Opinia 1
Choć patrząc na rynek audio konstrukcji lampowych jest do wyboru, do koloru, to jest pewien segment obszaru naszych zainteresowań, gdzie obecność rozżarzonych szklanych baniek nie jest aż tak powszechna, oczywista a wsłuchując się w niektóre opinie użytkowników wręcz uzasadniona, czy nawet oczekiwana i mile widziana. Cóż to za nisza? O przepraszam, żadna nisza, tylko będąca oczywistym beneficjentem popularności analogu, prężnie rozwijająca się gałąź Hi-Fi / High End poświęcona przedwzmacniaczom gramofonowym. Czemu jednak już na wstępie wspomniałem o jednostkach przeciwnych lampowym konstrukcjom w służbie obróbki sygnałów pozyskiwanych z „czarnych płyt”? Bo nie widzę powodu, by zaklinać rzeczywistość. A ta, potwierdzana pomiarami, praktycznie na każdym kroku udowadnia, że oparte na krzemie phonostage cechują lepsze parametry (przede wszystkim są cichsze) a jak wiadomo praca na słabowitych sygnałach płynących z wkładek to nie bułka z masłem, więc nie ma co jeszcze od siebie do nich czegokolwiek dodawać. Sęk jednak w tym, że dziwnym zbiegiem okoliczności „parametry nie grają” i jak również praktyka dowodzi zastosowana technologia nie jest sama w sobie celem a jedynie środkiem / drogą do jego, owego celu, osiągnięcia. Jednakowoż zupełnie nie dziwi mnie wynik dokonanego na potrzeby niniejszego wstępniaka remanentu naszych dotychczasowych spotkań z przedwzmacniaczami gramofonowymi, który czarno na białym obrazuje rozkład sił pomiędzy obiema technologiami. Okazje się bowiem, iż w trakcie minionych jedenastu lat z okładem gościło u nas dwadzieścia wyposażonych w lampy i dwadzieścia pięć opartych na krzemie przedwzmacniaczy gramofonowych. Jakich? Cóż, chcąc zachować jako-taki porządek posłużyłem się kolejnością alfabetyczną. I tak, z lampowych mieliśmy przyjemność rzucić uchem na:
– Aesthetix Io Eclipse VC DMPS
– Audio Tekne TEA-2000
– Audio Tekne TEA-9501B
– Audio Tekne TEA-8695
– Audion Premier MM
– Ayon Spheris Phonostage
– Canor PH 1.10
– Destination Audio WE417A
– EAR Yoshino 88PB
– McIntosh MP1100
– Modwright PH150
– Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl
– Octave Phono Module
– Phasemation EA-1 II
– Phasemation EA-1000
– Phasemation EA-1000 + PS-1000
– Tenor Audio PHONO 1
– Thrax Orpheus Mk3 Signature
– VTL TP-2.5 SERIES II
– Ypsilon VPS-100
A z tranzystorów:
– Abyssound ASV-1000
– Accuphase C-47
– Audia Flight FL Phono
– Aurorasound Vida
– Aurorasound Vida prima
– Bakoon SATRI EQA-12R
– Chord Electronics Huei
– FM Acoustics FM 122 MkII
– Gold Note PH-10
– Gold Note PH-10 & PSU-10
– Gold Note PH-1000
– Gryphon Audio Legato Legacy
– LAR LPS-1
– Phasemation EA-350
– Phasemation EA-500
– Pro-Ject Phono Box RS
– RCM Sensor 2
– RCM Sensor 2 MkII
– RCM THERIAA
– RCM The Big Phono
– Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Trilogy 906
– Trilogy 907
– Violectric PPA V790
– Vitus Audio SP-102
Nie da się ukryć, że „trochę” się tego uzbierało. Niemniej jednak, może i dwudziestoprocentowa różnica nie jest jakaś kolosalna, tym bardziej, że za sprawą naszego dzisiejszego gościa, o którym dosłownie za moment, dystans dzielący oba peletony ulegnie zmniejszeniu, jednak fakt pozostaje faktem, że na stereotypowy „czar lamp” w analogu trafić nieco trudniej aniżeli na tranzystory. Dlatego też dążąc do zachowania równowagi na naszych łamach, dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu tym razem zajmiemy się reprezentującym pierwszy z ww. obozów przedwzmacniaczem gramofonowym PrimaLuna EVO 100 Phono Preamplifier, na test którego serdecznie zapraszamy.
Już zupełnie niezobowiązujący i pobieżny rzut oka na naszego dzisiejszego gościa jasno daje do zrozumienia, że co jak co, ale w trakcie planowania topologii systemu bezdyskusyjnie należy mu się górna półka. Oprócz oczywistych względów natury termicznej przemawia za tym również logika i przyzwyczajenie, gdyż gdzie, jak nie koło zazwyczaj okupującego najwyższe piętro gramofonu przedwzmacniaczowi, o ergonomii użytkownika nawet nie wspominając, byłoby tak wygodnie. Zacznijmy jednak od początku, czyli od aparycji. A ta jest klasyczna, nieprzesadzona i co najważniejsze w pełni spójna z rodzinną szkołą designu. Mamy zatem do czynienia z dość kompaktową (głębokość 405 x szerokość 280 x wysokość 190 mm) stalową bryłą o kształcie wynikającym z wykorzystywanej technologii, czyli dedykowanej zaskakująco obfitej szklarni płycie głównej i wypiętrzonemu z tyłu prostopadłościennemu silosowi, zazwyczaj chroniącemu trafa i dławiki. W zestawie nie zabrakło również zdejmowanej osłony, którą równie dobrze można zostawić (po odklejeniu ochronnych folii), bądź zdjąć i cieszyć oczy widokiem … ośmiu lamp. Z premedytacją nie piszę, że bursztynowym blaskiem, gdyż EVO 100 nie tylko dość oszczędnie nimi czaruje, to w dodatku usytuowana w pierwszej linii, pracująca w sekcji MM kwadra 12AX7 została firmowo odziana w stosowne, metalowe płaszcze, więc dopiero rezydujące za nimi pary 5AR4 (prostownicze) i EL34 mogą co nieco bursztynowego blasku zaserwować. Sam front wydaje się również nieprzeładowany i intuicyjny, choć o ile dla jednych ciekawym a dla innych możliwe, że kontrowersyjnym/dyskusyjnym rozwiązaniem jest zakładam, że w pełni świadoma i celowa multiplikacja wyboru typu wkładki oraz załączania/wyłączania wyciszenia. O ile w większości przypadków do obsługi ww. funkcji w zupełności wystarczyłyby dwa dwupozycyjne przyciski o tyle Holendrzy ze znanych chyba tylko sobie powodów każdemu ze stanów przypisali osobny guzik. Całe szczęście już okupujące boczne flanki pokrętła – lewe odpowiedzialne za dobór obciążenia MC (50/100/200/500/1000 Ω) i prawe umożliwiające wybór wzmocnienia (52dB/56dB/60dB) nijakich odchyłek od ogólnie przyjętych standardów nie wykazują. Oprócz ww. manipulatorów konstruktorzy nie zapomnieli o umieszczeniu stosownych informacji dotyczących producenta, serii z której pochodzi i opisu funkcji ww. modelu. Zanim przejdziemy na zaplecze pozwolę sobie jeszcze wspomnieć, iż na lewej ścianie bocznej umieszczono włącznik główny a na prawej … selektor pojemności wejściowej (47/100pF) dla wkładek MM. A na wspomnianych plecach nie dość, ze panuje wzorowy porządek, gdyż do dyspozycji mamy jedynie po pojedynczej parze wejść i wyjść w standardzie RCA, to znajdziemy jeszcze zacisk uziemienia i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC (faza oznaczona śrubą w kolorze aluminium). Skromnie dość, tym bardziej, że spokojnie znalazłoby miejsce na zdublowane terminale wejściowe, co obecnie wydaje się być zdroworozsądkowym standardem nawet na niższych od reprezentowanego przez EVO 100 pułapach cenowych. No nic, idźmy dalej. Uwagę przykuwa tajemnicza, mocowana czterema śrubami klapka pod którą ukryto dedykowaną pracującej w sekcji MC odzianej w blaszane płaszcze parze lamp 6922.
A jak nasz dzisiejszy gość wypada pod względem brzmieniowym? Śmiem twierdzić, że nie mniej atrakcyjnie aniżeli pod względem wizualnym a zarazem zgodnie z reprezentowaną przez siebie technologią. Od pierwszych taktów urzeka bowiem słodyczą i gęstością przekazu, lecz nie w formie karmelowego ulepka, lecz raczej miękkiego złota zachodzącego słońca. Dzięki czemu, pomimo kreślenia konturów nieco grubszą niżeli mam na co dzień kreską, zupełnie nie czułem nawet najmniejszych deficytów czy to rozdzielczości, czy precyzji. Kluczowa była bowiem homogeniczność, spójność przekazu, jedynie akcentująca nadrzędność aspektu muzykalności nad wszelakiej maści pokusami usilnego wgryzania się w niuanse i dzielenia przysłowiowego włosa na czworo. Jasnym zatem jest, że PrimaLuna stawia przede wszystkim na przyjemność odbioru i jemu podporządkowuje rozkład poszczególnych składowych własnej szkoły grania. Czy to źle? Absolutnie nie, gdyż sprawa stawiana jest jasno już na samym początku, więc zaledwie po kilku utworach potencjalny nabywca doskonale wie, czy jest to jego bajka, czy też musi szukać dalej. Ponadto warto pamiętać, że co nieco da się również zdziałać za sprawą świadomego doboru okablowania, więc o ile z moimi dyżurnymi, sygnowanymi przez Oyaide NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground rzeczywiście było niejako permanentnie „ładnie”, to już zamiana na niedawno przeze mnie recenzowany ZenSati Zorro Phono pokazała ile niuansów i audiofilskiego planktonu da się uzyskać z holenderskiego wzmocnienia oraz, że i pod względem różnicowania jakości nagrań/tłoczeń nie ma co narzekać. Niemniej jednak, abstrahując od kablowych roszad, dawno tak przyjemnie nie słuchało mi się wydanego na dwóch kanarkowo-żółtych płytach „Live In The Union Chapel” Procol Harum, gdzie jakość realizacji może nie poraża, za to pod względem muzycznym i repertuarowym dostajemy wszystko co najlepsze. Słychać było flow między muzykami, przepiękną głębię Hammonda Matthew Fishera, czy ciutkę sfatygowany, lecz jakże autentyczny i prawdziwy wokal Gary’ego Brookera.
