Monthly Archives: październik 2020


  1. Soundrebels.com
  2. >

Z racji podeszłego wieku, nawału obowiązków, jesiennego przesilenia a tak naprawdę sklerozy, bardzo przepraszam, lecz nie pomnę, czy to pod naszym, czy też pod kogoś innego wpisem w jednej z grup tematycznych na popularnym serwisie społecznościowym jakiś czas temu rozgorzała zaskakująco burzliwa dyskusja. Oczywiście powyższe zjawisko samo w sobie nie wydaje się być czymś nowym, bądź zaskakującym, gdyż od lat Internet jest polem nieraz ekstremalnie zaciekłych dysput, lecz już „iskra”, która ową eskalację wywołała. Otóż był nią temat zasilania a dokładnie coraz większa „popularność” zewnętrznych zasilaczy wtyczkowych. Dziwne? Niekoniecznie, bowiem patrząc jedynie na leżący w kręgu naszego zainteresowania segment rynku, bez trudu można zauważyć gwałtowny wzrost asortymentu w takowe akcesoria wyposażonego. Wszelakiej maści DAC-i, przedwzmacniacze gramofonowe, czy o zgrozo nawet same gramofony, owe impulsowe ustrojstwa zaczynają mieć niemalże na stałe wpisane w swoje DNA. Podłożem takowego stanu rzeczy jest, jak łatwo się domyślić, prosty rachunek ekonomiczny, z którego jasno wynika, że zamiast samemu inwestować czas i środki w porządne zasilanie szybciej i przede wszystkim taniej jest skupić się na części nazwijmy ogólnie sygnałowej, kwestię dostarczania życiodajnej energii cedując na azjatyckich dostawców OEM-owych wtyczkowych impulsówek. Działać będzie? Będzie, więc w czym problem? Dla przeciętnego konsumenta w niczym, jednak dla audiofilów fakt działania nie jest celem samym w sobie, lecz zaledwie punktem wyjścia do osiągnięcia upragnionej nirwany. Dlatego też co bardziej doświadczone i wiedzące w czym rzecz jednostki dołączane do nabywanych urządzeń zasilacze traktują na równi z obecnymi w zestawach podłymi łączówkami, zwanymi potocznie „sznurówkami” i adekwatnymi im klasą przewodami zasilającymi. Odnotowują li tylko fakt ich obecności i nawet nie wyciągają z kartonu, bądź czynią to jedynie w celu weryfikacji działania samego urządzenia, gdyż do niczego innego się nie nadają.
Przesada? Bynajmniej. Proszę tylko przypomnieć sobie recenzowane na naszych łamach switche SOtM sNH-10G + sCLK-EX i Telegärtner M12 SWITCH GOLD, które choć wtyczkowe impulsówki w standardzie posiadały, to sami dystrybutorzy do testów dostarczyli je z dedykowanymi, zdecydowanie bardziej poważnymi jednostkami zasilającymi – odpowiednio SOtM SPS-500 i JCAT OPTIMO 3 DUO. Oczywiście opcjonalnych, alternatywnych dostawców takowych rozwiązań jest bez liku, wystarczy wspomnieć rodzimego Tomanka, bądź wielce poważanego w branży izraelskiego TeddyPardo i jeśli tylko ktoś woli szukać optymalnego zestawu na własną rękę nic nie stoi na przeszkodzie. Zdaję sobie jednak sprawę, iż część z Państwa decydując się na zakup oczekuje rozwiązań kompletnych – skończonych, sprawdzonych i nazwijmy to ogólnie „z jednej stajni”. Dlatego też nie dziwi fakt, iż coraz większa rzesza producentów rozszerza swoje katalogi o właśnie takie, dedykowane zasilacze. Do tego grona dołączył również gracz, który na rynek audiofilskich switchy nie tylko wdarł się przebojem, co z racji know-how i zaplecza, jakim dysponuje, niejako z marszu stał się dostawcą trzewi dla części audiofilsko zorientowanych producentów, którzy akurat na tym polu, zamiast samemu wyważać już otwarte drzwi, woleli zaufać fachowcom. Mowa o tajwańskiej Thunder Data Co. Ltd. i jej marce Silent Angel, której oryginalny produkt mieliśmy okazję przetestować pod postacią switcha Bonn N8 a w wersji oficjalnie zrebrandowanej pojawił się u nas jako NuPrime Omnia SW-8. Przechodząc jednak do meritum, i kończąc ten zupełnie nieplanowo nader rozbudowany wstęp pozwolę sobie zaprosić Państwa na spotkanie z zasilaczem liniowym Silent Angel Forester F1.

Jak nietrudno się domyślić Forester F1 jest zasilaczem dedykowanym ww. switchowi Silent Angel, jego „klonom” oraz Raspberry Pi 4 Model B i wygląda jak … zasilacz. Warto jednak zaznaczyć, że całkiem niebrzydki zasilacz. Masywny front z grubego płata szczotkowanego aluminium o profilu spłaszczonego trapezu zdobi centralnie umieszczony firmowy logotyp, pod którym w niewielkich nawierceniach ukryto cztery diody informujące o statusie i ewentualnym przegrzaniu urządzenia. Po lewej stronie owego minimalistycznego interfejsu precyzyjnie wycięto nazwę modelu a po prawej jego symbol. Korpus wykonano z grubej stalowej blachy i ponacinano na bokach zapewniając tym samym odpowiednią wentylację trzewiom. Ścianę tylną podzielono na część wejściową – ze zintegrowanym z bezpiecznikiem i włącznikiem głównym gniazdem IEC i wyjściową ze zdublowanymi gniazdami DC i USB-A oferującymi 5V@2A. I tutaj od razu uwaga natury użytkowej. Otóż z racji w pełni symetrycznej topologii zaleca się aby pod Forestera, w przypadku podłączania dwóch urządzeń zadbać o to, by charakteryzowały się one takimi samymi, bądź zbliżonymi parametrami – stanowiły dla zasilacza takie samo, bądź możliwie podobne obciążenie. F1 wyposażono w cztery nóżki wykonane z twardej gumy zapobiegającej przesuwaniu się po płaskich powierzchniach, choć biorąc pod uwagę jego wynoszącą 1,3kg masę śmiało można uznać, iż zdecydowanie w niższej wadze chodzące switche miały by z tym poważny problem. Wraz ze switchem otrzymujemy dwa 60 cm przewody DC  o końcówkach 5.5mmx2.1mm i standardowy „komputerowy” przewód zasilający, który spokojnie można zostawić w pudełku.
Sercem Forestera jest zamknięty w dedykowanej kapsule transformator toroidalny posadowiony na grubej warstwie materiału tłumiącego. Jak już zdążyłem nadmienić układ elektroniczny jest w pełni symetryczny a z autorskich rozwiązań warto wymienić równolegle pracujące z filtrem zakłóceń elektromagnetycznych EMI, kontrolujące parametry napięcia wyjściowego MOSFET-y.

A teraz najważniejsze, czyli wybitnie subiektywna ocena wpływu, bądź też jego braku, tytułowego zasilacza na walory brzmieniowe zarówno mojego dyżurnego Bonna N8, jak i dopiero co zrecenzowanej Omni SW-8. Od razu na wstępie muszę zmartwić wszystkich tych, dla których tak naprawdę mało co ma znaczenie i wychodzą z założenia, iż jeśli producent dołączył cokolwiek do swojego urządzenia, to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że owe coś jest wystarczające. Otóż nie, nie jest i Forester nader bezpardonowo z owymi mitami się rozprawia. Pomijając jednak fakt poprawy, jaką oferują już „gołe” (z zasilaczem wtyczkowym) Bonn N8/ Omnia SW-8 progres jaki następuje przy użyciu Forestera jest tyleż bezdyskusyjny, co globalny. Nie dotyczy on bowiem zmian natury kosmetycznej, bądź jedynie jakiegoś elementu, składowej brzmienia, lecz jest niemalże jak dzień do nocy, zmieniając dosłownie wszystko. Tzn. może źle się wyraziłem, gdyż zmiana z reguły kojarzy się z czymś nad wyraz radykalnym – czymś w stylu zmiany kierunku jazdy o 180 stopni, czy właśnie dnia w noc. Tymczasem F1 bazując na potencjale drzemiącym w N8/SW-8 po prostu go uwalnia eliminując wąskie gardło. To tak jakbyśmy z koszuli kroju slim-fit i kołnierzyku 43/44 przebrali się w pozwalająca na swobodę ruchów jej „klasyczną” wersję z kołnierzykiem 45. Różnica pozornie niewielka, za to komfort bez porównania większy. Przenosząc powyższe, odzieżowe metafory na audiofilski grunt stwierdzę, iż Forester poprawia dynamikę, rozdzielczość i soczystość barw, czyli generalnie wszystko.
Na początek proponuję coś, co jak na mnie jest dość nietypowym repertuarem – album, na którym pierwsze skrzypce gra akordeon – „Valse(s)” Richarda Galliano. Wiem, że są tacy, którzy z tego typu instrumentarium są w stanie spędzić długie godziny, jednakże osobiście, z obawy przed migreną, staram się nie przekraczać kwadransa, góra dwóch. Tymczasem z wpiętym w tor azjatyckim zasilaczem akordeon Galliano nabrał ciała i wcześniejsze, dość irytujące dźwięki zaczęły układać się w wielce spójną i o dziwo akceptowalną całość. Przełom góry i średnicy został bowiem dociążony i może nie tyle dosaturowany, co raczej jego kolorystyka artykulacji zyskała na głębi i iście organicznej naturalności. To zjawisko całkowicie tożsame z sytuacją, gdy rozmawiając bezpośrednio – twarzą w twarz z osobą posiadającą wadę wymowy niemalże natychmiast przechodzimy nad tym faktem do porządku dziennego i przyjmujemy taką formę wypowiedzi z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jednak, gdy ten sam „głos” słyszymy na nagraniu niemalże już na dzień dobry zaczynamy kręcić nosem na zbytnie podkreślenie sybilantów, bądź inne anomalie natury logopedyczno-foniatrycznej. Tak więc F1 zdecydowanie idzie w kierunku uczestnictwa „na żywo”, aniżeli li tylko biernego odsłuchu.
Podobne obserwacje poczyniłem podczas sesji z burzowo rozpoczynającym się prog-rockowym albumem „Le Grand Voyage” francuskiej formacji Klone, gdzie podkreślenie sybilantów warstwy wokalnej początkowo może nieco odstręczać. Forester owe „piki” zaskakująco skutecznie tonizuje nie ingerując przy tym ani w dynamikę, ani efekty przestrzenne, ani tym bardziej zadziorność gęstych, gitarowych riffów okraszonych nader często odzywającymi się blachami. Krótko mówiąc brzmi to tak, jakby ekipa z Poitiers dostała lepsze studio i realizatora a udzielający się wokalnie Yann Ligner dodatkowo lepszy mikrofon – klasy NU-47 Nordic Audio Labs. Wystarczy tylko krótki rzut ucha, by odkryć ileż niuansów kryje się w potężnych, iście monumentalnych partiach perkusji (Florent Marcadet) w dość oczywisty sposób odwołujących się do progresywnych groove metalowych korzeni kapeli, czy równie ciężkich i pioruńsko szybkich szarpnięć basu (Jean Etienne Maillard). One nie wzięły się znikąd, one tam cały czas były, tylko nie tak permanentnie obecne na wyciągnięcie ręki.
Bajki z mchu i paproci? Cóż, najwidoczniej nie wszyscy z Państwa pamiętają materiał z naszej wizyty w podwarszawskim Wiktorów Studio podczas której testowaliśmy wpływ przewodu zasilającego Furutech NanoFlux-NCF na „brzmienie” podpiętego pod niego mikrofonu. To dokładnie taki sam przypadek, tylko sprzed mikrofonu przenosimy się przed własne kolumny. Tylko tyle i aż tyle.

Dla niezorientowanego w temacie, znaczy się nieosłuchanego, „książkowego” wszystko-sceptyka, płaskoziemców tym razem zostawię w spokoju, Silent Angel Forester F1 wydawać się może całkowicie zbytecznym, wręcz bezsensownym dodatkiem i wydatkiem. Tymczasem dla wszystkich tych, którzy mozolnie budują swoje systemy marzeń, małymi krokami zbliżając się do upragnionej nirwany, decyzje podejmując na drodze własnych – empirycznych doświadczeń a nie zdjęć z Internetu, jego obecność w torze pozwoli z sukcesem zakończyć (przed*)ostatni etap konfiguracji audiofilskiej infrastruktury sieciowej. Czemu użyłem w nawiasie „przed” z „*”? Cóż, nie chcę psuć niespodzianki i zdradzać przyszłych planów recenzenckich, jednak proszę zbyt daleko nie odchodzić od komputerów, gdyż już niedługo podzielę się z Państwem przepisem, jak z powyższych komponentów wycisnąć jeszcze więcej muzycznej ambrozji. Nie wierzycie? Zatem uzbrójcie się w nieco cierpliwości i do zobaczenia wkrótce … cdn.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel BonnS28; NuPrime Omnia SW-8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: Audio Atelier
Cena: 1 890 PLN

Dane techniczne
Napięcie wyjściowe: 2 x 5V@2A
Złącza wyjściowe: 2 x 5V@2A DC, 2 x USB A
Wskaźniki LED: 2 x Status, 2 x zabezpieczenie termiczne
Załączone przewody: 2 x 60cm DC (5.5mmx2.1mm) / DC (5.5mmx2.1mm)
Przewód zasilający: 1.2 m IEC
Zasilanie: 230V lub 115V 50/60Hz (selektor w płycie dolnej)
Wymiary (S x G x W): 155 x 115 x 58 mm
Waga: 1.3kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Stołeczny E.I.C nie zwalnia tempa i nieco ponad tydzień po naszej wizycie w ich firmowym salonie Na Temat Audio, kując żelazo puki gorące, dostarczył kolumny Fyne Audio F704. Jak widać na poniższych zdjęciach 704-ki prezentują się równie imponująco, co nasze redakcyjne Dynaudio Consequence a dysponując dwiema 300 mm membranami raczej  jeńców brać nie zamierzają.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Triangle Esprit Australe EZ

Opinia 1

Znacie kolumny, które w temacie uzyskania z ich oferty brzmieniowej zjawiskowej, bo ociekającej magią soczystości, a przez to ponadprzeciętnej muzykalności przekazu od lat uważane są za bardzo wymagające? Nie odpowiadajcie, gdyż było to pytanie z gatunku retorycznych. Oczywiście chodzi o będącą bohaterem dzisiejszego testu francuską markę Triangle. Powiem więcej, to do niedawna był również mój przez lata wyrobiony różnymi odsłuchami, pogląd na osiągnięcia tego producenta. Jednak do czasu. Jakiego? Chwili opisywanego dzisiaj starcia, które niesie ze sobą taki oto przekaz: „Zapomnijcie o dawnym postrzeganiu tytułowego podmiotu znad Loary jako z natury nader odważnie rysującego krawędzie wątłych w kwestii masy dźwięków”. Nie, nie piszę tego w pandemicznym amoku. Powodem wygłoszenia takiego oświadczenia jest poniżej przelany na klawiaturę sparing przy muzyce, który mocno przewartościował moje dotychczasowe tak zwane lokowanie produktu. A w tym wszystkim najistotniejszy jest fakt odegrania głównej roli nie przez przedstawiciela szczytu oferty, tylko zaproponowany do testu przez białostockiego dystrybutora Rafko, znacznie niżej stojący w hierarchii cenowej model wolnostojących kolumn Triangle Esprit Australe EZ.

Jak dokumentują fotografie, tytułowe panny przy sporej, bo osiągającej 117 cm wysokości są przyjemnie dla oka smukłe. Ale to jest dopiero przedsmak czekających nas dobrodziejstw inwentarza, bowiem mimo aparycyjnej filigranowości w kwestii technikaliów uzbrojone są po przysłowiowe zęby. I nie chodzi jedynie o ich front. Jednak rozpoczynając głębsze przybliżanie francuskiej myśli technicznej od jego połaci, gołym okiem widać aż trzy przetworniki niskotonowe, jednego średniaka i stożkowy gwizdek, a pod nimi sporej średnicy port bass-reflex. To zaś ze sporą dozą pewności pozwala domniemać, iż z czym jak z czym, ale z oddaniem nawet najbardziej wymagającego niskiego rejestru nie powinny mieć jakiegokolwiek problemu. Idźmy dalej, czyli na przeciwległą płaszczyznę w postaci rewersu kolumn. Tam czeka nas kolejna niespodzianka, gdyż konstruktorzy mając na uwadze wymagania melomanów co do jak najwierniejszego oddania realiów głębi budowanej w naszych domach sceny muzycznej, w górnej części pleców Australi EZ zaaplikowali dodatkowy, wzmacniający jej propagację w tył tweeter. To ostatnimi czasy jest dość częsty zabieg, który bez względu na potencjalne narzekanie ortodoksyjnie nastawionych do tego typu gadżetów osobników homo sapiens bezapelacyjnie świetnie działa. Oczywiście opisując plecy naszych bohaterek nie można zapomnieć o zlokalizowanych tuż nad podłogą podwojonych terminalach przyłączeniowych. Zaś wieńcząc całość opisu dodać, iż całość konstrukcji poprzez wstawkę z płata perforowanej gumy, posadowiono na uzbrojonej w cztery kolce, nadającej designerskiej ekskluzywności kolumnom, szklanej podstawie.

