Opinia 1
O tym, że Duńczycy pojawiają się u nas nie po raz pierwszy, świadczy najlepiej nasze portfolio, w którym mamy naprawdę sporą listę ich konstrukcji. Jednak co ciekawe, nie tylko z działu przetwarzania dźwięku – zespoły głośnikowe, ale również prawdopodobnie niezbyt znanego wielu z Wam segmentu okablowania przesyłu sygnału – Audiovector Zero Compression Avantgarde Arreté. Naturalnie ten ostatni nurt nie jest wiodącym polem działań tej marki, dlatego też w dzisiejszej epopei po raz kolejny przyjrzymy się kolumnom. Kolumnom, które nie ma co się oszukiwać, bez względu na poziom pozycjonowania w ich cenniku, zawsze oferują żywy, bardzo lubiany przez wielu melomanów, bo raczej idący tropem neutralności, aniżeli milusińskiego plumkania, dźwięk. Co więcej, nie są przy tym odporne na próby zdroworozsądkowego skierowania ich brzmienia w oczekiwaną przez użytkownika stronę, co znacznie zwiększa ich uniwersalność. To oczywiście jest ogólny rys brzmieniowy tytułowej manufaktury, gdyż każdy model niesie ze sobą nieco inne wyniki soniczne. I o jakościowych osiągnięciach tytułowego zestawu, czyli duńskich podłogówek Audiovector R6 Signature, porozmawiamy w dzisiejszym odcinku. Powód? Bardzo prosty. Otóż wiedzący czego oczekują od dźwięku melomani z pełną świadomością nie będą naginać rzeczywistości na swoją modłę, dlatego interesują ich suche fakty, których możliwość wyartykułowania zawdzięczamy rodzimemu dystrybutorowi ACP.
Idąc tropem starszych sióstr, zwężające się ku tyłowi obudowy R-6 wykończono naturalnym fornirem z orzecha włoskiego a jako budulec wykorzystano płyty HDF. Ich znakami szczególnymi są: po pierwsze fakt montażu przetworników na zajmującym ok. 2/3 wysokości frontu szarym laminowanym szyldzie pełniącym również rolę dodatkowego wzmocnienia konstrukcji, po drugie wykorzystują ten sam materiał jako budulec kształtki „zamykającej” półokrągłe plecy i po trzecie osadzenie całości konstrukcji również na owej szarej strukturze jako zmyślne środowisko pracy dla skierowanego w podłogę – jednego z dwóch pracujących w układzie Isobaric – głośnika niskotonowego. Gdy w opisie wystąpił już jeden z generatorów dźwięku niskich rejestrów, należy dodać, iż drugi nieco mniejszy pracuje wewnątrz skrzynki, wysokie tony na przekór zwyczajowemu wykorzystaniu głośnika AMT, obsługuje tekstylna kopułka, zaś resztę pasma przetwarzają przetworniki średniotonowy i nisko-średnitonowy. To naturalnie sugeruje, iż w tym przypadku mamy do czynienia z konstrukcją 3,5 drożną. Oczywiście zgodnie z trendem całej rodziny R6-ki wentylowane są dwoma niedużymi portami bass-reflex. Temat przyłączy sygnału ze wzmacniacza rozwiązują usytuowane w zagłębieniu w dolnej części profilu rewersu, pozwalające obsłużyć kolumny w konfiguracji bi-wire dwa komplety zacisków. Tak prezentujące się duńskie panny na docelowym miejscu stawiamy na wkręcanych w porzeczne metalowe szyny kolcach.
Zanim przejdę do konkretów, dodam, iż dzisiejszy test jest idealnym przykładem pokazującym celowość takich działań. Nawet jeśli nie do końca coś ma szansę powtórzyć się w środowisku czytelnika, to przynajmniej będzie na starcie zgrubnie wiedział, co w boju na swoim podwórku może go spotkać. Co pcha mnie do pochylania się nad tym aspektem? Spora – przynajmniej w moim odczuciu, odmiana ostatecznego brzmienia tytułowych konstrukcji na tle wyższych modeli. Naturalnie nie jest to jakiś przełom na miarę odkrycia Ameryki, ale jeśli coś znacznie odbiega od wypracowanego przez inne modele wzorca, przed decyzją pożyczenia na odsłuch dobrze jest to wiedzieć. Co takiego aż tak mocno mnie dotknęło?
Patrząc nasz obiekt zainteresowania przekrojowo, zastosowanie głośnika z miękką membraną plus świetna konfiguracja reszty przetworników w zgodzie z wysokotonówką spowodowały, że rzeczone kolumny swój profil soniczny oparły o znakomitą dawkę barwy i nasycenia, czego dotychczas poszukiwałem w testowanych modelach. Jednak nie poszły tropem ostatnich zapowiedzi naszego rządu przed debatą na temat unijnego budżetu „muzykalność, albo śmierć”, tylko delikatnie wprowadzając pakiet nasycenia i gładkości w życie, przesunęły temperaturę grania o pół oczka niżej. To natychmiast przełożyło się kolorową średnicę, soczysty bas i nadal pełne informacji, jednak tym razem słodkie wysokie tony. Jednym słowem, dzięki wiedzy konstruktorów w rodzinie Audiovectora na średnich poziomach cenowych jego portfolio dostajemy do dyspozycji świetny, bo nie tylko dobry w domenie motoryki, ale również osadzony w realiach intymności – oczywiście tylko w momencie, gdy wymagał tego słuchany materiał muzyczny, sznyt brzmieniowy. Takie postawienie sprawy skutkowało przyjemnym odbiorem wszelkiego rodzaju muzyki jazzowej, wokalnej i sakralnej. Za każdym razem, gdy w napędzie CD lądowała muzyka z oferty Cassandry Wilson, tudzież twórczości Claudio Monteverdiego, czy nawet typowego ECM-wskiego jazzu spod znaku Bobo Stensona lub Paula Bley’a, zestaw świetne dozował niezbędny do oddania realiów takich przedsięwzięć muzycznych, pakiet emocji. Jednak nie nudnych, bo zawsze ociekających dawką nasycenia i gładkości, tylko dobrze zbilansowanych w odniesieniu czasem do przenikliwości – skrzące się w eterze blachy perkusisty, innym razem rozmachu prezentacji – oddanie mrocznej kubatury kościołów goszczących muzyków, a jeszcze innym zamierzonej przez artystę krągłości dźwięku – wszelkiego rodzaju damska i męska, nagrywana w bliskim polu mikrofonu wokaliza.
Taki stan, według opinii producentów, potrafi każdy z nich, tylko niestety bardzo często życie pokazuje coś diametralnie innego. Dostajemy nadpobudliwość, tudzież wszechobecną przyduchę, a nie rasowego kameleona, jakim dla mnie były opiniowane kolumny. Oczywistym jest, że na tle topowych konstrukcji R6-ki obarczone pewnymi uśrednieniami, ale nie były to żadne bolączki, tylko świadomy wybór na tym pułapie cenowym – czasem zaokrąglenie, oraz momentami ograniczenia w rozdzielczości, gdyż cały czas dobrze oddając swobodę przekazu, nie zapominały przy tym o zaangażowaniu mnie w kreowany pomiędzy kolumnami, bardzo dobrze rozciągnięty w szerz i w głąb tok wydarzeń muzycznych.
Czy to oznacza, że nawoływania do anarchii przez stricte rockowe i inne ciężkie brzmieniowo formacje – AC/DC, Led Zeppelin, Pink Floyd – wypadały słabo lub co najwyżej średnio? Nic z tych rzeczy. Powiem więcej. Każda, wykorzystująca naturalne instrumenty z głosem ludzkim włącznie muzyka, dzięki sposobowi prezentacji testowo skonfigurowanego systemu zyskiwała na każdym polu. Zazwyczaj krzyczący frontmani dzięki szczypcie esencji w środku pasma znacznie łatwiej mogli błysnąć na tle teraz dobrze narysowanego w domenie energii wieloosobowego składu. Gitary brzmiały z zarezerwowaną dla siebie wyrazistością strun. Perkusja oferowała mocniejsze kopnięcie stopą. A gdy wymienione aspekty zbierzemy w jedną całość, okaże się, że buntowniczy rock był takim samym beneficjentem dobra tytułowych kolumn, jak wspomniane wcześniej nurty muzyczne związane z emocjami.
Na koniec elektronika. Spokojnie, nie brzmiała źle, tylko nieco bardziej krągło i słodko, niż potrafiły to oddać wyższe modele Audiovectora. Ale zapewniam, nie misiowato i wolno, tylko mniej agresywnie, czyli nie niszcząc bezpardonowo moich narządów słuchu. Mnie to odpowiadało, dlatego nie dokonywałem roszad kablowych. A pamiętacie ze wstępniaka, o łatwym kreowaniu ostatecznych wyników sonicznych wszystkich konstrukcji z tej stajni. Dlatego też przed próbami w swoim systemie nie radzę kruszyć kopii o zbyt małą zadziorność kolumn. To jest bardzo względne. Powiem więcej, owa względność nie zależy tylko od samego osobnika homo sapiens, ale również od docelowej konfiguracji. Zatem w przypadku zastanawiania się na ewentualnym sparingiem zalecam przedtestowy spokój.
Powiem szczerze, nawet przez moment nie miałem problemów z zebraniem końcowych myśli na temat tego testu. To było bardzo ciekawe, bo okraszone świetną, często bliską mojej estetyki grania, prezentacją, spotkanie przy muzyce. Dobre ustawienie poziomów nasycenia i fajnej energii, a przy tym brak oznak utraty szybkości dźwięku za każdym razem sprawiały, iż słuchałem tego zestawu z wielką przyjemnością. Na tyle dużą, że jeśli spojrzymy na segment audio z perspektywy zrównoważonego w kwestii oczekiwań słuchacza, praktycznie nie widzę przeciwskazań dla nikogo. Oczywiście nie ma takiego komponentu generującego dźwięk, który spełniłby oczekiwania wszystkich. Jednak gorące głowy zawczasu uspokajam. Audiovectory S6 Signature są na tyle bezpieczne, że każdy potencjalny nabywca, nawet w momencie braku decyzji zakupowej, spędzony z nimi czas określi jako bardzo ciekawy. A to już jest chyba wystarczająca zachęta do osobistych prób.
Jacek Pazio
Opinia 2
Po ponad trzech latach od recenzji najbardziej dopieszczonej wersji SR6-ek, czyli Avantgarde Arreté, których w tzw. międzyczasie najnowsza odsłona niebezpiecznie zbliżyła się do pułapu 130 kPLN, przyszła pora na nieco bardziej przystępną alternatywę, czyli otwierające wachlarz 6-ek model R6 Signature. Jeśli jednak w Państwa głowach zaczyna kołatać wątpliwość jaki sens jest schodzić w dół, skoro już zasmakowało się miodu ze zdecydowanie wyższej półki, jak choćby fenomenalne R8 Arettè, to spieszę z wyjaśnieniem, iż podobno, przynajmniej zgodnie z zapewnieniami producenta, zastępujące serię SR najnowsze R-ki to zupełnie nowa generacja w duńskim portfolio o czym świadczyć ma m.in. zaimplementowanie aż 112 poprawek. Skoro zatem również i sam dystrybutor – Audio Center Poland uznał, iż nie ma przeszkód ku temu byśmy na redakcyjny tapet wzięli Audiovectory R6 Signature, to i my nie mieliśmy żadnych obiekcji, tym bardziej, że R6-ki są objęte programem IUC (Individual Upgrade Concept) czyli możliwością dokonania fabrycznego upgrade’u i odświeżenia głośników w dowolnym momencie. Jeśli zatem jesteście Państwo ciekawi cóż ciekawego do zaoferowania mają te drobne Dunki nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury.
Dla odmiany, po industrialnej szarości SR6 Avantgarde Arreté i fortepianowej głębi wielu warstw fortepianowego lakieru pokrywającego zjawiskowej urody fornir z Włoskiego Orzecha Czeczotowatego R8 Arettè zagościły u nas wielce stonowane, wykończone naturalnym, klasycznym Włoskim Orzechem na bezpieczny mat tytułowe R6-ki jawią się jako uosobienie spokoju i uniwersalności. Nie sposób doszukać się w ich designie jakichkolwiek oznak ekstrawagancji, czy krzykliwości i to nawet po zdjęciu czarnych, tekstylnych maskownic, gdyż zarówno płyta frontowa, stanowiąca platformę nośną dla umieszczonych na niej trzech przetworników, jak i będąca w zaniku ściana tylna utrzymane są w tytanowo-szarej tonacji.
R6 Signature, podobnie do swoich protoplastów, oraz współczesnego rodzeństwa nosi w sobie kilka tajemnic. Oczywiście chodzi o baterię wykorzystanych przetworników, gdyż oprócz tego, co widać na pierwszy rzut oka w swych trzewiach ma jeszcze małe co nieco. I choć nie może pochwalić się zarezerwowanym dla Arreté, skierowanym ku tyłowi 3” średniotonowcem, to i tak jest nad wyraz bogato wyposażoną, jak na tak niewielkie gabaryty, 3,5-drożną konstrukcją. Jednak po kolei. Górę obsługuje firmowa, jedwabna kopułka Evotech Signature starannie dostosowana do pracy w firmowej koncepcji Soundstage Enhancement Concept (SEC), poniżej której ulokowano parę 6,5” mid-wooferów o membranach wykonanych z krzyżowo tkanych włókien węglowych pracujących w wentylowanej od frontu podwójnymi portami bas refleks komorze. Warto również zwrócić uwagę na autorski, trzypunktowy sposób zamontowania do frontu wszystkich koszy, oraz fakt, iż obudowy wykonano nie z zazwyczaj stosowanego MDF-u a zdecydowanie twardszego HDF-u a zwrotnice poddano obróbce kriogenicznej. Patrząc jednak na udostępniony przez producenta przekrój odkryjemy, iż na dnie tej komory zamontowano jeszcze jeden 6,5” drajwer wspomagający w układzie izobarycznym, ulokowany w skośnej podstawie kolumny, widoczny podczas sesji unboxingowej, 8” woofer. No i na koniec jeszcze garść standardowych informacji. Zamontowane na eleganckim szyldzie ze szczotkowanego aluminium podwójne terminale spięto standardowymi blaszkami, więc docelowo warto zastąpić je wyższej klasy zworkami, natomiast tłoczący w podłogę woofer otoczono ażurowym, zabezpieczonym siatką cokołem, w który należy wkręcić znajdujące się na wyposażeniu kolce.
Abstrahując od dość zauważalnej różnicy w cenie pomiędzy topową wersją Arreté a będąca obiektem niniejszego testu Signature główną kwestią, jaka nurtowała mnie od momentu, gdy tytułowe kolumienki u nas zagościły była spodziewana różnica w sposobie, klasie reprodukcji najwyższych składowych. Nie ma się bowiem co oszukiwać, gdyż począwszy od nader istotnych aspektów natury konstrukcyjnej po sam sposób, mechanikę pracy, a tym samym propagację dźwięku pomiędzy R AMT Arreté a klasycznym R Evotechem czytelnie powinien być zaakcentowany dystans dzielący obie konstrukcje.
No i tutaj zaczynają się schody, gdyż o ile przy Arreté z Reimyo KAP – 777 czułem niewykorzystany potencjał, to już podpięte pod Mephisto smukłe Signature od pierwszych taktów wywoływały uśmiech na mej twarzy. Okazało się bowiem, iż pozornie, znaczy się na papierze, łatwe do wysterowania (92,5 dB skuteczności przy 8 Ω impedancji) kolumny chłoną prąd jak przysłowiowa gąbka i support w postaci mrocznego, potężnego pobratymca przyjęły z otwartymi ramionami. Krótko mówiąc efekt pierwszego wrażenia, które jak wiadomo można zrobić tylko raz, wypadł na tyle przekonująco i satysfakcjonująco, że zgodnie z zasadą mówiącą, że jeśli nie widać/słychać różnicy, to nie ma sensu przepłacać można byłoby pokusić się o tezę, że spokojnie możemy na tym pułapie poprzestać. Nader obiecujące a zarazem odbierające chęć dalszego „gonienia króliczka” wstęp, nieprawdaż? Całe szczęście, przynajmniej w naszym stadium „audiophilii nervosy” nijakiej stagnacji, wypalenia i zaprzestania eksploracji mrocznych zakamarków High-Endu w najbliższym czasie nie przewidujemy, więc na chwilę obecną skupimy się na bohaterkach niniejszej epistoły, co zupełnie nie przeszkodzi nam mozolnie wiercić dziury w brzuchu dystrybutorowi m.in. o R11-ki.
No to jak konkretnie R6-ki grają? Dynamicznie, rozdzielczo i przede wszystkim zgodnie z duńską tradycją dźwiękiem zdecydowanie większym, aniżeli gabaryty widocznych na powyższych zdjęciach kolumn mogłyby wskazywać. Nie chodzi jednak o sztuczne pompowanie źródeł pozornych i chorobliwą, wynikającą z ukrytych kompleksów gigantomanię, lecz zdolność oddania skali i rozmachu nawet największych wydarzeń scenicznych. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to polecam nieco bardziej niż zwykle „odkręcić” gałkę głośności i włączyć „Vedi! le fosche notturne spoglie” (Anvil Chorus) a zaraz po nim „Stride la vampa!…Mesta è la tua canzon!” z fenomenalnego „Trubadura” (Verdi: Il Trovatore) z Pavarottim. Jest moc, swoboda, oddech i zjawiskowa – wręcz podana na tacy gradacja planów. Proszę tylko zwrócić uwagę choćby na ustawienie chóru. W „Vedi! le fosche notturne spoglie” mamy wokalistów ustawionych blisko, tuż nad orkiestrą. Z kolei na „Stride la vampa!…Mesta è la tua canzon!” orkiestra pozostaje na swoim miejscu, no bo niby gdzie miałaby się udać, na pierwszym planie mamy Shirley Verrett, nieco z boku Luciano Pavarottiego a chór przesuwa się hen w głąb sceny. Zero uśredniania, zero prób wypłaszczania operowej, trójwymiarowości, tylko wierne odzwierciedlenie rzeczywistego ruchu scenicznego. I jeszcze ten niesamowity, ustawiony w kontrze do lśniącego trójkąta, mięsisty i majestatyczny gran cassa w tle. Cud, miód i orzeszki. Oczywiście słychać, że to nie jest audiofilskie nagranie, jednak śmiem twierdzić, iż wolę takie „cywilne” realizacje z nieodżałowaną, mistrzowską obsadą, aniżeli dopieszczone „perełki” z wokalistami, którym, parafrazując Marszałka Piłsudskiego „kury szczać prowadzać, a nie operę robić”. Najwidoczniej Audiovectory również miały podobny punkt widzenia, gdyż skupiły się na oddaniu atmosfery chwili, byciu tam i wtedy, przekazaniu ładunku emocjonalnego, opowiedzeniu historii aniżeli skupianiu się, cyzelowaniu każdego detalu, czy sztuce dla sztuki. Tutaj rozdzielczość, swoboda, czy precyzja ogniskowania nie są celem, lecz jedynie narzędziem, sposobem, środkiem do osiągnięcia konkretnego celu – maksymalnego zbliżenia się do wrażenia bycia uczestnikiem konkretnego wydarzenia.
Czy taki brak parcia na szkło i bycia gwiazdą, cokolwiek w dzisiejszych czasach miałoby to znaczyć, wyklucza śledzenie niuansów i pracy poszczególnych muzyków? Absolutnie nie. Nawet na „Alien Love Secrets” Steve’a Vai’a obecność i namacalność wszelakiej maści smaczków jest tyleż oczywista, co nienachalna a zarazem … szokująca. Nielogiczne? Bynajmniej. Po prostu Audiovectory najpierw prezentują nam ogół – gęste, ciężkie, gitarowe granie o urzekającej koherencji i melodyce. Kolejnym stopniem wtajemniczenia jest świadomość, iż owa płynność i logiczność następujących po sobie dźwięków oparta jest na niesamowitej wirtuozerii i piekielnym talencie a z tego już tylko krok do próby nadążenia za palcami Vai’a, a tym samym do zeza rozbieżnego – ręce są dwie a gryf Ibaneza (jedynie w „The Boy From Seattle” słychać Fendera Stratocaster z 93 lub 94 r.) swoją długość ma. Co istotne duńskie kolumny starają się dyplomatycznie usunąć w cień, nie ingerując w przekaz, barwę, czy motorykę pozwalając płynąć ich własnym, niezmąconym nurtem. I tu ciekawostka. Otóż pomimo ponadprzeciętnej zwrotności i wspominanej rozdzielczości nie sposób odmówić Audiovectorom nie tylko świetnego timingu i zróżnicowania najniższych składowych, lecz również skupiania się na niuansach barwowo-interpretacyjnego. Dlatego też z premedytacją wspomniałem o Fenderze wśród dominacji Ibanezów u Vai’a, gdyż zmiana płyty w Cześku, znaczy się CEC-u TL 0 3.0, na również gitarową „Out Standing in Their Field” posługującego się Music Manem SM-Y2D Steve’a Morse’a, gdzie właśnie niuanse artykulacyjno – barwowe akcentują zupełnie inny styl gry, Jeśli dołożymy do tego składające się na „firmową sygnaturę” ww. wiosła wyraźnie uwypuklony środek pasma z charakterystycznym atakiem w wyższym środku to już tylko od nas zależy którą ścieżką eksploracji podążymy, bo duńskie podłogówki z pewnością nam w tym przeszkadzać nie będą. I już kończąc te gitarowe dyrdymały pozwoliłem sobie jeszcze chwile podelektować się dźwiękiem zdecydowanie bardziej archaicznego instrumentu szarpanego wyciszając się przy „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna i powiem jedno. Na E6-kach gra cisza nabiera niezwykle intensywnego wymiaru.