Z nieco większych i bardziej złożonych form sięgnąłem po „Kholat” Arkadiusza Reikowskiego, na którym pomimo wyraźnego lampowego sznytu Evo 100 udało się zachować natywną eteryczność i otwartość góry przy jednoczesnym dociążeniu oraz wysyceniu średnicy. Co ciekawe, choć sybilanty uległy delikatnej tonizacji, to już same partie wokalne zyskały na namacalności i definicji, więc ich wygładzenie nie nosiło znamion przykrycia ciężkim wełnianym kocem a było jedynie pokłosiem autorskiego uszlachetnienia. Oczywiście jest to następstwo słyszalnej faworyzacji środka pasma i co za tym idzie przybliżenia pierwszego planu, lecz powyższe zabiegi serwowane są ze zdroworozsądkowym umiarem, więc nie ma zagrożenia zbytnią ofensywnością przekazu i bezpardonowym atakowaniem słuchacza.
No i niejako na deser nie mogłem odmówić sobie przyjemności sięgnięcia po obowiązkowy podczas analogowych nasiadówek „Vägen” Tingvall Trio, który tym razem zaprezentował się w zaskakująco „analogowej” formie. Czemu o tym wspominam? Cóż, to dość chłodno i niemalże „cyfrowo” zrealizowany materiał, który choć każdorazowo zachwyca rozdzielczością, to dla części szukających ukojenia i słodyczy melomanów jest nazbyt zachowawczy pod względem emocjonalnym i barwowym. Tymczasem obecność tytułowego phonostage’a podziałała niczym organiczne użyźnienie wyjałowionej gleby pozwalając jej wybuchnąć soczystością barw i młodzieńczą witalnością. Może do swoistej kremowości ECM-u było jeszcze daleko, ale nie sposób było mówić o jakichkolwiek przejawach tonowania emocji.
Na moje spaczone i zmanierowane ucho PrimaLuna EVO 100 Phono Preamplifier jest wręcz wymarzonym przedwzmacniaczem gramofonowym dla wszystkich melomanów szukających w swych płytotekach emocji, soczystości barw i wręcz stereotypowej muzykalności. Holenderskie phono nie uśredniając przekazu jest bowiem w stanie z praktycznie każdego winylowego krążka wycisnąć nie tylko wszystko co najlepsze, lecz również tchnąć w niego nieco soczystej tkanki, jeśli tylko na tym polu realizacja wykazuje jakieś niedostatki. Czyni to jednak z takim taktem i dbałością o umiar, że nie ma co się obawiać ewentualnego przesytu w konfiguracjach bogatych w owe przymioty. Dlatego też, jeśli korci Państwa zmiana posiadanej, dedykowanego czarnym płytom wzmocnienia, bądź nie wiecie w którą stronę z rozbudową analogowej gałęzi posiadanego systemu chcecie pójść, to chociażby ze zwykłej ciekawości gorąco namawiam Was do rzucenia uchem na tytułowe urządzenie. Może i nie osiągnięcie takiego wyrafinowania i stopnia wtajemniczenia, jak za sprawą potężnej konkurencji w postaci Tenora, bądź Ypsilona, jednakże w zamian otrzymacie coś wyjątkowego – nieprzyzwoitą wręcz przyjemność obcowania z posiadaną płytoteką.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Wydawać by się mogło, że jeśli ktoś para się słuchaniem muzyki z płyt winylowych, chcąc być w pełni (zrozumiale) ortodoksyjnym w tym temacie na ile jest to możliwe, w kwestii konfiguracji systemu audio powinien korzystać z kojarzonej z tym formatem technologii lampowej. Oczywiście wiadomym jest, iż to utopia, gdyż wielu zakręconych na punkcie czarnej płyty osobników ze mną na czele, z wielu powodów od nietrwałości lamp począwszy, na brakach w oddaniu energii dolnego pasma w stosunku do konstrukcji krzemowych skończywszy, wręcz stroni od tego typu rozwiązań. Jednak jakby na to nie patrzeć, taki stan rzeczy nie upoważnia nas do automatycznego negowania podobnych rozwiązań. Przykłady takiego postrzegania tematu przez nas za pomocą portalowej wyszukiwarki oczywiście można spokojnie znaleźć w historii naszych testów. Ale tak naprawdę nie potrzeba, bowiem kolejnym takim wydarzeniem będzie dzisiejsze spotkanie z lampową konstrukcją znanej powszechnie chyba wszystkim pasjonatom marki z Niderlandów. A konkretnie z dostarczonym przez łódzki Audiofast nie tylko lampowym, ale wykorzystującym kultowy sposób montażu „punkt-punkt” przedwzmacniaczem gramofonowym PrimaLuna EVO 100 Phono Preamplifier.
Analizując załączoną serię zdjęć widzimy, iż oprócz wspomnianego sposobu organizacji połączeń elektrycznych trzewi konstrukcji (punkt-punkt), w temacie ich ubrania inżynierowie poszli standardową drogą dla tego typu rozwiązań. Chodzi oczywiście o wykonanie obudowy urządzenia w formie platformy pod którą ukryto wszelkie połączenia kablowe, a z przodu posadowiono serię niezbędnych dla tej konstrukcji lamp, za to z tyłu, pod estetyczną budką umieszczono sekcje MC, traf i innych podzespołów niemieszczących się w położonym na płasko prostopadłościanie. Naturalnie spełniając warunki otrzymania certyfikacji produktu do sprzedaży sekcja lampowa jest osłonięta zdejmowaną, półokrągłą kratką, a całość obudowy pokryta wielowarstwowym, brokatowym, granatowo—grafitowym lakierem. Wykonany z grubego płata aluminium, wykończony w technice szczotkowania, czarny, delikatnie wystający poza obrys prostopadłościennej obudowy ront EVO 100 na swej sporej połaci może pochwalić się sporą ilością funkcyjnych manipulatorów. Co ciekawe, manipulatorów zazwyczaj usytuowanych u konkurencji na awersie. Jednak wbrew pozorom to bardzo przemyślany ruch, bowiem wszelkie potencjalne zmiany konfiguracyjne nie wymagają od użytkownika odpinania i wyjmowania urządzenia z dedykowanego miejsca, tylko kilkoma ruchami pozwalają wykonać dane działanie na front-panelu. Dlatego znajdziemy na nim zorientowane na bokach dwie gałki – lewa obciążenia wkładki gramofonowej, prawa poziomu wzmocnienia sygnału wyjściowego oraz cztery guziki – wybór rodzaju wkładki -MM,MC i opcja włączenia lub wyłączenia opcji wyciszenia urządzenia. Jeśli chodzi o rewers rzeczonego phono, mamy do dyspozycji podstawowe atrybuty przyłączeniowe, a są nimi wejście i wyjcie sygnału w standardzie RCA, zacisk uziemienia i gniazdo zasilania IEC.
Jak w roli wzmacniacza słabowitego sygnału z wkładki gramofonowej wypadł nasz bohater? Cóż, tak jak na prawdziwą lampę przystało. Nie próbował udawać szybkiego i agresywnego kolesia kosztem piękna lampy – znam kilka lampiaków udających estetykę tranzystora z co najmniej kontrowersyjnym efektem, tylko od pierwszych minut pokazywał, że dobrze zaaplikowana szklana bańka potrafi wiele. Naturalnie pokazać piękno muzyki brylując w centrum pasma akustycznego w domenie nasycenia, ale również jego homogeniczności przy okazji oferując niezły drive. Ale żeby nie było nieporozumień, to rasowe, bo gęste, dlatego pełne emocji nastawionej na masowanie najbardziej czułego dla naszych zmysłów pasma granie. Dźwięczne, soczyste i odpowiednio energetyczne, dzięki czemu z wysokim poziomem poczucia namacalności wirtualnych źródeł pozornych. Phonostage PrimaLuny jest dość uniwersalną konstrukcją i choć w nacechowany mocną esencją, to w ciekawy sposób poradził sobie z projekcją zapisów nutowych widniejącej na fotografiach solowej płycie specjalisty od gry na kontrabasie. I to nie jakiegoś początkującego adepta sztuki panowania nad nadmuchanymi skrzypcami, tylko samego Gary’ego Peacocka. Co w tym trudnego? Przecież to zazwyczaj jest delikatniejsze lub mocniejsze szarpanie strunami w służbie pokazania rytmu reszcie formacji muzyków w dużych składach. Owszem, w teorii tak, ale to nie jest zwykła produkcja jazzowa spod znaku ballad, tylko materiał pozwalający pokazać kunszt oraz zarezerwowane dla najlepszych umiejętności artysty, w którym możliwości systemu w pokazaniu szybkości narastania sygnału, jego energii i co bardzo istotne w kontrabasie, rozdzielczości prezentacji brzmienia strun są to tylko jedną ze składowych całego popisu muzyka. Jeśli coś z tej wyliczanki nie nadąży za zamierzeniami Gary’ego, mamy idealny przepis na artystyczną klapę. Na szczęście i trochę ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu – wspominałem, że brzmienie EVO 100 jest gęste i organiczne, co często jest kulą u nogi takich konstrukcji – zarejestrowany materiał spokojnie się obronił. Było mocne uderzenie i niezbędna soczystość podparta pudłem rezonansowym, ale kiedy trzeba drive był również różnorodny energetycznie. Pewnie, że pokaz nie był tak bezkompromisowy jaki uzyskuję z posiadanym tranzystorowym The Big Phono RCM, ale równie ciekawy w kwestii zaskakiwania mnie szybkością zmian rytmu oraz energii popisów artysty. A to tylko jedna strona medalu. Co mam na myśli? Naturalnie piję do wykorzystania lamp w układach elektrycznych naszego bohatera, bez których mój tranzystor czasem wydaje się bezduszny. Nie techniczny, nie męczący, jednak dla wielu zbyt dosadny, co podczas obcowania z czarną płytą u wielu z nas może powodować dyskomfort. W przypadku Niderlandczyka takiej opcji nie ma. Od startu wiemy, że to lampa, by w dalszej fazie zgłębiania jej możliwości przekonać się, że do tego dobrze skrojona technicznie, bo z odpowiednim wykopem, a nie ulana w jedną nudną pakę. A jak z inną muzą? To chyba jasne. Wszystko zagrało w stylu podobnym do G. Peacock-a, czyli z niezłym uderzeniem.