Pamiętacie teorię odnośnie niskich rejestrów, jaką snułem w akapicie przybliżającym aspekty techniczne Triangli? Z pewnością tak, dlatego przyjemnością informuję, iż nic a nic się nie pomyliłem. Kolumny w trakcie testu nie miały najmniejszego problemu z oddaniem zamierzeń artystów w domenie dolnych partii pasma przenoszenia praktycznie w żadnym rodzaju muzyki z ciężkim rockiem i elektroniką włącznie. Mało tego. Owa bateria głośników basowych w najmniejszym stopniu nie wychodziła przed szereg oferując słuchaczowi niekontrolowaną lawę niskich pomruków, tylko przy dobrym osadzeniu każdej twórczości muzycznej świetnie wspierała w nasyceniu przekazu średni zakres. To natomiast jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kreowało tak poszukiwaną przez wielu miłośników dobrej jakości muzyki mocną dawkę muzykalności opiniowanych konstrukcji. Jednak na tyle solidnie i ciekawie umocowaną, że nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, by oderwać się od swoich dotychczasowych przyzwyczajeń w obcowaniu z konstrukcjami tego producenta i z przyjemnością zatopić się w obecnie bardzo bliskiej moim oczekiwaniom prezentacji. To jednak nie koniec dobrych wieści. Mianowicie chodzi mi o najwyższe tony. Te dotychczas można by powiedzieć, zawsze były nader zjawiskowe. Jednak jak to zwykle bywa, owa nadprogramowa „zjawiskowość” na dłuższą metę często staje się trudna do zaakceptowania. Dlatego też inżynierowie znad Loary idąc tropem tchnięcia w muzykę dawki magii lekko je ostudzili. Ale uspokajam. Nie zabili ich lotności i świetnego rozbłyskiwania w eterze między kolumnami, tylko lekko posłodzili. Taki zabieg we współpracy z resztą pasma spowodował, że nagle dawniej kojarzone z mocną, niestety przez niektórych uważaną za zbyt mocną krawędzią dźwięku, wespół z niedoborem jego nasycenia, kolumny, teraz stały się oazą napowietrzonego, świetnie wyważonego w domenie ciężaru instrumentów muzycznych, wydarzenia artystycznego. W efekcie po zapoznaniu się z nowym pomysłem na muzykę według Triangla, nie pozostawało mi nic innego, jak z przyjemnością przemierzać posiadane zasoby płytowe, by na koniec zdać z tego rzetelną relację. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu w znaczącej większości pozytywną, gdyż jedynym zbyt przyjemnie w stosunku do zamierzeń muzyków, wybrzmiewającym nurtem była elektronika. Nie w jakiś szczególny sposób ospałe, czy bez oddechu, tylko zbytnio kulturalnie. To naturalnie było pokłosiem policzenia zwrotnic tytułowych kolumn w estetyce spójności wokół muzykalności odtwarzanego materiału i po wzięciu tego pod uwagę okazywało się być szukanym na siłę problemem. Jednak w wartościach bezwzględnych mogłoby być nieco wyraziściej – czytaj przenikliwie, co oczywiście da się podkręcić zmianą okablowania. Ale zapewniam, to jedyna twórczość zbyt mocno dotknięta nowym wcieleniem brzmienia oferty Triangla. Reszta, a w szczególności muzyka dawna i wszelkiego rodzaju jazz czerpały z nowego sznytu grania pełnymi garściami. Powodem była konsekwentna otwartość kreowanych w eterze zapisów nutowych, teraz jedynie z przesuniętym w dół punktem jego ciężkości, co jest wręcz nieodzownym narzędziem do dobrego zaprezentowania zapisanych na płytach spotkań muzyków czy to w kubaturach kościelnych, na koncertach rockowych, a nawet dobrze zrealizowanych warunkach studyjnych. Tylko tyle i aż tyle.
Nieco odmienny aniżeli w muzyce dla duszy aspekt brzmienia okazał się być pozytywnym dla muzyki buntu. Rock i wszelkie jego odmiany również zyskiwały na witalności prezentacji, jednak w znacznej mierze największą wartością dodaną było jej nasycenie, pozwalające instrumentom i wokalistom osiągnąć nie tylko dobrą wagę, ale również w momencie odgrywania swoich solowych trzech groszy w danym wydarzeniu, ułatwiając im przebicie się przez ścianę estradowego natłoku informacji. Kiedyś przy użyciu Triangli wydawało mi się to awykonalne, a teraz po umiejętnych korektach okazało się być przyjemnie zrealizowane, za co należą się zasłużone brawa.

Jestem w stanie uwierzyć, iż większość z Was śmie snuć w stosunku do moich spostrzeżeń solidną dawkę nieufności. Przyznam szczerze, że ja w podobnej sytuacji prawdopodobnie zachowałbym się podobnie. Tymczasem w przeciwieństwie do Was, ja jestem tuż po zderzeniu z powyższą szkołą grania na własnym podwórku i pod każdym słowem podpisuję się dwoma rękami. Dlatego też bazując na wyżej wyartykułowanych obserwacjach dla praktycznie wszystkich mam dobrą wiadomość. Tytułowe Triangle Espirt Australe EZ powinny znaleźć się na liście odsłuchowej prawie każdego poszukiwacza nowej konfiguracji swojego zestawu audio. Powodem jest przekonanie, iż przy dobrym dociążeniu dźwięku i jego znakomitym otwarciu są bardzo duże szanse na wpisanie się w każdą potencjalną układankę. Czy tak się stanie? Niestety piłeczka znajduje się po Waszej stronie.

Jacek Pazio

Opinia 2

W czasach totalnej globalizacji, gdy świat po prostu się „skurczył” i to, czy zamawiamy coś ze sklepiku za rogiem, czy od producenta np. z Bali dla statystycznego konsumenta przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Spora w tym zasługa jednego z najpopularniejszych serwisów sprzedażowo-aukcyjnych, który w sposób niezwykle skuteczny udowodnił milionom nabywców, że wcale nie są zdani na lokalnego dostawcę, skoro z odległych zakątków CHRLD mniejsza, bądź większa duperelka, gadżet, bądź ciuch może przyjść nie dość, że w skończonym czasie, to jeszcze za przysłowiowe grosze. Taka dywersyfikacja źródeł dostaw dóbr wszelakich dla przeciętnego „kowalskiego” jest niewątpliwie korzystna, gdyż nic tak pozytywnie nie wpływa na ceny i jakość towarów jak właśnie konkurencja. Zmieniając jednak perspektywę i analizując powyższe zjawisko z punktu widzenia producenta jasnym staje się, że kiedy on udaje się na zasłużony odpoczynek zawsze znajdzie się ktoś, kto właśnie gdzieś, po drugiej stronie globu właśnie wchodzi na pełne obroty. Ot, swoiste przekleństwo wynikające z shakespeare’owskiego „Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś”. Jak się bowiem okazuje człowiek nie Fregata i nie dość, że spać nieco dłużej niż dwa kwadranse (znane są przypadki 12s snu) jednak musi a i z wyłączeniem na ten czas jednej półkuli i jednego oka ma pewne problemy. Czemu ma służyć powyższa dywagacja? Oczywiście możliwie niezobowiązującemu wprowadzeniu do spotkania z naszymi dzisiejszymi bohaterkami, które „oczy” mają nie tylko z przodu, lecz również z tyłu „głowy”. O kim, a raczej o czym mowa? O wyposażonych w system DPS (Dynamic Pulse System), czyli w umieszczony na tylnej ścianie dodatkowy przetwornik wysokotonowy, kolumnach Triangle Esprit Australe EZ, z którymi mieliśmy okazję spędzić kilka ostatnich tygodni.

Dziwnym zbiegiem okoliczności zamiast piąć się ku topowi cennika, wykazując się zaskakującą przewrotnością, dystrybutor francuskiej marki – białostockie Rafko, raczy nas przedstawicielami poszczególnych serii według trudnego do rozszyfrowania klucza. Recenzencką przygodę z Triangle’ami rozpoczęliśmy bowiem od modelu Alpha z serii Signature , by następnie z puli flagowych Magellanów gościć u siebie strzeliste Quatuory oraz filigranowe Duetto i gdy wydawać by się mogło, że logiczną byłaby dostawa jeśli nie Grand Concert, to przynajmniej Concerto trafiły do nas … egzystujące nie oczko a dwa niżej w firmowej hierarchii – w serii Esprit podłogówki Australe EZ. Rozczarowujące? Bynajmniej, gdyż akurat w przypadku Triangle od ładnych kilku lat obserwuję nader ciekawe zjawisko polegające na eksperymentowaniu i wdrażaniu kolejnych nowości, czy też modelowania dźwięku właśnie w niższych seriach, by po zdobyciu doświadczeń i przeanalizowaniu wszystkich spływających z rynku informacji zwrotnych najbardziej trafne i dobrze rokujące decyzje implementować w bardziej „drażliwych” obszarach własnej działalności.
Czego by jednak nie mówić Australe EZ, jako zwieńczenie linii Esprit prezentują się nad wyraz okazale. Mierzące blisko 120 cm trójdrożne, pięciogłośnikowe podłogówki wyposażono w dwa (po jednym z przodu i tyłu) autorskie uzbrojone w charakterystyczne przypominające pocisk korektory i umieszczone w elegancko wypolerowanych chromowanych tubkach 25 mm tweetery TZ2500, 6,5” celulozowy, mlecznobiały średniotonowiec i imponującą baterię trzech, również 6,5” kompozytowych basowców. Ujście układu bas refleks ulokowano tuż przy podłodze, nieco ponad eleganckim szklanym cokołem. Szkło i kolumny niezbyt się lubią? Możliwe, jednak nie w tym przypadku, gdyż w Triangle’ach do szklanej tafli bezpośrednio przymocowano jedynie odsprzęgające od podłoża eleganckie stożki, natomiast pomiędzy skrzynią kolumny a szklaną taflą umieszczono perforowany gumowy absorber. Skoro o obecności na ścianie tylnej przetwornika wysokotonowego poinformowałem już na wstępie to teraz jedynie dodam, iż Triangle posiadają solidne, umieszczone na szyldzie ze szczotkowanego aluminium, podwójne terminale głośnikowe. Jedynym detalem, do którego można byłoby się przyczepić jest zastosowanie niezbyt wyrafinowanej drewnopodobnej okleiny winylowej, zamiast naturalnego forniru, co warto brać pod uwagę przy dokonywaniu wyboru i ewentualnie zastanowić się nad białym, bądź czarnym lakierem „fortepianowym”.

Skupiając się na brzmieniu dzisiejszych bohaterek pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż doskonale pamiętam czasy, gdy zarówno Triangle, jak i inne konstrukcje znad Sekwany, jak Cabasse, czy nieco mniej u nas popularne BC Acoustique, śmiało można było zaliczyć do „francuskiej szkoły” grania, czyli estetyki w której góry nigdy, ale to przenigdy, nie brakowało. Dyplomatycznie można je było zatem uznać za dość „rześko” i „świeżo” grające, co w tzw. okamgnieniu dzieliło ich słuchaczy na gorących zwolenników, jak i tych, którzy niespecjalnie za nimi przepadali. Trzeba jednak powiedzieć wprost, że to było kiedyś i niewiele ma wspólnego z aktualną ofertą, przynajmniej Triangle’a, co z resztą nader namacalnie udowadniały zarówno ww. modele, jak i tytułowa parka.
Australe EZ oferują bowiem zaskakująco spójny a zarazem dynamiczny przekaz w którym nie sposób doszukać się ponadnormatywnej aktywności góry pasma i to pomimo wykorzystania zdublowanej baterii tweeterów. W zamian za to otrzymujemy niezwykłą swobodę i rozmach prezentacji, której zgodnie z zaleceniami producenta lepiej w mniejsze aniżeli 30 metrowe pokoje nie próbować wcisnąć. W dodatku z dawnej, zadziornej maniery pozostawiono wszystko co najlepsze, czyli spontaniczność i niezwykłą szybkość a z kolei nie wszystkim będąca w smak „lekka” ofensywność i bezpardonowość ewoluowały do fenomenalnej, wręcz rozdzielczości i wyrafinowania. Nawet nagrywany „na odległość” – pandemiczny, progrockowy koncept album „Sola Gratia” Neala Morse’a, jak i bez porównania bardziej epicki, żeby nie powiedzieć patetyczny, „01011001” Ayreon nader szczelnie wypełniły nasz blisko czterdziestometrowy OPOS gęstym i organicznym dźwiękiem o niezwykle soczystej i dojrzałej konsystencji. Bezpardonowe, elektroniczne wizgi i gitarowe riffy, nie tracąc nic a nic ze swojej struktury, przeszły na nieco cieplejszą i krągłą stronę mocy, dzięki czemu oba powyższe, niezbyt wpisujące się w audiofilskie kanony, albumy wcale nie odstręczały niezbyt wyrafinowaną realizacją. Po prostu scena nie oszałamiała taką precyzją i wieloplanowością jak np. na „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalyptici, natomiast aspekt emocjonalny i linia melodyczna nie straciły nawet odrobiny ze swojej atrakcyjności.
Patrząc na nader imponująca baterię wooferów można było by spodziewać się istnego trzęsieni ziemi. Jednak całe szczęście francuscy konstruktorzy zachowali umiar i równowagę pomiędzy ilością i jakością najniższych składowych. Nie oznacza to bynajmniej, że basu było mało, bądź, że był suchy, czy nazbyt zwarty, gdyż śmiało można uznać, iż nawet podczas najbardziej karkołomnych partii nie cierpieliśmy z powodu jego niedoboru, ale też nie próbował wedrzeć się tam, gdzie go na materiale źródłowym po prostu nie było. Niczym filmowy „Przyczajony tygrys, ukryty smok” jedynie czekał na odpowiedni moment, by z pierwotną siłą uderzyć i powalić niczego niespodziewającego się słuchacza na łopatki. Swobodę i rozmach najniższych składowych reprodukowanych przez Triangle śmiało można porównać do nad wyraz szczodrych pod tym względem Dynaudio Contour 60, z tą tylko różnicą, że nad Australami łatwiej było zapanować. Wybornie wypadł odsłuch „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie syntetyczny bas nader spontanicznie dewastował nasz oktagon, jednocześnie nie zawłaszczając pasma zarezerwowanego na bardziej naturalne instrumentarium.
Na tym, jakże solidnym, fundamencie oparto nie mniej atrakcyjną średnicę i równie intensywne, lecz przyprószone złotem wysokie tony. Począwszy od ciepłego, aksamitnego wokalu René Marie na „How Can I Keep from Singing?” po nader ekspresyjną artykulację Skin na „An Acoustic Skunk Anansie – Live in London” Skunk Anansie otrzymywaliśmy pełne spektrum informacji, jednak bez podkreślania sybilantów, z którego jeszcze kilka lat temu Triangle by z pewnością nie zrezygnowały. Jeśli dodamy do powyższej listy zalet nieosiągalne dla większości konwencjonalnych konstrukcji efekty przestrzenne oznaczające w tym przypadku nie sztuczne, pochodzące z DSP „wodotryski”, lecz raczej bliższe prawdzie oddanie akustyki pomieszczeń w jakich dokonywano nagrań otrzymamy nad wyraz atrakcyjny i bynajmniej nieprzesadzony obraz francuskich kolumn.

Triangle Esprit Australe EZ to kolejny dowód na to, że nad Loarą „grupa trzymająca władzę” nieco spuściła z tonu i swoją uwagę z bezkompromisowości skierowała ku szeroko rozumianej eufonii. Dzięki temu francuskie kolumny czarują muzykalnością, barwą i dynamiką nie raniąc przy tym co wrażliwszych uszu, łaskawie dopuszczając do odsłuchu nawet nieco gorsze realizacje. Nie wiem jak w Państwa mniemaniu, jednak moim zdaniem to krok w zdecydowanie właściwym kierunku. Tym bardziej, że w kwocie, jakiej oczekuje producent za tytułowe kolumny, nader trudno będzie znaleźć im godnego sparingpartnera.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Rafko
Cena: 17 695 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana
Wykorzystane przetworniki:
Głośniki wysokotonowe: 2 x 1″ (25mm) tweeter z serii TZ2500 – tytanowa kopułka połączona z komorą kompresyjną z wykorzystaniem nowego profilu tuby rozpraszającej i zmodyfikowanego korektora fazy
Głośnik średniotonowy: 6.5” (165mm) dedykowany głośnik z wyprofilowanym stożkiem z masy celulozowej i z półzawiniętym zawieszeniem wykonanym z unikalnego połączenia gumy i pianki
Głośniki niskotonowe: 3 x 6.5” (165mm) materiał kompozytowy wykonany z masy celulozowej i włókna szklanego z układem napędowym z przewymiarowanego magnesu ferrytowego
Impedancja: 8 Ω (minimalna 3,3 Ω)
Skuteczność: 92.5dB
Moc ciągła (RMS): 150W
Moc maksymalna: 300W
Pasmo przenoszenia: 29 – 22.000Hz
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 310 / 3900Hz
Wymiary (W x S x G): 117 x 30 x 46 (z podstawkami); 113 x 20 x 37 (bez podstawek)
Waga: 38.8 kg
Dostępne warianty wykończenia: Czarny błyszczący, Biały błyszczący, Black Ash, Walnut, Golden Maple

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Kiedy dwa lata temu, tuż po Audio Video Show goniliśmy do Katowic TAD Evolution One (TAD-E1TX-K), gdzieś tam podświadomie czuliśmy w kościach, że to nie jest jednorazowa przygoda, tylko początek wielce ekscytującego „romansu”. I nie pomyliliśmy się, gdyż  w tzw. międzyczasie dane nam było gościć w redakcyjnym OPOS-ie zarówno filigranowe Micro Evolution One (ME1), jak i nader poważne trio”katafalków”, czyli D1000MK2-S & M1000-S. Jednak na prawdziwy, kompletny zestaw marzeń musieliśmy czekać aż do dzisiaj, czyli do momentu, kiedy zawitała do nas japońska rodzina TAD-ów w składzie: D600 & C2000 & M700S & CR1 TX-EB + ST1.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

O ile tzw. rebranding, czy też repacking mają bezsprzecznie pejoratywny wydźwięk, to uczciwie trzeba stwierdzić, iż historia zna również zdecydowanie mniej „kreatywne” w stosunku do nabywcy działania producentów. W końcu nie wszyscy ograniczają się do przepakowywania trzewi budżetowego „dawcy” w bardziej markowe wdzianko i winszowania sobie niemoralnych, patrząc na wkład własny, kwot, jak daleko nie szukając Goldmund (odtwarzacz Eidos 18 zaskakująco przypominający Pioneera DV-300), MBL (odtwarzacz CDP2, czyli tak naprawdę Marantz CD6000 OSE), Micromega (streamer WM-10 bazujący na apple’owskim Airport Express) YBA (odtwarzacz Initial CD korzystający pełnymi garściami z potencjału Harman Kardon HD750/HD755), czy Moon, któremu „przydarzyło” się przepakowanie Denona AVR-2808 i oferowanie jako CP-8 za „nieco zbyt optymistycznie skalkulowaną” kwotę.
Weźmy na ten przykład Brystona BDP-π, gdzie Kanadyjczycy bez dorabiania zbędnej ideologii otwarcie przyznają, iż bazują na modułach Raspberry Pi® i HifiBerry® a płaci się za obudowę, złożenie wszystkiego za przeproszeniem „do kupy” i support. Krótko mówiąc wiemy co siedzi w środku i to my, świadomie decydujemy, czy wchodzimy w taki układ i godzimy się na takie warunki gry, czy też nie. Podobnym podejściem do tematu wykazał się nasz dzisiejszy gość, który, przynajmniej do tej pory bazował na własnych, autorskich rozwiązaniach. Trudno jednak nie przyznać racji wytwórcy, który w obszarach, w których czuje się pewnie i ma ugruntowaną pozycję robi swoje, jednak tam, gdzie dopiero prowadzi rekonesans, bądź też stawia pierwsze kroki, zamiast wyważać już otwarte drzwi korzysta z know-how specjalistów, którzy poniekąd zjedli na tym zęby. O kim mowa? O reprezentowanej w Polsce przez białostockie Rafko marce NuPrime i niedawno wprowadzonym do jej nader bogatego portfolio 8-portowego switcha 100/1000 Base-T Omnia SW-8 będącego nieco zmodyfikowaną wersją goszczącego już jakiś czas temu na naszych łamach i od tamtej pory w moim systemie,produkowanego przez Thunder Data Co. Ltd. modelu Silent Angela Bonn N8.