Z podobną swobodą i uniwersalnością Audiovectory traktowały kwestie wokali. Niezależnie, czy karmione były popowym i niestety nieco „zgranulowanym”, dziewczęcym wokalem Jasmine Thompson z „Another Bundle of Tantrums” czy żywym srebrem w postaci Youn Sun Nah, która na „Same Girl” potrafi od zmysłowego szeptu przejść do iście zwierzęcego ryku („Enter Sandman”) stawały na wysokości zadania w żaden sposób nie limitując ilości przekazywanych informacji.
No to podsumowując przygodę z Audiovectorami R6 Signature śmiało możemy ogłosić pełen sukces i wystawić szczerą rekomendację. Czy da się lepiej? Oczywiście, że tak, co z resztą dość bezpardonowo pokazały R8 Arettè https://soundrebels.com/audiovector-r8-arette/ , jednak owo lepiej nad wyraz boleśnie odczujemy przy kasowym okienku. Jeśli jednak szukacie Państwo stosunkowo niewielkich, wręcz niepozornych podłogówek, które praktycznie znikając optycznie w Waszym salonie z dziecinną łatwością będą w stanie jednocześnie go nagłośnić i sprostać praktycznie dowolnemu repertuarowi, to R6-ki na Waszej liście znaleźć po prostu się powinny. A pamiętając o zapewnieniu im odpowiednio wydajnej amplifikacji – chociażby w stylu mariażu z Gryphonem Diablo 300, Vitusem RI-101MkII, bądź Passem INT-250 możecie być spokojni, że nuda Wam nie grozi a eksploracja zarówno własnej płytoteki, jak i nieprzebranych odmętów serwisów streamingowych stanie się Waszym głównym zajęciem.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: ACP
Cena: 68 000 PLN * Dopłata do lakieru fortepianowego lub innego koloru 6500 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: 3,5-drożna
Pasmo przenoszenia(– 6DB): 28 Hz–26 kHz
Skuteczność: 92,5 dB
Impedancja nominalna: 8 Ω
Punkty podziału zwrotnicy: 100/350/3000 Hz
Moc maksymalna: 450 W
Wymiary ( W x S x G): 123,4 x 27,8 x 43,1 cm
Wykończenie: Matte Italian Walnut, African Rosewood Piano, Black Piano oraz White Piano
Opinia 1
Nasza redakcyjna przygoda z mającą swoją siedzibę w słonecznej toskańskiej miejscowości Montespertoli, prowadzoną przez Maurizio Aterini’ego, marką Gold Note rozpoczęła się dość skromnie, bo od niepozornego przedwzmacniacza gramofonowego PH-10. Okazało się jednak, iż niezbyt absorbujące gabaryty kryją szczere złoto a sam maluch na tyle nas zauroczył, że po kilku miesiącach zorganizowaliśmy sobie przysłowiową powtórkę z rozrywki dopieszczając go dedykowanym zasilaczem PS-10. Najwidoczniej nasze działania zostały gdzieś „w centrali” docenione, gdyż kolejnym stopniem wtajemniczenia, jaki dane nam było osiągnąć stał się kilkutygodniowy romans z włoskim „systemem marzeń” w skład którego weszły odtwarzacz CD-1000, przedwzmacniacz P-1000, dwie (zmostkowane) końcówki mocy PA-1175 i iście zjawiskowe, modułowe kolumny XS-85. Jeśli zastanawiacie się Państwo, cóż po takim zestawie wziąć na tapet, by nie czuć oczywistego, egzystencjalnego rozdarcia wynikającego z konieczności ewentualnego kompromisu i obniżenia lotów, spieszę z wyjaśnieniem, iż nic takiego miejsca, przynajmniej na razie mieć nie będzie, gdyż dzięki częstochowskiemu dystrybutorowi marki zawitał do nas topowy przedwzmacniacz gramofonowy Gold Note PH-1000, któremu śmiało, podobnie do naszpikowanych wszelakim dobrem górnopółkowych integr, już na starcie można dodać przedrostek „super-”.
Jak przystało na reprezentanta topowej linii PH-1000 prezentuje się nad wyraz okazale i atrakcyjnie, gdyż zgodnie z firmowymi kanonami unifikacji wszelakiej maści manipulatory, przełączniki i hebelki zostały zredukowane do postaci pojedynczej, acz wielofunkcyjnej gałki SKC (Single Knob Control) wspomaganej 2,8″ kolorowym wyświetlaczem TFT. Wystarczy tylko poprzez jej obrót wybrać interesujący nas parametr, wciśnięciem odblokować jego edycję, dokonać stosownych nastaw i zatwierdzić. Prosto, szybko, elegancko. Na froncie nie zabrakło oczywiście ulokowanego nieopodal lewego górnego narożnika złotego medalionu z podobizną starożytnego rzymskiego legionisty dmącego w róg buccina i … wyjścia słuchawkowego ujęte w ramy wyznaczone przez dwa pionowe srebrne pasy zagłębione w tafli frontu. Kolejny jego portret, tym razem wkomponowany w okrągłe podfrezowanie, znajdziemy na gęsto ponacinanej po bokach płycie górnej. Generalnie warto zwrócić uwagę iż zamiast standardowych blach Gold Note stosuje masywne, szczotkowane i anodowane na czarno, srebrno, bądź złoto aluminiowe płaty o niemalże półcentymetrowej grubości. Jednak prawdziwą radość dla oczu stanowi widok ściany tylnej, z której oszałamiająco bogata ofertą mógłby konkurować chyba jedynie Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl. Znajdziemy bowiem na niej trzy pary wejść RCA i dwie XLR, z których dwie (po jednej z każdego typu) z pomocą frontowej gałki możemy przestawić w tryb pracy liniowej (z pominięciem korekcji dedykowanej wkładkom gramofonowym) oraz zdublowane – dostępne zarówno w formie pary RCA, jak i XLR wyjścia analogowe. I tutaj kolejna miła niespodzianka. Otóż dostarczona do nas sztuka była wersją „fullwypaśną”, czyli doposażoną w pracujący w klasie A moduł przedwzmacniacza liniowego. Tego typu modyfikacje w Gold Note nie dziwią, gdyż jest to możliwe dzięki jego modułowej budowie, co dobrze wróży na przyszłość, odnośnie ewentualnych, późniejszych upgrade’ów. A właśnie, skoro o nich mowa, to kolejne terminale służą do podpięcia zewnętrznego stopnia lampowego TUBE-1012/TUBE-1006 oraz zasilania PSU-1250/PSU-1000.
Wzorem swojego młodszego rodzeństwa, również i tytułowe phono oprócz standardowych nastaw dotyczących impedancji (12 opcji), pojemności (6 opcji) i wzmocnienia (7 kroków) zapewnia swoim użytkownikom dostęp do alternatywnych dla obowiązującej obecnie krzywej RIAA, ponad czterdziestu (!!!)archiwalnych korekcji, w tym Capitol, Columbia / CBS, Deutsche Grammophone, Decca London USA, Decca London UK i Decca Mono 78rpm, Epic, HMW, Mercury, RCA Victor, Philips, Elektra, L’Oliseau-Lyre, Parlophone. Z miłych dodatków warto wspomnieć o eleganckim, systemowy pilocie, który pozwala nie tylko, nie ruzając się z ulubionego fotela zmienić źródła, lecz również poszczególne nastawy a w naszej wersji również nader dokładnie operować głośnością.
I na koniec jedna, dość istotna uwaga natury użytkowej. Otóż choć producent chwali się, iż dzięki zastosowaniu m.in. „filtrów audio o zerowych zniekształceniach i szumach” oraz wyeliminowaniu negatywnych sprzężeń zwrotnych, PH-1000 jest „najcichszym przedwzmacniaczem gramofonowym na rynku”, to przynajmniej nasz – dostarczony na testy egzemplarz niezwykle trudno było za cichy uznać. Mówiąc wprost, jego szum własny był wyraźnie słyszalny, do czego przy „normalnych” – nisko, bądź średnio- skutecznych kolumnach (vide moje Contoury 30) można się było przyzwyczaić, lecz już przy 109 dB Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26, które mamy zaszczyt u siebie gościć, sytuacja okazała się delikatnie mówiąc nieco problematyczna a stereotyp „szum starej płyty” nabrał zdecydowanie nieoczekiwanej, namacalnej postaci.
Abstrahując jednak od owego nadprogramowego, jednak jak by nie patrzeć w pełni analogowego „podkładu”, uczciwie trzeba przyznać, że PH-1000 dość zauważalnie różni się brzmieniowo od swojego młodszego rodzeństwa. To co w PH-10 sprawiało przyspieszone bicie serca, czyli ponadprzeciętna dynamika i spontaniczność, tym razem ewoluowało do zdecydowanie bardziej dojrzałej i wyważonej formy. Nie oznacza to bynajmniej emocjonalnego zdystansowania, czy też zachowawczości a raczej skierowanie uwagi na wyrafinowanie i wszechobecny, oparty na dostojeństwie spokój. Dziwne? Niekoniecznie. Po prostu o ile mniej więcej dziesięciokrotnie tańszy PH-10 ze swoim nieco zawadiackim temperamentem wprost idealnie wpisywał się w, jak to Jacek poetycko określa, „muzykę buntu” w stylu „Extreme II – Pornograffitti” Extreme, podkręcając tempa, dociążając przekaz i suto okraszać go wysokooktanową adrenaliną, to PH-1000 zdecydowanie bliżej było nostalgicznej zadumie emanującej z „You Want It Darker” Leonarda Cohena. Inny punkt widzenia wynika niejako z „targetu” – docelowego odbiorcy a tym samym preferowanego przez niego repertuaru. Bądźmy bowiem szczerzy, odsetek miłośników Sepultury, Slayera i Behemotha wśród mówiąc wprost majętnych, proszę pamiętać, iż poruszamy się na pułapie 40-60 kPLN, audiofilów i melomanów będzie w zdecydowanej mniejszości w porównaniu z wiernymi akolitami twórczości jeśli nie Brucknera i Wagnera, choć akurat w jego przypadku ekipa Apocalyptici świetnie się spisała, to z pewnością Milesa, Trane’a, czy Stańki. Czyli osób operujących w nieco bardziej cywilizowanych nurtach muzycznych. Z topowym Gold Notem otrzymamy zatem niezwykle spójny, koherentny przekaz z odpowiednią przestrzenią i w pełni komfortowym dystansem dzielącym nas od pierwszoplanowych solistów, co jest kolejną różnicą w stosunku do 10-ki, która poczynania frontmanów potrafiła przybliżać. Ot, zajmujemy miejsca w dajmy na to piątym rzędzie widowni i dzięki temu jesteśmy wystarczająco blisko, by dostrzegać mimikę i wirtuozerię gwiazdy wieczoru a jednocześnie bez niepotrzebnego kręcenia głową obejmujemy wzrokiem całą scenę i rozgrywający się na niej show. To trochę tak, jakbyśmy porównywali wersję mono i stereo genialnego „Sketches of Spain” Milesa Davisa. Jedna daje nam bliskość i namacalność pierwszego planu a druga przestrzeń i lepszą separację źródeł pozornych. Czyli każdy powinien posłuchać obu i dopiero na tej podstawie zadecydować, który „pomysł na dźwięk” bardziej wpasowuje się w jego gusta. PH-1000 podaje dźwięk trąbki Milesa bardziej eterycznie i zwiewniej, aniżeli robiła to 10-ka, jednak nie zaburza to ani równowagi tonalnej, ani nie powoduje zbytniej ekspansywności górnych rejestrów. Z kolei na „Moonlight Serenade” Raya Browna i Laurindo Almeidy pierwsze skrzypce grała artykulacja przesuwając na dalszy plan kwestie gabarytów i pojemności pudeł rezonansowych.
Czy zatem z włoskim super-phono zdani jesteśmy li tylko na naturalne instrumentarium i muzykę młodości poprzednich pokoleń? Absolutnie nie, wystarczy bowiem sięgnąć po „Lo-Fi Lo-Ve” i na własne uszy przekonać się ileż dobrego z elektronicznego instrumentarium był w stanie wyczarować Tomasz Pauszek. Właśnie tutaj owa trójwymiarowość prezentacji i budowanie istnych hektarów przestrzeni powoduje, że oniryczne plamy dźwiękowe nader szczelnie wypełniają pokój odsłuchowy. Chociaż nie. Źle się wyraziłem. One może nie tyle wypełniają, co transformują go do roli wrót do autorskiego mikrokosmosu, czyli my pozostajemy tam, gdzie byliśmy – nadal piastując rolę obserwatora, lecz zamiast naszego systemu mamy „okno na świat”. Świat rodem z opowieści SF, międzygalaktycznych sag i Avatara w 3D i 4K.
Gold Note PH-1000 wydaje się nader ciekawą a przy tym zdecydowanie bardziej „przyszłościową” – odporną na technologiczne zawirowania, kontrpropozycją dla zyskujących na popularności wysokiej klasy przedwzmacniaczy z zaimplementowanymi układami zaawansowanych DAC-ów. Powód? Dość oczywisty. Warto mieć bowiem na uwadze, iż zmiany w domenie cyfrowej następują z taką dynamiką, że na dobrą sprawę chcąc być zawsze na czasie i korzystać z uroków najnowszych układów musielibyśmy żonglować naszymi komponentami niemalże co sezon zmieniając je na nowsze – aktualne. Tymczasem w analogu raczej już nikt nic nowego, rewolucyjnego nie wymyśli, więc mając kilka gramofonów, bądź jeden, lecz kilkuramienny/z wymiennymi headshellami spokojnie możemy zaprząc tytułowe włoskie phono również do roli przedwzmacniacza liniowego a ustawiając jedno z jego wejść na pozbawione korekcji podpiąć do niego koncentrującego cyfrowe peryferia DAC-a. Wszystko jednak zależy od naszych indywidualnych potrzeb i decyzji dotyczących ewentualnej ścieżki dalszej rozbudowy konkretnego systemu. Jeśli jednak na chwilę obecną zapuściliśmy korzenie w analogu i świata poza nim nie widzimy, co poniekąd znajduje odzwierciedlenie w posiadanym „parku maszynowym” a jednocześnie nie wykluczamy przygody z plikami i coraz powszechniejszym streamingiem, to PH-1000 taką otwartą furtkę nam zostawia.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Dzisiejsze spojrzenie na dostarczony do zaopiniowania komponent audio, od strony kolejności tego typu działań na naszym portalu jest pewnego rodzaju pożądanym, jednak stosunkowo rzadkim przypadkiem. Być może kogoś zaskoczę, ale odnoszę się w tym momencie do bardzo częstego u nas, pierwszego zderzenia się z zazwyczaj topem danej marki, by w kolejnych starciach schodzić w dół jego cennika. Naturalnie nie mamy z tym problemu, jednak zapewniam, iż tak jak dzisiaj, znacznie łatwiej jest opisywać progres jakości dźwięku, aniżeli pokazywać palcem, gdzie w sferze brzmienia niższych jakościowo komponentów producent oddał nieco pola. Na szczęście tym razem robimy to po Bożemu, co nie tylko nam, ale również potencjalnym zainteresowanym dzisiejszym bohaterem spotkania, pozwoli zrozumieć obrany przez konstruktorów kierunek sonicznych działań w zakresie przetwarzania sygnału z wkładki gramofonowej. Gdy z grubsza wiemy już, w co tym razem mówiąc kolokwialnie wdepniemy, miło jest mi oznajmić, iż po dwóch podejściach do niższego modelu PH-10 – bez i z dodatkowym zasilaczem – tym razem pochylimy się nad flagowym, w wersji testowej wyposażonym w regulację sygnału wyjściowego i wzmacniacz słuchawkowy, włoskim przedwzmacniaczem gramofonowym Gold Note PH-1000, o którego wizytę w naszej redakcji, planowo prezentując progres jakości dźwięku w zależności od pozycji w cenniku, zadbał częstochowski dystrybutor.
Na tle młodszych braci topowy phonostage osiąga typowe dla znaczącej większości elektroniki z tego segmentu, rozmiary w kwestii szerokości, głębokości i wysokości. Front 1000-ki mimo swoich sporych rozmiarów na szczęście nie został zbytnio przeładowany wizualnie, dlatego mimo wkomponowania weń sporego wyświetlacza nie przytłacza użytkownika nadmiarem bodźców. Patrząc od lewej strony znajdziemy na nim okalaną dwoma pionowymi, srebrnymi paskami i ustawioną w pionie serię: mieniące się złotem okrągłe logo marki, niebieską diodę sygnalizującą pracę urządzenia, oczko odbiornika fal pilota zdalnego sterowania i na samym dole gniazdo słuchawkowe. Tuż obok, jednak nadal lekko z lewej strony konstruktorzy zaaplikowali wspomniany, kolorowy, wielofunkcyjny, bo pokazujący każdy wybrany set up urządzenia wyświetlacz. Zaś na prawej flance oprócz oznaczenia nazwy brandu i modelu dostajemy do dyspozycji bardzo istotną, obsługującą wszystkie nastawy okrągłą gałkę. Owe funkcje to nie tylko dostosowanie phono do konkretnej wkładki, ale również wybór odpowiedniej korekcji krzywej – innej niż RIAA – dla słuchanej w danym momencie płyty – mam na myśli przypadki zastosowania podczas produkcji płyt w czasach jej świetności korekcji typu Decca, London, czy Columbia. Patrząc na naszego bohatera z lotu ptaka, zderzamy się z ciekawą, mimo sporego zaawansowania w detale, konsekwentnie podążającą drogą wizualnego spokoju obudową. Jej stylistyczną atrakcją oprócz wytłoczonego w centrum logo marki są rozmieszczone symetrycznie, rozpoczynające się półkolem w okolicach wspomnianego exlibrisu, przechodzące na boczne ścianki z podobnym zaobleniem na drugim końcu, dbające o grawitacyjną wentylację trzewi serie poprzecznych nacięć. Jeśli chodzi o rewers, ten jak przystało na urządzenie z segmentu High End spełnia najbardziej wyszukane potrzeby melomana. Z najdziemy na mim trzy wejścia RCA i dwa XLR dla dowolnych wkładek gramofonowych, bądź innych źródeł analogowych, wyjścia sygnału liniowego RCA i XLR, gniazdo na dodatkowy zewnętrzny zasilacz, komputerowy terminal dla ewentualnego serwisu lub upgrade’u urządzenia, włącznik główny i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Miłym dodatkiem od producenta jest dodawany w komplecie, pomagający wykorzystać sterowanie głośnością z miejsca odsłuchu, pilot zdalnego sterowania.
Próbując wykorzystać w tej opinii poprzednie testy młodszego rodzeństwa PH-1000, jedno jest pewne. To na tle poprzedników jest znacznie dojrzalsze granie. Jednak nieco naprowadzając Was na odpowiedni tor zrozumienia tego terminu, muszę coś wyjaśnić. Otóż za dojrzalsze wielu miłośników muzyki uważa to, co zdecydowanie bardziej rzuca się w ucho. Mówię o prezentacji z pogranicza „łał”, czyli wszystko podane na talerzu, ze wskazaniem na wybijanie się poszczególnych składowych. To oczywiście może się podobać, jednak nie do końca w prawdzie o muzyce o to chodzi. W moim, zaznaczam przy tym, że kilkukrotnie potwierdzonym przez topowe konstrukcje odczuciu, dojrzalszy dźwięk ma odznaczać się odpowiednim wyważeniem ilości informacji z podaniem ich w odpowiedniej temperaturze barwowej i być dalekim od nadinterpretacji. Być może się zdziwicie, ale to bardzo wpływa na tak ważną dla analogu, emocjonalność przekazu, nawet w przypadku muzyki wydawałoby się dalekiej od takich konotacji – o tym za moment. Co ciekawe, w pierwszym zderzeniu taki stan rzeczy może powodować odczucie wycofania się dźwięku, jednak zapewniam Was, po akomodacji i zrozumieniu tematu, zazwyczaj okazuje się, iż owa z pozoru mniejsza wyczynowość jest bliższa jego żywej – czytaj naturalnej – odsłonie. Jak zatem w oparciu o powyższy wywód wypadł topowy model phonostage’a Gold Note PH-1000?