Jednak wiadomym jest, iż feedbackiem uprzyjemniania lampą odbioru choćby popisów rockmenów spod znaku Led Zeppelin III, było lekkie spowolnienie ataku oraz naturalne dla szklanych baniek zmniejszenie agresji odtwarzanego materiału. Na szczęście ów stan w tym wydaniu okazał się być bez problemu akceptowalny i mam nadzieję, że całkowicie zrozumiały. Przecież tak naprawdę po to wchodzi się w lampę, aby świat muzyki w większości przypadków był przyjemny w odbiorze. Ważne jedynie, aby nie był nudny, a zapewniam, od takiego stanu tytułowa PrimaLuna ewidentnie stroni, co mnie bardzo ucieszyło.
Komu biorąc pod uwagę powyższy opis dedykowałbym będący zarzewiem testu przedwzmacniacz gramofonowy? Po pierwsze zagorzałym lampiarzom, gdyż dzięki dobrze skomasowanej energii bez efektu rozlewania się bliżej nieokreślonych pomruków bez problemu będą w stanie zaaplikować go w swoim środowisku sprzętowym. Zaś po drugie wszędzie tam, gdzie odczuwane są braki w esencjonalności dźwięku oraz niedostatki niezbędnej dla analogu plastyki prezentacji. Nasz bohater bez najmniejszych problemów wywoła na twarzach osobników z tych obozów szeroki uśmiech. A co z resztą populacji melomanów? Spokojnie. Oni też powinni spróbować tej szkoły przetwarzania sygnału z czarnej płyty. Być może od razu nic z tego nie wyjdzie, bo będą zbyt zatwardziali w swych dotychczasowych wyborach i dlatego jeszcze nieprzygotowani na fajne soniczne zmiany. Ale nie zdziwiłbym się, gdyby spędzone z PrimaLuną chwile przy muzyce po jakimś czasie były zaczynem do ewentualnych przemyśleń nad zmianą swojego stanowiska. Niderlandczyk coś w sobie ma i finalnie w dobrym tego słowa znaczeniu może okazać się przysłowiową bombą z opóźnionym zapłonem. To choć niepozorny gabarytowo, naprawdę ciekawy phonostage.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: PrimaLuna
Cena: 17 780 PLN
Dane techniczne
Max. napięcie wyjściowe: 26.3dBV/20.6Vrms
Odchylenie od krzywej RIAA: < 0.5dB (20Hz to 20kHz)
Pasmo przenoszenia: 0–20kHz (+0/-3 dB)
Zniekształcenia THD+N (A-Weighted) MM/MC: <0.40% @ 2V
Impedancja wyjściowa: 100Ω@1kHz
Wzmocnienie: 40dB (MM), 52dB/56dB/60dB (MC)
Pojemność wejściowa: 47kΩ (MM);50/100/200/500/1000 Ω (MC)
Czułość wejściowa: 2.5mV (MM); 0.104mVrms (200mVrms@1kHz) (MC)
Max.sygnał wejściowy (@0,1%THD): 2.5mV (200mVrms@1kHz) (MM); 14mVrms (MC)
Separacja kanałów (@1Khz): >75dB (MM); >60dB (MC)
Odstęp sygnał/szum: >90dB
Wejścia: Para RCA
Wyjścia: Para RCA
Zastosowane lampy:
– Lampy V1, V4 (zasilanie, prostownik): 5AR4
– Lampy V2, V3 (zasilanie, stabilizacja): EL34
– Lampy V5, V6, V7, V8 (MM): 12AX7 (Low Noise) w aluminiowym płaszczu
– Lampy V9, V10 (MC): 6922 (Low Noise) w aluminiowym płaszczu
Pobór mocy: 86W
Wymiary (G x S x W): 405 x 280 x 190 mm
Waga: 12.7 kg
Opinia 1
Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć politykę wprowadzania nowości na rynku audio trudno uznać za spójną. Kiedy jedni, zazwyczaj globalni/masowi/korporacyjni (niepotrzebne skreślić) producenci niemalże hurtowo prezentują nowe modele inni nie są tak skorzy do kompletnego odświeżania własnego portfolio, więc dozując emocje chwalą się kolejnymi nowinkami w mniejszych, bądź większych interwałach. Które z rozwiązań jest lepsze/skuteczniejsze nie nam oceniać, jednak z naszej, wybitnie subiektywnej – recenzenckiej praktyki zdecydowanie bliżej, „wygodniej” i spokojniej jest nam po drodze z drugim modelem biznesowym, gdyż odpadają dylematy co brać na tapet i na czym się skupić. Nie ma też branżowych przepychanek komu „należy” się najwyższy a komu niższy stopniem model, czy też dystrybucyjnych rozterek, czy lepiej do testów wysyłać pojedyncze egzemplarze / pary a może kompletne sety czy to zestawów kolumn, czy też okablowania. Mówiąc wprost brak wyboru okazuje się zazwyczaj najlepszym wyborem i coś czujemy w kościach, że ekipa Furutecha z podobnego założenia wyszła, sukcesywnie uzupełniając swoja ofertę o kolejne flagowce. Dlatego też najpierw dokonała prezentacji topowego przewodu zasilającego Project V1, który zagościł u nas zarówno na występach solowych jak i w tandemie z odświeżonym Pure Power 6 NCF, następnie przyszła pora na małą roszadę na „rozgałęziaczowym” szczycie i pojawienie się NCF Power Vault-E, a teraz, no dobrze, debiut miał miejsce w maju – podczas ostatniego monachijskiego High Endu, pojawiło się sygnałowe – zbalansowane rodzeństwo wspomnianych V1-ek. Jeśli zatem lubicie Państwo trzymać rękę na pulsie i wiedzieć, co w trawie piszczy, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.
Jak powyższe zdjęcia unaoczniają V1-ki trafiają do szczęśliwych nabywców w odpowiednio zabezpieczonej przed trudami podróży eleganckiej bambusowej skrzynce wyściełanej błękitną, miękką tkaniną i dodatkowo otulone nie mniej eleganckim woreczkiem z firmowym logotypem. Słowem elegancko i ze smakiem – bez przesadnego, ostentacyjnego blichtru a jednocześnie w formie podkreślającej słuszność wyboru flagowca japońskiej marki. Dla porównania proszę tylko zerknąć na dotychczas topowe a przez naszych dzisiejszych bohaterów zdetronizowane LineFluxy NCF, które „zasłużyły” jedynie na zwykłe – kartonowe pudełka.
Nie mniej elegancko wygląda też drogocenna „wkładka”, czyli same, łapiące za oko czarno-rudą zewnętrzną plecionką, topowymi – zarezerwowanymi wyłącznie dla serii V carbonowymi, rodowanymi wtykami CF-102 NCF(R)-P i nie mniej biżuteryjnymi antywibracyjnymi, pełniącymi rolę splitterów masywnych muf o czterowarstwowych ( patrząc od wewnątrz – żywica nylonowa NCF, włókno węglowe, hybrydowy kuty kompozyt z włókna węglowego i NCF oraz specjalna utwardzona transparentna powłoka) korpusach wykonanych bliźniaczo do ww. konfekcji przewody. Jak łatwo się domyślić przewody o dość pokaźnej wadze, choć biorąc pod uwagę złożoność i wielowarstwowość ich konstrukcji, czyli potrójne ekranowanie i podwójne tłumienie (o czym dosłownie za chwilę) uczciwie trzeba przyznać, że Furutechy pozytywnie zaskakują podatnością na układanie, co stanowi ich niewątpliwą i nieco uchylając rąbka tajemnicy / spoilerując niejedyną zaletę.