Na czym ww. modyfikacje polegają widać już od progu, czyli przy wypakowywaniu. Mowa oczywiście o zdecydowanie solidniejszej a zarazem zauważalnie bardziej designerskiej (mniej „technicznej”?) obudowie. Zamiast giętych, nomen omen całkiem solidnych, blach Bonna N8 mamy do czynienia z iście monolitycznym aluminiowym korpusem o eleganckim, satynowym połysku. Kolejnym, już mniej oczywistym, znaczy się zauważalnym gołym okiem, modem jest upgrade sekcji zasilającej. Wróćmy jednak do aparycji, która bynajmniej nie skłania do wstydliwego ukrywania urządzenia gdzieś w głębi szafki. Na ścianie przedniej wskazujące na stan połączenia poszczególnych portów, zasilanie i ewentualne błędy komunikacji mikro diody ukryto w adekwatnych ich rozmiarom otworach, dzięki czemu nawet podczas wieczorno-nocnych odsłuchów, o ile tylko nie usiądziemy dokładnie na wprost Omni, nie będziemy narażeni na efekt mini kolorofonu. Płytę górną zdobi centralnie umieszczony firmowy logotyp a na ścianie tylnej znajdziemy osiem portów Ethernet i gniazdo dedykowane zewnętrznemu zasilaczowi. Całość usadowiono na czterech niewielkich gumowych nóżkach stanowiących zarazem maskowanie śrub, którymi przykręcono płytę dolną switcha do jego korpusu.
O samych trzewiach, z oczywistych względów, zbytnio rozpisywać się nie będę a wszystkich zainteresowanych odsyłam do testu „dawcy” kluczowych organów, vide płyty głównej. Z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę jedynie o sercu tytułowego switcha, czyli ultra precyzyjnym zegarze TCXO o dokładności 0.1 ppm wspomaganym dwoma dedykowanymi izolatorami szumów dla głównego zasilania i parą dla głównego zegara, oraz specjalną folią Silent Angel Noise Absorber (SANA). Zewnętrzny, wtyczkowy zasilacz wydaje się, iż pozostał bez jakichkolwiek zmian, aczkolwiek zarówno jego, jak i samego switcha ze względu na nader utrudniony dostęp do wnętrza nie rozbebeszałem.

Jeśli zastanawiacie się Państwo, czy warto wyasygnować dodatkowe 450 PLN-ów i zamiast protoplasty pokusić się o zakup bohatera niniejszej epistoły to … nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury a przechodząc od razu do meritum i rozwiewając ewentualne wątpliwości wszystkim niecierpliwym pragnę obwieścić, iż zestawiając w bratobójczym pojedynku 1:1 Silent Angela Bonn N8 i NuPrime Omnia SW-8 ten drugi zagra … lepiej. Mam nadzieję, że wszyscy odbiorcy oczekujący prostych i jednoznacznych odpowiedzi są powyższym werdyktem usatysfakcjonowani. Dziękuję, to by było na tyle, do zobaczenia i usłyszenia.

A teraz wersja „dla chętnych”, czyli niemających problemów ze zrozumieniem i interpretacją na własne potrzeby moich, nieco bardziej kwiecistych i metaforycznych dywagacji. W dodatku wersja nie dość, że niejednoznaczna, co naszpikowana „ale” niczym bożonarodzeniowy makowiec bakaliami. Chodzi bowiem o to, że NuPrime od Silent Angela, oba sauté, „zagra” lepiej co wydaje się oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż Omnię charakteryzuje zdecydowanie solidniejsza i mniej podatna na wibracje obudowa. Zaowocuje to lepszą stabilnością sceny, precyzją ogniskowania źródeł pozornych i pewniejszą kreską jaką będą one kreślone. Jednak dysponując wspomnianą, stanowiącą różnicę cen ww. konstrukcji, kwotą i inwestując ją w stosowne akcesoria antywibracyjne, jak daleko nie szukając Silent Angel S28 i/lub jakiś docisk, osiągniemy taki sam, jeśli nawet nie lepszy rezultat. Czyli mamy pierwsze „ale”. Podobnie sprawy będą się miały z okablowaniem (w budżecie zmieści się np. Atlas Equator Streaming, bądź Wireworld Chroma 8), gdzie przesunięcie części funduszy odwdzięczy się zauważalną poprawą walorów sonicznych. I jest drugie „ale”. Z kolei wszystkie powyższe działania o ile efekt brzmieniowy niezaprzeczalnie poprawią, to nijak na walory natury estetycznej nie wpłyną, no chyba, że ktoś za 450 PLN-ów będzie w stanie sobie w garażu, bądź u zaprzyjaźnionego ślusarza stosowną, czyli równie cieszącą oko i solidną, co w Omni skorupę z bloku aluminium „wystrugać”.
Zakładając jednak, czysto hipotetycznie, że dylemat dotyczy wyboru pomiędzy gigabitowymi odsłonami „cywilnych” konkurentów w stylu Netgeara 8p GS108GE, czy TP-Linka 8p TL-SG108E a naszym dzisiejszym bohaterem, to śmiało można uznać, iż takowego generalnie nie ma, bo to tak jakby uparcie stawiać w wyścigach F1 na zeszłoroczny model Williamsa z Kubicą za kierownicą, zamiast na Mercedesa z Hamiltonem. Niby można, pytanie tylko po co. Nu Prime charakteryzuje się bowiem bez porównania lepszą rozdzielczością, dynamiką i wyrafinowaniem, czyli de facto jest lepszy pod każdym względem.
Aby to usłyszeć wcale nie trzeba posiłkować się jakimiś ultra dynamicznymi, zapuszczającymi się w ekstrema ludzkiej i sprzętowej tolerancji dokonaniami. W zupełności wystarczy możliwie dobrze nagrane i zagrane naturalne instrumentarium w stylu „Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band (Live At Danish Radio Concert Hall, Copenhagen / 2010)”. Proszę tylko zwrócić uwagę ileż „planktonu” słychać w pozornie leniwym „Paint It Black”, jak fenomenalnie różnorodne tło dla gitarowych solówek stanowią radiowi symfonicy a przy tym jak realistycznie oddany został dystans dzielący nobliwego perkusistę Stonesów od gitarzysty – Pera Gade’a, z którym prowadzi niezwykły muzyczny dialog. Zaskakującym jest tez fakt, jak świetnie „zgrywa” się całość, choć sam koncert poprzedzony został zaledwie czterema dniami prób.
Z kolei na „The Dead Don’t Dream” Verneri’ego Pohjola trąbka leadera jest może nie tyle gładsza, bo wyraźnie słychać pracę ustnika, co pozbawiona irytującej granulacji. Również kontrabas Anttiego Lötjönena zyskuje na definicji i z impresjonistycznej plamy ewoluuje do w pełni realistycznej bryły z wyraźnie zdefiniowanym gryfem, pudłem i strunami. Jeśli dodamy do tego iście wirtuozerską, odpowiedzialną za klimat albumu obsługę perkusjonaliów (Mika Kallio) nietrudno dojść do wniosku, że jeden odsłuch ww. wydawnictwa, to zdecydowanie zbyt mało, by do końca poznać drzemiący w nim potencjał.

Czy da się jeszcze lepiej? Oczywiście że tak, co nad wyraz boleśnie uświadomiły nam testy Telegärtnera M12 SWITCH GOLD. Jednak „złotą referencję” wspominam jeszcze z jednego powodu. Otóż wraz z nią otrzymaliśmy wtenczas również dedykowany zasilacz JCAT OPTIMO 3 DUO, który zrobił na nas na tyle duże wrażenie, że gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja czym prędzej pozyskaliśmy na testy stosowny odpowiednik „dogadujący” się zarówno z Bonnem N8, jak i bazującymi na nim „klonami”. Mowa oczywiście o sygnowanym przez Silent Angela zasilaczu Forester F1, który dał Omni takiego „kopa”, że sam Chuck Norris by się nie powstydził. Dynamika, tak w skali mikro, jak i makro osiągnęła zupełnie inny poziom energetyczny, jednak nie poprzez sztuczne podbicie skrajów, czy też zwiększenie tempa a finalnie nerwowość i bezrefleksyjny pęd, lecz na poziomie nazwijmy to „momentu obrotowego”. Dźwięki zbierały się szybciej, bardziej „zerojedynkowo”, czyli pojawiały się i znikały natychmiast – bez „stanów nieustalonych”, zbędnych podchodów i pozostawiania smug za sobą. Kipiący energią progresywnie art-rockowy album „Civilisation” Southern Empire odwdzięczył się jeszcze bardziej angażującym brzmieniem i lepszą selektywnością nawet najbardziej zagmatwanych aranżacji.
Zamiast jednak iść po przysłowiowej bandzie i niemalże podwajać wartość infrastruktury sieciowej można równie dobrze, niejako na początek, zainwestować niespełna 270 PLN w stopki Silent Angel S28 i tym samym nieco dosaturować średnicę switcha dodatkowo, bardziej dokładnie zaczerniając tło. Warto bowiem pamiętać, że zakup SW-8 nie jest finałem a jedynie wstępem do dalszej zabawy na zdecydowanie wyższym, aniżeli do tej pory poziomie.

Dla postronnego, niezorientowanego obserwatora, bądź przedstawiciela uzurpujących sobie zasadność egzystencji w audiofilskich szeregach kablo-, prądo- i co tam jeszcze sceptyków, czyli muzycznie zorientowanych płaskoziemców, niniejszy test mógłby uchodzić za klasyczne „odgrzewanie kotleta”. Tymczasem, jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach i NuPrime Omnia SW-8, choć bazuje na platformie znanej z Silent Angela Bonn N8, ze względu na swoją zdecydowanie solidniejszą obudowę gra po prostu lepiej od swojego protoplasty. O aspektach natury estetycznej nawet nie wspominam, bo każdy ma własne priorytety i upodobania, więc sam decyduje co jest dla niego kluczowe i przy okazji ile warte. Dla mnie osobiście jest to propozycja warta głębszego zastanowienia i o ile tylko budżet na to pozwala stanowi nad wyraz atrakcyjną alternatywę dla swojego „dawcy organów” i tym samym głównego konkurenta.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Rafko
Cena: 2 195 PLN

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2;Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Powoli dochodzę do wniosku, iż coraz częściej zamiast bycia zaskakiwanym wolę stabilizację, czyli swoisty constans. O ile bowiem niespodzianka niesie już w swej wymowie wyłącznie pozytywne skojarzenia, to zaskoczenie nie zawsze bywa „in plus”, co niestety kończy się rozczarowaniem, a za tego typu atrakcjami chyba nikt nie przepada. Dlatego też niezwykle cenię producentów wiernych określonej szkole brzmienia, którzy z modelu na model i z linii na linię ewoluują a ich ewolucja odbywa się w ramach jasno określonego kanonu i przyświecających im jasno zdefiniowanych idei. Co istotne, eksplorując konkretną linię oczekuję, że wchodzące w jej skład elementy uzupełniać się będą nie poprzez wzajemną kompensację wad, czyli przysłowiowe leczenie dżumy cholerą, lecz synergię. Wykluczamy zatem niekonsekwencję w działaniu a premiujemy graniczącą z pewnością przewidywalność sprawiającą, iż niezależnie od tego po jaki typ asortymentu z portfolio „zaufanego” wytwórcy sięgniemy, dostaniemy dokładnie to, czego oczekujemy, czyli to, do czego zdążyły przyzwyczaić nas jego wcześniejsze występy. Taką właśnie politykę stosuje od niedawna reprezentowany w Polsce przez gliwickie 4HiFi indonezyjski mikrobrand Vermöuth Audio, którego topową linię Reference wydawać by się mogło poddaliśmy nader dokładnej eksploracji. Zaczęliśmy bowiem od analogowych interkonektów RCA/XLR, pochyliliśmy się nad przewodem zasilającym i głośnikowymi, by ostatnio wziąć na warsztat łączówkę dedykowaną gramofonom. Oczywiście nasi uważni czytelnicy z pewnością zauważyli, że obraz balijskiego High-Endu nie byłby kompletny, bez obowiązkowego w dzisiejszych, stojących streamingiem i generalnie odtwarzaniem plików, czasach przewodu USB. Dlatego też kończąc, przynajmniej na razie, przygodę z topową linią Reference mamy przyjemność podzielić się z Państwem kilkoma obserwacjami dotyczącymi właśnie łączówki USB należącej do szczytowych osiągnięć stojącego za marką Vermöuth Audio pana Hendry’ego Ramli.

Co do aparycji, to nikt nie próbował w tym przypadku wynajdować koła na nowo, tylko skorzystał ze sprawdzonych rozwiązań. Tytułowy przewód zakonfekcjonowano firmowymi, carbonowymi wtykami i obciągnięto firmowym, białym, przełamanym pojedynczą czarna nitką, opalizującym peszelkiem. Dokonując swoistej wiwisekcji i patrząc na przekrój poprzeczny napotkamy jeszcze pod ww. koszulką warstwę PVC, taśmę PTFE, plecionkę z miedzi OFC zespoloną z żyłą uziemiającą, ekran z folii aluminiowo-mylarowej, kolejną warstwę z taśmy PTFE i dopiero dotrzemy do czterech wiązek drucików z miedzi OCC o zróżnicowanym przekroju. Przy czym para odpowiedzialna za transmisję sygnału posiada oprócz izolacji teflonowej również otulinę z taśmy PTFE a pozostałe dwie wiązki zasilające na takowe dopieszczenie nie zasłużyły.