Na szczęście dla jego występu w tym teście bardziej wyrafinowanie od tańszych w dobrym tego słowa znaczeniu – oczywiście w odniesieniu do zajmowanego miejsca w cenniku – osobników z syndromem ADHD. Muzyka przestała mnie atakować, tylko dzięki nabraniu odpowiedniego body zaoferowała fajną spójność ilości informacji z niezbędnym dla ich dobrego osadzenia na wykresie zbliżania się do dźwięku life, nasyceniem. Pierwszy efekt był bliski temu, o czym wspominałem w poprzednim akapicie, czyli system przestał świecić, powodując minimalne przygaszenie światła na scenie. Jednak natychmiastowym feedbackiem tego działania okazała się być możliwość lepszego skupienia się na samej muzyce. Muzyce barwniejszej, a przez to pokazującej znacznie więcej emocji, a chyba zgodzicie się ze mną, że bezapelacyjnie głównego zamysłu wszystkich, powtarzam wszystkich artystów. Jaki jest powód podkreślenia znaczenia słowa „wszystkich”? Spójrzcie na sesję zdjęciową słuchanych płyt, a okaże się, że jedną z głównych ról zagrała kojarzona z buntem przeciwko wszystkiemu na tej planecie, grupa Led Zeppelin z krążkiem niosącym nazwę zespołu z oznaczeniem II. Wszyscy ją znają, ale zazwyczaj w tańszych konfiguracjach sprzętowych albo zwyczajnie krzyczy – zestawy nadpobudliwe, tudzież zbytnio akcentujące krawędzie dźwięku, albo milusińsko ociera się o stan po spożyciu pavulonu – konfiguracje nazbyt osadzone w masie i barwie. Tymczasem w wykonaniu włoskiego przedwzmacniacza nie tylko nie zagubiłem wyrazistości i fenomenalnego przemieszczania się pomiędzy kanałami, z tego co mi wiadomo tylko raz wykonanej z takim poczuciem flow, ulubionej chyba przez wszystkich miłośników tej formacji solówki, ale również jako pokaz umiejętności Włochów zyskałem świetne połączenie agresji i barwy każdej szarpniętej struny, o świetnym występie wokalnym i instrumentalnym reszty zespołu nie wspominając. To było połączenie energii, a przy tym szybkości i wyrazistości przekazu, co w moim odczuciu od strony po raz kolejny przywoływanej dojrzałości dźwięku, postawiło tańsze produkty tego brandu do przysłowiowego kąta. Jednak zaznaczam, do tego trzeba dojrzeć, co notabene z doświadczenia wiem, że nie jest takie oczywiste, gdyż znając sporą rzeszę miłośników analogu, na palcach dwóch dłoni jestem w stanie policzyć tych w pełni rozumiejących temat. Wieńcząc pakiet informacji na temat emocji podczas słuchania tego czarnego krążka, nie mogę nie wspomnieć, iż owa, będąca rasowym wulkanem muzyka nie siliła się na nadmierną wyrazistość lub energetyczną przebojowość, a mimo to usłyszałem w niej znacznie więcej emocji, niż podczas testowego odtworzenia z modelem PH-10. Sorry panowie, ale tak to widzę i gdy zajdzie taka potrzeba, do końca mojego lub sparingpartnera będę o to kruszył przysłowiową kopię.
Drugim w kolejce materiałem muzycznym była interpretacja chóralnej muzyki kościelnej Jacoba Obrechta „Missa Fortuna Desperata”. Naturalnie powodem jej wizyty na talerzu gramofonu było potwierdzenie teorii, iż umiejętne oddanie zbytniej dosadności przekazu na poczet ukulturalniającego go uplastycznienia, co najmniej nie zaszkodzi, a w dobrej konfiguracji sprzętowej najczęściej pomaga ogólnej prezentacji. W efekcie dzięki lepszemu osadzeniu głosów chórzystów w barwie i minimalnemu zaciemnieniu atmosfery, znacznie wyraźniej w estetyce oddania mroczej kubatury kościoła, kreowała się wirtualna scena, ze szczególnym uwzględnieniem jej głębokości i namacalności każdego znajdującego się na niej źródła dźwięku. Oczywiście natychmiast w górę powędrowała mistyka tego sakralnego przedsięwzięcia, co niestety z przykrością stwierdzam, nie zawsze bywa na tak dobrym poziomie, jak w przypadku 1000-ki, za co należą się zasłużone brawa.
Na koniec kilka zdań o twórczości elektronicznej na przykładzie artysty o pseudonimie Moby z płytą „Wait For Me”. Naturalnie pierwszym ocenianym niuansem była lotność i zadziorność dobiegającej do mnie muzyki. Ta potwierdzając poziom jakości prezentacji, wypadła bardzo dobrze. Nadal w ogólnym odbiorze brzmiała spektakularnie. Jednak nie w stylu ofensywy ponad wszystko, tylko gdy wymagał tego materiał, konsekwentnie rysowała ostre krawędzie, ale przy tym nie zapominała również o zawartości dźwięku w dźwięku. Tłumacząc to na nasze, gdy głównym mottem były komputerowe wariacje na temat ostrych brzmieniowo przecinków lub dłuższych modulacji nutowych, z powodzeniem kaleczyła moje uszy, a gdy do głosu dochodził wokal, ten oferował fajną dawkę gładkości i barwy. Oczywiście, gdy zderzylibyśmy tę prezentację z poprzednio ocenianymi konstrukcjami tej manufaktury, wielu z Was prawdopodobnie wybrałoby tamte występy. Jednak to już byłoby konsekwencją osobistych wyborów, a nie jakości w wartościach bezwzględnych, o które nie zawsze wszyscy walczą, a z których co poniektórzy nawet nie zdają sobie sprawy. Dla mnie tytułowy phonostage prezentuje wyższe wtajemniczenie w dziedzinie obsługi wkładki gramofonowej i basta.
Mam nadzieję, że zrozumieliście, co powyższym tekstem chciałem przekazać. To w skrócie jest zwrócenie uwagi na umiejętne zbilansowanie wyrazistości przekazu z jego osadzeniem w realiach barwy i namacalności. W przypadku Gold Note’a w moim odczuciu Włosi zrobili to umiejętnie. Czy na tyle, aby rozkochać w sobie wszystkich? To niestety jest utopią, jednak wiedzący czym odznacza się bliski prawdy dźwięk z pewnością przynajmniej zapoznają się z tytułową ofertą. Ofertą pełną zrównoważenia emocji i informacji, co w pierwszym odczuciu może nieść ze sobą efekt pozornego cofnięcia się dźwięku, ale w ostatecznym rozrachunku znacznie zbliży nas do znacznego zwiększenia poczucia bliskości ze słuchaną muzyką. Czy widzę jakieś wady? Od strony sonicznej pomijając często wyimaginowane oczekiwania potencjalnych zainteresowanych raczej nie. Niestety od strony użytkowej, co prawda drobną, ale jednak techniczną w bardzo rozdzielczym systemie był słyszalny szum własny urządzenia. Czy dokuczliwy? To musicie zweryfikować w swoich zestawach, które mogę to różnie zinterpretować. Ja na podczas użytkowania kolumn o skuteczności na poziomie około 110 dB tylko sygnalizuję jego byt. Reszta aspektów naszego punktu zainteresowania bezapelacyjnie jest na wysokim poziomie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Gold Note
Ceny
Gold Note PH-1000: 44 160 PLN
Gold Note PH-1000 PREAMP: + 17 940 PLN
Dane techniczne
Wejścia: 2 pary RCA, para XLR (opcjonalnie dwa konwertowalne wejścia liniowe)
Wyjścia: par RCA, para XLR,
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 KHz Konfiguracja 40 krzywych EQ,
THD (całkowite zniekształcenia harmoniczne): <0,01% MAX
Zakres dynamiki: 110dB
Impedancja wyjściowa: 50 Ω
Czułość wejściowa: 0,1 mV MC, do 8,0 mV MM
Impedancja wejściowa: 12 opcji do wyboru [100KΩ, 75KΩ, 47KΩ, 33KΩ, 22KΩ, 1KΩ, 470Ω, 220Ω, 100Ω, 47Ω, 22Ω, 10Ω]
Pojemności wejściowa MM: 100 pF, 150 pF, 220 pF, 330 pF, 470 pF, 1000 pF
Wzmocnienie: 65dB MC, 40dB MM z 7 opcjami (-9dB, -6dB, -3dB, 0dB, + 3dB, + 6dB, + 9dB]
Włączany / wyłączany filtr subsoniczny: 10 Hz / 36 dB na oktawę
Regulowane tryb mono / stereo
Zamiana kanałów R / L, L / R
Krzywe korekcji: > 20 krzywych dla Stereo, Mono i 78rpm + 4 manualne nastawy, możliwość ustawienia płaskich charakterystyki dla wejścia liniowego
Odbiornik podczerwieni do zdalnego sterowania WIFI (opcjonalnie)
Pobór mocy: 30 W
Wymiary (S x W x G): 430 x 135 x 375 mm
Waga: 11 kg
Opinion 1
Half-jokingly half-seriously I could write that it was not meant to be this way, and our agreement with Angus Leung from WestminsterLab we made last year, during the Audio Video Show, was different. We discussed the test of the Rei monoblocks, which debuted during that show, very interesting and surprisingly compact for the declared class A, which interested us from the very beginning. Putting aside the fact, that they were in just-after-prototype-toddler status, we assumed, that until the next Show, everything will be finalized and a pair of those amplifiers will come with us for testing. But life is writing different scenarios, which are often different to our plans. Audio Video Show 2020 did not happen, and the amplifiers, together with a dedicated pre-amplifier Quest, just arrived in Poland and we received a package containing … a modest USB cable. Was this a surprise? Generally speaking – it totally was. However nothing flames emotion and rises the temperature of discussion as high as cables do, especially the digital ones. So not to prolong the introduction unnecessarily let me invite you to a meeting with the cable WestminsterLab USB Standard, supplied by the Wroclaw Audio Atelier.
Modesty, restraint, elegance. Those three words describe best our tested cable. No glamor, no attempts to lure our attention with stereotypical far-eastern ornaments. Just a plain cardboard box covered with grey foam protecting the very inconspicuous cable, covered with white, cotton sleeve. Even the plugs, covered with black heat shrink do not look special, they are not even gold plated. The only decorative element is the polished, metal muff with the manufacturer’s logo on it. And here we were for another surprise, as instead of creating cosmic theories, Angus Leung just told us, that this muff has some anti-vibration effect, but it is only coming from its mass, as the main goal is to feast the eye and add some weight to a very light and flabby cable.
Regarding its construction, you probably already know, that we did not attempt any vivisection, or take any X-ray of the cable. So the only source of information remains the manufacturer, who told us, that in the Standard he used two kinds of proprietary conductors, with hand polished and cryogenically treated Autria Alloy – one with an overage (>97%) copper and the second one with an overage of silver (>95%). Each of the mentioned conductors is covered with a thin layer of epoxy resin and then placed in a Teflon tube. The next step is to twist the signal wires appropriately, with their twist angle changing and depending on the final length of the cable. This process gained a company name – Vari-Twist technology. Finally carbon fiber is used as shield.
To understand the tested cable, it is worth to visit the company web page and click through it. There we should find a very interesting citation from Jalāl ad-Dīn Muhammad Rūmī, which, in a way, resolves the mystery behind the cable:
“The truth was a mirror in the hands of God. It fell, and broke into pieces.
Everybody took a piece of it, and they looked at it and thought they had the truth.”
Too ambiguous, metaphoric and unclear? Absolutely not. This is an almost ideal description of our hobby and passion, audio. Please have a closer look at our audiophile snippet of reality. All those fierce discussions, inevitable polarization of beliefs and trying to prove that “white is white, and black is black” come from the conviction, hidden deep in our (sub)conscious mind – that our/my truth/reason is the universal one and only. Only our judgment, our assessment is the proper one, only one certain manufacturer, or we alone, tinkering at our kitchen table, have the knowledge where truth is and what is the one and only correct way of getting there. But when we try to approach the whole from a broader perspective, globally, we will quickly realize, at least if we will not clingingly hold on to our beliefs, and the more or less imaginary dogmas, that we operate with only one of the truths, and usually the least true one of them all.
On the other hand, WestminsterLab sees it as a goal, to collect all the different shards of truth into a complete whole. To reproduce the state from before the shattering and give everybody full insight into the situation. And please believe me, and for now you can only take my word for it, that if they did not reach this goal in 100%, they came extremely close to it.
After some courteous burn-in period, allowing the tested cable ample time for accommodation, I reached for contemporary classical music, not really in-line with my preferences, but with the pandemic, it lately started to appeal to me like never before. I am talking about two, very close in terms of climate, symphonic albums “New Seasons – Glass, Pärt, Kancheli, Umebayashi” by Gideon Kremer and Kamerata Baltica, and “James Horner: Pas de Deux” from the Maria and Hakon Samuelsen siblings. Why that? Among other things due to the freedom of interpretation, what in fact means lack of any imposed boundaries or ways of perception of the “Violin Concerto No. 2 – The American Four Seasons” from Glass. It is the listener who decides, which one of the eight, or to make things simpler, which one of the four pairs of “cells”, should be attributed to the seasons. On the other hand, the opus of maestro Horner also escapes any pigeonholing, as it does not have anything in common with the super-productions in the likes of “Titanic” or “Avatar”, which come to mind when we hear that last name, but this is true classical music, and at that written for a very specific instruments – in this case violin and viola, supported by a symphonic orchestra. So we have something not so obvious, requiring focus, and due to the phenomenal recording also being multilayered and multithreaded, needing your full attention to enter deep enough into the structure and musical tissue. But what would come from our good will and effort, if our audio system, our probing tool, would not be up to par in terms of resolution or ability to reproduce emotion in music, or even worse, would imply on us its own interpretation. The WestminsterLab USB Standard has nothing of that. In general we can assume it does not have any character of its own, becoming a mirror, where everyone looking in there, can see his or hers own reflection. So we get the truth about the recording, but also, regardless if we want it or not, the truth about our stereo.
Now we are approaching the core of what the WestminsterLab cable is or is not. I did not use the term “does” on purpose, because it does nothing, what standard cables do – it does not hurt the sound. It is worth knowing, that the ideal cable connection is the one … that is not there, because any additional connection only degrades the sound, and the measure of success is to keep this degradation at a minimum. I will even say more – the WestminsterLab releases the potential of our system, it flushes its arteries and makes the sound free. Everything becomes more real, more palpable but not obtrusive, clearer but not overdrawn – in general more truthful. But no, not more truthful – just plain true. It is easiest to notice in the area of dynamics, the macro and the micro one. The limitation for presentation of energy just disappears. We get the full package, so I warn you, that it would be recommendable, to have the rest of the system being able to make use of that. Looking for analogies the “pink candy” comes to mind, the family of Furutech DSS-4.1 and DPS-4 (currently in version 4.1), which, when placed in appropriate system, can come very close to the audiophile nirvana.
Interestingly, to feel this freedom, this breath, which almost causes hyperventilation, you do not need to go for Hollywood super-productions like “Gladiator”, it is enough to play the melancholic album “Another Bundle of Tantrums” Jasmine Thompson. It is so, that the ability of transferring energy on the level of single Joules happens on molecular levels, and we do not need concert-like levels of volume and a wall of sound. However there was a temptation to feel the roar of thousand throats of the crowd below the scene, and once it got too strong to combat it, I reached for “Hunter’s Moon” by Delain and then for the club “Live at the Hollywood Palladium” by Keith Richards and the X-pensive Winos. And what? Maybe you will not believe it, but the WestminsterLab clearly showed, that the old guys still have something going on, and this relic of the past, I mean Keith, has a lot more fire and energy in him than most of those young guys yelling to the microphones. Putting aside the very rough, or even crude, sounds, the presence of being there and then had the intensity, that puts the contemporary VR toys to shame. If we add to that a very contagious motoric, which does not allow to sit quietly for even a moment, it becomes clear, that our neighbors will enjoy our beloved recordings with us. Of course, on civilized or even late night volume levels, everything is clearly visible and audible, but let us be frank – we do not buy a 771 HP Mustang Shelby GT500, to drive in tempo 30 areas.
Concluding I will allow myself another thought. An afterthought I got after some time of listening, realizing that the WestminsterLab USB Standard, despite dynamics, freedom and precision being its main characteristic, does not up the bass or tempo. Actually the exact opposite happens. It keeps the whole sound in an iron grip, or better said in a copper-silver grip, emphasizing on linearity, differentiation of structure and nuances rather than showing off, carving mass and muscle, which would serve no purpose at all. And the Asian cable absolutely has a purpose – it should deliver us the truth. All the truth, regardless of what it is.
OK, so what is the end result of my writing? I dare to say, that the WestminsterLab USB Standard is a very good cable, even a brilliant one. Is it a cable for all? I sincerely doubt that, as not everybody likes the truth being served straight up, instead of flattering him or her. This is why I am painfully aware, that with competition sounding more spectacular, upping the tempo much more, or saturating and making the sound beautiful beyond belief, the tested cable might come through as less convincing, at least in the beginning. But please believe me, this visual and sonic mixture of minimalism and purity becomes its greatest asset with time.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Power conditioner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Ethernet cables: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence
– Table: Rogoz Audio 4SM
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
You do not need to be an extremely old music lover to remember the times, when people talking about importance of cabling of audio systems in terms of audio quality, were called names. Of course, after years and years of proving, that power and analog transfer of signal between components influences the sound, the burning piles prepared for the heretics were finally extinguished. Not for long, as another fight started soon, but this time around digital transfers, where zeros and ones were passed through LAN or USB cables and should be absolutely immune to any outside influence. So how long will this fight last? I cannot assess that, and frankly speaking, I am completely not interest in it, despite knowing, that I am treading on thin ice. The proof of the latter is, that I am taking another adventure with a digital cable. Which one? Like mentioned in the title – the WestminsterLab USB Standard from Hong Kong, distributed in Poland by Art&Voice / Audio Atelier from Wroclaw.
As you can see on the attached photographs, the tested cable is absolutely not monstrous. However after checking back with the manufacturer, this is not a result of any savings, being that financial or resource ones, but the need to propose a cable, which will fulfill its role, but without overblown looks. In terms of the conductors, after many tests with pure copper, gold alloys, silver and many other materials available on the market, the company decided to develop their own product, called Autria Alloy. In case of the tested USB Standard, two different wires were used – one based on 97% copper and the second one based on 95% silver; both cryogenically treated. What is important in the manufacturing process, each of the cryogenically treated solid-core wires is hand polished and then coated with a thin layer of epoxy resin, to protect it from oxidizing. Such half-product is then placed in a thin Teflon tube. The following step is the proprietary Vari Twist – twisting of the signal wires with changing twist angles. Finally the cable is shielded with braided carbon fiber. The whole is then placed inside an opalescent, white, braided sheath. But this is not all – to eliminate detrimental vibration, close to the USB plug, a nicely looking barrel with the company logo and model name was placed. For the transfer of the completed product to the customer, the cable is packed in a nice box, upholstered with appropriately shaped foam.
If I would need to define the changes introduced by the tested USB cable, with a sneer I could tell, that a visual representation of the zeros and ones would be writing them in Cyrillic alphabet. I am not joking, as in my opinion, this transcript translated one-to-one the sonic result of the test system. What did that mean? As you know, the mentioned style of writing letters and numerals, compared to the commonly used Arabic one, seems very distinct on its edges. And this edginess, colloquially speaking, was the analogy to the definition of the virtual sources. It concentrated the sound inside, what cleaned the virtual background from unneeded distortion. I got a much clearer sound, what on one hand allowed me to listen to music at much lower volume levels, with the same packet of information being received, and on the other hand, due to the lowering of the parasitic distortion, if we want to virtually attend the live performance we are just listening to, we can turn the volume knob to the right without any issues. Important is, that all this happened without the cost of thinning of changing the tonal balance of the music reaching my ears. I checked that very thoroughly, using very strong albums from Jordi Savall discography, like “El Cant de la Sibil.la”. The voice of his, unfortunately late wife, Montserrat Figueras, did not lose anything from its body, which was brilliantly decaying among the musicians in the monastery. Also due to the removal of the “fog” around the musicians, I could enjoy even more the reality of the echo, the natural emotion amplifier of such recordings, which was phenomenally used by the sound engineer. It was omnipresent, but still not exaggerated. A similar situation happened in jazz-like genres, especially in creations from ensembles which “play with silence”, like for example RGG in the compilation disc “Szymanowski”. During listening to that disc, the key word for the sound was transparency, without any overinterpretation, what resulted in brilliantly reproducing the artistry of the cooperation between the noble piano with the double bass, which treated the body and strings equally, and that all backed by cymbals, present everywhere. And what about heavy rock? What about what? It was normal, what means skillfully healing the usually very bad masters. Were it Metallica, Slayer or AC/DC, removing the delicate fog did far more good than bad. Why? Like I mentioned – better contours of the sound avoiding its thinning. Unfortunately this does not always goes hand in hand, so confirming the claims of the manufacturer on my own, using very demanding musical material, can result only in giving him the highest praise.