Niezwykle intrygująco prezentują się również trzewia tytułowych łączówek i co istotne zamiast zasłaniać się patentami, „zakładowymi” tajemnicami, czy wręcz wiedzą tajemną i przysłowiowym VooDoo Furutech jak to zwykł mieć w zwyczaju gra ze swoimi odbiorcami w otwarte karty z rozbrajającą i zarazem wręcz aptekarską precyzją pokazuje nawet najdrobniejszy detal swoich flagowców. I tak, w każdym z przewodów V1 znajdują się dwie koncentryczne żyły. W ich centrum biegnie 26 prawoskrętnie ułożonych przewodników ze srebrzonej miedzi α (Alpha) OCC, wokół nich znalazły się 23 lewoskrętnie skręcone żyły α (Alpha) DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) a warstwę zewnętrzną stanowi 31 prawoskrętnie poprowadzonych przewodników α (Alpha) DUCC. Oba ww. przebiegi izolowane są z dedykowanego zastosowaniom audio polipropylenu a całość otulono przędzą poliestrową, którą to owinięto pełniącą rolę pierwszego ekranu folią miedzianą α (Alpha) a następnie plecionką miedzianą α (Alpha), czyli drugim ekranem. Kolejną warstwę stanowi taśma papierowa będąca bazą dla przeznaczonego do zastosowań audio elastycznego PVC wzbogaconego nano-ceramicznymi cząsteczkami związku węgla. Całość umieszczana jest w specjalnej, wykonanej z 0,02 mm warstwy wysokiej jakości miękkiego polipropylenu tłumiącego i 0,2 mm twardego włókna o splocie krzyżowym tubie. Kolejną warstwę wykonano z elastycznych rurek z PVC do zastosowań audio wzbogaconego nano-ceramicznymi cząsteczkami związku węgla i dopiero na nie trafiła kolejna powłoka ekranująca z miedzianej folii miedzianej α (Alpha) a następnie widoczna już gołym okiem plecionka z 0,02 mm warstwy wysokiej jakości miękkiego polipropylenu tłumiącego i 0,2 mm twardego włókna o splocie krzyżowym spod którą od czasu do czasu przeziera ww. miedziany ekran. No i jeszcze tylko w ramach uzupełnienia informacja natury użytkowej, czyli fakt, iż V1-ki, przynajmniej na razie dostępne są wyłącznie w długości 1.2m, czyli odpada nam kolejny dylemat dotyczący optymalnej rozmiarówki.
A jak tytułowe łączówki wypadają pod względem brzmienia? Cóż, maksymalnie upraszczając i spłycając kwintesencję dalszych dywagacji z powodzeniem można określić walory Project V1, jako w pełni zgodne i wręcz tożsame z ich aparycją. Jest bowiem pozornie ciemno i dystyngowanie. Jak jednak zostawiając sobie furtkę bezpieczeństwa zdążyłem zauważyć to jedynie pozory. I to pozory wynikające z głównych, natywnych cech Furutechów stojących wręcz w sprzeczności ze stereotypowo rozumianym przez dopiero wkraczających w high-endowe kręgi słuchaczy absolutem. No bo bądźmy szczerzy – skoro mamy do czynienia z najwyżej urodzonym a więc stricte high-endowym, choć jak na aktualne realia zaskakująco rozsądnie wycenionym przewodem, to wypadałoby się spodziewać … tak naprawdę nie wiadomo czego. Że usłyszymy coś, co do tej pory pozostawało ukryte? Tnących niczym No-dachi (jap. 野太刀) – dwuręczny miecz samurajski, wysokich tonów a może porównywalnych z eksplozją GBU-43/B MOAB uderzeń basu? Znaczy się ewidentnego przejaskrawienia i przedobrzenia z dosłownie wszystkim. Jakby zamiast z finezją doprawić wyrafinowaną potrawę szczyptą autorsko skomponowanej mieszanki ziołowej szalony kucharz postanowił zdewastować ją zalewając Maggi, bądź innym, podobnym jej intensyfikatorem smaku. Nic z tych rzeczy, więc jeśli ktoś rozgląda się za tanią sensacją, niemalże pornograficznym ekshibicjonizmem i próbą gombrowiczowskiego gwałtu przez uszy, to bardzo mi przykro, ale pomylił adres. Tego tutaj nie znajdzie, gdyż Furutechy Project V1 XLR są ich oczywistym i zarazem namacalnym zaprzeczeniem. Wystarczy bowiem wpiąć tytułowe łączówki w system, wybrać ulubiony a co za tym idzie znany poniekąd na pamięć repertuar i … zrozumieć o co tak naprawdę w tej, zwanej High-Endem zabawie chodzi. A chodzi o naturalność i możliwie bliski otaczającej nas rzeczywistości realizm. Bez jej, owej rzeczywistości, poprawiania, ulepszania, czy interpretowania na własną modłę w stylu siłowego wyciągania na forum publicum li tylko tworzących klimat/aurę szmerów, pakowania lubieżnie wijących się przy mikrofonie szansonistek na kolana spoconych jegomości z pierwszych rzędów, bądź doznań porównywalnych do wizyty w iMAX-ie po zakropleniu sobie atropiny.
Przejdźmy zatem do umożliwiających dokonanie przez Państwa osobistej weryfikacji przykładów muzycznych jak chociażby minimalistycznego wydawnictwa „Nostalgia” na którym to Magdalena Kožená udziela się wokalnie jedynie przy akompaniamencie fortepianu Yefima Bronfmana. Lekkie, łatwe i przyjemne? Cóż, może dla koneserów takich form, oraz gatunku, jednak na mnie z reguły ów krążek działał niczym pawulon i APAP-noc w jednym pozwalając szybko i skutecznie uciąć sobie poobiednią drzemkę. Niby rejestry w jakie zapuszcza się czeska mezzo-sopranistka potrafią w nieodpowiedniej konfiguracji zdjąć kamień nazębny, jednak tym razem najwyższym składowym nie sposób było zarzucić wycofania, czy też zaokrąglenia a jednak nic a nic uszu nie raniło choć słychać było absolutnie wszystko co słyszeć być miało – podczas sesji zostało zarejestrowane a prowadzona przez artystkę narracja wreszcie intrygowała i przykuwała uwagę. Podobnie było z fortepianem – podanym z właściwym mu gabarytem i ciężarem gatunkowym a jednocześnie zdolnym zabrzmieć lekko i lirycznie. Świetnie została również pokazana zależność pomiędzy bliżej stojącą artystką i nieco cofniętym instrumentem, co przekłada się na podlegające prawom perspektywy i fizyki ich przeskalowanie. Niby Kožená jest drobniejsza aniżeli fortepian, jednak jego rolą jest akompaniament a nie próby zawłaszczenia sceny i „przykrycie” potęgą własnych możliwości znajdującej się w kręgu jego rażenia divy i to ewidentnie słychać. W dodatku jest to podane z takim niewymuszeniem i naturalnością, że uświadamiając sobie ową w pełni naturalną harmonię niejako z automatu przestawiamy się z trybu analizy w stan błogiej kontemplacji – syntezy. Odpoczywamy my, odpoczywają nasze zszarpane nerwy i mogący wreszcie wrzucić na luz umysł. Coś jakby połączyć medytację z muzykoterapią, kiedy podczas takiej terapeutycznej sesji osiągamy spokój ducha i tak naprawdę jesteśmy tylko my i muzyka.
Jeśli jednak ktoś gustuje w nieco żwawszych tempach i bardziej imponujących spiętrzeniach dźwięków wszelakich z nieukrywaną satysfakcją spieszę donieść, że i w tzw. „łomocie” V1 XLR bez najmniejszych oznak tremy i zakłopotania się odnajdują. Ot, daleko nie szukając metalcore’owy „How The Beautiful Decay” pochodzącej z malowniczego San Francisco formacji Lightworker ma to do siebie, że z brutalną bezwzględnością informuje o jakichkolwiek wąskich gardłach reprodukującego go systemu. Jeśli bowiem tylko coś limituje dynamikę, przepływ informacji, bądź nie daj Boże podkreśla sybilanty, to biada nieszczęśnikowi, który załapie się na taką nasiadówkę, bo traumę po takiej sesji może leczyć przez długie tygodnie a i bez dłubania gwoździem w uchu, by wyeliminować doprowadzający do szału pisk nie wykluczam. Tymczasem z topowymi łączówkami Furutecha brutalność tak wokali, jak i bestialsko katowanego instrumentarium nie tylko wgniatała w fotel, lecz wciągała w wieloplanowy wir wydarzeń zdradliwiej aniżeli chodzenie po bagnach, czy serwowana przez lokalnego „sprzedawcę marzeń” dawka będącego w centrum zainteresowania fentanylu. Wszystko jednak odbywało się nie na zasadzie siłowej projekcji i podbijania, podkręcania już i tak szaleńczych temp a jedynie pełnej przepustowości energetycznej systemu i wyswobodzenia ładunku emocjonalnego na owym krążku zawartego. Tylko tyle i zarazem aż tyle, bo przegiąć w którąkolwiek ze stron – od zbytniego złagodzenia po ekstremalne przejaskrawienie jest bez porównania łatwiej aniżeli trafić w przysłowiowy punkt. A Furutechy nie tylko trafiają często, co czynią to zawsze i z żelazną konsekwencją, więc po kilkudniowej żonglerce najprzeróżniejszymi gatunkami i realizacjami koniec końców dałem sobie spokój z dalszymi próbami przyłapania ich na odstępstwie od powyższej „akuratności”, machnąłem ręką i zamiast się im przysłuchiwać zająłem się słuchaniem ulubionej muzyki resztą nie zaprzątając już sobie głowy.
Ale, zaraz, zaraz. Przecież na wstępie wspominałem o jakimś pozornym zaciemnieniu. Ano właśnie, pozornym. Chodzi bowiem o to, że V1 nie tyle zaciemniają co nie wprowadzają do reprodukowanego materiału pasożytniczych szumów i innych pasożytniczych artefaktów, więc czerń pozostaje absolutnie czarna a nie jest mniej, bądź bardziej udaną wariacją nt. 256 odcieni szarości, kontury kreślone są pewną, acz nieprzekontrastowaną kreską a źródłom pozornym obce jest nawet najdrobniejsze rozedrganie. Powód? Dla wszystkich uważnie czytających technikalia oczywisty – dobrostan w jakim przyszło pracować transmitujących wrażliwe sygnały przewodom. Dobrostan zapewniony przez troskliwe otulenie ich nie tylko poliestrową przędzą, lecz i stanowiącymi zewnętrzny bufor elastycznymi rurkami z PVC. Chodzi bowiem o to, że mało co jest w stanie tak skutecznie zepsuć dźwięk, jak drgania, więc Japończycy wręcz z maniakalnym uporem postanowili zagrożenie nimi, znaczy się drganiami, wyeliminować i po tym, co dane mi było z V1 usłyszeć swe ambitne założenia zrealizowali z nawiązką.
Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika, Furutech Project V1 XLR nie jest przewodem zdolnym kolokwialnie rzecz ujmując „ściągnąć majtki przez głowę”, bądź wprawić swego nabywcę w euforię porównywalną do stanu po spożyciu autorskiego koktajlu złożonego z mniej, bądź bardziej dopuszczonych do obrotu substancji psychoaktywnych, gdyż nie to jest jego celem i miłośnicy poszukujący tanich podniet niestety będą zmuszeni odejść z kwitkiem. Jeśli jednak czujecie Państwo, że dojrzeliście do tego, by obcować z ulubioną muzyką na poziomie intensywności i realizmu znanym z uczestnictwa w ich wykonaniu na żywo, to jedyne co mogę zasugerować, to umówić się na wypożyczenie tytułowych łączówek na odsłuch we własnym systemie a jeśli intuicja mnie nie zawodzi, to finalnie, przynajmniej na początku, bądź przejdziecie w tryb pracy zdalnej, bądź z wiadomych sobie przyczyn klepniecie co najmniej jedną UŻ-kę.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Furutech jaki jest, każdy widzi. To oprócz posiadania własnej oferty okablowania i wielu akcesoriów audio również dawca półproduktów dla światowej branży audio. I nie dla tak zwanych kopciuszków, tylko dla topowych brandów, na tle których ich własne projekty jawią się jako znakomicie wypadające w korelacji cena/jakość. Bez siłowego poszukiwania bezkompromisowości, tylko dobrze wycenionej jakości. Na szczęście do momentu. Jakiego? Jak to jakiego? Przecież wyraźnie zaznaczonego na naszym portalu – powołaniu do życia linii produktowej o dumnej nazwie Project V1, której inauguracją było powstanie topowego kabla sieciowego Furutech Project V1 Power. Co tym razem ujrzało światło dzienne? Otóż z uwagi na brak możliwości przetestowania okablowania sygnałowego do ramienia gramofonowego V1 T-DIN/RCA z tej serii, tym razem nie mogliśmy nie pokusić się o zaopiniowanie okablowania zaterminowanego konfekcją XLR. Tak, tak, nareszcie Furutech zadbał o ten segment okablowania i dzięki staraniom katowickiego dystrybutora RCM mieliśmy przyjemność przyjrzeć się łączówce Furutech Project V1 XLR.
W przypadku tytułowego Furutecha w przeciwieństwie do znakomitej większości producentów nie ma jakiś kosmicznych tajemnic, tylko odpowiednio zastosowana, ogólnie dostępna dla każdego zjadacza chleba technologia, której aplikację możemy dokładnie przeanalizować na dostępnych na firmowej stronie obrazkach. Mało tego, dokładnie opisanych co zastosowano, gdzie i w jakiej specyfikacji. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie takie działanie świadczy o jednym. O solidności marki i uczciwości polegającej na oferowaniu w topowych liniach naprawdę swoich, a nie ukrytych pod kolorowym peszlem pomysłów gigantów produkujących okablowanie w kilometrowych szpulach. Jak pokrótce wygląda przekrój tytułowego XLR-a? Przekazywaniem informacji i zadaniami związanymi z ekranowaniem zajmuje się miedź w typu Alpha. Naturalnie w zależności od zadania w różnych specyfikacjach i konstrukcjach. Sygnał płynie posrebrzaną miedzią OCC otuloną dwoma warstwami miedzi tym razem DUCC. Na to nałożono poliestrowy filtr, następnie dwie warstwy ekranu na bazie folii i siatki z miedzi, po drodze ku zewnętrznej średnicy znajdziemy jeszcze przekładkę z papieru, na niej wzbogacony o nano-cząsteczki NCF materiał z PVC, potem pierwszą, bliźniaczą do zewnętrznej opalizującą plecionkę, okalający wymieniony konglomerat zestaw miękkich rurek z PVC jako tłumik drgań, w kolejnym kroku ekran w postaci miedzianej folii, zaś całość kryje wspomniana nieco wcześniej opalizująca czarna plecionka. Przyznacie, to istny tor przeszkód produkcyjnych, który pokazuje, że jeśli coś podczas testu zadzieje się z dźwiękiem, nie będzie to kwestią przypadku, tylko w pełni zaplanowaną realizacją pracy konstruktorów. Jeśli chodzi o terminację naszego bohatera, jak na kabel z najwyższej półki przystało, wykorzystano flagowe wtyki CF-601M R NCF i CF-602M R NCF. Na czas drogi do klienta zgodnie z tradycją potomków Kraju Kwitnącej Wiśni tak prezentujące się okablowanie najpierw pakowane jest w błękitny woreczek i finalnie wyściełaną również błękitnym materiałem, wykonaną z bambusa, elegancką skrzyneczkę. Naturalnie w pakiecie startowym znajdziemy dodatkowo opatrzoną wieloma zdjęciami danej konstrukcji, elegancko wydrukowaną odezwę do klienta. Jednym słowem od początku do końca widać, że dla Japończyków jest to coś ważnego w ich wieloletniej działalności. Jak owa ciężka praca przełożyła się na dźwięk? O tym opowiem w kolejnym akapicie.
Co potrafią flagowe sygnałówki Furutecha? Powiem tak. W porównaniu do posiadanego przeze mnie kabla sieciowego z tej serii działają w nieco innym zakresie częstotliwościowym. Prądówkę zostawiłem sobie, ponieważ przy znakomitej poprawie zejścia systemu w czeluści najniższego basu, pokazały jego dotychczas gdzieś zawoalowaną pod płaszczykiem mocnego uderzenia wielobarwność. Zaczął mienić się niespotykaną wcześniej feerią nacechowanych różną energią impulsów. To było na tyle zjawiskowe, że suma summarum po teście nie byłem w stanie go zwrócić do dystrybutora. Jak ma się do tego sygnałówka? Otóż działa podobnie, tylko w centrum pasma. Po jej wpięciu zastrzyk witalności dostaje średnica. Staje się znacznie żywsza, jednak nie w sensie odchudzenia, czy rozjaśnienia, tylko nadal pełnej energii dźwięczności. Jednakże znamienne w tym wszystkim jest to, że ten zakres nie staje się oczkiem w głowie całej prezentacji – czytaj wychodzi przed szereg, tylko swoim działaniem oczekiwanie poprawia motorykę, dźwięczność i długość zawieszenia w eterze najdrobniejszego dźwięku każdego instrumentu. Po prostu jakby ktoś najpierw ten zakres oczyścił ze zniekształceń, a potem w nagranie tchnął dodatkową dawkę błysku. Dostajemy znacznie inny, dokładniejszy, ale bez krzty poczucia nerwowości wgląd w nagranie. I nawet nie chodzi o sam wgląd, tylko pewnego rodzaju żywość tego zakresu, która znakomicie nie tylko uzupełnia, ale również mocno napowietrza tak dolną partię wysokich, jak i górne parcele niskich rejestrów. To znakomicie słychać było podczas słuchania gry na fortepianie. Fortepianie, który tak naprawdę powiedział mi całą prawdę o możliwościach rzeczonej łączówki. Spokojnie, nie solo, tylko w koncertowym wydaniu Keitha Jarretta z Garym Peacockiem i Jackiem DeJohnette kompilacji „Inside Out”. To świetnie nie tylko zagrany, ale również zrealizowany materiał, bowiem oprócz nastrojowych ballad, każdy z artystów ma swoje pięć popisowych minut. Dla mnie w kontekście weryfikacji co potrafi Japończyk w oddaniu prawdy o projekcji poszczególnych instrumentów bardzo ważnych minut. Gdzie widziałem największe zalety wpięcia V-1. Naturalnie w środkowym zakresie jego spektrum brzmienia. Dolny zakres jak zawsze był dostojny, pełen rozwibrowania, emanował znakomitą energię podczas mocnych akordów za to reszta częstotliwości wręcz wybuchła nieprzebraną ilością jak się okazało, dotychczas gdzieś przykrytych „zaśniedziałym” tłem wirtualnej sceny alikwot. W pierwszym momencie odnosiłem wrażenie, że brzmiał jakby głośniej, jednak po zrozumieniu co się wydarzyło, prezentując dodatkową dawkę wirtuozerii był po prostu bardziej dźwięczny. Każdy rozwibrowany akord unosił się pomiędzy kolumnami jakby był zagrany u mnie, a nie odtworzony z płyty. Po prostu magia. Dotychczas wydawało mi się, że już taką osiągnąłem, tymczasem ten test pokazał, że zawsze można lepiej. To było na tyle przekonujące, że w późniejszych sesjach testowych w napędzie wylądowało kilka płyt Leszka Możdżera z produkcją „Kaczmarek” na czele. A co z innymi instrumentami? Perkusja nie jest jakiś wirtuozerskim medium, ale bez zbędnego rozwadniania uderzenia stopy fajnie błysnęła bardziej perlistymi blachami. Natomiast na całej testowej roszadzie okablowania sygnałowegom podobnie do fortepianu zyskał kontrabas. Przy większym pakiecie informacji o strunie i pudle rezonansowym, pokazał jakby więcej swobody w wypełnianiu mojego pokoju. Raz szybko podczas solowych popisów, innym razem esencjonalnie, ale z kontrolą w służbie artykułowania rytmu całemu jazzowemu teamowi. Podobnie do starszego brata popularnego pianina kontrabas zagrał jak nigdy wcześniej i bardziej zwarcie i bardziej rozwibrowanie oraz dźwięczniej. Spokojnie, powtórki w poprzednim zdaniu są zamierzone, aby podkreślić to, co wydarzyło się tego podczas tego testu. A zapewniam, wydarzyło się. Na tyle przekonująco, że niestety prawdopodobnie czeka mnie to samo co z kablem sieciowym. Czas pokaże. Na razie Furutech udowodnił, że w temacie rozdzielczości średnicy przy zachowaniu najlepszych cech reszty zakresów częstotliwościowych, da się bardzo wiele zrobić. Spodziewałem się fajnego grania, ale Furutech V1 XLR wymknął się jakiejkolwiek próbie przewidywania brzmienia. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ze swoją soniczną propozycją idzie w kontrze do obecnych trendów pogoni za wyczynowością kosztem muzykalności. Japończycy na szczęście wiedzą, że muzyka ma nas czarować intymnością, a nie smagać bliżej niekreślonymi cięciami przestrzeni bolesnymi frazami i z jakże zjawiskowym powodzeniem to robią. Szacunek.