Przechodząc do clue, czyli brzmienia tytułowej łączówki śmiało mógłbym wykonać klasyczne Ctrl+C/Ctrl+V bazując na recenzji analogowych RCA/XLR i nie minąłbym się z prawdą nawet o cal. To dokładnie taki sam autorski koktajl, wyrafinowania, soczystości, dynamiki i rozdzielczości, przy którym czas się zatrzymuje. To, co miało być zrobione na już automatycznie przesuwamy na bliżej niezdefiniowaną przyszłość a z trybu analizy nie wiadomo kiedy przestawiamy się w czysto hedonistyczne delektowanie się znanymi, lecz tym razem podanymi w zdecydowanie bardziej atrakcyjnej formie dźwiękami. Szukając jakiś porównań i punktów zaczepienia z racji dość zbliżonej ceny i co najważniejsze podobnego pomysłu na dźwięk pozwolę posiłkować się porównaniami do mojego dyżurnego przewodu Fidata HFU2, który z jednej strony zachwycał i nadal zachwyca fenomenalnym wglądem w nagranie przy jednoczesnej, urzekającej muzykalności. Tymczasem Vermöuth idzie w owym rozkosznym uzależnieniu i niemożności oderwania się od eksploracji tak domowej plikoteki, jak i nieprzebranych odmętów Tidala o krok, bądź nawet dwa dalej. Co prawda nie może pochwalić się takim ładunkiem energii w górze pasma, co np. Goldenote Firenze Silver, czy taką bezwzględną liniowością, jak obecnie przez nas „męczony” i niestety znacznie droższy WestminsterLab USB Standard, jednak ilekroć go wpinałem w tor … miałem powyższe różnice, bo na pewno nie „niedociągnięcia”, głęboko tam, gdzie plecy tracą swa szlachetną nazwę. Po prostu. Reference bowiem każdorazowo wywoływał na mej twarzy uśmiech zadowolenia wynikający z kompletności i poniekąd skończoności dobiegających mych uszu dźwięków. Co ciekawe owa przyjemność bynajmniej nie wynikała z przesadnej słodyczy, czy też iście karmelowej lepkości, lecz niezwykłej homogeniczności i spójności przekazu.
Argumentację podpartą konkretnymi przykładami płytowymi pozwolę sobie rozpocząć od dość niewinnie rozpoczynającego się wydawnictwa „Ellengæst” formacji Crippled Black Phoenix, kontynuując depresyjno – katatoniczny klimat sięgnąć po „Songs of Love And Death” Me And That Man oraz równie mroczny i trudny do zaszufladkowania „Beileid” Bohren & Der Club Of Gore. Nie da się ukryć, iż nie są to ani łatwe, ani zbyt oczywiste pozycje, jednakże mają w sobie jakiś niezaprzeczalny magnetyzm i piękno, do którego albo trzeba po prostu dorosnąć, albo wreszcie złożyć system, na którym owe walory usłyszymy. To tak, jak daleko nie szukając z Martini. Każdy robi po swojemu a tylko niektórym udaje się osiągnąć idealną równowagę. Niektórzy, jak legendarny Agent 007 preferują nader „brutalną” wersję Vesper (trzy części ginu, jedna część wódki, pół części likieru lillet), bądź mieszają wermut wytrawny ze słodkim (Knickerbocker Martini), czego akurat osobiście nie preferuję. Natomiast tytułowy Vermöuth Reference trafia w punkt – jest zdecydowanie bardziej elegancki i wyrafinowany. Ot porcja wytrawnego wermutu (jak ma być elegancko to polecę Carlo Alberto Riserva Extra Dry), cztery porcje ginu (świetnie nada się Bombay Sapphire) i … trzy oliwki. Jest wytrawnie, delikatnie, gładko i ze względu na niezwykle udaną kompozycję ziół … złożenie. Chodzi bowiem o to, iż wspomniana gładkość, czy homogeniczność w żadnym stopniu nie ograniczają wglądu w nagranie, eksploracji dalszych planów, akustyki pomieszczenia, w którym dokonano rejestracji, czy śledzenia partii poszczególnych instrumentów. Jednak aby tego doświadczyć trzeba się zatrzymać, wyciszyć i dać ponieść muzyce a nie traktować ją jako wypełniacz tła podczas codziennej krzątaniny. One nie są, mówiąc kolokwialnie, ostentacyjnie krzyczące i rozpaczliwie machające rękoma abyśmy tylko ich nie przegapili. O nie, one po prostu są a to od nas zależy, czy je dostrzeżemy, czy też bezrefleksyjnie przejdziemy obok. Coś jak z grzybami idealnie wkomponowującymi się swym umaszczeniem w jesienną ściółkę – wprawne oko je wyłuska a gapa pójdzie dalej marudząc pod nosem, że „nic tu nie ma”.
Podobne obserwacje poczyniłem na nieco cięższym i również bardziej złożonym repertuarze, czyli wielkim składzie symfonicznym (Michiyoshi Inoue, Osaka Philharmonic Orchestra) mierzącym się z „Shostakovich: Symphony No. 7 „Leningrad””, jak i trudnym do jednoznacznego zdefiniowania prog-metalowym projekcie „Phanerozoic II: Mesozoic | Cenozoic” The Ocean. Skala i rozmach powyższych przedsięwzięć nie budziły najmniejszych kontrowersji. Scena była szeroka na tyle, by z powodzeniem pomieścić nad wyraz imponujący aparat wykonawczy i to bez jakichkolwiek oznak przeskalowania, znaczy się zmniejszania a gdy orkiestra grała wielkie crescendo na tle narastających dźwięków werbla trudno było poczuć jak na karku jeżą się resztki włosów. Nad kwestią barwy i definicji poszczególnych instrumentów najlepiej przejść do porządku dziennego i uznać je za swoisty aksjomat, czyli przyjąć do wiadomości, iż tak właśnie brzmią na żywo i mają taki a nie inny gabaryt. Przestaniemy wtedy szukać dziury w całym i będziemy w stanie oddać się niczym niezmąconej rozkoszy będącej pochodną delektowania się muzyką.
Z kolei na ww. „Phanerozoic II: Mesozoic | Cenozoic” tytułowa łączówka świetnie odnalazła się w iście awangardowej kakofonii poprzetykanej niemalże jazzowymi wstawkami opartymi na grze ciszą, czy też pozornie niewinnymi „piosenkowymi” wokalizami. Choć taka wybuchowa mieszanka może wydawać się co najmniej niespójna i poszarpana, to z Vermöuthem w torze nie dość, że jako całość – koncept album, świetnie się broniła, to nic, nawet z dalszej perspektywy nie próbowało zburzyć zaskakująco logicznego ciągu przyczynowo – skutkowego tworzącego nad wyraz wciągającą opowieść.

Wygląda na to, że mamy samosprawdzającą się przepowiednię. Zakładałem, że Vermöuth Audio Reference USB zagra dobrze, czy wręcz bardzo dobrze i tak też się stało. Ordynarna ustawka, bądź objawy psychozy reaktywnej wywołanej myśleniem życzeniowym? W żadnym wypadku. Po prostu na podstawie dotychczasowych kontaktów z pozostałymi przedstawicielami serii Reference balijskiej manufaktury nie spodziewałem się niczego innego. Hendry Ramli po raz kolejny, bazując na sprawdzonych rozwiązaniach stworzył przewód charakteryzujący się nieprzyzwoicie wręcz korzystną relacją jakości do ceny i przede wszystkim brzmieniem, które poznawszy nader skutecznie zniechęca do dalszych poszukiwań.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Niestety, mimo usilnych walk o jedynie słuszną prawdę tropiących wszelkiego rodzaju odmiany voodoo audio-sceptyków, na bazie dotychczasowych organoleptycznych doświadczeń nie mogę się z nimi zgodzić, że kabel cyfrowy z racji przesyłu jedynie zer i jedynek, nie ma prawa wprowadzać do finalnego dźwięku systemu audio jakichkolwiek zmian sonicznych. To jest moja wielokrotnie potwierdzona nausznie wiedza i na chwilę obecną nie widzę szans na jakikolwiek konsensus pomiędzy nami. Ale bez obaw, będąc z reguły tolerancyjnym w stosunku do innych, w kwestii różnego postrzegania tego samego zjawiska, jak również przyjęcia do wiadomości mojego stanowiska przez interlokutorów, nie mam zamiaru z nimi walczyć. Po prostu zostawiając ich w spokoju, gdy tylko nadarza się okazja, konsekwentnie mierzę się z kolejnymi tego typu akcesoriami, za każdym razem potwierdzając dawno temu usłyszane wyniki tego typu starć. Dlatego też chyba nikogo nie zaskoczę, gdy zdradzę, iż dzisiaj opisywane spotkanie przy muzyce z indonezyjskim kablem Vermöuth Audio Reference USB w najmniejszym stopniu nie podkopało wiarygodności moich dotychczasowych wyników. Mało tego. Wręcz jak na dłoni pokazało, że modelowanie faktury brzmienia systemu audio można dokonać już na poziomie kabla sygnałowego pomiędzy transportem plików i przetwornikiem cyfrowo-analogowym. Zatem jeśli jesteście zainteresowani, jak wypadł tytułowy przybysz z bajecznej, bo indonezyjskiej wyspy Bali, nie zostało mi nic innego, jak oznajmić, iż rzeczoną zero-jedynkową łączówkę w standardzie USB dostarczył do zaopiniowania gliwicki dystrybutor 4HIFI.

Akapit opisujący aparycję i sprawy techniczne testowanego kabla z racji stosunkowo prostej konstrukcji nie będzie niekończącą się opowieścią. To jak w przypadku opisywanej już kilkukrotnie serii Reference jest odpowiednio spleciona z różnego przekroju cienkich drucików miedź. Jego przekrój poprzeczny ukazuje cztery – po dwie dla sygnału i zasilania – różnej średnicy żyły, na które nałożono kilka oplotów odmiennych materiałowo materiałów izolacyjnych i sekcji ekranujących. Trzeba przyznać, iż dzięki tej jakościowej, a przez to ilościowej dbałości o odporność na interferencję z otoczeniem kabel jest stosunkowo gruby. Jednak zalecam spokój, bowiem z drugiej strony jest na tyle giętki, że podczas aplikacji nawet w ciężko dostępnych miejscach za szafką z systemem audio nie sprawia potencjalnemu użytkownikowi najmniejszego problemu. Wieńcząc dzieło przygotowania konstrukcji do użytkowania producent jako zewnętrzną otulinę użył opalizującej plecionki z płynnie krzyżującą się nutą dwóch czarnych nitek. Natomiast jako docelowe wtyki – w tym przypadku typu A i B – użył oparte o włókno węglowe konstrukcje według własnego opracowania. Tak prezentujący się kabelek spakowany jest w jasny lniany woreczek i wraz z certyfikatem oryginalności umieszczony w czarnym kartonowych pudełku.

Zanim rozpocznę część opisową tytułowej cyfrowej łączówki, zdradzę, iż jako punkt odniesienia do tego testu posłużyła mi wykorzystująca srebro jako przewodnik konstrukcja włoskiej marki Goldenote Firenze Silver. I wiecie, co? To była bardzo pouczająca konfrontacja, gdyż dosłownie od pierwszych chwil wiedziałem, co swoim sznytem grania oferuje tytułowy Balijczyk. Nie będę owijał w bawełnę, dlatego od razu przyznam, iż na tle Włocha południowo-azjatycki drut zagrał świetnym, bo nasyconym brzmieniem. Jednak nie w stylu uśredniającej przekaz nadwagi, jak to zwykle kończy się w przypadku szukania muzykalności przez wielu producentów. Po prostu przy fajnym oddechu muzyki producent zdroworozsądkowo dodał jej body w dole i środku pasma. Oczywistym jest, że w tym momencie nie mógł również zapomnieć o najwyższych rejestrach pozostawiając je samopas, przez co mogłyby żyć własnym, całkowicie oderwanym od rzeczywistości, bo nadpobudliwym życiem. Dlatego też po decyzji szukania nasyconego, a przez to unikającego bezkompromisowości w sferze przenikliwości grania skonfigurowanego z jego produktem systemu, nadal z bardzo dobrym wglądem w nagranie lekko je pokolorował. Ale zaznaczam, tylko tyle, aby szły w sukurs reszcie pasma, a przy tym nie zabiły witalności słuchanej muzyki. Nie wiem, jak to zrobił, ale w moim odczuciu świetnie to wyszło.

Jak obrazują fotografie, cały test odbył się przy użyciu wielofunkcyjnego – w zasadzie serwera NAS z możliwością streamowania posiadanych zasobów – urządzenia Melco N1Z/2EX-H60 (test wkrótce), na którym miałem dostęp do praktycznie nieograniczonego tematycznie materiału muzycznego. To zaś pozwoliło mi rozpocząć zabawę od tematu wręcz idealnie wpisującego się w zamierzenia konstruktora kabla USB, czyli nasączonej emocjami muzyki Claudio Monteverdiego w interpretacji Michela Godarda „A Trace Of Grace”. Owo starcie okazało się być spektaklem przez duże „S”, gdyż nie tylko damska wokaliza swoim rozmachem w pełni wykorzystywanego naturalnego instrumentu, ale również będący tematem drugiego kawałka, tym razem męski gardłowy popis, a także barwa i energia obsługiwanego przez pomysłodawcę kompilacji serpentu były numerem jeden tej płyty. Mianowicie za sprawą świetnego wyważenia pomiędzy gładkością wysokich tonów, a ich witalnością, wspomniane przed momentem soniczne składowe tego przedsięwzięcia nie miały najmniejszych problemów nie tylko ze swobodnym, ale także długotrwałym wybrzmiewaniem pod sklepieniem goszczącego muzyków kościoła. To nie zawsze jest takie oczywiste, bowiem jak zaznaczałem, czasem osadzenie dźwięku na dobrym poziomie nasycenia miewa swoje niechciane reperkusje w aspektach jego lotności, czego w tym przypadku w najmniejszym stopniu nie zauważyłem. W tym duchu przebiegł również sparing ze świetnym jazzem spod znaku koncertowej płyty „E.S.T. Live In Hamburg”. Cóż mogę o tej pozycji napisać? Niestety nic innego, jak to, że zaliczyłem świetne oddanie nie tylko fenomenalnego drive’u, ale również flow pomiędzy muzykami i dobrą animację atmosfery wydarzenia na żywo, co spowodowało odsłuch tego dwupłytowego albumu od początku do końca z kilkoma powtórzeniami najbardziej emocjonalnych solowych popisów poszczególnych muzyków. Po takim obrocie sprawy przyszedł czas na coś mocniejszego i w Melco na przemian wybierałem albumy zespołów rockowych typu Megadeth i nurtów elektronicznych jak The Acid. W efekcie sznytu grania naszego punktu zainteresowania słabo zrealizowany materiał rockowy zyskiwał na muzykalności bez nadmiernego obniżania jego wpisanej w kod DNA agresywności, a elektronika nadal oferując mocne uderzenie wydobywającą się z głośników energią stawała się jedynie mniej przenikliwa. I gdybym miał doszukać się czegoś nie do końca zgodnego z prawdą, jako powód do przedzakupowego sprawdzenia na własnym podwórku wytypowałbym jedynie owe ukulturalnienia wysokich rejestrów. Reszta była jak najbardziej przekonująca.

Jak wynika z powyższego testu, bez względu na fakt negowania przez wielu miłośników muzyki jakiegokolwiek wpływu kabla USB na finalny dźwięk zestawu audio, ja w znanym sobie systemie obalając ten pogląd, bez najmniejszych problemów zauważyłem jego zamierzone podkręcanie atmosfery emocjonalności słuchanej muzyki. Jednak studząc twarde głowy wiecznych malkontentów natychmiast przypominam, iż przywołane pozycje płytowe jednoznacznie wskazały na działania nad wyraz kulturalne. To zaś sprawia, że formując zalecenia dla konkretnej grupy docelowej nie widzę przeciwskazań praktycznie dla nikogo. Dlatego też puentując dzisiejsze spotkanie mogę powiedzieć tylko jedno, za te pieniądze trudno będzie Wam znaleźć coś na podobnym poziomie jakości oferowanego dźwięku z tak dobrą swobodą jego wybrzmiewania.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport CD: CEC TL 0 3.0
– transport plików: Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermöuth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermöuth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
– napęd: SME 30/2
– ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: 4HiFi
Cena: 1 950,57 PLN / 1m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Vitus RI-101mkII

Opinia 1

Wydawać by się mogło, że całkiem niedawno gościliśmy u siebie poniekąd otwierającą duńskie portfolio, nad wyraz udaną, integrę RI-100. Niestety szybki rzut oka na datę publikacji soundrebelsowych refleksji dość brutalnie sprowadził nas na ziemię weryfikując owe „niedawno” do ponad 6 ½ roku od ostatniego spotkania z protoplastą naszego dzisiejszego gościa. Nie oznacza to bynajmniej „przespania” powyższego okresu, czy też ponad sześcioletniego odwyku od urządzeń wychodzących spod rąk Hansa Ole Vitusa, gdyż ograniczając się li tylko do amplifikacji w tzw. międzyczasie mieliśmy niekłamaną przyjemność brać na redakcyjny tapet niepozorne SL – 102 & SM – 011, monstrualną końcówkę MP-S201, czy też nie mniej imponujący zestaw SL-103 & SS-103, co jest nad wyraz namacalnym dowodem, że rękę na pulsie trzymaliśmy a i reprezentujący ww. markę rodzimy dystrybutor – katowicki RCM, nie zapominał od czasu do czasu porzucić nam coś ciekawego do odsłuchu. Niemniej jednak z powodu zaskakująco szybkiego, choć w pełni zrozumiałego, o czym dosłownie za chwilę, zastąpienia RI-101 gruntownie przekonstruowaną wersją mk2 na model pośredni się nie załapaliśmy, za to w ramach niniejszej epistoły i nadrabiania zaległości, serdecznie zapraszamy na spotkanie z Vitusem RI-101 mkII.