So whom would I recommend the tested cable? I do not know how you see it, but I do not see any counterindications to recommend it to everybody. Bettering of the contours of the sound, without raising its tonal balance, should not hurt anybody. If this still happens, by any coincidence, then I would not blame the WestminsterLab USB Standard for that, but the system it was plugged into, as it achieved the apparent esthetic of saturation by being mudded by the cable used before. Of course I understand, that potential beneficiaries of such result will fight like lions, to show, that this problem is caused by something completely different. But I assure you, treating the plague with cholera, by which I mean curing a too light sound with a dense cable, will finally come out to the light of the day, and the tested cable from Hong Kong, will be one of the first, to clearly show it.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD transport” CEC TL 0 3.0, Melco N1Z/2EX-H60
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Reference clock: Mutec REF 10
– Reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Loudspeakers: Dynaudio Consequence
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
– IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi; Vermouth Audio Reference Power Cord
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: RCM THERIAA
Polish distributor: Audio Atelier
Manufacturer: WestminsterLab
Price: 1390 € / 1m; 1890 €/1,5m; 2390€/2m
Niestety nie posiadam dokładnej wiedzy, jak sumiennie śledzicie nasze około-sprzętowe perypetie, dlatego też mając na uwadze potencjalną przypadkowość wejść na nasz portal, w kolejnym lifestyle’owym spotkaniu niezobowiązująco zapytam, czy pamiętacie moją wakacyjną wizytę w Katowicach z taśmą magnetofonową w tle. Tak? Nie? Ja pamiętam doskonale i to z dwóch powodów. Pierwszym była oczywiście świetnie obrazująca przewagę namacalności brzmienia taśmy magnetofonowej nad resztą próbujących ją dogonić protokołów odtwarzania dźwięku z czarną płytą włącznie, oparta o majestatycznie obracające się wielkie szpule, kilkugodzinna muzyczna sesja. Zaś drugim, nie uwierzycie, ba nawet ja nie do końca jestem w stanie tego wyjaśnić, ale o dziwo okazał się być mój zbyt swobodny, lub może z uwagi na zamierzony, bo pisany jako upust wewnętrznych objawów kontrolowanego ADHD, nieco pogmatwany gramatycznie tekst. Przyznaję, dla kogoś zapoznanie się z nim mogło nie być lekkie, łatwe i być może przyjemne, za co, co jakiś czas ktoś sprzedaje mi przyjacielskiego kuksańca, ale żeby wytaczać przeciwko mnie największe, rodem z oblężenia Jasnej Góry działa? Spokojnie, to było pytanie retoryczne, bowiem odpowiedź brzmi, jak najbardziej tak. Czy mam uraz? Nic z tych rzeczy. Czego kolejnym przykładem może być opisana poniżej podobnym do poprzedniego tekstem, będąca następstwem pewnych decyzji, być może bardzo istotna dla wielu zakręconych na punkcie magnetofonów szpulowych freaków, niosąca kilka nie tylko ciekawych, ale dla wielu wręcz strategicznych informacji, tym razem już zimowa wyprawa.
Obserwując załączoną serię fotografii, nie sposób nie zauważyć, iż również tym razem magnetofony szpulowe były główną atrakcją spotkania. Powód? Pierwszym była próba przekucia mojego braku zdecydowania na konkretną decyzję wejścia lub ominięcia świata szpuli szerokim łukiem. Zaś drugim, oprócz zapowiedzi fajnie spędzonego czasu przy kawie okraszonej muzą, magnetofon Studer A807, jako – oczywiście w opinii gospodarzy, czyli panów z RCM – potencjalny pacjent. Jednak nie leżący pod respiratorem z gasnącym oddechem beneficjent obecnie panującej pandemii, gdyż w opinii razem ze mną przybyłego na Górny Śląsk znajomego, nadal bardzo dobrze grający, a przez to od blisko 10 lat sprawiający mu przyjemność, pretendent do rewitalizacji, tylko tak zwany chłopak po kilkudziesięcioletnich przejściach. Po co zatem ta cała zabawa, jeśli właściciel nie zauważa stanu podgorączkowego swojej zabawki? Otóż specjaliści od zagadnień analogowych – dotychczas jedynie w zakresie czarnej płyty – od lata, czyli mojej ostatniej wizyty, w temacie obsługi magnetofonów poszli za ciosem i obecnie oferują usługi przywracania świetności tego typu źródłom dźwięku. To łatwo zweryfikować studiując bibliotekę zdjęć, na których przywołany model ma aż trzy odsłony, w tym jeden w stanie wiwisekcji tuż po wstępnej regulacji wieńczącej wymianę wrażliwych elementów ze szczególnym uwzględnieniem wysłużonych kondensatorów.
I właśnie taki, w pełni sił – już z zewnętrznymi drewnianymi boczkami egzemplarz stanął do boju z podobno również w świetnej formie – to jak wspominałem, była opinia właściciela – magnetofonem przybyłym ze stolicy. Efekt okazał się być miażdżący dla Warszawiaka, co poskutkowało pozostawieniem go na ubranym w biały obrus operacyjnym stoliku na dłużej. Po prostu zaliczyliśmy zderzenie energii z anoreksją, która bez bezpośredniego porównania nie była taka dotkliwa – sam kilkukrotnie tego smakowałem, a która na bazie po-sparingowej wiedzy okazała się być nie do zaakceptowania. Czy to bezpieczne zważywszy na dotychczasowy nurt działań gospodarzy? Tutaj chcę wszystkich uspokoić. Otóż znany chyba wszystkim Roger Adamek nie przeczytał internetu od dechy do dechy dwa razy z rzędu jak Chuck Norris i dzięki temu nie stał się nagle najznamienitszym ekspertem w tej materii, tylko zaprosił do współpracy zajmującego się tą tematyką od 20 lat specjalistę w osobie skromnego, jako wróżba wiedzy dodam, iż nie pierwszej młodości, czyli rokującego solidność wykonywanych napraw, po oczach było widać, iż zakochanego w szpukalach serwisanta. Uspokojeni? Jeśli tak, to w momencie problemów ze swoimi zabawkami wiecie już z kim się kontaktować.
Ale przecież nie samym magnetofonem meloman żyje. Niestety nawet najlepszy, lub najdokładniej odrestaurowany egzemplarz nie wyda z siebie dźwięku bez taśmy. I to była druga ciekawostka śląskiej wyprawy, gdyż nie mam w tym momencie na myśli kupionej w internecie, bliżej nieokreślonej w kwestii oddalenia od taśmy matki jej kopii, tylko jak prezentowałem w poprzednim tekście sprzed pół roku, co najmniej oryginalny produkt komercyjny, albo zaprezentowane mi podczas tego wypadu, o dziwo nowe, firmowane przez znane oficyny wydawnictwa na bazie prawdziwych – czytaj certyfikowanych – kopii z taśm matek. To do niedawna było marzeniem ściętej głowy, gdy tymczasem oferta rośnie jak na drożdżach, co oczywiście symbolicznie, ale udokumentowałem stosowną sesją zdjęciową. Znajdziemy na niej co najmniej trzy wytwórnie, z czego chyba największą perełką są wydania Analogue Productions takich artystów jak: Jacintha, Hugh Masekela, Ben Webster, czy Muddy Waters. Co ciekawe, ten sam materiał wspomniane stajnie płytowe oferują nie tylko na taśmie, ale również na winylu, czego w bezpośrednim starciu miałem okazję doświadczyć i co pokazało dosłownie palcem, kto w temacie prawdy o muzyce nadal rozdaje karty. Jakieś haczyki? A jakże, jak to w zabawie goniącej króliczka bywa jest ich cała masa, ale przytoczę jedynie dwa najważniejsze. Po pierwsze nowe wydania swoje kosztują. Zaś po drugie, będąc ambitnym w kolekcjonowaniu swojej płytoteki, przy tym bazując na wspomnianych certyfikowanych nowościach, tudzież starych oryginalnych wydaniach, łatwo jest dojść do przysłowiowej ściany zwanej brakiem ciekawej oferty. Jednak w miarę obiektywnie reasumując owo około-magnetofonowe zagadnienie, nie sposób nie zgodzić się, iż w ten sposób mamy bardzo dużą szansę na poznanie, o co w prezentacji realizmu muzyki chodzi, przy okazji świetnie się przy tym bawiąc. Ktoś widzi problem? Bez przesady. Przecież nikt nigdy nie twierdził, że sprawianie sobie przyjemności ma być tanie. To przecież jest spędzanie prywatnego, często wygospodarowanego kosztem codziennego życia z rodziną, czasu, a ten biorąc pod uwagę zazwyczaj szybkie jego przemijanie, jest bezcenny. Tu nie ma miejsca na szukanie problemów. W ogólnym rozrachunku liczy się tylko to, czego udało się nam z przyjemnością doświadczyć. A chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż zabawa z magnetofonem w tle jest świetną odskocznią od codziennej harówki. Zatem czego chcieć więcej ….?
Zbierając powyższy tekst w całość, winien jestem Wam odpowiedź, czy połknąłem haczyk. Niestety na obecną chwilę nadal jestem jak ta cnotliwa panienka, czyli chciałbym, a boję się. Nie wiem, jak to się skończy, ale pokusa zżera mnie strasznie. Czas pokaże co się wydarzy. Ważne jest jednak, że jeśli w to wdepnę, nie będę zdany na internetowych mistrzów liftingu elektroniki z młotkiem w ręku. I chyba ten spokój o ewentualny serwis pozwala mi w ogóle zastanawiać się nad magnetofonem szpulowym. W innym wypadku temat umarły już dawno.
Jacek Pazio
Jeśli po raz kolejny widząc na naszej „okładce” jakieś pozornie zupełnie zbędne ustrojstwa do przesyłu danych po sieci Ethernet zastanawiają się Państwo po jaką cholerę się w tym, mówiąc brzydko, „babrzemy”, to od razu odpowiem przewrotnie, iż powodów jest kilka. Pierwszym jest … bo możemy. Drugim, bo lubimy wyciskać z własnych systemów więcej dobrego, aniżeli często sami producenci by przypuszczali, że się da. A po trzecie … bo takie szerokorozumiane działania dopieszczające po prostu słychać. Zdziwieni? Śmiem twierdzić, iż część z Państwa, jeśli owego zdziwienia po sobie nie okazuje, to przynajmniej szczerze wątpi i to zarówno w zasadność takich działań, jak i nasze zdrowie psychiczne. Zanim jednak zaczniemy wzajemnie diagnozować własne urojenia i omamy słuchowe sugeruję najpierw na spokojnie zastanowić się co komu szkodzi, zamiast wzajemnie obrzucać się kalumniami, najpierw na spokojnie usiąść i dane „coś” sprawdzić u siebie, by było o czym dyskutować, by mieć do tego merytoryczne, empirycznie zdobyte, a nie li tylko „wyczytane” podstawy. Skoro bowiem, abstrahując już od szalenie wrażliwych na wibracje gramofonów, kwestia odpowiedniego usadowienia i generalnie zapewnienia możliwie komfortowych warunków dla przedstawicieli domeny cyfrowej, jaką niewątpliwie są przetworniki powszechnie nazywane DAC-ami nikogo nie dziwi (vide eksmisja zasilania do zewnętrznego modułu i granitowa płyta pod Brinkmann Audio Nyquist mk2) to co komu szkodzi w podobny sposób zadbać o kolejne źródło towarzyszącej nam na co dzień, lub jedynie od święta muzyki, czyli Internet/Intranet. Sprawę można oczywiście załatwić raz i porządnie, czyli szarpnąć się na ultra high-endowy duet Telegärtner M12 SWITCH GOLD & JCAT OPTIMO 3 DUO, bądź operując na tym samym, iście stratosferycznym pułapie uprościć cały system do dedykowanego zastosowaniom audio routera WRouter marki Waversa Systems Japan. Z drugiej jednak strony doskonale zdaję sobie sprawę iż powyższe rozwiązanie zarezerwowane jest dla nie dość, że majętnych, to nad wyraz gorliwych akolitów grania z plików, którzy jadą po przysłowiowej bandzie. Dla reszty populacji upatrującej w digitalizacji i streamingu swojej przyszłości od jakiegoś czasu, w miarę regularnie, staramy się przedstawiać najprzeróżniejsze propozycje ułatwiające tworzenie własnej – dedykowanej zastosowaniom audio infrastruktury sieciowej. Krótko mówiąc bierzemy pod lupę m.in. switche, serwery multimedialne i okablowanie sukcesywnie zdobywając doświadczenie i rozeznanie w rynku. Trzymając rękę na pulsie co i rusz natrafiamy na różne ciekawostki, które o ile to tylko możliwe weryfikujemy we własnych systemach. I taki też był impuls do niniejszej epistoły. Eksplorując bowiem odmęty Internetu i zapuszczając się w zakątki tematycznych for i grup, gdzie wydawać by się mogło powszechnie uznawany za uniwersalny język angielski okazywał się całkowicie bezużyteczny, gdyż królowało tam zupełnie niezrozumiałe dla niewtajemniczonych piśmiennictwo kanji od czasu do czasu „objaśniane” hiraganą, lub różne odmiany chińskiego widać było zaskakującą dbałość o ten nieco po macoszemu traktowany segment rynku. Jednak to nie to było najważniejsze, gdyż moją uwagę zwróciły systemy, w których brać plikolubska używała nie pojedynczych switchy, lecz podwójnych – wpiętych jeden za drugim – kaskadowo. Bardziej dogłębny research wykazał, iż taką konfigurację poleca również goszczący już dwukrotnie na łamach Soundrebels Silent Angel a mając na uwadze, iż i nasz rodzimy dystrybutor ww. marki – wrocławskie Audio Atelier, dość entuzjastycznie wypowiadało się o takim, zdublowanym set-upie nie pozostało mi nic innego jak własnousznie przekonać się o jego zaletach. Tym oto sposobem doszliśmy do clue, czyli do tematu dzisiejszej recenzji – maksymalnie rozbudowanego, firmowego zestawu dwóch switchy Silent Angel Bonn N8 zasilanych z dedykowanego zasilacza liniowego Forester F1 za pomocą zastępującego standardowe przewody kanadyjskiego okablowania Luna Cables Gris DC i odsprzęgającymi poszczególne elementy tej intrygującej układanki stopkami antywibracyjnymi Silent Angel S28.
Ponieważ zarówno Bonn N8, jak i Forester F1 zostały przeze mnie nader dokładnie opisane, tym razem daruję sobie beletrystykę poświęconą ich aparycji i budowie, wszystkich zainteresowanych ewentualnymi detalami odsyłając do mojej wcześniejszej radosnej twórczości. Jedynie, gwoli uzupełnienia pokrótce scharakteryzuję pozostałe składowe ethernetowej układanki. Stopki antywibracyjne to ucieleśnienie prostoty i nienachalnej elegancji, ot precyzyjnie obrobione mini-walce o wymiarach 28 x 10mm z wysokogatunkowej stali nierdzewnej 308 z gumowymi ringami umieszczanymi na ich górnej i dolnej podstawie. Całości dopełnia firmowy logotyp na powierzchni bocznej ulokowany pomiędzy delikatnymi podfrezowaniami a łączny udźwig ustalono na 5 kg.
Z kolei półmetrowe przewody Luna Cables Gris DC to niemalże bliźniacze rodzeństwo niedawno przez nas testowanych sygnałówek, czyli układ dwóch wiązek cynowanych miedzianych przewodników Luna Cables Neo-Vintage (LCNV) o średnicy 24 AWG w izolacji z woskowanej bawełny, plecionce ekranu z cynowanej miedzi i szaro-czarnym, bawełnianym oplocie. Nie zabrakło oczywiście firmowego woreczka, który po opróżnieniu okazuje się wielce przydatny np. jako magazyn pendrajwów i innych bibelotów.
Jeśli zaś chodzi o samą konfigurację, to logika połączeń przedstawiała się następująco – sygnał z „cywilnego” routera odbierał pierwszy Bonn N8, z którego „wyszedłem” do drugiej, takiej samej jednostki i dopiero ją wykorzystałem jako centrum komunikacji transportu Lumin U1 Mini i pełniącego rolę NAS-a I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB używając w tym celu rodzimego okablowania Audiomica Laboratory.
A teraz najważniejsze, czyli odpowiedź na pytanie, czy cała ta zabawa ma jakikolwiek sens. Wbrew protestom wszelakiej maści kablo- i akcesorio- sceptyków i ich czysto teoretycznej wierze w brak wpływu takowych zabiegów, śmiem twierdzić, iż ów wpływ jest i to nader zauważalny. W dodatku jego skalę śmiało można porównać do progresu, jaki wniosło zastąpienie wtyczkowej impulsówki przez Forestera. Jednak o ile zasilanie poprawiło dynamikę, rozdzielczość i saturację barw, to „kaskada aniołków” zwiększyła wolumen i dociążyła przekaz, całe szczęście nie popadając ani w zbytnią zwalistość, ani w utratę choćby odrobiny wspomnianej przed chwilą rozdzielczości. Weźmy na ten przykład nawet nie tyle eklektyczny, co będący przejawem czy to artystycznego niezdecydowania, czy muzycznego ADHD album „57TH & 9TH” Stinga z którego, przynajmniej w moim mniemaniu jedynie „Inshallah” wart jest uwagi i zapada w pamięć. Dlaczego więc po ww. wydawnictwo sięgnąłem? Właśnie ze względu na niezwykle irytującą niespójność, oraz zauważalny spadek kondycji wokalnej byłego „Policjanta”. W normalnych warunkach odsłuch tego krążka jest równie przyjemny co leczenie kanałowe, pozostawiając po sobie jedynie niesmak. Jednak odpowiednio dociążony i ucywilizowany nie tyle sprawia przyjemność, co nie odstręcza. Zaczynamy wyłapywać jakieś bardziej strawne momenty, Sting już tak nie szeleści i choć doskonale słyszymy, że w większości utworów przybiera mniej bądź bardziej udaną manierę, to jakoś jesteśmy w stanie przymknąć na to oko. Akcent stawiany jest na melodykę, aspekt emocjonalny i próby ujęcia całości w jakieś spójne ramy. Krótko mówiąc zmiany idą w kierunku leczniczej eufonii, aniżeli piętnowania oczywistych potknięć.
Co się jednak stanie, gdy na tapet weźmiemy materiał, który nie dość, że sam broni się natywną koherencją, to i od strony wykonawczej odpowiednio wysoko zwiesza poprzeczkę? Dostaniemy wszystko to, do czego zdążyliśmy przywyknąć i polubić, lecz w jeszcze bardziej atrakcyjnym, bardziej spektakularnym wydaniu. Epicka super-produkcja „Unleashed” Two Steps from Hell zabrzmiała z taką swobodą i rozmachem jakbym zamiast pojedynczego 4B³ wpiął w swój system jeszcze jedną taką końcówkę, bądź co najmniej do dystrybucji życiodajnej energii zaprzągł fenomenalnego Kecesa BP-5000 (test wkrótce). Czuć było „mięcho”, soczystą, tętniącą krwią tkankę a całość już nie tylko wgniatała w fotel, co porywała słuchacza w wir wydarzeń. W dodatku zauważyłem iż od momentu spięcia ze sobą dwóch aniołków często grałem nieco głośniej aniżeli wcześniej, gdyż brak pasożytniczych artefaktów i ofensywności, granulacji góry niejako podświadomie skłaniał mnie do dodawania kilku decybeli i potem jeszcze kilku i … nie wiedzieć kiedy pojawiały się zarzuty, że dom to jednak nie sala koncertowa i byłoby miło, jakbym wrócił w nieco bardziej cywilizowane natężenia dźwięku.
No to wracałem zapuszczając się w eteryczne, suto podlane folkiem klimaty „Through Shaded Woods” z inspirująco „szamanicznym”, przywodzącym na myśl iście robinhoodowo-clannadowe klimaty „Oblivion”, by koniec końców i tak nieco połomotać za pomocą prog-rockowego „Under The Fragmented Sky” Lunatic Soul. Nie ukrywam, że będąc mocno uzależnionym od zarówno solowej, jak i kolektywnej, pod banderą Riverside, twórczości Mariusza Dudy bardzo często po jego dokonania sięgam i pomimo setek, czy wręcz tysięcy (w przypadku pierwszych albumów Riverside) godzin spędzonych z tymi krążkami za każdym razem potrafię, oczywiście w sprzyjających warunkach coś do tej pory pomijanego, egzystującego gdzieś tam w tle, w półcieniu wyłuskać. Tak też było i tym razem. Otóż wokal Mariusza, czy to na jego życzenie, czy też jako sygnatura Serakos Studio, podawany jest zazwyczaj zwiewnie, transcendentalnie. Tymczasem w tytułowej konfiguracji owa oniryczność została nieco namacalniej zdefiniowana – mniej było transparentnej holografii a więcej Mariusza z krwi i kości. Czy to lepiej, czy gorzej nie mi osądzać, jednaj na pewno ciekawie, przy czym takie umiejętności okazały się wielce skutecznym panaceum na niepokojącą anemiczność, jaką od lat wykazuje np. Ane Brun, co z resztą potwierdziła swoim ostatnim wydawnictwem „How Beauty Holds The Hand Of Sorrow”. I akurat w tym przypadku wpływ zdublowanych aniołków bezdyskusyjnie uznaję za jednoznacznie pozytywny.