Cóż, kolejny raz wyszła mi laurka. Na szczęście stali bywalcy naszego portalu wiedzą, że taki poziom emocji wywołują u mnie konstrukcje, które naprawdę pokazują coś, czego próżno szukałem przez lata. Coś, co sprawia, że po sesji testowej mam wielki zgryz ze zwrotem danej konstrukcji do dystrybutora. Czy w taki stan rzeczone okablowanie będzie potrafiło wprowadzić każdego z Was? Myślę, nie wróć, jestem pewien, że znakomitą większość tak. Skąd taka teza? Jako potwierdzenie mojej pewności przytoczę autentyczny wynik spotkania ze znajomymi w klubie zakręconych na punkcie audio. Większość osobników to samowystarczalne w skonstruowaniu zabawek według własnych projektów, przez to niepokorne dusze, co jasno daje do zrozumienia, że nie dadzą się kupić tanimi sztuczkami. Wiecie jaki był feedback wizyty Furutecha w klubie? Panowie jak rzadko kiedy nie psioczyli na cenę – ta zawsze jest dla nich nie do zaakceptowania. Jednocześnie przyznali, iż ten kabel mimo sporej sumy jest warty każdej wydanej złotówki. Naturalnie diagnoza odnosiła się do ogólnej oferty na rynku, a nie w sensie ich ewentualnego zainteresowania, jednak jeśli taka opinia pada z ich ust, to o czymś świadczy. O czym i czy będzie to zgodne z Waszymi odczuciami, niestety musicie sprawdzić sami. Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko jedno, jak wynika z powyższego słowotoku, mnie ten kabel kolokwialnie mówiąc ugotował.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 29 900 PLN / 2 x 1,2m
Hegel wprowadza na rynek nowy wzmacniacz zintegrowany. Hegel H400 zastępuje w ofercie Norwegów doceniany model H390. W tym przypadku nowa generacja oznacza nie tylko jeszcze staranniej dopracowane brzmienie, ale też bardziej rozbudowaną funkcjonalność. W tym współpracę z premierową aplikacją mobilną Hegel Control.
Wszechstronność
Hegel H400 to uniwersalny wzmacniacz, który sprawdzi się w wielu zastosowaniach. Urządzenie wyposażono w trzy wejścia analogowe – dwa RCA i zbalansowane XLR. W sekcji cyfrowej natomiast dostępne są: wejście USB, dwa wejścia koaksjalne i trzy optyczne.
Ponadto wzmacniacz oferuje wsparcie dla popularnych serwisów streamingowych i funkcji Spotify Connect, Tidal Connect oraz Roon Ready. A dzięki obsłudze Apple AirPlay 2 i Google Cast Hegel H400 może pracować w ramach kompatybilnego systemu multiroom.
Konstrukcja typu Dual Mono o potężnej mocy
Hegel H400 – podobnie jak referencyjne wzmacniacze norweskiej marki – jest konstrukcją Dual Mono. Oznacza to, że dla każdego kanału przygotowano odrębną, starannie oddzieloną ścieżkę przetwarzania sygnału. Sekcja wzmacniacza pracuje w klasie AB i dostarcza imponujące 250 W mocy na kanał przy impedancji wynoszącej 8 omów. Za eliminację wszelkich zniekształceń, które mogą pojawiać się podczas amplifikacji sygnału odpowiada z kolei skuteczna, opracowana przez Hegla technologia SoundEngine 2.
Intuicyjna obsługa
Hegel H400 może również pochwalić się intuicyjnie prostą obsługą. Na froncie jego obudowy znajdują się dwa duże i precyzyjne pokrętła, z których jedno służy do regulacji trybu pracy, a drugie – głośności. Nowością jest natomiast aplikacja Hegel Control, która umożliwia sterowanie pracą urządzenia z poziomu smartfona. W dodatku wzmacniacz ma również funkcję TV remote, dzięki której jego pracą można sterować za pomocą kompatybilnego pilota TV.
Elegancki minimalizm i troska o środowisko
H400 – podobnie jak inne produkty Hegla – wyróżnia się minimalistyczną elegancją. Na przednim panelu urządzenia umieszczono dwa duże pokrętła oraz wyrazisty, dobrze czytelny nawet z daleka wyświetlacz. To wszystko. Konstruktorzy ukryli nawet przycisk zasilania. Wszystko po to, aby wzmacniacz gładko wpasowywał się w stylistykę każdego pokoju odsłuchowego.
Na uwagę zasługuje również fakt, że w fazie projektowania H400 uwzględniono również troskę o środowisko. Skrupulatna kontrola jakości i dobór najlepszych komponentów sprawiają, że H400 to urządzenie na lata. A wspomniana już technologia SoundEngine 2 optymalizuje zużycie energii.
Dopracowane brzmienie
Dopełnieniem wszystkich funkcji Hegla H400 jest jego brzmienie. Tutaj inżynierowie norweskiej marki kolejny raz wspięli się na wyżyny swoich możliwości. Zaawansowany DAC, konstrukcja Dual Mono, współczynnik tłumienia na poziomie 4000 i technologia Sound Engine 2 zapewniają wysokiej klasy, rozdzielcze i wolne od jakichkolwiek zniekształceń brzmienie.
Dostępność
Wzmacniacz zintegrowany Hegel H400 pojawi się w ofercie naszych partnerów handlowych już we wrześniu tego roku.
Opinia 1
Mam nadzieję, że reprezentantów przecież stosunkowo niedużej Danii, a tak naprawdę ich ciekawe konstrukcje, dzięki naszym testom mieliście okazję już poznać. To zawsze były oparte o najnowsze rozwiązania techniczne, pochłaniające mnóstwo ręcznej pracy i świetnie prezentujące się wizualnie zespoły głośnikowe oraz wykonana z podobnym pietyzmem elektronika. W naszym recenzenckim portfolio znalazły się już trzy pozycje – kolumny Børresen 02 Cyro Edition, kolumny X2 w zestawie z elektroniką Axxess oraz projekt „all in one” Axxess Forté 1 i jak wynika z wniosków pod każdym testem, nie tylko nie zawiodły, ale pokazały swoje fajne „ja”. O jakim brandzie mowa? Naturalnie o skandynawskim konglomeracie Audio Group Denmark, z oferty którego dzięki staraniom warszawskiego dystrybutora Audio Emotions tym razem dotarły do nas średniej wielkości kolumny podłogowe Børresen X3. Jak wizualizują fotografie, na tle ostatniego występu kolumn projekt już konkretny gabarytowo, dlatego jeśli ktoś jest zainteresowany, z jakiej strony pokazał się ten model Børresenów, zapraszam do lektury kilku poniższych akapitów.
Nasze bohaterki podążając za ogólnymi zasadami konstrukcji serii X są smukłymi, pochylonymi i płynnie zbiegającymi się ku tyłowi skrzynkami. W celu poprawy stabilizacji tak strzelistych konstrukcji posadowiono je na zorientowanych na boki, będących kanapką kompozytu drewnianego z aluminium, wyposażonych w stosowne stożki cokołach. Same obudowy wykonano ze wspomnianego już, będącego częścią podstaw drewnianego kompozytu wzmacnianego usztywniającymi całość wstawkami z włókna węglowego, co w założeniu ma gasić niepożądane dla dźwięku szkodliwe wibracje. Naturalnie zadbano również o ich niebagatelną wizualizację, czego skutkiem jest wykończenie tych dzieł sztuki użytkowej czarnym lakierem fortepianowym wzbogaconym o motywy karbonu na froncie i górnej części obudowy. Jeśli chodzi o temat wyposażenia tytułowych kolumn, na awersie znajdziemy składającą się z 3 firmowych przetworników sekcję średnio-niskotonową – dwa na dole i jeden na górze wykonane trzech warstw na bazie włókna węglowego okalającego środkową przekładkę z aramidu oraz pomiędzy nimi, jako drugi od góry, również delikatnie dopracowany przez zespół inżynierów Børresen-a – odchudzono zespół magnesów – głośnik wstęgowy dla najwyższych rejestrów. Z uwagi na fakt bycia X3-ek konstrukcjami bass-reflex na wąskim tylnym panelu w jego dolnej części znajdziemy 4 porty strojące bas, zaś w górnej dwa wentylujące zakres średni i jeden dla najwyższego pasma. Naturalnie na tylnej ściance tuż nad podłogą znajdziemy stosowne porty do podłączenia wykorzystywanej elektroniki. Tak bogatym zestawem głośników zarządza symetryczna zwrotnica zapewniając pasmo przenoszenia od 35 Hz do 50 kHz przy skuteczności 88 dB / 4 Ohm.