Biorąc pod uwagę powszechną, stosowaną w obrębie poszczególnych marek, unifikację już dawno dałem sobie spokój z próbami usilnego wynajdywania mniej, bądź bardziej oczywistych różnic. Oczywiście jeśli coś rzuci mi się w oczy to dobrze, jeśli jednak nic za gałkę nie złapie to też nic się nie dzieje, gdyż w dobrym tonie jest dostarczenie pakietu informacji o ewentualnych modyfikacjach przez samego producenta, bądź dystrybutora. Ot lista kluczowych, bądź li tylko kosmetycznych zmian sprawiających, by posiadacze starszych wersji bez większych oporów byli w stanie dokonać aktualizacji audiofilskiego parku maszynowego a jednostki dopiero wkraczające do elitarnego klubu miały świadomość zakupu przysłowiowej „świeżynki”. Tymczasem ani przed, ani co zaskakujące również po dostarczeniu tytułowej integry żadna ze stron nie kwapiła się z „puszczeniem farby” odnośnie skali i obszaru modów będących przyczynkiem do wprowadzenia najnowszej inkarnacji. Od czego jednak rozbudowana siatka naszych informatorów, oraz wszędobylski Internet.
Zacznijmy jednak od tego, co widać gołym okiem, czyli pobieżnej charakterystyki aparycji naszego bohatera. Jak to zwykle w Vitusach bywa masywny aluminiowy front na dwa „skrzydła” dzieli pionowa tafla akrylu, pod którą ukryto niewielki bursztynowy wyświetlacz oraz czujnik IR. Po lewej stronie, w orientacji pionowej, ulokowano trzy przyciski odpowiedzialne za wybór źródła, nawigację po menu i usypianie/wybudzanie. Prawa flanka może pochwalić się bliźniaczym zestawem przycisków, którym tym razem przydzielono funkcję regulacji głośności i wyciszenia. Korpus wykonano z jednego, giętego i zachodzącego na podstawę, przy czym gęsto ponacinanego profilu. Warto mieć przy tym świadomość, iż jego „ażurowość” nie wynika li tylko z „wizji artystycznej” konstruktora, lecz przede wszystkim z konieczności zapewnienia wentylacji trzewiom integry zdolnej oddać imponujące 300W przy 8 i 600 W przy 4Ω. Ponadto biegnące wzdłuż boków, ukryte pod nią masywne radiatory nader skutecznie nagrzewają całość i lepiej zostawić wokół 101-ki nieco miejsca o stawianiu na niej czegokolwiek nawet nie myśląc.
Ściana tylna, to prawdziwa radość dla audiofilskich oczu i sama przyjemność natury ergonomicznej. Dedykowane lewemu i prawemu kanałowi interfejsy rozmieszczono bowiem symetrycznie względem stanowiących oś symetrii gniazd uziemienia i zasilającego. Do dyspozycji otrzymujemy trzy pary XLRów i dwie RCA, uzupełnione zbalansowanymi wyjściami na zewnętrzną końcówkę mocy. Terminale głośnikowe są pojedyncze, lecz solidne i na tyle rozsunięte, że bez najmniejszych obaw możemy podpiąć pod nie nawet najbardziej masywne widły. Wzorem poprzedników nie zabrakło również zaślepionych slotów na wyjścia/wejścia opcjonalnych kart rozszerzeń. Na wyposażeniu znajduje się również standardowy apple’owski pilot zdalnego sterowania.
A teraz garść różnic, o jakich udało nam się w trakcie małego śledztwa o tytułowej integrze dowiedzieć W porównaniu do swoich przodków najnowsza odsłona 101-ki nieco urosła i przytyła, choć nie mając obu egzemplarzy podstawowej wersji duńskiej amplifikacji ani na pierwszy, ani na kolejny rzut oka nie sposób tego zauważyć, gdyż zmiany są praktycznie kosmetyczne. 100-ka bowiem miała 182 mm wysokości, 430 mm głębokości i wagę 37 kg, z kolei 101 mk2 może pochwalić się 195mm wysokości, 470 mm głębokości i 40 kg. Co ciekawe kilkukrotnie spotkałem się z opiniami wtajemniczonych w temat, czyli z kręgów możliwie bliskich Hansowi Olemu, że zmiany poczynione w trzewiach są na tyle krytyczne, iż ich zasięg znacznie przekracza to, co różniło RI-101 od RI-100. Chodzi mianowicie o zaimplementowanie w trzewiach dzisiejszego gościa kilku rozwiązań z obszaru zasilania i sekcji przedwzmacniacza pochodzących z flagowej integry SIA-030, gdyż właśnie jej premiera i opracowane specjalnie dla niej rozwiązania skłoniły Vitusa do tak szybkiej roszady w podstawowym modelu. Ile w tym prawdy nie mi osądzać, tym bardziej, że z pierwszą wersją 101-ki, która ujrzała światło dzienne zaledwie wiosną 2018 r., nie mieliśmy okazji się zaznajomić, jednak w porównaniu do 100-ki brzmieniowo przeskok jest dramatyczny. A czego dotyczy? Cóż, tym zajmiemy się w poniższym akapicie.

Po standardowej, kilkudniowej rozgrzewce pozwalającej na „dojście” wzmacniacza do siebie po trudach podróży, stabilizacji tak termicznej, jak i elektrycznej, oraz mając na uwadze fakt, iż o odpowiedni przebieg zadbał już dystrybutor, jasnym stało się, że najnowsza odsłona 101-ki po swoich protoplastach odziedziczyła co najwyżej numerację i aparycję, gdyż brzmieniowo odsadza je o lata i to świetlne. 100-ka była na swój unikalny sposób „wredna jak diabli”, jednak wrednością ze wszech miar pożądaną, gdyż stanowiła nader namacalny przykład „drutu ze wzmocnieniem”. Nic sobie nie zachowując, nic również od siebie nie dodawała, za to bezpardonowo punktowała wszystkie błędy jakie popełniliśmy przy konfiguracji naszego systemu, oraz te popełnione przez konstruktorów poszczególnych jego składowych. Ot takie pozornie sprzeczne dwa w jednym, czyli ucieleśnienie logiki parakonsystentnej – ideał, jak i przekleństwo jednocześnie. Nie ma się co oszukiwać – po prostu większość słuchaczy nie była, nie jest i pewnie jeszcze długo nie będzie przygotowana, bądź wręcz nie chce, poznać prawdy o własnym „ołtarzyku”. Oczywistą alternatywę stanowiła A-klasowa SIA-025, jednakże ze względu na swoją adekwatną do reprezentowanej klasy i wyrafinowania, cenę rozpatrywać ją można było co najwyżej w kategoriach czysto życzeniowych. Tymczasem śmiem twierdzić, iż 101-ce w odsłonie mk2 zdecydowanie bliżej właśnie do owej 25-ki, aniżeli samej 100-ki. Niby dalej mamy do czynienia z niezwykłą transparentnością i niesamowitą precyzją, jednak laboratoryjna analityczność ewoluowała w stronę iście organicznej rozdzielczości i wyrafinowania. „Body”, tkanka wypełniająca kontury stała się bezsprzecznie bardziej soczysta, krwista, tętniąca życiem i po prostu namacalna. Nawet tak pozornie banalne albumy, jak daleko nie szukając „Louder Than Words” Lionela Richie czarowały gęstym i aksamitnym brzmieniem niepozbawionym fenomenalnej trójwymiarowości i namacalności. Zaskakujące było to, jak precyzyjna a zarazem naturalna może być gradacja planów, jak realistycznie materializować może się wokalista i jak homogenicznie, spójnie wypada nomen omen stricte komercyjna produkcja. W dodatku nawet syntetyczny i zazwyczaj dwuwymiarowy bas pokazał swe nieznane do tej pory oblicze czarując z jednej strony mięsistością a jednocześnie nie stroniąc od ukazywania swej różnorodności i złożonej struktury. Zamiast monotonnego „łupania” zaprezentował bowiem pełne spectrum niuansów, bogactwo wybrzmień i oczywistych zmian tak tempa, jak i struktury, konstrukcji poszczególnych elementów kompozycji.
Kolejną z pozycji, którą z pewnymi obawami przepuściłbym przez „starą” setkę a na jej najnowszej odsłonie nie tylko mnie po prostu zachwyciła, niejako przy okazji wgniatając w fotel to prog-doom-black-deathowy, stanowiący iście wybuchową i ciężkostrawną, dla niewtajemniczonych, mieszankę album „The Banished Heart” pochodzącej z Houston formacji Oceans of Slumber. Ciężkie jak żarty posła Suskiego i powolne jak tok rozumowania Sasina gitarowe riffy wsparte perkusyjnymi blastami fenomenalnie kontrastują z iście zwierzęcym growlem intensyfikującym melodykę partii wokalnych Cammie Gilbert. O dziwo to nad wyraz poprawnie zrealizowany krążek, który dzięki duńskiej amplifikacji zyskał nie tylko na energii, co przede wszystkim na komunikatywności i mówiąc wprost atrakcyjności. Oczywiście słuchacze preferujący zdecydowanie mniej agresywne i skomplikowane formy artystycznego wyrazu mogą kręcić nosem na zbyt kakofoniczną partyturę i niezbyt licujące z High-Endem klimaty, jednakże wychodzę z założenia, że od pewnego pułapu sprzęt audio powinien każdy rodzaj muzyki grać co najmniej dobrze, by traktować go na serio nie czuję wewnętrznej potrzeby na stosowanie taryfy ulgowej. Dlatego też katuję go takimi a nie innymi krążkami a wszystkim malkontentom polecam odsłuch np. coveru „Cashmir” ww. kapeli, który powinien ich jeśli nie zainteresować, to przynajmniej udobruchać. W końcu to klasyka rocka, a że zagrana nieco ciężej niż zazwyczaj, to już zupełnie inna bajka.
Myliłby się jednak ten, kto uznałby najnowszą integrę Vitusa za podkręcającą tempo i stosująca swoiste turbodoładowanie zawsze i wszędzie, gdyż wystarczy sięgnąć po nad wyraz minimalistyczny, czy wręcz oparty na grze ciszą „White Night” Stephana Micusa zrealizowany w jego prywatnym MSM Studio. Ten, 23 z kolei, nagrany dla ECM-u krążek przywołałem z premedytacją, gdyż wykorzystane podczas jego powstawania instrumentarium daje niezwykłą okazję do smakowania wyrafinowanych i nieoczywistych barw, brzmień i smaków z najodleglejszych zakątków świata. Mamy 14-strunową gitarę, kalimbę z Botswany, duduk z Armenii a na „Fireflies” 22 ścieżki hinduskich gwizdków i to w dość zaskakujących kombinacjach. Całość jednak okazuje się nad wyraz spójna, idealnie wkomponowując się w ramy multikulturowego koncept-albumu. Vitus ze swojej strony dołożył tylko wewnętrzny spokój, atłasowo czarne tło i analogową barwę instrumentów. Mało? Może tak to z boku wyglądać, jednak podczas odsłuchu efekt był nie tylko wysoce satysfakcjonujący, co kompletny i skończony.

RI-101 mkII to moim zdaniem konstrukcja przełomowa. Konstrukcja, która podnosi już wcześniej i tak zaskakująco wysoko zawieszoną poprzeczkę walorów sonicznych otwierającej portfolio Vitus Audio serii Reference. Łączy w sobie motorykę i moc „starej” 100-ki z wyrafinowaniem oraz bogactwem barw SIA-025, stanowiąc jednocześnie przedsmak tego, co Hans Ole oferuje pod postacią nieosiągalnej dla większości śmiertelników SIA-030.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jedno jest pewne. Będący zarzewiem dzisiejszego spotkania duński producent Vitus Audio w naszym kraju jest typowym przedstawicielem tak zwanego pierwszego wyboru. To zaś oznacza, że zwyczajowo w nawet najbardziej niezobowiązujących kuluarowych rozmowach zostaje wymieniony w pierwszej kolejności do potencjalnego, przedzakupowego odsłuchu. Oczywistym jest, iż na taką reputację trzeba sobie zapracować, co biorąc pod uwagę mnogość wiadomych konstrukcji stacjonujących u moich znajomych mniemam, udało się znakomicie. Niestety czas mija i chcąc dotrzymać kroku cały czas rozwijającej swoje konstrukcje konkurencji nie można osiąść na laurach odcinając przysłowiowe kupony, tylko konsekwentnie wdrażać nowe, rzecz jasna podnoszące walory brzmieniowe dotychczas oferowanych konstrukcji, pomysły. Taki też cel przyświecał Ole Vitusowi, gdy stosunkowo niedawno wypuszczał na rynek najnowsze dziecko z samego dołu cennika. Nie miał zamiaru zostać na tak zwanym lodzie i po umiejętnych modernizacjach układów elektrycznych powołał do życia nową wersję rozpoczynającego ofertę firmy wzmacniacza zintegrowanego Vitus RI-101 Mk II, którego wizytę w naszej redakcji zawdzięczamy katowickiemu dystrybutorowi RCM.

Wygląd rzeczonego modelu Vitusa w stosunku do poprzednika nie przeszedł żadnych znaczących korekt. To w moim odczuciu bardzo dobry ruch, gdyż ryzykownym jest zmieniać coś, co przez lata sukcesów zdążyło zakorzenić się w umysłach klientów. Dlatego też w skrócie wspomnę, iż zderzając się z tytułowym RI-100 MkII mamy do czynienia ze stosunkowo dużą, do tego – uwaga! – bardzo ciężką jak na wzmacniacz zintegrowany, ubraną w aluminium maszyną. Jej front wykonano z dwóch grubych płatów wspomnianego glinu nachodzących na zorientowaną w ich centrum, pionową wstawkę z czernionego akrylu. W celach realizacji obsługi manualnej urządzenia – w komplecie startowym dostajemy oczywiście adaptowanego od Aple’a pilota, w dolnych parcelach każdej z bocznych nakładek zaimplementowano po trzy pozwalające poruszać się po rozbudowanym MENU guziki funkcyjne, a w znajdującym się pomiędzy nimi akrylu informujący nas o zadanej czynności, mieniący się poświatą jasnego bursztynu wyświetlacz. Z uwagi na solidne nagrzewanie się wewnętrznych układów elektrycznych boki i górna tafla obudowy spełniając zadanie wentylacji grawitacyjnej zostały uzbrojone w kilka bloków poprzecznych otworów. I gdy wydawałoby się, że najlepsze mamy już za sobą, dochodzimy do zjawiskowo na tle konkurencji, wyposażonego tylnego panelu przyłączeniowego. Jego zjawiskowość polega na szczelnym zapełnieniu całej połaci awersu, na którym znajdziemy pięć wejść liniowych – 3 XLR i 2 RCA, jedną przelotkę XLR jako PRE OUT, pojedyncze terminale kolumnowe, gniazdo zasilania IEC i w wersji testowej dwa zaślepione sloty na opcjonalne wyposażenie integry w wewnętrzny przetwornik cyfrowo/analogowy.

Przyznam szczere, że aplikując w swój tor opiniowany wzmacniacz nie wiedziałem, czego tak naprawdę się spodziewać. Powodem było bardzo równe, w znaczeniu bez żadnych wyskakujących z kapelusza artefaktów, granie pierwszej wersji RI-100. Mocne w dole, nasycone i energiczne na środku i może bez nadmiernych ekscytacji, ale co najmniej dobrze zaprezentowane w kwestii wysokich tonów. To była jego główna zaleta i bałem się, że siłowe upiększanie świata muzyki, aby tylko wprowadzić nowy model do cennika, może odbić się producentowi pewnego rodzaju czkawką. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Natomiast wydarzyło się coś innego i do tego bardzo pozytywnego w skutkach. Powiem więcej, przywołując z pamięci testowe starcie z protoplastą dzisiejszego bohatera wręcz naturalnego od strony szukania jakiegokolwiek rozwoju danej konstrukcji. Otóż Ole Vitus przeprojektowując układy wejściowe tchnął w nową „setkę” szczyptę oddechu, przez co zyskał praktycznie każdy aspekt brzmienia piecyka. Niby wzrosła tylko witalność dźwięku – nie mylić z rozjaśnieniem, a skorzystał na tym każdy wycinek pasma. Począwszy od dolnego zakresu, który teraz stał się bardziej zebrany w sobie, przez obecnie bardziej transparentnie wybrzmiewającą średnicę, po pełne powietrza wysokie tony, przekaz w pozytywnym tego słowa znaczeniu zaczął tryskać feerią dawniej nieco przykrytych, obecnie w końcowej fazie fenomenalnie słyszanych cichych wybrzmień. Niby wydarzyło się niewiele, ale od pierwszych dźwięków słychać było, jak mocno wpłynęło to na całościowe postrzeganie prezentacji świata harmonijnie ułożonych na pięciolinii dźwięków. To o tyle ważne, że zyskał na tym praktycznie każdy rodzaj muzyki. Nie było znaczenia, czy słuchałem pieśni do Sybilli w opracowaniu Jordi Savalla, gdzie w tym podejściu echo nie zakłócając głównej prezentacji partii wokalnych, fenomenalnie wzmacniało ich długotrwałe rozwibrowanie pod sklepieniem z rozmachem budowanego przybytku sakralnego, czy będących moim głównym konikiem muzycznym jazzowych trio z Garym Peacock-iem, Paulem Bley’em i im podobnym, w wirtuozerii których teraz z łatwością przysłowiowymi oczami wzmacnianej świetną prezentacją, wyobraźni dopatrywałem, a raczej dosłuchiwałem się najdrobniejszych, często wręcz niechcianych, bo przypadkowych, dotknięć obsługiwanych przez artystów instrumentów. Jednak zaznaczam, iż wspomniane artefakty nie stały się nagle myślą przewodnią dobiegających do mnie wydarzeń, tylko wybrzmiewającym w odpowiednim momencie, pełnoprawnym zapisem słuchanych produkcji muzycznych. W podobnym tonie, czyli w świetle dobrego, a przez to znacznie przyjemniej przyswajalnego wglądu w nagrania wypadała również nie tylko znacznie cięższa – czytaj rockowa i jej podobna, ale również elektroniczna muzyka. To za każdym razem było pozbawione natarczywości, ale pełne oddechu otwarcie się muzyki na słuchacza. Oczywiście agresja jako taka była, choćby z racji nieodzowności jej bytu w tego rodzaju twórczości, ale ta zaplanowana przez muzyków, a nie spowodowana natarczywością zbyt ofensywnego odtworzenia słuchanego materiału, co najczęściej jest pakietem zwykłych zniekształceń, a nie zapisanych na płycie informacji. To zaś oznacza, iż w wartościach bezwzględnych było odczuwalnie mocniej w niskich rejestrach, czytelniej w środku i lotniej na górze, ale tylko dlatego, że konstruktor zdjął z przekazu przysłowiową woalkę, co wprost proporcjonalnie przełożyło się na ową pozytywnie odbieraną drapieżność dźwięku. Naprawdę byłem tym pozytywnie zaskoczony. Tym bardziej, że takie zabiegi znacznie poprawiły jakość budowania wirtualnej sceny w wektorze głębokości i dokładniej rysowały krawędzie źródeł pozornych. Dzięki temu nawet po macoszemu potraktowane realizacje rockowe potrafiły zbudować świetny w odbiorze spektakl muzyczny, na co często liczy wielu z miłośników podobnych produkcji, a co o dziwo oferuje już Vitus RI-101 Mk II.