Najwyższa pora na podsumowanie. Czy zatem duet „Aniołków” prowadzonych na kanadyjskich „smyczach” przez „Leśniczego” spełnił swoją rolę i wniósł stosowną poprawę? Bezdyskusyjnie. A czy osiągnął pułap ustanowiony swojego czasu przez Telegärtnera? Absolutnie nie. Jeśli jednak miałbym wyznaczać mu sparingpartnerów, z którymi stawałby do pojedynku jak równy z równym, to bez chwili wahania na listę wpisałbym zarówno Melco S100, jak i SOtM sNH-10G + sCLK-EX & SPS-500, od których ww. „układanka” jest zauważalnie tańsza. W dodatku na taką konfigurację wcale nie trzeba decydować się od razu, tylko sukcesywnie, krok po kroku budować, rozkładając konieczne wydatki w czasie. Nie wiem jak Państwu, ale mi taki plan ratalny nad wyraz przypadł do gustu.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: Audio Atelier
Ceny
Silent Angel Bonn N8: 1 749 PLN
Silent Angel Forester F1: 1 890 PLN
Silent Angel S28: 269 PLN / 3 szt
Luna Cables Gris DC: 479 PLN / 0,5m
Dane techniczne
Silent Angel Bonn N8
– Złącza: 8 szt. RJ-45 10/100/1000 Mbps
– Diody LED:
Zasilanie (Zielona)
Alarm (Czerwona)
8 x Status portów (podłączenie / aktywność)
– Dokładność zegara głównego: 0.1 ppm @ 25 °C
– Absorber EMI : Silent Angel Noise Absorber (SANA)
– Izolacja szumu:
Główny obwód zasilania: 17.78 dB @ 100MHz x 2,
Obwód zegara: 20.79 dB @ 100MHz x2
– Zasilacz: 5 VDC @ 1A klasy medycznej
– Maksymalny pobór mocy: 5W
– Wymiary (S x G x W): 154.5 x 85 x 26 mm
– Waga: 1.2 kg (brutto)
Silent Angel Forester F1
Napięcie wyjściowe: 2 x 5V@2A
Złącza wyjściowe: 2 x 5V@2A DC, 2 x USB A
Wskaźniki LED: 2 x Status, 2 x zabezpieczenie termiczne
Załączone przewody: 2 x 60cm DC (5.5mmx2.1mm) / DC (5.5mmx2.1mm)
Przewód zasilający: 1.2 m IEC
Zasilanie: 230V lub 115V 50/60Hz (selektor w płycie dolnej)
Wymiary (S x G x W): 155 x 115 x 58 mm
Waga: 1.3kg
Opinion 1
Although during the last two years we had the chance of not only listen ourselves, but also share with you our impressions of reviewing anti vibration accessories from the Furutech Booster family, dedicated to protect cables, in fact, the Japanese were working to eliminate parasitic vibrations for much longer. I am not sure if you remember, but already in the summer 2012, eight years ago, the first “ring”, the CF-080 Damping Ring, was presented, creating quite some stir. Frankly speaking, when we invited it for testing, I did not expect two things – the scale of improvement it brought to my system at that time, and even more, the impressive wave of hate I received from audio-sceptic troglodytes, who dragged my, and the manufacturer’s names, through muck and mire. The problem was, that the most fierce opponents cut some pipes and created some self-made devices, which should not work according to their knowledge, or lack of it for the matter, put them on the plugs of their power cables and … they heard something. But this is not the place and time for discussing the truly Homerian clashes of clans differently perceiving the sound. The retrospective had only the goal, to make our less knowledgeable readers, that in Japan the area of combatting vibration is nothing new, and the R&D department of Furutech not only researched the topic thoroughly during the last decade, but in a way returned to the beginnings, offering a new iteration of the old CF-080, the topic of this review called NCF Booster Brace-Single.
Furutech NCF Booster Brace-Single looks incredibly normal and unobtrusive also in terms of their weight and size. Frankly speaking, the old CF-080 looked more like jewelry. But as usual, the looks are deceiving, and our today’s hero as well as its Booster brethren, the plug support NCF Booster and the cable support NCF Booster Signal, carry a lot of proprietary solutions under the hood. The “ordinary” chassis is no plastic, but a proprietary NCF resin (Nano Crystal2 Formula) made from ceramic nanoparticles and carbon dust, having the ability of generating negative ions, which eliminate electrostatic loads, and can transfer heat energy into far infrared. Antivibration abilities are also a result of special carvings of the front panels of the carcass. The side walls are specially sanded and anodized aluminum profiles, where an air chamber is hidden below, stiffened with NCF pillars and beams. I do not know anything about any supernatural abilities of the sticky tape placed on the contact surfaces of the BBS (Booster Brace Single) with the supported device, so I just mention, they are there.
The problem with most accessories from the power supply range is, that any kind of plugging a cable in or out creates obvious changes in the very delicate balance (or lack thereof) of the potentials, what translated into a more comprehensible language, means that the whole needs to “adapt” itself anew, what makes comparisons of the state “with something” to the state “without something” is very difficult to perform on the fly. Long story short – we listen first with or without an accessory, then we destroy the existing equilibrium and then we listen to the changed state hoping, that the euphoric state caused by the change itself will not cover any true changes introduced by the tested device. It is easier with the BBS, because if we do not glue it to the socket/strip/device, then we can just slide it away from the plugs and thus minimize its influence. Of course in ideal conditions we should remove it completely every time, but for the reasons mentioned above, we get less distortion leaving it “loose” on the cable, than unplugging and re-plugging the cable each and every time for the removal.
But let us get to the point. The presence of the Furutech NCF Booster Brace-Single is manifested not only by pleasant looks, but mostly by an undeniable and very clear influence on the system/device it will work with. Additionally, the intensity of its influence is … reversely proportional to the class of the confection of the cables. Reverse? Yes, yes, this is not an error. The lower the class of the plug the BBS will be paired with, the more its effect will be pronounced and positive. So can the users of top plugs like the 50’s from Furutech just forgo the rest of the review and forget about it? Absolutely not, because, typically for High-End, although the increases of quality are much less than in the lower categories, yet the main fight is for those minute changes, just like in F1. And I am not writing this just to fill this text with more words, but based on my empirical experience, where I applied the tested accessory on the basic 11 (FI-11G/FI-E11G) Organic, the Furutech FP-3TS76s with FI28R/FI-E38R plugs as well as FI-50 NCF(R), the flagship Nanoflux and the Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900 using the modified Oyaide P-004e/C-004 plugs. Each and every time the sound changed in repeatable ways, so I will combine and average the results in the upcoming part, hoping, that you, our Honorable Readers, knowing your own systems, will be able to adapt the intensity of the eventual progress to the cables and plugs you use, looking at my description from the perspective of sound you have in your own system at a daily basis.
And so the main domain, where the BBS reigns, is homogeneity and a kind of condensation of the sound. This does not mean, that the volume and scale of the created spectacle is scaled down, but we get better coherence, better defined tissue and palpability. The virtual sources are becoming more “concrete” and real, while the space of the stage remains unchanged. What does this mean? First of all better communicativeness and, what is equally important, brilliant resolution. It was well audible on the live recording “More Never is Enough – Live in Manchester 2010” of the supergroup Transatlantic, created by Neal Morse (Spock’s Beard), Mike Portnoy (Dream Theater), Roine Stolt (Flower Kings) and Pete Trewavas (Marillion), where the recorded material is enchantingly involving and intricately multilayered, but at the same time, at least in context of progressive rock and my opinion, too etheric. Application of the BBS counteracts this lightness by putting some weight, adding body to the instruments, releasing the dynamics and absolutely not taking anything from the air on stage or swing. Well, knowing that drums are manned by Mike Portnoy and the thick strings (bass) are plucked by Pete Trewavas, we subconsciously expect a certain amount of attack on our guts, and not a delicate caress with a peacock feather. And that is given by the Furutech ring. Both the micro and macro dynamic is splendid, so you should not complain, but just let the music spectacle carry you on. Ah yes, I forgot to mention, that the subjective pleasure of listening also improves. Because we automatically switch from analytic to assimilation mode and just swallow the music with our whole body.
I perceive the influence of the tested accessory on a bit lighter genre equally positive. “Vagen” by Tingvall Trio is the quintessence of colder jazz. Instead of cigarette smoke filled club we feel there refreshing freshness, crystal cleanness and space, what on one hand allows us to delight ourselves with the smallest murmurs and admire the composition of the audiophile plankton, but if our system goes a step, or even half a step too far in the direction of being overly analytical, listening can become overly sterile. To this cleanness the BBS introduces a certain amount of, I would not call it fairytale element, but analog coherence.
The Furutech NCF Booster Brace-Single will not make you discover the albums you know by heart anew, or find a completely unknown side to your stereo system. But if you require, that the music that reaches your ears has the refinement and coherence known from reality, or the full spectrum of dynamics, then you should reach out for the tested accessory and check it out in your system. If you did not go too far in terms of density and sticky “musicality”, the NCF Booster Brace-Single can turn out to be the dot on the “i”.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Ethernet cables: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence
– Table: Rogoz Audio 4SM
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
What I am going to tell in a moment, can be a kind of shock for many accessory-sceptics and audio-voodoo myth busters. Even more, for people who admit the effect of audio accessories on their system, can also be perplexed. Why? Because to visibly and positively influence the sound of your system, we do not need to use sophisticated feet, different kinds of cabling or even electronics, it is enough to place a ring, manufactured by the Japanese Furutech, on the plug of your power cord, to stabilize it in your wall socket. Impossible? I must confess, that when the representative of the mentioned manufacturer sent us this contraption for testing, after recovering from the initial, slight disbelief, I started to think about a plan how to nicely come out of this clinch during writing of the review. Yet things were completely differently, because while I am writing this text I have completely no issues in writing if it works, but in how to tell to you clearly. Are you surprised? This time you absolutely do not need to respond, as I am convinced, you are. So I invite you to read on to find out what happened when the power cable in socket stabilizer, the Furutech NCF Booster Brace-Single, provided by the Katowice based RCM, was applied.
When you look at the pictures attached to this review, the first question that comes to mind is: “What can influence sound in such a small and not very worked out construction as this one?” With the naked eye you can see only a bit of plastic and an elegant ring made of aluminum. And here I might surprise you, as in the Booster we do not find any technology developed in the Silicon Valley, but just a well combined configuration of intermediates. What does this mean? According to the information from the manufacturer, the carcass is made from Nylon resin NCF. Looks simple, but the devils is in the details, as the mentioned construction is not a monolith, but was very cunningly designed. This cannot be seen, but below the nice aluminum, specially profiled brace, there are a few tweaks, already tested by the Japanese engineers with good results. What does vibration have to do with that? A lot, as the whole intent of the Booster is to combat vibration and convert it into heat already on the level of the power cable plugged into the wall socket. How did the designers make this work? Well, they did not re-invent the wheel. They just designed some air chambers, in appropriate placed reinforced the carcass with vertical pillars, made some transversal cuts in other places, profiled the aluminum ring in a special way and – after affixing it to the socket using double-sided adhesive tape – we get a clearly audible, and what is most important, positive influence on the sound of our system. What influence you ask? I will tell you in the next paragraph.
Starting the section about the sonic effect of the inclusion of the Booster in the audio gear I will only mention, that the items I noted during the test, are not just the result of a hallucination created by my tortured brain, but clear influence of the sound confirmed by a few of my colleagues. I do not know how to explain this, but when you pressed the Play button, like with a wave of a magic wand, the music not only opened in the upper midrange, but also gained some nice vividness. It was not in style of mudding of the sound, but you could clearly hear all the ear pleasing information hidden in that part of the spectrum. This was surprisingly phenomenal, as firstly the vocals got much more readable, and secondly, the system avoided painful harshness and emphasizing sibilants even when playing the least well recorded music. But I must underline, that I perceived everything in the esthetic of adding a tad of smoothness into the system, and not injecting it with a muscle relaxant. Of course the sound moved slightly the center of gravity upwards, adding some extra breath to the music and slightly rounding off the edges of the sounds, but those were just symbolic moves, they were not changing the current presentation drastically. But what about specific music titles? With a small “but” in general without any detriments. What does this mean? Usually it did not matter what kind of music landed in the CD drive, were those the productions emphasizing on brutality, like Black Sabbath, which still had the drive expected for that genre, or jazz ballads of Aga Zaryan, being slightly brightened and more ear friendly songs, as every time it was just a small addition to the sound and not a complete change. However in electronic music, the stabilization of the plug in the socket resulted in quieting down of the sound, as it devoted it from any distortion, but it also toned down the squeaks and noises intended to be there. It was nothing like “putting a blanket on your speakers”, but I felt some toning down of those artifacts, something the lovers of that kind of music could whine about. But I think, this would affect only the most orthodox believers, as most reasonable electronic music enjoyers would understand, that the Furutech does not try to kill their music, but just cleans it from any dirt.
As you can see from the text above, the system turns into a gentleman after you apply the Furutech ring into it. Is this bad? Of course not, as the result is not an effect of any interference with the audio signal, but just the stabilization of the plug in the wall socket. This suggests, that in case we have the sound becoming too polite – I mean the music loses all its verve – the system is having issues with resolution, and that what we perceived as brilliantly reproduced artifacts, were just plain distortions now filtered away by the NCF Booster Brace-Single. And I assure you, I am not bending facts. And the more you will defend yourself from this, the more issue you have with the subject matter. How do I know that? I am using a real life explanation of a typical addict, who does not have any issues with his addition. And the addiction is in your case a badly configured audio system.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD transport” CEC TL 0 3.0
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Reference clock: Mutec REF 10
– Reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Integrated amplifier: Accuphase E800
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”, Dynaudio Contour 60
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond
– IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi; Vermouth Audio Reference Power Cord
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: RCM THERIAA
Polish distributor: RCM
Manufacturer: Furutech
Price: 635 PLN
Technical details
Dimensions (W x L x H): 54.3 x 64.8 x 38.5mm
Weight: 67.5g
Opinia 1
Na bazie sporego doświadczenia wystawowego nie tylko z imprez krajowych, ale również zagranicznych jednego jestem prawie w stu procentach pewien. Otóż jakimś dziwnym trafem, choć osobiście myślę, iż jest to raczej konsekwentnie wprowadzona w życie wiedza na dany temat, a nie łut szczęścia, jest chyba tylko jedna marka audio na świecie, która z bardzo sporadycznymi wyjątkami potwierdzającymi regułę, na dosłownie wszystkich prezentacjach wypada znakomicie. To jest na tyle powtarzalne, że dla mnie naturalnie w dobrym tego słowa znaczeniu, stało się już na swój sposób nudne. Jednak natychmiast uspokajam gorące głowy, iż był to jedynie niewinny sarkazm podkręcający atmosferę dzisiejszego spotkania, czego potwierdzeniem jest zwyczajowe poszukiwanie tego wystawcy w sytuacji pragnienia chwilowego odpoczynku przy muzyce, na każdej odwiedzanej przez niego wystawie. O kim mowa? Śmiało mogę powiedzieć, iż o niekwestionowanej legendzie, Jednak nie obrosłej w mech westchnień wiekowych melomanów, tylko konsekwentnie zadziwiającej kolejne pokolenia miłośników muzyki. Czyli? Oczywiście o pochodzącej z Japonii marce TAD, która po około roku od ostatniego występu na naszych łamach, tym razem postanowiła dostarczyć nam na test kompletny zestaw od źródła, po zespoły głośnikowe. Jakieś konkrety? Proszę bardzo. Dzięki staraniom stacjonującego w Niemczech dystrybutora, tym razem w naszych okowach pojawiły się: odtwarzacz CD/SACD D600, przedwzmacniacz liniowy C2000, stereofoniczna końcówka mocy M700S i stojące na szczycie oferty w sekcji monitorów, spędzające sen z oczu wielu z nas – mam na myśli posiadaczy niezbyt dużych lokali, kolumny podstawkowe wraz z firmowymi podstawkami CR1+ST1.
Miting z technikaliami w tle rozpocznę do źródła. To, jak przystało na produkt z poziomu ekstremalnego High Endu, w celach jakościowej maksymalizacji brzmienia zostało podzielone na dwa moduły. Mniejszy, jednak zaskakująco ciężki, wykończony w strukturalnej czerni zasilacz i znacznie większy, a jak na źródło monstrualnie wielki, odtwarzacz CD/SACD wraz z wrażliwymi dla niego układami elektrycznymi. Różnią się praktycznie wszystkim oprócz jednego. Otóż przy całkowicie innych aparycjach, fronty obydwu skrzynek są wariacją wbijającego się niczym lodołamacz w dryfującą po oceanach krę, klina. Kąt jest niezbyt ostry, ale za to wyraźnie zaznaczający swój motyw. Jeśli chodzi o wyposażenie dawcy energii elektrycznej, w swej konstrukcyjnej prostocie na froncie oferuje diodę sygnalizującą pracę urządzenia, a na plecach dwa wielopinowe terminale dystrybuujące życiodajne elektrony do odbiornika, włącznik główny i gniazdo zasilania. Temat serca odtwarzacza jest znacznie poważniejszy. Po pierwsze podstawę wykonano z tłumiącego drgania, pokrytego strukturalnym lakierem aluminium. Na nim z dumą prezentuje się solidna dawka kryjącego trzewia konstrukcji, wykończonego w odcieniu jasnego i ciemnego grafitu aluminium. Awers w pełni korelując z kształtem klina daje nam do dyspozycji, zorientowaną w poziomym pod-frezowaniu, majestatycznie wysuwającą się szufladę z tacką transportu płyt CD i nad nią okalane ciemnym odcieniem grafitu z wieloma przyciskami funkcyjnymi, okienko informacyjne o stanie odtwarzanego krążka. Przerzucając wzrok na rewers, natychmiast zauważamy, iż w tym przypadku mamy do czynienia z komponentem będącym nie tylko dawcą sygnału analogowego, ale również biorcą sygnału cyfrowego na wewnętrzny przetwornik. Świadczą o tym dwa zagłębione sloty. Jeden z wejściami cyfrowymi COAXIAL I AES/EBU wespół z jednym wyjściem cyfrowym AES/EBU, zaś drugi z pojedynczymi terminalami dla sygnałów analogowych RCA i XLR. Oprócz tego producent zmieścił jeszcze identyczne jak w zasilaczu dwa gniazda związane z przesyłem energii elektrycznej w wersji damskiej i męskiej.
Jako kolejny produkt weźmiemy na tapet przedwzmacniacz liniowy. Ten z uwagi na pochodzenie z innej linii produktowej tym razem jest dwukolorowym – srebrnym na górze i grafitowym na dole, płaskim prostopadłościanem z mocno zaokrąglonymi narożnikami. Na przełamaniu połówek frontu konstruktorzy zlokalizowali dwie sporej wielkości gałki, zaś w jego ciemniejszej części, tuż przy podstawie znajdziemy włącznik, okienko informacyjne o wyborze funkcji i rozrzucone po całej połaci sześć guzików obsługujących podstawowe funkcje. Plecy liniówki podobnie do źródła odkrywają ofertę wejść cyfrowych na wewnętrzny przetwornik cyfrowo/analogowy (COAX, USB, AES/EBU), a także podwojoną ofertę wejść i wyjść liniowych w standardzie RCA/XLR oraz gniazdo zasilania.
W trzecim akapicie przyjrzymy się końcówce mocy. Jak oddają fotografie, w tym przypadku mamy do czynienia z konstrukcją z linii CD. Jednak nie świadczy o tym zjawiskowy klin jako front urządzenia, tylko kolorystyka i posadowienie konstrukcji na antywibracyjnym cokole z wkomponowanymi weń czterema solidnymi stopami jako podstawa dla zapewniam, niebagatelnej w kwestii wagi konstrukcji. Przedni panel w swym centrum został ozdobiony podświetlanym podczas pracy na bursztynowo, zagłębionym w prostokątnym otworze, czerpiącym motyw z napędu złotym klinem i tuż nad nim wydrążonym logo marki. Górna połać obudowy realizując wentylację grawitacyjną wzmacniacza, nieco z tyłu została wyposażona w blok kilkunastu nieregularnych w domenie kształtu, poprzecznych otworów. Zaś tylna ścianka spełniając proste zadanie, jakim jest wzmocnienie przyjętego sygnału, oferuje jedynie pojedyncze zaciski kolumnowe, pojedyncze wejścia liniowe XLR, dwa przełączniki pracy – jeden tryb stereo i mono, drugi automatyczne włączanie i wyłączanie się końcówki, oraz umieszczone w podstawie z tworzywa sztucznego gniazdo IEC.
Na koniec zostały nam kolumny, które moim skromnym zdaniem przez wielu producentów nie tylko w odniesieniu do brzmienia, ale również do wyglądu są nie do doścignięcia. Rozpoczynając od firmowych podstaw, spieszę donieść, iż te są trójnożnymi stendami z owalną podstawą, którą możemy posadowić na widniejących na fotografiach z unboxingu kulkach lub dostarczonych w pakiecie startowym kolcach. Co istotne, ustawione na nich kolumny przykręcamy, a nie przyklejamy lub broń Boże tylko luzem stawiamy, co znacznie wspomaga nie tylko „antywibracyjność”, ale również ogólną odporność na katastrofę budowlaną całej konstrukcji. Jeśli chodzi o monitory, te jak wspomniałem są legendą. Powód? Zastosowanie w pewnego rodzaju frontowej nakładce na główną część obudowy, głośnika koaksjalnego z membranami z berylu (środek-góra), co oprócz spójności przekazu z tego typu rozwiązań, dzięki umiejętnościom inżynierów w opanowaniu tego często nadpobudliwego materiału, pozwala zaoferować dźwięk pełen ekspresji, ale bez krzty agresji. Ale to nie koniec ciekawostek, bowiem jak na monitory CR1-ki oferują słuchaczowi dodatkowo zaskakująco duży głośnik basowy, który po pierwsze przy konstrukcji zamkniętej jest w stanie wygenerować odpowiednio niski bas, a po drugiej uniknąć przy tym efektu jego szkodliwego nadmuchania, czyli mówiąc kolokwialnie jakościowej monotonii. To widzimy patrząc od przodu. Przyglądając się rzeczonym monitorom od tyłu, zderzamy się z zajmującą prawie całe obłe plecy aluminiowym szyldem z zagłębionymi w nim podwójnymi zaciskami dla przewodów głośnikowych i stosownymi oznaczeniami typu marka, model i numer seryjny kolumn. Myślicie, że to koniec ciekawych informacji? Bynajmniej, gdyż chyba najbardziej zjawiskowym elementem kolumn – przynajmniej od strony designu, jest główna część skrzynki. Ta po pierwsze primo – oczywiście walcząc ze szkodliwymi rezonansami w jej wnętrzu, oprócz wznoszącej się ku górze górnej płaszczyzny, począwszy od frontu dodatkowo zbiega się ku tyłowi płynnym łukiem. Zaś secundo – spełniając chyba najbardziej wymagające wizualne zachcianki, została fenomenalnie wykończona. Nie za bardzo wiem, jak udało się to osiągnąć, ale patrząc na nią z boku, pięknie mieniąc się w słońcu przypomina wykończony w fortepianowym, ciemnobrązowym połysku, zainicjowany ruchem morskich fal, płynnie układający się jeden nad drugim, nieregularny w stosunku do siebie rysunek piasku. To jest maestria w najlepszym wydaniu rodem z Italii. Powiem tak. Nawet jeśli nie ma się ochoty słuchać muzyki – choć w naszym przypadku to chyba niemożliwe, to ów przeznaczony na obcowanie z naszym systemem audio czas z przyjemnością można poświęcić na podziwianie przywołanych kolumn. I mówię to bez przekąsu. To jest hipnotyzujące na równi z popularnymi u nas niegdyś trójwymiarowymi pocztówkami, co wbrew pozorom ma spory udział w odbiorze oferowanego przez nie, tym razem już będącego wypadkową wieloletnich doświadczeń konstruktorów dźwięku.
