. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy S3200, ten swą ofertą jest zaszczepić optymizm nawet u największego malkontenta. Znajdziemy na nim czytelnie pogrupowane w sekcjach wejścia w standardzie RCA przedwzmacniacza gramofonowego, CD, Tunera i kilku dodatkowych jako Line OUT/ PRE OUT, dwa wejścia liniowe XLR, kilka wejść serwisowych, podwojone zaciski kolumnowe oraz gniazdo zasilania. Tak prezentującą się konstrukcję posadowiono na czterech okrągłych, srebrnych stopach i w komplecie startowym wyposażono w pilota zdalnego sterowania.
Jak wspominałem we wstępniaku, odsłuch rzeczonego wzmacniacza pociągnął za sobą zaskakująco ciekawe wnioski. Po pierwsze, na tle poprzednich modeli obecny jawił się jako orędownik ciepłego, a przez to dobrze nasyconego i oferującego sporą dawkę energii, obcowania z muzyką. To jest bardzo istotne, bowiem dotychczas elektronika Yamahy była raczej bezpośrednia, aniżeli muzykalna. Naturalnie owa bezpośredniość miała swoich zwolenników, jednak nie oszukujmy się, na bazie zasłyszanych opinii wielu melomanów bez problemu da się oszacować, iż również sporą rzeszę przeciwników. Dlatego też bardzo dobrym ruchem okazało się tchnięcie w nowy model topowej integry szczypty nasycenia, ale co ważne bez utraty oddechu generowanej muzyki. Owszem, w zderzeniu jeden do stereotypowej japońskiej szkoły brzmienia kultywowanej do tej pory przez Yamahę dało się odczuć pewnego rodzaju zagęszczenie atmosfery, a przez to delikatne zwolnienie toczących się w naszych domostwach wydarzeń scenicznych. Jednak uspokajam, w całościowym odbiorze wszystko na tym zyskiwało. Począwszy od zwiększenia namacalności źródeł pozornych na dobrze rozbudowanej w szerz i w głąb wirtualnej scenie, przez znacznie lepsze pozycjonowanie wirtualnych bytów na palecie muzykalności, po wydłużenie odsłuchów z dobrze zbilansowaną w domenie wagi i lotności muzyką bez konieczności odpoczynku zmęczonych nazbyt ofensywną prezentacją, ważnych w procesie sonicznej regeneracji organizmu narządów słuchu.
Dochodząc do kwestii oceny wartości dźwiękowych naszego bohatera zaznaczę, iż w swoich seriach testowych zawsze posiłkuję się jazzem. Nie tylko z powodu wręcz delektowania się tego typu nurtem, ale również dlatego, iż nawet najdrobniejsze przekroczenie zdrowego rozsądku w domenie nasycenia przekazu zazwyczaj powoduje mówiąc kolokwialnie, przyduchę na scenie i problemy z dobrym oddaniem niuansów w solowych pasażach kontrabasistów. Reszta muzyków naturalnie również na tym cierpi, jednak dla mnie osobiście kontrabas jest pewnego rodzaju palcem Bożym tego typu twórczości. I wiecie co? Znany z moich potyczek z kilku kompilacji Paula Bley’a, Gary Peacock może podczas tej sesji nie wznosił się na szczyty jakości swoich dokonań rodem z konstrukcji ekstremalnego High Endu, ale muszę stwierdzić, że bez najmniejszych problemów słychać było pracę palców na strunach i samych strun w oparciu o ich wzmocnienie pudłem rezonansowym. I żeby tego było mało, mimo ewidentnego zwiększenia masy scenicznych bytów nie odczułem szkodliwej utraty tak zwanego PRAT-u w tej twórczości. Po prostu wkładałem płytę do transportu i krążek po krążku cieszyłem się radosnym, bo odpowiednio wyważonym w aspekcie nasycenia, energii, tempa i swobody, graniem.
W tym duchu wypadła również wokalistyka. Naturalnie bez znaczenia, czy przypominająca mi zapisy nutowe rodem z epoki Baroku, czy współczesną twórczość Cassandry Wilson, tudzież Youn Sun Nah, gdyż wdrożony przez Japończyków cel nadania muzyce body był jedynie umiejętnym przesunięciem ciężaru całości prezentacji, przy utrzymaniu dobrego oddechu, a nie jej bezkrytycznym zagęszczaniem. To nie zawsze udaje się osiągnąć, jednak jak wspominałem, sztab inżynierki tego brandu jest zaprawiony w bojach, dlatego nie dziwi fakt, że efekt jest znakomity. Na koniec pozostało mi skreślić kilka zdań o materiale stawiającym na rozmach energetyczny, czyli rock i różnego rodzaju elektronika. Pierwszy ze swoimi wynikami nie odszedł od sesji jazzowych i wokalnych. W pierwszej kolejności zaliczył wręcz oczekiwane wzmocnienie często wykrzykiwanych przez frontmenów, dotychczas anorektycznie brzmiących, w tej odsłonie bardzo wymownych tekstów. Natomiast w drugiej, za sprawą dodatkowego body mogły wyraźniej zaistnieć nie tylko gitarowe riffy, ale również perkusiści w bardzo częstych w tego typu muzyce, nie bójmy się tego słowa, solowych naparzankach. Bez tego, ta muza nie ma racji bytu, a o co z powodzeniem zadbał japoński piec.