Jak widać na zdjęciach, do tematu odsłuchów podszedłem na maxa i nasze bohaterki zapiałem do głównego systemu. Decyzję podjąłem mimo dysponowania w tym samym czasie setem firmowym ze stajni Axxessa. Powodem było oczywiście zapewnienie im maksimum jakości sygnału od rozbudowanego źródła, po również rozbite na części pierwsze wzmocnienie. W efekcie dostałem dojrzałe, przy tym pełne dobrej masy i energii granie. Tak jak lubię ciekawie narysowane wyraźną kreską, ale co najistotniejsze, odpowiednio osadzone w masie na dole i centrum pasma. Dzięki temu przekaz był szybki i przy okazji zapewniał odpowiednią dawkę wagi dźwięku pozwalając w pełni zrealizować zamierzenia artystów z każdej strony twórczej barykady. Bez milusińskiego grania do przesady podkolorowaną, ociekającą syropem średnicą i zaokrąglonym dolnym zakresem, tylko pełnymi energii i niezbędnego ataku muzycznymi strofami. A to tylko jeden z ważnych aspektów tego testowego sparingu, bowiem naturalnym feedbackiem wąskich konstrukcyjnie kolumn było zjawiskowe budowanie wirtualnej sceny. Szerokiej i głębokiej, co wespół z wyraźnym rysowaniem źródeł oferowało jej czytelnie zabudowanie. To była na tyle udana projekcja muzyki, że mimo sporych rozmiarów dosłownie i w przenośni kolumny znikały z pomieszczenia fundując mi wirtualną wizytę na danej sesji nagraniowej. Raz agresywnej w wydaniu rockowych popisów patrząc na akty urodzenia wiekowej, ale nadal fundującej fanom szaleńcze uniesienia Metallici „72 Seasons” https://tidal.com/browse/album/288627595?u , innym razem na skutek grania tak zwaną ciszą intymnej spod znaku przykładowej formacji RGG „Szymanowski”.
W pierwszym przypadku kolumny oprócz pokazania zawartego w muzyce drive’u, dobrze poraziły sobie z niestety obecną w podobnych realizacjach kompresją. Było mocno na dole, podobnie jakościowo w środku i mimo ogólnie wyrazistej prezentacji opisywanych kolumn bez przekraczania dobrego smaku w górnym zakresie. To wbrew pozorom istotne, gdyż często ów krążek kładzie na łopatki niektóre systemy właśnie z powodu nadinterpretacji góry, co przeradza się w niestrawny jazgot. W tym podejściu oprócz buntowniczych popisów muzyków niczego takiego nie zanotowałem. Owszem, słyszałem bardziej esencjonalne podanie tego krążka u siebie, jednak mimo innej zawartości średnicy w średnicy w stosunku do wspomnianych wcześniejszych spotkań pokaz Borressenów X3 odebrałem jako inną, nastawioną na większą szybkość narastania sygnału wizję, a nie jakikolwiek mogący kogoś zniechęcić problem. Børreseny taki sposób na muzykę mają wpisany w swoje DNA i tak zagrały. Jeśli ktoś szuka przysłowiowego „ulepku”, nie tędy prowadzi droga. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że podczas masowania moich trzewi bez problemu potrafiły zatrząść moim pomieszczeniem, co pokazało ich możliwości wypełnienia wielkich kubatur.
Jak zatem poradziły sobie z jazzem w znakomitej większości brylującym w środku pasma mimo unikania przesadnego słodzenia muzyki? Otóż wyraźna kreska wizualizująca każdy z bytów była podparta wspomnianą dawką niezbędnej masy. To zaś w połączeniu z czarnym tłem świetnie zawieszało najdelikatniejszą nutę na czasem niekończący się okres, co wręcz idealnie trafiało w założenia tego typu twórczości. Gramy wolno, ale z energią, z mocnym zaznaczeniem ostrości rysunku, jednak bez męczącego dzwonienia, czyli tak jak życzyli sobie tego muzycy i przy okazji sam bardzo lubię. Owszem, ktoś zawsze może oczekiwać mocniejszego udziału plastyki w wizualizacji tej produkcji, jednak same kolumny tego nie dadzą. One mają za zadanie pokazać wszystko odpowiednio wyraźnie i tak to robią, resztę naszych widzi mi się musimy zrealizować przy pomocy finalnej konfiguracji systemu, na co nasze bohaterki są niezwykle czułe. Wiem to z autopsji, bo na próbę zmieniłem okablowanie sygnałowe i świat nabrał nieco innych, oferujących więcej koloru rumieńców. Dlaczego tak nie zostawiłem na stałe? Odpowiedź jest banalnie prosta. Chciałem pokazać ich prawdziwe, skąd inąd nader atrakcyjne oblicze, co dla wielu będzie istotną informacją podczas ustalania wstępnej listy odsłuchowej w momencie zmian w swoim kramie audio. To chyba zrozumiałe.
Jak spuentuję powyższy test? Po pierwsze – kolumny grają większym, niż na to wskazuje aparycja, a przy tym w pełni kontrolowanym dźwiękiem. Po drugie – ich podstawowa estetyka brzmienia opiera się na dobrym rysunku i odpowiedniej wadze źródeł pozornych. Po trzecie – w efekcie umiejętnej konfiguracji z umiarkowaną łatwością dają się wpisać w nasze finalne upodobania. A po czwarte, a dla wielu osobników dzielących swoje jaskinie audio z drugimi połówkami czasem najważniejsze – ze względu na smukłą budowę i estetyczne wykończenie pięknie się prezentują. Jakieś przeciwwskazania? Jedno. Szkoły grania spod znaku BBC w nich nie znajdziecie. Ale nie oszukujmy się, w obecnych czasach to niezbyt liczna grupa melomanów, zatem ewentualny problem wydaje się być marginalny.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kontynuując „kuchenne rewolucje”, czyli sukcesywnie odkrywając walory smakowe specjałów serwowanych przez rezydujących w Aalborg duńskich mistrzów AGD (Audio Group Denmark) w ramach niniejszego odcinka zmierzymy się z zajmującymi drugą pozycję od góry otwierającej portfolio linii Børresena podłogowym kolumnami o symbolu X3. Gwoli wyjaśnienia nad nimi znajdziemy jeszcze strzeliste, 164 cm X6 a poniżej dysponujące dwoma mid-wooferami, również podłogowe X2-ki i najmniejsze, już podstawkowe X1. Jak łatwo się domyślić, korelując ww. konstrukcje z firmową nomenklaturą, cyfra po oznaczeniu serii określa ilość odpowiedzialnych za reprodukcję średnich i niskich tonów przetworników, więc niejako już na starcie wiadomo, że decydując się na przyjęcie z rąk stołecznego opiekuna marki – ekipy Audio Emotions X3 otrzymamy kolumny trzema takimi przetwornikami dysponującymi. Skoro zatem krótki wstęp mamy za sobą nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić Państwa na ciąg dalszy.
Jak widać na powyższych zdjęciach smukłe, wykończone czarnym lakierem fortepianowym (dostępna jest również biała wersja), lekko odchylone i zbiegające się ku tyłowi korpusy łapią za oko carbonowymi wstawkami na frontach i ścianach górnych. Całość wykonano z dodatkowo usztywnionych kompozytów drzewnych a dla poprawy stabilności wyposażono w uzbrojone w masywne i zarazem litościwe dla podłoża stopki cokoły. Jak już zdążyłem zasugerować na wstępie ściany przednie X3-ek pysznią się całkiem pokaźną baterią przetworników. Na samej górze mamy 4.5” nisko-średniotonowy, następnie wstęgowy wysokotonowiec, poniżej którego wygospodarowno miejsce na duet 4.5” basowców. Charakterystyczne, tak nisko-średniotonowe, jak i basowe 4.5” firmowe kraciaste przetworniki mogą pochwalić się kanapkowymi membranami w których pomiędzy dwiema warstwami włókien węglowych umieszczono aramidowe przekładki o strukturze plastra miodu. Dzięki czemu nie tylko zredukowano pasożytnicze rezonanse, lecz i uzyskano świetną relację sztywności do masy. Współpracujące z nimi układy magnetyczne dopieszczono z kolei podwójnymi miedzianymi nakładkami pierścieni nadbiegunów obniżającymi indukcyjność i zwiększających strumień magnetyczny a w rezultacie z powinny okazywać większą empatię dla starań podpiętego pod nie wzmocnienia. Nie mniej intrygująca jest konstrukcja wysokotonowego wstęgowca, który choć na pierwszy rzut oka wydaje się bliźniaczy do rozwiązań znanych z innych serii Børresena, to tym razem poważnie zredukowano jego masę – tak diafragmy, jak i układu magnetycznego. Gwoli wyjaśnienia cały układ drgający waży 0,01g (!!) i obsługuje pasmo od 2,5kHz wzwyż. Co prawda na skutek powyższych działań spadła jego efektywność z 94 do 90db, jednak jak widać nadal udało się ją utrzymać na zaskakująco wysokim poziomie. Jest to o tyle istotne, że sekcja wysokotonowa jest otwarta – wentylowana od tyłu własnym kanałem. I tu kolejna ciekawostka, bowiem średnotonowiec zamknięto w osobnej komorze za którą dopiero umieszczono kolejną z duetem kanałów, które nie tyle pracują jako klasyczny bas-refleks a imitują układ dipolowy. Dolne basówce również są wentylowane, lecz tym razem już klasycznym, choć poczwórnym, układem bas-refleks. Skąd taka multiplikacja (w sumie jest ich sześć) dość niewielkiej średnicy „rurek”? Cóż, patrząc na będące niemalże w zaniku plecy Børresenów sprawa wydaje się jasna – nic szerszego by się na nich nie zmieściło. Potwierdza to z resztą układ zlokalizowanych tuż przy podstawie pojedynczych terminali głośnikowych, które zorientowane są … pionowo – jeden nad drugim, więc chcąc zapewnić sobie spokojny sen warto zainwestować w przewody zakonfekcjonowane wtykami bananowymi/BFA. Niby i widły od biedy się nadadzą, choć połączenie niewielkiego odstępu pomiędzy „+” i „-” z nazbyt sztywnym/ciężkim okablowaniem i masywnymi widłami może dla części nabywców okazać się nazbyt stresogenne. Nie ma jednak co marudzić, gdyż podobnie prezentowały się plecy X2-ek i jakoś daliśmy radę.