No dobrze, gdy bardzo skrótową, jednak biorąc pod uwagę powyższy długawy słowotok, swoistą epopeję na temat ogólnych zagadnień technicznych mamy już za sobą, pora przejść do clou. Niestety dla melomanów nieprzepadających za czytaniem długich tekstów w tym przypadku nie z perspektywy pojedynczego, a dwuetapowego spojrzenia na tytułowy team. Konkretnie mam na myśli dwa oddzielne testowe starcia. Jedno objęło kompletny system Japończyków. Zaś drugie, z uwagi na pewnego rodzaju dźwiękowy fenomen kolumn, pokazanie ich możliwości z perspektywy zasilania inną, w tym przypadku stacjonującą na co dzień u mnie, elektroniką. Czy jest sens takich zabaw? Zapewniam, że tak, gdyż z różnych względów nie zawsze jesteśmy w stanie lub najnormalniej w świecie nie chcemy nabywać całej układanki danego producenta, a takie porównania pozwalają potencjalnemu nabywcy zrozumieć, co w przypadku ożenku z samymi kolumnami może ich czekać. A dodam, że było ciekawie. To moim zdaniem były dwa inne podejścia do tego samego świata muzyki. Jakie? Po odpowiedź zapraszam do poniższego akapitu.
Z oczywistych względów test rozpoczął się od kompletnego set-a TAD-a. I tutaj zaliczyłem nie tylko potwierdzenie dotychczasowej wiedzy na temat kompletnych zestawów tego producenta, ale również pozytywne w skutkach zaskoczenie. Zaskoczenie dlatego, że przy nie oszukujmy się, z pozoru dramatycznym niedopasowaniu zespołów głośnikowych do kubatury pomieszczenia, zestaw generował nie tylko duży, ale również swobodny dźwięk. Żadnego monotonnego, zazwyczaj bułowatego pompowania niskich rejestrów – o czym wspominałem w części opisującej budowę, tylko zaskakująco niskie jak na małe skrzynki, do tego z dobrą kontrolą zejście, co zazwyczaj jest kulą u nogi znaczącej większości monitorów grających tak obszernym przekazem muzycznym. Nie wiem, jak udało się to osiągnąć, ale za taki wynik konstruktorom należy się szacunek. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż owo pozytywne w skutkach zaskoczenie miło swoje trzy grosze w potwierdzaniu mojej znajomości grania praktycznie każdej wystawowej konfiguracji Japończyków. Mianowicie piję do wszechobecnej kultury grania praktycznie bez względu na poziom głośności. Ale kultura w tym przypadku nie oznaczała wycofania się dźwięku w stylu my sobie, muzyka sobie, tylko podanie każdego krążka z należnym mu szacunkiem emocjonalnym – barwa, gładkość i swoboda prezentacji – przy zachowaniu fenomenalnych rozmiarów wirtualnej sceny ze szczególnym uwzględnieniem rozbudowania w szerz i w głąb spektaklu 3D, jako pochodna zastosowania przetwornika koncentrycznego. To jednak nie wszystko, gdyż nie należy zapominać o uważanym przez wielu producentów jako bardzo niebezpieczne, użyciu berylu na membrany głośników, który w przypadku braku doświadczenia mówiąc kolokwialnie, brutalnie krzyczy, a przy dobrej aplikacji – patrz opiniowane kolumny TAD – świetnie oddaje nawet najdrobniejsze niuanse zapisanej na pięciolinii muzyki. Aby wszystkie wyartykułowane aspekty unaocznić, a tak po prawdzie „unausznić”, wybrałem ze swojej płytoteki trzy krążki.
Pierwszym była woda na młyn opisywanego zestawu w postaci kompilacji Bogdana Hołowni z Jorgosem Skoliasem „Tales”. Z pozoru nuda bo sam fortepian i pojedynczy głos wokalisty. Jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach, którymi dla mnie były sposób oddania namacalności gry na fortepianie przez pana Bogdana i zszycie jego opowieści z dla przykładu doniosłym, dla wielu wręcz spektakularnym głosem Jorgosa w utworze nr.3 „Litle Wing”. Po przesłuchaniu całego krążka jak na dłoni okazało się, iż zazwyczaj pokryty czarnym lakierem instrument raz potrafił zagrać bardzo dostojnie, a innym razem zwiewnie i dźwięcznie, praktycznie gasząc swoje najdelikatniejsze pogłosy dopiero w momencie wymuszenia tej czynności przez operatora urządzenia stosownym pedałem. A to dopiero było preludium głównego dania tego krążka, bowiem po raz kolejny rozmach niczym nieograniczonej wokalizy z tak zwanego pełnego gardła nie pozostawił cienia wątpliwości, iż kolumny nie tylko dobrze odtwarzają muzykę, ale przy tym robią to ze swobodą i wymaganym pakietem emocji. Emocji opartych na soczystości, eteryczności i energii nie tylko martwej natury jakim był fortepian, ale również fenomenalnie czerpiącego z tego zbioru cech dobrego dźwięku, ludzkiego głosu. Jak wspominałem, niby tylko dwa źródła dźwięku, a tyle mówiących prawie wszystko o kolumnach informacji. Dlaczego prawie?
Oczywiście chodzi o jakość i ilość niskich tonów. Dlatego też w roli drugiego sparingpartnera wystąpił inny rodzimy muzyk Adam Bałdych w projekcie „Sacrum Profanum”. O co biega z tym basem? Już zdradzam. Na samym początku tej płyty w moim odczuciu główną rolę odgrywa nadający jej mistycyzmu, wielki bęben. Niestety nie byłem na koncercie w Warszawie na Starówce, ale z organoleptycznych doniesień znajomego wiem – odwiedził wspomniane wydarzenie, iż jest naprawdę spory. I właśnie ten kocioł w wielu przypadkach, jak prawdziwy palec Boży pozwala mi zweryfikować, czy zestaw audio udaje niskie rejestry, czy jednak umie je w miarę poprawnie odtworzyć. Jak przekaz będzie mocno przysadzisty, będzie jedno wielkie buczenie. Natomiast w momencie zbyt asekuracyjnego muskania tego zakresu można nawet go nie zauważyć. Tymczasem wynik był bardzo zaskakujący. Zestaw mocno zaznaczył jego pracę, a mimo to w konsekwencji bas nie rozlał się po podłodze. Było go jak na monitory zaskakująco dużo, jednakże bez najmniejszych szkód w spektrum jego zwarcia i energii. To natomiast pozwoliło świetnie zszyć swoistą doniosłość bębniszcza z resztą melancholijnie grającego instrumentarium. A to dopiero początek uczty dla uszu, którą oczywiście okazało się być również świetne oddanie umiejętności obsługi skrzypiec przez frontmana i dzięki temu łatwość częstych zmian nastroju tego wydawnictwa z energicznego drive’u na sugerowany w nazwie płyty mistycyzm.
Na koniec byłem brutalny. Oczywiście tylko w odniesieniu do słuchanego materiału muzycznego, gdyż w napędzie wylądowała grupa The Doors z krążkiem „Morrison Hotel”. To z uwagi na słabość realizacji dla wielu zestawień nie jest bułka z masłem, a mimo to podczas sesji testowej nie było w niej nic z jednej strony agresywnego, a z drugiej anorektycznego. Gdy wymagał tego materiał muzyczny dostawałem szczyptę gładkości, natomiast w momencie szkodliwego jej wyszczuplenia wyczuwałem jakby tchnienie w nią czegoś na kształt nasycenia. Jednak najważniejsze było to, że nie robił się z tego nudny, bo od początku do końca krążka, identycznie doprawiony „kotlet mielony”, tylko na ile to możliwe rasowy „schabowy z kością”. Mam nadzieję, że przy świetnym smaku obydwu staropolskich potraw rozumiecie, co mam na myśli. Jeśli jednak nie, to tłumacząc z polskiego na nasze, muza nie była podana nadmiernie jednolicie, tylko w odpowiednich momentach odpowiednio wyraziście, co wskazuje na łatwość radzenia sobie systemu z praktycznie każdym, nawet okupionym bylejakością realizacji nurtem muzycznym.
Po tej pozycji płytowej nastąpiła zmiana warty na poziomie sprzętowym, czyli kolumny CR1 TX-EB napędzał mój zestaw. Co się wydarzyło? Czy nastąpił progres? I na koniec, czy jest w ogóle sens takich zabaw? Na zadane pytania przekornie odpowiem w odwrotnej kolejności. Pytanie nr. 3. Tak, na bazie kilkunastu dni zabawy na przemian w dwóch konfiguracjach stwierdzam jednoznaczne, iż próby w różnych zestawach są warte każdej poświęconej na nie minuty naszego drogocennego czasu. Pytanie nr. 2. Ten aspekt musi ocenić każdy w swoich konfiguracjach, gdyż w zależności od preferencji odwiedzających mnie gości wynik był różny. Ogólnie pozytywny, jednak z innym wskazaniem docelowym. Pytanie nr. 1. I tutaj mam najwięcej do powiedzenia. Otóż przekaz nieco ewaluował. Jednak nie w domenie jakości dźwięku – choć patrząc na to z mojego punktu widzenia, być może tak, a innego podejścia do niektórych jego składowych. Na potrzeby tego porównania, oczywiście również w trosce o unikanie zbędnego nadmuchania tekstu, posłużę się tylko jednym krążkiem. Pierwszym aspektem był bas. W drugim rozdaniu nie uderzał tak mocno w jego wyższym zakresie, tylko przy mniejszym akcentowaniu (napompowania) samego kontaktu pałki z membraną na płycie Adama Bałdycha, schodził jakby niżej i mimo momentami ocierania się o minimalny brak kontroli był bardziej zróżnicowany, a tym samym wyraźniej pokazywał, co dzieje się z rozciągniętą na stelażu płachtą podczas długotrwałego wybrzmiewania. Jednak zaznaczam, to jest kwestia preferencji, gdyż znam osobników, którzy oddadzą nieco informacji za dawkę energicznego body w wyższych zakresach tego przedziału częstotliwościowego, dlatego nie wartościuję tego niuansu, a jedynie sygnalizuję jego odmienne istnienie. Natomiast drugą, tym razem oddziałującą w szerszym spektrum zmianą, okazało się być zrzucenie przez przekaz muzyczny więzów zbytniej poprawności politycznej w postaci wszechobecnej gładkości dźwięku. Muza z moją elektroniką nabrała witalności, co oczywiście przełożyło się na minimalne przesunięcie odbioru jej środka ciężkości o pół oczka w górę, ale w zamian oferowała nieco większą lotność średnicy i mocniejszą iskrę na górze. Oczywiście nie byłbym do końca szczery, gdybym nie nadmienił, iż także tym razem wynik soniczny miał swoich zwolenników i przeciwników. Dlatego też reasumując całe przedsięwzięcie, nie mogę wygłosić innej tezy, aniżeli stwierdzenie, iż opisana roszada sprzętowa pokazała dwie bdb. szkoły grania, których wybór zależeć będzie od faktu, co komu w duszy gra. Jednak bez względu na wszystko, ów inny odbiór całości dobitnie świadczy o jednym. Chodzi o uniwersalność tytułowych kolumn, czyli w momencie braku szans na zakup całości zestawu TAD-a, przy konsekwentnej chęci osiągnięcia tego poziomu jakości dźwięku, pewnego rodzaju wręcz przymus do prób z samymi kolumnami.
Zastanawiając się nad zakończeniem tego testu, pierwszy raz nie wiedziałem, jak zebrać myśli w jedną neutralną całość. Przecież zaprzęgłem do niego jako punkt odniesienia, swoją przez lata zbieraną konfigurację, a to często bywa pierwszym krokiem do ferowania wniosków dalekich od obiektywizmu. Na szczęście robię to dość często, dlatego tak po prawdzie, po krótkim zastanowieniu się, nie miałem z tym jakiś dramatycznych problemów. W wyniku owych przemyśleń na temat wszelkich za i przeciw ocenianego zestawu, wszystkich melomanów zainteresowanych poszukiwaniem świetnej konfiguracji szczerze zachęcam do prób z tytułowym konglomeratem TAD-a. Powód? Po raz kolejny, naturalnie tym razem w znanych mi warunkach lokalowych, potwierdził wspomnianą we wstępniaku, oczywiście z przekąsem określoną jako „nudą”, prawdę o bardzo dobrej ofercie brzmieniowej. Jej zalety, to wielkie, a przy tym swobodne, oczywiście mocne w dole, gładkie oraz nasycone w środku i co ważne z przecież niedużych kolumn, granie przez duże „G”. A najlepsze jest to, że praktycznie bez przypisanych tego typu zespołom głośnikowym wad. Czy to jest produkt dla każdego? Jak to zwykle bywa, być może z prozaicznych powodów posiadania zacnej układanki – choćby mój przypadek, lub dysponowania środkami pieniężnymi jedynie na same kolumny, jako całości … nie. Jednak te dwa przypadki są jedynymi, które w moim odczuciu wchodzą w grę. Reszta parającej się pięknem muzyki populacji homo sapiens po osobistym zderzeniu się z tytułowym zestawem z pewnością będzie bliska zadania sobie pytania, czy czasem z pomocą Japończyków nie dogonili przysłowiowego króliczka. I wiecie co, jestem dziwnie spokojny, że odpowiedź ma duże szanse być twierdząca.
Jacek Pazio
Opinia 2
O tym, że historia lubi się powtarzać i co jakiś czas pozwala sobie zatoczyć koło chyba nikomu nie muszę przypominać, tym bardziej, że każdy z nas, mniej bądź bardziej regularnie doświadcza uczucia swoistego déjà vu, czyli odnosi nieodparte wrażenie, że już gdzieś, kiedyś już coś takiego widział, słyszał, przeżył. Nie twierdzę bynajmniej, iż przewrotny los zapętlił, że tak to ujmę metaforycznie, „taśmę naszego żywota” a my sami utknęliśmy na zadupiu w stylu Punxsutawney z „Dnia świstaka” („Groundhog Day”), jednak nader namacalne przypadki „powtórki z rozrywki” są nam doskonale znane. Dlatego też proszę się nie dziwić, iż na widok będącego obiektem niniejszej recenzji zestawu poczujecie się Państwo właśnie jak Phil Connros (Bill Murray). Wszystko jest w najlepszym porządku a ¾ z tego, nad czym się będziemy dzisiaj pastwili już może nie tyle u nas gościło, co mieliśmy okazję, niemalże na początku naszej soundrebelsowej przygody, w 2013 r. opisywać. Chodzi oczywiście o kompletny set japońskiego TAD-a, którym wtenczas uraczyła nas ekipa białostockiego Rafko. Jednak jak nie od dziś wiadomo, że sesja wyjazdowa ma swoje uroki, niemniej jednak nawet najlepiej przygotowana obarczona jest na tyle obfitym zbiorem zmiennych i niewidomych, iż zebrane podczas niej doświadczenia powinny stanowić jedynie podwaliny do dalszych poszukiwań i przymiarek zmierzających ku wstawieniu danego urządzenia/systemu do własnego lokum, aniżeli stanowić argument do formułowania jakichkolwiek wiążących wniosków. To raczej migawka, zamrożona impresja, uchwycona chwila, podczas której o ile mieliśmy szczęście coś zagrało, bądź gdy owo szczęście nam nie dopisało, bo np. stało po watę cukrową, to nie zgrało. Dlatego też, o ile tylko śledzili Państwo nasze perypetie z TAD-zikami, każdorazowe „olśnienia” czy to wystawowe, czy też salonowe staraliśmy się w miarę naszych skromnych możliwości weryfikować już na spokojnie w naszym redakcyjnym OPOS-ie. I właśnie z takim przejawem weryfikacji przychodzimy dzisiaj do Was biorąc, dzięki uprzejmości europejskiego dystrybutora, na tapet prawdziwy system marzeń, w skład którego weszły odtwarzacz CD/SACD D600, przedwzmacniacz/DAC C2000, stereofoniczna końcówka mocy M700S, oraz ustawione na firmowych standach ST1 monitory CR1 TX-EB.
Mimo świadomości, iż o gustach się nie dyskutuje, przynajmniej dla mnie D600 zarówno pod względem aparycji, jak i budowy jest ucieleśnieniem najbardziej skrytych pragnień. Jest majestatyczny, wykonany z iście jubilerską precyzją i zaprojektowany przez ekipę, która nie zapomniała czym jest ergonomia. Swym kształtem jego front przywodzi na myśl autorską wariację na temat połączenia kolejowego pługu odśnieżnego i … krążownika międzygalaktycznego z którejś z kosmicznych sag. Ukryty za blokiem akrylu fenomenalny, bursztynowy wyświetlacz jest czytelny nawet z pięciu metrów, rozplanowane po jego bokach sensorowe przyciski podzielono na dwie logiczne grupy a aluminiowa, pokryta czarnym matowym lakierem (zapobiegający odbiciom lasera) tacka pracuje z taką kulturą, że uznawany pod tym względem za wzorzec Accuphase spokojnie może wpaść do TAD-ka na korepetycje. Jeśli dodamy do tego, ze w całym mechanizmie nie znajdziemy plastiku, gdyż wszystkie elementy transportu są metalowe, to również obawy, co do jego żywotności śmiało możemy uznać za bezpodstawne i nieuzasadnione.
Ściana tylna to szczyt minimalizmu obficie podlanego sosem konserwatyzmu. Po lewej stronie ulokowano bowiem interfejsy cyfrowe, czyli wejścia koaksjalne i AES/EBU, oraz wyjście AES/EBU, (odnotowali Państwo brak USB?), w centrum wielopinowe porty zasilające a z prawej wyjścia analogowe – po parze XLR-ów i RCA.
Za ponad 26 kg wagę jednostki głównej odpowiada nie tylko pancerne, odlewane aluminiowe chassis, lecz również ukryta we wnętrzu i zamontowana we wnęce podstawy 6mm masywna miedziowana i galwanizowana stalowa płyta, której zadaniem, oprócz oczywistych właściwości antywibracyjnych jest również obniżenie środka ciężkości całej konstrukcji. W trzewiach siedzi autorski, odpowiedzialny za niezwykle skuteczną redukcję jittera, układ Master Clocka UCPG i dwa przetworniki Burr-Brown PCM1794, połączone równolegle w konfiguracji zbalansowanej, za to stopień wyjściowy oparto na układach dyskretnych. 13 kg moduł zasilający eksmitowano do zewnętrznego – dedykowanego korpusu, w którym wygospodarowano miejsce m.in. na 400VA toroidalne trafo i równie imponującą baterię kondensatorów.
Z kolei należący do niższej serii Evolution, wyposażony w sekcję przetwornika D/A, przedwzmacniacz C2000 łapie za oko „kanapkową” – dwukolorową bryłą dzielącą jego korpus na jaśniejszą – górną i czarną – dolną budową. Jego niższy stan urodzenia widać przede wszystkim po wyświetlaczu, który nad wyraz wyraźnie odstaje czytelnością od tego z C600. Mniejsza jednak z tym, gdyż niezależnie od walorów wizualnych sprzęt audio ma służyć li tylko reprodukcji muzyki, która jest jak by nie patrzeć najważniejsza. Na froncie znajdziemy jeszcze po lewej stronie gałkę wyboru źródeł a po prawej wzmocnienia, przy czym ww. wyświetlacz optycznie ograniczają niewielkie przyciski – z lewej odpowiedzialny za regulację samego displaya a z prawej pięć kolejnych umożliwiających nawigację po menu i wyciszenie urządzenia.