A co z muzyką na bazie komputera? Wymieniłbym jeden, może nie przytyk, jednakże łatwy do wychwycenia in minus, aspekt? Z uwagi na znaczną poprawę prezentacji przez Yamahę A-S3200 w kwestii gładkości i nasycenia, przy świetnie oddających mini-trzęsienia ziemi niskich tonach, dobrze oddanej, bo soczystej, oczywiście często preparowanej wokalizie, jedynym niuansem mogącym spowodować może nie kręcenie nosem, ale minimalny niedosyt, były kulturalne wysokie tony. Teraz mimo dźwięczności i lotności nie niszczyły moich uszu, za co ja osobiście Japończykom dziękuję. Niestety z dużą dozą pewności jestem w stanie wygłosić tezę, iż ktoś z tego powodu może jednak odczuwać pewnego rodzaju niedosyt. Powtarzam, niedosyt, nie rozczarowanie. To dwa różne stany emocjonalne.
Na koniec kilka słów o będącym standardowym wyposażeniem tej konstrukcji przedwzmacniaczu gramofonowym. Nie będę się zbytnio rozpisywał, tylko nadmienię, iż znakomicie szedł soniczną drogą całej integry. Dobrze w estetyce nasycenia, a przy tym bez nadmiernego zagęszczenia prezentacji. To zaś sprawia, że aby próbować nawiązać jakąkolwiek walkę konkurencja musi naprawdę dobrze się postarać. Droga na skróty wyjdzie jej bokiem, gdyż konstruktorzy opiniowanego modelu wzmacniacza nie pozostawili nic samemu sobie, tylko dotknęli wszystkiego z poczuciem pełnej odpowiedzialności.
Puentując tę potyczkę nie mam do przekazania Wam nic innego, jak w moim odczuciu, same dobre wieści. Jak wynika z powyższego testu, nowa linia wzmacniaczy Yamahy postawiła na zwiększenie udziału w muzyce tak ważnych dla niej nasycenia i gładkości. Oczywistym jest również fakt, iż cała ta akcja zakończyła się sukcesem, gdyż panowie z kraju kwitnącej wiśni zadbali o dobrą witalność odtwarzanego materiału. To zaś pozwoliło zaoferować słuchaczowi nie tylko moc bliskich realiom na żywo wrażeń, ale w pakiecie wyeliminowało również wcześniej wymuszane zmęczeniem materiału jakim jest nasz słuch, przerwy i odpoczynek przed kolejną sesją odsłuchową. Dlatego też jako jedynych, którzy powinni tytułową Yamahę A-S3200 omijać z daleka, wytypowałbym wielbicieli latających w eterze żyletek. Reszta miłośników dobrej jakości dźwięku – w najgorszym wypadku po drobnych korektach kablowych – z pewnością będzie w stanie znaleźć z nią nić porozumienia.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 26 000 PLN
Dane techniczne
Moc maksymalna (4 Ω, 1kHz, 0.7% THD): 2 x 170 W
Moc wyjściowa [20 Hz-20 kHz, 0.07 %THD]: 2 x 100 W (8 Ω), 2 x 150 W (4 Ω)
Współczynnik tłumienia: ≧ 250 (1 kHz, 8 Ω)
Pasmo przenoszenia: +0 /-3 dB (5 Hz-100 kHz) , +0 / -0.3 dB (20 Hz-20 kHz)
Odchylenia od krzywej RIAA: +/-0.5 dB (PHONO (MM/MC))
Zniekształcenia THD (20Hz to 20kHz):
PHONO MC→LINE2 OUT: 0.02 % (1.2 mVrms),
PHONO→LINE2 OUT: 0.005 % (1.2 Vrms),
CD, etc./BAL1,2 →SP OUT: 0.035 % (50 W/8 Ω)
Odstęp sygnał-szum:
PHONO MC: 90 db,
PHONO MM: 96 dB,
CD, etc.: 110 dB,
BAL1,2: 114 dB
Czułość wejściowa: [1 kHz, 100 W/8 Ω]
PHONO MC: 150 uVrms/50 Ω,
PHONO MM: 3.5 mVrms/47 kΩ,
CD, etc.: 200 mVrms/47 kΩ,
MAIN IN: 1 Vrms/47 kΩ,
BAL1,2: 200 mVrms/100 kΩ
Pobór mocy: 350 W, 0,2W Standby
Wymiary (S x W x G): 435×180×464 mm
Waga: 24.7 kg
Skoro już „kieszonkowy” Gold Note PH-10 potrafił nieźle namieszać zarówno na rynku, jak i w naszych prywatnych rankingach a dodanie dedykowanego zasilacza PSU-10 tylko podniosło wysoko zawieszoną poprzeczkę, to czego możemy spodziewać się po toskańskim flagowym phonostage’u? Zanim jednak odpowiemy na powyższe pytanie pozwolimy mu się nieco ogrzać i zakomodować w naszym systemie. A na razie wieczorny unboxing Gold Note PH-1000.
cdn. …
Najnowsze komentarze