A o oczko niższych siostrach wspomniałem nie bez przyczyny, gdyż właśnie przesiadka na tytułowe X3 jak na dłoni pokazała co kierowało Duńczykami przy komponowaniu całej serii X. O ile bowiem nawet 2-kom nie sposób było zarzucić jakąkolwiek limitację czy to dynamiki, rozdzielczości, czy też rozciągnięcia basu, to przesiadka na 3-ki była niczym załączenie nitro, czyli podtlenku azotu w sportowym a zatem dość twardo zawieszonym turladełku w stylu klasycznego GTR-a. Chociaż nie do końca, gdyż Børreseny zamiast bezrefleksyjnego pędu na tzw. krechę cały czas zachowywały niezwykłą zwinność i bacznie śledząc reprodukowany materiał potrafiły z szybkością namydlonej błyskawicy zareagować na nieraz gwałtowne zmiany tempa i zwroty akcji. Po prostu zauważalnie wzrósł wolumen i skala generowanego dźwięku, nad wyraz sugestywnie poprawiła się energetyczność całego przekazu a co za tym idzie fundament basowy i generalnie jego przełom z niższą średnicą miały więcej do pokazania w porównaniu z młodszym rodzeństwem. W efekcie nawet metalowe galopady serwowane przez „malowańców” z Mister Misery na „A Brighter Side of Death” nie robiły na X3-kach większego wrażenia, o ile tylko do ich napędzenia nie próbowaliśmy angażować Axxess Forté 1, który pomimo usilnych starań co i rusz dawał do zrozumienia, że lepiej mu było z 2-kami i zdecydowanie mniej wymagającym repertuarem. Tylko żeby była jasność – niepozorny kombajn nie rzucał ręcznika na ring, lecz jedynie nie był w stanie zachować pełnej energetyczności w całym paśmie, więc nieco upraszczając delikatnie wycofywał jego skraje. I śmiem ponadto twierdzić, że jeśli nie dysponowalibyśmy alternatywnym wzmocnieniem moglibyśmy na ową manierę nawet nie zwrócić uwagi, gdyż progres wynikający z pojawienia się większych kolumn i tak był ewidentny. Traf jednak chciał, że stojący w drugim rzędzie Apex tylko się temu z pobłażliwym uśmiechem przyglądał i gdy tylko przyszła jego pora pokazał na co tak naprawdę X3-ki stać. A stać na zaskakująco wiele, gdyż pomijając groźne porykiwania skandynawskich metalowców z niezwykłą łatwością tytułowym podłogówkom przyszło pokazanie zarówno prawdziwego bogactwa i różnorodności perkusjonaliów na „Drums of Compassion” Michael Shrieve, jak i potęgi wielkiego aparatu wykonawczego – w tym przypadku Orchestre Symphonique De Montreal pod batutą Kenta Nagano na „Penderecki: St. Luke Passion”. I wcale nie oznaczało to permanentnego, nużącego na dłuższą metę, epatowania łomoczącym basem, lecz zdolność operowania pełną skalą dynamiki przy jednoczesnym zachowaniu wzorowego porządku na wieloplanowej scenie nawet w najbardziej gęstych i zawiłych momentach, a tych Maestro Penderecki nie raczył był w swej twórczości skąpić, podnosząc skalę trudności suto okraszając całość partiami chóralnymi.
Podobnie sprawy prezentowały się na przeciwległym skraju pasma, gdyż pomimo obecności przetwornika wstęgowego Børreseny nawet nie próbowały zbliżyć się do granicy zbytniej ofensywności. Ot, były szalenie rozdzielcze i dźwięczne. Nie miały najmniejszych problemów z otwartością i krystaliczną wręcz klarownością najwyższych składowych, więc zarówno ekspresyjne poczynania Mariny Viotti na „Mezzo Mozart” nie tylko nie fatygowały lecz wręcz intrygowały zachęcając do podkręcenia gałki głośności, by osiągnąć właściwą operowym występom siłę emisji. Otrzymywaliśmy bowiem krystaliczną czystość a jednocześnie jedwabistą gładkość, więc nic a nic nie raniło uszu a jedynie otwierało im drogę, dostęp do informacji zazwyczaj przez konkurencję maskowanych, spychanych na dalszy plan, bądź wręcz o zgrozo upraszczanych. No i jeszcze jedna, często poszukiwana cecha, którą tytułowe podłogówki mają niejako zaszytą w firmowym DNA. Mowa o umiejętności cichego grania z zachowaniem swobody i rozdzielczości znanych z wyższych poziomów głośności. Niby im głośniej, tym robi się lepiej, bardziej namacalnie i z bliższym rzeczywistości realizmem, o czym nie omieszkałem wspomnieć, jednak warto mieć świadomość, że nie wszyscy, nie zawsze i nie wszędzie mogą cieszyć się nieraz koncertowymi dawkami decybeli. A to pora jest zbyt późna, a to ściany zbyt cienkie, bądź sąsiedzi nadwrażliwi, więc jakoś trzeba sobie radzić a duńskie podłogówki same z siebie w tej kwestii nie tylko nie rzucają kłód pod nogi, co starają się ze swej strony pomóc, zachowując wrodzoną swobodę i komunikatywność podczas pracy z głośnością właściwą wieczorno-nocnym sesjom odsłuchowym, znikając przy tym ze sceny niczym rasowe monitory.
No i pojawia się może nie tyle problem, co dylemat natury, nazwijmy to umownie … politycznej. Z jednej bowiem strony mamy ewidentną spójność tak wzorniczą, jak i brzmieniową z wcześniej recenzowanymi X2-kami a z drugiej na tyle wyraźny progres, że miłe wspomnienia poprzedniczek nawet mimochodem i nieświadomie ulegają lekkiej dewaluacji. Dlatego w ramach podsumowania napiszę prosto z mostu. I …, bo nie zaczyna się zdania od „więc”, jeśli tylko dysponujecie Państwo metrażem zdolnym ugościć Børresen X3, oraz wzmocnieniem umożliwiającym wyciśnięcie z nich siódmych potów, to nawet przez chwilę się nad nimi nie zastanawiajcie, tylko umawiajcie się na dostawę i odsłuch we własnych czterech kątach. Może i będzie nieco drożej, ale proszę uwierzyć mi na słowo i samemu przekonać się „na ucho” – ta inwestycja po prostu Wam się opłaci. Dostaniecie bowiem o wiele więcej muzyki za stosunkowo niewielką dopłatę a komfort psychiczny wynikający z braku dylematów „co by było gdyby” będzie w gratisie. Oczywiście na horyzoncie majaczą jeszcze topowe (w serii X) 6-ki, ale nie bądźmy nazbyt zachłanni. Na nie jeszcze przyjdzie pora …
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Emotions
Producent: Audio Group Denmark
Cena: 44 900 PLN
Dane techniczne
Skuteczność: 88 dB/1W
Impedancja: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 35Hz – 50kHz
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy przetwornik wstęgowy Børresen
– 4.5″ nisko-średniotonowy Børresen
– 2 x 4.5″ niskotonowy Børresen
Rekomendowana moc minimalna wzmacniacza: 50W
Wymiary (W x S x G): 129 x 34,5 x 60,7 cm
Waga: 55 kg
Dostępne wersje wykończenia: czarny/biały lakier fortepianowy
Kiedy tylko w trakcie minionego Audio Video Show wstąpiłem do pokoju zajmowanego przez ekipy Moonrivera i wtenczas zupełnie mi nieznanej duńskiej manufaktury OePhi i usłyszałem co potrafi goszcząca u nas jakiś czas wcześniej 404-ka z przeuroczymi monitorkami Transcendence 2 wiedziałem, cytując klasyka „że coś się dzieje”. Jak to jednak w życiu bywa na pewne rzeczy trzeba poczekać chwilkę a na inne nieco dłużej, jednak jeśli tylko ma się szczęście, to owa cierpliwość zostaje nagrodzona. A w naszym przypadku nagrodą jest dostawa nie ww. maluchów a nie mniej atrakcyjnych wizualnie niewielkich podłogówek OePhi Immanence 2.5 wykorzystujących nie tylko imponującą wstęgę, co parę świetnych mid-wooderów Purifi.
cdn. …
Dawno, dawno temu, czyli dokładnie w maju 2013 – kiedy startowaliśmy z SoundRebels na pierwszy ogień trafił do nas … przedwzmacniacz z wbudowanym DAC- iem Vitus Audio RD-100 . A dzisiaj, dosłownie przed momentem rozpakowaliśmy jego prawnuka, czyli już w pełni skupiony na obróbce cyfrowych sygnałów przetwornik SD-025 Mk.II.
cdn. …
Najnowsze komentarze