Plecy C2000 odzwierciedlają podział oparty na kolorystyce korpusu. Srebrna góra przypadła bowiem w udziale sekcji analogowej z dwiema parami XLRów i RCA na wejściu i takim samym zestawem na wyjściu. Natomiast dół to dość skromnie reprezentowana przez wejścia – pojedynczy port USB i gniazdo AES/EBU wspierane koaksjalem sekcja cyfrowa. Do tego dochodzi „centralka” obsługująca triggery i dwubolcowe gniazdo zasilające. Od razu w tym momencie wspomnę, że miłośnicy gęstych formatów muszą niestety obejść się smakiem, gdyż C2000 obsługę plików kończy na dość archaicznych 192 kHz, więc o dekodowaniu DXD i DSD można co najwyżej pomarzyć. Za powyższy stan rzeczy odpowiada oczywiście dość leciwy, o ile mnie pamięć nie myli już 15-letni układ DAC-a, czyli Burr-Brown PCM1794A wspierany ultra precyzyjnym oscylatorem UPCG (Ultra High Precision Crystal Generator). Na otarcie łez TAD-ek oferuje autorskie, bazujące na własnym algorytmie i zapewniające nie tyko większą kontrolę ale i dokładniejsze taktowanie, asynchroniczne złącze USB, oraz pełną separację, włącznie z zasilaniem, sekcji cyfrowej od analogowej.
Podobnie jak przedwzmacniacz, również i M700S jest konstrukcją w pełni zbalansowaną i symetryczną. Powyższe założenia dotyczą również zasilania, więc warto mieć na uwadze, iż końcówka swą nader imponującą wagę 75.5 kg zawdzięcza dwóm klasycznym, ukrytym w jej trzewiach, trafom o łącznej mocy 2.8 kVA wspomaganą baterią czterech kondensatorów o pojemności 33.000 μF każdy. Wracając jednak do walorów zewnętrznych uczciwie trzeba przyznać, że 700-ka prezentuje się wybornie. Zatopiony w antywibracyjnym, uzbrojonym w kolce cokole korpus wykonano z grubych aluminiowych profili. Jego front zdobi nie mniej intrygujące od wychyłowych wskaźników niewielkie okienko z bursztynowo podświetlonym „pryzmatem” nad którym umieszczono precyzyjnie wyfrezowany logotyp producenta. Na plecach znajdziemy za to pojedyncze terminale głośnikowe, wejścia XLR, przełącznik trybu pracy (możliwość bi-ampingu), aktywator automatycznego usypania/wybudzania i ukryte w cokole gniazdo zasilania. W stopniu wejściowym pracuje para FET-ów, natomiast pracujący w klasie AB stopień wyjściowy oparto na wieloemiterowych tranzystorach dużej mocy.
No i na deser zostawiłem zjawiskowe, ustawione na firmowych standach ST1, zaskakująco ciężkie ponad 46 kg monitory CR1 TX-EB. Jak z pewnością wierni akolici marki wiedzą ich sercem jest koncentryczny przetwornik CST (Coherent Source Transducer) z umieszczoną w centrum 16 cm berylowego midwoofera, 3.5cm berylową kopułką. Berylowe membrany powstają przy użyciu techniki osadzania materiału z postaci gazowej (odmiana MOCVD „Metal Organic Chemical Vapor Deposition”. Kształt membrany tweetera został opracowany metodą analizy komputerowej zwanej HSDOM (Harmonized Synthetic Diaphragm Optimum Metod). Pozwala ona na kontrolę różnic w drganiu różnych fragmentów membrany i przesuwa je poza zakres słyszany przez ucho ludzkie, zapewniając pasmo przenoszenia do 100 kHz.
Poniżej tego, ukrytego z metalową siatką maskownicy coaxiala ulokowano 20 cm basowiec z trójwarstwową, laminowaną membraną wykonaną z włókien aramidowych. Jego napęd zbudowany jest z wykorzystaniem unikalnej, krótkiej cewki OFGMS (Optimized Field Geometry Magnet Structure). Wraz z długą szczeliną (20 mm) daje to niezwykle linearne pole magnetyczne w całej szczelinie magnesu. Stabilizuje to pracę przetwornika w przedziale niskich i wysokich amplitud, osiągając w ten sposób liniowość i stały, dokładny kształt fali dźwiękowej.
Wzorowana na kształcie łzy obudowa otrzymała przydomek „silent” (Structurally Inert Laminated Enclosure Technology), łącząc w sobie wysoką sztywność i miłą oku elegancję. Jej pierwowzorem była konstrukcja modeli Reference One. Niezwykle sztywne skrzynie wykonano z 21 mm, ciętej na maszynach CNC, sklejki brzozowej a całość posadowiono na 27,5 mm aluminiowej podstawie obniżającej środek ciężkości a tym samym stabilizującej całą konstrukcję. Szczątkowe, półokrągłe plecy zdobi masywny – grubości 27 mm, aluminiowy szyld z podwójnymi terminalami głośnikowymi.
Mając kompletny zestaw sygnowany przez jednego producenta można zrobić dwie rzeczy. Spiąć go tak, jak fabryka dała, uznając za nienaruszalną całość, bądź … zacząć kombinować. Jak się z pewnością Państwo domyślacie, nawet bez chwili wahania wybraliśmy drugą opcję, gdyż uznaliśmy, iż warto oprócz „monoteistycznego” wzorca spróbować jak z kolumnami z „innej parafii” zagra japońska elektronika i jak w naszym systemie odnajdą się referencyjne CR1.
Na pierwszy ogień wzięliśmy więc całą rodzinkę TAD-ków i w ramach konsumpcji takiego spécialité de la maison potraktowaliśmy ją naszym dyżurnym albumem, czyli „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” Mercedes Sosy i …? I spokojnie moglibyśmy w tym momencie autorytatywnie stwierdzić, iż na dzisiaj to wszystko, barykadujemy drzwi, przestajemy odbierać telefony a na wszelkiego rodzaju pisemne monity odpowiadać „adresat nieznany”. Powód? Dość oczywisty – na tyle kompletne, skończone brzmienie tytułowego seta, że z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku można odwiesić recenzenckie ambicje na półkę, wygodnie rozsiąść się w fotelu i nie ruszać się z niego do czasu aż … kurier nie przywiezie C600. A tak już zupełnie na serio w naszym zaadaptowanym akustycznie (m.in. panelami Artnovion) OPOS-ie oprócz obecnej podczas białostockiego odsłuchu precyzji pojawiła się także swoboda, oddech i przestrzeń. Oddanie akustyki Estudio Coral de Buenos Aires, ustawienie chórzystów nie tylko w wektorach szerokości i głębokości, lecz również wysokości stało się faktem a wspomnienie momentu, w którym odzywa się bęben wielki do tej pory wywołuje mnie ciarki. O znikaniu ze sceny kolumn nawet nie będę wspominał, bo akurat w przypadku TAD-ów to oczywista oczywistość, za to wolumen i skala generowanego przez nie dźwięku może zaskoczyć. I to bardzo. Śmiało możemy bowiem uznać, iż mogą one konkurować ze sporych rozmiarów podłogówkami. Basu było zaskakująco dużo i przy tym zapuszczał się w rejony, gdzie z reguły swoje trzy grosze dorzucają subwoofery. Jednak zamiast monotonnie dudnić i snuć się przy kostkach, pomimo swojej niezaprzeczalnej mięsistości cały czas bas pozostawał kontrolowany i na tyle zróżnicowany, że bez trudu można było określić jego fakturę i konsystencję. Na wydanym przez MFSL albumie „Countdown to extinction” Megadeth najniższe składowe były na swój sposób suche, krótkie i konturowe, co stanowiło wyraźne odejście od mięsistości i dostojeństwa ich pociotków podczas reprodukcji ww. „Mszy Kreolskiej” Ramireza. Co ciekawe pomimo niezaprzeczalnej muzykalności i trudnej do podrobienia koherencji już od dolnej średnicy zaobserwować można było nie tyle odchudzenie, co dbałość o brak przesady w wysycaniu i saturacji barw. Tutaj namacalność i poczucie obecności muzyków w naszym lokum kreowane były nie na drodze „koloryzacji” a precyzyjnego operowania lokalizacją poszczególnych bytów na scenie. Soliści i wokaliści pojawiali się nieco bliżej aniżeli mamy na co dzień, z kolei towarzyszące im instrumentarium karnie zajmowało miejsce w dalszych rzędach, które dzięki wspomnianej precyzji i fenomenalnej rozdzielczości w niczym nie ustępowały pod względem czytelności frontmanom, a jedynie zachowując zasadę perspektywy wydawały się odpowiednio mniejsze. Ponadto nie sposób było wyłapać nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy rozedrgania. Niezależnie od tempa, spiętrzenia a czasem wręcz napastliwości reprodukowanego materiału TAD-ziki robiły swoje. Z wrodzonym spokojem i wynikającą ze świadomości własnego geniuszu raczyły nasze zmysły.
Zastąpienie CR1 naszymi dyżurnymi Consequence’ami ujawniło, iż japońska elektronika to swoista oaza spokoju i wyrafinowania. W przekazie zaczęła dominować nuta gęstej, iście karmelowej słodyczy i nawet wspomniany przed chwil Dave Mustain z ferajną już tak opętańczo nie darł się jakby sobie coś nieborak przyciął suwakiem od spodni. Nie chodzi jednak o to, że góra zgasła, lecz raczej o przyprószenie jej złocistym pyłem sprawiającym, iż zamiast wbijających się w nasze nerwowe synapsy lodowych igiełek otrzymywaliśmy mieniące się w świetle zachodzącego słońca kojące refleksy. Z kolei zazwyczaj nieco zbyt antyseptycznie – laboratoryjnie brzmiący album „Just A Little Bossa Nova” Susan Wong momentami potrafił czarować gęstością i soczystością przekazu niemalże na poziomie najnowszego krążka tej uroczej wokalistki, czyli wydanego zarówno jako MQA CD., jak i SACD „Close to Me”. Sybilanty pozostały odważne, jednak ewentualne syknięcia ani razu nie przekroczyły cienkiej czerwonej linii wyznaczającej granice dobrego smaku. Z kolei fenomenalny i niezwykle klimatyczny krążek „Jazz Cinema Fantasy” Tokyo Cinema Jazz Trio zabrzmiał jeszcze bardziej „klubowo”. Jakby sufit znajdował się nieco niżej, papierosowy dym gęściej wypełniał jego wnętrze a i pora była znacznie późniejsza. Znaczy się do głosu doszła „magia” a obecny między muzykami flow zaczął udzielać się publiczności.
No i na koniec berylowe maluchy solo, czyli podpięliśmy CR1 pod Mephisto, co wywołało kolejną lawinę niespodzianek i zaskoczeń. O ile jednak precyzji godnej w pełni zrobotyzowanego laboratorium mogliśmy się spodziewać, to już potęgi i jeszcze bardziej spektakularnego zejścia dołu pasma już niekoniecznie. Tymczasem „mroczny Duńczyk” chwycił japońskie monitory w stalowe szpony i przy zachowaniu iście zamordystycznej kontroli sprawił, iż najwidoczniej uznały, że w takim towarzystwie równie dobrze mogą próbować dogonić swoje znacznie większe rodzeństwo, czyli potężne Reference One. Zarówno szwedzkie power-metalowe galopady „Above the Sky” Majestici, jak i piękniejsze oblicze ciężkich brzmień pod postacią symfonicznego „Chapter I – Monarchy” Ad Infinitum, ze zjawiskową Melissą Bonny, która jak chce to i growlem potrafi wgnieść niczego niespodziewającego się słuchacza w fotel, dostały wyraźnego pazura. Bas zapuszczał się jeszcze niżej aniżeli z firmową amplifikacją a góra zrezygnowała z kokieterii i zamiast niezobowiązującej gry wstępnej od razu przeszła do rzeczy, czyli ujmując całą sprawę metaforycznie do „Tańca z szablami” Chaczaturiana. Proszę mnie jednak dobrze zrozumieć. To nie były przysłowiowe latające żyletki i golenie na sucho siekierą, lecz pobawione, jak się okazało będącego zasługą M700S, zaokrąglenia średnica i góra pokazały na co je stać i co tak naprawdę znaczy berylowa rozdzielczość. Bogactwo docierających do naszych uszu informacji potrafiło w pierwszym momencie oszołomić, jednak im dłużej z takim sposobem prezentacji obcowaliśmy, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, iż CR1 powinny stanowić obowiązkowe wyposażenie wszystkich chcących liczyć się na międzynarodowej scenie studiów nagraniowych i masteringowych. Jesteśmy bowiem z ich pomocą (znaczy się CR—ek a nie studiów) określić nie tylko rodzaj kalafonii, po jaką sięgnęli symfonicy do swoich smyczków, lecz również wody kolońskiej jakiej użył sam dyrygent. Czy tego typu bezkompromisowość ma jakieś wady? Cóż, przekornie stwierdziłbym, że to nie wady, lecz zalety, gdyż ostatnia symfoniczna Meta, czyli „S&M2” pewnie jeszcze długo by nie ujrzała światła dziennego. I wcale nie chodzi mi o kwestie repertuarowe, gdyż pochodzące z albumów „St. Anger”, „Death Magnetic” i „Hardwired… to Self-Destruct” kawałki wreszcie przybrały jakąś strawną, znaczy się słuchalną formę, jednak sama realizacja woła mówiąc wprost o pomstę do nieba i na TAD-ach to po prostu doskonale słychać.
Mam cichą nadzieję, że dość jasno z moich powyższych wynurzeń wynika, iż ekipa Technical Audio Devices Laboratories nie tylko dokłada wszelkich starań, by każde opuszczające mury ich fabryki urządzenie stanowiło klasę dla siebie, lecz również połączone w jeden system osiągały synergię trudną do pobicia przez mniej „monotematyczne” konfiguracje. Oczywiście w tym momencie przesadzam co najmniej jakbym skończył ogrodnictwo a nie technologię drewna, gdyż mając okazję i możliwości bez chwili wahania z chęcią przygarnąłbym pod swój dach dowolny z testowanych powyżej komponentów i mozolnie wokół niego budował system, niemniej jednak warto mieć świadomość, że tak jak z rodziną – od przysłowiowego pierwszego strzału TAD-ki grają jak z nut, tak w mniej „dedykowanych” konfiguracjach nad wyraz sporadycznie pokazują pełnię swoich możliwości.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: TAD
Ceny
D600: 36.000 €
C2000: 25.000 €
M700S (stereo): 56.000 €
CR1TX: 70.000 € + 4000 € ST1 (standy) / komplet
Dane techniczne
TAD D600
Wejścia cyfrowe: AES/EBU, Coaxial
Obsługiwane częstotliwości próbkowania: 32 kHz – 192 kHz
Wyjścia analogowe: Para XLE, para RCA
Wyjście cyfrowe: AES/EBU
Wyjściowa częstotliwości próbkowania: 32 kHz – 96 kHz
Napięcie wyjściowe: 450 mVrms XLR, 220 mVrms RCA
Odstęp sygnał/szum
CD: 115 dB / SACD: 110 dB / Digital input (24 bit): 115 dB
Pasmo przenoszenia
CD: 4 Hz – 20 kHz
SACD: 4 Hz – 40 kHz
Pobór mocy: 32 W, <0.5W standby
Wymiary
Jednostka główna (S x W x G): 450 x 185 x 440 mm
Zasilacz (S x W x G): 220 x 185 x 430 mm
Waga
Jednostka główna: 26.5 kg
Zasilacz: 13 kg
TAD C2000
Wejścia analogowe: 2 pary XLR, 2 pary RCA
Wejścia cyfrowe: AES/EBU, Coax, USB
Obsługiwane częstotliwości próbkowania: 44.1 kHz, 48 kHz, 88.2 kHz, 96 kHz, 176.4 kHz, 192 kHz
Wyjścia: 2 pary XLR, 2 pary RCA
Napięcie wyjściowe: 1.5 V XLR, 0.75 V RCA
Max. napięcie wyjściowe: 16 Vrms XLR, 8 Vrms RCA
Całkowite zniekształcenia harmoniczne: 0.003%
Odstęp sygnał/szum: 120 dB
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 100 kHz, -1dB
Wzmocnienie: 12 dB
Max. napięcie wejściowe: 20 V XLR, 10 V RCA
Pobór mocy: 37 W, < 0.5W standby
Wymiary (S x W x G): 440 x 140 x 393 mm
Waga: 23,5 kg
TAD M700S
Moc wyjściowa: 350 W/ch (1 kHz, 4 Ω) / 175 W/ch (1 kHz, 8 Ω)
Zniekształcenia: < 0.005% (1 kHz, 175 W, 4 Ω)
Odstęp sygnał/szum: > 125 dB
Pasmo przenoszenia: 1 Hz – 100 kHz, +0/-3 dB
Wzmocnienie: 29.5 dB
Czułość/ Impedancja wejściowa: 1.5 V, 100 kΩ
Pobór mocy: 590 W, < 0.5 W standby
Wymiary (S x W x G): 516 × 296 × 622 mm
Waga: 75.5 kg
CR1TX
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana
Wykorzystane przetworniki
CST (Coherent Source Transducer) – 3.5cm berylowa kopułka / 16cm berylowy midwoofer
20cm basowy z aramidową membraną TLCC (Tri-Laminate Composite Cone)
Impedancja: 4Ω
Skuteczność: 86dB (2.83V, 1m)
Pasmo przenoszenia: 32Hz – 100kHz
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 250Hz, 2kHz
Moc Max: 200W
Wymiary (S x W x G): 341 × 628 × 444mm
Waga: 46kg szt.
Wykończenie: Emerald Black veneer – piano finish
Opinia 1
Dzisiejszy recenzencki odcinek na tle zwyczajowego opiniowania całkowicie nowych lub co najmniej mocno odnowionych, często oznaczonych jako wersja MK II komponentów audio, nie będzie dla nas typowym wydarzeniem. Gdybym miał określić, jak widzę to testowe podejście, po trosze potraktowałbym je jako zaskakujący w ciekawe wnioski powrót do przeszłości. Jednak nie jako odkurzanie zapomnianego produktu, tylko pokazanie wręcz przysłowiowym palcem, obecnie już w pełnym wymiarze tekstowym, iż nawet z pozoru nieduże zmiany mają zasadniczy wpływ na końcowy wynik soniczny danej konstrukcji. Co jest aż tak podatne na nawet najdrobniejsze korekty? Oczywiście świat analogu, z szerokiego spektrum którego na oficjalnych łamach przyjrzymy się znanemu chyba wszystkim – teraz po małym upgrade – gramofonowi słoweńskiego producenta Kuzma Stabi S New. Co skłoniło nas do pochylenia się nad gramofonem znajdującym się na co dzień w posiadaniu Marcina? Po pierwsze cięższy o prawie półtora kilograma, a przez to znacznie poprawiający kinetykę jego pracy talerz. Po drugie aplikacja na wspomnianym werku bardzo pożądanego przez wielu miłośników popularnych drapaków, ramienia od długości 12 cali. I po trzecie jako próba wyciśnięcia z tak uzbrojonej konstrukcji ostatnich soków, powieszenie na ramieniu wyśmienitej wkładki. Zainteresowani, co wydarzyło się podczas zabaw przy muzyce z tak wysoko jakościowo skonfigurowanym mówiąc kolokwialnie, bałkańskim Terminatorem? Jeśli tak, zatem zapraszam na kilka akapitów, których pojawienie się na naszych łanach zawdzięczamy staraniom katowickiego dystrybutora RCM.
Z uwagi na pewnego rodzaju wizualną prostotę rzeczonego gramofonu nie będę zbytnio rozwodził się w temacie technikaliów, tylko przybliżę jego ogólne założenia techniczne. Ten w swym pozornym nieskomplikowaniu jako konstrukcję nośną dla talerza i ramienia wykorzystuje połączone w kształt litery T, dwa mogące pochwalić się solidną wagą, a przez to na przekór filigranowemu wyglądowi, zaskakująco odporne na szkodliwe wibracje podłoża mosiężne wałki. Stabilizacja całości konstrukcji na miejscu spoczynku realizowana jest za pomocą grubych ringów osadzonych na końcach każdej z trzech kończyn. Jeśli chodzi o umiejscowienie najważniejszych akcesoriów, ramię zorientowano na krańcu tej swoistej litery T, w pozwalającej dobrze je skalibrować, wykorzystującej ten sam materiał co podstawa, pionowej tulei, zaś łożysko dla sub-talerza i obecnie cięższego o półtora kilograma głównego talerza tuż obok przecięcia się ramion nośnych. Jak można się domyślić, na opisanym werku nie ma miejsca na aplikację silnika napędzającego platformę nośną dla płyty winylowej, dlatego też ów ubrany w identyczną kolorystycznie obudowę motor, stawiamy pod talerzem na odległość realizującą naciąg paska klinowego, mniej więcej po przeciwnej stronie punktu mocowania ramienia, w sposób umożliwiający łatwą obsługę włącznika. Samo ramię jest firmowym, tłumionym olejowo, 12 calowym unipivotem z płynną regulacją wartości VTA – Stogi S 12 VTA. Natomiast całość wieńczy również pochodząca ze Słowenii, skądinąd świetna w kwestii dźwięku wkładka KUZMA CAR-20. Na koniec nie mogę nie wspomnieć, iż po zakupie rzeczonego drapaka nie musicie martwić się o osobisty brak wiedzy na temat złożenia tych puzzli w jedną, co istotne, dobrze spełniającą swoje zadanie całość, bowiem zawsze robi to przedstawiciel dystrybutora lub obsługującego Was sklepu.