Jak wynika z powyższego tekstu, sparing z najnowszym wcieleniem startowej integry spod znaku Vitus Audio okazał się być bardzo owocny w pozytywne zaskoczenia. Rozpoczynając odsłuch byłem pełen obaw, czy dźwięk nie zostanie szkodliwie „podkręcony”, co w efekcie skierowałoby go w szpony nadpobudliwości w którymś z podzakresów. Tymczasem okazało się, że owszem, konstruktor poprawił osiągi soniczne tytułowej „sto jedynki”, tylko w sposób jedynie otwierający przekaz w domenie bezpośredniości i swobody, a nie usilnego przypodobania się słuchaczowi dodatkową szczyptą nasycenia tudzież i tak solidnie zaprezentowanej w pierwszym wcieleniu, energii. Dlatego też typując potencjalną grupę docelową z czystym sumieniem polecam RI-101 Mk II praktycznie każdemu, kto hołubiąc nasyconemu przekazowi, szuka w nim również przyjemnego w odbiorze oddechu. Nie spodziewałem się, że już na tym poziomie cenowym można taki konsensus osiągnąć, ale jak udowadnia powyższa przygoda, jak najbardziej jest to możliwe. Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż Mk II-ka za sprawą dobrego zebrania się w sobie dźwięku z powodzeniem sprawdzi się również w zestawach nieco otyłych. Zaś jedyną grupą, która może nie skreślać, ale powinna przynajmniej zastanowić się nad próbami z Duńczykiem w tle, to wielbiciele latających w eterze żyletek. Niestety jego równowaga tonalna z naciskiem na barwę i nasycenie nie pozwoli zrobić z niego anorektyka.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Cena: 13 000 €

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2×300 W rms @ 8Ω, 2×600 W rms @ 4Ω
Wejścia: 3 pary XLR, 2 pary RCA
Pasmo przenoszenia: DC – 500KHz
Odstęp sygnał/szum: >100dB
Impedancja wejściowa: 22kΩ
Czułość wejściowa: 0,7V RMS RCA) / 1,4V RMS (XLR)
Wyjścia: pojedyncze głośnikowe, pre-out
Wymiary (W x S x G): 195 x 435 x 470 mm
Waga: 40 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

O tym, że przyszło nam żyć w nad wyraz „ciekawych” czasach nikogo uświadamiać raczej nie trzeba. Pomijając fakt, czy to przez z zupę z nie do końca dogotowanych nietoperzy, przeterminowane środki czystości, czy światowy spisek tajemniczej grupy trzymającej władzę, większość z nas zmuszona została dość drastycznie zmienić własne przyzwyczajenia i podejście do wydawałoby się tak przydatnych na co dzień nawyków, jak planowanie tak dalekiej, jak i najbliższej przyszłości. No bo jak tu sobie zapełniać grafik wyjazdami i eventami, skoro z dnia na dzień wprowadza się lockdowny, zawiesza połączenia lotnicze i odwołuje największe targi i wystawy. Całe szczęście zgodnie z regułą mówiącą, że historia lubi się powtarzać, większość populacji homo sapiens dość szybko opanowała zasady tej gry, ze zdziwieniem konstatując, iż wcale nie musi na nowo wynajdywać koła, bo ktoś, kiedyś już to za nas zrobił. Kto i kiedy? Niejaki Horacy, tak mniej więcej w okolicach … 23 r p.n.e. dzieląc się z ludzkością maksymą „Carpe diem” w nieco dłuższej wersji brzmiącą „carpe diem quam minimum credula postero”, czyli dosłownie „chwytaj dzień (korzystaj z chwili), jak najmniej ufając przyszłości”. Pasuje, prawda? Dlatego też i my nieco zmodyfikowaliśmy metodologię działania z „gospodarki planowej” przechodząc do nieraz nader spontanicznych akcji. Tak też postąpiliśmy w przypadku niniejszej relacji z całkiem niedawno, gdyż 4 maja, otworzonego stołecznego salonu Na Temat Audio. Co prawda nasza wizyta została ustalona z kierownictwem najwyższego szczebla Electronic International Commerce (EIC) – właściciela ww. przybytku audiofilskich rozkoszy, jednakże kwestie natury techniczno – organizacyjnej udało nam się doprecyzować praktycznie podczas jednego roboczego spotkania i dosłownie kilku rozmów telefonicznych, a od pojawienia się pomysłu do jego realizacji nie upłynął nawet tydzień.

Już nawet nie tyle od progu, co przez przeszkloną witrynę, zlokalizowanego pod adresem Woronicza 31, 180 metrowego salonu widać, że Na Temat Audio jest nader namacalnym przykładem dbałości o dosłownie każdy detal zgodnie z zasadą mówiącą, iż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. A akurat w tym przypadku wrażenie jest nad wyraz pozytywne. Akcent położono na oddech, przestrzeń i nieco industrialny miks minimalizmu z elegancją a dostępny w portfolio ww. dystrybutora asortyment (z interesującego nas segmentu wspomnę jedynie o takich markach jak Audio Physic, BAT, Esoteric, Fyne Audio, Opera, Kimber Kable, MoFi, PMC, Synthesis, Tannoy, Trigon, czy Unison Research) rozmieszczono na tyle logicznie, znaczy się z głową i smakiem, że pomimo nad wyraz imponującej kumulacji wszelakiej maści kolumn, wzmacniaczy, przetworników, itp., nie sposób zarzucić projektowi przypadkowości.
Oprócz części stricte ekspozycyjnej gospodarzom udało się wygospodarować również strefę obsługi klienta i „miejsce spotkań”, czyli semi-konferencyjny kącik, gdzie można w komfortowych warunkach usiąść z planami architektonicznymi, katalogami, czy jak to coraz częściej bywa laptopem/tabletem i na spokojnie wszystko zaplanować.
To wszystko można byłoby jednak o kant kuli potłuc, gdyby nie obowiązkowy, przynajmniej z naszego punktu widzenia, element salonu audio z prawdziwego zdarzenia, czyli dedykowany pokój/sala odsłuchowa. Warto bowiem postawić sprawę jasno. Czasy gdy do ściągnięcia klientów i utrzymania na rynku wystarczyły dowolne lokum i pełne półki minęły, i mamy cichą nadzieję, że już nie wrócą. Jeśli bowiem chce się stworzyć grupę lojalnych, czyli wracających klientów, to na miły Bóg wypadałoby traktować ich tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani, czyli na serio i z szacunkiem. Salon audio, jak sama nazwa wskazuje, nie jest, a przynajmniej być nie powinien, centrum spedycyjnym, bądź hurtownią, gdzie liczy się byle więcej, byle szybciej i byle taniej, bo od tego jest internet, lecz miejscem, gdzie potencjalny nabywca może nausznie, w możliwie komfortowych warunkach, przekonać się o słuszności, bądź jej braku, konkretnych konfiguracji.

Dlatego też, po kurtuazyjnej wymianie uprzejmości ze stacjonującą na Woronicza ekipą i krótkiej sesji zdjęciowej części ekspozycyjnej czym prędzej skierowaliśmy się z Jackiem właśnie do samego serca Na Temat Audio, czyli poddanej wstępnej adaptacji akustycznej 38 metrowej sali odsłuchowej, w której czekał na nas zapobiegliwie przygotowany i od kilku godzin pracujący system w skład którego weszły:
– odtwarzacz Unison Research Unico Due CD
– przedwzmacniacz BAT VK-23SE
– końcówka mocy BAT VK-56SE
– kolumny Fyne Audio F1.10
– interkonekty Kimber Kable Selekt XLR KS1116
– przewody głośnikowe Kimber Kable Carbon 18XL
– przewód zasilający Kimber Kable PK10 Palladian (końcówka)
– przewód zasilający 2x Kimber Kable PK14 Palladian (źródła)

Zapowiada się ciekawie? Zdecydowanie i proszę mi wierzyć, że tak właśnie było, gdyż w minioną środę wreszcie mogliśmy w zdecydowanie bardziej komfortowych, aniżeli wystawowych, warunkach bez jakiegokolwiek pośpiechu i kręcących się nad głową zwiedzających, za to z filiżanką aromatycznej kawy w ręku, posłuchać nad wyraz intrygujących F1.10 i to na własnym, a nie przypadkowym repertuarze. W ramach rozgrzewki i pozwalającego pokrótce zapoznać się z akustyką goszczącego nas pomieszczenia włączyliśmy „Soulmotion” duetu Nataša Mirković – De Ro, Nenad Vasilic. Ot, akustyczny minimalizm, czyli wokal + kontrabas w którym Fyne Audio odnalazły się wprost wybornie nader wiernie oddając zarówno ekspresję wokalistki, jak i realny gabaryt kontrabasu, umiejętnie balansując pomiędzy dynamiką szarpanych strun a pracą pudła rezonansowego. Niejako przy okazji wyszło na jaw, iż angielskie kolumny są niezwykle kierunkowe, przez co zajęcia miejsca w zaskakująco wąskim sweet spocie jest krytyczne dla poznania pełni ich możliwości. Za to dzięki swej „rurowej” posturze są w stanie w tzw. okamgnieniu, wzorem najlepszych monitorów, całkowicie zniknąć na generowanej przez siebie scenie dźwiękowej.
Delikatne rozbudowanie aparatu wykonawczego i dodanie nieco syntetycznych wtrąceń, czyli zmiana materiału źródłowego na „Immersion” Youn Sun Nah pokazało, że i z okołojazzową elektroniką przepięknie wykonanym podłogówką jest jak najbardziej po drodze. Namacalność wokalu była wręcz porażająca a drobna Koreanka po prostu zmaterializowała się na Woronicza, dając prawdziwy popis swoich umiejętności na bądź co bądź dość komercyjnym na tle jej dotychczasowego dorobku materiale.
No dobrze, kurtuazja kurtuazją, ale nie samym plumkaniem człowiek żyje, więc chcąc nieco ożywić atmosferę sięgnęliśmy po „Under The Fragmented Sky” Lunatic Soul. Prog rockowe brzmienia, kolejny poziom zagmatwania i … nadal trudno było się do czegoś przyczepić.

I w tym momencie można byłoby zakończyć niniejszą relację, gdyby na stół nie wjechało (i to dosłownie) drugie danie. Jakie? Nad wyraz imponujące, bowiem 75 W, lampową końcówkę BAT-a zastąpił 300W, tranzystorowy model VK-655SE a Fyne Audio ustąpiły miejsca potężnym Tannoy Kingdom Royal Carbon. Efekt? Najdelikatniej rzecz ujmując piorunujący, bowiem zadziałało jedno z głównych praw fizyki, czyli „duży może więcej”. Po prostu pewnych, wynikających ze średnicy przetworników i objętości obudowy właściwości oszukać, czy też nagiąć się nie da i to ewidentnie po zmianie ww. elementów salonowego systemu było słychać. Dźwięk zyskał na swobodzie, wolumenie i dynamice, dzięki czemu bez najmniejszych obaw można było grać, i to głośno, nie tylko wymieniony przed chwilą solowy projekt Mariusza Dudy, lecz również prog-metalowy epicki „Distance Over Time” Dream Theater. Przyrost masy i skali dźwięku nie spowodował jednak sztucznego napompowania źródeł pozornych, więc i wcześniejszy – tak kameralny, jak i jazzowy repertuar nie tylko nie musiał godzić się na kompromisy, co wręcz pokazał swoje nieco inne, lecz równie atrakcyjne oblicze. Może nie było już tej monitorowej holografii, lecz wspomniana swoboda i niczym nieskrępowana dynamika tak w skali mikro, jak i makro idąca w parze z natywną dla Tannoyów „papierową” manierą prezentacji nader skutecznie zniechęcała nas do dalszej żonglerki płytami, o zakończeniu odsłuchu nawet nie wspominając. To był dźwięk szalenie homogeniczny, kompletny i na swój sposób skończony. Czy dla wszystkich, to już zupełnie inna bajka i to abstrahując od wstępnej selekcji poprzez cenę a jedynie o właściwą każdej z marek firmowej sygnaturę. Nie sposób jednak było nie zauważyć, iż właśnie taki, nawet nieco anachroniczny dla miłośników iście „kosmicznych” technologii zamkniętych w designerskich wiotkich „słupkach”, punkt widzenia ma swój niezaprzeczalny urok.

Mam cichą nadzieję, iż powyższa, w oczywisty sposób ograniczona ze względów czasowych i organizacyjnych (w końcu to nasza pierwsza wizyta, więc tak naprawdę mowa li tylko o wstępnym rekonesansie) relacja z jednej strony stanie się dla Państwa impulsem do odwiedzin tytułowego salonu a z drugiej jest niezbitym dowodem na to, że Na Temat Audio przebojem wdarło się do czołówki architektonicznych wizytówek „audiofilskiej Ligi Mistrzów” największych graczy na naszym rynku. Nie ma bowiem co się oszukiwać i zaklinać rzeczywistości, tylko trzeba uczciwie trzeba przyznać, że z takim „parkiem maszynowym” i taką salą odsłuchową (a przecież do jej finalnego stadium jeszcze trochę brakuje) Na Temat Audio śmiało może walczyć o najbardziej wymagającą klientelę z katowicką kwaterą główną RCM-u, sąsiadującymi z nią apartamentami SoundClubu, wrocławską willą Art and Voice / Sztuka i głos, czy krakowską siedzibą Nautilusa włącznie. Nie muszę chyba dodawać, że im większa i bardziej mordercza konkurencja, tym lepiej dla szukających upragnionej audiofilskiej nirwany klientów.

Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę właścicielowi oraz ekipie Na Temat Audio nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć im niekończącego się pasma sukcesów i powodzenia w dalszym rozwoju tak oferty, jak i samego salonu.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Może zabrzmi to trochę dziwnie, ale dzisiejszą, owocną w dwa świetne starcia soniczne, relację rozpocznę od świetnej dla nas – czytaj melomanów i audiofilów, informacji. Otóż na przekór zazwyczaj sprawdzającym się w codziennym życiu, raczej niekwestionowanym prawdom, mimo ciężkiego okresu dla praktycznie każdej branży, choć raz przysłowiowy wiatr nie wieje nam w oczy. Oczywiście mam na myśli nasze, na tle całej populacji homo sapiens, bardzo elitarne hobby, które za sprawą co chwila pojawiających się na mapie Polski nowych salonów audio, znacznie ułatwia dostęp do interesującego nas sprzętu. Tak tak, może ręki pod topór nie położę, ale jestem w stanie podnieść tezę, iż obecnie przeżywamy pewnego rodzaju boom – nie mylić z „baby boom”, który okazał się być spektakularną porażką – na takie przybytki. Jak to zwykle bywa, rozmach poszczególnych przedsięwzięć naturalną koleją rzeczy jest różny, jednak bez względu na jego rozmiar, w momencie otrzymania zaproszenia do odwiedzenia tego typu oazy audio, z niekłamaną przyjemnością ustalamy z zainteresowanym podmiotem termin, aby się w niej pojawić. Taki też zaczyn miała dzisiaj opisywana soundrebelsowa eskapada. Zaproszenie na kawkę, krótka, bo jedynie kilkugodzinna, ku mojemu zaskoczeniu swobodna rozmowa i temat wchodzi na tapet. Co zatem jest clou dzisiejszej relacji? Spokojnie mogę stwierdzić, że jeden z głównych graczy na rynku – EIC ze swoim najnowszym projektem dla miłośników dobrej jakości dźwięku zatytułowanym „Na Temat Audio” z siedzibą przy ulicy Woronicza 31 w Warszawie.

Nie ma co się oszukiwać, bowiem załączone fotografie jasno dają do zrozumienia, iż ten projekt nawet prze moment nie szedł na skróty. Począwszy od aranżacji sali odsłuchowej przez okalające ją połacie wystawowe, idealnie wpisujące się w obecne trendy wykończenia wnętrz umeblowanie, po sięgający szczytów ofert wielu producentów asortyment, mamy do czynienia z bezkompromisowym podejściem do tematu swoistego potomka, z przekąsem można by rzec, popularnego w czasach komuny „ZURTU”. Od pierwszego spojrzenia widać przemyślane rozstawienie oferty, a nie zwyczajowe wystawienie na światło dzienne posiadanych stanów magazynowych. To zaś sprawia, że mimo bardzo rozbudowanego portfolio opisywanego sklepu nie mamy poczucia przytłoczenia ilością propozycji, tylko umiejętne nie tylko zaspokajanie, ale również kreowanie naszego pożądania.
Przykład? Pierwszy z brzegu zestaw gdzieś na ścianie, maleńkich kolumienek Fine Audio ze wzmacniaczem Unison Research. Niby wbrew zaleceniom animatorów sprzedaży z sieci spożywczych dyskontów, wrzucone poza zasięgiem skierowanego na wprost wzroku, ale świetnie korelująca rozmiarowa aparycja i pewnego rodzaju wspólny mianownik w postaci zjawiskowych faktur zastosowanego do wykonania poszczególnych komponentów drewna, nie pozwalają przejść obok bez choćby zdawkowego napawania się ich nietuzinkowością. Inny? Proszę bardzo. Z pozoru niepozorny, ale za sprawą ognistej czerwieni , natychmiast łapiący za oko zestaw CD plus wzmacniacz zintegrowany serii ROMA włoskiego Syntchesisa powieszony na innej ścianie. Efekt wręcz bliźniaczy. Jednak zapewniam, że nie o samą kolorystykę chodzi. Myślą przewodnią tego salonu jest gra bryłami, kolorami i co bardzo istotne nie tylko z punktu widzenia samych pracowników podczas aplikacji na życzenie klienta danego urządzenia w tor, ale również dla potencjalnego zainteresowanego, umiejętne, czyli umożliwiające łatwy dostęp i przy okazji wydobycie najlepszych cech wizualnych każdego z produktów, rozplanowanie ich ekspozycji. Zazwyczaj mamy ściany bliżej niekreślonych składowisk elektroniki na przemian z kolumnami, co z jednej strony tworzy totalny chaos, a z drugiej czasem zniechęca człowieka do jakichkolwiek prób znalezienia interesującej go oferty. Na szczęście w tym przypadku wszystko zostało na tyle dobrze przemyślane, że nawet zwykłe oczekiwanie na przygotowanie kolejnej konfiguracji do odsłuchu okazało się przyjemnym spacerkiem po zaskakująco dużym – mówię to w oparciu o znane dobrze znane mi salony innych pierwszoligowych dystrybutorów – obiekcie z kawką w ręku bez jakichkolwiek obaw o spowodowanie potencjalnych szkód. Pozornie jest luźno, ale o dziwo od strony oferty bogato, a przy tym całość jest świetnie wyeksponowana.

Idąc za seriami fotografii, oprócz samej prezentacji oferty salonu gołym okiem widać, iż mieliśmy okazję zmierzyć się z dwoma ciekawymi konfiguracjami sprzętowymi. To oczywiście z racji nieznajomości zastanego terenu nie nosiło znamion krytycznego testu, ale wbrew pozorom pozwoliło nam wyrobić sobie wstępny pogląd na temat będących głównymi bohaterami, zespołów głośnikowych. Co ciekawe, obie konstrukcje poniekąd wyszły spod ręki tego samego zespołu konstruktorskiego, gdyż od niedawna goszczące w dystrybucji EIC kolumny Fyne Audio swój byt zawdzięczają inżynierom niegdyś pracującym w będącej ich konkurencją stajni Tannoy. Naturalnie w ocenie zastanych zjawisk dźwiękowych należy wziąć pod uwagę całkowicie inną ligę sparingpartnerek – odmienne gabaryty i znacząca, a przez to przekładająca się na zaawansowanie techniczne, różnica w cenie, ale bez najmniejszych obaw o drukowanie meczu powiem, iż każda z konstrukcji miała oczywiście coś ciekawego do zaprezentowania.

Na pierwszy ogień poszły bardzo interesujące nas w kwestii potencjalnego testu podłogówki Fyne Audio. Z uwagi na drobiazgowość Marcina nie będę uprawiał kolejnej wnikliwej wyliczanki sprzętowej, tylko zaznaczę, że jako źródło posłużył CD Unison Research, zaś rolę przedwzmacniacza i końcówki mocy pełnili przedstawiciele amerykańskiego BAT-a z popularnymi „diabełkami” w tle. Efekt? Znakomity. Szybkość, atak, mikrodynamika i świetna prezentacja wirtualnej sceny. A to wszystko przyprawione lekkim posmakiem użytego do wykonania membran głośników papieru. Jednak myliłby się ten, kto sądzi, że na dłuższą metę było to męczące doznanie, gdyż wspomniane aspekty brzmienia były zjawiskowe w odniesieniu do podobnie skonstruowanej konkurencji z moimi dawnymi kolumnami ISIS włącznie, a nie do orędowników przekazu magafonowego. To była feeria poszukiwanych przez melomanów smaczków, jednak na tyle strawnie podana, że proces wyłuskiwania owych artefaktów lub pochłaniania muzyki w całości bez rozdrabniania jej na poszczególne molekuły, niesiony potrzebami danej chwili ustalał sam słuchacz. Osobiście napawałem się całością przekazu z chwilowymi odskokami w stronę sprawdzania artykulacji najcichszych informacji. To jest mój przez lata wyrobiony sposób obcowania z muzyką, na co również w tym przypadku bez najmniejszych problemów mogłem sobie pozwolić. Dla mnie był to bardzo ciekawy, a przez to dobrze rokujący na przyszłość występ.

Kolejna konfiguracja opierała się o monstrualne Tannoy’e zasilane tym razem tranzystorową końcówką BAT-a. Po dobrej prezentacji mniejszych gabarytowo Fyne Audio trochę tego starcia się obawiałem. Jednak był to strach pozbawiony podstaw, gdyż jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta sama muzyka dostała zastrzyku większej swobody. Przekaz również determinował papier membran przetworników, ale przy tym był lepiej osadzony w masie, a przez to również nasyceniu, ale bez oznak nadwagi, co przełożyło się na większy realizm i bezpośredniość dobiegającej do nas muzyki. Ktoś powie, że duży zawsze może więcej. I zapewniam, iż będzie miał rację, tylko nie zawsze to więcej przekłada się na lepiej. Tymczasem w tym przypadku spokojnie można mówić o lepszym jakościowo występie jako całość. Owszem, nieco wolniejszym i z mniej akcentującym atak od poprzedniego zestawu, ale za to ze świetnym zacięciem do podania nam bliższego prawdzie świata. Jednak uprzedzam, znacznie mniejsze Fyne Audio w swojej wadze były znakomite. Będąc dwu lub trzykrotnie mniejszymi konstrukcjami w kwestii energii i rozmachu prezentacji nie mogły dotrzymać kroku Tannoy’om, ale za to pokazały kilka znakomitych aspektów, w których olbrzymy były tylko dobre. Niestety zawsze mamy coś za coś, dlatego ostateczny wybór zależy od oczekiwań potencjalnego nabywcy i oczywiście na równi kubatury posiadanego pomieszczenia wraz z konfiguracyjnymi potrzebami posiadanego zestawu audio. Analizując obydwie sesje odsłuchowe stwierdzam, że podczas docelowego wyboru pośród jednej z opisywanych konfiguracji miałbym lekki zgryz. Co prawda Tannoy’e grały mocniejszym, a przez to bardziej realnym dźwiękiem, ale za to figlarne Fyne Audio pokazały świetny pazur. Na szczęście nie stoję przed takim dylematem, dlatego też oceniając obie konstrukcje jako udane, chętnie zmierzę się z nimi na moich warunkach, czyli w soundrebelsowym OPOS-ie (Oficjalnym Pokoju Odsłuchowym SoundRebels).

Jak można się domyślić, spędzone w salonie „Na Temat Audio” ponad trzy godziny okazały się być dla nas miłym dla ucha i oczu doznaniem. Co krok, to może nie zachwyt – to jednak nie był paryski Luwr, lecz pełne pozytywnego zaskoczenia przyklaśnięcie dystrybutorowi za pomysł na zjawiskowy salon audio. A to dopiero przedsmak tego, co był w stanie swoją ofertą sprzętową zaproponować w dedykowanym pokoju odsłuchowym. Czy pojawię się tam po raz kolejny? Jeśli będę w okolicy choćby przelotem, z pewnością tak. Nawet jeśli nie w charakterze kupca, to przynajmniej na kawkę jako dobry duch świetnie zorganizowanej nie tylko od strony zaopatrzenia, ale również przygotowania do spełniania każdej konfiguracyjnej zachcianki, rzadko spotykanej na naszym rynku w takim standardzie mekki melomana. Dlatego też mając na uwadze kolejne wizyty, dodatkowo niesiony opisanymi powyżej pozytywnymi emocjami, mocno trzymam kciuki za to przedsięwzięcie i już teraz zapowiadam się na przyszłość.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Za pośrednictwem nowego modelu VELA FS 408, ELAC stworzył kolumnę głośnikową, która z perspektywy czasu zdaje się być brakującym elementem układanki i jednocześnie odpowiedzią na wiele pytań. Teraz kiedy VELA FS 408 już jest, można przygotować się… na magiczne chwile.

Zwycięski przepis…
Era kolumn głośnikowych ELAC z nazwami kończącymi się cyfrą „8” zaczęła się niemal 20 lat temu. Wspólnym elementem dla wszystkich tych modeli jest konstrukcja składająca się z dwóch 180-milimetrowych przetworników niskotonowych oraz jednego głośnika wysokotonowego. Nowa VELA FS 408 łączy tę klasyczną koncepcję z najnowszą technologią głośnikową i rewelacyjnym wzornictwem serii VELA. Ze swoim trapezoidalnym kształtem i dużymi promieniami krawędzi, perfekcyjnie wykonane obudowy są delikatnie odchylone i emanują ponadczasową elegancją. Wyrafinowane wykończenie na wysoki połysk i dekoracyjne elementy z aluminium odzwierciedlają zamiłowanie do szczegółów i niezrównane dążenie do jakości. Jednocześnie VELA FS 408 z nieskrywaną szczerością pokazuje, że została stworzona do dostarczania niesamowitego dźwięku: jej elegancki, a przy tym potężny wygląd nadaje ton jej muzycznej maestrii.

Doskonała wydajność…
Konwersję sygnałów elektrycznych na dźwięk projektanci powierzyli dwóm przetwornikom niskotonowym wykorzystującym konstrukcję AS-XR oraz głośnikowi wysokotonowemu JET5. Podczas gdy potężny układ napędowy i rozszerzenie jednostek niskotonowych zapewniają precyzyjny i niesamowicie głęboki bas, konstrukcja AS-XR zapewnia naturalne i wierne odwzorowanie średnich częstotliwości. Dopełnieniem dwóch głośników niskotonowych jest tweeter JET5, którego detaliczność i finezja gwarantują czystą przyjemność słuchania. Przejawem bezkompromisowego podejścia są także wysokiej jakości komponenty zwrotnicy oraz kable Van den Hul zastosowane wewnątrz obudowy.

Podkręć głośność…
Po prostu podłącz kolumny głośnikowe, zwiększ poziom głośności i przygotuj się na niesamowite doświadczenie: VELA FS 408 jest bezkompromisowym artystą, który dociera wprost do serca muzyki. W porównaniu z innymi modelami z serii VELA kierunkowość średnich tonów jest delikatnie podwyższona, co zapewnia lepsze obrazowanie i wyraźniej zdefiniowaną scenę dźwiękową. Wszystko, co trzeba zrobić, to usiąść i cieszyć się muzyką.

ELAC VELA FS 408: cena i dostępność
VELA FS 408 będzie dostępna od listopada 2020 r. w dwóch wersjach wykończenia: białej na wysoki połysk i czarnej na wysoki połysk. Poglądowa cena detaliczna wyniesie 11 999 zł/sztuka.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: AudioSolutions Virtuoso S

Opinia 1

Z tytułową marką mieliśmy przyjemność spotkać się już kilka razy. I mimo, że były to ciekawe starcia, ze znanego sobie li tylko powodu około pięciu lat temu nasz recenzencki kontakt nagle się urwał. Jaki był tego powód, w praktyce nie ma najmniejszego znaczenia. Za to znaczenie i to bardzo duże mam fakt, że marka nadal świetnie radzi sobie na międzynarodowym rynku, co oznacza, iż minionego czasu nie przespała, tylko wykorzystała na konsekwentne rozwijanie swojego portfolio, a co za tym idzie z dużą dozą pewności również poprawianie walorów sonicznych znajdujących się w nim konstrukcji. Dlatego też gdy podczas niezobowiązującej pogawędki padło pytanie w sprawie przyjrzenia się jednemu z najnowszych modeli, bez dłuższego namysłu, naturalnie biorąc pod uwagę wcześniejsze starcia, z dużymi oczekiwaniami ustaliliśmy termin takowego wydarzenia. Takim to sposobem na dzisiejszym recenzenckim tapecie wylądowały pochodzące z Litwy kolumny wolnostojące AudioSolutions Virtuoso S, których dystrybucją na naszym rynku zajmuje się stacjonujący w Trójmieście Premium Sound.

Aparycja, a w szczególności wymiary i wielodrożność pięknych Litwinek sugerują, iż w tym przypadku mamy do czynienia z typowym przedstawicielem High Endu. To osiągające ponad 110 centymetrów wysokości, mogące pochwalić się około 50 kg wagą, trójdrożne, w wersji testowej wykończone w metalicznym błękicie kolumny podłogowe. Obudowa Virtuoso S w przekroju poprzecznym jest wariacją na temat sławetnej lutni, co jasno daje do zrozumienia, że każda ścianka jest mniejszym lub większym łukiem, co oprócz nadania bryle fajnego kształtu, pozwala na skuteczną walkę z wewnętrznymi falami stojącymi wewnątrz skrzynki. Ciekawostką tego modelu jest fakt przedzielenia bocznych ścianek scalającą dwuczęściową obudowę w jedną całość, pionową kształtką i skonsolidowanie całości od góry licującą z nimi czarną nakładką, a od dołu wystającą poza ich obrys, przez to poprawiającą stabilność na podłożu grubą podstawą kolumn z miękko sadowiącymi je na podłodze stopami. Na froncie znajdziemy cztery lekko zagłębione przetworniki. Patrząc od dołu konstruktor zaaplikował dwa głośniki basowe, nieco powyżej w czarnej kształtce wysokotonowy i tuż nad nim średniotonowy. Jeśli chodzi o plecy, te swoją wielozadaniowością nie odstają od awersu nawet na cal, bowiem począwszy od zaimplementowanej nad podłogą kształtki z podwójnymi terminalami przyłączeniowymi, tuż nad nimi również zdublowanymi otworami bass refleks, mniej więcej w połowie ich wysokości oferują dodatkowo pokrętło regulacji trzech sposobów pracy zwrotnicy. Idąc za informacjami producenta w pierwszej kolejności mamy do dyspozycji opcję maksymalnej czystości przetwarzania dźwięku ze zjawiskową wirtualną sceną. W drugiej nastawy dedykowane maksymalnym obciążeniom kolumn w stylach rockowych i tym podobnych. Zaś w trzeciej propozycję dedykowaną muzyce opartej o wyciszenie, a przez to wzbudzającej w nas najgłębsze emocje. Ja podczas testów, naturalnie po sprawdzeniu wszystkich możliwości, w oparciu o posiadany zestaw docelowo wybrałem ustawienie środkowe, które w testowej konfiguracji okazało się być najbardziej uniwersalnym.

Pierwszy bardzo pozytywny aspekt jaki zapamiętałem z opisywanego testu, to ciekawe, bo w estetyce nasycenia, z dobrą motoryką energetycznego basu granie. To jest gówna myśl przewodnia tych konstrukcji, co w swojej drodze przez zaawansowane audio w pewien sposób osobiście zawsze hołubię. Naturalnie mimo takiego postawienia sprawy nie może być mowy o powodującym otyłość dobiegających do moich uszu fraz nutowych, zbytnim przegrzaniu przekazu. Na szczęście z przyjemnością stwierdzam, producentowi Viruoso S z łatwością udało się tego uniknąć. Owszem, muzyka cały czas tętniła mocnym środkiem pasma i dobrą podbudową niskich rejestrów, jednak w sukurs takiej prezentacji szły wysokie tony. Tylko nie brylujące w eterze w szkodliwym oderwaniu od reszty pasma szpilki, a lekko złotawe i mimo pewnego spokoju bez problemu potrafiące wykreować między kolumnami napowietrzony przekaz muzyczny. A przecież należy pamiętać, iż na czas testu wybrałem opcję dla mocnych obciążeń zwrotnicy z pewnymi ograniczeniami najwyższego rejestru, zatem dodatkową szczyptę jego rozmachu można było tchnąć w muzykę dosłownie jednym kliknięciem przełącznika na tylnym panelu kolumny. Oczywiście to nie jedyne zalety opiniowanych konstrukcji, gdyż dzięki fajnemu, co ciekawe konturowego body generowanego dźwięku źródła pozorne z łatwością określały w eterze swoje kształty, a to natychmiast przekładało się na kreowanie czytelnego spektaklu 3D na szerokiej i głębokiej scenie muzycznej.
Wręcz fantastycznie unaoczniał, a raczej „unauszniał” przywołane niuanse krążek Stephana Micusa „White Night”. To jest świetny miks bardzo niszowych instrumentów. Jednakże na tyle wymownych w swym brzmieniu – duduk i kalimba, że usłyszawszy tak świetnie nasycony, wręcz ociekający wilgocią, drewniany dęciak w rozmowie z kolorowo rozwibrowaną kalimbą, nie mogłem oderwać się od słuchania i napawając się pełnią długotrwałych wybrzmień wspomnianych generatorów dźwięku, nie wiadomo kiedy dotrwałem do końca tego dość egzotycznego, jeśli chodzi o materiał muzyczny, krążka. Przyznam szczerze, nie spodziewałem się tak dobrego występu litewskiej myśli technicznej, a zaliczyłem mówiąc kolokwialnie, przysłowiowy opad szczęki. Będąc pozytywnie zaskoczonym nie pozostało mi nic innego, jak zmierzyć testowo skonfigurowany zestaw z mocniejszą muzyką w postaci produkcji zespołu Deep Purple „Machine Head”. W tym przypadku wynik był podobny do występu z muzyką dla ducha. Mocne gitarowe riffy, pełnia wokalnych popisów frontmena, a wszystko na tle mocnych uderzeń perkusji pokazały, że nawet niezbyt dobrze zrealizowane nagrania, z już lekko dotkniętym muzykalnością systemem mogą sprawić słuchaczowi wiele przyjemności. Naturalnie w odniesieniu do stawiających na atak i szybkość zespołów głośnikowych podane w moim pokoju wydarzenie było minimalnie mniej ekspresyjne, ale zapewniam, naprawdę niewiele, a za to z dużą dawką przyjemności. Dla mnie to był strzał w dziesiątkę, bowiem muzykę tamtych czasów wolę w takim, a nie męczącym, bo z racji słabego masteringu, jazgotliwym wydaniu. Było nadal emocjonalnie, tylko bardziej fizjologicznie, czyli gładziej i soczyściej, co powinien, a nie zrobił odpowiedzialny za ten nie oszukujmy się świetny projekt, producent muzyczny.
Na koniec kilka zdań o muzyce elektronicznej. W tym przypadku do pochylenia się nad Litwinkami posłużyła mi grupa Depeche Mode z materiałem „Exciter”. To starcie będąc bardzo stanowczym wypadło pół na pół, w zależności co komu w duszy gra. Otóż z jednej strony dobra podbudowa niskich i średnich tonów fenomenalnie spełniała założenia muzyków w kwestii niskich, ocierających się o sejsmiczne pomruki i wszelkiego rodzaju buczenia, pasaży nutowych. Ba, bardzo zyskiwały na tym teraz czytelne, przez co dobrze wyartykułowane partie wokalne. Jednak gdy wnikliwie przyjrzałem się zjawiskom w najwyższym rejestrze, czasem, choć nie zawsze, brakowało mi bezwzględności w niszczeniu moich narządów słuchu. Z jednej strony fajnie, gdyż nie lubię brutalnego wciskania się do mojej głowy, ale w wartościach bezwzględnych odczuwalnie mniej agresywnie. Naturalnie całość za sprawą odpowiedniego okablowania można było lekko przekuć na modłę sprawiania sobie bólu i zapomnieć o temacie. Jednak spełniając powierzane mi zadanie, czyli prośbę pokazania jak brzmią dane kolumny w różnych gatunkach muzycznych przy wykorzystaniu jednej konfiguracji, nie mogłem o tym nie wspomnieć. Ale zaznaczam, moje obserwacje należy przepuścić przez swoje preferencje i posiadany zestaw, gdyż posiadany set od początku do końca stroiłem z lekkim sznytem nasycenia, co w przypadku neutralnego zestawu może zniwelować wyartykułowane przeze mnie niuanse.