Rzecz jasna, podobne do dzisiejszego starcie, z co prawda nieco inaczej skonfigurowanym, ale jednak w założeniach konstrukcyjnych tym samym gramofonem, nie może obejść się bez choćby zdawkowych, za to bardzo pomocnych w wychwyceniu różnic pomiędzy wersjami, porównań z punktem odniesienia, czyli konfiguracją Marcina. Dlatego też od tego rozpocznę. Otóż dotychczas bywając u mojego testowego pobratymcy, zderzałem się z dojrzałym, pełnym energii i dobrze zdefiniowanym w kwestii swobody wybrzmiewania dźwiękiem. Żadnych niekontrolowanych wyskoków w bok, tylko na ile pozwalała konfiguracja, rzetelne granie praktycznie każdego materiału, co stawiało ową wersję jako bardzo dobry wybór w zestawieniu aspektów cena/jakość. I gdy wydawało nam się, że z tego niepozornego malucha niewiele da się już wycisnąć, za sprawą katowickiego dystrybutora brutalnie zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Po aplikacji nowego wcielenia Stabi S w redakcyjny tor okazało się, iż to moi drodzy nie był drobny, ba, nawet nie duży, ale bardzo duży przeskok jakościowy. Oczywiście finalny wynik opierał się o sumę trzech zmiennych, w postaci wspomnianego cięższego talerza, dłuższego oraz bardziej zaawansowanego ramienia i stojącej znacznie wyżej w hierarchii jakości oferowanego dźwięku wkładki, jednak w duchu nie spodziewałem się aż takiej skali zmian. Powodem powątpiewania było kilkukrotne zderzenie się w mojej karierze z przekombinowanym analogowym konglomeratem, gdzie werk mówiąc kolokwialnie nie uciągnął towarzystwa zbyt wyrafinowanych elementów. Czyli? Jak to zwykle bywa, miało być dokładnie, muzykalnie i co wydaje się być oczywistym, analogowo, niestety wszystko często kończyło się fiaskiem typu nadpobudliwość, przeciążenie, a czasem spowodowana prostotą napędu nawet degradacja dźwięku. Tymczasem to, co udało się uzyskać panom z RCM, było świetnym trafieniem w ciekawy punkt. Jaki? Z jednej strony daleki od często bronionej przez posiadaczy tego typu dźwięku jako analogowa muzykalność, nieczytelnej lawy zapisów nutowych. A z drugiej przy świetnym napowietrzeniu, szybkości i transparentności przekazu, umiejętnie unikający efektu jego nadpobudliwości. Oczywiście na życzenie wymianą choćby jednego kabla łatwo mogłem wszystko zmienić, jednakże pełen pozytywnego zaskoczenia postanowiłem pławić się w zastanej konfiguracji przez cały, bardzo owocny w miłe doznania test, z którego do zaprezentowania możliwości naszego punktu zainteresowania wybrałem trzy pozycje płytowe.
Na początek postawiłem na męski wokal Erica Claptona z przez niektórych uważanego za niezbyt udany realizacyjnie, krążka „Unplugged”. Tymczasem okazało się, że jeśli wkładka nie generowała zbytniej ilości zniekształceń, długie ramię znakomicie poprawiało błąd prowadzenia przywołanego rylca, a całość znakomicie uspokajała dodatkowa masa talerza, naprawdę nie miałem podstaw do najdrobniejszych narzekań. Z przerwami na oklaski publiczności odśpiewałem z Erice-m całą płytę utwór po utworze i muszę stwierdzić, iż oprócz świetnej namacalności słuchanego wydarzenia, a w szczególności brzmienia gitary, zestaw bez problemu oddawał aurę owocnego w wiele scenicznych informacji koncertu na żywo, od jego rozmachu począwszy, a na różnicowaniu głośności oklasków licznych wielbicieli w zależności od miejsca siedzenia skończywszy.
Kolejny czarny placek opiewał na jazdę be trzymanki w dwupłytowym wydaniu składanki Massive Attack „Collected”. Cel? Sprawdzenie, czy wspomniana na wstępie transparentność w obliczu elektronicznego wyżywania się na naszych organach przyswajania fonii nie przerodzi się w ciężką do zaakceptowania, bo nadpobudliwą, a przez to bolesną kakofonię. Naturalnie ta muza w założeniu jest tego orędownikiem, jednak czym innym jest dostać w ucho zamierzonym przez artystę elektronicznym przesterem, tudzież modulowanym głosem, a czym innym, znakomicie słyszalnym, bo natychmiast wychwytywalnym z racji czy to kompresji, czy też jakościowego oderwania od reszty frazy, zniekształceniem. I tutaj po raz kolejny muszę stanąć w obronie zestawu Kuzmy. Owszem, na moim secie ta płyta brzmi nieco mniej przenikliwie, za co osobiście uwielbiam firmę Mijajima, bo przy tym nie traci na rozdzielczości, jednak w wartościach bezwzględnych dla wielbicieli tego typu twórczości wkładka Kuzmy zrobiła to bardziej neutralnie. Kiedy trzeba, był łomot na dole, innym razem pisk na górze, jednak zawsze przy zachowaniu zdrowego rozsądku.
Na koniec zostawiłem starcie z odrobiną wyrachowania, czyli popisy znanego z projektów z Leszkiem Możdżerem Larsa Danielsona w kwartecie zatytułowanym „Liberetto II”. Interesowało mnie nasycenie kontrabasu i energia reszty instrumentów. Przecież nie samym atakiem i lotnością dźwięku muzyka żyje. Bez odpowiedniego zbilansowania ilości strun w stosunku do pudła rezonansowego tych przerośniętych skrzypiec nie usłyszymy poprawnie odtworzonej sekcji rytmicznej, co w jazzie – nie mylić z free-jazzem – jest podstawą zrozumienia, co kilku wyżywających się podczas solowych popisów, na przemian ze spokojnymi balladami muskających swoje instrumenty panów owym spektaklem na osiem rąk chciało nam przekazać. Efekt? Było dobrze, jednak osobiście dodałbym muzyce nieco miękkiego body. Jednak nie, żeby ją ratować od porażki. Co to to nie. Jedynym doskwierającym mi niuansem – choć nie zawsze – szczególnie w partiach nostalgicznych była zbyt duża zwiewność przekazu, przez co nie do końca przemawiał do mnie w kwestii intymności. Teoretycznie było wszystko, z niezłą masą włącznie, jednak jakby twardawo, co trochę utechniczniało dobiegające do mnie wydarzenia. Jednak zaznaczam, to mój punkt widzenia. Reszta aspektów od budowania wirtualnej sceny w wektorach szerokości i głębokości wespół z wyczuwalnym zrozumieniem się artystów na scenie były na bardzo dobrym poziomie.
Czy opisany przed momentem, wyraźnie lepiej wyposażony niż Marcina gramofon Kuzma Stabi S New jest dla wszystkich? Jak najbardziej. Przecież pisałem, że łatwo jest w granicach rozsądku choćby kablem sygnałowym, przewartościować jego końcowy efekt soniczny. Jednak jestem dziwnie przekonany, iż potencjalny nabywca wcale tego nie będzie chciał robić, gdyż jego brzmienie jest pewnego rodzaju próbą połączenia wody z ogniem, czyli dobrej energii ze swobodą dźwięku. A to dopiero jedna strona medalu, bowiem ta wyglądająca na fotografiach jak „zemsta hydraulika” konstrukcja, podczas konfrontacji ogranoleptycznej nabiera całkowicie innego wymiaru nie tylko w kwestii wizji, ale również solidności wykonania i co chyba najistotniejsze, założeń technicznych. Piszę to, bo nie raz z tym modelem miałem do czynienia i z każdym razem zaskakuje mnie jego dana przez stwórcę jedynie kameleonowi umiejętność metamorfozy, czyli przekładając z polskiego na nasze, łatwość przemiany z brzydkiego kaczątka na fotografiach w pięknego łabędzia podczas starcia oko w oko.
Jacek Pazio
Opinia 2
Patrząc na dynamikę zmian i iście szaleńczy pęd otaczającego nas świata trudno oprzeć się wrażeniu, że jeszcze chwila a pomimo najszczerszych chęci po prostu przestaniemy za tym wszystkim nadążać. Nawet ograniczając się li tylko do naszego podwórka wystarczy wspomnieć o sezonowej fluktuacji modeli w segmencie budżetowym i jedynie nieco spokojniejszych dwu, góra pięcioletnich interwałach odświeżania ofert producentów operujących na wyższych pułapach cenowych. Szaleństwo? Śmiem twierdzić, że w najczystszej postaci a tym samym jeden z czynników, iż zainteresowanie Hi-Fi i High-Endem bardzo często przybiera charakter czysto okazjonalny. Znaczy się uaktywniający się dosłownie chwilę przed zakupem konkretnego urządzenia, osiągające apogeum w momencie nabycia i gasnące niczym zapałka na wietrze wraz ze spadkiem emocji i oswojeniem się z nowo nabytą „zabawką”. Proszę sobie jednak wyobrazić, że są jeszcze na tym ziemskim łez padole producenci na tyle zdroworozsądkowo podchodzący do swojego portfolio, iż zmian dokonują tak sporadycznie, iż wręcz można uznać, że robią to bądź dla świętego spokoju, bądź na skutek jakiegoś tajemniczego, wewnętrznego imperatywu wywołanego konkretną koniunkcją planet. Do takich właśnie „przypadków klinicznych” śmiało możemy zaliczyć Franca Kuzmę, który bohatera niniejszej recenzji w praktycznie niezmiennej postaci trzyma w swym katalogu od … 1998 roku. Mowa oczywiście o pieszczotliwie określanym, poniekąd z racji swej niezwykle charakterystycznej aparycji, „zemstą hydraulika”, otwierającym słoweńskie portfolio modelu Stabi S, który całkiem niedawno doczekał się wersji New a dzięki uprzejmości dystrybutora marki – katowickiego RCM-u pojawił się u nas.
Nie ukrywam, iż patrząc na naszego dzisiejszego gościa i swoją, już kilkuletnią wersję, poza oczywistymi różnicami dotyczącymi kolorystyki i ramienia (używam czarnej wersji uzbrojonej w 9” Stogi), to niespecjalnie cokolwiek rzuciło mi się w oczy. Mówiąc wprost to praktycznie ten sam uroczy „brzydal” o szczątkowym chassis wykonanym z mosiężnych i przy tym zaskakująco ciężkich prętów. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, gdyż o ile w „starej” wersji standardowy talerz ważył 3,4 kg i w ramach opcji można było go dociążyć 1,3 kg firmowym „ring clampem”, o tyle w najnowszej odsłonie utył on do 4,9 kg. Delikatnych modyfikacji doczekał się również łożyskowanie samego talerza.
Jak widać na sesji unboxingowej stabilizację na podłożu zapewniają jedynie gumowe oringi nasunięte na krańce mosiężnego „teownika”, więc obowiązek prawidłowego wypoziomowania konstrukcji spoczywa na blacie, na jakim gramofon ustawimy. Silnik jest dostawiany i przenosi napęd płaskim gumowym paskiem na ukryty pod talerzem głównym aluminiowy subtalerz. Zmianę prędkości obrotowej dokonujemy poprzez zdjęcie talerza głównego i założenie pasa na rolkę o większej/mniejszej średnicy. W komplecie znajduje się jeszcze firmowy 370g docisk i dedykowana osłona.
Dostarczony na testy egzemplarz wyposażono w firmowe ramię Stogi S 12 VTA uzbrojone w również sygnowaną przez Kuzmę wkładkę CAR-20. Ów imponujący, tłumiony olejowo 12” unipivot wykonano z aluminium a dzięki autorskiej konstrukcji mocowania nie dość, że umożliwiono regulację VTA „w locie” to również montaż w punkcie osadzenia standardowych ramion 9”.
Śmiem twierdzić, iż Franc Kuzma projektując ponad dwadzieścia lat temu Stabi gdzieś tam cały czas z tyłu głowy miał maksymę Alberta Einsteina, który uparcie twierdził, że „Wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze”. Czego by bowiem nie mówić nie sposób odmówić naszemu dzisiejszemu bohaterowi daleko posuniętego minimalizmu, jednak minimalizmu polegającego na przemyślanych działaniach a nie standardowych oszczędnościach. Wystarczy tylko na spokojnie zastanowić się nad praktycznie będącym w zaniku, lecz zarazem zaskakująco ciężkim chassis. Zazwyczaj „zwykła” plinta, to jeśli nie pudło rezonansowe w przypadku konstrukcji „linnopochodnych”, to mniej, bądź bardziej zaawansowana technologicznie wariacja na temat popularnej „deski”, która też od siebie potrafi „dorzucić” a przy okazji owym „podrzutkiem” uraczyć zamontowane na sobie ramię. A w słoweńskiej „szlifierce” mówiąc wprost drgać nie ma za bardzo co, bo jest to konstrukcja nie dość, że nieodsprzęgnięta, to śmiało można uznać ją za masową. Oczywiście w porównaniu z daleko nie szukając Transrotorami (chociażby Dark Star Silver Shadow), ma wagę zdecydowanie mniej „absorbującą”, jednakże w zupełności wystarczającą zarówno do wygaszania ewentualnych rezonansów, jak i zapewnienia stabilnej pracy.
Podobnie sprawy mają się z ramieniem a generalnie wszystkimi ramionami Kuzmy. Doskonale zdaję sobie sprawę, że może nie wyglądają one tak finezyjnie i biżuteryjnie jak dajmy na to konkurencyjne rozwiązania Morcha, czy nawet SME, jednak już po kilku dniach użytkowania przejawu słoweńskiej myśli technicznej jakikolwiek kontakt z ramionami konkurencji może wywoływać lekkie stany lękowe, czy aby nie rozpadną się w trakcie pracy, bądź wręcz nie zostaną nam w palcach. Solidność Kuzmy przywodzi bowiem na myśl niemalże niezniszczalnego Willysa MB/MA, do którego ewentualnych napraw wystarczyły klucz, młotek i ewentualnie nożyce do blachy.
Skupmy się jednak na dźwięku, gdyż jest on nazwijmy to oględnie kompletnie nieadekwatny do postury źródła go generującego. Stabi gra bowiem dźwiękiem o zaskakująco dużym wolumenie, jednak bez zbytniego przesadyzmu, czy też sztucznego pompowania źródeł pozornych. O nie. Raczej chodzi o to, iż patrząc przez pryzmat jej aparycji – gabarytu ze zdziwieniem odkrywamy, iż nijakiego przeskalowania sceny w dół nie ma. W dodatku odważnie podane skraje pasma nieco potęgują wrażenie skali całości prezentacji. Jeśli okrasimy to ponadprzeciętną dynamiką i brakiem zawoalowania, czy też zmiękczenia ataku okaże się, że dostajemy prawdziwy dynamit. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż z małą Kuzmą wpiętą w system nie sposób się nudzić a pozycje w stylu „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy, czy „RECHARGED” Linkin Park potrafią na tyle skutecznie „przedmuchać” nasz system, że po odsłuchu konia z rzędem temu, kto znajdzie choć drobinkę kurzu na wooferach. Krótko mówiąc jazda bez trzymanki. Co istotne efekt Wow nie jest budowany li tylko na iście subsonicznych pomrukach, lecz na fenomenalnej kontroli i zróżnicowaniu najniższych składowych. Wyraźnie słychać poprawę w tym podzakresie w porównaniu z moim, uzbrojonym w 10-kę Dynavectora, set-upem. Niby u mnie też jest zejście i „mięcho”, jednak firmowy zestaw Kuzmy lepiej, precyzyjniej definiuje poszczególne dźwięki nie tracąc nic a nic z natywnej homogeniczności. Oferuje też nieco więcej „powietrza” – oddechu, dzięki czemu nawet przy gęstych i zawiłych aranżacjach nie mamy uczucia klaustrofobicznego zaduchu.
Czuć to również na zdecydowanie bardziej spokojnych, wręcz minimalistycznych albumach. Przykładowo na „Vägen” Tingvall Trio, bądź nieco „gęściej” i ciemniej nagranym „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubalcaby oprócz niezwykłej precyzji w pozycjonowaniu poszczególnych muzyków na obszernej scenie do głosu dochodzi nieodłączna w jazzie tzw. „gra ciszą”. I tutaj nie sposób pominąć kolejną cechę Kuzmy, która dla miłośników właśnie takich klimatów może okazać się kluczową. Chodzi bowiem o jej kulturę pracy a dokładnie niezwykle niski szum własny. Powiem więcej. Prędzej w głośnikach „zaszumi” nam pseudo audiofilski phonostage, aniżeli cokolwiek związanego z pracą samego gramofonu, pomijając oczywiście fakt przesuwu igły po płycie. Chociaż uczciwie trzeba przyznać, że i pod tym względem CAR-20 raczej skupia się na ekstrakcie danych użytecznych, czyli informacji zapisanych w rowkach płyt, aniżeli wyciąganiu na światło dzienne każdego paproszka, zabrudzenia, czy ryski. Nie twierdzę bynajmniej, że nie informuje o ich istnieniu, lecz fakt ten nie zaburza melodyki i klimatu poszczególnych utworów. Ot klasyczne, niejako wpisane w winylowy krajobraz, artefakty z faktu istnienia których doskonale zdajemy sobie sprawę, lecz niespecjalnie zwracamy na nie uwagę.
Jest też jednak i druga strona medalu, przy czym objawia się ona przy dość chłodnych, czy wręcz nieco szklistych nagraniach, jak wspomniany „Vägen”, gdzie choć układ ramię-napęd cechuje fenomenalne zejście i dynamika, o czym z resztą już zdążyłem wspomnieć, to wkładka CAR-20 sama z siebie nijakiego ciepła, czy mięsistości, o ile tylko w materiale źródłowym ich nie będzie, nie doda. Dlatego też miłośnicy stereotypowo „analogowego” – dopalonego na średnicy i ociekającego słodyczą na górze grania przed decyzją o zakupie powinni sprawdzić ww. konfigurację we własnym systemie. Mój dyżurny Dynavector DV-10X5, choć ustępuje Kuzmie pod względem rozdzielczości i dynamiki, to zdecydowanie bardziej „czaruje”, więc przy bardziej agresywnym repertuarze, o ile tylko nie gustujemy w cold-industrialnych klimatach, może okazać się nie mniej ciekawą propozycją. Decyzję proszę jednak podejmować na „własne ucho”, gdyż powyższe dywagacje są oczywistą projekcją moich wybitnie subiektywnych osądów i upodobań, plus wypada wziąć poprawkę na wpływ m.in. sygnatury obecnego w Państwa systemie przedwzmacniacza gramofonowego, który z powodzeniem może dorzucić od siebie kilka kresek na suwaku saturacji tam, gdzie CAR-20 stawia na bliską wzorca transparentność.
No i mam przysłowiowy ból zęba, gdyż gdzieś tam po cichu liczyłem, iż zmiany spowodowane „przytyciem” talerza i wyższej klasy ramieniem, oraz wkładką nie będą aż tak znaczące. Niestety już po kilku taktach wiedziałem, że owe nadzieje mogę sobie co najwyżej w buty wsadzić i chciał, nie chciał powoli oswajać się z myślą kolejnych wydatków. Nie twierdzę, że moja „zemsta hydraulika” przestała grać, jednak mając świadomość jaki potencjał w niej drzemie, raczej prędzej niż później zafunduję jej mały lifting. A Państwu jedynie szczerze polecę kontakt z tym niepozornym maluchem, gdyż trudno będzie Wam znaleźć bardziej wdzięczny, vide zdolny ukazać rzeczywistą klasę aplikowanych komponentów, obiekt ewentualnych udoskonaleń w tak rozsądnej kwocie.
I jeszcze na koniec jedna uwaga. Jakby komuś przeszkadzał dość absorbujący sposób zmiany prędkości obrotowej, to też nie ma problemu – da się do Stabi S New dołożyć zaawansowany zasilacz, gdzie takich nastaw dokonuje się jednym kliknięciem. Mała rzec a cieszy.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: RCM
Ceny:
Kuzma Stabi S New: 8 390 PLN
Kuzma Stogi S 12 VTA: 9 600 PLN
Kuzma CAR-20: 6 800 PLN
Dane techniczne
Kuzma Stabi S New
Masa gramofonu: 13 kg
Masa talerza: 4,9 kg
Wymiary: 400 x 300 x 130 mm
Prędkość: 33 / 45 obr/min
Silnik: synchroniczny
Stogi S 12 VTA
Długość efektywna: 304,8mm
Odległość pivot to spindle: 291mm
Odległość montażowa: 212mm
Wysięg (overhang): 13,8mm
Przesunięcie osi wkładki (offset angle): 17,8°
Masa efektywna: 13g
Max masa wkładki standardowa przeciwwaga: 15g
Masa całkowita: 1750g
Kuzma CAR-20
Typ: MC
Materiał wspornika: aluminium
Igła: syntetyczna o eliptycznym szlifie
Cewka: Miedź STD
Pasmo przenoszenia: 10Hz-33kHz
Napięcie wyjściowe: 0.3mv
Zrównoważenie kanałów: <1dB
Separacja kanałów: >23dB
Tracking Force: 2.0gr
Compliance: 8×10-6cm/dyne
Trackability: >70μm
Impedancja: 4Ω
Load Impedance: <100Ω
Waga: 17 g
Najnowsze komentarze