Jak widać, kolumny Audiosolutions Virtuoso S z bratniej Litwy pokazały, że nieobcy jest im patent na muzykalność. To oczywiście miało swoje reperkusje w sposobie kreowania najwyższych składowych agresywnych projektów muzycznych. Ale przypominam, iż dla testowanych konstrukcji to nie był żaden problem, gdyż konstruktor przewidział podobne sytuacje i na tylnym panelu zaaplikował stosowne pokrętło zmieniające tryby pracy zwrotnic z ostrego, przez wyważony, po mlekiem i miodem płynący. To zaś sprawia, iż nasze bohaterki mają dużo szans na wpisanie się w nawet najbardziej wymagające zestawy audio, co upoważnia mnie tylko do jednego, bezapelacyjnie szczerego zachęcenia będących na rozstaju dróg melomanów do prób na własnym podwórku. Jeśli owe starcie zakończy się sukcesem, wielozadaniowość zwrotnic sprawi, że przez długie lata nawet przez moment nie pomyślicie o ich zastąpieniu. Czego chcieć więcej.

Jacek Pazio

Opinia 2

Dzisiejsza publikacja jest niezbitym dowodem na to, że pamięć ludzka jest nad wyraz zawodnym narzędziem a czas gna w takim tempie, że chęć dotrzymania mu tempa prędzej, czy później kończy się zadyszką. Przesadzam? Bynajmniej, bowiem przynajmniej do niedawna żyłem w przekonaniu, iż co jak co, ale wychodzące spod rąk Gediminasa Gaidelisa kolumny AudioSolutions goszczą na naszych łamach na tyle regularnie, że trzymamy rękę na pulsie. Jednak już zeszłoroczne Audio Video Show pokazało, że najdelikatniej rzecz ujmując nie do końca owe przeświadczenie ma pokrycie w rzeczywistości. Mowa oczywiście o przygotowanej przez Premium Sound i 4HiFi prezentacji na PGE Narodowym, gdzie Virtuoso M nad wyraz udanie zgrały się z monoblokami Shanling A600 i lampowym przedwzmacniaczem LineMagnetic LM-512CA. Efektem poczynionych wtenczas obserwacji były oczywiście nasza deklaracja chęci przetestowania intrygujących podłogówek i wstępne ustalenia co do kwestii natury logistycznej. Czyli zgodnie z logiką powinno być już z górki. I takie też odnieśliśmy wrażenie, lecz gdy emocje związane z unboxingiem nieco mniejszych Virtuoso S opadły a my nieopatrznie zerknęliśmy w kalendarz, to okazało się, że mamy październik a od ostatniej recenzji litewskich kolumn upłynęło niemalże … pięć lat. Tak, tak, dokładnie w grudniu 2015 r. światło dzienne ujrzały nasze obserwacje zebrane podczas wielogodzinnych odsłuchów monumentalnych Vantage. Nie przedłużając zatem już i tak zaskakująco długiej nieobecności AudioSolutions w OPOS-ie ostro bierzemy się do pracy serdecznie zapraszając Państwa do lektury.

Już budżetowe Rhapsody 80 i nieco większe Rhapsody 130 pokazały, że dla Gediminasa Gaidelisa – właściciela i głównego konstruktora marki, idea kolumn głośnikowych bynajmniej nie jest tożsama z „nudną” prostopadłościenną skrzynką jakich nieprzebrany bezlik zalewa światowe rynki. W powyższym przekonaniu utwierdziły nas również Vantage, przy których pan Gaidelis mógł złapać wiatr w żagle a księgowi już nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Podobnie sprawy mają się z Virtuoso S, które choć nieco skromniejsze tak pod względem koniecznych do wyasygnowania nakładów finansowych, jak i gabarytowym, od swoich potężnych poprzedniczek niezaprzeczalnie łapią za oko zarówno niebanalnymi bryłami, jak i odważną kolorystyką. Zacznijmy zatem od tego co widać, czyli wspomnianego dosłownie przed chwilą umaszczenia, o ile bowiem w standardzie dostępne są lakiery pearl white, silver grey, zink grey i black, to prawdziwa jazda zaczyna się w puli rekomendowanych powłok „customowych”, czyli British Racing Green, Glacier blue, gold, Lemon, i dostarczonej na testy Ice blue uzupełnionych płytą górną, cokołem i kilkoma pionowymi wstawkami wykończonymi szarym lakierem poliuretanowym z domieszką kamiennego i węglowego pyłu o wyczuwalnej, szorstkiej strukturze. Kształt samych obudów przywodzi na myśl kubistyczną wariację na temat powszechnie stosowanych przekrojów inspirowanych zwężającą się ku tyłowi lirą. Jednak warto mieć świadomość iż to, co widzimy jest jedynie skorupą zewnętrzną, gdyż Virtuoso mogą pochwalić się autorskim systemem „box in a box”, czyli „pudło w pudle” a przekładając na język zrozumiały dla ogółu chodzi o taką kolumnową „Matrioszkę”, gdzie na jedną obudowę nasunięta jest druga. Wewnętrzny korpus wykonywany jest z HDF-u i posiada szereg dodatkowych wzmocnień, natomiast zewnętrzny, to już klasyczny MDF. Zyskuje się tym samym na sztywności całej konstrukcji a poprzez budowę „kanapkową” niweluje się również pasożytnicze rezonanse mogące wpływać na pracę przetworników. A właśnie, drajwery. Na froncie znajdziemy umieszczoną w niewielkiej tubce (falowodzie) 3 cm jedwabną kopułkę wysokotonową i wykonane z pulpy celulozowej 13,2 cm średniotonowy plus dwa 16,5 cm woofery.
Jeszcze ciekawiej prezentują się będące w dalece posuniętym zaniku plecy, gdzie oprócz ulokowanych tuż przy podstawie zdublowanych, umożliwiających tak bi-wiring, jak i bi-amping terminali głośnikowych WBT Nextgen, oraz podwójnych ujść układu bas refleks, natkniemy się na dość niekonwencjonalne rozwiązanie, czyli masywne trójpozycyjne pokrętło wyboru charakterystyki brzmienia. Od strony ergonomii jest to zdecydowanie wygodniejsze rozwiązanie od „centralki”, jaką mogły pochwalić się Vantage. Słuchacz może żonglować pomiędzy nastawami Balanced – stawiającą na czystość i przestrzenność, dedykowaną długodystansowcom Moderate i podkreślającą szczegóły Enhanced. W dodatku zamiast prostych zworek, bądź filtrów producent zdecydował się na rozbudowanie poszczególnych sekcji zwrotnic. Pociąga to z kolei za sobą dość oczywiste następstwa, czyli pomimo pozornej łatwości (91.5 dB/4 Ω) do ich wysterowania zalecane są mocne tranzystorowe końcówki mocy.
I jeszcze jeden, wielce znamienny drobiazg. O zapobiegliwości producenta i dbałości o kondycję własnych wyrobów najlepiej świadczy iście pancerne opakowanie w jakim Virtuoso docierają. Otóż zamiast nawet podwójnych kartonów Gediminas stosuje masywne skrzynie ze sklejki i płyty wiórowej, którym przynajmniej teoretycznie żadne trudy podróży i destruktywne zapędy firm spedycyjnych niestraszne. Dlatego też decydując się na Virtuoso lepiej zawczasu zaopatrzyć się w odpowiednie oprzyrządowanie w postaci naładowanej wiertarko-wkrętarki (konieczne jest odkręcenie wszystkich ścian bocznych) i wziąć pod uwagę, iż do 50 kg każdej z kolumn należy doliczyć kolejne 30 kg na opakowanie.

Nauczony doświadczeniem zdobytym podczas testów Vantage kwestię konfiguracji potraktowałem nader poważnie, więc bez zbędnych eksperymentów większość odsłuchów prowadziłem z użyciem Gryphona Mephisto, któremu raczej nikt będący przy zdrowych zmysłach braku mocy i wydajności prądowej zarzucić nie powinien. Ponieważ ciężar wygrzania tytułowej pary o nieznanym nam przebiegu na swe barki przyjął Jacek w trakcie własnych sesji odsłuchowych nie odnotowałem już żadnych, wynikających z „układania się” litewskich kolumn zmian. Jeśli zaś chodzi o obserwacje dotyczące ich walorów sonicznych, to śmiało mogę uznać, że Virtuoso nad wyraz zgrabnie wymykają się stereotypom przypisywanym dużym kolumnom. Chodzi bowiem o to, iż patrząc na tak potężne, bądź co bądź mające 1,13 m wysokości i ponad pół metra głębokości, zespoły głośnikowe gdzieś tam podświadomie spodziewamy się adekwatnej, a więc nader spektakularnej, niemalże w hollywoodzkim stylu – z wyraźnie zaznaczonym basem, prezentacji. Tymczasem AudioSolutions grają nadspodziewanie liniowo i wyrafinowanie. Początkowo można wręcz odnieść wrażenie, że skala, wolumen oferowanych przez nie dźwięków są może nie tyle małe, co nieco odstają od naszych oczekiwań. Dopiero po chwili doprowadzamy się do porządku konstatując, iż wszystko jest OK., a jedynie my sami musimy „się ogarnąć” i przestać patrzeć na nie przez pryzmat zakładanego z góry, jak się okazuje całkiem niesłusznie, powiększenia źródeł pozornych i rozdmuchania sceny dźwiękowej. Tutaj wszystko jest bowiem akuratne, dokładnie takie, jakie być powinno. Bardzo łatwo było to wychwycić na niewielkich, kameralnych składach, gdzie każde odejście od znanego z autopsji wzorca jest po prostu oczywiste i bezdyskusyjne. Weźmy na ten przykład niezwykle nastrojowy album „Soulmotion” Natašy Mirković i Nenada Vasilica, czyli wokal i kontrabas. Mało i nudno? W żadnym wypadku, jednak od razu uprzedzam, że nie jest to tzw. muzak stanowiący idealne tło do domowej krzątaniny, czy dźwiękowy wypełniacz irytującej ciszy. O nie. Tutaj nie dość, że owa cisza gra, to stanowi nader istotny środek artystycznego wyrazu, nie tylko będąc „lepiszczem” pomiędzy wokalistką a szarpiącym struny „przerośniętych skrzypiec” instrumentalistą, lecz niejako trzecim bytem scenicznym. Mirković stoi blisko nas, jej głos jest gładki i ciepły ale niezwykle mocny, jednak nie na skutek siłowego „forsowania”, lecz naturalnych predyspozycji i świetnego warsztatu, w tym operowego. W kategoriach bezwzględnych można byłoby dodać, że jest tez nieco dopalony pod względem emocjonalnym i bardziej naturalny aniżeli neutralny, lecz mówiąc wprost taką estetykę lubię najbardziej, więc pozwolę sobie nie klasyfikować tego jako ewentualnego mankamentu a cechę natywną litewskich kolumn. Z kolei kontrabas czaruje głębokim zejściem i równie „analogową” barwą z nieco pogrubionymi konturami poszczególnych dźwięków, choć bez utraty ich zróżnicowania, czy też czytelności.
Powyższa maniera w niczym jednak nie przeszkadza również podczas odsłuchów zdecydowanie bardziej złożonych i naszpikowanych najprzeróżniejszymi efektami pozycji. Mroczna, gęsta i niepokojąca w swym przekazie ścieżka dźwiękowa do „Underworld” autorstwa Paul Haslingera wypadła niezwykle przekonująco. Elektroniczne chrobotania, skrzypnięcia i iście infradźwiękowe pomruki nad wyraz sugestywnie budowały wieloplanowość tła świetnie korespondując z mocno zmodyfikowanymi partiami wokalnymi („Red Tape”) anie przez chwilę nie popadając w nużącą monotonię.
I tutaj pozwolę sobie na małą dygresję spowodowaną dość oczywistym dysonansem pomiędzy tym co widzimy, a tym co słyszymy. Chodzi bowiem o to, że Virtuoso niezaprzeczalnie prezentują się od strony wizualnej nad wyraz nowocześnie, żeby nie powiedzieć, że jeśli nie futurystycznie, to przynajmniej w co bardziej łapiących za oko malowaniach, śmiało wpisując się do obozu Hi-Tech, o tyle brzmieniowo zdecydowanie bliżej im „papierowym” klasykom gatunku przedkładającym czysto hedonistyczną przyjemność odbioru nad laboratoryjną precyzję. Nie oznacza to bynajmniej stawiania wszystkich kart na średnicę, lecz raczej podkreślenie jej walorów, przy niezwykle płynnym i homogenicznym zszyciu ze skrajami słyszalnego pasma.
Góry i dołu bowiem nie brakuje, co nader dobitnie udowodnił odsłuch albumu „Walk The Sky” Alter Bridge, który delikatnie mówiąc do najspokojniejszych nie należy. Gitarowe riffy szyły powietrze jak należy i nie sposób było mówić o jakimkolwiek ich zawoalowaniu, podobnie z resztą jak i partiom blach nie brakowało blasku. Za to z niekłamaną satysfakcją odnotowałem, iż irytująca zazwyczaj granulacja i ofensywność ewoluowały w kierunku przyprószonej złotem gładkości i namacalności. Różnica może i pozornie niewielka, jednak przy wielogodzinnych odsłuchach trudna do przecenienia. Pomijam już fakt, iż ze względu na takie a nie inne preferencje muzyczne, co pociąga za sobą dość ograniczony wybór pozycji mogących uchodzić za „audiofilskie”, nader często eksploatowałem profil „Moderate”, który sprawiał, iż kolumny zamiast pastwić się nad potknięciami realizatorów skupiały się na możliwie najwierniejszym oddaniu aspektów dynamicznych i emocjonalnych reprodukowanego materiału. Proszę mi uwierzyć, że nawet mający na karku trzy krzyżyki „Rust In Peace” Megadeth mógł pochwalić się czymś na kształt soczystości i eufonii, czyli walorami, których zazwyczaj trudno się po nim spodziewać. Cuda? Raczej umiejętność dostosowania się kolumn zarówno do konkretnego repertuaru, jak i oczekiwań odbiorcy. W dodatku jest to świetna propozycja dla wszystkich tych, którym już po kilku tygodniach od dokonania zakupu zaczyna dokuczać nerwica natręctw i audiophilia nervosa, czyli mówiąc wprost znowu zaczynają kombinować. Tymczasem z Virtuoso mamy przysłowiowe 3w1. Mając bowiem parę kolumn dysponujemy tak naprawdę trzy zbliżone, acz w oczywisty sposób nieco odmienne, punkty widzenia. I to bez ekwilibrystyki z zasilaniem, akcesoriami antywibracyjnymi, kablami i całym tym cyrkiem, który stanowi nader wdzięczną pożywkę dla wszystkich mówiąc kolokwialnie „mających bekę” z naszej pasji. Nie wiem, jak Państwo się na taką funkcjonalność zapatrują, ale dla mnie to przysłowiowy strzał w dziesiątkę i pogodzenie wody z ogniem. Ortodoksyjni puryści wybiorą jedno i jedynie słuszne, najlepiej wpisujące się w ich system i ulubiony repertuar, ustawienie zapominając o temacie, a pozostała część populacji będzie z niego korzystać w zależności od potrzeb, sytuacji i chwilowego widzimisię.

Nie wiem, czy to, co teraz napiszę spodoba się tak producentowi, jak i naszemu rodzimemu dystrybutorowi, ale … rozglądając się za high-endowymi kolumnami na lata, czyli za takimi, które po opadnięciu emocji i gdy pierwszy zachwyt minie, nie zaczną nas gdzieś tam „uwierać” sugerowałbym eksplorację portfolio AudioSolutions zacząć właśnie od Virtuoso S a nie Vantage. Oczywiście proszę wziąć pod uwagę, iż powyższe stwierdzenie opieram na doświadczeniach z poprzedzającą odsłonę „5th anniversary” wersją, jednakże przynajmniej na agresywnym, opartym na drajwie i nieraz szaleńczych tempach materiale tytułowe kolumny zdecydowanie bliższe były moim osobistym preferencjom i oczekiwaniom. „Małe” Virtuoso stawiają bowiem na muzykalność i kulturę przekazu, jednak podpięte do wydajnej amplifikacji nie mają najmniejszych oporów by, gdy tego wymagać będzie sytuacja, wgnieść nas w fotel serią potężnych uderzeń, czy też wwiercić się w mózgownicę zajadłym riffem. Pozwalają również po prostu odpocząć przy ulubionej muzyce i to bez prób zdyskredytowania gorszych realizacji, czy też usilnych prób zwrócenia naszej uwagi.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Premium Sound
Cena: 81 000 PLN

Dane techniczne
– Pasmo przenoszenia (w pokoju odsłuchowym): 26-30000 Hz
– Skuteczność: 91.5 dB @ 2.83V 1m
– Impedancja nominalna: 4,0 Ω
– Podział zwrotnicy: 500 Hz; 7000 Hz
– Moc nominalna: 130 W RMS
– Moc maksymalna: 260 W
– Wymiary (W x S x G): 1130 x 391 x 547 mm
– Waga: 50 kg / szt.